Maciej i Wojciech Szczęśni

PLAYBOY nr 6, 2010 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Kuba Dąbrowski


„Jest potwornie złośliwą mendą, ale dowcipną, więc wszystko uchodzi mu płazem”. Kto to powiedział i o kim?

Wojciech: (z lekkim przerażeniem w oczach): Ja? O tacie?

Maciej: Skoro przyszło ci to w ogóle do głowy, to świadczy o tym, jak szybko urosły ci rogi. To ja powiedziałem. O tobie.

Wojciech: Kiedy?

Maciej: Sześć lat temu w wywiadzie dla PLAYBOYA. „Menda” była żartobliwie, a złośliwa, bo po prostu bystra. Złośliwość jest emanacją inteligencji. Był to więc komplement pod twoim adresem.

Czy coś zmieniło się przez ostatnie sześć lat?

Maciej: Nadal jest złośliwą mendą. A do tego wydaje mu się, że wszystko uchodzi mu płazem.

Wojciech: Rozumiem, że wciąż podobają ci się moje dowcipy?

Maciej: Tak, ale uważam, że w stosunku do bliskich, do ojca na przykład, mógłbyś być mniej „dowcipny”. Masz już dwadzieścia lat.

A jak ty miałeś dwadzieścia lat, to kim byłeś?

Maciej: Radosnym tatusiem. Niestety krótko, bo córka zginęła w wypadku. Szczęśliwie udało mi się zostać tatusiem ponownie. Natomiast jeśli chodzi o życie zawodowe, to mając dwadzieścia lat absolutnie idealizowałem piłkę nożną. Najpierw boleśnie przekonałem się, że to po prostu biznes. O wiele bardziej bolesne było dla mnie to, że w Polsce jest to dodatkowo biznes szemrany. Gdy straciłem córeczkę, dotarło do mnie, że nigdy w życiu nie przydarzy mi się już nic gorszego, a w związku z tym nie ma co giąć karku przed byle kim. Dzięki temu, grając tyle lat w polskich klubach, udało mi się zachować czyste łapki.

Marzyłeś w ogóle o grze za granicą?

Maciej: Długo uważałem, że szczytem moich marzeń jest gra w Widzewie albo Legii. Ale kiedy udało mi się przyzwoicie zagrać w pucharach przeciwko Barcelonie na Camp Nou, zaświtało mi, że fajnie byłoby wyjechać. Czasy jednak – szczególnie w Polsce – były takie, że o zainteresowaniu mną przez klub zagraniczny dowiadywałem się rok po tym, kiedy miało to miejsce.

Czasy się zmieniły. Wojtek dowiedział się, że jest na celowniku wielkich klubów, zanim doszło do jakichkolwiek rozmów.

Wojciech: Zanim pierwsi skauci przyjechali mnie oglądać, już wiedziałem, że jadą.

Maciej: Tak ci się tylko wydaje. Jak usiadłem z wysłannikami czterech klubów do rozmów, dowiedziałem się, że obserwują cię od półtora roku. Powiedzieli mi wtedy, że od razu było wiadomo, że sportowo jest nieźle. Głównie patrzyli na stabilność formy i psychikę, czyli jak delikwent zachowuje się na przykład po puszczeniu paru bramek do sieci. I czy później poda rękę przeciwnikowi.

Wojciech: Nie wydaje mi się, żeby miało to jakieś znaczenie. To raczej nieważne, jak zawodnik zachowuje się przed albo po meczu.

Maciej: Raczej to się mylisz synku. Prosty przykład. Podczas wizyty w Londynie poznaliśmy pewnego Włocha, młodszego od ciebie o rok.

Wojciech: Tego, który tak wymiotował?

Maciej: Dokładnie. Jechał z nami busikiem i rzygał. Potem w autokarze wymiotował ponownie. I co? Nie wpuszczono go nawet na murawę. Musiał oglądać mecz z trybun. Było mi go żal. Uważałem, że mógł się jeszcze zregenerować, bo miał czas. Podszedłem więc do menedżera młodzieżówki Arsenalu i próbowałem go przekonać, żeby dali młodemu szansę. Tym bardziej, że wszyscy mówili, że to genialny środkowy pomocnik, który nogami krawaty wiąże. Co usłyszałem? „Maciek, wiemy co robimy. Chłopak jest u nas trzeci raz i zawsze rzyga. Po prostu nie dźwiga presji. To nie jest żadna choroba lokomocyjna. Jeśli on nie panuje nad sobą przed meczem towarzyskim, to co zrobi, gdy za cztery lata przyjdzie mu strzelać karnego w półfinale Ligi Mistrzów? Zrzyga się. A może nawet umrze na serce. My tu nie prowadzimy ochronki. Takich jak on, znajdziemy sobie na świecie trzydziestu. Jeden telefon i przyjdą na kolanach. Tyle, że oni szybko z tych kolan wstaną. A ten Włoch będzie tylko dalej wiotczał”.

