Marcin Wrona

PLAYBOY nr 4, 2006 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Mikołaj Długosz

Jak się czuje Wrona w kraju kaczek?

(Śmiech). Nie jest dobrze, gdy ta sama opcja ma i rząd, i parlament, i prezydenta. Jednak bez względu na to, co się dzieje w Polsce, staram się w niej czuć dobrze. Poza tym jedynymi politykami pojawiającymi się w naszym programie byli bracia Kaczyńscy i Zbigniew Ziobro. Tak więc powinienem czuć się idealnie. Jak u siebie (śmiech).

Jak fruwają kaczki, wszyscy dziś widzą, a jak lata Wrona? Kiedy ostatnio dosiadałeś motolotni?

Wieki temu. Będzie z sześć lat… Prowadziłem wtedy Pod napięciem, ale byłem jeszcze kawalerem. Po ślubie żona powiedziała: Dość. Wystarczają jej ryzykowne sytuacje, które przeżywam w pracy. I ja ją rozumiem. Przejeżdżam za kółkiem tydzień w tydzień tysiąc kilometrów, zajmuję się sprawami, które mogą rozdrażnić Złego… Wystarczy. Ale latanie wspominam z rozrzewnieniem. Nigdy nie zapomnę tych bajkowych wrażeń. Dzisiaj mam spokojne loty w domu.

Miałeś być zawodowym kierowcą.

Nawet trenowałem pod okiem Jana Kościuszki, dzisiaj właściciela sieci restauracji Chłopskie Jadło. Kariera kierowcy nie wyszła mi z jednego powodu – nie mogłem znaleźć sobie zawodowego pilota. Chciałem stworzyć rajdową załogę RMF-u, kandydatów na stanowisko pilota było kilku… Jeden zjechał z Kopca Kopciuszki i już nie wsiadł, drugi zwymiotował gdzieś po drodze, trzeci nie mógł dojść do siebie przez dwa dni.

Chciałeś też uczyć.

Miałem nawet praktyki jako nauczyciel języka angielskiego w dwóch krakowskich liceach. Przezabawny epizod. Już wtedy jednak pracowałem w RMF-ie.

W jaki sposób fani JW23 (dawna, znana audycja w RMF – przyp. aut.) przyjęli twój poważny wizerunek?

Czasem po programie podchodzą do mnie ludzie i mówią, że chcieliby podziękować za JW. To niesamowicie fajne, tym bardziej, że minęło już dziesięć lat. Dla nas była to jedna totalna frajda i zabawa. A ludzie cały czas pamiętają.

Dużo waszych audycji było prowadzonych „pod wpływem”?

Czasem był problem, żeby zjechać z Kopca po programie i wtedy zjeżdżaliśmy taksówkami (śmiech).

Jesteś buddystą?

A co to znaczy być buddystą? Ja jestem megaleniwym facetem. I to wiem na pewno. Od ponad roku nie siadłem na poduchę. Jak to mówi lama Ole: „Bycie buddystą to wiadra potu i krwi”. Pytałem jego świątobliwość Karmapę, czy bycie buddystą to praktykowanie. Powiedział, że nie, bo bycie buddystą to sposób nastawienia do świata, walka o to, żeby być dobrym. Jeśli jestem buddystą, to złym i leniwym. Ale jak mam się koniecznie określić religijnie, to tak. Jestem buddystą.

Nie boisz się, że taka deklaracja przeszkodzi ci w prowadzeniu programu?

Nie. Niby dlaczego?

Bo może znajdą się moherowe berety, które nie będą chciały rozmawiać z odszczepieńcem.

Nie mam takich obaw. Trzeba mieć zdrowe podejście do wszystkiego. Córkę mam ochrzczoną, ale też pobłogosławioną przez jego świątobliwość Karmapę. Nie mam z tym najmniejszego problemu.

Ale może inni mają?

Tylko raz znalazłem się w takiej sytuacji. Ale to nie było nieprzyjemne, raczej super zabawne. Pracowałam jeszcze w Faktach i podszedłem do protestujących pod Sejmem z szyldami Radia Maryja. Spytałem najzwyczajniej w świecie: „Przeciwko czemu państwo protestują?” i usłyszałem: „A co, pan nie wie? To pan nie jest Polakiem?! Nie jest katolikiem?!”. I dalej na mnie…

Co odpowiedziałeś?

