<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady &#187; POLECAMY</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/kategoria/polecamy/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Tue, 31 Jan 2012 20:49:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>Witold Kaczanowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/witold-kaczanowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/witold-kaczanowski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 29 Sep 2010 09:06:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[ARTYŚCI]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Kaczanowski Witold]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2813</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 9, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller fot. Kuba Dąbrowski &#8211; Podchodzę pod osiemdziesiątkę, więc mam prawo zaproponować młodszym, żebyśmy byli na „ty”. Jesteśmy zaszczyceni. Poza tym pożegnajmy się, bo na trzeźwo już się nie zobaczymy&#8230; (W tym momencie wszyscy poza największym w Warszawie abstynentem – Naczelnym PLAYBOYA – wypili [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/09/Witold-Kaczanowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2821" title="Witold-Kaczanowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/09/Witold-Kaczanowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 9, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller</strong></p>
<p><a href="http://www.kubadabrowski.com/">fot. Kuba Dąbrowski</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>Podchodzę pod osiemdziesiątkę, więc mam prawo zaproponować młodszym, żebyśmy byli na „ty”.</p>
<p><strong>Jesteśmy zaszczyceni.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Poza tym pożegnajmy się, bo na trzeźwo już się nie zobaczymy&#8230;</p>
<p>(<em>W tym momencie wszyscy poza największym w Warszawie abstynentem – Naczelnym PLAYBOYA – wypili bruderschaft. W kieliszkach na złoto pobłyskiwał calvados</em>).</p>
<p><strong>Mieliśmy plan, żeby &#8211; tak jak ty kiedyś z Markiem Hłaską  i Wojtkiem Frykowskim – zarezerwować trzy stoliki, na środku ustawić ogrom calvadosu, usiąść po przeciwnych stronach i w miarę popijania, zbliżać się do siebie. Doszliśmy jednak do wniosku, że już nie te lata. Oczywiście nasze, nie twoje. </strong></p>
<p>Z Markiem Hłaską bardzo się przyjaźniłem. I kochałem go. A jak się kogoś kocha, to akceptuje się wszystkie jego wady, nie tylko zalety. To był bardzo dobry człowiek, choć trochę kabotyn. Jak się go złapało na kłamstwach i fantazjowaniu, zwykł mówić: „Tu nie chodzi o prawdę, ale o siłę opowiadania”.</p>
<p><strong>My również na nią liczymy. Jak to było wtedy, w „La Boheme” w Paryżu?</strong></p>
<p>Kazaliśmy zestawić trzy stoliki. Kelner zapytał, czy będzie nas więcej. I kiedy usłyszał, że „nie”, stał się od razu bardzo arogancki. Zapytał, czy mamy pieniądze. Wtedy Marek, który dopiero co odebrał sporą zaliczkę za książkę, wyciągnął stos stufrankówek i zaczął się nimi wachlować. Kelner stał się raptem paskudnym lizusem, zaczął nas przepraszać i płaszczyć się. Marek twierdził później w swojej książce, że zamówiliśmy 24 calvadosy. Oczywiście przesadził. Zamówiłem wtedy, co najwyżej, 12 butelek. Każdy usiadł przy swoim stoliczku i zaczęliśmy biesiadę. Plan był taki, żeby spotkać się przy środkowym, przy którym siedział Wojtek.</p>
<p><strong>Plan spalił na panewce&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo niedaleko nas, pod oknami, siedziała grupka studentów: dwie dziewczyny i kupa chłopaków. Szczególnie dziewczyny były w nas wpatrzone jak w obrazek. Dziwiły się, że cały czas pijemy, ale nie jesteśmy pijani. Poza tym  nie mogły rozpoznać języka, którym się posługiwaliśmy. A gadaliśmy wtedy o Balzaku, Turgieniewie, Dostojewskim, Victorze Hugo. Przekonywałem Marka, że kompozytor Jean-Phillippe Rameau jest lepszy niż Vivaldi. Wojtek nie wiedział o czym mówimy, a Marek wolał <em>Czerwone Maki na Monte Cassino</em>. Moja miłość do muzyki klasycznej wpleciona została w świat wizualny nieodłącznie. Widzicie, Witek plecie androny. Z czego plecie? Ano z łyka. Taki andron upleciony jest podobny do koszyka&#8230; Studenci słyszeli te nazwiska, ale nie wiedzieli, skąd jesteśmy. W końcu któryś, najwyraźniej zazdrosny o dziewczynę, chłopak krzyknął: „Je sais, ce sont les sales Polonais” (<em>Ja wiem, to są brudni Polacy</em> <em>– przyp. aut.</em>). Mimo, że tylko ja znałem francuski, tę obelgę zrozumieli i Marek, i Wojtek. Niezbędność tłumaczenia wypłowiała w sekundę. To tak jak by ktoś rzucił gównem o polską ścianę i czekał, czy przylgnie. Podnieśliśmy się ze swoich miejsc. Zaproponowaliśmy, że darujemy im, jak przeproszą, a do tego, jak przyzna się ten, kto to powiedział. Oczy wszystkich zwróciły się na jednego chłopaka. Wydali go! Po chwili krzepki Wojtek podniósł go razem z krzesełkiem i się zaczęło. Stoliki latały po całej knajpie, totalna rozróba. Marek dostał w głowę nogą od krzesła. Wreszcie tamci pouciekali. Przyjechała policja. Krew na podłodze.</p>
<p><strong>Nic ci się nie stało?</strong></p>
<p>Zwykle wychodziłem cało z takich sytuacji. Nigdy nie byłem mocny w bicepsie, ale za to bardzo szybki, trudno mnie było trafić. Zawsze czekałem aż facet się wyczerpie, a potem kop w jaja albo za włosy i o kolano! Bo jestem delikatny i wrażliwy&#8230;</p>
<p><strong>Jakie były konsekwencje „przygody, której świat nie widział od czasów Orlando Furioso”, jak pisał Hłasko?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Marek nie napisał przede wszystkim tego, że następnego dnia umówiliśmy się w tym samym miejscu. Chcieliśmy przeprosić właściciela restauracji, bo baliśmy się, że nas deportują do Polski. Żaden z nas nie miał przecież prawa pobytu we Francji. Marek nie umył się, nadal miał zaschniętą krew na głowie. Śmiertelny kac i duma rozpierały go. Jak mnie zobaczył, powiedział: „Słuchaj, Witek, ty nawet nie wiesz, co się tutaj wczoraj działo!”. Nie pamiętał mojej obecności! Twierdził, że studentów było czterdziestu, a nie ośmiu&#8230; Krew na czole chciał zachować od zapomnienia na zawsze.</p>
<p><strong>Czy to prawda, że wasza przyjaźń rozpoczęła się od tego, że sprzedałeś Hłasce prawego prostego?</strong></p>
<p>Skąd to wiecie?!! To nieprawda. Nigdy go nie uderzyłem. Ja go tylko powaliłem na ziemię. To było na Foksal w „Kameralnej”. Umówiłem się z Januszem Minkiewiczem (<em>pisarz, satyryk, zmarł w 1981 roku – przyp. aut.</em>). O północy były tam zawsze straszne tłumy, więc on przychodził wcześniej i zajmował strategiczne miejsce w rogu, żeby każdego mieć na oku. A umówiliśmy się dlatego, że przywiózł mi z Pragi – zresztą na moją wielką prośbę &#8211; słynne kohinory, takie czeskie ołówki, którym wysuwał się grafit &#8211; wówczas nie do dostania w Warszawie. Prawda była jednak taka, że on bardzo chciał mi odebrać pewną dziewczynę – przepiękną Krysię Iwaszkiewicz &#8211; studentkę  medycyny. Wtedy w Warszawie były dwie piękności najwyższej światowej klasy. Krysia i Ania Mackiewicz. Krysia wcześniej była z Andrzejem Romanem (<em>znany dziennikarz – przyp. aut.</em>), a ja się z nim bardzo przyjaźniłem. Do tej pory wyrzuca mi, że mu ją zabrałem. Ale to ona po prostu go opuściła. W każdym razie Janusz strasznie chciał tę Krysię i wymyślił sobie, że da mi za nią czeskie kohinory (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Ale gdzie w tej opowieści Hłasko?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wszedł wtedy do „Kameralnej”. Janusz wypatrzył go od razu i wytłumaczył mi, że ten facet to objawienie, fantastyczny talent. Podlany już dobrze Marek podchodzi do nas i mówi: „Cześć Janusz”. Mnie kompletnie ignoruje. Jakbym był powietrzem. Sytuacja staje się głupia i Minkiewicz decyduje się to przerwać: „Panowie się nie znacie”. Ale Hłasko nadal kompletnie mnie lekceważy. W końcu pytam: „Jaki jest tytuł twojej książki?”. Marek patrzy na mnie z pogardą i mówi: <em>Pierwszy krok w chmurach</em>. Na co ja wypalam momentalnie: „Ja napiszę drugi tom – <em>Pierwsze chmury w kroku</em>”. Wtedy Hłasko zamierzył się i próbował mnie trafić. Marek jednak nie umiał się bić. Usunąłem się, podstawiłem mu nogę i wywalił się jak długi. A co po tym? Jak to Polacy&#8230; Miał łzy w oczach i kochał mnie całym sercem.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Co się stało z portretem Hłaski, który namalowałeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dałem go matce Marka, to była jego własność.</p>
<p><strong>To chyba rzadkość, bo jesteś znany głównie z prac abstrakcyjnych. Nie lubisz malować rzeczywistości. </strong></p>
<p>Akurat portretów namalowałem sporo, ale faktycznie już we wczesnej młodości pożegnałem się ze sztuką realistyczną. Wielka w tym zasługa Konstantego Gałczyńskiego. Jak wiecie, wychowywałem się w szpitalu w Tworkach, gdzie mój ojciec był dyrektorem (<em>Feliks Kaczanowski – psychiatra, członek AK, bohater wojenny, ukrywał Żydów, ludzi oporu i wybitne osobistości w szpitalu psychiatrycznym. Uratował od zagłady m.in. prof. Władysława Tatarkiewicza i jego żonę. W Pruszkowie jest ulica doktora Feliksa Kaczanowskiego – przyp. aut.</em>). Kiedyś przy kolacji pochwaliłem się swoimi szkicami krakowskich bram i portyków. Ojciec powiedział, że niezłe, moja macocha – historyk sztuki &#8211; też pochwaliła. Przy stole siedział jeszcze Gałczyński&#8230;</p>
<p><strong>Co on tam robił?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Leczył się z alkoholizmu. Przysłał go do Tworek Związek Literatów. Ojciec nie chciał trzymać poety z pacjentami na pawilonie, więc zakwaterował go w moim pokoju! A on zachowywał się jak żółw – całymi godzinami się nie odzywał i siedział w tej swojej skorupie. Wychodził z niej wieczorami, kiedy ja chciałem już iść spać. On miał to gdzieś i godzinami do mnie mówił, a ja potem zasypiałem na lekcjach. I to właśnie Gałczyński mnie zdemoralizował podczas tamtej kolacji. Popatrzył na moje szkice, skrzywił się i zapytał: „Po co namalowałeś coś, co już jest?”. To była straszna ocena, bo on miał rację. Kira Gałczyńska była pierwszą osobą na świecie, która w 1960 r. opublikowała krytykę mojej sztuki.</p>
<p><strong>Pamiętasz swój pierwszy namalowany akt?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Pamiętam ostatni. A pierwszy był na pewno na ASP u Wojtka Fangora. Ciężko w to uwierzyć, ale Wojtek był moim profesorem. Bardzo młodym profesorem! (<em>o 10 lat starszym – przyp. aut</em>.) Obok profesora Czajkowskiego, który znał Matejkę, na ASP byli też i tacy (<em>śmiech</em>). Zresztą dzięki Wojtkowi jakoś to ASP przechodziłem, bo szczerze mówiąc nie za bardzo mi się chciało. Zresztą dyplomu nigdy nie zdobyłem. Na jego zajęciach byłem może z sześć razy. Nudziło mnie to wszystko. W końcu co to za problem malować poprawnie! Prawie 3 miliony ludzi na całym świecie to potrafi. Dlatego też niespecjalnie w mojej pamięci zachowało się malowanie gołych bab. Toż to łatwizna. Po co malować gołą babę? Przecież ona już jest!</p>
<p><strong>A co z tym ostatnim aktem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chłopcy, co wy chcecie ze mnie wyciągnąć? Kiedy ostatni raz pierdoliłem? Wczoraj!</p>
<p><strong>Tylko o twórczość pytamy. </strong></p>
<p>Mam sporo rysunków na granicy pornografii. Każdy malarz przez to przechodzi. A w ogóle to nie znoszę wulgaryzmów.</p>
<p><strong>Zdaje się, że na początku chciałeś być architektem.</strong></p>
<p>Na architekturze studiowałem niecały rok. Po tym, jak jednego z partyjnych profesorów nazwałem chujem, niespecjalnie mnie tam już chcieli. Przeniesiono mnie na Wydział Elektryfikacji i Modernizacji Rolnictwa. Do dziś pamiętam pracę na obrabiarkach. Bardzo mi się to podobało. Ale tylko to, do reszty zwyczajnie się nie nadawałem. Czułem się bezradny. Dochodziło do mnie, że jeśli chodzi o nauki ścisłe, jestem niedorozwiniętym idiotą. Wtedy ojciec za moimi plecami złapał pod pachę parę moich rysunków i zaniósł je swoim znajomym profesorom z Akademii Sztuk Pięknych. Po pół roku znalazłem się tam jako wolny słuchacz. I chwała Bogu, że tak się to skończyło, bo gdybym musiał zdawać egzaminy, nie dostałbym się na sto procent. Na sam koniec studiowania zdarzyła mi się bardzo smutna historia. Moim profesorem plakatu był Henryk Tomaszewski, którego uwielbiałem, a on z kolei uważał mnie za jednego z najzdolniejszych studentów. Pewnego razu spotkałem go z żoną w jazzklubie. Zaproponował mi bruderschafta. Wypiliśmy, ale mimo to zawsze tytułowałem go „panie profesorze”. Jakiś czas później byłem w SPATiFie. Siedzieliśmy przy stoliku z pierwszym mężem Aliny Janowskiej – Andrzejem Boreckim. Było miło dopóki nie przysiadł się do nas bez pytania pijany w trupa dwumetrowy jegomość. Wyleciało mi w tej chwili jego nazwisko&#8230; Liczył, że będziemy stawiać. Zawołał kumpla i się zaczęło. Zdecydowaliśmy, że wychodzimy i przenosimy się do „Złotej rybki”. Wstaliśmy od stolika i otworzyliśmy drzwi. Rzuciłem do Andrzeja: „Po co te chuje do nas przyszły? Chodźmy stąd!”.  Traf chciał, że mówiąc to, w drzwiach minęliśmy się z Tomaszewskim i Fangorem. To była tragedia! Tomaszewski wziął to do siebie i zaczął mnie ignorować. Miałem robić u niego dyplom, ale przekazał mnie komu innemu. Nigdy się z tego nie tłumaczyłem, bo bałem się, że jak zacznę, to wyjdę na kłamcę. A wiadomo, że pozory kłamstwa są najgorsze.</p>
<p><strong>Nie da się ukryć, że nonszalancki stosunek do edukacji w twoim przypadku nie był pozorny.</strong></p>
<p>Zaczęło się jeszcze we wczesnym dzieciństwie. Wywalili mnie po kolei ze wszystkich możliwych szkół w Pruszkowie. Zamiast się uczyć, chodziłem z kolegami po okolicznych lasach w poszukiwaniu zakopanej w ziemi amunicji. Kiedyś z kumplem znalazłem niemieckiego Walthera. I mieliśmy problem – czyj to będzie pistolet? Ustaliliśmy, że Walthera weźmie ten, kto będzie miał najgorsze stopnie. Mam tę cenzurkę do dzisiaj.</p>
<p><strong>Kto wygrał?</strong></p>
<p>Ten sukinsyn! Miał same niedostateczne, a ja niestety byłem dostateczny z&#8230; gimnastyki. Nie dość, że przegrałem zakład, to oczywiście zostałem na drugi rok w tej samej klasie. Ojciec zabrał mnie wtedy z tamtej szkoły i zapisał do Liceum im. Mikołaja Reja w Warszawie. Mój kolega od Walthera skończył tragicznie. To była niespokojna dusza. Któregoś razu siadł na znalezionym pocisku moździerzowym i uderzał w niego młotkiem. Szczątki zbierano z okolicznych gałęzi.</p>
<p><strong>Dość szybko po studiach wyjechałeś do Francji. A co robiłeś w tak zwanym międzyczasie?</strong></p>
<p>Jeszcze w czasie studiów dorabiałem sobie w tygodniku „Świat”, mieszczącym się na Nowym Świecie. Koledzy szli na piwko, a ja do redakcji. Byłem specem od metrampażu, czyli ręcznie wyznaczałem ilość kolumn, miejsca na zdjęcia i temu podobne. Dyrektorem artystycznym tego periodyku był wtedy Tadeusz Trepkowski, jeden z najlepszych polskich plakacistów. To znaczy nigdy go tam nie było, bo albo chodził na randki, albo pił z żoną Toeplitza, albo hulał w Zakopanem.</p>
<p><strong>Wiemy, że ostro rozbijałeś się wtedy po warszawskich jazzklubach. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jeden taki klub na Starym Mieście nawet współtworzyłem. Właśnie tam „poznałem” razu pewnego Raula Castro. O mało nie dałem mu w mordę. Przy barze siedziała wtedy moja żona. Raulowi spodobała się jej pupa, więc jak cham za nią złapał. Rzuciłem się na niego, ale w porę wyprowadziła go z klubu jego własna ochrona. To były wspaniałe czasy i wspaniały klub. Codziennie do czwartej nad ranem grali Komeda, Kurylewicz, Ptaszyn-Wróblewski, „Duduś” Matuszkiewicz i Jan Zylber, który po latach rzucił perkusję i został biznesmenem (<em>menedżerem Ewy Demarczyk i duetu Marek i Wacek  – przyp. aut.</em>). Kilkanaście lat później Janek zrobił ze mną wywiad do&#8230; „Playtboya”. Pamiętacie taki periodyk?</p>
<p><strong>Do dziś mamy przed oczami okładkę z Laurą Łącz! A z prawdziwym PLAYBOYEM bez „t” pośrodku miałeś wcześniej do czynienia?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W połowie lat 70. zaprosiłem na kolację do restauracji „Andre&#8217;s” w Aspen rodzinę Hugh Hefnera &#8211; jego żonę, córkę i brata. Właściciel knajpy – Andre Ulrich był synem przyjaciela Piłsudskiego – pułkownika Ulricha. I właściwie to chyba mój jedyny związek z PLAYBOYEM. Hugh nie poznałem nigdy, za to całą noc przetańczyłem wtedy z Christy. Nie wiem, ile mogła mieć lat&#8230; (<em>dwadzieścia kilka – przyp. aut.</em>). Ale i tak mamusia podobała mi się bardziej (<em>śmiech</em>). Ach&#8230; Byłbym zapomniał&#8230; Poznałem kiedyś Barbie Benton, pierwszą dziewczynę, która rozłożyła nogi dla Hugh Hefnera i PLAYBOYA. Mam nawet z nią zdjęcie.</p>
<p><strong>Pytamy o związki z PLAYBOYEM, bo wiemy, że jeden z twoich dobrych znajomych – Gene Gutowski (<em>producent filmowy współpracujący m.in. z Romanem Polańskim</em> &#8211; <em>przyp. red.</em>) kręcił się całkiem blisko tego środowiska.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Aaa, no tak. Gene to kalkulujący wariat. Kiedyś umówił się ze mną na kolację w restauracji w Beverly Hills. Okazało się, że miał tam być Kashoggi <em>(Adnan – jeden z najsłynniejszych handlarzy bronią – przyp. aut.</em><em>) </em>z żoną &#8211; Sorayą. Gene wtedy zarabiał na broni, tak mi się przynajmniej wydaje. A Soraya była po prostu niesamowita! Poprosiłem go, żeby dał mi do niej numer telefonu. Chciałem ją mieć za wszelką cenę. Gene był przerażony. Powiedział, że jeśli da mi ten numer, to znajdą moje ciało bez głowy. To mnie trochę ostudziło. A szkoda, bo widziałem, że ona bardzo chciała&#8230; Ale za to Kashoggi oszalał na punkcie mojej asystentki &#8211; Krysi. Zabrał ją do swojego samolotu i polecieli do Las Vegas. Z tej podróży wróciła z ogromnym diamentem. A ja Sorayi nawet nie powąchałem. Rażąca wręcz niesprawiedliwość!</p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>Wybiegliśmy za daleko w przyszłość. O twoje życie w Ameryce, a nawet asystentkę Krysię będziemy jeszcze pytać. Na razie wróćmy do Francji. Droga powrotna do Polski zamknęła się dla ciebie w momencie otrzymania ostrzeżenia, grypsu schowanego w paczce extra mocnych&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wysłała je moja była żona – Ania Mackiewicz, która dzięki pielęgniarce &#8211; metresie umierającego w szpitalu Cata-Mackiewicza (<em>Stanisław – pisarz, publicysta polityczny, premier Rządu na Uchodźstwie, zmarł w Warszawie w 1966 roku – przyp. aut.)</em>, dowiedziała się, że grozi mi niebezpieczeństwo. Podobno Mackiewicza przesłuchiwało dwóch esbeków, a pielęgniarka usłyszała moje nazwisko. SB szalało, bo chciało się dowiedzieć, kto przewozi jego książki do Paryża.</p>
<p><strong>Tym kimś byłeś ty. Przewiozłeś maszynopis <em>Polityki Becka</em>. </strong></p>
<p>Dzisiaj się zastanawiam, jak mogłem się w ogóle odważyć. Zagrałem wtedy va banque. Miałem łącznie trzy walizki i zanim mnie celnik poprosił, rzuciłem na stół tę z książką. Popatrzył na mnie i powiedział: „Nie ta, nie ta. Tamta&#8230;”. I wskazał na walizę, po brzegi wyładowaną pędzlami i farbami. Książkę przekazałem Konstantemu Jeleńskiemu. Wydał ją Giedroyc. Po ostrzeżeniu od Ani było jasne, że przez dłuższy czas nie powinienem wracać do Polski. Mimo, że moim powinowatym był Kliszko (<em>Zenon – komunista, członek Biura Politycznego KC PZPR– przyp. aut.). </em>Zawsze potwornie z nim walczyłem. Robiłem mu karczemne awantury. Wszystko uchodziło mi płazem, bo przecież nie aresztowałby członka rodziny. Niemniej po <em>Polityce Becka</em> z pewnością by mnie nie obronił. Zresztą sam był skazany przez Stalina na śmierć, a UB lało go po nerkach.</p>
<p><strong>Jak ci się układało w Paryżu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Szybko trafiłem do inteligenckiego środowiska, które właściwie nie musiało pracować. Zaprzyjaźniłem się z wieloma pisarzami i poetami, między innymi z Jacques&#8217;em Prévertem. A także z pewną francuską adwokatką &#8211; Nicole Ciano, uwielbianą przez wszystkich literatów. Prawniczka ta była z rodziny Mussoliniego. Dziewczyna miała dupę jak stodoła i metrowe piersi. Jej mercedes był zrobiony na zamówienie – z jednym wielkim siedzeniem z przodu. Ta prawniczka uwielbiała bohemę i miała fenomenalne poczucie humoru. Codziennie spotykaliśmy się na kawie i śniadaniu około 11 w Cafe Les Deux Magots. Czasami wpadała i przysiadała się do nas Simone Signoret <em>(zdobywczyni Oscara dla najlepszej aktorki za rolę w filmie </em>Miejsce na górze <em>- przyp. aut.)</em>, która jako jedyna niczego nie jadła, za to piła Martini. W południe była już na rauszu, a jej oczy stawały się jeszcze bardziej zielone.</p>
<p><strong>Po pierwszym sukcesie finansowym od razu zaszalałeś i kupiłeś sportowy samochód.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To była totalna głupota. Kupiłem wtedy, dziś już legendarnego, Austina Healeya 3000. Miał niesamowity overdrive, nawet na ostatnim biegu można było wcisnąć i znacznie przyśpieszyć. Kilka razy ścigałem się w środku nocy z architektem Jurkiem Chudzikiem, który jeździł wówczas Ferrari. Na raz, dwa, trzy wskakiwaliśmy do samochodów nie otwierając drzwiczek. Meta była przed ratuszem w Strasbourgu. Paryż puściutki, zero ograniczeń prędkości – piękne czasy! Ale dziwię się, że żyję&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jakie wyniki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>On wygrał dwa razy, ja tylko raz. Potem, gdy już byłem w Ameryce, Jurek znalazł sobie kogoś innego do wyścigów. Niestety na jednym z zakrętów wyleciał z auta i zginął. Ja też miałem wypadek, więc miłość do sportowych aut trochę mi minęła. W Los Angeles w roku 1969 kupiłem białego Lincolna Continentala. Był tak ogromny, że mogłem wozić w nim swoje obrazy. Ale każda część, która się w nim zepsuła, była horrendalnie droga. W sumie była to zła decyzja, ale jakże podniecająca! Szyby otwierały się po naciśnięciu guzika&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>I znowu niechcący znaleźliśmy się w Stanach&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przepraszam, ale tak to już ze mną jest. Z jednej opowieści wyciągam kolejną, a z niej jeszcze następną. Dygresja goni dygresję. Potraktujcie tę rozmowę jak lekturę <em>Rękopisu znalezionego w Saragossie</em>. Wy pytacie, ja otwieram kolejne szkatułki. Raczej nie damy rady uporządkować tego  chronologicznie.</p>
<p><strong>Spróbujmy chociaż domknąć Francję. Wyjechałeś z Paryża w 1968 roku, u szczytu popularności. Dlaczego?</strong></p>
<p>Czy ja wiem, czy u szczytu&#8230; Być może można tak powiedzieć. W końcu to były czasy, kiedy malowałem obrazki na prywatnej plaży w Saint-Tropez, obok opalała się moja dziewczyna &#8211; Vivianne Houssay, sekretarka Coco Chanel, a razem z nami siedziała jeszcze Juliette Greco i Françoise Sagan (<em>jedna z największych francuskich pisarek, już jako 18-latka wydała powieść </em>Witaj smutku<em>, która stała się bestsellerem. W tamtych czasach Sagan była ikoną swojego pokolenia – przyp. aut.), </em>która<em> </em>coś sobie pisała. Trochę się z nią przekomarzałem. Pisała wtedy wspaniałą powieść <em>La</em> <em>Chamade</em> i pytałem ją kilka razy, co to właściwie znaczy. Odpowiadała „nie wiem”. Kiedy po latach w Kalifornii na afiszu kina, sąsiadującego z moją galerią, zobaczyłem tytuł <em>La Chamade</em> po prostu oniemiałem. A prawdziwego szoku doznałem w trakcie seansu. W tym filmie jest scena, w której Catherine Deneuve i Michel Piccoli oglądają wystawę moich obrazów!! W pierwszej chwili myślałem, że ktoś podrobił mój styl. Po chwili dotarło do mnie, że to są moje prace. Później wyjaśniło się, że przy filmie pracowało wielu moich przyjaciół i ekipa, na prośbę Françoise, zrobiła zrzutkę obrazów Witolda-K. Ja o tym nie wiedziałem, bo wyjechałem do Ameryki, zanim powstał scenariusz.</p>
<p><strong>Wciąż jednak nie wiemy, dlaczego wyjechałeś. Nie podobała ci się sekretarka Coco Chanel, czy miałeś dość towarzystwa Françoise Sagan?</strong></p>
<p>Na tej plaży była też siostra Catherine Deneuve (<em>aktorka Françoise</em><em><strong><strong> </strong></strong> Dorleac &#8211; przyp. red.</em>), więc towarzystwo miałem wyborne. Uciekłem z Francji z zupełnie innego powodu. W swojej karierze miałem trzy wystawy o naprawdę wielkim znaczeniu. Każda zakończyła się kompletną klapą i to zupełnie bez mojego udziału. Zawsze były to nieprawdopodobne przypadki losowe. Pierwszą klęskę przeżyłem w 1968 roku w Paryżu. Na mojej wystawie w galerii La Pochade była cała paryska śmietanka &#8211; Juliette Gréco, Piccoli i wielu innych, a także francuski minister sprawiedliwości – Louis Joxe. Właściciel galerii już po pierwszej godzinie cieszył się, że przy każdym obrazie jest czerwona kropka. Wszystkie zostały zarezerwowane. Wielki sukces.</p>
<p><strong>I co wtedy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To było 5 maja, w dzień kiedy zaczęły się studenckie zamieszki. Rewolucja. Tłum podpala na ulicach samochody&#8230; W galerii zrobił się chaos. Minister spraw wewnętrznych wisiał na telefonie i wydawał polecenia policji. Goście zaczęli uchodzić. Po niektórych podjeżdżały samochody z eskortą. Protesty doprowadziły do kilkutygodniowego strajku powszechnego, który sparaliżował cały kraj. Czy muszę wam tłumaczyć, że nikt nie zgłosił się po zamówione obrazy? To była całkowita klęska. Prawie 10 godzin wracałem na piechotę do swojego mieszkania na Rue Tholoze. Wszędzie barykady. Młodzież z czerwonymi sztandarami. Dla mnie to był koniec świata. Byłem człowiekiem, który robił wszystko, żeby ludzie nie myśleli o nim jak o kuzynie komunistów. Głównie dlatego poleciałem do Stanów. Nie mogłem patrzeć na tę czerwoną zarazę.</p>
<p><strong>A w Ameryce zamiast błyskawicznej sławy, czekało cię przymieranie głodem i zamarzanie na śmierć…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To nie tak. Początek miałem wspaniały. Na lotnisko przyjechał po mnie Jurek Kosiński.</p>
<p><strong>A propos&#8230; Jesteście do siebie bardzo podobni. Nie bywaliście ze sobą myleni?</strong></p>
<p>Któregoś razu ktoś na ulicy pomylił Jurka ze mną. Podobno Kosiński strasznie się zdenerwował. Ja natomiast parę razy byłem proszony o podpisanie <em>Malowanego ptaka</em>. Odpowiadałem, że wprawdzie nie napisałem tej książki, ale za to mógłbym być jej bohaterem (<em>śmiech</em>). Podpisywać mogłem, bo artyści jak pomalowane ptaki są zawsze obcokrajowcami. Świat dla Jurka to był teatr, w którym on był reżyserem. Musiał wszystko kontrolować. Mam zupełnie inny charakter, bo polegam na intuicji. Jurek doprowadził swoją intelektualną inwestygację do granic. Dla mnie to był pająk, który zaplątał się we własną pajęczynę.</p>
<p><strong>Wróćmy do twoich początków w Nowym Jorku.</strong></p>
<p>Niedługo po przyjeździe dostałem się do jednej z lepszych galerii – La Boetie. To dało mi poczucie wielkiego entuzjazmu. Od razu przyszło zamówienie na trzy litografie. Każda po trzy tysiące dolarów. Pomyślałem &#8211; niech się schowa ta Francja i Europa. Żona właściciela galerii bardzo mnie polubiła. Na jednym z przyjęć przedstawiła mnie komuś mówiąc: „A to jest nasz nowy nabytek z Izraela”. Zatkało mnie. Kiedy już wyjaśniło się, że jestem z Warszawy i mam polskie korzenie szlacheckie, a do tego żadnej krwi żydowskiej… wyrzucono mnie z galerii. Za bycie Polakiem. Później z kolei straciłem wielkie zamówienie&#8230; za „bycie Żydem”. Mój przyjaciel, słynny amerykański architekt Harwood Taylor, w Houston w Teksasie dostał zlecenie od króla Arabii Saudyjskiej na zaprojektowanie dziewięciu willi dla jego gości. Budżet bajeczny &#8211; trzy miliony dolarów. „Zrób dla mnie projekt dziewięciu abstrakcyjnych rzeźb” – poprosił Harwood. I wziął moje portfolio pod pachę, żeby pokazać ludziom króla. A ja głupi nie wyjąłem jednej strony ze zdjęciem plafonu, który wykonałem dla Domu Kultury w Oświęcimiu. I wszystko poszło do innego artysty…</p>
<p><strong>Kiedy okazało się, że nie jesteś Żydem, skończyły się zamówienia?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przykro przyznać, ale tak. Mieszkałem wtedy w hotelu przy 86. i Broadway. Okolica była podła. Każdej nocy słyszało się strzały. Ale za to stać mnie było na naprawdę wielką pracownię. Do czasu oczywiście, bo wkrótce nie byłem w stanie zapłacić żadnego rachunku. Wreszcie doprowadziłem się do takiego upadku, że z głodu, wyczerpania i zimna prawie umarłem. Uratowała mnie kobieta, którą poznałem parę tygodni wcześniej dzięki Kosińskiemu. Jurek parę razy zabrał mnie do państwa Falenckich, bardzo znanej i bajecznie bogatej polskiej rodziny. Kiedy wszedłem do ich apartamentu na Piątej Alei w holu powitał mnie trzymetrowy Picasso. Później bywałem jeszcze na  farmie Falenckich w Upper New York State. Już wtedy nie dojadałem, ale wstydziłem się przyznać i trzymałem fason. I właśnie na tej farmie poznałem kuzynkę Falenckich &#8211; nieco otyłą, kuśtykającą panią, która mówiła płynnie po francusku. I to nas do siebie zbliżyło, bo mój angielski był wtedy jeszcze słaby. Ona uwielbiała literaturę, podobnie jak ja. Zaprzyjaźniliśmy się trochę i wymieniliśmy telefonami. Umówiliśmy się, że do niej zadzwonię, ale za kilka dni odłączyli mi telefon.</p>
<p><strong>Czy zbliżamy się choć trochę do historii o zamarzaniu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale to nie ja zamarzłem, tylko herbata w szklance! Pochorowałem się z niedożywienia i dostałem wysokiej gorączki. W tym samym czasie wybuchł strajk nowojorskich opalaczy po zachodniej stronie Central Parku i w środku zimy wyłączono ogrzewanie w moim budynku. Byłem w tak złym stanie, że nie miałem sił wstać. Może wstyd się przyznać, ale posikałem się nawet do łóżka. Byłem przekonany, że umieram. Resztką sił pisałem list pożegnalny do ojca, kiedy zadzwonił telefon. Na szczęście do mnie wciąż można było dzwonić. Z trudem odebrałem i usłyszałem głos kuzynki Falenckich. Zapraszała mnie na party. „Może by pan przyszedł, bo tak miło nam się rozmawiało&#8230;”. „Susan, ja umieram, nie mogę przyjść”. Najpierw myślała, że żartuję, ale z tonu głosu szybko się zorientowała, że jest źle. Wypytała mnie o dokładny adres i się rozłączyła. Okazało się, że w moim wieżowcu wyłączono windy od któregoś poziomu. A ona, biedna, z tą chromą nogą, przyszła do mnie z termosem i sandwichem pokonując dwadzieścia pięter. Uratowała mi życie. Zapłaciła też od razu za telefon i za dwa miesiące mojego czynszu z góry. Nigdy nie chciała przyjąć pieniędzy z powrotem. Mówiła: „Daj mi lepiej swój obrazek”.</p>
<p><strong>Co zrobiłeś, kiedy doszedłeś do siebie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wyjechałem do Kalifornii. To był inny świat. Miałem dobrych znajomych, dzięki którym od razu trafiłem do środowiska ludzi bardzo znanych. Środowiska, w którym wszystko było wolno. To były czasy zupełnie inne niż dziś i trzeba o tym pamiętać. Otaczały nas śliczne dziewczyny z całego świata, które przyjeżdżały tylko po to, aby otaczać się znanymi ludźmi. Często miały pewnie po 15 lat, a wyglądały na 20. Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Zresztą nikt się nie pytał, ile mają lat, bo same siadały nam na kolanach.</p>
<p><strong>Miały nawet pomocniczki…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W postaci mamusi, która widziała w tym interes! Przecież to ona wyczuła chlebem przyszłość pachnącą i podstawiła Romanowi swoją córkę &#8211; Samanthę. A czasy były rozwiązłe, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Do mojej galerii przychodziła na przykład pewna dziewczyna &#8211; piękna blondynka. Zawsze ubierała się tak, że można było oglądać jej majtki. Twierdziła, że uwielbia moje malarstwo. Nie zwracałem uwagi na jej sex-appeal, więc pewnego dnia nie wytrzymała: wepchnęła mnie pod ścianę, rozpięła błyskawicznie rozporek i złapała za kutasa. Miałem ją pytać, ile ma lat?</p>
<p><strong>Kiedy poznałeś Romana Polańskiego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kiedy na chwilę przyjechał z Paryża do Warszawy i wpadł do SPATiFu. To było prawdopodobnie w 1961 roku. Miał wtedy na nogach piękne spiczaste włoskie buty na wysokim obcasie. Dziś widujemy się we Francji, a jeszcze przedtem mieszkałem u niego w Bel Air, w domu, w którym rozegrała się ta wielka tragedia…</p>
<p><strong>A ty mogłeś być jedną z jej ofiar. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Parę godzin przed atakiem bandy Charlesa Mansona, zadzwonił do mnie Wojtek Frykowski i namawiał, żebym wpadł i pomógł mu zrobić dresing. Akurat wtedy kładłem wielki dywan w mojej nowej galerii, którą dzień później miałem otworzyć dla publiczności. Nie miałem czasu na zabawę i spławiłem Wojtka. Jednak wracając do domu, nabrałem ochoty na towarzystwo i chciałem się przyłączyć do zabawy. Jechałem samochodem z moją ówczesną dziewczyną i sekretarką Krysią, której ten pomysł jednak bardzo się nie spodobał. Ona po prostu chciała się&#8230; rżnąć. Więc nie skręciłem z autostrady w odpowiednim momencie i pojechaliśmy do domu. Myślę, że gdybym do nich dojechał, mógłbym wszystkich uratować&#8230;</p>
<p><strong>Zostałeś wtedy świadkiem numer jeden. Z przydzieloną na stałe policyjną ochroną. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Byłem na 99 procent pewien, że wiem, kto zabił. I to niestety przeze mnie śledztwo poszło fałszywym tropem. Parę tygodni wcześniej Jay Sebring (<em>fryzjer hollywoodzki, który zginął wraz z brzemienną żoną Romana Polańskiego Sharon Tate, Wojciechem Frykowskim i jego dziewczyną </em><em>Abigail Folger – przyp. aut.</em>) zrobił wielkie party w domu Polańskiego. Romek był za granicą i uczynił Wojtka odpowiedzialnym za porządek. Impreza wyśmienita – był tam cały Hollywood. Większość czasu spędziłem wtedy z dwiema aktorkami, które mówiły po francusku &#8211; Yvette Mimieux i Jacqueline Bisset. Gadałem też dużo z George&#8217;em Plimptonem – słynnym amerykańskim dziennikarzem sportowym, który posiadał największą na świecie kolekcję pornosów, no, ale w końcu to też sport&#8230; W pewnym momencie zauważyłem dwóch dziwnych typów. Krok w spodniach wisiał im przy kolanach. Jak się schylali, to można im było tyłki oglądać. Byli naćpani i nachlani. Zachowywali się okropnie – głośno gadali, zaczepiali po chamsku dziewczyny. Wojtek zwrócił im uwagę. Oni się wściekli i wyglądało na to, że zaraz pójdą w użycie noże. Na imprezie było jednak dwóch czarnych, ogromnych wykidajłów. Skorzystaliśmy z ich pomocy. Faceci podnieśli typów i dosłownie wynieśli z domu. Tamci tak się wkurwili, że zaczęli krzyczeć: You&#8217;re fuckin assholes! We&#8217;ll be back and kill you! Jeden z nich spojrzał się na Wojtka i wrzasnął: You&#8217;ll be the first! A parę tygodni później zdarzyło się morderstwo. To dlatego wprowadziłem wszystkich w błąd i opóźniłem śledztwo. Policja poprosiła mnie o namalowanie portretów pamięciowych. W Malibu Colony nad oceanem, w domu reżysera Michaela Sarne&#8217;a, Romek stał nade mną i poganiał mnie do późnej nocy. Była tam z nami Mae West, która właśnie kręciła film <em>Myra Breckinridge.</em> Koniec końców na  podstawie moich portretów aresztowano ten duet na Jamajce. Za handel narkotykami! Dopiero po jakimś czasie wyszły na jaw prawdziwe okoliczności zbrodni na Cielo Drive. Charles Manson chciał być artystą. Próbował dostać się do środowiska przez Terry&#8217;ego Melchera – producenta muzycznego, który mieszkał na Cielo Drive z Candice Bergen. Terry go olewał, bo wiedział, że nic z tego prymitywa nie będzie. A Manson chcąc się zemścić, wysłał swoich ludzi, żeby go zamordowali. Tyle, że dom wynajmowali już Roman i Sharon Tate. Melcher i Bergen zdążyli się wyprowadzić. Manson o tym nie wiedział&#8230;</p>
<p><strong>Jak wspominasz tamten czas?</strong></p>
<p>Pierwszą noc po morderstwie spędziłem z Genem Gutowskim i z Romkiem. Gene dał mu środki nasenne. Roman spał i płakał. Widziałem to na własne oczy.  Potem na pogrzebie, Roman stał trzymając głowę do góry, a ręce miał splecione za sobą. Nie był w stanie opanować drżenia dłoni. Byłem do głębi smutny. Czy wiecie, że Gibby Folger na 15 maja, na moje urodziny w Los Angeles dała mi w prezencie ogromną flagę USA? Obłożyliśmy nią kanapę w domu na Cielo Drive. Zawsze myślałem, że w końcu ją stamtąd zabiorę. Mordercy zawinęli w nią ciała Sharon i Jaya&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jak czułeś się w roli świadka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Policja zdecydowała przydzielić mi i mojej Krysi ochronę, bo nikt nie miał pewności, czy mordercy nie zechcą zabić i nas. Co noc zabierano nas do innego hotelu, nigdy też nie mówiono, gdzie będziemy spali. Przez 24 godziny byliśmy chronieni przez facetów z długą bronią. A Krysia miała wtedy 17 lat. Jej mama była w moim wieku. Nikomu nie przyszło do głowy, spytać ile lat ma moja dziewczyna. Łamałem prawo, nie wiedząc o tym, pod pilnym okiem policji z Los Angeles. Takie po prostu były czasy. Więc jeżeli Romek za seks z Samanthą ma być skazany ponownie, ja powinienem dostać 2 lata, Kirk Douglas – 80 lat, a Warren Beatty – 120 tysięcy lat.</p>
<p><strong>Aż tak?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie zdajecie sobie sprawy, jaka rozwiązłość panowała wtedy w L.A. Warren Beatty miał grubą książeczkę, w której zapisał ponad tysiąc telefonów dziewcząt. Każda gotowa na jego zawołanie. Warren mieszkał ode mnie dwa bloki dalej, w hotelu Wilshire. Nie chciał mieć nic swojego. Tak więc wynajmował na ostatnim piętrze apartament. Po sąsiedzku mieszkał Artur Rubinstein. Warren mawiał: „Trawę mam ścinać? Po co mi dom? Jak jestem głodny o trzeciej nad ranem, to dzwonię i przynoszą jedzenie. Mam tu trzy windy. Dziewczyny mogą się spokojnie zmieniać”. Myślicie, że wszystkie dziewczyny były pełnoletnie? A teraz Beatty jest oddany żonie i dzieciom&#8230; Romek w tamtym okresie bardzo się z Warrenem przyjaźnił. Można powiedzieć, że w jakimś stopniu my wszyscy byliśmy wtedy na granicy „self destructive”.</p>
<p><strong>Opowiesz o swoich doświadczeniach w tym zakresie?</strong></p>
<p>Niczego się nie wstydzę. Takie jest życie. U Romka na Cielo Drive często budziłem się na strasznym kacu o szóstej rano i szedłem do lodówki, żeby nalać sobie setę czystej wódki. Któregoś razu Wojtek stanął mi na drodze i powiedział: „Nie będziesz pił. Zapalisz”. „Już próbowałem, to mi nie pasuje”. I kiedy chciałem go przesunąć, trzepnął mnie pięścią w szczękę. Obsunąłem się. Zmusił mnie, żebym wytrzeźwiał i dopiero potem zapalił. Bo wcześniej zawsze paliłem, kiedy już byłem pijany. Wtedy to nie działa. Wyobraźcie sobie, że zapaliłem i odkryłem, że jest inny sposób na bycie „high”. A potem poszło już dalej. Zaprzyjaźniłem się z Johnem Phillipsem&#8230;</p>
<p><strong>Z  The Mamas and The Papas?</strong></p>
<p>Oczywiście. A był jakiś inny? (<em>śmiech</em>) Spędzaliśmy razem sporo czasu. Któregoś razu szliśmy po Sunset Boulevard. Raptem z dużego samochodu, w którym trwała wielka impreza, wychylił się facet, drąc się wniebogłosy: „Hello John! How are you?!”. To był Elvis Presley&#8230; Po moim pierwszym spotkaniu z policją, kiedy mówiłem, że wiem kto zabił, poszedłem od razu do Johna i powiedziałem: „Zniszcz wszystkie narkotyki. Policja będzie tu lada dzień”. On był wtedy z Michelle (<em>Michelle Gilliam, później Phillips – piosenkarka, aktorka, członkini The Mamas and The Papas – przyp. red.</em>), która poróżniła wszystkich. Johna z Warrenem Beatty i Jacka Nicholsona z nimi. Była po prostu zbyt piękna. Miała najseksowniejsze nogi w całym Hollywood. Przespała się z nimi trzema i skłóciła ich tak, że nie chcieli ze sobą rozmawiać. Ale wracając do rzeczy… W tamtych czasach eksperymentowałem ze wszystkim. Zresztą John przekonywał mnie, mówiąc: „Jak nie będziesz palił, to wszyscy pomyślą, że współpracujesz z FBI. Oni używają takich, co nie mają Zielonej Karty, do infiltracji Hollywoodu”. Nie miałem wyjścia (<em>śmiech</em>). Kokainę po raz pierwszy brałem z Kirkiem Douglasem. Potem nawet jeździłem po niej na nartach.</p>
<p><strong>Mimo wszystko widać, że zdrowie dopisuje…</strong></p>
<p>Zdarzało mi się pijać wino z kloszardami pod mostem w Paryżu. Zamiast korka w butelkach był papier. Wszyscy pili z jednej butelki. Jakoś to przeżyłem&#8230; Nigdy nie stałem się niewolnikiem nałogów. Byłem przede wszystkim niewolnikiem własnej sztuki. A na przykład Wojtek Frykowski uzależnił się na poważnie, bo chociaż był bardzo inteligentny, to nie miał żadnego konkretnego talentu. Miał pasję życia, ale nie miał pasji zawodu. Dla mnie rozpoczynanie nowych i zrywanie ze starymi nałogami nigdy nie było problemem. Ostatniego papierosa wypaliłem na nartach.</p>
<p><strong>Będąc na kokainie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Nie, zupełnie na trzeźwo. Ale powiem wam, że po kokainie na nartach jeździ się wspaniale! Oby nie na marihuanie. Bo po trawie zaraz masz lęki. A na kokainie nie ma dla ciebie przeszkody. Jesteś zawodnikiem Pucharu Świata…</p>
<p><strong>A propos. Jak dobrze znasz Andrzeja Bachledę?</strong></p>
