Krzysztof Cugowski

Krzysztof-Cugowski

PLAYBOY nr 9, 2006

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Szymon Szcześniak


Pamiętnego dnia, kiedy najlepszy premier IV RP wygłaszał właśnie w izbie niższej najlepsze w historii expose, my 50 metrów od centrum wydarzeń, spaleni słońcem jak u Nikity Michałkowa, czekaliśmy przed wejściem do izby wyższej na senatora Cugowskiego. Ów, najwyraźniej nawiązując do Michałkowa i Czechowa jednocześnie, ubrany w zwiewny letni strój, wyłonił się punktualnie z senackich czeluści i podszedł do nas… lekko utykając.

Widzicie panowie, zafundowałem sobie senackie atrakcje i nie mam kiedy zoperować biodra. Ale pamiętam, kto mnie do kandydowania namówił.

Ci, co namówili, poniosą karę?

Na pewno moralną (śmiech).

A propos, właśnie trwa expose, a pan senator zamiast słuchać mądrych słów, spotyka się z PLAYBOYEM. I gdzie tu polityczna moralność?

Wiem, że pan prezes mnie nie zaskoczy. Mam przerwę w obradach, więc możemy pogadać.

Jesteśmy zaszczyceni. Tym bardziej, że na spotkanie z premierem-prezesem raczej szans nie mamy…

I tu moglibyście się panowie zdziwić. Wiele opinii na temat polityków PiS-u to tylko medialne plotki. PiS-owi dorabia się najróżniejsze gęby.

Ostatnio panu prezesowi niesforne media doprawiły gębę antywokalisty. Czy nie proponował pan senator, że po koleżeńsku nauczy nowego premiera jak śpiewać ojczysty hymn?

Nie proponowałem i nie sądzę, aby brak umiejętności wokalnych był poważną plamą na honorze. Z różną częstotliwością, ale jednak chodzę do kościoła i z bólem muszę przyznać, że Polacy w większości nie mają zdolności wokalnych. Wierni na mszy śpiewają tak, że po prostu przykro się robi. Pan prezes więc nie musi się wysilać, żeby śpiewać zawodowo.

Bracia Kaczyńscy nie wyglądają nam na fanów Budki Suflera. Wie pan coś na ten temat?

Muszę panów zaskoczyć bądź rozczarować, ale pan Prezydent lubi Budkę, o czym poinformował mnie osobiście.

Pewnie przygotował się do rozmowy.

(Śmiech). Jestem za małym żuczkiem, żeby się do mnie przygotowywać.

Czy ktoś z bliskich obraził się na pana za to, że poszedł pan w politykę? Żona, synowie?

Żona była za, synowie się dziwili. Dziś dochodzę do wniosku, że młodzież jest rozsądniejsza (śmiech). Nikt się nie obraził, raczej wszyscy się podśmiewali.

A z powodu tego stroju (przewiewne, luźne niebieskie spodnie i tego samego koloru koszula) nikt w Senacie nie robi sobie z pana żartów?

Skąd! Koledzy zazdroszczą. Zaczepiają i mówią: „Och, jak to musi być przyjemnie…”. A pewnie, że przyjemnie. Oni też mogą tak przyjść, tylko jeszcze na to nie wpadli (śmiech). Tymczasem klimatyzacji w kuluarach Senatu nie ma! Jest tylko na sali obrad. Ktoś to sobie kiedyś bardzo sprytnie wymyślił.

Przyzwyczaił się już pan do brzmienia słów „senator Cugowski”?

Tak, ale na początku myślałem, że wszyscy sobie robią jaja. Tytułujemy się tak tylko w gmachu Senatu. Chwała Bogu!

Męczy pana „senatorzenie”?

Można się przyzwyczaić (śmiech).

Ale z polityki chce pan jak najszybciej zrezygnować?

Liczyłem na przedterminowe wybory, ale jak widać (gest w kierunku sali sejmowej) nie wyszło (śmiech).

