Marcin Wyrostek

PLAYBOY nr 04, 2012 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Marcin Klaban

Jak się podrywa na akordeon?

Dajcie spokój. Wszyscy koledzy ze szkoły muzycznej mieli problem, żeby przed dziewczynami w ogóle przyznać się do akordeonu. To naprawdę było obciachowe. Mam nadzieję, że podejście do tego instrumentu powoli się zmienia. Chciałbym, żeby zniknęła biesiadna łatka, którą ma akordeon. To fantastyczny instrument koncertowy.

Czułeś się kiedykolwiek obciachowo, grając na nim?

Był taki moment w liceum. Wyjazdy, koncerty, ludzie z branży, wszystko spoko, ale jak przychodziła konfrontacja z rówieśnikami, którzy wymiatali na gitarach, to czułem się nieswojo. Tym bardziej, że zawsze brakowało pomysłu na nagłośnienie, oświetlenie i repertuar. Dziś uważam, że przy odpowiedniej oprawie, akordeon nie ustępuje widowiskowością gitarze.

A widziałeś kiedyś akordeonistę z widowiskową, długą brodą?

Nie i chyba nigdy nie zobaczę. Brodaty akordeonista miałby duże problemy z regestrami. Poza tym pozostaje jeszcze kwestia kominów pod brodą.

Czego?

Widzicie, jaką mam krzywą brodę? (Faktycznie, prawa strona kości brody Marcina jest wklęśnięta – przyp. aut.). Zwróćcie uwagę, że akordeoniści często przykładają brodę do instrumentu. Jednak nie po to, żeby go przytrzymać, tylko aby włączyć inną barwę brzmienia. Chyba, że są dziećmi i walczą z za dużym instrumentem. W dzieciństwie używałem brody jako dodatkowego stabilizatora. Nie miałem wyjścia. Gdybym nie opierał brody o instrument, nie widziałbym palców. Ta krzywizna to pamiątka po tamtych czasach. Bardzo długo w ogóle nie miałem zarostu w tym miejscu i świeciłem wyślizganym plackiem. Dopiero na studiach nabrałem wystarczającej krzepy i godzinami trzymałem akordeon bez pomocy brody. Zarost z czasem się pojawił.

A co z włosami na klacie i udach?

Nie rozumiem.

Od Czesława Mozila wiemy, że każdego szanującego się akordeonistę można poznać po wydepilowanych od instrumentu klacie i udach.

Jeśli ktoś ćwiczy nago, to może i tak (śmiech). Zresztą ja gram głównie na stojąco, więc wycieranie włosów na udach odpada w przedbiegach. Siadam tylko, jak ćwiczę, ale po chwili i tak wstaję, nawet kiedy gram po ciemku.

Po ciemku? Wstydzisz się?

Pewnie, w końcu gram na wstydzie (śmiech). Często zaciemniam pokój i gaszę światło. Odcinając jeden zmysł, wyostrzam pozostałe. To bardzo pomaga. Podobnie jak stanie przy ścianie. Kiedy dźwięk odbija się od muru, lepiej go słychać.

Problemy z kręgosłupem?

Nie ma przebacz. Odcinek lędźwiowy daje o sobie znać. Ale też nie ma tragedii. Od dawna stosuję system podwójnych pasów. To mój własny patent, żeby było lżej i wygodniej.

Powinieneś oficjalnie opatentować ten pomysł i sprzedawać go producentom akordeonów.

Z taką ofertą będę musiał pojechać pewnie do Włoch. Większość najlepszych akordeonów na świecie powstaje w jednym miejscu – we włoskiej miejscowości Castelfidardo. Tam swoje manufaktury mają takie marki jak Paolo Soprani, Victoria, Scandalli, Guerrini, Excelsior, Dino Baffetti, Gabbanelli, Pigini a także Ballone Burini. Nigdy tam nie byłem, ale wyobrażam sobie, że musi to być niesamowite miejsce: każda para rąk pracuje nad jakimś akordeonem.

A jak twoje ręce? Nie mdleją po kilku koncertach dziennie?

