Magdalena Różczka

PLAYBOY nr 6, 2006 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann

Jak często umawiasz się z naczelnymi pism dla mężczyzn?

Umówiłam się raz w życiu, żeby uzgodnić ten wywiad. A co?

Ciekawe, bo chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło się Mellerowi, żeby aranżował spotkanie tylko w takim celu. Na pewno próbował cię poderwać…

(Śmiech). Nie. Naprawdę nie.

No to przynajmniej proponował ci rozbieraną sesję.

Też nie. Serio. Propozycję wystąpienia w pictorialu miałam dużo wcześniej. Dzwoniła jakaś miła pani z waszej redakcji. Odmówiłam.

Nie proponował ci sesji i jak utrzymujesz, nie podrywał. To po co wysyła ci przez nas prezenty? Zabujał się chłopak, ale jest zbyt nieśmiały?

(Śmiech). Błagam was. Rozmawialiśmy między innymi o Queens of the Stone Age i Marcin wysłał mi płytę, której nie znałam. Po prostu. Nie ma żadnych podtekstów. Żadnego podrywania! Uspokójcie się (śmiech). Zacznijmy wreszcie ten wywiad. Przecież tego, o czym teraz gadamy i tak nie napiszecie.

Jasne, że nie (śmiech). Dlaczego nie zgodziłaś się rozebrać dla nas? Dla nas, czyli Playboya oczywiście…

Po co miałabym się zgadzać? Czułabym, że sprzedaję moje ciało po nic. To nie aktorstwo. Film to film, a w Playboyu byłaby tylko goła Magda Różczka. Nie podnieca mnie taka wizja. W ogóle to nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie, żeby kogoś niechcący nie obrazić. Pamiętam taką sytuację: przyszły do mnie dwie koleżanki, aktorki w moim wieku, siedzimy sobie i gadamy, rozmowa schodzi na wspólną znajomą, której Playboy zaproponował sesję. Jęknęłam smutno: „O Jezu”, a one na to: „Zajebiście, nie? Tam są piękne sesje”. Tylko ja nie rozumiem, dla kogo piękne. Dla mnie? Miałabym swoje gołe zdjęcia wieszać na ścianie? Z drugiej strony wolę nie mówić „nigdy”. Może za dwadzieścia lat? Wiem, że wtedy nikt by mnie nie chciał oglądać nagiej, ale może ja bym chciała (śmiech).

Masz już za sobą jakąś scenę erotyczną?

Jeszcze nie! W Oficerze były tylko niewinne pocałunki i rozmowy pod kołdrą niby na nagusa. Myślę, że to jedna z najtrudniejszych rzeczy w tym zawodzie. Miałam propozycję zagrania w takim jednym filmie. Wybór był prosty: albo przez cały film ganiam na golasa, i poza tym nie mam za dużo do grania, albo nie mam „roli”. Nie skorzystałam.

A chodzisz chociaż nago po domu?

Nie. Nie mam w sobie nic z ekshibicjonistki. Kąpię się też w ubraniu (śmiech).

Jak jest w Nowej Soli?

Fajnie, bo tam są moje koleżanki i cała rodzina. Inaczej się oddycha. I nie fajnie, bo ludzie więcej tam narzekają, niż się cieszą. Przykre.

Zauważyłaś, że ktoś stamtąd odsunął się od ciebie, bo tobie się udało?

Staram się tego nie zauważać. Sama nie jestem zazdrosna, więc nie oczekuję tego od innych. W Nowej Soli każdego narzekającego znajomego namawiam, żeby spróbował zrobić coś ze swoim życiem, na przykład wyjechał, a nie biadolił w wieku 28 lat, że jest już za stary.

Nadkomisarz Aldona Ginko zaczynała podobno od blaszanej budki na miejskim targu.

Tak. Sprzedawałam ciuchy. Chodziłam wtedy do liceum i chciałam zarobić kasę na wakacje. Podeszłam do pierwszej lepszej budki i zapytałam, czy nie szukają kogoś do roboty. To była moja pierwsza praca. Ale nie dorobiłam się specjalnie (śmiech).

W sądzie zarabiałaś lepiej?