Może lepiej zostać. Swoją decyzją o zawieszeniu członkostwa w klubie Prawa i Sprawiedliwości zyskał pan wielu zwolenników. Wyrasta pan na męża stanu! Przynajmniej w Internecie.

Gdybyśmy opierali się na opiniach wypisywanych w Internecie, to nasz kraj przypominałby coś pomiędzy Księżycem a Jowiszem. Ludzie generalnie nie lubią polityki i polityków. Myślę, że nikt nie interesował się, dlaczego to zrobiłem. Ważne, że wystąpiłem i jestem swój chłop. Tymczasem ja na PiS się nie obraziłem, jego kierunek polityczny nadal mi odpowiada, ale nie odpowiadają mi koalicjanci. I mam do tego święte prawo. Zachowałem się jak człowiek, a nie polityk. Politycznego pragmatyzmu sobie automatycznie po wyborach nie wszczepiłem. Na szczęście. Jak zmienią się koalicjanci, wrócę (śmiech).

Siedzimy pod Senatem, w Sejmie nowy premier wygłasza expose, a my i tak wiemy, że obiecuje gruszki na wierzbie. Kiedy to się zmieni?

Jest tak mało pieniędzy, że najlepiej byłoby ten kraj zamknąć i ogłosić bankructwo. Żadna dziedzina życia nie jest dofinansowana w sposób choćby podstawowy. Ale gwarantuję, wszyscy posłowie i senatorowie są za zmianami na lepsze…

Mówi pan to z ręką na sercu? Wszyscy chcą, żeby nam było lepiej?

No, może nie wszyscy (śmiech). Ale większość. Jestem o tym głęboko przekonany. Opowieść o stołkach to stereotyp. Co z tych chęci wynika, to inna sprawa. Owszem są tutaj miglance, którzy nastawiają kieszenie i robią interesy, ale to naprawdę margines.

Nie czuje się pan tu czasem jak świr?

Nie, bo jest parę osób, które bardziej zasługują na to miano (śmiech).

Jak wyglądała pana kampania?

W ogóle jej nie miałem. Nie było ulotek, mojej głowy na słupie, ryja na billboardzie, żadnej szopki przedwyborczej. Start w wyborach kosztował 4800 złotych, które wyłożyłem z własnej kieszeni. Nawet nikt mnie nie zasponsorował. Swoim wyborcom, mimo że już nie będą mieli okazji na mnie głosować (niech żałują), chciałbym powiedzieć, że pobieram tylko dietę, jakieś dwa tysiące złotych. Jestem idealnym, tanim parlamentarzystą, choć nie zawodowym.

A po co to panu w ogóle było?

Człowiek jak ma 55 lat, zaczyna myśleć fantasmagorycznie. Na przykład o zrobieniu czegoś pro publico bono.

Czy niezależny senator ma jakąkolwiek moc sprawczą?

(Śmiech). Zostaje mi tylko perswazja i prywatne układy. Ale dostaję sprawy do załatwienia! Na przykład sprawę amfiteatru opolskiego. Właśnie biorę udział w lobbowaniu na rzecz przebudowy. Dla ludzi, którzy oglądają Opole w telewizji, to bardzo ładny obiekt. Jak jest ciemno nie widać nawet, w jakim stanie są ławki na widowni. Z bliska amfiteatr to ruina. Do tego został wybudowany na pryzmie śmieci, które teraz wypłukuje każdy większy deszcz. Chodzę w różne miejsca i wyrywam pieniądze. Zresztą nie tylko na amfiteatr w Opolu. Głównie zajmuję się swoim regionem, czyli Lubelszczyzną.

To niech pan senator nas oświeci i powie, kiedy będzie w końcu autostrada do Lublina.

(Gromki śmiech). Jak na polskie standardy trasa lubelska jest luksusowa. Na tyle „luksusowa”, że jeszcze bardzo długo poczekamy na lepszą.

Czy pańskim zdaniem w Polsce da się nie łamać przepisów drogowych?

