Marcin Koszałka

PLAYBOY nr 5 , 2006 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann


Cieszy nas, że zgodziłeś się na wywiad, chociaż twierdzisz, że dla PLAYBOYA masz za płaską dupę…

Tak uważa moja żona (wybuch śmiechu). Ale nie będziecie mnie chyba fotografować gołego?

Wolelibyśmy zdjąć cię w kostiumie krasnoludka.

Interesujący pomysł. Nigdy nie miałem takiej sesji. Mam nadzieję, że kostium Opałka będzie profesjonalny (rechot). Wiecie, że ja przez tego cholernego krasnoluda cierpię katusze? Ten liliput w czerwonej czapeczce prześladuje mnie całe życie. W podstawówce ze mnie lali. W liceum i na studiach także. Szczególnie jak sobie popiją, od razu mam przesrane. A o tym, że wszyscy przekręcają moje nazwisko, wolę nawet nie wspominać.

Masz jeszcze inne wady, które wytyka ci żona?

Mnóstwo. Niektóre dyskwalifikują mnie szczególnie jako modelkę w sesjach erotycznych. Ale mam nadzieję, że przed wami będę się popisywał tylko nieprzeciętnym intelektem.

No to dawaj! Jak ci się podoba IV Rzeczpospolita?

Nam w Krakowie IV RP w ogóle się nie podoba. Jest nam smutno, a na ulicach widać przygnębienie. Nawet taksówkarze mają problem, by powstrzymać się od łez. Kraków płacze, bo Kraków rozumie, co się stało. Mamy prezydenta, na którego zagłosowali prości, starsi ludzie ze wsi, bez wykształcenia. Mam nadzieję, że jest świadom, czyim jest prezydentem.

Czyli to nie jest twój prezydent?

Niby nie jest, ale wtedy musiałbym stwierdzić, że Polska to nie jest mój kraj. Wiecie, mówię w sumie trochę wbrew sobie, bo PiS i Kaczyński głosowali za ustawą o kinematografii. A Donald chciał nas załatwić (śmiech). Swoją drogą, to ciekawe, że od ‘89 roku żaden prezydent nie miał tak cynicznego i złośliwego przyjęcia.

Jesteś typem politykiera?

Nigdy nie bawiłem się w politykę poza licealnym udziałem w Federacji Młodzieży Walczącej. Zrywaliśmy ruskie flagi pod ambasadą, a na murach bazgraliśmy symbole Polski Walczącej. Ale na wybory chodzę zawsze.

A na gołe laski też lubisz zawsze popatrzeć?

Nie lubię babek kompletnie gołych. Jakoś mnie to nie bierze. Wolę, żeby coś miały na sobie. Przynajmniej do połowy. Cokolwiek. Pończochy, obrożę… wszystko jedno. No, żeby jakaś tajemnica była.

A którą z polskich aktorek chciałbyś rozebrać do połowy?

Kilka już widziałem (chichot). Miałem szczęście, bo oglądałem dwie, które mi się podobają. Karolinę Gruszkę w scenie miłosnej w Kochankach z Marony. W tym przypadku zaakceptowałem nawet kompletny brak bielizny (śmiech). No i Agnieszkę Grochowską w Pręgach. To nie są laski typu barbie. Są piękne, fotogeniczne i bardzo oryginalne. Dodatkowo z chęcią zobaczyłbym Kayah w jakichś perwersyjnych pończochach. Podobnie jak pół Polski. Oczywiście nie opowiadam wam tutaj o swoich żądzach, bo mam żonę (półuśmieszek).

Wiemy, wiemy. Opowiedz lepiej o swoich gustach zagranicznych.

Zagraniczne laski, które mnie kręcą zajęłyby cały wagon kolejowy. Nie starczy wam stron…

Wymień trzy naj…

Jovovich, Basinger, która erotycznie fascynowała mnie jak byłem szczeniakiem i Madonna, zawsze fajna. Poza tym niezła jest chyba Kylie Minogue. A tak naprawdę lubię szczupłe, około 180 cm, ciemne blondynki. Mam nadzieję, że żona przeczyta ten wywiad (śmiech). Najważniejsze są długie, zgrabne nogi. Nie lubię ogromnych piersi. Cycki powinny być jak w sam raz. Kiedyś kolega powiedział mi, że warto przetestować dziewczyny, które prawie w ogóle nie mają biustu, bo są bardzo erotyczne i ten brak nadrabiają w łóżku. Sprawdziłem. To był niewypał (rechot).

