Maciej Szczęsny

PLAYBOY nr 6, 2004 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski

fot. Piotr Małecki


Dlaczego Szczęsny jest taki niepokorny?

Tendencje do złośliwości, nawet za daleko posuniętej, mam po mamusi, choć oboje rodzice są dowcipni (śmiech). Doszedłem do wniosku, że złośliwość i brak pokory kosztują niewiele.

Wyszło to panu na zdrowie?

Niespecjalnie. Wielokrotnie przekonałem się, że to zła ścieżka, ale niczego nie żałuję. Parę razy można było ugiąć kark i spuścić łeb, a ja tego nie zrobiłem.

Przed kim najbardziej nie lubił pan go spuszczać?

Przed głupimi oczywiście… No i przed tymi, którzy byli wyżej. W każdym klubie, w którym grałem, zawsze najlepiej żyłem z monterem, magazynierem i paniami sprzątaczkami, które całowałem w mankiet. A im wyższe były schody, tym większa pojawiała się rezerwa.

Na przykład w stosunku do trenerów. Jak z upływem czasu ocenia pan swoją karierę reprezentacyjną?

Jaką karierę? Przygodę! Zagrałem siedem meczów przy sześciu trenerach. Żeby było śmieszniej, przegrane mecze z Brazylią i Niemcami to jedne z moich lepszych meczów w życiu. Graliśmy z aktualnym mistrzem świata i Europy tracąc w każdym spotkaniu po dwie bramki, a mogliśmy po dwanaście – bez większego wstydu dla mnie. Nikt nie mówi już o tym, że w tamtych reprezentacjach panował non stop bałagan. Organizacyjny i emocjonalny. Miałem inny styl spędzania wolnego czasu niż większość kolegów. Spałem, czytałem książki i żarłem do nieprzytomności.

A inni co robili?

Ze dwóch jeszcze czytało. Co robiła reszta, nie wiem, bo nie chodziłem po pokojach, ale było raczej cicho.

Z kim pan mieszkał w pokoju?

Z Jackiem Zielińskim, który też czytał, w związku z tym nasz pokój nie był popularny. Spotykały nas żartobliwe zarzuty, że albo śpimy jak nieżywi, albo czytamy i też wyglądamy, jakbyśmy zeszli. Podobny problem miał Tomek Łapiński, który jest bibliofilem. Kiedy bywałem zmęczony, zdarzało się, że usiłowałem poczytać. Siedem razy czytałem jedno zdanie kompletnie bez zrozumienia. Szedłem wtedy do Tomka zapytać, czy to ja jestem kompletny tłumok czy książka jest tak denna. Łapiński polecał wtedy tytuły, które lepiej się czyta na dużym zmęczeniu.

Trenerzy nie mieli pretensji, że Szczęsny za dużo czyta i przez to jest za spokojny?

Taki spokojny to ja nie byłem. Często warczałem na trenerów, którym zwykle się to nie podobało. Często zresztą odnosiłem wrażenie, że chodzenie za ręce nakazane jest tam, gdzie chodzenie samopas nie byłoby niczym szkodliwym; a chodzenie samopas odbywało się tam, gdzie powinno się drałować w dwuszeregu.

Jednym z pana trenerów był Andrzej Strejlau, który według pana jest świetnym szkoleniowcem, ale beztalenciem jako selekcjoner. Co to znaczy?

Po prostu nie wiem, czy Strejlau zdaje sobie sprawę z tego, że rządząc grupą ludzi trudno wszystkich zadowolić, a do tego trzeba robić to uczciwie i sprawiedliwie, jednocześnie nie nadeptując komuś na odcisk.

Dobrym człowiekiem jest, przynajmniej dla pana, Franciszek Smuda. Skąd ta wielka, wciąż podkreślana w wywiadach, sympatia?

Nie podkreślałbym tego, gdyby wciąż mnie o to nie pytano (śmiech). Kiedyś się przyznałem, że pierwszy kontakt
mieliśmy trudny. Smuda znał mnie z prasy, głównie z „Przeglądu Sportowego”, a ja wtedy z paroma panami z tego tytułu nie znosiłem się wyjątkowo. „Przegląd” zatem mógł o mnie pisać tylko źle i takiego znał mnie Smuda, a ja jego z kolei znałem z wypowiedzi telewizyjnych, które do najbardziej elokwentnych nie należały. Stąd brała się pewna bariera, którą Smuda pogłębił swoim pierwszym wystąpieniem na żywo w szatni. Jak się okazało jednak – od wielkiej nienawiści do wielkiej miłości jest jeden krok.

