<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady &#187; PISARZE</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/kategoria/pisarze/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Tue, 31 Jan 2012 20:49:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>Sławomir Mrożek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/slawomir-mrozek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/slawomir-mrozek/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 05 Oct 2011 16:49:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Mrożek Sławomir]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3212</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 9, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Jacek Poremba &#8211; Przed żadną rozmową nie mieliśmy takiej tremy. Bardzo mi miło. I znając pana niechęć do rozmów z dziennikarzami, zastanawiamy się, czy to my pana, czy to pan nas bardziej się obawia&#8230; Mniemam, że jesteśmy na równi. Proszę pytać. „Moją sytuacją idealną [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3210"><img class="alignleft size-full wp-image-3210" title="Slawomir-Mrozek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/10/Slawomir-Mrozek.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 9, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Jacek Poremba</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Przed żadną rozmową nie mieliśmy takiej tremy. </strong></p>
<p>Bardzo mi miło.</p>
<p><strong>I znając pana niechęć do rozmów z dziennikarzami, zastanawiamy się,</strong> <strong>czy to my pana, czy to pan nas bardziej się obawia&#8230;</strong></p>
<p>Mniemam, że jesteśmy na równi. Proszę pytać.</p>
<p><strong>„Moją sytuacją idealną jest jak siedzę i piszę, reszta to uciążliwość”. Skoro pan już nie pisze, co dzisiaj jest dla pana sytuacją idealną?</strong></p>
<p>Nie wiedzą panowie tego, co ja. Parę dni temu skończyłem pisać sztukę&#8230;</p>
<p>(<em>I tu następuje chwila milczenia. Autorzy</em><em> </em><em>próbują ochłonąć i pozbierać myśli. Cały ich misternie ułożony plan rozmowy właśnie runął. Tymczasem bohater wywiadu z wyraźną przyjemnością obserwuje ich zaskoczone twarze)</em></p>
<p><strong>Rozłożył nas pan na łopatki. To dopiero niespodzianka!</strong></p>
<p>Dla mnie także. Ostatnią sztukę napisałem wiele lat temu (Wielebni<em> i </em>Piękny widok<em> w roku 2000 – przyp. red.</em>).</p>
<p><strong>Wie</strong><strong>lokrotnie powtarzał pan, że pisać już nie będzie.</strong></p>
<p><strong></strong>Ale w zeszłym roku przeszedłem poważną operację serca. Szpital przetoczył się po mnie bardzo pomyślnie i poczułem przypływ sił, także twórczych. To dla mnie wielkie wydarzenie.</p>
<p><strong>Zapewniamy, że nie tylko dla pana. </strong></p>
<p>Jesteście pierwszymi dziennikarzami, którym mówię o tej sztuce. PLAYBOY zobowiązuje, a to jest utwór o seksie (<em>uśmiech</em>).</p>
<p><strong>Znowu nas pan znokautował. Wspaniale. Jaki tytuł?</strong><strong> </strong></p>
<p><strong></strong><em>Karnawał i pierwsza żona Adama</em>. O tym temacie zacząłem myśleć jeszcze w Meksyku. Pewnego razu pojechaliśmy ze znajomymi do nocnego lokalu na Jukatanie. Pośród pięknych pieśni, które wtedy usłyszałem, szczególnie jedna zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Była to pieśń Lilith – pierwszej żony Adama. Jest taki mit, który zapewne znacie, że Ewa nie była jego pierwszą kobietą.</p>
<p><strong>Ponad dwadzieścia lat zbierał się pan do </strong><strong>napisania sztuki o seksie?</strong></p>
<p><strong></strong>W Meksyku widocznie byłem jeszcze za młody. Teraz mam 81 lat i sprawy seksu wreszcie zaczęły mnie interesować. W pierwszej scenie zobaczycie panowie nagą kobietę, która nic nie mówi. Przyznacie, że musi coś w tym być.</p>
<p><strong>Wszystkie nasze okładki są tego żywym świadectwem. Milcząca naga kobieta to największa zagadka wszechświata. Proszę nam tylko powiedzieć, czy bez okrycia wystąpią zarówno pierwsza, jak i druga żona Adama?</strong></p>
<p><strong></strong>Niestety, dla strażników moralności, obie są nagie. Dopiero potem ubierają się w suknie wieczorowe. Stąd „karnawał”. W sztuce większość postaci to mężczyźni, którym na drodze stają trzy kobiety. Oczywiście wszystkie powikłania wynikają z tego, że każdy chce od każdej wiadomo czego.</p>
<p><strong>Kim </strong><strong>jest ta trzecia?</strong></p>
<p><strong></strong>To młodziutka Bawarka, którą upatrzył sobie Goethe, również bohater tego dramatu. Towarzystwo jest zresztą bardzo urozmaicone. Mamy na przykład Szatana, który rzecz jasna nie może istnieć bez Biskupa –  kolejnego bohatera. Pojawia się jeszcze Asystent Goethego i ktoś, kto określa siebie jako Człowieka.</p>
<p><strong>Rozumiemy, że kwestia czasu historycznego jest dla pana mało istotna?</strong></p>
<p><strong></strong>Za wzór brałem operetki Offenbacha, który takimi detalami się nie przejmował. Wszyscy moi bohaterowie są ze sobą powiązani erotycznie i to jest najważniejsze.</p>
<p><strong>Czy dzię</strong><strong>ki tej sztuce będzie można wysnuć wniosek, że mężczyźni wolą blondynki?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie. Rzecz toczy się na innym poziomie.</p>