Jeszcze wcześniej sprzedawałam perfumy. I wiecie, nie sprawiało mi problemu bycie miłą dla klientów. A zauważyłam, że w Warszawie dla większości sprzedawców to stan niemożliwy do osiągnięcia. Wiecznie nadąsani, z pretensją do całego świata. Koszmar. Po sklepie kosmetyczno-chemicznym zaczęłam pracę protokolantki w Sądzie Rejonowym. Za pierwszą wypłatę kupiłam wymarzone, oryginalne, lekko dzwoniaste Levisy. Wyrzuciłam je całkiem niedawno. Ze łzami w oczach. W sądzie chciałam zmieniać świat. Wyrabiać 300 procent normy. Oczywiście tylko na początku byłam taka głupia, potem się nauczyłam, jak od czasu do czasu rzetelnie odpoczywać. Kawka, herbatka, śniadanko. Pamiętam, jak zwierzyłam się koleżance Marylce, że chcę zacząć studiować dziennie w Warszawie. Była przerażona. Nie mogła zrozumieć, jak można rzucić taką wspaniałą, ciepłą posadkę. Ale później dzielnie trzymała za mnie kciuki!

A ty nie masz nawet sesji w Playboyu!

Życie zmarnowałam, kurczę (śmiech).

Czy twoja mama kupi tego Playboya?

Oczywiście. Mama nagrywa każdy program, w którym jestem; każdy film, w którym zagrałam, a nawet statystowałam. Na początku bardzo mnie to irytowało, ale teraz wiem, że za dziesięć lat oglądanie siebie w roli statystki będzie super.

Gdzie statystowała przyszła gwiazda?

Bez przesady z tym gwiazdorstwem (śmiech). Na przykład w Quo Vadis byłam niewolnicą z garnkiem, chrześcijanką wybiegającą na arenę i rzymianką krzyczącą: „Zabić chrześcijan!”. Poza tym pojawiałam się w Chopinie. Pragnieniu miłości, Złotopolskich, Klanie i reklamach. W sumie jako statystka spędziłam na planie trzy miesiące. Wiedziałam już, że dostałam się do szkoły i całe wakacje statystowałam. Nie mogłam się nadziwić, jaką niesamowitą grupą społeczną są statyści. Niektórzy mają specjalne albumy do wklejania swoich zdjęć z gwiazdami. Dla nich, statystowanie to cel życia. Są i tacy, którzy robią karierę filmową. Kiedyś wystraszyłam się, że nie poznałam bardzo znanej aktorki. Pani płynnie wymieniała swoje największe role: „Grałam tu, tu i tu, i jeszcze tam”. Oczywiście statystowała, a nie grała. Poznałam też faceta, który statystował, a na plan przyjechał mega fajną bryką i na benzynę wydał więcej, niż zarobił. Dziwni, fantastyczni ludzie.

Podobno za wszelką cenę chciałaś wystąpić w programie Decyzja należy do ciebie. Zgadza się?

Oczywiście, że tak. Zanim jeszcze zdążyłam pomyśleć o szkole aktorskiej. Byłam nawet na Woronicza i spytałam się portiera, czy mogę wejść, żeby zagrać w tym programie. Facet na to, że nie mam przepustki i mogę zadzwonić. No to dawaj, dzwonię, ale nikt nie odebrał. Portier powiedział mi, że jak szukają aktorów to na pewno z Chełmskiej. Pojechałam na Chełmską, podpisałam umowę z agencją, ale pani powiedziała mi, że nie będzie do mnie dzwonić, bo mieszkam pięćset kilometrów od Warszawy. Ja mówię: „Na pewno będę przyjeżdżać!”. Babka zmiękła i powiedziała, że zadzwoni, jak będą jakieś castingi do reklam. A ja wypaliłam: „Mnie interesuje tylko film!” (śmiech). Popatrzyła na mnie jak na debilkę i pomyślała sobie, że jestem biedną dziewczynką z prowincji, która zdawała do szkoły aktorskiej tysiąc razy i nic z tego nie wyszło. Odesłała mnie na Miodową. Wzięłam informator, wsiadłam w pociąg i wróciłam do Nowej Soli. Egzamin do szkoły teatralnej zdałam za pierwszym razem.

Bierzesz już przeszkody?

Jeszcze nie. A skąd wiecie? Od niedawna chodzę na jazdę konną. Zawsze o tym marzyłam. Jest rewelacyjnie. Naprawdę odpoczywam. Do tej pory byłam bardzo antysportowa. Mam nadzieję to zmienić.

Czyli w ramach walki z antysportowością, siadasz przed telewizorem i oglądasz Mistrzostwa… Kto wygra, twoim zdaniem?

A kto bierze udział? (Wybuch śmiechu).

A komu kibicuje twój chłopak?