Skąd wzięły się jego sukcesy z Widzewem?

Miał to coś, że nie przeszkadzał drużynie być drużyną.

Dlaczego po Widzewie wiodło mu się znacznie gorzej? Nie poradził sobie na przykład w Legii.

To jest hipoteza, ale może spotkał tam zbyt duże gwiazdeczki zrobione miękkim palcem. Skoro trafili do Legii, to pewnie osiągnęli już swój cel życiowy, trafili do zespołu wirtuozów. Uznali, że ich to nobilituje i nie trzeba już co tydzień wkładać nogi w tryby. Może potem w Wiśle zbyt wiele osób mieszało mu się do rządzenia drużyną. W Widzewie w sprawy szkoleniowe się nie wpieprzano, a zespół do nauczania piłkarskiego się nie nadawał, bo wszyscy swoje maksymalne możliwości piłkarskie osiągnęli i trzeba było je tylko połączyć. „Żądz moc móc wzmóc” – jak śpiewali Starsi Panowie. I wzmagaliśmy, czasem do szóstej rano.

Czy ktoś kiedyś rozbawił pana tak, jak Franciszek Smuda i jego słynne sformułowanie: „rzutyma rożnami”?

Jeden pan na przykład przekonywał, że jak coś złego dzieje się na boisku, to należy zareagować pozytywnie (Henryk Kasperczak – przyp.aut.). Powtarza to pasjami do dzisiaj, ale cały czas nikt nie wie, na czym ta pozytywna reakcja ma polegać (śmiech). Hasło – wytrych, ale to wytrych, który tylko zamyka.

Któremu polskiemu trenerowi dałby pan najwyższy znak jakości?

Warsztat szkoleniowy, taktyczny, umiejętność wpływu na morale i mentalność ma Engel i dałbym mu znak Q bez zmrużenia powieki. Choć kibice mogą mieć inne zdanie, bo to, co fenomenalnie zbudował i wywalczył, potem koncertowo spaprał i jeszcze nie umiał się do tego przyznać. Z szarym zespołem nijakich zawodników pierwszy w Europie awansował do finałów MŚ. Bezapelacyjnie zrobił coś z niczego i nie zabierze tego fakt, że potem przyłożył łapę do tego, żeby to spieprzyć.

Miał pan nadzieję na dobrą grę drużyny narodowej, gdy Engela zastąpił Boniek?

Nie. Uważam, że jeśli ktoś udowodnił swoją olbrzymią przydatność i talenty w sferach marketingowo-organizacyjnych, a przy okazji brak talentu i nieprzydatność w kwestiach szkoleniowych, to nie powinien kierować się nieposkromioną ambicją i brać takiego stanowiska tylko dla splendoru.

Czyli dobrze, że trenerem został w końcu Janas?

Niewiele lepiej, ale lepiej.

Zatem eliminacje do MŚ mogą być dla nas przykre?

Wszystko jest możliwe.

Wróćmy do Janasa, czemu to tylko niewiele lepiej w porównaniu z Bońkiem w roli trenera kadry?

Widzę w nim wiele niepewności. Byłby bliżej znaku jakości, gdyby był bardziej „Teraz Janas”. Powinien mieć więcej własnych przemyśleń, własnego planu i konsekwentnie się tego trzymać. Wiele, naprawdę bardzo wiele, można zarzucić Wójcikowi, ale w pewnym momencie wiedział, że chce wszystkimi sposobami wygrać i przekonał ludzi, że nie są w stanie przegrać. Może było to prostackie i butne, zatrącało o pijanego w malignie, ale jednak wyszło na jego. Srebrny medal olimpijski to w końcu, jak na nasze kryteria, nie w kij dmuchał.

Jakie wzorce kierują życiem Macieja Szczęsnego?

