Maciej Żurawski

PLAYBOY nr 12, 2005 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann


Nasze koleżanki z „Cosmo” mówią o tobie „polski David Beckham”. Co ty na to?

(Gromki śmiech). Naprawdę?! Mamy raczej mało cech wspólnych, może poza jedną – gramy w piłkę (śmiech). No, kiedyś jeszcze zmieniałem fryzury, tak jak Beckham. Bardzo zabawne, ale też i miłe. Spory komplement.

Chciałbyś zyskać taki rozgłos?

Nie dążę do tego. To na pewno nie jest mój cel. Poza tym ze swoim charakterem nie nadaję się na supergwiazdę. Jestem nieśmiały.

I to was różni…

Nie tylko to. Uważam, że jest sporo piłkarzy znacznie lepszych od niego…

Wiesz, jaką wartość ma domena: www.zurawski.com?

Nie mam pojęcia.

Na razie 2300 dolarów. Zainwestujesz?

Raczej nie myślę o takich sprawach. Może kiedyś. Na razie jeszcze trochę poczekam. Jak będzie więcej warta, to może ją wykupię (śmiech). Poza tym cena powinna być w funtach!

Skoro przenieśliśmy się na Wyspy, to czy wiesz, jak jest po angielsku „żuraw”?

A to mnie zaskoczyliście! Jak?

Crane.

Dzięki. Warto wiedzieć. Na mnie teraz wołają „Magic”. To chyba taka ich trawestacja imienia „Maciej” (śmiech). W Szkocji nikt nie wie, że byłem „Żurawiem”…

Podoba ci się nowa ksywka?

Nie narzekam. Fajny pseudonim.

Tak fajny jak Szkotki?

No nie (śmiech)! Jak to powiedzieć? Szkotki nie są specjalnie atrakcyjne. Mam nadzieję, że nie będą tego czytać, bo nie chciałbym, żeby się na mnie obraziły. Na ulicach Glasgow na razie żadna nie przykuła mojego wzroku. Polki są dużo, dużo ładniejsze. W Szkocji nie ma nawet po co zapuszczać „żurawia” (śmiech).

A jak Szkotki zareagowały na ciebie?

Nie dzielę kibiców na mężczyzn i kobiety. Generalnie wszyscy przyjęli mnie sympatycznie. Oczywiście na początku większość myślała, że jestem jakimś tam Polaczkiem, który dobrze grał tylko w Polsce, ale jak zacząłem strzelać bramki, liczba moich fanów znacznie się powiększyła. Na popularność nie narzekam, jestem rozpoznawany, kibice noszą koszulki z moim nazwiskiem, ale Szkotki na mnie się nie rzucają. Na szczęście (śmiech).

Pewnie kiedyś rzucały się na Dziekanowskiego. Do dziś w Glasgow chodzą słuchy o wyczynach Darka.

Kibice Celticu wspominają go jako dobrego zawodnika i na boisku, i w pubie.

A ciebie można często spotkać w jakimś lokalnym pubie?

Tak dobrze Glasgow nie poznałem, ale od jednego drinka jeszcze nikomu się nic złego nie stało.

Czy „pubowym przywódcą” Celticu jest John Hartson?

Nie byłem z nim w pubie, nie wiem. John groźnie wygląda, ale w rzeczywistości jest bardzo koleżeński i rozmowny, ma serce anioła.

Zdążyłeś już zostać skąpcem?

Koledzy śmieją się z mojej drogi sportowej. Najpierw byłem poznańską złotówą, potem krakowskim centusiem, a teraz gram w światowej stolicy skąpców (śmiech). Nie jestem oszczędny, a co najzabawniejsze, nie zauważyłem takiej cechy u Szkotów.

Podobno lubisz wydawać pieniądze na ubrania…

To chyba choroba. Nie wiem, czy z tego da się wyleczyć. Po prostu lubię takie zakupy. Inni lubią kupować sprzęt elektroniczny i gry komputerowe, a ja kupuję ubrania. Jak szafa robi się za mała, to trzeba zamówić drugą.

Kiedy dotarło do ciebie, że za późno wyjechałeś z Polski?