Nic. Zacząłem szukać na ziemi szczęki, która mi przed chwilą spadła. Rozbroili mnie (śmiech). Wydaje ci się, że jesteś zawodowcem, że dasz sobie radę w każdej sytuacji, a tu nagle coś takiego… I jesteś załatwiony.

Jaki obraz Polski widzisz odkąd prowadzisz Pod napięciem?

Jako Krakus byłem w komfortowej sytuacji. Jestem jedynakiem. W domu się powodziło. Tata farmaceuta, mama nauczycielka, cała rodzina w mieście. Praca w RMF-ie, następnie loty zagraniczne z prezydentami Wałęsą i Kwaśniewskim, potem praca w Sejmie, Puls dnia, Fakty – to była moja Polska. W garniturach pod krawatem, ą, ę, okrągłe słówka, uśmiechy. Przekonałem się, że to kraj nieistniejący. Takie państwo istnieje tylko w mediach. Pamiętam mój szok, kiedy robiliśmy program z Bezled, wsi popegeerowskiej – jakiś geesowski budynek z wybitymi szybami, w którym nie działa nic od lat, pozabijane dechami na głucho sklepy… Jedyne, co działa to szopa z blaszanym blatem, gdzie było piwo za złotówkę za kufel. Mieszkańcy od sześciu, siedmiu lat nie mieli prawa do zasiłku. Znalazłem się w Polsce, jakiej wcześniej nie widziałem. Potem pojawiły się familoki na Śląsku i inne popegeerowskie wsie, ściana wschodnia, blokowiska wokół hut i kopalń… Prawdziwa Polska to Polska potwornej biedy i bez perspektyw. Dziwimy się, dlaczego po osiedlach grasują bandy łysoli w kapturach. Ich rodzice byli robotnikami, przyszłością narodu, których na siłę ściągnięto ze wsi do blokowisk. Stracili korzenie i tożsamość. Zostali bez pracy, na obcym terenie, kompletnie niezaradni – i na to wszystko patrzą ich dzieci. Patrzą na rozpitych rodziców, których nikt nie szanuje i którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Dzieci nie mają autorytetów i zaczynają funkcjonować w grupach pierwotnych, rządzących się prawem dżungli. Awansują ci, którzy przywalają. Najlepiej kosą albo siekierą. Przeraża mnie, że nikt do tych ludzi jeszcze nie dotarł i nie wymyślił jakiegoś sposobu na zajęcie się nimi. Powstały regularne getta. Prędzej czy później to wybuchnie.

Tak jak w Paryżu?

Wielkie blokowiska z płyty powstały za czasów gierkowskich, a Gierek był frankofilem i wzorował się na rozwiązaniach francuskich. Ja też jestem z blokowiska. Od zaprzyjaźnionych policjantów wiem, że na Śląsku są dzielnice, do których wjeżdża się minimum kilkoma radiowozami. Jeden od razu zostaje obrzucony kamieniami. Poza tym przeraża mnie brak wiary w policję. Zwróćcie na to uwagę. Pojawia się hasło HWDP. Ten, kto kontaktuje się z policją, jest bity. A ja widzę, że policja się zmienia na lepsze. Naprawdę.

Właśnie, w twoich wypowiedziach słychać wiele dobrego o policjantach. Skąd się więc wzięła opinia, że jesteś „glinożercą”?

A wiecie, że mam srebrny i złoty medal za zasługi dla policji? Skąd się wziął „glinożerca”? Ano stąd, że do dzisiaj wielu policjantów myśli niedobrymi schematami: ten, kto pokazuje błędy policji, jest przeciwko nam. Nie potrafią wyciągać wniosków. Nie rozumieją, że kiedy pokazuję im, co zrobili źle, to nie po to, żeby im szkodzić. Robię to pro publico bono. A policja ma dzięki takim programom jak Pod napięciem szansę na eliminowanie błędów. To jest myślenie zamkniętego środowiska. Podobnie jak wśród lekarzy i prawników. Pokażę wam, jak to działa, na przykładzie. Śmieszna sytuacja… To znaczy, żebyście mnie źle nie zrozumieli, sytuacja tragiczna, ale konsekwencje działania naszej ekipy okazały się śmieszne. Nagrywaliśmy program w Suwałkach. Matka znajduje u chłopaka marihuanę i zgłasza to na policję. On – przyciśnięty do muru – wydaje dilerów. Dochodzi do konfrontacji przez lustro weneckie, chłopak podpisuje protokół okazania, a policjant bierze ten protokół i zanosi go dilerom, żeby się podpisali. Bezmyślność do sześcianu! Dilerzy oczywiście widzą nazwisko, w konsekwencji chłopak zostaje porwany i ginie bez wieści. Od października nie ma po nim śladu. Po programie nasza ekipa się rozjeżdża, grupa krakowska zostaje zatrzymana przez policję i co słyszy? „Kolega do nas dzwonił, że strasznie ładujecie w policję. Maksymalna liczba punktów, maksymalnie wysoki mandat”.