<p>Traktuję go jak syna. Andrzej mieszkał u mnie w Denver kilka lat. Zresztą Ałuś Bachleda tak samo traktuje mojego syna, który z kolei mieszkał u Bachledów. Przyjaźnię się z ich rodziną od wielu lat. Przyjaźniłem się z seniorem, śpiewakiem operowym, a potem z jego synem &#8211; Ałusiem. Przy Andrzeju zawsze czuję się jak początkujący. Zjeżdżałem z nim wielokrotnie, bo zabierał mnie na swoje rozgrzewki slalomowe. Kiedyś wpuścił mnie w straszne maliny, prowadząc na trasę z tysiącem „wielbłądów”. A ja mam poważne skrzywienie kręgosłupa. Na czwartym garbie przeszył mnie ból. Trzeba było nawet wzywać tobogan. Ale dziś już wiem, że najważniejsze to się nie dać. Pamiętacie historię o ostatnim papierosie?</p>
<p><strong>Tylko o niej napomknąłeś…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jeździłem wtedy na nartach w Aspen z moim przyjacielem, milionerem &#8211; Maco Stewartem. Przez kilka godzin męczył mnie, żebym skorzystał z jego masażysty &#8211; cudotwórcy. W końcu z grzeczności uległem. Facet był rzeczywiście niesamowity. Do tego stopnia, że przedłużył mi życie. Masując mnie usłyszał, że chlupie mi woda w płucach! To był ostatni dzwonek. Wypaliłem tego papierosa i poddałem się leczeniu. Maco nie posiadał się z radości, że uratował mój tyłek. Ten facet to wspaniały wariat. Kiedy byliśmy razem w Paryżu, kazał zaprowadzić się do najdroższego burdelu. Mówię mu: „Ale tam za butelkę Dom Perignon trzeba płacić 6 tysięcy dolarów!”. A on na to: „Moim obowiązkiem jest dzielić się. A dzielenie się z przyjaciółmi czyni mnie szczęśliwym” (<em>śmiech</em>). Wiecie… świat bywa kompletnie surrealistyczny.</p>
<p><strong>Był, bywa i będzie.</strong></p>
<p>Dziś akurat wszyscy na siłę się buntują, są „nonkonformistami” &#8211; strasznie to zabawne. Moje pokolenie widziało takie rzeczy i takie rzeczy przeżyło, że do końca świata będziemy, bez udawania i grania, szczerymi buntownikami. W trakcie wojny na własnej skórze odczuliśmy, że świat jest &#8211; kurwa mać &#8211; tak spierdolony, że nic mu nie pomoże. Dlatego potem, gdy mieliśmy szansę być szlachetni, bywaliśmy nieostrożni. Szlachetność jednak zawsze wygrywała. Ostatnio rozmawiałem z Markiem Nowakowskim. Powiedziałem mu, że jest z inteligenckiej rodziny, ale inspiracji dla literatury i tak poszedł szukać pod budką z piwem. Ja tego nie musiałem, bo od dziecka byłem otoczony tragedią. Codziennie widziałem umierających z głodu pacjentów w Tworkach. Słyszałem krzyki i błagania o chleb. Naprawdę nie musiałem ze zbuntowaną bohemą pić taniego piwa i sikać pod budką. Ale rozumiem doskonale i takie zachowania, bo jak słyszałem, jeżeli ktoś za młodu nie jest rewolucjonistą, na starość zostaje… kutasem.</p>
<p><strong>Jak oceniasz ostatni film Polańskiego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mam za złe Romkowi, że zrobił coś takiego. Film jest bezbłędnie reżyserowany, ale za to okropny politycznie. Gdyby Stalin żył i mógł obejrzeć ten film, byłby wniebowzięty. Czyżby Romek zapomniał, czym był socjalizm? Niestety zaraził się francuskim lewicowym intelektualizmem. Z mojego, politycznego punktu widzenia <em>Autor Widmo</em> to koszmar.  Kocham Amerykę, on nie i ma ku temu powody. Wcale mu się nie dziwię.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Skupujesz jeszcze swoje obrazy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Już nie, bo mnie w tej chwili na to nie stać. Zresztą tak to w moim życiu zawsze było, że jak zaczynały się dyskusje o pieniądzach, zasypiałem. Mam wyobraźnię wizualną, nie intelektualną. A żeby myśleć o pieniądzach, trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Ja od dziecka lubiłem oczy przymykać. Na przykład w Rabce, przed wojną, gdzie leżałem chory na gruźlicę przez 3/4 roku. Zamykałem oczy, żeby nie widzieć codziennie umierających dzieci. Żeby nie myśleć o tym, że na gruźlicę umarła moja mama, gdy miałem 14 miesięcy. Zamykałem oczy i fantazjowałem, uciekałem od rzeczywistości. To był stan na granicy halucynacji. Wiem to, bo potem próbowałem wielu substancji i naprawdę znam się na prawdziwych halucynogenach. Musiałem zamykać oczy, żeby przesuwał mi się film. Pojawiały się różne obrazki, których nie rozumiałem. Zatrzymywałem film na tego typu obrazkach, a później je malowałem.</p>
<p><strong>To widać.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Uważam, że wszelka analiza intelektualna zabija sztukę. Bardzo wcześnie to odkryłem, ale naprawdę, gdy ktoś za dużo myśli, nie może być artystą. W Tworkach czasami wpuszczano mnie do katatoników. Ustawiałem ich sobie w różnych pozycjach. Tak jak ich ustawiłem, tak stali. Ubrani w szare drelichy, w szarych podrapanych pomieszczeniach z zakratowanymi oknami, przez które wpadało rembrandtowskie światło. Nigdy tego nie zapomnę. I gdy później zarzuca mi się, że nie jestem artystą, bo używam pędzla (<em>śmiech</em>) i że nie biorę udziału w żadnych performance, odpowiadam, że brałem w nich udział wielokrotnie – w szpitalu w Tworkach, 60 lat temu.</p>
<p><strong>Czy 36 tysięcy dolarów w 1974 r. to twoje największe honorarium za obrazy?</strong></p>
<p>Skąd wy wiecie takie rzeczy? Słyszeliście kiedyś o Conoco? To był szósty największy koncern paliwowy na świecie. Jego prezydentem był Wayne Glenn &#8211; w Ameryce Bóg &#8211; człowiek z niewyobrażalnymi pieniędzmi, który kupił za te 36 tysięcy dolarów szereg moich obrazów. Zakładając inflację, dziś to by było około 120 tysięcy dolarów&#8230; Potem się zaprzyjaźniliśmy, uczyłem go jeździć na nartach i zbierać grzyby. Jako artysta byłem poza finansowymi kategoriami. Dla mnie wejście po drabinie, tak zwanej <em>social ladder,</em> było o wiele łatwiejsze niż dla innych. Pewnie dlatego, że pieniądze nigdy mi nie imponowały. Ci najbardziej potężni to wyczuwali.</p>
<p><strong>To oni ułatwili ci wstęp do Los Alamos (<em>słynny amerykański ośrodek badań jądrowych – przyp. aut.</em>), gdzie powstały obrazy i rzeźba czarnej dziury?</strong></p>
<p>Tak, ale to był czysty przypadek. W mojej galerii w Beverly Hills poznałem żonę jednego z dyrektorów Los Alamos, która zakochała się w moim malarstwie. Dzięki niej poznałem wielu wybitnych fizyków. Między innymi jej męża &#8211; Roberta Franka i profesora Stirlinga Colgate&#8217;a, który wspierał mój projekt rzeźby czarnej dziury. Przyjaźniłem się też z Alanem Shepardem, człowiekiem, który chodził po księżycu. Szef Los Alamos &#8211; Harold Agnew był uroczym człowiekiem – bratankiem wiceprezydenta USA. Spędzałem z nim na rozmowach długie wieczory. Ja &#8211; obywatel komunistycznej Polski. Zdajecie sobie sprawę, co robił wtedy wywiad sowiecki? Po prostu chodzili po moich śladach.</p>
<p><strong>Jak to się skończyło?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie miałem wyjścia i uprzedziłem przyjaciół. A oni (<em>Gene i Theresa Van Dyke &#8211; przyp. aut.</em>) skontaktowali mnie z FBI.</p>
<p><strong>Dlaczego przeprowadziłeś się do Denver?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo dla mnie to najlepsze miejsce do życia w całych Stanach. Przepiękny widok na Góry Skaliste, wspaniałe powietrze, a do tego codziennie można jeździć na nartach. Raj na ziemi. A poza tym ożeniłem się. Moja trzecia żona była prokuratorem miasta Denver. Mieszkaliście kiedyś z prokuratorem?</p>
<p><strong>Nigdy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Szczęściarze&#8230; Zawód określa mentalność człowieka, więc nie ma żartów (<em>śmiech</em>). Nasze życie przypominało sztukę <em>Dwoje na huśtawce</em>. Tyle, że to ja w naszym domu byłem housewife. W końcu mnie rozwiodła, bo chciała mieć drugie dziecko, a ja nie. Doszło wtedy do mnie, że nie zawsze warto być za dobrym mężem. Po prostu ją rozpuściłem. Nawet próbowała adoptować za moimi plecami Chinkę, a potem Białorusinkę. Wpłaciła 17 tysięcy dolarów do białoruskiej ambasady! Zadzwoniłem tam i powiedziałem, że nic z tego. Jak ona się o tym dowiedziała, wpadła w szał. Widzieliście kiedyś prokuratora w takim stanie?</p>
<p><strong>Nigdy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To podwójni z was szczęściarze. Miałem trzy żony. Pierwsza: architekt wnętrz, druga: lekarz psychiatra, trzecia: prokurator. Każdej sprawiedliwie dałem po jednym dziecku. Najstarszy syn ma 56 lat, najmłodszy 13. Jest i córka. Jestem zmęczony wykształconymi kobietami. Po co mi wykształcone kobiety, kiedy na świecie jest tyle wspaniałych książek? Mimo wszystko nadal się lubimy z prokurator Laurie. Ona chce być teraz Polką. Ma już zresztą podwójne obywatelstwo. Wraz z naszym 13-letnim synem postanowiła przeprowadzić się do Krakowa. Będzie wykładać prawo i studiować wschodnioeuropejską kulturę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Sprzeciwić się jej nie mogę. Sprzeciwiliście się kiedyś prokuratorowi? (<em>Śmiech</em>).</p>
<p><strong>A ty myślisz o opuszczeniu Stanów?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na pewno muszę zrobić porządek ze swoimi obrazami. Od 48 lat mam w Warszawie pracownię na Żwirki i Wigury. Na IV piętrze bez windy. Trenuję wchodzenie, żeby mieć formę na nartach (<em>śmiech</em>). Ta pracownia jest właściwie magazynem – kompletnie zastawionym moimi pracami.  Namalowałem tu setki obrazów. Wkrótce będę się też starał odzyskać posiadłości rodzinne w Mdzewku. Chciałbym tam otworzyć muzeum. Obawiam się tylko, że może mi nie starczyć sił na walkę z lokalnymi władzami.</p>
<p><strong>Wspominałeś o trzech dużych wystawach, które zakończyły się fiaskiem. Opowiedziałeś tylko o tej pierwszej…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O drugiej także. Przecież dzień po morderstwie w domu Romka, miałem otworzyć galerię w L.A. Były zaproszone tłumy gości. Wszystko odwołałem.</p>
<p><strong>A ten trzeci raz?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Trzy lata temu jako pierwszy Polak i pierwszy Amerykanin miałem dużą indywidualną wystawę w galerii Sotheby’s (<em>jeden z największych domów aukcyjnych na świecie – przyp. aut.</em>) w Amsterdamie. Pokazano tam 163 moje prace. I co się stało? Z dnia na dzień wybuchł światowy kryzys. W takich momentach nikt nie inwestuje w sztukę. To była moja trzecia klęska. Mam nadzieję, że ostatnia.</p>
<p><strong>My mamy już trzy ostatnie pytania. Jak ci się podoba twój portret pędzla Picassa?</strong></p>
<p>Jest bardzo dobry. Szybki, parę kresek zaledwie. Do Picassa zabrał mnie Jacques Prévert i powiedział coś w stylu &#8211; „to mój przyjaciel Witold, bardzo lubię jego malarstwo, mimo że on sam jest wariat”. Picasso wydłużył mi strasznie nos i zrobił ze mnie takiego właśnie wariata. Tamtego dnia jedliśmy flądry. Podano je na wielkich talerzach, wypalonych przez samego Picassa. Obiad trwał w najlepsze , a ja z każdą chwilą widziałem na twarzy Picassa coraz gorszy grymas. Bardzo mu się nie podobało, jak je Jacques. Picasso wziął widelec i nóż, rozdwoił flądrę i cały czas komponował na talerzu. Non stop robił sztukę. A Jacques wbił widelec w sam środek i wszystko rozgrzebał. Wreszcie Pablo nie wytrzymał: „Jacques, żeby być dobrym poetą, trzeba też umieć uszanować konstrukcję flądry”. Na co tamten odpalił: „Może i tak. Ale ty zamiast być malarzem, powinieneś zostać sprzedawcą ryb”.</p>
<p><strong>Powiedz nam jeszcze, dlaczego postacie na twoich obrazach odchodzą?</strong></p>
<p>Nie wiem. Może moje malarstwo im się nie podoba.</p>
<p><strong>A dlaczego muszka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo nigdy nie lubiłem krawatów. Jak siadasz, to pętają ci się między nogami. A już jednego wisiora tam masz. Po co ci dwa? Poza tym muszę ukrywać moją starczą turtle neck<em> </em>(<em>żółwią szyję – przyp. aut.</em>). Prawda jest taka, że już w młodości lubiłem muszki i… kowbojskie buty. A propos, mam nadzieję, że nie chcecie wykorzystać moich zdjęć na golasa. Trochę się ich uzbierało&#8230;</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Naszym największym błędem jest to, że zawsze myślimy, że nie znajdziemy lepszej kobiety.</p>
<p>Każdy mężczyzna powinien mieć na podorędziu tzw. <em>sexual emergency. </em>Zwłaszcza, kiedy jest żonaty, a żonę boli głowa.<em> </em></p>
<p>Teraz jestem kawalerem do zabawy. Słyszycie dziewczyny?</p>
<p>Niedawno spotkałem się z Danusią Szaflarską. Wyobraźcie sobie, że ona jest dużo starsza ode mnie! Rozmawiało się nam genialnie, bo niewiele ludzi dzisiaj może pogadać o tym, jak Niemcy weszli do Warszawy, o Duszyńskim, Dziewońskim, o tamtej Polsce. Ta kobieta to zjawisko, to historia naszego kraju. Wszystko pamięta, rzuca anegdotami, dowcipami, prowadzi rozmowę. Ona nie tylko fizycznie chodzi po schodach, ale i mentalnie. Jak to się mówi: gra się z nią w pingponga przy tym samym stole.</p>
<p>Budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie będzie wyglądał jak magazyn broni.</p>
<p>Uważam, że w historii były dwie najbardziej demokratyczne organizacje, które cenię: Jezuici i CIA. Wszystkie rasy. Wszystkie narodowości.</p>
<p><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/witold-kaczanowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czesław Mozil</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 May 2010 11:47:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Mozil Czesław]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2293</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 5, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke &#8211; Czujesz się gwiazdą? Nie, bo nie ma mnie na Pudelku. Pudelek mnie ignoruje. Pudelek mnie olewa (wybuch śmiechu). Zresztą dziwię się temu, bo moje życie jest bardzo kolorowe. A dlaczego na przykład nie zaprosił mnie jeszcze Szymon Majewski? Myślicie, że da się to załatwić? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Czesław-Mozil.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2299" title="Czesław-Mozil" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Czesław-Mozil.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 5, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Czujesz się gwiazdą?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, bo nie ma mnie na Pudelku. Pudelek mnie ignoruje. Pudelek mnie olewa (<em>wybuch śmiechu</em>). Zresztą dziwię się temu, bo moje życie jest bardzo kolorowe.  A dlaczego na przykład nie zaprosił mnie jeszcze Szymon Majewski? Myślicie, że da się to załatwić? (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Mówisz, masz. Ale z drugiej strony ty sam od gwiazdorstwa uciekasz. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo nie interesują mnie dziesiąte edycje telewizyjnych show. Chcę brać udział tylko w pierwszych. Moje ciotki cały czas pytają, kiedy będą mogły mnie zobaczyć w „Tańcu z gwiazdami”! A mnie nawet nie ma na Pudelku&#8230; Dobrze, że chociaż u was się pojawię! Wszyscy moi kumple są mega podjarani, że udzielam wam wywiadu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie dziwi nas to. Powiedz tylko, czy polski PLAYBOY był twoim pierwszym PLAYBOYEM?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak. Odkryłem go w kiblu u kolegów. Najpierw jednak poznawałem inne pisma takie jak „Cats” czy „Hustler”. Playboy to dobre artykuły, byłem na nie wtedy za młody. Na początku interesowały mnie laski. Zresztą zostało mi to do dzisiaj (<em>śmiech</em>). Ostatnio gadałem z kumplem, który chce zacząć kręcić filmy dla dorosłych. Jest sfrustrowany, tak jak ja, bo w 40-milionowej Polsce nie ma dobrego porno. A bez dobrego porno ciężko wytrzymać. Na Węgrzech, w Czechach i Słowacji jakoś sobie z tym radzą! Polacy są konserwatywni i widzą kobietę albo jako Matkę Teresę albo jako dziwkę. Nie ma środka, co jest dla mnie żenujące i obrzydliwe. W Polsce w ogóle wstydzimy się, że mamy ochotę na seks. Bo jeżeli mamy, to albo jesteśmy skurwysynami albo nie wierzymy w Boga. Co ma piernik do wiatraka?</p>
<p><strong>Chciałbyś zaangażować się w produkcję polskiej pornografii?</strong></p>
<p>Chciałbym pomóc kumplowi finansowo. Dobrze wiem, że gdy nie mam w pokoju internetu i nie mogę sobie wejść na redyoutube.com lub redtube.com, czuję się tragicznie. Uważam, że w Polsce na pornografii można zarobić grubą kasę. Przecież seks i jednoczesne mówienie po polsku byłoby zajebiście podniecające!</p>
<p><strong>A co lub kto podnieca cię ostatnio?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ksenia – mistrzyni squirtu (<em>śmiech</em>). Ostatnio w czasie podróży naszym Sharanem mamy fajną jazdę. Wyliczamy od „a” do „z” i od razu sprawdzamy to na ekranie. Zaczynamy od „anal”, potem „blowjob”…, „fisting” &#8211; aż do „z”.</p>
<p><strong>Jak wytrzymuje to twoja menedżerka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jest fajnie pokręcona i trzyma fazę (<em>śmiech</em>). Sama bierze w udział w tej zabawie.</p>
<p><strong>Kiedyś stwierdziłeś, że jesteś „słodkim chłopczykiem, co nigdy konia nie walił”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kantowałem (<em>śmiech</em>). Rozumiecie, musiałem zabłysnąć w telewizji. Stanowczo zaprzeczam, choć nie chodzę z flagą i nie krzyczę, że codziennie walę konia.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Kogo chciałbyś zobaczyć nago na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Brodkę, bo jest dziewczęca. Sonię Bohosiewicz, bo jest cudowna. Edytę Herbuś, bo jest fajna i piła ze mną wódkę. Ale oczywiście nie życzę im sesji z akordeonem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A czy twoja pierwsza nauczycielka-akordeonistka mogłaby by być naszą playmate?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jak by była młodsza, to na pewno. Gdy ją poznałem, miała około czterdziestki, ale i tak robiła świetne wrażenie. Ciekaw jestem, jak wygląda dzisiaj.</p>
<p><strong>Czy akordeonistki są seksowne?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dziś w Kopenhadze studiuje tylko jedna mega piękna akordeonistka. Pamiętajcie, że każdy akordeonista to „nerd” (<em>kujon,</em> <em>oferma</em> <em> – przyp. aut.</em>). Z sex appealem nie ma to wiele wspólnego.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ale sam mówiłeś, że od kiedy zacząłeś grać na akordeonie, wzrosło twoje powodzenie u kobiet.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo każdy chce się przespać z „nerdem”. Na zasadzie przygody ze świrem. Bo tylko oryginały mogą grać na tym instrumencie. Muszę przyznać, że podrywanie na akordeon całkiem nieźle mi wychodziło&#8230;<strong> </strong>Funkcjonuje taki kultowy żart środowiskowy: „Welcome to heaven. Here&#8217;s your harp. Welcome to hell. Here&#8217;s your accordion”. Gdy nie ma się dystansu do tego instrumentu, staje się on piekielnie kiczowaty.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jak w branży mówi się na akordeon?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Zmarszczka, wstyd&#8230;</p>
<p><strong>I świnia.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tego nie znałem! Pewnie dlatego, że trochę przypomina świński ryj.</p>
<p><strong>A co boli od akordeonu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To ciężki instrument. Siedzenie godzinami z czternastoma kilogramami na kolanach powoduje duże problemy z kręgosłupem. Sam wielokrotnie chodziłem do kręgarzy.</p>
<p><strong>Patrząc na twój specyficzny „schył” estradowy, w ogóle nas to nie dziwi.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przecież wiadomo, że robię to tylko dlatego, żeby nikt nie widział mojej podwójnej brody (<em>śmiech</em>). A wiecie jak na plaży poznać akordeonistę? Jak się dużo ćwiczy, następuje naturalna depilacja w dwóch miejscach: na środku klaty i na udach. Wygląda to idiotycznie. Dla mnie bardziej seksualnymi instrumentami są gitara i bębny.</p>
<p><strong>A wiolonczela?</strong></p>
<p>Miałem za dużo koleżanek-wiolonczelistek. Choć, gdy patrzę na Maję Kleszcz z Kapeli Ze Wsi Warszawa&#8230; Ona jest idealna na waszą rozkładówkę! Zresztą w ogóle, gdy widzi się dziewczyny z tego zespołu, ma się ochotę z nimi być. Strasznie kręcą  mnie ich głosy. Mam nadzieję, że się nie obrażą. Spróbujcie je rozebrać! (<em>śmiech</em>). Raczej się nie zgodzą, a szkoda. Gdyby Polska nie była taka katolicka, mielibyśmy całkowicie inną przestrzeń ciała. Wiecie, gdzie spotkało mnie największe zło?</p>
<p><strong>W Urzędzie Skarbowym?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Do tego jeszcze wrócimy (<em>śmiech</em>). Na Jasnej Górze w Częstochowie. Byłem tam z koleżanką. Chodziliśmy sobie spokojniutko, a każda osoba patrzyła na nas i prawie charczała. Chrrrrr, chrrrrr&#8230; Jak w filmie <em>Blade</em>. Jestem wierzący, ale religia jest tylko moją bajką.</p>
<p><strong>Twoja mama to katoliczka, a twój tata jest prawosławny.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dodatkowo wychowywałem się na podwórku z muzułmanami, Chińczykami i Japończykami. Dzięki temu jestem bardzo otwarty na inność i zamknięty na głupotę.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jakim cudem znalazłeś się w Danii?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ojciec, który jest Ukraińcem zawsze chciał mieszkać na Zachodzie. Najpierw poznał Polkę, w której się zakochał i dzięki której znalazł się w Polsce. Potem rodzice chcieli wyemigrować do Kanady, zatrzymując się u mojej babci w Danii. Mój dziadek &#8211; Czesław zginął w wypadku. Babcia poznała potem Polaka mieszkającego w Danii i wyszła za niego za mąż. Klasyka. Dlatego właśnie Dania była idealnym przystankiem dla rodziców. Najlepszy przyjaciel ojca mieszkał w Vancouver, stąd ten „kanadyjski pomysł”. Ponieważ mieliśmy wielkie problemy z wizą, zostaliśmy w Danii, z czego ogromnie się cieszę, bo Polska zawsze była blisko. Gdybym wylądował w Kanadzie, nad Wisłą bywałbym bardzo rzadko albo w ogóle. Poza tym po „South Parku” już inaczej patrzę na Kanadę (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jak wiodło się rodzicom na Zachodzie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mogli pracować w swoich zawodach. Sprzątali biura i pracowali fizycznie, żeby jakoś się utrzymać. Kupili domek, który trzeba było spłacać. Ponadto inwestowali we mnie. To był bardzo ciężki czas. Wcześniej w Polsce mama była nauczycielką w liceum, a tata był księgowym i miał sklep ze śrubkami (<em>śmiech</em>). Dzisiaj ten sklep jest duży i przynosi komuś dochody. Wtedy był mały i dochodów nie przynosił.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Lepiej mówisz po polsku, ukraińsku czy duńsku?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Po ukraińsku rozumiem, ale gadam słabo. Zdecydowanie najlepiej czuję się w duńskim, który w moim wykonaniu jest takim duńskim-arabskim, trochę z getta, w którym się wychowałem. Do niedawna myślałem, że po polsku, podobnie jak po duńsku, mówię znakomicie &#8211; bez akcentu. Jak usłyszałem się w jakimś wywiadzie, odpadłem. Nie da się mnie słuchać.</p>
<p><strong>Słuchanie ciebie to czysta przyjemność, aczkolwiek ciężko uwierzyć, że studiowałeś polonistykę w Kopenhadze.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przez rok. Więcej nie dałem rady, bo mój kolega-Duńczyk był lepszy z gramatyki. Było to na tyle uwłaczające, że się wycofałem. Tym bardziej, że idąc na te studia myślałem, że nie będę musiał tam niczego robić. Przeliczyłem się i do dzisiaj uważam, że polska gramatyka jest nie do skumania.</p>
<p><strong>A skumałeś już, czy Dunki są bardziej otwarte od Polek?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Myślałem tak przez dłuższy czas. Skarżyłem się nawet kolegom, bo nie potrafiłem podrywać Polek.</p>
<p><strong>Jak podrywa się Dunki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Podchodzisz i pytasz: „Pójdziesz ze mną do domu?”. To był mój klucz, ale w Polsce się nie sprawdził. Nacinałem się i musiałem wysłuchiwać, jaki jestem niedobry (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Zmieniłeś taktykę?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak, ale nadal nie potrafię dwie godziny słodzić i opowiadać, że „twoje oczy są złocieniem i przypominają mi dwie gwiazdy”, jeśli chodzi mi tylko o sex. Już nie jestem taki bezpośredni, przynajmniej staram się taki nie być.<strong> </strong>Dzięki temu najcudowniejszy seks życia przeżywałem z Polkami, a nie z Dunkami.</p>
<p><strong>Polskie groupies również różnią się od duńskich?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie lubię słowa groupies. To są po prostu bardzo miłe koleżanki. Ale ostatnie trzy noce spałem sam (<em>śmiech</em>). W Danii grałem w podziemnej kapeli, więc nie zdążyłem mieć tylu koleżanek. A w Polsce znam masę fajnych, młodych, kumatych fanek, robiących strony w stylu czeslawnameza.ubf.pl. Dziewczyny zadają tam pytania: „czy poczekałabyś na Czesia trzy miesiące, pół roku czy dwa lata?”. Albo: „czy poszłabyś po burgera dla Czesia o drugiej w nocy?” Wchodzą tam panny i dzieciate mężatki.</p>
<p><strong>Czyli masz powodzenie, Czesław.</strong></p>
<p>Czasami przychodzą chłopaki, dają mi kondoma i mówią, że proszą o autograf, bo ich dziewczyna jest moją wielką fanką (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jesteś kawalerem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak i mam z tym problem. To znaczy ogólnie jest super, ale odkąd jestem szerzej znany, nie miałem normalnego flirtu. Nie jestem już Mozilem, tylko Czesławem Śpiewającym. Bardzo mnie to irytuje, ale płakać wam tu nie będę. Sam tego chciałem.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A chciałbyś wystąpić w jakiejś reklamie?</strong></p>
<p>Oczywiście! Na przykład w reklamach baterii Duracell, prezerwatyw i gier komputerowych. Wszystkie te produkty kocham. Mógłbym też reklamować inne rzeczy, ale nie są legalne. W ogóle to chciałbym spotkać jakąś znaną aktorkę. Marzy mi się taka strasznie egocentryczna aktorka, taka nie do wytrzymania. Taka, z którą jak siedzisz na mieście, to się wstydzisz. Mogłoby być słodko. Tylko, że one zawsze wybierają jakichś palantów. Przeglądam te wszystkie Pudelki i widzę, że sami pajace się wokół nich kręcą. Powiedzcie aktorkom, że Czesław jest NAJLEPSZY. Między nami mówiąc, to chętnie zagrałbym jakiś epizod w serialu. Na przykład w „M jak miłość” kuzyna Muchy z Kanady &#8211; dziwnie gadającego, mającego śmieszny akcent, takiego fajnego, słodkiego chłopca (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Może po tym wywiadzie dostaniesz propozycję. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Moja nauczycielka z liceum załamała się, kiedy jej powiedziałem, że idę na studia muzyczne. Ona widziała mnie tylko w akademii teatralnej.</p>
<p><strong>Ty tymczasem trafiłeś do teatru dziecięcego.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jako muzyk i aktor. Razem z dwiema profesjonalnymi aktorkami wystawialiśmy różne przedstawienia. Byliśmy na przykład w Syrii, Libanie i Jordanii. W tym samym czasie, kiedy Amerykanie złapali Saddama Husajna! W Danii występy dla dzieci stoją na bardzo wysokim poziomie. W sztukach porusza się tematy rozwodów, wojny i śmierci. Nie wystawia się tam głupot A propos, widzieliście może film <em>Pornocchio</em>? Babki „jadą” na Pornocchio i krzyczą: „Kłam mi Pornocchio! Kłam mi!”. A on wrzeszczy: „Rozpętałem wojnę atomową!” W tym czasie rośnie mu ptaszek. Rewelacja. Polecam.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>To była twoja pierwsza praca?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Najpierw byłem „paper boyem” i rzucałem gazetami. Ojciec nawet skonstruował dla mnie specjalną przyczepkę do roweru. Taka praca hartuje, choć do dziś boję się psów nie na uwięzi (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>A McDonaldsa się nie boisz?</strong></p>
<p>Trochę się boję. Zapomniałem o tym! Rzeczywiście przez wakacje „robiłem” dla nich. Byłem wtedy już na studiach. Kupiłem używany akordeon za 20 tysięcy złotych i musiałem jakoś spłacić pożyczkę. Miałem bardzo luźny grafik. Przychodziłem, kiedy chciałem i na ile chciałem. Byłem naprawdę świetny (<em>w tym momencie Czesław wstaje i pokazuje, jak smażył, przekładał, nalewał i krzyczał. Całość przedstawienia okrasza dźwiękami skwierczenia oraz różnymi innym dźwiękami dobywającymi się z urządzeń mechanicznych. Żałujemy, że Czesław nie pracuje już w McDonaldsie – przyp. aut.). </em>Odsączałem frytki z oleju, wyrzucałem odpady i smażyłem kotlety. Szczególnie to ostatnie robiłem znakomicie. Zawsze przygotowywałem „zielone” burgery – więcej cebulki i warzyw. Takie „ekoburgery” (śmiech). Byłem „pracownikiem miesiąca”, szefostwo chciało nawet awansować mnie na „białą koszulkę”, ale Czesław się nie dał&#8230;<em> </em>Do dziś pamiętam, gdy podczas przerwy wcinałem na zapleczu jakieś McDonaldsowe gówno, jednocześnie oglądając Wimbledon, w którym Ivanisevic po pięciu setach wygrał z Rafterem. Rozbeczałem się ze wzruszenia. Ja robię przy burgerach, a on w tym samym czasie osiąga coś wielkiego! Nigdy tego nie zapomnę (<em>w trakcie opowieści Czesław udaje Ivanisevica, kładzie się na wyimaginowanej trawie, rozkłada ręce i modli się do Stwórcy. Goście lokalu są nieco zaniepokojeni.) </em></p>
<p><strong>Spłaciłeś przynajmniej pożyczkę na akordeon?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie do końca (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A wyszedł ci kiedyś jakiś interes?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jeden &#8211; „Czesław Śpiewa” (<em>śmiech</em>). W centrum Kopenhagi miałem bar z kolegą-budowlańcem. Chcieliśmy po prostu lać piwo i tańczyć z dziewczynkami, co zresztą się udawało. A potem dostawaliśmy listy i skargi od mieszkańców, bo zwykle bywało u nas za głośno. Czynsz był za duży, piwo za tanie, a my dodatkowo za dużo go chyba spożywaliśmy&#8230;</p>
<p><strong>Skąd mieliście pieniądze na ten bar?</strong></p>
<p>W jednym z duńskich banków pracował Polak, który po bratersku pozytywnie nas zaopiniował. Dopiero co spłaciłem ten kredyt (<em>śmiech</em>). Zgodnie z duńskim prawem przez pół roku nie mogliśmy podejmować kasy zarobionej przez bar, tak więc musiałem zarabiać gdzie indziej. Zatrudniłem się na „budowlance” w Danii. Byłem tam tłumaczem polskich robotników, zaopatrzeniowcem, właściwie robiłem wszystko, co mogłem. Kupowałem gips, silikon i krzyżyki do glazury, a w wolnych chwilach chłopaki uczyły mnie polskiego języka potocznego (<em>śmiech</em>). Przez rok mój dzień wyglądał tak: wstawałem o 8, szedłem do roboty na budowę, o 13 przyjeżdżałem do baru, myłem podłogę, otwierałem go o 14, czekałem na kumpla, potem znowu jechałem „na budowlankę” i wracałem za bar o 23. Kolega szedł do domu, a ja – często pijany nie wiem jak zastąpić – zamykałem bar o 2, 3 w nocy. W weekendy był luz, bo pracowaliśmy tylko w barze (<em>śmiech</em>). W sumie wychodziło po 60 godzin pracy w tygodniu.</p>
<p><strong>I jakby tego było mało, otworzyłeś jeszcze własną firmę.</strong></p>
<p>Zostałem szefem maluteńkiej „budowlanki”. W trakcie jej działalności zrobiliśmy aż jedno mieszkanie. Mojemu koledze (<em>śmiech</em>). Wszystkie te przeżycia nauczyły mnie jednego: nie można żonglować zbyt wieloma piłkami. Wcześniej byłem pewien, że można.</p>
<p><strong>Co teraz dzieje się z twoim barem?</strong></p>
<p>Przez półtora roku próbowaliśmy go sprzedać. Przesunąłem przez to promocję koncertową  „Debiutu” o pół roku, bo przecież nie mogłem zostawić przyjaciela na lodzie. W końcu się udało.   Chwała Bogu, że przed kryzysem. Dzisiaj na pewno byśmy go nie sprzedali, a wisiał nad nami dług wobec banku &#8211; 600 tysięcy złotych! Nie byłoby wtedy Czesława (<em>śmiech</em>). Oczywiście niczego na barze nie zarobiliśmy. Dzisiaj jest tam bardzo droga francuska restauracja, ale wątpię, żeby „to szło”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Zastanawialiśmy się, czy gdy byłeś jeszcze liderem Tesco Value, dzwonili do ciebie włodarze z Tesco?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dzwonili! Ludzie z Anglii zgłosili się, żeby napisać o nas artykuł w wewnętrznej gazetce Tesco. Nie wiem, jak do nas dotarli, bo byliśmy w totalnym undergroundzie, ale artykuł powstał. Byliśmy tak blisko sławy&#8230; (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Skąd wziął się pomysł na tę nazwę?</strong></p>
<p>Wtedy większość europejskiej Polonii miała jazdę na ZHP. Ja też. Harcerstwo mnie mega jarało, bo dzięki niemu spotykałem na różnych zagranicznych obozach Polaków z całego świata. Poznałem dziewczyny z Detroit, chłopaków z Londynu i laski z Ukrainy.<strong> </strong>Ale nazwę zawdzięczaliśmy<strong> </strong>Amerykankom, które na obozie harcerskim w Anglii zauważyły, że wszystko co jadłem, było kupione w Tesco. One jadły znacznie lepiej i w żartach zaczęły nazywać mnie „Tesco Value”. Tak to się zaczęło.</p>
<p><strong>Słuchałeś wtedy Kinga Diamonda?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nigdy, ale moja siostra, która jest pielęgniarką, pracowała kiedyś w domu starców, w którym mieszkała jego matka. Co za odjazd! King był tam częstym gościem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Powiedz nam, kto jest weselszy: Polacy czy Duńczycy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Duńczycy są zdecydowanie bardziej depresyjni od Polaków. Żrą tylko „happy pills” i udają szczęśliwych. Tam cały czas wieje wiatr i szybko robi się ciemno. Poza tym wszystko jest za zajebiste i za płaskie. Duńczykom jest za dobrze. A gdy jest dobrze, ma się wiele możliwości znalezienia problemu tam, gdzie go nie ma. W tym kraju jest tak fajnie, że nie ma o czym marzyć. Można tylko słodko pierdzieć. Ale to nie znaczy, że nie kocham Danii. Ubóstwiam ją!</p>
<p><strong>I jednocześnie twierdzisz, że Polska dla ciebie i dla Duńczyków jest egzotyczna. Dlaczego?</strong></p>
<p>Bo jest jednocześnie krajem?&#8230; ??? w którym rządzą stare układy i krajem wielkich możliwości. Tyle, że te możliwości mają najmłodsze pokolenia. Poza tym w Polsce występuje wiele absurdów.</p>
<p><strong>I w ten sposób wróciliśmy do Urzędu Skarbowego.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>No tak. Miałem problem z literówką w imieniu ojca. Zamiast „Rościsław”, napisałem „Rościslaw”. Występowałem wtedy o przyznanie NIP-u. Groziła mi kara 2500 złotych. Gdyby kumpel nie wytłumaczył mi, o co chodzi, byłbym w plecy. Kompletnie tego nie zrozumiałem, a pani w urzędzie była bardzo poważna. Dzięki temu Polska nie mogła dostać moich podatków. Ale to nic. Jak chciałem się zameldować w Krakowie, poprosili mnie o karteczkę z polskiego wojska. Ciężko było im wytłumaczyć, że mieszkałem w Danii. Gdy już to pojęli, okazało się, że dopiero w tym momencie zaczęły się schody. „Takiej sprawy jeszcze nigdy nie mieliśmy, musimy pana sprawdzić w Zabrzu”. Ja na to, że w Zabrzu nie byłem prawie 30 lat. Nie uwierzyli. Odlot!</p>
<p><strong>Powiedziałeś kiedyś, że w telewizji widzisz coraz więcej polityków, którym mógłbyś zaufać i pójść z nimi na piwo. </strong></p>
<p>Ale dotyczyło to tylko polityków z Danii. Oni wyglądają jak normalni, fajni, uśmiechnięci ludzie. A w Polsce? Sorry. Niektórzy z nich wyglądają tak, że można się przestraszyć &#8211; gęby jak u gangsterów! Jak bym ich spotkał w nocy na ulicy, od razu bym uciekał. A oglądaliście kiedyś jakieś wywiady z polskimi politykami? To tak, jakby oglądać „Rodzinę Soprano”.  Duzi, grubi, bez gustu. Brakuje im, kurde&#8230; ludzkości. Serio! Akurat Tusk to ma. Ma luz i taki zwykły wymiar. Z nim chętnie bym się napił. Nawet mógłbym zapalić trawkę.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy dzisiaj nadal fałszowałbyś w chórze?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na pewno, ale dzisiaj jestem już mądrzejszy i w chórze bym po prostu nie śpiewał. Kiedyś moje śpiewanie było oparte na chłopaku, który robił to lepiej ode mnie. Stawałem obok niego i otwierałem tylko usta (<em>śmiech</em>). Spotykaliśmy się co tydzień w niedzielę, w kościele pod Kopenhagą. Mieliśmy swojego organistę-geja, a każdy z nas był albo pijany albo na kacu. W końcu mnie stamtąd wywalili. Zrobili bardzo sprawiedliwie.</p>
<p><strong>Wcześniej brałeś sprawy w swoje ręce. Śpiewałeś i grałeś ludziom przez telefon.</strong></p>
<p>Wymyślałem melodię, brałem pianinko, wybierałem przypadkowy numer, dzwoniłem i śpiewałem! Miałem nadzieję, że ktoś, kto odbierze, od razu usłyszy mój wielki talent. Często jednak zanim zdążyłem się rozgrzać, z drugiej strony już ktoś odkładał słuchawkę. Najdłużej słuchały mnie starsze babcie. W końcu moi starzy dostali list ze szkoły, żebym się opanował i przestał. Okazało się, że dzwoniłem również do rodziców dzieci z mojej szkoły. Swoją drogą, gdyby ktoś tak do mnie dzwonił, to nieźle bym się wkurwiał.</p>
<p><strong>No właśnie, jak myślisz, czy ty wkurzasz ludzi?</strong></p>
<p>Wiem, że wkurzam. Zwykle nikt mnie nie atakuje, ale ostatnio w Krakowie nie miałem już takiego farta&#8230; Wieczorem idę Plantami po piwko. Nagle przez ulicę biegnie w moim kierunku jakiś pijany chłopak-hiphopowiec. Za nim idzie dziewczyna. Facet staje przede mną i mówi: „Powiedz, dlaczego ona mnie zdradza?”. W tym samym momencie sprzedaje mi bombę. Byłem w takim szoku, że nie zareagowałem. Jego laska krzyczy, mi włączył się „gwiazdor” i zacząłem wrzeszczeć, że jestem Czesiem, on ucieka do samochodu. Dzwonię na policję, faceci przyjeżdżają po paru minutach. Hiphopowiec w tym czasie do mnie wraca i trafia na policjantów! W jednej chwili stałem się macho, zmieszałem go z błotem, obiecałem, że mu wszystko połamię i takie tam. Wiecie, co w tym jest najgorsze? Że dostałem od Polaka mieszkającego w Niemczech. Od emigranta (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Przecież ty znasz wszystkie emigracyjne gierki. Nie powinieneś dać się zaskoczyć!</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Sam się zdziwiłem (<em>śmiech</em>). Na podwórku nauczyłem się, że jak ktoś mnie popchnie, to ja muszę go popchnąć dwa razy mocniej. Takie emigranckie gangsta klimaty (<em>w tym momencie Czesław wstaje od stolika i prezentuje walkę z powietrzem. Popycha dwa racy mocniej przestrzeń przed sobą. Klienci w restauracji są nieco zdziwieni. Jak by tego było mało Czesław do swoich ruchów dokłada przekonywający głos wkurzonego, zaczepionego znienacka, emigranta</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jak zapamiętałeś kontakty z polskimi emigrantami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przede wszystkim<strong> </strong>zapamiętałem, że<strong> </strong>każdy Polak – emigrant, któremu się nie udało, otwiera za granicą „ognisko polskie”. W ten sposób po raz pierwszy i ostatni w życiu zostaje prezesem (<em>wybuch śmiechu</em>). Ale tak na serio, to smutne jest, że często jedynym kontaktem z Polską za granicą są półgodzinne wiadomości w TVN lub na TV Polonia oraz „Taniec z gwiazdami”. To za mało, żeby tu wrócić. Dlatego cieszę się, że od pewnego czasu moi rodzice mogą oglądać więcej kanałów i poznawać więcej prawdziwej Polski – nie tylko tej z newsów. Chciałbym, żeby wrócili tu na stałe – na starsze lata.</p>
<p><strong>Oj, wtedy chyba będziesz musiał omijać szerokim łukiem zakłady bukmacherskie.</strong></p>
<p>To dla mnie trudny temat.</p>
<p><strong>A wychodzisz przynajmniej na swoje?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Niestety nie, bo jestem za chytry. Dziś w ciągu pięciu sekund przez internet można się pozbyć sporej kwoty. To bardzo niebezpieczne. W ogóle nie powinienem obstawiać, ale cały czas mi się to zdarza. Na przykład pięć minut przed spotkaniem z wami obstawiłem piłkarską ligę japońską. Jestem naprawdę głupim ciulem&#8230;</p>
<p><strong>A ile włożyłeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie powiem. Lepiej zmieńmy temat. Rodzice będą to czytać (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>To dlatego przełożyłeś wywiad o pół godziny? Bo musiałeś obstawić?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Powód był inny: byłem po prostu martwy (<em>śmiech)</em>. Bawiłem się wczoraj chyba zbyt dobrze. Piłem tequilę, wciągałem sól przez nos i zakraplałem sok z cytryny do oka.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy legendy o twoich możliwościach.</strong></p>
<p>Nie narzekam. Niedawno graliśmy koncerty przy granicy polsko-rosyjskiej, w Bartoszycach. Zostaliśmy tam podjęci przez księdza doskonałą wódką „Miedowuchą”, która miała w sobie coś takiego, że zachowywałem się po niej jak dzidziuś. Przytulałem się do samochodów, potem po nich skakałem, aż w końcu znalazłem się na dachu. Było wysoko, ale i tak skoczyłem. Dziś mam zwichniętą nogę.</p>
<p><strong>Jak widzisz swoją przyszłość?</strong></p>
<p>Czasami miewam takie sny: zbocze góry, łąka, kwiaty, przede mną moje dziecko bawi się z dzieckiem kumpla, z którym piję sobie piwo&#8230; Nie widać jednak matek. Nie wiem dlaczego (<em>śmiech</em>). Przed premierą nowej płyty chcę przede wszystkim zrobić się ładniejszy, bo ostatnio jakoś zbrzydłem. A ja jestem taki Bruce Willis albo Edward Norton. Nie taki top top piękny, ale jednak przystojniak. Muszę schudnąć. Kupiłem sobie nawet cross-trainer. Postawiłem go przed malutkim telewizorem i teraz oglądam sobie rosyjskie seriale i ćwiczę. Ale ciężko jest, bo jak tu zdrowo żyć, kiedy po koncercie cudowny ksiądz leje ci wódkę i każe zagryzać słoniną. No, grzech się nie upić przecież.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Słownik polsko-polski według Czesława:</strong></p>
<p>Tolerancja – toleralność</p>
<p>Amerykanie – Amerykańczycy</p>