Jak wyjechałem. Ciężko mi będzie już odejść do lepszego klubu. Mogłem wyjechać dwa, trzy lata wcześniej. Być może w Wiśle była za dobra atmosfera. Mimo wszystko jednak nie mam prawa narzekać.

Zobaczymy cię jeszcze w Barcelonie, twoim ukochanym klubie?

Jak trochę pomarzę, to myślę, że tak. Jak nie marzę, to wychodzi mi, że będę grał w Celticu, wypełnię cały kontrakt i wrócę do Polski. Zdaję sobie sprawę, że mam 29 lat ijuż mało czasu na wykazanie się. Napastnicy nie grają tak długo jak obrońcy czy bramkarze. Który polski napastnik grał świetnie do 35. roku życia? Z drugiej strony, przecież marzenia czasem się spełniają. Gram więc rewelacyjny sezon w lidze szkockiej i kupuje mnie Barcelona. Piękny scenariusz.

Prowadziłeś kiedyś Suzuki Hayabusę?

Sam się dziwię, że nie. Ale mam szybszy motocykl…

Jak to!? Ponoć nie ma szybszych!

A właśnie, że są. Na przykład MV Augusta Tamburini. Mój brat z dumą zadzwonił do mnie i powiedział, że tak jest, bo go prowadził. Przyszło mu to z trudem, bo sam ma właśnie Hayabusę. Ja niestety nie mogę jeździć teraz na motorze. Podpisałem taki kontrakt z nowym klubem. Mam absolutny zakaz poruszania się na jednośladach innych niż rower.

W Wiśle było podobnie?

Były ograniczenia, ale niedzielne przejażdżki się zdarzały (śmiech). Nawet z Krakowa do Poznania.

Największa prędkość, jaką osiągnął „Żuraw”, to…

Nie przekroczyłem nawet trzystu. Wszystko przede mną (śmiech).

Czyli po skończeniu kariery wsiadasz na motocykl?

Na pewno.

Ale kiedyś stwierdziłeś, że po piłce czeka na ciebie „ciepły fotel i cygaro”…

To też. Odpocznę od zgrupowań, treningów i zapalę sobie cygaro.

Kiedy zdarzyło ci się to po raz ostatni?

Jeszcze nigdy. Muszę zostawić sobie coś na przyszłość.

Jakie masz sposoby na wyciszenie się?

Słucham muzyki. Ale ja nie muszę się specjalnie wyciszać, jestem wystarczająco spokojny sam z siebie. Z wyciszeniem się mam mniejszy problem niż ze stresem pomeczowym. Nieudane mecze – niekoniecznie przegrane, niewykorzystane sytuacje – to wszystko śni mi się na okrągło. Ja gram mecze zwykle dwa dni. W nocy jeszcze raz wszystko analizuję, co mogłem zrobić inaczej, lepiej. Miewam też sny prorocze. Już kilka razy śniło mi się, że strzelę dwie bramki i strzelałem je w rzeczywistości. Pewnie to tylko zbieg okoliczności.

Co ci się śniło przed meczem z Anglią?

Na nieszczęście nic. Gdyby przyśniła mi się kontuzja, pewnie nie przystąpiłbym do meczu. A tak zagrałem i kontuzja się zdarzyła. Na dodatek przegraliśmy.

Zakładasz czasami rękawice bramkarskie?

Kiedyś zakładałem. Jeszcze w Warcie Poznań miałem zachciankę, żeby zostać bramkarzem, ale mi szybko przeszło.

W Warcie grałeś razem z bratem. Dlaczego drugi „Żuraw” nie jest sławnym piłkarzem?

Był pomocnikiem, miał talent, ale też i inne zainteresowania. Dzisiaj brat zajmuje się motocyklami. Jeździ, sprzedaje i naprawia.

Czego się uczyłeś w technikum?

Specjalność: renowacja mebli.

Potrafiłbyś odnowić stary kredens?

Ciężko by było. Poszedłem do tej szkoły, bo tam uczył się mój brat. I tak wiedziałem, że będę piłkarzem.

Twoim pierwszym trenerem był ojciec. Sam wcześniej był piłkarzem?

Tak. Grał na prawej obronie, tak jak ja na początku kariery u trenera Zamilskiego.