Agnieszkę Grochowską nazwałeś „samym miodem” w dziedzinie fotogeniczności. Czy są aktorki, które wydają ci się przeciwieństwem Agnieszki?

To mogłaby być bardzo ryzykowna odpowiedź. Wiecie, my z Krakowa musimy sprawiać wrażenie dobrze wychowanych dżentelmenów… Największa walka jest zawsze z leciwymi gwiazdami, które chcą nadal wyglądać jak dwudziestki. Dotyczy to także, a może przede wszystkim, dziennikarek telewizyjnych. Ciśnienie na planie jest duże, bo panie wiedzą, że sama wielowarstwowa tapeta nie wystarczy, musi być też dobre światło ukrywające starość. Zdarzyło mi się parę razy ratować uciekającą młodość.

Masz powodzenie u kobiet?

Do 30. roku życia miałem umiarkowanie-standardowo-średnio-polskie. Potem się ruszyło. Trochę za późno, bo już wybrałem kobietę swojego życia. To jest stały problem mężczyzny. Każdy chciałby mieć wszystkie kobiety świata. Ale jednak jak się pójdzie na ten układ, to się traci. Stała, dobra partnerka zawsze się lepiej sprawdza. Nawet moi koledzy seksoholicy, dochodzą do wniosku, ze wybrali błędną drogę (śmiech). Wracając do pytania… Owszem stałem się jakimś tam obiektem westchnień. Ale dopiero po tym, jak żona dopracowała mój image. Jest architektem i ma dobry gust. Potrafi mi znaleźć dobre spodnie, a nie jakieś obcisłe rurki z Tesco. Zaproponowała mi obcięcie włosów, bo miałem takie obleśne, jak na pierwszym filmie – coś a la piłkarz Bundesligi albo czeski hokeista. Koszule zmieniła mi na przylegające, obcisłe, a nie workowate. Jak żona polepszyła gościa, dopracowała model, to nagle się okazało, że facet jest atrakcyjny. Do tego operator, reżyser. Laski się zainteresowały. Za późno.

Czyli żona strzeliła sobie samobója.

Ale może teraz mnie łatwiej testować na wierność (śmiech).

Jakie masz wspomnienia związane z utratą dziewictwa? Możesz odpowiedzieć dyplomatycznie, że stało się to z twoją żoną.

No nie! Jak już rozmawiam z PLAYBOYEM, to trzeba walnąć coś pikantnego. To było ciężkie. Miałem inicjację seksualną dość późno, bo w wieku 20 lat. Jak na zmierzch PRL-u może OK., ale jak na statystyki europejskie wyglądało to raczej bardzo źle (śmiech). Partnerka była bardzo dojrzała. Niemile to wspominam. Mężczyzna powinien być mocarzem, myśliwym, powinien kierować tym statkiem. A tu jakoś szybko się zaczęło i szybko skończyło. Traumatyczne wspomnienie.

Kuczok powiedział: „Gdybym ja nie mógł pisać, a Marcin kręcić filmów, to bylibyśmy wykluczeni”. Co przez to rozumiesz?

Dopóki nie znalazłem się w branży filmowej, byłem kompletnym outsiderem, krakowską ćmą barową. Facetem, który siedzi przy barze i kręci film, którego nigdy nie nakręci. Co innego, młode pokolenie. Ci już potrafią być sukinsynami. My, generacja zakorzeniona w PRL-u, próbujemy się tego nauczyć. I nie wychodzi to nam najlepiej.

Z Kuczokiem macie wspólną fobię śmierci.

Jesteśmy hipochondrykami. Ale u nas to twórcze. Zastanawiam się, czy gdybyśmy nie mieli tej fobii, to bylibyśmy w stanie coś zrobić. Lęk przed wykitowaniem motywuje i rozwija.

Istnienie cię nie wyleczyło?

Ciężko powiedzieć, bo jesteśmy dopiero po czterech dniach zdjęciowych. Poza tym, nie wiadomo, kiedy ten film skończymy. Chyba jednak najlepszym rozwiązaniem będzie jego wyświetlenie po śmierci Jerzego Nowaka. Czyli… oby jak najdłużej trwało kręcenie. Nie da się przewidzieć, kiedy Jurek umrze. To niesamowity dylemat: czy aktorowi pokazać jego pracę, czy nie? Jednak, gdy film wyświetli się po śmierci aktora, będzie miał większą siłę (film doczekał się premiery za życia aktora, w 2007 roku zdobył nagrodę publiczności na Krakowskim Festiwalu Filmowym – przyp. red).

