Krzysztof Miller

PLAYBOY nr 5, 2004 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski

fot. Robert Laska

Twoja droga zawodowa zaczyna się w momencie, gdy robisz zdjęcia demonstracji studenckich w latach 80. Jak wspominasz ten okres?

Połączenie przyjemnego z pożytecznym. Byłem w opozycji szarą myszką, wyposażoną tylko w dobry aparat. W podziemiu nie było problemu ze zrobieniem zdjęcia, tylko z jego wyniesieniem. Chodziło o to, żeby Służba Bezpieczeństwa (komunistyczna policja polityczna – przyp.red.) cię nie namierzyło, żeby milicja cię nie złapała. Mnie się to udawało i może dlatego zostałem fotografem (śmiech). Byłem współzałożycielem jednej z redakcji nielegalnego wówczas Niezależnego Zrzeszenia Studentów na AWF-ie i przypadła mi dokumentacja. Ale to były słabe zdjęcia. Na poważnie zaczęło się w „Gazecie Wyborczej”, w której – nie mając złych przyzwyczajeń – uczyliśmy się pracy od początku i tak powstała nowa formuła.

Można by stwierdzić, że w latach 80. jedni się bili o demokrację, a inni, na przykład ty, „tylko” to uwieczniali…

Ja także zebrałem dużo łomotów. Czerwiec 1989 roku, demonstracja „Jaruzelski musi odejść”, wyciągam legitymację GW, a z drugiej strony pytanie: „jaka gazeta?!”. I łomot. Potem Jarocin i parę szwów na głowie. W Gruzji w trakcie wojny gruzińsko-abchaskiej wszyscy tłukli się ze sobą. Chaos na drogach, a ja z pewnym Anglikiem jechałem na linię frontu. Angol zaczął fotografować czołg gruziński, który spychał do rowu jakieś taczki i motory. Ja też, ale z ukrycia, a on całkowicie na widoku. Złapali go, dostał bańki, zabrali mu torbę ze sprzętem, a ja zastanawiałem się: wyjść czy nie wyjść? W końcu się zlitowałem, bo wiedziałem, że Anglik nie mówi po rosyjsku i nie wybroni się. Poszedłem tam, na dzień dobry dostałem w łeb. Potem wieźli nas na czołgu przekonani, że jesteśmy rosyjskimi szpiegami. W końcu wszystko skończyło się szczęśliwie, wyjąłem kwit od Gamsachurdii, ówczesnego prezydenta Gruzji, i jeszcze nas nawet przeprosili. W tym zawodzie takie sytuacje są, niestety, nie do przewidzenia.

Robiłeś zdjęcia od dziecka?

Nie. Swoje pierwsze zdjęcia zrobiłem w latach 80. Nie uczęszczałem na kółka fotograficzne, nic z tych rzeczy. Do wszystkiego dochodziłem metodą prób i błędów. To przypadek, że robię zdjęcia.

Czyli dzięki komunie dzisiaj jesteś fotografem?

Można tak powiedzieć (śmiech). Z ramienia NZS-u fotografowałem Okrągły Stół – to moje najczęściej pokazywane zdjęcie. Później znalazłem się w pierwszym składzie „Gazety Wyborczej”. Etaty czekały na pięciu fotoreporterów, którzy opublikują najwięcej zdjęć między majem a czerwcem 1989 roku. Miałem dobre układy z NZS-em, Solidarnością Młodych, Pomarańczową Alternatywą i wiedziałem, gdzie należy się zjawić, by zrobić zdjęcia. Dzięki temu zrobiłem ich najwięcej ze wszystkich. Na te pięć miejsc było ponad dwadzieścia osób. Wśród nich wielu znanych i dobrych fotografów, ale im byt „Gazety” wydawał się niepewny. Mając pracę w innych redakcjach nie ryzykowali, bo mieli sporo do stracenia. Myśleli, że opozycja przegra wybory, a „Gazeta” będzie się musiała rozwiązać.

Identyfikowałeś się wtedy z jakąś subkulturą?

Byłem punkrockowcem – moje zdjęcie jest na okładce książki Mikołaja Lizuta Punk Rock Later. Z Brylewskim i Mrówą, czyli Brygadą Kryzys, chodziłem do podstawówki. Teraz słucham lżejszej muzy, ale bez Clashów żyć nie mogę.

Dlaczego nie zostałeś trenerem albo nauczycielem pływania?

