Marek Piekarczyk

PLAYBOY nr 1, 2010 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Świetlik


Nie boisz się, że fani, którzy zobaczą, że udzieliłeś nam wywiadu, posądzą cię o komercję?

Nie, bo moi fani to kumaci ludzie i wiedzą, że Playboy to solidna firma, z którą rozmowa nie jest żadnym obciachem. Poza tym, komercja nie jest zjawiskiem negatywnym. Złe jest tylko komercyjne tandeciarstwo. A najgorsi są tacy, którzy udając ideologów i buntowników, głoszą, że brzydzą się nią, a tak naprawdę są pieprzonymi chałturnikami, bo nagrywają kiczowate piosenki. Ich pieśnidła robią karierę na weselach i wiejskich zabawach, a autorzy chodzą w glorii awangardowych artystów. Słychać te pioseneczki w radio, bo nagrał je ten tam znany ktoś, co się nie wstydzi obracać tematu Ziuty, Marysi lub Baśki w tytule. Ludzie, którzy to potem kupują dorabiają sobie jakieś ideologie, żeby nie wyjść na idiotów. W heavy metalu też się trafia mnóstwo gówna: taniego teatru, pozoranctwa, zielonych lub czarnych rajtuzów na owłosionych łydach, machania na scenie maczetami do cięcia buraków pastewnych, demonicznych min, przebieranek, malowanek i plucia ketchupem…

Podasz jakieś konkrety?

Raz kiedy odważyłem się pójść na koncert, żeby zobaczyć wielką gwiazdę metalu, o mało nie umarłem ze śmiechu. Takiego nasycenia tandetą na polskiej scenie nie widziałem. Rozumiem, kiedy kiczu używa się świadomie, jako cytatu bo ma to czemuś tam służyć. Ale kicz sam w sobie jest nie do strawienia. Najgorzej jednak jest, gdy łączy się to z nieodpowiedzialnością.

Czyli?

Na przykład Eddie Van Halen, który na scenie występuje z dymiącym papierosem w zębach, a do tego wypija litr herbaty z ogromnej butelki Danielsa, bo ma taki kontrakt. A wśród kilkutysięcznej widowni jest pełno 13-letnich chłopaczków, którzy podczas codziennego wyciskania pryszczy marzą, żeby stać się bardziej męscy. Potem palą i piją prawdziwą whisky, bo chcą być tacy jak ich idol. Inni, których tu nie wymienię, są gorsi i robią na scenie wszelkie obrzydliwe rzeczy, byleby tylko o nich pisano i mówiono.

Bo to inne pokolenie.

Raczej inne myślenie. To cała sztuka udawactwa w każdej dziedzinie. Dla mnie i TSA sprzedawanie siebie za wszelką cenę i kolorowe piórka w tyłku nie istnieją. Ale może jestem za głupi lub nieprzystosowany? (Śmiech). Wiem jednak, że prawdziwy człowiek jest widoczny dopiero wtedy, gdy leży w piżamie na sali pooperacyjnej szpitala miejskiego. Tam na łóżkach leżą policjant, ksiądz, biznesmen i satanista. Przeżyłem to w czasach hipisowskich, kiedy wzięli mnie na obserwację do szpitala. Tam wszyscy byli równi: „Jakie ma pan gazy?” „Czy była dziś kupka?” Okazało się, że najmądrzej rozmawia się o życiu w szpitalu, gdy się ma kaczkę pod tyłkiem.

My postaramy się jednak porozmawiać bez kaczek.

Muszę wam koniecznie powiedzieć, że moja koleżanka z Nowego Jorku była kiedyś na rozkładówce PLAYBOYA. Wtedy dowiedziałem się, że na sesji fotograficznej „pingluje” się panienki i maluje tyłki, żeby były gładkie i błyszczące. Ona w rzeczywistości nie była ładna. Wiem coś o tym i trudno mnie w tym temacie oszukać. W końcu kiedyś nazywali mnie Latareczka.

Dlaczego?

W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia rozbijaliśmy z kumplami w lecie swoje namioty kilkaset metrów od damskiego obozu harcerskiego. To było najlepsze miejsce pod słońcem! Kradło się im w nocy flagę, a one przynosiły na wymianę jedzenie. Później już same przychodziły i w dodatku nie raz bez majtek. Jak czasami w nocy wydłubałem wreszcie taką śliczną „gruhnę” z mundurka, zawsze sobie świeciłem latarką, żeby choć chwilę rozkoszować się tym widokiem.

Potem patrzyłeś już profesjonalnie: zacząłeś malować akty.