<p><strong>Przepraszamy za spłycanie tematu. Niemniej jednak wydaje nam się, że skoro Lilith powszechnie jest przedstawiana jako blondynka&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>A z jakich materiałów panowie korzystaliście? Czy istnieją może jakieś fotografie? <em>(Uśmiech)</em>.</p>
<p><strong>Niestety PLAYBOY nie miał okazji zaproponować sesji pierwszej żonie Adama. Obiecujemy, że gdy tylko pojawi się sposobność, natychmiast skorzystamy. Chodziło nam o to, że o ile się nie mylimy, malarze zwykle przedstawiali Lilith jako blondynkę. </strong></p>
<p><strong></strong>I ja również na użytek sztuki skierowałem tę postać do działu mężczyzn, którzy wolą blondynki. Sprawa jest jednak dyskusyjna. Moja pierwsza żona była brunetką. Moja obecna żona także jest brunetką&#8230;</p>
<p><strong>Jasnowłosa Lilith była buntownicza, a ciemnowłosa Ewa spokojna i raczej uległa.</strong></p>
<p>To by się zgadzało.</p>
<p><strong>Czy w sztuce Lilith zostaje kochanką Szatana?</strong></p>
<p>To rzecz powszechnie potwierdzona. O ile cokolwiek w tej sprawie można uznać za udokumentowane. W sztuce nie jest więc inaczej.</p>
<p><strong>Większym playboyem będzie Szatan czy Biskup?</strong></p>
<p><strong></strong>Gdzież Biskupowi do Szatana. Ten jest playboyem z natury. Biskup w moim odczuciu jest dość poczciwy. Dochrapał się tej funkcji i jest z niej zadowolony. Natomiast z prośbą o radę w sprawach damsko-męskich do Szatana zwraca się Goethe. Ma problemy z męskością, a &#8211; jak wiemy &#8211; umyślił sobie poślubić Bawarkę. Ta z kolei, mimo że poważnie zainteresowana Goethem, w jednej z pierwszych scen idzie do lasu z młodym Asystentem. Proszę mnie jednak nie pytać, jakiego koloru włosy ma Bawarka, bo tego nie dopatrzyłem.</p>
<p><strong>A czy aby nie zachodzi ona w ciążę z Asystentem?</strong></p>
<p>Nie. W ciążę zachodzi Ewa. Jako matka ludzkości nie ma przecież wyboru &#8211; musi być brzemienna.</p>
<p><strong>Z Adamem?</strong></p>
<p><strong></strong>Tego już panom nie zdradzę. Finał to finał.</p>
<p><strong>Poczekamy do premiery. Tymczasem proszę nam powiedzieć, która z trzech bohaterek sztuki mogłaby się znaleźć na okładce Playboya.</strong></p>
<p><strong></strong>Dla propagandy &#8211; obojętnie która. Każda byłaby sensacją. Ale najbardziej wyzwolona jest oczywiście Lilith. To najlogiczniejszy wybór.</p>
<p><strong>Będą tacy, którzy się na pana za tę sztukę obrażą? </strong></p>
<p><strong></strong>Zobaczymy, czy ona w ogóle będzie grana w Polsce. To zależy od sytuacji, między innymi od tego, jak bardzo zacięty będzie PiS. Pamiętajcie panowie, że mit o Lilith podlegał inkwizycji i do dziś jest tępiony przez kościół. Przekonamy się, czy coś w tym temacie się zmieniło.</p>
<p><strong>Innymi słowy, grzeszy pan śmiertelnie.</strong></p>
<p><strong></strong>Jak zawsze. To tylko kwestia przyzwyczajenia. Ale tak naprawdę to nie interesuje mnie, czy się ktoś obrazi, czy nie. Jest to sztuka łagodna. Jak baranek. Ani „przeciwko”, ani „za”. Oczywiście kościół upomni się o swoje, bo nie byłby kościołem, zwłaszcza katolickim. Ale jest mi to obojętne. Tak jak reakcje krytyki albo wynik naszej rozmowy. Teraz siedzę przed panami i odpowiadam na pytania. Jest mi jednak obojętne, co panowie z tym zrobią. A ponieważ wierzę, że dobrze wykonacie swoją pracę, tym bardziej jest mi to obojętne.</p>
<p><strong>Ale sztuka&#8230;</strong></p>
<p>Nie wierzę w ideę sztuki. Każdy ma ją w sobie. Lub jej nie ma. W tym momencie przypomina mi się, jak Szatan rozmawia z Lilith i mówi do niej: „Zostaw filozofię, bądź tylko życiem!”. Szczególnie niemieccy filozofowie celowali w tak zwanych ideach wiecznych. Ale co to znaczy &#8211; wieczne? Człowiek w tej sprawie nie może dać żadnej odpowiedzi. Jedno jest pewne: w mojej sztuce bardzo dużo się dzieje i to ją różni od wielu polskich, współczesnych sztuk, szczególnie tych napisanych przez reżyserów, w których nie dzieje się nic.</p>
<p><strong>Kiedy będzie można ją przeczytać lub obejrzeć?</strong></p>
<p><strong></strong>Najwcześniej na wiosnę przyszłego roku.</p>
<p><strong>Czekamy z niecierpliwością. Tymczasem ukazuje się właśnie pańska korespondencja ze Stanisławem Lemem. Ta książka to kopalnia anegdot. Chcielibyśmy podpytać pana o wyprawę do Jugosławii i „szpiegowskie historie” z Dubrownika. Wraz z żoną minęliście się tam państwo z panem Stanisławem i jego małżonką o włos, co dla pana było niemal tragedią&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Zabawne. Mówicie panowie o czymś, co nie istnieje w mojej świadomości. Z chęcią poczytam. Sam nie wiem, czego się spodziewać. O większości historii z tych listów dawno już zapomniałem, a o części z nich nigdy zapewne nie pamiętałem.</p>
<p><strong>Nie wierzymy, że zapomniał pan o swojej Złotej Strzale – P 70. I o tym jak Stanisław Lem, także dumny posiadacz tego pra-Trabanta, inst</strong><strong>ruował pana jak wymienić koło&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Chodzi panom o to, że Lem przebił lewarkiem podwozie? Tak, to było bardzo śmieszne.</p>