A jak przebiegła twoja słynna akcja w Lublinie?

To był ostatni dzień roku szkolnego. Pięciu podpitych nastolatków postanowiło przycwaniakować. Wyszli nam przed maskę i zaczęli grozić. Jeden założył kastet i pokazywał, że zaraz powybija szyby. Kierowca od razu chciał do nich wysiąść, na szczęćcie udało mi się go powstrzymać. Zadzwoniłem na policję. Jak radiowóz przyjechał, oni już wsiąkli w osiedle. Podzieliliśmy się na kilka ekip. Skończyło się na tym, że komendant komisariatu i ja przeszukiwaliśmy taki mały lasek. Nagle weszliśmy prosto na nich. Siedzieli na jakiejś polance. Rzucili się do ucieczki, poza jednym, tym od kastetu. Komendant tylko krzyknął: „Bierz pan tego” i pobiegł za resztą. Nie było czasu na myślenie…

I… bomba!

Słuchajcie, w życiu nikogo nie uderzyłem i mam nadzieję, że nie uderzę. Ja po prostu go popchnąłem. Z rozpędu, moją masą. Wystarczyło, żeby się przewrócił. Stanąłem mu na nadgarstkach. I czekam. Czas biegnie cholernie wolno. A ja czekałem i przeżywałem ciężkie chwile.

Rozmawialiście sobie?

Zastosowałem metodę, którą setki razy widziałem na filmach: „Leżysz, kurwa! Nie ruszasz się!”. Darłem się na niego, a on leżał. A darłem się, bo się bałem. Nie mogłem wiedzieć, czy w kieszeni nie ma na przykład noża. Wiedziałem jedno, nie wolno im odpuścić. Najprostszą rzeczą było wycofanie się już na samym początku. Włączyć wsteczny i odjechać. Ale tak nie wolno robić. Oni znaleźliby sobie następną ofiarę i urośliby w poczuciu bezkarności. A tak, złożyłem wniosek o ściganie i była sprawa w sądzie.

Często masz takie przygody?

Nie. Nie szukam tego typu sytuacji. Nie jestem samotnym szeryfem.

A jak się skończyła sprawa, kiedy prokurator z Wyszkowa powiedział ci, że jest na ciebie wyrok?

Z tego co mi wiadomo, skończyła się tak, że komendant policji z Wyszkowa albo jego zastępca siedzi. I tyle. Ja się tym nie przejąłem. Uznałem, że zagrożenia tak naprawdę nie było. A prokurator być może powiedział to ze strachu. Nie wiem przed kim i nie chcę wchodzić w detale. Zaczepki się zdarzają, a ja nie chcę nikogo inspirować.

Szczerze wierzysz w poprawę bezpieczeństwa w Polsce, czy to jest gra na użytek programu?

Naprawdę w to wierzę, z pewnym przekonaniem. Musi w końcu dotrzeć do ludzi, że jak widzą małolata, który pierze drugiego małolata, to nie wolno im przejść obojętnie.

Ale to nie wystarczy. Sprawa i tak się rozbije o aparat sprawiedliwości. Przecież sam najlepiej o tym wiesz.

Wracam do tego, od kogo zaczęliśmy, do Ziobry. Ja naprawdę w niego wierzę.

Nawet jeśli głosami w Sejmie wspiera go Lepper?