<p>Ojczym &#8211; pół ojciec</p>
<p>Cerkiew &#8211; cerkwa</p>
<p>Muniek Staszczyk &#8211; Muniek Staszek</p>
<p>Oscypki &#8211; owcyki</p>
<p>Kompozytor &#8211; komponista</p>
<p>Kumple przyszedli</p>
<p>To są moje wymiary (o namiarach)</p>
<p>Skoczyłem z krawężnika (ze skraju dachu)</p>
<p>Z różnych krai</p>
<p>Nina Tarantiew</p>
<p>Rosjanów</p>
<p>Poszedłabyś</p>
<p>Kolegowi</p>
<p>Na Route 66 w Stanach przeżyłem straszny wypadek. Jechaliśmy we trzech. Wszyscy, łącznie z kierowcą, zasnęli. Przynajmniej tak mi się wydaje. Wjechaliśmy na pustynię, potem odbiliśmy na asfalt, ale auto – całe w piachu &#8211; nie trzymało się już drogi. Gdyby kierowca zahamował na piasku, byłoby OK, ale w odruchu wrócił na drogę. Zrobiliśmy 7 dachowań. Jeden z nas nie przeżył, drugi stracił oko i miał zmiażdżoną rękę, mi nie było nic. To był pierwszy dzień, w którym jechałem z przodu, a na dodatek w pasach. Wcześniej przez parę dni podróżowałem bez pasów, z tyłu. Jak wylazłem z samochodu, egoistycznie i logicznie pomyślałem: „Dobrze, że nie ja”. Miałem wtedy 21 lat. Całe to zdarzenie zmieniło moje życie i mocno mnie ustawiło. Nawet gra na akordeonie wydała mi się po tym nieważna i prostacka.</p>
<p>Roskilde edukuje nawet największych buraków. Do dziś pamiętam wciąganie gazu z zapalniczki (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Czytam bardzo mało, nie jestem „dzieckiem książek”. Moja mama-polonistka jest zdruzgotana.</p>
<p>Nie muszę szukać sobie przyjaciół, bo mam ich od dawna. Mogę do nich przyjechać, pierdnąć i wszystkim jest dobrze.</p>
<p>Daleki jestem od poglądu, żeby pierdolić Fryderyki.</p>
<p>Po <em>Akademii Pana Kleksa</em> przez trzy noce miałem koszmary i nie mogłem spać.</p>
<p>Muniek w ciemnych okularach wygląda świetnie. Ja &#8211; fatalnie. Może mam z twarzą coś nie tak.</p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>20</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kazimierz Kutz</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/kazimierz-kutz/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/kazimierz-kutz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 19 Apr 2010 10:28:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[FILMOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[POLITYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Kutz Kazimierz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=816</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2007 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Georgiew &#8211; Gdy zadzwoniliśmy do pana, żeby umówić się na rozmowę, zdziwił się pan: „O Boże, ale co ja mam wspólnego z pierdoleniem?”. Dlaczego? Bo ja jestem już kategorią minioną. Jak długo można się męczyć? Nie ma mnie już na korcie centralnym. Jest [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Kazimierz-Kutz.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-823" title="Kazimierz-Kutz" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Kazimierz-Kutz.jpg" alt="" width="350" height="226" /></a>PLAYBOY nr 12, 2007 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke<br />
</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew<a href="http://www.szymonbrodziak.com/"><br />
</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Gdy zadzwoniliśmy do pana, żeby umówić się na rozmowę, zdziwił się pan: „O Boże, ale co ja mam wspólnego z pierdoleniem?”. Dlaczego?</strong></p>
<p>Bo ja jestem już kategorią minioną. Jak długo można się męczyć? Nie ma mnie już na korcie centralnym.</p>
<p><strong>Jest pan posłem. Ma pan niesamowitą energię. Kobiety się panu nie znudziły.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale o czym ja wam będę opowiadał, jak jeszcze nawet nie widziałem nowych posłanek? Piękne kobiety to rzadkość w polityce. Zwykle są to już w pełni ukształtowane panie w pewnym wieku lub po prostu stare działaczki. Zdarzają się też ciotki rewolucji, ale one z seksem się nie kojarzą. Choć i w parlamencie zdarzają się wyjątki.</p>
<p><strong>Zamieniamy się w słuch.</strong></p>
<p>Dwie kadencje temu zasiadała w Senacie pani Krystyna Doktorowicz z Katowic. Teraz kandydowała z LiD-u i niestety się nie dostała. Pamiętam, że załatwiłem jej kampanię wanną (<em>śmiech</em>). Ona jest taka kudłata, cielista, przystojna blondyna. Pełna seksu. Kiedyś na jakiejś konferencji przed wyborami zapytano mnie, jak będę walczył z konkurencją polityczną. A ja odpowiedziałem, że nie mam zamiaru walczyć z panią Doktorowicz, bo wolałbym się z nią wykąpać w wannie. I media to podchwyciły. Potem w Senacie co i rusz nagabywała mnie, co z tą kąpielą (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Widać nadzwyczaj lubi pan wodę, bo kiedyś oznajmił pan: „W takim brodziku, to ja bym z chęcią się wykąpał, pani Joasiu”. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Robiłem wtedy próbne zdjęcia do <em>Sławy i chwały</em>. Przez moje ręce przewinęła się masa młodziutkich aktorek tuż po szkole, w tym Joanna Brodzik. Trzeba powiedzieć, że z tego miotu wylansowałem parę dobrych nazwisk. Między innymi Małgorzatę Foremniak i Kasię Bujakiewicz, której nikt wtedy nie znał. Była potwornie stremowana, a ja stary wyga, żeby trochę rozładować napięcie mówię: „Pani ma małe trójeczki…”. Zarumieniła się i przyznała mi rację. Więc drążę dalej: „W tym filmie jest scena, w której pani postać się rozbiera”. Spuściła oczy i mówi: „Na planie jeszcze tego nie robiłam, ale dla pana zrobię”. Czy może być coś piękniejszego niż takie wyznanie? Słuchajcie, ona przed tą rozmową była pewna, że zaproponuję jej łóżko. Takie są podobno teraz standardy. Reżyserzy seks traktują jak myto.</p>
<p><strong>Kiedyś tak nie było?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie w takim stopniu. Ja w każdym razie nigdy nie konsumowałem napięcia erotycznego między aktorką i reżyserem przed skończeniem pracy. A to, że jestem bezpośredni w kontaktach, to inna sprawa. Kobiety to lubią, bo cenią szczerość. I odwdzięczają mi się za nią. Jakich rzeczy ja się dowiaduję o obyczajach, ho, ho… Uszy więdną.</p>
<p><strong>A jak to bywa w filmowych relacjach homoseksualnych?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To się wszystko z góry wie. Ja żyję z talentów i wiedzy o ludziach. Muszę być wścibski, żeby wiedzieć jak wykorzystywać emocje. Miałem kiedyś ciekawy przypadek. Przyszedł do mnie młody, bardzo utalentowany aktor i poprosił o rozmowę. Skarżył się, że od jakiegoś czasu żyje w piekle, bo odkrył, że jest homo. Spytał mnie, co robić. Powiedziałem, że jeśli chce być dobrym aktorem, to musi być sobą. Bo jak w głowie będzie miał bałagan, to niczego na scenie nie osiągnie, a do tego będzie miał fatalne życie. Dziś odnosi wielkie sukcesy. Zresztą dzisiaj jest łatwiej.</p>
<p><strong>A dawniej?</strong></p>
<p>Działy się rzeczy wstrząsające. Kiedyś opowiedział mi swoją historię pewien świetny, nieżyjący już, aktor. Będąc bardzo młodym człowiekiem, za okupacji, zakochał się w oficerze Wehrmachtu. Po wojnie zawisło na nim piętno kolaboranta. Przy SPATiFie była komisja, która wyznaczała kary. Często polegały one na banicji, na zesłaniu. Po prostu dostawało się zakaz grania w Warszawie i Krakowie. Na nim zapadł taki właśnie wyrok. To naprawdę jest materiał na świetny film. On wtedy, czując się skrzywdzony, złożył sobie przysięgę, że będzie tak długo żył, dopóki ostatni z tego pseudo-sądu nie umrze. Dlaczego? Bo po śmierci każdego członka owej komisji jeździł na jego grób i… srał. Wymierzał sprawiedliwość.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Porażająca historia. Nie żałuje pan, że zamiast kręcić kolejne filmy, zajął się pan polityką?</strong></p>
<p>Zawsze byłem człowiekiem czynnym obywatelsko. Poza tym miałem i mam imperatyw mówienia o Śląsku. I to nie ku swojej chwale, ale z bardzo poważnych powodów. Żeby tym moim Ślązakom, którzy mają kompleks niewolników – bo zawsze byli na samym dole i nauczono ich, że muszą się cieszyć, kiedy mają pracę – pokazać,  że mogą sami sobą rządzić. No więc, ten historyczny kompleks, który otwarcie nazywam „dupowatością”, chcę jak najbardziej niwelować.</p>
<p><strong>Posłowi będzie łatwiej niż senatorowi.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mówiono, że PO łata dziury. Jedną z łat miał być Kutz. Pomyślałem, że to prawda. Że na tym biednym Śląsku nie było kogo wystawić. Że ta moja ziemia jest wciąż jak zaorana. Że nie wydała swoich naturalnych przywódców. To kraj, który od Fryderyka Wielkiego aż po dziś dzień traktowany jest jak kolonia. To miejsce, z którego się bierze, i któremu się nie za bardzo daje. Platforma mnie długo namawiała, a ja nie chciałem się zgodzić, bo nie miałem sił na prowadzenie kampanii wyborczej. Po drugie, uważam, że dziejowym przeznaczeniem tej ekipy jest wpuszczenie do polityki młodej generacji. Więc gdzie mi staremu?</p>
<p><strong>Jak pana przekonali?</strong></p>
<p>To były ostatnie chwile. Oni liczyli na Buzka, który byłby dobry, bo jest Ślązakiem i ma cechy, które Ślązacy bardzo lubią. Przede wszystkim jest przyzwoity. Buzek się jednak nie zgodził. Wtedy zostałem jedynym, który się do tego nadaje. Zostały dwa dni do zamknięcia list, a ja się wciąż wahałem. Uległem dopiero Balcerowiczowi, który zadzwonił do mnie z Ameryki. A ja do niego mam wielki szacunek. Tuskowi postawiłem jednak warunki dotyczące dwóch spraw – mojej starości i promowania autonomii Śląska. Tusk przystał na jedno i drugie. Obiecał, że nie będzie mnie zanadto eksploatować.</p>
<p><strong>Skoro nie chce się pan eksploatować, to jak widzi pan swoją pracę w Sejmie?</strong></p>
<p>Moja praca polega już tylko na tym, aby Ślązaków dźwigać. W tej chwili są zaledwie jedną trzecią mieszkańców Śląska. Reszta to przybysze. Ale ci przybysze zawsze lokowali się na lepszych posadach. Proszę popatrzeć, mimo, że mówię o Ślązakach tak straszne rzeczy i nie owijam w bawełnę, chcą na mnie głosować. Przecież nie powinienem być dla nich żadnym wzorcem. Jestem niewierzący, chodzę na manifestacje z pedałami, mam trzecią żonę, nie mam ślubu katolickiego… Jestem zaprzeczeniem tradycyjnego Ślązaka. Ale ja coś zrobiłem. I oni widzą, że robię to autentycznie. Do tego wiedzą, że umiem korzystać z wolności, czyli z tego, za czym oni skrycie tęsknią. Jestem ich delegatem, bo są mądrzy. Bo nie patrzą na człowieka powierzchownie. Księża, którzy prowadzili podwójne życie, mogli zawsze liczyć na wyrozumiałość Ślązaków. Bo patrzyło się nie na to, co ksiądz robi prywatnie, tylko czy jest dobrym księdzem. Każdy ma swoje słabości. I ze mną jest trochę podobnie. Najważniejsze, że nie jestem złym człowiekiem. Na Śląsku liczy się prawdomówność i szczerość.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy te cechy pomagały panu w pracy zawodowej?</strong></p>
<p>Na pewno. Nie byłem z inteligencji. Z robotniczej rodziny poszedłem do szkoły filmowej i wybrałem dla siebie zawód idealny, nie wiedząc jeszcze, co się we mnie kisi. W tym paskudnym PRL-u dostałem możliwość robienia wszystkiego, na co mnie stać. Towarzyszyła temu wielka radość życia, a co za tym idzie &#8211; pewien sposób bycia. Zawsze mówiłem, że robienie filmu to zbiorowe święto, taka ruchoma orgia, która wszystkich wciąga. Jeśli reżyser jest zdolny, to z tej energii powstają rzeczy niepowtarzalne. Jak mówił Gałczyński: „Są ogórki, które śpiewają”. I wtedy właśnie ogórek śpiewa. Ale eksploatacja organizmu w tym zawodzie jest tak ciężka, że w pewnym momencie należy dać sobie spokój. Bo inaczej można zwyczajnie wykitować.</p>
<p><strong>W polityce jest lżej?</strong></p>
<p>Jest inaczej. Poza tym żyjemy w bardzo ciekawym momencie historycznym. Ta dzisiejsza wielka fala emigracyjna to finał rewolucji solidarnościowej. Bariery zostały złamane. Młodzi chcą się zmierzyć ze światem. Moja córka z mężem też wyjechała na rok do Irlandii. Młodzi nie chcą żyć w zatrutym nienawiścią skansenie. Gwarantuję panom, że gdybyśmy byli państwem izolowanym, ten bunt zakończyłby się na ulicy. 21 października 2007 roku jest kolejną historyczną datą w historii Polski. To było jak wycięcie raka. Natychmiastowa ulga. Proszę spojrzeć: afera Rywina zadała śmiertelny cios lewicy pookrągłostołowej. Otworzyło się pole dla radykalnej prawicy, dla Kaczyńskich. A oni po dwóch latach się skompromitowali. Dlatego, że fałszowali historię i przyzwalali na cynizm polityczny w postaci dopuszczenia do władzy Leppera i Giertycha. Od początku byłem przekonany, że to jest początek końca władzy Kaczyńskich. Wykształciuchy i młoda generacja rozszyfrowała ich krętactwa. 21 października spłonął na stosie wielki lider – Aleksander Kwaśniewski. Ale spłonęli także: Jarosław Kaczyński, jego „państwo historyczne” i ojciec Rydzyk.</p>
<p><strong>A ten, który pozostał na stolcu?</strong></p>
<p>Lech jest bez wątpienia ofiarą silniejszego brata. Teraz czeka ich ciężki czas. Po raz pierwszy zostali poważnie rozdzieleni. Lech ma urząd, musi go sprawować i nie może już grać tylko pod dyktando brata, który jest w opozycji do rządu. A Jarosław za wszystkie nieszczęścia będzie wciąż obwiniał innych. Proszę popatrzeć, po wyborach okazuje się nagle, że PiS przegrała przez jakąś telewizyjną reklamę, przez rysunkowe ludziki mówiące: „Idź na wybory. Zmień kraj”. A najśmieszniejsze w tym okazuje się to, że autor tego spotu to syn Przybory &#8211; Kot. Jest w tym piękna prawidłowość. Oto dobre geny wykształciuchów w stosownej chwili dają o sobie znać i „zmieniają kraj”. Szalenie mi się to podoba &#8211; zemsta wykształciuchów.</p>
<p><strong>Może były nam potrzebne te dwa lata szoku? </strong></p>
<p>Jak najbardziej! To była dziejowa konieczność. To był awers do Okrągłego Stołu. Kaczyńscy odegrali tę rolę genialnie – w swoim samoubóstwieniu i cudownym samobójstwie. Poza ich świadomością dział się niesamowicie ważny dla nas wszystkich proces historyczny. Chwała Bogu, że ta wielka smuta trwała tylko dwa lata.</p>
<p><strong>W tym obozie znalazł się ktoś panu wyjątkowo bliski – Zbigniew Religa. Jak pan to przyjmował? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wciąż bardzo go szanuję. Z Piesiewiczem byli dla mnie najbliższymi przyjaciółmi w Senacie. Kiedy Religa postanowił kandydować na prezydenta, to zwrócił się do mnie z pytaniem, co o tym myślę. Odradziłem mu. Pamiętam, że powiedziałem okrutny żart: „Jeśli chce pan zostać prezydentem, to chyba zależy panu na wystawnym pogrzebie państwowym”. Przez głowę mu nie przeszło, żeby się na mnie obrazić. Wyczuł w moich słowach troskę. Pamiętam też, jak kiedyś byliśmy z profesorem Religą na jakimś spotkaniu towarzyskim w Zabrzu. Siedzieliśmy obok siebie, lekko podpici. W pewnym momencie Religa się nachyla i pyta: „Panie Kazimierzu, ile miał pan kobiet w życiu?”. Do dziś mnie to śmieszy. Zrozumiałem, że on poświęcił temu za mało czasu. A przecież miał urodę, pozycję, wszystko. Był za bardzo zapracowany. I po latach pojawił się lekki żal. Nigdy nie zadałby mi tak pięknego pytania, gdybyśmy nie byli naprawdę blisko.</p>
<p><strong>A propos bliskości. Jak blisko bywał pan ze swoimi aktorkami? Krążą na ten temat legendy. I czy w takim razie zatrudnił pan kiedyś aktorkę, która się panu w ogóle nie podobała?</strong></p>
<p>Nie. Zawsze musi to być osoba, która ma w sobie coś. Nie musi być piękna. Musi mieć osobowość. Osobowość zresztą często ujawnia się dopiero na skutek jakichś okoliczności. Ostatnio czytałem bardzo ciekawy wywiad z Marianem Opanią. On, jako młody chłopaczek, grał u mnie razem z Olbrychskim w <em>Skoku</em>. Po tylu latach Marian powiedział, że wszystkiego nauczył się na planie tego właśnie filmu. Skonfrontowałem go wtedy z Danielem, który był gwiazdą. Żeby tę konkurencję wytrzymać, Opania musiał zyskać osobowość. Odnaleźć swoją siłę. I udało mu się znakomicie. Aktorów trzeba umieć otworzyć. Ja mam ten dar.</p>
<p><strong>Na przykład otworzył pan Annę Dymną, mówiąc do niej: „Ty masz dupę, ty masz cyce”.</strong></p>
<p>Tak. I była mi wdzięczna. Ania wie, że zawsze może liczyć u mnie na bezinteresowną życzliwość. A wtedy była nieszczęśliwa, w depresji. W jednej chwili, po ciąży, straciła wspaniałe warunki. Przecież to była dziewczyna zjawiskowa. Oczu nie można było od niej oderwać. Moje słowa pomogły jej znaleźć się w nowej sytuacji. Powiedziałem coś, co naprawdę było jej potrzebne.</p>
<p><strong>W <em>Opowieściach Hollywoodu</em> Anna Dymna grała żonę Janusza Gajosa. Zatrudnienie warszawskiego aktora w Teatrze Starym w Krakowie było wtedy ryzykownym przedsięwzięciem…</strong></p>
<p>Świadomie doprowadziłem do konfrontacji. Wiadomo, że rywalizacja między tymi miastami zawsze istniała. Kiedy Krakusy zobaczyli, jak Janusz fenomenalnie gra, to tak się potwornie przerazili i tak zmobilizowali, że zaczął się fantastyczny mecz. Ja, kurwa, tylko zręcznie nimi manipulowałem. To była erupcja talentu Gajosa.</p>
<p><strong>Czy wszystkie imiona z piosenki Jeremiego Przybory &#8211; <em>Kaziu, zakochaj się</em> są wymyślone?</strong></p>
<p>Raczej podmienione. Stałem się przyczyną tego utworu. Przybora był ogromnym wielbicielem kobiet. Wasowski też lubił kobiety, ale bardziej delikatnie, w ukryciu. Za bardzo kochał swoją żonę&#8230; Do filmu <em>Upał </em>zatrudniłem tabun sanitariuszek – studentek i dziewczyn z STS-u. Postanowiłem zrobić Starszym Panom niespodziankę. Któregoś dnia ogłosiłem, że wydaję bankiet kubański. Z pomarańczami, rumem i kubańskimi likierami – bo akurat to rzucili do sklepów. Powiedziałem dziewczętom, że mają się wykąpać, wymyć i przyjść bez biustonoszy. Żeby Starszym Panom było miło. A poza tym, żeby wkurwić kolegów-reżyserów, którzy mieszkali w tym samym hotelu. Było bardzo wesoło. Co i rusz któraś dziewczyna padała na wielkim małżeńskim łożu. Po pewnym czasie łóżko było ich. Starsi Panowie dyskretnie się wycofali i zostawili mnie biednego w tym łożu. Następnego dnia schodzę na śniadanie, spotykam ich przy stole, a Jeremi mi mówi: „Dzięki tobie wpadł nam do głowy pomysł na piosenkę”. Jerzy wyjął paczkę Grunwaldów, na której miał już zapisane nutki. Zaczęli śpiewać. A potem, żeby żart się sprawdził do końca, zaprosili do prawykonania tej piosenki Zosię Kucównę, która zresztą okazała się moją bliską krewną&#8230; Parę lat temu w „Gazecie Wyborczej” ukazał się wywiad ze mną. O kobietach. Pamiętam, że wtedy na tę okoliczność była zrobiona sesja. Ze mną i nagą modelką. Ale to wkurwiło moich kolegów! Mówili: „Ciągle te dupy fotografują się z tym starcem pierdolonym!”. A Jeremi przeczytał tę rozmowę i postanowił napisać wiersz <em>Boskie ciało</em> – ostatni w swoim życiu (<em>patrz ramka</em>).</p>
<p><strong>Kiedy u kobiet głupota jest wielką zaletą?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przeważnie zawsze, bo jest autentyczna, taka babska. A gdy jej towarzyszy wdzięk – jest zabawna. Jest to rodzaj zwodniczej bezbronności. Uroczy osłabiony instynkt samozachowawczy. Uwodzenie kobiety obdarzonej tego rodzaju głupotą jest bardzo rajcujące, bo zwykle jest ona niekonwencjonalna, nie kombinuje i można ją nakręcać. I nie chodzi o to, że ten typ kobiet jest łatwiejszy, tylko przyjemność jest czystsza.</p>
<p><strong>Intelekt przeszkadza?</strong></p>
<p>Oczywiście, że nie. Jest najbardziej podniecającą cechą kobiecą. Wtedy jednak przygody damsko-męskie wchodzą na inny poziom. A chodzi o to, żebyśmy dostawali to, czego oczekujemy. Kontakt z kobietą bardzo inteligentną jest ciężką pracą. Czasami się odechciewa w połowie drogi, bo górka jest zbyt stroma, a potem &#8211; być może &#8211; doznania nie satysfakcjonujące. Pamiętajcie panowie, że to nie problem, że z pięknymi, głupimi kobietami nie ma o czym porozmawiać. Najważniejsze, że da się porozmawiać o nich.</p>
<p><strong>Spotkał pan więcej tępych bab czy chłopów?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Zdecydowanie bab, bo panami się nie interesuję. Z kobietami jest swobodny kontakt i dobrze czuję się w ich towarzystwie. Są autentyczne. Lubię je zaczepiać, dla samego zaczepiania, chociaż dzisiaj muszę na to uważać. Raz, że żona. Dwa, że w tym wieku mogą mnie wziąć za pedofila.</p>
<p><strong>Co myśli pan o feministkach i Partii Kobiet?</strong></p>
<p>Jeśli one chcą, to dlaczego nie? S&#8217;il vous plait. Patrzę na to bardzo łagodnym okiem. Kiedy tylko mogę, to je wspieram. Wszystkie takie ruchy wzbogacają nasze życie społeczne i dają wielu osobom do myślenia. Poza tym uczą nasze zaściankowe cymbalstwo szerszego spojrzenia na katolicyzm.</p>
<p><strong>Często jednak jest pan wrogiem numer 1 dla feministek. Zarzucają panu, że mówi pan o kobietach jak o kotletach.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mówić tak mogą tylko te, które mnie nie poznały (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>W jakich dyscyplinach sportowych kobiety prezentują się najlepiej?</strong></p>
<p>W siatkówce, bo to sport intymnego podglądania. Dziewczyny są skąpo i ładnie ubrane, a rywalizacja powoduje, że nie mogą się kontrolować. Więc są naturalne.</p>
<p><strong>A przy jakich instrumentach?</strong></p>
<p>Wiadomo &#8211; przy wiolonczeli. Trzymanie między nogami takiego pudła musi rodzić jakieś konsekwencje, do cholery. Każdy facet myśli o możliwości stania się tym pudłem.</p>
<p><strong>Działają na pana kobiety w garniturach?</strong></p>
<p>Nie. Wszelka forma maskulinizowania kobiet jest głupotą.</p>
<p><strong>Czy głupotą jest również współczesna moda na silikony?</strong></p>
<p>Na mnie to w ogóle nie działa. To jakiś powierzchowny biznes dla onanistów. Wydaje mi się, że to podoba się tylko komuś erotycznie niespełnionemu. Ale Doda na przykład mnie bawi. To taka zabawna osoba, która prezentuje prostą filozofię. Wie, że życie jest krótkie, i że trzeba się przepchnąć przez tłum, a do tego nagle odkrywa w lustrze, że ma coś, na czym się trzeba wesprzeć. Wtedy zapada decyzja, co do dalszej kariery. Że do celu dojdzie, choćby po trupach. Po trupach mężczyzn, oczywiście. Wymyśla więc opakowanie i idzie na całość. Socjologicznie Doda jest bardzo ciekawym zjawiskiem. Jej ojciec był wybitnym sportowcem, po którym odziedziczyła waleczność. Pozwala jej to iść bardzo daleko w swojej bezczelności.</p>
<p><strong>Zaangażowałby ją pan do filmu?</strong></p>
<p>Nie wiem. Musiałbym z nią porozmawiać i lepiej ją poznać. Obawiam się jednak, że mogłaby się okazać bardzo mało ciekawa od środka. Być może ma tylko opakowanie. Ale to nie zmienia mojej opinii o niej. Naprawdę ją podziwiam. Za konsekwencję.</p>
<p><strong>Podobają się panu dziewczyny w pielęgniarskich strojach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Szpital to wspaniałe miejsce. Moja żona nie może uwierzyć w to, że ja tak lubię tam bywać. Parę razy w życiu bardzo poważnie chorowałem. Nawet groził mi paraliż. Aplikowano we mnie setki zastrzyków. A wokół mnie fruwały te aniołki. Szczególnie zapamiętałem taką jedną Ślązaczkę. Wydawała się kompletnie nie na miejscu &#8211; była taka piękna. W jej czystości, bieli, tej aseksualnej swobodzie było coś niezmiernie podniecającego. Wspaniale mnie dotykała. Od ciągłego wstrzykiwania miałem dupę jak z marmuru. I trzeba było coś na to zaradzić… Przełożyć mnie na bok, przesunąć. Ten kontakt fizyczny był fascynującym przeżyciem. Podobnie mam z charakteryzatorkami. Zawsze mnie korci, żeby za coś złapać. Zwykle te panie mają zajęte ręce i są troszkę bezbronne (<em>śmiech</em>). Ale tak naprawdę to już poza mną. Człowiek w moim wieku nie może nadstawiać tyłka, bo to obrzydliwe.</p>
<p><strong>Dla nas na pewno nie obrzydliwa jest pana przygoda z dzieciństwa. Jak miał pan 14 lat został zgwałcony przez kobiety. Potem to się jeszcze zdarzało?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, ale tamten gwałt najbardziej utkwił mi w pamięci. W 14. roku życia zostałem wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Nie było tam w ogóle mężczyzn. Wszyscy na froncie. Po okolicznych wsiach<strong> </strong>grasowały kobiece gangi i gwałciły jakieś niedobitki facetów. Trafiłem na wieś pod dzisiejszym Bolesławcem. Pracowało tam 25 dziewcząt, w tym 5 mieszkało ze mną pokój w pokój na poddaszu. Jedna z nich była niezwykle piękna. Miała arystokratyczną urodę i zachowywała się, jakby była księżniczką. Niestety, ta mnie nie zgwałciła. Pewnego razu było jakieś święto, zjedliśmy pyszny obiad i napiliśmy się wina. Wieczorkiem leżę sobie grzecznie w łóżeczku, a tu otwierają się drzwi i wchodzą do mojego pokoju trzy dziewczyny z jednoznacznymi minami. Poniekąd na to czekałem. Dwie mnie trzymały za ręce i nogi, a trzecia – taki wielki holenderski babus – zgwałciła. Jak było już po wszystkim, to ubrałem się i spierdoliłem do ogrodu pod czereśnię. Taki byłem przejęty. Dziewczyny miały do mnie ogromne zaufanie, bo byłem z miasta, co dla nich było jednoznaczne z tym, że wiem wszystko o zapobieganiu ciąży. Stałem się wyrocznią w tym temacie i musiałem się takiej roli podjąć. Tylko, że ja nie miałem o tym pojęcia (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kiedyś o kobietach rozmawiał pan z Cybulskim i Kilarem. A dzisiaj?</strong></p>
<p>Z kim się da! Cybulski nie żyje, a Kilar od pewnego czasu jest moherowym katolikiem, więc gada tylko z Zanussim.</p>
<p><strong>A w parlamencie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To instytucja aseksualna. Nie ma mowy. Dobrze, że jest coś takiego jak Czytelnik – resztka wykształciuchowatej piaskownicy (<em>jadłodajnia w okolicach Sejmu</em> <em>– przyp. red.).</em> Jeszcze przychodzą tam niedobitki – Holoubek, Konwicki, Bereza, Głowacki. Poza tą piaskownicą jest już tylko cmentarz. Tam przeżywamy swoje stare, dobre lata. Tam toczą się wspaniałe dyskusje o kobietach i nie tylko. Tam pojawiają się byłe piękne panie. Często na „Głowę” rzucają się kobiety, a on nie wie, kto to jest i co z nią miał. Tylko w Czytelniku poza tym można poczuć smak dobrej zupy i zapach kotleta mielonego. To miejsce jest spełnieniem marzeń śląskiego robotnika: żeby mieć robotę blisko domu. I ja to mam!</p>
<p><strong>Zna pan dzisiaj kobiety, które „są tak piękne, że wzwód przy nich staje się niestosownością”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, bo zwykle są to dziewczyny nieznane. Takie, które spotyka się na ulicach, w galeriach handlowych, w restauracjach. Również te głupie.</p>
<p><strong>Proszę się nam przyznać: często dostawał pan w twarz za swój niewyparzony język?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, nigdy, ale nie mam zdolności do pamiętania negatywnych zdarzeń. Za to mam zdolność do wybaczania (<em>śmiech</em>). Może to wynika ze zwykłego safandulstwa, ale uważam, że trzeba się wystrzegać pożywki dla niskich instynktów.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jak by tak uzbierać ludzi, którym pan co nieco powiedział, to wyszłaby z tego cała kompania wojskowa. Sporo osób się poobrażało.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Gdybym ja się tak wszystkim przejmował, to po <em>Nikt nie woła</em>, po słowach Toeplitza: „jak długo państwo będzie wydawało pieniądze na fanaberie małego Kazia?”, powinienem popełnić samobójstwo.<strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Bareja, pana przyjaciel, obraził się do końca życia.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Reżyseria to jest taki zawód, w którym ludzi się cały czas napierdala. Bareja w sensie zawodowym robił potworne ludowe knoty. Nieestetyczne i złe warsztatowo. Nawiązujące do przedwojennych polskich komedii. Powiedziałem mu, że robi filmy z papendekla, czyli kartonu. Wymyśliłem słowo „bareizm”. A on, przewrażliwiony na swoim punkcie, śmiertelnie się na mnie obraził. Podobnie jak wszyscy, którzy wówczas się przy nim kręcili. Zacząłem być przedstawiany jako pupilek komunistów, który chciał go wyeliminować, a tym „bareizmem” wydał na niego wyrok.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>W <em>Zmiennikach</em> Bareja odgryzł się panu monologiem – „dawniej pisaliśmy się Kloc, ale potem mój brat został reżyserem i zmienił pisownię na Klotz<em>”.</em></strong></p>
<p><strong><em> </em></strong></p>
<p>Nawet o tym nie wiedziałem! Ale to płaski żart, dosyć tandetny. Chyba bym się obraził za jego marnotę. To dowcip podejrzewający każdego Ślązaka o proniemieckość.</p>
<p><strong>Ale pan zmienił nazwisko.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Byliśmy Kutze, ale w ramach przedwojennej polonizacji zmuszono ojca, żeby zmienił pisownię na „Kuc”.  W końcu się wkurwiłem i wróciłem do starej pisowni.</p>
<p><strong>Wkurwił się pan „ogierkiem?”</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Między innymi. Ludzie podejrzewali mnie o kumpelstwo z Gierkiem. Mówili tak o mnie Warszawiacy, którzy sądzili, że mój powrót na Śląsk był wykalkulowany. Że ja jestem członek ekipy Gierka, czym okazali kompletną niewiedzę o Śląsku. Większość osób nie odróżnia Zagłębia od Śląska, więc o czym my mówimy.</p>
<p><strong>A dlaczego Bronisław Wildstein nazwał pana „kucykiem nadętym do roli rumaka polskiej kultury”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Pewnie musiałem go gdzieś przyszorować, jak został prezesem telewizji. To jest bardzo agresywny prawicowiec, więc takie docinki wynikają z jego innej orientacji politycznej. A gdzieś na dole są kompleksy nieudacznika, jakaś zawiść. Nie lubi się u nas ludzi, którzy zrobili karierę. W końcu to facet wykształcony, wszystkowiedzący, w swoim mniemaniu wybitny, a tu mu się jakaś bakteria ze Śląska plącze i pierdoli. Myślę, że nie podoba mu się także mój dosadny język. Ale jakbym mu przywalił, to wszyscy od razu rzuciliby się na mnie, że jestem antysemitą. A ja uważam, że Ślązacy są wice-Żydami w Polsce. I czuję z nimi bardziej braterstwo niż cokolwiek innego. Jak ktoś mnie atakuje, to ja łagodnieję, zadając sobie takie pytanie: „Ty kutafonie, proszę bardzo. Możesz o mnie mówić najgorsze rzeczy, masz do tego prawo, ale co ty zrobiłeś w życiu, żeby mi tak dojebywać?”. Zwykle okazuje się, że niewiele.</p>
<p><strong>Twierdzi pan, że brakuje panu „schlagfertigkeit” (<em>ciętej riposty – przyp. red.</em>). My jakoś tego nie zauważamy.</strong></p>
<p>Brakuje mi refleksu, klepki. Muszę się zastanowić nad pointą, a są tacy, którzy od razu lecą.</p>
<p><strong>Ale to pan ostatnio powiedział na żywo w telewizji: „Ale napierdoliłem o tym Śląsku”.</strong></p>
<p>No tak, bo myślałem, że już wyłączyli kamerę. Mam już chyba jakieś wariackie papiery. Po moim wystąpieniu u Miecugowa nie dostałem żadnego negatywnego maila. Wszyscy już się do mnie przyzwyczaili! Wiedzą, że taki jestem, że takie mam właściwości i że nie mogę się czasami powstrzymać. Poza tym ludzie często się boją, a ja się, kucia, nie boję. Jeden z ministrów za komuny powiedział mi: „Panie Kutz, pan jest białym słoniem. Panu nic nie można zrobić” (<em>śmiech</em>). Poza tym jestem w wieku, w którym ludzi się już nie aresztuje. Starość jest bardzo podobna do dzieciństwa i można być absolutnie wolnym.</p>
<p><strong>Narzeka pan, że nie sprawdza się w polemikach.</strong></p>
<p>Bo często tracę głowę i potem widzę, ile możliwości zmarnowałem. Poza tym zawsze boję się naruszyć czyjąś godność osobistą, wolę przyjąć nawet niesprawiedliwy cios, niż mścić się za wszelką cenę. Trzeba na to uważać, bo słowo może zabić. Ale za to mam łatwość spontanicznego wymyślania metafor – bon motów. Ona wynika z ciągłego treningu nazywania rzeczy po imieniu. To jest jednak inny refleks, spowodowany wiekiem intelektualnym.</p>
<p><strong>Na przykład Wajdę nazwał pan „pelargonią”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie tylko. Również powiedziałem kiedyś, że to facet, któremu staje do środka.</p>
<p><strong>Proszę nam powiedzieć: zrobił pan połowę <em>Kanału</em>, czy nie?</strong></p>
<p>Wajda zaproponował mi i Kubie Morgensternowi, żebyśmy pomogli mu w kręceniu. W ramach dyplomu. Zaczęliśmy pracować, mając pełną świadomość, że pracujemy na nazwisko Andrzeja. On był zbyt delikatny i wykwintny, żeby się grzebać w gównie, a ja to uwielbiałem. Kozaczyłem jako pirotechnik, siedziałem w kanałach, w których Andrzeja w ogóle nie było, organizowałem plenery, smarowałem wszystkich gliną i ropą. Jednym słowem, wszystkie sekwencje kanałowe robiliśmy z Kubą. Jak film dostał nagrodę w Cannes, zapomniano o nas. Ale nigdy nie robiłem z tego problemu. Dzięki Wajdzie, na jego koszt, pouczyłem się kina. Nie mam żalu, bo on taki jest. Ma poczucie własnego geniuszu i wie, że na prawdziwą wielkość pracują tabuny innych. Tak było i będzie w całej sztuce.</p>
<p><strong>Twierdził pan, że jest parę osób, które podtrzymywały pana na duchu. Między innymi Stanisław Lem, którego już nie ma. Kto dzisiaj podtrzymuje na duchu posła Kutza?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Stanisław Lem był kosmitą. Ideałem absolutnej niezawisłości. Do tego typu ludzi należał ksiądz Tischner, Leszek Kołakowski, Jacek Kuroń, arcybiskup Nosol i nieżyjący biskup Musiał. To elita lewicowa. Najpiękniejsze w nich jest to, że zachowali swoją tożsamość. Potrafią nazwać świat po imieniu. Są wybitnymi bojownikami wolności. I dają takim jak ja codzienną witaminę.</p>
<p><strong>Kiedy w końcu doczekamy się pana książki <em>Piąta strona świata</em>?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Znowu napatoczyła się Ojczyzna i znowu muszę to odstawić, a mam napisane trzy ćwierci. Mój wydawca mnie nęka, bo podpisałem umowę i chce tę książkę ze mnie wydusić. Obiecałem, że przed 80. urodzinami skończę na pewno. Poprosiłem też, żeby mnie traktowali jak starca. Z pobłażaniem. Mam też zamiar zrobić <em>Cholonka</em> według Janoscha. To będzie mój ostatni film. Chcę pokazać tę niezwykłą integralność i samoistność Śląska.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie będziemy już pana zamęczać. To była nasza najdłuższa rozmowa w historii.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kurde, ja myślę. Okropnie mnie żeście wydoili. Mam nadzieję, że nie wyszedł ze mnie obrazoburca, tylko zwykły liberał, no powiedzmy – libertyn w sosie pomidorowym.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>O FACETACH:</p>
<p>Mężczyźni to zwykle chamy i brutale. Poza tym każdy facet jest seksualnym bucem, a i tak kobiety wybierają nas, a nie my je.</p>
<p>Dla mężczyzn zawód aktora jest zawodem idiotycznym. Dlatego w pewnym wieku szukają działalności innej, zastępczej. Tak jak Marek Kondrat. Popełniają harakiri na talencie.</p>
<p>O REŻYSERII I POLITYCE:</p>
<p>W moim zawodzie wyzwolenie się z religii jest nieodzowne. Reżyser musi być wolnym człowiekiem. Ale nieważne, czy człowiek wierzy, czy nie. Najważniejsze, żeby być człowiekiem prawym i porządnym. Mam brata, który jest totalnym bigotem. Po moim przedwyborczym występie w telewizji dostał szału. Typowy moher. Ale porządny człowiek.</p>
<p>Jako reżyser w polityce także muszę umieć czytać drugie dno. Ostatnio rozczytałem, o co chodziło w mianowaniu na marszałka seniora Senatu &#8211; Ryszarda Bendera. To jest prezent na otarcie łez dla księdza Rydzyka.</p>
<p>O MAMIE:</p>
<p>W kinie byłem wiecznym chłopcem do bicia. Moja matka czytała różne recenzje moich filmów i myślała, że ja w tej Warszawie jestem kopany i żyję na dnie. Przysłała mi kiedyś bez słowa swoją rentę. A ja po cichu ją odesłałem. Przez rok była obrażona (<em>śmiech</em>). A jak umierała, to powiedziała, żeby niczym się nie martwić, bo ona opłaciła grób, trumnę i nie będzie nas obarczać swoimi problemami.</p>
<p>O ŻYCIU:</p>
<p>Jak jest nudno, to trzeba robić coś, żeby nudno nie było.</p>
<p>O PiS-ie:</p>
<p>Pedały są takimi samymi ludźmi jak członkowie PiSu.</p>
<p>JEREMI PRZYBORA</p>
<p><em>Kaziowi Kutzowi &#8211; po przeczytaniu jego sierpniowego wywiadu: </em></p>
<p>BOSKIE CIAŁO</p>
<p><em>W BOŻE CIAŁO </em></p>
<p><em>BOSKIE CIAŁO </em></p>
<p><em>DO MNIE NA WIEŚ PRZYJECHAŁO. </em></p>
<p><em>MĄ SAMOTNIĘ ODWIEDZAŁO. </em></p>
<p><em>POSIEDZIAŁO, SZCZEBIOTAŁO </em></p>
<p><em>I NA UPAŁ NARZEKAŁO. </em></p>
<p><em>PIĘKNIE PRZY TYM WYGLĄDAŁO &#8211; </em></p>
<p><em>JAK TO CIAŁO, </em></p>
<p><em>BOSKIE CIAŁO. </em></p>
<p><em>A JAK WSTAŁO, </em></p>
<p><em>SIĘ UJRZAŁO, </em></p>
<p><em>ŻE NA SOBIE MAŁO MIAŁO, </em></p>
<p><em>BO POD SŁOŃCE PRZEŚWIECAŁO. </em></p>
<p><em>BARDZO ŚMIAŁO </em></p>
<p><em>PRZEŚWIECAŁO. </em></p>
<p><em>ALE ZARAZ ODJECHAŁO </em></p>
<p><em>BOSKIE CIAŁO. </em></p>
<p><em>W CZAS PROCESJI TO SIĘ DZIAŁO. </em></p>
<p><em>ALE SIĘ NIE OGLĄDAŁO. </em></p>
<p><em>CIAŁO </em></p>
<p><em>WZROK ABSORBOWAŁO. </em></p>
<p><em>BOSKIE CIAŁO. </em></p>
<p><em>WTEM ZAGRZMIAŁO </em></p>
<p><em>I POLAŁO. </em></p>
<p><em>WIĘC SIĘ PANU DZIĘKOWAŁO, </em></p>
<p><em>ŻE CHOĆ TO TAK KRÓTKO TRWAŁO, </em></p>
<p><em>NIE TAK MAŁO </em></p>
<p><em>UKAZAŁO </em></p>
<p><em>BOSKIE CIAŁO </em></p>
<p><em>W BOŻE CIAŁO</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/kazimierz-kutz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maciej Stuhr</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maciej-stuhr/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maciej-stuhr/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 22 Feb 2010 12:00:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Stuhr Maciej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=882</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 8, 2007 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Radek Polak (Rozmawialiśmy dwukrotnie. W tym samym miejscu, w tym samym gronie, nawet obsługiwani przez tą samą ukraińską kelnerkę, która ni w ząb nie rozumiała, co chcemy zamówić. A my chcieliśmy tylko zjeść zwykły obiad z młodym, dowcipnym aktorem. Zresztą, czy on jest jeszcze [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><span style="text-decoration: underline;"> </span></strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Maciej-Stuhr.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-888" title="Maciej-Stuhr" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Maciej-Stuhr.jpg" alt="" width="350" height="229" /></a>PLAYBOY nr 8, 2007 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.radekpolak.com/ ">fot. Radek Polak</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Rozmawialiśmy dwukrotnie. W tym samym miejscu, w tym samym gronie, nawet obsługiwani przez tą samą ukraińską kelnerkę, która ni w ząb nie rozumiała, co chcemy zamówić. A my chcieliśmy tylko zjeść zwykły obiad z młodym, dowcipnym aktorem. Zresztą, czy on jest jeszcze młody?) </em></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ostatnio często się rozbierasz. Dlaczego głównie pokazujesz tyły?</strong></p>
<p>A to zależy gdzie. W kinie rzeczywiście pokazuję tyły, w teatrze idziemy na całość (<em>w przedstawieniu „Anioły w Ameryce” Krzysztofa Warlikowskiego – przyp. aut.</em>).</p>
<p><strong>Pierwszą rozbieraną scenę ze swoim udziałem podobno ciężko odchorowałeś.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tarzałem się po łóżku z Agnieszką Krukówną w<em> Fuksie</em>. Do dziś zastanawiam się, dlaczego w tej scenie bardziej nie rozwinąłem skrzydeł (<em>śmiech</em>). Na szczęście był to ostatni dzień zdjęciowy i wieczorem poszedłem na bankiet. Mogłem spokojnie zanurzyć się w życiu towarzyskim, a rano sumiennie odchorować<strong> </strong>i odpokutować.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Masz swoje ulubione filmowe sceny rozbierane? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Moja żona jest czasem przerażona, bo jak leci jakiś stary film, który widziałem kilkanaście lat temu, to jestem w stanie podać z dokładnością co do minuty, kiedy na ekranie pojawi się niezły biust. Scen, które zaważyły na moim rozwoju psychoseksualnym było sporo. Chociażby widok Kasi Figury biegnącej przez ogród w filmie <em>Pierścień i róża.</em> Pamiętam, że w ramach szerzącego się w ówczesnych czasach nepotyzmu zostałem mimo szczenięcego wieku, wpuszczony przez bileterki na pokaz <em>Seksmisji.</em> No, przecież scena w windzie i scena na basenie… Muszę się przyznać, że nie tylko na tatusia patrzyłem na tym filmie. Potem, kiedy już stałem się szczęśliwym posiadaczem magnetowidu, dokonywałem analizy tych scen z pomocą efektu „slow motion” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Zagrałbyś w <em>Intymności</em>?</strong></p>
<p>Nawet kiedyś się zastanawiałem, czy bym na to poszedł i czy jest jakaś granica w aktorstwie? Już nawet nie pytam, czy tak pokazywany seks jest w filmie potrzebny. Załóżmy, że wierzę w artystyczną wizję i zdolności reżysera. Zakładam, że on naprawdę wie, co robi. Chce mieć scenę miłosną filmowaną jeden do jednego, czyli prącie w pochwie, to niech ją ma. Co jednak zrobić, jeśli on chce kręcić moje prącie w czyjejś pochwie? Taka scena jest poza moją granicą aktorstwa. Widziałem kilka filmów tego rodzaju, niekoniecznie artystycznych, i czasem się je nawet miło ogląda, niekoniecznie jednak chciałbym się znaleźć w obsadzie.</p>
<p><strong>To dobry moment, żeby przejść do naszego ulubionego pytania. Kogo widziałbyś w obsadzie rozkładówki PLAYBOYA? Wiemy, że najbardziej rajcują cię drobne wady urody.</strong></p>