Odpowiadam uczciwie – nie. Gdyby rygorystycznie stosować się do ograniczeń prędkości, to 150 kilometrów z Lublina do Warszawy jechalibyśmy cztery godziny. Uważam też, że szkoda pieniędzy na farbę na pasy na jezdni. I tak nikt się do nich nie stosuje. Dopóki policja nie będzie miała dużo więcej dobrych samochodów, które będą jeździły w normalnym ruchu, dopóty będzie trwała uliczna corrida. Policjant, który stoi od czasu do czasu z „suszarką” w krzakach niczego nie załatwi.

Niech pan powie, urządzał pan w dzieciństwie corridy podwórkowe? Łobuzował pan trochę?

Mieszkałem w takiej dzielnicy, że wszyscy robili to za mnie. Nie wiem, jakim cudem nie udało mi się wpaść w złe towarzystwo. W mojej dzielnicy było to zadanie niemal niewykonalne. Zapewne zawdzięczam to rodzicom, którzy mnie stamtąd wyrwali.

A pan i tak zaczął trenować boks.

No, a co miałem trenować? Balet i szachy? To tak, jak z pytaniem, dlaczego mam dużego psa. Wyobraźcie sobie mnie z jamnikiem na smyczy. Wyglądałbym jak idiota, i to ciężki. Boks trenowałem krótko, bo na pierwszym treningu kolega tak mi zmłócił ryja, że się w lustrze nie poznałem.

Chciał pan też zostać kulturystą.

W połowie lat 60. nie było żadnej fachowej literatury na ten temat. Czytaliśmy, a raczej oglądaliśmy pismo Sport dla wszystkich. Połowa była o turystyce (nikt tego nie czytał), a połowa o kulturystyce. Namiętnie stosowaliśmy rady podane przez tych, którzy je nieumiejętnie przepisywali z pism amerykańskich. Studiowaliśmy foty asów ówczesnej kulturystyki, na przykład takiego Steve’a Reeves’a. Ćwiczyłem w zaciszu domowym do tak zwanego „zdjęcia lotniczego”, bo niewiele na nim było widać. Bez żadnego pojęcia, na czuja.

Jeździł pan również na motocyklu na żużlu.

Przejechałem dokładnie cztery okrążenia bez wyłamywania się i innych bajerów. Po takiej spacerowej jeździe musiałem stanąć, bo nie wytrzymały mi ręce. Z trybun i telewizora żużel i kilka innych sportów wygląda niby banalnie. Ale trzeba pamiętać, że żużlowcy jeżdżą na torach po 100km/h bez hamulców i skrzyni biegów. Chciałbym zaznaczyć, że ktoś, kto nie zna zapachu spalanego metanolu w połączeniu z olejem Castrol, nie może uważać się za kibica żużla.

Czy w jakimś sporcie odniósł pan sukces?

Nie, bo brakowało mi determinacji i zawziętości. Tak jak w życiu (śmiech). Gdybym nie miał szczęścia w muzyce, nie wiem, co bym robił. To, że jestem wokalistą, to czysty przypadek. Zdeterminowany byłem tylko w temacie kobiety.

Ten stan „kobiecej” determinacji trwa?

Jest od 11 lat konsumowany z małżonką. Mam nadzieję, że tak zostanie (śmiech).

Gdy się pan urodził, pana ojciec miał 47 lat. Pan ten rekord pobił.

Tak. Mój najmłodszy syn urodził się, gdy miałem 48 lat. Teraz chodzi do drugiej klasy podstawówki.

A pan na wywiadówki?

W życiu nie byłem! Starsi synowie nie byli pilnymi uczniami, więc nie chodziłem, żeby się niepotrzebnie nie stresować. Dziś są na tyle dorośli, że próby wychowawcze mogę sobie wsadzić w buty.

Jak w pończochach wyglądał w pierwszej klasie podstawówki Romuald Lipko?

