Kayah

KayahPLAYBOY nr 10, 2009 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Krzysztof Opaliński

Kiedyś powiedziałaś: „Staram się postępować tak, jak bym chciała, żeby świat postępował ze mną”. Jak więc postąpisz z nami?

Przyjaźnie, choć wszyscy mnie wami straszyli. Że jesteście ostrzy i że to będzie jazda „na dwa baty” (śmiech). Podobno jesteście też zaczepni. Ale ja lubię zaczepki.

Myśleliśmy, że odpowiesz, że postąpisz z nami tak, jak my z tobą… Czyli, że będziesz przez najbliższe trzy godziny rozbierać nas wzrokiem.

Oj, na to jeszcze za wcześnie. Nie jestem w formie. Umówmy się, że dam wam znać, jak już będę.

I co wtedy? Twój trzeci pictorial w PLAYBOYU?

Kto wie? Jak się dobrze ze sobą poczuję… Ostatnimi czasy trochę się pochorowałam i niestety nie wszystko w moim organizmie funkcjonuje tak, jak powinno. Ciężko pracuję, żeby było lepiej. A jak już będzie, to może kolejną sesją zamknę gęby tym, którzy wypisują o mnie bzdury.

Czytasz o sobie wszystko?

Oczywiście, że nie. Od tego przecież można by zwariować. To jest trucizna. Poza tym mnie nie obchodzi spełnianie oczekiwań innych ludzi. Nie na tym polega prawdziwa wolność. Ustanowiłam w domu zakaz wnoszenia brukowców i powtarzania jakichkolwiek plotek, ale jakieś rykoszety zawsze dochodzą. W końcu przecież żyję normalnym życiem, chodzę po mieście, robię zakupy itd. Ostatnio ludzie przyglądają mi się porównując rzeczywistość z plotką o operacjach plastycznych, które rzekomo miałam sobie zrobić. I na kim się tu zemścić?

Z rozkoszą udostępnimy ci nasze łamy, żebyś mogła dokonać nagiej zemsty.

Nagość i zemsta? Raczej nie idą w parze. Cytując księdza Twardowskiego, jest różnica między tym, co nagie, a tym, co rozebrane. Nagość jest czymś naturalnym. Pięknym. I ja u was byłam naga, nie rozebrana. Na sesję wybrałam naturalne środowisko brazylijskiej plaży, a nie przydomowy garaż w którym jakoś nie mam w zwyczaju występować w stroju Ewy. W tej chwili jednak trzecia sesja nie jest mi do niczego potrzebna.

Ale możemy donieść naczelnemu, że nie mówisz NIE?

Akurat dla niego nie powinno mieć to znaczenia. Kiedyś, na wakacyjnym wyjeździe, opalaliśmy się naturystycznie. Marcin widział już wiele (śmiech). A i ja nie mało. Poza tym nie wiem, czy Playboya byłoby na taką sesję stać…

Obetnie się nam z wierszówki. Na czasy kryzysu każdy sposób jest dobry. Szczególnie wtedy, gdy tak naprawdę kryzysu nie ma.

Ale wszędzie można się spotkać z konsekwencjami medialnej histerii kryzysowej. Sponsorzy i kontrahenci się wycofują, koncertów gra się mniej, a odwaga w podejmowaniu decyzji jest na poziomie zerowym…

Mamy nadzieję, że będziesz odważna i sprawdzisz, czy nas stać.

OK, umowa stoi (śmiech).

Mówisz, że w Polsce mężczyźni cię nie doceniają. Gdzie jest lepiej?

Ze względu na moją karnację i włosy słabość mają do mnie Skandynawowie. A w krajach południowych, arabskich i afrykańskich, facetów kręcą moje jasne oczy. W Polsce natomiast czuję się ostatnio przezroczysta. Kiedyś wymyśliłam takie trzy fraszki: „Bądź tu, bądź nie bądź”, „Lub mnie lub nie lub” i „Wolę nic niż nic”. Jestem w okresie, który najtrafniej opisuje ta ostatnia. Nie lubię bylejakości, miałkości i nie chcę się rozdrabniać. Jestem po prostu na etapie szukania Mr. Righta, bo wszystkich innych już miałam (śmiech). Naprawdę wolę nic niż nic. Mam wymagania, a jeśli nie widzę nikogo, kto mógłby je spełnić, po prostu nie wysyłam fluidów.

