Kinga Baranowska

PLAYBOY nr 5, 2009 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Krzysztof Opaliński

Mam nadzieję, że nie zapytacie mnie, dlaczego chodzę po górach (śmiech).

Nie zadamy ci również pytania: „jak to się wszystko zaczęło?”. Chcieliśmy rozpocząć klasycznie… Czy rozmiar ma znaczenie?

Przez cały czas będziecie mi zadawać podchwytliwe pytania, żeby dowiedzieć się, jakie mam skojarzenia?

Coś w tym stylu.

Zacznę od postury. Nie spotkałam wielkich wspinaczy. Postawny Jurek Kukuczka to wyjątek potwierdzający regułę. Pakerzy z siłowni w górach nie mają raczej szans. Byliby niewydolni i wolni.

Pudzian dałby radę?

On akurat jest mocny psychicznie, więc kto wie. Psychika w wysokich górach jest decydująca. Często nawet niepozorni ludzie mogą wspiąć się wyżej niż ci mega wysportowani.

Czy można w warunkach laboratoryjnych zbadać, jak człowiek będzie reagował na warunki tlenowe powyżej 7000 metrów?

W Polsce to dość trudne. Ale wystarczy pojechać w niższe góry, np. w Alpy. Każdy musi się zaaklimatyzować. Niektórzy potrzebują na to kilku godzin, inni trzech dni, jeszcze inni tygodnia, a dla niektórych jest to niemożliwe.

Ci ostatni muszą się wycofać?

Mogą wspinać się w Tatrach albo po naszych skałach. To również bardzo fascynujące zajęcia.

Jakie są objawy niedotlenienia?

Pierwszym sygnałem jest ból z tyłu głowy. To skutek różnicy między ciśnieniem atmosferycznym a ciśnieniem wewnątrz organizmu. Czasami głowa boli tak, że nie można nią ruszyć. Wtedy trzeba zejść niżej. Każdy metr poprawia samopoczucie.

Kolejne symptomy?

Ogólne osłabienie. Człowiek zaczyna się ruszać jak mucha w smole. Krew jest gęstsza i wolniej krąży. Można to przetrzymać. Potem mogą pojawić się już objawy poważne – obrzęk płuc albo mózgu, czyli całkowita utrata świadomości. Niestety, czasem nie kończy się dobrze.

Kto jest odpowiedzialny za to, że dochodzi do tragedii? Osoba, która zlekceważyła objawy, czy może uczestnicy wyprawy, którzy nie reagowali zbyt stanowczo?

W Warszawie mówienie o odpowiedzialności w wysokich górach nie ma sensu. Jest nam teraz ciepło, wygodnie i jesteśmy wypoczęci. W Himalajach tak nie jest. Ludzkie reakcje i zachowania zależą od miliona czynników, które na nizinach nie dają o sobie znać, bo „tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”. Najważniejsze, aby się porządnie do wyprawy przygotować i być na tyle samodzielnym, żeby w razie zagrożenia móc pomóc sobie i innym. Jeśli jedziemy w góry i jesteśmy całkowicie zależni od kolegów, niesamodzielni, to jest to po prostu egoizm i narażanie innych na niebezpieczeństwo.

Czy symptomem braku tlenu mogą być zwidy?

Osobiście tego nie doświadczyłam, ale wiem, że ludzie rozmawiali na dużych wysokościach z partnerami, których nie było.

A spotkałaś YETI? Japończycy wciąż organizują ekspedycje poszukiwawcze.

Już mówiłam, że nie miałam nigdy halucynacji (śmiech).

Czy w środowisku alpinistów panuje męski protekcjonalizm?

Staram się tego nie zauważać. Wychodzę z założenia, że to nie mój problem. Poza tym myślę, że w moim środowisku panuje taki sam protekcjonalizm jak w każdym innym.

A męska zawiść wobec twoich osiągnięć?

Zazwyczaj otrzymuję gratulacje, choć być może nie wszystkim się podoba to, co robię. Zazdrość czy zawiść to emocje, które mówią o słabym poczuciu własnej wartości. Ale podobnie jest w każdym środowisku i w każdym biurze w Polsce. Przecież to te same emocje. W górach jedynie widać je prędzej i wyraźniej.