Nie ma takiej możliwości. Ale kiedyś pozwoliłem sobie wypić dwa Red Bulle między koncertami. Efekt był tragiczny. Podczas występu zaczęły mnie łapać skurcze. Potworna walka z materią. Nie byłem w stanie rozciągnąć miecha. Wbrew pozorom gra na akordeonie wymaga dużo siły.

Czyli nie jest to instrument dla słabeuszy?

Zdecydowanie nie. Prawdopodobnie dlatego w mojej branży jest dosyć mało zawodowych akordeonistek.

Nie znalazłbyś choćby jednej na naszą rozkładówkę?

Szkoda, że moja żona nie gra (śmiech). A tak na poważnie, to byłby problem. Dziewczyny są zwykle za wątłe do dużego, 15-kilogramowego instrumentu.

Wiadomo – im większy, tym lepszy…

Brzmi może dwuznacznie, ale prawdziwie. Im większe pudło rezonansowe, tym lepsze brzmienie oraz większa skala dźwięku. A im instrument większy, tym cięższy i bardziej niewygodny – szczególnie dla kobiet. Przecież to 15-kilogramowe pudło przygniata klatkę piersiową.

Coś sugerujesz?

Na pewno znajdziecie wspaniałe akordeonistki-amatorki. Ja jednak na rozkładówce PLAYBOYA wolałbym oglądać Jennifer Lopez.

Jesteśmy za, ale Lopez ma prawie 43 lata… Czy im starszy akordeon, tym lepszy?

To nie skrzypce. Mówiąc kolokwialnie – akordeony się rozgrywają. Z czasem przestają trzymać szczelność, wosk kruszeje…

Wosk?!

W środku każdego akordeonu jest głośnia, czyli mówiąc w olbrzymim uproszczeniu, taka harmonijka ustna ze stroikami. Bo nie wiem, czy wiecie, że akordeon i harmonijka to ta sama rodzina instrumentów harmonicznych… Ale wracając do pytania – miejsca w głośni pomiędzy stroikami zalewane są właśnie woskiem.

Na jakim najstarszym akordeonie grałeś?

Na tym od mojego taty, który wisi w domu rodziców na honorowym miejscu.

Czy to ten instrument, który dziadek kupił za pieniądze ze sprzedaży krowy?

Właśnie ten. Wciąż w rodzinie. Przechodzi z ojca na syna. Gdyby nie dziadek, który porwał się na takie „szaleństwo”, żeby synowi zafundować porządny instrument, jego wnuk nie byłby akordeonistą. Tata jednak zdradził akordeon i zaczął szkołę muzyczną na klarnecie. Potem dziadek miał wypadek i ojciec, jako najstarszy z rodzeństwa, musiał zacząć normalnie pracować. Szkołę przerwał. Samo życie.

Krowa na wsi to był kiedyś majątek.

Dzisiaj instrument tej klasy, co polska „Wiktoria”, którą nabył dziadek, kosztuje ok. 8 tys. zł. Nawet teraz wydaje się, że to bardzo dużo. Ale w tamtych czasach wartość nabywcza krowy była znacznie wyższa.

Niestety krowy bardzo się zdewaluowały. Dziś trzeba sprzedać cztery, żeby starczyło na jeden, średniej jakości, akordeon.

I co to mówi o naszych czasach? Krowy po prostu zeszły na psy.

Nie chciałeś nigdy rzucić akordeonu na rzecz innego instrumentu?

Przez chwilę myślałem o trąbce. Nie miałem jednak czasu na zmiany, bo bardziej zajmowała mnie wtedy mechanika samochodowa i agresywna jazda na rolkach. Ubierałem się w czarne lenary z białymi szwami na wierzchu. Pamiętacie te spodnie. Był szacun (śmiech).

Jakie plakaty wieszałeś wtedy nad łóżkiem?

Pamiętam przede wszystkim obrazki z BMW i Guns’n’Roses. Potrafiłem wtedy z kumplem wystawić kolumny na balkon i na całą dzielnicę puszczać November Rain. Co za czasy… Nie wiem, jak mogłem znaleźć wolną chwilę na cokolwiek. Ćwiczyłem całymi godzinami i wciąż koncertowałem. W domach starców, domach dziecka, domach kultury, przedszkolach albo kościołach.

