Marek Dyjak

Marek-DyjakPRZEKRÓJ nr 12, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Jacek Poremba

Dostaliśmy w redakcji konkretne zadanie: „Pogadajcie z Dyjakiem po męsku. O kobietach”.

Nie wiem, czym jest „męska rozmowa”, a gadanie o kobietach jest jak krowa, która dużo ryczy i mało mleka daje. Z podwójnym rozwodnikiem lepiej o tym nie rozmawiać. Popełniłem za dużo błędów w relacjach z kobietami. Miesiąc temu jakiś producent z Wrocławia zaproponował, żebym zaśpiewał piosenkę Rezerwatu – Zaopiekuj się mną. Myślałem, że szlag mnie trafi. Równie dobrze Smoleń mógłby śpiewać Bogurodzicę. Dla niektórych jestem facetem, który powinien błagać dziewczyny, żeby się nim zaopiekowały. A ja wiem, że w wyniku tej opieki dziś wyglądam, jak wyglądam.

Sławomir Mrożek w rozmowie z nami stwierdził, że kobiety to lepszy gatunek ludzi.

To prawda. Były stworzone jako drugie, więc to ulepszona wersja człowieka. Pewnie dlatego kibolami są mężczyźni. Faceci burzą domy, a kobiety je stawiają. Ja sam mam w sobie zajebiście dużo babskości. Nie muszę tracić heteroseksualnego zmysłu, żeby stwierdzić, że płynie we mnie również kobieca krew. Zwykle kochamy w innych to, co jest w nas. A zdrowym napędem do jakiegokolwiek działania jest tylko kobiecość.

Gdyby nie one, to…

Nie zrobiłbym nawet jednego kroku. To kobieta była bezpośrednim powodem uprawiania mojego zawodu. Zaśpiewałem jej tylko po to, żeby się popisać. Dla chłopaka, który codziennie dojeżdżał ze Świdnika do zawodówki w Lublinie, przeskok na poezję śpiewaną i skłamanie, że jest inteligentem śpiewakiem, było jak skok w przepaść. O dziwo się nie zabiłem. Może dlatego, że już wtedy byłem bardziej muzykiem niż hydraulikiem.

Cały czas śpiewasz dla kobiet?

To moja podstawowa publiczność. Na koncerty przychodzą kobiety i mężczyźni zaproszeni przez te kobiety, ewentualnie mężczyźni tacy jak ja. Cała nowa płyta jest dla kobiet, a niektóre piosenki nawet dla konkretnych kobiet. Ale też dla mężczyzn, którzy w swoim życiu znaleźli się w podobnej sytuacji jak ja. A jest ich niemało. Każdy kiedyś został sam, jak powiedział Bukartyk.

Potrafiłbyś określić kobietę jednym słowem?

Morze. I niech każdy sobie wybierze, przez jakie „żet”.

Jak się gra koncerty dla mamy?

Ciężko. Mama słuchała mnie na żywo tylko dwa razy. Raz w naszym rodzinnym Świdniku przyszła z sąsiadkami. Po koncercie powiedziała: „Wiesz, to nie jest muzyka dla mnie. Taka byle jaka…”. A innym razem nie mogła przeżyć, że powiedziałem ze sceny: „Matka Boska mnie nie obchodzi, bo każdy ma swoją matkę. Dla mnie moja matka jest boska”. Takie porównanie ją uraziło. Usłyszałem, że jestem za radykalny i że zachowuję się zupełnie jak mój dziadek, który zresztą urodził się tego samego dnia co ja.

Tej historii nie znamy…

Dziadek przez szereg lat był poważnym wirażką w Lublinie. Twardy jak stal. Ma wytatuowaną kotwicę, jak ja. Żyd spod Moskwy, który był w WiN (zrzeszenie Wolność i Niezawisłość – cywilno-wojskowa organizacja antykomunistyczna założona 2 września 1945 r. – przyp. red.). W 1948 r. złapali go z bronią. Na szczęście nic więcej mu nie udowodnili, bo na pewno by nie przeżył. A tak „tylko” zaliczył wiele lat na Zamku Lubelskim (Służba Bezpieczeństwa przetrzymywała tam i torturowała „wrogów władzy ludowej” – przyp. red.). Między innymi siedział też w ciężkim więzieniu w Sieradzu. Jedyne, czego się nauczył podczas swojej działalności w AK i WiN – gdzie notabene musiał ukrywać swoje pochodzenie – była regularna partyzantka, co w czasie pokoju oznacza życie, które zmusza do łamania rozmaitych paragrafów prawa karnego. Kiedy matka chce mi dopiec, to mówi, że jestem jak dziadek. Czyli rasowy łobuz.