Nie powiedziałbym, że było to profesjonalne, bo nie sprzedałem ani jednego. Po prostu gdzieś przepadły. Moje akty były dziwne bo malowałem fragmenty kobiecego ciała – takie wielkie, cieliste różowości, w których trudno było dostrzec erotyzm. Jak wam zdradzę, że na własny użytek nazwałem tę serię: „hipopotamy”, to już wiecie jak to wyglądało. Przy okazji odkryłem, że łatwiej dziewczynę namówić na bzykanko niż na pozowanie nago. Nie raz musiałem robić dziwne rzeczy z dziewczynami, żeby w końcu zechciały mi choć chwilę pozować. Ale miałem kolegów, którzy robili odwrotnie: malowali lub fotografowali akty, żeby mieć co bzykać. Nie wiem czy wiecie, ale muzycy to przy malarzach cieniasy. Bo plastycy mają zawsze najwięcej przygód z panienkami, tylko się z tym tak nie afiszują.

Ładnymi chociaż?

O gustach się nie dyskutuje, ale w swoim życiu widziałem tylko cztery kobiety, na widok których jęknąłem z zachwytu. Nie było ich w PLAYBOYU! To dziewczyny, których się nie zauważa na co dzień, ale gdy się rozbierają, to zapiera dech. Taka jest na przykład moja obecna żona. Jednak nigdy nie zgodziłbym się, żeby pozowała dla PLAYBOYA. Jej piękno jest tylko dla mnie.

W takim razie kogo chciałbyś zobaczyć w tej roli?

Nikogo. Nie gniewajcie się, ale nie czekam z wypiekami na twarzy, na wiadomość, kogo tym razem udało się wam namówić na rozbieraną sesję. Te fotografie wyidealizowanych lalek są chyba raczej dla facetów, których uszczęśliwiają marzenia erotyczne nie do spełnienia. Te same dziewczyny spotkane na ulicy nie robią już takiego wrażenie, jak na tych zdjęciach z rozkładówki. Podniecanie się ich widokiem wynika chyba z lęku przed realizacją samego siebie. Nawet jak byłem małolatem nie marzyłem o seksie z jakąś gwiazdą, ale o dziewczynach z mojej ulicy. Wkurzają mnie nawet sceny erotyczne w kinie, ale w niektórych pornolach, jakoś dziwnie nie. Może dlatego, że w filmach fabularnych te sceny są kłamliwe, a ta ich kłamliwość i sztuczność jest obrzydliwa.

Skoro nasza rozmowa na dobre zeszła na sprawy damsko-męskie… Ludzie z twojej branży twierdzą, że największe powodzenie mają perkusiści. W TSA też tak było?

Perkusiści dużo gadają. Przecież oni nie mają czasu na romanse, bo najdłużej się rozkładają i składają ze swoim żelastwem. Im więcej mają blach, śrubek, statywów i bębnów, tym mniej przygód erotycznych. Zresztą mówiłem już, że muzycy nie mają szans przy plastykach. Najwięcej przygód z dziewczynami miałem, gdy byłem malarzem. Spotkałem wtedy wiele pięknych kobiet, ale na szczęście mnie rzucały. Co by było, gdyby ta pierwsza mnie wtedy nie rzuciła? (wybuch śmiechu) Pracowałbym jako brygadzista w Hucie im. Lenina. Całe życie szukałem, próbowałem, no i wreszcie znalazłem swoją i jedyną…

Traktujesz siebie jak super samca?

Powiedziałbym raczej, że jestem mężczyzną, który nie pyta siebie, co to znaczy prawdziwy mężczyzna. Kobiety mnie tego nauczyły. One nie mają żadnych wątpliwości co do własnej płci – poza niewielkimi wyjątkami, oczywiście. Faceci ciągle sobie coś wymyślają: męskie zajęcia, męski sport, męska rozmowa… To kanał, w który nie dałem się wpuścić. Te wieczory przy wódce z najebanymi koleżkami, krzykliwe przechwałki i przytulanki nad zalanym piwem stołem, wyznania przyjaźni i miłości, walenie konia na temat rozmiaru ryby złowionej trzy lata temu. To nie dla mnie. Nie łażę na siłownię, bo nie lubię zapachu męskiego potu i nie namówi mnie nikt na jakiś mecz jakiejkolwiek piłki. Nie będę się też nigdy podniecał rykiem silnika, bo lubię ciche i wygodne samochody, w których można się napić kawy bez oblewania jaj. Dobrze się czuję w towarzystwie kobiet, a nie facetów. Kobiety, to moje naturalne środowisko. Dziwne, że większość tych wszystkich „super samców” zwalcza zaciekle geizm w każdej wytropionej przez siebie postaci, ale nie przeszkadza im to w posiadaniu „najlepszego” męskiego przyjaciela. Ten przyjaciel to często koleś, który kiedyś posuwał lub właśnie posuwa po cichu jego żonę.

Czy dzisiaj ilość kobiet w trakcie i po waszych koncertach jest satysfakcjonująca?