Czy wybór Arsenalu był od początku oczywisty?

Maciej: Wojtek miał wtedy 16 lat, więc wybór należał do mnie i jego mamy. Ale oczywiście to on sam miał zdanie decydujące. Sporów jednak nie było. Na pewno Bolton liczył na to, że wybierzemy ich klub, bo są mniejsi od Arsenalu, mają mniejsze aspiracje i z pewnością Wojtek miałby tam większe szanse na szybki awans do pierwszego składu. Różne są przecież motywacje.

Szczególnie w czasach, kiedy 40-letni bramkarz, czyli van der Sar, jest wciąż w doskonałej formie.

Wojciech: Tata cały czas twierdzi, że też jest dobry. Więc patrząc na niego, może trzeba uznać, że 45-letni bramkarz wciąż jest młody.

Maciej: Oj, teraz to zamieszałeś synku. Powiedziałeś, że tata twierdzi, że jest dobry. Ja tylko twierdzę, że cały czas jestem młody. A niezły po prostu jestem – to fakt, a nie twierdzenie.

Wojciech: Ale ja mówię o profesjonalnej piłce…

Maciej: Nie bój się. Jak patrzę na Nalepę (Macieja – bramkarza Piasta Gliwice – przyp. aut.), to jestem pewien, że dałbym radę. Żeby była równa konkurencja, musiałbym sobie jednak uciąć lewą nogę. Tak dalece się nie poświęcę.

Po wyprowadzce do Londynu Wojtek od razu zamieszkał w willi jak na piłkarza Arsenalu przystało?

Maciej: Żadnych willi, żadnych internatów ani hoteli, nic takiego. Wszyscy młodzieńcy mieszkają u rodzin zaprzyjaźnionych z klubem.

Wojciech: Ja tak żyłem przez mniej więcej trzy lata. Najpierw z rodzicami kolegi, który z nami trenował, a potem z pewną wdową. Uważam, że taki system jest w porządku. Może dlatego, bo fajnie trafiłem. Z opowieści innych chłopaków wiem, że rodziny trzymały ich bardzo krótko. O 22 mieli wyłączać telewizor, internet i iść spać. Ja zawsze miałem kompletny luzik.

Maciej: Bo pewnie nie dawałeś powodów do tego, żeby było inaczej. Gwarantuję ci, że gdybyś nawet kompletnie trzeźwy wrócił do domu trzy razy z rzędu o drugiej w nocy, to klub by się o tym dowiedział. Ja i twoja mama również…

Wojciech: Nawet nie pamiętam, czy kiedykolwiek tak wcześnie wróciłem (śmiech).

Maciej: A nie mówiłem, że złośliwa menda?

Pytaliśmy już Maćka, co robił, kiedy miał dwadzieścia lat. Pora się dowiedzieć, co Wojtek będzie robił za dwadzieścia pięć.

Wojciech: Pewnie będę pracował jako komentator w telewizyjnej Jedynce (śmiech).

Maciej: To się nazywa szybka piłka!

Wojciech: Na pewno też będę profesjonalnie opiekował się starymi rodzicami.

Maciej: Ciekawe, kto ci za to będzie płacił?

Wojciech: Zostanę wolontariuszem.

Maciej: Czyli nie będziesz oczekiwał profitów. To się chwali. Gdybyś jednak zdecydował się także dokładać do tego interesu, będziemy z mamą zobowiązani.

Zazdrościcie sobie czegoś nawzajem?

Wojciech: (dziwnie się uśmiecha) On się do tego nie przyzna, ale na pewno chciałby mieć tak, jak ja.

Maciej: Absolutnie bym się tym nie zmartwił. Ale gdybym tak miał, to nie wiedziałbym, że można mieć gorzej, a poza tym zazdrość kojarzy mi się z uczuciem zawiści.

Wojciech: Tacie wszystko kojarzy się z zawiścią. Mi chodziło o zdrową, pozytywną zazdrość. Nie typową polską…

Maciej: Masz rację, w Polsce wszystko może się popierdolić. Nawet zazdrość. Oczywiście wolałbym zaczynać grę w piłkę w taki sposób jak Wojtek. Od razu na równych boiskach, w wygodnych butach, a przede wszystkim od razu z dobrymi trenerami. Możecie wierzyć lub nie, ale pierwsze naprawdę profesjonalne treningi bramkarskie miałem w wieku trzydziestu trzech lat. W Polonii Warszawa z Krzyśkiem Dowhaniem.