Wycinam Ziobrę z układu politycznego. Zdążyłem poznać tego faceta. Rozmawiałem z nim godzinami przez telefon. On też dużo mi opowiadał o swoich projektach. Mam nadzieję, że nie jestem pierwszym lepszym naiwnym. Nie posądzam go na przykład o to, że niektórymi decyzjami próbuje lansować siebie jako polityka. Kilka razy miał szansę polansować się w moim programie, ale zrezygnował z tego, bo bezinteresownie pomagał ludziom. Wiem o tym.

Jesteć za powszechnym zezwoleniem na posiadanie broni?

Bronią trzeba umieć się posługiwać. To przede wszystkim. Trzeba być przeszkolonym i ciągle ćwiczyć. Kiedyś pytałem kolegę z BOR-u, czy powinienem się starać o broń. Mówi: „Nigdy w życiu, bo sprowadzisz na siebie nieszczęście. Chyba, że będziesz co drugi dzień przychodził na treningi i uczył się odruchów”.

Żeby zamknąć wątek bezpieczeństwa – mieszkasz na zamkniętym osiedlu?

Nie. Ale od jakiegoś czasu mamy zamontowane kamery i wokół osiedla chodzi ochroniarz. Nie jesteśmy jednak otoczeni płotem. Ale powiem wam, że rozumiem tych, którzy chcą mieszkać za płotem. U nas kamery musiały się pojawić, bo Kabaty stały się celem wycieczek „chłopaków z miasta”. Tu mieszkają nie bogacze, ale średniozamożni ludzie. Ich dzieci mają telefony. Są łatwym łupem. Z przestępstwami tego typu sytuacja chyba się poprawiła, ale zaraz po założeniu kamer obrobili mi samochód w garażu. Takie życie.

Jesteć dumny z nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich?

Nie byłem członkiem żadnego stowarzyszenia, nie jestem i nie będę. Dlaczego? Bo stowarzyszenia zakładają dziennikarze, którym nie wyszło. A na dodatek są święcie przekonani o tym, że mają prawo do ferowania wyroków. Doskonale pamiętam program, za który otrzymałem Hienę Roku. Program o kobiecie, która urodziła dwanaścioro dzieci, a kolejną dwójkę zamordowała i wyrzuci¸a na kupę kompostową. Nie uważam, żebym naruszył standardy. Okazało się, że nie wolno w Polsce mówić o drastycznych rzeczach, bo zaburza się spokój jakiegoś towarzystwa wzajemnej adoracji.

Jak się czułeś?

Byłem wściekły. Autentycznie. A już do białości rozgrzał mnie sposób poinformowania o „nagrodzie”. Dzwoni do mnie jakaś pańcia i mówi: „Pan Wrona? Pan dostał Hienę od nas. Pan chce to se pan jutro przyjdzie i ją odbierze”. Przepraszam, ale to chwyt poniżej pasa.

Poszedłeś odebrać?

Oczywiście, że nie.

Zajmujesz się tematyką, która dla wielu łączy cię z prasą brukową. Jak się w tym odnajdujesz?

Kilka razy zajmowaliśmy się tematami, które poruszyła wcześniej prasa brukowa. Wystarczyły dwa, trzy telefony, żeby się zorientować, że sprawa została naciągnięta, pokazana tendencyjnie tylko z jednej strony. Tego w Pod napięciem nigdy nie było i nie będzie. Jeśli zdarza się, że w programie jest tylko jedna strona, to znaczy, że druga nie zgodziła się w nim wziąć udziału. Mimo, że ja prezentuję swoje zdanie, mam do tego prawo, bo to jest program autorski, to nigdy nie jest tak, że pojawiają się w Pod napięciem tylko tacy goście, którzy zgadzają się z moją opinią. To nas różni od prasy brukowej.

A czy uczestnicy programu zarzucili ci kiedyś przekupstwo?

Raz się zdarzyło. W przedziwnej sytuacji, nader komicznej. Weszliśmy na antenę z programem o proteście w sprawie ochrony szkoły podstawowej w jakiejś małej wiosce. I nagle się urwało… Po trzydziestu sekundach coś siadło na łączach satelitarnych. Nie zdążyłem powiedzieć wstępniaka. Dostałem przez „ucho” informację: „spadliśmy”. Odwróciłem się do ludzi i powiedziałem: „Proszę państwa, bardzo przepraszam, awaria techniczna, nie ma nas na antenie”. Od razu zarzucili nam, że wzięliśmy łapówę. Zrobiło się niebezpiecznie. Sytuacja bliska linczu. Ruszyli na nas z pięściami. Wtedy jeszcze nie mieliśmy ochrony. Wynajęliśmy ją właśnie po tamtym programie.