Doskonale. Tak jak ja (śmiech). Wszyscy wtedy chodzili w krótkich spodenkach i pończochach. A do tego chodziliśmy do fryzjera i prosiliśmy o strzyżenie „po męsku z grzywką”. Wyglądało to idiotycznie. Fryzjer opierdzielał cały łeb prawie na łyso i zostawiał tylko grzywkę, którą przycinał równo na czole.

Kiedy, gdzie i jaki owoc egzotyczny zobaczył pan po raz pierwszy?

Ananasa. W delikatesach obok szkoły muzycznej. Sprzedawało się w nich tak zwane artykuły luksusowe, czyli na przykład amerykańskie papierosy na sztuki. Był też ekspres do kawy. Tam był zapach innego świata. Nie śmierdziało śledziem z beczki, nie było baniaków z mlekiem i marmolady z buraków w drewnianych skrzynkach. Któregoś dnia na dużej przerwie zobaczyliśmy na wystawie to coś. Sztuk raz. Tak nas ten owoc zaintrygował, że następnego dnia złożyliśmy się w paru chłopa i go kupiliśmy. Ale nie mieliśmy pojęcia, jak się do tego ananasa zabrać. Poszliśmy do woźnego, żeby pomógł, ale nie dał rady nawet nożem. Ananas musiał być stary jak cholera, wysuszony na wiór. Wreszcie woźny wziął się na sposób, przyniósł siekierę i trach go na pół. Spróbowaliśmy – smakował jak drewno, po prostu świństwo. Od razu wiedzieliśmy, że z tym Zachodem i z tą demokracją jest coś nie tak (śmiech). Banana zobaczyłem na początku lat 70. Edward Gierek mi go zafundował. Mogłem jeść banany i pić coca-colę…

A jak pan wspomina czasy studenckie?

Granie w zespole szalenie przeszkadzało studiować (śmiech). Same studia wspominam świetnie. Mieszkałem w Rzeszowie w Akademiku i to były genialne czasy. Niestety nie ma już słynnej Arkadii, restauracji, której byłem stałym bywalcem. Dziś jest tam coś bardziej eleganckiego.

Żałuje pan przerwanych studiów?

Ja nie. Natomiast moja mama do końca swoich dni namawiała mnie, żebym wrócił na uczelnię: „Wiesz co synku, może byś jednak skończył to prawo”. Mówiła to prawie 50-letniemu mężczyźnie (śmiech). Mama do końca uważała, że mój zawód, czyli wrzeszczenie do tłumu, to nic poważnego. Zresztą słusznie.

A ojciec?

Tak samo. Mama urodziła się w 1913 roku, a tata w 1903. Dla nich tego typu zajęcia, miały jedną nazwę – komediant. Żaden zawód. Trudno się im dziwić.

Studia się nie udały i capnęło pana wojsko.

W tak zwanym międzyczasie. Nic mi się złego nie stało. Strata czasu po prostu. Siedziałem w podoficerskiej szkole łączności i uczyłem się rzeczy dziś w ogóle nie przydatnej, czyli alfabetu Morse’a. Jedyne co mi po tym zostało, to to że dziś odróżniam sygnał SOS, który czasem znajomi ustawiają jako dzwonek telefonu komórkowego.

Sporo napracował się pan w życiu fizycznie. Synów też pan goni, żeby poznali, co to trud i znój?

Nie. Ja pracowałem, bo musiałem. Wcale nie należę do tych, którzy uważają, że praca fizyczna uszlachetnia.

A przy jakiej robocie zniszczył pan sobie biodra?

Trudno powiedzieć. Na pewno praca fizyczna zaważyła, ale to raczej suma różnych rzeczy. Być może też amatorskiej zabawy w kulturystę. Ale tak na dobrą sprawę, nikt nie wie skąd się biorą takie dolegliwości. Zrobiło się i już. Dzisiaj nawet młodzi ludzie czekają na wymianę stawów biodrowych. W szpitalu widziałem młode, szczupłe, zgrabne kobiety, które nigdy nie nadwyrężały stawów, a i tak miały je do wymiany. Nie ma reguł.

Którą ze swoich „uszlachetniających” prac wspomina pan najlepiej?