Umówiliście się z Nowakiem, że nie będziecie nic mówić na temat tego filmu. Ile możesz powiedzieć?

To trudny projekt, ale nie wiedzieliśmy, że będzie z tego taka zadyma. Chcieliśmy za pomocą mediów poinformować o naszym pomyśle, żeby zdobyć na niego pieniądze. Zrobiło się piekło. Dlatego nie gadamy na ten temat.

Opowiedz chociaż, gdzie odbyły się te cztery dni zdjęciowe?

W Radziejowicach, gdzie Jerzy jeździ co roku oraz na Ukrainie. Namówiłem go na ten wyjazd. Chciałem, żeby w filmie był wątek łzawo-romantyczny. Ale nie boję się sentymentalizmu, bo on i tak na końcu zostanie złamany formalinowym trupem. Nowak nie chciał jechać. Bał się ukraińskiej rzeczywistości. Jurek spędził tam swoje dzieciństwo, jego ojciec był starostą, krótko mówiąc piękne lata dwudzieste. W starostwie w Kołomyji, w jego domu rodzinnym, jest dzisiaj obleśna ukraińska przychodnia, a okropnie wyglądające panie w szarych kitlach krążą z probówkami między jego pokojem dziecinnym, pokojem wigilijnym a kuchnią. W filmie Nowak chodzi i mówi sam do siebie, opowiada, gdzie co było: „Tutaj stał piec kaflowy i mama gotowała pierogi, tutaj ubieraliśmy choinkę…” A naokoło totalny degrengol. Jego wspomnienia mogą żyć tylko w wyobraźni. Potem wybraliśmy się na cmentarz, bo jak powiedział tylko tam może spotkać kumpli. Nie spotkał, bo groby stoją w trawie i nie ma ani jednej tablicy. To będzie film o pamięci, a nie o miejscu, trupie i mięsie. Najważniejsza jest pamięć po człowieku, a nie jego powłoka cielesna.

Czy za radą Sobolewskiego położyłeś się w trumnie?

Nie. Choć to rzeczywiście pomysł ciekawy formalnie (śmiech). Uważam, że niedobrze jest walczyć z krytykami. Dlatego czekałem na swojego obrońcę. Przeciwnikiem Tadeusza Sobolewskiego, a moim stronnikiem, okazał się Krzysztof Kłopotowski. Facet ma jaja. Łysa pała w skórze. Dzięki niemu nie boję się już Tadka (rechot).

Jakie fobie, poza fobią śmierci, nosisz w sobie?

Kiedyś wydawało mi się, że w kółko coś gubię. Poza tym byłem przekonany, że mnie za chwilę okradną. A to włam do mieszkania, a to brak samochodu na parkingu, takie rzeczy. Fobia śmierci jest jednak tak silna, że wyeliminowała konkurencję i została sama na placu boju.

Jesteś katolikiem?

Wierzę w Boga, ale nie chodzę do kościoła. Czyli jestem katolikiem na bakier, niepraktykującym. Rozmawiałem ze specjalistą w tej branży, z teologiem. Powiedział, że z punktu widzenia wiary, nie zostanę zbawiony. Trudno, będę się musiał sam przekonać. Zaryzykuję.

Taka jest zresztą chyba twoja maksyma życiowa: „Jest ryzyko, jest zabawa”.

To powiedzonko alpinistyczne. „Jest ryzyko, jest zabawa, albo piargi, albo sława”. Funkcjonuję w zmanierowanym środowisku. Mówią, że filmowcy muszą chlać, dupczyć i ćpać. Rozumiecie, nie ma paliwa i silniki się nie grzeją (śmiech). Jestem totalnym zaprzeczeniem tej teorii. Nie jestem dupcyngielem, seksoholikiem, a dodatkowo nie ciągnęło mnie do petów, prochów i wódy. Miałem oczywiście wątki ostrego picia w akademiku, ale wszystkie nałogi już za mną.

Podobno wypić to ty za dużo nie umiesz…

Piwo mnie zmiękcza, ale wódy mogę trochę popić.

A jak sobie popijesz, pokazujesz ptaka…

To prawda. Opowiem wam historyjkę, która się w PLAYBOYU spodoba (śmiech). Mały incydent. Drugi rok szkoły. Akademik w Katowicach. Ostre pijaństwo. Kobiety, koleżanki. Pod wpływem alkoholu przeżywam chęć rozebrania się do naga. Czynię to. Jestem kompletnie goły…

Ale skarpetki zostawiasz?

