<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady &#187; SPORTOWCY</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/kategoria/sportowcy/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Sun, 29 Apr 2012 20:39:32 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
		<item>
		<title>Tomasz Frankowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/tomasz-frankowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/tomasz-frankowski/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 28 Apr 2012 21:08:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Frankowski Tomasz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3390</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 04, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Kuba Dąbrowski &#8211; Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA? To musiało być we Francji. Mieszkałem tam od 1993 roku. PLAYBOYA bardziej oglądałem niż czytałem. Oczywiście tylko dlatego, że moja znajomość francuskiego była wtedy jeszcze niedostateczna&#8230; Niestety nie powiem wam, kto był na okładce. To było tak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3396"><img class="alignleft size-full wp-image-3396" title="Tomasz-Frankowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/04/Tomasz-Frankowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 04, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Kuba Dąbrowski</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>To musiało być we Francji. Mieszkałem tam od 1993 roku. PLAYBOYA bardziej oglądałem niż czytałem. Oczywiście tylko dlatego, że moja znajomość francuskiego była wtedy jeszcze niedostateczna&#8230; Niestety nie powiem wam, kto był na okładce. To było tak dawno temu, że równie dobrze mogła to być Catherine Deneuve albo Brigitte Bardot (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Francja dla 18-latka, wychowanego w PRL-u, musiała być szokująca.</strong></p>
<p>Bardzo. Ale pierwszego szoku doznałem już na lotnisku we Frankfurcie. Wcześniej, gdy podróżowałem z reprezentacją Polski do lat 16 i 18, zawsze szedłem w grupie, za przewodnikiem. Tym razem byłem zupełnie sam. Stres, chaos, niepewność, bo to przecież największe lotnisko w Europie. Francję zacząłem poznawać od McDonalda, który był dla mnie wówczas restauracją, a nie fast foodem. Koledzy z nowego klubu w Strasburgu uświadomili mi jednak, że to jedzenie nie jest dla piłkarza. Musiałem skończyć z białostockim amatorstwem i przejść na zawodowstwo. Bardzo się zmieniłem po pierwszym roku pracy za granicą.</p>
<p><strong>Jakim cudem znalazłeś się w RC Strasbourg?</strong></p>
<p><strong></strong>Graliśmy mecz z francuskimi rówieśnikami i zostałem wypatrzony. Nie zdążyłem wrócić autokarem do Białegostoku, a w domu już czekał telegram z informacją, że powinienem się tylko przepakować i jechać z powrotem do Francji. Mama się zgodziła, Jagiellonia również, więc wyjechałem. W czasach kiedy nie było internetu, skype&#8217;a i telefonów komórkowych. Nie byłem ciepłą kluchą, ale rozstanie z rodziną i Edytą, wtedy dziewczyną, a dzisiaj żoną, było trudne. Przerwałem też naukę w maturalnej klasie. Nie przypuszczałem, że we Francji będę grał przez następnych pięć lat.</p>
<p><strong>Francuscy rówieśnicy nabijali się z prowincjusza?</strong></p>
<p>Może trochę. Mieli ubaw, bo chodziłem w dżinsach i adidasach. Dla nich to był  obciach. Jak na  Francuzów przystało, byli wyczuleni na modę. Wytłumaczyli mi, że klasowy piłkarz zakłada do dżinsów mokasyny, a mój sportowy sznyt kojarzy się z prowincjonalnymi boiskami. Na miejscu pod skrzydła wziął mnie syn słynnego czeskiego piłkarza Zdenka Nehody, który trenował tam od paru dobrych miesięcy. Bardzo mi pomógł. Dzięki niemu przeszedłem na przykład przyspieszony kurs obsługi książeczki czekowej, a także dowiedziałem się, czym jest kwota brutto. Kiedy dostałem pierwszy czek, to mocno się zaniepokoiłem. Suma na nim nie zgadzała się z podpisanym kontraktem (<em>śmiech</em>). Nehoda wytłumaczył mi, że dostałem kwotę netto.</p>
<p><strong>Dziś pewnie to ty opiekujesz się młodymi piłkarzami Jagiellonii.</strong></p>
<p><strong></strong>Co nieco. Poznałem kilka języków, więc nie mam kłopotów z przekazaniem wszelkich niuansów młodszym kolegom.</p>
<p><strong>Widzisz w nich dawnego siebie?</strong></p>
<p><strong></strong>Tak źle to ze mną chyba nie było. Któregoś razu, gdy w trakcie obozu mieszkałem w pokoju z 19-letnim Kolumbijczykiem, który przyjechał do Białegostoku, zauważyłem, że chłopak nie spuszczał wody w toalecie. Trzy razy przycisnąłem za niego. Wreszcie, rozumiejąc, że to nie przypadek, pokazałem mu, jak obsługiwać przycisk. Pomogło.</p>
<p><strong>Z Francji na chwilę poleciałeś do Japonii. W Nagoi wylądowałeś w składzie obok Dragana Stojkovicia. </strong></p>
<p><strong></strong>Czasem nawet u niego nocowałem. Jedliśmy sushi  i oglądaliśmy Mistrzostwa Europy. Fajny, pogodny facet, choć trochę zmanierowany. Z drugiej strony trudno się dziwić. Jego gwiazda tam ponownie rozbłysła, dwukrotnie był piłkarzem roku, do dziś jest bohaterem w Nagoi, bo wrócił tam jako trener i od razu zdobył z nimi mistrzostwo. Słynął z tego, że nie rozdawał autografów. To było dziwne, tym bardziej, że 80 proc. kibiców stanowiły piskliwe fanki.</p>
<p><strong>W Japonii trenował cię, wówczas jeszcze nie tak znany, Arsene Wenger.</strong></p>
<p><strong></strong>On mnie tam ściągnął. Od razu było widać, że to dobry trener, ale nikt nie spodziewał się, że aż tak dobry (<em>śmiech</em>). Szkoda, że nie przypomniał sobie o mnie w Arsenalu.</p>
<p><strong>Po latach, przy okazji meczu Polska-Francja, powiedział ci, że gdybyś był mocniejszy fizycznie, to by cię zabrał do Londynu.</strong></p>
<p><strong></strong>Czysta kurtuazja. Gdybym był masywniejszy, zatraciłbym prawdopodobnie swoje piłkarskie walory, czyli spryt, szybkość i grę na jeden kontakt. Zawsze grałem szybko, nie lubiłem wozić piłki ze sobą, jak Marek Citko czy Mariusz Piekarski, którzy wprost uwielbiali robić kółeczka, za przyzwoleniem trenera juniorów. Ja wyznaję zasadę, że nikt nie jest szybszy od piłki.</p>
<p><strong>Wenger miał rację?</strong></p>
<p>Po latach okazało się, że tak. Kiedy na własną prośbę przeszedłem z hiszpańskiego Elche do angielskiego Wolverhampton, moje piłkarskie walory zgasły. Nie odpaliłem. Nie miałem wystarczającej siły, żeby walczyć z rosłymi piłkarzami. Spryt i inteligencja w starciu z drwalami poległy. Polscy obrońcy są jacyś mniejsi w porównaniu z angielskimi, albo to tylko złudzenie. Tomek Hajto opowiadał mi ostatnio, że jak grał w Southampton, to w polu karnym, w którym do główki szykowało się ośmiu zawodników, był najniższy, a ma 192 cm wzrostu. Wyspy to trochę inny świat. Nawet treningi w Anglii różnią się od tych na kontynencie. W Wolverhampton w okresie przygotowawczym sporo jeździliśmy na rowerach, głównie przełaje. Mieliśmy też zajęcia na basenie. A u mnie z pływaniem cieniutko. Jak mam ręce do kraula, to nogi do żabki. Nigdy nie mogłem tego opanować. Trener zarządzał wyścigi, łowienie odważników oraz grę w waterpolo. Chyba równie słabo szedł mi tylko boks&#8230;</p>
<p><strong>Boks?!</strong></p>
<p><strong></strong>Jak się okazało, to także część futbolowego rzemiosła na Wyspach. Prawdziwy trening bokserski jest bardzo ciężki. Robienie brzucha przez cztery minuty bez przerwy było dla mnie nieosiągalne, podobnie jak i dla reszty kolegów. Inne ćwiczenia również trwały pięć razy dłużej niż podczas zwykłego treningu piłkarskiego. Trenujący nas bokser miał niezły ubaw, widząc jak się męczymy.</p>
<p><strong>A jak było w ringu?</strong></p>
<p>Jako kogucik chciałem coś tamtemu facetowi udowodnić. Dostałem parę kontr i miałem dość.  Bycie piłkarzem w Anglii to ciężki kawałek chleba. Dlatego mam dla nich ogromny szacunek.</p>
<p><strong>Pamiętasz swoją pierwszą bójkę?</strong></p>
<p><strong></strong>I zarazem ostatnią. To nawet nie była bójka, tylko jeden strzał. W podstawówce zginęła mi plakietka, po dwóch miesiącach zobaczyłem ją na piórniku kolegi. Uznałem, że to on jest sprawcą mojego nieszczęścia. Przeciwnik poległ, bo trochę go zaskoczyłem. Lewym sierpowym. Leczył się potem lodem. Kolegujemy się mimo to nadal poprzez Naszą Klasę. Jeżeli to nie byłeś ty, Robert, to sorry&#8230;</p>
<p><strong>Jesteś leworęczny?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie, ale w lewej ręce czuję moc. To ciekawe, bo gdybym miał strzelać z przewrotki, to też strzelałbym z lewej nogi. Dziwne, bo jestem prawonożny. Aha, widzę też lepiej lewym okiem i karty rozdaję lewą. Nie wiem, czym jest to uwarunkowane.</p>
<p><strong>Jak bardzo przewyższałeś piłkarskimi umiejętnościami rówieśników na podwórku?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie lubię się chwalić, ale dobra, powiem &#8211; sam wygrywałem mecze. Chłopaki mieli mnie dość, a ja tego nie rozumiałem. Z reguły były dwie drużyny – w jednej grałem ja, a w drugiej pięciu moich kolegów, którzy z upływem czasu się wykruszali i chodzili zbierać jabłka. Bardzo mnie to irytowało.</p>
<p><strong>Czy twój styl gry zmienił się przez te wszystkie lata?</strong></p>
<p>Teraz już nie drybluję, bo mam lepszych partnerów w drużynie. O styl gry trzeba by spytać pierwszych trenerów, którzy mówili na mnie „kotek”, „tygrysek” albo „lisek”. Tylko dla kolegów z podwórka od zawsze byłem „Frankiem”.</p>
<p><strong>I zawsze w napadzie?</strong></p>
<p>Nuda, co? Od małego aż do występów w Chicago Fire nie zagrałem nawet minuty na innej pozycji. Dopiero kostarykański trener „Strażaków” zauważył we mnie świetnego prawego pomocnika. Miałem wtedy 34 lata, więc i dla mnie było to ciekawe odkrycie. Rzecz jasna, była to bzdura. Ja się tam nie nagrałem, a ten trener szkoli dziś dziewczyny na uniwersytecie.</p>
<p><strong>A propos. Masz powodzenie u kobiet?</strong></p>
<p>Nie wydaje mi się. Nie spotykam się ze specjalną atencją ze strony kobiet. Ja nie Ronaldo, a Białystok to nie Madryt.</p>
<p><strong>Kokietujesz za to jako piłkarz. Odpowiadając na pytanie o najważniejsze cechy napastnika, powiedziałeś kiedyś: „pazerność na bramki, szybkość, dobry drybling”, a zaraz potem dodałeś: „szkoda, że ich nie mam”. </strong></p>
<p>Wszystko się przecież zgadza. Może poza pazernością, bo jak strzelam pierwszą bramkę, to już myślę o drugiej. Kiedy mnie chwalą, że zdobyłem dwie bramki w meczu, ja się gryzę, że nie wykorzystałem trzeciej sytuacji. Taki mam charakter. Z wiekiem to się nie zmieniło. To samo widzę u Cristiano Ronaldo. Jest tak pazerny na bramki, że choćby strzelił kilka, to i tak kolejna zmarnowana sytuacja wywołuje w nim złość. Podoba mi się też Inzaghi &#8211; każdą strzeloną dziś bramkę traktuje, jakby była jego pierwszą. Wracając do pytania &#8211; dryblingu nie mam od lat.<strong></strong></p>
<p><strong>I kto to mówi? Człowiek, który mija przeciwników jednym zwodem ciała?</strong></p>
<p>Ale to jest balans, a nie drybling (<em>śmiech)</em>. Może wy jako kibice odbieracie to inaczej.</p>
<p><strong>Ile hat-tricków w karierze zaliczyłeś?<br />
</strong><br />
Nie pamiętam. Wiem natomiast, że w ekstraklasie dla Jagiellonii nie strzeliłem żadnego. I będzie mi ciężko, bo w meczach Jagi trudno o trzy dobre sytuacje.</p>
<p><strong>Życzymy ci zatem dwóch, a potem karnego. W końcu jesteś specjalistą od jedenastek.</strong></p>
<p>Ja specjalistą?! Za dużo zmarnowałem. Ze strzelanych w naszej ekstraklasie około 30, trafiłem góra 25. Statystyka dobra, ale nie bardzo dobra. Ekspertem od karnych jest Ronaldo. Z ostatnich 24 karnych, strzelił 23. To dopiero wynik godny specjalisty. <strong></strong></p>
<p><strong>Karny to duży stres?</strong></p>
<p>Ogromny. Za trafienie nikt cię nie pochwali. A jak spudłujesz, koledzy i kibice mają pretensje. Ale ja nigdy nie bałem się odpowiedzialności.</p>
<p><strong>Jak strzelać karne Wojtkowi Szczęsnemu?</strong></p>
<p>Poziom bramkarza raczej nie ma znaczenia, bo i tak najwięcej zależy od strzelającego. Zdarzało mi się pokonywać świetnych bramkarzy, ale i przeciętni bronili moje strzały.<br />
<strong><br />
A masz może na swoim koncie jakiegoś samobója?</strong></p>
<p>Wciąż nie mam. Może dlatego, że od jakichś 15 lat nie byłem w swoim polu karnym (<em>śmiech).</em></p>
<p><strong>Twoja najważniejsza bramka?</strong></p>
<p>Nie raz się zastanawiałem. Myślę, że w oczach kibiców najważniejsze są te, które nic nie dały, czyli na przykład z Anglią na Old Trafford, czy w barwach Wisły przeciw Barcelonie. Moim zdaniem naprawdę istotne były te, które strzelałem w eliminacjach, odmieniając losy meczu, na przykład z Walią. Bez tego gola mogło nas nie być w turnieju. Szkoda tylko, że na nim nie zabłysnęliśmy.</p>
<p><strong>Masz żal do Pawła Janasa, że cię nie zabrał na Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Do moich warunków fizycznych mieli zastrzeżenia wszyscy trenerzy reprezentacji – i Wójcik, i Engel, i Janas – mimo, że byłem najskuteczniejszym zawodnikiem ligi. Do kadry Janasa załapałem się dopiero po mocnej interwencji prasy. Mam wrażenie, że pomogłem drużynie zakwalifikować się na Mistrzostwa, ale potem na własne życzenie utknąłem w Anglii, gdzie mi po prostu nie szło. Paweł Janas miał pełne prawo, żeby zawodnika w teoretycznie słabej formie nie zabrać na turniej. Mógł jednak wyciągnąć pomocną dłoń. Nie zrobił tego. Zabolało mnie, nie powiem. Ale chyba jeszcze bardziej zabolało kibiców.</p>
<p><strong>Który tytuł króla strzelców smakował ci najbardziej?</strong></p>
<p>Pierwszy w Wiśle i pierwszy w Jagiellonii. Zresztą nie sądziłem, że w Jadze coś takiego będzie w ogóle możliwe. I do dziś się dziwię.</p>
<p><strong>Życzymy ci wejścia na podium w klubie stu. Trzecie miejsce jest w zasięgu (<em>Gerard Cieślik ma na swoim koncie 167 bramek. Tomkowi brakuje jeszcze 11 goli – przyp. aut.</em>).</strong></p>
<p>Nie chcę o tym myśleć w kategoriach powinności. Zbytnia pazerność na bramki może zabrać przyjemność z gry. A dla mnie to istota tej dyscypliny. Chciałbym, żeby to półrocze było ukoronowaniem mojej kariery. Jeśli przy okazji zacznę gonić Gerarda Cieślika, będzie wspaniale.</p>
<p><strong>Masz jakieś piłkarskie przesądy?</strong></p>
<p>Tylko jeden: na boisko zawsze wchodzę lewą nogą, a żegnam się prawą ręką. Kiedyś już mówiłem, że jestem ekonomiczny. Staram się nie wykonywać zbędnych ruchów. Nawet kiedy trzeba wejść na pierwsze piętro, a jest winda, to jadę windą. Może dlatego wciąż mam siłę do grania. Ostatnio zaniepokoił mnie Irek Jeleń, który przez ponad pół godziny stał i rozmawiał z kolegą przed wyjazdem na mecz z Portugalią. Z torbą na ramieniu! Musiałem mu w końcu zwrócić uwagę. Mam nadzieję, że nie ten detal zdecydował o nie wykorzystaniu stuprocentowej sytuacji, którą miał w tym meczu. Ale możecie mi wierzyć, że w dzisiejszym futbolu o zwycięstwach decydują detale.</p>
<p><strong>Od małego chciałeś być piłkarzem? </strong></p>
<p>Tylko i wyłącznie. Wystarczyło wejść do mojego pokoju, żeby się o tym przekonać. Na ścianach królował Marco van Basten. Uwielbiałem go. Ale miałem też plakat Tottenhamu. To był jedyny klub, który odpowiedział na moje listy z prośbą o przysłanie jakichkolwiek gadżetów. Jestem stały w uczuciach, dlatego do dziś kibicuję Kogutom.</p>
<p><strong>Uczyłeś się wtedy w technikum budowlano-geodezyjnym.</strong> <strong>Rokowałeś?</strong></p>
<p>Wyróżniałem się tylko ładnym charakterem pisma. Dlatego też zostałem sekretarzem klasy. Po pierwszym roku jednak mnie sczyścili. Co to za sekretarz, którego w kółko nie było! Między 14. a 17. rokiem życia sporo wagarowałem. Mieliśmy z kolegami dostęp do oficjalnych druczków z Jagiellonii, zwalniających z lekcji. Wpisywaliśmy sobie dwa tygodnie wolnego pod tytułem „Wyjazd na zgrupowanie reprezentacji Jagiellonii”. I dwa tygodnie byliśmy out &#8211; „na zgrupowaniu”.</p>
<p><strong>Tak łatwo było to podrobić?</strong></p>
<p>Do naszej klasy chodził syn działacza klubu, który kiedyś podwędził ojcu oryginalną pieczątkę. Naszym zadaniem było tylko podrobienie podpisu. Gdyby dziś zrobił coś takiego mój syn, to byśmy musieli odbyć męską rozmowę.</p>
<p><strong>Jak wspominasz praktyki zawodowe?</strong></p>
<p>Fajnie. Zawsze jak wjeżdżam do Białegostoku, to widzę po prawej stronie ulicę Sikorskiego i podziwiam swoją robotę. Kładliśmy tam w ramach zajęć krawężniki. Godzinami wyrabialiśmy cement, żeby połączyć poszczególne elementy. Wstawialiśmy też słupki odblaskowe na wylotówce z Białegostoku. Spoko robota, tirówek przy drodze jeszcze wówczas nie było, więc nikt nas nie zaczepiał. Zliczałem także samochody, przejeżdżające główną arterią miasta. Kółko, krzyżyk, kwadrat –  autobusy, osobówki i tiry. To była norma na specjalizacji: drogi i mosty kołowe.</p>
<p><strong>Mniej więcej w tym czasie umarł twój tata. Nie doczekał twoich sukcesów.</strong></p>
<p>Niestety. Dziś odczuwam to szczególnie, kiedy patrzę na Fabiana. Na razie mamy ze sobą świetny kontakt &#8211; okres buntu dopiero przed nim. Ja straciłem tatę i nagle musiałem sobie radzić sam. Oczywiście to mama nas wychowywała, ale miała tak dużo spraw na głowie, że wiele obowiązków, łącznie z opieką nad młodszym bratem, spadało na mnie. <strong></strong></p>
<p><strong>Ojciec widział twoje bramki?</strong></p>
<p>Nie był fanem piłki, ale podwoził mnie na treningi. Był taksówkarzem, więc zawsze przywoził mnie do klubu i odbierał. Zacząłem grać w 1984 r., a tata zachorował dwa lata później. Pewnie widział parę moich goli, ale nie miały one znaczenia. Niestety nie doczekał żadnego ważnego trafienia. Mam nadzieję, że tam na górze mają swoją kablówkę.</p>
<p><strong>Twój młodszy brat nie miał smykałki do piłki?</strong></p>
<p>Zupełnie. Prawda jest taka, że nie jesteśmy do siebie podobni. Kiedy ja wsiąkałem w piłkę, on w motoryzację, poprzez cartingi i gokarty. Dziś jest właścicielem komisu samochodowego i dlatego nie kupiłem jeszcze żadnego auta w salonie. Choć korci mnie coraz bardziej.</p>
<p><strong>Zarabiałeś jakieś pieniądze przed zawodową piłką?</strong></p>
<p>Na koloniach zbierałem butelki i sprzedawałem je w skupie. A jak miałem 10 lat, to kolędowałem z kolegami. Chodziliśmy po domach z profesjonalnie zrobioną szopką, śpiewaliśmy, graliśmy na fletach i tańczyliśmy. Były też małe dochody z przemytu (<em>śmiech</em>). Jako zawodnicy Jagiellonii jeździliśmy na zgrupowania do Związku Radzieckiego. Czasem nawet pięć razy w roku. Działacze Jagi mieli „swojego” naczelnika granicy. Kiedy wracaliśmy ze zgrupowania, z dzisiejszej Litwy lub Łotwy, to jakimś cudem celnicy nie dostrzegali motocykla w środku autobusu. <strong></strong></p>
<p><strong>Jak to w środku?</strong></p>
<p>Zwyczajnie, to były przecież inne czasy. Budzimy się rano w dzień wyjazdu i po śniadaniu schodzimy z torbami do autokaru, ale okazuje się, że nie można wrzucić bagaży do luków, bo stoją już tam kanistry pełne benzyny. No to niesiemy torby do środka. A tam w korytarzyku między siedzeniami stoi Jawa. Ale to nie wszystko. Były też dwa rowery i kilka telewizorów.</p>
<p><strong>Podobno woziło się też alkomaty.</strong></p>
<p>Tak, ale w drugą stronę. Alkomaty, gumy Donald i dekatyzowane dżinsy Maviny. W zamian przywoziliśmy inne dobra. Ja zwykle to, co zarobiłem, wydawałem na miejscu. Nie byłem dobry w te klocki. Absolutnym mistrzem za to był kumpel z ataku, Marek Citko. Nie dziwne, że został agentem piłkarskim. My wieźliśmy wiele pierdół, a on tylko jedną dekatyzowaną kurtkę nabijaną znaczkami z Modern Talking albo Europe. Sprzedawał ją na pniu za 300 rubli. My przez kilka kolejnych dni musieliśmy się wozić z alkomatami po 3 ruble od sztuki&#8230;</p>
<p><strong>Czy piłkarze nie zarabiają dziś trochę za dużo?</strong></p>
<p>Nie ważne ile zarobisz, ważne ile wydasz. Tak jest w piłce. Piłkarze dobrze zarabiają, ale też dużo wydają. I niektórzy mają problem z organizacją życia po piłce, bo skarpety nie są wystarczająco pełne.</p>
<p><strong>Ty powoli przygotowujesz się do życia po piłce.</strong> <strong>Jesteśmy pełni podziwu, że zebrałeś się w sobie i w zeszłym roku zdałeś maturę.</strong></p>
<p>Podobno jeden uczeń na czterech nie zdał, więc łatwo nie było. Zrobiłem maturę, żeby móc myśleć o ścieżce trenerskiej, jeśli przyjdzie na to chęć. A kupować dyplomu na bazarze nie chciałem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na poważnie przymierzasz się do trenerki?</strong></p>
<p>Na razie to tylko opcja rezerwowa, bo nie chcę zabierać pracy trenerowi Smudzie (<em>śmiech</em>). Poza tym nie mam ochoty przenosić się z całą rodziną co pół roku do innego miasta, bo taki jest średni czas pracy trenera w naszej ekstraklasie. Tym bardziej, że wkrótce  po raz trzeci zostanę tatusiem.</p>
<p><strong>Gratulujemy! Chłopak czy dziewczyna?</strong></p>
<p>Lekarz twierdzi, że będzie chłopczyk. Szykuje się więc gorący okres. Wszystko po kolei: najpierw medal na Euro, potem poród (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Powiedz nam, czy twój pierworodny &#8211; Fabian będzie bramkarzem?</strong></p>
<p>Próbuje nim być, bo bardzo mu się podobają pady. Wcześniej próbował być jak tata napastnikiem. Na razie ma 11 lat. Być może za parę lat zostanie matematykiem albo muzykiem. Jego wybór.</p>
<p><strong>Co dzisiaj wybiera twoja córka?</strong></p>
<p>Wybiera zwykle to, na co ma ochotę. To silna indywidualistka. Na razie jej największa pasją jest jazda konna, której uczy się od trzeciego roku życia. Każdą wolną chwilę chciałaby spędzać w stajni.</p>
<p><strong>Czy żona interesuje się futbolem?</strong></p>
<p>Liga Mistrzów, czy mecze międzypaństwowe bez udziału Polski jej nie interesują. Te, w których uczestniczę ja, jak najbardziej. Kibicuje z zapałem i &#8211; o ile to możliwe &#8211; na żywo. Zdarza się nawet, że bywa na wyjazdowych meczach.</p>
<p><strong>Chwali cię za dobrą grę?</strong></p>
<p>Nigdy. Przyzwyczaiłem ją do dobrej dyspozycji, więc to dla niej naturalne, że jestem skuteczny. Za urodę zresztą też nie chwali, ale to chyba z innego powodu&#8230;</p>
<p><strong>A wie, na czym polega spalony?</strong></p>
<p><strong></strong>Palca sobie uciąć nie dam, ale przypuszczam, że wie.</p>
<p><strong>Prosimy zatem o twoją definicję spalonego, specjalnie dla czytelniczek. Na Euro 2012 jak znalazł.</strong></p>
<p><strong></strong>W momencie podania piłki zawodnik, do którego jest kierowana, musi znajdować się przed ostatnim graczem drużyny przeciwnej, będącym najbliżej swojego bramkarza. Nie wiem, czy zrozumieją. Sam mam z tym kłopot po takim wyjaśnieniu&#8230; Przydałaby się jeszcze grafika. I Jacek Gmoch (<em>śmiech</em>).<br />
<strong><br />
Co myślisz o projekcie likwidacji spalonego?</strong></p>
<p><strong></strong>Dla mnie bomba. Bez spalonego mógłbym grać do pięćdziesiątki <em>(śmiech</em>). Nikt i nic nie zmuszałoby mnie do biegania od pola karnego do pola karnego. Gra jednak straciłaby sens.</p>
<p><strong>Doświadczyłeś korupcji w polskiej piłce?</strong></p>
<p>Raz złożono mi propozycję remisu w Krakowie. Nam ten mecz nic nie zabierał, natomiast drużynę przeciwną znacznie przybliżał do utrzymania w ekstraklasie. Rozmowa trwała góra minutę i się rozłączyłem. Dzwonił naiwny piłkarz, na polecenie swojego trenera. Mecz wygraliśmy 4-0, prowadząc po 30 minutach 3-0. Mam nadzieję, że nie brałem udziału w drukowanych meczach. W szatniach czasem słyszało się, że ci się dogadali z tymi i wynik będzie taki, a nie inny. Na ogół dwie kolejki przed końcem sezonu. Kiedyś nawet zadzwoniłem do brata i kazałem mu obstawiać trzy mecze w pakiecie, bo słyszałem, jak się skończą. Brat wydał 100 złotych. Tylko jeden wynik się sprawdził. W polskim futbolu jest od groma plotek i nie ma życzliwości.</p>
<p><strong>Grając, nigdy nie myślałeś, że coś jest nie tak z kolegami z boiska?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie, ale parę razy w meczach, w których wylewałem ostatnie poty, sędzia okazał się być opłacony. Nic dziwnego, że nie mogliśmy wygrać. Potem  te mecze „odkryto” w trakcie śledztwa antykorupcyjnego.</p>
<p><strong>Czyli nie masz świadomości, że twoi koledzy mogli podkładać się w meczach, w których grałeś?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mam i nie chcę mieć. Wierzę, że w Wiśle nie było miejsca na takie praktyki. Nikt z nas nie umoczył i dlatego możemy sobie spoglądać w oczy. Gdyby było inaczej, pozostałby nieprzyjemny smrodek. Choćby taki, jaki był w Jagiellonii tuż przed moim wyjazdem do Francji. Niektórzy piłkarze byli opłaceni, ale nie wszyscy o tym wiedzieli. Jaga przegrała, bo kolega specjalnie sfaulował w polu karnym, a bramkarz nawet nie próbował bronić. A potem siedzi się z takimi ludźmi, je się z nimi obiad i rozmawia. O drodze powrotnej do Białegostoku nie wspominając.  Wtedy jednak byłem za młody, a dziś już za stary, żeby komukolwiek coś na ten temat powiedzieć.</p>
<p><strong>To powiedz nam, czy Łukasz Piszczek powinien grać w kadrze.</strong></p>
<p><strong></strong>Ja bym mu wybaczył. Miał problem z etycznym zachowaniem tylko w młodości. Uczestniczył w korupcji jeden raz, był jednym z najmłodszych w grupie, na tak zwanym dorobku. Zgodził się na wszystko, stając przed dylematem młodego, niezbyt wtedy rozgarniętego, człowieka, wchodzącego w dorosłe życie. Też kiedyś miałem taką sytuację. Żadnych list jednak nie podpisałem i głośno oświadczyłem, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Łukasz zrobił inaczej, zrobił jak chciała grupa. Jest ofiarą, która poniosła już karę. Według niektórych niezbyt dotkliwą. Według mnie – odpowiednią do czynu. Umówmy się, takich piłkarzy jest trzystu i nikt nie zwraca na nich uwagi. Czapki im z głów nie spadły. Dlaczego? Bo reprezentacja jest dla nich poza zasięgiem.</p>