Najlepiej to żadnej. Przecież to żadna radość. Dwadzieścia lat temu pojechałem z menadżerem Budki dorobić w Holandii przy tulipanach. Już pierwszego dnia nie wytrzymałem pracy, polegającej na wrzucaniu cebulek do trzech różnych dziur. Wariactwo kompletne. Poszedłem do właściciela i poprosiłem o coś innego. Wysłał mnie w pole. W niedeszczowe dni było super. Wrzucałem sobie kostki siana wysoko na specjalną maszynę. Ale kiedy popadało zaczynał się koszmar. W nocy chwytał przymrozek i po nasiąknięciu i zamarznięciu taka kosteczka ważyła nawet 60 kilo. Aż widły się gięły. Nie ukrywam, dostałem w kość. Jak wróciłem, to nikt mnie nie mógł poznać. Byłem o 20 kilo chudszy. Kolega wyglądał jeszcze gorzej.

A jak było w Stanach?

Woziłem taczkami piach na budowach. I chyba ta praca jeszcze bardziej obciążała biodra. Ale wspominam ją dobrze. Kilka razy wróciłem z budowy, nawet nie wiedząc kiedy (śmiech).

Czy kiedykolwiek pracował pan na etacie?

Nie miałem tej przyjemności, nigdy (śmiech). Z tego powodu dla mojej żony jestem permanentnym trutniem, który o prawdziwej pracy nie ma zielonego pojęcia.

Chyba jednak przesadza. W końcu zaśpiewał pan w swojej karierze aż 12 utworów po niemiecku… i to nie znając tego języka. To musiała być ciężka praca!

(Śmiech). Święta racja. Miałem panią tłumaczkę, która czytała, a ja jak ta małpa zapisywałem sobie niemieckie słowa fonetycznie po polsku. Doszedłem w tym jednak do takiej wprawy, że po którymś z kolei wykonaniu, Niemcy zaczęli mi mówić, że mam berliński akcent (wybuch śmiechu). Był taki czas, że obok Czerwonych Gitar byliśmy w NRD najpopularniejszym polskim zespołem. Często tam jeździliśmy.

A przy okazji robiliście wycieczki do Berlina Zachodniego. Pamięta pan pierwszą?

Jasne! Jak myślicie, co zespół rockowy z Polski zrobił dostawszy się po raz pierwszy do normalnego świata?

Poszliście do McDonalds’a na hamburgera i colę.

(Wybuch śmiechu). Poszliśmy do pornokina! Zaliczyliśmy wszystkie pornosy z rzędu: „ja, ja doktore, sznela, sznela…”. A jak wychodziliśmy okazało się, że właścicielem jest jakiś Jugol i on poruszony dolą słowiańskich braci obdarował nas całym plikiem świerszczyków. Ale co z tym robić? Z oszczędności jeździliśmy jeść do Berlina Wschodniego. Jak to przewieźć przez granicę? Postanowiliśmy wyrzucić wszystko do kosza, ale saksofonista się uparł, że całość przeniesie w spodniach. I jak chciał, tak zrobił. Wszystkich nas przepuścili, a jego oczywiście capnęli i na osobistą. Czekaliśmy chyba z pół godziny. Jak w końcu wyszedł, to umierał ze śmiechu. Szkopy do niego: „Was ist das?”, a on biedny nie wiedział, co robić i w końcu wypalił: „Das ist souvenir” (śmiech).

Prześladuje pana jakiś kompromis z władzami za czasów PRL?

Właściwie tylko ten występ na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. Zagraliśmy swój 45-minutowy recital, a ja nie śpiewałem nawet po rosyjsku. Bardzo duży wstyd to nie jest. Wszyscy mieliśmy już żony, dzieci. Trzeba było utrzymywać rodziny. Nie podłożyliśmy się przecież totalnie, tylko tak kapeczkę. Nie uważam, żeby to była wielka plama na honorze. Mało kto w Zielonej Górze nie grał, łącznie z Czesławem Niemenem i wieloma innymi.