A jesteś?

Nie, bo mam w sobie za dużo beksalalizmu. Oczywiście zdarzały mi się akty przemocy, ale jak komuś zrobiłem krzywdę, to potem nie potrafiłem się z tego dźwignąć i do dzisiaj mam wyrzuty sumienia. Tak naprawdę jestem połączeniem dwóch dziadków: Gienka i Franka. Ten drugi był romantykiem – kawalerzystą 27. Pułku Ułanów, z włosami zaczesanymi do tyłu. Franek miał wielkie poczucie humoru, skoro syna, czyli mojego ojca, w 1947 r. nazwał Jan Adolf.

Po Adolfie masz ten charakterystyczny dzwon w głosie.

Zgadza się. Ojciec żyje, ale nie mamy kontaktu. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek był na moim koncercie. Kiedyś dzwonił do mnie Adek Drabiński, reżyser. Byłem przelotem w domu, a do tego cholernie przeziębiony. Matka posmarowała mi spirytusem szyję i obwiązała szalikiem, żebym się wygrzał. Telefon odebrał ojciec, a Adek myślał, że to ja, czyli głosy mamy identyczne… Stary pozwolił sobie wtedy na jeden jedyny żart w moim kierunku. Otworzył drzwi i krzyknął: „Ty, Kiepura! Telefon do ciebie”. A ja w tym szaliku… Ojciec to umysł ścisły, fizyko-chemik wysokiej klasy. Pracował przy syntezie światła. Jedyna wspólna rzecz, którą z nim mam, to wóda. Ja, który się zarzekałem, że nigdy w życiu nie wypiję, pierwsze kroki skierowałem do baru. I od razu zacząłem od litra. Momentalnie wiedziałem, że to jest to. Uwierzcie, że gdyby nie spustoszenie wokół mnie i utrata zdrowia, to piłbym dalej. Pazerność mnie zgubiła. Umiarkowanie w jedzeniu i piciu to bardzo ważne przykazanie. Ja je złamałem i dzisiaj wieczorem, chłopaki, się nie napijemy. A szkoda, bo w małych ilościach alkohol jest lekarstwem.

My nie namawiamy. A inni?

Oczywiście. Cały czas. Często niebezpośrednio. Na przykład w garderobie przed koncertem stoi i patrzy na mnie 0,7. Niektórzy chyba myślą, że moje niepicie to jakaś baśń. Poza tym cały czas przesiaduję w barach, w których każdy chce się napić. Kradnę rytuał. Stawiam ludziom wódkę, piję oczami. Natury pijaka nie oszukasz. Jak widzę jakiegoś pijanego bidulka, który chce się ze mną napić, to wychodzę. Całe życie bełkotałem ludziom nad głowami, a dziś nie potrafię wysłuchać pijanego człowieka. Często mam bardzo realistyczne sny, w których piję, a potem mam kaca. Budzę się i rzeczywiście – boli głowa, spierzchnięte usta… Suchy kac. Biegnę do sklepu po sok z kiszonych ogórków. Zachowuję się wtedy jak zły człowiek. I tak będę miał do końca życia. Bywa ciężko. Ale wiem, że tak samo ma parę milionów chłopaków, więc nie ma co płakać i narzekać.

Czy w starych czasach bywałeś Kudłatym ze Złego?

Byłem zezwierzęcony jak on. Ale pięć lat temu umarłem i teraz jestem w czyśćcu. Moje życie jest dzisiaj bardziej kolorowe, ale niemiłosiernie mnie wkurwia. Wóda życie rozpuszcza, rozmiękcza. Bez niej świat jest jak wycięty żyletką – ostry, aż razi. I wydaje się, że na wszystko trzeba reagować. Poza tym pojawia się to przejebane słowo: odpowiedzialność. Świat jest absolutnie bezlitosny. Nie dostrzegałem tego wcześniej. Wódka była romantyczna. Trzeźwość to okrutny flow. Dopiero dziś uczę się zwykłych rzeczy. Robię zakupy, płacę rachunki… Rachunki! Przez całe życie nie wiedziałem, co to, kurwa, jest. Uruchamiam pralkę, korzystam z telefonu, piszę listy… Niestety, walę w nich zawodowe byki. Choć z drugiej strony „ktury” zawsze będzie znaczyć to samo co „który”.

