Marcin Gortat

Marcin-GortatPLAYBOY nr 10, 2015 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke

Czy kiedykolwiek wsadziłeś do kosza 8-kilogramową kulę?

Nie przypominam sobie. Raczej nie. Ale 8-kilogramową piłkę tak. I to nawet wielokrotnie.

Są takie piłki?

Są. Specjalne, treningowe. Jak byłem młodszy, hulałem w górę z takimi ciężarami. Teraz pewnie też dałbym radę, ale nie ryzykuję. Skąd wam przyszło do głowy takie pytanie?

Tomek Majewski opowiadał nam, że czasem dla zabawy wsadza swoją treningową kulę do kosza…

Świetny gość. Kawał chłopa. Ciekawe, czy poradziłby sobie z piłką. Kula mieści się w dłoni, więc jest łatwiej. Natomiast piłki do kosza ważącej 8 kg w jednej dłoni się nie utrzyma. Trzeba ją pakować do kosza oburącz. A to już sporo większy wysiłek. Tomek jest ode mnie niższy (dokładnie o 9 cm – przyp. red.), dlatego mógłby mieć problem. Chociaż z drugiej strony ma siłę, eksplozywność i odpowiednią masę.

À propos… Ile byś dzisiaj ważył jako skoczek wzwyż?

Byłbym na pewno wychudzony, co bardzo by mi nie odpowiadało, bo zawsze fatalnie się czułem jako szczuplak. Co prawda ostatnio znowu chudnę, ale wszystko jest pod kontrolą. Można powiedzieć, że dzisiaj już nie jestem Polish Hammer, ale raczej Polska Gazela (śmiech). Tracę wagę, bo muszę coraz więcej czasu spędzać na parkiecie. Nie mogę sobie pozwolić na zbyt dużą masę mięśniową. Kondycyjnie i wytrzymałościowo powinienem dorównywać mojemu rozgrywającemu – wytrzymać jego tempo przez 40 minut. Uwierzcie mi, że to wielki wysiłek dla kogoś o moich gabarytach. Kiedyś budowałem masę, bo trener ustawiał nas pod inny styl. Dzisiaj gra się o wiele szybciej. Teraz ważę około 112 kg.

A jako skoczek?

Ważyłbym z 90 kg. Miałem ogromne zadatki na skoczka. Pamiętam, że jeszcze w podstawówce skoczyłem 193 cm. Momentalnie dostałem powołanie do reprezentacji Polski juniorów. Ale zupełnie mnie to nie kręciło. Nudziło mnie to. Skakałem, bo byłem w szkole sportowej i przerabialiśmy całą lekkoatletykę. Zresztą jestem święcie przekonany, że ogólnosportowe przygotowanie z dzieciństwa procentuje u mnie do dziś. Skok wzwyż na pewno bardzo mi pomógł w późniejszej karierze. Od początku jednak wiedziałem, że skoczkiem nigdy nie będę. Interesowały mnie sporty zespołowe. Przede wszystkim piłka nożna.

Chciałeś być polskim Peterem Schmeichelem.

Bardzo! Cały mój pokój był obklejony plakatami Petera. Miałem jego bluzę bramkarską, rękawice, korki… naprawdę wszystko. Po latach, już jako gracz NBA, spotkałem go na Stadionie Narodowym przed meczem półfinałowym Mistrzostw Europy. Chyba pomyślał, że jestem kompletnym świrem, bo w 30 sekund opowiedziałem mu całe moje życie (śmiech). Zrobiliśmy sobie zdjęcie. Niestety straciłem je później podczas zmiany telefonu. Dlatego musimy się jeszcze kiedyś spotkać ponownie.

Czy cały czas masz kontakt z nauczycielem WF-u, który wybił ci z głowy piłkę nożną na rzecz koszykówki?

Tak. Zdzisław Proszczyński to wspaniały człowiek. Do dziś działa w środowisku koszykarskim. To jemu zawdzięczam start do kariery. Przez dwie klasy technikum bezskutecznie przekonywał mnie do koszykówki. I przez te 2 lata się nie poddał. Powtarzał: „Idź na trening koszykarzy. Chociaż raz. Zobaczysz, że tego potrzebujesz”. Ale ja wciąż miałem w głowie tylko piłkę nożną i całą masę problemów w szkole. Byłem zagrożony z kilku przedmiotów. Pan Zdzisław wstawiał się za mną u innych nauczycieli. Skutecznie. I tak, trochę żeby się mu odwdzięczyć, poszedłem na pierwszy trening kosza. Od razu zrozumiałem, że to jest to. Mało tego, tamtego dnia poznałem mojego najlepszego przyjaciela Michała Micielskiego.