To w Zielonej Górze kazali wam chować długie włosy pod kapeluszami?

Nie, tak bywało w Opolu. Przychodził taki czynownik z telewizji i mówił: „No to Skaldowie występują w słomkowych kapeluszach, Budka chowa długie włosy”. Wychodzili na scenę Skaldowie, zespół już wtedy uznany, jak banda idiotów w słomkowych kapeluszach. Z Breakoutami robili to samo. Zastanawiało mnie zawsze, skąd u tych czerwonych pająków taka irracjonalna niechęć do długich włosów. Czy to miał być niby symbol wrogiego kapitalizmu? Im naprawdę różne rzeczy przeszkadzały, ale jeśli zespół był popierany, to natychmiast nic im nie przeszkadzało i mogli mieć włosy do ziemi.

Niech pan powie, który zespół.

Nie chcę. Po co? Sprawiedliwość dziejowa zadziałała i dziś tego zespołu już nie ma.

A ten czynownik z telewizji jest dziś ponoć znanym animatorem życia publicznego w Polsce. Może czas powiedzieć, kto to?

To był normalny kapitan UB, który występował oficjalnie jako pracownik Pagartu. Ale po co mam mówić, jak on się nazywa. Przeczyta ten wywiad i będzie wiedział, o kim mowa. Jakbym rozmawiał z wami 15 lat temu, to pewnie bym wymienił nazwisko, bo wtedy mnie to bolało. Ale z wiekiem człowiek łagodnieje.

Oglądał pan swoją teczkę?

Po co mi to? Mam i tak szalenie mało znajomych. A gdybym po lekturze musiał mieć jeszcze mniej? Nigdy nie byłem przez PRL prześladowany, szantażowany, bity. My byliśmy dla nich niegroźne szarpidruty. Oczywiście uprzykrzali życie, ale nigdy do pudła nie wsadzili. Może dlatego nie mam w sobie żądzy odwetu. A kto donosił, że Cugowski się upił, albo coś tam powiedział, to mnie specjalnie nie obchodzi.

Grzegorz Markowski wspominał, że nie da się porównać kaców z PRL z tymi dzisiejszymi i mimo, że teraz pija markowe alkohole, to choruje trzy razy bardziej. A pan jakie ma zdanie na ten temat?

Nie ukrywam, że byliśmy w awangardzie, jeżeli chodzi o spożywanie wódki. Dobrze nam to wychodziło. W tamtych czasach paliłem jeszcze papierosy. A to palenie tak naprawdę robi z normalnego kaca totalną katastrofę. Ale miałem wtedy o 30 lat mniej. A dziś wypić się jeszcze da, tylko, że trzeba odchorować przez następne trzy dni. Obojętnie czego bym nie pił. A przerobiłem najbardziej wykwintne gatunki białych wódek. Łącznie z taką, która jest sprzedawana tylko u Harrodsa w Londynie i kosztuje 180 funtów za flaszkę. Na szczęście nie ja stawiałem (śmiech). Pije się to fenomenalnie, bez zapachu, bez smaku właściwie, ma się wątpliwości, czy są w tym procenty.

Czym się różnią groupies z lat 70. i 80. od tych dzisiejszych?

Jak bym teraz, w moim wieku zaczął opowiadać o współczesnych groupies, to by wszyscy popadali ze śmiechu. Dajmy pokój. Ale przed laty, owszem, taka grupa społeczna spełniająca swe społeczne funkcje była mi znana. Tylko, że my tu nie uchodziliśmy za awangardę. Zdecydowanie lepiej szło nam z wódeczką. W tych sprawach raczej hartami nie byliśmy. A w branży przewinęło się kilku fachowców, oj, naprawdę doświadczonych (śmiech). I mogę panom powiedzieć, że zawsze największymi erotomanami byli perkusiści. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Nazwisk nie będę wymieniał, żeby nie demoralizować wnuków.

A coś takiego, jak męscy groupies się zdarzało?