Czy faceci podczas wspinaczki bywają rycerscy i wyręczają cię w noszeniu plecaka?

Różnie z tym bywa. Czasami celowo nie pomagają, żebym zobaczyła, jak mi będzie „lekko”. Najczęściej jednak spotykam na swej drodze bardzo serdecznych ludzi. Jeżeli ktoś jest rycerski w Warszawie, będzie rycerski na K2. Wysokość i rycerskość nie są ze sobą skorelowane. Góry po prostu szybko pokazują, kto jaki jest naprawdę. W mieście możesz kogoś znać dziesięć lat i go nie poznać. W górach znasz go na wylot po paru tygodniach.

Powiedz nam, czy himalaistki rywalizują z himalaistami?

Ja nie rywalizuję, więc długo nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ta prosta prawda dotarła do mnie na spotkaniu wybitnych alpinistek. Po pokazie jednego z filmów górskich, podszedł do mnie pewien mężczyzna i powiedział, że tylko ja i jeszcze jedna himalaistka nie rozmawiałyśmy o rywalizacji z mężczyznami. Dla całej reszty był to jeden z głównych tematów. Nie widzę niczego dziwnego w tym, że kobiety mają słabsze wyniki w prawie wszystkich dyscyplinach sportowych. Męski alpinizm to zupełnie inna konkurencja i nie ma sensu próbować dorównywać facetom. Czy ktoś porównuje Monikę Pyrek do Sergieja Bubki?

Czy alpiniści mają swoje dziwactwa?

To wielcy indywidualiści. Co jeden, to dziwak (śmiech).

Z przesądami?

Zdarza się. Na przykład nikt nie wchodzi w Himalaje bez odprawienia pui – buddyjskiej ceremonii religijnej. Przed wspinaczką często gorączkowo szukamy tubylca, który mógłby odprawić taką ceremonię. To bardziej poszanowanie tradycji niż przesąd, ale zawsze. To także wiara, że wszystko – również góra – ma duszę, i chcemy jej oddać szacunek.

A czy „normalni” ludzie są w stanie zrozumieć wasze rozmowy?

Mogłoby być ciężko. Używamy setek specjalistycznych słów i powiedzeń. Poza tym, zamieniamy znaczeniowo nawet najprostsze czasowniki. My się nie wspinamy, tylko „łoimy”. Często ktoś pyta: „Co tam załoiłaś?”. Czyli – „Co zdobyłaś? Na co weszłaś”. W związku z tym wspinacz to „łojant”, a ja jestem „łojantką” (śmiech). Ale i tak najpopularniejszym słowem jest chyba „dupówa”, czyli fatalna pogoda, która może przekreślić plany wspinaczkowe. Zauważyłam, że wyraz ten oraz wszystkie jego odmiany, we wspinaczce używany jest chyba w dwudziestu kontekstach. Ja najbardziej lubię słowo „spręż”. To wytrych, który mówi wszystko. Albo ktoś ma spręża, albo nie. Czyli, albo ma: motywację, wolę walki, nie poddaje się, ma silną „psychę”, wiarę w sukces i walczy do końca, albo poddaje się przy pierwszych trudnościach.

Macie czarne poczucie humoru?

Tak. Zdarza się. Dla kogoś z zewnątrz niektóre słowa mogą być przerażające. Dla nas to pewnie odreagowanie stresu.

A nie można by odreagować, uprawiając seks na, powiedzmy, siedmiu tysiącach metrów? Czy to problem?

Sądzicie, że przy -20, czy -30 stopniach dalibyście radę się chociaż rozebrać? (śmiech).

Może po wypiciu czegoś mocniejszego byłoby łatwiej. Jak dużo alkoholu alpiniści wnoszą do obozów?