Czujesz się medialną ciekawostką?

Tak, bo wiem, że wódka w naszym ultraalkoholowym kraju jest cwanym nośnikiem. Pejoratywnym, ale cwanym. Dzięki niej zawsze znajdzie się jakaś płaszczyzna do rozmowy. I na trzeźwo, i po pijaku. Trzeba jednak pamiętać, że problemem Dyjaka nigdy nie była wódka. Problemem i największym wrogiem Dyjaka był Dyjak. Zresztą są tacy, którzy twierdzą, że nadal jestem rozchełstany i pojebany. Mój kumpel, który jest oficerem służb specjalnych, powiedział mi, że najgorszą rzeczą, jaka mogłaby mu się przytrafić, byłoby śledzenie Dyjaka przez tydzień. Dlaczego? Bo moje postępowanie nie jest skażone jakąkolwiek logiką. Facet nie byłby w stanie napisać sensownego raportu (śmiech). Sam mam problem ze śledzeniem Dyjaka. Łapię jakiś ogólny, daleki plan, a następnie myślą, mową, uczynkiem, zaniedbaniem i lenistwem do niego dążę.

I nie jesteś neofitą. To zaskakujące i wyjątkowe.

Nie jestem i nie będę, bo to hipokryzja. Nigdy też nie zapiszę się do AA. Andrzej Poniedzielski powiedział, że po „a” zawsze jest „b”, a nie drugie „a”.

To, że reklamowałeś piwo, było dość zabawne.

Teraz czekam, aż zgłosi się do mnie Wyborowa. Zgodziłbym się od razu. Uważam, że wódka jest dobra. Niedobre jest tylko przeginanie z nią. Najpiękniejsze chwile mojego życia były kombinacjami wódki i mnie. Nie będę się tego wyrzekał jak żaba błota.

A jak zdrowie?

Niedawno miałem badania. Ciężko w to uwierzyć, ale mam płuca i wątrobę jak 16-letni Malinowski przed olimpiadą. Jestem jak mszyca – odporna prawie na wszystko. Prawie, bo totalnie siadł mi układ nerwowy. Coś musiało się zepsuć.

Dobrze, że nie siadła ci bardowska moc.

Też się cieszę. Być może dzieje się tak dlatego, że trzymam się z daleka od każdej systematycznej pracy. Wojsko, kawaleria, musztra – nic z tych rzeczy. Tylko partyzantka. Nie nadaję się do jakichkolwiek instytucji. Zaplanowane działania grupowe kojarzą mi się z przemocą, a ja nie lubię zorganizowanej przestępczości. Przed wojną artystów nie wpuszczało się do domu. Na szczęście nie uważam się za artystę. Jak podpisuję ludziom płyty, czuję się jak konduktor sprawdzający bilety. Muzyk jest jak taksówkarz. To zawód usługowy. Śpiewałem po pubach, barach, a w ostatnią Wigilię zaśpiewałem nawet na porodówce w Tychach. Powoli zaczynam dostawać propozycje występów na pogrzebach i weselach. Jestem zachwycony, bo właściwie zawsze mi o to chodziło.

Na czyim pogrzebie śpiewałeś?

Zaliczyłem stypę po chłopaku, który w dzień swojego ślubu zadzierzgnął się na klamce od samochodu. Wcześniej przyłapał pannę młodą z kimś innym. Jako zawodowy refrenista pasowałem do takiej uroczystości. Wokalistą nie jestem, bo wykonuję tylko refreny. Cieszę się, że znalazło się miejsce dla niewykształconego faceta, który robi swoje. Nie ma sensu porównywać mnie z Waitsem, bo nie mam z nim nic wspólnego.

Z gitarą, papierosem i tym swoim chropowatym dzwonem w głosie przypominasz nam…

Gintrowskiego.

Nie! Wilka z Wilka i zająca.