Gdy powstała „Gazeta Wyborcza”, postawiłem wszystko na jedną kartę. Poczułem wtedy, że fotografia jest zajebistym zajęciem, bo jest okazją obcowania z wielkimi wydarzeniami, ludźmi i uwieczniania tego. Dzięki temu historia, na przykład Okrągły Stół, jest postrzegana przez jedno z moich zdjęć. Zresztą kompozycyjnie i fotograficznie takie sobie, ale robione z góry, a wszyscy inni byli na dole. Sukcesy w fotografii zawdzięczam chyba, paradoksalnie, trenerowi skoków do wody, który interesował się malarstwem i opowiadał mi o kompozycji, barwach itd. Sam malował i uczył mnie patrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. I to mi zostało.

Jak niebezpieczne jest skakanie do wody z dużej wysokości?

Kilka osób zginęło. To jest chyba odpowiedź.

Kiedy ostatni raz skakałeś?

Oj, bardzo dawno. Teraz skaczę sobie do Iraku (śmiech).

Nigdy nie kręciło cię robienie zdjęć podwodnych?

Moim marzeniem jest zrobienie zajebistego fotoreportażu o skokach do wody, ale pod kątem socjologicznym i psychologicznym. Chciałbym pokazać emocje ludzi, którzy trenują ten sport. Ich wahania, strach, płacz. Fotoreportaż w detalach: twarze, oczy, grymasy, ułożenie rąk…

Jaki masz wpływ na zdjęcia, które ukazują się w „Gazecie”? Na przykład trwa wojna w Afganistanie. Chcesz tam jechać. Idziesz do szefa i prosisz o taką możliwość?

Ale ja wcale nie chcę jeździć na wojny (śmiech). Jest dużo sympatyczniejszych tematów niż Czeczenia czy Irak. Nie mam wpływu na to, dokąd jadę.

Nie ma konfliktu między tym, co ty byś chciał, a tym, czego od ciebie wymaga GW?

Absolutnie. Konflikty powstają czasami przy ocenie moich zdjęć. Ale są to tylko kłótnie na poziomie fotoedytorów.

Słyszeliśmy, że z Wojciechem Jagielskim (dziennikarz GW, z którym Miller bardzo często podróżuje – przyp. aut.) uzupełniacie się pod względem poczucia humoru. Podobno unosi się nad wami duch Monty Pythona…

Widzimy często tak okropne rzeczy, że musimy jakoś odreagować. Potem trzeba przecież żyć ze świadomością tego, co się zobaczyło. To tak jak historia o dobrym i złym ubeku. Gy się znajdziemy w tarapatach, Wojtek odgrywa rolę dobrego, a ja złego. Wojtek często mówi: „chciałem zapłacić, ale ten duży mi nie pozwala i jest zły”. Tak więc często nie płacimy łapówek za przekraczanie granic (śmiech).

A czy w ogóle jest miejsce na śmiech w trakcie twoich wyjazdów?

Jasne, nawet straszne wyjazdy są trochę śmieszne. Na przykład w Afryce był reporter z włoskiego radia. Miał bardzo dużo kasy. Od razu pojawili się przy nim dwaj tłumacze, dwaj przewodnicy, dwaj kolesie, którzy mieli mu pożyczyć samochód i zaprowadzić go gdzieś, gdzie nikt jeszcze nie był itd. On im stawiał piwko, kurczaka, ryż, a jak chciał sam coś zjeść, to okazało się, że wyczerpał całe zapasy hotelu (śmiech). Kolejna akcja: jesteśmy w Afganistanie, wzięliśmy z Jagielskim samochód, dosiadł się do nas znany dziennikarz radiowy. Jedziemy w kierunku frontu i okazuje się, że dalej nie można. Robię zdjęcia nalotu Amerykanów na pozycje talibów, a dziennikarz rozkłada antenę i słyszę: „Właśnie przedarliśmy się na linię frontu! Przede mną leży pocisk moździerzowy, który rozerwał się wczoraj. Gdyby stało się to dzisiaj, to bym już nie żył!”.

Często spotykasz takich dziennikarzy?

Nie mogę powiedzieć, chyba że wyłączycie magnetofony (śmiech).

Co zmienia się w tobie po przyjeździe, na przykład, z obozu uchodźców z Zairu?

Kocham życie, więc muszę mieć dystans. Nie narzekam, jestem optymistą, a po takim Zairze problemy w Polsce nie są dla mnie żadnymi problemami. Podróżując zyskuję dystans do mojego życia.