Bardzo mało i jeśli już, to do bazy. Wnoszenie skrzynek alkoholu byłoby poza tym nieekonomiczne i trudne logistycznie. Oczywiście Rosjanie prawie zawsze mają przy sobie coś mocniejszego, ale oni chyba mają inne głowy. Poza nimi nikt nie pije w górach mocnego alkoholu. Hiszpanie na przykład zabierają na wyprawy wino w kartonach z kranikiem. A ja staram się brać kabanosy, słodycze, ale i Żubrówkę, żeby poczęstować czymś polskim. Po zejściu z ośmiotysięcznika zdarzyło mi się raz wypić w bazie kieliszek wina. Miałam kłopoty z równowagą, więc od razu poszłam spać – byłam totalnie pijana (śmiech).

Są twardziele, którzy palą pod szczytem?

Znam jednego, Carlosa Paunera (Hiszpan, zdobywca dziewięciu ośmiotysięczników – przyp. red.), który kopcił na wysokości 7200 m.n.p.m. na Broad Peak. To dość zaskakujący widok, kiedy kłęby dymu wydobywają się z namiotu. Natomiast nigdy nie spotkałam się z narkotykami w górach. Chyba nikt nie chciałby na sobie eksperymentować i testować ich przy tak małej zawartości tlenu w powietrzu.

Wiemy, że odmroziłaś sobie palce w trakcie wyprawy na Cho Oyu (8201 m n.p.m. – szósty najwyższy szczyt – przyp. red.). Możesz pokazać?

Od razu widać, że jesteście z PLAYBOYA… (palce Kingi wyglądają po prostu pięknie, a te białe, ciut pomarszczone końcówki, przydają jej dłoniom swoistego himalajskiego sex appealu).

Czy teraz ręce marzną ci bardziej?

Niestety tak. Zwykle czubki palców mam zimne i czasami bardzo mnie bolą. W miejscach po odmrożeniach jest cieniutka skóra, w konsekwencji czego przy dotyku występuje nadwrażliwość. Miałam uszkodzone zakończenia nerwowe – nie ma na to rady. Może po kilkunastu latach wszystko się zregeneruje. Ale i tak jest super, bo odmrożone palce na początku są niezdatne do niczego, również do wspinaczki. Potem trwa rekonwalescencja. Trzeba je ćwiczyć, żeby doprowadzić do jako takiego stanu.

Dzisiaj masz fobię odmrożeń.

Uważam aż do przesady, ale wiem też lepiej, jak postępować, żeby ich uniknąć. Wtedy byłam niedoświadczona.

I wykuwałaś z lodu namiot przez cztery godziny.

Tak. Dzisiaj już wiem, że to tylko namiot i zostawiłabym go, ratując siebie. Wtedy wydawało mi się, że muszę komuś pomóc i zrewanżować się. Moje postępowanie było zwykłą głupotą, bo można było to załatwić inaczej. Na szczęście palce udało się uratować. Wielu alpinistów takiego szczęścia nie ma. Gdy odmrozi się kość, jest po sprawie. Trzeba amputować. To niestety ryzyko wpisane w ten zawód. Pogoda bywa w górach kapryśna i czasami zejście ze szczytu nie trwa dwa dni tylko tydzień. Gdy człowiek jest odwodniony, jego palce natychmiast się odmrażają.

Często chorujesz?

Rzadko. Jeśli już, to na własne życzenie. Po wyprawach wysokogórskich wracam do Warszawy i chodzę w październiku w t-shirtach. Tak mi jest gorąco (śmiech). Zwykle kończy się zapaleniem zatok.

Jak wytrzymujesz upały?!

Bardzo źle. Dlatego nigdy nie byłam na wczasach w tropikach. Ale czasami nie mam wyjścia. W Pakistanie przy ponad 30 stopniach powyżej zera idzie się w karawanie ponad 100 kilometrów. Potem jest coraz chłodniej, a na końcu – już w górach – panuje temperatura -30 stopni.

Jesteś skazana na środowisko alpinistów?

Nie. Moi najbliżsi przyjaciele w ogóle się nie wspinają. Ale lubią sport.

Ale ty w odróżnieniu od kobiety normalnej, jesteś kobietą ekstremalną…

Dlaczego tak sądzicie?

Bo sama tak opisywałaś rozstanie z chłopakiem-alpinistą. Byłaś ponoć zbyt ekstremalna jak na kobietę, z którą chce się „normalnie” żyć.