Widzę na naszych koncertach dużo pięknych dziewczyn. Jeżeli na koncert nie przychodzą młode, ładne kobiety, to znaczy, że zbliża się koniec kariery. Podobnie jest z biznesem i polityką. Jak nie ma kobiet, to zbliża się KONIEC. One pojawiają się blisko mężczyzn i zjawisk zapewniających sukces. Z tonącego okrętu biznesu czy polityki kobiety po cichu znikają. Nie mają czasu na jakieś klęski i bankructwa. To jest domena facetów. To faceci lubią się chlastać i publicznie tarzać we własnych wnętrznościach. Oczywiście, że mamy piękne fanki, ale seks z nimi byłby niemoralny. Ale na przykład, z fanką Janka Borysewicza… Czemu nie? (Śmiech). Po pierwszym koncercie TSA, 12 lipca 1981 roku w Sopocie, do naszej garderoby weszła piękna dziewczyna. Powiedziałem jej, że ma piękną koszulę. W Polsce takich wtedy nie było. Ona od razu ją zdjęła i mi podarowała, a pod spodem… nie miała niczego. Zawstydziłem się jak dzieciak i dałem jej szybko swoją. Później się spotykaliśmy kilka razy, ale nie chodziło o seks. Byłem wtedy żonaty… To była mądra dziewczyna z zasadami.

Ty zasad nie miałeś?

Moja zasada była taka: nie jestem przystojny, ale za to bardzo wybredny (śmiech). Nie chcę jednak drążyć dłużej tych wszystkich tematów. Może kiedyś napiszę o tym książkę? Jest tylko jeden warunek – wszystkie te kobiety muszą się poważnie zestarzeć…

Twoja żona jest niewiele starsza od twojej córki.

To nie jest problem. Myślę, że wiek to tylko sztuczna bariera, którą ludzie stwarzają, żeby sobie życie utrudnić. Gdybym był młodszy to chyba byłbym za głupi, żeby być Kasi mężem.

Jaki masz dzisiaj kontakt z dziećmi?

Z czteromiesięcznym Filipem taki, jaki można mieć z ukochanym niemowlakiem, a z pozostałymi, jak większość rodziców w mojej sytuacji. Niektórym się wydaje, że wiedzą wszystko o swoich dzieciach i że jak spełniają ich potrzeby to one są szczęśliwe. Jednak rodzice przerzucają na swoje dzieci własne niespełnione marzenia i domagają się ich realizacji. Nie wymagam tego od swoich starszych dzieci, bo są ludźmi dorosłymi, którzy mają swoje własne życie i marzenia. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, będzie nieszczęśliwym człowiekiem. Jak byłem dzieciakiem, to ciągle uciekałem z domu i były ze mną same kłopoty. Mimo to moi rodzice mnie kochali.

Ojciec musiał mieć chyba rozdwojenie jaźni.

Na pewno, bo był oficerem Wojska Polskiego (śmiech). Zaczynał karierę w jednej jednostce z Jaruzelem. Prycza w pryczę. Pewnego dnia mój tata na wojskowych ćwiczeniach w Jaśliskach spotkał moją mamę i się zakochał. Jestem owocem ich miłości i mezaliansu, jak to się wtedy mówiło. Nie rozumiem tylko, dlaczego kiedy zdałem już maturę ojciec wysłał mnie, żebym zdawał na Wojskową Akademię Techniczną. Pojechałem z długimi włosami na egzamin i na matmie narysowałem na kartce egzaminacyjnej dużego kota, żeby mi nie wpisali zadań. Bardzo nie chciałem się tam dostać.

W jakim stopniu tata skończył służbę?

W kapitańskim, mimo że był wykształcony i pracowity. Jego wszyscy koledzy awansowali do stopni generalskich, a on jeden nie. Miał dwie „wady”. Nie był komunistą i nie chlał z nimi wódy. Poza tym miał bardzo ładną żonę. Wszyscy mu zazdrościli, jak cholera. No, a później, dodatkowo dwóch synów – długowłosych hipisów – po prostu klęska. Pewnego dnia powiedział mi: „Jeśli chcesz być wolny i niezależny, to bądź ale na swój koszt”. Jestem mu za to wdzięczny, bo gdy miałem 18 lat poszedłem w Polskę i nauczyłem się jak sobie radzić. Tylko czasami bywałem w domu, ale wróciłem na dłużej, żeby się nim zająć, kiedy miał wylew i był przykuty do wózka. Opiekowałem się nim kilka lat aż do mojego wyjazdu do Nowego Jorku.

Czy próby studiowania skończyły się na akademii wojskowej?

Po zaplanowanej klęsce na „Wacie”, zdawałem jeszcze na architekturę. Musiałem się jednak znowu wycofać, bo dowiedziałem się, że mój bogaty dziadek, wróg artystów i wszelkich odmieńców, zapłacił za mnie łapówkę. Potem kolega namówił mnie, żebym zdawał do Studium Kulturalno-Oświatowego w Ciechanowie. Miał zespół i szukał wokalisty. Dwustan, Tristan i Izolda – tak nazywała się ta grupa – poezja śpiewana. Napierdzielałem tam po swojemu aż w końcu skończyłem tę szkołę i jeszcze Studium Rekreacji i Rozrywki, specjalizacja: imprezy masowe dla dzieci.

Twoja branża.

Panowanie nad tłumem rozwrzeszczanych dzieciaków? (Śmiech).