A co ze strachem w trakcie pracy? Przyznajesz, że się boisz…

Tak, ale jest to strach kontrolowany. Skoki do wody też są nieustającym przełamywaniem lęku. Jak stajesz na wieży i masz zrobić dwa salta wiedząc, że możesz złamać kręgosłup, musisz przełamywać strach. Podobnie jest w fotografii. Nie można panikować, bo trzeba jeszcze wywieźć zdjęcia z gorącego terenu. Nie można więc dać się zastrzelić. Ci, którzy się nie boją – giną, choć regułą to nie jest. Często ciśnienie mediów na jakiś niesamowity materiał kończy się tragicznie.

Wspomniałeś o niedoświadczeniu. Czy ciebie przed pierwszym wyjazdem zagranicznym ktoś przygotowywał pod kątem psychologicznym?

Wiecie, był rok 89. W GW padło pytanie: „Kto chce jechać do Bukaresztu w Wigilię?”, czyli w trakcie puczu. Wtedy nikt o tym nie myślał. Zero psychologii. Pojechałem tam tuż po aksamitnej rewolucji w Pradze. Te wyjazdy przekonały redakcję, że jak się coś dzieje, trzeba wysłać Millera. Sprawdziłem się i już.

Czy więc zdarzają się fotografowie wojenni, którzy po tym, co zobaczyli, mają problemy emocjonalne?

O tym się nie mówi. Najwyżej zmieniasz działkę, których fotografia ma sporo. Głośna była jednak historia Kevina Cartera, który po nagrodzie Pulitzera popełnił samobójstwo. Nie poradził sobie. Na jego zdjęciu widać sępa czekającego na śmierć głodującej małej dziewczynki z Sudanu. Zarzucano mu, że zdjęcie jest niehumanitarne, a on był tylko dokumentalistą. Uważam, że fotograf powinien robić wszystkie zdjęcia. Choć później nie wszystkie trzeba publikować.

Ty także widziałeś śmierć tuż koło siebie…

Tak, w Gruzji. Dziwna wojna, toczyła się na dwóch kilometrach kwadratowych wokół parlamentu. Trwa demonstracja, idzie babcia z siatami, a w tłum wpadają kolesie z kałasznikowami. Wszyscy lecą na ziemię, żeby nie stać na linii strzału, a ona zachowywała się tak, jakby jej to nie dotyczyło, chciała po prostu iść do domu. Wtedy do niej strzelili. I koniec. Sytuacja była tak absurdalna, że nawet nie podniosłem aparatu. Zrobiłem zdjęcie tuż po: faceta z kałaszem w masce, który odchodzi, a ona leży już na ziemi.

Czy fotografowanie takich momentów zmieniło cię?

Takie przeżycia trudno opowiedzieć. Jest to wstrząsające, choć na szczęście moja głowa jakoś sobie z tym radzi. Może jednak gdzieś to się odkłada i wyjdzie za dziesięć, piętnaście lat.

Gdzie było dla ciebie najmniej bezpiecznie?

Zawsze ostatni taki moment jest najniebezpieczniejszy. Całkiem niedawno mieszkaliśmy w Bagdadzie w hotelu Sheraton. O siódmej rano atak rakietowy. Irakijczycy rozpieprzyli parę pięter i urwali windę. Szczęście, że nikt nie zginął.

Był moment, kiedy robiąc zdjęcia pomyślałeś: „Miller, to koniec”?

Tak, kiedy Czeczeni wzięli nas na wabia na linię frontu: co kilkanaście metrów były dołki metr na metr, półtora metra głębokości. Zobaczyliśmy je i chcieliśmy wracać. Rosjanie stali dwa kilometry dalej, za rzeką. Czeczeni odpalili wtedy rakietę, a Rosjanie odpowiedzieli ogniem z moździerzy. Trwało to godzinę. Było jak na polu golfowym. Wpadnie do dołka, to cię nie ma. Siedziałem i mówiłem sobie: „Miller, nigdy więcej!”. Potem okazało się, że rakieta była odpalona specjalnie. Dowódca stał na innym wzgórzu i patrzył, skąd nas ostrzeliwują, namierzał ich. Na szczęście nic do dołka nie wpadło. Zdjęcie z tego, na prawie dwie strony, poszło na otwarcie całego reportażu i robiło wrażenie. Pomyślałem, że jednak było warto.

Jesteś wyłącznie obserwatorem czy ingerujesz w rzeczywistość?