U nas nie. Pewnie nie będę teraz zbyt poprawny politycznie, ale powiem, że u nas wszyscy w tych sprawach byli tradycjonalistami (śmiech). Preferowaliśmy tradycyjne formy. Kobiety, kobiety, kobiety…

Czy Monice Brodce nadal trzęsie się głos?

Nie wiem. Dawno jej nie słuchałem. Odpowiednimi ćwiczeniami można to w miarę szybko wyeliminować. Ale myślę, że pani Monika potraktowała to, co powiedziałem, jako wynurzenia starego ramola. I jeśli tak zrobiła, to całkiem słusznie.

Pan się już czuje ramolem?

Psychicznie to ja się czuję na 25, może 30 lat. Chyba dlatego, że od zawsze pracuję z ludźmi młodymi. Gdyby nie drobne niedomagania fizyczne, zapomniałbym, ile mam lat. Czasami nawet, czytając informacje w stylu „znaleziony w krzakach 56-letni mężczyzna miał we krwi 8 promili alkoholu”, myślę sobie – taki, stary dziad i tak pije. Dopiero po jakimś czasie łapię się na tym, że ten dziad to mój rówieśnik.

A czy widziałby pan Brodkę na naszej rozkładówce?

Stawiacie mnie panowie w takiej sytuacji, że jakbym nie odpowiedział, mógłbym się pani Monice narazić po raz kolejny. Po co mi to?

To prosimy o inne typy.

Jest tyle atrakcyjnych, pięknych kobiet, że trudno wybrać. A poza tym, to już nie to samo. Kiedy Playboy docierał do nas kanałami w latach 70. czy 80. miał zupełnie inny, szczerze mówiąc, o wiele bardziej intensywny smak. Teraz, przy takim nasyceniu rynku zdjęciami gołych dziewczyn i przy, że tak powiem, ogólnym podwyższeniu poprzeczki wyuzdania, Playboy stał się właściwie grzeczną, niedzielną gazetką. Raczej do czytania niż oglądania. Oczywiście chętnie zobaczyłbym Monicę Bellucci. Ma posągową wręcz urodę i myślę, że powoli staje się symbolem na rangę Sophii Loren.

A wie pan, że Sophia Loren ma się rozebrać do kalendarza Pirelli?

Ooo… Odważna osoba. Nie ma co (śmiech). Chyba nie będę specjalnie szukał tych zdjęć. Szkoda, że mało się rozbierała za swoich najlepszych lat. Teraz tego już się nie nadrobi.

Expose nowego premiera skończyło się dobrze ponad godzinę temu. Jakoś dziwnie o wiele krócej przemawiał, niż my rozmawiamy. Może dlatego, że bez kartki…

Ale ja też jestem bez kartki (śmiech).

Ile razy oglądał pan O dwóch takich, co ukradli księżyc?

Chyba raz. Jako dziecko. Bracia Kaczyńscy są ode mnie starsi o rok, więc pewnie oglądałem film, jako taki sam kajtek, jak oni.

Zazdrościł pan im sławy?

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, co to jest.

Na skróty:

Krzysztofa Cugowskiego prawdy o życiu:

Matura bez matematyki to jakieś kuriozum.

Małżeństwa dwudziestolatków w 95% kończą się rozwodami. Nie należy się z tymi sprawami śpieszyć.

Obarczanie pana Janasa pełną odpowiedzialnością za porażkę na Mistrzostwach Świata jest śmieszne. Pan Janas za tych nieudaczników nie mógł zagrać. A myślę, że jeszcze z 10 lat temu jakby wyszedł, to na ich tle, wcale nie byłby ostatni. Archanioł Gabriel by nie zrobił więcej na jego miejscu.

W Polsce wszyscy się znają na wszystkim. Jesteśmy najlepszymi sportowcami, kochankami, politykami i… pijakami.

Jak patrzę na radzieckie dzieła techniki, to sobie myślę, że to niemożliwe, iż oni naprawdę polecieli w kosmos.

W porównaniu z Sejmem, Senat to Wersal.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*