<p><strong>Tomasz Hajto – twój trener w Jagiellonii chciałby najwyraźniej, żeby i dla ciebie była poza zasięgiem. Przeszkadza mu, że co jakiś czas opuszczasz klub. Śmiał się ostatnio, że trener Smuda lubi spędzać z tobą wieczory.</strong></p>
<p>Lubi, ale na pewno nie tak, jak ze swoją żoną. Mówiąc serio – trener kadry sam nie ustali składu. Potrzebuje potwierdzenia lub zaprzeczenia swoich ocen. To jest normalne. Pracę dla reprezentacji omówiłem wcześniej z PZPN-em i ze swoim klubem. Trener Hajto ma odmienne zdanie i ja je respektuję. Uważam tylko, że lepiej nie załatwiać tej sprawy przez media. Nie będę z Tomkiem wszczynał konfliktów, bo jak dotąd żyjemy w dobrej komitywie.</p>
<p><strong>Na czym polega praca trenera napastników?</strong></p>
<p>Wbrew temu co się myśli, nie trenuję tylko z Robertem Lewandowskim, Irkiem Jeleniem i Pawłem Brożkiem. Zajmuję się całą ofensywą, czyli także pomocnikami i skrzydłowymi. Jacek Zieliński opiekuje się defensywą, a ja pozostałymi &#8211; oczywiście w pewnych fragmentach treningu.</p>
<p><strong>Wszyscy wiedzą, jakie walory prezentuje Robert Lewandowski. Powiedz nam zatem, jakie ma braki.</strong></p>
<p>Nie powinienem tego mówić, bo sam nigdy mistrzem ambicji nie byłem, ale wydaje mi się, że Robert jest ciut za leniwy. Tak to wygląda podczas treningów kadry. Z drugiej strony na początku kariery ktoś mi powiedział: „Młody, nie angażuj się tak w każdą akcję. Nadmierna ambicja jest gorsza od faszyzmu”. Kto wie? Może gdyby Robert zaczął się spinać i skupiać na codziennej pracy w stu procentach, to wcale nie musiałoby to wyjść mu na dobre? Mógłby zacząć łapać kontuzje i nie osiągnąć tyle, co do tej pory. Ja właśnie tak dorobiłem się urazu. Prawdę mówiąc, widzę w nim siebie sprzed lat i zastanawiam się, czy ten jego naturalny luz nie jest przyczyną tego, że dziś walczy o króla strzelców Bundesligi.</p>
<p><strong>Trochę żałujemy, że na Euro 2012 nie będziesz grającym trenerem.</strong></p>
<p>Nie ukrywam, w kadrze jest kłopot z napastnikami. Nie mamy wystarczającego wyboru. Lewandowski obecnie jest wyśmienity, a tuż za nim plasują się Jeleń, Brożek, Sobiech, którzy niestety w swoich klubach prawie nie podnoszą się z ławki rezerwowych. Młody narybek jest obiecujący, ale to na razie za mało.</p>
<p><strong>Jakbyś wyjaśnił fenomen Smudy?</strong></p>
<p>Podam przykład. Pod koniec treningu przed meczem z Białorusią podczas strzałów świetnie prezentował się Paweł Brożek. Robert Lewandowski strzelał niechlujnie, wyglądał po prostu gorzej. Zgodnie z własnym sumieniem i zdrowym rozsądkiem do pierwszego składu zarekomendowałem Pawła. Co się okazało? Przez 60 minut meczu Brożek tracił piłki, był apatyczny, grał słabo. Kiedy zmienił go Robert, od razu zdobył bramkę. I rozruszał atak. Jako doświadczony piłkarz, ale początkujący trener, nie potrafiłem zadziałać wbrew rozsądkowi i postawić na Lewandowskiego. Tym się różni ode mnie Franciszek Smuda &#8211; ma doświadczenie i nieprawdopodobnego trenerskiego nosa. Słabsza dyspozycja na treningach nie jest dla niego wyznacznikiem potencjału piłkarza w dniu meczu. <strong></strong></p>
<p><strong>Po pięciu latach wróciłeś z Francji do Polski. Niejako na „zamówienie” Smudy.</strong></p>
<p>Sprowadził mnie, bo byłem z tej samej białostockiej ekipy, co Bogusz i Citko. Bogusz zachwalał, że jestem jeszcze lepszy od Marka. Franz powiedział, że musi mnie tylko dotknąć i po pięciu minutach będzie wiedział, czy nadaję się na ekstraklasę. Dotknął i przez siedem lat grałem w Wiśle. Trener Smuda twierdzi, że potrafi ocenić zawodnika po tym, jak wchodzi po schodach. Też bym tak chciał, chociaż wiem, że to żart. Czasami tydzień obserwuję chłopaka na treningach i wciąż nie wiem, czy on da radę.<br />
<strong><br />
Ty na treningach nie należysz do nadgorliwych.</strong></p>
<p>Na początku bardzo się przykładałem. Ale odkąd zaczęły się problemy z kontuzjami, zacząłem trenować na mniej więcej 90 proc. Efekt – przez ostatnie kilka lat nie miałem żadnych urazów. A coraz młodszy nie jestem. To jest zastanawiające. Wielu moich kolegów, sumiennie zapierniczających na treningach, pokończyło już kariery. Zupełnie nie wiem, w czym rzecz.</p>
<p><strong>A może gdybyś trenował na 120 proc., zrobiłbyś wielką karierę za granicą?</strong></p>
<p><strong></strong>Niewykluczone, ale od paru lat miałbym buty przybite na kołku. Mógłbym tylko na nie popatrzeć.</p>
<p><strong>Niebawem będziemy rozmawiać z dwoma piłkarzami, którzy robią kariery na Zachodzie – z Robertem Lewandowskim i Wojtkiem Szczęsnym. Jakie pytania zadałbyś im na naszym miejscu?</strong></p>
<p>Roberta spytałbym, czy zawczasu wpisał sobie w kontrakt premię za tytuł króla strzelców Bundesligi. Bo jak znam życie, to nawet o tym nie pomyślał. A Wojtka, czy gdyby stracił miejsce w pierwszym składzie i pojawiła się oferta Tottenhamu, to pokazałby kozaka i wyszedł wyzwaniu naprzeciw.</p>
<p><strong>A my wyjdziemy? Z grupy?</strong></p>
<p>Wyjdziemy. Po mękach. Nie tylko umiejętności będą się liczyć, ale też kibice i fart. A trener Smuda go ma. Chyba&#8230;</p>
<p><strong>Kto wygra cały turniej?</strong></p>
<p>Obawiam się, że ktoś z grupy śmierci: Portugalia, Holandia, Niemcy.</p>
<p><strong>Dlaczego się obawiasz?</strong></p>
<p>No bo nie my.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/tomasz-frankowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mamed Chalidow</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 30 Dec 2011 10:36:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Chalidow Mamed]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3267</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Bartek Wardziak &#8211; Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA? Będę z wami szczery. Nigdy go nawet nie przeglądałem. Wychodzi na to, że moim pierwszym PLAYBOYEM będzie ten z tym wywiadem. Ale ostrzegam: na sesję mnie nie namówicie! Jestem za bardzo owłosiony&#8230; Może w takim razie mógłbyś [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3279"><img class="alignleft size-full wp-image-3279" title="Mamed-Chalidow" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/12/Mamed-Chalidow.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 12, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Bartek Wardziak</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Będę z wami szczery. Nigdy go nawet nie przeglądałem. Wychodzi na to, że moim pierwszym PLAYBOYEM będzie ten z tym wywiadem. Ale ostrzegam: na sesję mnie nie namówicie! Jestem za bardzo owłosiony&#8230;</p>
<p><strong>Może w takim razie mógłbyś nam polecić kogoś mniej owłosionego?</strong></p>
<p>Ginę Carrano. Byłą mistrzynię federacji Strikeforce, a do tego bardzo ładną kobietę.</p>
<p><strong>Mogłaby być twoją drugą żoną?</strong></p>
<p>Nie ma tematu. Ewa od razu skróciłaby mnie o głowę.</p>
<p><strong>Od ilu lat nie jesteś kawalerem?</strong></p>
<p>Teraz to pojechaliście po całości&#8230; Muszę zadzwonić, żeby nie było plamy. (<em>Dzwoni</em>) „Hej, słuchaj, jest pytanie bardzo ważne&#8230; Jak długo jesteśmy po ślubie? No wiem, że sześć lat, ale tak tylko sprawdzam&#8230; Dobra. Dzięki&#8230; Pa&#8230;”.</p>
<p><strong>Poznaliście się na studiach?</strong></p>
<p>Raczej przy stole bilardowym. O dziwo, nagle bardzo spodobała mi się ta gra i zacząłem grać regularnie.</p>
<p><strong>Ewa była wtedy katoliczką?</strong></p>
<p>Teraz też jest. Nie-muzułmanka może poślubić muzułmanina, zostając przy swojej wierze. Musi tylko pochodzić z Ludu Księgi<em>, </em>czyli być wyznania mojżeszowego lub chrześcijańskiego.</p>
<p><strong>Twój czteroletni syn musi jednak być wychowany w islamie.</strong></p>
<p>Taka jest zasada. Moim obowiązkiem jest tego dopilnować.</p>
<p><strong>Jaka jest jego ulubiona technika?</strong></p>
<p>Najpierw robił balachę na rękę, czyli dźwignię na staw łokciowy. Teraz nauczył się jeszcze gilotyny i mata leo – duszenia zza pleców. W ogóle niezły z niego rozrabiaka. Dobrze, że może upuścić trochę energii na macie, w przeciwnym wypadku rozniósłby dom.</p>
<p><strong>W przedszkolu rozstawia wszystkich po kątach?</strong></p>
<p>Jak wraca, to mówi, że przytula tylko Olę. Romans trwa.</p>
<p><strong>Chciałbyś, żeby poszedł w twoje ślady?</strong></p>
<p>Nie chciałbym schematu – jaki ojciec, taki syn. Wolałbym, żeby Abdul Kerim uniknął losu kolejnych potomków rodziny Gracie, którzy teraz seryjnie zaliczają ciężkie nokauty (<em>rodzina, która rozpropagowała brazylijskie jiu-jitsu. Royce Gracie, na początku lat 90., kiedy MMA kształtowało się jako nowy sport, wygrał 11 z 12 walk, zmuszając przeciwników, często większych od siebie, do poddania. Wielu członków rodziny Gracie walczy do tej pory ze zmiennym szczęściem – przyp. red.</em>). Do uprawiania sportów walki trzeba mieć silne, wewnętrzne przekonanie. To nie może być tylko naśladownictwo. Nie ma po co tracić zdrowia.</p>
<p><strong>Ty najwyraźniej nie chciałeś naśladować dziadka i ojca. Nie zostałeś młynarzem.</strong></p>
<p>Bo dla mnie numerem jeden był zawsze Bruce Lee (<em>śmiech)</em>. Pierwszy młyn dziadek wybudował jeszcze w Kazachstanie. W 1944 r. Stalin wysiedlił około pół miliona Czeczenów i Inguszów, a większość trafiła właśnie do Kazachstanu. Po powrocie dziadek zainwestował w nowy młyn i fabrykę oleju roślinnego na granicy Rosji i Czeczenii. W 1994 r. serce dziadka nie wytrzymało bombardowania naszej rodzinnej wioski. Tata po jego śmierci przejął interes i wybudował kolejny młyn. Czasy świetności tego biznesu dawno już minęły. Dziś jest wielka konkurencja. Ojciec wciąż prowadzi młyn, ale nie przynosi on wysokich dochodów.</p>
<p><strong>Chcesz ściągnąć rodziców do Polski?</strong></p>
<p>Taki mam plan. Kiedyś byli temu przeciwni, ale z upływem czasu chyba przywykli do myśli, żeby mieszkać bliżej mnie. W Czeczenii gospodarczo nie dzieje się za dobrze, nie jest też bezpiecznie. A poza tym panuje tam okropny klimat. Organizm mojej mamy coraz gorzej radzi sobie z letnimi upałami. To nie jest kraj dla starszych ludzi.</p>
<p><strong>W Olsztynie lepiej?</strong></p>
<p>Klimat jest tu fantastyczny. Rodzice jeszcze nie widzieli Polski, ale jestem pewien, że się w niej zakochają, tak jak ja. Tata jest jednak bardzo przywiązany do swojego biznesu i ciężko mu wszystko zostawić.</p>
<p><strong>A mama?</strong></p>
<p>Kiedyś była nauczycielką języka rosyjskiego i literatury rosyjskiej w szkole średniej. Potem urodziliśmy się my i zajęła się domem. Było nas czworo: dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Mój starszy brat niestety utonął, kiedy miał dwa latka. Mamed to imię po nim.</p>
<p><strong>Nie masz brata rodzonego, ale za to wielu braci ciotecznych i stryjecznych.</strong></p>
<p>To kaukaska specjalność. W miarę możliwości trzymamy się razem. Moim kuzynem jest choćby Asłambek Saidow (<em>mieszkający w Polsce zawodnik MMA – przyp. red.</em>). Jego babcia była siostrą mojego dziadka.</p>
<p><strong>W internecie można przeczytać, że to twój brat.</strong></p>
<p>Bo obaj jesteśmy ciemni i owłosieni? (<em>śmiech</em>). Bardzo często biorą go za mnie i na odwrót. Ile ja się autografów narozdawałem za Asłama&#8230; Mam też przyjaciela w Katowicach, którego wszyscy biorą za Chalidowa. Nawet mnie to nie dziwi, bo jesteśmy do siebie bardzo podobni, mimo że nie łączy nas żadne pokrewieństwo. Kumpel w kółko jest chwalony za ostatnie walki, ale nigdy nie zaprzecza i do końca gra Mameda.</p>
<p><strong>Czy siostry z rodzinami też chciałbyś ściągnąć do Polski?</strong></p>
<p>Nie. One mają swoje życie i to całkiem dobre. Jedna mieszka w naszej rodowej wsi Aczhoj-Martan, a druga w Groznym.</p>
<p><strong>Co działo się z twoją rodziną w czasie pierwszej wojny (<em>od 1994 do 1996 roku – przyp. red</em>.)?</strong></p>
<p>Dziadek zdecydował, że kobiety z dziećmi mają uciekać. Wyrwaliśmy się więc z Groznego pod ostrzałem, przekroczyliśmy granicę i zamieszkaliśmy na rosyjskiej wsi. Poza nami było tam kilka czeczeńskich rodzin. Jak przystało na ówczesnych „wrogów”, nie byliśmy lubiani. Kiedy z chłopakami wychodziłem wieczorem, zwykle kończyło się to narodowymi nieporozumieniami. Często zresztą ich powodem były Rosjanki, które tam poznaliśmy. Miałem wtedy 15 lat. Ten okres nie kojarzy mi się zbyt dobrze. Za dużo nieprzyjemności i za dużo bójek. Nie było jednak wyjścia – musiałem się bronić. Nie mogłem przecież odchodzić ze spuszczoną głową. Nie wywoływałem awantur, byłem zawsze tym, którego atakowano. Jak ktoś się napił i zauważył kogoś z Kaukazu, to od razu była lipa. Zwykle tłukłem się z chłopakami o 10 lat starszymi. W ten sposób zdobyłem trochę praktyki. Zawsze jednak to ja byłem górą.</p>
<p><strong>Jak dziś patrzysz na Rosjan?</strong></p>
<p>Z sympatią. Jak na każdego człowieka. Nie jestem do nich źle nastawiony. Szczególnie do tych myślących.</p>
<p><strong>Jesteś zapraszany na antyrosyjskie demonstracje?</strong></p>
<p>Tak, ale ja się w politykę nie mieszam. To niemądre manifestować przeciwko Rosjanom. Trzeba pamiętać, że to nie Rosjanie chcą zająć Czeczenię, tylko rosyjscy politycy, a to duża różnica. Polityka to biznes. Zwykli ludzie nie mają z tym nic wspólnego. Ich się tylko okłamuje. Trzeba być bardzo naiwnym, żeby wierzyć we wszystko, co pokazują w telewizji. Dlatego nie podoba mi się  medialny obraz złego Czeczena &#8211; terrorysty i bandyty. Dopiero w Polsce przekonałem się, że nie wszyscy tak na nas patrzą. Byłem szczerze zdziwiony, że jestem lubiany, wręcz noszony na rękach. Poza tym Polacy ze mną rozmawiali i w kółko o coś się pytali. Nie mogłem wyjść z podziwu. Nie musiałem się napinać. W Polsce po prostu odżyłem.</p>
<p><strong>Jak ty właściwie do nas trafiłeś?</strong></p>
<p>Po pierwszej wojnie czeczeńskiej nie było nawet krzeseł w szkołach. Bieda, zniszczenia, zero warunków do nauki. Prezydentem został wtedy Asłan Maschadow i wszyscy mieli nadzieję na odbudowę kraju. Niektórzy uczniowie byli wysyłani na zagraniczne studia. Chodziło o wykształcenie przyszłej czeczeńskiej elity. Wśród szczęśliwców znalazłem się i ja. Przez kuzyna kuzyna i znajomego znajomego dostałem szansę wyjazdu, a nie każdy ją miał, czego jestem świadomy. Mogłem jechać do Egiptu, Włoch lub Polski. Ta ostatnia była najbliżej, więc wybór był prosty. Zresztą wszystkim kierował ktoś na górze. Wierzę, że co bym nie robił i tak znalazłbym się w Polsce.</p>
<p><strong>Po studiach miałeś wrócić.</strong></p>
<p>Jak najbardziej. Ale znacie historię. Wybuchła druga wojna (<em>w latach 1999 – 2003 – przyp. red.</em>) i wszystko zaczęło się walić. Kraj  znowu został zrujnowany i to jeszcze dotkliwiej. Mimo to, kiedy sytuacja trochę się uspokoiła, tak jak większość moich przyjaciół, chciałem na stałe wrócić do Czeczenii i zamieszkać w Groznym. Pojechałem, pokręciłem się na miejscu dwa miesiące i wróciłem do Olsztyna. Nie mogłem się przestawić, nie mogłem się tam odnaleźć, po prostu za bardzo już się spolszczyłem.</p>
<p><strong>Miałeś być inżynierem?</strong></p>
<p>Tak, bo chciałem studiować na Politechnice. Jednak po oblaniu paru matematycznych testów szybko mi przeszło. Wybrałem Zarządzanie i Administrację. Ale zanim trafiłem na uczelnię do Olsztyna, przez rok we Wrocławiu uczyłem się języka polskiego. Moje pierwsze wrażenie było takie, że mówicie w sposób, w jaki na skali stroi się radio: „Pszsz, tszy, brz&#8230;”. Byłem pewien, że  nie da się tego nauczyć.</p>
<p><strong>Poznałeś wszystkie łamańce językowe?</strong></p>
<p>„Chrząszcz brzmi w trzcinie” wychodzi mi bardzo dobrze. Ale zawsze najgorszy był „stół z powyłamywanymi nogami” (<em>Mamed wypowiedział tę sentencję bez zająknięcia! &#8211; przyp. aut.).</em></p>
<p><strong>Brawo! Według nas język czeczeński jest znacznie trudniejszy.</strong></p>
<p>Jak opanujecie gardłowe głoski, wszystko będzie już tylko prostsze. Mogę was nauczyć „dzień dobry”, „jak się masz” i „do widzenia”.</p>
<p><strong>Możesz próbować, ale na bank nie mamy takich zdolności językowych jak ty.</strong></p>
<p>„Dzień dobry” to DE DIK CHYL, „jak się masz” to MUH WU HO, a „do widzenia” to ADIK JOJL. Prawda, że proste?</p>
<p><strong>Nie będziemy dyskutować z mistrzem&#8230; Po roku wylądowałeś w Olsztynie.</strong></p>
<p>W pięknym Olsztynie. Jak mówimy o tym mieście, to zawsze wcześniej używajmy słowa „piękny” (<em>śmiech</em>). Zacząłem na poważnie studiować, trenować i pracować. Obroniłem pracę magisterską <em>Islam a terror</em>, chcąc odczernić islam i zmazać z niego terrorystyczny stereotyp. Poza tym były boks, zapasy i taekwondo. Raz, dwa razy w tygodniu. Tylko dla siebie. Nie myślałem o żadnych zawodach, a MMA był to sport, który mnie zawsze ciekawił z racji swojej wszechstronności. Pod koniec 2003 r. pojawiła się okazja do trenowania, gdy otworzył się klub MMA Arrachion Olsztyn i najzwyczajniej w świecie z niej skorzystałem. Absolutnie nie miał to być mój sposób na życie.</p>
<p><strong>Z czego wtedy żyłeś?</strong></p>
<p>Finansowo wspierał mnie ojciec. Do tego prawie pięć lat pracowałem na bramce w dyskotece. Pieniądze, które zarabiałem na swoich pierwszych walkach były śmieszne. Ledwo starczało na treningi i odżywki. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że praca na bramce przeszkadza w treningach, bo ciągle byłem niewyspany. Trzeba było podjąć trudną decyzję &#8211; zrezygnowałem z pracy na rzecz sportu. Ewa była wtedy ekspedientką w sklepie z ciuchami i przez ponad rok żyliśmy tylko z jej pensji. Strasznie to przeżywałem, ale Ewa bardzo mnie wspierała. Podobnie jak teściowa, z którą przez jakiś czas mieszkaliśmy. Nie wiem, skąd się wzięły te wszystkie anegdoty o teściowych jędzach. Moja jest super.</p>
<p><strong>Jak dzisiaj oceniasz swoje pierwsze, przegrane walki?</strong></p>
<p>Miałem potworne problemy z wydolnością. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w zawodach sportowych. Inni zawodnicy wywodzili się z zapasów, judo, boksu i mieli w młodości treningi kondycyjne. Ja przez to nie przeszedłem, trenowałem sam dla siebie, a mój organizm był kompletnie nieprzygotowany do takiego wysiłku. Potem było już coraz lepiej, ale pierwsze pięć lat zawodowych treningów pod kątem budowania wytrzymałości było katorgą. Na szczęście teraz nie mam problemów z wydolnością.</p>
<p><strong>Twoja najdłuższa walka to pięć rund z Jorge Santiago (<em>o pas mistrzowski federacji Sengoku w wadze średniej. Mamed wcześniej pokonał Santiago w walce nie o pas. W rewanżu sędziowie orzekli porażkę Chalidowa na punkty – przyp. red.</em>). I niestety w jej trakcie było po tobie widać problemy wydolnościowe.</strong></p>
<p>Złożyło się na nie wiele czynników. Japończycy wykupili nam bilety lotnicze tak, że przylecieliśmy trzy dni przed walką. To stanowczo za mało na aklimatyzację w innej strefie czasowej. Do tego razem z moim sztabem popełniliśmy błąd w treningach i byłem ewidentnie przemęczony. A w nocy, przed samą walką, udało mi się przespać tylko dwie godziny. Wychodząc na ring czułem, że nie jestem sobą. Nie miałem swojego zrywu. Przewalczyłem pięć rund tylko po to, żeby przetrwać.</p>
<p><strong>Mimo to uważamy, jak wielu fachowców, że wygrałeś, a już na pewno zremisowałeś.</strong></p>
<p>Zostawmy to. Marzę o trzeciej walce z Santiago, żeby wyrównać rachunki.</p>
<p><strong>Teraz, kiedy wyleciał z UFC (<em>Ultimate Fighting Championship – amerykańska organizacja MMA, największa i najlepsza na świecie – przyp. red.), </em>masz szansę. Bo ty r<em>acz</em>ej nie planujesz swojej kariery za oceanem. Dlaczego?</strong></p>
<p>Odpowiem pytaniem na pytanie: a dlaczego nie budować czegoś pozytywnego w Polsce? Dlaczego nie poświęcić się dalszemu rozwojowi MMA tutaj? Oczywiście nie ukrywam, że chciałbym kiedyś sprawdzić się w UFC, by zobaczyć, na ile mnie stać. Ale wiąże się to z koniecznością zrezygnowania ze wszystkich innych organizacji. A mi zależy na tym, żeby walczyć w Polsce. Czy to źle? Uważam, że warto budować silną organizację MMA właśnie tutaj. Zwróćcie uwagę, że już teraz KSW (<em>Konfrontacja Sztuk Walki, największa polska organizacja MMA – przyp. red</em>.) ma najlepiej organizowane gale w całej Europie. Na Ameryce świat się nie kończy.</p>
<p><strong>Racja. Ale twoim problemem w naszym kraju jest brak przeciwników z najwyższej półki.</strong></p>
<p>Wcale tak nie uważam. Są dobrzy zawodnicy w Europie i za oceanem, którzy mogą przyjeżdżać do Polski. Sporo dobrego dzieje się u nas wokół tego sportu. Moim zdaniem warto poświęcić się rozwojowi nowej dyscypliny w Polsce, a nie szukać szczęścia w Ameryce.</p>
<p><strong>Mariusz Pudzianowski szukał i dostał ostre baty (<em>najsilniejszy człowiek świata przegrał w słabym stylu swoją pierwszą walkę za oceanem – przyp. red.).</em></strong></p>
<p>Możemy ominąć temat Mariusza?</p>
<p><strong>Nie możemy. Kiedyś powiedziałeś, że gdyby padła propozycja, to mimo dużej różnicy wagowej, zgodziłbyś się na walkę z Pudzianem.</strong></p>
<p>Pytanie dziennikarza o walkę z Mariuszem było może i na serio, ale ja odpowiedziałem w formie żartu. Słów jednak nie zmieniam, bo nie boję się walczyć z nikim. Ale oczywiście nie ma po co ryzykować zdrowiem. Zawodników, którzy ważą ponad 100 kilogramów raczej wolałbym unikać. Przy tak dużej różnicy wagowej łatwo o kontuzję. Mógłbym z Mariuszem wygrać, ale krzywdy bym mu nie zrobił. On też mógłby wygrać, ale konsekwencje dla mnie mogłyby być przykre.</p>
<p><strong>Biłeś się kiedyś z zawodnikiem nasmarowanym wazeliną?</strong></p>
<p>Ale gdzie nasmarowanym? (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wszędzie, ale nie tam, gdzie myślisz.</strong></p>
<p>Biłem się. Facet twierdził później, że to nieprawda, ale ja wiem swoje. To bardzo niesportowe zachowanie, bo jak gość nasmaruje się czymś śliskim, to nie sposób skutecznie założyć mu  dźwigni. Sędziowie powinni sprawdzać takie rzeczy. Na szczęście, od kiedy walczę w KSW, takich wtop już nie ma.</p>
<p><strong>Jak oceniasz walkę na zasadach MMA dwóch naszych mistrzów olimpijskich: Pawła Nastuli i Andrzeja Wrońskiego <em>(ten drugi przegrał przez nokaut – przyp. red.).</em></strong></p>
<p>Co tu oceniać? Sami widzieliście. Dla mnie Paweł Nastula to najlepszy polski zawodnik wagi ciężkiej. W swoich pierwszych pojedynkach w japońskiej organizacji PRIDE walczył z najlepszymi na świecie, z prawdziwymi legendami tego sportu. Co prawda przegrywał, ale po bardzo ciężkich i bardzo dobrych walkach. Trzeba to docenić. Żałuję tylko, że od dłuższego czasu Paweł nie mierzy się z zawodnikami na wysokim poziomie. Zasługuje na dużo więcej niż małe, marginalne gale, których nie transmituje telewizja. Według mnie Nastula powinien być największą gwiazdą MMA w Polsce. Andrzej Wroński natomiast jest znakomitym sportowcem i zapaśnikiem największego kalibru, ale trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że z Nastulą, który od lat jest w ciągłym treningu MMA, nie miał szans.</p>
<p><strong>Czy twój pseudonim „Kanibal” to ksywka z kluczem?</strong></p>
<p>Uspokójcie się. To był pomysł Amerykanów. Walczyłem tam raz i taki był wymóg. Musiałem mieć jakiś pseudonim. Na siłę przykleili do mnie tego nieszczęsnego „Kanibala”. Nie brzmi to za dobrze. Staram się omijać temat tego przydomka.</p>
<p><strong>Czujesz czasami, że masz niebezpieczne narzędzie w rękach?</strong></p>
<p>Staram się unikać sytuacji, w których konieczne byłoby użycie pięści. Ale, jak w życiu każdego mężczyzny, zdarzało się. Często biłem się, bo nie miałem innego wyjścia. Najwięcej w Rosji, o czym już mówiłem. Ale i w Polsce, szczególnie na początku mojego pobytu, było kilka takich sytuacji. Wyglądałem na małego, chudego i łatwego do okradzenia. Uciekać nie potrafię, więc co miałem robić? Na szczęście nikomu wielka krzywda się nie stała.</p>
<p><strong>Kiedy skończyły się te problemy?</strong></p>
<p>Gdy stałem się rozpoznawalny. Poza tym nie jestem już młodym studentem. Wiadomo, że wtedy człowiek jest bardziej narażony na takie sytuacje. Teraz nikt mnie nie zaczepia. A gdyby nawet, to chyba&#8230; dałbym się pobić (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Stojąc na bramce, często interweniowałeś?</strong></p>
<p>Bardzo rzadko, bo Olsztyn to małe miasto. Wszyscy się tu znają. Jeśli ktoś dymił, zwykle był to przyjezdny.</p>
<p><strong>A znasz takich, którzy dziś chwalą się, że Mamed wybił im zęby?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) Może tacy są, ale nigdy o nich nie słyszałem.</p>
<p><strong>W walce przeciwnik nigdy nie wyłączył ci światła. A poza ringiem?</strong></p>
<p>Tylko raz. Właśnie tam, na bramce, znokautowała mnie&#8230; woda gazowana. Wypiłem małą butelkę i zemdlałem.</p>
<p><strong>Od wody?</strong></p>
<p>Tak. Kelnerka przyniosła mi wodę z gazem, bo innej nie było. A nigdy wcześniej nie piłem gazowanej. Byłem cholernie spragniony. Wychyliłem na raz, dostałem czkawki, zabrakło mi powietrza i padłem. Walnąłem głową w ścianę. To mój jedyny raz, kiedy urwał mi się film.</p>
<p><strong>Nigdy się nie upiłeś?</strong></p>
<p>Nigdy. Uważam, że to bardzo zdrowe.</p>
<p><strong>Ale nie uwierzymy, że na studiach nie imprezowałeś.</strong></p>