<p>Przecież wzorcowe, laleczkowate dziewczyny mają w sobie coś nieludzkiego. Nikt nie może podważyć, że są bardzo piękne. Co z tego, kiedy patrząc na nie, nie ma na czym zawiesić oka. Wzrok się ślizga po ideale. Natomiast lekko zadarty nosek albo delikatny zezik mogą spowodować niepohamowany przypływ uczuć.</p>
<p><strong>Zdradź w takim razie, co spowodowało, że poczułeś niepohamowany przypływ uczuć do szanownej małżonki. </strong></p>
<p>Tu wchodzimy na śliski teren… Moja żona przecież nie ma wad. Kto ma żonę, ten wie: żony wad nie mają. Mogę jedynie zdradzić, że nieprzypadkowo wymieniłem na pierwszym miejscu zadarty nosek. I właśnie ten szczegół, odcinający się, a zarazem wspaniale uzupełniający całą nieskazitelną resztę, jest dla mnie obiektem najgłębszych westchnień.</p>
<p><strong>Domyślamy się, że żony nam na rozkładówkę nie oddasz. Więc może jakieś inne typy z „pozytywnymi felerami”?</strong></p>
<p>Żony nigdy! W naszym związku wystarczy, że to ja się rozbieram. A kogo bym u was widział? Grałem z taką dziewczyną w <em>Chłopaki nie płaczą</em> i jestem zdumiony, że wasza redakcja wciąż do niej nie dotarła. Nazywa się Magda Mazur. To piękna blondynka z &#8211; uwaga &#8211; lekko zadartym noskiem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Weźmiemy twój typ pod uwagę, będziemy lobbować u naczelnego. Mieliśmy kiedyś plan, żeby zrobić sesję zdjęciową aktorek, które grały w <em>Testosteronie</em>…</strong></p>
<p>To by było coś! Rewelacyjne dziewczyny! Ale opowiem wam zabawną historię. Gdyby te wspaniałe kobiety przyjechały na plan w czasie pierwszych dni zdjęciowych, prawdopodobnie ze względu na stężenie tytułowego hormonu byłoby gorąco i mogłyby być w nie lada opałach. Natomiast los tak zdecydował, że dziewczyny pojawiły się na planie po mniej więcej trzech tygodniach zdjęć. Może trudno w to uwierzyć, ale my byliśmy już na takim poziomie męskiej fazy, że one nie były nam do niczego potrzebne. Wyszły nafiokowane, piękne, pachnące, a my zapyziali po trzech tygodniach ciężkiej harówy, nie tylko na planie (<em>śmiech</em>), pogrążyliśmy się, jak gdyby nigdy nic, w naszej ulubionej grze polegającej na zamianie pierwszych liter w imionach i nazwiskach. Wstrząsająca zabawa. Posłuchajcie jak to brzmi: genialny aktor Ganusz Jajos albo popularny aktor Zaciek Makościelny. Do tego jeszcze wspaniały aktor Szorys Byc.</p>
<p><strong>Szaciek Mtuhr. Radeusz Tydzyk. </strong></p>
<p>Warol Kojtyła, Gięta Świertruda. O Wenryku Hujcu nie wspominając. Zaskakujące rezultaty przynosi ta z pozoru niewinna zabawa (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jedno z naszych osobowych źródeł informacji doniosło, że za wysoko mówisz. I co ty na to?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mogę dziś słuchać siebie z pierwszych filmów. Piszczę, nie mówię. Na szczęście w szkole aktorskiej udało mi się obniżyć głos o kwintę, jeśli komuś to coś powie. Jeśli nie, spieszę donieść, że to niezły wynik. Wciąż jednak nie przepadam za swoim głosem i nie dałem się jak dotąd namówić na żadne fajerwerki wokalne, przede wszystkim na żadne propozycje śpiewacze.</p>
<p><strong>Ile ich było?</strong></p>
<p>Ze trzy poważne. Pamiętam, że któregoś razu na spotkaniu z dużą wytwórnią usłyszałem: „Panie Maćku, mamy propozycję, wydamy panu płytę”. „Ale co miałbym śpiewać?” spytałem naiwnie. „A co pan chce. Pana płyta sprzeda się świetnie na Walentynki. Zrobimy okładkę z różą. Pan i róża”. Było to dla mnie wstrząsające przeżycie. Sam do dziś nie wierzę, że powiedziałem wtedy „nie”.</p>
<p><strong>I ta sama firma potem spotkała się z Szorysem Bycem?</strong></p>
<p>(<em>Wybuch śmiechu</em>) On ma przynajmniej niższy głos.</p>
<p><strong>Może głos mu wystarcza i nie musi tak jak ty podrywać na fortepian?</strong></p>
<p>Aaa, to klasyk! Ale taki podryw musi być dobrze zaaranżowany. To nigdy nie może być tak: „Posłuchajcie, ja tu wam zaraz zagram”. Trzeba wyjechać w stylu: „Jak to było…, chyba nie pamiętam…, coś tak jakby, a nie, może dziś nie będę grał…”. W ogóle to najlepiej podrywało się na Staszka Soykę. Znałem wszystkie jego piosenki. Jak się trafiła fanka Soyki, to było sto procent sukcesu. Już niczego nie trzeba było udawać. Wystarczyło spytać: „Słuchaj mała, jaką piosenkę Staszka lubisz najbardziej?”. Wymieniała tytuł, a ja albo kolega, graliśmy. Zawsze działało.</p>
<p><strong>Stąd wziął się twój pomysł na parodię Soyki?</strong></p>
<p>Właśnie. Bo przecież nie po to, żeby Staszka wyśmiać. Całą swoją licealną młodość po prostu chciałem być Soyką.</p>
<p><strong>Czy twój bohater widział ten numer na żywo?</strong></p>
<p>Tak. To był dla mnie bardzo miły moment. Pierwszy raz zobaczyłem, jak ktoś na widowni ze śmiechu spadł z krzesła. Był to Stanisław.</p>
<p><strong>Max chyba z krzesła nie spadł.</strong></p>
<p>Nieprzenikniona była dla mnie jego reakcja. Powiedział mi, że się bardzo śmiał, po czym przeczytałem w kolorowym tygodniku wywiad z Kolonką, w którym zauważył, że ta parodia nie jest najlepsza, bo on przecież nie mówi po polsku z amerykańskim akcentem. Ja sobie tę jego kwestię wyciąłem. Ale nawet nie dlatego, że zaprzeczył jakoby mówił z amerykańska. Wyciąłem sobie fragment owego wywiadu, bo Max powiedział w nim, że jego wizerunek człowieka mówiącego z jankeskim akcentem utrwalił Maciej Stuhr w parodii kabaretowej. Wzruszyłem się.</p>
<p><strong>Bałeś się parodiować Gustawa Holoubka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Byłem wtedy o dobre 10 lat młodszy i nie miałem wyobraźni (<em>śmiech</em>). Nie przewidziałem na przykład, że w trakcie wygłaszania monologu zobaczę nagle w czwartym rzędzie pana Gustawa. Chciałem w panice przeskoczyć na Zapasiewicza, ale jakoś dałem radę. Potem Mistrz zaszczycił nas wizytą w garderobie. Stanął nade mną i powiedział <em>(tu Maciej Stuhr na chwilę staje się Mistrzem – przyp. aut.)</em>: „Więc okazuje się, że to co do tej pory braliśmy za orgazm, to jest astma” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Porozmawiajmy o jeszcze jednym Mistrzu. Powiedz, co twój tata, którego nazywasz czasem Dominatorem, ma z „Pudziana”?</strong></p>
<p>Ma bardzo zbliżone wymiary, tylko podawane w innej kolejności (<em>śmiech)</em>. Ojciec w relacjach rodzinnych jest postacią dominującą i stąd ten „Dominator”. Tata zwykle przejmuje inicjatywę. Opowiada anegdoty. Głównie o sobie. Zawsze byłem jego wiernym słuchaczem.</p>
<p><strong>Też masz takie </strong><strong>cechy?</strong></p>
<p>Na razie nie. Może one przychodzą z wiekiem?</p>
<p><strong>Po raz pierwszy ojciec nie miał krytycznych uwag do twojego aktorstwa po obejrzeniu <em>Aniołów w Ameryce</em>. Wcześniej bardzo długo się czepiał… </strong></p>
<p>Raczej dawał uwagi techniczne. On wychwytuje każdą słabość. A jego rady są dla mnie wyjątkowo cenne, bo daje je gość, który wie, co mówi. Pamiętam, jak kiedyś oglądaliśmy razem scenę z Malajkatem w <em>V.I.P-ie</em>. W filmie proszę Wojtka, żeby dał mi kasetę z <em>Ojcem chrzestnym</em>. On wychodzi z kadru, a ja zostaję w nim na parę sekund. Ojciec zareagował błyskawicznie: „Oooo, proszę, aktor nie wie, co grać”.</p>
<p><strong>Co wtedy się gra? Czekanie?</strong></p>
<p>Właśnie nie! Z wiekiem uczymy się różnych trików. Można zagrać „za ciasne buty” albo „strach przed spadającą lampą”. Ja grałem wtedy „czekanie”. I wyglądałem jak ostatni ciul.</p>
<p><strong>Najgorszy film Stuhra juniora w rankingu Stuhra seniora?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jak będziecie z nim rozmawiać, unikajcie tytułu <em>Poranek kojota</em>, bo jego schorowane serce może tego nie wytrzymać. Walenie gruchy do jogurtu to poziom dowcipu, który ojcu wyraźnie nie przypasował. Pamiętajcie, że on jest panem rektorem. Czasem jednak przypominam mu, jak rektor jeździł na ekranie zamknięty w czajniku. Jak to się zapomina&#8230;</p>
<p><strong>Potrafisz się odgryźć i skrytykować aktorstwo ojca?</strong></p>
<p>On dosyć słabo znosi krytykę. Ale jesteśmy wobec siebie uczciwi. Pamiętam <em>Wielebnych </em>Mrożka, których ojciec reżyserował i w których grał. Reżyseria tak bardzo mu się spodobała, że odpuścił zupełnie rolę. Po przedstawieniu w garderobie powiedziałem mu o tym. I wiecie co? Przyznał mi rację i po dwóch tygodniach się poprawił (<em>śmiech</em>). To jest w ogóle pułapka dla grających reżyserów. Ojciec, jak każdy, musiał się tego nauczyć.</p>
<p><strong>Teraz pracujecie razem w <em>Korowodzie.</em> Wcześniej pracowaliście w <em>Pogodzie na jutro</em>. Powiedziałeś, że prawie zawodowo. Dlaczego tylko „prawie”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na linii aktor-reżyser pełne zawodowstwo. Ale jak mi tatuś gadał, że 20 lat był w zakonie, a ja mu na to, że mamusia ma nowego faceta, to&#8230; Mocne przeżycie aktorskie. W takich chwilach ten zawód bywa idiotyczny.</p>
<p><strong>Na pewno masz już dość porównań z ojcem. A pamiętasz jakieś wyjątkowo zabawne?</strong></p>
<p>Kiedyś kręciłem film we Wrocławiu. Podszedł do mnie statysta i mówi: „Słuchaj, a ty skończyłeś szkołę teatralną?”. Odpowiedziałem, że skończyłem. A on na to: „Dobrze. Ojcami ślada”.</p>
<p><strong>(<em>Śmiech</em>). Ale zanim poszedłeś „ojcami ślada”, wybrałeś psychologię. Tak jak większość maturzystów zamiast iść do psychologa, poszedłeś na psychologię?</strong></p>
<p>Nie. Ja raczej nie wiedziałem, co wybrać. I z niezdecydowania wylądowałem na psychologii. Dużo jest tam podobnych typów.</p>
<p><strong>Z doświadczenia wiemy, że znajomi po psychologii bywają dość dziwni. </strong></p>
<p>O znajomych po szkole aktorskiej nie można powiedzieć niczego innego (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Więc ty powinieneś być dziwny do kwadratu. </strong></p>
<p>Staram się być jak najbardziej nie-dziwny. Aktorzy często przestają przypominać normalnych ludzi. Najdobitniej widać to za oceanem. Tam poziom sławy i powszechnego uwielbienia przekroczył wszelkie granice. Okazuje się, że ten nadmiar miłości może zabijać. Im większa kariera, tym często większy upadek. Poza tym, mimo, że daleko mi do wszelkich spiskowych teorii dziejów, to kiedy czytam, że Angelina zdradza Brada, to jestem prawie gotowy iść o zakład, że ten news jest wart kilka milionów dolarów, a część z tej puli trafia do kieszeni Angeliny i Brada. Ponadto amerykańscy aktorzy przestają przypominać ludzi. Widziałem ostatnio zwiastun do najnowszej <em>Szklanej pułapki</em> i zauważyłem, że Bruce Willis wygląda w tym filmie lepiej, niż w pierwszej części, choć jest on prawdopodobnie w wieku Gustawa Holoubka. Nie chciałbym być Brucem Willisem.</p>
<p><strong>A Bradem byś chciał?</strong></p>
<p>Mówię to z wielkim bólem, ale nie dość, że jest najprzystojniejszym facetem na świecie, to jeszcze naprawdę świetnym aktorem. Skurczybyk. Myślicie, że do <em>Fight Clubu</em> wyćwiczył kaloryfer do takiej formy, czy miał dublera brzuchowego?</p>
<p><strong>Raczej wyćwiczył. W <em>Przekręcie</em> i <em>Troi </em>też tak wyglądał. </strong></p>
<p>Racja, za taką kasę też bym miał taki brzuszek.</p>
<p><strong>Ale ciebie podobno ciągnie do sportu. Głównie do kajakarstwa ekstremalnego. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To fakt, bardzo mi się podoba, ale głównym sportem ekstremalnym, jaki uprawiam, jest prowadzenie imprez masowych. Kiedyś występowałem przed publicznością, która krzyczała do mnie: „Zrób fikołka, zrób fikołka!”. Dopóki go nie zrobiłem, nie pozwalali mi dojść do głosu. Impreza trwała do białego rana, a ja fiknąłem z pięćdziesiąt razy.</p>
<p><strong>Łatwo można cię wynająć jako wodzireja, na przykład na zabawę sylwestrową?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W Sylwestra nie pracuję. A propozycji prowadzenia różnych imprez mam tak dużo, że przyjąłem specjalną taktykę – jestem cholernie drogi. Dzięki temu w ten sposób pracuję góra raz na dwa miesiące. A potem mogę sobie spokojnie pozwolić na etat w teatrze za 1500 złotych miesięcznie. Mogę patrzeć na siebie w lustrze i godnie żyć.</p>
<p><strong>Czy te ciemne okulary Hugo Bossa pomagają ci spoglądać w lustro, czy to kwestia wczorajszego wieczora?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie. Kupiłem je wczoraj na lotnisku i chciałem się wam pochwalić.</p>
<p><strong>Tak samo jak białymi butami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A to akurat prezent od żony. Podobno są modne. Z wczesnej młodości pamiętam, że białe buty były szczytem obciachu. Mam więc pewne podejrzenia, że żona chce wyeliminować chociaż częściowe zainteresowanie płci przeciwnej.</p>
<p><strong>Ma powody? Powiedz, jak reaguje na spojrzenia innych kobiet?</strong></p>
<p>Powściągliwie. Na waszych łamach powinienem powiedzieć, że wyrywam panienki na lewo i prawo. Więc korzystając z okazji, chciałem się pochwalić, że&#8230; o żona dzwoni! Przepraszam na chwilę. <em>(Po chwili)</em> To na czym stanęliśmy?</p>
<p><strong>Na wyrywaniu. Możesz nam opowiedzieć, jak imponujesz kobietom, cofając bez włączonego silnika.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) Skąd wiecie? To niezły numer. Na ławeczce obok mojego zaparkowanego samochodu siedziała fajna laska. Chciałem zrobić taki myk, żeby cofnąć bezszelestnie. Odkręciłem szybę i ostentacyjnie trzymając w ręce kluczyki, wcisnąłem sprzęgło i jakby od niechcenia skręciłem kierownicę. Stałem na górce, więc poszło elegancko. Niestety nie przewidziałem, że bez kluczyków w stacyjce zablokuje się kierownica. Tymczasem zamiast myśleć, patrzyłem lasce głęboko w oczy i zaliczyłem dzwona. Lepiej mi idzie podrywanie na fortepian.</p>
<p><strong>Odmawiasz prowadzenia większości imprez, a odmówiłeś już udziału w „Tańcu z gwiazdami”?</strong></p>
<p>Odmówiłem. Przy którejtamś edycji, jak już nie wiedziałem, jak odmówić &#8211; Andrzej Poniedzielski i Zbyszek Zamachowski poradzili mi, żebym w końcu powiedział, że skoro taniec to mowa ciała, to moje ciało mówi: „nie” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Podobnie odpowiadasz partiom politycznym?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mam propozycji. Tylko raz dzwonił do mnie pan Frasyniuk, mówiąc, że to co powiedziałem w jednym z wywiadów całkowicie pokrywa się z programem Partii Demokratycznej. I co ja na to? Powiedziałem, że bardzo się cieszę. A on: „I co pan zamierza z tym zrobić?”. „Nic, już chyba wszystko zrobiłem. Przecież na łamach gazety wygłosiłem wasz program polityczny!” Zresztą ten sam wywiad równie entuzjastycznie przyjęli polscy faszyści. Wygłosiłem tam bowiem wielce kontrowersyjną tezę, że kocham swój kraj. Naziści umieścili mnie na stronie internetowej obok Hitlera, Mussoliniego i Franco. Gdyby nie interwencja Interpolu i likwidacja tej strony, pewnie dalej bym tam figurował. Dla równowagi mogę dodać, że pewnego razu w broszurze pod znamiennym tytułem „Poznaj Żyda” odkryłem prawdziwe nazwisko ojca &#8211; Josek Feingold. Dla każdego coś miłego.</p>
<p><strong>Jest pewien facet, który powiedział nam, że bardzo go zaniedbujesz i czuje się sierotą, w związku z tym oczekuje od ciebie, żebyś się dowiadywał, czy ma pieniądze na wódkę, gazety i piwo. Kim on jest?</strong></p>
<p>Miałbym tu kilka typów (<em>śmiech</em>). Może Więckiewicz, ale… nie. Już wiem. Jan Nowicki, mój ojciec chrzestny. Skoro uważa, że go zaniedbuję, to możecie mu powiedzieć, że po prostu się odwdzięczam (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na komunię coś ci jednak kupił. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>I to był ten dzień, w którym poznałem ojca chrzestnego (<em>śmiech</em>). Pamiętam, jak któregoś razu przyjechał do nas na wieś i patrząc na mnie i moją siostrę powiedział do naszej mamy: „Tak brzydkich dzieci to w życiu nie widziałem”.</p>
<p><strong>Tego się wypiera. Nawet powiedział nam, że jesteś ładny, a twoja twarz wywołuje uczucia samarytańskie u kobiet, przez co nigdy nie mogą być pewne w jakim celu dają ci pierś do ssania. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Macie to na piśmie (<em>śmiech</em>)? Jakiś czas temu wypomniałem Janowi owe „brzydkie dzieci”. Wiecie co zrobił? Popatrzył na mnie dłużej i powiedział: „Nie zmieniłem zdania…” (<em>śmiech</em>). Janek to świetny zawodnik. Podziwiam go.</p>
<p><strong>Lubisz powtarzać, że trzeba żyć w zgodzie ze swoim wiekiem. Czy ojciec chrzestny jest w tej dziedzinie dla ciebie wzorem?</strong></p>
<p>Jednym ze wzorów na pewno. Moim zdaniem uleganie propagandzie młodości to przykra sprawa. Przez chwilę jesteśmy młodzi, potem starsi, a jeszcze potem starzy. I to jest w porządku. Po co udawać, że jest inaczej?</p>
<p><strong>Jakieś najżałośniejsze przykłady?</strong></p>
<p>Nie, proszę was. Przecież nie powiem. Ludzie, którzy nie udają, nie przebierają się w młodzieżowe ciuszki. Wydają się młodsi duchem. Patrzcie na Jandę. Ona jest młodsza od większości koleżanek w moim wieku. A wcale nie stara się być młoda.</p>
<p><strong>Ponoć wśród równolatków często czujesz się jak ufoludek. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To wynika z tego, że w moim środowisku model rodzinny jest nieco w odwrocie, więc jak ktoś po spektaklu zamiast imprezować, wraca do żony i dziecka, to jest trochę dziwny i wygląda nietypowo.</p>
<p><strong>A do tego nawet nie przypalasz. </strong></p>
<p>Właśnie (<em>śmiech</em>). Teraz to już wygląda trochę inaczej, ale trzeba mieć jaja, żeby w wieku nastu lat odmawiać przyjęcia krążącej faji. Nie wychodząc na bufona… Znam siebie, dlatego nigdy nawet nie spróbowałem. Obawiam się, że mogłoby mi się to za bardzo spodobać. Przez pierwszy rok opowiadałbym dobre dowcipy, a potem wszedłbym na poziom Andy’ego Kaufmana i dowcipy opowiadane przeze mnie, śmieszyłyby tylko mnie.</p>
<p><strong>Pamiętasz najgorszy kawał w swoim wykonaniu?</strong></p>
<p>Pamiętam jeden z najgorszych wieczorów, kiedy nikt się nie śmiał. To była impreza z okazji wręczenia nagrody Fundacji Kultury Polskiej Romanowi Polańskiemu. Przyjechali jego koledzy, różni politycy i ja – jako prowadzący. Byłem najmłodszy na sali, ale co tam, nie z takich opresji się wychodziło. Zacząłem opowiadać dowcipy, z każdym kolejnym wywołując coraz większe zdziwienie. Był to wieczór masakryczny. Jak chcesz za wszelką cenę rozśmieszyć ludzi, a ci się nie dają, to zaczyna się dramat. Roman potem poklepał mnie po plecach i powiedział: „Nie było tak źle” (<em>śmiech</em>). Zrozumiałem wtedy, jak musiał czuć się Fazi z Muppet Show.</p>
<p><strong>To twoja ulubiona postać?</strong></p>
<p>Chyba wolałem Zwierzaka. Kupowałem wszystkie figurki z tego programu. Niestety, najbardziej rozczarowujący był właśnie Zwierzak. Miał cienkie nogi i dużą głowę, był źle wyważony i ciągle się przewracał. Potem dostałem od ojca prawdziwego muppeta – Zwierzaka, tzn. takiego, którym można było ruszać. Zrobił furorę na podwórku. Do tego stopnia, że koleżanka go pożyczyła i nigdy nie oddała. To może głupio zabrzmi, ale: „Dorota! Oddaj mi mojego Zwierzaka!” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Wracamy do pytania o twój najgorszy dowcip, bo się wymigałeś. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>No dobra. Ale to jest straszna opowieść. Dowcip czasem posiada piorunującą siłę. W dzieciństwie miałem w szkole koleżankę &#8211; murzynkę. Osiągnęliśmy naprawdę najwyższy z możliwych poziomów tolerancji, była jedną z nas do tego stopnia, że zapominaliśmy o kolorze skóry. Którejś nocy w większym towarzystwie opowiadaliśmy sobie setki dowcipów, przyszła moja kolej i wypaliłem: „Czym się różni murzyn od opon Dunlopa?”. Mało wybredny dowcip i już w momencie kiedy to mówiłem, zdałem sobie sprawę z tego, co robię. To koszmar, który śni mi się do dzisiaj. Od tamtego czasu nie opowiadam żadnych rasistowskich dowcipów, nawet tych bardzo śmiesznych.</p>
<p><strong>A czym się różni murzyn od opon Dunlopa?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O nie. Nie naciągnięcie mnie na to, na pewno.</p>
<p><strong>Sprawdzimy w internecie. Swoją drogą niezłe rzeczy można o tobie poczytać w sieci…</strong></p>
<p>Wzruszyły mnie słowa pewnej laski, która na swoim blogu napisała, że widziała mnie – odbywającego stosunek płciowy w damskiej toalecie we Wrocławiu. Opis mnie wzruszył, a nawet pojawiło się uczucie żalu, że jednakowoż mnie tam nie było. Tylko kto to był? Szyc albo Adamczyk. Innej możliwości raczej nie ma (<em>śmiech</em>). Co jeszcze o mnie znaleźliście?</p>
<p><strong>Że dresiarzy załatwiasz cytując Słowackiego.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To było niezłe. W przeciwieństwie do granych przeze mnie bohaterów, w życiu prywatnym na ogół udaje mi się wszystko „załatwić” polubownie. Kiedyś w momencie zagrożenia ze strony panów w sportowych odzieniach, nie wiedzieć czemu, zacząłem mówić wierszem. To akurat średnio im się spodobało i kiedy już mieli dać temu wyraz, chwytając się brzytwy powiedziałem: „Panowie, nie bijcie, my jesteśmy poetami”. Chłopaki zdębieli. Postali jeszcze chwilę, popatrzyli i poszli.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Często faceci chcą się sprawdzić ze znanym aktorem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Moja nikczemna tężyzna fizyczna wywołuje w rywalach raczej uczucie litości, miast nienawiści. Dzięki temu mam spokój.</p>
<p><strong>Więcej pytań nie mamy. Z nami też masz już spokój.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie wiem, czy zauważyliście, ale od czasu do czasu starałem się wspominać o innych dziewczynach niż moja żona. Wiem, z kim rozmawiam i mam nadzieję, że moje starania zostaną docenione (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maciej-stuhr/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Borys Szyc</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 19 Feb 2010 11:33:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Szyc Borys]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=748</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2006 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Szymon Szcześniak &#8211; (Rzecz dzieje się podczas pamiętnej niesprawiedliwej porażki Wisły Kraków z Blackburn Rovers). Ponieważ fanem piłki nożnej nie jesteś, chcielibyśmy cię zapytać o konie. Czy walę konia? Nie (śmiech). Chodzi o Jana Kowalczyka. Byłeś jego kibicem, jako młody koniarz? Nie jakimś fanatycznym, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Borys-Szyc.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-755" title="Borys Szyc" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Borys-Szyc.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 12, 2006 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke<br />
</strong></p>
<p><a href="http://www.szymonszczesniak.com/">fot. Szymon Szcześniak</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p>(<em>Rzecz dzieje się podczas pamiętnej niesprawiedliwej porażki Wisły Kraków z Blackburn Rovers</em>).</p>
<p><strong>Ponieważ fanem piłki nożnej nie jesteś, chcielibyśmy cię zapytać o konie.</strong></p>
<p>Czy walę konia?</p>
<p><strong>N</strong><strong>ie (<em>śmiech</em>). Chodzi o Jana Kowalczyka. Byłeś jego kibicem, jako młody koniarz?</strong></p>
<p>Nie jakimś fanatycznym, ale nigdy nie zapomnę jego munduru i tych słynnych skoków nad podwójnymi stacjonatami.</p>
<p><strong>Konie, tenis&#8230; Gdybyś potrenował jeszcze boks, mógłbyś być nowym Olbrychskim.</strong></p>
<p>Wolałbym być nowym Szycem. Nie lubię powielać.</p>
<p><strong>A jednak trochę lubisz, bo to twój drugi wywiad dla PLAYBOYA. Rozmawialiśmy ponad dwa lata temu. Co zmieniło się w twoim życiu przez ten czas?</strong></p>
<p>Nauczyłem się być asertywnym. Kiedyś nie potrafiłem odmawiać, bo bałem się, że ktoś się na mnie obrazi. Dałem sobie wchodzić na głowę. Dziś już przeprowadzam ostrą selekcję towarzyską. W moim domu goszczę niewiele osób. Macie więc plusa (<em>śmiech</em>). A tak ogólnie to w ciągu tych dwóch ostatnich lat życie strasznie przyśpieszyło. Nie wyrabiam z robotą. Ten rok to szaleństwo. Jestem zmęczony i zapracowany, przyznaję bez bicia. Ale nie narzekam, cały czas z ciekawością oczekuję nowych propozycji.</p>
<p><strong>A do tego jesteś od nas młodszy o trzy lata.</strong></p>
<p>Niedużo.</p>
<p><strong>Ale jednak boli.</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Musicie się, chłopaki, bardziej starać! Ja staram się nie popełniać największego grzechu, czyli nie marnować talentu.</p>
<p><strong>Wszystko przychodzi ci łatwo?</strong></p>
<p>Dojrzewam w zawrotnym tempie. Od szkoły jestem na kursie pod tytułem &#8222;permanentne przyśpieszenie zawodowe&#8221;. Łatwo przychodzą mi propozycje, bo po prostu są, ale wnoszę dużo swojej ciężkiej roboty, więc wszystko się wyrównuje. A może mam jakąś smykałkę?</p>
<p><strong>Kumple z roku nie zazdroszczą?</strong></p>
<p>Wszystko ma swoje plusy i minusy. Andrzejewski (<em>Andrzej, przyjaciel Szyca. Gra z nim w &#8222;Jobie&#8221; &#8211; przyp. aut.</em>) zjeździł z RAP-em (<em>Reprezentacja Artystów Polskich &#8211; przyp. aut.</em>) pół świata. Ja nie byłem w Paryżu, Londynie, Rzymie&#8230; Nie mam na to czasu. Czasem czuję się jak niewolnik swojej pracy. Ale lubię swoje życie i nie chciałbym go zmieniać.</p>
<p><strong>Nie odbiła ci jeszcze &#8222;sodówa&#8221;?</strong></p>
<p>Przez jakiś czas na pewno mi odbijała.</p>
<p><strong>I jak sobie poradziłeś? Pogadałeś z Tymochowiczem?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Ostatnio stałem z nim na światłach. Jeździ Audikiem 7. Nie pasuje do tego auta, bo z twarzy jest kartoflowaty&#8230; Co do &#8222;sodówy&#8221;, to bliskie osoby suszyły mi głowę wystarczająco skutecznie. Pewne sprawy przemyślałem i już. Poza tym uważam, że myślącemu człowiekowi nie może do końca odwalić, bo ma samokontrolę.</p>
<p><strong>Chodzą słuchy, że jesteś potentatem nieruchomościowym. Pochwal się, Boria!</strong></p>
<p>Nie będę się chwalił, bo to niebezpieczne.</p>
<p><strong>Ostatnio często się przeprowadzałeś. Uciekasz przed fankami?</strong></p>
<p>Tak. Gubię trop (<em>śmiech</em>). Nie piszcie, gdzie mieszkam. W Warszawie jedno mieszkanie wynajmuję, w drugim mieszka moja mama, a w trzecim mieszkam ja.</p>
<p><strong>A w Łodzi?</strong></p>
<p>Tylko loft. Jestem twarzą jednego z inwestorów. (<em>To mówiąc Borys Szyc wchodzi na stronę rzeczonego inwestora i wypuszcza film reklamowy z udziałem głosu Borysa Szyca</em>). Zajebiste miejsce. Moja twarz jest częścią ceny za loft. Cała Łódź żyje loftami. Ja również.</p>
<p><strong>Dobrze inwestujesz.</strong></p>
<p>Nie jestem oryginalny. Już starzy, mądrzy Żydzi mawiali, że trzeba inwestować w nieruchomości, ziemię albo złoto. A ponieważ złoto nabiera wartości podczas wojny&#8230;</p>
<p><strong>Postanowiłeś też zainwestować w siebie.</strong></p>
<p>Rzeczywiście. Odkąd odstawiłem alkohol, skupiłem się na sobie. Wewnętrznie i zewnętrznie. Ćwiczę ciało, głos, rozmyślam więcej, chcę wrócić do lekcji grania na fortepianie.</p>
<p><strong>Kiedy grałeś?</strong></p>
<p>Grałem od dziecka. Instrument stał w domu, więc nie było problemu. Nie pamiętam już, jak się czyta nuty, a chodziłem przecież do szkoły muzycznej.</p>
<p><strong>I mogłeś być następcą Candy Dulfer&#8230;</strong></p>
<p>Lubiłem dźwięk saksofonu, no i jego kształt (<em>śmiech</em>). Byłem jednak zbyt leniwy i w końcu odechciało mi się wozić saksofon tenorowy. Teraz potrafiłbym zagrać kilka nutek, ale po pewnym czasie raczej mogłoby ucho zwiędnąć (<em>śmiech</em>). Swoją drogą, muzyka, oprócz tego, co robię zawodowo, to najważniejsza rzecz w moim życiu. Bardzo mnie motywuje.</p>
<p><strong>Czy kumple nie są przerażeni twoją abstynencją?</strong></p>
<p>Są (<em>śmiech</em>). A raczej byli. Myśleli pewnie, że się ze mną na trzeźwo nie da pogadać. Ale okazało się, że daję jakoś radę. (<em>Borys zaczyna zmywać naczynia, tłumacząc się, że zawsze zmywa od razu, chyba że je u niego kilkanaście osób &#8211; wtedy zaprasza koleżanki i zmywanie ma z głowy</em>). Nie pijąc, mogę znaleźć się w trzech miejscach w trakcie jednego wieczoru. Bawię się dobrze, a może i lepiej. Widzę rzeczy, których wcześniej nie widziałem. Czasem wysłuchuję moich pijanych kolegów i zastanawiam się, jaki byłem żenujący. Te bzdury, które opowiada się po pijaku&#8230; Ilość planów, zespołów, które się zakłada, filmów, które się kręci, książek, które się napisze. Widzę siebie w odbiciu.</p>
<p><strong>Meller powiedział nam, że przy tobie jest leszczem imprezowym. A on lubi się zabawić! Twoim zdaniem też powinien się uspokoić?</strong></p>
<p>Uspokoić?! Jak ja bym był szefem PLAYBOYA, to bawiłbym się cztery razy mocniej. Rozruszałbym to pismo! Byłbym polskim Hefnerem! Co to za imprezowanie naczelnego PLAYBOYA bez pięciu gołych lasek w jaccuzi? Seks powinien wyciekać zewsząd&#8230; Zero seksu, panowie. Żenua. (<em>W tym momencie Cantoro strzela bramkę. 28 minuta. 1:0 dla Wisły.</em>)</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że zakładasz firmę. Kiedy ruszasz?</strong></p>
<p>Z moim przyjacielem, który siedzi w komputerach, chcemy zająć się kręceniem teledysków, reklam i filmów akcji z efektami specjalnymi, jakich do tej pory w Polsce nie było. Powoli zaczynamy orientować się w sprawach papierkowych. Ruszamy z nowym rokiem. Najpierw zajmiemy się produkcją teledysków do mojej płyty. Nie chcę tylko siedzieć na fotelu i ładnie wyglądać, a tak niestety robi się większość polskich teledysków. Naszym zamiarem jest zakręcenie w stylu Spike&#8217;a Jonze&#8217;a. Na razie wiem już jedno: firmy nie zakłada się łatwo, szybko i przyjemnie.</p>
<p><strong>Aktorstwo już ci się przeżarło?</strong></p>
<p>W życiu! To nadal moja pasja, ale nie nażarłem się dostatecznie muzyką, a zawsze chciałem. Postanowiłem spełniać swoje marzenia i nagrywam płytę.</p>
<p><strong>Na której miały być same covery&#8230;</strong></p>
<p>Ale koncepcja się zmieniła. Nie ukrywam, że będzie to mój <em>tribute</em> dla osób, które zawsze podziwiałem i podziwiam do dziś. Prince na pierwszym miejscu. Ale też Lenny Kravitz. Rockowo-funkowy klimat. Jeden numer robi dla mnie Ania Dąbrowska i będzie ze mną śpiewać. Tak samo jak Marysia Sadowska, Brodka, Patrycja Sokół, Chylińska i Ewa Bem. Borys Szyc i kobiety&#8230; Czuję, że pójdzie ta płyta.</p>
<p><strong>Ciekawe, ile jest osób, które z niecierpliwością czekają na moment, w którym Borys Szyc coś spierdoli&#8230;</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>).</p>
<p><strong>A może nie zgodziłeś się na występ w &#8222;Tańcu z gwiazdami&#8221;, żeby nie zaliczyć wtopy?</strong></p>
<p>Przecież zakasowałbym ich wszystkich (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Po co ci do tego wszystkiego jeszcze reklama Renault?</strong></p>
<p>Zaczęło się to dwa lata temu. Prowadziłem Opole i zgłosił się do mnie ktoś z tamtejszego oddziału Renault. Zapytał, czy bym nie pojeździł ze dwa miesiące jakimś samochodem z ich stajni. Przywieźli mi fajnego kombiaka na Ząbkowską i pojechaliśmy z rodziną na wakacje. Skubany był bardzo pakowny&#8230; Po paru miesiącach zgłosiła się do mnie pani dyrektor marketingu i złożyła propozycję reklamową. A jak usłyszałem, że wchodzi nowe Clio Sport, dostałem piany. Dogadaliśmy się raz dwa i jeżdżę nim do dzisiaj. Limuzyna to nie jest, ma cholernie twarde zawieszenie, ale to idealny, skrojony na moje pokolenie, wózek. Szybko popierdziela. (<em>Dzwoni komórka wywiadowanego. Rozmawia się o interesach</em>). Widzicie, sami dzwonią, że chcą dawać pieniądze na płytę. Diesel mnie ubiera. To miłe.</p>
<p><strong>Często masz propozycje reklamowe?</strong></p>
<p>Co chwilę ktoś się zgłasza. Browary, banki, kosmetyki&#8230; W zasadzie reklamować można wszystko, pytanie tylko, w jaki sposób. Jeżeli reklama jest zajebiście zrobiona, nikt nie zarzuci ci, że dajesz dupy. Czekam na propozycje od szwajcarskich zegarków. To by było dobre.</p>
<p><strong>A z &#8222;Atlasem&#8221; byś potańczył?</strong></p>
<p>Chyba w ten taniec bym się nie wkręcił. Nie wiem, ile on (<em>Cezary Pazura &#8211; przyp. aut</em>.) dostał, że się na to zgodził. Beznadziejny pomysł. (<em>Borys musi zadzwonić. Dzwoni</em>). Hi Kinga, this is Boris. The one and only. Please, call me immediately. I&#8217;ve got a very important message for you. Bye. Lubię, kurwa, jak ktoś ma taką dwujęzyczną pocztę głosową.</p>
<p><strong>Czy ADHD przydaje się do grania krasnoludka?</strong></p>
<p>Nie wiem. Ledwie pamiętam tamten epizod z <em>Kingsajzem</em>.</p>
<p><strong>A z ADHD?</strong></p>
<p>Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to, co mnie w dupie kręci, tak się nazywa. Taki motorek. Zresztą do dziś mi nie przeszło.</p>
<p><strong>Wracając do Kingsajzu, nie żałowałeś, że jesteś za młody, żeby pospacerować po rozebranej Kasi Figurze?</strong></p>
<p>Wystarczyło, że sobie ją podejrzałem, jak tak leżała (<em>śmiech</em>). Erekcja na całe życie.</p>
<p><strong>No właśnie. Podobno jesteś strasznym podrywaczem?</strong></p>
<p>He, he. Zdarza się. (<em>to mówiąc Borys zaczyna zamiatać okruszki chleba na kuchennej podłodze)</em>.</p>
<p><strong>Która z twoich filmowych partnerek byłaby idealna na naszą Playmate?</strong></p>
<p>Gruszka i Grochowska. Chociaż lepiej podam je w kolejności alfabetycznej, żeby nie było obrazy (<em>śmiech</em>). Grochowska i Gruszka. Grrrr&#8230; Bardzo smakowite dziewczyny. Nietypowe urody.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że powiesz: Cielecka.</strong></p>
<p>Niezłe ciacho. Zresztą taką ma też ksywkę, wymiennie z &#8222;Cielakiem&#8221;. Rzeczywiście byłaby idealna, bo chyba sprzedałaby się najlepiej z całej trójki. To znaczy PLAYBOY z nią na okładce dobrze by się sprzedał (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wszystkie trzy podobają się naszemu naczelnemu&#8230;</strong></p>
<p>Jasne, że mu się podobają. Powiedzcie mi, czy jest taka dziewczyna w Polsce, w której on się jeszcze nie zakochał?<em> (Skoro mowa o naczelnym, musiała paść bramka. Savage. 56 minuta. 1:1. Borys postanawia zareagować.)</em> Co się cieszysz, frędzlu? (<em>Retoryczne pytanie skierowane do napastnika Blackburn</em>).</p>
<p><strong>Jak wygląda sytuacja z filmem o GROM-ie?</strong></p>
<p>Nie ma pieniędzy, więc zdjęcia cały czas się przesuwają. Ale cztery miesiące z Więcolem (<em>Robertem Więckiewiczem &#8211; przyp. aut</em>.) ćwiczyłem z chłopakami z GROM-u. Spotykaliśmy się na siłowni u Nastuli. Byłem w genialnej formie. Treningi dwugodzinne: godzina siłowni, godzina walki. Mówię wam, dobrze znać parę różnych technik, chwytów i ciosów.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że nauka nie poszła w las&#8230;</strong></p>
<p>Ale tylko raz. Przekonałem się, że mam siłę. Trochę było mi głupio, bo wszystko działo się na rogu Nowego Światu i Foksal. Wsadzałem Ankę do taksówki, a z nią chciał wsiąść i wsiadł jakiś kolo. No to, wysadziłem go grzecznie z auta, a że facet przekroczył moją strefę prywatności, zastosowałem ciąg ciosów. Taksówkarze krzyczeli: &#8222;Jak w <em>Oficerze</em>!&#8221; (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wstał?</strong></p>
<p>Nawet chciałem mu pomóc, ale nadal był jakiś niemiły, więc to olałem. Źle wyglądał, ale w zasadzie nie ma się czym chwalić.</p>
<p><strong>Pochwal się jeszcze swoimi &#8222;aferami komunikacyjnymi&#8221;.</strong></p>
<p>Prowadziłem walki w autobusach z kolesiami, którzy kradną. Miałem dwie ostre scysje. Raz wymyśliłem, że jestem policjantem. Poszedłem na &#8222;stówę&#8221; i goście spękali. Innym razem było dwóch młodziaczków, jeden ze strasznie pociętym ryjem. Było ostrzej, ale też nie wiedzieli czy mówię prawdę czy blefuję. To było jeszcze przed &#8222;Oficerem&#8221;, więc spękali. Reaguję w takich sytuacjach, bo nienawidzę złodziejstwa. Jak masz w sobie pewność siebie, której oni nie rozumieją, to sobie poradzisz. Idziesz na &#8222;stówę&#8221; i wszyscy milczą!</p>
<p><strong>Mógłbyś być żołnierzem?</strong></p>
<p>Nie chciałbym eliminować ludzi. Zawsze wolałem robić coś bardziej artystycznego. Oczywiście chłopaki z GROM-u to artyści w swoim fachu, ale to nie dla mnie.</p>
<p><strong>A bycie zakonnikiem jest ci po drodze?</strong></p>
<p>Absolutnie. Może tylko celibat mnie nie pociąga (<em>śmiech)</em>. Chociaż jestem zadowolony ze swojego filmowego wcielenia (<em>&#8222;Południe &#8211; Północ&#8221; &#8211; przyp. aut.</em>). Niby na przekór moim warunkom psychofizycznym, a jednak. Mój zakonnik to facet z krwi i kości. I przeklnie, i napije się, i zapali papierosa. Jak najbliżej zwykłego człowieka.</p>
<p><strong>Jak dobrze podrabiasz podpis Jana Pawła II?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Chodzi o Piotrka Adamczyka? No, zdarza się, że nas mylą, ale zawsze podpisuję się jednak jako Borys Szyc. On ma to samo. Często dziewczyny mu mówią: &#8222;Och, jaki pan przystojny, panie Borysie&#8221;. Żeby było śmieszniej, nas obu mylą jeszcze z Maćkiem Stuhrem. Zmówiliśmy się już, że razem zagramy <em>Trzy siostry</em>.</p>
<p><strong>A zagrałbyś &#8222;zoofila, który dyma owce&#8221;?</strong></p>
<p>W tej kwestii nic się nie zmieniło (<em>śmiech</em>). Nadal jestem wariatem. Będę szokował i łamał konwenanse. Żyjemy w państwie, w którym trzeba to robić, bo inaczej grozi nam katolickie zapierdzenie.</p>
<p><strong>A propos. Słuchasz czasami Radia Maryja?</strong></p>
<p>Tak, dla rozrywki (<em>śmiech</em>). Kiedyś na studiach wzięliśmy kwasa i przypadkowo włączyliśmy Maryję. Myśleliśmy, że umrzemy. Najgorsze było to, że nikt nie mógł wstać i wyłączyć radia. Dodatkowo oglądaliśmy <em>Egzekucję</em>, ostatni rozdział o zbrodniach Saddama Husajna. Jest pokazane wszystko &#8211; jak wiążą faceta, jak kopią mu dół, jak go tam wsadzają, aż w końcu pojechanie z kałasza, raz, drugi, szczęka mu wisi, trzeci, czwarty&#8230; To było straszne. Od tego momentu nie słucham Radia Maryja i wiem, że zabijanie jest złe. Kwasy też.</p>
<p><strong>Jakim facetem jest Bogusław Wołoszański?</strong></p>
<p>(<em>Dłuższe milczenie, potem śmiech</em>). Wydaje mi się, że on nie do końca szanuje aktorów. Traktuje ich raczej jako gatunek niższy. Ale nie dziwię się. Czasem tak szaleliśmy z Jankiem Fryczem (<em>na planie &#8222;Tajemnicy szyfrów&#8221; &#8211; przyp. aut.</em>), że chyba miał nas serdecznie dosyć. Jest człowiekiem bardzo wykształconym, z ogromną wiedzą. Stateczny, spokojny pan. Sprawdza się jako historyk i biznesmen. Pozbawiony szaleństwa, ale gdzieś tam może w nim to szaleństwo drzemie, skoro ma Porsche Cayenne.</p>
<p><strong>Były jakieś spięcia na planie?</strong></p>
<p>Trochę było. Kompletne zadupie, sami faceci. Mocno imprezowo było.</p>
<p><strong>Wołoszański jest imprezowy?</strong></p>
<p>Nie. To jest pan, który woli dobry koniaczek i cygarko. Po prostu, tak jak przystoi w jego wieku&#8230;</p>
<p><strong>Też taki będziesz?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Pewnie nie.</p>
<p><strong>Ostatnio pracowałeś też ze Stanisławem Tymem. Jakie wrażenia?</strong></p>
<p>Jak go widzę, to mi się od razu twarz rozjaśnia. Już coś cię śmieszy, a jeszcze nie wiesz co. Genialny facet, który ma dystans do siebie i do świata. Mogę wam zdradzić, że sam się do <em>Rysia</em> zgłosiłem. Że jakby coś było, to ja z chęcią. Nawet najmniejszy epizod. I udało się. Gram między innymi z legendarnym Jarząbkiem, czyli Turkiem. Świetna zabawa. A do tego mam świadomość, że film będzie cholernie śmieszny i obejrzy go pewnie pół Polski.</p>
<p><strong>A <em>Job </em>jest śmieszny?</strong></p>
<p>Tak. Ale to kompletnie inne poczucie humoru i inny sposób budowania fabuły filmowej, bliższy w formie raczej Latającemu Cyrkowi Monthy Pytona.</p>
<p><strong>Dlaczego nie zagrałeś u Muchy w <em>Nadziei</em>?</strong></p>
<p>Bo podobno przez ostatnie półtora roku zmieniłem się fizycznie i nie pasuję do roli. Zestarzałem się. Głupie tłumaczenie.</p>
<p><strong>Zagrałeś kiedyś coś w obcym języku?</strong></p>
<p>Już dwa razy przeszło mi to koło nosa. Pierwszy film miał być po czesku. Przyjechał do nas reżyser Jiři Svoboda, który szukał młodych aktorów. Wygrałem casting, byłem już w Czechach, przymiarki, kostiumy, te sprawy. Genialny scenariusz: historia dwóch kolesiów, którzy dla pieniędzy zabijali ludzi, wsadzali ich w beczki z kwasem, a potem zrzucali je z tamy. Ja miałem być jednym z nich, tym najbardziej bezwzględnym, ale prowadzącym cudowne życie rodzinne, skurwielem (<em>śmiech</em>). Autentyczna historia z końca lat 80. Byłem bardzo podniecony, ale producent pięć dni przed zdjęciami tak pokłócił się z reżyserem, że nic z tego nie wyszło. A drugi film był szwedzki, tak samo wygrałem casting, ale obowiązki w <em>Oficerze</em> nie pozwoliły mi na ten kameralny projekt. Miałem grać ze szwedzką gwiazdą Tuvą Novotny. Film był po angielsku. Żałuję, bo była to super historia. Do Szwecji przyjeżdża sezonowy pracownik budowlany i zakochuje się w dziewczynie. Przeciwieństwo Albercika (<em>filmowy bohater, którego Szyc gra w &#8222;Symetrii&#8221; &#8211; przyp. aut.</em>).</p>
<p><strong>Skoro Albercik, to nie mogło zabraknąć tego pytania. Co prywatnie myślisz o pedofilach? <em>Symetria </em>wskazuje drogę?</strong></p>
<p>Pierwsza reakcja &#8211; upierdolić. Ale nie zrobiłbym tego, co w tym filmie. Choć nie wiem, bo gdybym zobaczył, że ktoś gwałci moje dziecko albo gwałci żonę, to bym go zabił. I wylądował w więzieniu. Są jednak sytuacje, kiedy sprawiedliwość trzeba wziąć w swoje ręce.</p>