Nigdy nie myślałeś sobie, że obcując z tyloma tragediami, twoje życie jest smutniejsze?

Przeciwnie. Dzięki temu jeszcze bardziej doceniam to, co mam. Dom, rodzinę. Nawet nie wyobrażam sobie sytuacji, że jestem w domu, dzwoni kumpel i mówi: „Chodź, pójdziemy na piwo”, a ja zostawiam moje dziewczyny i idę.

To świetna wypowiedź dla Playboya.

Oczywiście chodzi o żonę i córkę. Fajnie to brzmi: „Mieszkam z dwiema dziewczynami” (śmiech).

Czyli nie ma szans na wyciągnięcie cię z domu na drinka?

Nie ma. Jestem stracony dla gatunku męskiego. Zresztą wywróżył mi to kolega, zanim jeszcze poznałem żonę. Powiedział: „Wiesz, jak ty się zakochasz, będziesz dla nas stracony” (śmiech). Uwierzcie mi, nie znam żadnej knajpy w Warszawie. Swoje już w knajpach odsiedziałem.

Pantoflarz!

I dobrze mi z tym (śmiech).

Nie nudzi cię prowadzenie Pod napięciem?

W życiu. A czy wam znudzi się przeprowadzanie rozmów? Nie, bo każda jest inna. Nie mówimy codziennie o wynikach ligowych albo nie relacjonujemy wydarzeń politycznych, które ciągle są takie same. Co tydzień jest inne miejsce, inny problem, inna sytuacja. To mnie nie nudzi.

Obserwowaliśmy cię przy pracy. Robisz nieustanne kółeczka, biegasz, zachowujesz się, jak byś był naćpany.

Kiedyś w Bośni żołnierze zauważyli, że mam coś takiego jak saper – jak nie będę czuł adrenaliny i spięcia, za chwilę wylecę w powietrze. Przed wejściem na wizję jestem spięty i zdenerwowany. Jakoś muszę to rozładować. Cierpię, jak program jest w Warszawie, bo po wszystkim wracam do domu i do 3 nie mogę usnąć. Wypijam dwa, trzy piwa i nic. A jak muszę sobie dojechać paręset kilometrów jestem szczęśliwy, bo mam co robić i wiem, że bezpiecznie dojadę do domu.

Złośliwi twierdzą, że ze stresem najlepiej walczy biały proszek.

Gdybym wciągał, to pewnie już bym nie żył. Poza tym chudy nie jestem (śmiech).

Ale plotki o tobie krążą. Słyszałeś jeszcze jakieś?

Podobno jestem gejem. Nawet Ola (żona MW – przyp.aut.) kiedyś zastanawiała się nad tym, w co się wpakowała. Mam bliskiego kolegę na Majorce. Nazywa się Roberto, jest byłym bandziorem wyprowadzonym na dobrą drogę przez lamę i często do mnie dzwoni. Jak widać wszystko się zgadza. Jestem gejem (śmiech).

I nałogowym palaczem. Dużo palisz?

W domu na balkonie do pięciu papierosów dziennie. A w dniu programu nawet dwie paczki.

Słyszeliśmy, że to jeden z twoich dwóch kompleksów. Drugim jest tzw. mężnienie…

Nie ukrywam. Jestem coraz większy. Moja obecna waga to 110 kg. Podejmuję dziesięć prób odchudzania na tydzień. Wytrzymuję dwa, trzy dni, a potem mam ochotę na coś dobrego. Klasyczna silna słaba wola, jak mawiają niektórzy.

Dużo jeździsz, to pewnie masz i dużo punktów?

W zeszłym roku miałem 23 i musiałem przez trzy miesiące prowadzić totalnie zgodnie z przepisami. Wyobrażacie sobie, że jedziecie po trasie, gdzie jakiś urzędas postawił czterdziestkę, na tylnym zderzaku macie rozpędzonego TIR-a, który wam trąbi i mruga, a wy jedziecie tą czterdziestką. Miałem już nawet pomysł, żeby na tyle na jakimś kartonie napisać sobie: JADĘ JAK DUPA, BO MAM 23 PUNKTY (śmiech). Koledzy twierdzą, że po tych trzech miesiącach jeżdżę bezpieczniej niż kiedyś.