<p>Życie studenckie wspominam fantastycznie, ale jako muzułmanin trzymałem się z daleka od alkoholu. Owszem imprezowałem z innymi studentami, tyle że bez picia. Szczerze mówiąc długo wydawało mi się, że totalne jazdy alkoholowe odchodzą tylko na rosyjskich wsiach. A tu pijany cały akademik!</p>
<p><strong>Dostałeś już propozycję z Tańca z gwiazdami?</strong></p>
<p>A dlaczego miałbym dostać? Nie sądzę, żebym kiedykolwiek musiał coś takiego rozważać.</p>
<p><strong>A my przeciwnie. Widzieliśmy twój taniec na YouTubie&#8230;</strong></p>
<p>O nie! (<em>Wybuch śmiechu</em>). Ten filmik mnie prześladuje. Wszyscy się nabijają.</p>
<p><strong>Jakoś nas to nie dziwi.</strong></p>
<p>Chcecie dostać po frontkicku?</p>
<p><strong>A umiesz?</strong></p>
<p>Zaraz się przekonacie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tomasz Gollob</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/tomasz-gollob/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/tomasz-gollob/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 24 Dec 2010 09:00:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Gollob Tomasz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2993</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke &#8211; Dzisiaj jesteś „Chudym”. W dzieciństwie byłeś „Baryłą”. Dlaczego? Cha, cha, cha. Skąd wy o tym wiecie? To prawda. Byłem bardzo ciemnym grubaskiem. Ciężko w to uwierzyć, ale na głowie rosły mi kiedyś gęste, czarne włosy. A tak w ogóle to miałem być dziewczynką. Nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/12/Tomasz-Gollob.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-3005" title="Tomasz-Gollob" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/12/Tomasz-Gollob.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 12, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Dzisiaj jesteś „Chudym”. W dzieciństwie byłeś „Baryłą”. Dlaczego?</strong></p>
<p>Cha, cha, cha. Skąd wy o tym wiecie? To prawda. Byłem bardzo ciemnym grubaskiem. Ciężko w to uwierzyć, ale na głowie rosły mi kiedyś gęste, czarne włosy. A tak w ogóle to miałem być dziewczynką. Nie wyszło, ale byłem taki piękny i długorzęsy, że i tak wszyscy myśleli, że nią jestem. Przez całe moje życie ludzie nazywali mnie bardzo różnie: „Chudy”, „Szybki”, „Diament”, „Brylant”…</p>
<p><strong>Ale po „Baryle” byłeś „Diabłem”.</strong></p>
<p>Bo miałem szalone pomysły i ciężko mnie było upilnować. Pakowałem się w najróżniejsze kłopoty. Na przykład potrafiłem wpaść rowerem pod autobus. Były też inne sytuacje, z których cudem uchodziłem z życiem.</p>
<p><strong>Może jak kot &#8211; masz siedem żyć?</strong></p>
<p>Trzy albo cztery już wykorzystałem.</p>
<p><strong>Który wypadek był najgorszy?</strong></p>
<p>Ten lotniczy, trzy lata temu, kiedy rozbiła się nasza awionetka. Pilotował ojciec, a na pokładzie było nas czterech. Zbiegło się tam kilka spraw. Pogoda, wiatr, za krótki pas do lądowania oraz drzewa, których nie powinno być w takiej odległości od lotniska. Grunt, że ojciec zdołał nas uratować. Dla mnie jest pilotem wszech czasów: nie spanikował i tak położył samolot, że wszyscy przeżyliśmy. Innym razem, pod Pniewami, w moje auto uderzył facet, który wyjechał z podporządkowanej. Każdy z nas miał sto na liczniku. Przeżyliśmy obaj, mimo że z samochodów nie zostało nic. Do dzisiaj podobno tamto miejsce nazywają skrzyżowaniem Golloba (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Oglądałeś swój wypadek sprzed 11 lat na torze we Wrocławiu?</strong></p>
<p>Straciłem tam kawałek palca i tytuł mistrza świata. Ale nie interesuje mnie to. Było, minęło. Wolę patrzeć przed siebie. Interesuje mnie tylko przyszłość. Zwróćcie uwagę na Roberta Kubicę. On też nie rozpamiętywał swojego wypadku w Kanadzie. Po roku tam wrócił i wygrał.</p>
<p><strong>Znacie się?</strong></p>
<p>Trochę. Bardzo mu kibicuję. Szkoda, że w jego dyscyplinie o wynikach decydują głównie komputery. Choćbyś nie wiem jak był dobry, to bez najlepszego samochodu nie wygrasz sezonu.</p>
<p><strong>Pamiętasz swój pierwszy motocykl?</strong></p>
<p>Najpierw poznawałem sportowe motocykle, które tata naprawiał w swoim warsztacie. Dopiero, gdy miałem 5, góra 6 lat dostałem motorynkę. Była dla mnie trochę za ciężka, więc się męczyłem, ale w końcu się przyzwyczaiłem. Pierwsze przejażdżki motorynką były po lasku obok domu. Jak miałem 7 lat jeździłem już na CZ-250 cross, na którym nogami sięgałem tylko do stópek. Puszczali mnie i jeździłem, a jak chciałem stanąć, to musieli mnie łapać „w locie”. Poza tym wszyscy oczywiście łapali się za głowy.</p>
<p><strong>Ale wtedy tobie nie tylko motocykle były w głowie.</strong></p>
<p>Chodziłem do szkoły sportowej, dodatkowo do klasy pływackiej. Codziennie o 6 rano byłem prowadzany na pływalnię. Bardzo mi się to nie podobało. Nie rozumiałem, dlaczego tak rano trzeba wstawać, żeby popływać. W końcu się zbuntowałem i rodzice przenieśli mnie do innej klasy. Zacząłem trenować łyżwiarstwo figurowe. Ale zamiast uczyć się aksli i innych piruetów, szusowałem pod bandą jak hokeista. Zresztą bardzo lubiłem grać w hokeja. Poza tym jeździłem na nartach, grałem w siatkę, kosza, tenisa. Na większość treningów dojeżdżałem oczywiście na rowerze albo cztery przystanki biegłem za autobusem, co sprawiało mi wielką przyjemność. Gdy pojawiałem się na treningu, wszyscy się rozgrzewali. Ja nie musiałem, bo już byłem rozgrzany. Wpadłem na ten pomysł, bo chciałem mieć lepszą kondycję od całej reszty chłopaków.</p>
<p><strong>Co na to kumple?</strong></p>
<p>Dziwili się i patrzyli na mnie jak na dziwoląga. Tym bardziej, że twierdziłem, że będę gwiazdą, a oni „tylko” normalnymi ludźmi. Dzięki temu nie miałem zbyt wielu przyjaciół. Na ogół otaczały mnie koleżanki. Chłopaki zazdrościli i nie rozumieli tego, że jestem „inny”. Oni szli na dyskotekę, a ja na trening. Pytali, dlaczego nie interesuje mnie zabawa. Zawsze odpowiadałem, że interesuje mnie tylko sport i że chcę być wielkim sportowcem. Myślę, że moje marzenie zostało spełnione, a oni zostali w tej zabawie do dzisiaj. Czyli wygrałem. Jestem z bydgoskiego Londynka – bardzo trudnej, poniemieckiej dzielnicy, jednej z dwóch najgorszych w tym mieście. Przynajmniej w moich młodzieńczych latach. Dziś jest tam znacznie milej. Wtedy było ciemno, często bez prądu, a do tego niebezpiecznie. Ciężko było tam przejść przez ulicę bez zaczepki. Ale na podwórku była najlepsza zabawa pod słońcem.</p>
<p><strong>Jako piłkarz szybko przeszedłeś na zawodowstwo.</strong></p>
<p>No tak, w Polonii Bydgoszcz przez sześć lat. Grałem na lewym ataku, w bramce lub jako rozgrywający. Nawet dwa razy byłem królem strzelców. Mój trener mawiał, że nie jestem normalnym piłkarzem, że mam w sobie coś ponadprzeciętnego&#8230; Gdybym mógł zawrócić czas lub gdybym miał drugie życie, na pewno zostałbym piłkarzem. Szkoda, że nie można zawodowo grać w piłkę po sześćdziesiątce (<em>śmiech</em>). Myślę, że strzelając bramki, spełniłbym się jeszcze bardziej. Byłem typem zawodnika, którego piłka szukała w polu karnym. Gole przychodziły mi bardzo łatwo. Miałem z sobą prosty układ: jak mi nie wyjdzie w motocyklach, wracam do piłki.</p>
<p><strong>Będąc z Bydgoszczy, na pewno chciałeś być Bońkiem.</strong></p>
<p>Oczywiście, że tak. A po Mundialu w 1982 roku wręcz oszalałem. On i Fibak byli dla mnie największymi sportowcami. Nad łóżkiem wisiały też plakaty Maksa Biaggiego (<em>włoski motocyklista &#8211; przyp. red</em>.) i Pelego.</p>
<p><strong>Ale najważniejszy i tak był ojciec.</strong></p>
<p>Miał twardą rękę. I dzięki temu ja jestem dziś twardy. Zawsze wiedział, że moje i Jacka (<em>brat Tomasza, żużlowiec, dwukrotny mistrz Polski – przyp. red.</em>) treningi muszą być trudne. Łatwe są tylko zawody, ale treningi muszą być przynajmniej trzy razy trudniejsze. Jak była zła pogoda, kazał nam trenować. Jak świeciło słońce, nie wsiadaliśmy na motocykle, tylko chodziliśmy się kąpać. Niektórzy nazywali go „katem swoich dzieci” albo „człowiekiem bez serca”. Dziś wiem, że to jedyna metoda. Innej nie ma.</p>
<p><strong>Dlaczego Jacek nie osiągnął tak spektakularnych sukcesów jak ty?</strong></p>
<p>Sprawa jest prosta. Ja zawsze chciałem bardzo. A Jacek tylko chciał.</p>
<p><strong>Buntowaliście się przeciwko ojcu?</strong></p>
<p>Tylko wtedy, kiedy czegoś nie rozumieliśmy. Ojciec zawsze miał rację, wszystko było zaplanowane i przemyślane. Zawsze robił rzeczy uzasadnione i miał sposoby na nasze rogi. Na przykład, kiedy za bardzo kłóciliśmy się z Jackiem  w czasie treningu crossowego, kazał nam wykręcić świece z motorów oraz stopki do zmiany biegów i powiedział: „Widzę, że macie za dużo energii. Proponuję po jednym kółeczku”. Pchaliśmy maszyny po kolana w błocie, płacząc… Gdy skończyliśmy okrążenie, ojciec zapytał się, czy coś zrozumieliśmy i czy mamy może chęć na kolejne pogadanki. Jakoś nie mieliśmy. Zrozumieliśmy natomiast, że energię trzeba wkładać w sport, a nie w głupawe awantury. Ta kara w rzeczywistości była dla nas wynagrodzeniem.</p>
<p><strong>Klapsy się zdarzały?</strong></p>
<p>Ojciec wszystko załatwiał słowami, perswadował. Nigdy nie puszczały mu nerwy, był opanowany do samego końca. Zawsze twierdził, że jak będziemy postępować tak, jak on mówi, to wyniki same przyjdą. Miał rację. Jak zawsze.</p>
<p><strong>Ale dziś już chyba nie musisz polegać tylko na słowach taty.</strong></p>
<p>Nie, z racji wieku. Dziś po prostu myślę kategoriami ojca. Mogę się go poradzić, ale decyzję podejmuję ja, bo jestem dorosły. Wtedy nie byłem i to ojciec podejmował za mnie decyzje. Nauczył mnie pewności siebie, bezkompromisowości, konsekwencji i sportowej charyzmy. Poza tym zawsze powtarzał, żeby nie oszukiwać: „Tomku, jak raz oszukasz, skreślam cię z rodziny”.</p>
<p><strong>W młodości bardzo wyraźnie było widać twoją pewność siebie. Czasami nawet za bardzo. Bywałeś raptusem wobec innych żużlowców. Dziś emanuje z ciebie spokój.</strong></p>
<p>Byłem uważany za szaleńca, ale każdy młodziak ma za dużo temperamentu. Każdy musi się wyszumieć. Sport nauczył mnie pokory i sprowadził na ziemię. Różne awantury, wypadki – to wszystko okazało się najlepszym lekarstwem na moje młodzieńcze zapędy. Życie mnie wyhamowało. Wyciągnąłem wnioski i dzisiaj jestem tu, gdzie jestem. A wobec młodszych kolegów staram się być wyrozumiały, bo wiem, że sam tak się kiedyś zachowywałem. Nienawidziłem przegrywać. Byłem nadambitny. Ale to dobrze, takie są prawa młodości.</p>
<p><strong>Trenowałeś, ale chodziłeś do liceum i zawodówki.</strong></p>
<p>To znowu były pomysły taty, który chciał, żebym był prawnikiem, lekarzem albo badylarzem z własną szklarnią – stąd pomysł na ogrodniczą zawodówkę. Czas szkolny był dla mnie bardzo trudny. Wtedy nauczyciele na sportowców nie patrzyli przychylnie. „Docenieniem” moich wysiłków i wyników było na przykład pięć dwój na świadectwie. To zabawne, bo w jednej ze szkół mam dziś swoją honorową gablotę&#8230; Ale nie zamierzam tu nikogo oskarżać. Nie mam żalu. Po jakimś czasie udało mi się wytłumaczyć ojcu, że jedyną rzeczą, którą chciałbym w życiu robić jest sport. Zresztą nie znam dzisiaj żadnego żużlowca-prawnika. Ojciec jednak tak naprawdę nigdy sobie tego nie odpuścił. Nawet teraz od czasu do czasu wraca delikatnie do tematu edukacji (<em>śmiech)</em>. A ponieważ tata zawsze ma rację i ja o tym myślę coraz poważniej. Jest czas na sport, będzie i na naukę. Braciom już się udało – są po studiach zaocznych. Ja będę następny.</p>
<p><strong>Zarobiłeś kiedyś pieniądze nie przy żużlu?</strong></p>
<p>Jak byłem mały, to pracowałem dla taty. Na przykład zbierałem porzeczki i przekopywałem ogród. W ten sposób zarabiałem na przykład na stół do ping-ponga. W wieku 18 lat sprowadziłem kilka samochodów z Niemiec. Potem miałem jeszcze parę biznesów. Wszystko, co zarobiłem, wsadzałem w silniki i motory. Podobnie robił mój ojciec – sprzedał firmę i praktycznie wszystkie pieniądze zainwestował w nas.</p>
<p><strong>Pamiętasz swój pierwszy wywiad?</strong></p>
<p>Chciałbym go przeczytać! Nie wiem, dla kogo on był i o czym w nim mówiłem. To było ze 25, 30 lat temu. Początki w mediach na pewno były trudne. Wtedy głównie marzyłem i chciałem czegoś dokonać, co na pewno przekładało się na nieskładność moich wypowiedzi. Bardziej chciałem coś powiedzieć niż potrafiłem to robić.</p>
<p><strong>W razie czego, pomagał tata.</strong></p>
<p>Był takim zderzakiem, który brał wszystko na siebie, chroniąc mnie i brata przed złem tego świata (<em>śmiech).</em> Robił to chyba dobrze, skoro dziś jest tak, jak jest. Zresztą kiedyś można było próbować sterować różnymi doniesieniami prasowymi. Dziś jest to nie do zrobienia. Jeżeli ktoś w mediach coś celowo wymyśli, skłamie albo popsuje, nie można w żaden sposób tego naprawić.</p>
<p><strong>Zaczynałeś od crossu i wyścigów. Co przeważyło, że przesiadłeś się na motocykl żużlowy?</strong></p>
<p>Przypadek i to, że razem z bratem osiągnęliśmy już wszystko w tamtych dziedzinach. Pamiętam, że kiedyś dostaliśmy zaproszenie na tor żużlowy. Żeby przyjechać i spróbować. Ojciec długo się zastanawiał, czy nam żużel w ogóle pokazywać. Być może chodziło o to, żeby nie przypominać mi traumy z wypadku Jerzego Kowalskiego&#8230;</p>
<p><strong>Wtedy widziałeś żużel po raz pierwszy. Ojciec zaprowadził cię na trening, a zawodnik zginął na twoich oczach.</strong></p>
<p>Umarł w szpitalu. Wypadek był makabryczny. Ojciec natychmiast, bez słowa, zabrał mnie do domu. Potem nikt o żużlu nie mówił, a mnie kompletnie to nie interesowało. Strasznie się tylko dziwiłem, że w sobotę i niedzielę cała Bydgoszcz jest jakaś pusta… Gdy po raz pierwszy pojawiłem się na stadionie, byłem bardzo rozczarowany. Oglądałem same upadki i nie wiedziałem, czym ci wszyscy ludzie tak się ekscytują. W każdym razie, kiedy dostaliśmy propozycję, ojciec zdecydował, że pojedziemy i zobaczymy.</p>
<p><strong>Już po pierwszej jeździe wiedziałeś, że to jest to?</strong></p>
<p>Od razu. Do dziś pamiętam tamten dzień. Mieliśmy pecha, bo zaczął padać deszcz. Tor Polonii zrobił się za trudny. Ojciec porozmawiał z trenerem i oznajmił nam, że wracamy. Wtedy powiedziałem, że jeśli dzisiaj stąd odjedziemy, to już nigdy nie wrócimy. Albo teraz, albo nigdy. W treningach crossowych deszcz przecież nam nie przeszkadzał! Uparłem się na całego. Wreszcie otworzyli nam tor…</p>
<p><strong>Ile wywrotek zaliczyliście?</strong></p>
<p>Ani jednej. Od razu weszliśmy w ślizg i&#8230; lufa. To była ogromna frajda, jeden wielki żywioł. Lepszego początku być nie mogło. Jeszcze przez rok jeździłem w crossie, w wyścigach drogowych i trenowałem piłkę. W końcu ojciec wziął mnie na poważną rozmowę i powiedział, że tak się dłużej nie da, że muszę coś wybrać.</p>
<p><strong>Trudno było?</strong></p>
<p>Nie. Żużel wygrał jako najbardziej emocjonujący. Zresztą zwróćcie uwagę, że kibice żużla są o wiele spokojniejsi od kibiców piłkarskich. Mimo, że przecież to często ci sami ludzie. W żużlu jest jednak tak wiele emocji, tyle adrenaliny, dzieje się tak dużo i tak szybko, że rozróby stadionowe nikogo już nie interesują.</p>
<p><strong>A wyścigi kobiet na żużlu są interesujące?</strong></p>
<p>Traktuję je tylko w kategoriach rozrywkowych. Inaczej nie można. Kobiety są delikatne. To nie jest dyscyplina dla nich. Nie wyobrażam sobie, żeby na torze brały się na łokcie.</p>
<p><strong>Jakie są więc kibicki żużla? Masz swoje damskie fankluby?</strong></p>
<p>Nic z tych rzeczy. Ale bardzo podoba mi się, jak na czołach, policzkach i innych częściach ciała wypisują sobie &#8211; „Gollob”.</p>
<p><strong>Na jakiej, „innej części ciała” składałeś autograf?</strong></p>
<p>Od jednej dziewczyny usłyszałem: „gdziekolwiek” (<em>śmiech</em>). Podpisałem się więc w&#8230; bardzo przyjemnym miejscu.</p>
<p><strong>Podrywałeś kiedyś na motocykl?</strong></p>
<p>Nie musiałem, bo szybko miałem wyniki. Ale raz, dawno dawno temu, poderwałem dziewczynę na torze. Nie podjechałem do taśmy startowej, tylko do bandy i spytałem ją, jak ma na imię i czy chciałaby się ze mną umówić. Oczywiście w ryku silników nikt poza nami tego nie słyszał. Wszyscy zastanawiali się, co ten Gollob wyprawia. Później jak pytali, odpowiadałem, że zwróciłem jej uwagę, bo za blisko stała (<em>śmiech</em>). Fajna dziewczyna. Nie dość, że modelka, to jeszcze zawodowa koszykarka.</p>
<p><strong>To świetny moment, żeby spytać cię o typy na naszą rozkładówkę.</strong></p>
<p>Nigdy się nad tym nie zastanawiałem&#8230; Może wszystkie złote medalistki świata. Sportsmenki często są bardzo piękne.</p>
<p><strong>Z czym kojarzy ci się PLAYBOY?</strong></p>
<p>Z zakazanymi zdjęciami i ze stacjami benzynowymi. Właśnie tam zobaczyłem PLAYBOYA po raz pierwszy. Na Zachodzie. Poza tym zawsze będziecie kojarzyć się z odważniejszym, wyzywającym spojrzeniem na świat, z seksem i z dobrze rozumianą, kolorową arogancją.</p>
<p><strong>Mamy nadzieję, że pytanie o twoją wagę nie jest aroganckie.</strong></p>
<p>Nie, choć jest ona półśmieszna: 60-62 kilogramy. Ale znam żużlowców ważących tyle, ile modelki na wybiegach: 53-55 kilo. Nie mogę rozbudować swojego ciała, bo będę za ciężki, a ciężkich żużlowców motory zwyczajnie nie lubią.</p>
<p><strong>A wysokich?</strong></p>
<p>Jest im wszystko jedno (<em>śmiech</em>). Tylko waga ma znaczenie. Ja ze swoją nie mam problemów. Mogę jeść, ile chcę, a i tak genetyka działa. Niektórzy w tym temacie mają znacznie gorzej i muszą uważać.</p>
<p><strong>Masz posturę światowej klasy skoczka narciarskiego.</strong></p>
<p>Dobrze trafiliście. Dziesięć lat temu chciałem na serio spróbować swoich sił jako skoczek. Wszystko poukładałem sobie w głowie, miałem przemyślany cały plan treningowy. Tłumaczono mi, że jestem za stary i może to być niebezpieczne. A ja nie rozumiem słowa „stary”. Dla mnie stary człowiek, to człowiek po osiemdziesiątce. W końcu jednak poszedłem po rozum do głowy i zrezygnowałem z tego pomysłu. Może to i dobrze, bo nie lubię zimna.</p>
<p><strong>Nie myślałeś nigdy o ściganiu się samochodami?</strong></p>
<p>Nie ciągnie mnie w tym kierunku. Może kiedyś, żeby zobaczyć, jak to jest podczas wyścigu. Bo jeśli chodzi o samą prędkość, to jestem z nią obyty. Najszybciej jechałem 290 km/h. I to jest jeszcze w porządku. Po przekroczeniu 300 km/h droga zmienia się w nitkę. Przestajesz kontrolować rzeczywistość. Generalnie jak byłem młodszy, jeździłem zdecydowanie szybciej.</p>
<p><strong>Niektórzy znajomi mówią o tobie: „Czarna owca na starość siwieje”.</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Coś w tym jest. Naprawdę uspokoiłem się z wiekiem. Co nie znaczy, że odpuszczam na torze. Ryzykuję tak samo, ale doświadczenia mam na tyle dużo, żeby to ryzyko skutecznie minimalizować. Natomiast samochodem faktycznie jeżdżę dużo bezpieczniej niż kiedyś.</p>
<p><strong>Często łapie cię policja?</strong></p>
<p>Staram się jeździć zgodnie z przepisami, ale jest ciężko. Dlatego mandaty odbieram z uśmiechem. Kiedy mnie zatrzymuje policja, to autentycznie się cieszę. Przecież oni są po to, żebyśmy się nie pozabijali. Jeśli przewinię, to grzecznie płacę i przepraszam.</p>
<p><strong>Nadal masz rejestrację składającą się z samych jedynek?</strong></p>
<p>Nie, bo przysporzyło mi to wielu kłopotów. Któregoś razu zatrzymała mnie policja i od razu na maskę. Okazało się, że tego samego dnia zobaczyli na ulicach Bydgoszczy trzy różne samochody na tych samych numerach. „Czyje są te samochody? Dlaczego mają jedną rejestrację?”. Powtarzałem, że się pomylili, ale nie chcieli słuchać. Mnóstwo czasu zajęło mi wyjaśnianie, że rejestracje różnią się tylko literami. Jedna była BCA, druga BDV, a trzecia bodajże BCO. W Szwecji też zatrzymała mnie policja i to z antyterrorystyczną brygadą. Parę godzin trwało wyjaśnianie, że moje tablice nie są przestrzelone &#8211; mają w sobie kilka dziur, bo tę samą rejestrację przekładałem do kolejnych moich samochodów. Nie mogli uwierzyć, że w Polsce było to dozwolone. Po tych dwóch przygodach odpuściłem sobie na dobre.</p>
<p><strong>No właśnie. Występujesz jednocześnie w dwóch ligach: polskiej i szwedzkiej. Co ze Szwecji chciałbyś przenieść do Polski i odwrotnie?</strong></p>
<p>Ich spokój nam, a naszą energię im (<em>śmiech</em>). Tam się nikt nie spieszy i każdy jest zadowolony. Nie ważne, ile ma pieniędzy. Lubię szwedzkie nastawienie do życia.</p>
<p><strong>Wojsko też lubiłeś?</strong></p>
<p>Nie narzekam. To była szkoła życia. Dzisiaj miło to wspominam. Musiałem wstąpić do armii na ochotnika, żeby w 1989 roku jeździć w Wybrzeżu Gdańsk. Umowa była taka, że idę na tydzień, a potem zostaję oddelegowany do sportu. Stało się jednak tak, że w koszarach zostałem cztery miesiące. Przeżyłem regularną falę. Plus niedojadanie i niedosypianie. Niczego mi chyba nie oszczędzili. Nawet pasów na dupę, po których nie mogłem wsiąść na motocykl przez następny tydzień. W wojsku miałem ksywę „Kaszub”. Nie mam pojęcia, dlaczego.</p>
<p><strong>Przeszkadza ci czasem popularność?</strong></p>
<p>Nie, bo ją bardzo lubię. Od dziecka chciałem być gwiazdą. I dzisiaj mam na to papiery. Mimo to staram się być jak najbardziej zwyczajny.</p>
<p><strong>A jesteś z kimś mylony?</strong></p>
<p>Mam sobowtóra w Bydgoszczy. Chłopak jest kapka w kapkę jak ja. Kiedyś, dawno temu, miałem przez niego problemy. Prezes Polonii, w której jeździłem, wziął mnie na rozmowę: „Tomku, ja nie mam nic przeciwko temu, że zawodnicy trochę się pobawią w nocnych klubach po zawodach. Ale powiedz mi, jak to robisz, że do czwartej rano imprezujesz, a potem i tak ze wszystkimi wygrywasz?”. Zdębiałem. Powiedziałem, że nie wiem, o co chodzi. On na to, że dobra dobra i na tym stanęło. Po dwóch tygodniach znowu wezwali mnie do prezesa. Tym razem jednak nie było już tak przyjemnie. Powiedziałem więc, że jeśli mnie ktoś widzi pod wpływem alkoholu, niech mnie złapie za rękę. W krótkim czasie ludzie prezesa nakryli Golloba na kolejnej imprezie. Biedny chłopak nie wiedział, co się dzieje. Krzyczał, że nie nazywa się Gollob, ale nikt mu nie wierzył. Dopiero dowód osobisty wyratował go z opresji.</p>
<p><strong>Spotkaliście się?</strong></p>
<p>Tak. Przyjechał na Polonię. Głównie opowiadał o tym, jak to „wyrywał na Golloba”. Poza tym twierdził, że na moje konto sporo wypił (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A propos, pamiętasz swój pierwszy, wysokoprocentowy kieliszek?</strong></p>
<p>Nie bardzo. Pewnie zdarzyło się to w szóstej, siódmej klasie. Ten obszar nigdy mnie nie interesował, bo liczył się tylko sport. Natomiast miałem fajną przygodę z paleniem. W podstawówce była moda, żeby na przerwie wybiec ze szkoły na papierosa. Pamiętam, że byłem wtedy bardzo niski, mniejszy od większości kolegów. Odpaliłem pierwszego papierosa. Po chwili podszedł do mnie starszy pan. Spojrzał i powiedział: „Jak będziesz palił, zostaniesz karłem&#8230;” i odszedł spokojnym krokiem. Czułem się, jakby we mnie piorun uderzył. To był mój pierwszy i ostatni papieros w życiu.</p>
<p><strong>A kiedy ostatnio byłeś w kasynie?</strong></p>
<p>10 lat temu. Miałem okres, kiedy lubiłem pograć. To był błąd i strata czasu. Byłem dobrym karciarzem. Na tyle dobrym, że dostałem zawodową propozycję. Ktoś zauważył, że bardzo dobrze radzę sobie w Black Jacka. W tej grze chodzi głównie o to, żeby wytrzymać presję karty. Przychodziło mi to bez większego trudu. Stąd pewnie ta propozycja. Od razu kierunek Las Vegas. Poważna sprawa. Oczywiście zrezygnowałem.</p>
<p><strong>Jak smakował szampan, który od 18 lat czekał na otwarcie z okazji zdobycia tytułu indywidualnego mistrza świata?</strong></p>
<p>Znakomicie, choć po 18 latach to już nie był wybitny trunek. To prezent od jednego z moich pierwszych sponsorów &#8211; od dilera Mercedesa. W 1992 roku podarowali mi butelkę Dom Pérignon i umówiliśmy się, że otworzymy ją, kiedy zostanę mistrzem. Tak zrobiliśmy.</p>
<p><strong>Masz już kolejnego szampana na następną, identyczną okazję?</strong></p>
<p>Jeszcze nie.</p>
<p><strong>To już masz! Od naszej redakcji. Z nadzieją, że otworzymy ją wspólnie za rok. (<em>Butelkę z życzeniami wysłaliśmy natychmiast po naszej rozmowie – przyp. aut.</em>). Powiedz, czego mamy ci życzyć?</strong></p>
<p>Jak będzie zdrowie, to będą wyniki. A przed biegiem życzy się zazwyczaj „połamania szprych”.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Żużel jest zbyt trudny, żeby eksperymentować z używkami.</p>
<p>Jeżdżę dla kibiców. To oni są motorem dla motorów.</p>
<p>Na zawodach nie lubię zmieniać czegoś, co mi dobrze służy. Na przykład wygodnych, ale rozpadających się już butów.</p>
<p>Talent to wykończenie ostatniego biegu w ostatnim Grand Prix w całym sezonie. Talent liczy się na końcu, dopiero wtedy pozwala wygrywać. Ale najpierw potrzebna jest praca, praca i jeszcze raz praca.</p>
<p>Mam niezłe pomysły, jak zbić fortunę. Przyjdzie i na to czas.</p>
<p>Śnią mi się zwycięstwa. I na ogół te sny się sprawdzają.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/tomasz-gollob/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maciej i Wojciech Szczęśni</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maciej-i-wojciech-szczesni/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maciej-i-wojciech-szczesni/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 14 Jul 2010 12:00:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Szczęsny Maciej]]></category>