<p>(<em>A raczej NIEsprawiedliwość. Wisła traci punkty. Bentley. 89 minuta. Po meczu</em>).</p>
<p><strong>Byłeś laureatem olimpiady geograficznej. Chcemy cię przetestować.</strong></p>
<p>Specjalizowałem się w Australii i Oceanii.</p>
<p><strong>Ale pytanie dostaniesz z Ameryki Południowej. Jak nazywa się najwyżej położona stolica?</strong></p>
<p>Kurwa. Nie wiem.</p>
<p><strong>La Paz.</strong></p>
<p>Czekajcie, i ja was zagnę. Jaka ryba wypluwa swoje wnętrzności, jak się przestraszy?</p>
<p><strong>Nie wiemy.</strong></p>
<p>Strzykwa. Łyso wam?</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong>Charakterowo</strong>:</p>
<p>Jestem nieoryginalny w swojej męskości, czyli apodyktyczny. Uważam, że zawsze mam rację.</p>
<p><strong>Imprezowo</strong>:</p>
<p>Nie lubię jak na imprezie jest tłok. Jest za dużo dziewczyn i nie wiem, za kim się rozglądać.</p>
<p><strong>Środowiskowo:</strong></p>
<p>W moim środowisku szybciej dochodzą do mnie różne ploty na mój temat, obgadywania, obrabiania dupy i tym podobne.</p>
<p><strong>Wydmuszkowo:</strong></p>
<p>Szczuka powiedziała mi, że jest tylko wydmuszką medialną. I rzeczywiście jest inna &#8222;na żywo&#8221;. W kraju, w którym większość ludzi to półgłówki; w którym słowo pisane zanika i wszyscy mają dysleksję albo dysortografię, należy szanować takie osoby.</p>
<p><strong>Narcyzowo:</strong></p>
<p>Wojewódzki nie jest kabotynem, tylko zadufanym narcyzem.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tomasz Stańko</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/tomasz-stanko/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/tomasz-stanko/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 18 Feb 2010 09:39:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Stańko Tomasz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=425</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2006 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Szymon Szcześniak &#8211; Umówił się pan z nami w dniu swoich urodzin… Dla mnie to taki sam dzień, jak każdy inny. Ale dla nas okazja, żeby złożyć życzenia. Mamy dla pana prezent od redakcji – album z najlepszymi dziewczynami Playboya. Fiu, fiu… Dziękuję. Życzymy stu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-430" title="Tomasz-Stanko" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Tomasz-Stanko.jpg" alt="Tomasz-Stanko" width="350" height="230" /></strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 10, 2006</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.szymonszczesniak.com/">fot. Szymon Szcześniak</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Umówił się pan z nami w dniu swoich urodzin…</strong></p>
<p>Dla mnie to taki sam dzień, jak każdy inny.</p>
<p><strong>Ale dla nas okazja, żeby złożyć życzenia. Mamy dla pana prezent od redakcji – album z najlepszymi dziewczynami Playboya.</strong></p>
<p>Fiu, fiu… Dziękuję.</p>
<p><strong>Życzymy stu lat z nadzieją, że lubi pan sobie popatrzeć.</strong></p>
<p>No pewnie. Wiadomo, nagie kobiece ciało to najważniejsza rzecz na świecie. Pamiętam, że nie chciało mi się wierzyć w opowieści o tym, że mężczyźni myślą o seksie kilkanaście razy na minutę, ale po dłuższym zastanowieniu i zanalizowaniu samego siebie zmieniłem zdanie (<em>śmiech</em>). Przecież każdą kobietę taksuje się na okoliczność seksu. Mimowolnie. Nawet tę nie najładniejszą, którą po prostu taksuje się na minus. Każdy facet lubi sobie popatrzeć.</p>
<p><strong>Ale z naszych doświadczeń wynika, że nie każdy się przyznaje.</strong></p>
<p>Jak można się nie przyznawać!?</p>
<p><strong>Wiemy, że szczególnie lubi pan kobiety wysokie. A potrafi pan poznać wzrost na zdjęciach?</strong></p>
<p>To jest problem, cholera. Ciężko się zorientować. Ale wydaje mi się, że większość tych modelek jest jednak wysoka. Takie są teraz tendencje. Dzisiaj większość pięknych kobiet, to kobiety duże. Ładne maluszki nie robią wielkich karier. Oczywiście zdarzają się w show-biznesie malutkie i pakowne, ale niezmiernie rzadko. Ja lubię kobiety duże, ale wzdłuż nie wszerz. Typowe chłopczyce, z małymi biodrami. Tylko moja pierwsza narzeczona była malutka. Skończyło się straszną kłótnią i szybkim rozstaniem, choć miłość była bardzo intensywna. Potem kręciły się wokół mnie kobiety postawne. Ale to podobno naturalne, że mali lubią duże, a duże lubią małych. Tak więc preferuję typowy układ (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czyli jest pan zwolennikiem „wieszaków”?</strong></p>
<p>O, zdecydowanie tak. Szczególnie tych z pomnożonym biustem. Teraz jest taka moda, że nawet kobiety z małymi piersiami podnoszą swoje lekkie wzgórki, by wydawało się, że są duże. Wraca barok (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że woli pan kobiecą publiczność…</strong></p>
<p>Nie do końca, ale na kobiety w trakcie koncertu lepiej się patrzy. Dziewczyny koncertom dodają prestiżu. Zawsze instynktownie wypatruję lasek kręcących się wokół sceny. Miles Davies powiedział, że jeżeli na twoje koncerty nie przychodzą piękne kobiety, to lepiej przestań grać. I coś w tym jest, naprawdę. Poza tym kobiece imiona są najlepsze do tytułowania utworów. Bezspornie.</p>
<p><strong>A czy fanki bywają uciążliwe?</strong></p>
<p>Ja osobiście tego nie doświadczyłem, ale mój amerykański kolega niedawno osiwiał dzięki takiej jednej Polce. Zakochane fanki, jak widać, bywają niebezpieczne.</p>
<p><strong>Podrywał pan kiedyś na trąbkę?</strong></p>
<p>Oczywiście! Trąbka, ustnik, język… Pierwszorzędne skojarzenia! Muzycy zawsze podrywają na swoje instrumenty i swoją muzykę. Największe wzięcie mają kontrabasiści. Wielcy, silni mężczyźni z olbrzymimi łapami. Myślę, że muzycy mają bardzo dobrą reputację u kobiet. Ale prawdziwe tabuny przewijają się wśród rockmenów. Tamci dopiero mają życie, nie to co my, jazzmeni (<em>śmiech</em>). W rockowym świecie kręci się modelka za modelką. Ciężko przecież powiedzieć coś złego o Kate Moss.</p>
<p><strong>To jednak już ekstremalny wieszak…</strong></p>
<p>Ale dobry!</p>
<p><strong>Kiedyś porównywał pan swoich młodych muzyków do swoich młodych partnerek życiowych.</strong></p>
<p>No właśnie. Porównywałem. Dzisiaj zostali mi już tylko młodzi muzycy. Po koncercie przychodzą młode dziewczyny, które mówią, że mnie szanują, respekt, te sprawy, ale po wszystkim idą z młodymi (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wielokrotnie przyznawał pan, że lubi pop. Podoba się panu Madonna?</strong></p>
<p>Jako kobieta niespecjalnie. Choć wolę ją teraz niż kiedyś. Jako artystka natomiast podoba mi się szalenie. Bardzo umiejętnie dba, żeby jej muzyka miała jak największy zasięg. Jest średnią wokalistką, z czego zdaje sobie doskonale sprawę, ale jej wideoklipy, spektakle &#8211; dzięki niewiarygodnie silnej osobowości &#8211; robią wrażenie. Poza tym Madonna od lat dobiera sobie najlepszych producentów, a to jest wielka, wielka sztuka.</p>
<p><strong>Podobno nie odrzuca pan żadnego stylu muzycznego. Nie chce nam się wierzyć.</strong></p>
<p>Naprawdę. Dla mnie nawet disco polo jest dobre, jeżeli trzyma odpowiedni poziom gatunkowy. Jeżeli coś jest z natury koszmarne, ale na wysokim poziomie – doceniam to. Nie lubię operetki, ale potrafię podziwiać śpiewaków. Nie oceniam muzyki pod kątem gatunków. Liczy się tylko poziom, level wykonania.</p>
<p><strong>Nikt pana nie obrzydza?</strong></p>
<p>Na tych, którzy mnie obrzydzają, nie patrzę i ich nie słucham.</p>
<p><strong>Często zarzucano panu, że jest snobem?</strong></p>
<p>Bywało. Bo jestem wyniosły i dobrze się ubieram. Nic nie poradzę na to, że mam ptasią naturę i lubię się stroić w piórka.</p>
<p><strong>To już wiemy, dlaczego hodował pan ptaki.</strong></p>
<p>Nie wiem, czy hodowałem. Raczej zbierałem. To mi się zdarzało w okresach nie do końca kontrolowanych, nazwijmy je okresami peruwiańskimi (<em>śmiech</em>). Odczuwałem przemożną chęć kupienia kolejnego ptaka. Dorobiłem się całej masy wróbelkowatych, papug, nawet przepiórek japońskich. Razem z kilkadziesiąt sztuk. Najgorsze były nimfy. Tak głośno gwizdał jeden samiec, że mury walił, pierdolony. W pewnym momencie straciłem nad tą całą menażerią kontrolę. Pootwierałem klatki i zostawiłem cały pokój do dyspozycji, zwiozłem im nawet piasek i duży pień drzewa. Po jakimś czasie przepiórki ganiały już po całym mieszkaniu, a część ptaków w ogóle pouciekała. Zacząłem rozdawać. Ostatnią parę nimf dałem Korze.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że ma pan niewielu przyjaciół wśród polskich, tak zwanych, gwiazd estrady. Dystansuje się pan od artystowskiego establishmentu?</strong></p>
<p>Totalnie się dystansuję. Zawsze zresztą tak robiłem, nie manifestacyjnie, ale konsekwentnie. W modnych miejscach nie bywam. Nie lubię tandetnej, snobistycznej atmosfery. Jestem typem samotnika. Na rauty nie chodzę. Zaproszenia zbywam, odmawiam do skutku. Po jakimś czasie przestają przysyłać (<em>śmiech</em>). Ale na przykład bardzo dobrze mieszka mi się obok pana Wojewódzkiego i pani Muchy.</p>
<p><strong>Mieszkają tu obok?</strong></p>
<p>Nie, na Rozbrat. Tam mam drugie mieszkanie i z balkonu widzę balkon pana Kuby. Któregoś razu miałem to szczęście, że rano stałem w oknie, kiedy pani Mucha w negliżu wybiegła szybciutko na balkon zdjąć ze sznurka wyprane majteczki. Myślała, że nikt nie widzi. Prześliczna niewiasta. Wymieniliśmy później z panem Kubą parę zdań na ten temat (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na Rozbrat też pan mieszka sam?</strong></p>
<p>I chwała Bogu. Dla innych. Kiedyś mieszkałem z moją dziewczyną, Małgosią, ale ponieważ ona jest workaholic, a ja egocentryk i egoista nieznoszący sprzeciwu, zamieszkaliśmy oddzielnie. Szczerze mówiąc, jestem prawym człowiekiem, ale bardzo ciężkim we współżyciu.</p>
<p><strong>Kiedyś powiedział pan, że można być złym człowiekiem i wielkim artystą. Myśleliśmy, że to o sobie.</strong></p>
<p>Na pewno nie. Uważam się oczywiście za dobrego człowieka. Ale ilekroć to mówię, moja Małgosia wybucha perlistym śmiechem.</p>
<p><strong>A zapowiadał się pan całkiem dobrze… W dzieciństwie był pan ministrantem.</strong></p>
<p>Byłem, a jakże! Ale szybko przestało mi się podobać. Wystarczyło, że z innymi ministrantami zapaliłem pierwszego papierosa i wypiłem ze szklanki pierwsze wino. Wtedy przestałem wierzyć, a niedługo potem przeszedłem na tę drugą, używkową stronę życia. Jestem ekstremistą i zawsze wybieram radykalne rozwiązania.</p>
<p><strong>Mówił pan, że miał sporą przyjemność z bycia młodym, a dzisiaj?</strong></p>
<p>Mam sporą przyjemność z bycia starym. Oby tylko trzymać kondycję. Starość ma swoje wspaniałe strony. Przede wszystkim spokój.</p>
<p><strong>I gdzie tutaj ekstremizm?</strong></p>
<p>Teraz jestem na etapie „czystość”. Zero używek, joga i te sprawy.</p>
<p><strong>C</strong><strong>zyli etap anielski. Bo jak się przegląda pana zdjęcia z różnych lat, to momentami widać na nich Lucyfera. Jakby wręcz fizycznie nabierał pan diabelskich cech.</strong></p>
<p>Nie oszukujmy się. Moja ciemna strona duszy była kiedyś silniejsza. Czułem na przykład, że muszę ruszać. Niemal namacalnie otwierałem drzwi do innego wymiaru. Zaczynałem od zakładania kolorowej chustki na głowę. Małgosia wtedy cierpła. Chustę wiązałem pod brodą, wkładałem jeszcze kapelusz, brałem czarną dyplomatkę, do tego podarte dżinsy i białe buty. Po kieszeniach chowałem noże, tasaki, bryły haszyszu, jakieś flaszki i ruszałem na miasto na parę tygodni.</p>
<p><strong>A wracał pan też przez drzwi?</strong></p>
<p>Tego już nie pamiętam (<em>śmiech</em>). Często miałem drobne uszkodzenia ciała, raz złamany obojczyk. Potem tylko mi donosili, że widzieli mnie na Pradze wśród mętów i nie wyglądałem najlepiej. W takich podróżach też trzeba mieć szczęście. Taki Woody Shaw nie miał. Był genialnym trębaczem. Miał bardzo słaby wzrok i skłonność do uzależnień. Pewnego razu zatoczył się na peronie metra, wpadł pod pociąg i ucięło mu prawą rękę. Nie mógł już grać.</p>
<p><strong>Powtarza pan, że jest twardym kolesiem. A czy wśród jazzmenów zdarzają się kłótnie, zakończone bójkami?</strong></p>
<p>O, nie! Ja jestem naprawdę bardzo słaby fizycznie. A praktycznie rzecz ujmując – nigdy w życiu się nie biłem. Chociaż jako sześciolatek byłem nawet w ulicznym gangu i to na wysokiej pozycji. Raz tylko musiałem udowodnić, co jestem wart. Kazali mi pierdolnąć cegłą w szybę samochodu. Lata pięćdziesiąte &#8211; samochód to było coś! Pamiętam, że zrobiłem to zupełnie na zimno. Jak Zidane (<em>śmiech</em>) (<em>Tomasz Stańko nawiązuje do finałowego meczu ostatnich Mistrzostw Świata w piłce nożnej – przyp. red.</em>) Zaraz jednak z kamienicy wyskoczył właściciel. Ależ ja spierdalałem! Chyba tamtym czynem na dobre ustabilizowałem swoją pozycję w grupie i nasz herszt Tadek, który potem spędził wiele lat w więzieniu, jak było trzeba, bił się za mnie.</p>
<p><strong>Czyli mistrz nie dostał nigdy w trąbę?</strong></p>
<p>Raz. Z tyłu, na Plantach. Zanim się odwróciłem, oni uciekli. Na szczęście nie skopali.</p>
<p><strong>Gdyby pan nie był harcerzem, zostałby w ogóle trębaczem?</strong></p>
<p>Nie wiem. Trudno powiedzieć. Po podstawowej szkole muzycznej uparłem się, że nie chcę dłużej grać muzyki klasycznej i że pójdę do zwykłego ogólniaka. Skrzypce mi nie pasowały, fortepian też. Właściwie dla muzyki uratowała mnie trąbka, zwykła harcerska sygnałówka. A także wsparcie ojca. Przyszedł na jeden z moich pierwszych solowych koncertów. Za kulisami mi pogratulował. Powiedział, że to co robię, jest świetne. A wiedział, co mówi. Był skrzypkiem, a siostra pianistką. Na co dzień tata pracował jako zawodowy sędzia, ale był też profesjonalnym muzykiem. Swego czasu przyjęto go na skrzypce do krakowskiej opery. Siostra była równie dobra, grała  raz pod Maksymiukiem, który mówił, że jest świetna. Zjadła ją jednak trema. Nie wszyscy potrafią sobie z tym radzić. Powiedziałbym nawet, że większość nie potrafi.</p>
<p><strong>Dlaczego pańska córka nie idzie w ślady ojca?</strong></p>
<p>Ania ma dzisiaj do mnie pretensje, że kiedy zaczynała, ja machałem ręką i mówiłem: „a, co ty tam grasz…”. Ją ciągnęło do hip-hopu. Dopiero z czasem zrozumiałem, że ma te same predyspozycje co ja. Szukała awangardy.</p>
<p><strong>Pan, który dostał wparcie od ojca, zachował się tak wobec własnej córki?</strong></p>
<p>No, tak (<em>śmiech</em>). Ale trzeba być twardym. Powinna powiedzieć: „fuck you, ojciec” i robić swoje.</p>
<p><strong>Mówi pan: „Skończyły się czasy wielkich geniuszy: Bachów, Mozartów, Picassów…”. Dlaczego?</strong></p>
<p>Bo coraz więcej ludzi ma szanse zaistnieć. Geniuszy zrobiło się na pęczki. Jak przy takim nadmiarze zrobić selekcję? Jak dotrzeć do wszystkiego, co odkrywcze i nowatorskie? Nie da się. Jak zostać geniuszem na miarę starych mistrzów, kiedy za dwa tygodnie rodzi się już nowy geniusz? Jest takie przyspieszenie, że kultura po prostu kipi i już nikt jej nie ogarnia. Dziś każdy inteligentny człowiek może być artystą. A ludzi przecież jest coraz więcej. Globalizacja zabiła geniuszy.</p>
<p><strong>Ale jest też błogosławieństwem dla artystów niszowych.</strong></p>
<p>Racja. Dzisiaj już nie tylko nie sposób zapoznać się z twórczością choćby dziesięciu procent muzyków, dziś nie sposób nawet spamiętać wszystkich gatunków muzycznych. A ciągle powstają nowe. Jedne zyskują większą popularność, inne mniejszą. Hip-hop na przykład przeciągnął na swoją stronę wielu ludzi świata jazzu. I może się zdawać, że jazz jest na wymarciu. Wszystko kiedyś się skończy, więc muzyka klasyczna i jazz umrą jak umarły wielkie cywilizacje. Na razie jednak nisze mają się świetnie, a my jesteśmy wciąż rozpoznawalni. Jadę w Nowym Jorku taksówką z Cecilem Taylorem, taksiarz się odwraca i nawet nie pyta, tylko się upewnia: „Are you jazzmen?”. Od razu poznał. Po ubiorze i zachowaniu.</p>
<p><strong>A jak wyglądają jazzmeni w Nowym Jorku?</strong></p>
<p>Starsi panowie, dziwacznie ubrani, ale przy tym szalenie elegancko, prowadzący jakieś niezrozumiałe, intelektualne rozmowy (<em>śmiech</em>). Cecil, ten to się dopiero ubiera! Podczas trasy nosił taki stylowy myśliwski kapelusik z dziurką w rondzie, jakby od kuli. I on przez tę dziurkę oglądał ludzi. Nie dość, że patrzył spode łba, to jeszcze przez dziurę w rondzie. A spod kapelusika wystawały mu pojedyncze dreadlocki. Model po prostu.</p>
<p><strong>„</strong><strong>My, Polacy, zawsze mieliśmy tendencję do wywyższania się”. Zastanawia nas, czy tak właśnie wyglądają Polacy z perspektywy człowieka odnoszącego światowe sukcesy.</strong></p>
<p>Jesteśmy zakompleksieni i próbujemy nadrabiać zadzierając nosa. To widać aż nazbyt wyraźnie. Dla mnie jest to i przykre, i męczące. Ale tacy już jesteśmy. Mamy taki układ…</p>
<p><strong>Układ rządzący?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). To też. Ale proszę zwrócić uwagę, ile my mamy lat jako społeczność? Tysiąc. A jeśli odjąć zabory i jeszcze bardziej niszczący społeczeństwo PRL, to przecież jesteśmy zapóźnieni o parę setek lat w stosunku do Anglików na przykład. To wbrew pozorom jest realna różnica. I tego nie da się nadrobić z dnia na dzień. Musi nastąpić ewolucja, a ona z natury jest powolna. Jak sobie to uświadomimy, to przestaniemy też zadzierać nosa. A nam ciągle Somosierra w głowie. Czym tu się chwalić? Że po pijaku, z szablą? Żadna sztuka. Dziś nawet łatwiej. Co to mało takich, co po wzięciu cracka wychodzą na ulice, żeby zatrzymać ciężarówkę? Trzeba się wreszcie uwolnić od tej Somosierry. Uznać za symbol, owszem, ale się z nim nie obnosić.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że pan lubi symbole polskiej martyrologii. Napisał pan muzykę na otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego.</strong></p>
<p>Nonsens absolutny. Martyrologii nie cierpię. Przeciwnie, bardzo się cieszę, że Powstanie zaczyna się odbrązawiać. I że na przykład na otwarcie muzeum nie organizuje się drętwej uroczystości, ale zaprasza jazzmana.</p>
<p><strong>Który jest posiadaczem Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski…</strong></p>
<p>Niewątpliwie jest to powód do dumy. Ale nie wolno przesadzać, są ważniejsze rzeczy w życiu.</p>
<p><strong>A jak zapamiętał pan samą ceremonię wręczania?</strong></p>
<p>Pamiętam, że tylko ja i Korzeniowski mieliśmy ładne buty… Proszę się nie śmiać. Zawsze zwracam uwagę na buty.</p>
<p><strong>A jak pańskie kolana?</strong></p>
<p>Staram się biegać po miękkim, więc całkiem nieźle. Chociaż ostatnio po kilku asfaltowych przebieżkach zaczynały już niedomagać. Niestety ostatnio zarzuciłem swoje poranne ablucje, na które składały się joga, bieganie, rowerek, ćwiczenia oddechowe i granie na trąbce. Ale nie na długo.</p>
<p><strong>Czym pańskie wyćwiczone płuca różnią się od naszych?</strong></p>
<p>Prawdopodobnie niczym, bo trębacze używają do grania przepony. Dmuchanie z płuc kończy się zazwyczaj rozedmą. Za to na pewno mam o wiele silniejsze usta od panów. Ćwiczy się je tak, żeby utrzymywać precyzyjnie szparkę, od której zależy wszystko: dźwięk, jego rodzaj i siła. Mam bardzo silnie zbudowane mięśnie ust.</p>
<p><strong>Pewnie nieustannie powtarza pan to kobietom?</strong></p>
<p>Napiszcie, że się zaczerwieniłem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na pana stronie internetowej znaleźliśmy wpis: „brak pozytywnych emocji, podziwiam kunszt, ale się dołuję…”. Nie wszyscy jednak pana uwielbiają.</strong></p>
<p>Dobrze, że napisał szczerze. Lubię tych przekornych. Nie ma co ukrywać, moja muzyka jest pełna natręctw. Można powiedzieć, że jestem człowiekiem o skłonnościach maniakalno-depresyjnych. W związku z tym, wmuszam ludziom tę maniakalno-depresyjną muzykę. Ale taka jest moja rola, bo taka jest rola artysty. Zmusić publiczność do uznania go wielkim. Gdyby nie robił tak Picasso, to jego obrazy byłyby po prostu bohomazami. A on złapał publiczność twardo za kark i nagiął do swojej sztuki. Naciskał tak skutecznie, że w końcu wszyscy musieli paść na kolana i ogłosić go geniuszem. Cieszę się, że ten ktoś tak napisał o mojej muzyce. O to mi chodziło. Zmusiłem go do słuchania, do zajęcia stanowiska. To jest mój sukces.</p>
<p><strong>Krakowski Przewodnik Jazzowy z kolei podaje, że pana muzyka jest odzwierciedleniem filozofii egzystencjalnej…</strong></p>
<p>(<em>Wybuch śmiechu</em>). Dlatego zostałem muzykiem, żeby posługiwać się językiem abstrakcji, żeby nie musieć jednoznacznie interpretować niczego. Oczywiście słucham z przyjemnością takich recenzji, ale nie przywiązuję do nich najmniejszej wagi. Jak gram, to nie myślę o niczym. A już na pewno nie o egzystencjalnych filozofach.</p>
<p><strong>To może o sporcie? Jest pan kibicem?</strong></p>
<p>Tylko w przypadku wielkich imprez. Bo wszyscy oglądają i komentują, a ja lubię przypatrywać się kulturze masowej. Ale mam cechę, która właściwie nie pozwala mi pasjonować się większością dyscyplin. Nie lubię walczyć, nie lubię rywalizacji – w ogóle mnie to nie rusza. Dlatego kibicuję tylko sportom ekstremalnym, w których pokonuje się samego siebie. To jest super! To mnie rajcuje! Rywalizacja z samym sobą na skaczących rowerach, na bungee… Chętnie bym spróbował czegoś takiego.</p>
<p><strong>A polityki by pan nie spróbował?</strong></p>
<p>Za delikatny jestem na politykę. Naprawdę.</p>
<p>&#8212;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Tomasz Stańko o:</p>
<p>Nałogach</p>
<p>Mam skłonność do uzależnień. Przez całe życie uzależniałem się obficie. Ponieważ jest to niebezpieczne hobby, zatrudniam specjalistę, z którym konsultuję te sprawy.</p>
<p>Jak jeszcze używałem życia, to zawsze potrafiłem znaleźć dilera w obcym mieście w ciągu najwyżej paru minut. Mam do tych spraw nosa.</p>
<p>Dźwiękach</p>
<p>Muzyka jest jak seks. W głowie cały czas kłębią się natręctwa.</p>
<p>Muzyki nie można dzielić na łatwą i trudną, tylko na absorbującą i mniej absorbującą.</p>
<p>My muzycy nie musimy być mądrzy. Tak jak piłkarze.</p>
<p>Znam świetnego polskiego basistę, który jak gra, z lubością wpatruje się w sygnet na małym palcu.</p>
<p>Filmie</p>
<p>Aktorstwo to dla mnie najtrudniejsza rzecz na świecie, jak najdalsza od moich talentów.</p>
<p>Polskiej tradycji</p>
<p>Podziwiamy Kmicica i jego wachmistrza Soroka, który „w słusznej sprawie” wyśmienicie nabijał na pal. Przecież on to musiał lubić! Sadysta pierdolony.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/tomasz-stanko/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kayah</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/kayah/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/kayah/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 17 Feb 2010 14:00:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Kayah]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=129</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2009 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Krzysztof Opaliński &#8211; Kiedyś powiedziałaś: „Staram się postępować tak, jak bym chciała, żeby świat postępował ze mną”. Jak więc postąpisz z nami? Przyjaźnie, choć wszyscy mnie wami straszyli. Że jesteście ostrzy i że to będzie jazda „na dwa baty” (śmiech). Podobno jesteście też zaczepni. Ale [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-226" title="Kayah" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2009/12/Kayah.png" alt="Kayah" width="350" height="227" /></strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 10, 2009 </strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot.  Krzysztof Opaliński</p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Kiedyś powiedziałaś: „Staram się postępować tak, jak bym chciała, żeby świat postępował ze mną”. Jak więc postąpisz z nami?</strong></p>
<p>Przyjaźnie, choć wszyscy mnie wami straszyli. Że jesteście ostrzy i że to będzie jazda „na dwa baty” (śmiech). Podobno jesteście też zaczepni. Ale ja lubię zaczepki.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że odpowiesz, że postąpisz z nami tak, jak my z tobą&#8230; Czyli, że będziesz przez najbliższe trzy godziny rozbierać nas wzrokiem.</strong></p>
<p>Oj, na to jeszcze za wcześnie. Nie jestem w formie. Umówmy się, że dam wam znać, jak już będę.</p>
<p><strong>I co wtedy? Twój trzeci pictorial  w PLAYBOYU?</strong></p>
<p>Kto wie? Jak się dobrze ze sobą poczuję&#8230; Ostatnimi czasy trochę się pochorowałam i niestety nie wszystko w moim organizmie funkcjonuje tak, jak powinno. Ciężko pracuję, żeby było lepiej. A jak już będzie, to może kolejną sesją zamknę gęby tym, którzy wypisują o mnie bzdury.</p>
<p><strong>Czytasz o sobie wszystko?</strong></p>
<p>Oczywiście, że nie. Od tego przecież można by zwariować. To jest trucizna. Poza tym mnie nie obchodzi spełnianie oczekiwań innych ludzi. Nie na tym polega prawdziwa wolność. Ustanowiłam w domu zakaz wnoszenia brukowców i powtarzania jakichkolwiek plotek, ale jakieś rykoszety zawsze dochodzą. W końcu przecież żyję normalnym życiem, chodzę po mieście, robię zakupy itd. Ostatnio ludzie przyglądają mi się porównując rzeczywistość z plotką o operacjach plastycznych, które rzekomo miałam sobie zrobić. I na kim się tu zemścić?</p>
<p><strong>Z rozkoszą udostępnimy ci nasze łamy, żebyś mogła dokonać nagiej zemsty.</strong></p>
<p>Nagość i zemsta? Raczej nie idą w parze. Cytując księdza Twardowskiego, jest różnica między tym, co nagie, a tym, co rozebrane. Nagość jest czymś naturalnym. Pięknym. I ja u was byłam naga, nie rozebrana. Na sesję wybrałam naturalne środowisko brazylijskiej plaży, a nie przydomowy garaż w którym jakoś nie mam w zwyczaju występować w stroju Ewy. W tej chwili jednak trzecia sesja nie jest mi do niczego potrzebna.</p>
<p><strong>Ale możemy donieść naczelnemu, że nie mówisz NIE?</strong></p>
<p>Akurat dla niego nie powinno mieć to znaczenia. Kiedyś, na wakacyjnym wyjeździe, opalaliśmy się naturystycznie. Marcin widział już wiele (śmiech). A i ja nie mało. Poza tym nie wiem czy Playboya byłoby na taką sesję stać&#8230;</p>
<p><strong>Obetnie się nam z wierszówki. Na czasy kryzysu każdy sposób jest dobry. Szczególnie wtedy, gdy tak naprawdę kryzysu nie ma.</strong></p>
<p>Ale wszędzie można się spotkać z konsekwencjami medialnej histerii kryzysowej. Sponsorzy i kontrahenci się wycofują, koncertów gra się mniej, a odwaga w podejmowaniu decyzji jest na  poziomie zerowym&#8230;</p>
<p><strong>Mamy nadzieję, że będziesz odważna i sprawdzisz, czy nas stać.</strong></p>
<p>OK, umowa stoi (śmiech).</p>
<p><strong>Mówisz, że w Polsce mężczyźni cię nie doceniają. Gdzie jest lepiej?</strong></p>
<p>Ze względu na moją karnację i włosy słabość mają do mnie Skandynawowie. A w krajach południowych, arabskich i afrykańskich, facetów kręcą moje jasne oczy. W Polsce natomiast czuję się ostatnio przezroczysta. Kiedyś wymyśliłam takie trzy fraszki: „Bądź tu, bądź nie bądź”, „Lub mnie lub nie lub” i „Wolę nic niż nic”. Jestem w okresie, który najtrafniej opisuje ta ostatnia. Nie lubię bylejakości, miałkości i nie chcę się rozdrabniać. Jestem po prostu na etapie szukania Mr. Righta, bo wszystkich innych już miałam (śmiech). Naprawdę wolę nic niż nic. Mam wymagania, a jeśli nie widzę nikogo, kto mógłby je spełnić, po prostu nie wysyłam fluidów.</p>
<p><strong>Nie widać jednak, żebyś intensywnie „czegoś” szukała. Ostatnimi laty niespecjalnie udzielasz się towarzysko.</strong></p>
<p>Bo zawiodłam się na wielu tak zwanych znajomych. Często myślałam, że ktoś umawia się ze mną, bo chce popić, pogadać, pobawić się, jak za dawnych dobrych lat, po czym okazywało się, że chodziło tylko o wspólne zdjęcie. Powiadomieni paparazzi czekali za rogiem. A kiedy migawki przestawały strzelać, spotkanie natychmiast się kończyło. To nowe zjawisko tabloidyzacji spotkań towarzyskich mocno mną wstrząsnęło i dzisiaj nie chce mi się wychodzić z domu. Nie interesują mnie miałkie i powierzchowne znajomości.</p>
<p><strong>Ale ty sporo wiesz o kabale. Nie musisz zatem nigdzie wychodzić. Możesz sobie sama ulepić Golema na wzór Mr. Righta.</strong></p>
<p>(Śmiech) Dziękuję za pomysł. A o kabale dużo nie wiem. Wiem bardzo niedużo. Uczę się od trzech lat. Ale nie wystarczy czytać książek, by stać się lepszym człowiekiem. Trzeba działać, pomagać innym, dzielić się sobą, dawać przykład własnym życiem. Tylko wtedy można zamknąć gęby tym, którzy ze strachu przed nieznanym krzyczą coś o sekcie.</p>
<p><strong>Ci sami, którzy przez lata wmawiali ci dziecko w brzuch?</strong></p>
<p>Nie wiem. Może ci sami, może inni. Czasem ludzie lubią pokomplikować ci życie, nawet z premedytacją, kiedy sami wiedzą że coś jest wierutnym kłamstwem, ale można na tym zarobić. Sprzedadzą sobie tytuł na twojej krzywdzie. W każdym razie według nich chodziłam w ciąży chyba ze trzy lata, jak słonica. Doszło do tego, że scenariusz programu „Bezludna Wyspa”, w którym zgodziłam się wziąć udział, został oparty na mojej rzekomej nadziei. W ostatniej chwili przed rozpoczęciem programu na szczęście zdementowałam plotkę i dumnie obnosiłam mój płaski brzuch. Wtedy jednak boleśnie do mnie dotarło, że w te głupie bzdury, które wypisują o mnie tabloidy, wierzą po prostu wszyscy. Paranoja. Kiedy przymierzałam sukienkę w Galerii Mokotów, ekspedientka zwróciła mi uwagę, że to nie jest „ciążówka”. Krew mnie zalała. A gdybym naprawdę była w ciąży, zachorowałabym i poroniła? Co wtedy? Czy ktoś poczułby się odpowiedzialny za taką tragedię? Z taką plotką nie ma jak walczyć. Często  publikacje nie są nawet podpisane  nazwiskiem. Chociaż jedynym wyjściem  jest prawne dochodzenie swoich racji, nie zamierzam siadać na fotelu ginekologicznym przed sądem.</p>
<p><strong>Ilu ojców miała ta trzyletnia ciąża?</strong></p>
<p>Zawsze padało na biednego Sebastiana (Karpiela-Bułeckę, lidera zespołu Zakopower – przyp. red.). On jest non-stop pod ostrzałem. Przez te wszystkie historie nie może zaistnieć jako rasowy artysta, którym przecież jest. Tymczasem w kółko piszą o nim „narzeczony Kayah”. A przecież mógłby funkcjonować jako fantastyczny skrzypek i charyzmatyczny leader zespołu. I to abstrachując od jego czy moich życiowych decyzji, które nie są niczyją sprawą. Kiedy publicznie mówi się o uczuciach, rozmienia się je na drobne i odziera z intymności. Nie mam więc zamiaru tłumaczyć się przed nikim, z kim co mnie łączy. Nie można natomiast na bazie jednego zdjęcia ze wspólnych zakupów robić paroletniej jazdy. Niektorym ciężko uwierzyć, że może istnieć coś takiego jak przyjaźń między mężczyzną a kobietą. Że niby zawsze jest podtekst seksualny. Tymczasem ludzie dzielą się na fajnych i niefajnych, głupich i mądrych, a nie na kobiety i mężczyzn. Dla mnie to oczywiste. Odkąd pamiętam, zawsze przyjaźniłam się z facetami.</p>
<p><strong>Nas nie obchodzi z kim się przyjaźnisz i z kim sypiasz. Wolelibyśmy&#8230;</strong></p>
<p>Porozmawiać o płycie.</p>
<p><strong>Dojdziemy i do tego. Na razie wolelibyśmy, żebyś opowiedziała, dlaczego w dzieciństwie byłaś chłopakiem.</strong></p>
<p>Bo chodziłam po drzewach, podpierałam trzepaki, a nawet stałam na bramce – oczywiście dopóki nie dostałam piłką centralnie w nos. Do dzisiaj jestem bardziej Tomb Raider niż ubrana na różowo lola na obcasach. Poza tym ojciec nieustannie utwierdzał mnie w przekonaniu, że moje koleżanki są ładniejsze ode mnie, więc wolałam być ładniejszą chłopczycą, niż brzydką dziewczynką&#8230; relacje z tatą układały się tak sobie. Nie był łatwy, zresztą do dziś twierdzi, że nie dorósł by być ojcem. Szkoda bo ma jeszcze poza mną dwie wspaniałe córki. Ojciec zaszczepił we mnie wątpliwości co do urody i talentu muzycznego. Ale zaszczepił też&#8230; miłość do boksu.</p>
<p><strong>Posłał cię na boks?</strong></p>
<p>Dzięki Bogu, nie! (śmiech). Byłam za to judoczką. Ponieważ równocześnie ze szkołą sportową  uczyłam się gry na pianinie, nie mogłam – jak wszystkie dziewczynki &#8211; być tenisistką. Padło więc na judo. Niezły obciach, co? Nie ma nic gorszego w tym wieku niż dziewczyna na macie, a na niej chłopak.</p>
<p><strong>Pewnie potem kochałaś się w Nastuli.</strong></p>
<p>Nie.  Ze sportowców najbardziej podobał mi się Kozakiewicz. No i Wszoła, z którym teraz się kolegujemy.</p>
<p><strong>Żaden bokser nie wpadł ci w oko?</strong></p>
<p>Niekoniecznie. Z ojcem jednak naprawdę ostro kibicowaliśmy. Obowiązkowo oglądaliśmy wszystkie walki, które były w telewizji. Nigdy nie odpuszczaliśmy turniejów Feliksa Stamma. Nawet teraz, jak jest fajna walka, to siedzę po nocy, żeby ją zobaczyć.</p>
<p><strong>MMA też podnieca cię do tego stopnia?</strong></p>
<p>Nie. Lubię boks, bo to elegancka klasyka. Na walki w klatkach nie mogę patrzeć. Nie dlatego, że są mniej estetyczne niż boks. Ja po prostu zawsze patrzę na tych chłopców jak matka i za bardzo się denerwuję. Wyobrażam sobie, co przeżywają matki, kiedy widzą jak ich synowie są obijani i nokautowani.</p>
<p><strong>A jeśli Roch będzie chciał być fighterem?</strong></p>
<p>Roch? (śmiech). Spokojnie. On jest och i ach&#8230; Nie wyrośnie na zakapiora, bo nie ma zadatków. Zresztą niechby tylko spróbował.</p>
<p><strong>Wyznaczyłaś już granicę, po przekroczeniu której dasz mu więcej swobody?</strong></p>
<p>Na razie nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że sam przechodzi przez ulicę. Wiem, że przełamanie tej bariery będzie mnie potwornie dużo kosztować. Naprawdę nie wiem, jak sobie poradzę. Wiem natomiast, że to coś co stać się musi.</p>
<p><strong>Czy Roch nadal jest żołnierzem?</strong></p>
<p>Już nie. Od jakiegoś czasu jest skejtem. W ogrodzie ma nawet specjalny pipe do ewolucji. Na szczęście widzę, że powoli mu przechodzi. Niedługo zacznie się jakaś nowa zajawka.</p>
<p><strong>Co mówisz małemu skejtowi, kiedy paparazzi nocują pod waszym domem?</strong></p>
<p>Już nie nocują, bo zniknęły krzaki (śmiech). Na polanie, na której gnili w samochodach,  zbudowano osiedle i nie ma się już gdzie chować. Ale wcześniej rzeczywiście obozowali na całego. Dzwoniłam na policję, panowie policjanci ich legitymowali, a potem przychodzili do mnie, pokazywali ich dowody i mówili: „Eeee, proszę pani, oni są tylko fotografami. Nic pani nie zrobią” (śmiech)&#8230; Nieważne. Pogadajmy lepiej o czymś przyjemnym.</p>
<p><strong>Wedle życzenia. Cieszymy się, że w końcu wydajesz płytę. Długo to trwało.</strong></p>
<p>Co nagle, to po diable. Od  czasu „Stereotypu“ dużo się działo. Wydałam pierwszą w Polsce płytę z cyklu MTV Unplugged, miałam mnóstwo koncertów, w Kayaxie wydałam ponad 30 płyt innych artystów. Jak dodacie do tego te wszystkie ciąże i operacje plastyczne no i działalność w sekcie (śmiech), zrozumiecie, że nie próżnowałam. Sama piszę moje piosenki, i żeby były wartościowe muszę coś przeżyć, przemyśleć, mieć refleksje, a to wymaga czasu. „Skała“ jest właśnie refleksyjna. Ci którzy kochali mnie za „Kamień“ będą usatysfakcjonowani. Nie ma tu mizdrzenia się, jest kawał rzetelnej muzyki. Poza tym pamiętajcie, że polski rynek jest mały. Nie widzę powodu, żeby zapełniać go sobą rok w rok. Lepiej, żeby ludzie czuli niedosyt.</p>
<p><strong>O kim jest „Historia”?</strong></p>
<p>O mojej babci, która była samotną, wielką damą. Takim znakiem swoich czasów, bo kiedyś kobiety cierpiały w milczeniu. To bardzo osobista piosenka. Zresztą jak cała płyta. Myślę, że  mam coraz większe prawo do osobistych wycieczek, bo jestem dojrzalsza i więcej „rozumię” (śmiech). Z wiekiem staję się bardziej pogodzona, stąd może tyle ciepła na „Skale“.</p>
<p><strong>„</strong><strong>Skała”, bo jesteś twarda jak skała?</strong></p>
<p>Z wiekiem raczej mięknę. Kiedyś im więcej ludzi było przeciwko mnie, tym mocniejsza się czułam. Wiedziałam, że gram dla wartościowych ludzi i zdanie innych mnie nie interesowało, wiedziałam, że to ja mam rację. Nie wiem, czy dzisiaj bym tak potrafiła. Wtedy byłam mocniejsza niż teraz. Choć do dzisiaj po ataku i pierwszym skuleniu się w sobie, odczuwam przypływ niesłychanej siły. Dlatego nieraz dziękuję moim wrogom. A „Skała” to po prostu nawiązanie do „Kamienia”. I coś jeszcze&#8230;</p>
<p><strong>Kabała?</strong></p>
<p>Kamień odłupany od skały, to wciąż ta sama materia, ta sama skała tylko w innej formie. Tak samo człowiek, stworzony na podobieństwo Boga, ma w sobie nieprzebrane ilości boskiego pierwiastka.  Gdyby większość z nas zdawała sobie z tego sprawę, lepiej traktowałaby innych. Ale otworzyć szerzej oczy nie jest łatwo. Nigdy nie widzimy dużego obrazka, zawsze skupiamy się na małym – naszym. Wierzę, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu, dzieje się po coś&#8230;  Dobra, dość tych mądrości. Ja tylko śpiewam! Nic więcej. Nie silę się na to, żeby być mentorem, czy wzorem do naśladowania. Przecież nie pełnię funkcji publicznej, jestem tylko osobą publiczną. I powinnam być rozliczana tylko z mojej działalności scenicznej. Myślę sobie, że gdybym była 20 lat młodsza i miała dzisiejszą wiedzę, parę razy zastanowiłabym się, czy w ogóle warto występować na scenie.</p>
<p><strong>Żałujesz?</strong></p>
<p>Nie, ale tak zwana kariera pozbawia wolności. Podlegam wiecznym ocenom i nie mogę już funkcjonować jak normalny człowiek. To bardzo obciąża. Ludzie zapominają, że jestem człowiekiem jak oni, podlegam tym samym uniwersalnym prawom, miewam gorsze dni, starzeję sie, choruję i mam chwile zwątpienia.</p>
<p><strong>Z</strong><strong>amiast piosenkarką, mogłaś zostać koszykarką albo sprinterką.</strong></p>
<p>Chciałam być koszykarką. Moja ciocia-trenerka Włókniarza Białystok nawet zabierała mnie na obozy treningowe. Biegałyśmy po 15 kilometrów w śniegu! Byłam jednak najmłodszym, nie zahartowanym w bojach, warszawskim rozpieszczonym lelakiem. Nie miałam w sobie ducha rywalizacji. I tyle. Z biegami było jeszcze prościej. Owszem, byłam szybka. Ale jak dla mnie &#8211; za szybka. Potwornie bałam się upadku. Z tego strachu zamiast na bieżni przyspieszać, zwalniałam.</p>
<p><strong>Wychodzi na to, że od początku byłaś skazana na popularność.</strong></p>
<p>(Śmiech) Marzyłam jeszcze, żeby zostać archeologiem. Śniły mi się zagraniczne wyjazdy. Poza tym Agatha Christie powiedziała, że dzięki temu, że ma męża archeologa, im jest starsza, tym atrakcyjniejsza dla niego. Ja miałabym podobnie ze swoimi facetami (śmiech).</p>
<p><strong>Jak zarobiłaś pierwsze pieniądze?</strong></p>
<p>To było 20 złotych. W wieku 6 lat zamiotłam podwórko pewnemu Podchmielonemu gościowi. Babcia prowadziła kiosk w Białymstoku i kiedy zawiany facet, który przyszedł po papierosy Silesia, zobaczył mnie z miotłą, od razu złapałam fuchę (śmiech). To był mój pierwszy i ostatni zarobek w dzieciństwie.</p>
<p><strong>A jak już dorosłaś?</strong></p>
<p>Pracowałam jako modelka. Kiedyś powiedziałabym „wieszak”, ale to obraźliwe. Sprzedawałam też krawaty&#8230;</p>
<p><strong>Gdzie?!</strong></p>
<p>Na Puławskiej. Tam, gdzie teraz jest restauracja Banja Luka. Znajomy miał w tym miejscu sklep. Krawaty były niby włoskie, ale moim zdaniem raczej chińskie (śmiech). Ważne, że jedwabne. Bardzo lubiłam tę pracę.</p>
<p><strong>Krawaty pewnie do dziś potrafisz wiązać jak nikt.</strong></p>
<p>A właśnie, że nie. Znam tylko pojedynczy węzeł, a dziś wiąże się podwójne. W ogóle teraz w modzie są śledzie, a nie krawaty. Blee&#8230; Nienawidzę ich. Krawat jest piękny tylko wtedy, gdy jest mięsisty. Tomik na przykład ostatnio nosi śledzie. Zupełnie nie w moim guście.</p>
<p><strong>Jako szefowa możesz mu tego zakazać.</strong></p>
<p>(Śmiech) Żadna ze mnie szefowa. W firmie nie bywam. Dzisiaj przyjechałam, bo mam dla wszystkich prezenty z Dubaju, przepraszam &#8211; z Dupaju. Organizacyjne historie są nie dla mnie. Przykładam się tylko do strony kreatywnej i do PR-u. Prawdziwym szefem jest Tomik.</p>
<p><strong>Pamiętasz swoją najmniejszą publiczność?</strong></p>
<p>Oczywiście. Białystok, z zespołem Zgoda. Muzycy pochowali się za głośniki, a ja stałam sama na scenie w jakimś domu studenckim i śpiewałam dla czterech osób. Jak kończyliśmy numer, to ktoś najwyżej zakasłał. Pamięta się takie rzeczy. Podobnie jak koncert na molo w Sopocie, kiedy wyszliśmy po Golden Life. A oni wtedy byli mega na topie. Przez cały nasz koncert publika krzyczała „Golden Life, Golden Life!”. A my nic, tylko dawaliśmy czadu. Totalny, mocny funk. Świetny skład. Ja na klawiszach (śmiech). Publika ciągle: „Golden Life!”.Wreszcie nie wytrzymałam, podeszłam do mikrofonu i krzyknęłam: „Pocałujcie mnie w dupę i tak skończę koncert!”. Powinniśmy się załamać, ale po zejściu ze sceny podbiegł do mnie szef niemieckiego BMG i powiedział, że w życiu nie widział takiej energii. Tak jak już mówiłam – sami nigdy nie widzimy większego obrazka.</p>
<p><strong>A jaki obrazek siebie widziałaś na początku kariery, w latach 80.?</strong></p>
<p>Wysoka, chuda, zakompleksiona dziewczynka. Mimo to, ekipa francuskiego Vogue&#8217;a, która przypadkiem pojawiła się na moim koncercie w Riwierze w 1987 roku, gremialnie się we mnie zakochała. Następnego dnia zrobili ze mną całą sesję. Między innymi jak stoję w miniówie przed Pałacem Kultury i jem zapiekankę. Dla nich zapiekanka to był totalny odjazd (śmiech).</p>
<p><strong>Aż dziw, że nie zabrali cię od razu do Paryża.</strong></p>