Wojsko nie ścigało?

Miałem z tym same problemy: komisja za komisją. Szybko zrozumiałem, że podstawą życia w społeczeństwie sadystyczno-terrorystycznym jest znajomość tzw. prawa. Jak komisja mówiła: „Czekajcie obywatelu na bilet!”, to my, obywatel, nie czekaliśmy tylko braliśmy plecak i wyjeżdżaliśmy autostopem w Polskę aż do jesieni. Na jesieni musieli znowu mnie zbadać, bo po trzech miesiącach tamte badania nie były już ważne. Ostatnie oczekiwanie na bilet do woja spędziłem w Bieszczadach jako pomocnik tachymetry – to taki gościu co łazi z biało-czerwoną tyczką. Poznałem i polubiłem wtedy Łemków. Nauczyli mnie, jak się ostrzy piłę, siekierę, sposobów na ścięcie wielkiego drzewa i jak się uśmiechać nawet wtedy, gdy jest przechlapane.

No to jak się w końcu wywinąłeś?

Wysłali mnie do psychologa. Trafiłem na panią doktor, z którą się trochę znałem, bo występowała w amatorskim teatrze i kabarecie, a ja im robiłem za darmo dekoracje. „Pana chcą wziąć, panie Marku?”. Od razu wpisała mi: „psychopatia na tle ograniczenia wolności”. Nie do końca to pomogło. Na drugim badaniu, bo znowu mnie skierowali, musiała dopisać: „…z tendencjami samobójczymi”. To już było dla trepów za mocne. Przestraszyli się i dali mi na zawsze spokój.

Od kiedy nosisz długie włosy?

W 1968 roku po wydarzeniach marcowych, odkryłem, że nie pasuję do tego wszystkiego i… zapuściłem włosy. Chciałem, żeby z daleka było widać, że nie należę do żadnej organizacji. Byłem chyba pierwszym długowłosym w Bochni i miałem przerąbane. Rok przed maturą oskarżono mnie nawet o wyrzucenie za okno portretów Gomułki i Cyrankiewicza. Poważne śledztwo było.

Mieli dowody?

Nie mieli… (śmiech). Przyznałem się tylko do robienia samolocików z kartek wyborczych ZMS-u.

Widziałeś swoją teczkę?

Nie, ale pewnie mam jakąś. W Bochni dobudowali nawet całe jedno piętro na milicji, dla nowego wydziału, który miał się zajmować hippisami. Czekaliśmy aż to otynkują i zanim zdjęli rusztowania, w nocy namalowaliśmy tam centralnie wielką, czerwoną pacyfę. Użyliśmy minii, która wgryzła się w świeży tynk, a kiedy to wyschło to było nie do ruszenia. Jak zdjęli rusztowania to zrobiła się afera. Milicjanci wszystko musieli skuwać, bo zamalować się tego raczej nie dało.

Nigdy nie interesowałeś się swoją sfabrykowaną przeszłością?

Nie, bo po co? Chyba wiem, co tam może być. Nie byłem dla nich kimś bardzo ważnym ani groźnym ale miałem dwie propozycje współpracy, w tym jedną dosyć konkretną. Na początku lat 70. szukali wtyki-studenta na KUL-u. Chcieli, żebym tam studiował filozofię i rozpracowywał dla nich KOR. Miałem mieć załatwione mieszkanie, stypendium, no i oczywiście studia. Dowoziliby mi czasem nawet moją dziewczynę z Bochni. To była propozycja biznesowa, złożona mi na komendzie przez mojego byłego kolegę ze szkoły, który okazał się esbeckim oficerem. Wcześniej tylko mnie wsadzano kilka razy na 48 godzin. Potem przykleili do mnie kapusia, takiego „dobrego”, nieodłącznego kumpla, który miał dostarczyć im dowodów na to, że handluję prochami. Dawałem mu jakieś witaminy i inne obojętne pastylki, a on zanosił je do laboratorium, przekonany, że przynosi narkotyki (śmiech). Potem, po latach, ten palant miał do mnie pretensje, że udawałem ćpuna i go oszukiwałem! To były dziwne czasy i wszystko było jakieś chore. Nie miałem wtedy pojęcia o tym, czym jest heavy metal. Byłem fanem Iggy’ego Popa, Led Zeppelin i King Crimson.

Pamiętasz swoją pierwszą pracę?

Oczywiście. Wykopki… Nie ważne, że byłem długowłosy. Rolnicy brali wszystkich chętnych. Sianokosy, żniwa… wszystko przerabiałem. Pierwszy etat natomiast wydarzył się w magazynie spożywczym w pezetgieesie. Byłem jedynym po maturze, dodatkowo niepijącym i jedynym, który nie należał do ORMO. Z tego powodu magazynierzy uważali, że jestem kapusiem (śmiech). Kiedyś w tym magazynie przywaliła mnie zmarznięta pryzma słoniny. Nie polecam… Później byłem zatrudniony na ¼ etatu jako dekorator wystaw sklepowych. Do dziś pamiętam, jak zrobiłem w delikatesach bocheńskich reklamę ciastek bez cukru „Polecamy ciastka na słodziku – Kremlówki!”, albo na wagach z lusterkiem naklejałem napis: „Waga Brutto, Netto, Tararara” (śmiech). Moje wystawy były kolorowe i podobały się ludziom. Wyżywałem się w tej pracy artystycznie. Nauczyłem się też sitodruku. Wykonywaliśmy z bratem różne napisy na koszulkach.