		<category><![CDATA[Szczęsny Wojciech]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2555</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Kuba Dąbrowski &#8211; „Jest potwornie złośliwą mendą, ale dowcipną, więc wszystko uchodzi mu płazem”. Kto to powiedział i o kim? Wojciech: (z lekkim przerażeniem w oczach): Ja? O tacie? Maciej: Skoro przyszło ci to w ogóle do głowy, to świadczy o tym, jak szybko [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Szczesni.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2563" title="Szczesni" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Szczesni.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 6, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.kubadabrowski.com/">fot. Kuba Dąbrowski</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>„Jest potwornie złośliwą mendą, ale dowcipną, więc wszystko uchodzi mu płazem”. Kto to powiedział i o kim?</strong></p>
<p>Wojciech: (<em>z lekkim przerażeniem w oczach</em>): Ja? O tacie?</p>
<p>Maciej: Skoro przyszło ci to w ogóle do głowy, to świadczy o tym, jak szybko urosły ci rogi. To ja powiedziałem. O tobie.</p>
<p>Wojciech: Kiedy?</p>
<p>Maciej: Sześć lat temu w wywiadzie dla PLAYBOYA. „Menda” była żartobliwie, a złośliwa, bo po prostu bystra. Złośliwość jest emanacją inteligencji. Był to więc komplement pod twoim adresem.</p>
<p><strong>Czy coś zmieniło się przez ostatnie sześć lat?</strong></p>
<p>Maciej: Nadal jest złośliwą mendą. A do tego wydaje mu się, że wszystko uchodzi mu płazem.</p>
<p>Wojciech: Rozumiem, że wciąż podobają ci się moje dowcipy?</p>
<p>Maciej: Tak, ale uważam, że w stosunku do bliskich, do ojca na przykład, mógłbyś być mniej „dowcipny”. Masz już dwadzieścia lat.</p>
<p><strong>A jak ty miałeś dwadzieścia lat, to kim byłeś?</strong></p>
<p>Maciej: Radosnym tatusiem. Niestety krótko, bo córka zginęła w wypadku. Szczęśliwie udało mi się zostać  tatusiem ponownie. Natomiast jeśli chodzi o życie zawodowe, to mając dwadzieścia lat absolutnie idealizowałem piłkę nożną. Najpierw boleśnie przekonałem się, że to po prostu biznes. O wiele bardziej bolesne było dla mnie to, że w Polsce jest to dodatkowo biznes szemrany. Gdy straciłem córeczkę, dotarło do mnie, że nigdy w życiu nie przydarzy mi się już nic gorszego, a w związku z tym nie ma co giąć karku przed byle kim. Dzięki temu, grając tyle lat w polskich klubach, udało mi się zachować czyste łapki.</p>
<p><strong>Marzyłeś w ogóle o grze za granicą?</strong></p>
<p>Maciej: Długo uważałem, że szczytem moich marzeń jest gra w Widzewie albo Legii. Ale kiedy udało mi się przyzwoicie zagrać w pucharach przeciwko Barcelonie na Camp Nou, zaświtało mi, że fajnie byłoby wyjechać. Czasy jednak – szczególnie w Polsce – były takie, że o zainteresowaniu mną przez klub zagraniczny dowiadywałem się rok po tym, kiedy miało to miejsce.</p>
<p><strong>Czasy się zmieniły. Wojtek dowiedział się, że jest na celowniku wielkich klubów, zanim doszło do jakichkolwiek rozmów.</strong></p>
<p>Wojciech: Zanim pierwsi skauci przyjechali mnie oglądać, już wiedziałem, że jadą.</p>
<p>Maciej: Tak ci się tylko wydaje. Jak usiadłem z wysłannikami czterech klubów do rozmów, dowiedziałem się, że obserwują cię od półtora roku. Powiedzieli mi wtedy, że od razu było wiadomo, że sportowo jest nieźle. Głównie patrzyli na stabilność formy i psychikę, czyli jak delikwent zachowuje się na przykład po puszczeniu paru bramek do sieci. I czy później poda rękę przeciwnikowi.</p>
<p>Wojciech: Nie wydaje mi się, żeby miało to jakieś znaczenie. To raczej nieważne, jak zawodnik zachowuje się przed albo po meczu.</p>
<p>Maciej: Raczej to się mylisz synku. Prosty przykład. Podczas wizyty w Londynie poznaliśmy pewnego Włocha,  młodszego od ciebie o rok.</p>
<p>Wojciech: Tego, który tak wymiotował?</p>
<p>Maciej: Dokładnie. Jechał z nami busikiem i rzygał. Potem w autokarze wymiotował ponownie. I co? Nie wpuszczono go nawet na murawę. Musiał oglądać mecz z trybun. Było mi go żal. Uważałem, że mógł się jeszcze zregenerować, bo miał czas. Podszedłem więc do menedżera młodzieżówki Arsenalu i próbowałem go przekonać, żeby dali młodemu szansę. Tym bardziej, że wszyscy mówili, że to genialny środkowy pomocnik, który nogami krawaty wiąże. Co usłyszałem? „Maciek, wiemy co robimy. Chłopak jest u nas trzeci raz i zawsze rzyga. Po prostu nie dźwiga presji. To nie jest żadna choroba lokomocyjna. Jeśli on nie panuje nad sobą przed meczem towarzyskim, to co zrobi, gdy za cztery lata przyjdzie mu strzelać karnego w półfinale Ligi Mistrzów? Zrzyga się. A może nawet umrze na serce. My tu nie prowadzimy ochronki. Takich jak on, znajdziemy sobie na świecie trzydziestu. Jeden telefon i przyjdą na kolanach. Tyle, że oni szybko z tych kolan wstaną. A ten Włoch będzie tylko dalej wiotczał”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy wybór Arsenalu był od początku oczywisty?</strong></p>
<p>Maciej: Wojtek miał wtedy 16 lat, więc wybór należał do mnie i jego mamy. Ale oczywiście to on sam miał zdanie decydujące. Sporów jednak nie było. Na pewno Bolton liczył na to, że wybierzemy ich klub, bo są mniejsi od Arsenalu, mają mniejsze aspiracje i z pewnością Wojtek miałby tam większe szanse na szybki awans do pierwszego składu. Różne są przecież motywacje.</p>
<p><strong>Szczególnie w czasach, kiedy 40-letni bramkarz, czyli van der Sar, jest wciąż w doskonałej formie. </strong></p>
<p>Wojciech: Tata cały czas twierdzi, że też jest dobry. Więc patrząc na niego, może trzeba uznać, że 45-letni bramkarz wciąż jest młody.</p>
<p>Maciej: Oj, teraz to zamieszałeś synku. Powiedziałeś, że tata twierdzi, że jest dobry. Ja tylko twierdzę, że cały czas jestem młody. A niezły po prostu jestem – to fakt, a nie twierdzenie.</p>
<p>Wojciech: Ale ja mówię o profesjonalnej piłce&#8230;</p>
<p>Maciej: Nie bój się. Jak patrzę na Nalepę (<em>Macieja – bramkarza Piasta Gliwice – przyp. aut.</em>), to jestem pewien, że dałbym radę. Żeby była równa konkurencja, musiałbym sobie jednak uciąć lewą nogę. Tak dalece się nie poświęcę.</p>
<p><strong>Po wyprowadzce do Londynu Wojtek od razu zamieszkał w willi jak na piłkarza Arsenalu przystało? </strong></p>
<p>Maciej: Żadnych willi, żadnych internatów ani hoteli, nic takiego. Wszyscy młodzieńcy mieszkają u rodzin zaprzyjaźnionych z klubem.</p>
<p>Wojciech: Ja tak żyłem przez mniej więcej trzy lata. Najpierw z rodzicami kolegi, który z nami trenował, a potem z pewną wdową. Uważam, że taki system jest w porządku. Może dlatego, bo fajnie trafiłem. Z opowieści innych chłopaków wiem, że rodziny trzymały ich bardzo krótko. O 22 mieli wyłączać telewizor, internet i iść spać. Ja zawsze miałem kompletny luzik.</p>
<p>Maciej: Bo pewnie nie dawałeś powodów do tego, żeby było inaczej. Gwarantuję ci, że gdybyś nawet kompletnie trzeźwy wrócił do domu trzy razy z rzędu o drugiej w nocy, to klub by się o tym dowiedział. Ja i twoja mama również&#8230;</p>
<p>Wojciech: Nawet nie pamiętam, czy kiedykolwiek tak wcześnie wróciłem (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Maciej: A nie mówiłem, że złośliwa menda?</p>
<p><strong>Pytaliśmy już Maćka, co robił, kiedy miał dwadzieścia lat. Pora się dowiedzieć, co Wojtek będzie robił za dwadzieścia pięć.</strong></p>
<p>Wojciech: Pewnie będę pracował jako komentator w telewizyjnej Jedynce (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Maciej: To się nazywa szybka piłka!</p>
<p>Wojciech: Na pewno też będę profesjonalnie opiekował się starymi rodzicami.</p>
<p>Maciej: Ciekawe, kto ci za to będzie płacił?</p>
<p>Wojciech: Zostanę wolontariuszem.</p>
<p>Maciej: Czyli nie będziesz oczekiwał profitów. To się chwali. Gdybyś jednak zdecydował się także dokładać do tego interesu, będziemy z mamą zobowiązani.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Zazdrościcie sobie czegoś nawzajem?</strong></p>
<p>Wojciech: (<em>dziwnie się uśmiecha</em>) On się do tego nie przyzna, ale na pewno chciałby mieć tak, jak ja.</p>
<p>Maciej: Absolutnie bym się tym nie zmartwił. Ale gdybym tak miał, to nie wiedziałbym, że można mieć gorzej, a poza tym zazdrość kojarzy mi się z uczuciem zawiści.</p>
<p>Wojciech: Tacie wszystko kojarzy się z zawiścią. Mi chodziło o zdrową, pozytywną zazdrość. Nie typową polską&#8230;</p>
<p>Maciej: Masz rację, w Polsce wszystko może się popierdolić. Nawet zazdrość. Oczywiście wolałbym zaczynać grę w piłkę w taki sposób jak Wojtek. Od razu na równych boiskach, w wygodnych butach, a przede wszystkim od razu z dobrymi trenerami. Możecie wierzyć lub nie, ale pierwsze naprawdę profesjonalne treningi bramkarskie miałem w wieku trzydziestu trzech lat. W Polonii Warszawa z Krzyśkiem Dowhaniem.</p>
<p>Wojciech: Ja ojcu zazdroszczę charakteru. Zawsze chciałem być taki na boisku. Chodziłem na mecze i nie ukrywam, że imponowały mi jego cechy przywódcze. Zazdroszczę mu też, jak potrafił wykorzystać szanse, które miał. Ja już na starcie dostałem możliwości o wiele większe od niego. Chciałbym je dobrze wykorzystać.</p>
<p><strong>Który mecz ojca wywołał u ciebie największe emocje?</strong></p>
<p>Wojciech: To może się wydać dziwne, ale najbardziej pamiętam mecz z GKS-em Katowice. Oglądaliśmy go z bratem (<em>Jankiem – przyp. aut.</em>) w telewizji, a mama była w kuchni. W pewnym momencie ojciec świetnie obronił groźny strzał. Zaczęliśmy krzyczeć: „Mama! Chodź! Chodź, tata super obronił!”. Po chwili krzyczeliśmy już co innego: „Mamo, chodź, tata nie żyje!”. Ojciec przywalił wtedy głową w słupek i stracił przytomność.</p>
<p>Maciej: Pamiętam. Naprawdę nieźle przydzwoniłem.</p>
<p><strong>Jak w tamtych czasach rówieśnicy traktowali Wojtka w szkole?</strong></p>
<p>Wojciech: Bywało ciężko. Tata często zmieniał barwy klubowe, a to się nie podobało. Tyle, że jak ojciec odszedł z Legii, to miałem lepiej od Janka, bo byłem młodszy. I dlatego mniej mi się dostawało. Jak dorosłem, to sprawy już trochę przycichły. Zresztą zawsze byłem wyższy od kolegów i potrafiłem się bronić.</p>
<p><strong>Wiedziałeś o wycieczce tatusia na Żyletę, kiedy postanowił w pojedynkę wyjaśnić sprawę przejścia do Widzewa z całą trybuną kibiców Legii?</strong></p>
<p>Wojciech: Dowiedziałem się o tym po latach i to z prasy (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Maciej: Nie uznałem za stosowne poinformować o tym rodziny, bo na pewno odwodziliby mnie od tego pomysłu. Zrobiłem to po swojemu, czyli dobrze.</p>
<p><strong>Pomogło?</strong></p>
<p>Maciej: Tak. Pojawiłem się tam mniej więcej po trzech miesiącach grania w Widzewie i prawie do końca sezonu miałem spokój. Prawie, bo gorąco zrobiło się po pamiętnym meczu Legia-Widzew 2:3. Kilku chłopców z BOR-u musiało spędzić noc pod oknami warszawskiego  mieszkania Szczęsnych. Zawdzięczam to ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych &#8211; Leszkowi Millerowi. Po meczu zadzwoniłem do Pawelca (<em>Andrzeja &#8211; ówczesnego prezesa Widzewa – przyp. aut.</em>) i powiedziałem, że chcę jechać z chłopakami do Łodzi, by świętować mistrzostwo Polski, ale kobita zostaje, a są sygnały, że paru debili chce wysadzić nasze mieszkanie w powietrze. Rozmowę usłyszał Leszek Miller i od razu powiedział: „Panie Maćku, pan się nie boi. Poproszę tylko o adres. I niech pan powie kobicie, żeby wpuściła czasem chłopaków na siusiu. A jak poczuje się bezpiecznie, to niech ich zwolni”. Przez następne dwie doby pojawiały się wycieczki krewkich legionistów. W końcu jednak odpuścili. Nikt nie zaryzykował starcia z Borowikami (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Uwierają cię ciągłe porównania do ojca?</strong></p>
<p>Wojciech: Uwierały. Nie tyle jednak same porównania, bo to jest naturalne, ale bardziej to, że mało ludzi wierzyło, że do wszystkiego doszedłem sam. Przejmowałem się tymi plotkami.</p>
<p>Maciej: Podobno załatwiłem ci nie tylko Arsenal, ale nawet grę w kadrze.</p>
<p>Wojciech: W oficjalnych wywiadach dostawałem pytania, czy ojciec dzwonił do trenera Smudy i nalegał, żeby mnie powołać do reprezentacji. Dzisiaj śmieję się z takiej głupoty, ale jak byłem młodszy, to brałem to śmiertelnie poważnie.</p>
<p><strong>Przejąłeś od taty sposób kierowania obroną?</strong></p>
<p>Wojciech: Raczej nie. Pierwsze podstawowe zwroty łapałem od bramkarza Legii, Andrzeja Krzyształowicza. Stałem za bramką i wszystko słyszałem. Ojca oglądałem z trybun, więc nie mogłem go dobrze słyszeć.</p>
<p><strong>W Londynie uczyłeś się bramkarskiego słownika od Jensa Lehmanna?</strong></p>
<p>Maciej: Raus&#8230; Raus&#8230; (<em>śmiech</em>). A na poważnie powiem wam, że to wyjątkowo miły facet. Świetnie  zachowywał się wobec nas, kiedy odwiedzaliśmy Wojtka w klubie.</p>
<p>Wojciech: Pierwsze angielskie zwroty bramkarskie łapałem na stażu w Boltonie. Reszta przyszła naturalnie.</p>
<p><strong>Który z was jest większym nerwusem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: My w ogóle jesteśmy z ojcem do siebie bardzo podobni, ale&#8230; w niewielu sprawach się zgadzamy.</p>
<p>Maciej: Na pewno to ja potrafię się bardziej wściec, ale Wojtek jest dużo bardziej kapryśny.</p>
<p>Wojciech: Pamiętajcie, że nie przyszło mi jeszcze do głowy bić zawodników w trakcie meczu. Szczególnie w europejskich pucharach (<em>w meczu Legii z Sampdorią Genua Maciek chciał poturbować Manciniego – przyp. aut.</em>)</p>
<p>Maciej: Na razie. Z Włochami mało grałeś. Poza tym zobaczymy, co będzie się działo, jak zagrasz przeciwko Manchesterowi City (<em>trenerem tego klubu jest Roberto Mancini – przyp. aut.</em>).</p>
<p>Wojciech: W Interze gra jego syn.</p>
<p>Maciej: W życiu bym nie przypuszczał, że on w ogóle może mieć dzieci.</p>
<p>Wojciech: Dotychczas dostałem trzy żółte kartki. Wszystkie za dyskusje z sędzią. Więc nie wiem, jak to jest z tymi nerwami.</p>
<p>Maciej: Właśnie przypomniała mi się moja niechlubna „przygoda” z enerdowskim sędzią. Facet polował na mnie przez cały mecz. Byłem nieco zdenerwowany. W końcu uśmiechnąłem się do niego, przytaknąłem, że się z nim zgadzam i w tym samym czasie po polsku wypaliłem: „Spierdalaj, ty chuju zasrany”.</p>
<p><strong>Twój ojciec znany był też z konfliktów z kolegami z zespołu. Odziedziczyłeś to po nim?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Dla mnie zdanie kolegów z drużyny jest często ważniejsze od zdania trenera. Jeżeli na przykład trener powiedziałby, że jestem kiepski, a chłopaki powiedzieliby, że gra się ze mną świetnie i jestem bardzo dobry, to uwierzyłbym im, a nie coachowi. Tak więc staram się być niekonfliktowy.</p>
<p>Maciej: To się akurat nie zmieniło. Koledzy zawsze wiedzą lepiej od trenera, bo to oni z kimś grają, a nie on.</p>
<p>Wojciech: Muszą wiedzieć, komu trudniej strzelić bramkę – to logiczne.</p>
<p>Maciej: Ale moi niektórzy koledzy, poza wiedzą sportową, sprzedawali mecze i przepijali moją przyszłość. Przeciwstawiałem się temu przez całe sportowe życie. Stąd ta moja „kultowa” konfliktowość.</p>
<p><strong>„Kultowo” rugałeś też trenerów.</strong></p>
<p>Maciej: Wypraszam sobie. Nikogo nie rugałem. No, może trochę Wójcika. Ale czy to w ogóle trener?</p>
<p>Wojciech: W Anglii ciężko postawić się bossowi. Ci, którzy próbują, zwykle nie grają w podstawowych składach. Nawet za niepodanie ręki po meczu są poważne konsekwencje. W Polsce można robić wszystko, w Anglii prawie nic.</p>
<p><strong>Sam stwierdziłeś, że łatwiej popyskować ojcu niż trenerowi. Opowiadałeś kiedyś o waszym wspólnym treningu&#8230;</strong></p>
<p>Wojciech: Oj, dostało mi się za to potem.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Za głupotę. Takich rzeczy publicznie się nie mówi. Poza tym nie pyskowałeś, tylko mędziłeś „to się nie da, to się nie da&#8230;, ty całe życie grasz w piłkę, a ja nie&#8230;”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Ojciec do wszystkiego podchodzi za bardzo emocjonalnie. Wtedy zebrałem duży opieprz.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: A ja uświadomiłem sobie, że uwielbiam pracować z dzieciakami, nawet bardzo mało utalentowanymi. Ale nie ze swoimi. Moje rozczarowanie faktem, że czegoś nie umieją i błyskawicznie nie potrafią się tego nauczyć, a mają talent, było nie do przewalczenia. Szybko przeradzało się w złość. Uważałem zawsze, że mają za mało dobrej woli albo im się nie chce. Bo w inteligencję i talent nigdy nie wątpiłem&#8230; „To się nie da, to się nie da&#8230;”</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Gdybyś mi dobrze wytłumaczył, to może by się dało.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Wtedy ojciec rzucił do syna: „Kariery to ty nie zrobisz. Palma ci odbiła”. Czy dzisiaj tata zmienił zdanie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Nie chcę go zdradzać, ale palma trwa.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Najważniejsze, że rodzina się jeszcze ode mnie nie odwróciła.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Póki zarabiasz (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>To był wasz ostatni wspólny trening?</strong></p>
<p>Razem: Tak.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Sześć lat temu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tata cały czas cię instruuje?</strong></p>
<p>Wojciech: Trochę pograł, to ma prawo. Ale cały czas czekam, żeby mu powiedzieć: „Słuchaj, co ty wiesz? Ja wiem lepiej”. Szkoda, że na youtubie nie ma jego wpadek (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Maciej: Zapraszam do domu. Wszystkie są na VHS-ie.</p>
<p><strong>Czy Maciek jest tak samo krytyczny wobec was jak wcześniej był wobec siebie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Tak. Baliśmy się ojca (<em>śmiech</em>). Pamiętasz, jaką rozróbę robiłeś, żebyśmy zakładali kapcie?</p>
<p>Maciej: Ale panowie o sport cię pytają.</p>
<p><strong>Do kapci jeszcze wrócimy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Teraz tata częściej chwali niż krytykuje.</p>
<p><strong>Pochwaliłeś Janka po meczu z Olimpią Warszawa?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Chodzi wam o mecz, w którym przyjął 8 sztuk do siatki? Nawet, gdyby było 0-0, znalazłbym coś, do czego można się przyczepić. Tak już mam. Janek nie chciał o tym gadać. Ucałowałem go i pożegnałem. Jestem z niego tak samo dumny jak z Wojtka. I nie chodzi o dumę z sukcesów sportowych, ale z tego, jakimi są ludźmi.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jakie macie największe osiągi w przyjmowaniu paru sztuk do siatki?</strong></p>
<p>Maciej: Sieben-drei mit Bayern München na Ł3.<strong> </strong> Lepiej było pójść na L4&#8230;  (<em>ul.Łazienkowska 3, 1988 rok, rewanż Pucharu UEFA – przyp. aut.</em>)</p>
<p>Wojciech: 0-4 z Holandią u siebie (<em>październik 2009, eliminacje mistrzostw Europy U-21 – przyp. aut.</em>) To było straszne.</p>
<p><strong>Czy narciarska kontuzja Janka pozbawiła go marzeń o karierze bramkarskiej?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Nie sądzę. Myślę, że Janek ma trochę mniejszy talent i słabsze warunki fizyczne. Poza tym jest z nas wszystkich najprzyzwoitszy, najlepszy i najbardziej godny zaufania.</p>
<p>Wojciech: Muszę to powtórzyć Jankowi, bo nie uwierzy.</p>
<p>Maciej: Nie jest to tylko moja opinia, ale też opinia bliższych i dalszych znajomych&#8230; króliczka. Uważam, że żeby bronić na odpowiednim poziomie, trzeba mieć w sobie trochę skurwysyna, którego on zwyczajnie nie ma. Wielkim sportowcem nie był, nie jest i nie będzie, ale za to ma sukcesy w innych dziedzinach życia, a do tego uprawia sport rekreacyjnie w Gwardii – i za to mu chwała. Podoba mi się, że mu się chce. Szanuję to, bo mi by się nie chciało.</p>
<p><strong>Wychodzi na to, że za dobre wychowanie nie pomaga w sporcie.</strong></p>
<p>Maciej: Czasami trzeba być bandytą. A Janek przeżywa każdą puszczoną bramkę. Nie to, że ja nie przeżywałem, ale z drugiej strony wiedziałem, że puszczanie szmat to immanentna cecha mojego zawodu. W nim smutek siedzi za długo i działa na niego destrukcyjnie.</p>
<p><strong>Ale za to nikt w waszej rodzinie nie tańczy tak znakomicie. Janek był nawet szósty na Mistrzostwach Polski. Wojtek też tańczył?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: A jakże!</p>
<p>Wojciech: „Uczęszczałem na zajęcia taneczne”.</p>
<p>Maciej: Wojtek w temacie bronienia zjada nas wszystkich z kopytami, ale w tańcu możemy czyścić buty Jankowi. Gdy on jest na parkiecie, siedzę w miejscu i się nie ruszam.</p>
<p>Wojciech: No niestety, zgrabnych ruchów nie mam. Po tatusiu.</p>
<p>Maciej: Do mojej gracji jeszcze ci daleko.</p>
<p><strong>Tata „cholernie lubił grać dla siebie”. A ty dla kogo grasz? Dla siebie, czy dla kibiców?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Dla siebie, ale to kibice powodują wzrost adrenaliny. Dzięki nim mogę dać z siebie więcej.</p>
<p>Maciej: Gra z kibicami to zupełnie inny poziom emocji.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Ja na przykład wolę grać na wyjazdach. Wtedy kibice chcą, żebyś puścił bramkę. U siebie, jak puścisz gola, kibice poklepią cię i powiedzą: „Nie przejmuj się”.</p>
<p>Maciej: A czy zmieniło się podejście na angielskich boiskach do bramkarzy? Jak grałem w Blackburn i Aberdeen, kibice wyli mi za plecami i modlili się o to, żebym skapitulował. Po meczu wszyscy na stojąco bili mi brawo i gratulowali, że zagrałem niezły mecz. To było wzruszające, motywujące i podbudowujące. Z drugiej strony zawsze wtedy myślałem: „Gdzie ja, kurwa, żyję?”. Tam kibice nie byli zawiedzeni, że ja obroniłem, tylko że ich zawodnik mi nie strzelił. W Polsce tak nie ma. Można nawet kamieniem dostać&#8230;</p>
<p>Wojciech: Podejście jest cały czas takie samo. Ale trafiła mi się kiedyś bardzo zabawna historia. Graliśmy mecz u siebie. Pierwszą połowę grałem z własnymi kibicami za bramką. W trakcie drugiej miałem za plecami kibiców gości. Gdy wszedłem do bramki, tuż przed gwizdkiem, widziałem, że wszyscy biją mi brawo i pokazują, że jestem zajebisty. Ucieszyłem się i skinąłem, że dziękuję. W tym momencie wszyscy jak jeden mąż wydali dźwięk: „Uuuuuuuuuuuuuu”. Zwyczajnie zrobili mnie w balona, a ja dałem się nabrać.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy młodzi Szczęśni mieli możliwość grania z ojcem na podwórku? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Kiedy chłopcy pojawili się na świecie, nie miałem sił, a nawet pomysłu, żeby wyjść z nimi do parku i pograć w piłkę. Grałem codziennie po parę godzin. Wystarczyło. Ale zawsze doceniałem, że Wojtek mając 7 lat grał z 14-latkami. Robił to gorzej, ale z charakterem i zacięciem. Zapierdalał jak rasowy buldog.</p>
<p><strong>W czym jest dzisiaj od ciebie lepszy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Lepiej gra w golfa. Pewnie dlatego, że ja grałem tylko raz. Gdybym miał poświęcać pieniądze, cierpliwość i czas na wystrzeliwanie piłeczki w konkretne miejsce, tylko po to, żeby za nią zapierdalać – dostałbym szału. Zbyt wiele lat poświęciłem na to, żeby piłki przylatywały do mnie, a nie odlatywały ode mnie.</p>
<p>Wojciech: No właśnie tato. Do rzeczy, do rzeczy. Boisz się odpowiedzi?</p>
<p>Maciej: Jaki ojciec, taki syn&#8230; Wojtek na pewno gra dużo lepiej na przedpolu. Ja byłem z tych „zurück gehalten”, czyli najchętniej stałem w bramce i się nie ruszałem, a jak już ruszyłem, to demolowałem piłkarzy, również swoich &#8211; najczęściej Marka Jóźwiaka. Wojtek podobnie do mnie czyta grę, przewiduje, gdzie może zagrać przeciwnik. Łapiąc piłkę, wie już, gdzie ją wyekspediować – uwielbiam to słowo <em>(śmiech</em>). Ja też tak miałem. Zawsze uważałem, że była to moja bardzo mocna strona, niestety niedoceniana przez trenerów. Poza tym syn nieźle radzi sobie, grając nogami. Ja także nie należałem do ostatnich fajtłapów w tym punkcie. No i jest spokojny, luźny. To ważne.</p>
<p>Wojciech: Jak miałem 8 lat, dziennikarz zadał mi pytanie, jakie są słabe cechy taty-bramkarza. Odpowiedziałem, że karne.</p>
<p>Maciej: To fakt, mało broniłem. Ale, i tu w jednej jedynej sprawie zgadzam się z Tomaszewskim, uważam, że nie ma karnych obronionych. Są tylko źle strzelone.</p>
<p><strong>Macie jakieś wspólne skuchy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Myślę, że razem jesteśmy za bardzo podatni na samouspokojenie po dobrej interwencji. Traciłem w ten sposób sporo bramek. Najpierw parada, potem koledzy klepali mnie po plecach, a za chwilę piłka w siatce. Byłem rozprężony i nieskoncentrowany. Nie wiem, czy dobrze to odbieram, ale mam wrażenie, że jak Wojtek coś ładnie obroni, to spuszcza skromnie oczka i w duchu myśli: „Kurwa, niezły jestem gość”. A zaraz potem: „Nie mogę się po frajersku cieszyć, że to obroniłem, bo wyjdzie na to, że to dla mnie niespodzianka”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Ha ha ha ha ha ha.</p>
<p>Maciej: Czyta się z twarzy, co? Znam tę minę, bo miałem taką samą. Jak ktoś mnie znał, to wiedział, kiedy najłatwiej strzelić mi bramkę.</p>
<p>Wojciech: Poza tą jedną skuchą jesteśmy całkiem idealni.</p>
<p><strong>Wróćmy do kapci&#8230;</strong></p>
<p>Wojciech: Zawsze z bratem chodziliśmy w samych skarpetach. Ojciec tego nienawidził. Jak mama słyszała domofon, krzyczała do nas: „Tata idzie! Zakładajcie klapki!”.</p>
<p>Maciej: Tak naprawdę nie świadczy to źle ani o mnie, ani o was, tylko o mamusi (<em>śmiech</em>). Choć Ala jako mama samotnie niańcząca dwóch ancymonów sprawiała się doskonale. Jak widać na załączonym obrazku – nie należeli oni do najprostszych w obsłudze.</p>
<p>Wojciech: Mama dbała o nasze zdrowie psychiczne. Dawała nam wolność wyboru!</p>