<p><strong>Tak samo jak opis pana wypadku w tym wynalazku.</strong></p>
<p><strong></strong>Wyleciałem z drogi, przekoziołkowałem i wylądowałem na dachu. Udało mi się wyjść przez przednią szybę. O dziwo, byłem cały i zdrowy. Okoliczni chłopi pomogli mi ustawić samochód na kołach. Odpalił, więc pojechałem dalej. Na pierwszej stacji benzynowej pod Warszawą sprzedałem wrak. Na pniu.</p>
<p><strong>Przed lekturą nie spodziewaliśmy się, że byliście panowie fanami motoryzacji. </strong></p>
<p>W Polsce Ludowej nie można było nie być fanem motoryzacji, bo ciągle coś się psuło. Moim następnym samochodem był czarny nowiutki Garbus, którym praktycznie bez awarii przejechałem ponad dwieście tysięcy kilometrów. Samochód nie do zdarcia, który był mi wierny aż do Paryża. Był po prostu za dobry, żeby o nim pisać. Potem jeździłem zielonym Fiatem, by skończyć, już w Meksyku, w Peugeocie. Zresztą w Meksyku zaniechałem także pisania jakichkolwiek listów.</p>
<p><strong>W kolejce czekają pana listy do szwedzkiego dziennikarza Gunnara Brandella, którego poznał pan w Stanach.</strong></p>
<p><strong></strong>On już niestety nie żyje. Zresztą jak wszyscy, z którymi utrzymywałem tego typu korespondencję.</p>
<p><strong>Coś jeszcze z pana listów ujrzy światło dzienne?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mam zielonego pojęcia. Za dużo tego pisałem, ciężko sobie teraz o wszystkim przypomnieć.</p>
<p><strong>Myśli pan, że kiedyś korespondencje mailowe będą wydawane w formie drukowanej?</strong></p>
<p><strong></strong>Na szczęście nie muszę się nad tym zastanawiać.</p>
<p><strong>W latach pańskiej młodości chłopcy chcieli być sportowcami albo jazzmanami. A pan?</strong></p>
<p>Na nartach zacząłem jeździć po wyjeździe z Polski. Podobnie było z tenisem. Miałem wtedy trzydzieści parę lat. Było za późno, żeby osiągnąć wysoki poziom. Po wyprowadzce do Meksyku zarzuciłem jedno i drugie.</p>
<p><strong>A co z jazzem?</strong></p>
<p>Mieszkając w Krakowie trzeba było interesować się jazzem, bo tak wypadało. Ale ja miałem wtedy inną manię &#8211; chciałem być fotografem. Po pewnym czasie oczywiście mi przeszło.</p>
<p><strong>Co pana wtedy interesowało jako fotografa?</strong></p>
<p>Wyjść z domu. Przechadzać się po ulicach. Pstryk, pstryk. Potem do domu i całe godziny wywoływania.</p>
<p><strong>Niektórzy od razu chcą być fotografami aktów. </strong></p>
<p>Ta ścieżka kariery była u mnie bardzo zaniedbana.</p>
<p><strong>Bywał pan wtedy playboyem?</strong></p>
<p><strong></strong>Nigdy nie przyszło mi to do głowy.</p>
<p><strong>A potem?</strong></p>
<p>Po śmierci pierwszej żony przez osiemnaście lat byłem sam. Wydaje mi się, że takie zachowanie pozycjonuje mnie daleko od playboya (<em>uśmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy kiedyś chociaż przez sekundę żałował pan niedokończonych studiów na dwóch uczelniach?</strong></p>
<p><strong></strong>Nigdy taka myśl nie przyszła mi do głowy. Trafiłem przypadkowo na zawód, który mi odpowiada. Jako pracownik do wszystkiego w „Dzienniku Polskim” szybko awansowałem. Uważam, że nie tylko dlatego, że w tamtym czasie bardzo podobał mi się Stalin. Nie jestem z tego dumny. Ale na szczęście ja jestem szybki chłopak i w 1963 roku znalazłem się we Włoszech po to, żeby do komunistycznej Polski nigdy nie wrócić.</p>
<p><strong>Odpowiadając na pytanie na czacie internetowym a propos swoich wad, powiedział pan: „Lenistwo, niecierpliwość, skłonność do irytacji, niepobłażliwość i&#8230; chwilowe głupoty”. Czy te głupoty to na przykład zauroczenie Związkiem Radzieckim?</strong></p>
<p>Tak. Do tej pory tego żałuję. Ta sprawa mogła się przecież skończyć tragicznie. Na szczęście w porę się z tego wyplątałem. Dlatego wspomniałem o „chwilowych głupotach”. Zresztą „chwilowość” to moja stała cecha. Odziedziczyłem ją po ojcu. Szybko zapominam co było, co zresztą powodowało w moim życiu bardzo wiele towarzyskich komplikacji.</p>
<p><strong>Znajomi obrażali się na pana, a pan nie miał pojęcia, o co?</strong></p>
<p>Zgadliście panowie. Tak działo się bardzo często.</p>
<p><strong>„Chwilowość” to bardzo chłopięca cecha. </strong></p>
<p><strong></strong>I dobrze. Długo zachowywała mnie od starczości.</p>
<p><strong>A nuda? Nudzi się pan czasem?</strong></p>
<p><strong></strong>Przeważnie nie. A jeśli się nudzę, to cierpię do tego stopnia, że od razu muszę się czymś zająć.</p>
<p><strong>Bywa p</strong><strong>an jeszcze sfrustrowany, czy to już poza panem?</strong></p>
<p><strong></strong>Człowiek jest sfrustrowany całe życie. Zmieniają się tylko powody. Definitywnie się starzeję. Dodatkowo starzeję się coraz szybciej. Przyszedł więc czas, że to mnie właśnie frustruje. Ale moje życie było do tego stopnia ciekawe, że nie narzekam. Kontroluję swoją frustrację.</p>
<p><strong>A jak pan ocenia ogólny światowy poziom frustracji?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie oceniam, bo niedługo wysiadam.</p>
<p><strong>Wolelibyśmy, żeby pan zrezygnował z tego „niedługo”. Życzymy stu lat w zdrowiu. </strong></p>