Wojciech: Ja ojcu zazdroszczę charakteru. Zawsze chciałem być taki na boisku. Chodziłem na mecze i nie ukrywam, że imponowały mi jego cechy przywódcze. Zazdroszczę mu też, jak potrafił wykorzystać szanse, które miał. Ja już na starcie dostałem możliwości o wiele większe od niego. Chciałbym je dobrze wykorzystać.

Który mecz ojca wywołał u ciebie największe emocje?

Wojciech: To może się wydać dziwne, ale najbardziej pamiętam mecz z GKS-em Katowice. Oglądaliśmy go z bratem (Jankiem – przyp. aut.) w telewizji, a mama była w kuchni. W pewnym momencie ojciec świetnie obronił groźny strzał. Zaczęliśmy krzyczeć: „Mama! Chodź! Chodź, tata super obronił!”. Po chwili krzyczeliśmy już co innego: „Mamo, chodź, tata nie żyje!”. Ojciec przywalił wtedy głową w słupek i stracił przytomność.

Maciej: Pamiętam. Naprawdę nieźle przydzwoniłem.

Jak w tamtych czasach rówieśnicy traktowali Wojtka w szkole?

Wojciech: Bywało ciężko. Tata często zmieniał barwy klubowe, a to się nie podobało. Tyle, że jak ojciec odszedł z Legii, to miałem lepiej od Janka, bo byłem młodszy. I dlatego mniej mi się dostawało. Jak dorosłem, to sprawy już trochę przycichły. Zresztą zawsze byłem wyższy od kolegów i potrafiłem się bronić.

Wiedziałeś o wycieczce tatusia na Żyletę, kiedy postanowił w pojedynkę wyjaśnić sprawę przejścia do Widzewa z całą trybuną kibiców Legii?

Wojciech: Dowiedziałem się o tym po latach i to z prasy (śmiech).

Maciej: Nie uznałem za stosowne poinformować o tym rodziny, bo na pewno odwodziliby mnie od tego pomysłu. Zrobiłem to po swojemu, czyli dobrze.

Pomogło?

Maciej: Tak. Pojawiłem się tam mniej więcej po trzech miesiącach grania w Widzewie i prawie do końca sezonu miałem spokój. Prawie, bo gorąco zrobiło się po pamiętnym meczu Legia-Widzew 2:3. Kilku chłopców z BOR-u musiało spędzić noc pod oknami warszawskiego mieszkania Szczęsnych. Zawdzięczam to ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych – Leszkowi Millerowi. Po meczu zadzwoniłem do Pawelca (Andrzeja – ówczesnego prezesa Widzewa – przyp. aut.) i powiedziałem, że chcę jechać z chłopakami do Łodzi, by świętować mistrzostwo Polski, ale kobita zostaje, a są sygnały, że paru debili chce wysadzić nasze mieszkanie w powietrze. Rozmowę usłyszał Leszek Miller i od razu powiedział: „Panie Maćku, pan się nie boi. Poproszę tylko o adres. I niech pan powie kobicie, żeby wpuściła czasem chłopaków na siusiu. A jak poczuje się bezpiecznie, to niech ich zwolni”. Przez następne dwie doby pojawiały się wycieczki krewkich legionistów. W końcu jednak odpuścili. Nikt nie zaryzykował starcia z Borowikami (śmiech).

Uwierają cię ciągłe porównania do ojca?

Wojciech: Uwierały. Nie tyle jednak same porównania, bo to jest naturalne, ale bardziej to, że mało ludzi wierzyło, że do wszystkiego doszedłem sam. Przejmowałem się tymi plotkami.

Maciej: Podobno załatwiłem ci nie tylko Arsenal, ale nawet grę w kadrze.

Wojciech: W oficjalnych wywiadach dostawałem pytania, czy ojciec dzwonił do trenera Smudy i nalegał, żeby mnie powołać do reprezentacji. Dzisiaj śmieję się z takiej głupoty, ale jak byłem młodszy, to brałem to śmiertelnie poważnie.

Przejąłeś od taty sposób kierowania obroną?

Wojciech: Raczej nie. Pierwsze podstawowe zwroty łapałem od bramkarza Legii, Andrzeja Krzyształowicza. Stałem za bramką i wszystko słyszałem. Ojca oglądałem z trybun, więc nie mogłem go dobrze słyszeć.

W Londynie uczyłeś się bramkarskiego słownika od Jensa Lehmanna?

Maciej: Raus… Raus… (śmiech). A na poważnie powiem wam, że to wyjątkowo miły facet. Świetnie zachowywał się wobec nas, kiedy odwiedzaliśmy Wojtka w klubie.