W domu rodzinnym nauczyłem się, że ważne, żeby mieć coś w głowie. Pragmatyzm życiowy nie występował i nie przekładało się to na dobra materialne. Rodzice tego nie umieli, ja też nie umiem, ale nikomu z nas nie przeszkadzało to cieszyć się życiem. Miałem jednak szczęście, że poszedłem grać w piłkę, nie okazałem się kompletnym lewusem, byłem wytrwały, a kiedy miałem kilka kryzysów w okolicach dziewiętnastego roku życia, byli ludzie, którzy mnie przekonali, że szkoda lat, które spędziłem na boisku, a kłótnie z trenerami czy prezesami nie oznaczają, że trzeba wyjść, trzasnąć drzwiami i zakończyć przygodę z piłką.

Skąd w ogóle wziął się pomysł, że Maciej Szczęsny będzie piłkarzem, i to bramkarzem?

Miałem do tego wielki talent od szkoły podstawowej. Na szkolnym boisku swoimi obronami wprawiałem w osłupienie moich kolegów.

Strzelił pan w czasie swojej kariery jakąś bramę?

Nie. Kiedyś na Legii chciałem strzelać karnego Widzewowi, ale koledzy nie dali. Byłem na nich strasznie wkurwio-
ny (śmiech).

Nie da się ukryć, że nie przepadał pan za częścią swoich kolegów z Legii. Na czym polegał problem Szczęsnego w kontaktach z piłkarzami legionistami?

Ja na Łazienkowską dojeżdżałem z Grzybowskiej, Szczęśliwickiej, a wcześniej autobusem linii 166 na Torwar, żeby sobie pojeździć na łyżwach. Natomiast niektórzy do Legii trafiali z głębokiego Podkarpacia i mieli dysonanse poznawcze. Szkodziły im światła wielkiego miasta. Z jednej strony czuli się bardzo dowartościowani, bo zrobili wielki skok na drabinie kariery, także finansowy, a z drugiej strony przerażało ich to, gdzie się nagle znaleźli.

Wtedy widać było, który piłkarz jest z Europy Wschodniej, a który z Zachodniej. Dzisiaj to się rozmyło. Chodzi nam oczywiście o atrybuty zewnętrzne.

Jednocząc się z Europą aspirujemy do wyższej kultury i paskudnie unifikujemy się z symbolami, które nie wiadomo czemu nimi są. Byłbym w stanie zrobić bardzo wiele, żeby grać w piłkę jak Beckham czy Ronaldinho, choć pewnie – niestety – bez pożądanego skutku, jednak nigdy w życiu bym się tak nie uczesał.

Czyżby pił pan do fryzur Marka Saganowskiego? Nie jest pan wielbicielem jego talentu?

(śmiech) Ależ jestem, jak najbardziej. Saganowski próbuje grać tak dobrze jak Beckham. Dziwię się tylko, że nie pójdzie własną drogą w kwestii estetyki zewnętrznej.

Czemu aż tak dużo w polskiej piłce było „magicznego napoju”, o którym cytując Himilsbacha zdarzało się panu mówić?

Kiedyś wszyscy mieliśmy kompleks prowincjusza. Dzisiaj kompleksów mamy mniej, nie wiedzieć czemu (śmiech),
czujemy się bardziej równoprawni z mieszkańcami świata.

Znał pan takich, którzy i dużo pili i świetnie grali?

Z jednym takim się zderzyłem. Nie gra już w piłkę, choć mógłby.

Kowalczyk to też taki przykład?

Nie. Wojtek tak naprawdę pograł chwilę – zanim zaczął, to już skończył. Mówię o człowieku, który jak się bardzo
skupił, to dobrze grał w piłkę, tyrał i miał na to zdrowie.

Czy narkotyki wśród piłkarzy to coś na porządku dziennym?

Nigdy się z czymś takim nie zetknąłem. Jest to jeden z niewielu problemów, który w polskiej piłce nie istnieje.

A Maciej Szczęsny używa?

Lubię eksperymenty, ale dwie skłonności na szczęście się mnie nie imają: narkotyki i hazard. Nie ciekawi mnie to i nie bawi. Tylko raz w życiu zagrałem w kasynie. Było to w Atlantic City, grałem dotąd, aż przegrałem dziesięć dolców.