<p>Maciej: A mi chodziło wtedy o elementarny porządek. Tak samo nie lubię flejowatego szurania nogami  albo wystającej z jednej strony spodni koszuli, dzięki czemu nie wiadomo, czy ktoś chciał koszulę wyjąć, czy włożyć. Było chodzić cały czas w klapkach, albo cały czas w skarpetkach. Konsekwentnie.</p>
<p><strong>Ty po prostu dbałeś o bramkarskie stopy!</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Nigdy nie nadepnęliśmy na żadne klocki, nie zrobiliśmy sobie żadnej krzywdy.</p>
<p>Maciej: Na pewno dzięki tym chwilom, gdy byłem w domu i mieliście na nogach klapki. Ale pokłosiem naszych rozważań o konsekwencji był telefon 14-letniego Wojtka jadącego na zgrupowanie kadry: „Tatusiu, masz może rękawice w domu?”. „Nie mam, ale ty przecież jesteś bramkarzem! Dlaczego nie wziąłeś ich ze sobą?”. „Bo mi mama nie spakowała”.</p>
<p>Wojciech: Byłem wtedy pilnym uczniem. Za dużo miałem na głowie.</p>
<p><strong>Dzisiaj mama cię spakowała?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Wyrosłem z tego.</p>
<p>Maciej: Lepiej późno niż wcale.</p>
<p><strong>Jak szybko wycierają się piłkarskie rękawice?</strong></p>
<p>Wojciech: Kiedyś jedna para starczała mi na cały sezon. Dziś na dwa tygodnie. Ale kiedyś rękawice kupował mi tata, a że za kupowaniem nie przepadał, musiałem sobie jakoś radzić.</p>
<p>Maciej: Też cię lubię.</p>
<p><strong>Kiedy tata opieprzył cię najbardziej?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Jak z bratem chcieliśmy mamie wygrać Seata w Audiotele. Przez miesiąc codziennie dzwoniliśmy na 0-700. Przyszedł rachunek i ojciec dostał guli. Suma była zaskakująca.</p>
<p>Maciej: Niewiele niższa od wartości auta. To była czysta głupota, która może się zdarzyć każdemu dziecku.</p>
<p><strong>Czy nadal niektórzy uznają Wojtka za „zbyt pewnego siebie bufona”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Trzeba by się było ludzi zapytać, czy się już zmienili&#8230; Uważam, że pewnych siebie osobników inni zwyczajnie się boją. Dlatego wolę straszyć swoim charakterem niż unikać konfrontacji. Poza tym nazwisko zobowiązuje! Nasza rodzinna pewność siebie wynika ze szczerości, a nie z cynicznej gry.</p>
<p>Maciej: Jak ktoś jest krytyczny wobec siebie, a my jesteśmy, to ma prawo mówić głośno, co myśli o świecie.</p>
<p>Wojciech: Jeżeli uważam, że zagrałem świetny mecz, to dlaczego mam mówić, że jestem średnio zadowolony i że bywało lepiej. Nonsens.</p>
<p>Maciej: Zawsze możesz powiedzieć, przestrzegając tradycji wypowiedzi piłkarskich, że nieważne jak zagrałeś, bo liczy się wynik całego zespołu.</p>
<p>Wojciech: Do niedawna moja gra była ważniejsza niż wynik. Ostatnio trochę zmieniłem zdanie. Może dlatego, że gramy o punkty.</p>
<p>Maciej: Cóż za relatywizm.</p>
<p><strong>Jak angielscy kibice radzą sobie z twoim nazwiskiem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Bez zmian. Z ogromnymi trudnościami. Od pewnego czasu mam ksywkę „Chess”, żeby wszystkim było łatwiej.</p>
<p><strong>A kto na tatę mówi „Wawrzyniec”?</strong></p>
<p>Maciej: Jak Olo Moskalewicz usłyszał, że na drugie mam Wawrzyniec, to prawie posikał się ze śmiechu. Ale tak mu się spodobało, że do dziś mówi do mnie – Wawrzek.</p>
<p>Wojciech: Ja na drugie mam Tomasz. To dopiero zadanie dla Anglików! Wojciech Tomasz Szczęsny (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Nadal jeździsz „na polskich blachach”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Jestem konsekwentny. Dzisiaj kupiłem nowy samochód i on również będzie miał polskie numery. Niechęć niektórych mieszkańców Londynu do Polaków jak na razie kosztowała mnie wymianę jednej szyby i mycie samochodu po obrzuceniu jajkami.</p>
<p>Maciej: Teraz mój syn powinien na tylnej szybie nakleić wielkie białe jajo z literkami PL.</p>
<p>Wojciech: Zmieniłem parking. Nie jestem już tak widoczny. Myślę, że to wystarczy.</p>
<p><strong>Czy tata poręczał za syna w banku?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Nikt mnie tam o nic nie pytał, więc mam nadzieję, że nie. Wojtek nie może już jeździć dwuletnim złomem, bo koledzy się z niego śmieją. Wymienia swój park maszynowy. I tyle.</p>
<p><strong>Jesteś bogatszy od ojca?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Nie będę mu wstydu robił. Napiszcie, że nie wiem.</p>
<p><strong>Miłość do aut jest przypadłością rodzinną?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Oj tak. Może nie jest to oczko w głowie, ale namiętność jak najbardziej.</p>
<p>Wojciech: Jesteśmy na innych etapach: tata stawia na komfort, ja na szpan.</p>
<p>Maciej: Komfort w Forresterze? Polemizowałbym. Ale za to wjadę wszędzie. Ty masz auto bardziej prestiżowe i luksusowe.</p>
<p>Wojciech: I nie wszędzie nim wjadę.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy dziewczyny, odkąd jesteś piłkarzem Arsenalu, inaczej się na ciebie patrzą?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Dziewczyny nigdy na mnie nie patrzyły i nigdy nie będą patrzeć. Jesteśmy brzydką rodziną.</p>
<p>Maciej: Nie wiedziałem, że mam tak zakompleksionego syna.</p>
<p>Wojciech: Poza tym dla mnie ważna jest tylko jedna dziewczyna. Inne się nie liczą.</p>
<p><strong>Przy okazji pozdrawiamy. A kogo widziałbyś na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Tylko tę jedną.</p>
<p>Maciej: Z tego co wiem, to dziecko jeszcze. Niedawno skończyła 16 lat, więc nie bierzmy jej pod uwagę. Nie ma praw wyborczych.</p>
<p>Wojciech: W takim razie powiedzmy, że Żmudę-Trzebiatowską.</p>
<p><strong>Jak poczułeś się, gdy zobaczyłeś tatę na billboardzie w reklamie perfum?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Fajnie. Wszyscy koledzy się ze mnie śmieją. Wreszcie widzę go na większym ekranie. Czuję się, jakbym kupił sobie plazmę.</p>
<p>Maciej: Pamiętaj, że ja też urosłem.</p>
<p><strong>To pytanie paść w końcu musiało: kto będzie bramkarzem mistrzostw? Tych mistrzostw.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Stawiam na Casillasa. Wygra Hiszpania, więc Iker automatycznie będzie najlepszy.</p>
<p>Maciej: Nie wydaje mi się. On gra ostatnio słabiej. Ale Hiszpania wygra na pewno. Gdyby jechał Van Der Sar, byłby najlepszy. Ale nie jedzie&#8230;</p>
<p>Wojciech: Może Hugo Lloris (<em>bramkarz Olympique Lyon – przyp. aut.</em>)?</p>
<p>Maciej: Nie rozumiem, dlaczego są nim tak zajarani na Wyspach. Dla mnie to wypierdek mamuta. Jeżeli Buffon będzie w dobrej formie, powinien się wykazać. Wbrew temu co się mówi, czyli że Włochom ciężko strzelić bramkę, myślę, że Buffon będzie miał dużo roboty.</p>
<p><strong>Jan Mucha?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Będzie miał roboty najwięcej.</p>
<p>Maciej: Janek ma szansę być w pierwszej trójce mistrzostw. Ale musi być w formie z jesieni. Pozycja Legii wynika tylko i wyłącznie z jego gry.</p>
<p><strong>„To prawdziwa loża szyderców. Prostych, prostszych i prostaków”. Kto to powiedział i o kim?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Na pewno Maciek. Może o „Szybkiej piłce”? Albo o Żylecie?</p>
<p><strong>O piłkarzach.</strong></p>
<p>Maciej: Ciężko zaliczyć Małeckiego (<em>piłkarz krakowskiej Wisły – przyp. aut.)</em> do pierwszych dwóch grup. Facet wychodzi w Teatrze Polskim na scenę, żeby odebrać piłkarskiego Oscara za „odkrycie roku” i mówi: „Ta nagroda doda mi jeszcze więcej charyzmy”. Wymiękłem. Upiłem się tego wieczora do nieprzytomności.</p>
<p>Wojciech: Jak będę miał 45 lat, też pozwolę sobie na takie bon moty jak tata. Na razie uważam, że moi koledzy są świetni i darzę ich wielkim szacunkiem.</p>
<p>Maciej: Co za&#8230; złośliwa menda.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maciej-i-wojciech-szczesni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jan Tomaszewski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jan-tomaszewski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jan-tomaszewski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 14 Jul 2010 11:51:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Tomaszewski Jan]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2695</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2003 rok TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski fot. Rafał Latoszek &#8211; Dlaczego piłkarze nie są zbyt wyrafinowanymi mówcami? Bo muszą szybko gadać. Podłapują sporo boiskowej gwary. Winni są też dziennikarze. Przecież wszystko zależy od ich pytań. „Co pan czuł, jak pan strzelił bramkę?” No, kurwa, co czułem? Zamknąłem oczy, pierdolnąłem! I wpadła. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Jan-Tomaszewski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2701" title="Jan-Tomaszewski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Jan-Tomaszewski.jpg" alt="" width="350" height="239" /></a>PLAYBOY nr 12, 2003 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Łukasz Klinke, Piotr Szygalski<br />
</strong></p>
<p>fot. Rafał Latoszek</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Dlaczego piłkarze nie są zbyt wyrafinowanymi mówcami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo muszą szybko gadać. Podłapują sporo boiskowej gwary. Winni są też dziennikarze. Przecież wszystko zależy od ich pytań. „Co pan czuł, jak pan strzelił bramkę?” No, kurwa, co czułem? Zamknąłem oczy, pierdolnąłem! I wpadła.</p>
<p><strong>Pan jednak radzi sobie lepiej.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mnie nauczyła mówić moja pierwsza żona.. Poprawiała błędy. I dzięki niej nie używam już sformułowań w stylu: „ja rozumie”, „ja nie umie” itd. Poza tym większość bramkarzy to mówcy.</p>
<p><strong>No właśnie. Przenikliwie, choć kontrowersyjnie analizuje pan rodzimy futbol, ale czemu od lat zajmuje się pan nim tylko teoretycznie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Porzuciłem mrzonki o tym, że będę trenerem. Mam propozycje, ale to już mnie nie interesuje. Zostałem publicystą i często mam swoje zdanie, z którym niestety sam się zgadzam (<em>śmiech</em>). Zresztą trenerka w Polsce robiona jest na wariackich papierach. Na Zachodzie trener martwi się tylko o jedną rzecz i za nią jest odpowiedzialny – jak przygotować faceta do wysiłku i wkomponować w zespół, a u nas… Przychodzi się na trening, i od razu słychać: „Kurwa jego mać, znowu pieniędzy nie wypłacili!”. Jest frustracja i tyle. Poza tym brakuje profesjonalnego podejścia zawodników. Co się dzieje w reprezentacji?! Tam jest dopiero patologia! Jakieś panienki na no przychodzą! Wizyty w agencjach towarzyskich itd.</p>
<p><strong>A w pana czasach sami grzeczni chłopcy grali w futbol? </strong></p>
<p>Zawsze jakieś czarne owce się zdarzają, ale było nie do pomyślenia, żebyśmy nie przyszli do pokoju na godzinę, którą wyznaczył Kazio (<em>Kazimierz Górski – przyp. aut.)</em>. Był porządek, a jak nie… W 74 r. po meczu z Włochami, który wygraliśmy, Kazio mówi: Macie wolne do 23. Adam Musiał wypił dwa piwka, zasiedział się i spóźnił dwadzieścia minut. Górski się wkurzył i chciał go wyrzucić z Mistrzostw Świata! Nie wystawił go na mecz ze Szwecją, który prawie byśmy przegrali, bo skład był przemeblowany. Kaziu niechcący wszystko popieprzył, bo Szymanowski grał przez to na lewej obronie i nie był tym samym Szymanowskim, a na prawej pojawił się nie bardzo kumaty debiutant Gut. Zagraliśmy najsłabszy mecz, ale Musiał miał szczęście, bo wygraliśmy, inaczej by wyleciał. Zresztą trudno byłoby o nas mówić, że byliśmy święci.</p>
<p><strong>Jak radził sobie z wami Górski?</strong></p>
<p>Mawiał: „Papierosy, wino i śpiew – wszystko jest dla ludzi. Trzeba wiedzieć, gdzie, z kim i ile”. Piliśmy nawet po meczach na mistrzostwach w 74 r. W hotelu witano nas lampką szampana, a o 2-3 w nocy spotykaliśmy się w saunie na piwku.</p>
<p><strong>Bardziej dbaliście o zdrowie niż dzisiejsi piłkarze?</strong></p>
<p>Absolutnie nie. Wszystko zmieniło się na lepsze. Piłkarze mniej palą. Za moich czasów w reprezentacji paliło z osiem osób.</p>
<p><strong>To w zasadzie na czym polega różnica między 1974 i 2003 r.?</strong></p>
<p>Wtedy był porządek, a teraz uosobienia profesjonalizmu z niemieckich drużyn, Schalke czy Herthy, przyjeżdżają na kadrę i, kurwa mać, „między Odrą, Bugiem a Nysą tylko my są!”. Jeśli zawodnik Hajto po meczu z Węgrami a przed San Marino wyjeżdża z Polski, a trener Janas o tym nie wie, choć później utrzymuje, że tak się umówili…</p>
<p><strong>Może naprawdę tak się umówili?</strong></p>
<p>Proszę nie żartować. Może jeszcze minuty będzie sobie wybierał, w której wejdzie, w której zejdzie? Jak można rozwalić coś, co się zdobyło po szesnastu latach?! Już zaczynaliśmy być dumni po wygranej z Norwegią… A w trakcie przygotowań do mistrzostw i potem aż do meczu z USA codziennie była rozmowa – Boniek, Listkiewicz kontra zawodnicy. Zupki reklamowe, szklanki itd.</p>
<p><strong>Wydaje się nam, że chce pan powiedzieć, kto jest temu winien.</strong></p>
<p>Do meczu z Norwegią, kiedy jeszcze nie awansowaliśmy, Jurek (<em>Jerzy Engel – przyp. aut.)</em> sam prowadził zespół, potem wpieprzył się Boniek z marketingiem i w jego interesie było gadanie, że jedziemy po mistrzostwo świata, a co najmniej po medal… A po Norwegii zaczął się pełen burdel i trwa do dzisiaj.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Mieliśmy być szczęśliwi, gdy uda nam się strzelić jedną bramkę?</strong></p>
<p>A jak panów zdaniem postępują profesjonaliści? Portugalczycy w wywiadach doceniali nas. Groźny zespół, pierwszy awansował w Europie, pokonał Norwegię, Ukrainę – tak mówili. A co na to nasi? Portugalczyki, to ich tam opierdolimy, kowboje nie umieją grać, z Koreańcami na pewno damy sobie radę. Jak byłbym trenerem Portugalii, Korei czy USA przetłumaczyłbym tylko wywiady polskich piłkarzy i trenerów. A nasi zagrali gorzej niż Górniak hymn zaśpiewała. No i jak jeszcze „profesjonaliści” traktowali dziennikarzy – przedstawicieli narodu? Wyzywali od pedałów i skurwysynów! A pan Boniek patrzy na to i się śmieje? W każdej normalnej ekipie w tej sytuacji kierownictwo samo podałoby się do dymisji. Tak byłoby na pewno w 74 r. Zresztą trener Anglii Glenn Hoddle kiedyś powiedział coś niefortunnego o niepełnosprawnych i następnego dnia już go nie było.</p>
<p><strong>Pan nie gryzie się w język.</strong></p>
<p>No gdybym był trenerem, to musiałbym się ugryźć, ale wtedy nie byłbym sobą. Zresztą nie każdy może i powinien być selekcjonerem. Janas, choćby, nie ma trzeźwego spojrzenia na futbol i wiadomo, o co chodzi. Na takim stanowisku nie może być ktoś, kto ma problemy z samym sobą. A Boniek? Ma tyle wspólnego z trenerką co ja, czyli niewiele. To jakby dać małpie brzytwę i żądać od niej, żeby bezkrwawo ogoliła frajerów, ale nikt mnie nie słuchał. Tomaszewski defetysta, persona non grata itd. Poza tym cały czas nie wyjaśniona jest sprawa, dlaczego Boniek zrezygnował. Kto podpisał umowę Canal+ na 100 milionów dolarów za transmisję ligowych meczów? Z jednej strony był to Boniek, z drugiej Rywin. I nikt nie wziął prowizji, czyli nikt nie pośredniczył.</p>
<p><strong>Czy coś pan sugeruje?</strong></p>
<p>Gdyby nie było afery Rywina, Boniek nadal byłby trenerem… Skojarzmy fakty: Boniek podał się do dymisji 2. grudnia. Grudzień, styczeń, luty – w piłce nic się nie dzieje, ale 50 tysięcy złotych można co miesiąc inkasować. Nie jest to dziwne, zrezygnować ze 150 tysięcy?</p>
<p><strong>Na biednego nie trafiło</strong>.</p>
<p>Z bogactwem Bońka to coś nie tak. Wiarygodni ludzie powiedzieli mi, że Boniek przyjechał do Polski bez grosza. Spłukany wrócił zarobić (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Chyba pana nie martwi to, że w PZPN-ie jest źle? Zawsze można kogoś skrytykować.</strong></p>
<p>Taak, ja Listkowi życzę, żeby był szefem PZPN-u dwadzieścia lat (<em>śmiech)</em>. O czym ja bym pisał, gdyby w PZPN-ie byli normalni ludzie? Gdyby nie było mumii nie mających żadnych propozycji dla kibiców? Kto by mnie wtedy czytał? Sytuacja w PZPN-ie do złudzenia przypomina tę w PZU i ZASP-ie. Był pan Wieczerzak, było bajecznie i kolorowo, przyszedł następca, zobaczył kwity – Wieczerzak siedzi. Był Kazio Kaczor, było bajecznie i kolorowo, przyszedł Olgierd Łukaszewicz, zobaczył kwity i jest akt oskarżenia.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>To pana zdaniem Listkiewicz będzie siedział?</strong></p>
<p>Na pewno, jak przyjdzie nowy prezes i odtajni akta, to Listkiewicz będzie wyjaśniał dużo spraw. Niegospodarność, przekręty, afery itd.</p>
<p><strong>Jakiś przykład?</strong></p>
<p>Chociażby zbiorowy gwałt w Finlandii w 2000 r. Czterech naszych juniorów było zaangażowanych, trzech gwałciło. Chłopcy zdobyli złote medale i poszli do dyskoteki z trenerem Wojtowiczem. Następnego dnia, w poniedziałek o ósmej rano mieli samolot, ale o szóstej zapukała policja. 15-letnia Finka zeznała, że Polacy ją spili i zgwałcili. W tej czwórce był m.in. Przemysław Kaźmierczak, zawodnik Piotrcovii, który nie gwałcił. Dziewczynie pokazana właśnie jego, a ona, że owszem – to jeden z nich. Dwanaście dni siedział w fińskim więzieniu. Drużyna wróciła i jakiś historie, że na testach w jakimś klubie został, u jakiejś ciotki… Zrobiono mu test DNA, no ale ten nic nie wykazał z oczywistych powodów, a sprawę zatuszował Listkiewicz i Boniek. Zero odszkodowań. Znam nazwiska całej czwórki, sprawę przekazałem do szefa komisji sejmowej Drzewieckiego (<em>Mirosław</em> <em>Drzewiecki, szef</em> <em>Komisji Kultury Fizycznej i Sportu – przyp. aut.)</em> oraz przez NIK do Polskiej Konfederacji Sportu. I nic. Sprawie ukręcili łeb, a ja mam wszystkie dokumenty.</p>
<p><strong>Spotkał pan tych chłopaków?</strong></p>
<p>Nie, ja tylko sprawę nagłośniłem, a PZPN na to, że nie chcieli chłopcu robić krzywdy. Listkiewicz powiedział, że tam się właściwie nic nie stało, bo to była jakaś bywalczyni dyskotek, pijaczka. 15-latka?</p>
<p><strong>A czy nie zdarzają się pod pana adresem jakieś pogróżki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, nigdy. Bałem się kiedyś tylko kominiarza. Jak wiem o jakimś draństwie, skurwysyństwie, nie popuszczę. Poza tym rywale naszych juniorów robią kariery, a nasi piją, ćpają i nie radzą sobie ze sobą.</p>
<p><strong>Skoro jesteśmy przy złym prowadzeniu się, którzy piłkarze pana zdaniem mają w tej dziedzinie największe osiągnięcia?</strong></p>
<p>O bramkarzach może nie będę mówił, żeby nie powiedzieli, że to na siebie powinienem wskazać. Mirosław Pękala, ze Śląska, Marciniak. Świetnie się zapowiadali, ale zmarnowali swoje talenty. Marciniak zresztą zmarł w tym roku. Gazza, choć trudno powiedzieć, że się w jakiś sposób nie spełnił. Swego czasu George Best. Gerd Muller, który pod koniec kariery miał odlot nieprawdopodobny – alkoholowo-narkotykowy. Koledzy z Bayernu – Rummenigge i Beckenbauer podali mu rękę i wytrzeźwiał. A świeższe przypadki to Maciej Terlecki – półtoraroczny odlot i Igor Sypniewski – roczny. Poszli w używki. Bardzo się cieszę, że wrócili do życia. Jurek Dudek grał słabo w Liverpoolu po zgrupowaniach drużyny narodowej. A na mistrzostwach po miesięcznych przygotowaniach był beznadziejny! Powinien szybko przejść do hiszpańskiej ligi. Najlepiej do Barcelony. Z nim w składzie, byłby to najlepszy klub na świecie. Dudek gra w tej chwili przeciwko całej Anglii, bo Kirkland, nie dość, że jest dobrym bramkarzem, to jest kandydatem numer jeden do stania w bramce reprezentacji, pupilkiem całej Anglii. Dudek gra do pierwszej szmaty. Potem będzie ława, z której nie wróci na boisko.</p>
<p><strong>Kto ma czy miał zły wpływ na drużynę Engela?</strong></p>
<p>Hajto i Świerczewski. W zły sposób zdominowali reprezentację. Trwają kłótnie na temat reklam, ja rozumiem, ale wreszcie trzeba było się opanować: Panowie, kurwa mać, teraz są mistrzostwa świata, po chuj wam te 20, 30 tysięcy?! Potrzebny był ktoś, kto powiedziałby: Jeszcze ktoś z was będzie rozmawiał na temat zupek z panem Bońkiem, to szybciutko, wypierdalaj!</p>
<p><strong>Skoro pańskie opinie tak często się potwierdzają, a pana prognozy sprawdzają, to czemu nie pomoże pan naszej piłce?</strong></p>
<p>Nie mam propozycji z PZPN-u, a nawet gdybym miał, to i tak bym jej nie przyjął. Będą zmiany – zgłaszam swój akces, nawet na rzecznika prasowego.</p>
<p><strong>A kto mógłby być nowym szefem Związku?</strong></p>
<p>Ktoś spoza układów. Wpływowy polityk. Bielecki, Szmajdziński, Tusk, Płażyński.</p>
<p><strong>A Lepper?</strong></p>
<p>Bez przesady, zresztą Leppera mamy teraz na tym stanowisku (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Tak pana określają, choćby w Internecie: „Lepper polskiej piłki nożnej”.</strong></p>
<p>Zaraz, zaraz. Ja zaczynałem pisać, kiedy Leppera jeszcze nie było, w każdym razie publicznie. Jeśli już, to odwrotnie: „Lepper Tomaszewskim polityki”. Poza tym Lepper ma spraw ok. 50, a ja jak na zbawienie czekam na tę jedną z Listkiewiczem. Lepper stworzył kult jednostki, a to już nie działa. Dlatego nie ma już połowy drużyny.</p>
<p><strong>A trenerem kadry narodowej kto powinien być? Ponoć Kasperczak miał propozycję, zanim został nim Janas?</strong></p>
<p>Nie było takiej propozycji. Teraz dla ogólnej zgody twierdzi, że była. Tak też twierdzi Listek, ale łże. Najlepszy dowód jest taki, że Listek mówi, że rozmawiał z Liczką, a Liczka na to: takiej rozmowy nie było. Pic na wodę. Narodową trzeba oprzeć na Wiśle, a powinni ją prowadzić Kasperczak z Engelem. Przynajmniej tak należałoby dokończyć eliminacje do Mistrzostw Europy.</p>
<p><strong>A jaki właściwie, pana zdaniem, jest poziom naszej narodowej reprezentacji?</strong></p>
<p>Poziom? Boski. Bóg jeden wie, jak ona zagra. Wygrywamy z Kazachstanem 3:0, niby dobrze – wygrana, ale w stylu, że rzygać się chce. Z dobrym trenerem jesteśmy na poziomie Norwegii, Szwecji, Turcji.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Turcji?! To trzecia drużyna świata!</strong></p>
<p>Nie, nie, nie. Dla mnie trzecią drużyną świata jest Hiszpania, Francja, Holandia. Turcja to taki przypadek jak Duńczycy, którzy z wczasów pojechali na Mistrzostwa Europy i wygrali je w 92 r.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy reprezentacja z pana czasów dałaby radę tej Engela?</strong></p>
<p>Nie, nasze organizmy nie były wykorzystane w stu procentach, tak jak teraz. Różnica jest taka, że kiedy my graliśmy, to byliśmy zawodnikami światowego formatu. Każdy z Orłów Górskiego klasyfikowany był w piątce albo co najmniej w dziesiątce najlepszych zawodników świata. A kto dzisiaj? Dudek przez moment.</p>
<p><strong>Proszę na zdradzić swoje największe marzenie.</strong></p>
<p>Zobaczyć sejf w PZPN-ie, wszystkie dokumenty i umowy sponsorskie, które są w środku. No i zarząd komisaryczny w tej instytucji.</p>
<p><strong>No, to wcale nas nie dziwi, że prezes Michał Listkiewicz zaproponował kiedyś załatwienie panu bezpłatnych badań medycznych. Ma pan chyba lekką obsesję na jego punkcie?</strong></p>
<p>Niestety nie zaoferował żadnego lekarza, a ja podziękowałem za troskę o moje zdrowie i powiedziałem, że odwdzięczę mu się paczką na widzeniu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie ma pan wrażenia, że PZPN traktuje pana zupełnie niepoważnie?</strong></p>
<p>Ja wcale nie chcę, żeby traktowali mnie poważnie. Ja po prostu poważnie wykonuję swój zawód publicysty. Zresztą myślę, że traktują mnie coraz poważniej, tyle że nie ma politycznego przyzwolenia na rozpieprzenie PZPN-u.</p>
<p><strong>Czyjego?</strong></p>
<p>Andrzej Kraśnicki (prezes Polskiej Konfederacji Sportu – SLD), Mirosław Drzewiecki (PO), Krystyna Łybacka (minister edukacji i sportu – SLD) – twierdzą, że w polskiej piłce jest dobrze i będzie lepiej. Jeżeli oni kitują czterdziestomilionowy plebs, to świetnie, róbta tak sobie dalej.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Z tego wynika, że z każdej strony popierają PZPN i tylko pan jest przeciw.</strong></p>
<p>I bardzo dobrze! Reprezentacja gra fatalnie, każdego dnia są jakieś afery w polskiej piłce, a oni twierdzą, że wszystko jest dobrze! Ja będę miał tematy do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej, jak mówi Owsiak.</p>
<p><strong>Krytykuje pan głównie w prasie, w telewizji już pan nie pracuje…</strong></p>
<p>Tak. Po MŚ dostałem propozycję nie do odrzucenia, albo będę mówił dobrze o reprezentacji Bońka, albo odchodzę. Natychmiast wysłałem faks z rezygnacją, choć miałem podpisany kontrakt.</p>
<p><strong>A co z tym miał wspólnego Janusz Basałaj, szef redakcji sportowej TVP?</strong></p>
<p>Dużo. Jak były przymiarki Basałaja do telewizji, to już wtedy powiedział w „Wyborczej”, że Szpakowskiego, Tomaszewskiego i Lubańskiego wypieprzy z telewizji. Basałaj to przyjaciel Bońka – podpisywali umowę z Canal+.</p>
<p><strong>To kto pana wyrzucił z telewizji?</strong></p>
<p>Boniek, Boniek… A jak teraz słyszę Basałaja?! To Ezop polskiego mikrofonu, opowiada bajki, Jasina to samo. Wystąpiłem kiedyś w programie <em>Śpiewające fortepiany</em> i doszedłem do wniosku, że muzyka nie przeszkadza mi w śpiewaniu, a Basałajowi w opowiadaniu bajek nie przeszkadza mecz. Jak go słyszę, krew mnie zalewa. Ojcem chrzestnym Basałaja jest Kwiatkowski. Jak się zmieni prezes, to on pierwszy leci. Rozmawiam ze środowiskiem – nikt nie może tego słuchać, on po prostu pieprzy. A czy ja chciałbym wrócić do redakcji sportowej? Ależ oczywiście!</p>
<p><strong>W telewizji pan nie pracuje, można więcej czasu poświęcić własnemu hobby. Ma pan imponujący barek…</strong></p>