Na pewno nie opisywałam tej sytuacji w ten sposób. To raczej zasługa dziennikarzy (śmiech). Wiadomo, że kiedy mocno angażujesz się w jedną dziedzinę, to inne na tym cierpią. Nie można być dobrym we wszystkim. Im prędzej to sobie uświadomimy, tym lepiej. Bardzo ciężko robić na przykład karierę w korporacji i być alpinistą, który zdobywa ośmiotysięczniki. I tak samo, jeśli ktoś oczekuje „normalnego” życia rodzinnego z osobą, która aktywnie uprawia jakiś sport, to wiadomo, że ono takie nie będzie, chociażby ze względu na treningi.

Zrezygnujesz z gór, żeby założyć rodzinę?

Nie sądzę, żeby ktoś, z kim zdecyduję się mieć rodzinę, poprosił mnie o zrezygnowanie z gór. Jak poczuję, że tak będzie lepiej, to sama się wycofam. Zmienianie siebie na siłę nie wychodzi nikomu na dobre.

Czyli jesteś skazana na faceta-alpinistę.

Wcale tak nie uważam. Nie ważne co ta osoba robi, ważne by miała pasję. Na przykład świetnie dogaduję się z żeglarzami. Odczuwamy podobne emocje.

Wszyscy czytelnicy PLAYBOYA, którzy się nie wspinają, mogą teraz odetchnąć z ulgą. Wciąż mają szanse.

Jeśli koniecznie chcecie to stawiać w ten sposób… (śmiech).

Skoro wspomniałaś o żeglarzach… Kiedy ruszasz w rejs dookoła świata? To ponoć twoje marzenie.

Powiedziałam o tym w innym kontekście. To nie jest moje wielkie marzenie. Ja po prostu zawsze wymyślam sobie kolejne cele. To mógłby być jeden z nich. Ale na razie o rejsie nie myślę. Nie umiem żeglować. Nie umiem nawet pływać.

Dziewczyna znad morza nie umie pływać?!

Tak się złożyło (śmiech). Morze to żywioł, który mnie trochę przeraża. Boję się wody.

A lubisz Masłowską?

Nie wiem. Jeszcze nie czytałam. Ale kupiłam jej książkę, żeby zabrać na kolejną wyprawę.

Dziewczyna z Wejherowa będzie czytała w Himalajach dziewczynę z Wejherowa. Dobrze mówisz po kaszubsku?

Dość dobrze, chociaż idzie mi coraz trudniej. Potrzebuję jednego dnia na „aklimatyzację”, żeby zacząć mówić płynnie. Ostatnio zauważyłam, że kiedy przyjeżdżam do rodziców i zapomnę jakiegoś kaszubskiego słowa, to w jego miejsce przypomina mi się angielski odpowiednik. Na szczęście szybko to mija.

Byłaś kibicką wejherowskiego Gryfa, Sprzęgła albo innych lokalnych klubów sportowych?

Nie. Na studiach i po, kibicowałam koszykarzom Prokomu Trefl Sopot. Jeździłam nawet na wyjazdowe mecze. Kiedyś pojechałam do Włocławka na spotkanie decydujące o Mistrzostwie Polski. Byłam grzecznym kibicem, ale organizatorzy wszystkich przyjezdnych wepchnęli na tak zwaną „Żyletę”. W pewnym momencie kibice Anwilu odwrócili się w naszą stronę z transparentami „Witamy w piekle” (śmiech). Na wszelki wypadek wyszłam 5 minut przed zakończeniem meczu i czym prędzej odjechałam na moich trójmiejskich rejestracjach z Włocławka.

Nadal pracujesz w korporacji?

Już nie. Na dłuższą metę było to nie do pogodzenia. Wracałam z wyprawy i brałam dwa etaty, żeby nadrobić czas, zluzować innych, którzy szli na urlopy, wreszcie żeby zarobić na życie i kolejne wyprawy. W Polsce jest tak, że jeśli nie umiesz sobie zorganizować ekspedycji w Himalaje, zorganizować samemu pieniędzy, to nigdzie nie pojedziesz. W rezultacie ciągle byłam przemęczona. Musiałam zrezygnować i założyłam własną firmę. Nie narzekam.