Jedna skłonność jednak się pana ima. Ciężko tego nie zauważyć…

Fajeczki? O tak. Jest kilka czynności, za które powinni płacić. Wtedy byłbym multimiliarderem i Abramowicz byłby przy mnie malutki. Nie wiem, czy nie przeskoczyłbym Billa Gatesa. Sen, jedzonko, papieroski i sport amatorski.

Od kiedy pan pali?

Nie pamiętam (śmiech). Tak naprawdę, od piętnastego roku życia. Gdy codziennie uprawiałem zawodowo sport, było super, bo treningi filtrowały płucka i papierosy mi nie przeszkadzały. Teraz nie mogę spać, bo chce mi się palić, a gdy zapalę, po połowie papierosa mnie dusi i muszę go wyrzucić.

A śpi pan z małżonką?

Z własną.

Jest pan namiętnym oglądaczem futbolu w telewizji?

Zdecydowanie nie. Jeżeli oglądam to głównie po to, żeby się orientować i nie palnąć jakiejś głupoty w telewizorze. Chociaż i to się zdarza. Kiedyś posadziłem w Lidze Mistrzów na trybunach Roberto Carlosa za dwie żółte kartki, nie bacząc na to, że zmieniły się przepisy i teraz siada się za trzy. Zapowiedziałem, że szkoda, że nie zagra, a on za minutę już grał (śmiech).

Czy koledzy z boiska obrażali się po pana telewizyjnych komentarzach?

Paru miało żal, ale zawsze potem w trakcie osobistych spotkań udawało się to obrócić w żart. Wiem jednak skądinąd, że zdarzył się piłkarz, który po moim komentarzu zdecydował się oddać dekoder Canalu+. Tak przynajmniej fama niosła.

Czy pana, tak jak nas, bawią telewizyjne komentarze Antoniego Piechniczka sprzed domowego kominka w Wiśle? On porażkę z Liechtensteinem przekułby na nasz sukces.

Sami oceniliście. Mam nadzieję, że jeżeli jestem postrzegany jako złośliwy, a przy tym jako sprawiedliwy, wszystko to, co powiem, nie jest groźne. Gdy komentarz ma służyć zrobieniu wszystkim przyjemności lub niezrobieniu niektórym przykrości – trzeba się zastrzelić.

Lubi pan sprawozdania Dariusza Szpakowskiego? Złośliwi twierdzą, że ponosi on odpowiedzialność za niepowodzenia polskiej reprezentacji.

Bzdura! Ale ciekaw jestem, co by się działo, gdyby komentował bojery, brydża czy latanie precyzyjne. Czekałem z utęsknieniem na jego golden comeback (śmiech). Niespecjalnie lubię te sprawozdania, ale bardzo niewielu sprawozdawców lubię słuchać. Moim ulubieńcem jednak jest Zydorowicz (śmiech).

A pana szef w TVP – Janusz Basałaj? Toleruje pan jego komentarze?

Z dużym trudem. To bardzo dobry szef i koordynator zespołu, ale kiepski sprawozdawca i komentator.

Basałaj wyrzucił pana z Canal+, teraz przyjął do telewizji publicznej, zrewanżował się?

Nie, dlaczego? Myślę, że nie zmienił zdania w kwestii oceny tamtego zdarzenia, spóźniłem się na mecz jako komentator, stwierdził, że jest to brak rzetelności zawodowej. Nie chciał wnikać w przyczyny, jego prawo jako szefa. Po latach widocznie stwierdził, że fachowości mi nie brakuje, a swoje już odcierpiałem.

Bardzo boleśnie krytykuje naszą piłkę nożną Jan Tomaszewski. Jest pan jego zwolennikiem?

Jestem w ogóle zwolennikiem skrajnych postaw, nawet tych kompletnie bezsensownych, bo niezdecydowanym ułatwiają decyzję. Jestem zwolennikiem funkcjonowania na polskiej scenie politycznej pana Leppera. Bardzo się cieszę, że jest. Jedyne, co mnie martwi, to jego popularność (śmiech). Powinien być Rokita, Tusk i Lepper, byle tylko jak najbardziej się od siebie różnili. Wśród dziennikarzy i felietonistów powinno być podobnie. Mnie może
śmieszyć, że ile razy trafię na fragmenty twórczości Tomaszewskiego, to widzę, że prezentuje postawę wiecznego wojownika, który chce się kopać ze wszystkimi.