A, tak. Oczywiście. Lubię w skarpetkach, to jest takie PRL-owskie. Gość w skarpetkach w prążki. No więc, obnażam się, a kolega operator wpada na genialny pomysł. Okazuje się, że na półce stoją slajdy pornograficzne jego dziadka z lat 60. Dobre RFN-owskie slajdy. Od razu powstaje koncepcja – moja naga dupa i slajdy. Ja robię skłon, a koledzy z rzutnika Diapol robią projekcję pornosów na mojej dupie. W tym momencie wpada policja. I co się dzieje? Panowie przez 7 minut oglądali slajdy. Poczekali aż się pokaz skończył i dopiero wtedy interweniowali (pęka ze śmiechu).

Aresztowali?

Eee, skąd. Przecież ja byłem grzecznym chłopcem (dalszy ciąg pękania).

No właśnie. Z pewnego źródła wiemy, że do czasu wyprowadzki z domu, byłeś niezłym maminsynkiem.

Pewnie, że tak. Tyrady słowne mamy z Takiego pięknego syna… wynikały z jej nadwrażliwości i chęci zrobienia wszystkiego dla mojego dobra. W podstawówce odprowadzała mnie do szkoły, robiła śniadania – strasznie mnie to denerwowało. Ale nie było tak, że chciałem zgnoić ją medialnie, a film zrobiłem z nienawiści do niej. Gówno prawda. Gdyby moja matka żyła w Stanach, dawno już zająłby się nią sztab psychoterapeutów. Oczywiście, że gadanie za uchem całymi dniami było irytujące, ale zawsze miałem świadomość, że robi to z wielkiej miłości do mnie. Ojciec, gdy mama zaczynała się rozkręcać, brał kapelusz i wychodził na spacer. Ja wziąłem kamerę.

Jakie są kontakty między twoją żoną a mamą?

No… Jak by tu zabrzmieć dyplomatycznie i politycznie…

Mamy wstawić trzy kropeczki?

Nie są wielkimi przyjaciółkami (uśmieszek). Myślę jednak, że żona podoba się matce, tylko nastąpiło wkurzenie z racji stracenia kontroli nad synem. A moja druga połowa przełyka te wszystkie telefony, w których słyszy, że zaniedbuje męża, nie gotuje mu obiadów i tak dalej.

Ile razy dziennie dzwoni do ciebie mama?

Tak jak w Jakoś to będzie. Często. Bardzo często.

A jak z mamą poradziła sobie twoja starsza siostra?

Ona rozwiązała sprawę zupełnie inaczej. W wieku 18 lat wyprowadziła się z domu. Był początek lat 90., super koniunktura. Została bizneswoman. Zaczynała od zera, jeździła spróchniałym, przegnitym maluchem, a dzisiaj ma furę pieniędzy i parę samochodów. Często dziwi się, że tak długo wytrzymałem w tym wrzasku.

Jak długo wisiałeś na rodzicach?

27 lat. Było wygodnie. Uprawiałem alpinizm i dorabiałem sobie w dobrze płatnych pracach wysokościowych. Tak jak Donald (śmiech). Malowałem kominy w Bełchatowie, pracowałem na elektrociepłowni w Krakowie. Zarabiałem pieniądze i wydawałem je na wspinanie. A u mamy był dach nad głową, obiadki…

Ilu twoich znajomych przedłużyło sobie dzieciństwo w taki sposób?

Masa. Mam nawet kolegę psychiatrę, dobrze po pięćdziesiątce, który mieszka z mamą.

To tak jak Jarosław Kaczyński!

Ale macie polityczną jazdę! Uważajcie, żeby wam nie odebrali obywatelstwa.

No tak, racja… Ale luzik, wytniemy to (śmiech). Lepiej powiedz, ile ty masz naprawdę lat. Bo dziennikarze raz piszą, że urodziłeś się w 1970, a potem, że w 1974.

Niestety rację mają ci, co mnie postarzają. Ktoś się fajnie pomylił z tym ’74. Chyba w „Gazecie Wyborczej”.

A jak jest z twoim wykształceniem? Bo też piszą, że skończyłeś socjologię i wydział operatorski, a to ponoć nieprawda.

Łechcze mnie, gdy ktoś przypisuje mi dwa kierunki, ale to już robi się sprawa karna (śmiech). Bo wiecie, teraz w IV Rzeczpospolitej to już pewnikiem postawią Kwaśniewskiemu zarzuty w związku z kłamstwem magistracyjnym (rechot). Ze mną sprawa jest prosta – zaliczyłem trzy lata socjologii, a potem skończyłem katowicką filmówkę.