<p>Nie dotrzymali obietnicy i nawet nie wysłali zdjęć. Nie miałam pojęcia, jak wyszły. Dopiero parę lat później, na party w Wiedniu, pewien Turek zapytał: „Czy ona się nie nazywa Kayah? Czy ta dziewczyna nie jest z Polski?”. Co się okazało? To był turecki milioner, który w swojej willi nad Bosforem powiesił tylko jeden obrazek. Wycięte z gazety zdjęcie dziewczyny jedzącej zapiekankę przed Pałacem Kultury (wybuch śmiechu). Miał totalną obsesję na punkcie tej fotografii. Kasia Figura opowiadała mi, że dwa lata wcześniej poznała tego mojego wielbiciela w Turcji na festiwalu filmowym. Facet błagał ją o przysłanie mojej płyty. W ogóle nie chciał gadać o nikim innym, tylko o mnie (śmiech). Mały ten świat.</p>
<p><strong>Mogłaś myśleć, że jesteś brzydka, ale na powodzenie nigdy nie mogłaś narzekać.</strong></p>
<p>Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że nigdy nie będę piękną lalunią. Szybko skumałam, że jestem raczej oryginalna i już jako nastolatka robiłam  wszystko, żeby się wyróżniać. Nie miałam ani jednej części garderoby w tym samym kolorze. Nawet buty i sznurówki różniły się kolorami. Do tego rude dredy&#8230; Co te moje włosy wtedy przeżyły!</p>
<p><strong>Jakbyś była facetem zwróciłabyś uwagę na Kayah z lat 80.?</strong></p>
<p>Gdybym była facetem, nie oglądałabym się przede wszystkim za poukładanymi buziami. To nuda budzić się obok takiej poukładanej twarzy. Ja lubię ciekawą, kontrowersyjną urodę. Na przykład szalenie podoba mi się Barbra Streisand.</p>
<p><strong>Jej nos też?</strong></p>
<p>Nos podoba mi się najbardziej (śmiech).</p>
<p><strong>Ciągle marzy ci się zagranie w „Seksie w wielkim mieście” po polsku?</strong></p>
<p>Pewnie. Wiem, że mam talent aktorski, bo powiedział mi o tym wspaniały, nieodżałowany Jan Machulski. Wypatrzył mnie na konkursach recytatorskich. Wierzył we mnie. Niestety mam wadę wymowy. Nie za dobrze mi idzie „r”.</p>
<p><strong>Jak śpiewasz, to nie słychać.</strong></p>
<p>Słychać, słychać. Tylko jak jestem bardzo zdenerwowana to dobrze wymawiam „r” w niektórych słowach (śmiech). A wracając do serialu&#8230; Mam super koleżankę w Londynie. Jak się spotykamy, to robimy sobie taki „Seks w wielkim mieście”. Babskie rozmowy, hasanie po sklepach, knajpy. Cudo. Ona jest Samanthą. Naprawdę (śmiech). Chociaż ostatnio wyszła za mąż, więc nie wiadomo jak będzie.</p>
<p><strong>A ty?</strong></p>
<p>Ja nie wyszłam (śmiech).</p>
<p><strong>Ale kim jesteś?</strong></p>
<p>Chyba Carrie. Ogólnie jednak ostatnio „Seks w wielkim mieście” zaczął mnie denerwować. Jest  potwornie monotematyczny i pokazuje kobietę jako wieczną ofiarę. No i nic nie znaczącą bez mężczyzny u boku. Wciąż za to uwielbiam „Gotowe na wszystko”. Codziennie oglądamy z Rochem jeden odcinek. Kochamy ten serial. Nawet byliśmy w Kalifornii, w miasteczku, w którym go kręcili.</p>
<p><strong>Ty jeździsz z synem na wakacje do Kalifornii. A tata?</strong></p>
<p>Tata zabiera Rocha co roku na „Jebizę” (śmiech). Nie bardzo mi się to podoba. Oprócz tego, że to Sodoma i Gomora, to jeszcze jest tam za dużo pustej energii. Na szczęście wiem, że Roch ma super poczucie humoru i zdrowy dystans do siebie. Po mamie (śmiech). Na przykład oboje ubóstwiamy Borata! Może Roch poznał go nieco za wcześnie, ale nie widzę żadnego złego wpływu. Niedługo pójdziemy na „Brunona”.</p>
<p><strong>Odradzamy. „Bruno” jest genialny, ale stanowczo za ostry jak na 11 lat.</strong></p>
<p>To może najpierw pójdę sama i sprawdzę. Skoro chłopaki z Playboya mówią, że jest za ostro, to coś może być na rzeczy (śmiech). A propos ostrości, mieliście być niby tacy straszni, a zamiast hard core&#8217;u mamy tu niezłą balangę. Macie jakieś cięższe pytania?</p>
<p><strong>Proszę bardzo. Czy to prawda, że kiedyś wisiała nad tobą groźba śmiertelnej choroby?</strong></p>
<p>Tak. Lekarze podejrzewali białaczkę, ale tak naprawdę nikt nie wiedział, co mi jest. Dziś sprawa ucichła, choć zawsze kiedy robię badanie krwi, odbieram wyniki z nerwowym bólem brzucha. Moje kłopoty zdrowotne mają w tej chwili inny charakter. Rok temu zwariowała mi tarczyca. A ja razem z nią. Bezsenne noce, palpitacje serca, nerwowość, brak sił witalnych i przybieranie na wadze od hormonów. Nie sądziłam, że to tak powszechna choroba wsród kobiet. Wspólne dolegliwości jednoczą, świadomość bycia jedną z wielu dodaje otuchy, popycha do działania, dlatego o tym mówię. Moje białaczkowe doświadczenia połączyły mnie z ideą Fundacji Uli Jaworskiej, zaangażowałam się w wiele akcji świadomościowych i profilaktycznych. I tu znów okazuje się, że wszystko jest po coś, tylko my naprawdę nigdy nie dostrzegamy większego obrazka.</p>
<p><strong>Myślałaś kiedyś o emigracji?</strong></p>
<p>Właśnie wykańczam mieszkanie w Brazylii. Jak się wychylę z balkonu, to widzę Ipanemę. Nie przeniosę się tam jednak na stałe, bo jestem niewolnikiem Polski&#8230; Jak ja nienawidzę kochać tego kraju! Tak samo mam z Warszawą. Dam w mordę każdemu, kto powie złe słowo na moje miasto. Warszawa nie jest rajem, jej smutną historię czuć na każdym kroku, ale ja się tu urodziłam i mam prawo narzekać. Bo ją szczerze kocham. Ale innym wara!</p>
<p><strong>Narzekałaś niedawno, że w Polsce kobiety 40-letnie nie czują się atrakcyjne dla mężczyzn. A jak jest w Brazylii?</strong></p>
<p>Tam przede wszystkim nie wyczuwam suczego podejścia kobiet do innych przedstawicielek płci pięknej. Jest jakoś tak siostrzanie. Ludzie kiedy czują się niepewnie, niekomfortowo są wrogo nastawieni do innych. Tam, może z racji klimatu i słońca, wszyscy mają większy luz. Poza tym w Brazylii kobieta w każdym wieku jest atrakcyjna. Wszystko jest kwestią wysyłanych fluidów.</p>
<p><strong>Wysyłasz?</strong></p>
<p>Niestety mam z tym dziś kłopoty. Kiedyś nie miałam.</p>
<p><strong>Dlaczego?</strong></p>
<p>Może to kwestia specyfiki kraju, w którym się żyje? W Polsce ludzie w tak zwanym pewnym wieku nie kokietują się nawzajem, nie doceniają się. Wyjdź na ulicę. Czy poczujesz chemię między mijającymi się ludźmi? Nie bardzo. Myślę, że po prostu tym przesiąkłam i trochę oklapłam. Dlatego lubię wyjeżdżać i zbierać emocje i energię, których tu brakuje. Potem całkiem długo mnie trzyma. W końcu jednak zawsze przychodzi moment, gdy mam dość tego kraju i muszę wyjechać.</p>
<p><strong>Ci, którzy wypisują o tobie niefajne rzeczy, będą mieli kolejną pożywkę &#8211; „Kayah nienawidzi Polski”.</strong></p>
<p>Kocham mój kraj. Kocham go nawet jeśli są w nim podli i ziejący nienawiścią homofobi, antysemici i religijni fanatycy. Czymże są w porównaniu do całej masy dobrodziejstw&#8230; A jeśli coś ci nie pasuje, przyjrzyj się sobie. Ponoć nasze wielkie antypatie, to lustrzane odbicia naszych własnych przywar. Jeśli ktoś mnie oczernia, być może czas się zastanowić czy i ja zawsze jestem sprawiedliwa. Lepiej głęboko poszukać prawdy, niż bronić się tłumaczeniami.</p>
<p><strong>Nie zapominaj o alternatywnej broni w postaci sesji w PLAYBOYU.</strong></p>
<p>Ostatnio tak się skupiłam na duszy, że o ciele myślę znacznie mniej.</p>
<p><strong>A jakie inne ciała najchętniej zobaczyłabyś na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p>Wasze! (Wybuch śmiechu).</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>RODZINNIE:</p>
<p>Moja babcia była kuzynką Gałczyńskiego i Marii Dąbrowskiej, więc z genów mogę być zadowolona (śmiech).</p>
<p>Mój ojciec pięknisiem nigdy nie był, ale zawsze działał na kobiety. Niestety dla mojej mamy.</p>
<p>Zawsze byłam w typie Pocahontas (śmiech).</p>
<p>NAŁOGOWO:</p>
<p>Nie lubię słodkiego smaku. W dzieciństwie jadłam lody, bo inne dzieci jadły. Mam tylko trzy słodkie słabości: creme brulee, panna cotta i sernik.</p>
<p>Kiedyś paliłam, żeby mieć niższy głos. Rzuciłam papierochy, a głos i tak mi się obniżył.</p>
<p>Połowa butelki wina to mój limit dzienny. Więcej nie wolno.</p>
<p>Kiedyś grałam na bębnach. Znowu bym pograła, ale robię strasznie głupie miny, kiedy siedzę za perkusją. To mnie trochę powstrzymuje (śmiech).</p>
<p>SŁOWOTWÓRCZO:</p>
<p>Najszybszy ptak to ptak geparda.</p>
<p>Ponieważ zawsze potwornie nas śmieszyły nazwy w stylu „OBUWEX” albo „SŁAWEX”, dla jaj nazwaliśmy się&#8230; KAYAX.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/kayah/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Radosław Sikorski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/radoslaw-sikorski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/radoslaw-sikorski/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 16 Feb 2010 14:00:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[POLITYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Sikorski Radosław]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=486</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2007 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller &#8211; (Minister przyjął nas w ogrodzie swojego dworku pod Bydgoszczą. Zwyczajowo w stylu brytyjskim, w zielonych spodniach i klubowej marynarce. Pogoda dopisywała, od stawu czuć było przyjemną bryzę. Jamnik Hrabia dokazywał w najlepsze.) Jak pan wspomina afgańskie kobiety? W latach 80., w czasie moich [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-492" title="Radoslaw-Sikorski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Radoslaw-Sikorski.jpg" alt="Radoslaw-Sikorski" width="350" height="230" /></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 6, 2007</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>(<em>Minister przyjął nas w ogrodzie swojego dworku pod Bydgoszczą. Zwyczajowo w stylu brytyjskim, w zielonych spodniach i klubowej marynarce. Pogoda dopisywała, od stawu czuć było przyjemną bryzę. Jamnik Hrabia dokazywał w najlepsze.</em>)</p>
<p><strong>Jak pan wspomina afgańskie kobiety?</strong></p>
<p>W latach 80., w czasie moich wypraw do Afganistanu, jedyne kobiety, jakie widziałem, to trzy nomadki, które były na specjalnych prawach i nie zasłaniały twarzy. Natomiast widok mężczyzn trzymających się za rękę i z kwiatami we włosach był czymś normalnym. Taka forma wyrażania przyjaźni. Ale jest też druga odsłona moich wspomnień o afgańskich kobietach. W 2004 roku byłem w Afganistanie po raz kolejny i nie spodziewałem się, że widok nauczycielek uczących dzieci może dać tyle przyjemności. Taka zwykła rzecz. Ale po latach rządów talibów była to zmiana rewolucyjna. Rzecz niecodzienna, granicząca z cudem. Pamiętam też, że w Heracie trafiłem na odbywający się wtedy zjazd rektorów i dziekanów wyższych uczelni Afganistanu. Wśród nich była jedna kobieta, profesor literatury rosyjskiej z Kabulu. Spytałem ją: „Jak pani było za talibów? Jak pani przetrwała?”. A ona na to: „Za talibów było cudownie, nie mogłam wychodzić z domu, studenci nie zawracali mi głowy, przez sześć lat przetłumaczyłam siedem książek”.</p>
<p><strong>Dobre, czarne poczucie humoru.</strong></p>
<p>Wręcz brytyjskie. Ale wracając do Afganistanu, w Kabulu mieszkałem w willi, którą wcześniej zajmowały dwie żony bin Ladena. Teraz w tym domu mój znajomy brytyjski  kamerzysta założył hotelik.</p>
<p><strong>Nazwał go „Pod bin Ladenem”?</strong></p>
<p>(<em>śmiech</em>) Nie, Gandamack Lodge.  Ciekawa sprawa – bin Laden, jak wiadomo, jest wielożeńcą. Koran pozwala muzułmanom mieć do czterech żon, pod warunkiem że traktują je sprawiedliwie pod każdym względem. Okazuje się, że Osama nie jest dobrym muzułmaninem, bo dwie żony, które trzymał w tym hoteliku,  były starsze i on je ewidentnie zaniedbywał w pewnych sprawach (wiecie panowie, o jakie sprawy chodzi). Na rzecz młodszych. To zaniedbywanie wyszło jednak bin Ladenowi na zdrowie. Okazało się, że willa była pod obserwacją CIA i gdyby odwiedził starsze żony, to zostałyby z niego, i z nich jedynie dziury w ziemi.</p>
<p><strong>Czy sytuacja afgańskich kobiet zmieniła się od czasów obalenia reżimu talibów?</strong></p>
<p>Afgańska żona kamerzysty, o którym wspominałem, poszła ze mną na bazar, okrywając głowę jedynie szalem. To byłoby za talibów niemożliwe. Skończyłoby się ukamienowaniem. A teraz to normalna rzecz. Opowiem panom anegdotę. Pewna amerykańska dziennikarka, będąc niedawno w Afganistanie, zanotowała, że z prawami kobiet wciąż nie jest tam najlepiej, bo chodzą one kilka kroków za swoimi mężczyznami. Zainteresowała się tym skandalicznym naruszeniem praw człowieka i spytała jedną z kobiet, dlaczego się na to godzi. Kobieta odpowiedziała tylko jednym słowem: „miny”. (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>Pytamy o kobiety, bo chcemy nawiązać do pewnej, niedawno wyrażonej przez pana, opinii. Powiedział pan: „Musimy znaleźć sojuszników pośród rzesz umiarkowanych, rozsądnych muzułmanów. Powinniśmy skierować uwagę, jak promień lasera, na kobiety w społeczeństwach islamskich. To nasi naturalni sojusznicy”. Zechciałby pan uściślić?</strong></p>
<p>Myślę, że kobiety w większości miejsc na ziemi nie lubią być traktowane tak jak traktowali je talibowie. Nie móc wychodzić z domu, nie mieć prawa jazdy, nie móc wykonywać większości zawodów itd. Jeżeli połowę takiego społeczeństwa przekonamy, że akceptując inny styl życia może zapewnić i sobie, i swoim dzieciom lepsze wykształcenie i perspektywy, to możemy wywołać taki efekt, jaki powstał po naszej stronie żelaznej kurtyny, kiedy komunizm przegrał w konfrontacji z demokracją. Zachód wygrał zimną wojnę nie tylko dlatego, że był bogatszy, ale dlatego, że my uznaliśmy, że styl życia w wolności jest dla nas lepszy. I to jest myśl, którą chciałem wyrazić.</p>
<p><strong>Tyle że tę myśl łatwiej wyrazić niż wprowadzić w życie.</strong></p>
<p>Naturalnie. Ale proszę zwrócić uwagę, że nawet w krajach takich jak Afganistan dziś  jest coś, czego my nie mieliśmy, czyli telewizja satelitarna. Globalna wioska jest dzisiaj rzeczywistością bardziej namacalną niż była 20–30 lat temu. Wzory kulturowe szybciej przepływają.</p>
<p><strong>T</strong><strong>ylko że my należymy do tego samego kręgu kulturowego co Zachód. A w takim  Iranie od dawna wszyscy mają anteny satelitarne i nic z tego nie wynika.</strong></p>
<p>Iran to dobry przykład. Społeczeństwo irańskie, według wszystkich ekspertów, których znam, jest najbardziej prozachodnim społeczeństwem na Bliskim Wschodzie. Reżim jest  antyzachodni, a społeczeństwo wręcz odwrotnie. Tak jak kiedyś u nas. Na ulicach Teheranu taksówkarze nie zatrzymują się na wezwania mułłów, a dekretu o likwidacji anten satelitarnych nikt nie przestrzega. Poza tym zupełnie inaczej wyglądałby reżim, gdyby nie wysokie ceny ropy. Bez dochodów ze sprzedaży tego surowca ajatollahowie zapewne nie utrzymaliby się u władzy.</p>
<p><strong>Trudno sobie jednak wyobrazić, że amerykańskie naloty na bazy nuklearne w Iranie społeczeństwo irańskie przyjmie z radością.</strong></p>
<p>Widzę, że proponujecie panowie rozwiązania, o których ja nawet nie myślę. A może wiecie więcej ode mnie? (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>Wróćmy do muzułmanek. Proponuje pan, aby pozyskiwać ich przychylność poprzez promowanie naszej prokobiecej oferty cywilizacyjnej. Co jednak z kobietami w Arabii Saudyjskiej? Ich los, pomijając status materialny, wcale nie jest dużo lepszy od losu Afganek w czasach rządów talibów</strong>.</p>
<p>Społeczeństwo Arabii Saudyjskiej, po Korei Północnej, jest najbardziej zamkniętym społeczeństwem, z jakim miałem do czynienia. Właśnie ze względu na podrzędną rolę kobiet,  ze względu na odczuwalną atomizację ludności i ze względu na hipokryzję – rozziew pomiędzy wartościami wyznawanymi w domu i za granicą, a publiczną ortodoksją u siebie.</p>
<p><strong>Właśnie. A mówimy o wiernym sojuszniku Stanów Zjednoczonych.</strong></p>
<p>Co z tego?</p>
<p><strong>To, że aby zmienić sytuację saudyjskich kobiet, proponując im zachodnią ofertę cywilizacyjną, należy najpierw zmienić rządzący ich krajem, a popierany przez Waszyngton, reżim.</strong></p>
<p>I to jest dylemat. Amerykanie mają z Arabią Saudyjską duży problem. Wiedzą na przykład, że Saudyjczycy finansują ekspansję wahhabizmu na całym świecie, ale boją się, że monarchię mogłoby zastąpić coś znacznie gorszego. Proszę sobie jednak przypomnieć lata 80. Byli zachodni politycy, którzy uparcie wspierali nasze niepodległościowe dążenia. Byli też tacy, którzy mówili: „Stabilizacja ponad wszystko”. Lepiej, żeby słowiańskie nacjonalizmy, antysemityzmy tę całą „puszkę z Pandorą” – używając nomenklatury jednego z posłów SLD – Moskwa trzymała pod szczelnie zamkniętym wiekiem. Wielcy mężowie stanu, tacy jak Reagan i Thatcher, umieli to pogodzić – utrzymywać poprawne stosunki z władzą, a jednocześnie dawać nam do zrozumienia, po której tak naprawdę są stronie. To jest jedna z lekcji, jaką możemy  wynieść z zimnej wojny i przenieść na grunt bliskowschodni.</p>
<p><strong>Jak widać, administracja amerykańska wniosków z tej lekcji nie wyciąga. Nie słychać bowiem o żadnej inicjatywie na rzecz zmiany statusu kobiet w Arabii Saudyjskiej.</strong></p>
<p>Jeśli chcą panowie uzasadnienia polityki amerykańskiej, to sugeruję kontakt z rzecznikiem ambasady w Warszawie. Natomiast faktem jest, że w Stanach Zjednoczonych została powołana arabskojęzyczna telewizja, która ma pełnić rolę podobną do Radia Wolna Europa. Jest uruchomionych kilka funduszy wspierających demokrację na Bliskim Wschodzie. Szkoda, że to wszystko jest mniej wiarygodne przez błędy, jakie popełniono w Iraku. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że konfrontacja, o której mówimy, będzie trwała parę dekad. W relacjach Zachodu ze światem radykalnego islamu nie będzie szybkich rozstrzygnięć.</p>
<p><strong>Jak mało kto zna pan afgańskie realia i wie, że tamtejszych partyzantów pokonać się nie da…</strong></p>
<p>Idziecie panowie trochę za daleko. Po pierwsze żołnierze NATO w Afganistanie  nikogo nie chcą podbijać. Po drugie, gdyby nie amerykańska pomoc, Związek Radziecki być  może wygrałby w Afganistanie.</p>
<p><strong>Tak jak dzisiejsza Rosja wygrała w Czeczenii?</strong></p>
<p>Na przykład. 20 lat temu większość zachodnich ekspertów oceniała, że Armia Czerwona spacyfikuje afgańskich partyzantów. Dopiero dzisiaj wszyscy zgrywają mądrali i mówią, że Związek Radziecki nie miał w Afganistanie szans od samego początku. Porównywanie inwazji radzieckiej do misji NATO jest nadużyciem. Proszę zwrócić uwagę, że Afganistan ma pierwszy raz w swej historii demokratycznie wybranego prezydenta i demokratycznie wybrane władze. Nasi żołnierze jadą tam na zaproszenie tych władz i na podstawie rezolucji Narodów Zjednoczonych.</p>
<p><strong>My nie porównujemy tych dwóch operacji wojskowych. Chcemy spytać o wyjątkową trudność w osiągnięciu zamierzonych celów.</strong></p>
<p>Oczywiście problemy są, Afganistan graniczy z plemiennymi obszarami Pakistanu, gdzie władza centralna nadal nie dochodzi. Wywiad pakistański tradycyjnie nie jest do końca pod kontrolą swojego rządu i robi co chce, próbując wpływać na to, kto rządzi w Kabulu.</p>
<p><strong>Może wysłać im do pomocy Antoniego Macierewicza?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) Że też sam na to nie wpadłem. Pan minister fizjonomicznie wtopiłby się w miejscową ludność z powodzeniem. W czarnym turbanie, jakie noszą talibowie, byłoby mu nawet do twarzy. Decyzja należy naturalnie do pana premiera (<em>wówczas Jarosława Kaczyńskiego &#8211; przyp. red.</em>), ale uważam, że nadaje się do pracy na tym kierunku, na pierwszej linii. A mówiąc poważnie, misja w Afganistanie to najpoważniejsza operacja sojuszu północnoatlantyckiego w jego historii. My jesteśmy współodpowiedzialni za powodzenie tego przedsięwzięcia, mimo że w Afganistanie nie mamy interesów narodowych.</p>
<p><strong>Bo nie ma tam ropy.</strong></p>
<p>Ropa to ważna rzecz. Ceny ropy określają, na przykład, zdolności wojskowe jednego z naszych sąsiadów. Jednak w naszym interesie leży wiarygodność sojuszu. Przekonanie jego potencjalnych wrogów, że nie warto z nami zaczynać. Że kiedy NATO idzie na wojnę, to ją wygrywa. I w tym duchu wysłaliśmy do Afganistanu naszych żołnierzy. Zwróćmy uwagę, że do czasu wzmocnienia kontyngentu byliśmy na ostatnim miejscu w tej misji pod względem liczby żołnierzy na obywatela. Teraz nadrabiamy zaległości.</p>
<p><strong>Skuteczność metody odstraszania, o której pan mówi, Mongołowie swego czasu uzyskiwali układając piramidy z głów. Byli w tym bardzo skuteczni. Jak rozumiemy, my mamy osiągnąć podobny cel, ale w inny sposób. W jaki?</strong></p>
<p>Wykonaniem zadania, którego sukces nie powinien być mierzony liczbą zabitych talibów. Choć to, że nie udało nam się jeszcze pojmać wszystkich członków kierownictwa al-Kaidy, jest porażką. Jednak miarą sukcesu jest ilość prowincji pod pełną kontrolą rządu w Kabulu. I na tym polu mamy osiągnięcia. Opowieści o rosnących w siłę talibach pojawiają się w mediach od zeszłego roku, ale póki co NATO uprzedza ich posunięcia.</p>
<p><strong>Na ostatniej stronie okładki nowego wydania pańskiej książki widać pana z kałasznikowem…</strong></p>
<p>To nie jest kałasznikow, to krótsza wersja, tak zwany kałakow. Mniejszy kaliber, krótka lufa, składana kolba, wersja używana przez radzieckich oficerów i załogi czołgowe.</p>
<p><strong>Użył pan tego konkretnego egzemplarza?</strong></p>
<p>Nie pamiętam. Ale wiem, do czego panowie zmierzacie. Jeżdżąc do Afganistanu nie uważałem się za neutralnego dziennikarza, który będzie relacjonował na zimno, co się dzieje między armią radziecką a Afgańczykami. Mój punkt wyjścia był zupełnie inny. Afgańczycy bronili się przed tym samym wrogiem, który zniewalał wówczas także Polskę. Najpierw chciałem jechać, żeby walczyć, ale potem doszedłem do wniosku, że lepiej się przysłużę sprawie, kiedy będę pisał prawdę o radzieckich zbrodniach. Dlatego byłem częścią oddziałów partyzanckich. Uważałem, że oddanie paru symbolicznych strzałów w kierunku ówczesnego wroga jest spełnieniem marzeń wielu moich rówieśników, którzy w Polsce walczyli  z komunizmem metodami pokojowymi. W Afganistanie można to było robić z bronią w ręku. Ale noszenie broni było też sytuacją przymusową. Podróżując wiele tygodni przez miejsca narażone na zasadzki radzieckiego Specnazu, gdzie w każdej chwili można się było znaleźć w centrum bitwy, zwyczajnie musiałem mieć broń.</p>
<p><strong>A po co były panu książki Nietzschego w plecaku?</strong></p>
<p>Nietzsche to nie tylko filozofia, ale i poezja, w której potrafił eksplorować szereg tematów filozoficznych i etycznych w skoncentrowanej formie. A papier jest ciężki. Nietzsche miał więc „plus dodatni” za lapidarność. (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>Che Guevara też zawsze nosił ze sobą książki w partyzantce. Widzi pan między wami jakieś podobieństwa?</strong></p>
<p>Nie wiem, czy takie porównanie ma być komplementem, ale jeśli tak to powtórzę to, co powiedział mi pewien sierżant: „w tym pułku, bracie, pochlebstwem daleko nie zajedziesz”.</p>
<p><strong>Czyli najważniejsza nie jest metoda, ale motywacja w dążeniu do celu?</strong></p>
<p>Na pierwszym miejscu stoi zawsze etyka. Podam skrajny przykład. Większość narodów czci bohaterów, którzy oddali życie za słuszną sprawę, także w aktach samobójczych. Choćby nasz Wołodyjowski lub dzieci powstańcze. W przypadku ich ofiary nie metoda jest ważna, lecz właśnie motywacja. Jednak ich czyny kwalifikujemy, głównie oceniając je z etycznego punktu widzenia. Dlatego zabijanie ludzi postronnych, nie uczestniczących w działaniach wojennych, jest dla nas nie do przyjęcia, ponieważ słusznie uznajemy takie  zachowania za głęboko nieetyczne. Terroryści spod znaku islamskich organizacji fundamentalistycznych, decydując się na zamachy samobójcze, pokonują własny strach, ale nie dokonują czynów bohaterskich, bo są to odrażające zbrodnie. Zresztą zbrodnie, które wynikają zapewne częściowo z frustracji, o których rozmawialiśmy już wcześniej. Nie przez przypadek terroryści samobójcy z 11 września to ludzie ze społeczeństw, w których nie ma normalnego kontaktu między płciami i którzy przez to są emocjonalnie niedojrzali.</p>
<p><strong>Akurat większość zamachowców, którzy porwali wtedy samoloty, miała kontakt z naszą cywilizacją. To ludzie, którzy kształcili się na zachodnich uniwersytetach, mieli dziewczyny, chodzili do klubów.</strong></p>
<p>Czytali panowie testament Mohammeda Atty? Zarzeka w nim, aby po śmierci żadna kobieta nie dotykała jego jąder. Trzeba przyznać, że to bardzo dziwne ostatnie życzenie. I chyba mu zresztą nic pod pod tym względem nie groziło, biorąc pod uwagę sposób jego zejścia 11 września. Ale występują tu oczywiście dodatkowe czynniki. Na przykład brak wystarczającej integracji w nowym środowisku oraz jednocześnie wykorzenienie ze swojej kultury. Zamachowcy nie czuli się ani pełnoprawnymi członkami społeczności zachodniej, ani regularnymi Arabami. Fanatyzm bardzo często łączy się właśnie z wykorzenieniem. Weźmy niektórych dyktatorów XX wieku: Lenin, Trocki, Pol Pot, Chomeini, Idi Amin… Przez wiele lat mieszkali jako wygnańcy za granicą.</p>
<p><strong>P</strong><strong>an też mieszkał przez wiele lat za granicą. Aż strach pomyśleć, co dalej…</strong></p>
<p>No tak, znowu ukręciłem bicz na samego siebie. (<em>ogólny wybuch śmiechu</em>)</p>
<p><strong>Postawił pan przed chwilą interesującą tezę. Że brak kontaktów z kobietami na etapie wychowania prowadzi do patologii.</strong></p>
<p>Sam mam synów w męskiej szkole podstawowej, ale co za dużo to niezdrowo. Pamiętajmy, że o talibach mówiono jako o chłopcach wykorzystywanych seksualnie w madrasach, w których byli nauczani. Pierwociny ruchu talibów wokół Kandaharu w 1994 roku to grupa studentów z kilkoma mułłami na czele, którzy dokonali samosądów na lokalnych dowódcach za gwałty na nieletnich.</p>
<p><strong>Zmieńmy temat. Na jakim etapie jest pański thriller polityczny?</strong></p>
<p>Najpierw ukaże się wywiad-rzeka. A potem zobaczymy. W tej chwili trwają negocjacje mojego agenta literackiego z wydawcą. Szkic już jest. Ku mojemu zdziwieniu licytacja była ostra. O moją książkę ubiegało się dwanaście wydawnictw.</p>
<p><strong>Będzie pan polskim Folletem czy może raczej Ludlumem?</strong></p>
<p>Moimi ulubionymi pisarzami tego rodzaju powieści są Graham Greene, Frederic Forsyth i mało jeszcze w Polsce znany amerykański pisarz Charles McCarry, twórca powieści <em>Lucky Bastard</em>. Jej fabuła osadza się na przekonaniu, że Bill Clinton był agentem wpływu KGB, a Hillary jego oficerem prowadzącym. I wszystko się wtedy zgadza. (<em>śmiech</em>) Muszą też panowie wiedzieć, że moja powieść nie będzie się działa tylko w Polsce.</p>
<p><strong>Poda nam pan imiona bohaterów?</strong></p>
<p>Pisanie jest jak gotowanie w szybkowarze. Nie można spuszczać ciśnienia.</p>
<p><strong>Politycy powinni już się bać?</strong></p>
<p>Najbardziej ci, których w powieści nie umieszczę. W ten sposób utracą szansę na nieśmiertelność. To był żart. Proszę to wyraźnie zaznaczyć w tekście. (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>P</strong><strong>rzejdźmy do tematów bezpieczniejszych. Na jakiej pozycji grał pan z kolegami  z podwórka w piłkę?</strong></p>
<p>A jak panowie myślą? Oczywiście w ataku. Byłem królem strzelców.</p>
<p><strong>Kibicował pan Zawiszy Bydgoszcz?</strong></p>
<p>Raczej Polonii, bo moja babcia mieszkała przy samym parkanie klubu. Mogłem oglądać mecze futbolowe i żużlowe bez płacenia za bilet.</p>
<p><strong>Łobuzował pan wtedy trochę?</strong></p>
<p>Na studiach ściągałem, w liceum chodziłem na wagary i ze dwa razy zapaliłem  papierosa. A w podstawówce to nawet dziewczyny za warkocze ciągnąłem.</p>
<p><strong>Czyli jednak nie jest pan kryształowy?</strong></p>
<p>Moja mama wzywana była do szkoły na dywanik non stop. Bardzo się martwiła, czy kiedykolwiek skończę liceum. Cały mój młodzieżowy bunt był skanalizowany w „ideolo”. Nie  chodziłem na manifestacje pierwszomajowe, bojkotowałem nudne akademie szkolne, w końcu organizowałem szkolny strajk.</p>
<p><strong>Nigdy nie był pan na pochodzie?</strong></p>
<p>Ojciec raz mnie zabrał. Ale byłem wtedy w podstawówce. Sam jeszcze o sobie nie decydowałem.</p>
<p><strong>N</strong><strong>a początku lat 80. znalazł się pan w ogólnopolskim finale olimpiady języka angielskiego. Rodzice dopingowali pana do nauki, czy już wtedy planował pan karierę?</strong></p>
<p>Proszę nie przesadzać. Zapał do nauki angielskiego wziął się z umiłowania muzyki Pink Floydów. Uczyłem się języka na ich tekstach. Na takich płytach jak <em>Animals</em>, <em>Wish You Were Here</em> i <em>Dark Side of the Moon.</em> To paradoks, bo ich przesłanie było buntem przeciwko zachodniemu konsumeryzmowi, czyli przeciwko wszystkiemu temu, czego my – de facto – pragnęliśmy.</p>
<p><strong>Kto w czasach liceum był, poza Rogerem Watersem, pana idolem?</strong></p>
<p>Wtedy głównie myślałem o takiej blondynie. Raz udało mi się ją nawet pocałować.</p>
<p><strong>Pewnie była podobna do pana „angielskiej dziewczyny”.</strong></p>
<p>Chodzi panom o Olivię Williams? Nie była podobna. No może włosy. Tu i tu krótkie. Z Olivią byliśmy cztery lata. Potem ona zrobiła karierę w Hollywood. Grała u boku Costnera, Bruce’a Willisa i Micka Jaggera. Jest świetną aktorką. U nas chyba najbardziej zauważona w Szóstym zmyśle.</p>
<p><strong>Jak młody chłopiec z prowincjonalnej Polski odnajdywał się w Oksfordzie?</strong></p>
<p>Stereotyp mówi, że Brytyjczycy są hermetyczni, niedostępni, na dystans. Myślę,  że takie wyobrażenie wynika z dwóch rzeczy: słabej znajomości języka tych, którzy to mówią, oraz „niełapania” angielskiego poczucia humoru. Z jednym i drugim nie miałem problemów.  Poza tym rok 81 i 82 to był czas wielkiej sympatii do Polski i Solidarności. To był jedyny ruch  niepodległościowy drugiej połowy XX wieku, co do którego wszyscy na Zachodzie byli zgodni. I lewica, i prawica. Lewica, bo związek zawodowy, a prawica, bo antykomunistyczny. Prawdziwy fenomen, który wówczas otwierał przed Polakami w Anglii każde drzwi.</p>
<p><strong>Podoba się panu serial <em>Biuro</em> (<em>The Office</em>)?</strong></p>
<p>Nawet, nawet. Ale po piątym odcinku tak znienawidziłem głównego bohatera, że nie mogłem dłużej oglądać. (<em>śmiech</em>) Moim ulubionym serialem, poza oczywiście Latającym Cyrkiem Monty Pythona, jest Yes, Minister.</p>
<p><strong>Co dziś robią pana koledzy z Oksfordu?</strong></p>
<p>Ten, który był ze mną na pierwszej wyprawie w Afganistanie, zamierza kandydować do Parlamentu. Drugi – Boris Johnson jest od wielu lat posłem, a wcześniej był naczelnym „The Spectator”. Teraz jest rzecznikiem do spraw kultury w Partii Konserwatywnej, czyli w przyszłości pewnie będzie ministrem kultury. A trzeci był trzy lata w więzieniu. W Nowym Jorku upozorował atak na siebie, zdefraudował drogocenne kamienie i wyłudził półtora miliona funtów od Lloydsa. Potem się chwalił, że dokonał zbrodni doskonałej – co doszło uszu policji – ze skutkami do przewidzenia. Żeby była jasność – nie widziałem się z nim od piętnastu lat. (<em>śmiech)</em> Cameron – przywódca Partii Konserwatywnej był rok wyżej.</p>
<p><strong>Czy „angielskie” wychowanie i maniery nie przeszkadzają panu w Polsce?</strong></p>
<p>Czasem jestem opacznie rozumiany.</p>
<p><strong>Jak przyjął pan niemiły przytyk premiera o tym, że pana następca na stanowisku ministerialnym potrafi skakać ze spadochronem sam, a pan musi robić to w tandemie?</strong></p>
<p>Jako zapowiedź, że pan premier też będzie skakał ze spadochronem. Poważnie. Premier miał autentyczną chętkę polecieć F-16 i tylko dzięki napiętemu kalendarzowi jego spotkań w USA mogłem go zastąpić.</p>
<p><strong>Bronisław Komorowski twierdzi, że „Sikorski złagodniał”&#8230;</strong></p>
<p>A o hrabim Komorowskim mówią odwrotnie. (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>Ale z twardego, bezkompromisowego antykomunisty zmienia się pan w obiektywnego męża stanu. Nie sposób zaprzeczyć.</strong></p>
<p>Ja nadal jestem antykomunistą. Bo jestem demokratą. W czasach gdy lewica uważała każdego antykomunistę za „zoologicznego”, prorokowałem: „Jeszcze przyjdą czasy, że będziecie wzdychać za takimi antykomunistami jak ja”. No i przyszły. Wydaje mi się, że to nie ja się zmieniłem, tylko kontekst się zmienił.</p>
<p><strong>Spotkał pan na swojej drodze szlachetnego komunistę?</strong></p>
<p>Jest takie powiedzenie, że można mieć tylko dwie cechy z trzech: być inteligentnym, porządnym i komunistą.</p>
<p><strong>A szlachetnego lewicowca?</strong></p>
<p>Nie wszyscy z obozu solidarnościowego są kryształowi, i nie wszystkie osoby z przeciwnej strony są „be”. Już podczas pracy w MSZ spotkałem kilku solidarnościowych nieudaczników i kilku starych komunistów jako dyplomatów w Iraku czy Libii, którzy ryzykowali życiem dla ojczyzny, i natowskich sojuszników.</p>
<p><strong>I właśnie o to nam chodziło. Na początku lat 90. taka wypowiedź w pana ustach raczej by się nie pojawiła. Zmienił się pan.</strong></p>
<p>OK, wygraliście. To kwestia wieku, zebranych doświadczeń i znajomości ludzkich charakterów. W tym sensie stajemy się mądrzejsi.</p>
<p><strong>Widoczna zmiana w pana poglądach nastąpiła w roku 98, gdy został pan wiceministrem w MSZ. Czego nauczył pana Bronisław Geremek?</strong></p>
<p>Wstrzemięźliwości w kontaktach dyplomatycznych. Umiejętności załatwiania niektórych spraw wprost, a niektórych na zasadach judo. W MSZ chodził taki żart o profesorze Geremku: „Dlaczego nie moknie w deszczu? Bo lawiruje między kroplami”. (<em>śmiech</em>) Cenię sobie jego nauki.</p>
<p><strong>A czy odmawia pan codziennie modlitwę za Cimoszewicza?</strong></p>
<p>Stanowczo dementuję. Nie wszystkie rady Aleksandra Kwaśniewskiego przyjmuję z religijną nabożnością. Nie jest to myśl oryginalna, bo sam wcześniej powiedziałem, że w zasadzie wszystko zawdzięczam komunistom, w tym sensie, że ich szykany dawały mi pole do walki.</p>
<p><strong>Nasze redakcyjne koleżanki wskazały pana jako wzór dżentelmena.</strong></p>
<p>Biorę to za komplement, choć węszę także podstęp. Są różne definicje. Nie czuję się ekspertem, ale słyszałem, że dżentelmen to ktoś, kto używa nożyka do masła, nawet gdy je sam. (<em>śmiech</em>) Druga definicja, z którą bardziej się zgadzam, opisuje dżentelmena jako kogoś, kto nie obiecuje na wyrost, ale dotrzymuje z nawiązką.</p>
<p><strong>Czy kobieta mogłaby być dobrym ministrem obrony narodowej?</strong></p>
<p>Na świecie staje się to coraz powszechniejsze. Na przykład w Norwegii  i Francji. Współpracę z obiema paniami wspominam jak najlepiej. Nie wiem, czy w Polsce  już by się to przyjęło, ale osobiście nie widzę przeciwwskazań.</p>
<p><strong>A czy pacyfista może stanąć na czele takiego resortu?</strong></p>
<p>Nie. Premier, który by dokonał takiej nominacji, byłby zagrożeniem dla kraju. To tak jakby ekolog został ministrem energetyki jądrowej. Żołnierze muszą czuć wsparcie ministra.</p>
<p><strong>Czy to prawda, że pański poprzednik nie miał komputera w gabinecie?</strong></p>
<p>Prawda. Poza tym byłem pierwszym ministrem obrony, który miał swój adres internetowy. Niewiarygodne, ale prawdziwe.</p>
<p><strong>Kiedyś chciał pan ściągnąć Dodę do Iraku.</strong></p>
<p>To jest przykład mojego poczucia humoru, które nie zawsze jest właściwie rozumiane. To był oczywiście żart. (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>Kiedyś żartował pan z kolegów, że kupił terenowego diesla, bo diesel trafiony rakietą pali się wolniej.</strong></p>
<p>Na pewno wolniej niż benzyna. Po bezdrożach Afganistanu jeździliśmy Mitsubishi Pajero. Biorąc pod uwagę stan naszych dróg, pomyślałem, że taki sam samochód przyda się i tutaj. Historyjkę o rakiecie opowiadałem czasem dla zabawy, żeby sprawdzać reakcje rozmówców. A terenówki lubię do dziś. Mam w garażu Jeepa Liberty.</p>
<p><strong>Ma pan 44 lata. Co dalej?</strong></p>
<p>Nic nowego. Spełniam się w pisaniu książek.</p>
<p><strong>A kiedy zostanie pan prezydentem?</strong></p>
<p>O, widzę, że jesteście panowie pod wpływem brudnej prowokacji pogrobowców z WSI.</p>
<p><strong>Raczej dobrze panu życzymy.</strong></p>
<p>Takie dobre życzenia politycznie mi zaszkodziły.</p>
<p><strong>Ale na „radiomaryjny” elektorat liczyć pan raczej nie może.</strong></p>
<p>Zaskoczę panów. Już po raz kolejny w ciągu kilku miesięcy na antenie Radia Maryja ukazały się sympatyczne felietony na temat napisanej przez moją żonę książki <em>Gułag</em>. Był też cytowany jej artykuł o papieżu z „Washington Post”. Bardzo sobie to cenimy.  (<em>Minister Sikorski robi krótką pauzę na zastanowienie</em>). No tak, ale po tej rozmowie, to chyba mam u nich przechlapane.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>O DYPLOMACJI:</p>
<p>Bezzasadne mielenie jęzorem może zmęczyć.</p>
<p>O POGLĄDACH:</p>
<p>Dysputy ideologiczne dzisiaj mnie nużą. Jestem już starszy i pewny swojej filozofii życiowej.</p>
<p>O MUNDURKACH:</p>
<p>To jeden z lepszych pomysłów tego rządu, bo w czasach rozwarstwienia społecznego, pewien egalitaryzm w ubiorze, wszystkim wyjdzie na dobre. Sam nosiłem mundurek i pamiętam, że marzyłem o zamianie niebieskiej tarczy z podstawówki na czerwoną z liceum.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/radoslaw-sikorski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Katarzyna Nosowska</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/katarzyna-nosowska/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/katarzyna-nosowska/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Feb 2010 10:00:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Nosowska Katarzyna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=315</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 1, 2006 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Igor Omulecki &#8211; Mamy nadzieję, że podaliśmy dłonie jak trzeba. Bo „flaków” ani „śledzi” nie znosisz. A ja myślałam, że to naturalne! (śmiech). Rzeczywiście, kiedy ktoś podaje mi mdlejącą dłoń, czuję się, delikatnie mówiąc, zniesmaczona. Jest w tym geście coś, co pozwala przypuszczać, że kontakt [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-320" title="Katarzyna-Nosowska" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Katarzyna-Nosowska.jpg" alt="Katarzyna-Nosowska" width="350" height="233" /></strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 1, 2006</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.omulecki.com/">fot.<strong> </strong>Igor Omulecki</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Mamy nadzieję, że podaliśmy dłonie jak trzeba. Bo „flaków” ani „śledzi” nie znosisz.</strong></p>
<p>A ja myślałam, że to naturalne! (śmiech). Rzeczywiście, kiedy ktoś podaje mi mdlejącą dłoń, czuję się, delikatnie mówiąc, zniesmaczona. Jest w tym geście coś, co pozwala przypuszczać, że kontakt będzie w równym stopniu wątły i niemiły.</p>
<p><strong>A propos śledzia. Co ostatnio złowiłaś?</strong></p>
<p>W zeszłym roku niestety ani razu nie zarzuciłam wędki. Ale dwa lata temu złapałam wielką krasnopiórę.</p>
<p><strong>Na co?</strong></p>
<p>Na spławik. Normalnie spinninguję, ale brak jakichkolwiek efektów spowodował moją rozpacz. Byłam o krok od podjęcia decyzji, że już nigdy nie będę łowić. Wtedy narzeczony namówił mnie na spławik. Ta krasnopióra zapłodniła mnie nadzieją na tyle, że przez następne dwa lata mogę łowić bezproduktywnie, a i tak będzie mi to sprawiało wielką przyjemność.</p>
<p><strong>A węgorza kiedyś złowiłaś?</strong></p>
<p>Nie. Węgorz jest ohydny. Odkąd się dowiedziałam, że to ryby padlinożerne, trzymam się od nich z daleka. Myślałam, że tylko dziwnie wyglądają, a one przez oko wyżerają na przykład wrzucony do rzeki łeb barana. Bleeee.</p>
<p><strong>Masz wodery i specjalny kapelusik z haczykami naokoło?</strong></p>
<p>Nie, ale mam specjalistyczną skrzyneczkę, którą dostałam na urodziny od kolegi z zespołu. Specjalnie z niej nie korzystam, a gumeczki, które są w środku, wolę miętolić i wąchać niż ich używać. Poza tym mam dwie wędki.</p>
<p><strong>A nie brzydzisz się robaków?</strong></p>
<p>Przynętę musi mi ktoś założyć, bo sama nie jestem w stanie. Chyba że jest to kukurydza. Robaka próbowałam założyć, gdyż jestem bardzo ambitna, niestety w dość charakterystyczny sposób sztywnieje w chwili zetknięcia się z haczykiem, co wywołuje u mnie silny wstręt.</p>
<p><strong>Kolejna męska rzecz w twoim życiu to piłka nożna. Jaki był wynik ostatniego meczu Legii?</strong></p>
<p>Oj, niestety zarzuciłam ostatnio piłkę. Sercem jestem jednak nadal przy drużynie i twierdzę, że to prawdziwa miłość. Bardzo dawno nie byłam na stadionie, nie miałam czasu. Żałuję, bo nie przepadam za oglądaniem meczów w telewizji. Myślę, że kobiety nie lubią piłki, bo traktują ją jako konkurencję dla serialu. Po prostu nie chcą się dzielić sprzętem audiowizualnym. Mecz na stadionie to co innego. Można się zakochać.</p>
<p><strong>Dlaczego kibicujesz akurat Legii?</strong></p>
<p>Tak się złożyło. Komu miałam kibicować? Ze Szczecina jestem (śmiech). Tylko ta warszawska drużyna pozostaje w dobrym kontakcie z Pogonią.</p>
<p><strong>Chodzisz na „żyletę” (sektor dla najbardziej radykalnych kibiców na stadionie Legii Warszawa – przyp. red.) czy na krytą?</strong></p>
<p>Marzę o „żylecie”! Ale nikt ze mną nie chce iść. Pamiętam mecz, w trakcie którego zarządzono minutę ciszy, bo zmarł wieloletni bywalec „żylety”. Pomyślałam wtedy, że wolę, żeby moją pamięć uczczono na stadionie niż żeby pojawiła się wzmianka o mnie w Teleexpressie. Muszę jednak dodać, że moje kibicowanie jest delikatne i kobiece, pozbawione cienia agresji i chamstwa, które potępiam u pseudokibiców.</p>