Był dobrym bramkarzem?

Bardzo dobrym. Jak słyszę, że przereklamowanym, to myślę sobie: niech nie pieprzą. Może i miał chaotyczne ruchy, ale swego czasu bronił fenomenalnie.

A Dudek to dzisiaj numer jeden w Polsce?

Tak. Chociaż rzeczywiście wszystkiego co leci w prawo, szuka lewą ręką i często prowadzi to do tragedii, jak w meczu z Łotwą. Ludzie nie są wolni od skuch, a Jurek ma akurat taką.

Liverpool zatrudnia faceta z taką skuchą?

Bez przesady. Barcelona przez kilka lat angażowała bramkarzy z gorszymi skuchami. Polegały one na tym, że nie potrafili bronić.

A pan jakie miał mocne strony?

Spokój i powolne ruchy, ale kiedy trzeba – szybkie. Duża zwinność wynikająca z tego, że byłem wyluzowany. Dobrze by mi zrobiła między szesnastym a osiemnastym rokiem życia szkoła w Anglii, żeby lepiej przepychać się na przedpolu i nauczyć się tego, że ochrona bramkarza w polu bramkowym w wyskoku to mit. Pod bramką trzeba się rozpychać łokciami.

Chyba nie tylko pod bramką. Nie miał pan ochoty użyć łokci w stosunku do kibiców Legii, którzy nie darzyli pana zbyt wielką sympatią?

Najbardziej mgłą wkurwienia zachodziły mi oczy, gdy ktoś krzywdził bądź usiłował krzywdzić moich bliskich. Koledzy, często najlepsi kumple moich dzieciaków, kopali je po tyłkach tylko dlatego, że nazywają się „Szczęsny”. Ktoś tego braku szacunku musiał ich nauczyć w domu. Kibice rzucali też cegłą w żonę. Kiedyś ubrałem się więc w twarde buty, skórę i poszedłem na Legię na „żyletę”, czekając na chętnych. A dzień wcześniej grałem w barwach Widzewa. Zrobił się lekki szmerek, ale jakoś nikt nie zebrał się na odwagę i nie wystartował.

Grał pan bardziej dla siebie czy dla kibiców?

Dla swojej satysfakcji i swojego spełnienia ciesząc się, że nie zmarnowałem tego jedynego talentu, jaki miałem, choć może nie do końca też go wykorzystałem. Cholernie lubiłem grać dla siebie.

Wróćmy do naszego ulubionego tematu… Dlaczego Łotwa gra w mistrzostwach, a my nie?

Zapytajcie kilku Szwedów. Na przykład Ljungberga (śmiech).

Na takim poziomie też kupuje się mecze?

A widzieliście, panowie, mecz Szwecja – Łotwa?

A my nie mogliśmy Szwedom zapłacić więcej?

My gramy uczciwie (śmiech). Więcej nie, bo jak wiadomo Łotysze są naczelnymi kradziejami i dilerami samochodów, tak więc warunki finansowe mają lepsze. Nie twierdzę, że Szwedzi sprzedali ten mecz, ale grali jak niewidomi.

Kto w takim razie zostanie mistrzem Europy?

Najwięcej sympatii budzi we mnie zespół czeski. A jak gra z Anglikami i Niemcami, to mocniej zaciskam kciuki. A jak wtrzepią Łotwie, to będę bardzo szczęśliwy. Lubię Francję. Natomiast całą resztę niespecjalnie. Nie lubię południowców za ich butę, chamstwo i faszyzm. Mój tatuś kiedyś mówił o nich, zresztą bardzo mądrze: „kozojebcy”. Na przykład tacy Włosi. Jaki to prosty naród! Prosty, a jednocześnie przekonany o swojej nieomylności i sile. Czesi niestety są za malutcy na mistrzostwo, może Francuzi? Boję się jednak jednego: że wszyscy piłkarze przystąpią do tych mistrzostw potwornie sfrustrowani i podrażnieni. Na mistrzostwach może być więcej nerwów niż widowiska.