A wcześniej zajmowałeś się ekstremalną jazdą na rowerze…

To też błąd. Dziennikarzom z krakowskiej „Gazety” pomyliło się z alpinizmem.

(Śmiech) Rzeczywiście pokrewne dyscypliny. Podobno do wspinania podchodziłeś bardzo ambitnie?

Wspinanie mnie wykończyło. Alpinizm nie ma zaplecza psychologicznego, wiecie, takiego Żołędzia, którego miał Małysz. Wspinaczka to wolna amerykanka. Przeliczyłem się, bo traktowałem alpinizm jak sport boiskowy. Nie dostrzegałem w nim filozofii, sposobu na życie, metafizyki. Ja chciałem być Korzeniowskim gór. Spaliłem się. Widząc, że jestem tylko w pierwszej dwudziestce w Polsce, doszedłem do wniosku, że to kompromitacja i nie mogę dalej z tym żyć (potulny śmiech).

Dlatego postanowiłeś zostać stróżem kinowym. Pracowałeś w dwóch krakowskich kinach – Kijowie i Wandzie.

Tak. Można powiedzieć, że karierę filmową zacząłem jako nocny cieć (chichotanie). Dostałem fuszkę po kolesiu po akademii muzycznej, który całe noce w kinie Kijów rżnął na kontrabasie. Pusta sala, świetna akustyka. No, chłopak nie mógł piłować w domu, więc zatrudnił się w kinie (śmiech). Kiedy pojawił się wakat, dostałem info i łyknąłem to. Barykadowałem się w cieciówce i spałem. Ale dużo lepszy był mój zmiennik, emeryt pan Jan. Piętnaście nocy pracowałem ja, piętnaście on. Kiedyś go poprosiłem o zamianę dyżuru. On na to, że nie ma sprawy i że zawsze może się zamienić, kiedy tylko będę chciał, zawsze. Powiedział: „Proszę pana, mnie tu nie ma. Jak oni wychodzą, ja zaraz po nich. Mieszkam po drugiej stronie ulicy. Zamykam kino, włączam budzik na piątą i idę spać”. Od tej pory poszedłem w ślady pana Jana. Ale nie szedłem do domu, tylko na drugą stronę ulicy do klubu „Żaczek”. Bawiłem się do rana, koncerciki te sprawy i wracałem przed szóstą otworzyć kino.

Ile tak pociągnąłeś?

Niestety ten świetny układ się skończył, kiedy zrobiłem w kinie imprezę. Wpuściłem 250 osób na imieniny ciecia nocnego w kinie Kijów. Pijaństwo nie do opanowania. Rano ponad dwudziestu wiecznych widzów siedziało w fotelach i oglądało film, którego nie było. Dostałem kopa w dupę, ale przyjęli mnie na to samo stanowisko w kinie Wanda. I tam już było spokojnie. Naoglądałem się najlepszych filmów. W Wandzie były ciągle przeglądy, na zmianę Antonioni, Tarkowski, Passolini. Wtedy mi w ogóle nie przyszło do głowy, że będę filmowcem. Ale obejrzałem tyle świetnych rzeczy i to na szmacie, na ekranie. To działa na człowieka. Jak widać – mocno.

Powiedz, kiedy skończysz rodzinny tryptyk. Mówiłeś, że chciałbyś, żeby trzecią część sagi rodzinnej nakręciła twoja córka. A jak nie będzie chciała?

To nie nakręci. Ale wiecie, jest coś takiego w ojcach, że chcą, aby dziecko szło w ich ślady, żeby było lepsze, żeby realizowało marzenia ojca i przemogło jego kompleksy. Trzeba uważać, żeby nie realizować na siłę siebie w dzieciach. I dlatego wpadłem ostatnio na nowy pomysł trzeciej części. Chciałbym zrobić film o tym, jak staram się nakłonić moją córkę do tego, by została reżyserem i zrobiła taki film, a w tym samym czasie walczę ze sobą, żeby jej jednak do niczego nie nakłaniać. Łapiecie? Film o próbie spełnienia siebie w dziecku – to jest jeszcze prosty temat. A ten drugi trudniejszy jest taki, Że ja filmuję to, że ona widzi, to co ja próbuję zrobić i się do tego w jakiś sposób ustosunkowuje. Robi się ciekawy układ dramaturgiczny. Córka może w końcu powiedzieć: „stary, daj mi spokój, pocałuj mnie w dupę, ja nie będę robić tego filmu dla ciebie, bo ja nie chcę robić filmów”. To też będzie ciekawe.