<p><strong>A pomysł oddania twoich prochów w konkursie radiowym już nie jest aktualny?</strong></p>
<p>Eee, tam. Kto by chciał? Mam nadzieję, że nikt.</p>
<p><strong>Może by to jakoś połączyć z minutą ciszy na stadionie&#8230;</strong></p>
<p>&#8230;i rozsypać prochy na murawie! No, to już by mi się bardziej podobało (śmiech).</p>
<p><strong>Kto jest przystojniejszy: Wdowczyk czy Janas?</strong></p>
<p>Zdecydowanie Janas. Chociaż to nie jest do końca mój typ.</p>
<p><strong>A jaki jest twój typ?</strong></p>
<p>Maciej Szczęsny. I nigdy się to nie zmieni. Piłkarze poza nim nie robią na mnie wrażenia.</p>
<p><strong>Dlaczego przeniosłaś się z Ochoty na Gocław?</strong></p>
<p>Bo ulegliśmy modzie na kupowanie rzeczy, na które nas nie stać. W ten sposób mamy mieszkanie na kredyt (śmiech). Oczywiście wolałabym mieszkać w pięknym, wypasionym 120-metrowym mieszkaniu na Ochocie, ale aż tak dużego kredytu byśmy nie dostali, więc mieszkamy w 120-metrowym na Gocławiu.</p>
<p><strong>Jak muzycy biorą kredyt?</strong></p>
<p>Idzie się do banku po prośbie. To kwestia tego czy pani lubi Heya, czy nie (śmiech).</p>
<p><strong>Podoba ci się po tej stronie Wisły?</strong></p>
<p>Pewnie. Nie jest tu niebezpieczniej niż gdziekolwiek indziej w Warszawie. Jeśli masz pisane starcie z kimś nieprzyjemnym, to może mieć ono miejsce nawet pod Sejmem.</p>
<p><strong>Czy twoje mieszkanie jest urządzone zgodnie z zasadami feng shui?</strong></p>
<p>Wręcz przeciwnie. Dodatkowo mam lustro naprzeciwko drzwi wejściowych. Podobno to największy błąd. Teraz już wiem, dlaczego ocieram się o tak wielką liczbę małych nieszczęść. To wina tego lustra. Dużo Polaków wiesza lustra naprzeciw drzwi i pewnie dlatego to naród głęboko nieszczęśliwy (śmiech).</p>
<p><strong>Kiedyś miałaś hopla na punkcie feng shui.</strong></p>
<p>Urządziłam tak swoją kartonową posiadłość, czyli kanadyjczyka na wsi. Byłam przekonana, że jeżeli nie ustawię mebli w jakąś sensowną całość, moje życie się rozpadnie. Przyszła do mnie jedna pani, wzięła parę ładnych stówek i stwierdziła, że wszyscy domownicy żyją w dobrych sektorach, ale ja swój sektor mam w garażu (śmiech).</p>
<p><strong>Zgodziłabyś się na sesję w PLAYBOYU?</strong></p>
<p>Na nagusa? No, gdzie no? Trzeba by zmienić profil pisma na „fotki z życia wzięte”. Obleśne i słabe zdjęcia, i tacy sami modele. Nie można wymagać od czytelnika aż takiej tolerancji. Tak naprawdę, zanim podejmę jakąś decyzję, muszę znaleźć odpowiedź na proste pytanie „po  co?”. W tym przypadku pytanie rozbrzmiewa echem, a odpowiedź nie przybywa. Ale nie mam nic przeciwko PLAYBOYOWI. Uważam, że jest rzetelny, elegancki i ładny. Bardzo mi miło.</p>
<p><strong>Nam też miło. Ale gdybyś się dla nas rozebrała, najbardziej zadowolony byłby Muniek Staszczyk, który stwierdził, że go kręcisz, masz bardzo ładną twarz i w ogóle.</strong></p>
<p>Ale Muniek to specyficzny typ.</p>
<p><strong>Robił jakieś podjazdy?</strong></p>
<p>Kiedyś na uszko powiedział mi, że fajnie by było, gdybym spinała włosy w kucyk. Jeśli to był podjazd, to bardzo Muńkowy. Są tacy specyficzni mężczyźni, którzy uważają, że jestem ładna. I nie są to fani. Ci bywają okrutni. Ostatnio weszłam na forum naszego zespołu i przeczytałam, że wyglądam starzej niż własna babcia. Poryczałam się. Mam 34 lata, syna, prowadzę dom, świetnie gotuję i nagle ktoś pisze o mnie coś tak głupiego? Nigdy nie starałam się funkcjonować jako tzw. laska. Totalnie się załamałam.</p>
<p><strong>Którą Polkę z chęcią obejrzałabyś na naszej rozkładówce? Pewnie tak jak połowa naszych rozmówców – Kożuchowską?</strong></p>
<p>Generalnie wolę poznać osobę niż zobaczyć jej cycki. Ale z chęcią zobaczyłabym aktorkę Kasię Herman. Dla mnie jest przepiękna. Gosia? Nie mój typ.</p>
<p><strong>Kobietom nie ufasz, jesteś nimi zażenowana i czasem ci wstyd, że przynależysz do tej płci. To twoje słowa. Wolisz mężczyzn?</strong></p>
<p>Raczej nie. Nawiązanie pełnego kontaktu z facetem jest za trudne. Nie wiem, czy starczy na to życia. Szkoda chyba czasu, bo jesteśmy totalnie różni. Możemy tylko próbować. Kobiety są dziwne. Z jednej strony uważam, że to fajne, że jesteśmy takie pokomplikowane, babramy się w niuansach i wczytujemy w podteksty, badamy piętnaste dno. Z drugiej strony to przeszkadza. Nic nie jest po prostu i za dużo w tym nikomu niepotrzebnych gierek. Kobiety są fajne, jak są same. Ale gdy w nawet najfajniejszym gronie pojawi się jeden kuternóżka – facet choćby totalne nieporozumienie – od razu robi się problem. Nie wiem, skąd bierze się ta nieprawdopodobnie niezrozumiała dla mnie potrzeba walki o samca w każdych okolicznościach. Faceci potrafią się sfokusować, gdy gadają o piłce czy polityce, skupiają się przez moment tylko na tym. U kobiet, gdy pojawia się obok jakiś mężczyzna, zaczyna się zerkanie na bok, rozproszony wzrok i dezorientacja. Wkurza mnie to.</p>
<p><strong>Feministki tak nie robią.</strong></p>
<p>Nie lubię skrajności. Nie lubię lata w pełni ani mroźnej zimy. Prawdopodobnie moja wiedza na temat feminizmu jest dość powierzchowna, ale mam wrażenie, że miejscami ciut za dużo tu egzaltacji, która mnie przeraża.</p>
<p><strong>Przeraża cię Kazimiera Szczuka?</strong></p>
<p>Nie, uważam, że jest szalenie błyskotliwa. Lubię jej słuchać. Myślę, że należy do grona feministek, które zajmują się kwestiami najistotniejszymi, operują poważnymi argumentami. Bardziej chodziło mi o stereotypowy obraz feministki będącej agresywnym, walczącym z własną kobiecością typem, nie mającym pojęcia o historii i celach ruchu, a także o kobiety, dla których feminizm ogranicza się do odmówienia chłopu obiadu. Ja kocham gotować.</p>
<p><strong>A pić?</strong></p>
<p>Jak byłam młoda, nie wypadało mi przyznać się, że nie lubię piwa. Więc piłam, ale nigdy mi nie smakowało. Dziś przyznaję z odwagą – nie lubię piwa i proszę mnie na piwko nie zapraszać.</p>
<p><strong>Za co cenisz Dodę?</strong></p>
<p>Cenię Lecha Janerkę, a Doda mi nie przeszkadza. Jest ładna w naturalny sposób i niepotrzebnie zamydla tę urodę. Niby ma głos, ale nie kręci mnie jego barwa, niby jest inteligentna, ale ja tego nie widzę lub ten rodzaj inteligencji mi nie pasuje. Ale nie mam nic przeciwko niej.</p>
<p><strong>A co myślisz o Mandarynie?</strong></p>
<p>Też jest ładna, też mi nie przeszkadza, a nawet czasem jest mi jej szkoda. Obydwie są atrakcyjne w typowy sposób, ja wolę inne typy urody. Mandaryna wie, że nie jest wytrawną wokalistką. Ma jakiś zalążek głosu, który wystarcza do studyjnej obróbki i dzięki temu powstaje gotowy produkt – hit muzyki dance. A na żywo mało kto potrafi dobrze wypaść. Nie takim artystkom zdarzało się na koncercie pozostawać w przykrej opozycji do właściwego dźwięku.</p>
<p><strong>No tak, ale i Mandaryna, i ty jesteście wokalistkami. Nie irytuje cię to?</strong></p>
<p>Jeżeli przyjąć, że prawo do funkcjonowania w show-biznesie ma ktoś, kto sprzedaje dużo płyt, wychodzi na to, że ona ma większe prawa niż ja. Koniec kropka.</p>
<p><strong>Czy występuje w Polsce zjawisko męskich groupies?</strong></p>
<p>Ja ich nie mam, ale koleżanki opowiadały, że tacy są (śmiech). Anja Orthodox mówiła, że podczas koncertów wyławiała sobie czasem takiego, który się jej podobał. Osobiście nigdy tego nie doświadczyłam. Jestem raczej Naszą Kasią Kochaną – porady sercowe, te sprawy.</p>
<p><strong>Jesteś bardzo tolerancyjna. Nie wierzymy, że coś lub ktoś nie działa ci na nerwy. Co cię wkurza, Kasiu?</strong></p>
<p>Miałkość kontaktów międzyludzkich. Ludzie gadają ze sobą w taki sposób, że uważam to za kolosalną i przegiętą stratę czasu. Co tam? Jak tam? Zajebiście? Tylko tyle. Ja jak już gadam, to potem chciałabym o tym pomyśleć. Chciałabym, żeby wszystko było na maksa i takie prawdziwe. Może jakaś głupia jestem? Dlatego siedzę głównie w domu.</p>
<p><strong>To chyba normalne. Starzejemy się i siedzimy w chatach.</strong></p>
<p>Tak? Moja mama ma 58 lat i cały czas onieśmiela mnie jej apetyt na życie. Lubi się bawić, chłonąć wrażenia całą sobą.</p>
<p><strong>To chyba nie wdałaś się w mamę?</strong></p>
<p>Chyba nie. Kiedyś poszliśmy do młodzieżowego technoklubu. My, czyli Hey zasiedliśmy na sofach, wzięliśmy drinki, a mama z dwiema przyjaciółkami na parkiet! Powiedziała mi tylko: „Kasia, popilnuj torebek, my z ciocią idziemy się pokręcić”. Chłopcy z zespołu oszaleli. To jest dopiero młodość. Ja raczej taka nie będę.</p>
<p><strong>Nie dopuszczono cię terminowo do pierwszej komunii. Nie żal ci było zegarka z melodyjkami?</strong></p>
<p>Rok później dostałam nieprzyjemnie wyglądający złoty zegarek wskazówkowy ze Wschodu. A za to, że mnie nie dopuścili, było porządne lanie. Dodatkowo musiałam klęczeć.</p>
<p><strong>Na grochu?</strong></p>
<p>Na wykładzinie, ale tak długo, że i tak bolało. To było straszne.</p>
<p><strong>A co twój syn dostał na komunię?</strong></p>
<p>Chciał komputer, ale uważam, że jest za wcześnie. Może korzystać z naszego komputera, pod kontrolą. Odpadła też komórka. Uważam, że to przegięcie, że jego koledzy mają swoje telefony. Dostał chyba dwie maski Spidermana z walkie-talkie (śmiech) i mnóstwo drobiazgów stosownych do wieku.</p>
<p><strong>Czego słucha Mikołaj?</strong></p>
<p>Głupio mi to mówić, ale nowego Heya na przemian z Dezerterem. Niestety również polskiego hip-hopu. Miło mi, że wreszcie przekonał się do mojej twórczości. Ostatnia płyta jest ostrzejsza, a on jest 9-letnim punkowcem, więc pewnie dlatego.</p>
<p><strong>Twoja mama powiedziała „Gazecie Wyborczej”, że mówiłaś jej, że będziesz sławna&#8230;</strong></p>
<p>Nie pamiętam, kiedy tak mówiłam. Pewnie dopiero wtedy, kiedy zaczęłam śpiewać w zespołach. Wcześniej na pewno nie&#8230;</p>
<p><strong>Według mamy, jakbyś nie została piosenkarką, to na pewno aktorką. I byłabyś w teatrze jeszcze lepsza niż w śpiewaniu.</strong></p>
<p>O, na pewno nie. Jestem niecierpliwa. A aktorzy głównie siedzą, czekają aż wszystko będzie przygotowane na to, żeby ułamek sekundy ich gry zarejestrować na taśmie. Nie zniosłabym tego bezruchu. Poza tym ja się wstydzę.</p>
<p><strong>Ale chciałaś być aktorką.</strong></p>
<p>Niby tak. To dlatego, że nie wyobrażałam sobie, co w ogóle innego mogłabym robić w życiu. Koleżanka składała papiery do szkoły teatralnej w Warszawie, to i ja.</p>
<p><strong>A pamiętasz, co zrobiłaś po wyjściu z egzaminu? Jak odreagowałaś tę traumę? Bo wszystko skończyło się raczej małym blamażem&#8230;</strong></p>
<p>Nie było chyba tak strasznie, bo nie pamiętam, co zrobiłam. Przerażające było to, że ojciec powiedział, że jak się nie dostanę na studia, to nie będzie przeczekiwania w domu na lepsze czasy. Czułam, że będę pracować w miejscu, którego nie będę lubiła. Że nie nadaję się do pracy od jakiejś godziny do jakiejś. Że muszę mieć choć odrobinę wolności. Rzeczywiście trafiłam do takiego miejsca, że płakałam każdego dnia przed wyjściem do pracy</p>
<p><strong>Wpisywałaś dane do komputera&#8230;</strong></p>
<p>Typu Odra. Straszne!</p>
<p><strong>A gdybyś nie została ani piosenkarką, ani aktorką?</strong></p>
<p>To bym gotowała. Byłabym jak ta Nigella z telewizji (Nigella Lawson, popularna dziennikarka brytyjska, autorka kilku książek i programów telewizyjnych o gotowaniu – przyp. red.). O, ją bym chciała zobaczyć w negliżu. Jest taka piękna i naturalna. Byłabym nią. Mówię wam, ja tak dobrze gotuję!</p>
<p><strong>A w czym jesteś najlepsza?</strong></p>
<p>We wszystkim, oprócz deserów. I wiecie, nigdy nie gotuję z przepisów. Głupio mi trochę się tak chwalić, ale jeśli chodzi o gotowanie, to skromność byłaby bardzo nieszczera.</p>
<p><strong>Kiedyś powiedziałaś, że sens życiu nadaje rodzina. Głosujesz na LPR?</strong></p>
<p>To tak jak z upalnym latem. Wierzę w rodzinę, ale nie taką na wieki, że do śmierci jest to ten sam zestaw ludzki. Wierzę w rodzinę składającą się z matki i dziecka. Reszta to oboczności. Od wieków nikt nie przygotowuje nas do wolności w rodzinie. Dzięki temu większość rodzin i domów jest nieszczęśliwa.</p>
<p><strong>Nasze pytanie było ohydną prowokacją. Bo Giertych wydaje się nam podobny do&#8230;</strong></p>
<p>Do mnie?</p>
<p><strong>Nie. Chodzi nam o pewien typ męskiej urody. Giertych, Szczęsny, Janas&#8230;</strong></p>
<p>No nie! W życiu! Ci są supermęscy. A Giertych ma w sobie coś takiego, nie wiem&#8230; jakby przez pomyłkę.</p>
<p><strong>A</strong><strong> jak ci się podoba na przykład Mariusz Pudzianowski?</strong></p>
<p>No, ja wiem, że to być może jedyny facet, który byłby mnie w stanie przenieść przez próg, i to jedną ręką, ale nie. Za duży jest. I na pewno na jakiejś specjalnej diecie. Nie mogłabym się spełniać przy nim kulinarnie (śmiech).</p>
<p><strong>Opowiadałaś kiedyś, że zakochałaś się w muzyce i nie tylko w muzyce podczas wyjazdu na zbieranie jabłek w NRD. Była to dla ciebie już poważna zagranica?</strong></p>
<p>No pewnie. Wystarczyło oddalić się kilka zaledwie kilometrów od Szczecina, by mieć poczucie istnienia lepszego świata.</p>
<p><strong>To był twój pierwszy zagraniczny wyjazd?</strong></p>
<p>Nie. Tata był marynarzem. Jako 9-latka popłynęłam w rejs: od Hamburga, przez kanał La Manche i prosto do Ameryki.</p>
<p><strong>Fiu, fiu&#8230; Na początku lat 80. takie wycieczki!</strong></p>
<p>Ja przez to też cierpiałam. Nędza w kraju, a tata przywoził pomarańcze i napoje w kartonikach. Każdego dnia, aż do wyczerpania zapasu dostawałam jeden do tornistra. Strasznie się wstydziłam. Za mało, żeby się dzielić. Wracałam do domu i dopiero wypijałam.</p>
<p><strong>Chodzisz jeszcze czasami w parce?</strong></p>
<p>Nie mam. Pozbyłam się swojego ja (śmiech). Ortopedycznych butów też już nie noszę. Potrzebuję teraz wywyższenia, więc chodzę w butach na obcasie (śmiech).</p>
<p><strong>W szpilkach?</strong></p>
<p>Nie, to ponad moje siły. Na obcasie – solidnej kolumnie.</p>
<p><strong>A co cię denerwuje w dzisiejszej modzie damskiej?</strong></p>
<p>To, że tak szybko przemija. Dziewczyny uzależnione od trendów popadają pewnie w niezłe tarapaty finansowe. Modne są fiolety, to niech chociaż przez trzy sezony ten fioletowy sweterek ma sens. Nie! Zaraz jakiś mądrala z telewizji powie, że fioletowy już jest niemodny. Ci tak zwani styliści! Co to jest za zawód? Idzie taki do sklepu, wypożycza pięć szmat, bierze za to ciężkie pieniądze, a ten kogo stylizuje, wygląda po prostu źle. Wkurza mnie to.</p>
<p><!--[if gte mso 9]><xml> <w:WordDocument> <w:View>Normal</w:View> <w:Zoom>0</w:Zoom> <w:HyphenationZone>21</w:HyphenationZone> <w:PunctuationKerning /> <w:ValidateAgainstSchemas /> <w:SaveIfXMLInvalid>false</w:SaveIfXMLInvalid> <w:IgnoreMixedContent>false</w:IgnoreMixedContent> <w:AlwaysShowPlaceholderText>false</w:AlwaysShowPlaceholderText> <w:Compatibility> <w:BreakWrappedTables /> <w:SnapToGridInCell /> <w:WrapTextWithPunct /> <w:UseAsianBreakRules /> <w:DontGrowAutofit /> </w:Compatibility> <w:BrowserLevel>MicrosoftInternetExplorer4</w:BrowserLevel> </w:WordDocument> </xml><![endif]--><!--[if gte mso 9]><xml> <w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"> </w:LatentStyles> </xml><![endif]--><!--  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal 	{mso-style-parent:""; 	margin:0cm; 	margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:12.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} @page Section1 	{size:612.0pt 792.0pt; 	margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt; 	mso-header-margin:35.4pt; 	mso-footer-margin:35.4pt; 	mso-paper-source:0;} div.Section1 	{page:Section1;} --><!--[if gte mso 10]> <mce:style><!   /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable 	{mso-style-name:Standardowy; 	mso-tstyle-rowband-size:0; 	mso-tstyle-colband-size:0; 	mso-style-noshow:yes; 	mso-style-parent:""; 	mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; 	mso-para-margin:0cm; 	mso-para-margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:10.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-ansi-language:#0400; 	mso-fareast-language:#0400; 	mso-bidi-language:#0400;} --> <!--[endif]--></p>
<p class="MsoNormal"><strong>A nie denerwują cię dżinsy wpuszczane w kozaczki na szpilkach?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Och, nie lubię (krzywi się). Tak samo jak tych bluzek a` la kimono, z jednym ramieniem spuszczonym. Jakbym była bardzo chuda, to ubierałabym się prosto, ascetycznie. Nie interesuje mnie ekstrawagancja w modzie.</p>
<p><strong>Mama coś ci sugeruje?</strong></p>
<p>Żebym nosiła sukienki. Ale ja do tej pory jeszcze nie wyszłam ze spodni.</p>
<p><strong>To kiedy przyjdzie czas na sukienki?</strong></p>
<p>Za 15 kilo w dół.</p>
<p><strong>Uuu&#8230; to chyba trochę za dużo.</strong></p>
<p>Żadne za dużo. W sam raz, żeby w końcu można się było najeść, tak na maksa i bez wyrzutów sumienia (śmiech). Kocham jeść.</p>
<p><strong>J</strong><strong>ak schudniesz, to się poddasz dyktatowi stylistów?</strong></p>
<p>Nie, nie. Ja chcę sama dla siebie. Naprawdę. Mam tyle fajnych bluzeczek w szafie i nigdy ich nie włożyłam.</p>
<p><strong>A suknię ślubną też masz już w szafie? Co ze ślubem?</strong></p>
<p>Nie mamy czasu. Poza tym nie jest to pierwsze i najpilniejsze z listy marzeń.</p>
<p><strong>Jaką dietę stosujesz?</strong></p>
<p>Żadnej. Kiedy jestem na diecie, robię się nieszczęśliwa. Ale wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Fajnej figury też.</p>
<p><strong>I co, chcesz wyglądać jak Kate Moss?</strong></p>
<p>Nie, no bez przesady. Ale słyszałam, że ona ma akurat ciekawą dietę. Je nosem.</p>
<p><strong>Kupujesz może te wszystkie magiczne pasy i przyrządy z telewizji?</strong></p>
<p>Nie. Za to rodzice w to wszystko wierzą. Po co, po co? Ciągle powtarzam, ale groch o ścianę. I rurki na brzuszki i plaster z prądem, do tego noże, krajalnice. Kiedyś oglądaliśmy razem jakąś reklamę o kremie, co to wystarczy na noc się posmarować i rano ma się cztery centymetry w talii mniej. Mówię: no, tu już przesadzili. Tata, że ha ha, rzeczywiście. Przyjeżdżam po miesiącu i co stoi w łazience? Nie musiałam pytać czy działa. Widziałam, że nie.</p>
<p><strong>Ale przyrządy do ćwiczeń, nawet najgłupsze, muszą jakoś pomagać. Ćwiczysz?</strong></p>
<p>Zapisałam się. Jeżdżę na rowerku w takiej kabinie z podciśnieniem czy nadciśnieniem – nie wiem dokładnie. Podobno spala się czterokrotnie więcej (śmiech).</p>
<p><strong>Jeździsz na nartach? Mówiłaś kiedyś z szyderczym uśmieszkiem, że są towarzystwa, w których powiedzieć, że się nie jeździ, to obciach.</strong></p>
<p>No&#8230; Chociaż nie wiem czy można powiedzieć, że jeżdżę. Potrzebuję specyficznych warunków. Długi zjazd, w ogóle nie stromy, idealna konsystencja śniegu i zero ludzi wokół. Wkurzają mnie wytrawni narciarze, co się tak popisują tymi skrętami, że mają taki luz w kolankach. On wie, że mi krzywdy nie zrobi, bo przecież świetnie jeździ. Ale ja mam wątpliwości, co do tej jego pewności. Bo jak sama nie wiem, w którą stronę skręcę, to skąd on ma wiedzieć. Piekielnie boję się zderzenia.</p>
<p><strong>Na czym lepiej szyjesz? Na gitarze czy na maszynie?</strong></p>
<p>Nie szyję na gitarze, choć próbowałam. A do maszyny może jeszcze wrócę, kto wie. Tata zawsze powtarzał, że cokolwiek by się działo na świecie, ludzie zawsze będą chcieli jeść i ubrać się. I dlatego korzystną opcją na życie jest matura plus tytuł technika odzieżowego. No więc mam tytuł technika. Ale maszyny nie mam.</p>
<p><strong>Uszyłabyś coś, jakbyś musiała? Koszulę na przykład?</strong></p>
<p>Żaden problem. Myślę, że potrafiłabym uszyć wszystko. Niektóre rzeczy mogłyby mi sprawić na początku trochę kłopotu. Spodnie albo marynarka z podszewką.</p>
<p><strong>A poradziłabyś sobie w chórze?</strong></p>
<p>Nie. To niesamowite, jak mi się głos obniżył. Miałam ultrawysoki, superostry. Został mi ponury alt. Naleciałość w postaci chrypki zupełnie mnie dyskwalifikuje.</p>
<p><strong>To przez fajki?</strong></p>
<p>Pewnie też. Życie po prostu. Z płyty na płytę śpiewam coraz niżej. Za 10 lat – Maciej Zembaty.</p>
<p><strong>Nadal piszesz książkę?</strong></p>
<p>Nie. Może kiedyś nabiorę odwagi, żeby to pokazać światu&#8230;</p>
<p><strong>Powieść fabularna?</strong></p>
<p>No&#8230; tym, którzy są bezkrytyczni wobec mnie, może by się spodobało. Ale ja uważam, że nie jest to wielkie. A ja, jeśli już, to chciałabym być wielka. Nie chcę być autorką, którą pochwalono w kobiecym piśmie. Bez sensu.</p>
<p><strong>Powiedziałaś, że nie umiesz pisać, kiedy jesteś szczęśliwa. Może jesteś za szczęśliwa.</strong></p>
<p>Ale to dotyczyło pisania tekstów piosenek. Jeśli chodzi o prozę, to chciałabym pisać jak Hermann Hesse.</p>
<p><strong>Kumplujesz się z Marcinem Świetlickim?</strong></p>
<p>Kolegowaliśmy się dwa lata. Rozmawialiśmy przez telefon regularnie. Jak byłam w Krakowie, to szliśmy na wódeczkę – on czystą, ja rozcieńczaną. Jak był w Warszawie, to pojawiał się u nas w domu. No, ale wszystko przemija.</p>
<p><strong>Chciałabyś być kiedyś obrzydliwie bogata? I jak często grasz w totka?</strong></p>
<p>Tylko jak są kumulacje. Pewnie, że chciałabym mieć kupę forsy. Milion mnie nie obchodzi, nawet trzy. Zaczynam grać dopiero od ośmiu w górę (śmiech).</p>
<p><strong>Jakieś sukcesy?</strong></p>
<p>Żadnych. Nawet dwójki nie umiem skreślić. Moja mama miewa czwórki, nawet piątki. A ja zero. Gdyby można było pobrać nagrodę za niewcelowanie w żadną, byłabym obrzydliwie bogata. Wyobrażam sobie, że mam tę kasę, ale nie kupuję tych wszystkich szmat od projektantów, nie zmieniam klamek na złote. Daję kumplowi z zespołu samochód za milion dolarów na urodziny. Normalnie z taką wielką kokardą na dachu, jak na romantycznych komediach, i mówię: „wszystkiego najlepszego”&#8230;</p>
<p><strong>W 1993 r. wypowiedziałaś takie oto słowa do dziennikarza gazety „Popcorn”: „Wywiady i spotkania bardzo mnie peszą. Wątpię, żebym to kiedyś polubiła”. Coś się zmieniło?</strong></p>
<p>Nie jest już tak strasznie jak kiedyś. Ale ciągle uważam, że to nie jest potrzebne.</p>
<p><strong>Ale chyba nie było tragicznie?</strong></p>
<p>Mnie się podobało.</p>
<p><strong>Ponoć od razu widać na twojej twarzy czy lubisz dziennikarza, czy nie.</strong></p>
<p>Ze mną jak z dzieckiem. Jak jest ciekawie i śmiesznie, to OK. A pytania: „a skąd tytuł płyty?” albo „a jak to się stało, że założyliście zespół?”, albo „zawsze chciałaś śpiewać?” doprowadzają mnie do szału. Myślę wtedy: Boże, Boże&#8230; mogłabym w tym czasie poczytać lub pogotować.</p>
<p><strong>A pamiętasz najgłupsze pytanie?</strong></p>
<p>Powiedziałam ładnej pani z telewizji podczas wywiadu, że śpiewam wiersz Stachury, a ona zapytała: „I co on na to?”.</p>
<p><strong>(Rechot)</strong><strong> I co on na to?</strong></p>
<p>Z tego co mi wiadomo, jest bardzo zadowolony.</p>
<p><em>P.S. od Kasi: W wywiadach zwykle zapominam dodać, że do wszystkich słów, które wypowiedziałam należy koniecznie dodać datę i godzinę, bo moim niezbywalnym prawem jest zmiana zdania. (Rozmawialiśmy 15 listopada, od 16.05 do 18.35).</em></p>
<div id="_mcePaste" style="overflow: hidden; position: absolute; left: -10000px; top: 0px; width: 1px; height: 1px;"><!--[if gte mso 9]><xml> <w:WordDocument> <w:View>Normal</w:View> <w:Zoom>0</w:Zoom> <w:HyphenationZone>21</w:HyphenationZone> <w:PunctuationKerning /> <w:ValidateAgainstSchemas /> <w:SaveIfXMLInvalid>false</w:SaveIfXMLInvalid> <w:IgnoreMixedContent>false</w:IgnoreMixedContent> <w:AlwaysShowPlaceholderText>false</w:AlwaysShowPlaceholderText> <w:Compatibility> <w:BreakWrappedTables /> <w:SnapToGridInCell /> <w:WrapTextWithPunct /> <w:UseAsianBreakRules /> <w:DontGrowAutofit /> </w:Compatibility> <w:BrowserLevel>MicrosoftInternetExplorer4</w:BrowserLevel> </w:WordDocument> </xml><![endif]--><!--[if gte mso 9]><xml> <w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"> </w:LatentStyles> </xml><![endif]--><!--  /* Font Definitions */  @font-face 	{font-family:Wingdings; 	panose-1:5 0 0 0 0 0 0 0 0 0; 	mso-font-charset:2; 	mso-generic-font-family:auto; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:0 268435456 0 0 -2147483648 0;} @font-face 	{font-family:"MS Sans Serif"; 	panose-1:0 0 0 0 0 0 0 0 0 0; 	mso-font-alt:Arial; 	mso-font-charset:0; 	mso-generic-font-family:swiss; 	mso-font-format:other; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:3 0 0 0 1 0;}  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal 	{mso-style-parent:""; 	margin:0cm; 	margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:12.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} p.MsoBodyText, li.MsoBodyText, div.MsoBodyText 	{mso-style-next:Normalny; 	margin:0cm; 	margin-bottom:.0001pt; 	text-align:justify; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:12.0pt; 	mso-bidi-font-size:10.0pt; 	font-family:"MS Sans Serif"; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; 	mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; 	layout-grid-mode:line;} @page Section1 	{size:595.0pt 842.0pt; 	margin:21.3pt 72.0pt 14.2pt 72.0pt; 	mso-header-margin:35.4pt; 	mso-footer-margin:35.4pt; 	mso-paper-source:0;} div.Section1 	{page:Section1;} --><!--[if gte mso 10]> <mce:style><!   /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable 	{mso-style-name:Standardowy; 	mso-tstyle-rowband-size:0; 	mso-tstyle-colband-size:0; 	mso-style-noshow:yes; 	mso-style-parent:""; 	mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; 	mso-para-margin:0cm; 	mso-para-margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:10.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-ansi-language:#0400; 	mso-fareast-language:#0400; 	mso-bidi-language:#0400;} --> <!--[endif]--></p>
<p class="MsoNormal"><em>Słowo NOSOWSKA<span> </span>przed każdą odpowiedzią jest niestety do wywalenia </em><em><span style="font-family: Wingdings;"><span>L</span></span></em></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">KASIA NOSOWSKA</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">PLAYBOY, STYCZEŃ 2006</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Mamy nadzieję, że podaliśmy dłonie jak trzeba. Bo „flaków” ani „śledzi” nie znosisz.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA A ja myślałam, że to naturalne! (<em>śmiech</em>). Rzeczywiście, kiedy ktoś podaje mi mdlejącą dłoń, czuję się, delikatnie mówiąc, zniesmaczona. Jest w tym geście coś, co pozwala przypuszczać, że kontakt będzie w równym stopniu wątły i niemiły.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A propos śledzia. Co ostatnio złowiłaś?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA W zeszłym roku niestety ani razu nie zarzuciłam wędki. Ale dwa lata temu złapałam wielką krasnopiórę.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Na co?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Na spławik. Normalnie spinninguję, ale brak jakichkolwiek efektów spowodował moją rozpacz. Byłam o krok od podjęcia decyzji, że już nigdy nie będę łowić. Wtedy narzeczony namówił mnie na spławik. Ta krasnopióra zapłodniła mnie nadzieją na tyle, że przez następne dwa lata mogę łowić bezproduktywnie, a i tak będzie mi to sprawiało wielką przyjemność.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A węgorza kiedyś złowiłaś? </strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie. Węgorz jest ohydny. Odkąd się dowiedziałam, że to ryby padlinożerne, trzymam się od nich z daleka. Myślałam, że tylko dziwnie wyglądają, a one przez oko wyżerają na przykład wrzucony do rzeki łeb barana. Bleeee.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Masz wodery i specjalny kapelusik z haczykami naokoło?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie, ale mam specjalistyczną skrzyneczkę, którą dostałam na urodziny od kolegi z zespołu. Specjalnie z niej nie korzystam, a gumeczki, które są w środku, wolę miętolić i wąchać niż ich używać. Poza tym mam dwie wędki.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A nie brzydzisz się robaków?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Przynętę musi mi ktoś założyć, bo sama nie jestem w stanie. Chyba że jest to kukurydza. Robaka próbowałam założyć, gdyż jestem bardzo ambitna, niestety w dość charakterystyczny sposób sztywnieje w chwili zetknięcia się z haczykiem, co wywołuje u mnie silny wstręt.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Kolejna męska rzecz w twoim życiu to piłka nożna. Jaki był wynik ostatniego meczu Legii?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Oj, niestety zarzuciłam ostatnio piłkę. Sercem jestem jednak nadal przy drużynie i twierdzę, że to prawdziwa miłość. Bardzo dawno nie byłam na stadionie, nie miałam czasu. Żałuję, bo nie przepadam za oglądaniem meczów w telewizji. Myślę, że kobiety nie lubią piłki, bo traktują ją jako konkurencję dla serialu. Po prostu nie chcą się dzielić sprzętem audiowizualnym. Mecz na stadionie to co innego. Można się zakochać.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Dlaczego kibicujesz akurat Legii?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Tak się złożyło. Komu miałam kibicować? Ze Szczecina jestem (<em>śmiech</em>). Tylko ta warszawska drużyna pozostaje w dobrym kontakcie z Pogonią.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Chodzisz na „żyletę” (<em>sektor dla najbardziej radykalnych kibiców na stadionie Legii Warszawa – przyp. red.</em>) czy na krytą?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Marzę o „żylecie”! Ale nikt ze mną nie chce iść. Pamiętam mecz, w trakcie którego zarządzono minutę ciszy, bo zmarł wieloletni bywalec „żylety”. Pomyślałam wtedy, że wolę, żeby moją pamięć uczczono na stadionie niż żeby pojawiła się wzmianka o mnie w Teleexpressie. Muszę jednak dodać, że moje kibicowanie jest delikatne i kobiece, pozbawione cienia agresji i chamstwa, które potępiam u pseudokibiców.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A pomysł oddania twoich prochów w konkursie radiowym już nie jest aktualny?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Eee, tam. Kto by chciał? Mam nadzieję, że nikt.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Może by to jakoś połączyć z minutą ciszy na stadionie&#8230;</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA &#8230;i rozsypać prochy na murawie! No, to już by mi się bardziej podobało (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Kto jest przystojniejszy: Wdowczyk czy Janas?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Zdecydowanie Janas. Chociaż to nie jest do końca mój typ.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A jaki jest twój typ?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Maciej Szczęsny. I nigdy się to nie zmieni. Piłkarze poza nim nie robią na mnie wrażenia.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Dlaczego przeniosłaś się z Ochoty na Gocław?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Bo ulegliśmy modzie na kupowanie rzeczy, na które nas nie stać. W ten sposób mamy mieszkanie na kredyt (<em>śmiech</em>). Oczywiście wolałabym mieszkać w pięknym, wypasionym 120-metrowym mieszkaniu na Ochocie, ale aż tak dużego kredytu byśmy nie dostali, więc mieszkamy w 120-metrowym na Gocławiu.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span></p>
<p class="MsoNormal"><strong>Jak muzycy biorą kredyt?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Idzie się do banku po prośbie. To kwestia tego czy pani lubi Heya, czy nie (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Podoba ci się po tej stronie Wisły?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Pewnie. Nie jest tu niebezpieczniej niż gdziekolwiek indziej w Warszawie. Jeśli masz pisane starcie z kimś nieprzyjemnym, to może mieć ono miejsce nawet pod Sejmem.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Czy twoje mieszkanie jest urządzone zgodnie z zasadami feng shui?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Wręcz przeciwnie. Dodatkowo mam lustro naprzeciwko drzwi wejściowych. Podobno to największy błąd. Teraz już wiem, dlaczego ocieram się o tak wielką liczbę małych nieszczęść. To wina tego lustra. Dużo Polaków wiesza lustra naprzeciw drzwi i pewnie dlatego to naród głęboko nieszczęśliwy (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Kiedyś miałaś hopla na punkcie feng shui.</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Urządziłam tak swoją kartonową posiadłość, czyli kanadyjczyka na wsi. Byłam przekonana, że jeżeli nie ustawię mebli w jakąś sensowną całość, moje życie się rozpadnie. Przyszła do mnie jedna pani, wzięła parę ładnych stówek i stwierdziła, że wszyscy domownicy żyją w dobrych sektorach, ale ja swój sektor mam w garażu (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Zgodziłabyś się na sesję w PLAYBOYU?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Na nagusa? No, gdzie no? Trzeba by zmienić profil pisma na „fotki z życia wzięte”. Obleśne i słabe zdjęcia, i tacy sami modele. Nie można wymagać od czytelnika aż takiej tolerancji. Tak naprawdę, zanim podejmę jakąś decyzję, muszę znaleźć odpowiedź na proste pytanie „po<span> </span>co?”. W tym przypadku pytanie rozbrzmiewa echem, a odpowiedź nie przybywa. Ale nie mam nic przeciwko PLAYBOYOWI. Uważam, że jest rzetelny, elegancki i ładny. Bardzo mi miło.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span></p>
<p class="MsoNormal"><strong>Nam też miło. Ale gdybyś się dla nas rozebrała, najbardziej zadowolony byłby Muniek Staszczyk, który stwierdził, że go kręcisz, masz bardzo ładną twarz i w ogóle.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Ale Muniek to specyficzny typ.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Robił jakieś podjazdy?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Kiedyś na uszko powiedział mi, że fajnie by było, gdybym spinała włosy w kucyk. Jeśli to był podjazd, to bardzo Muńkowy. Są tacy specyficzni mężczyźni, którzy uważają, że jestem ładna. I nie są to fani. Ci bywają okrutni. Ostatnio weszłam na forum naszego zespołu i przeczytałam, że wyglądam starzej niż własna babcia. Poryczałam się. Mam 34 lata, syna, prowadzę dom, świetnie gotuję i nagle ktoś pisze o mnie coś tak głupiego? Nigdy nie starałam się funkcjonować jako tzw. laska. Totalnie się załamałam.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Którą Polkę z chęcią obejrzałabyś na naszej rozkładówce? Pewnie tak jak połowa naszych rozmówców – Kożuchowską?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Generalnie wolę poznać osobę niż zobaczyć jej cycki. Ale z chęcią zobaczyłabym aktorkę Kasię Herman. Dla mnie jest przepiękna. Gosia? Nie mój typ.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Kobietom nie ufasz, jesteś nimi zażenowana i czasem ci wstyd, że przynależysz do tej płci. To twoje słowa. Wolisz mężczyzn?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Raczej nie. Nawiązanie pełnego kontaktu z facetem jest za trudne. Nie wiem, czy starczy na to życia. Szkoda chyba czasu, bo jesteśmy totalnie różni. Możemy tylko próbować. Kobiety są dziwne. Z jednej strony uważam, że to fajne, że jesteśmy takie pokomplikowane, babramy się w niuansach i wczytujemy w podteksty, badamy piętnaste dno. Z drugiej strony to przeszkadza. Nic nie jest po prostu i za dużo w tym nikomu niepotrzebnych gierek. Kobiety są fajne, jak są same. Ale gdy w nawet najfajniejszym gronie pojawi się jeden kuternóżka – facet choćby totalne nieporozumienie – od razu robi się problem. Nie wiem, skąd bierze się ta nieprawdopodobnie niezrozumiała dla mnie potrzeba walki o samca w każdych okolicznościach. Faceci potrafią się sfokusować, gdy gadają o piłce czy polityce, skupiają się przez moment tylko na tym. U kobiet, gdy pojawia się obok jakiś mężczyzna, zaczyna się zerkanie na bok, rozproszony wzrok i dezorientacja. Wkurza mnie to.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Feministki tak nie robią.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie lubię skrajności. Nie lubię lata w pełni ani mroźnej zimy. Prawdopodobnie moja wiedza na temat feminizmu jest dość powierzchowna, ale mam wrażenie, że miejscami ciut za dużo tu egzaltacji, która mnie przeraża.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Przeraża cię Kazimiera Szczuka?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie, uważam, że jest szalenie błyskotliwa. Lubię jej słuchać. Myślę, że należy do grona feministek, które zajmują się kwestiami najistotniejszymi, operują poważnymi argumentami. Bardziej chodziło mi o stereotypowy obraz feministki będącej agresywnym, walczącym z własną kobiecością typem, nie mającym pojęcia o historii i celach ruchu, a także o kobiety, dla których feminizm ogranicza się do odmówienia chłopu obiadu. Ja kocham gotować.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A pić?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Jak byłam młoda, nie wypadało mi przyznać się, że nie lubię piwa. Więc piłam, ale nigdy mi nie smakowało. Dziś przyznaję z odwagą – nie lubię piwa i proszę mnie na piwko nie zapraszać.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Za co cenisz Dodę?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Cenię Lecha Janerkę, a Doda mi nie przeszkadza. Jest ładna w naturalny sposób i niepotrzebnie zamydla tę urodę. Niby ma głos, ale nie kręci mnie jego barwa, niby jest inteligentna, ale ja tego nie widzę lub ten rodzaj inteligencji mi nie pasuje. Ale nie mam nic przeciwko niej.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A co myślisz o Mandarynie?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Też jest ładna, też mi nie przeszkadza, a nawet czasem jest mi jej szkoda. Obydwie są atrakcyjne w typowy sposób, ja wolę inne typy urody. Mandaryna wie, że nie jest wytrawną wokalistką. Ma jakiś zalążek głosu, który wystarcza do studyjnej obróbki i dzięki temu powstaje gotowy produkt – hit muzyki dance. A na żywo mało kto potrafi dobrze wypaść. Nie takim artystkom zdarzało się na koncercie pozostawać w przykrej opozycji do właściwego dźwięku.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>No tak, ale i Mandaryna, i ty jesteście wokalistkami. Nie irytuje cię to? </strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Jeżeli przyjąć, że prawo do funkcjonowania w show-biznesie ma ktoś, kto sprzedaje dużo płyt, wychodzi na to, że ona ma większe prawa niż ja. Koniec kropka.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Czy występuje w Polsce zjawisko męskich groupies?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Ja ich nie mam, ale koleżanki opowiadały, że tacy są (<em>śmiech</em>). Anja Orthodox mówiła, że podczas koncertów wyławiała sobie czasem takiego, który się jej podobał. Osobiście nigdy tego nie doświadczyłam. Jestem raczej Naszą Kasią Kochaną – porady sercowe, te sprawy.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Jesteś bardzo tolerancyjna. Nie wierzymy, że coś lub ktoś nie działa ci na nerwy. Co cię wkurza, Kasiu?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Miałkość kontaktów międzyludzkich. Ludzie gadają ze sobą w taki sposób, że uważam to za kolosalną i przegiętą stratę czasu. Co tam? Jak tam? Zajebiście? Tylko tyle. Ja jak już gadam, to potem chciałabym o tym pomyśleć. Chciałabym, żeby wszystko było na maksa i takie prawdziwe. Może jakaś głupia jestem? Dlatego siedzę głównie w domu.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>To chyba normalne. Starzejemy się i siedzimy w chatach.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Tak? Moja mama ma 58 lat i cały czas onieśmiela mnie jej apetyt na życie. Lubi się bawić, chłonąć wrażenia całą sobą.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>To chyba nie wdałaś się w mamę?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Chyba nie. Kiedyś poszliśmy do młodzieżowego technoklubu. My, czyli Hey zasiedliśmy na sofach, wzięliśmy drinki, a mama z dwiema przyjaciółkami na parkiet! Powiedziała mi tylko: „Kasia, popilnuj torebek, my z ciocią idziemy się pokręcić”. Chłopcy z zespołu oszaleli. To jest dopiero młodość. Ja raczej taka nie będę.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Nie dopuszczono cię terminowo do pierwszej komunii. Nie żal ci było zegarka z melodyjkami?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Rok później dostałam nieprzyjemnie wyglądający złoty zegarek wskazówkowy ze Wschodu. A za to, że mnie nie dopuścili, było porządne lanie. Dodatkowo musiałam klęczeć.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Na grochu?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Na wykładzinie, ale tak długo, że i tak bolało. To było straszne.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A co twój syn dostał na komunię?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Chciał komputer, ale uważam, że jest za wcześnie. Może korzystać z naszego komputera, pod kontrolą. Odpadła też komórka. Uważam, że to przegięcie, że jego koledzy mają swoje telefony. Dostał chyba dwie maski Spidermana z walkie-talkie (<em>śmiech</em>) i mnóstwo drobiazgów stosownych do wieku.</p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong>Czego słucha Mikołaj?