Nie widać jednak, żebyś intensywnie „czegoś” szukała. Ostatnimi laty niespecjalnie udzielasz się towarzysko.

Bo zawiodłam się na wielu tak zwanych znajomych. Często myślałam, że ktoś umawia się ze mną, bo chce popić, pogadać, pobawić się, jak za dawnych dobrych lat, po czym okazywało się, że chodziło tylko o wspólne zdjęcie. Powiadomieni paparazzi czekali za rogiem. A kiedy migawki przestawały strzelać, spotkanie natychmiast się kończyło. To nowe zjawisko tabloidyzacji spotkań towarzyskich mocno mną wstrząsnęło i dzisiaj nie chce mi się wychodzić z domu. Nie interesują mnie miałkie i powierzchowne znajomości.

Ale ty sporo wiesz o kabale. Nie musisz zatem nigdzie wychodzić. Możesz sobie sama ulepić Golema na wzór Mr. Righta.

(Śmiech) Dziękuję za pomysł. A o kabale dużo nie wiem. Wiem bardzo niedużo. Uczę się od trzech lat. Ale nie wystarczy czytać książek, by stać się lepszym człowiekiem. Trzeba działać, pomagać innym, dzielić się sobą, dawać przykład własnym życiem. Tylko wtedy można zamknąć gęby tym, którzy ze strachu przed nieznanym krzyczą coś o sekcie.

Ci sami, którzy przez lata wmawiali ci dziecko w brzuch?

Nie wiem. Może ci sami, może inni. Czasem ludzie lubią pokomplikować ci życie, nawet z premedytacją, kiedy sami wiedzą że coś jest wierutnym kłamstwem, ale można na tym zarobić. Sprzedadzą sobie tytuł na twojej krzywdzie. W każdym razie według nich chodziłam w ciąży chyba ze trzy lata, jak słonica. Doszło do tego, że scenariusz programu „Bezludna Wyspa”, w którym zgodziłam się wziąć udział, został oparty na mojej rzekomej nadziei. W ostatniej chwili przed rozpoczęciem programu na szczęście zdementowałam plotkę i dumnie obnosiłam mój płaski brzuch. Wtedy jednak boleśnie do mnie dotarło, że w te głupie bzdury, które wypisują o mnie tabloidy, wierzą po prostu wszyscy. Paranoja. Kiedy przymierzałam sukienkę w Galerii Mokotów, ekspedientka zwróciła mi uwagę, że to nie jest „ciążówka”. Krew mnie zalała. A gdybym naprawdę była w ciąży, zachorowałabym i poroniła? Co wtedy? Czy ktoś poczułby się odpowiedzialny za taką tragedię? Z taką plotką nie ma jak walczyć. Często publikacje nie są nawet podpisane nazwiskiem. Chociaż jedynym wyjściem jest prawne dochodzenie swoich racji, nie zamierzam siadać na fotelu ginekologicznym przed sądem.

Ilu ojców miała ta trzyletnia ciąża?

Zawsze padało na biednego Sebastiana (Karpiela-Bułeckę, lidera zespołu Zakopower – przyp. red.). On jest non-stop pod ostrzałem. Przez te wszystkie historie nie może zaistnieć jako rasowy artysta, którym przecież jest. Tymczasem w kółko piszą o nim „narzeczony Kayah”. A przecież mógłby funkcjonować jako fantastyczny skrzypek i charyzmatyczny leader zespołu. I to abstrahując od jego czy moich życiowych decyzji, które nie są niczyją sprawą. Kiedy publicznie mówi się o uczuciach, rozmienia się je na drobne i odziera z intymności. Nie mam więc zamiaru tłumaczyć się przed nikim, z kim co mnie łączy. Nie można natomiast na bazie jednego zdjęcia ze wspólnych zakupów robić paroletniej jazdy. Niektorym ciężko uwierzyć, że może istnieć coś takiego jak przyjaźń między mężczyzną a kobietą. Że niby zawsze jest podtekst seksualny. Tymczasem ludzie dzielą się na fajnych i niefajnych, głupich i mądrych, a nie na kobiety i mężczyzn. Dla mnie to oczywiste. Odkąd pamiętam, zawsze przyjaźniłam się z facetami.

Nas nie obchodzi z kim się przyjaźnisz i z kim sypiasz. Wolelibyśmy…

Porozmawiać o płycie.