(Długa cisza). No, oglądaliśmy razem jakieś mecze. I zawsze oczywiście pytałam pod koniec, którzy to nasi… Tak bardzo mnie to nie interesuje, że nie jestem w stanie się skupić i myślami jestem baaaaardzo daleko. A na tych Mistrzostwach jest Polska?

No właśnie. Jest?

Hmm… Myślę, że nie.

(Wybuch śmiechu). To może spróbujesz odpowiedzieć na pytanie, czy wygramy ten Mundial.

O rany… Czyli jednak Polacy jadą na te Mistrzostwa. Ale i tak myślę, że nie wygrają…

A widzisz, mimo wszystko znasz się na futbolu.

Wiecie co? Jak będziecie odsłuchiwać ten wywiad, to zorientujecie się, że nie mogę się przez was przebić. Zaczynam coś mówić, a wy mi przerywacie. Ciągle. Nie uwierzycie, ale mi się to podoba (śmiech). Kiedyś przyszedł jeden pan, zadawał pytanie, a ja odpowiadałam: „Tak”. I on nie zadawał następnego, więc ja mówiłam: „Koniec”. A potem znowu: „Nie… (dłuższa pauza). Już”. Koszmar. A wy zawsze robicie wywiady we dwójkę?

Można tak powiedzieć.

Nigdy się z tym nie spotkałam. Dziwny pomysł.

(Śmiech). Już nas pytali, czy nie jesteśmy gejami.

Naprawdę? Ja prawie zawsze poznaję gejów.

Po czym?

Po wszystkim. Po tym jak mówią, jak się poruszają. To widać po prostu. Czasami bardzo męscy faceci są gejami. Rzecz jasna nie przeszkadza mi, że ktoś jest gejem. W moim środowisku jest ich jednak przerażająco dużo.

A w nas rozpoznałaś gejów?

Nie. Zupełnie nie. Jak chcecie udawać gejów, to musicie jeszcze dużo ćwiczyć (śmiech).

To teraz – dla odmiany – trochę kobiecych pytań. „Jestem kobietą ze wszystkimi przypisanymi jej wadami, niestety”. Jakimi wadami?

Nie ze wszystkimi. Zmieniam zdanie. Mam też dużo męskich cech. Ale kiedy to mówiłam, to na pewno miałam na myśli jazdę samochodem. Jak się złorzeczy: „baba za kółkiem”, to jest to o mnie. Mam zamiar jednak z tym skończyć. Kupuję samochód i będę się uczyć. Najpierw nocami. Taki jest plan.

Wspomniałaś o swoich męskich cechach…

Dopiero od niedawna pozwalam sobie na pokazywanie swoich emocji. Bardzo długo w ogóle nie płakałam. Chciałam być taka twarda, taka męska, radzić sobie ze wszystkim sama. I teraz wiem, że to było złe. Wyżerało mnie od środka. Przełamałam się.

Kiedy?

Zrobiłam sobie operację oczu i zaczęłam płakać z bólu. Pozwoliłam sobie na płacz, pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna. I poczułam wielką ulgę. Potem postanowiłam sobie, że jeszcze trochę popłaczę, chociaż już mnie wcale nie bolało.

A wcześniej nie płakałaś nawet na filmach?

To łatwe. Odwracasz wzrok i myślisz sobie: „to tylko film, przecież to tylko film”. I nie płaczesz. A teraz wchodzę na maksa. Pozwalam sobie na to. Zryczałam się na Za wszelką cenę. Co ja przeżyłam! Przez kilka dni jeszcze miałam ten film w głowie.

Kiedyś nie płakałaś wcale, a teraz rozczuliłby cię nawet Matrix?

Bez przesady, aż tak to nie. Ale ja uwielbiam Matrixa. Kocham filmy science fiction. Wiedzieliście?

Bez powodu przecież cię nie pytamy. A chciałabyś zagrać w czymś takim jak Matrix?

Marzę o tym! O, Jezu! Jakby ktoś dał mi taką rolę, to ja bym w ogóle wszystko… Nauczyła się karate, jujitsu…

A jakby w scenariuszu były też sceny erotyczne?

Ale wy jesteście jednak beznadziejni (śmiech). Zależy jakie te sceny. Zastanowiłabym się.

„Gdybym mogła coś w sobie zmienić, lista zajęłaby kilka stron”. Prosimy o przykłady.

Chciałabym być bardziej pracowita. Na przykład codziennie rano trenować jakąś sztukę walki. Na potrzeby Matrixa (śmiech). Wszystko się może w życiu przydać. Szczególnie w moim zawodzie.

Te zmiany miały dotyczyć wyglądu.