Wojciech: Pierwsze angielskie zwroty bramkarskie łapałem na stażu w Boltonie. Reszta przyszła naturalnie.

Który z was jest większym nerwusem?

Wojciech: My w ogóle jesteśmy z ojcem do siebie bardzo podobni, ale… w niewielu sprawach się zgadzamy.

Maciej: Na pewno to ja potrafię się bardziej wściec, ale Wojtek jest dużo bardziej kapryśny.

Wojciech: Pamiętajcie, że nie przyszło mi jeszcze do głowy bić zawodników w trakcie meczu. Szczególnie w europejskich pucharach (w meczu Legii z Sampdorią Genua Maciek chciał poturbować Manciniego – przyp. aut.)

Maciej: Na razie. Z Włochami mało grałeś. Poza tym zobaczymy, co będzie się działo, jak zagrasz przeciwko Manchesterowi City (trenerem tego klubu jest Roberto Mancini – przyp. aut.).

Wojciech: W Interze gra jego syn.

Maciej: W życiu bym nie przypuszczał, że on w ogóle może mieć dzieci.

Wojciech: Dotychczas dostałem trzy żółte kartki. Wszystkie za dyskusje z sędzią. Więc nie wiem, jak to jest z tymi nerwami.

Maciej: Właśnie przypomniała mi się moja niechlubna „przygoda” z enerdowskim sędzią. Facet polował na mnie przez cały mecz. Byłem nieco zdenerwowany. W końcu uśmiechnąłem się do niego, przytaknąłem, że się z nim zgadzam i w tym samym czasie po polsku wypaliłem: „Spierdalaj, ty chuju zasrany”.

Twój ojciec znany był też z konfliktów z kolegami z zespołu. Odziedziczyłeś to po nim?

Wojciech: Dla mnie zdanie kolegów z drużyny jest często ważniejsze od zdania trenera. Jeżeli na przykład trener powiedziałby, że jestem kiepski, a chłopaki powiedzieliby, że gra się ze mną świetnie i jestem bardzo dobry, to uwierzyłbym im, a nie coachowi. Tak więc staram się być niekonfliktowy.

Maciej: To się akurat nie zmieniło. Koledzy zawsze wiedzą lepiej od trenera, bo to oni z kimś grają, a nie on.

Wojciech: Muszą wiedzieć, komu trudniej strzelić bramkę – to logiczne.

Maciej: Ale moi niektórzy koledzy, poza wiedzą sportową, sprzedawali mecze i przepijali moją przyszłość. Przeciwstawiałem się temu przez całe sportowe życie. Stąd ta moja „kultowa” konfliktowość.

„Kultowo” rugałeś też trenerów.

Maciej: Wypraszam sobie. Nikogo nie rugałem. No, może trochę Wójcika. Ale czy to w ogóle trener?

Wojciech: W Anglii ciężko postawić się bossowi. Ci, którzy próbują, zwykle nie grają w podstawowych składach. Nawet za niepodanie ręki po meczu są poważne konsekwencje. W Polsce można robić wszystko, w Anglii prawie nic.

Sam stwierdziłeś, że łatwiej popyskować ojcu niż trenerowi. Opowiadałeś kiedyś o waszym wspólnym treningu…

Wojciech: Oj, dostało mi się za to potem.

Maciej: Za głupotę. Takich rzeczy publicznie się nie mówi. Poza tym nie pyskowałeś, tylko mędziłeś „to się nie da, to się nie da…, ty całe życie grasz w piłkę, a ja nie…”.

Wojciech: Ojciec do wszystkiego podchodzi za bardzo emocjonalnie. Wtedy zebrałem duży opieprz.

Maciej: A ja uświadomiłem sobie, że uwielbiam pracować z dzieciakami, nawet bardzo mało utalentowanymi. Ale nie ze swoimi. Moje rozczarowanie faktem, że czegoś nie umieją i błyskawicznie nie potrafią się tego nauczyć, a mają talent, było nie do przewalczenia. Szybko przeradzało się w złość. Uważałem zawsze, że mają za mało dobrej woli albo im się nie chce. Bo w inteligencję i talent nigdy nie wątpiłem… „To się nie da, to się nie da…”

Wojciech: Gdybyś mi dobrze wytłumaczył, to może by się dało.

Wtedy ojciec rzucił do syna: „Kariery to ty nie zrobisz. Palma ci odbiła”. Czy dzisiaj tata zmienił zdanie?

Maciej: Nie chcę go zdradzać, ale palma trwa.

Wojciech: Najważniejsze, że rodzina się jeszcze ode mnie nie odwróciła.