<p><strong></strong>Proszę mi tak nie życzyć. Wiem, jak wyglądają trzęsący się stulatkowie&#8230; Wolałbym, żeby mnie powolutku ubywało.</p>
<p><strong>Proszę się postawić w naszej sytuacji. </strong></p>
<p><strong></strong>W waszej?! Widziałem, jak tu wbiegaliście po schodach.</p>
<p><strong>Nie wypada nam nie życzyć panu stu lat. </strong></p>
<p>Jak nie wypada, to ustalmy, że życzenia przyjmuję. I nie mówmy o tym więcej.</p>
<p><strong>Czytając pańskie dzienniki, można odnieść wrażenie, że czuł się pan staro już jako trzydziestolatek.</strong></p>
<p><strong></strong>Tak i uważam, że to duża zaleta.</p>
<p><strong>Pańska starość trwa w takim razie już ponad pół wieku. Wszystkim młodym radziłby pan jak najszybciej się zestarzeć?</strong></p>
<p><strong></strong>Dlaczego?<strong> </strong>Każdy ma swoją własną historię. Każdy jest inny. Każdego zostawiam w spokoju. Ja mówię tylko o sobie.</p>
<p><strong>Nie namówimy pana na żadną ogólną uwagę o świecie?</strong></p>
<p>Na ziemi jest za dużo ludzi. I będzie coraz więcej. Jeśli uświadomimy sobie, jakie to niesie konsekwencje, to aż ciarki przechodzą. Zmieńmy temat.</p>
<p><strong>Ponad 50 lat temu napisał pan dialogi do filmu <em>Kalosze szczęścia</em> Bohdziewicza&#8230;</strong></p>
<p>Było to bardzo cyniczne z mojej strony. Powiedziałbym – czysto merkantylne. Zainkasowałem wypłatę i byłem zadowolony.</p>
<p><strong>Ale my chcieliśmy zapytać, co by pan dziś z takimi kaloszami zrobił? (<em>w filmie dzięki kaloszom można było przenosić się w czasie i przestrzeni – przyp. aut.</em>)</strong></p>
<p><strong></strong>Wyrzuciłbym je do kosza.</p>
<p><strong>To</strong><strong> </strong><strong>kolejny dowód na to, że pan jest wiecznie „poza sytuacją”. Tak jak twierdził Gombrowicz. </strong></p>
<p>Słyszałem to na własne uszy. On był zaczepny i ciągle tworzył dziwne sytuacje, co pracowało na jego korzyść. Czerpał z nich. A ja nie dawałem się w to wciągać, bo taką mam naturę. Wreszcie powiedział na głos, że Mrożek jest „poza sytuacją” i dał mi spokój.</p>
<p><strong>Czy takiego stanu można się nauczyć? </strong></p>
<p>To jest przyrodzone. Cecha osobnicza. Zresztą prawdopodobnie z tej przyczyny powitałem z wielką ulgą moje pisanie. Każdego dnia osiem godzin sam na sam ze sobą, całkowicie poza sytuacją. To było jak wybawienie.</p>
<p><strong>Terapia zajęciowa?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć.</p>
<p><strong>Cieszymy się, że znowu pan pisze. To znaczy, że znowu żyje pan głównie poza sytuacją, czyli w swoim optimum. </strong></p>
<p><strong></strong>Ja również się cieszę.</p>
<p><strong>A na ile sytuacja, w której się znajdujemy, jest dla pana kłopotliwa?</strong></p>
<p><strong></strong>W ogóle nie jest kłopotliwa. Cieszę się, bo interesuje mnie wymiana zdań z wami. Poza tym ta sytuacja się skończy. Panowie wyjadą do Polski. Ja będę musiał główkować co dalej. A póki co&#8230; bądźmy, tak jak możemy.</p>
<p><strong>Im prościej pan mówi, tym bardziej daje do myślenia.</strong></p>
<p><strong></strong>Taki mam charakter.</p>
<p><strong>W internecie można zobaczyć krótki film z pańskiej konferencji prasowej. W pewnym momencie z sali pada pytanie „Jak żyć?”. A pan odpowiada jednym słowem &#8211; „Swobodnie”. To jest właśnie najtrudniejsze.</strong></p>
<p><strong></strong>Oczywiście (<em>uśmiech</em>).</p>
<p><strong>Będziemy wdzięczni za choć jedną uwagę, która przybliży nas w kierunku „swobodnie”.</strong></p>
<p><strong></strong>Panowie pytacie o siebie? Nie wiem, jak w Polsce żyć swobodnie. Dlatego nie mieszkam w Polsce. Nasza sytuacja jest inna. Ja chcę dożyć swobodnie do śmierci. I czekam na nią z niepokojem. Wy jesteście młodymi Polakami w Polsce. Ja jestem Polakiem na emeryturze w Nicei. Od niedawna także dramaturgiem.</p>
<p><strong>Rozpoznaje tu pana ktokolwiek?</strong></p>
<p><strong></strong>Szczęśliwie udaje mi się być całkowicie anonimowym.</p>
<p><strong>Czy jest jakieś pytanie, które dziennikarze wciąż panu zadają i nie dość, że pana śmiertelnie nudzi, to jeszcze irytuje?</strong></p>
<p>Jest. Ale go nie pamiętam, bo nie jestem pamiętliwy. Kiedy spotyka mnie coś bardzo przykrego, natychmiast zapominam. To główna różnica między mną, a moją nieżyjącą już siostrą. Ona była szalenie pamiętliwa.</p>
<p><strong>A może pamiętliwość to po prostu typowo kobieca cecha?</strong></p>
<p><strong></strong>Być może.</p>
<p><strong>I mimo to czuje się pan czasem zniewieściały?</strong></p>
<p>Bardzo często. To moje wielkie szczęście.</p>
<p><strong>Kobiety to lepszy rodzaj ludzi?</strong></p>
<p><strong></strong>Moim zdaniem tak. Kobiety rodzą dzieci, a to determinuje wszystko. Dlatego są od nas lepsze.</p>
<p><strong>Można pana nazwać feministą?</strong></p>
<p>Można. Moja matka była dla mnie bardzo dobra. Była piękną kobietą. Jedyną osobą, która w dzieciństwie zwracała się do mnie życzliwie. To mnie uratowało i prawdopodobnie ukształtowało.</p>
<p><strong>Kilka długich lat wychowywał się pan jednak bez matki. Jako dziecko w czasie okupacji i potem już jako nastolatek&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Na szczęście! Swoboda w życiu młodego człowieka jest bardzo ważna. Matka umarła na gruźlicę w wieku 44 lat. Ja miałem wtedy 19. Owszem, bardzo to przeżyłem, ale po latach obserwacji życia, wiem, że miałem w nim szczęście.</p>