Skoro piłkarze są tak zmęczeni, że mogą nas – widzów – zmęczyć swoją grą, to może należałoby zrezygnować z takich imprez jak Mistrzostwa Europy?

Dlaczego nie? Kto wie, czy dla wszystkich nie byłoby to lepsze rozwiązanie. My zawsze oglądalibyśmy wielkich piłkarzy w wielkiej formie, a wielcy piłkarze graliby w wielką piłkę krócej niż dzisiaj za jeszcze większą kasę. I wilk syty, i owca cała. Przyszłość futbolu to futbol klubowy. Grą reprezentacji interesuje się coraz mniej kibiców, a na przykład rozgrywki Ligi Mistrzów oglądamy coraz chętniej.

Nas jednak w Lidze Mistrzów brakuje, więc musimy interesować się kiepską reprezentacją narodową…

Gwarantuję, że gdyby na Legię przyjechały Real z Milanem, to byłoby kilka razy więcej osób niż na meczu Włochy
– Polska. Sam wybrałbym Real, bo w nim mogę zobaczyć kilka reprezentacji, a nie tylko dwie.

W ilu sprzedanych meczach pan wystąpił?

Mam nadzieję, że w niewielu, ale niestety w kilku na pewno. Większość w Legii. W jednym Polonii. Medalu za mistrzostwo Polski z roku 93 nigdy bym nie przyjął. Drużyna Legii ten mecz kupiła, drużyna Wisły sprzedała. Nie mam świadków, ale jestem o tym przekonany.

Dlaczego polscy sędziowie są, według pana, „słabi i wolni jak Batory”?

Są słabi, bo słaba jest nasza piłka, bo nie są zawodowcami. Poza tym nie mają powodów, by być dobrzy. Mają tylko powody, by sędziować kolejne mecze. Ci, którzy sędziują nieuczciwie, nie muszą już w ogóle sędziować, bo zarabiają tyle, że do szczęścia jest im to niepotrzebne. A ponieważ polscy sędziowie są słabi i nie muszą być mocniejsi, to nie trenują, a ich coroczne egzaminy wytrzymałościowe w Spale to śmiech na sali. Żaden nie biega dwustu metrów po torze, tylko wszyscy ścinają. Komisja to widzi, ale nie zauważa. Zabawne jest to, że nawet ci, którzy ścinają, nie wypełniają norm. Wtedy pan podchodzi i mówi: „nie przejmuj się, Zdzichu, nie pij tyle, zrobimy kolejny test, kiedyś ci wyjdzie”. Dlatego nie nadążają za akcją. Często gwiżdżą na słuch, a nie na wzrok.

Czy piłkarze mają większe powodzenie u kobiet?

Nie zauważyłem. Być może tzw. „wystylizowani” piłkarze przyciągają i magnetyzują tłumy niewiast, ale sam nigdy się nie stylizowałem i nie mogłem tego sprawdzić.

Część piłkarzy sprawia wrażenie, że w piłkę gra tylko dla kobiet…

Przecież my wszystko robimy tylko dla kobiet. Nie tylko gramy w piłkę. Taka jest prawda. Testosteron, panowie…

Poza tym piłkarze przyciągają nieskomplikowane kobiety. To stereotyp?

Z zaskoczeniem stwierdzam, że znam wiele sensownych i inteligentnych żon piłkarzy. Choć te zdeklarowane blondynki również się zdarzają, ale podobno mężczyźni w ogóle wolą blondynki. Poza tym uważam, że małżeństwa piłkarzy należą do jednych z najbardziej stabilnych. Piłkarz to człowiek z reguły zmęczony psychicznie i fizycznie, tęskniący za domem, bo często wyjeżdża, tak więc małżeństwo nie może mu się przejeść (śmiech). Rozwodników znam wśród piłkarzy bardzo niewielu.

Czy zetknął się pan ze zjawiskiem piłkarskich „grouppies”, takich jak w otoczeniu muzyków rockowych?

Zdarzało się na zgrupowaniach, że panie nie mogły jakoś opuścić ośrodka, w którym trenowaliśmy – hodowały się. Przy czym piłkarze nie mawiają „grouppies”, tylko „pawiany” (śmiech). Stosownie do poziomu urody i wszelkich innych poziomów. Jest to jednak zjawisko absolutnie marginalne i na wymarciu.