O rany. No, całe życie się odchudzałam. I póki się odchudzałam to tyłam, a jak przestałam, to schudłam. Teraz trzymam wagę i już na pewno nie chciałabym być chudsza. Jak jestem za chuda, to moja twarz traci ludzkie rysy. Oczywiście chciałabym zmienić sobie figurę… (dłuższa cisza).

Ale jak to? Przecież nikt ci w to nie uwierzy. Że co niby? Chciałabyś zrobić sobie tył na Jennifer Lopez, a przód na Pamelę?

No, nie. Przestańcie. Bez takich. Zwyczajnie, chciałabym mieć dłuższe nogi, grube rzęsy, grubsze włosy… Włosy mam cieniuteńkie. To zawsze był mój kompleks. Czasem stoję przed lustrem i nie mogę na siebie patrzeć. I rozumiem, że niektórzy za to co mówię, mogliby chcieć mnie zlinczować. Naprawdę dziękuję Bogu za wszystko, co mi dał. Jestem wdzięczna. I mimo, że całe życie byłam zakompleksiona, to powiem to straszne zdanie: na szczęście nigdy nie widziałam kobiety, z którą chciałabym się zamienić w stu procentach.

„Nie znoszę smrodu fajek w ciuchach”. I co?

I jak wrócę do domu, będę musiała wrzucić całe ubranie do pralki. Już długo nie paliłam, ale cztery dni temu zaczęłam zdjęcia do drugiej części Oficera i bach… znowu. Ciężko nie dać się skusić.

Bo przychodzi Chyra i mówi: „No weź, zapal jednego”…

Aleście się popisali… Chyra już nie gra, zginął w pierwszej części. To wy nie jesteście moimi prawdziwymi fanami? Ojej (śmiech).

No tak, nie mamy nic na swoją obronę (śmiech). Zostajemy jednak przy zapachach. „Najbardziej męczy mnie smród gotowanych parówek”.

Blee… Ohyda. Zawsze mnie drażnił, a teraz, kiedy nie jem mięsa, smród parówek jest dla mnie nieznośny. Nienawidzę po prostu.

A jak trzeba będzie zjeść kebaba na planie Oficera?

To zjem coś innego. Bez przesady.

Aha, czyli masz to zapisane w kontrakcie: „nie rozbieram się i nie jem mięsa”?

(Śmiech). Tak, oczywiście. Ale poważnie, zapach karkówki na grillu mi nie przeszkadza. Mogę spokojnie obok smażyć dla siebie bakłażana. Pycha.

Czy ktoś nieznajomy ze słuchu napisał dobrze twoje nazwisko?

Może dwie, trzy osoby w całym moim życiu… Przywykłam już przedstawiać się na jednym oddechu: nazywam się Magdalena Różczka, „o” z kreską, „zet” z kropką, „cezet”. Kiedyś tych wszystkich błędów nawet nie poprawiałam. Doszło do tego, że w gazetach pod swoim zdjęciem widziałam taki podpis, którego prawie nie byłam w stanie przeczytać. Najgorzej jak piszą przez „u” i „sz”. A najczęściej używają „dż”. Zdarza się też, że jestem Magdalena Różyczka. Przećwiczyłam już wszystkie warianty.

W Hollywoodzie będzie ci ciężko. Myślałaś już o pseudonimie?

W życiu. Podoba mi się moje nazwisko. Ksywka „Rózga” też.

Na skróty:

Przy każdej odpowiedzi zastanawiałam się, czy nikogo nie uraziłam.

Na egzaminie do szkoły teatralnej czułam, że mogę przenosić góry.

Nie rozumiem kobiet, które nawet śmieci wyrzucają w pełnym makijażu. Ja na pewno nie jestem Glamour.

W moim domu zawsze jest cicho. Muzyka przeszkadza mi myśleć.

Od kilku dni non stop słyszę dowcipy. I wszystkie są albo o gejach, albo o sraniu, albo o pierdzeniu.

Nigdy nie byłam dyskryminowana. Całowania w rękę co prawda nienawidzę, ale to nie czyni mnie feministką.

Brzydcy mężczyźni to jest to! Brad Pitt to jedyny wyjątek. Serio.

2 komentarze
Skomentuj »

  1. Ach, oglądanie pani Magdy w kinie czy telewizji to sama przyjemność :)

  2. Bardzo sympatyczny wywiad, który chętnie przeczytałam! Miło byłoby poznać panią Magdę osobiście, a póki co, zadowolę się świetną postacią Alicji Szymańskiej w Lekarzach, z która dzielę popularne nazwisko:)

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*