Ach, kurrrwa! To moja ukochana bajka. (I dalej wilczym głosem) „Nu, Zajec, skażitie ty mienja, kakije ty chatiesz miec zuby? Możet byc załatyje. Nie nada, nu kakije? Sriebrnyje. Toże nie nada. Nu kakije? Dżinsowyje!”. Zabiliście mnie tym porównaniem. Ja naprawdę nim jestem. W każdym odcinku wpierdol. W każdym porcie wtopa (śmiech). Jego losy to moje losy. A zając to na pewno zajęczyca…

Po wysłuchaniu twojej nowej płyty dziewczyny nie dadzą ci żyć.

Tak myślicie? Jak ja to, kurwa, uniosę? Jestem ortodoksyjny. Kiedy żyję w związku, to trzymam się z dala od innych kobiet. Wszystkie relacje są na per pani i per pan. W poprzednim życiu wymagałem nieustannej pomocy, w związku z tym przeżyłem prawie każdą formę upokorzenia. Teraz staram się żyć tak, by samemu móc zaoferować komuś pomoc.

Kobiety będą twoim największym sukcesem komercyjnym.

Boję się tego. Od uknucia pomysłu na ten album do jego realizacji minął rok z groszami. Pierwszy raz w życiu stanąłem przed prawdziwą górą do zdobycia. A jak już mówiłem, w czyśćcu pracuje się chujowo. Bardzo chujowo. Do tej pory płyty nagrywałem przez góra dwa, trzy dni. Na żywioł. Tutaj już się tak nie dało – w sesji wzięło udział ponad 15 zawodowych muzyków. W trakcie pracy zacząłem się makabrycznie bać i myśleć: „W co ty się wpierdoliłeś?”. Byłem przekonany, że tym razem się doigrałem. Na pytanie, o czym marzę, które zadał mi filmowiec Paweł Bogocz, odpowiedziałem, że gdybym miał pieniądze, rozdałbym je wszystkim zaangażowanym w projekt Kobiety i zapomniał o temacie. Fragmenty naszej rozmowy dodałem później do poszczególnych utworów. Ta płyta w ogóle by nie powstała, gdyby nie zaangażowanie i odwaga producenta Marcina Macuka.

Co będzie, jeśli nagle staniesz się tak popularny, że zaczną cię zapraszać do tańców na lodzie?

Oby mnie Bóg miłościwy trzymał od tego z daleka. Jeżeli kiedyś zobaczycie mnie w jakimś żenującym programie, to będzie znaczyło, że na szybko potrzebuję pieniędzy na jakiś zbożny cel, typu choroba kogoś bliskiego. Głośno bym o tym nadawał i traktował się jak ofiara całopalna. Poza tym i tak by mnie nie wzięli… Zobaczcie, jak ja wyglądam. Golę się bez lustra, bo nie mogę patrzeć na ten zakazany, kartoflany ryj. Na szczęście mam harcerski zarost.

Trochę temu ryjowi pomogłeś.

Trochę ja, trochę asfalt, wiadomo.

Na Famie 18 lat temu byłeś niezłym przystojniakiem.

Ale za to tak głupim, że jakby wsadzić mój mózg do głowy komara, to by wyszła grzechotka.

Byłeś dobrym bokserem?

Chujowym jak nieszczęście. Fizycznie nie do zajebania, ale nie lubiłem bić kolegów. Jak kogoś znałem, nie umiałem go uderzyć. Uważam, że w walce nie powinno być żadnych zasad. Nóż, pięść, sztacheta, gwóźdź, łopata, kij, miecz, granat, rakieta balistyczna. Masa przeciwko masie. Jak są zasady, to już nie jest walka, tylko sport. A ja nienawidzę sportu.

Czy ludzie się ciebie boją?

Czasami niektórzy się brzydzili, ale strachu nie widziałem. Raczej przyciągam osoby, które szukają kłopotów. Na szczęście mam piękną broń: umiem się porozumiewać różnymi językami. Wystarczy, że się odezwę, i to najczęściej kończy sprawę. Oczywiście nauka tych języków trochę trwała. Stąd blizny na całym ciele. Moje plecy wyglądają jak powierzchnia księżyca. „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”. Co za bezsens! Gdybym tak postępował, to dawno siedziałbym na Rakowieckiej.

Ile znasz tych języków?