<p><strong>Wyjechałby pan z Polski, gdyby mama żyła?</strong></p>
<p>Prawdopodobnie nie.</p>
<p><strong>W latach 50. „demaskował” pan w „Dzienniku Polskim” kwiatowe corso w Nicei, krytykując w ten sposób zachodni kapitalizm. Dziś mieszka pan w tym mieście. Czy tym razem corso „zdemaskowało” pana?</strong></p>
<p>Wtedy wykonywałem polecenia mojego socjalistycznego szefa. Poza tym nie podróżując, leczyłem w ten sposób polskie kompleksy. Dziś, gdy tu jestem, nie mam czasu na zajmowanie się głupimi kwiatami. Ale historia zatoczyła niesamowite koło. Nigdy bym wówczas nie przypuszczał, że będę tu mieszkał.</p>
<p><strong>Człowiek nigdy nie może być pewien&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>W moim przypadku jest inaczej. Wiem, że z Nicei nie ruszę się aż do śmierci. Już panom mówiłem – niedługo wysiadam.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/slawomir-mrozek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maria Czubaszek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maria-czubaszek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maria-czubaszek/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 31 Aug 2011 09:00:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Czubaszek Maria]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3150</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Tomasz Bergmann &#8211; Słyszałam, że jesteście długodystansowcy. Na wszelki wypadek wyjmę z torebki elektronicznego papierosa. Będzie pani puszczać „dym z e-papierosa”? Mimo całej tej histerii nadal wolę papierosy bez „e”. Ale są miejsca, w których palić nie można. Dzięki e-papierosom nie tracę w nich [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3163"><img class="alignleft size-full wp-image-3163" title="Maria-Czubaszek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/09/Maria-Czubaszek.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 7, 2011 rok</strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomasz Bergmann</a><strong></strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p>Słyszałam, że jesteście długodystansowcy. Na wszelki wypadek wyjmę z torebki elektronicznego papierosa.</p>
<p><strong>Będzie pani puszczać „dym z e-papierosa”?</strong></p>
<p>Mimo całej tej histerii nadal wolę papierosy bez „e”. Ale są miejsca, w których palić nie można. Dzięki e-papierosom nie tracę w nich kontaktu z rozumem. W ogóle dzisiaj wszystko zaczyna być „e”.</p>
<p><strong>A jak wygląda e-pierzaczek (<em>mityczna postać ze słuchowiska </em>Dym z papierosa<em> &#8211; przyp. red</em>.)?</strong></p>
<p>Tak samo, tylko ma przycisk. Z pewnością e-pierzaczka trzeba by było naciskać. Mam nadzieję, że wy nie przyciśniecie mnie za mocno.</p>
<p><strong>My jak Kazio (<em>realna postać ze słuchowiska</em> Dym z papierosa <em>- przyp. red.</em>) – będziemy delikatni, ciekawi i cały czas zdziwieni.</strong></p>
<p>Czym zdziwieni?</p>
<p><strong>Na przykład pani skocznością.</strong></p>
<p>No tak, rozmawiać ze mną w sposób uporządkowany nie sposób. Kiedyś robiłam wywiad ze Stefanią Grodzieńską. W pewnym momencie jednocześnie straciłyśmy wątek. Stefania stwierdziła, że świadczy to o bystrości naszych umysłów, które potrafią znienacka skakać z tematu na temat. Mam nadzieję panowie, że nadążycie za starszą panią.</p>
<p><strong>Uwielbia pani zaznaczać, że nie jest najmłodsza.</strong></p>
<p>I nie najpiękniejsza. Bo to prawda. Poza tym lubię być trochę pod prąd. Teraz wypada być młodym i pięknym, a ja &#8211; wprost przeciwnie. Najlepszy dowód, że w programie Szymona Majewskiego zdobyłam tytuł &#8222;Nie najpiękniejszej Polki 2010&#8243;, a jedno z wydawnictw zaproponowało Arturowi Andrusowi zrobienie ze mną wywiadu-rzeki. Jak najszybciej. Widocznie boją się, że za chwilę odejdę. Być może zresztą mają rację, bo jeśli nadal tak szybko będzie nam szło z tym wywiadem-rzeką, to nie wiadomo, czy prędzej wyjdzie książka, czy prędzej ja odejdę.</p>
<p><strong>Jeżeli wstrzyma się pani na parę godzin, przynajmniej my mamy szansę zdążyć.</strong></p>
<p>Postaram się. Ale przypominam, że palenie zabija.</p>
<p><strong>„E”&#8230;</strong></p>
<p>To podobno mniej, ale Polacy, oczywiście niepalący, nie wierzą. Tak jak ja nie wierzę,  że PLAYBOY chce ze mną rozmawiać. Sprawy seksu są dla mnie przeszłością, a z pamięcią zawsze miałam problemy. Jedyną datą, która coś mi mówi jest rok 1410. Nawet ślubu z Karolakiem nie pamiętam.</p>
<p><strong>Nie planowaliśmy rozmawiać o seksie.</strong></p>
<p>Naprawdę jesteście z PLAYBOYA?</p>
<p><strong>Możemy się wylegitymować.</strong></p>
<p>Nie trzeba. Przy moim wzroku legitymacje tylko mącą mi w głowie. Muszę wam powiedzieć, że w swoim życiu nie spotkałam zbyt wielu playboyów. Mój pierwszy na pewno nim nie był. Uprzedzając wasze pytanie, nie pamiętam swojego pierwszego razu. Zawsze dziwię się, że dzisiejsze gwiazdy o tym tak rozprawiają. Ja widzę tylko mgłę, nie pamiętam nawet imienia! Pamiętam tylko, że nie było źle, nie było też jakoś nadzwyczajnie wspaniale. Generalnie byłam chyba rozczarowana. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, ale po latach prób i doświadczeń jestem pewna, że seks jest przereklamowany.</p>