Kto był twoim „menedżerem”?

Głównie mój nauczyciel, a także ojciec. Ale jeszcze w czasach przedszkolnych nietuzinkowymi umiejętnościami popisywała się moja starsza siostra. Kiedyś zaszliśmy po coś do sklepu, w którym sprzedawca poprosił, żebym coś zagrał. W nagrodę dostałem cukierki. Wyszliśmy ze sklepu, a za parę metrów siora złapała mnie za fraki i wrzuciła do kolejnego. W ten sposób obeszliśmy połowę sklepów w Jeleniej Górze. Był z niej prawdziwy rekin biznesu.

Ty za to byłeś rekinem uwodzenia. Swoją żonę poderwałeś już w podstawówce.

To ona mnie wypatrzyła! Na jakimś apelu, na którym „cisłem” różne etiudy i ćwiczenia. Opowiadała mi później, że miałem marynarkę w kratę i ogólnie robiłem dobre wrażenie. Ale tak naprawdę to zainteresowaliśmy się sobą dopiero w liceum. Pamiętam, że zaiskrzyło w Lany Poniedziałek. Alicja szła sobie do kościoła. Sucha nitka na niej nie została. Tak to się zaczęło (śmiech). Miała farta, bo z chłopakami zwykle zasadzaliśmy się nad Kamienną i wszystkie przechodzące dziewczyny wrzucaliśmy do rzeki.

Czy żona potrafi grać na akordeonie?

Nie bardzo. Na szczęście jest normalna, dzięki czemu w rodzinie panuje równowaga. U mnie w domu grałem ja, grała siostra i grał ojciec. Tylko mama była normalna. Zresztą też Alicja. Tata nigdy nie rozstał się z muzyką. Grał w każdej wolnej chwili. Nawet jak był w szpitalu to grał. Podobnie jak ja. Ojciec to pracoholik. Mam to po nim. Tak samo jak smykałkę do prac technicznych. Tata pracował, montując instalacje sanitarne, ale też własnoręcznie zbudował nasz dom, łącznie z wylewaniem betonowych bloczków. Poza tym lubił naprawiać samochody. To też od niego przejąłem. Miałem 20-letniego malucha, który wciąż się psuł. Nie można było nim odjechać od Jeleniej Góry dalej niż 20 kilometrów. Kupiłem więc książkę Sam naprawiam i po pewnym czasie sprawnie rozbierałem skrzynię biegów, a nawet głowicę, o wymianie zawieszenia nie wspominając.

Wspomniałeś o szpitalu…

A wiecie, że tacie kiedyś o mało nie wycięli przez pomyłkę wyrostka? Przyszedł do szpitala i przedstawił się. To wystarczyło. Po paru minutach wieźli go na salę operacyjną (śmiech).

A co z twoim szpitalem?

Nie miałem dla siebie litości. Ćwiczyłem, wykładałem na uczelni, grałem koncerty. Ze zmęczenia podpierałem się nosem. Jeździłem wszędzie tam, gdzie chcieli mnie słuchać, do każdego nawet najmniejszego domu kultury. Nigdy nie odpuszczałem. Potrafiłem jechać w trasę z silnym zapaleniem okostnej, codziennie – własnoręcznie – drenując chory ząb. Lata jedzenia w biegu byle czego dały o sobie znać. Diagnoza – ostre zapalenie trzustki. Dwunastokrotnie przekroczyłem normę amylazy. Lekarze przecierali oczy ze zdumienia. Kiedy już położyli mnie w szpitalu, to i tak ćwiczyłem na sali aż miło. Pozostałym pacjentom bardzo się podobało.

Wyleczyłeś się chociaż?

Z pracoholizmu czy zapalenia trzustki? Jakoś się wylizałem, ale przez cztery miesiące miałem bardzo surową dietę. Chude mięso i warzywa na parze, ryż i makaron. To wszystko popijałem tylko wodą. Na koncerty w Niemczech zabrałem ze sobą dwadzieścia słoików z „moim” jedzeniem. Inaczej chyba bym się przekręcił.