Maciej: Póki zarabiasz (śmiech).

To był wasz ostatni wspólny trening?

Razem: Tak.

Wojciech: Sześć lat temu.

Tata cały czas cię instruuje?

Wojciech: Trochę pograł, to ma prawo. Ale cały czas czekam, żeby mu powiedzieć: „Słuchaj, co ty wiesz? Ja wiem lepiej”. Szkoda, że na youtubie nie ma jego wpadek (śmiech).

Maciej: Zapraszam do domu. Wszystkie są na VHS-ie.

Czy Maciek jest tak samo krytyczny wobec was jak wcześniej był wobec siebie?

Wojciech: Tak. Baliśmy się ojca (śmiech). Pamiętasz, jaką rozróbę robiłeś, żebyśmy zakładali kapcie?

Maciej: Ale panowie o sport cię pytają.

Do kapci jeszcze wrócimy.

Wojciech: Teraz tata częściej chwali niż krytykuje.

Pochwaliłeś Janka po meczu z Olimpią Warszawa?

Maciej: Chodzi wam o mecz, w którym przyjął 8 sztuk do siatki? Nawet, gdyby było 0-0, znalazłbym coś, do czego można się przyczepić. Tak już mam. Janek nie chciał o tym gadać. Ucałowałem go i pożegnałem. Jestem z niego tak samo dumny jak z Wojtka. I nie chodzi o dumę z sukcesów sportowych, ale z tego, jakimi są ludźmi.

Jakie macie największe osiągi w przyjmowaniu paru sztuk do siatki?

Maciej: Sieben-drei mit Bayern München na Ł3. Lepiej było pójść na L4… (ul.Łazienkowska 3, 1988 rok, rewanż Pucharu UEFA – przyp. aut.)

Wojciech: 0-4 z Holandią u siebie (październik 2009, eliminacje mistrzostw Europy U-21 – przyp. aut.) To było straszne.

Czy narciarska kontuzja Janka pozbawiła go marzeń o karierze bramkarskiej?

Maciej: Nie sądzę. Myślę, że Janek ma trochę mniejszy talent i słabsze warunki fizyczne. Poza tym jest z nas wszystkich najprzyzwoitszy, najlepszy i najbardziej godny zaufania.

Wojciech: Muszę to powtórzyć Jankowi, bo nie uwierzy.

Maciej: Nie jest to tylko moja opinia, ale też opinia bliższych i dalszych znajomych… króliczka. Uważam, że żeby bronić na odpowiednim poziomie, trzeba mieć w sobie trochę skurwysyna, którego on zwyczajnie nie ma. Wielkim sportowcem nie był, nie jest i nie będzie, ale za to ma sukcesy w innych dziedzinach życia, a do tego uprawia sport rekreacyjnie w Gwardii – i za to mu chwała. Podoba mi się, że mu się chce. Szanuję to, bo mi by się nie chciało.

Wychodzi na to, że za dobre wychowanie nie pomaga w sporcie.

Maciej: Czasami trzeba być bandytą. A Janek przeżywa każdą puszczoną bramkę. Nie to, że ja nie przeżywałem, ale z drugiej strony wiedziałem, że puszczanie szmat to immanentna cecha mojego zawodu. W nim smutek siedzi za długo i działa na niego destrukcyjnie.

Ale za to nikt w waszej rodzinie nie tańczy tak znakomicie. Janek był nawet szósty na Mistrzostwach Polski. Wojtek też tańczył?

Maciej: A jakże!

Wojciech: „Uczęszczałem na zajęcia taneczne”.

Maciej: Wojtek w temacie bronienia zjada nas wszystkich z kopytami, ale w tańcu możemy czyścić buty Jankowi. Gdy on jest na parkiecie, siedzę w miejscu i się nie ruszam.

Wojciech: No niestety, zgrabnych ruchów nie mam. Po tatusiu.

Maciej: Do mojej gracji jeszcze ci daleko.

Tata „cholernie lubił grać dla siebie”. A ty dla kogo grasz? Dla siebie, czy dla kibiców?

Wojciech: Dla siebie, ale to kibice powodują wzrost adrenaliny. Dzięki nim mogę dać z siebie więcej.

Maciej: Gra z kibicami to zupełnie inny poziom emocji.

Wojciech: Ja na przykład wolę grać na wyjazdach. Wtedy kibice chcą, żebyś puścił bramkę. U siebie, jak puścisz gola, kibice poklepią cię i powiedzą: „Nie przejmuj się”.