Jak dzisiaj gra?

Raz na jakiś czas coś tam trafi. Ale masa nie pozwala mu na zbyt wiele (śmiech).

Już nigdy nie wróciłeś do piłki?

Nie. Tym bardziej że wtedy byłem już chyba mentalnie wypalony jako bramkarz. Sporo ludzi mi mówiło, że nie będę wybitnym piłkarzem. Podobno to było widać. Zresztą wystarczy popatrzeć na dzisiejszą Ligę Mistrzów. W żadnym liczącym się klubie nie ma tak wysokiego bramkarza. W ogóle chyba nie ma bramkarzy mojego wzrostu.

Co ci zostało z treningów bramkarskich?

Refleks i miłość do Manchesteru United. Rzuciłem piłkę bez najmniejszego żalu – tak bardzo wpadłem w koszykówkę. To była chemia od pierwszego momentu.

Poczułeś przyjemność, kiedy ludzie zaczęli się od ciebie odbijać?

Raczej, kiedy zobaczyłem, że uznają mnie za trudnego przeciwnika. Zostało mi to do dziś. Kiedy łapię piłkę i widzę respekt w oczach zawodnika, przeciwko któremu mam zagrać, mocno mnie to ekscytuje. To nagroda za wszystko, co przeszedłem i za to, jak wiele poświęciłem dla tego sportu.

Ilu zawodników w NBA widziało strach w twoich oczach?

Żaden. Ale respekt na pewno widziało dwóch: Shaquille O’Neal i Dwight Howard. Obaj są potężniejsi ode mnie. Miałem więc obawę, że każde wyjście z nimi w górę po piłkę może się skończyć kontuzją. Dzisiaj w całej NBA nie ma już takich zawodników.

A zawodnicy NBA zbiorowo czują respekt przed kobietami. Podobno regularnie się was szkoli, jak ich unikać…

Mamy całą masę szkoleń. Aż do przesady. Każdego roku coś nowego. Wydawałoby się, że jak już byłeś 5 razy, to nic nowego dla ciebie nie wymyślą. A jednak (śmiech). Nie ma co ukrywać – na połowie tych szkoleń śpię lub bawię się telefonem, ale nadal są takie, które otwierają mi oczy na sprawy, o których nie miałem do tej pory pojęcia.

A wracając do kobiet…

To prawda, kładą na to nacisk. Są takie kobiety, które wręcz polują na zawodników NBA. Jesteśmy uświadamiani oraz pouczani, aby takich kobiet unikać.

Łatwa sprawa?

Nie bardzo. Szczególnie po paru drinkach (śmiech). Ale od tego są przyjaciele. Tak naprawdę kluczem do sukcesu, oprócz ciężkiej pracy, jest to, aby otoczyć się mądrymi, zaufanymi ludźmi. Trzeba umieć ich znaleźć. Dzisiaj są tutaj ze mną: trener od siłowni, z którym codziennie pracuję i moich dwóch przyjaciół, którzy pełnią rolę moich menedżerów…

Otaczasz się samymi facetami?

Kobietami też. Są niezbędne. Mają inną perspektywę. Są bardziej skrupulatne od mężczyzn, bardziej uważne, a do tego są świetnymi organizatorkami. Jedną z ważniejszych funkcji w mojej Fundacji „MG13 Mierz Wysoko” pełni właśnie kobieta. W ogóle stworzyłem już małe przedsiębiorstwo. Śmieję się, że prowadzę coś na kształt Gortat Enterprise. Zatrudniam 14 osób: pracowników fundacji, dwóch menedżerów, dwóch asystentów, trzech PR-owców, agenta sportowego, ludzi od mediów społecznościowych, również osobę, która dba o moje bezpieczeństwo.

Jest tu gdzieś?

A co? Nawet go nie zauważyliście? Czyli idealnie wykonuje swoją pracę (śmiech).

Potrzebny ci?

Pewnie nie. Ale po co ryzykować? Wychodzę z założenia, że lepiej dmuchać na zimne.

Pamiętasz swoją pierwszą i ostatnią bójkę?