Grałeś kiedyś na weselach?

Tak. Razem z tatą, który miał swój zespół. To była genialna nauka grania ze słuchu. Spisywałem sobie z radia hity i miałem gotowe nuty. Potem tylko aranż i gotowe. Uważam, że epizod weselny był dobrym uzupełnieniem klasycznego wykształcenia muzycznego.

Zarabiałeś na graniu?

Niewiele, ale jednak. W ogóle od najmłodszych lat chwytałem się rożnych robót. Przepisywałem na przykład rękopisy na komputerze. Zarywałem całe noce, bo w ciągu dnia nie miałem czasu. Motywację do zarabiania, nawet małych sum, zaszczepił mi ojciec, który wprowadził bardzo prosty system. Mówił: „Jeśli chcesz cokolwiek kupić, to zarób połowę, a ja zawsze dołożę ci drugą”. Nie zawsze się jednak udawało. Kiedyś próbowałem sprzedawać bez na bazarku pod cmentarzem. Nic nie zarobiłem, a dodatkowo zniszczyłem mamie wiaderko.

A gdzie dorabiałeś jako student?

Na przykład na ulicy w Niemczech. Brałem krzesełko, akordeon, szukałem rynku i grałem. Zbierałem w ten sposób na nowy instrument, bo mój nie nadawał się już do niczego. Wciąż odpadały guziki, które z uporem maniaka przyklejałem na superglue. Bywało tak, że otwierałem futerał, a w nim leżała luzem połowa guzików. Występowałem w teatrach, uczyłem w szkołach, starałem się być wszędzie, gdzie tylko się dało. Setki razy próbowałem wyjść z akordeonem do ludzi. Byłem własnym menedżerem. Wysyłałem propozycje recitali do polskich konsulatów za granicą. Jak już ktoś był zainteresowany, to nigdy nie pytałem, za ile chce mnie wynająć. Po prostu wsiadałem w auto i prułem do Monachium. Kiedyś zgłosiłem się nawet do programu „Jaka to melodia?”. Gratulowano mi świetnego castingu, ale do programu się nie dostałem. Widocznie nie potrzebowali akordeonisty.

Czy dziś masz jeszcze ochotę rywalizować z innymi wirtuozami podczas konkursów?

Ochotę mam, gorzej z czasem. Kiedyś miesiąc przed konkursem potrafiłem spędzać wszystkie weekendy w szkole. Nawet w Wielkanoc ćwiczyłem. Do dziś jestem perfekcjonistą i lubię się sprawdzać z najlepszymi. To wyzwanie prawie sportowe. Nakręca mnie ten typ rywalizacji. Zawsze tak miałem.

Wszyscy akordeoniści tak mają?

Nie. Wielu po studiach usuwa się w cień. Wolą spokojnie uczyć zamiast się szarpać. Ja postawiłem sprawę va banque. To brzmi absurdalnie, ale postanowiłem zostać przy akordeonie. Grałem, jeździłem, grałem, jeździłem i kroczek po kroczku się rozwijałem. Dodatkowo spotykałem na swojej drodze wiele fascynujących postaci. Widziałem na przykład Maorysa, który przed występem odtańczył na scenie szalony taniec wojownika. Darł się i konwulsyjnie rzucał. Dopiero po paru minutach zaczął grać na instrumencie.

Nigdy nie miałeś chwili zwątpienia?