Zapomniałeś jeszcze o ceramice.

No tak, to było wcześniej. Ciepłą wiosną czasem sypiałem na ławce na bocheńskim rynku. Kiedyś obudził mnie tam Ryszard Ciećkiewicz – ceramik i spytał, czy umiem wypalać ceramikę. Bez namysłu odpowiedziałem, że oczywiście. Dostałem pracę i wypalałem w piecu jego dzbanki – 18 godzin pracy non stop, co drugi dzień. Szybko skumałem na czym to polega i chyba byłem w tym dobry, bo mnie nie chciał zwolnić. Potem nauczyłem się wszystkiego, łącznie z budową różnych pieców: węglowych, gazowych i elektrycznych. Przez kilka lat pracowałem w innych zakładach, gdzie uczyłem się nowych technik i metod. Zbudowałem też w końcu swój własny warsztat, kiedy już miałem pieniądze zarobione w TSA. Wracałem z trasy po 50 koncertach i tam w ciszy lepiłem, malowałem i wypalałem dzwonki. Potem poszedłem na praktykę do garncarza, żeby nauczył mnie toczyć prawdziwe ludowe garnki. A ten zanim mnie zaczął uczyć, dał mi w kość przy kopaniu i ugniataniu gliny. Mało jest chyba cięższych prac na świecie.

Nigdy ciężej nie pracowałeś?

Pracowałem (śmiech). W Stanach ubierałem w Macy’s trzy gigantyczne choinki dziennie – przez 13 godzin bez przerwy. Najpierw trzeba było choinkę wyprostować i ułożyć – tzw. shaping, a potem zainstalować setki światełek na każdej gałązce! Koszmar. Trzy wypachnione panie menedżerki podają ci tylko nowe zabawki, na których są metki. Pod koniec dnia czujesz, że każda bombka waży sto kilo, ale wieszasz to wszystko, nie mając czasu się nawet wysikać. Za tobą jeżdżą i gwiżdżą kolejki elektryczne, śpiewają Mikołaje, piszczą melodyjki gier komputerowych, a na telewizorach lecą programy z rechoczącą publiką. To była najcięższa praca w moim życiu. Nienawidzę ubierania choinki…

W jakim fachu zarobiłeś najwięcej pieniędzy?

Jako elektryk. Uczyłem się tego przez dwa lata. Potem byłem już fachowcem. Amerykanie nazywali mnie „Rock and Roll”. Byłem niezależnym wykonawcą, który świetnie zarabiał.

Kiedyś powiedziałeś, że znudziło ci się być bogatym amerykańskim robotnikiem. A czy byłeś bogatym polskim muzykiem?

Byłem, ale na papierze, bo w czasach, kiedy pieniądze nie były nic warte. Gdy w 1983 roku wyszły dwie płyty, dostaliśmy z ZAiKSu kupę szmalu i… 65 procent podatku (śmiech). Od razu wszyscy naokoło napożyczali ode mnie kasy, bo tak naprawdę nie było z nią co robić. Później oddali, ale wszystko zaniosłem do Urzędu Skarbowego, bo mi walnęli domiar. Gdybym wtedy miał nos do interesów jak inni, to kupiłbym dolary i może byłbym bogaty.

Tymczasem ty postanowiłeś zostać Jezusem. Nadal masz sny z tym związane?

Tak i czasem są to koszmary, że spadam z krzyża. Wciąż uważam, że Jezusa nie da się zagrać. Ta rola sama niesie lub grzebie aktora. W spektaklu Gruzy byłem najniższy, ale i tak udało mi się zagrać wysokiego. Byłem najwyższy na scenie!

Może dlatego, że ty w ogóle chciałeś być aktorem. Brałeś nawet udział w konkursach recytatorskich.

I czasem dostawałem wyróżnienia. Dziewczyny przygotowane przez nauczycielki długo przynudzały o zaczarowanych dorożkach, a ja waliłem krótki wiersz Broniewskiego – od szeptu do krzyku – dynamicznie. Wszystkim kapcie spadały (śmiech). Uważam, że poezję trzeba czytać na głos, bo brzmi wtedy jak muzyka (W tym momencie Marek zaczyna recytować „Topiele i błota” Jesienina w oryginale…) Топи да болота,Синий плат небес. Хвойной позолотой Вззвенивает лес. Тенькает синица Меж лесных кудрей, Темным елям снится Гомон косарей….

Długo byś tak mógł?

Długo! Poezja to czyste piękno… Sam też czasem coś piszę, ale nie myślę o sobie jak o poecie.