<p><strong>Kogo mogłaby pani wskazać jako wzór polskiego playboya?</strong></p>
<p>W czasach, kiedy troszkę się tym interesowałam, był nim Janusz Głowacki. Nie musiał się starać, stawać na głowie, chodzić na siłownię, trzymać diety&#8230; Gdziekolwiek by nie wszedł, wszędzie były chętne dziewczyny, niezależnie, czy byłby to ich pierwszy czy dziesiąty raz. Miał w sobie to coś. Zresztą , choć jest już silnie dorosły, nadal to ma. Mówię to nie z autopsji, tylko z obserwacji. Damsko-męskiej przygody z Januszem nie przeżyłam. Jakoś się, niestety, nie złożyło.</p>
<p><strong>Prawdziwych playboyów już nie ma?</strong></p>
<p>Oprócz waszego pisma? Nie rzucają mi się w oczy. Z tego co wiem (z innych pism, które czytam z racji swojej pracy) teraz jest raczej moda na ciacha. A mnie ten model nie kręci.</p>
<p><strong>A nasz naczelny panią kręci?</strong></p>
<p>Jak na moje lata, wystarczająco. Nie podobają mi się jego pełne usta, które  dla większości są pewnie seksowne. Dla mnie  raczej kobiece. Ale poza tym pan Marcin jest w porządku. Najbardziej polubiłam go po jego głośnej wpadce z przekleństwem na antenie TVN24. Kupił mnie tym całkowicie, być może dlatego, że siedziałam wówczas najbliżej niego. I widziałam, jak się tym przejął. Oczywiście nie tym, że ja byłam blisko, tylko, że jemu „z młodej piersi się wyrwało.”</p>
<p><strong>Kupuje pani PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Tak, a kioskarki dziwią się: „Pozwala pani oglądać to mężowi?”. Kiedy mówię, że PLAYBOYA kupuję głównie dla siebie, dziwią się jeszcze bardziej. Ja zresztą też. Bo myślałam, że  przynajmniej w tym temacie jest już w Polsce normalnie.</p>
<p><strong>Jakie „dziewczyny są na ścianę, a jakie na życie” (<em>parafraza tytułu książki Marii Czubaszek – przyp. red.</em>)?</strong></p>
<p>Na ścianę takie, jak z waszych rozkładówek, na życie inteligentne, dowcipne, wyrozumiałe i niezależne finansowo. Tych pierwszych jest chyba znacznie więcej niż tych drugich. Dlatego fajnie popatrzeć na piękną dziewczynę i pofantazjować, trudniej pożyć z nią parę fajnych lat. Wydaje mi się, że w  związkach damsko-męskich to mężczyźni najczęściej dostają w dupę. Kobiety są  sprytniejsze, żeby nie powiedzieć cwańsze i silniejsze psychicznie. Nierzadko i fizycznie.</p>
<p><strong>Mówi to pani z własnego doświadczenia?</strong></p>
<p>Z własnego doświadczenia to ja wiem, że lepiej być starym facetem niż starą babą. Pocieszam się tylko, że nie jestem typową kobietą. Nigdy nie czułam instynktu macierzyńskiego i nie chciałam mieć dzieci. Udało się. Nie lubię dzieci, a co najważniejsze – nie potrafiłabym ich wychować. Mam zero zdolności i zapędów pedagogicznych. Nie tylko w stosunku do dzieci, ale również dorosłych. Większość moich związków rozpadała się między innymi właśnie dlatego. Nie wierzyłam, że mogę faceta zmienić. Albo akceptowałam jego wady, albo „żegnaj, misiu”. Nie rozumiem kobiet, które uwielbiają wychowywać i zmieniać. Szczerze mówiąc, najczęściej w ogóle nie rozumiem kobiet.</p>
<p><strong>A może pani ich nie lubi?</strong></p>
<p>Parę lubię. Większość bez przepychu.</p>
<p><strong>Bo  konkurencja?</strong></p>
<p>Moja konkurencja, panowie, na ogół już nie żyje. A przecież nie będę się kopać z koniem. Choćby różowym, Joli Rutowicz&#8230; A mówiąc poważnie, nigdy nie miałam przyjaciółki, nawet jako mała dziewczynka. Nie byłam chłopczycą, ale kolegowałam się tylko z chłopcami. Nie znosiłam tych wszystkich „przyjaciółeczek” trzymających się za rączki, a za plecami się obgadujących. I tak mi zostało do dzisiaj. Nie bywam na babskich wieczorkach, nie oglądam kobiecych programów typu „ Miasto kobiet” czy „Między kuchnią a salonem”. Dlatego m.in. lubię program Mellera, w którym na ogół jest jedna kobieta. I starczy.</p>
<p><strong>Czy kobiety mają gorsze poczucie humoru?</strong></p>
<p>Na pewno inne. I nierzadko ukryte. Zwłaszcza na Wiejskiej. Na przykład posłanka Nelly Rokita. Prawie zawsze  mówi śmieszne rzeczy, ale zawsze śmiertelnie poważnie. Albo damski Buster Keaton, albo naprawdę nie śmieszy jej to co sama mówi. Co by znaczyło, że nie ma poczucia humoru. Podobnie jak posłanka Sobecka, która swego czasu mówiła o gejostwie jednego z Teletubisiów. Wszyscy się śmiali, a ona – pełna powaga. Czy posłanka Kempa. Powiedziała kiedyś, że nie słucha premiera Tuska. Siebie chyba tym bardziej. Bo gdyby słyszała co mówi, i miała poczucie humoru, musiałaby się czasem „ugotować”! A tu nic. Chociaż…przepraszam. Raz, podczas obrad jakiejś komisji, uśmiała się do łez.</p>
<p><strong>Jest pani pewna?</strong></p>
<p>Oczywiście! Ryczała ze śmiechu! Nazajutrz, będąc rano  w TVN24, u Jarosława Kuźniara, dedykowałam jej nawet swoją piosenkę <em>Rycz, mała, rycz.</em></p>
<p><strong>Ale jest pani pewna, że posłanka Kempa ryczała akurat ze śmiechu?</strong></p>