Dopiero po ślubie zacząłem się zastanawiać, czy akordeon nie jest jakąś fanaberią. Nic z niego nie miałem, poza własną, egoistyczną radością. Myślałem intensywnie, czy nie przyszedł moment, żeby zająć się poważnym życiem. Trzydziestka na karku, a ja dalej rozciągam ten miech… W końcu zdecydowałem, że jak w 2009 r. nic się nie zmieni, to od nowego roku zacznę nowe życie. Nie wiedziałem, co będę robić, ale planowałem rewolucję. Traf chciał, że pod koniec roku wygrałem „Mam talent”. Dzięki temu nadal mogę celebrować ten swój absurdalny sposób na życie. Dziś mam kierowcę i od czasu do czasu mogę spać nawet 8 godzin na dobę! W tej chwili gram wielką trasę koncertową promującą moją nową płytę Marcin Wyrostek & COLORIAGE,  która pokryła się już platyną! Dzięki owocnej współpracy z wytwórnią KAYAX w marcu i kwietniu odwiedzimy aż 18 miast w Polsce – wszelkie szczegóły można znaleźć na mojej stronie internetowej. Będzie to taka muzyczna eksplozja muzyki bałkańskiej, jazzowej oraz latynoamerykańskiej. Serdecznie zapraszam wszystkich czytelników na nasze koncerty! Propozycje współpracy składają mi nawet metalowcy i hiphopowcy. Żyć, nie umierać.

Na bank wzrosło też twoje powodzenie u kobiet.

Zawsze byłem ciemny w relacjach z kobietami. Nigdy niczego nie widziałem. Jak kumple mówili, że jakaś dziewczyna się na mnie patrzy, to dziwiłem się, jak oni to zauważyli. Niczego nie dostrzegałem. Wszystko było gdzieś obok. Zawsze byłem w biegu i nie miałem czasu na pierdoły (śmiech). Dziś również tego nie zauważam. Jedyne co się we mnie zmieniło to to, że bez krępacji mogę podejść nawet do najpiękniejszej laski na świecie.

Pewnie i tak to do ciebie raczej podchodzą. Jesteś rozpoznawalny?

Bywam. Ludzie mnie znają, ale nie wiedzą skąd. Chyba, że mam przy sobie akordeon. Wtedy szybko kojarzą fakty. Poza tym nagminnie jestem brany za Marcina Rozynka. Nie wiem dlaczego.

Wynotowaliśmy sobie różne określenia akordeonu. Zmarszczka, wstyd, kasta, świnia, kaloryfer, cyja, przegubowiec, ciąża, muł… Dorzucisz coś?

W Akademii Muzycznej pierwszoroczniaków nazywa się ikarusami. Dopiero po pewnym czasie można ich pasować na akordeonistów. Odbywa się wtedy gala obrywania miechów. Stoi się z takim miechem, uwiązanym na nitce do szyi i śpiewa się hymn akordeonistów: Niechaj żyje akordeon / kasta, ciąża, świnia, muł / Rączka lewa w prawo, w lewo / rączka prawa w górę, w dół / Niechaj żyją nam cyiści / chociaż hańba to i wstyd / bo na takim instrumencie / nie powinien grać już nikt / Trochę skóry i tektury / trochę desek, trochę szmat / czy to nowy czy też stary / pełen jest ukrytych wad / Plastikowa obudowa / szelki dwie, dziurawy miech / Grać na takim instrumencie /to nie grzech, to zwykły pech. Całość jest oczywiście dłuższa. I nie dość, że trzeba się tego nauczyć, to jeszcze dodatkowo są różne zadania – na przykład granie na akordeonie odwróconym do góry nogami. Jest też „napój bogów” do wypicia, czyli wszystko co najgorsze, zlane do jednego kubka.

Prawdziwa fala akordeonistów.

Nikt nie narzeka. A jeśli chodzi o nazwy dla akordeonu, to jedną ze śmieszniejszych jest syntezator marszczony. Zresztą jest całkiem sensowna. Mam w domu akordeon elektroniczny midi, który działa jak syntezator – można nastawić na nim różne brzmienia i udawać gitarę, harmonijkę, trąbkę, czego dusza zapragnie.

Powiedz nam jeszcze, czy tak jak Czesław pokazujesz studentkom jak grać, wybijając rytm na ich udach?

Niestety nie mam żadnej studentki. A studentów uderzam palcami w ramię lub bark. Nuda, co.

Straszna. A czy akordeoniści mają groupies?

Nie zauważyłem… Moimi najwierniejszymi fankami były zawsze ciocie, babcie i mamy kolegów.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*