Maciej: A czy zmieniło się podejście na angielskich boiskach do bramkarzy? Jak grałem w Blackburn i Aberdeen, kibice wyli mi za plecami i modlili się o to, żebym skapitulował. Po meczu wszyscy na stojąco bili mi brawo i gratulowali, że zagrałem niezły mecz. To było wzruszające, motywujące i podbudowujące. Z drugiej strony zawsze wtedy myślałem: „Gdzie ja, kurwa, żyję?”. Tam kibice nie byli zawiedzeni, że ja obroniłem, tylko że ich zawodnik mi nie strzelił. W Polsce tak nie ma. Można nawet kamieniem dostać…

Wojciech: Podejście jest cały czas takie samo. Ale trafiła mi się kiedyś bardzo zabawna historia. Graliśmy mecz u siebie. Pierwszą połowę grałem z własnymi kibicami za bramką. W trakcie drugiej miałem za plecami kibiców gości. Gdy wszedłem do bramki, tuż przed gwizdkiem, widziałem, że wszyscy biją mi brawo i pokazują, że jestem zajebisty. Ucieszyłem się i skinąłem, że dziękuję. W tym momencie wszyscy jak jeden mąż wydali dźwięk: „Uuuuuuuuuuuuuu”. Zwyczajnie zrobili mnie w balona, a ja dałem się nabrać.

Czy młodzi Szczęśni mieli możliwość grania z ojcem na podwórku?

Maciej: Kiedy chłopcy pojawili się na świecie, nie miałem sił, a nawet pomysłu, żeby wyjść z nimi do parku i pograć w piłkę. Grałem codziennie po parę godzin. Wystarczyło. Ale zawsze doceniałem, że Wojtek mając 7 lat grał z 14-latkami. Robił to gorzej, ale z charakterem i zacięciem. Zapierdalał jak rasowy buldog.

W czym jest dzisiaj od ciebie lepszy?

Maciej: Lepiej gra w golfa. Pewnie dlatego, że ja grałem tylko raz. Gdybym miał poświęcać pieniądze, cierpliwość i czas na wystrzeliwanie piłeczki w konkretne miejsce, tylko po to, żeby za nią zapierdalać – dostałbym szału. Zbyt wiele lat poświęciłem na to, żeby piłki przylatywały do mnie, a nie odlatywały ode mnie.

Wojciech: No właśnie tato. Do rzeczy, do rzeczy. Boisz się odpowiedzi?

Maciej: Jaki ojciec, taki syn… Wojtek na pewno gra dużo lepiej na przedpolu. Ja byłem z tych „zurück gehalten”, czyli najchętniej stałem w bramce i się nie ruszałem, a jak już ruszyłem, to demolowałem piłkarzy, również swoich – najczęściej Marka Jóźwiaka. Wojtek podobnie do mnie czyta grę, przewiduje, gdzie może zagrać przeciwnik. Łapiąc piłkę, wie już, gdzie ją wyekspediować – uwielbiam to słowo (śmiech). Ja też tak miałem. Zawsze uważałem, że była to moja bardzo mocna strona, niestety niedoceniana przez trenerów. Poza tym syn nieźle radzi sobie, grając nogami. Ja także nie należałem do ostatnich fajtłapów w tym punkcie. No i jest spokojny, luźny. To ważne.

Wojciech: Jak miałem 8 lat, dziennikarz zadał mi pytanie, jakie są słabe cechy taty-bramkarza. Odpowiedziałem, że karne.

Maciej: To fakt, mało broniłem. Ale, i tu w jednej jedynej sprawie zgadzam się z Tomaszewskim, uważam, że nie ma karnych obronionych. Są tylko źle strzelone.

Macie jakieś wspólne skuchy?

Maciej: Myślę, że razem jesteśmy za bardzo podatni na samouspokojenie po dobrej interwencji. Traciłem w ten sposób sporo bramek. Najpierw parada, potem koledzy klepali mnie po plecach, a za chwilę piłka w siatce. Byłem rozprężony i nieskoncentrowany. Nie wiem, czy dobrze to odbieram, ale mam wrażenie, że jak Wojtek coś ładnie obroni, to spuszcza skromnie oczka i w duchu myśli: „Kurwa, niezły jestem gość”. A zaraz potem: „Nie mogę się po frajersku cieszyć, że to obroniłem, bo wyjdzie na to, że to dla mnie niespodzianka”.

Wojciech: Ha ha ha ha ha ha.

Maciej: Czyta się z twarzy, co? Znam tę minę, bo miałem taką samą. Jak ktoś mnie znał, to wiedział, kiedy najłatwiej strzelić mi bramkę.

Wojciech: Poza tą jedną skuchą jesteśmy całkiem idealni.