Ze względów profesjonalnych tylko obserwuję. Zwłaszcza kiedy podniosę aparat i zasłonię nim twarz. Nie moim zadaniem jest rozstrzyganie, czy wojna jest sprawiedliwa czy nie. Jestem tylko świadkiem i nie jest moją winą, że przed obiektywem dzieją się takie rzeczy.

Czy pomogłeś komuś zamiast fotografować?

Kiedy mieszkasz z ludźmi w piwnicy, na osiedlu w Groznym, które jest bombardowane przez całą dobę, masz grzałkę, kawę, cukier, zupę to wiadomo, że się dzielisz. Kiedyś w ciągu wieczoru wypiłem z Czeczenami ogromny słoik rozpuszczalnej kawy. Pili, jakby robili to ostatni raz w życiu. Pikawy im chodziły, ale nie odpuścili. Sytuacji, w której musiałbym odłożyć aparat i komuś pomagać, nie miałem. To raczej mnie pomagano, choćby w Groznym. Ludzie pokazywali mi przejścia, gdzie Rosjanie nie mogą nas ostrzelać. Polegałem na innych, a nie oni na mnie.

Jak traktują cię ludzie, których spotykasz?

Dzielę ich na gwiazdorów, którzy uwielbiają być fotografowani, i takich, którzy tego nienawidzą. Są tacy, którzy mówią: „Chodź, fotografuj, pokaż światu, co tu się dzieje”. Wszystko sprowadza się do tego, żeby zdobyć ich zaufanie, żeby przestali na ciebie zwracać uwagę. W byłej Jugosławii czy pośród Rosjan nie było problemów z wtapianiem się w tłum, bo dobrze mówię po rosyjsku. Czasami staram się mówić ze śmiesznym akcentem, żeby traktowali mnie nie do końca poważnie. Rozumiecie, przyjechał jeden mądry (Jagielski – przyp. aut.) i jeden śmieszny. To działa (śmiech). Ludzi poza tym nie można przestraszyć. Duże aparaty, flesze, bojówki i kamizelki stresują ich. Normalnie ubrany facet z aparatem wyglądającym na zorkę, nie zwraca na siebie uwagi.

Nie masz wyrzutów sumienia? Dookoła wojna, głód, a fotoreporterzy mieszkają sobie w Sheratonie?

To jedyne miejsce w Bagdadzie, gdzie Amerykanie mogą zapewnić podstawy bezpieczeństwa. To zamknięta strefa. Nie wejdą do niej kolesie z siatką „plastiku” albo z kałaszem i cię nie rozwalą. To nie jest luksus, to jest bezpieczeństwo. Sheraton w Bagdadzie nie ma przełożenia na sieć tych hoteli na całym świecie. Jedyne, co tam tak naprawdę jest, to dobry Internet. Ostatnio po ataku rakietowym przeciekał dach, nikt nie potrafił go naprawić. Swoją drogą, muszę mieć jakiś luksus. Gdybym sypiał w okopach i zawalał noce, przekładałoby się to na pracę.

Bycie Polakiem pomaga w Iraku czy przeszkadza?

Pomaga. Budowaliśmy autostrady, cukrownie, nauczyliśmy ich pędzić wódkę z ryżu. Każdy Irakijczyk miał w rodzinie kogoś, kto przyjeżdżał do Polski na kurwy. Dostawali na jeden wyjazd do nas tysiąc dinarów. Jeden dinar w latach 70. to były trzy dolary. Stąd się pewnie wzięło: „Z autobusem Arabów zdradziła go”. No, i jest różnica w ilości zamachów między polską a amerykańską strefą.

Ile twoich zdjęć nie powstałoby, gdybyś nie był taki „długi”?

Taki wzrost przeszkadza, bo muszę się pochylać. Mam 185 cm wzrostu, a najlepsze ujęcia są z wysokości klatki piersiowej. Dobrą stroną takiego wzrostu jest ewentualnie to, że mali się boją (śmiech).

A ty dodatkowo potrafisz się świetnie przepychać…

Kiedy mam zakodowane z tyłu głowy, że coś muszę zrobić, to idę jak przecinak. Wolę zrobić zdjęcie i potem pytać niż odwrotnie. Kocham fotografowanie i zrobię dla niego wszystko, oczywiście w granicach rozsądku.

Często masz świadomość, że jakieś zdjęcie mogłoby być lepsze?