Dojdziemy i do tego. Na razie wolelibyśmy, żebyś opowiedziała, dlaczego w dzieciństwie byłaś chłopakiem.

Bo chodziłam po drzewach, podpierałam trzepaki, a nawet stałam na bramce – oczywiście dopóki nie dostałam piłką centralnie w nos. Do dzisiaj jestem bardziej Tomb Raider niż ubrana na różowo lola na obcasach. Poza tym ojciec nieustannie utwierdzał mnie w przekonaniu, że moje koleżanki są ładniejsze ode mnie, więc wolałam być ładniejszą chłopczycą, niż brzydką dziewczynką… relacje z tatą układały się tak sobie. Nie był łatwy, zresztą do dziś twierdzi, że nie dorósł by być ojcem. Szkoda bo ma jeszcze poza mną dwie wspaniałe córki. Ojciec zaszczepił we mnie wątpliwości co do urody i talentu muzycznego. Ale zaszczepił też… miłość do boksu.

Posłał cię na boks?

Dzięki Bogu, nie! (śmiech). Byłam za to judoczką. Ponieważ równocześnie ze szkołą sportową uczyłam się gry na pianinie, nie mogłam – jak wszystkie dziewczynki – być tenisistką. Padło więc na judo. Niezły obciach, co? Nie ma nic gorszego w tym wieku niż dziewczyna na macie, a na niej chłopak.

Pewnie potem kochałaś się w Nastuli.

Nie. Ze sportowców najbardziej podobał mi się Kozakiewicz. No i Wszoła, z którym teraz się kolegujemy.

Żaden bokser nie wpadł ci w oko?

Niekoniecznie. Z ojcem jednak naprawdę ostro kibicowaliśmy. Obowiązkowo oglądaliśmy wszystkie walki, które były w telewizji. Nigdy nie odpuszczaliśmy turniejów Feliksa Stamma. Nawet teraz, jak jest fajna walka, to siedzę po nocy, żeby ją zobaczyć.

MMA też podnieca cię do tego stopnia?

Nie. Lubię boks, bo to elegancka klasyka. Na walki w klatkach nie mogę patrzeć. Nie dlatego, że są mniej estetyczne niż boks. Ja po prostu zawsze patrzę na tych chłopców jak matka i za bardzo się denerwuję. Wyobrażam sobie, co przeżywają matki, kiedy widzą jak ich synowie są obijani i nokautowani.

A jeśli Roch będzie chciał być fighterem?

Roch? (śmiech). Spokojnie. On jest och i ach… Nie wyrośnie na zakapiora, bo nie ma zadatków. Zresztą niechby tylko spróbował.

Wyznaczyłaś już granicę, po przekroczeniu której dasz mu więcej swobody?

Na razie nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że sam przechodzi przez ulicę. Wiem, że przełamanie tej bariery będzie mnie potwornie dużo kosztować. Naprawdę nie wiem, jak sobie poradzę. Wiem natomiast, że to coś co stać się musi.

Czy Roch nadal jest żołnierzem?

Już nie. Od jakiegoś czasu jest skejtem. W ogrodzie ma nawet specjalny pipe do ewolucji. Na szczęście widzę, że powoli mu przechodzi. Niedługo zacznie się jakaś nowa zajawka.

Co mówisz małemu skejtowi, kiedy paparazzi nocują pod waszym domem?

Już nie nocują, bo zniknęły krzaki (śmiech). Na polanie, na której gnili w samochodach, zbudowano osiedle i nie ma się już gdzie chować. Ale wcześniej rzeczywiście obozowali na całego. Dzwoniłam na policję, panowie policjanci ich legitymowali, a potem przychodzili do mnie, pokazywali ich dowody i mówili: „Eeee, proszę pani, oni są tylko fotografami. Nic pani nie zrobią” (śmiech)… Nieważne. Pogadajmy lepiej o czymś przyjemnym.

Wedle życzenia. Cieszymy się, że w końcu wydajesz płytę. Długo to trwało.