Wróćmy do kapci…

Wojciech: Zawsze z bratem chodziliśmy w samych skarpetach. Ojciec tego nienawidził. Jak mama słyszała domofon, krzyczała do nas: „Tata idzie! Zakładajcie klapki!”.

Maciej: Tak naprawdę nie świadczy to źle ani o mnie, ani o was, tylko o mamusi (śmiech). Choć Ala jako mama samotnie niańcząca dwóch ancymonów sprawiała się doskonale. Jak widać na załączonym obrazku – nie należeli oni do najprostszych w obsłudze.

Wojciech: Mama dbała o nasze zdrowie psychiczne. Dawała nam wolność wyboru!

Maciej: A mi chodziło wtedy o elementarny porządek. Tak samo nie lubię flejowatego szurania nogami albo wystającej z jednej strony spodni koszuli, dzięki czemu nie wiadomo, czy ktoś chciał koszulę wyjąć, czy włożyć. Było chodzić cały czas w klapkach, albo cały czas w skarpetkach. Konsekwentnie.

Ty po prostu dbałeś o bramkarskie stopy!

Wojciech: Nigdy nie nadepnęliśmy na żadne klocki, nie zrobiliśmy sobie żadnej krzywdy.

Maciej: Na pewno dzięki tym chwilom, gdy byłem w domu i mieliście na nogach klapki. Ale pokłosiem naszych rozważań o konsekwencji był telefon 14-letniego Wojtka jadącego na zgrupowanie kadry: „Tatusiu, masz może rękawice w domu?”. „Nie mam, ale ty przecież jesteś bramkarzem! Dlaczego nie wziąłeś ich ze sobą?”. „Bo mi mama nie spakowała”.

Wojciech: Byłem wtedy pilnym uczniem. Za dużo miałem na głowie.

Dzisiaj mama cię spakowała?

Wojciech: Wyrosłem z tego.

Maciej: Lepiej późno niż wcale.

Jak szybko wycierają się piłkarskie rękawice?

Wojciech: Kiedyś jedna para starczała mi na cały sezon. Dziś na dwa tygodnie. Ale kiedyś rękawice kupował mi tata, a że za kupowaniem nie przepadał, musiałem sobie jakoś radzić.

Maciej: Też cię lubię.

Kiedy tata opieprzył cię najbardziej?

Wojciech: Jak z bratem chcieliśmy mamie wygrać Seata w Audiotele. Przez miesiąc codziennie dzwoniliśmy na 0-700. Przyszedł rachunek i ojciec dostał guli. Suma była zaskakująca.

Maciej: Niewiele niższa od wartości auta. To była czysta głupota, która może się zdarzyć każdemu dziecku.

Czy nadal niektórzy uznają Wojtka za „zbyt pewnego siebie bufona”?

Wojciech: Trzeba by się było ludzi zapytać, czy się już zmienili… Uważam, że pewnych siebie osobników inni zwyczajnie się boją. Dlatego wolę straszyć swoim charakterem niż unikać konfrontacji. Poza tym nazwisko zobowiązuje! Nasza rodzinna pewność siebie wynika ze szczerości, a nie z cynicznej gry.

Maciej: Jak ktoś jest krytyczny wobec siebie, a my jesteśmy, to ma prawo mówić głośno, co myśli o świecie.

Wojciech: Jeżeli uważam, że zagrałem świetny mecz, to dlaczego mam mówić, że jestem średnio zadowolony i że bywało lepiej. Nonsens.

Maciej: Zawsze możesz powiedzieć, przestrzegając tradycji wypowiedzi piłkarskich, że nieważne jak zagrałeś, bo liczy się wynik całego zespołu.

Wojciech: Do niedawna moja gra była ważniejsza niż wynik. Ostatnio trochę zmieniłem zdanie. Może dlatego, że gramy o punkty.

Maciej: Cóż za relatywizm.

Jak angielscy kibice radzą sobie z twoim nazwiskiem?

Wojciech: Bez zmian. Z ogromnymi trudnościami. Od pewnego czasu mam ksywkę „Chess”, żeby wszystkim było łatwiej.

A kto na tatę mówi „Wawrzyniec”?

Maciej: Jak Olo Moskalewicz usłyszał, że na drugie mam Wawrzyniec, to prawie posikał się ze śmiechu. Ale tak mu się spodobało, że do dziś mówi do mnie – Wawrzek.

Wojciech: Ja na drugie mam Tomasz. To dopiero zadanie dla Anglików! Wojciech Tomasz Szczęsny (śmiech).

Nadal jeździsz „na polskich blachach”?

Wojciech: Jestem konsekwentny. Dzisiaj kupiłem nowy samochód i on również będzie miał polskie numery. Niechęć niektórych mieszkańców Londynu do Polaków jak na razie kosztowała mnie wymianę jednej szyby i mycie samochodu po obrzuceniu jajkami.