Prawie zawsze. Straciłem pewnie sporo świetnych zdjęć. Istnieje nawet takie przysłowie, że najlepsze zdjęcie fotografa to takie, którego nie zrobił.

Czy jako fotoreporter masz szczęście?

Słuchajcie, no, żyję… Szczęście zależy od intuicji. Kiedyś mieliśmy z Jagielskim dziwną sytuację. Byliśmy w Afganistanie w roku 94, mudżahedini walczyli między sobą. Jagielski mówi: „Chodź, wejdziemy tutaj”, a byli tam jacyś żołnierze. Pytają nas: „Czego chcecie?”, a my: „Spotkania z Ahmadem Szachem Massudem (legendarny przywódca antyradzieckich sił powstańczych w czasach rosyjskiej okupacji Afganistanu, przeciwnik talibów, przez których został zamordowany – przyp. aut.) i frontu”. A oni na to: „OK, ale zróbmy najpierw front, a potem spotkanie”. To są takie rzeczy, których czasem nie możesz zorganizować przez kilka miesięcy, a tu nagle przechodzimy przez jakąś bramę i za chwilę wszystkie drzwi się przed nami otwierają. Przypadek, trafiasz na dobrego dowódcę i masz wszystko. Pewnie w ten sam sposób straciliśmy wiele innych materiałów skręcając w niewłaściwą uliczkę.

Słyszeliśmy, że jesteś pracoholikiem. Przyznajesz się?

Tak, ale tylko wtedy, kiedy mam zadaną pracę. Mam świadomość, że uczestniczę w wydarzeniach historycznych, które już się nie powtórzą. To mnie motywuje i wiem, że muszę zrobić wszystko na maksa. Natomiast nienawidzę robić zdjęć pomiędzy, czyli na przykład fotek z wakacji. Ale cóż, i tak robię to dla narzeczonej (śmiech).

A co z twoją nieśmiałością?

Panowie, ja się tak stresuję tym waszym przyjściem, że musiałem kupić trochę browaru (śmiech). Będąc jurorem na World Press Photo wsławiłem się tym, że na konferencji prasowej nie powiedziałem ani słowa (śmiech). Wolę uwieczniać akcję niż być jej przyczyną. Nie da się ukryć, jestem nieśmiałym introwertykiem, ale gdy mam aparat w dłoni, zmieniam się całkowicie. Poza tym nietypowo robię zdjęcia lewym okiem. Z reguły praworęczni używają do tego celu prawego oka. A ja robiąc lewym całą twarz zasłaniam aparatem i czuję się bardzo pewnie.

Ile zarabia się w tym zawodzie?

Przede wszystkim dużo więcej zarabia się za granicą. Tutaj za reportaż z Iraku można dostać 10 tysięcy złotych, tam – 20 tysięcy dolarów. I pokrywają koszty pobytu. Tak płaci „Newsweek” czy „Time”. Jeśli jest duże wydarzenie, typu obozy uchodźców w Kosowie, biorą tylko najlepszych. Procentuje to w trakcie World Press Photo. Jurorom łatwiej jest głosować na zdjęcia z okładki tych pism.

A twój rekord finansowy?

Dla poważnej firmy alkoholowej wchodzącej na polski rynek, trzy zdjęcia, żadnych praw autorskich do nich, 50 tysięcy złotych wynegocjowanych przez agencję „Gazety”, z czego ja dostałem połowę. Pokrywali koszty przelotu i pobyt na Kubie.

Kiedy więc zaczniesz pracę dla PLAYBOYA?

Akty to ja lubię oglądać (śmiech). Nie znam się na pracy w studiu, bo tam trzeba wykreować określoną sytuację. Na żywo potrafię dogadać się z ludźmi tak, żeby potraktowali mnie jak swojego. Wątpię, by udało mi się nawiązać emocjonalny kontakt z modelką.

Czy bywasz posądzany o więzy rodzinne z premierem?

Tak, głównie przez taksówkarzy (śmiech). Mówię, że to wujek (śmiech). Jest taki kioskarz, który wie, że zajmuję się fotografią i dziwi się, że chodzę bez ochrony. No, ale to nic. Do „Wyborczej” napisał kiedyś czytelnik, dlaczego wysyłają generała Jaruzelskiego, żeby komentował to, co dzieje się w Gruzji? Czy nie ma już lepszych dziennikarzy? Jagielski odpisał, bo o niego chodziło, że nie generał, tylko sierżant i nie Jaruzelski tylko Jagielski. A czytelnik nazywał się Aleksander Łuczak(śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*