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Głupio mi to mówić, ale nowego Heya na przemian z Dezerterem. Niestety również polskiego hip-hopu. Miło mi, że wreszcie przekonał się do mojej twórczości. Ostatnia płyta jest ostrzejsza, a on jest 9-letnim punkowcem, więc pewnie dlatego.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Twoja mama powiedziała „Gazecie Wyborczej”, że mówiłaś jej, że będziesz sławna&#8230;</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie pamiętam, kiedy tak mówiłam. Pewnie dopiero wtedy, kiedy zaczęłam śpiewać w zespołach. Wcześniej na pewno nie&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Według mamy, jakbyś nie została piosenkarką, to na pewno aktorką. I byłabyś w teatrze jeszcze lepsza niż w śpiewaniu.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA O, na pewno nie. Jestem niecierpliwa. A aktorzy głównie siedzą, czekają aż wszystko będzie przygotowane na to, żeby ułamek sekundy ich gry zarejestrować na taśmie. Nie zniosłabym tego bezruchu. Poza tym ja się wstydzę.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Ale chciałaś być aktorką.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Niby tak. To dlatego, że nie wyobrażałam sobie, co w ogóle innego mogłabym robić w życiu. Koleżanka składała papiery do szkoły teatralnej w Warszawie, to i ja.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A pamiętasz, co zrobiłaś po wyjściu z egzaminu? Jak odreagowałaś tę traumę? Bo wszystko skończyło się raczej małym blamażem&#8230;</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie było chyba tak strasznie, bo nie pamiętam, co zrobiłam. Przerażające było to, że ojciec powiedział, że jak się nie dostanę na studia, to nie będzie przeczekiwania w domu na lepsze czasy. Czułam, że będę pracować w miejscu, którego nie będę lubiła. Że nie nadaję się do pracy od jakiejś godziny do jakiejś. Że muszę mieć choć odrobinę wolności. Rzeczywiście trafiłam do takiego miejsca, że płakałam każdego dnia przed wyjściem do pracy</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Wpisywałaś dane do komputera&#8230;</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Typu Odra. Straszne!</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A gdybyś nie została ani piosenkarką, ani aktorką?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA To bym gotowała. Byłabym jak ta Nigella z telewizji (<em>Nigella Lawson, popularna dziennikarka brytyjska, autorka kilku książek i programów telewizyjnych o gotowaniu – przyp. red.</em>). O, ją bym chciała zobaczyć w negliżu. Jest taka piękna i naturalna. Byłabym nią. Mówię wam, ja tak dobrze gotuję!</p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong>A w czym jesteś najlepsza?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA We wszystkim, oprócz deserów. I wiecie, nigdy nie gotuję z przepisów. Głupio mi trochę się tak chwalić, ale jeśli chodzi o gotowanie, to skromność byłaby bardzo nieszczera.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Kiedyś powiedziałaś, że sens życiu nadaje rodzina. Głosujesz na LPR?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA To tak jak z upalnym latem. Wierzę w rodzinę, ale nie taką na wieki, że do śmierci jest to ten sam zestaw ludzki. Wierzę w rodzinę składającą się z matki i dziecka. Reszta to oboczności. Od wieków nikt nie przygotowuje nas do wolności w rodzinie. Dzięki temu większość rodzin i domów jest nieszczęśliwa.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Nasze pytanie było ohydną prowokacją. Bo Giertych wydaje się nam podobny do&#8230;</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Do mnie?</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Nie. Chodzi nam o pewien typ męskiej urody. Giertych, Szczęsny, Janas&#8230;</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA No nie! W życiu! Ci są supermęscy. A Giertych ma w sobie coś takiego, nie wiem&#8230; jakby przez pomyłkę.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A jak ci się podoba na przykład Mariusz Pudzianowski?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA No, ja wiem, że to być może jedyny facet, który byłby mnie w stanie przenieść przez próg, i to jedną ręką, ale nie. Za duży jest. I na pewno na jakiejś specjalnej diecie. Nie mogłabym się spełniać przy nim kulinarnie (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Opowiadałaś kiedyś, że zakochałaś się w muzyce i nie tylko w muzyce podczas wyjazdu na zbieranie jabłek w NRD. Była to dla ciebie już poważna zagranica?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA No pewnie. Wystarczyło oddalić się kilka zaledwie kilometrów od Szczecina, by mieć poczucie istnienia lepszego świata.</p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong>To był twój pierwszy zagraniczny wyjazd? </strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie. Tata był marynarzem. Jako 9-latka popłynęłam w rejs: od Hamburga, przez kanał La Manche i prosto do Ameryki.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Fiu, fiu&#8230; Na początku lat 80. takie wycieczki! </strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Ja przez to też cierpiałam. Nędza w kraju, a tata przywoził pomarańcze i napoje w kartonikach. Każdego dnia, aż do wyczerpania zapasu dostawałam jeden do tornistra. Strasznie się wstydziłam. Za mało, żeby się dzielić. Wracałam do domu i dopiero wypijałam.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Chodzisz jeszcze czasami w parce?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie mam. Pozbyłam się swojego ja (<em>śmiech</em>). Ortopedycznych butów też już nie noszę. Potrzebuję teraz wywyższenia, więc chodzę w butach na obcasie (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>W szpilkach?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie, to ponad moje siły. Na obcasie – solidnej kolumnie.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A co cię denerwuje w dzisiejszej modzie damskiej?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA To, że tak szybko przemija. Dziewczyny uzależnione od trendów popadają pewnie w niezłe tarapaty finansowe. Modne są fiolety, to niech chociaż przez trzy sezony ten fioletowy sweterek ma sens. Nie! Zaraz jakiś mądrala z telewizji powie, że fioletowy już jest niemodny. Ci tak zwani styliści! Co to jest za zawód? Idzie taki do sklepu, wypożycza pięć szmat, bierze za to ciężkie pieniądze, a ten kogo stylizuje, wygląda po prostu źle. Wkurza mnie to.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A nie denerwują cię dżinsy wpuszczane w kozaczki na szpilkach?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Och, nie lubię (<em>krzywi się</em>). Tak samo jak tych bluzek a` la kimono, z jednym ramieniem spuszczonym. Jakbym była bardzo chuda, to ubierałabym się prosto, ascetycznie. Nie interesuje mnie ekstrawagancja w modzie.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Mama coś ci sugeruje?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Żebym nosiła sukienki. Ale ja do tej pory jeszcze nie wyszłam ze spodni.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>To kiedy przyjdzie czas na sukienki?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Za 15 kilo w dół.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Uuu&#8230; to chyba trochę za dużo.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Żadne za dużo. W sam raz, żeby w końcu można się było najeść, tak na maksa i bez wyrzutów sumienia (<em>śmiech</em>). Kocham jeść.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Jak schudniesz, to się poddasz dyktatowi stylistów?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie, nie. Ja chcę sama dla siebie. Naprawdę. Mam tyle fajnych bluzeczek w szafie i nigdy ich nie włożyłam.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A suknię ślubną też masz już w szafie? Co ze ślubem?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie mamy czasu. Poza tym nie jest to pierwsze i najpilniejsze z listy marzeń.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Jaką dietę stosujesz?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Żadnej. Kiedy jestem na diecie, robię się nieszczęśliwa. Ale wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Fajnej figury też.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>I co, chcesz wyglądać jak Kate Moss?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie, no bez przesady. Ale słyszałam, że ona ma akurat ciekawą dietę. Je nosem.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Kupujesz może te wszystkie magiczne pasy i przyrządy z telewizji?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie. Za to rodzice w to wszystko wierzą. Po co, po co? Ciągle powtarzam, ale groch o ścianę. I rurki na brzuszki i plaster z prądem, do tego noże, krajalnice. Kiedyś oglądaliśmy razem jakąś reklamę o kremie, co to wystarczy na noc się posmarować i rano ma się cztery centymetry w talii mniej. Mówię: no, tu już przesadzili. Tata, że ha ha, rzeczywiście. Przyjeżdżam po miesiącu i co stoi w łazience? Nie musiałam pytać czy działa. Widziałam, że nie.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Ale przyrządy do ćwiczeń, nawet najgłupsze, muszą jakoś pomagać. Ćwiczysz?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Zapisałam się. Jeżdżę na rowerku w takiej kabinie z podciśnieniem czy nadciśnieniem – nie wiem dokładnie. Podobno spala się czterokrotnie więcej (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Jeździsz na nartach? Mówiłaś kiedyś z szyderczym uśmieszkiem, że są towarzystwa, w których powiedzieć, że się nie jeździ, to obciach. </strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA No&#8230; Chociaż nie wiem czy można powiedzieć, że jeżdżę. Potrzebuję specyficznych warunków. Długi zjazd, w ogóle nie stromy, idealna konsystencja śniegu i zero ludzi wokół. Wkurzają mnie wytrawni narciarze, co się tak popisują tymi skrętami, że mają taki luz w kolankach. On wie, że mi krzywdy nie zrobi, bo przecież świetnie jeździ. Ale ja mam wątpliwości, co do tej jego pewności. Bo jak sama nie wiem, w którą stronę skręcę, to skąd on ma wiedzieć. Piekielnie boję się zderzenia.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Na czym lepiej szyjesz? Na gitarze czy na maszynie?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie szyję na gitarze, choć próbowałam. A do maszyny może jeszcze wrócę, kto wie. Tata zawsze powtarzał, że cokolwiek by się działo na świecie, ludzie zawsze będą chcieli jeść i ubrać się. I dlatego korzystną opcją na życie jest matura plus tytuł technika odzieżowego. No więc mam tytuł technika. Ale maszyny nie mam.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Uszyłabyś coś, jakbyś musiała? Koszulę na przykład?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Żaden problem. Myślę, że potrafiłabym uszyć wszystko. Niektóre rzeczy mogłyby mi sprawić na początku trochę kłopotu. Spodnie albo marynarka z podszewką.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A poradziłabyś sobie w chórze?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie. To niesamowite, jak mi się głos obniżył. Miałam ultrawysoki, superostry. Został mi ponury alt. Naleciałość w postaci chrypki zupełnie mnie dyskwalifikuje.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>To przez fajki?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Pewnie też. Życie po prostu. Z płyty na płytę śpiewam coraz niżej. Za 10 lat – Maciej Zembaty.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Nadal piszesz książkę?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie. Może kiedyś nabiorę odwagi, żeby to pokazać światu&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Powieść fabularna?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA No&#8230; tym, którzy są bezkrytyczni wobec mnie, może by się spodobało. Ale ja uważam, że nie jest to wielkie. A ja, jeśli już, to chciałabym być wielka. Nie chcę być autorką, którą pochwalono w kobiecym piśmie. Bez sensu.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Powiedziałaś, że nie umiesz pisać, kiedy jesteś szczęśliwa. Może jesteś za szczęśliwa.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Ale to dotyczyło pisania tekstów piosenek. Jeśli chodzi o prozę, to chciałabym</p>
<p class="MsoNormal">pisać jak Hermann Hesse.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Kumplujesz się z Marcinem Świetlickim?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Kolegowaliśmy się dwa lata. Rozmawialiśmy przez telefon regularnie. Jak byłam w Krakowie, to szliśmy na wódeczkę – on czystą, ja rozcieńczaną. Jak był w Warszawie, to pojawiał się u nas w domu. No, ale wszystko przemija.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Chciałabyś być kiedyś obrzydliwie bogata? I jak często grasz w totka?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Tylko jak są kumulacje. Pewnie, że chciałabym mieć kupę forsy. Milion mnie nie obchodzi, nawet trzy. Zaczynam grać dopiero od ośmiu w górę (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Jakieś sukcesy?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Żadnych. Nawet dwójki nie umiem skreślić. Moja mama miewa czwórki, nawet piątki. A ja zero. Gdyby można było pobrać nagrodę za niewcelowanie w żadną, byłabym obrzydliwie bogata. Wyobrażam sobie, że mam tę kasę, ale nie kupuję tych wszystkich szmat od projektantów, nie zmieniam klamek na złote. Daję kumplowi z zespołu samochód za milion dolarów na urodziny. Normalnie z taką wielką kokardą na dachu, jak na romantycznych komediach, i mówię: „wszystkiego najlepszego”&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>W 1993 r. wypowiedziałaś takie oto słowa do dziennikarza gazety „Popcorn”: „Wywiady i spotkania bardzo mnie peszą. Wątpię, żebym to kiedyś polubiła”. Coś się zmieniło?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Nie jest już tak strasznie jak kiedyś. Ale ciągle uważam, że to nie jest potrzebne.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Ale chyba nie było tragicznie?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Mnie się podobało.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Ponoć od razu widać na twojej twarzy czy lubisz dziennikarza, czy nie.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Ze mną jak z dzieckiem. Jak jest ciekawie i śmiesznie, to OK. A pytania: „a skąd tytuł płyty?” albo „a jak to się stało, że założyliście zespół?”, albo „zawsze chciałaś śpiewać?” doprowadzają mnie do szału. Myślę wtedy: Boże, Boże&#8230; mogłabym w tym czasie poczytać lub pogotować.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A pamiętasz najgłupsze pytanie?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Powiedziałam ładnej pani z telewizji podczas wywiadu, że śpiewam wiersz Stachury, a ona zapytała: „I co on na to?”.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>(Rechot) I co on na to?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">NOSOWSKA Z tego co mi wiadomo, jest bardzo zadowolony.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><span style="color: black;"> </span></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="color: black;">Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="color: black;"> </span></strong></p>
<p class="MsoBodyText" style="text-align: left;"><strong><span style="font-size: 10pt; font-family: &amp;amp;amp; color: black;"> </span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong><span style="color: black;">P.S. do Kasi:</span></strong><span style="color: black;"> W wywiadach zwykle zapominam dodać, że do wszystkich słów, które wypowiedziałam należy koniecznie dodać datę i godzinę, bo moim niezbywalnym prawem jest zmiana zdania. <em>(Rozmawialiśmy 15listopada, od 16.05 do 18.35)</em>.</span></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/katarzyna-nosowska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jacek Poniedziałek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jacek-poniedzialek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jacek-poniedzialek/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 11 Feb 2010 14:00:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Poniedziałek Jacek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=280</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 5, 2009 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Szymon Szcześniak &#8211; Miewasz w swoim życiu okresy agresji i łagodności. Na czym stoimy? Gdy się obudziłem i przypomniałem sobie, że za chwilę przyjdziecie, byłem nieźle wkurwiony. Chciałem nawet was przełożyć, ale nie mam numeru telefonu. Teraz przyszła faza łagodności po fali wściekłości (śmiech). Czyli [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-284" title="Jacek-Poniedzialek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Jacek-Poniedzialek.jpg" alt="Jacek-Poniedzialek" width="350" height="227" />PLAYBOY nr 5, 2009 </strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.szymonszczesniak.com/">fot. Szymon Szcześniak</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Miewasz w swoim życiu okresy agresji i łagodności. Na czym stoimy?</strong></p>
<p>Gdy się obudziłem i przypomniałem sobie, że za chwilę przyjdziecie, byłem nieźle wkurwiony. Chciałem nawet was przełożyć, ale nie mam numeru telefonu. Teraz przyszła faza łagodności po fali wściekłości (śmiech).</p>
<p><strong>C</strong><strong>zyli 12.30 w poniedziałek to dla Poniedziałka niezbyt dobra pora?</strong></p>
<p>To mój wolny dzień. Wczesny poranek.</p>
<p><strong>Mamy nadzieję, że nie będziesz w nas niczym rzucał. Wiemy, że to lubisz.</strong></p>
<p>Rzucałem przeważnie w pracy, w akcie bezsilności wobec koleżanek-aktorek, które nigdy nie mają czasu i których ciągle nie ma na próbach, a jak się w końcu łaskawie zjawią, to wszystko ma być tak, jak im pasuje. I oczywiście mówią to z rozbrajającym uśmiechem na ustach. Wszystko wywracają do góry nogami, a jeśli nieśmiało powiesz „nie”, dowiesz się, że masz złą energię, albo jesteś „feminofobem”, albo że jesteś zawsze na nie. Więc rzeczywiście zdarzało się, że wtedy czymś rzucałem. Ale żeby było jasne, nie w nie, tylko w ściany, podłogi etc. Ale to było dawno.</p>
<p><strong>I nie rzucisz już w nikogo słoikiem z dżemem?</strong></p>
<p>Zdarzyło się to tylko raz.</p>
<p><strong>Oprócz słoika masz na koncie także komórkę, okulary i wgniecione drzwi w samochodzie.</strong></p>
<p>Szczególnie to ostatnie było widowiskowe. Kopnąłem ostro w stare BMW. Powód był bardzo poważny. Otóż, mój przyjaciel twierdził, że należy jechać tędy, a ja mówiłem, że tamtędy. Zniszczyłem drzwi, ale w kwestii wyboru drogi miałem rację.</p>
<p><strong>Uszkodzenia dotyczą tylko przedmiotów martwych, czy też i ludziom się dostaje?</strong></p>
<p>Zdarzyło mi się zaatakować bufetową (śmiech).</p>
<p><strong>Bufetową?! W teatrze?!! To akt szaleńczej odwagi.</strong></p>
<p>Do dziś jest mi bardzo przykro. Była obdukcja, były też oczywiście kwiaty. A poszło o to, że w trakcie naszego przedstawienia nawijała przez telefon. Ponieważ bufet przylega bezpośrednio do sceny, wszystko było słychać. Zwróciłem jej uwagę, a ona pierdolnęła słuchawką i krzyknęła: „Jacek, kurwa, zamknij się!”. Nie wytrzymałem i ją odepchnąłem. Nie powinienem tego robić. Tym bardziej, że to bardzo dobra kobieta.</p>
<p><strong>Dobrych facetów też atakowałeś?</strong></p>
<p>Zdarzało się. Raz, niestety, w odwecie &#8211; człowiek podniósł na mnie nóż. Chodziło o zazdrość. Nie jestem łatwym partnerem. Ani w życiu, ani w pracy. Ale nie chcę wyjść na potwora. Naprawdę się zmieniłem.</p>
<p><strong>Wierzymy ci, ale dzięki tym histerycznym wybuchom osiągasz swoje cele. Zacząłeś bardzo wcześnie&#8230;</strong></p>
<p>Jestem histeryczny, gdy coś dotyczy osób, które kocham. W dzieciństwie, gdy moja mama była chora i nie chciała pójść do lekarza, rozbiłem pół kuchni i w końcu poszła. Myślę, że histerykiem jestem po ojcu, którego właściwie nie zdążyłem poznać. Był kochliwy, skakał z kwiatka na kwiatek, zdradzał matkę. Myślę, że to również jakiś rodzaj histerii.</p>
<p><strong>Lekko nie było.</strong></p>
<p>Nie narzekam.</p>
<p><strong>Czy problemy wychowawcze z aktorem-Poniedziałkiem miały wszystkie teatry?</strong></p>
<p>Prawie. Z Teatru im. Słowackiego odszedłem, wychodząc w trakcie żenującego przedstawienia, w którym grałem. Wszyscy potem szukali mnie na strychu, myśląc, że się powiesiłem. Ze Starego i Narodowego odszedłem sam, więc nie było źle. Ze Studia musiałem odejść, bo równolegle zacząłem występować w Rozmaitościach. Co prawda prawie pobiliśmy się w bufecie z Majchrzakiem, ale nie miało to wpływu na moje odejście.</p>
<p><strong>O co poszło?</strong></p>
<p>My mieliśmy przedstawienie, on nad nami próbę. A ponieważ facet ma siłę w nogach i gardle, wszystko co robił, było doskonale słychać. Postanowiłem mu w przerwie zwrócić uwagę. Gdyby nie pomoc paru osób, pewnie by mnie zabił jedną ręką (śmiech).</p>
<p><strong>Kupiłeś kwiaty?</strong></p>
<p>Nie. Na drugi dzień Krzysiek mnie przeprosił. Lubię go, bo to człowiek o bardzo dobrym sercu. Jak widzicie &#8211; lubię ciszę w teatrze.</p>
<p><strong>Wróćmy do Rozmaitości.</strong></p>
<p>Tam sytuacja była skomplikowana, bo grałem większość głównych ról w najważniejszych spektaklach. Jarzyna jednak nie miał wyjścia, po prostu musiał mnie wywalić.</p>
<p><strong>Dlaczego?</strong></p>
<p>Bo byłem niedysponowany w trakcie holenderskiego tournee. Postanowiłem  przypomnieć sobie stare czasy i poeksperymentować przed spektaklem. Facet w Funny Shopie zaproponował mi tym razem „Thai Mushroom”, bo mojego ukochanego „Filozofa” nie było (śmiech). Twierdził, że jest łagodniejszy i dlatego trzeba zjeść całą paczuszkę. Już minutę po konsumpcji gwiazdki z wykładziny hotelu Radisson uniosły mnie i przeniosły w kosmos. Ostatkiem sił zadzwoniłem do tour menedżerki i powiedziałem, że w przedstawieniu nie zagram, bo zjadłem grzyby. „W jakiej restauracji tak się strułeś?” &#8211; zapytała przerażona (śmiech). W końcu przyjechało po mnie pogotowie. Przedstawienie trzeba było odwołać z powodu „choroby aktora”. Gdy publika usłyszała ten argument, wybuchnęła śmiechem. Prawdopodobnie nie byłem pierwszy. Musiałem zapłacić 11 tysięcy Euro za odwołany spektakl. To był, jak dotąd, najdroższy grzyb w moim życiu (śmiech).</p>
<p><strong>Dobrze, że było cię na niego stać.</strong></p>
<p>Ależ skąd! Zadzwoniłem do koleżanki z agencji reklamowej i poprosiłem o jakąś reklamę. Była to moja pierwsza i ostatnia reklama telewizyjna, nie licząc spota-żartu dla apteki mojego kumpla (z hasłem „Stop pedałowaniu. My przypedałujemy do Ciebie!” &#8211; przyp. red.).</p>
<p><strong>Potem znowu byłeś w TR.</strong></p>
<p>Po trzech miesiącach Jarzyna mnie przyjął, bo musiał. Byłem po próbach do „Kruma”. Grałem w nim główną rolę. Inaczej byłbym za drogi. W końcu jednak po ciągłych walkach z dyrekcją o nasz repertuar ponownie wyleciałem, zresztą z doborowym towarzystwem, które odeszło samo. W tym miesiącu premiera naszego Nowego Teatru.</p>
<p><strong>Przestaliście się dogadywać z Jarzyną?</strong></p>
<p>Gdy dyrektor teatru jest jednocześnie jednym z reżyserów, często tak się kończy. Konkurencja z Warlikowskim, była dla Grześka nie do wytrzymania. A ponieważ to do niego należały decyzje, to po prostu nie grał naszego repertuaru i już. Teraz natomiast aresztował spektakle – ani ich nie gra, ani nie chce odsprzedać, ani grać pod własnym szyldem za pieniądze Nowego. Ta ostatnia decyzja jest najbardziej wymowna!</p>
<p><strong>Ponieważ trochę się to nam kojarzy z przedszkolem, spytamy o pewną niewiastę, której miłość wyznałeś w trakcie leżakowania. W jaki sposób to zrobiłeś i jaka kara cię spotkała?</strong></p>
<p>To bardzo przyjemne wspomnienie. Wyznałem jej miłość namacalnie. Dotykaliśmy się nawzajem w miejsca intymne, bawiąc się „w lekarza” bądź „w rodziców”.  Do dziś pamiętam zapach tego miejsca, a przy okazji moją pierwszą erekcję. Nasza pani bardzo się zaniepokoiła, a ponieważ stanęła centralnie nad moją głową, spojrzałem jej pod sukienkę. Przegiąłem. Dostałem  klapsa i stałem potem w kącie. To była kara za mój pociąg do płci przeciwnej. Już wtedy dowiedziałem się, że muszę się zwrócić w innym kierunku (śmiech).</p>
<p><strong>Miałeś w tamtym czasie szparę między zębami?</strong></p>
<p>Oczywiście i codziennie wsadzałem sobie w nią dużą PRL-owską złotówkę.</p>
<p><strong>Karolak pewnie wsadzał sobie pięć takich złotówek.</strong></p>
<p>Sprawdza się zasada, że wszyscy z diastemą mają sympatyczne usposobienie (śmiech).</p>
<p><strong>Parę lat potem recytowałeś wiersze patrona swojej szkoły – Broniewskiego. Pamiętasz coś jeszcze?</strong></p>
<p>„ Kiedy przyjdą podpalić dom,</p>
<p>ten, w który mieszkasz &#8211; Polskę,</p>
<p>kiedy rzucą przed siebie grom,</p>
<p>kiedy runą żelaznym wojskiem</p>
<p>i pod drzwiami staną, i nocą</p>
<p>kolbami w drzwi załomocą -</p>
<p>ty, ze snu podnosząc skroń,</p>
<p>stań u drzwi.</p>
<p>Bagnet na broń!</p>
<p>Trzeba krwi!”</p>
<p><strong>Jesteśmy pod wrażeniem.</strong></p>
<p>Niedawno nocowałem w łódzkim Grandzie. Otwieram księgę z wpisami sławnych osób, a tam na pierwszej stronie wpis Broniewskiego – od niego zaczyna się ta księga. Łzy stanęły nam w oczach.     Siedzieliśmy wtedy z Maćkiem Stuhrem, który znalazł wpis własnego ojca: „Dla przesympatycznej pani Kasi, która przyszła do mnie do pokoju o 8 rano” (śmiech). Maciek bardzo się zdziwił, bo wpis pochodził z 2007 roku.</p>
<p><strong>IPN pewnie się do ciebie dobierze za inne wierszyki.</strong></p>
<p>Nie pamiętam, żebym recytował jakichś socrealistów, ale pamiętam, że w bibliotece Technikum Elektronicznego natknąłem się na takie oto dzieło:</p>
<p>„ Na wysokim dębie</p>
<p>ponad krajem całym,</p>
<p>dwa słynne sokoły z sobą rozmawiały.</p>
<p>Obu tych sokołów wszyscy dobrze znali.</p>
<p>Jeden to był Lenin, drugi to był Stalin.”</p>
<p><strong>Masz dobrą pamięć.</strong></p>
<p>Ale krótką.</p>
<p><strong>Pamiętasz swoje wiersze?</strong></p>
<p>Nie bardzo. Pisałem je pod wpływem miłości do Kory. Kochałem jej odrębność, osobowość, wyjątkowość i przebojowość. Była cudownie ekscentryczna i chyba to mnie do niej przyciągało. Dzięki Korze zakochałem się na przykład w reggae. Poza tym był pewien niuans: gdy ją poznałem, poznałem również bardzo malowniczego Kamila Sipowicza. I w sumie nie wiem, kto mi się bardziej podobał: ona, czy on… Kiedyś Kora, patrząc na zdjęcie z Gazety Krakowskiej, na którym dwóch facetów całowało się z języczkiem, stwierdziła: „Uwielbiam całujących się chłopców”. Wtedy zrobiłem się czerwony, a ona zapytała: „A z tobą jak jest?”. Byłem purpurowy. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: „Jeszcze nie wiem”. Nie akceptowałem u siebie tego do końca, więc nie miałem pewności. Jeszcze nie uprawiałem tego procederu (śmiech).</p>
<p><strong>Ale marzyłeś, jak prawie każdy facet, o seksie z Korą.</strong></p>
<p>Miewałem takie sny.</p>
<p><strong>A jak patrzyłeś na „kapele” typu Erasure, Bronski Beat, czy Boya George&#8217;a?</strong></p>
<p>Nie wiedziałem, że to geje (śmiech). Sposób zachowania i ubierania tego ostatniego strasznie mnie irytował. Może byłem za prosty. Dla mnie – człowieka z robotniczego środowiska &#8211; taki pedał to był już ostateczny upadek, kompromitacja i przegrana.</p>
<p><strong>Może nie wiedziałeś, że to geje, bo wcześniej kupowałeś pismo „Razem”, by gapić się na fotografie nagich dziewczyn?</strong></p>
<p>W szczególności nie mogłem się pozbierać patrząc na wielkie balony Raquel Welch. Wtedy to ona była dla mnie wszystkim. Potem jednak jej wdzięki poszły w zapomnienie, gdy zobaczyłem pierwsze niemieckie świerszczyki. Kumpel podkradał je swoim rodzicom. Przez miesiąc przychodziliśmy do szkoły z podkrążonymi oczami.</p>
<p><strong>Co dała ci zawodówka telekomunikacyjna?</strong></p>
<p>Nic. Nie potrafię nawet pociągnąć kabli telefonicznych. Ale była to niezła szkoła życia. Znalazłem się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. Mimo to wyszedłem z tego obronną ręką.</p>
<p><strong>Z jaką ksywą?</strong></p>
<p>„Lotka”, bo wszystkim kojarzyłem się z szybkością. Czasami „Lotkę” zdrabniano na „Lodzię”, co już nie bardzo mi się podobało. W Technikum zostałem „Mondayem” i tak właściwie jest do dziś.</p>
<p><strong>„Monday” &#8211; naczelny gej Rzeczpospolitej. Czujesz się nim?</strong></p>
<p>Niestety tak. Telefony się urywają. „Niech pan skomentuje <em>Obywatela Milka&#8221;</em>, „niech pan powie, co myśli o zakazie demonstracji”. I tak w kółko. Na szczęście ostatnio zdetronizował mnie Tomasz Raczek wespół ze swoim chłopakiem. I chwała im za to. Ale nie jestem typowy, bo chodzę na heteryckie imprezy do heteryckich klubów. Knajp gejowskich nie lubię, bo są gettem. Poza tym w Polsce chodzą do nich dzieci. Na Zachodzie już dawno tak nie jest. Tam gejowskie kluby się zamyka, bo nie ma już potrzeby ich funkcjonowania.</p>
<p><strong>Wchodzisz do tzw. normalnego klubu i wyczuwasz, którzy faceci mają w sobie gejowski pierwiastek?</strong></p>
<p>Lubię obserwować, jak przedstawiciele heteryckiego społeczeństwa z klasy średniej są naturalnie zainteresowani transgresją. Po paru „łiskaczach” faceci zaczynają się uśmiechać, poklepywać, prowokować, obejmować, ściskać i całować. Czuje się potrzebę ich bliskości. A dziewczyny na to patrzą i są zazdrosne.</p>
<p><strong>Nadal masz z nimi problemy?</strong></p>
<p>Cały czas. Kobiety lubią gejów, bo są ładni i przyjemnie się z nimi obcuje. Dlatego się w nich zakochują. Niedawno byłem na imprezie z pewną dziewczyną, która non stop się chciała całować. Tak na serio. Miała zresztą fantastyczne ciało&#8230; Moim zdaniem kobiety w relacjach z gejami zachowują się zwyczajnie, jak dziewczyny, które chcą kogoś poderwać, z tą różnicą, że czują się bezpieczniej niż z heterykami, bo wiedzą, że nie zrobimy im czegoś, czego by nie chciały. Może właśnie to powoduje, że potrafią się wyluzować i chcą się całować. Mam tak z kilkoma dziewczynami.</p>
<p><strong>My nie mamy tak dobrze.</strong></p>
<p>Bo całowanie się z wami od razu by coś znaczyło. Ze mną jest bezpieczniej.</p>
<p><strong>Bo słyniesz ze swojego nieomylnego „gej-daru”, czyli innymi słowami &#8211; „gej-radaru”. Wyczuwasz w nas coś, co powinno nas niepokoić?</strong></p>
<p>To feromony. Nie mogę wam od razu powiedzieć wszystkiego (wybuch śmiechu).</p>
<p><strong>Heterycy też mają taki radar?</strong></p>
<p>Myślę, że gejów zauważają tylko ci, którzy są na to wrażliwi. Taki Eminem na przykład prześwietla i od razu wie. Być może miał jakiś epizod. W końcu przez łóżko jego matki przewijało się mnóstwo facetów. Któryś mógł wstąpić do pokoju małego Eminema&#8230; Ogólnie jednak uważam, że jesteście przytępawi w tych sprawach (śmiech).</p>
<p><strong>Czy Fidel Castro jest gejem?</strong></p>
<p>Nie mam pojęcia. Przez telewizor mój gej-dar nie działa.</p>
<p><strong>Warszawa plotkuje, że nasz naczelny jest.</strong></p>
<p>(Wybuch śmiechu). Dlaczego? Bo jest przystojny?</p>
<p><strong>Nam się nie podoba. Plotka wzięła się pewnie stąd, że jest naczelnym PLAYBOYA, magazynu, którego pierwszym szefem był Tomasz Raczek.</strong></p>
<p>No tak, a każdy kolejny naczelny to jego dupa. Wiadomo (śmiech).</p>
<p><strong>Czy nasze pismo jest zauważane przez środowisko gejowskie?</strong></p>
<p>Zero. PLAYBOY nie istnieje.</p>
<p><strong>Jest jakiś gejowski odpowiednik?</strong></p>
<p>Raczej nie. Prasa gejowska jest specyficzna, głównie chodzi w niej o anonse. Wszystko kręci się wokół jednego. A PLAYBOY to pismo kulturalne o zabarwieniu erotycznym. W ogóle „playboy” to fajne słowo. Lubię je.</p>
<p><strong>A jak jest z magazynem „Playgirl”?</strong></p>
<p>Widziałem to pismo parę razy u znajomych, więc jakiś oddźwięk chyba ma.</p>
<p><strong>Zgodziłbyś się na swoją sesję w nim?</strong></p>
<p>Tak.</p>
<p><strong>A na bycie naczelnym?</strong></p>
<p>(Wybuch śmiechu). Nie. Głównie dlatego, że mam proletariackie uprzedzenie do zniewieściałości. Po prostu kompletnie mnie to nie pociąga i nie bawi. Tymczasem bycie szefem takiego pisma nieodzownie kojarzy się z byciem „girl”. A mnie szlag trafia, kiedy chłopaki mówią do siebie per „ona”.</p>
<p><strong>W odniesieniu do ciebie też sobie pozwalają?</strong></p>
<p>Generalnie cioty są wredne, a takie cioty-cioty mówią o mnie „Poniedziałkowa”. Nienawidzę tego! Dlatego kategorycznie nie mógłbym prowadzić „Playgirl”. Naczelną powinna być kobieta.</p>
<p><strong>Najlepiej żona naszego naczelnego.</strong></p>
<p>Wtedy musiałaby radzić sobie z plotkami, że jest lesbijką, skoro mąż jest gejem (wybuch śmiechu).</p>
<p><strong>Kogo z chęcią obejrzałbyś w „Playgirl”, oczywiście poza sobą?</strong></p>
<p>Zakościelnego, Bosaka albo Mateusza Damięckiego, który ma chłopięcą urodę, do tego przypakował i ładnie tańczy. Nadawałby się do „Playgirl” idealnie.</p>
<p><strong>Tak jak Daniel Olbrychski 30 lat temu.</strong></p>
<p>Na pewno. Nawet znam dwie kobiety, które go bliżej znały. Opowiadały sobie takie rzeczy o Danielu, jak moi znajomi geje o Michale Żebrowskim (śmiech).</p>
<p><strong>Jak powiedziałeś „a”, to powiedz „b”.</strong></p>
<p>Parę lat temu koledzy pytali mnie, czy to prawda, że Żebrowski ma wielkiego. Niestety nie znałem odpowiedzi. (śmiech). To oczywiście off the record&#8230; Chociaż, właściwie dlaczego? Jemu powinno się to spodobać. Ciekawe, czy będzie dementi?</p>
<p>(Ogólny wybuch śmiechu)</p>
<p><strong>A czy ty możesz zdementować informację, że „Happy together” Wong Kar Waia to film kultowy w środowisku gejowskim?</strong></p>
<p>Dementuję. To nie gimnastyka sportowa ani synchroniczne skoki do wody, które są gejowskimi ikonami. Sportowcy uprawiający te dyscypliny są marzeniem homoseksualistów. Film Wong Kar Waia natomiast jest kultowy tylko dla ludzi z mojego pokolenia i dla tych, którzy interesują się sztuką. Większość gejów to ignoranci skoncentrowani głównie na wyglądzie. Często chłopaki z prowincji przyjeżdżają do miasta, by po krótkim czasie przez pięć dni szukać t-shirtu na sobotnią imprezę w Utopii.</p>
<p><strong>Tobie to nie grozi, bo jesteś gwiazdą.</strong></p>
<p>Dziwi mnie właśnie ten fenomen gwiazdy, czyli kogoś z innego świata. Telewizor tak spowszedniał, iż ludziom wydaje się, że skoro codziennie mówię do nich z ekranu, to jestem Rafałem (Lubomskim – bohaterem serialu „M jak Miłość” &#8211; przyp. red.), a nie Jackiem. Mylą mnie też z Hubertem Urbańskim.</p>
<p><strong>Kiedy wreszcie zagrasz geja w serialu albo w kinie?</strong></p>
<p>Nie wiem, może nigdy…</p>
<p><strong>Za to bardzo prawdziwie grasz heteryckie sceny miłosne.</strong></p>
<p>One mi dobrze wychodzą, bo mogę grać je na luzie. A heteroseksualny mężczyzna, który ma pocałować drugiego heteroseksualnego mężczyznę, od razu jest spięty, mimo że teoretycznie powinien czuć podobny luz, jaki ja czuję z kobietą. Powodem tej napinki są sankcje społeczne, rodzinne i środowiskowe. Ja ich nie odczuwam, co było widać w „Przemianach”.</p>
<p><strong>Twierdzisz, że gdybyś należał tylko do środowiska serialowego, wpadłbyś w alkoholizm albo narkotyki. Cieszymy się, że nie grywasz tylko w serialach.</strong></p>
<p>Mam bardzo słaby charakter i czuję się źle, kiedy robię coś, co mnie nie cieszy. A seriale mnie nie cieszą. Z kolei, gdybym robił tylko to, co mnie cieszy, ale nie przynosi dostatku, też bym się frustrował. A wtedy zwykle sięgam po rzeczy, które szybko rozładowują stres: alkohol albo jointa. Miałem kiepskie chwile w życiu. Byłem załamany, nie chciałem już być aktorem i wydawało mi się, że mój zawód jest pozbawiony sensu, że mi nic nie daje, że się w nim nie sprawdziłem, że nie jestem potrzebny.</p>
<p><strong>Co wtedy robiłeś?</strong></p>
<p>Byłem akwizytorem otwartych funduszy emerytalnych, bo właściwie nie miałem za co żyć. Zarabiałem tylko w teatrze, a seriale i filmy były dla mnie abstrakcją. Sprzedałem kilka polis znajomym. Udało mi się za to przeżyć parę miesięcy.</p>
<p><strong>A jak zarabiałeś na życie w młodości?</strong></p>
<p>W wieku dwunastu lat zbierałem truskawki, rabarbar i inne zielska. Poza tym w połowie lat 80. doszło do mnie, że świetnie maluję mieszkania. Malowaliśmy je z kumplem, ale niestety mieliśmy opinię bardzo drogich (śmiech). Zbierałem też gruszki i brzoskwinie w Grecji. Potem handlowałem na Ukrainie, w Sofii i Stambule gumą do żucia „Donald”, lornetkami, nożyczkami, dżinsami, a nawet mini tokarkami. Nie zarobiłem nic, ale co się najeździłem, to moje.</p>
<p><strong>Już wtedy pomyślałeś o nauce języków obcych. Dzisiaj jesteś cenionym tłumaczem. Drogim?</strong></p>
<p>Drogim. Stać mnie na komfort tłumaczenia tylko tego, co sam chciałbym wypowiedzieć na scenie. Z reguły tłumaczę dla naszego teatru, ale nie tylko.</p>
<p><strong>Bardzo natrudziłeś się przy tłumaczeniu „Aniołów w Ameryce”?</strong></p>
<p>To była potwornie ciężka praca. Ponad dwieście stron bardzo trudnego tekstu. Zażądałem więc odpowiedniej stawki. Dyrektor teatru powiedział, że to za dużo i że nawet Masłowska za napisanie dla niego sztuki dostała o połowę mniej. Powiedziałem, że ja nie jestem Masłowska tylko Poniedziałek i spytałem, czy Masłowska pisała wcześniej dla teatru. Nie pisała. A to była moja siódma praca tego rodzaju.</p>
<p><strong>Gdyby aktorstwo ci się znudziło, mógłbyś żyć tylko z tłumaczeń?</strong></p>
<p>Tak, ale ja lubię płodozmian. Ślęczenie nad tekstem w domu i borykanie się ze świetnymi dramatopisarzami to raz. Potem serial i film w plenerze – dwa. A następnie długie próby w teatrze, papierochy, wino, toksyny i duże emocje.</p>
<p><strong>Nawet za duże, bo zdarza ci się słabnąć na kolanach Magdy Cieleckiej.</strong></p>
<p>(Wybuch śmiechu). Do tej pory mi nie wierzą, że to z powodu zatrucia. Myślą, że coś wziąłem. Nie wiem co wcześniej zjadłem, w każdym razie nazywało się to „cielęcina pięć smaków”. Dostałem potwornej biegunki i maksymalnie się odwodniłem, straciłem za dużo potasu. W trakcie sceny upadłem na Magdę, następnie z jej kolan spłynąłem na podłogę, a potem dosłownie doczołgałem się do zewnętrznych drzwi teatru, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. To było doświadczenie graniczne. Ci, którzy to widzieli, mówili, że przelewałem się przez ręce. Byłem jak flak, jak galareta. Zabrało mnie pogotowie. Tydzień spędziłem w szpitalu. Po pewnym czasie okazało się, że jestem uczulony na glutaminian sodu.</p>
<p><strong>Twierdzisz, że dostałeś po ryju tylko dwa razy w życiu. Otarłeś się wtedy o szpital?</strong></p>
<p>Nie, ale mogłem. Pierwszy raz „zaliczyłem” pod koniec podstawówki, w dniu rozdania świadectw. Dostałem regularny wpierdol od moich najbliższych kolegów. Za całokształt i za to, że ich irytowałem. Być może dlatego, że byłem cichym, spokojnym chłopcem, popisującym się swoimi umiejętnościami z języka polskiego. Zamiast śmiać się z nauczycielki, która miała zeza, traktowałem ją jak partnerkę&#8230;</p>
<p><strong>Byłeś wtedy typem cherlaka?</strong></p>
<p>Do siódmej klasy powoli rosłem. Byłem raczej mały, niepozorny, nie uprawiałem sportów. Ale jedno miałem zastanawiające – siłę w rękach. Uwielbiałem przyduszać coraz bardziej sinych  kolegów. Miałem to opanowane do perfekcji. Niektórzy nawet się mnie bali (śmiech).</p>
<p><strong>A ten drugi przypadek łomotu?</strong></p>
<p>W Krakowie wyszedłem z siłowni i trafiłem na trzech napitych nastolatków. Chodnik był wąski. Nikt nie zamierzał ustąpić. Życie uratowała mi policja. Gdyby nie wyjechali zza rogu, prawdopodobnie gnojki skopaliby mnie na śmierć.</p>
<p><strong>Według ciebie każdy aktor jest snobem, histerykiem, hipochondrykiem i babą. A ty?</strong></p>
<p>Ja też. Najmniej chyba jestem babą. Ale snobem bez wątpienia. Dowodem jest choćby moja koszulka – A&amp;F (Abercrombie &amp; Fitch).</p>
<p><strong>Gdybyś nam nie powiedział, nie wiedzielibyśmy, że to ulubiona firma wśród gejów. Na nas ten t-shirt nie zrobił najmniejszego wrażenia. Wychodzi na to, że nie możemy nawet udawać gejów.</strong></p>
<p>A&amp;F nie jest gejowską firmą. Ale trochę piercingu tu i tam i wtopilibyście się w gejowski tłum (śmiech). Całowaliście się kiedyś z facetem, który ma kolczyk w języku? Albo byliście tam całowani?</p>
<p><strong>Jacek, nie tylko faceci mają kolczyki.</strong></p>
<p>Kobiety robią to słabo. Nie znają wielu tajemnic (śmiech). Dziewczyny są zachłanne, za bardzo używają zębów, od razu chciałyby go odgryźć. Faceci robią to o niebo lepiej. Jako „samce” sporo tracicie (śmiech).</p>
<p><strong>Ale na pewno jest nam łatwiej w kwestii rozkładówek. Powiedz nam, kogo widziałbyś w tej roli?</strong></p>
<p>Dobre pytanie. A pytaliście Agnieszkę Grochowską? Ona jest cudowna! A Majka Ostaszewska? Ale pewnie się nie zgodzi. Tak samo jak Magda Cielecka. Ona by tego nie zrobiła w życiu. Nawet nie wiecie, jaka jest stanowcza. Na sesję nie macie najmniejszych szans.</p>
<p><strong>Nawet nie chce się z nami spotkać na rozmowę. Jakby się bała. Czy my jesteśmy, twoim zdaniem, męskimi szowinistami?</strong></p>
<p>Nie da się ukryć &#8211; jesteście samce. Bez wątpienia. Ale kobiety takich też lubią.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jacek-poniedzialek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