Jak na prawdziwego satanistę przystało.

Hahahahaha. Wiem! To aluzja do wypowiedzi jakiejś głupiej dziennikarki z Białegostoku, która analizowała heavy metal i napisała gdzieś, że TSA znaczy Tajne Stowarzyszenie Antychrysta. Co za idiotka! Grałem Jezusa, wisiałem kilkaset razy na krzyżu, a ona mi z czymś takim wyjeżdża! Chciałem nawet podać ją do sądu, ale nikt wtedy nie traktował mojego oburzenia poważnie. Gadano także, że Jerzy Gruza za pieniądze komunistów wystawia Jesus Christ Superstar ze mną w roli głównej, żeby ośmieszyć Chrystusa. To były takie głupie czasy… Ale i tak pewien opat złożył mi propozycję: gdybym miał kiedyś problemy z władzą, to mógłbym schronić się w klasztorze. Czekała tam na mnie cela z książkami, telewizją satelitarną i wszelkimi wygodami. Zesłali go później na misję do Afryki i gdzieś tam zaginął. To był wspaniały, mądry człowiek.

Jakie najciekawsze wersje rozszyfrowania skrótu TSA słyszałeś?

Ten Sam Aranż, Tropiciele Siwaka Albina, Totalny Stan Anarchii, Total Soviet Army, Tajne Stowarzyszenie Antykomunistyczne i inne pierdoły w tym stylu.

Czy w trakcie zagranicznych wojaży ostro handlowaliście?

Nie przypominam sobie. Ale pamiętam, że wygrałem kupę szmalu w Brukseli. Przynajmniej wtedy wydawała się ona duża. Na wyjazdach nie potrafiłem oszczędzać, nie jadłem konserw, kanapek i hamburgerów. Gdy koledzy wcinali najtańsze buły, ja siedziałem w restauracjach, piłem wino i rozkoszowałem się przysmakami z kociołka (śmiech). Potem robili zebrania i opieprzali mnie, że przepuszczam pieniądze. No i wtedy, w Brukseli, zostało mi sto franków. Kupiłem za nie los na loterię. Wygrałem kilkaset franków. Potem znowu ciągnąłem losy. I znowu wygrywałem. Wszystko trwało z pół godziny, a ja cały czas wygrywałem, otoczył mnie nawet tłum gapiów. W sumie zarobiłem na tym interesie jedenaście tysięcy franków. Wszystko wydałem na szampany i dobre jedzenie dla kolegów, bo kanapki już się im skończyły. Kupiłem poza tym ogromne pudło Lego dla synka i nagrywarkę kasetową, którą w Polsce ktoś ukradł z garderoby podczas koncertu.

A resoraki?

Pełno ich było w domu. Ale pewnego dnia mój syn wymienił wszystkie na kota! A propos zagranicznych wyjazdów… Kiedyś po koncercie w małym klubie w Amsterdamie podszedł do mnie koleś, powiedział „I love you” i dał mi czekoladę. Zdziwiłem się, ale schowałem ją do kieszeni. Dopiero w Polsce dowiedziałem się, że ta „czekolada” była z haszyszu. Przejechałem z tym przez trzy granice! Jakby mnie złapali, nie wyszedłbym z kryminału.

9 lat temu powiedziałeś, że od 25 lat nie byłeś u lekarza. Czy coś się zmieniło?

Żonka wymusiła i zbadać się musiałem. Martwi się o mnie. Po wizycie u lekarza dostałem papier, że jestem zdrowy i mam teraz spokój. Ostatni antybiotyk przyjąłem w latach 80. Gdy trzy lata temu, dzień przed koncertem, wypieprzyłem się na dworcowych schodach i rozwaliłem kolano, Stefan Machel dał mi zwykłą tabletkę przeciwbólową, po której bez bólu skakałem, tańczyłem i śpiewałem do rana. Mam chyba dziewiczy organizm.

Słyszeliśmy, że z ciebie w ogóle niezły tancerz. Nie wyglądasz.

Nigdy się na nic nie wygląda. Tylko u ptaków wygląd jest adekwatny do tego, co potrafią. W Nowym Jorku tańczyłem po 20 godzin tygodniowo. Miałem taką formę, że ho ho ho. Uwielbiałem też trzydniowe maratony taneczne techno. Dobrze się to tańczy, gdy didżej jest artystą.

W Polsce też chodzisz na techno parties?

Nie, bo nie ma gdzie tańczyć. Tu się chyba tańczy tylko po to, żeby rwać panienki. Nadymione strasznie i wszyscy gapią się na ciebie jak na intruza. Alkohol jest podrabiany, a do tego zawsze jest gówniana muzyka. Jakbym usłyszał dobrego didżeja, to ze smakiem zaszalałbym sobie na parkiecie do rana. Z moja Kasią oczywiście.

A zaśpiewałeś kiedyś na weselu?