Czym się zajmujesz?

Prowadzę szkolenia i spotkania motywacyjne, organizuję eventy wspinaczkowe dla pracowników różnych firm. Ktoś mi powiedział, że dobrze mi to wychodzi i jestem wiarygodna. Cieszę się, że mogę innym pokazać, że każdy może zdobyć swój Everest. Trzeba tylko uwierzyć.

A myślałaś kiedyś o karierze pokerzystki? Masz bardzo pokerową twarz.

Bo nie pokazuję emocji? To pewnie wynik częstego jeżdżenia w góry. Himalaiści to tacy indywidualiści, że po dłuższym przebywaniu w ich towarzystwie, wiele ludzkich dziwnych zachowań przestaje cię dziwić. Nauczyłam się w górach, że każdy człowiek jest inny i akceptuję ich takimi jakimi są. Może dlatego dziwię się mniej niż wszyscy i nikogo nie oceniam. Ale generalnie trafiam na interesujące osoby w swoim życiu i to jest fascynujące.

To pewnie nie dziwią cię masowe wspinaczki na najwyższą górę świata…

To jeden z głównych powodów mojej nieobecności na Evereście. Muszę się oswoić z myślą o wielkiej ilości osób, które tam spotkam. Wiadomo, każdy robi co chce, ale powinien się najpierw solidnie przygotować, żeby nie być ciężarem i zagrożeniem dla innych. Lepiej sprawdzić się najpierw w niższych górach niż pchać od razu w te najwyższe. Dobrze by było zapisać się do klubu wysokogórskiego albo na porządny kurs wspinaczkowy. Uważam ponadto, że Everestowi należy się szacunek jako najwyższej górze i dlatego nie wybrałam jej na początek.

A co myślisz o wyścigach, które Szerpowie (lud zamieszkujący Himalaje – przyp. red.) urządzają sobie po szczytach?

Są szybcy, bo na co dzień żyją w tamtych warunkach, na wysokości czterech, pięciu tysięcy metrów. Poza tym wprawa czyni mistrza. Każdy z nich był na Evereście kilka bądź kilkanaście razy w życiu. Mistrzami technicznymi na pewno jednak nie są.

Ale najszybsi z nich ponoć są w stanie wejść na szczyt w 11 godzin.

To czysty materializm. Jeżeli któryś z nich ma w CV, że był na Evereście 10 razy, a do tego, że wspiął się w rekordowym tempie, to szybciej znajdzie pracę. To dla nich często jedyna opcja na zarobienie pieniędzy. A Szerpowie nie są tani. Nigdy nie miałam na swej wyprawie Szerpy i podejrzewam, że nie byłoby mnie na niego stać.

W jaki sposób organizuje się dzisiaj wyprawy wysokogórskie? Przez internet?

Internet bardzo pomaga. Z tym, że nie są to ogłoszenia w formie znanej z serwisów turystycznych: „Hej, jadę to Tunezji, kto się zabiera?”. Zasada jest taka, że na wyprawy jeździ się z ludźmi, których się przynajmniej trochę zna. Nigdy nie było tak, żebym wspinała się z kompletnie nieznanym zespołem. Trzeba też wiedzieć, że środowisko himalaistów nie jest duże i dzięki internetowi informacje rozchodzą się błyskawicznie. Kiedy weszłam na Nanga Parbat (dziewiąty najwyższy szczyt – 8125 m n.p.m., jeden z najtrudniejszych ośmiotysięczników świata – przyp. red.), informacja poszła przez radiotelefon do bazy, a następnie ktoś wysłał smsa do Polski. Okazało się, że godzinę po zdobyciu szczytu, wiadomość ukazała się w międzynarodowym portalu wspinaczkowym i mój znajomy, który był wtedy w Stanach, już o tym wiedział.

Wrócisz jeszcze na Pik Pobiedy (7439 m n.p.m., najwyższy wierzchołek masywu Tien-Shan na granicy Kirgizji i Chin, uznawany za jeden z najtrudniejszych siedmiotysięczników świata – przyp. red.)?