Nie za dobrze. Nie żyłem bójkami, ale zdarzały się jakieś osiedlowe historie. Przez to, że nie wyglądałem wtedy na swój wiek, często ktoś chciał się ze mną sprawdzać.  Miałem 13 lat, a startowali do mnie 20-latkowie. Pamiętam, że ktoś zapytał jednego z tych gości: „Zwariowałeś? Bijesz się z 13-latkiem?”. Koleś zrobił tylko wielkie oczy. Dopiero jak zacząłem naprawdę szybko rosnąć, a do tego poszedłem na siłownię i nabrałem masy, zaczepki się skończyły. Ja sam nigdy nie szukałem dymu. Mnie właściwie nie można wyprowadzić z równowagi. Nawet jak się napiję, tak się relaksuję, że nic nie jest w stanie mnie zdenerwować. Miewam sytuacje, w których ludzie podchodzą i mówią: „Gortat, jesteś żałosny. Jesteś taki i owaki…”. Spływa to po mnie jak po kaczce (śmiech).

Żartujesz? Słyszysz takie słowa pod swoim adresem?

Dosyć często. Wiecie, co odpowiadam? „Masz rację. Jestem żałosny. Za to ty jesteś wspaniały. Idź dalej i żyj swoim życiem”. Dla mnie liczy się tylko zdanie moich rodziców, przyjaciół, trenerów i ludzi, którzy mnie zatrudniają. Opinie całej reszty są dla mnie bez znaczenia.

Zdarzają się fizyczne zaczepki?

Nie dochodzi do takich sytuacji, bo zawsze otaczają mnie oddani przyjaciele. Któregoś razu w klubie złapał mnie za szyję koleś, z którym ledwie się znałem w młodości. Zaczął mnie ściskać, dusić
– chyba z wrażenia, że zobaczył Gortata. Znajomi szybko go ode mnie odciągnęli. I tak to się zawsze kończy.

Jakie miałeś ksywki w szkole na Bałutach?

Młodszy Grucha. Bo mój starszy brat był Grucha. Potem przez chwilę wołali na mnie Pająk. Nie mieli wyjścia – byłem wielki i patykowaty. Ale kiedy nabrałem masy, wszystko się zmieniło. Dzisiaj funkcjonuje tylko Polish Hammer.

Skoro padło słowo „Grucha”… Przed rokiem w Gdańsku, razem z siatkarzem Piotrem Gruszką wzbudziliście sensację wśród pasażerów autobusu, którym podjechaliście do Sopotu.

Wybraliśmy siedzenia przy drzwiach, tam gdzie jest najmniej miejsca na nogi. Usiedliśmy, kolana wbiły się nam pod brody i tak dojechaliśmy do Monciaka (śmiech). Jeden facet nie wytrzymał i mówi do mnie: „Pan jest tym słynnym siatkarzem, nie?”. Ja nic, uśmiecham się.  „A nie tańczył pan ostatnio w Tańcu z gwiazdami?”. Piotrek obok płakał ze śmiechu. W końcu wyprowadziłem gościa z błędu: „Nie jestem siatkarzem Gruszką, bo on siedzi obok. Ja jestem koszykarzem Gortatem”. Na co facet: „Tak? Jesteście do siebie bardzo podobni”.  Nie da się ukryć – jeden łysy, drugi owłosiony, jeden z małym nosem, drugi z gigantycznym. Jak dwie krople wody.

Później piliście alkohol…

Gdzieś pojawiły się zdjęcia i media zaczęły się o tym rozpisywać. Kompletna głupota. Nie widzę nic złego w wypiciu piwa z kumplem w restauracyjnym ogródku. Nie zamierzam się tłumaczyć. Jak mam wakacje, jestem na swoim osiedlu w Łodzi, to lubię spotkać się ze starymi znajomymi przy piwie. Tak naprawdę cały czas jestem tym samym chłopakiem z Bałut. I nie będę tego przed nikim ukrywał. Mam bardzo ciężką i stresującą pracę. Nie jestem żadną sportową perfekcyjną maszyną. Czasem mam ochotę usiąść na blokowisku i pogadać z kumplami. Podnoszą się głosy, że niby daję zły przykład. Bzdura. To rodzice są od tego, żeby wytłumaczyć dzieciom, że alkohol jest dla ludzi, ale nie wolno z nim przesadzać. Ja chcę być przede wszystkim wzorem jako sportowiec, ktoś kto ciężko pracuje żeby osiągnąć swoje cele. Mogę przekazywać pasję do koszykówki. Mam nadzieję, że to jest jasne.

Zdecydowanie. Tym bardziej, że mimo wakacji przyszedłeś do nas prosto z treningu.

Trzy godziny dziennie. Nie ma przebacz. Muszę być zawsze w formie. Taki mam charakter.

Czy mimo to zdarzyło ci się kiedyś grać na kacu?

Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek zagrał na kacu… Chociaż chwileczkę… Jak sięgam pamięcią, jest jeden mecz, który grałem po świętowaniu pewnego wydarzenia. Zagrałem wtedy świetny mecz. Ale na poważnie, grając na takim poziomie z taką częstotliwością musisz dbać o swój organizm, to jest najważniejsze. Alkohol i nocne życie w tym na pewno nie pomagają. Moje ciało najlepiej regeneruje się w trakcie snu. Ja jedną trzecią sezonu przesypiam. Jak niedźwiedź. Jedną trzecią trenuję, a jedną trzecią gram.

Nie ma czasu na seks…

(Śmiech). Aż tak źle nie jest.

Kiedyś w PLAYBOYU powiedziałeś, że seks przed meczem w niczym nie przeszkadza.

Jest to indywidualna sprawa. Mentalnie może nawet pomóc. Ale tylko, gdy jesteś dobrze przygotowany fizycznie. Jestem teraz w takiej formie, że nie czuję żadnego zmęczenia po trzydziestu,
czterdziestu meczach w sezonie. Dopiero w fazie play-off dopada mnie kryzys. Wtedy zaczynam się już mocniej zastanawiać nad nocnymi szaleństwami. Może nie zabrzmi to po męsku, ale często odpuszczam i idę spać.

Ryszard Kalisz opowiadał nam, jak uprawiał seks w maluchu. Jest od ciebie sporo niższy, ale wagowo pewnie wychodzicie na remis, ze wskazaniem na posła. Próbowałeś kiedyś takiej sztuki?

(Śmiech). Jeszcze nie. Zdarzyło mi się uprawiać seks w samochodzie. Ale nie mam już dwudziestu lat i wolę wielkie wygodne łóżko.

Co cię najbardziej boli, jak wstajesz rano?

Panowie, to świetne pytanie. Nie skłamałbym, odpowiadając że wszystko. Kręgosłup, kolana, kostki…  Ale tak naprawdę najbardziej bolą mnie popełnione błędy. Każde, nie tylko te na boisku. Zawsze, kiedy działam wbrew instynktowi, źle na tym wychodzę. A potem się katuję. Nienawidzę popełniać błędów. Wychodzi więc na to, że zawsze najbardziej mnie boli… głowa.

Jak długo będziesz grał?

Dopóki będę mógł pomóc swojej drużynie. Dopóki będzie mnie motywowała pasja, a nie pieniądze. A także, dopóki w zespole – na mojej pozycji – nie pojawi się lepszy ode mnie. Nie lubię przegrywać i nie zniósłbym obok siebie zdolniejszego, szybszego, zwinniejszego, bardziej wyskakanego i młodszego chłopaka. Jeśli się taki pojawi, to z bólem, ale podziękuję. W tej chwili mam swojego maksa: fizycznie, mentalnie i sportowo. Być może najbliższy sezon będzie najlepszym w moim życiu. Bardzo bym tego chciał. Jednym z moich celów jest występ w Meczu Gwiazd ligi NBA. Z roku na rok jestem coraz bliżej…

Co po koszykówce?

Mam nadzieję, że nie dopadnie mnie depresja. Większość koszykarzy cierpi na nią po zakończeniu kariery. Zmieni się na pewno wszystko, łącznie z tym, że na konto przestanie wpływać gotówka. Ciężko będzie się obudzić i nie musieć iść na trening. Dodatkowo skończą się występy przed tysiącami kibiców. Będę musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo kiedy czasu za dużo, a pomysłów na życie wcale, do głowy mogą przyjść głupie myśli. Nie zamierzam w telewizji gotować, śpiewać, tańczyć i skakać do wody. Nie ma pieniędzy, które mnie do czegoś takiego przekonają. Jedno jest pewne, dzięki temu, że założyłem swoją fundację, nie będę narzekał na nudę.

Polityka?

Kto wie? Czas pokaże…

Dwa głosy już masz.

Dobry start (śmiech).

Kogo chciałbyś zobaczyć na naszej rozkładówce?

Jest wiele pięknych kobiet, które chętnie bym u was obejrzał. Ale to już pytanie do nich, czy taka sesja jest im potrzebna.

Tatiana Okupnik?

Jest żoną Michała, mojego najlepszego przyjaciela. Traktuję ją jak siostrę. Byłoby mi niezręcznie oglądać ją nagą.

Nie odbieraj nam nadziei. W końcu za 5 lat będziemy na ciebie głosować.

OK. Niech żywi nie tracą nadziei!

Skomentuj

*

Spam Protection by WP-SpamFree