<p>Jestem dumny z tej kolekcji. Ze dwieście butelek. Kupowane przeze mnie, prezenty i – na przykład – wygrane w zakładach. Mam sake od Jurka Engela. Założyłem się z nim o wynik jego debiutu. Miał być remis, a ja mówię: „Jureczku, zaczynam liczyć od trzech”. Było 3:0 dla Hiszpanii. Mam tequilę ze skorpionem. Mam sporo butelek w kształcie piłek. Mam butelkę w kształcie szabli z ormiańskim koniakiem.</p>
<p><strong>Jak to się kolekcjonuje? Odkręca pan każdą i bierze łyczek?</strong></p>
<p>Nie. Wszystkie są zakręcone.</p>
<p><strong>A wieczorami, nie boi się pan takiego zestawu?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) Nie. Przerzuciłem się na winko.</p>
<p><strong>To kto to wypije i kiedy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To nie do picia .To kolekcja.</p>
<p><strong>Łatwo w ten sposób skojarzyć Tomaszewskiego z butelkami…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Sądzą panowie, że alkoholik miałby taką kolekcję?</p>
<p><strong>No wie pan, nie wiadomo…</strong></p>
<p>Jak ktoś zbiera broń, to kim jest? Potencjalnym zabójcą? A kolekcjoner etykiet z pudełek po zapałkach? Piromanem?</p>
<p><strong>A dlaczego w środowisku piłkarskim dużo się pije? Wystarczyło poczytać niedawno wspomnienia Wojtka Kowalczyka.</strong></p>
<p>Kowalczyk trochę koloryzował, ale picie piłkarzy ma swoje dobre strony. Chodzi o stres, presję. Kiedy zaczynałem karierę trenerską w ŁKS-ie jako asystent Jezierskiego, ustaliliśmy z zawodnikami – panowie, nie interesuje mnie co robicie po sobotnim meczu. Tylko nie daj Boże, jak traficie do izby wytrzeźwień. Od wtorku jesteście już sprawdzani po 22. Mogę zadzwonić, mogę was odwiedzić. Dlaczego tak? Żeby rozładować napięcie po meczu. Raz, bo to tani pijak wtedy jest, po wysiłku wypije dwie lufy i ma już dosyć, a dwa, bo zawodnicy rozluźnieni wyjaśnią sobie wszystkie nieporozumienia. Wiem to z własnego doświadczenia.</p>
<p><strong>A słyszał pan o paleniu trawki w latach 70.?</strong></p>
<p>Nie. Chociaż ja raz zapaliłem. Byliśmy za Kazia Górskiego w Iraku. Nawet nie wiedziałem co to jest, pykali sobie po prostu fajki wodne. Zapaliłem, ale jakoś niedobrze tylko mi się zrobiło. Dwa razy pociągnąłem przy wszystkich zawodnikach i przy Górskim. Mówię do niego: Kaziu, spróbuję, a on na to: Dobra, próbuj. Były tylko dwa sztachnięcia, a ja jestem przecież dwumetrowy facet.</p>
<p><strong>A co z seksem przed meczem?</strong></p>
<p>W ogóle nie szkodzi. Chociażby Kaziu Deyna. To był taki samotny wilk, lubił polować. Po prostu się urywał <em>(śmiech</em>). A skuteczność miał dużą, bo wiadomo, że w latach 70. byliśmy popularni.</p>
<p><strong>Polował tylko przed meczami towarzyskimi?</strong></p>
<p>Nie. Kaziu to wszędzie, choć nie wiem akurat czy na MŚ w 74 r. też. A np. Brazylijczycy jeździli wtedy do burdelu. My nie mieliśmy tego problemu, bo byliśmy zbyt oszołomieni całą imprezą.</p>
<p><strong>Nie żałuje pan, że w 82 r. wstąpił do PRON-u (<em>Patriotyczna Rada Ocalenia Narodowego – przyp. aut</em>.)?<em> </em></strong></p>
<p>Nie, broń Boże. W trakcie stanu wojennego byłem w Hiszpanii i widziałem te wszystkie mapki z Ruskimi. Poparłem stan wojenny, uważałem, że to nasza jedyna szansa. Alternatywa przed rzezią. Do PRON-u wstąpiłem świadomie wiedząc, że stracę na popularności. W PRON-ie byli też Piechnik (<em>Antoni Piechniczek – przyp. aut</em>.) i Szewińska. Dzięki socjalizmowi stałem się piłkarzem światowego formatu, więc nie mogłem powiedzieć: pieprzę socjalizm. Cały czas mi to wypominają, ale ja nigdy nie byłem w żadnej partii, ani w PZPR, ani w Solidarności.</p>
<p><strong>A jest pan zadowolony ze swojego życia prywatnego?</strong></p>
<p>No, trzy małżeństwa się nie udały. Ale nie mam do nikogo pretensji. Tylko do siebie. Dwa pierwsze, bo za często byłem poza domem, ostatnie chyba głównie dlatego, że z teściową nie mogłem się dogadać. Zresztą ostatnie małżeństwo trwa, żona mieszka w Warszawie. Taki stan zawieszenia. Kto wie jak to się skończy, ale mam teraz inne priorytety. Chociażby dwie córki.</p>
<p><strong>Jaką kasę robi teraz Jan Tomaszewski?</strong></p>
<p>Dużo kosztowały mnie moje małżeństwa, ale jestem niezależny finansowo.</p>
<p><strong>Kogo chciałby pan obejrzeć na rozkładówce PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Izę Scorupco po drugim dziecku. Ciekaw jestem, jak wygląda (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A kiedy zasłoniłby pan oczy?</strong></p>
<p>Przed kurwikami w oczach (<em>śmiech</em>).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jan-tomaszewski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dariusz Michalczewski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/dariusz-michalczewski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/dariusz-michalczewski/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 18 Jun 2010 11:48:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Michalczewski Dariusz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2521</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 05, 2004 rok TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski fot. Tomek Bergmann &#8211; Jak zareagowała rodzina, gdy uciekłeś za zachodnią granicą? Nie obchodziło mnie to za bardzo. Mama się martwiła, ale miałem dwadzieścia lat, cztery lata byłem już samodzielnym człowiekiem, sam zarabiałem pieniądze. Poza tym byłem bardzo grzecznym chłopcem (śmiech). Czy aby na pewno? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Dariusz_Michalczewski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2529" title="Dariusz-Michalczewski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Dariusz_Michalczewski.jpg" alt="" width="350" height="234" /></a>PLAYBOY nr 05, 2004 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Łukasz Klinke, Piotr Szygalski</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomek Bergmann</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jak zareagowała rodzina, gdy uciekłeś za zachodnią granicą?</strong></p>
<p>Nie obchodziło mnie to za bardzo. Mama się martwiła, ale miałem dwadzieścia lat, cztery lata byłem już samodzielnym człowiekiem, sam zarabiałem pieniądze. Poza tym byłem bardzo grzecznym chłopcem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy aby na pewno? W wieku trzynastu lat bombardowałeś kamieniami milicję&#8230;</strong></p>
<p>No tak. Na rozruchy chodziłem. Czyli rzucałem kamieniami, jak wszyscy rzucali. Nikomu krzywdy nie chciałem zrobić. Ale też w tym samym czasie myłem szyby samochodowe na parkingach, a pieniądze oddawałem mamie.</p>
<p><strong>Miałeś z górki jako facet zza Żelaznej Kurtyny?</strong></p>
<p>Wręcz przeciwnie. Dopiero dzisiaj Polacy są w Niemczech dobrze traktowani. Wtedy Polak był na ogół kopaczem szparagów albo złodziejem samochodów. Obecnie nasza reputacja jest dużo lepsza. Sądzę, że byłem pierwszym i do pewnego momentu jedynym dobrze traktowanym Polakiem w Niemczech. Zostałem przez nich zaakceptowany.</p>
<p><strong>Miewałeś kłopoty z bulwarówkami. Czym im tak podpadałeś?</strong></p>
<p>Byli wkurwieni, że spotykam się z największymi politykami i największymi łobuzami, a przecież mogę spotykać się z każdym. Nikt nie gada ze mną o broni czy kradzionych samochodach. A ja i tak nie chciałbym tego słuchać.</p>
<p><strong>Ładniejsze są Polki czy Niemki?</strong></p>
<p>Polki. Mają więcej seksapilu. Może wynika to z tego, że Niemki są za bardzo samodzielne. Kobiety nie muszą być uległe wobec mężczyzn, ale według mnie chcą mieć przy sobie silnego mężczyznę, który jest oparciem. A emancypantki będą tym wszystkim niedługo rzygać. Nie sądzę, by dobrze czuły się, udając chłopów.</p>
<p><strong>Co nie zmieniło się w Polsce od momentu, kiedy wyjechałeś?</strong></p>
<p>Mentalność ekspedientek oraz pań w bankach i na lotnisku. Chamstwo gdzieniegdzie zostało to samo. Ja z tym nie mam problemów, bo sam lubię wydrzeć mordę, ale opryskliwość ludzi –  których obowiązkiem jest obsługiwanie innych – wobec spokojnych osobników jest przerażająca. „Gdzie z tą torbą?!!” i takie tam. Od razu wiadomo, że jest się w Polsce.</p>
<p><strong>Powiedziałeś, że założenie rodziny w wieku osiemnastu lat nie było przemyślane. Kiedy dorosłeś, by być ojcem?</strong></p>
<p>Byłem bardziej bratem i dobrym kumplem dla moich dzieci niż ojcem. Niczego nie zabraniałem, wszystko kupowałem itd. Potem często nie było mnie w domu. Nie byłem zbyt odpowiedzialny. Rodzicem w pewnym momencie była tylko moja żona. Teraz nie mieszkamy razem – to jest moja porażka, ale mamy codzienny telefoniczny kontakt. Czasami przyjeżdżają do Polski, co bardzo lubią robić, bo wiedzą, że mi tu jest dobrze i w konsekwencji jestem w Polsce fajniejszym, lepszym i weselszym tatą. Starszy, siedemnastoletni syn chce iść na Harvard. Mały jest talenciakiem bokserskim i na pewno bardzo bym chciał, żeby mój syn był mistrzem świata zawodowców. Ale droga do tego jest długa, kosztuje sporo zdrowia i nerwów. Tak więc nie musi tego robić.  Są sposoby na zdrowsze zarabianie.</p>
<p><strong>Czy twoje sprawy z żoną są już załatwione?</strong></p>
<p>Myślę, że rozejdziemy się w tym roku. Moja żona troszkę się pogubiła, miała złych doradców, którzy myśleli, że wyciągną ode mnie sporo kasy. Dlatego gadała prasie farmazony, że ją biję, dzieci biję itd. Dzisiaj jestem szczęśliwy i zakochany. Patrycja ma przeżycia podobne do moich, ma, tak jak ja, dwie twarze – spokojną i rozrabiary. Świetna matka, a na balandze szaleje i tańczy na stołach. Tak jak lubię. Plan jest taki, że ona bierze rozwód, ja też, a potem ślub i dzieci.</p>
<p><strong>Chyba nie byłeś wiernym mężem?</strong></p>
<p>Myślę, że mężczyzna rzadko  jest wierny. Nie ma takich, a jeżeli są, to chylę czoła. Chciałem chodzić na imprezy z żoną, ale ona nie chciała. Dzisiaj chodzę wszędzie z Patrycją i jej nie zdradzam. Ona uwielbia bawić się ze mną. Dorota tego nie lubiła i na imprezach ciągle byłem sam. Mistrz świata, nieźle wyglądający, z kasą, dobrze ubrany. Przy pięćdziesiątej pierwszej dziewczynie w końcu powiedziałem: „tak!” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Masz zasadę: „praca, wynik i balanga”. Jak intensywnie imprezując utrzymujesz wysoką formę sportową?</strong></p>
<p>Bo ja się bawię krótko, ale intensywnie i głośno. Piątek, sobota, niedziela i koniec zabawy. Poza tym nie piję tyle, ile kiedyś, już potrafimy bawić się bez alkoholu, choć nie zawsze.</p>
<p><strong>Wolny czas spędzasz często z piłkarzami. Nie kusiło cię, by zostać następcą Bońka?</strong></p>
<p>Jestem po prostu wielkim kibicem piłki nożnej. Może dlatego częściej widuje się mnie wśród piłkarzy. Piłka to pierwszy sport, który kiedykolwiek uprawiałem. Już jako bokserski mistrz świata grałem mecze kontrolne z niemiecką drużyną St.Pauli. Dawałem sobie całkiem nieźle radę. Na biegach byłem najlepszy! Moimi pierwszymi idolami byli Boniek, Lubański, Deyna, Lato&#8230; Idoli bokserskich raczej nie miałem. O tym, że zostałem bokserem, zadecydowały geny: mój tata boksował, jeden wujek boksował, drugi boksował i był trenerem. Gdy zmarł mój ojciec, wujo był drugim trenerem Stoczniowca Gdańsk i mama wysłała mnie do niego, żeby mnie czegoś nauczył. Jak na piłkę nożną byłem zbyt dużym egoistą. Sam chciałem strzelać bramki i nikomu nie podawałem – niechętnie dzieliłem się sukcesem. Dzisiaj to już robię, ale trzeba się tego uczyć latami. Z drugiej strony nikt, kto nie jest egoistą, nie może być gwiazdą.</p>
<p><strong>Zdarza się, że ktoś prywatnie próbuje sprawdzić twoje bokserskie kompetencje?</strong></p>
<p>Dwa lata temu na dyskotece w Toruniu musiałem pewnego gościa walnąć w łeb. Siedzieliśmy większą grupą, a on nagle zaczął pierwszego z brzegu kolesia walić piąchą. Może był po jakimś pyle. Wyskoczyłem i złapałem go już na parkiecie. Mówię: „Kolego, co ty, kurwa, robisz?”, a on jakoś tak skrzekliwie odzywa się: „MI-CHAL-CZEW-SKI”. No i dostał&#8230; Z prawej. Mocno upadł, jeszcze o coś uderzył głową. Było niebezpiecznie. Wystraszyłem się. Niepotrzebnie mi się wtedy wyrwało, ale nie mogłem się powstrzymać. Nie miewam raczej tego rodzaju zdarzeń. To był jedyny raz.</p>
<p><strong>Nie ukrywasz nigdy, że nie przepadasz za książkami&#8230;</strong></p>
<p>Zgadza się. Przeczytałem góra dwadzieścia pięć książek w życiu. Ale jest taka, która mocno mną wstrząsnęła! <em>My, dzieci z Dworca ZOO</em>. Czytałem ją już po niemiecku. Ja też zresztą jestem poniekąd autorem. W Niemczech ukazała się już jedna moja biografia, teraz pojawi się druga, w Polsce zresztą także – <em>Silniejszy od strachu.</em> Dobra książka.</p>
<p><strong>Chwalisz książkę traktującą o braniu narkotyków. Miałeś kiedyś z nimi jakiś kontakt?</strong></p>
<p>Dwa razy paliłem trawkę. Raz ze złym skutkiem. Strasznie wymiotowałem. W Hamburgu wracałem po jakiejś imprezie siedząc z tyłu taksówki, a każdy zakręt był dla mnie straszną walką. Wbiegłem po schodach do domu, ułożyłem się tak, żeby było mi już dobrze, a moja stara mnie wącha. Widzi, że coś jest nie tak, ale nie czuje alkoholu, bo nic nie piłem. Spałem potem kilkanaście godzin jak nieżywy. Ale już w Gdańsku było mi bardzo wesoło. Na kiwnięcie palca miałem jazdę. Generalnie jednak mało mnie to pociąga. Kokainy nie próbowałem. Rzadko też przy mnie ktoś odważa się coś brać. W trakcie zabawy pojawia się raczej alkohol.</p>
<p><strong>Ponoć miałeś zająć się jogą, żeby być mniej pobudliwy?</strong></p>
<p>Na razie nie mam czasu. Patrycja mnie namawia, bo widzi, że jestem nerwus i chce mnie nieco uspokoić (<em>śmiech</em>). Czasem to racja. Jestem, kurwa, nerwus, mam tyle spraw na głowie, a joga ma mi pomóc. Z drugiej strony może dzięki temu mógłbym lepiej i szybciej myśleć, może byłbym spokojniejszy. Może joga byłaby wskazana. No, ale nie ma czasu.</p>
<p><strong>Nie masz czasu, bo jesteś współwłaścicielem kilku restauracji. Czy ktoś próbował od Tigera wymusić haracz?</strong></p>
<p>To jeszcze to jest? Myślałem, że to przeszłość. Nic nie wiem o tym, żeby moje restauracje miały takie kłopoty. Można też zadzwonić na policję. Chyba jestem lubiany i nie mam takich problemów.</p>
<p><strong>Czy pomagasz w jakiś sposób polskim młodym zawodowcom?</strong></p>
<p>Mam inne rzeczy na głowie. Poza tym nie mam czasu na użeranie się z działaczami sportowymi w Polskim Związku Bokserskim. Tam pracują sami frajerzy, którzy się nawzajem oszukują.</p>
<p><strong>Co sądzisz o Andrzeju Gołocie?</strong></p>
<p>Nie znam faceta. Gdy czytam jego podszczypywania, nie przejmuję się nimi. Dla niego wszyscy są średni, ale tak naprawdę Gołota niczego w boksie nie osiągnął. Wszystko najważniejsze przegrał. Predyspozycje i talent to nie wszystko. Saleta był przynajmniej mistrzem Europy. Gołota zrobił wiele złego dla polskiego boksu. On zawsze był za duży dla małych i za głupi dla mądrych.</p>
<p><strong>Czy kontuzje twojej twarzy to znak upływającego czasu?</strong></p>
<p>Być może skóra już nie jest tak odporna jak kiedyś. Poza łękotką, którą miałem operowaną, i pękniętym dyskiem, wszystko mam w stanie idealnym. Ale nie ukrywam, że te kontuzje są dla mnie stresujące. Nie boję się, że walka przez to zostanie przerwana, bo zawsze jestem stroną atakującą.</p>
<p><strong>Jak długo jeszcze będziesz walczył?</strong></p>
<p>Nie wiadomo, jak wyleczy się moja kontuzja, no i nie ukrywam, że sporo zależy od tego, co mi zaproponują. Ja już nie muszę boksować. Jeżeli w tym roku nie zaboksuję, nie zaboksuję już na pewno. Tak myślę.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/dariusz-michalczewski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Paweł Nastula</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/pawel-nastula/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/pawel-nastula/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 10 Jun 2010 11:12:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Nastula Paweł]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2400</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2006 rok TEKST: Alex Kłoś fot. Tomek Bergmann &#8211; Jak to jest, kiedy dostaje się kopnięcie kolanem w głowę? Chodzi o ból? Nie czuje się bólu. Wszystko załatwia adrenalina. Potem owszem, ale w czasie walki nie ma na to czasu. Dlaczego szanowany powszechnie mistrz olimpijski w judo pakuje się w taką bijatykę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Pawel-Nastula.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2409" title="Pawel-Nastula" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Pawel-Nastula.jpg" alt="" width="350" height="229" /></a>PLAYBOY nr 7, 2006 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Alex Kłoś</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomek Bergmann</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Jak to jest, kiedy dostaje się kopnięcie kolanem w głowę?</strong></p>
<p>Chodzi o ból? Nie czuje się bólu. Wszystko załatwia adrenalina. Potem owszem, ale w czasie walki nie ma na to czasu.</p>
<p><strong>Dlaczego szanowany powszechnie mistrz olimpijski w judo pakuje się w taką bijatykę jak mma (<em>mixed martial arts – mieszane sztuki walki, w których walczy także przy pomocy uderzeń i kopnięć –przyp red.</em>)?</strong></p>
<p>Lubię wyzwania. Po 25 latach walk judo poczułem znużenie. Osiągnąłem wszystko, co było do osiągnięcia. Nie chciało mi się już tak ciężko pracować. Potrzebowałem świeżego bodźca. A mma to przyszłość sportów walki. Czysta esencja zbliżona do realnej walki tak blisko jak to tylko możliwe. Ale doskonale rozumiem, że nie wszystkim może się to podobać.</p>
<p><strong>Skąd taka skłonność do przemocy?</strong></p>
<p>Przemocy? Jestem spokojnym człowiekiem. Nigdy tylko nie dawałem sobie w kaszę dmuchać. Na podwórku tłukliśmy się równo. Na boksy lub przewracanki. Ja preferowałem chwyty. Ale jak ktoś chciał się bić koniecznie na pięści, to zgodnie z zasadami nie można było odmawiać. Przyznam się, że dostałem kilka razy ostre baty. No, ale nie mogłem się powstrzymać, kiedy np. graliśmy w piłkę na szkolnym boisku, a przychodziła banda starszych chłopaków i nas przeganiała. Wszyscy schodzili, ja zostawałem. Biłem się z tym, kto chciał mi to wyperswadować.</p>
<p><strong>Jak trafił pan do sportu?</strong></p>
<p>Mama zabrała mnie na spacer na AWF. Tam jest cudowny park. Przechodziliśmy obok pawilonu judo, przez okna widać było trenujące dzieci. Zaciągnąłem ją do środka i wybłagałem, żeby przekonała trenera, że mogę już zacząć ćwiczyć. Miałem dziesięć lat, a przyjmowali dzieci od 13. roku życia. Mama prała kimono, farbowała pas. Kibicowała, ale na zawody nie przychodziła, bo się przez to strasznie denerwowałem.</p>
<p><strong>Kto był pana idolem?</strong></p>
<p>Piłkarze: Lubański i Deyna, potem może też trochę Bruce Lee. Po <em>Wejściu Smoka</em> nosiłem do szkoły rękawice bokserskie. Sparingowaliśmy z kolegami w ubikacji.</p>
<p><strong>A jak było z dziewczynami?</strong></p>
<p>Proszę pana, jak tylko trochę podrosłem, to trenowałem już dwa razy dziennie. Nie piłem, nie paliłem. Do kina za często nie chodziłem, nie interesowałem się muzyką, nie siedziałem w książkach. No, ale <em>Złego</em> Tyrmanda i <em>Pięć lat kacetu</em> Grzesiuka przeczytałem po kilka razy. Chciałem mieć jak najwięcej czasu na sport i poszedłem do zawodówki. Uczyliśmy się obsługi maszyn metra, które miało powstać w przyszłości. Gdzie ja niby miałem dziewczyny podrywać? No może potem trochę w Parku, mojej ulubionej dyskotece.</p>
<p><strong>Kiedy objawił się pana talent?</strong></p>
<p>Już po dwóch, trzech latach treningów nie miałem sobie w klubie równych. Po dziesięciu zaczęła się gra na światowym poziomie. Zacząłem odnosić sukcesy. To dało mi motywację. Przyznam się szczerze, że nie potrafiłbym chyba trenować bez nagrody, jaką jest sukces.</p>
<p><strong>Czy zdarzało się panu wykorzystywać swoje umiejętności na ulicy?</strong></p>
<p>Tak, ale tylko na czyjeś wyraźne życzenie. Judo jest bezkonkurencyjne w samoobronie. Kiedyś pewien chłopak na osiedlu postanowił udowodnić, że jest numerem jeden. Strasznie chciał bić się z Nastulą. W końcu się spotkaliśmy. Wszystko potoczyło się tak jak w podręczniku. Sprowadziłem go do parteru i założyłem dźwignię. Bardzo przepraszał. Muszę się przyznać, że sam kiedyś niepotrzebnie sprowokowałem niepozornego gościa, który okazał się tak dobry, że naprawdę długo musiałem dochodzić do siebie. To była lekcja pokory.</p>
<p><strong>Ambicja. Czy to ona jest pana główną siłą?</strong></p>
<p>Bez niej nie ma sukcesu. Po kilku tytułach mistrza Polski poczułem, że stać mnie na więcej. Ile razy można być najlepszym w kraju? Trzeba mierzyć w najwyższe cele. Ale ambicja może też być złym doradcą. Cztery miesiące przed olimpiadą w Sydney zerwałem przyczepy w barku. Byłem po kontuzji bez olimpijskiej formy. Ambicja kazała mi jechać i walczyć, i w efekcie przegrałem w eliminacjach.</p>
<p><strong>Jaki smak ma porażka?</strong></p>
<p>Koszmarny. Szczególnie gdy ludzie, którzy noszą cię na rękach, odwracają się do ciebie plecami. Dużo łatwiej jest wejść na szczyt niż z niego spaść. Po tym jak przestałem wygrywać, ludzie wzruszali ramionami i pytali, po co jeszcze walczę. Nie mogli zrozumieć, że po prostu to kocham.</p>
<p><strong>Przez cztery lata nie miał pan na świecie w swojej wadze konkurencji, jak pan to wspomina?</strong></p>
<p>Kiedy patrzę za siebie na tamte lata, to sam nie bardzo wiem, co mam o tym myśleć. Jeździłem na kilka turniejów rocznie, walczyłem z najlepszymi. A w judo o wyniku decydują często ostatnie sekundy. Myślę, że to wszystko dlatego, że podchodziłem do startów na luzie. Nie robiłem słupków z wygranymi tak jak bokserzy. Potem zrobili to za mnie dziennikarze. Można powiedzieć, że trochę się tym wszystkim bawiłem.</p>
<p><strong>Jakie znaczenie ma dla pana rodzina?</strong></p>
<p>Jest najważniejsza. Mam dwie wspaniałe córki. W ogromnej mierze to zasługa żony, która w pewnym momencie zajęła się praktycznie prowadzeniem domu. Przez kilka lat nie było mnie w domu po trzysta dni w roku. Straciłem kilka lat życia swoich dzieci. To duża cena.</p>
<p><strong>Ma pan piękny klub, zbudował pan pod Warszawą dom. To wszystko ze sportu?</strong></p>
<p>Tytuł mistrza świata jest satysfakcjonujący, ale nie przekłada się na sukces finansowy. Byłem najlepszy, ale absolutnie nie było z tego kokosów. Wszystko zmieniło się po tym, jak zdobyłem złoto w Atlancie. Szybko zgłosił się sponsor. Mogłem się w końcu ożenić i założyć rodzinę. Przez cztery lata startowałem z naszywką producenta napojów gazowanych inie musiałem zawracać sobie głowy kasą. Dom i klub powstały dzięki temu.</p>
<p><strong>Złośliwcy twierdzą, że startuje pan w pride, bo ma pan długi. Ile pan dostaje za walki w pride?</strong></p>
<p>Tego nie powiem. To moja tajemnica handlowa. Płacą tyle, że opłaca się bić  i ryzykować. Bardzo chciałbym się dowiedzieć, kto rozpuszcza o mnie takie plotki. Dla ścisłości, nie mam długów.</p>
<p><strong>Pomiędzy szlachetnym judo stworzonym z myślą o samoobronie, a brutalnym mma jest prawdziwa przepaść. Jak przekroczył pan ten rubikon?</strong></p>
<p>Kilka lat temu oglądałem amerykański turniej UFC. Bili się na gołe pięści i byłem naprawdę w szoku. Ani przez sekundę nie pomyślałem, że sam będę brał kiedyś udział w czymś takim. Szybko okazało się, że mma to nie barowa bójka, a najtrudniejszy sport walki. W ogromnej mierze bazujący nachwytach i walce w parterze. A to była moja ulubiona działka w judo. Pomyślałem, dlaczego się nie sprawdzić? Czekałem na konkretną propozycję finansową. Zgłosili się Japończycy.</p>
<p><strong>Jako judoka wielokrotnie bywał pan w Japonii, polubił pan to miejsce?</strong></p>
<p>Tak. Ale przyznam szczerze, że nie mógłbym tam mieszkać. Tam wszystko jest inne. Panuje niesamowity ścisk, przestrzeń wykorzystana jest co do centymetra. Japończycy są bardzo grzeczni. Tak grzeczni, że czasami trudno jest się zorientować, co naprawdę myślą. No i ukłony. Po jakimś czasie wchodzą w krew i człowiek sam kłania się co chwila. Tak w ogóle, to miałem kilka propozycji wyjazdu na stałe zagranicę, ale mój dom to Warszawa. Mam klub na Bielanach, na których się wychowałem. Dobrze mi tutaj.</p>
<p><strong>Jak się pan czuł wychodząc do walki nie w kimonie, a obcisłych slipkach?</strong></p>
<p>Dziwnie. Na wejście na ring czekałem 40 minut. Mieli tam jakieś obsuwy techniczne. Truchtałem w miejscu, żeby nie ostygnąć. Wrażenia z wejścia na salę, w której ma się walczyć przed pięćdziesięciotysięczną publicznością, są powalające. Wytrzymać to wszystko psychicznie to już połowa sukcesu.</p>
<p><strong>D</strong><strong>laczego przegrał pan dwie walki w pride?</strong></p>
<p>Mam oto do siebie żal, ale zabrakło mi doświadczenia. Mam mocne nawyki z judo. Na przykład ten, że kładę się na brzuchu. W mma to niewybaczalny błąd. Poza tym musiałem nauczyć się uderzać i kopać przeciwnika, kiedy to tylko możliwe. No i zabrakło mi kondycji. W judo walczy się dość krótko i przez cały czas na pełnym gazie. W mma trzeba rozłożyć siły na10 minut.</p>
<p><strong>Wygra pan kiedyś walkę w pride?</strong></p>
<p>Zobaczymy. Muszę się jeszcze dużo nauczyć. Walczę po to żeby wygrywać, a nie przegrywać w pięknym stylu. To zostawiam innym. Jestem uparty. Zerwałem kiedyś więzadła w kolanie. Lekarze powiedzieli, że mam zapomnieć o sporcie. Chcieli mnie operować. Uparłem się jednak, że będę walczył. Gdybym się poddał, to nie osiągnąłbym potem tego wszystkiego.</p>