Co nagle, to po diable. Od czasu „Stereotypu“ dużo się działo. Wydałam pierwszą w Polsce płytę z cyklu MTV Unplugged, miałam mnóstwo koncertów, w Kayaxie wydałam ponad 30 płyt innych artystów. Jak dodacie do tego te wszystkie ciąże i operacje plastyczne no i działalność w sekcie (śmiech), zrozumiecie, że nie próżnowałam. Sama piszę moje piosenki, i żeby były wartościowe muszę coś przeżyć, przemyśleć, mieć refleksje, a to wymaga czasu. „Skała“ jest właśnie refleksyjna. Ci którzy kochali mnie za „Kamień“ będą usatysfakcjonowani. Nie ma tu mizdrzenia się, jest kawał rzetelnej muzyki. Poza tym pamiętajcie, że polski rynek jest mały. Nie widzę powodu, żeby zapełniać go sobą rok w rok. Lepiej, żeby ludzie czuli niedosyt.

O kim jest „Historia”?

O mojej babci, która była samotną, wielką damą. Takim znakiem swoich czasów, bo kiedyś kobiety cierpiały w milczeniu. To bardzo osobista piosenka. Zresztą jak cała płyta. Myślę, że mam coraz większe prawo do osobistych wycieczek, bo jestem dojrzalsza i więcej „rozumię” (śmiech). Z wiekiem staję się bardziej pogodzona, stąd może tyle ciepła na „Skale“.

Skała”, bo jesteś twarda jak skała?

Z wiekiem raczej mięknę. Kiedyś im więcej ludzi było przeciwko mnie, tym mocniejsza się czułam. Wiedziałam, że gram dla wartościowych ludzi i zdanie innych mnie nie interesowało, wiedziałam, że to ja mam rację. Nie wiem, czy dzisiaj bym tak potrafiła. Wtedy byłam mocniejsza niż teraz. Choć do dzisiaj po ataku i pierwszym skuleniu się w sobie, odczuwam przypływ niesłychanej siły. Dlatego nieraz dziękuję moim wrogom. A „Skała” to po prostu nawiązanie do „Kamienia”. I coś jeszcze…

Kabała?

Kamień odłupany od skały, to wciąż ta sama materia, ta sama skała tylko w innej formie. Tak samo człowiek, stworzony na podobieństwo Boga, ma w sobie nieprzebrane ilości boskiego pierwiastka. Gdyby większość z nas zdawała sobie z tego sprawę, lepiej traktowałaby innych. Ale otworzyć szerzej oczy nie jest łatwo. Nigdy nie widzimy dużego obrazka, zawsze skupiamy się na małym – naszym. Wierzę, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu, dzieje się po coś… Dobra, dość tych mądrości. Ja tylko śpiewam! Nic więcej. Nie silę się na to, żeby być mentorem, czy wzorem do naśladowania. Przecież nie pełnię funkcji publicznej, jestem tylko osobą publiczną. I powinnam być rozliczana tylko z mojej działalności scenicznej. Myślę sobie, że gdybym była 20 lat młodsza i miała dzisiejszą wiedzę, parę razy zastanowiłabym się, czy w ogóle warto występować na scenie.

Żałujesz?

Nie, ale tak zwana kariera pozbawia wolności. Podlegam wiecznym ocenom i nie mogę już funkcjonować jak normalny człowiek. To bardzo obciąża. Ludzie zapominają, że jestem człowiekiem jak oni, podlegam tym samym uniwersalnym prawom, miewam gorsze dni, starzeję się, choruję i mam chwile zwątpienia.

Zamiast piosenkarką, mogłaś zostać koszykarką albo sprinterką.

Chciałam być koszykarką. Moja ciocia trenerka Włókniarza Białystok nawet zabierała mnie na obozy treningowe. Biegałyśmy po 15 kilometrów w śniegu! Byłam jednak najmłodszym, nie zahartowanym w bojach, warszawskim rozpieszczonym lelakiem. Nie miałam w sobie ducha rywalizacji. I tyle. Z biegami było jeszcze prościej. Owszem, byłam szybka. Ale jak dla mnie – za szybka. Potwornie bałam się upadku. Z tego strachu zamiast na bieżni przyspieszać, zwalniałam.

Wychodzi na to, że od początku byłaś skazana na popularność.

 (Śmiech) Marzyłam jeszcze, żeby zostać archeologiem. Śniły mi się zagraniczne wyjazdy. Poza tym Agatha Christie powiedziała, że dzięki temu, że ma męża archeologa, im jest starsza, tym atrakcyjniejsza dla niego. Ja miałabym podobnie ze swoimi facetami (śmiech).

Jak zarobiłaś pierwsze pieniądze?