Raz – u kumpla, bo mnie zmusił szantażem. Potwornie fałszowałem. To była piosenka z obrzydliwymi dźwiękami. Raz w życiu poza tym dałem pokaz na dancingu (śmiech). Jak wykonałem Only you The Platters, wszystkie kobiety zerwały się ze stołków. Ale w Stanach, nawet za dobrą kasę, nie zgodziłem się otwierać polskich barów śpiewaniem z playbacku.

Wracając na stałe do Polski, stwierdziłeś, że to tutaj mieszkają najpiękniejsze kobiety.

Nadal tak sądzę. Mało tego, to chyba jedyna rzecz, która trzyma wszystkich facetów w tym kraju. Gdyby nie kobiety, żaden uzdolniony mężczyzna by tu nie mieszkał (śmiech).

Nigdy nie myślałeś o przeprowadzce do Warszawy?

Mój były menedżer powiedział kiedyś, że jak chcę być bogaty, muszę mieszkać w Warszawie. Jak chcę żyć jak artysta, łazić po imprezach, bawić się i nic nie robić, muszę się przeprowadzić do Krakowa albo do Pragi. A jak chcę być szczęśliwy, muszę zostać w Bochni. Dziś mam w centrum miasta 25 arów ziemi. Łąkę i ogród, a w ogrodzie kozę Klementynę. Uratowałem jej życie. Jacyś debile chcieli ją upiec na ognisku. Dałem im 50 złotych na kiełbasę i ją zabrałem. Klementyna ma zapewnione utrzymanie do końca życia. Gdy chcę zbulwersować trochę sąsiadów, zakładam jej świecące czerwone rogi. Takie jak z AC/DC (śmiech). Moja koza czasem wkurwia staruszki z sąsiedztwa, bo przełazi przez ogrodzenia i niszczy im fasolę i krzewy. Jej rozboje w ogródkach to jeden ze stałych elementów naszej sąsiedzkiej gry wojennej. Kiedyś usłyszałem zza płotu: „Panie Marku, skosiłby pan te chwasty, bo do mnie się zasieją”. Odpowiedziałem: „Może u pani są chwasty, ale u mnie rosną tylko zioła”. Albo: „Ta pana lipa tak śmieci, że całe rynny mam zatkane. Zetnij ją pan wreszcie…”. A ja na to: „Drogi sąsiedzie, lepsza śmiecąca lipa niż betonowa cipa”. Teraz cała moja ulica się z tego śmieje.

Żeby tylko ulica. Cała Polska się teraz śmieje.

Lubię przejaskrawiać i przesadzać. Stąd czasem te moje dziwaczne riposty (śmiech). Jestem kontestatorem i nie potrafię wyłącznie schlebiać ludziom, nie jestem też po to, żeby ich głaskać po tyłkach. Kiedy sąsiad żartuje, widząc mnie w lecie bez koszuli: „Takiś pan biały, że dyszcz zacznie przez pana padać”, to muszę, niby do siebie powiedzieć, że „my biali zawsze mieliśmy przejebane u czarnuchów”, choć wiem, że może się za to nawet obrazić.

Czy jako kontestator chodzisz na wybory?

Najchętniej głosowałbym na sieroty bez rodzeństwa, bo sieroty nie mogą obsadzać stanowisk swoimi krewnymi. Po drugie, chciałbym, żeby kandydat na burmistrza przynajmniej przez tydzień jeździł po mieście na wózku inwalidzkim. Wszystko na nim załatwiał, wszędzie wjeżdżał, robił zakupy, przelewy w bankach, wysyłał listy na poczcie, a co drugi dzień próbował wyjechać pociągiem lub autobusem do innej miejscowości. Wtedy byłaby jakaś szansa, że przyszły burmistrz zrozumie, jak ciężkie jest życie człowieka przykutego do wózka i może kiedyś, gdy już dorwie się do władzy, spróbuje to zmienić. Na tym polega demokracja: na realizacji praw najsłabszej jednostki, a nie mas. Dopiero gdy milion jednostek żyje w szczęściu, możemy mówić o szczęśliwym społeczeństwie. Ponieważ te dwa warunki nie są spełniane, na wybory raczej nie chodzę.

Co czytasz dzisiaj o sobie w internecie?

Ostatnio przeczytałem, że powinienem zostać księdzem, bo tak zdziadziałem (śmiech). Muszę się nad tym zastanowić. Może jakąś nową sektę założyć? Jak myślicie? To podobno świetny interes.

Byłoby ciekawie. Sekta prowadzona przez człowieka nazywanego kiedyś „najwybitniejszym wydrzymordą późnego PRL-u”.