<p>A z czego? Ze złości? Fakt. Niektóre kobiety tak mają. Dlatego m.in. nie trzymałabym się kurczowo parytetów. Kobiety podchodzą do polityki bardzo emocjonalnie. Niektórych mężczyzn, jak choćby Niesiołowskiego, też czasem ponosi, ale nie beczą.<br />
Przynajmniej przed kamerami. Pożrą się, ale nie popłaczą.</p>
<p><strong>Nie uważa pani, że kobiety łagodzą obyczaje?</strong></p>
<p>Łagodne tak. Ale takie raczej do polityki nie startują.</p>
<p><strong>Pani startowała na studiach?</strong></p>
<p>Na szczęście studiowałam krótko. Nigdy nie było we mnie specjalnej ciekawości wiedzy. Rok byłam na anglistyce i trzy lata na dziennikarstwie. Studiowałam razem z Markiem Piwowskim. I znowu muszę wrócić do parytetów! One mi się kojarzą z punktami za pochodzenie. Kiedy zdawałam na dziennikarkę, trzy czwarte osób zostało przyjętych dzięki tym punktom. A dziennikarzami zostało niewielu. Dlatego jestem przeciw wszelkim przywilejom. Za pochodzenie, status materialny, płeć czy za cokolwiek. Będąc za pełnym równouprawnieniem gejów i lesbijek, gdyby mieli dostawać jakieś punkty tylko dlatego, że urodzili się homo, też byłabym przeciw. Podobnie jak przeciw przywilejom dla hetero.</p>
<p><strong>Pamięta pani swoją pierwszą pracę zarobkową?</strong></p>
<p>Praktyki zawodowe w „Gazecie Krakowskiej”. Nie przepadam za Krakowem, więc było to prawdziwe zesłanie. Poza tym, licząc na zaliczkę a konto tego, co zarobię, zaraz po przyjeździe rozsiudałam wszystkie pieniądze. Zaliczki nie dali i nie miałam za co wykupić obiadów w redakcyjnej stołówce. Najpierw sprzedawałam butelki po wódce, znalezione w toaletach akademika, w którym mnie zakwaterowano. Na chleb i pasztet starczało, bo wtedy nie rządziła PO, więc nie było takiej drożyzny jak dzisiaj. Butelki jednakowoż w końcu się skończyły, krakowscy redaktorzy pożyczyć pieniędzy nie chcieli, a do wypłaty honorarium za praktykę jeszcze 3 tygodnie. I nagle-olśnienie! W redakcyjnej stołówce, na wszystkich stolikach były koszyczki z pokrojonym chlebem. Pewna, że to darmowy dodatek do obiadów,  capnęłam z każdego koszyczka po parę kromek i z pełną aktówką weszłam do redakcji. Wtedy zamek  w aktówce puścił i cały chleb się wysypał. Nikt nic nie powiedział, ale ich oczu okrągłych jak spodki i mego wstydu nigdy nie zapomnę.</p>
<p><strong>I dlatego zmieniła pani dziennikarstwo prasowe na radiowe?</strong></p>
<p>W radiu, na szczęście w Warszawie, po prostu z miejsca dostałam etat. Na początku pracowałam w Biurze Reklamy i wymyślałam hasła typu: „Najlepsza do prania jest pralka frania”. Nie wiem zresztą po co, bo i tak były tylko franie. Jak akurat rzucili. Ludzie kupowali wszystko, co się pokazało na rynku. W tej samej redakcji reżyser Jerzy Dobrowolski, robił co tydzień „Kabarecik reklamowy”. Z tekstami znanych autorów i w wykonaniu świetnych aktorów. Tak się złożyło, że potrzebował jakiejś młódki do pomocy. Ciężko w to uwierzyć, ale najmłodsza wtedy byłam ja! I tak się zaczęło. Najpierw „przynieś, podaj, pozamiataj”, asystowałam przy nagraniach wielkich aktorów i szalenie mi to imponowało. Potem zaczęłam przerabiać teksty Przybory i Minkiewicza, z prostej przyczyny &#8211; im się nie chciało. Jurek doszedł do wniosku, że dobrze mi idzie i muszę coś napisać sama. Mój pierwszy tekst „grali”: Irena Kwiatkowska, Wojtek Pokora, Boguś Kobiela i Jurek Dobrowolski. Zawsze miałam szczęście do znakomitych wykonawców.</p>
<p><strong>W redakcji była pani Marią czy Alicją?</strong></p>
<p>Alicją byłam od dziecka, ale tylko w  domu, i w szkole, do matury. Kiedy wydało się, że Alicja mam na drugie, a na pierwsze – niestety &#8211; Maria. Niestety, bo nie lubię tego imienia. Rodzice też woleli Alicję. Marię wymusili chrzestni. Tacy raczej z &#8222;łapanki&#8221;, bo urodziłam się (w Warszawie) niecałe 3 tygodnie przed wojną (wbrew pozorom, drugą nie pierwszą) i byłam chrzczona, można powiedzieć, &#8222;pod gradem kul&#8221;. Nie było więc wielu chętnych do udziału w tej uroczystości. Małżeństwo, które w końcu się zgodziło, uważało, że pierwsza dziewczynka w rodzinie powinna mieć na imię Maria. Żeby owca była syta i wilk cały, zostałam Marią Alicją. Do studiów dla wszystkich byłam Alą, potem już tylko dla rodziny. Dla reszty Marią.</p>
<p><strong>A jak mówi do pani mąż?</strong></p>
<p>Zajączko. To zdrobnienie od „Zajęczycy”. Bo on jest „Zając”.</p>
<p><strong>Skąd taka playboyowa ksywka?</strong></p>
<p>Też się nad tym zastanawiam. On zresztą też.</p>
<p><strong>Nas zastanawia fakt, że nigdy nie widzieliśmy Wojciecha Karolaka bez okularów.</strong></p>
<p>I nie zobaczycie, bo  Karolak bez okularów, to jak zając bez karabinu. Albo Bogart bez papierosa. Dla męża okulary to część ubioru.</p>
<p><strong>Czyli tylko pani zna jego inną twarz.</strong></p>
<p>Nie znam. Nie wiem, czy on je kiedyś zdejmuje.</p>
<p><strong>Przed snem musi.</strong></p>
<p>Ale my nie śpimy razem! Nigdy nie spaliśmy. Różne rzeczy można robić w łóżku we dwoje, ale spanie odpada. Nie wyobrażam sobie dzielenia łoża z drugą osobą.</p>
<p><strong>My nie wyobrażamy sobie, jak można złamać swojemu facetowi żebra.</strong></p>