To było 20 złotych. W wieku 6 lat zamiotłam podwórko pewnemu podchmielonemu gościowi. Babcia prowadziła kiosk w Białymstoku i kiedy zawiany facet, który przyszedł po papierosy Silesia, zobaczył mnie z miotłą, od razu złapałam fuchę (śmiech). To był mój pierwszy i ostatni zarobek w dzieciństwie.

A jak już dorosłaś?

Pracowałam jako modelka. Kiedyś powiedziałabym „wieszak”, ale to obraźliwe. Sprzedawałam też krawaty…

Gdzie?!

Na Puławskiej. Tam, gdzie teraz jest restauracja Banja Luka. Znajomy miał w tym miejscu sklep. Krawaty były niby włoskie, ale moim zdaniem raczej chińskie (śmiech). Ważne, że jedwabne. Bardzo lubiłam tę pracę.

Krawaty pewnie do dziś potrafisz wiązać jak nikt.

A właśnie, że nie. Znam tylko pojedynczy węzeł, a dziś wiąże się podwójne. W ogóle teraz w modzie są śledzie, a nie krawaty. Blee… Nienawidzę ich. Krawat jest piękny tylko wtedy, gdy jest mięsisty. Tomik na przykład ostatnio nosi śledzie. Zupełnie nie w moim guście.

Jako szefowa możesz mu tego zakazać.

(Śmiech) Żadna ze mnie szefowa. W firmie nie bywam. Dzisiaj przyjechałam, bo mam dla wszystkich prezenty z Dubaju, przepraszam – z Dupaju. Organizacyjne historie są nie dla mnie. Przykładam się tylko do strony kreatywnej i do PR-u. Prawdziwym szefem jest Tomik.

Pamiętasz swoją najmniejszą publiczność?

Oczywiście. Białystok, z zespołem Zgoda. Muzycy pochowali się za głośniki, a ja stałam sama na scenie w jakimś domu studenckim i śpiewałam dla czterech osób. Jak kończyliśmy numer, to ktoś najwyżej zakasłał. Pamięta się takie rzeczy. Podobnie jak koncert na molo w Sopocie, kiedy wyszliśmy po Golden Life. A oni wtedy byli mega na topie. Przez cały nasz koncert publika krzyczała „Golden Life, Golden Life!”. A my nic, tylko dawaliśmy czadu. Totalny, mocny funk. Świetny skład. Ja na klawiszach (śmiech). Publika ciągle: „Golden Life!”.Wreszcie nie wytrzymałam, podeszłam do mikrofonu i krzyknęłam: „Pocałujcie mnie w dupę i tak skończę koncert!”. Powinniśmy się załamać, ale po zejściu ze sceny podbiegł do mnie szef niemieckiego BMG i powiedział, że w życiu nie widział takiej energii. Tak jak już mówiłam – sami nigdy nie widzimy większego obrazka.

A jaki obrazek siebie widziałaś na początku kariery, w latach 80.?

Wysoka, chuda, zakompleksiona dziewczynka. Mimo to, szefowa francuskiego Vogue’a, która przypadkiem pojawiła się na moim koncercie w 1987 roku, gremialnie się we mnie zakochała. Następnego dnia zrobili ze mną całą sesję. Między innymi jak stoję w miniówie przed Pałacem Kultury i jem zapiekankę. Dla nich zapiekanka to był totalny odjazd (śmiech).

Aż dziw, że nie zabrali cię od razu do Paryża.

Nie dotrzymali obietnicy i nawet nie wysłali zdjęć. Nie miałam pojęcia, jak wyszły. Parę lat później, na party Wiedniu, pewien Turek zapytał: „Czy ona się nie nazywa Kayah? Czy ta dziewczyna nie jest z Polski?”. Co się okazało? To był turecki milioner, który w swojej willi nad Bosforem powiesił tylko jeden obrazek. Wycięte z gazety zdjęcie dziewczyny jedzącej zapiekankę przed Pałacem Kultury (wybuch śmiechu). Miał totalną obsesję na punkcie tej fotografii. Kasia Figura opowiadała mi, że dwa lata wcześniej poznała tego mojego wielbiciela w Turcji na festiwalu filmowym. Facet błagał ją o przysłanie mojej płyty. W ogóle nie chciał gadać o nikim innym, tylko o mnie (śmiech). Mały ten świat.

Mogłaś myśleć, że jesteś brzydka, ale na powodzenie nigdy nie mogłaś narzekać.

Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że nigdy nie będę piękną lalunią. Szybko skumałam, że jestem raczej oryginalna i już jako nastolatka robiłam wszystko, żeby się wyróżniać. Nie miałam ani jednej części garderoby w tym samym kolorze. Nawet buty i sznurówki różniły się kolorami. Do tego rude dredy… Co te moje włosy wtedy przeżyły!

Jakbyś była facetem zwróciłabyś uwagę na Kayah z lat 80.?

Gdybym była facetem, nie oglądałabym się przede wszystkim za poukładanymi buziami. To nuda budzić się obok takiej poukładanej twarzy. Ja lubię ciekawą, kontrowersyjną urodę. Na przykład szalenie podoba mi się Barbra Streisand.

Jej nos też?

Nos podoba mi się najbardziej (śmiech).

Ciągle marzy ci się zagranie w Seksie w wielkim mieście po polsku?

Pewnie. Wiem, że mam talent aktorski, bo powiedział mi o tym wspaniały, nieodżałowany Jan Machulski. Wypatrzył mnie na konkursach recytatorskich. Wierzył we mnie. Niestety mam wadę wymowy. Nie za dobrze mi idzie „r”.

Jak śpiewasz, to nie słychać.

Słychać, słychać. Tylko jak jestem bardzo zdenerwowana to dobrze wymawiam „r” w niektórych słowach (śmiech). A wracając do serialu… Mam super koleżankę w Londynie. Jak się spotykamy, to robimy sobie taki „Seks w wielkim mieście”. Babskie rozmowy, hasanie po sklepach, knajpy. Cudo. Ona jest Samanthą. Naprawdę (śmiech). Chociaż ostatnio wyszła za mąż, więc nie wiadomo jak będzie.

A ty?

Ja nie wyszłam (śmiech).

Ale kim jesteś?

Chyba Carrie. Ogólnie jednak ostatnio „Seks w wielkim mieście” zaczął mnie denerwować. Jest potwornie monotematyczny i pokazuje kobietę jako wieczną ofiarę. No i nic nie znaczącą bez mężczyzny u boku. Wciąż za to uwielbiam „Gotowe na wszystko”. Codziennie oglądamy z Rochem jeden odcinek. Kochamy ten serial. Nawet byliśmy w Kalifornii, w miasteczku, w którym go kręcili.

Ty jeździsz z synem na wakacje do Kalifornii. A tata?

Tata zabiera Rocha co roku na „Jebizę” (śmiech). Nie bardzo mi się to podoba. Oprócz tego, że to Sodoma i Gomora, to jeszcze jest tam za dużo pustej energii. Na szczęście wiem, że Roch ma super poczucie humoru i zdrowy dystans do siebie. Po mamie (śmiech). Na przykład oboje ubóstwiamy Borata! Może Roch poznał go nieco za wcześnie, ale nie widzę żadnego złego wpływu. Niedługo pójdziemy na Brunona.

Odradzamy. Bruno jest genialny, ale stanowczo za ostry jak na 11 lat.

To może najpierw pójdę sama i sprawdzę. Skoro chłopaki z Playboya mówią, że jest za ostro, to coś może być na rzeczy (śmiech). A propos ostrości, mieliście być niby tacy straszni, a zamiast hard core’u mamy tu niezłą balangę. Macie jakieś cięższe pytania?

Proszę bardzo. Czy to prawda, że kiedyś wisiała nad tobą groźba śmiertelnej choroby?

Tak. Lekarze podejrzewali białaczkę, ale tak naprawdę nikt nie wiedział, co mi jest. Dziś sprawa ucichła, choć zawsze kiedy robię badanie krwi, odbieram wyniki z nerwowym bólem brzucha. Moje kłopoty zdrowotne mają w tej chwili inny charakter. Rok temu zwariowała mi tarczyca. A ja razem z nią. Bezsenne noce, palpitacje serca, nerwowość, brak sił witalnych i przybieranie na wadze od hormonów. Nie sądziłam, że to tak powszechna choroba wśród kobiet. Wspólne dolegliwości jednoczą, świadomość bycia jedną z wielu dodaje otuchy, popycha do działania, dlatego o tym mówię. Moje białaczkowe doświadczenia połączyły mnie z ideą Fundacji Uli Jaworskiej, zaangażowałam się w wiele akcji świadomościowych i profilaktycznych. I tu znów okazuje się, że wszystko jest po coś, tylko my naprawdę nigdy nie dostrzegamy większego obrazka.