Wystarczająco dużo. Największą sztuką nie jest dostosowanie się do poziomu, powiedzmy, Mrożka. Najtrudniej znaleźć język, którym można mówić do pensjonariuszy izolatki na oddziale szpitala zamkniętego w Lublińcu. Jak tam przetrwasz, to rozmowę z Mrożkiem pykniesz o tak (pstryka palcami). Najtrudniejsza lingwistyczna szkoła świata – szpital psychiatryczny połączony z więzieniem. W budynku, w którym swoje eksperymenty prowadził Mengele. Marzec, kraczące wrony za oknem…

Jesteś z kimś dzisiaj mylony?

Na pewnej imprezie pani Kwaśniewska powiedziała: „Witaj, Stasiu”. Pocałowała mnie w policzek i poszła dalej. Pomyliła mnie z Soyką. Innym razem spotkał mnie facet i wypalił: „Ale pan jesteś, kurwa, podobny do Dyjaka. Taki śpiewak Dyjak, znasz pan? Podejrzanie jesteś pan podobny…”.

Bywasz szczęśliwy?

Szczęście może być bardzo nudne. Moment, w którym zauważasz, że jesteś szczęśliwy, to prawdopodobnie ostatnia chwila tego stanu. Człowiek nie umie przewidzieć, kiedy stanie się lepiej. Bo to, że będzie gorzej, czuje w trzewiach zawsze. Ale i tak żyje w złudzeniu, że wydarzy się coś fajnego. Spadnie z nieba. Ja już tak nie mam, nie łudzę się. Nic dobrego w życiu nie spotka mnie bez wysokiej ceny, już niczego nie dostanę za darmo. Wszystko będzie wynikało z walki. Mam tylko nadzieję, że robotę refrenisty wykonam dobrze do końca. I, jak w wierszu, „upadnę ładnie”, czyli nie doprowadzę się do stanu, w którym uznam, że jedyne dobre wyjście to samobójstwo. Choć o śmierci myślę codziennie.

Kiedyś powiedziałeś, że twoje życie upływa pod znakiem: „Nie zaznasz, chuju, spokoju”.

Nic się nie zmieniło, bo trzeźwienie ma różne oblicza. Albo nadpobudliwość jak po paczce koksu, albo senność. Choroba objawia się różnie każdego dnia. Tylko na bani dni są identyczne. Nie piję, ale każdego dnia mam ochotę na C2H5OH. A to wkurwia, kiedy masz parę groszy przy dupie, a wódka jest tańsza niż kiedyś. Niesprawiedliwość losu (śmiech).

Nie popłyniesz?

Jeśli popłynę, to będzie samobójstwo. Z punktu widzenia medycyny i honoru. To system zero-jedynkowy. Nie piję – żyję, piję – nie żyję. Tak proste i tak skomplikowane. Dwoistość natury. Zresztą ja potrafię funkcjonować tylko w dwóch stanach – takim, w którym walczę, i takim, w którym leżę i nic nie robię. Od dłuższego czasu walczę, ale jestem tym już mocno zmęczony. Pięć lat trzeźwienia, kilka płyt… I wciąż niedosyt, bo nie było jakiegoś podsumowania. A dodatkowo dopiero teraz wchodzę na najbardziej grząski grunt – Kobiety. Ta płyta to kąpiel z piraniami.

Na skróty:

Czy ja wyglądam na Żyda? Czy ja wyglądam na muzyka? Czy wyglądam na kogoś, w kim płynie krew, która się boi?

Gdybym zaczął pisać teksty, wyszedłby kabaret. Jak już będę chciał zakończyć karierę muzykanta, zacznę pisać. Wtedy pozamykam sobie wszystkie drzwi.

Ubieram się tylko w taniej odzieży. Przeważnie na czarno, bo to bardzo praktyczne – od razu można mnie pochować.

W Polsce podobają mi się dwa miasta: Nowa Sól i Włodawa. Wszędzie mogę być młotkiem, a tam zawsze czuję się bardem.

Wolę być biedny. Duże pieniądze zawsze doprowadzały mnie na skraj.

W łowieniu ryb nie chodzi o mięso.

Samotność nie ma płci.

Nie chciałbym być Maćkiem Maleńczukiem własnego losu.

Jacek Kleyff to bezlitosne, lewicowe wyluzowanie.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*