Maciej: Teraz mój syn powinien na tylnej szybie nakleić wielkie białe jajo z literkami PL.

Wojciech: Zmieniłem parking. Nie jestem już tak widoczny. Myślę, że to wystarczy.

Czy tata poręczał za syna w banku?

Maciej: Nikt mnie tam o nic nie pytał, więc mam nadzieję, że nie. Wojtek nie może już jeździć dwuletnim złomem, bo koledzy się z niego śmieją. Wymienia swój park maszynowy. I tyle.

Jesteś bogatszy od ojca?

Wojciech: Nie będę mu wstydu robił. Napiszcie, że nie wiem.

Miłość do aut jest przypadłością rodzinną?

Maciej: Oj tak. Może nie jest to oczko w głowie, ale namiętność jak najbardziej.

Wojciech: Jesteśmy na innych etapach: tata stawia na komfort, ja na szpan.

Maciej: Komfort w Forresterze? Polemizowałbym. Ale za to wjadę wszędzie. Ty masz auto bardziej prestiżowe i luksusowe.

Wojciech: I nie wszędzie nim wjadę.

Czy dziewczyny, odkąd jesteś piłkarzem Arsenalu, inaczej się na ciebie patrzą?

Wojciech: Dziewczyny nigdy na mnie nie patrzyły i nigdy nie będą patrzeć. Jesteśmy brzydką rodziną.

Maciej: Nie wiedziałem, że mam tak zakompleksionego syna.

Wojciech: Poza tym dla mnie ważna jest tylko jedna dziewczyna. Inne się nie liczą.

Przy okazji pozdrawiamy. A kogo widziałbyś na naszej rozkładówce?

Wojciech: Tylko tę jedną.

Maciej: Z tego co wiem, to dziecko jeszcze. Niedawno skończyła 16 lat, więc nie bierzmy jej pod uwagę. Nie ma praw wyborczych.

Wojciech: W takim razie powiedzmy, że Żmudę-Trzebiatowską.

Jak poczułeś się, gdy zobaczyłeś tatę na billboardzie w reklamie perfum?

Wojciech: Fajnie. Wszyscy koledzy się ze mnie śmieją. Wreszcie widzę go na większym ekranie. Czuję się, jakbym kupił sobie plazmę.

Maciej: Pamiętaj, że ja też urosłem.

To pytanie paść w końcu musiało: kto będzie bramkarzem mistrzostw? Tych mistrzostw.

Wojciech: Stawiam na Casillasa. Wygra Hiszpania, więc Iker automatycznie będzie najlepszy.

Maciej: Nie wydaje mi się. On gra ostatnio słabiej. Ale Hiszpania wygra na pewno. Gdyby jechał Van Der Sar, byłby najlepszy. Ale nie jedzie…

Wojciech: Może Hugo Lloris (bramkarz Olympique Lyon – przyp. aut.)?

Maciej: Nie rozumiem, dlaczego są nim tak zajarani na Wyspach. Dla mnie to wypierdek mamuta. Jeżeli Buffon będzie w dobrej formie, powinien się wykazać. Wbrew temu co się mówi, czyli że Włochom ciężko strzelić bramkę, myślę, że Buffon będzie miał dużo roboty.

Jan Mucha?

Wojciech: Będzie miał roboty najwięcej.

Maciej: Janek ma szansę być w pierwszej trójce mistrzostw. Ale musi być w formie z jesieni. Pozycja Legii wynika tylko i wyłącznie z jego gry.

„To prawdziwa loża szyderców. Prostych, prostszych i prostaków”. Kto to powiedział i o kim?

Wojciech: Na pewno Maciek. Może o „Szybkiej piłce”? Albo o Żylecie?

O piłkarzach.

Maciej: Ciężko zaliczyć Małeckiego (piłkarz krakowskiej Wisły – przyp. aut.) do pierwszych dwóch grup. Facet wychodzi w Teatrze Polskim na scenę, żeby odebrać piłkarskiego Oscara za „odkrycie roku” i mówi: „Ta nagroda doda mi jeszcze więcej charyzmy”. Wymiękłem. Upiłem się tego wieczora do nieprzytomności.

Wojciech: Jak będę miał 45 lat, też pozwolę sobie na takie bon moty jak tata. Na razie uważam, że moi koledzy są świetni i darzę ich wielkim szacunkiem.

Maciej: Co za… złośliwa menda.

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. […] ciekawostkę znajdziecie, tutaj świetny wywiad z Wojtkiem i Maciejem dla czerwcowego Playboya. Polecam […]

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*