Myślałeś kiedyś o nakręceniu remake’u 07 zgłoś się?

(Śmiech) Świetny pomysł! Borewicz to dla mnie postać absolutnie kultowa. Zawsze wolałem 07… nawet od Czterech pancernych… Serial numer jeden PRL-u. Postać komunistycznego Jamesa Bonda, który uwodzi, ale nigdy nie puka, jest rewelacyjna. Nakręcić remake – genialne! Jakbyście byli producentami filmowymi, to wszedłbym w ten pomysł jak w dym. To mógłby być hit. A wiecie, że ostatnio dwa razy pod rząd spotkałem posła Cieślaka. Raz w pociągu, drugi raz w taksówce. Kult maksymalny (śmiech). Słuchajcie! Cieślak mógłby dziś zagrać zwierzchnika nowego Borewicza. Ale numer!

Pamiętaj, że mamy copyright na ten pomysł. Robisz teraz coś jeszcze oprócz Istnienia?

Zaprosili mnie ostatnio na EXPO do Japonii. Miałem zrobić dokument o zwykłej japońskiej rodzinie, a wyszło na to, że zrobiłem film o sobie i moim operatorze. Zrobiłem film o niemożliwości zrobienia filmu. Pojechałem do typowego japońskiego domu, do dość bogatych ludzi po sześćdziesiątce. Mam o nich robić film, ale oni ciągle nie mają czasu. Japonka wraca do domu, ja od razu do niej z tyczką i kamerą a ona tragicznie łamaną angielszczyzną: „very tired, very tired, sleepy, sleepy”. No to czekamy aż się obudzi. Wstaje, my do niej, a ona: „no, no, busy, office” i ucieka do biura, zostawia nam za to dwie kosmiczne porcje sushi zalane w dziwnych kwadratowych plastikach, ja to filmuję i tym się kończy scena. Jesteśmy, kurwa, cholernie głodni. Następnego dnia operator filmuje, a ja ją pytam: „do you have, do you have any bread?”. A ona: „today?”. Męża w ogóle nie ma. Nic się nie udaje z nim zrobić. Mamy ostatni dzień zdjęć, finałowa scena filmu jest taka: ona wchodzi do domu, i mówi: „today, today,” – i pokazuje na nas – „all day together”. I tu jest cięcie, koniec filmu. Taki jest też tytuł. Pakujemy się i jedziemy do domu (film „Cały dzień razem” zdobył w 2006 roku nagrodę za najlepszy film dokumentalny Europy Środkowej na Międzynarodowym Festiwal Filmów Dokumentalnych w Jihlavie – przyp. red.).

Na koniec szybki quiz. Kim dla ciebie są: Sylwester Latkowski…

Facet robi krzywdę dokumentowi polskiemu, a pomagają mu media, które go promują. Powtórzę za moim kolegą: „Latkowski to facet, który ma tylko jedną fajną rzecz – garnitur”. Facet jest poza warsztatem, szkoda słów. Niech zostanie dziennikarzem „Super Expressu”. Film dokumentalny to nie jest reportaż interwencyjny.

Andrzej Wajda…

Pan Wajda jest absolutnie wybitnym reżyserem, ale pewnego dnia powinien sobie posłuchać jednej piosenki Perfektu i wziąć sobie jej słowa do serca.

Krzysztof Kieślowski…

Fascynujący pod każdym względem. Jedyny polski reżyser, który tak mocno i głęboko wpływa na moją psychikę, psychikę widza, nie zawodowca.

Zbigniew Cybulski…

Nie rozumiem jego fenomenu. Dzisiaj takiego aktorstwa nie można w ogóle akceptować. Ale w tamtych czasach, w tamtym momencie historii mógł rzeczywiście niesamowicie elektryzować. Cybulski nie ma w sobie ponadczasowości. Był bohaterem tamtych czasów. I koniec.

Michael Moore…

Latkowski przy nim to jest gość.

„To świr, ale porządny koleś”. O kim to?

O mnie? Wasi informatorzy mają rację. Sam widzę, że psychiatrycznie nie jestem do końca w standardzie. Ale w porządku koleś, bo mając pewne cechy pacjenta oddziału psychiatrycznego, jestem niespecjalnie szkodliwy, a dla wielu nawet zabawny (wybuch niekontrolowanego śmiechu).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*