A piłkarze homoseksualiści? Są ponoć obecni w futbolu, choćby włoskim – te obcisłe koszulki, to przytulanie się…

Nie mam nic przeciwko, ale jest to absolutnie niemożliwe. Nie mają szans zaistnieć. Nie w tym sporcie, nie w Polsce… Każdy, który próbowałby się zdradzić ze swoimi preferencjami, powinien być szczęśliwy, gdy żywy wróciłby do domu. W szatni piłkarskiej nie ma miejsca na tolerancję.

A pan jest tolerancyjny? Na widok czyjego zdjęcia zamknąłby pan oczy, oglądając rozkładówkę PLAYBOYA?

No to chyba nie jestem tolerancyjny… Na widok Anity Błochowiak.

Przez pewien czas nie spotykał się pan z dziennikarzami. Miał pan dosyć „międlenia tych samych tematów”. O jakie tematy chodzi?

W znacznej mierze o te, które poruszaliśmy również dzisiaj.

A co zrobi pan, gdy Lepper dojdzie do władzy?

Wpakuję się hulajnogą w jakąś blokadę dróg (śmiech). Może zanim Lepper dojdzie do władzy, będzie prawna możliwość eutanazji. Albo jego, albo mnie. Inaczej czeka mnie pochówek bez księdza.

Według nas, ma pan trochę podobną fryzurę do przewodniczącego…

O, jak miło. To dlatego, że moja pani fryzjerka ma urlop, a do żadnej innej nie chodzę. Jak mi jeszcze, panowie, powiecie, że jestem podobnie opalony…

Na skróty:

O BRAKU JANA TOMASZEWSKIEGO W TELEWIZJI PUBLICZNEJ:
Nie brakuje mi go, bo gdyby on tam był, mnie by nie było.

O CZERWONEJ KARTCE W TRAKCIE MECZU Z SAMPDORIĄ GENUA:
Wstydzę się, że się dałem sprowokować Manciniemu, ale żałuję, że go nie trafiłem.

O GRZE Z OLDBOYAMI:
Przyjemność to może niewielka, ale zawsze większa niż żadna.

O INTELIGENCJI WŚRÓD PIŁKARZY:
Znałem piłkarzy bardzo inteligentnych i bardzo tępych. Nie ma to żadnego wpływu na poziom sportowy, czy ktoś jest lotny czy kiwi.

O JANUSZU ATLASIE:
Było to kiedyś jedno z najostrzejszych piór w kraju. Zawsze ceniłem ludzi świniowatych, ale jednocześnie piekielnie inteligentnych. Pióro jednak mu się stępiło, a świnią być nie przestał. Poza tym nie szanuję ludzi, o których pisano, że za komuny pracowali w Departamencie Dezinformacji.

O MURZE CHIŃSKIM:
Ma się dużo lepiej niż schody i szatnia na warszawskiej Polonii.

O MUZYCE:
Po uszach przebiegł mi tabun mustangów, w związku z czym muzyki mogę tylko słuchać. Nie umiem nucić ani grać.

O PIŁKARZACH:
To prawdziwa loża szyderców. Prostych, prostszych i prostaków.

O POLITYCE:
Działalność społeczna i publiczna mnie nie pociąga. Podobnie jak łapownictwo i walka z wiatrakami. Więc po co miałbym próbować zostać politykiem?

O PRASIE:
Zbyt wielu gazet nie czytam, żeby nie mieć prawa do oceny. Ale są takie, w które nie zawinąłbym nawet śledzia.

O PRĘDKOŚCI:
Jeżdżę szybko, ale dwustu kilometrów w Polsce nie przekraczam.

O RONALDO:
Ronaldo zachwyca mnie swoją grą, ale jak ostrzygł się na szczotkę do czyszczenia kibli, zdziwił mnie i rozczarował.

O SĘDZIACH:
Wielu chciałem skopać po dupach. Szczególnie, gdy chcieli się pomylić.

O STUDIACH:
Gdybym mógł, studiowałbym prawo, socjologię, literaturoznawstwo i filologię angielską. Mam taki kłopot z wyborem, że postanowiłem nie studiować.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*