Mam nadzieję! Nie udało się za pierwszym razem i wciąż o tym myślę (w tym momencie z twarzy Kingi spadła pokerowa maska i zobaczyliśmy ognie w oczach – przyp. aut.).

Wkrótce wybierasz się z Hiszpanami na Kanczendzongę (8586 m n.p.m., trzeci co do wysokości szczyt ziemi, leży na granicy Indii i Nepalu – przyp. red.). Będziesz jedyną Polką?

Nie można o nich mówić Hiszpanie, tylko Baskowie i Katalończycy (śmiech). Być może z Polski pojedzie jeszcze Kasia (Katarzyna Skłodowska, w zeszłym roku zdobywała z Kingą szczyt Dhaulagiri – 8167 m n.p.m. – przyp. red.). Nie wiem tylko, czy dostanie urlop. Jest lekarką i pracuje w szpitalu, więc nie ma łatwo. Poza nami nie będzie nikogo z Polski.

Dlaczego wybrałaś katalońsko-baskijski zespół?

Po pierwsze ich lubię i się znamy, bo byliśmy już razem na dwóch wyprawach, po drugie na Kanczendzongę organizuje się bardzo mało ekspedycji. Jeśli zdarzy się jedna na kilka lat, to już jest dobrze. Gdybyście pojechali na taką wyprawę, zobaczylibyście, jak znacząco różni się ona od komercyjnych wejść na Mount Everest, które oglądaliście na Discovery.

Chętnie byśmy pojechali, ale i tak nas nie weźmiecie.

Dlaczego? Śmiało moglibyście zrobić trekking do bazy na 5 tysiącach metrów. Wystarczy się przygotować kondycyjnie, zaoszczędzić trochę pieniędzy i się z nami umówić.

Czujemy przez skórę, że raczej nas nie stać. Ile kosztuje taki trekking?

Nie wiem dokładnie. Zależy to od szczytu i jego położenia. Manaslu (8156 m n.p.m.. Kinga zdobyła ten ósmy pod względem wysokości szczyt w zeszłym roku jako pierwsza Polka – przyp. red.) to dla trekkera wydatek od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Kanczendzonga jest dość droga. Przede wszystkim dwa tygodnie się do niej dochodzi, bo jest trudno dostępna. Natomiast trekking również może być przez to fascynujący, gdyż w ogóle nie uczęszczany przez „gringos”. Dość drogie są niestety bilety do Nepalu i to one bardzo podnoszą koszty takiej wyprawy. No i ostatnio niekorzystny kurs euro, który znacząco wpływa na cały budżet i powoduje, że bardzo ciężko mi go zebrać.

Rozmawiasz już z Kanczendzongą?

Kiedyś powiedziałam publicznie, że zanim wejdę na szczyt najpierw długo z nim rozmawiam. Po tej wypowiedzi, sporo osób zadawało mi pytanie, o co w tym chodzi. To normalne, że z myślą o wspinaczce na ośmiotysięcznik trzeba się oswoić. Poukładać wszystko w głowie, być zdecydowanym na wykonanie takiego zadania. Na długo przed wyjazdem zaczynam „rozmawiać” z górą. Teraz jest tak samo.

Jakie masz plany na ten rok?

Jeśli wszystko dobrze się ułoży, chciałabym pojechać na dwie wyprawy. Po tej wiosennej mam w planach pojechać na Gasherbrumy (8068 m.n.p.m i 8035 m.n.p.m. – jedenasty i trzynasty pod względem wysokości szczyt na świecie – przyp. red.) i spróbować wspiąć się od razu na dwa szczyty. Marzę o tym, ale jak się nie uda, nic się nie stanie. Podchodzę do tego ze spokojem.

Nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć ci dobrej pogody i sukcesów. To świetny moment, by przejść do ostatniego pytania. Zgodzisz się być naszą playmate?

Do tego wywiadu?!

Nie. To propozycja na przyszłość.

No to mnie w końcu zaskoczyliście… Pomyślę o tym później, łatwiej myśli mi się w rozrzedzonym powietrzu (śmiech).

Jasne. Pomyśl o nas na szczycie Kanczendzongi.

Wysoko mierzycie (śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*