Myślałaś kiedyś o emigracji?

Właśnie wykańczam mieszkanie w Brazylii. Jak się wychylę z balkonu, to widzę Ipanemę. Nie przeniosę się tam jednak na stałe, bo jestem niewolnikiem Polski… Jak ja nienawidzę kochać tego kraju! Tak samo mam z Warszawą. Dam w mordę każdemu, kto powie złe słowo na moje miasto. Warszawa nie jest rajem, jej smutną historię czuć na każdym kroku, ale ja się tu urodziłam i mam prawo narzekać. Bo ją szczerze kocham. Ale innym wara!

Narzekałaś niedawno, że w Polsce kobiety 40-letnie nie czują się atrakcyjne dla mężczyzn. A jak jest w Brazylii?

Tam przede wszystkim nie wyczuwam suczego podejścia kobiet do innych przedstawicielek płci pięknej. Jest jakoś tak siostrzanie. Ludzie kiedy czują się niepewnie, niekomfortowo są wrogo nastawieni do innych. Tam, może z racji klimatu i słońca, wszyscy mają większy luz. Poza tym w Brazylii kobieta w każdym wieku jest atrakcyjna. Wszystko jest kwestią wysyłanych fluidów.

Wysyłasz?

Niestety mam z tym dziś kłopoty. Kiedyś nie miałam.

Dlaczego?

Może to kwestia specyfiki kraju, w którym się żyje? W Polsce ludzie w tak zwanym pewnym wieku nie kokietują się nawzajem, nie doceniają się. Wyjdź na ulicę. Czy poczujesz chemię między mijającymi się ludźmi? Nie bardzo. Myślę, że po prostu tym przesiąkłam i trochę oklapłam. Dlatego lubię wyjeżdżać i zbierać emocje i energię, których tu brakuje. Potem całkiem długo mnie trzyma. W końcu jednak zawsze przychodzi moment, gdy mam dość tego kraju i muszę wyjechać.

Ci, którzy wypisują o tobie niefajne rzeczy, będą mieli kolejną pożywkę – „Kayah nienawidzi Polski”.

Kocham mój kraj. Kocham go nawet jeśli są w nim podli i ziejący nienawiścią homofobi, antysemici i religijni fanatycy. Czymże są w porównaniu do całej masy dobrodziejstw… A jeśli coś ci nie pasuje, przyjrzyj się sobie. Ponoć nasze wielkie antypatie, to lustrzane odbicia naszych własnych przywar. Jeśli ktoś mnie oczernia, być może czas się zastanowić czy i ja zawsze jestem sprawiedliwa. Lepiej głęboko poszukać prawdy, niż bronić się tłumaczeniami.

Nie zapominaj o alternatywnej broni w postaci sesji w PLAYBOYU.

Ostatnio tak się skupiłam na duszy, że o ciele myślę znacznie mniej.

A jakie inne ciała najchętniej zobaczyłabyś na naszej rozkładówce?

Wasze! (Wybuch śmiechu).

Na skróty:

RODZINNIE:

Moja babcia była kuzynką Gałczyńskiego i Marii Dąbrowskiej, więc z genów mogę być zadowolona (śmiech).

Mój ojciec pięknisiem nigdy nie był, ale zawsze działał na kobiety. Niestety dla mojej mamy.

Zawsze byłam w typie Pocahontas (śmiech).

NAŁOGOWO:

Nie lubię słodkiego smaku. W dzieciństwie jadłam lody, bo inne dzieci jadły. Mam tylko trzy słodkie słabości: creme brulee, panna cotta i sernik.

Kiedyś paliłam, żeby mieć niższy głos. Rzuciłam papierochy, a głos i tak mi się obniżył.

Połowa butelki wina to mój limit dzienny. Więcej nie wolno.

Kiedyś grałam na bębnach. Znowu bym pograła, ale robię strasznie głupie miny, kiedy siedzę za perkusją. To mnie trochę powstrzymuje (śmiech).

SŁOWOTWÓRCZO:

Najszybszy ptak to ptak geparda.

Ponieważ zawsze potwornie nas śmieszyły nazwy w stylu „OBUWEX” albo „SŁAWEX”, dla jaj nazwaliśmy się… KAYAX.

Tagi:

Skomentuj

*

Spam Protection by WP-SpamFree