Możesz podzielić Polskę pod kątem kierowców? Gdzie się jeździ dobrze, gdzie źle?

Do szału doprowadza mnie cwaniakowanie w ruchu miejskim w Warszawie. Tutaj podpędzę prawym, tutaj troszeczkę lewym, tu się wcisnę, tu wystawię rękę i się wtarabanię. Jedynym plusem jest to, że po stolicy jeździ się szybko. Jakby wszyscy jeździli pięćdziesiątką, Warszawa by stanęła. Na takim wschodzie na przykład ludzie jeżdżą do bólu wooolno. Można zwariować! Fajnie i płynnie porusza się po Śląsku. W Krakowie jest bezpiecznie, bo komendantem jest facet wywodzący się z drogówki (śmiech).

Czy to, że obsługiwałeś olimpiadę i MŚ w piłce nożnej to przypadek, czy jesteś może kibicem sportowym?

Całkowity przypadek. O sporcie nie mam zielonego pojęcia. Wybrano mnie dlatego, że mówię po angielsku i znam Amerykę. Robiliśmy z Tomkiem Wróblewskim relacje parasportowe. Mówiliśmy o kopalni złota na pustyni w Nevadzie, o kasynach, o indiańskim rezerwacie, a gdy mieliśmy powiedzieć, kto z kim ma grać i dlaczego, powstawał spory problem (śmiech).

My chcielibyśmy zająć się kiedyś Pucharem Narodów Afryki…

A w czym to?

(Śmiech). W piłce.

Aha, czyli pęcherz powietrza obleczony skórą.

Znasz drugiego Marcina Wronę, reżysera?

Nie znam, ale miałem dzięki niemu trzy zabawne sytuacje. O jednej nie opowiem, bo może się poczuć urażony. Sprawa była dla niego przykra i niekomfortowa…

Znaczy gejowska?

Nie, nie. Zupełnie inna (śmiech). Raz mi gratulowano zdobycia nagród, których nigdy nie zdobyłem. A raz umawiała się ze mną pewna miła pani na zrobienie jakiegoś projektu, bo to jest już klepnięte, są pieniądze i tak dalej. A ja durny, powiedziałem, że OK. Dzwoni ta sama dziewczyna po dwóch dniach, zmienia termin spotkania i na koniec pyta, czy będę u nich w agencji. Zgłupiałem. Spytałem, czy wie, z kim rozmawia. „Z Marcinem Wroną”. No tak, ale… i tak od słowa do słowa doszliśmy do tego, że Wrona Wronie nierówny. Powiem wam jeszcze, że w TVN jest dziewczyna Wrona, która też ma imię zaczynające się od „M” i często e-maile kierowane do niej, przychodzą do mnie. Kupa zabawy (śmiech). Nie będę ich cytował, ale uwierzcie… (śmiech).

Jak będziesz miał 60 lat nadal będziesz prowadził Pod napięciem?

Jak będę miał 60 lat, to będę pewnie dwustukilowym potworem.

Którą kobietę chciał byś zobaczyć na rozkładówce Playboya?

Sophie Marceau.

A gdyby twoja żona dostała taką propozycję?

To od razu pogoniłbym tego, kto śmiałby taką propozycję złożyć (sygnał smsa).

To ONA?

A pewnie. Pyta, czy już po.

To jeszcze opowiedz jakiś ostatnio usłyszany dowcip.

O Chucku Norrisie są same zajebiste dowcipy. Wiecie na przykład, że Chuck Norris doliczył dwa razy do nieskończoności? Dwa razy.

(Śmiech) Super. Masz jeszcze jakiś?

Czym się różni Chuck Norris od Tomasza Lisa?

?

Chuck Norris wie, co z tą Polską.

Na skróty:
Wrona o:

O SEKSIE:
Nie mam orgazmu za kierownicą w Skodzie.

O HARRYM:
Jestem fanem Harry’ego Pottera. I to takim, że o jeju. Przeczytałem wszystkie książki i obejrzałem wszystkie filmy. I to wielokrotnie.

O FEMINISTKACH:
Biedne kobiety. Szczerze im współczuję.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*