<p><strong>A nie szkoda panu zdrowia na taki hardcore?</strong></p>
<p>Jestem zdrowy. Mam 36 lat. Na co mam czekać? Zamiast zadawać takie pytania lepiej trzymajcie za mnie kciuki!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/pawel-nastula/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maciej Szczęsny</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maciej-szczesny/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maciej-szczesny/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 09:00:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Szczęsny Maciej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2275</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2004 rok TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski fot. Piotr Małecki &#8211; Dlaczego Szczęsny jest taki niepokorny? Tendencje do złośliwości, nawet za daleko posuniętej, mam po mamusi, choć oboje rodzice są dowcipni (śmiech). Doszedłem do wniosku, że złośliwość i brak pokory kosztują niewiele. Wyszło to panu na zdrowie? Niespecjalnie. Wielokrotnie przekonałem się, że [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Maciej-Szczesny.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2283" title="Maciej-Szczęsny" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Maciej-Szczesny.jpg" alt="" width="350" height="232" /></a>PLAYBOY nr 6, 2004 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Łukasz Klinke, Piotr Szygalski</strong></p>
<p>fot. Piotr Małecki<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Dlaczego Szczęsny jest taki niepokorny?</strong></p>
<p>Tendencje do złośliwości, nawet za daleko posuniętej, mam po mamusi, choć oboje rodzice są dowcipni (<em>śmiech</em>). Doszedłem do wniosku, że złośliwość i brak pokory kosztują niewiele.</p>
<p><strong>Wyszło to panu na zdrowie?</strong></p>
<p>Niespecjalnie. Wielokrotnie przekonałem się, że to zła ścieżka, ale niczego nie żałuję. Parę razy można było ugiąć kark i spuścić łeb, a ja tego nie zrobiłem.</p>
<p><strong>Przed kim najbardziej nie lubił pan go spuszczać?</strong></p>
<p>Przed głupimi oczywiście&#8230; No i przed tymi, którzy byli wyżej. W każdym klubie, w którym grałem, zawsze najlepiej żyłem z monterem, magazynierem i paniami sprzątaczkami, które całowałem w mankiet. A im wyższe były schody, tym większa pojawiała się rezerwa.</p>
<p><strong>Na przykład w stosunku do trenerów. Jak z upływem czasu ocenia pan swoją karierę reprezentacyjną?</strong></p>
<p>Jaką karierę? Przygodę! Zagrałem siedem meczów przy sześciu trenerach. Żeby było śmieszniej, przegrane mecze z Brazylią i Niemcami to jedne z moich lepszych meczów w życiu. Graliśmy z aktualnym mistrzem świata i Europy tracąc w każdym spotkaniu po dwie bramki, a mogliśmy po dwanaście – bez większego wstydu dla mnie. Nikt nie mówi już o tym, że w tamtych reprezentacjach panował non stop bałagan. Organizacyjny i emocjonalny. Miałem inny styl spędzania wolnego czasu niż większość kolegów. Spałem, czytałem książki i żarłem do nieprzytomności.<strong></strong></p>
<p><strong>A inni co robili?</strong></p>
<p>Ze dwóch jeszcze czytało. Co robiła reszta, nie wiem, bo nie chodziłem po pokojach, ale było raczej cicho.</p>
<p><strong>Z kim pan mieszkał w pokoju?</strong></p>
<p>Z Jackiem Zielińskim, który też czytał, w związku z tym nasz pokój nie był popularny. Spotykały nas żartobliwe zarzuty, że albo śpimy jak nieżywi, albo czytamy i też wyglądamy, jakbyśmy zeszli. Podobny problem miał Tomek Łapiński, który jest bibliofilem. Kiedy bywałem zmęczony, zdarzało się, że usiłowałem poczytać. Siedem razy czytałem jedno zdanie kompletnie bez zrozumienia. Szedłem wtedy do Tomka zapytać, czy to ja jestem kompletny tłumok czy książka jest tak denna. Łapiński polecał wtedy tytuły, które lepiej się czyta na dużym zmęczeniu.</p>
<p><strong>Trenerzy nie mieli pretensji, że Szczęsny za dużo czyta i przez to jest za spokojny?</strong></p>
<p>Taki spokojny to ja nie byłem. Często warczałem na trenerów, którym zwykle się to nie podobało. Często zresztą odnosiłem wrażenie, że chodzenie za ręce nakazane jest tam, gdzie chodzenie samopas nie byłoby niczym szkodliwym; a chodzenie samopas odbywało się tam, gdzie powinno się drałować w dwuszeregu.</p>
<p><strong>Jednym z pana trenerów był Andrzej Strejlau, który według pana jest świetnym szkoleniowcem, ale beztalenciem jako selekcjoner. Co to znaczy?</strong></p>
<p>Po prostu nie wiem, czy Strejlau zdaje sobie sprawę z tego, że rządząc grupą ludzi trudno wszystkich zadowolić, a do tego trzeba robić to uczciwie i sprawiedliwie, jednocześnie nie nadeptując komuś na odcisk.</p>
<p><strong>Dobrym człowiekiem jest, przynajmniej dla pana, Franciszek Smuda. Skąd ta wielka, wciąż podkreślana w wywiadach, sympatia?</strong></p>
<p>Nie podkreślałbym tego, gdyby wciąż mnie o to nie pytano (<em>śmiech</em>). Kiedyś się przyznałem, że pierwszy kontakt<br />
mieliśmy trudny. Smuda znał mnie z prasy, głównie z „Przeglądu Sportowego”, a ja wtedy z paroma panami z tego tytułu nie znosiłem się wyjątkowo. „Przegląd” zatem mógł o mnie pisać tylko źle i takiego znał mnie Smuda, a ja jego z kolei znałem z wypowiedzi telewizyjnych, które do najbardziej elokwentnych nie należały. Stąd brała się pewna bariera, którą Smuda pogłębił swoim pierwszym wystąpieniem na żywo w szatni. Jak się okazało jednak – od wielkiej nienawiści do wielkiej miłości jest jeden krok.</p>
<p><strong>Skąd wzięły się jego sukcesy z Widzewem?</strong></p>
<p>Miał to coś, że nie przeszkadzał drużynie być drużyną.</p>
<p><strong>Dlaczego po Widzewie wiodło mu się znacznie gorzej? Nie poradził sobie na przykład w Legii.</strong></p>
<p>To jest hipoteza, ale może spotkał tam zbyt duże gwiazdeczki zrobione miękkim palcem. Skoro trafili do Legii, to pewnie osiągnęli już swój cel życiowy, trafili do zespołu wirtuozów. Uznali, że ich to nobilituje i nie trzeba już co tydzień wkładać nogi w tryby. Może potem w Wiśle zbyt wiele osób mieszało mu się do rządzenia drużyną. W Widzewie w sprawy szkoleniowe się nie wpieprzano, a zespół do nauczania piłkarskiego się nie nadawał, bo wszyscy swoje maksymalne możliwości piłkarskie osiągnęli i trzeba było je tylko połączyć. „Żądz moc móc wzmóc” – jak śpiewali Starsi Panowie. I wzmagaliśmy, czasem do szóstej rano.</p>
<p><strong>Czy ktoś kiedyś rozbawił pana tak, jak Franciszek Smuda i jego słynne sformułowanie: „rzutyma rożnami”?</strong></p>
<p>Jeden pan na przykład przekonywał, że jak coś złego dzieje się na boisku, to należy zareagować pozytywnie (<em>Henryk Kasperczak – przyp.aut.</em>). Powtarza to pasjami do dzisiaj, ale cały czas nikt nie wie, na czym ta pozytywna reakcja ma polegać (<em>śmiech</em>). Hasło – wytrych, ale to wytrych, który tylko zamyka.</p>
<p><strong>Któremu polskiemu trenerowi dałby pan najwyższy znak jakości?</strong></p>
<p>Warsztat szkoleniowy, taktyczny, umiejętność wpływu na morale i mentalność ma Engel i dałbym mu znak Q bez zmrużenia powieki. Choć kibice mogą mieć inne zdanie, bo to, co fenomenalnie zbudował i wywalczył, potem koncertowo spaprał i jeszcze nie umiał się do tego przyznać. Z szarym zespołem nijakich zawodników pierwszy w Europie awansował do finałów MŚ. Bezapelacyjnie zrobił coś z niczego i nie zabierze tego fakt, że potem przyłożył łapę do tego, żeby to spieprzyć.</p>
<p><strong>Miał pan nadzieję na dobrą grę drużyny narodowej, gdy Engela zastąpił Boniek?</strong></p>
<p>Nie. Uważam, że jeśli ktoś udowodnił swoją olbrzymią przydatność i talenty w sferach marketingowo-organizacyjnych, a przy okazji brak talentu i nieprzydatność w kwestiach szkoleniowych, to nie powinien kierować się nieposkromioną ambicją i brać takiego stanowiska tylko dla splendoru.</p>
<p><strong>Czyli dobrze, że trenerem został w końcu Janas?</strong></p>
<p>Niewiele lepiej, ale lepiej.</p>
<p><strong>Zatem eliminacje do MŚ mogą być dla nas przykre?</strong></p>
<p>Wszystko jest możliwe.</p>
<p><strong>Wróćmy do Janasa, czemu to tylko niewiele lepiej w porównaniu z Bońkiem w roli trenera kadry?</strong></p>
<p>Widzę w nim wiele niepewności. Byłby bliżej znaku jakości, gdyby był bardziej „Teraz Janas”. Powinien mieć więcej własnych przemyśleń, własnego planu i konsekwentnie się tego trzymać. Wiele, naprawdę bardzo wiele, można zarzucić Wójcikowi, ale w pewnym momencie wiedział, że chce wszystkimi sposobami wygrać i przekonał ludzi, że nie są w stanie przegrać. Może było to prostackie i butne, zatrącało o pijanego w malignie, ale jednak wyszło na jego. Srebrny medal olimpijski to w końcu, jak na nasze kryteria, nie w kij dmuchał.</p>
<p><strong>Jakie wzorce kierują życiem Macieja Szczęsnego?</strong></p>
<p>W domu rodzinnym nauczyłem się, że ważne, żeby mieć coś w głowie. Pragmatyzm życiowy nie występował i nie przekładało się to na dobra materialne. Rodzice tego nie umieli, ja też nie umiem, ale nikomu z nas nie przeszkadzało to cieszyć się życiem. Miałem jednak szczęście, że poszedłem grać w piłkę, nie okazałem się kompletnym lewusem, byłem wytrwały, a kiedy miałem kilka kryzysów w okolicach dziewiętnastego roku życia, byli ludzie, którzy mnie przekonali, że szkoda lat, które spędziłem na boisku, a kłótnie z trenerami czy prezesami nie oznaczają, że trzeba wyjść, trzasnąć drzwiami i zakończyć przygodę z piłką.</p>
<p><strong>Skąd w ogóle wziął się pomysł, że Maciej Szczęsny będzie piłkarzem, i to bramkarzem?</strong></p>
<p>Miałem do tego wielki talent od szkoły podstawowej. Na szkolnym boisku swoimi obronami wprawiałem w osłupienie moich kolegów.</p>
<p><strong>Strzelił pan w czasie swojej kariery jakąś bramę?</strong></p>
<p>Nie. Kiedyś na Legii chciałem strzelać karnego Widzewowi, ale koledzy nie dali. Byłem na nich strasznie wkurwio-<br />
ny (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Nie da się ukryć, że nie przepadał pan za częścią swoich kolegów z Legii. Na czym polegał problem Szczęsnego w kontaktach z  piłkarzami legionistami?</strong></p>
<p>Ja na Łazienkowską dojeżdżałem z Grzybowskiej, Szczęśliwickiej, a wcześniej  autobusem linii 166 na Torwar, żeby sobie pojeździć na łyżwach. Natomiast niektórzy do Legii trafiali z głębokiego Podkarpacia i mieli dysonanse poznawcze. Szkodziły im światła wielkiego miasta. Z jednej strony czuli się bardzo dowartościowani, bo zrobili wielki skok na drabinie kariery, także finansowy, a z drugiej strony przerażało ich to, gdzie się nagle znaleźli.</p>
<p><strong>Wtedy widać było, który piłkarz jest z Europy Wschodniej, a który z Zachodniej. Dzisiaj to się rozmyło. Chodzi nam oczywiście o atrybuty zewnętrzne.</strong></p>
<p>Jednocząc się z Europą aspirujemy do wyższej kultury i paskudnie unifikujemy się z symbolami, które nie wiadomo czemu nimi są. Byłbym w stanie zrobić bardzo wiele, żeby grać w piłkę jak Beckham czy Ronaldinho, choć pewnie – niestety – bez pożądanego skutku, jednak nigdy w życiu bym się tak nie uczesał.</p>
<p><strong>Czyżby pił pan do fryzur Marka Saganowskiego? Nie jest pan wielbicielem jego talentu?</strong></p>
<p>(<em>śmiech</em>) Ależ jestem, jak najbardziej. Saganowski próbuje grać tak dobrze jak Beckham.  Dziwię się tylko, że nie pójdzie własną drogą w kwestii estetyki zewnętrznej.</p>
<p><strong>Czemu aż tak dużo w polskiej piłce było „magicznego napoju”, o którym cytując Himilsbacha zdarzało się panu mówić?</strong></p>
<p>Kiedyś wszyscy mieliśmy kompleks prowincjusza. Dzisiaj kompleksów mamy mniej, nie wiedzieć czemu (<em>śmiech</em>),<br />
czujemy się bardziej równoprawni z mieszkańcami świata.</p>
<p><strong>Znał pan takich, którzy i dużo pili i świetnie grali?</strong></p>
<p>Z jednym takim się zderzyłem. Nie gra już w piłkę, choć mógłby.</p>
<p><strong>Kowalczyk to też taki przykład?</strong></p>
<p>Nie. Wojtek tak naprawdę pograł chwilę – zanim zaczął, to już skończył. Mówię o człowieku, który jak się bardzo<br />
skupił, to dobrze grał w piłkę, tyrał i miał na to zdrowie.</p>
<p><strong>Czy narkotyki wśród piłkarzy to coś na porządku dziennym?</strong></p>
<p>Nigdy się z czymś takim nie zetknąłem. Jest to jeden z niewielu problemów, który w polskiej piłce nie istnieje.</p>
<p><strong>A Maciej Szczęsny używa?</strong></p>
<p>Lubię eksperymenty, ale dwie skłonności na szczęście się mnie nie imają: narkotyki i hazard. Nie ciekawi mnie to i nie bawi. Tylko raz w życiu zagrałem w kasynie. Było to w Atlantic City, grałem dotąd, aż przegrałem dziesięć dolców.</p>
<p><strong>Jedna skłonność jednak się pana ima. Ciężko tego nie zauważyć&#8230;</strong></p>
<p>Fajeczki? O tak. Jest kilka czynności, za które powinni płacić. Wtedy byłbym multimiliarderem i Abramowicz byłby przy mnie malutki. Nie wiem, czy nie przeskoczyłbym Billa Gatesa. Sen, jedzonko, papieroski i sport amatorski.</p>
<p><strong>Od kiedy pan pali?</strong></p>
<p>Nie pamiętam (<em>śmiech</em>). Tak naprawdę, od piętnastego roku życia. Gdy codziennie uprawiałem zawodowo sport, było super, bo treningi filtrowały płucka i papierosy mi nie przeszkadzały. Teraz nie mogę spać, bo chce mi się palić, a gdy zapalę, po połowie papierosa mnie dusi i muszę go wyrzucić.</p>
<p><strong>A śpi pan z małżonką?</strong></p>
<p>Z własną.</p>
<p><strong>Jest pan namiętnym oglądaczem futbolu w telewizji?</strong></p>
<p>Zdecydowanie nie. Jeżeli oglądam to głównie po to, żeby się orientować i nie palnąć jakiejś głupoty w telewizorze. Chociaż i to się zdarza. Kiedyś posadziłem w Lidze Mistrzów na trybunach Roberto Carlosa za dwie żółte kartki, nie bacząc na to, że zmieniły się przepisy i teraz siada się za trzy. Zapowiedziałem, że szkoda, że nie zagra, a on za minutę już grał (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy koledzy z boiska obrażali się po pana telewizyjnych komentarzach?</strong></p>
<p>Paru miało żal, ale zawsze potem w trakcie osobistych spotkań udawało się to obrócić w żart. Wiem jednak skądinąd, że zdarzył się piłkarz, który  po moim komentarzu zdecydował się oddać dekoder Canalu+. Tak przynajmniej fama niosła.</p>
<p><strong>Czy pana, tak jak nas, bawią telewizyjne komentarze Antoniego Piechniczka sprzed domowego kominka w Wiśle? On porażkę z Liechtensteinem przekułby na nasz sukces.</strong></p>
<p>Sami oceniliście. Mam nadzieję, że jeżeli jestem postrzegany jako złośliwy, a przy tym jako sprawiedliwy, wszystko to, co powiem, nie jest groźne. Gdy komentarz ma służyć zrobieniu wszystkim przyjemności lub niezrobieniu niektórym przykrości – trzeba się zastrzelić.</p>
<p><strong>Lubi pan sprawozdania Dariusza Szpakowskiego? Złośliwi twierdzą, że ponosi on odpowiedzialność za niepowodzenia polskiej reprezentacji.</strong></p>
<p>Bzdura! Ale ciekaw jestem, co by się działo, gdyby komentował bojery, brydża czy latanie precyzyjne. Czekałem z utęsknieniem na jego golden comeback (<em>śmiech</em>). Niespecjalnie lubię te sprawozdania, ale bardzo niewielu sprawozdawców lubię słuchać. Moim ulubieńcem jednak jest Zydorowicz (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A pana szef w TVP – Janusz Basałaj? Toleruje pan jego komentarze?</strong></p>
<p>Z dużym trudem. To bardzo dobry szef i koordynator zespołu, ale kiepski sprawozdawca i komentator.</p>
<p><strong>Basałaj wyrzucił pana z Canal+, teraz przyjął do telewizji publicznej, zrewanżował się?</strong></p>
<p>Nie, dlaczego? Myślę, że nie zmienił zdania w kwestii oceny tamtego zdarzenia, spóźniłem się na mecz jako komentator, stwierdził, że jest to brak rzetelności zawodowej. Nie chciał wnikać w przyczyny, jego prawo jako szefa. Po latach widocznie stwierdził, że fachowości mi nie brakuje, a swoje już odcierpiałem.</p>
<p><strong>Bardzo boleśnie krytykuje naszą piłkę nożną Jan Tomaszewski. Jest pan jego zwolennikiem?</strong></p>
<p>Jestem w ogóle zwolennikiem skrajnych postaw, nawet tych kompletnie bezsensownych, bo niezdecydowanym ułatwiają decyzję. Jestem zwolennikiem funkcjonowania na polskiej scenie politycznej pana Leppera. Bardzo się cieszę, że jest. Jedyne, co mnie martwi, to jego popularność (<em>śmiech</em>). Powinien być Rokita, Tusk i Lepper, byle tylko jak najbardziej się od siebie różnili. Wśród dziennikarzy i felietonistów powinno być podobnie. Mnie może<br />
śmieszyć, że ile razy trafię na fragmenty twórczości Tomaszewskiego, to widzę, że prezentuje postawę wiecznego wojownika, który chce się kopać ze wszystkimi.</p>
<p><strong>Był dobrym bramkarzem?</strong></p>
<p>Bardzo dobrym. Jak słyszę, że przereklamowanym, to myślę sobie: niech nie pieprzą. Może i miał chaotyczne ruchy, ale swego czasu bronił fenomenalnie.</p>
<p><strong>A Dudek to dzisiaj numer jeden w Polsce?</strong></p>
<p>Tak. Chociaż rzeczywiście wszystkiego co leci w prawo, szuka lewą ręką i często prowadzi to do tragedii, jak w meczu z Łotwą. Ludzie nie są wolni od skuch, a Jurek ma akurat taką.</p>
<p><strong>Liverpool zatrudnia faceta z taką skuchą?</strong></p>
<p>Bez przesady. Barcelona przez kilka lat angażowała bramkarzy z gorszymi skuchami. Polegały one na tym, że nie potrafili bronić.</p>
<p><strong>A pan jakie miał mocne strony?</strong></p>
<p>Spokój i powolne ruchy, ale kiedy trzeba – szybkie. Duża zwinność wynikająca z tego, że byłem wyluzowany. Dobrze by mi zrobiła między szesnastym a osiemnastym rokiem życia szkoła w Anglii, żeby lepiej przepychać się na przedpolu i nauczyć się tego, że ochrona bramkarza w polu bramkowym w wyskoku to mit. Pod bramką trzeba się rozpychać łokciami.</p>
<p><strong>Chyba nie tylko pod bramką. Nie miał pan ochoty użyć łokci w stosunku do kibiców Legii, którzy nie darzyli pana zbyt wielką sympatią?</strong></p>
<p>Najbardziej mgłą wkurwienia zachodziły mi oczy, gdy ktoś krzywdził bądź usiłował krzywdzić moich bliskich. Koledzy, często najlepsi kumple moich dzieciaków, kopali je po tyłkach tylko dlatego, że nazywają się „Szczęsny”. Ktoś tego braku szacunku musiał ich nauczyć w domu. Kibice rzucali też cegłą w żonę. Kiedyś ubrałem się więc w twarde buty, skórę i poszedłem na Legię na „żyletę”, czekając na chętnych. A dzień wcześniej grałem w barwach Widzewa. Zrobił się lekki szmerek, ale jakoś nikt nie zebrał się na odwagę i nie wystartował.</p>
<p><strong>Grał pan bardziej dla siebie czy dla kibiców?</strong></p>
<p>Dla swojej satysfakcji i swojego spełnienia ciesząc się, że nie zmarnowałem tego jedynego talentu, jaki miałem, choć może nie do końca też go wykorzystałem. Cholernie lubiłem grać dla siebie.</p>
<p><strong>Wróćmy do naszego ulubionego tematu&#8230; Dlaczego Łotwa gra w mistrzostwach, a my nie?</strong></p>
<p>Zapytajcie kilku Szwedów. Na przykład Ljungberga (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na takim poziomie też kupuje się mecze?</strong></p>
<p>A widzieliście, panowie, mecz Szwecja – Łotwa?</p>
<p><strong>A my nie mogliśmy Szwedom zapłacić więcej?</strong></p>
<p>My gramy uczciwie (<em>śmiech</em>). Więcej nie, bo jak wiadomo Łotysze są naczelnymi kradziejami i dilerami samochodów, tak więc warunki finansowe mają lepsze. Nie twierdzę, że Szwedzi sprzedali ten mecz, ale grali jak niewidomi.</p>
<p><strong>Kto w takim razie zostanie mistrzem Europy?</strong></p>
<p>Najwięcej sympatii budzi we mnie zespół czeski. A jak gra z Anglikami i Niemcami, to mocniej zaciskam kciuki. A jak wtrzepią Łotwie, to będę bardzo szczęśliwy. Lubię Francję. Natomiast całą resztę niespecjalnie. Nie lubię południowców za ich  butę, chamstwo i faszyzm. Mój tatuś kiedyś mówił o nich, zresztą bardzo mądrze: „kozojebcy”. Na przykład tacy Włosi. Jaki to prosty naród! Prosty, a jednocześnie przekonany o swojej nieomylności i sile. Czesi niestety są za malutcy na mistrzostwo, może Francuzi? Boję się jednak jednego: że wszyscy piłkarze przystąpią do tych mistrzostw potwornie sfrustrowani i podrażnieni. Na mistrzostwach może być więcej nerwów niż widowiska.</p>
<p><strong>Skoro piłkarze są tak zmęczeni, że mogą nas – widzów – zmęczyć swoją grą, to może należałoby zrezygnować z takich imprez jak Mistrzostwa Europy?</strong></p>
<p>Dlaczego nie? Kto wie, czy dla wszystkich nie byłoby to lepsze rozwiązanie. My zawsze oglądalibyśmy wielkich piłkarzy w wielkiej formie, a wielcy piłkarze graliby w wielką piłkę krócej niż dzisiaj za jeszcze większą kasę. I wilk syty, i owca cała. Przyszłość futbolu to futbol klubowy. Grą reprezentacji interesuje się coraz mniej kibiców, a na przykład rozgrywki Ligi Mistrzów oglądamy coraz chętniej.</p>
<p><strong>Nas jednak w Lidze Mistrzów brakuje, więc musimy interesować się kiepską reprezentacją narodową&#8230;</strong></p>
<p>Gwarantuję, że gdyby na Legię przyjechały Real z Milanem, to byłoby kilka razy więcej osób niż na meczu Włochy<br />
– Polska. Sam wybrałbym Real, bo w nim mogę zobaczyć kilka reprezentacji, a nie tylko dwie.</p>
<p><strong>W ilu sprzedanych meczach pan wystąpił?</strong></p>
<p>Mam nadzieję, że w niewielu, ale niestety w kilku na pewno. Większość w Legii. W jednym Polonii. Medalu za mistrzostwo Polski z roku 93 nigdy bym nie przyjął. Drużyna Legii ten mecz kupiła, drużyna Wisły sprzedała. Nie mam świadków, ale jestem o tym przekonany.</p>
<p><strong>Dlaczego polscy sędziowie są, według pana, „słabi i wolni jak Batory”?</strong></p>
<p>Są słabi, bo słaba jest nasza piłka, bo nie są zawodowcami. Poza tym nie mają powodów, by być dobrzy. Mają tylko powody, by sędziować kolejne mecze. Ci, którzy sędziują nieuczciwie, nie muszą już w ogóle sędziować, bo zarabiają tyle, że do szczęścia jest im to niepotrzebne. A ponieważ polscy sędziowie są słabi i nie muszą być mocniejsi, to nie trenują, a ich coroczne egzaminy wytrzymałościowe w Spale to śmiech na sali. Żaden nie biega dwustu metrów po torze, tylko wszyscy ścinają. Komisja to widzi, ale nie zauważa. Zabawne jest to, że nawet ci, którzy ścinają, nie wypełniają norm. Wtedy pan podchodzi i mówi: „nie przejmuj się, Zdzichu, nie pij tyle, zrobimy kolejny test, kiedyś ci wyjdzie”. Dlatego nie nadążają za akcją. Często gwiżdżą na słuch, a nie na wzrok.</p>
<p><strong>Czy piłkarze mają większe powodzenie u  kobiet?</strong></p>
<p>Nie zauważyłem. Być może tzw. „wystylizowani” piłkarze przyciągają i magnetyzują tłumy niewiast, ale sam nigdy się nie stylizowałem i nie mogłem tego sprawdzić.</p>
<p><strong>Część piłkarzy sprawia wrażenie, że w piłkę gra tylko dla kobiet&#8230;</strong></p>
<p>Przecież my wszystko robimy tylko dla kobiet. Nie tylko gramy w piłkę. Taka jest prawda. Testosteron, panowie&#8230;</p>
<p><strong>Poza tym piłkarze przyciągają nieskomplikowane kobiety. To stereotyp?</strong></p>
<p>Z zaskoczeniem stwierdzam, że znam wiele sensownych i inteligentnych żon piłkarzy. Choć te zdeklarowane blondynki również się zdarzają, ale podobno mężczyźni w ogóle wolą blondynki. Poza tym uważam, że małżeństwa piłkarzy należą do jednych z najbardziej stabilnych. Piłkarz to człowiek z reguły zmęczony psychicznie i fizycznie, tęskniący za domem, bo często wyjeżdża, tak więc małżeństwo nie może mu się przejeść (<em>śmiech</em>). Rozwodników znam wśród piłkarzy bardzo niewielu.</p>
<p><strong>Czy zetknął się pan ze zjawiskiem piłkarskich „grouppies”, takich jak w otoczeniu muzyków rockowych?</strong></p>
<p>Zdarzało się na zgrupowaniach, że panie nie mogły jakoś opuścić ośrodka, w którym trenowaliśmy – hodowały się. Przy czym piłkarze nie mawiają „grouppies”, tylko „pawiany” (<em>śmiech</em>). Stosownie do poziomu urody i wszelkich innych poziomów. Jest to jednak zjawisko absolutnie marginalne i na wymarciu.</p>
<p><strong>A piłkarze homoseksualiści? Są ponoć obecni w futbolu, choćby włoskim – te obcisłe koszulki, to przytulanie się&#8230;</strong></p>
<p>Nie mam nic przeciwko, ale jest to absolutnie niemożliwe. Nie mają szans zaistnieć. Nie w tym sporcie, nie w Polsce&#8230; Każdy, który próbowałby się zdradzić ze swoimi preferencjami, powinien być szczęśliwy, gdy żywy wróciłby do domu. W szatni piłkarskiej nie ma miejsca na tolerancję.</p>
<p><strong>A pan jest tolerancyjny? Na widok czyjego zdjęcia zamknąłby pan oczy, oglądając rozkładówkę PLAYBOYA?</strong></p>
<p>No to chyba nie jestem tolerancyjny&#8230; Na widok Anity Błochowiak.</p>
<p><strong>Przez pewien czas nie spotykał się pan z dziennikarzami. Miał pan dosyć „międlenia tych samych tematów”. O jakie tematy chodzi?</strong></p>
<p>W znacznej mierze o te, które poruszaliśmy również dzisiaj.</p>
<p><strong>A</strong><strong> co zrobi pan, gdy Lepper dojdzie do władzy?</strong></p>
<p>Wpakuję się hulajnogą w jakąś blokadę dróg (<em>śmiech</em>). Może zanim Lepper dojdzie do władzy, będzie prawna możliwość eutanazji. Albo jego, albo mnie. Inaczej czeka mnie pochówek bez księdza.</p>
<p><strong>Według nas, ma pan trochę podobną fryzurę do przewodniczącego&#8230;</strong></p>
<p>O, jak miło. To dlatego, że moja pani fryzjerka ma urlop, a do żadnej innej nie chodzę. Jak mi jeszcze, panowie, powiecie, że jestem podobnie opalony&#8230;</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>O BRAKU JANA TOMASZEWSKIEGO W TELEWIZJI PUBLICZNEJ:<br />
Nie brakuje mi go, bo gdyby on tam był, mnie by nie było.</p>
<p>O CZERWONEJ KARTCE W TRAKCIE MECZU Z SAMPDORIĄ GENUA:<br />
Wstydzę się, że się dałem sprowokować Manciniemu, ale żałuję, że go nie trafiłem.</p>
<p>O GRZE Z OLDBOYAMI:<br />
Przyjemność to może niewielka, ale zawsze większa niż żadna.</p>
<p>O INTELIGENCJI WŚRÓD PIŁKARZY:<br />
Znałem piłkarzy bardzo inteligentnych i bardzo tępych. Nie ma to żadnego wpływu na poziom sportowy, czy ktoś jest lotny czy kiwi.</p>