Po pierwsze to głupie hasełko, a po drugie – nigdy nie byłem w PRL-u! Kartki na mięso i cukier zbierałem tylko w klaserze. Gdyby była teściowa nie podarła ich ze złości, że zmarnowałem tyle przydziałów na wódkę, miałbym dzisiaj niezłą kolekcję. Nigdy nie chciałem mieć talonu na Fiata, nie byłem w spółdzielni mieszkaniowej, nie należałem do żadnej organizacji, nawet do harcerstwa, chociaż lubiłem druhny (śmiech). Nie miałem ubezpieczenia, nawet pracy oficjalnie nie miałem ani żadnej pieczątki w dowodzie zaświadczającej o tym, że nie jestem pasożytem! Cały czas żyłem w kapitalizmie, bo zatrudniali mnie tylko rolnicy i rzemieślnicy albo wykonywałem wolny zawód. Nie pasowałem do PRL-u, a PRL nie pasował do mnie.

Czy twoje usposobienie jest związane z dietą?

Chodzi wam o to, czy jestem bardziej radosny, bo nie jem zwierząt? Chyba tak. Ludzie, którzy jedzą mięcho są ode mnie bardziej nerwowi. Chodzą wiecznie wkurwieni i chcą zatłuc każdego, kto jest inny niż oni. Przestałem zjadać zwierzęta nagle, w jednej chwili, bo mnie jakieś straszne obrzydzenie opanowało i tak jest już 15 lat. Nie będę jednak robił tu wykładu o wegetarianizmie, bo sami do tego obrzydzenia kiedyś dojdziecie. Odkryjecie nagle w jakiej obłudzie żyjemy i że każdy z nas od dziecka jest wychowywany w podwójnej moralności. Bo z jednej strony niby kochamy zwierzątka, ale z drugiej je maltretujemy w hodowli, potem zabijamy i zjadamy, choć na świecie jest tyle innego jedzenia.

Łatwo być w Polsce wegetarianinem?

Nie za bardzo, bo tu nie lubi się inności. Gdy chciałem wyjechać na wczasy z ZAiKS-u, usłyszałem, że nie mają wyżywienia dla takich jak ja „dziwaków – wegetarian”. Zastanawiałem się przez chwilę, czy jestem w ZAiKS-ie, czy w jakiejś składnicy złomu… Trudno u nas nie trafić na mięso w jedzeniu, w którym niby go ma nie być. Jesz jakiś jogurt, a w nim jest żelatyna, czyli zmielone kości albo czerwony barwnik z mszycy amerykańskiej. Nawet zupa jarzynowa jest gotowana na kościach, a w jadłospisach wielu restauracji w „daniach wegetariańskich” figurują pierogi z mięsem i skwarkami.

Nie nosisz skórzanych ubrań?

Jakoś nie lubię ich ostatnio używać, ale jeszcze je mam – z okresu, gdy nie byłem wegetarianinem. Nie dorabiam do tego żadnej ideologii, staje się to naturalne. Szukam wszędzie butów wysokiej jakości, które nie są ze skóry, ale sprzedawcy dziwnie na mnie patrzą, gdy o takie pytam (śmiech). No dobra! Słuchajcie! Zapraszam do mojego domu na kolację, którą wam upichcę. Zobaczycie, jak pozytywnie takie jedzenie wpływa na człowieka. Musicie wiedzieć, że po warzywkach nie smakuje wódka i tani alkohol. Nie idzie się po jedzeniu spać. Człowiek jest rozanielony i ma piękne myśli o seksie, którego pragnie się bardziej niż po golonce z piwem.

I to jest najkrótsza definicja wegetarianizmu.

No właśnie! Zastanawia mnie tylko, dlaczego wy – biedni dziennikarze, chcecie postawić mi obiad?


Na skróty:

O WOKALU:

Jedynie babcie z Koła Gospodyń Wiejskich są prawdziwymi amatorkami, bo za śpiewanie nikt im nie płaci.

Kiedyś na Brooklynie zaśpiewałem improwizowanego bluesa z Chinką, Koreańczykiem i czarnoskórym, niewidomym Amerykańcem. Po wszystkim Amerykanin stwierdził: „Jeżeli heavymetalowcy u was tak dobrze improwizują bluesa, to jak muszą śpiewać wasi bluesmani?” (śmiech).

O TAJNYM STOWARZYSZENIU ABSTYNENTÓW:

TSA gra góralską muzykę. Wystarczy wsłuchać się w Białą śmierć, Wielką fiestę, czy Twoje sumienie. Nie wiem, skąd u nas te wszystkie góralskie klimaty.

 

Już trzy razy mieliśmy propozycje zagrania z orkiestrą symfoniczną. Po co? Przecież nie ma orkiestry, która brzmi tak dobrze jak TSA! (śmiech). Każdy zespół, który nagrywał z orkiestrą, ponosił klęskę artystyczną. Łącznie z Metalliką czy Deep Purple.

O MOTORYZACJI:

Samochód prowadziłem parę razy, ale tylko w Nowym Jorku. W Polsce nie odważyłem się nigdy. Wkurwia mnie manualna skrzynia biegów. Nie będę się tego gówna uczył, za stary jestem na to. Poza tym na polskich drogach zawsze czuję się tak, jak by wszyscy chcieli mnie zabić.

2 komentarze
Skomentuj »

  1. o czym tu mówić – super

  2. świetne! Naprawdę w porządku człowiek :)

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*