Jesteś lepszym zawodnikiem od ojca?

Jestem. Tata na pewno się na mnie za takie słowa nie obrazi. Jest ze mnie dumny. Pewnie się nie spodziewał, co ze mnie wyrośnie.

Często cię chwali?

I chwali, i krytykuje. Ale jak pochwali, od razu gra mi się lepiej. Jak się mnie napompuje, zaczynam wierzyć w siebie i wszystko mi lepiej wychodzi. Krytyka nie działa na mnie motywująco.

Spodziewałeś się, że do mistrzostw zakwalifikujemy się dzięki twojemu idolowi z dzieciństwa?

Jesteśmy w finałach, bo mamy świetny zespół i ciężko pracowaliśmy w eliminacjach. A co do Marco van Bastena, to rzeczywiście przez długie lata marzyłem, że będę grał tak jak on. Wspaniały zawodnik. A teraz, jak się okazuje, wybitny trener.

Znowu jest twoim idolem? Zaczynasz już marzyć o trenerce?

Nie. To jeszcze bardziej stresujący zawód niż mój. Poza tym trener chyba powinien być trochę cholerykiem. Ja jestem za spokojny.

Ciebie chyba trudno wyprowadzić z równowagi. Wychodzisz czasem z siebie?

Rzadko. Na boisku czasami zdenerwuję się na sędziego, bo zdarzają się sytuacje, kiedy naprawdę trzeba sobie ulżyć.

A poza boiskiem?

Denerwuję się jeszcze rzadziej. Zwykle staram się grać twardziela, udawać, że nikt i nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Co nie zmienia faktu, że czuję się wewnętrznie rozdarty i są takie sytuacje, że gdzieś tam w środku jestem niepoukładany. Wychodzi chyba na to, że jestem wrażliwym facetem, choć staram się na takiego nie wyglądać.

Co zrobić, żeby polska liga choć trochę zbliżyła się poziomem do szkockiej?

Nie twierdzę, że liga szkocka to jest najwyższy światowy poziom. Ale rzeczywistość jest taka, że nasza liga jest naprawdę o wiele słabsza. Dopóki nie wyjechałem, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy z tyłu. Po prostu nie miałem porównania, a z dystansu widać to jak na dłoni. Co robić, żeby to zmienić? Moim zdaniem, zacząć od podstaw, czyli od stadionów. Miejmy najpierw na czym grać. Wydaje mi się, że nawet na tę naszą słabą ligę będzie przychodzić wtedy o wiele więcej widzów. I to właśnie kibice wymuszą zmiany na lepsze.

À propos zmian… Jak to jest z wymianą koszulek? Umawiacie się przed meczem, kto z kim się wymienia?

Nie. To całkowita improwizacja. Bierze się zwykle tego, kto jest pod ręką. Nie zawsze też wszyscy chcą się wymieniać. Ja czasem odmawiam. Zależy, jaki mam humor.

Znasz jakieś przystojne piłkarki?

Nie.

A w ogóle znasz jakąś piłkarkę?

Miałem okazję widzieć kilka meczów. Ale żadna z dziewczyn nie wpadła mi w oko, chociaż niektóre naprawdę nieźle grają (śmiech). Wiecie, nie mam nic przeciwko piłkarkom, ale piłka nożna to jest męski sport, nie ma co się oszukiwać.

A z jaką kobietą najchętniej wymieniłbyś się koszulką?

Hm…

A może, z którą byś się nie wymienił? Na przykład po meczu Angelina Jolie proponuje ci wymianę, a ty mówisz „nie”…

Ale dlaczego akurat Angelina Jolie?! To moja ulubiona aktorka. Jej koszulka mogłaby być na mnie trochę za duża w klatce (śmiech).

W takim razie, którą polską sportsmenkę chciałbyś widzieć na naszej rozkładówce?

Przechodzimy do podchwytliwych pytań. Chcecie najwyraźniej, żebym miał problemy w domu (śmiech). Poważnie, nie myślałem o tym. Chyba mi po prostu nie zależy.

A jesteś czujny jak żuraw?

Wolę być „czujny jak ważka” (śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*