<p>O JANUSZU ATLASIE:<br />
Było to kiedyś jedno z najostrzejszych piór w kraju. Zawsze ceniłem ludzi świniowatych, ale jednocześnie piekielnie inteligentnych. Pióro jednak mu się stępiło, a świnią być nie przestał. Poza tym nie szanuję ludzi, o których pisano, że za komuny pracowali w Departamencie Dezinformacji.</p>
<p>O MURZE CHIŃSKIM:<br />
Ma się dużo lepiej niż schody i szatnia na warszawskiej Polonii.</p>
<p>O MUZYCE:<br />
Po uszach przebiegł mi tabun mustangów, w związku z czym muzyki mogę tylko słuchać. Nie umiem nucić ani grać.</p>
<p>O PIŁKARZACH:<br />
To prawdziwa loża szyderców. Prostych, prostszych i prostaków.</p>
<p>O POLITYCE:<br />
Działalność społeczna i publiczna mnie nie pociąga. Podobnie jak łapownictwo i walka z wiatrakami. Więc po co miałbym próbować zostać politykiem?</p>
<p>O PRASIE:<br />
Zbyt wielu gazet nie czytam, żeby nie mieć prawa do oceny. Ale są takie, w które nie zawinąłbym nawet śledzia.</p>
<p>O PRĘDKOŚCI:<br />
Jeżdżę szybko, ale dwustu kilometrów w Polsce nie przekraczam.</p>
<p>O RONALDO:<br />
Ronaldo zachwyca mnie swoją grą, ale jak ostrzygł się na szczotkę do czyszczenia kibli, zdziwił mnie i rozczarował.</p>
<p>O SĘDZIACH:<br />
Wielu chciałem skopać po dupach. Szczególnie, gdy chcieli się pomylić.</p>
<p>O STUDIACH:<br />
Gdybym mógł, studiowałbym prawo, socjologię, literaturoznawstwo i filologię angielską. Mam taki kłopot z wyborem, że postanowiłem nie studiować.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maciej-szczesny/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Robert Kubica</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/robert-kubica-2/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/robert-kubica-2/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 24 May 2010 11:51:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Kubica Robert]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2216</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 4, 2008 rok TEKST: Marcin Klimkowski &#8211; Fernando Alonso, dwukrotny mistrz świata F1, powiedział: „Kubica na pewno zostanie mistrzem świata, to kwestia czasu”. To taka forma kumpelskiego wsparcia przed rozpoczęciem sezonu? No, nie wiem, nie wiem. Chłop w końcu trochę się zna na tym sporcie (śmiech)&#8230; A na poważnie: nie można mówić „na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Robert-Kubica-2008.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2226" title="Robert-Kubica-2008" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Robert-Kubica-2008.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 4, 2008 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Marcin Klimkowski<br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Fernando Alonso, dwukrotny mistrz świata F1, powiedział: „Kubica na pewno zostanie mistrzem świata, to kwestia czasu”. To taka forma kumpelskiego wsparcia przed rozpoczęciem sezonu? </strong></p>
<p>No, nie wiem, nie wiem. Chłop w końcu trochę się zna na tym sporcie (<em>śmiech</em>)&#8230; A na poważnie: nie można mówić „na pewno”. Formuła1 jest sportem drużynowym. Nie wszystko zależy od kierowcy, o czym akurat Fernando doskonale wie.</p>
<p><strong>Ale miło ci było? </strong></p>
<p>No tak. Kumpluję się z Alonso i szanuję go. Najbardziej za to, że mówi co myśli. Chociaż wiadomo, że nie mówi wszystkiego, bo wszystkiego niestety nie wolno, ale i tak dużo więcej niż powinien jako kierowca. Wierzę, że to co powiedział było bardziej naturalne niż kumpelskie. A na pewno nie było wykalkulowane.</p>
<p><strong>A więc będziesz mistrzem! </strong></p>
<p>Mam nadzieję, że kiedyś tak. Ale czy w ogóle to się stanie i kiedy się stanie, to się okaże.</p>
<p><strong>Pół roku temu Alonso nie utrzymał języka za zębami i na konferencji wypalił, że „F1 to już nie jest sport”&#8230; </strong></p>
<p>No tak, zacznę od tego, że moje wyobrażenie o F1 zmieniło się, od kiedy się w niej pojawiłem. Z zewnątrz widzi się tylko akcję i sport, a wewnątrz dzieje się dużo więcej, nie wszystko jest fajne. Ja jestem kierowcą i czuję się sportowcem. Ale są momenty, kiedy wydaje mi się, że tego sportu jest za mało, że więcej jest marketingowych działań i biznesu, polityki i układów.</p>
<p><strong>Może to dlatego coraz bliżej jesteś rajdów? </strong></p>
<p>Może dlatego. Niestety, rajdy jeżdżę głównie oglądać. To sport niebezpieczny i kontrakt nie pozwala mi w nich uczestniczyć.</p>
<p><strong>Czy w przyszłości przekwalifikujesz się, jak chociażby Juan Pablo Montoya  (z F1 do NASCAR) czy Carlos Sainz (z WRC do Rajdu Dakar)? </strong></p>
<p>Rajdy to całkiem inny sport. Wydaje się, że i tu, i tu się kręci kółkiem, ale kierowca rajdowy jest inny niż wyścigowy. Montoya i Sainz tylko zmienili kategorię, ale pozostali w tym samym światku, w którym byli. Zostaję w wyścigach, ale nie ukrywam, że kiedyś, dla własnej frajdy, hobbystycznie, chciałbym spróbować rajdów, chociażby raz do roku. Ale gdybym chciał coś osiągnąć, to musiałbym zacząć w młodym wieku.</p>
<p><strong>Ubiegły sezon w F1 to afera szpiegowska, konflikty wewnątrz teamu McLaren-Mercedes, dyskwalifikacja, zaskakująca końcówka. U was w BMW Sauber było spokojnie.</strong></p>
<p>No tak, dla nas to był naprawdę udany, spokojny sezon. Może mniej dla mnie, jako dla kierowcy, ale pracuję przecież w zespole, który osiągnął więcej niż planowano. Było mnóstwo problemów z niezawodnością, ale na szczęście dla zespołu nic to zmieniło. Po pierwsze dlatego, że rywale, którzy byli za nami, też mieli ogromne problemy i nie byli w stanie nas dogonić, po drugie, bo Ferrari i McLaren były całkowicie poza naszym zasięgiem.<br />
Tylko w kilku wyścigach mogliśmy zawalczyć z nimi jak równy z równym. Dlatego dla BMW Sauber sezon był spokojny, bez napięć.</p>
<p><strong>A może jednak nie do końca? Twój bolid psuł się bez przerwy, a Nicka Heidfelda nie. Jak utrzymywałeś nerwy na wodzy, gdy po raz kolejny okazywało się, że coś się popsuło albo taktyka zespołu była błędna?</strong></p>
<p>Nie było potrzeby wybuchać. Ja wiedziałem swoje, wiedziałem na co mnie stać, wiedziałem co się zepsuło i dlaczego. Wiedziano o tym także w zespole, dlatego spałem spokojnie. Mieliśmy świadomość, w których wyścigach coś się zepsuło, a w których to ja popełniałem błędy. Tych ostatnich sytuacji nie było wiele.</p>
<p><strong>Formuła 1 to wyjątkowo tajemniczy sport. Czy pewne informacje nigdy nie wyciekają na zewnątrz?</strong></p>
<p>Nawet z McLarena, uwikłanego w aferę, w którym kierowcy byli skonfliktowani, nie wszystko wyszło na zewnątrz. Zespół to wielka firma, w której pracuje kilkaset osób. Nie jesteś w stanie zatrudnić tylu ludzi, żeby wszyscy się kochali i byli dla siebie ujmująco mili. Ale nie ma powodu, żeby o wszystkich złych relacjach od razu trąbić.</p>
<p><strong>Czy ta tajemniczość świata F1 cię nie wkurza? Co byś z niego wyeliminował?</strong></p>
<p>Bardzo dużo rzeczy. Dla mnie F1 to jest sport, ja nie potrzebuję całej tej otoczki. Za dużo osób pracuje nad tym, żeby to pięknie wyglądało. Jak logo jakiejś firmy jest o milimetr za małe, to się robi nowe kombinezony. Naklejki mają być w odpowiednim miejscu co do milimetra. Dla mnie to są rzeczy bez znaczenia, a czasami irytujące. Ale wiem, że dla tych, którzy się zajmują marketingiem, rozmiary naklejek i naszywek to najważniejsza rzecz na świecie. No dobrze, skoro mają swoją robotę, to niech ją wykonują. Te dyskusje o naklejkach do niczego konstruktywnego nie prowadzą, ale rozumiem, że muszą być. Natomiast nie muszą mi się podobać.</p>
<p><strong>Dla odmiany, jest coś co ci się podoba?</strong></p>
<p>Jedna rzecz, przy której wszystkie inne są nieważne: ściganie! Wiesz, ja jestem takim człowiekiem, że co byś mi dał, co ma cztery koła, silnik i kierownicę, to tym pojadę. I to będzie mi dawało szczęście. Ale w Formule 1 te odczucia mam nieporównywalnie silniejsze niż w jakimkolwiek innym pojeździe. Nie chodzi nawet o prędkość, ale o zachowanie w zakrętach, możliwość wykręcania takich, a nie innych czasów na okrążeniu. Ale gdybym miał ścigać się maluchem, to też bym się ścigał.</p>
<p><strong>Wiesz co to strach?</strong></p>
<p>Boję się wysokości. Bungee jumpingu. Może nie to, że przeraża mnie, ale nie chciałbym skoczyć, nie ciągnie mnie&#8230; Gdybyś mi powiedział, żebym pojeździł rajdówką, to kończymy wywiad i idziemy, ale żeby skoczyć, to niekoniecznie&#8230;</p>
<p><strong>Zmiany w F1 następują w wyścigowym tempie. Powiedz, po co to zmniejszanie liczby cylindrów z 10 do 8, odłączanie kontroli trakcji, ograniczenia w wymianie opon, silnika i skrzyni biegów. Czemu to służy?</strong></p>
<p>Chodzi o to, żeby było wolniej, czyli bezpieczniej. I widzisz, to jest kolejna rzecz, którą bym zmienił. Ja<br />
włożyłbym slicki (<em>całkowicie gładkie opony –przyp. red.</em>), silniki V10, po to, żeby to jeździło jak najszybciej. Ale to jest perspektywa kierowcy wyścigowego, który chce wykręcać jak najlepsze czasy. Tymczasem kibic nie widzi tego w ogóle. Nie widzi, czy ktoś jedzie 160 czy 180 km/h. Nawet jak na okrążeniu jest dwie sekundy różnicy, to<br />
dla kibica nie ma znaczenia. A władzom F1 zależy, żeby nic złego się nie wydarzyło. Dlatego decydują o zmianach. Tak naprawdę odbierają radość nam, kierowcom.</p>
<p><strong>Wkurza cię, że co roku musisz na nowo uczyć się jeździć?</strong></p>
<p>Wkurzony będę dopiero w 2009 r. Zmiany pójdą tak daleko, że czas okrążenia będzie nawet o pięć sekund dłuższy, bo dojdą jeszcze ograniczenia w aerodynamice. Dla kierowców to będzie załamka, a dla widzów, tak jak mówiłem: bez różnicy.</p>
<p><strong>Czy chodzi o obniżenie ryzyka wypadku?</strong></p>
<p>Pośrednio. Chodzi o to, żeby kierowca, który ma wypadek, nie uderzył w twardą przeszkodę już poza torem. Im ma większą prędkość, tym jest to bardziej prawdopodobne, więc dąży się do jej ograniczenia.</p>
<p><strong>A nie tęsknisz za niższymi seriami wyścigowymi, w których „mniej było techniki i biznesu, a więcej sportu i prawdziwego ścigania”?</strong></p>
<p>Tęsknię. Dlatego czekam na 2009 rok, bo choć mniejsza będzie aerodynamika, słabsze czasy, co mnie strasznie martwi, za to będą slicki. Bolidy będą jak sprzed 15 lat! Jakbyś jeździł BMW, a nagle wsiadł do Fiata Punto. Ja jestem fanem slicków, a muszę jeździć na rowkowanych. Formuła 1 jest jedyną kategorią, w której trzeba jeździć na takich oponach. Gdybym jeździł na slickach, wykręcałbym 2 sekundy mniej na okrążeniu. Ale prędkości na zakrętach byłyby większe, więc&#8230; kółko się zamyka.</p>
<p><strong>Spece od F1 piszą, że ty i jeszcze kilku kierowców macie „agresywny styl jazdy”. W F1 da się jeździć nieagresywnie?</strong></p>
<p>To skomplikowane. Wytworzyła się taka teoria na temat kilku kierowców. Ale to było w sezonie 2006. Było wówczas dwóch, trzech zawodników, m.in. Alonso i ja, jeżdżących agresywnie. Chodziło o bardzo szybkie skręcanie kierownicą i jeżdżenie na bardzo dużych kątach, czyli mocno skręconych kołach. Wykorzystywaliśmy też maksymalnie przednie opony. Ale w 2007 roku wszystko się zmieniło, bo weszły nowe regulacje dotyczące opon. Dziś Alonso i ja jeździmy podobnie jak wszyscy, bo trzeba oszczędzać opony, liczy się taktyka.</p>
<p><strong>Nie śmieszy cię trochę kubicomania? Po Adamie Małyszu zostałeś dyżurnym narodowym bohaterem.</strong></p>
<p>Tak to już jest, że naród musi mieć swojego sportowego idola. Rozumiem to i nie mam z tym problemu. Problem mam inny, że w Polsce jest wielu sportowców, o których się nie mówi, bo uprawiają sporty niemedialne, na których nie ma biznesu, a oni ciężko pracują i wiele osiągają. Oraz – z drugiej strony – pełno jest takich, o których się mówi, mimo że niekoniecznie na to zasługują, ale na nich da się zrobić biznes. Wiem o czym mówię, bo popatrz, wszyscy mnie kojarzą z Formułą 1. A ja kręcę kółkiem od 19 lat! Za swój najlepszy wynik uważam na przykład ten z 1998 roku, z mistrzostw świata w kartingu. A tu mówią: o, Kubica, nowy jest, od 2 lat jeździ. To mnie wkurza&#8230;</p>
<p><strong>W minionym sezonie miałeś poważny wypadek. Czy po czymś takim nie ma się pokusy, żeby wcześniej naciskać pedał hamulca?</strong></p>
<p>Ja nie mam. Nie wiem dlaczego, nie wyjaśnię ci tego. Dla większości osób to nienormalne. Nawet ci, co po 20 lat pracują w motorsporcie, się dziwią. Gdyby lekarze ze szpitala nie widzieli mojego dzwona w telewizji, to na podstawie tego, co mówiłem im o swoim samopoczuciu, wypisaliby mnie jeszcze tego samego dnia. Ale ponieważ widzieli, to musiałem troszkę poleżeć.</p>
<p><strong>Na koniec prośba o wskazówkę specjalnie dla czytelników PLAYBOYA. Na którym z 18 torów można spotkać najładniejsze dziewczyny, które od zawsze kręcą się wokół F1?</strong></p>
<p>Oj, to nie pomogę, bo te najładniejsze to ja widzę wtelewizji. Na wyścigach to ja zarobiony jestem&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/robert-kubica-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maciej Żurawski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maciej-zurawski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maciej-zurawski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 05 May 2010 12:02:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Żurawski Maciej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2101</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2005 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Tomek Bergmann &#8211; Nasze koleżanki z „Cosmo” mówią o tobie „polski David Beckham”. Co ty na to? (Gromki śmiech). Naprawdę?! Mamy raczej mało cech wspólnych, może poza jedną – gramy w piłkę (śmiech). No, kiedyś jeszcze zmieniałem fryzury, tak jak Beckham. Bardzo zabawne, ale [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Maciej-Zurawski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2111" title="Maciej-Zurawski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Maciej-Zurawski.jpg" alt="" width="350" height="228" /></a>PLAYBOY nr 12, 2005 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomek Bergmann</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Nasze koleżanki z „Cosmo” mówią o tobie „polski David Beckham”. Co ty na to?</strong></p>
<p>(<em>Gromki śmiech</em>). Naprawdę?! Mamy raczej mało cech wspólnych, może poza jedną – gramy w piłkę (<em>śmiech</em>). No, kiedyś jeszcze zmieniałem fryzury, tak jak Beckham. Bardzo zabawne, ale też i miłe. Spory komplement.</p>
<p><strong>Chciałbyś zyskać taki rozgłos?</strong></p>
<p>Nie dążę do tego. To na pewno nie jest mój cel. Poza tym ze swoim charakterem nie nadaję się na supergwiazdę. Jestem nieśmiały.</p>
<p><strong>I to was różni&#8230;</strong></p>
<p>Nie tylko to. Uważam, że jest sporo piłkarzy znacznie lepszych od niego&#8230;</p>
<p><strong>Wiesz, jaką wartość ma domena: www.zurawski.com?</strong></p>
<p>Nie mam pojęcia.</p>
<p><strong>Na razie 2300 dolarów. Zainwestujesz?</strong></p>
<p>Raczej nie myślę o takich sprawach. Może kiedyś. Na razie jeszcze trochę poczekam. Jak będzie więcej warta, to może ją wykupię (<em>śmiech</em>). Poza tym cena powinna być w funtach!</p>
<p><strong>Skoro przenieśliśmy się na Wyspy, to czy wiesz, jak jest po angielsku „żuraw”?</strong></p>
<p>A to mnie zaskoczyliście! Jak?</p>
<p><strong>Crane.</strong></p>
<p>Dzięki. Warto wiedzieć. Na mnie teraz wołają „Magic”. To chyba taka ich trawestacja imienia „Maciej” (<em>śmiech</em>). W Szkocji nikt nie wie, że byłem „Żurawiem”&#8230;</p>
<p><strong>Podoba ci się nowa ksywka?</strong></p>
<p>Nie narzekam. Fajny pseudonim.</p>
<p><strong>Tak fajny jak Szkotki?</strong></p>
<p>No nie (<em>śmiech</em>)! Jak to powiedzieć? Szkotki nie są specjalnie atrakcyjne. Mam nadzieję, że nie będą tego czytać, bo nie chciałbym, żeby się na mnie obraziły. Na ulicach Glasgow na razie żadna nie przykuła mojego wzroku. Polki są dużo, dużo ładniejsze. W Szkocji nie ma nawet po co zapuszczać „żurawia” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A jak Szkotki zareagowały na ciebie?</strong></p>
<p>Nie dzielę kibiców na mężczyzn i kobiety. Generalnie wszyscy przyjęli mnie sympatycznie. Oczywiście na początku większość myślała, że jestem jakimś tam Polaczkiem, który dobrze grał tylko w Polsce, ale jak zacząłem strzelać bramki, liczba moich fanów znacznie się powiększyła. Na popularność nie narzekam, jestem rozpoznawany, kibice noszą koszulki z moim nazwiskiem, ale Szkotki na mnie się nie rzucają. Na szczęście (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Pewnie kiedyś rzucały się na Dziekanowskiego. Do dziś w Glasgow chodzą słuchy o wyczynach Darka.</strong></p>
<p>Kibice Celticu wspominają go jako dobrego zawodnika i na boisku, i w pubie.</p>
<p><strong>A ciebie można często spotkać w jakimś lokalnym pubie?</strong></p>
<p>Tak dobrze Glasgow nie poznałem, ale od jednego drinka jeszcze nikomu się nic złego nie stało.</p>
<p><strong>Czy „pubowym przywódcą” Celticu jest John Hartson?</strong></p>
<p>Nie byłem z nim w pubie, nie wiem. John groźnie wygląda, ale w rzeczywistości jest bardzo koleżeński i rozmowny, ma serce anioła.</p>
<p><strong>Zdążyłeś już zostać skąpcem?</strong></p>
<p>Koledzy śmieją się z mojej drogi sportowej. Najpierw byłem poznańską złotówą, potem krakowskim centusiem, a teraz gram w światowej stolicy skąpców (<em>śmiech</em>). Nie jestem oszczędny, a co najzabawniejsze, nie zauważyłem takiej cechy u Szkotów.</p>
<p><strong>Podobno lubisz wydawać pieniądze na ubrania&#8230;</strong></p>
<p>To chyba choroba. Nie wiem, czy z tego da się wyleczyć. Po prostu lubię takie zakupy. Inni lubią kupować sprzęt elektroniczny i gry komputerowe, a ja kupuję ubrania. Jak szafa robi się za mała, to trzeba zamówić drugą.</p>
<p><strong>Kiedy dotarło do ciebie, że za późno wyjechałeś z Polski?</strong></p>
<p>Jak wyjechałem. Ciężko mi będzie już odejść do lepszego klubu. Mogłem wyjechać dwa, trzy lata wcześniej. Być może w Wiśle była za dobra atmosfera. Mimo wszystko jednak nie mam prawa narzekać.</p>
<p><strong>Zobaczymy cię jeszcze w Barcelonie, twoim ukochanym klubie?</strong></p>
<p>Jak trochę pomarzę, to myślę, że tak. Jak nie marzę, to wychodzi mi, że będę grał w Celticu, wypełnię cały kontrakt i wrócę do Polski. Zdaję sobie sprawę, że mam 29 lat ijuż mało czasu na wykazanie się. Napastnicy nie grają tak długo jak obrońcy czy bramkarze. Który polski napastnik grał świetnie do 35. roku życia? Z drugiej strony, przecież marzenia czasem się spełniają. Gram więc rewelacyjny sezon w lidze szkockiej i kupuje mnie Barcelona. Piękny scenariusz.</p>
<p><strong>Prowadziłeś kiedyś Suzuki Hayabusę?</strong></p>
<p>Sam się dziwię, że nie. Ale mam szybszy motocykl&#8230;</p>
<p><strong>Jak to!? Ponoć nie ma szybszych!</strong></p>
<p>A właśnie, że są. Na przykład MV Augusta Tamburini. Mój brat z dumą zadzwonił do mnie i powiedział, że tak jest, bo go prowadził. Przyszło mu to z trudem, bo sam ma właśnie Hayabusę. Ja niestety nie mogę jeździć teraz na motorze. Podpisałem taki kontrakt z nowym klubem. Mam absolutny zakaz poruszania się na jednośladach innych niż rower.</p>
<p><strong>W Wiśle było podobnie?</strong></p>
<p>Były ograniczenia, ale niedzielne przejażdżki się zdarzały (<em>śmiech</em>). Nawet z Krakowa do Poznania.</p>
<p><strong>Największa prędkość, jaką osiągnął „Żuraw”, to&#8230;</strong></p>
<p>Nie przekroczyłem nawet trzystu. Wszystko przede mną (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czyli po skończeniu kariery wsiadasz na motocykl?</strong></p>
<p>Na pewno.</p>
<p><strong>Ale kiedyś stwierdziłeś, że po piłce czeka na ciebie „ciepły fotel i cygaro”&#8230;</strong></p>
<p>To też. Odpocznę od zgrupowań, treningów i zapalę sobie cygaro.</p>
<p><strong>Kiedy zdarzyło ci się to po raz ostatni?</strong></p>
<p>Jeszcze nigdy. Muszę zostawić sobie coś na przyszłość.</p>
<p><strong>Jakie masz sposoby na wyciszenie się?</strong></p>
<p>Słucham muzyki. Ale ja nie muszę się specjalnie wyciszać, jestem wystarczająco spokojny sam z siebie. Z wyciszeniem się mam mniejszy problem niż ze stresem pomeczowym. Nieudane mecze – niekoniecznie przegrane, niewykorzystane sytuacje – to wszystko śni mi się na okrągło. Ja gram mecze zwykle dwa dni. W nocy jeszcze raz wszystko analizuję, co mogłem zrobić inaczej, lepiej. Miewam też sny prorocze. Już kilka razy śniło mi się, że strzelę dwie bramki i strzelałem je w rzeczywistości. Pewnie to tylko zbieg okoliczności.</p>
<p><strong>Co ci się śniło przed meczem z Anglią?</strong></p>
<p>Na nieszczęście nic. Gdyby przyśniła mi się kontuzja, pewnie nie przystąpiłbym do meczu. A tak zagrałem i kontuzja się zdarzyła. Na dodatek przegraliśmy.</p>
<p><strong>Zakładasz czasami rękawice bramkarskie?</strong></p>
<p>Kiedyś zakładałem. Jeszcze w Warcie Poznań miałem zachciankę, żeby zostać bramkarzem, ale mi szybko przeszło.</p>
<p><strong>W Warcie grałeś razem z bratem. Dlaczego drugi „Żuraw” nie jest sławnym piłkarzem?</strong></p>
<p>Był pomocnikiem, miał talent, ale też i inne zainteresowania. Dzisiaj brat zajmuje się motocyklami. Jeździ, sprzedaje i naprawia.</p>
<p><strong>Czego się uczyłeś w technikum?</strong></p>
<p>Specjalność: renowacja mebli.</p>
<p><strong>Potrafiłbyś odnowić stary kredens?</strong></p>
<p>Ciężko by było. Poszedłem do tej szkoły, bo tam uczył się mój brat. I tak wiedziałem, że będę piłkarzem.</p>
<p><strong>Twoim pierwszym trenerem był ojciec. Sam wcześniej był piłkarzem?</strong></p>
<p>Tak. Grał na prawej obronie, tak jak ja na początku kariery u trenera Zamilskiego.</p>
<p><strong>Jesteś lepszym zawodnikiem od ojca?</strong></p>
<p>Jestem. Tata na pewno się na mnie za takie słowa nie obrazi. Jest ze mnie dumny. Pewnie się nie spodziewał, co ze mnie wyrośnie.</p>
<p><strong>Często cię chwali?</strong></p>
<p>I chwali, i krytykuje. Ale jak pochwali, od razu gra mi się lepiej. Jak się mnie napompuje, zaczynam wierzyć w siebie i wszystko mi lepiej wychodzi. Krytyka nie działa na mnie motywująco.</p>
<p><strong>Spodziewałeś się, że do mistrzostw zakwalifikujemy się dzięki twojemu idolowi z dzieciństwa?</strong></p>
<p>Jesteśmy w finałach, bo mamy świetny zespół i ciężko pracowaliśmy w eliminacjach. A co do Marco van Bastena, to rzeczywiście przez długie lata marzyłem, że będę grał tak jak on. Wspaniały zawodnik. A teraz, jak się okazuje, wybitny trener.</p>
<p><strong>Znowu jest twoim idolem? Zaczynasz już marzyć o trenerce?</strong></p>
<p>Nie. To jeszcze bardziej stresujący zawód niż mój. Poza tym trener chyba powinien być trochę cholerykiem. Ja jestem za spokojny.</p>
<p><strong>Ciebie chyba trudno wyprowadzić z równowagi. Wychodzisz czasem z siebie?</strong></p>
<p>Rzadko. Na boisku czasami zdenerwuję się na sędziego, bo zdarzają się sytuacje, kiedy naprawdę trzeba sobie ulżyć.</p>
<p><strong>A poza boiskiem?</strong></p>
<p>Denerwuję się jeszcze rzadziej. Zwykle staram się grać twardziela, udawać, że nikt i nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Co nie zmienia faktu, że czuję się wewnętrznie rozdarty i są takie sytuacje, że gdzieś tam w środku jestem niepoukładany. Wychodzi chyba na to, że jestem wrażliwym facetem, choć staram się na takiego nie wyglądać.</p>
<p><strong>Co zrobić, żeby polska liga choć trochę zbliżyła się poziomem do szkockiej?</strong></p>
<p>Nie twierdzę, że liga szkocka to jest najwyższy światowy poziom. Ale rzeczywistość jest taka, że nasza liga jest naprawdę o wiele słabsza. Dopóki nie wyjechałem, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy z tyłu. Po prostu nie miałem porównania, a z dystansu widać to jak na dłoni. Co robić, żeby to zmienić? Moim zdaniem, zacząć od podstaw, czyli od stadionów. Miejmy najpierw na czym grać. Wydaje mi się, że nawet na tę naszą słabą ligę będzie przychodzić wtedy o wiele więcej widzów. I to właśnie kibice wymuszą zmiany na lepsze.</p>
<p><strong>À propos zmian&#8230; Jak to jest z wymianą koszulek? Umawiacie się przed meczem, kto z kim się wymienia?</strong></p>
<p>Nie. To całkowita improwizacja. Bierze się zwykle tego, kto jest pod ręką. Nie zawsze też wszyscy chcą się wymieniać. Ja czasem odmawiam. Zależy, jaki mam humor.</p>
<p><strong>Znasz jakieś przystojne piłkarki?</strong></p>
<p>Nie.</p>
<p><strong>A w ogóle znasz jakąś piłkarkę?</strong></p>
<p>Miałem okazję widzieć kilka meczów. Ale żadna z dziewczyn nie wpadła mi w oko, chociaż niektóre naprawdę nieźle grają (<em>śmiech</em>). Wiecie, nie mam nic przeciwko piłkarkom, ale piłka nożna to jest męski sport, nie ma co się oszukiwać.</p>
<p><strong>A z jaką kobietą najchętniej wymieniłbyś się koszulką?</strong></p>
<p>Hm&#8230;</p>
<p><strong>A może, z którą byś się nie wymienił? Na przykład po meczu Angelina Jolie proponuje ci wymianę, a ty mówisz „nie”&#8230;</strong></p>
<p>Ale dlaczego akurat Angelina Jolie?! To moja ulubiona aktorka. Jej koszulka mogłaby być na mnie trochę za duża w klatce (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>W takim razie, którą polską sportsmenkę chciałbyś widzieć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p>Przechodzimy do podchwytliwych pytań. Chcecie najwyraźniej, żebym miał problemy w domu (<em>śmiech</em>). Poważnie, nie myślałem o tym. Chyba mi po prostu nie zależy.</p>
<p><strong>A jesteś czujny jak żuraw?</strong></p>
<p>Wolę być „czujny jak ważka” <em>(śmiech</em>).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maciej-zurawski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