<p>To było bardzo dawno temu, na samym początku znajomości. Żarliśmy się wtedy okropnie!  Siedziałam wkurzona na kanapie, on chciał mnie jakoś ułagodzić, nachylił się, więc go kopnęłam. Poszły mu dwa żebra. Wtedy żałowałam. Że tylko dwa.</p>
<p><strong>A dziś?</strong></p>
<p>Już się tak nie kłócimy. Na wszelki wypadek więcej gadam z psem niż z Karolakiem. Pies nigdy mi nie zaprzeczy, zawsze mnie wysłucha; wie, o co mi chodzi i jest sympatyczny do bólu.</p>
<p><strong>Psów się pani nie boi. Ale wiemy, że myszy tak. Jak bardzo?</strong></p>
<p>Nie tak jak PiS-u, ale na tyle, że wpadam w panikę. Wiem, że to głupie, ale tak niestety mam. Co gorsze, podobno  kobieta, która boi się myszy, ma kłopoty z seksem.</p>
<p><strong>A propos&#8230; Jakie są pani typy na naszą rozkładówkę?</strong></p>
<p>Zawsze i wszędzie Ania Przybylska. Już urodziła i pewnie znowu wygląda jak trzeba. Poza tym Doda i Edyta Herbuś, która „w  Hollywoodzie czuła się jak ryba we wodzie”, a  w PLAYBOYU też byłaby na swoim miejscu.</p>
<p><strong>Dwie pierwsze już były i nie pogniewamy się, jeśli wrócą na nasze łamy.</strong></p>
<p>A Edyty nie było? Dziwne. Jak mawia jeden z moich znajomych, sądząc z twarzy, niezła dupa. W ogóle zauważam, że młodzi są dzisiaj o wiele atrakcyjniejsi niż dawniej. Nie wiem z czego to wynika. Może lepiej się ubierają i rozbierają i bardziej dbają o siebie?</p>
<p><strong>O panią dbają inni. Od jak dawna telewizje śniadaniowe i nie tylko smarują panią wazeliną?</strong></p>
<p>Od momentu, gdy się zorientowali, że ludzie tak długo nie żyją, więc w każdej chwili mogę umrzeć. W związku z tym cały czas mnie zapraszają, bo zawsze może to być jakaś atrakcja: „Jeszcze wczoraj była w studiu, a dziś już nie żyje”. Na początku troszkę się broniłam, bo w moim wieku człowiek już nie ma parcia na szkło, ale niestety w ogóle nie jestem asertywna – nie potrafię mówić „nie”. Na ogół próbuję się jakoś wykręcić, ale widocznie mało przekonywająco. Zdaję sobie sprawę, że czasem godzę się na rzeczy, na które nigdy nie powinnam się godzić.</p>
<p><strong>Ma pani za dobre serce.</strong></p>
<p>Z tym się akurat nie zgodzę. Dobre serce mam tylko dla niektórych ludzi i dla wszystkich zwierząt. W tematach dotyczących traktowania zwierząt przez ludzi kompletnie nie mam poczucia humoru. Dlatego cieszę się, że nie mam pozwolenia na broń. Bo gdybym spotkała drani, którzy suczkę (wziętą parę dni wcześniej ze schroniska) ciągnęli na sznurku, za samochodem, aż w końcu urwali jej głowę, to bym ich normalnie odstrzeliła. A wyroku na pewno nie dostałabym w &#8222;zawiasach&#8221;. I zrobiłabym świństwo mojemu psu. On beze mnie się zatraca.</p>
<p><strong>A pani pies to Zygfryd czy Supron? Bo słyszeliśmy różne wersje.</strong></p>
<p>Tak naprawdę to Supron. Ale mąż czasami nazywa go Zygfrydem.</p>
<p><strong>Supron na cześć Andrzeja Suprona?</strong></p>
<p>Raczej przez. Przywieźli mi go (trochę bez mojej zgody) ze schroniska, kiedy wróciłam akurat z Gdańska, z Festiwalu Dobrego Humoru, gdzie wkurzył mnie Andrzej Supron.</p>
<p><strong>Jak pani zaszedł za skórę?</strong></p>
<p>Silnie. Najpierw mówił, jak kocha go kamera, potem jak się cieszy, że do oceny rozrywki wreszcie biorą fachowców. W domyśle takich jak on. No więc się wkurzyłam. A kiedy przywieźli mi tego pieska (którego, jak po roku się okazało, załatwił mi mój ulubiony Artur Andrus), w pierwszej chwili też się wkurzyłam. Po śmierci poprzedniej, ukochanej suczki, nie byłam jeszcze gotowa na nowego psa. Skoro go jednak już przywieźli (aż z Radomia zresztą) nie mogłam mu przecież zrobić świństwa i odesłać do schroniska. Trzeba więc było wymyślić mu imię. Bo &#8222;schroniskowy&#8221; Dropsik mi nie pasował. Wtedy Artur zaproponował, że skoro wkurzył mnie i piesek i Supron, to może właśnie Supron. Spodobało mi się.</p>
<p><strong>Nie sądzi pani, że prawdziwemu Supronowi mogłoby się to mniej spodobać?</strong></p>
<p>Nie spędza mi to snu z powiek.</p>
<p><strong>Pani jest podobno mistrzynią gaf&#8230;</strong></p>
<p>W czymś muszę być mistrzynią. A gafy rzeczywiście mi się zdarzają. Ostatnio, na wiadomość, że jedna z moich znajomych jest w ciąży, spytałam, czy nie da się jeszcze czegoś z tym zrobić. Zapomniałam, że ona od lat marzy o dziecku. Wyszło strasznie.</p>
<p><strong>Powtarza pani, że wszystko czym się w życiu zajmowała zawodowo to  głupoty. Niczego mądrego, czy choćby dobrego pani nie zrobiła?</strong></p>
<p>Wzięłam ze schroniska parę piesków i zapewniłam im fajne życie, a kiedy było trzeba, godną śmierć. W przypadkach beznadziejnych jestem za eutanazją. Również w przypadku ludzi. Jeśli, naturalnie, tego chcą. W razie czego sama bym chciała być tak „uśpiona” jak moje pieski. Druga dobra rzecz to to, że troszeczkę się przyczyniłam do wyjścia Wojciecha Karolaka z ciężkiego alkoholizmu. Natomiast jeśli chodzi o moje pisanie, to są to głupoty kompletnie bez znaczenia.</p>
<p><strong>Pisze pani tylko dla pieniędzy?</strong></p>
<p>Oczywiście! Nie po to żyję, żeby pisać, ale po to piszę, żeby żyć. A że nic innego nie potrafię, nie mam wyboru. Niedawno byłam jurorką w konkursie na blog roku, w kategorii „absurdalne i offowe”. Parę było znakomitych. Ale w trakcie czytania cały czas towarzyszyło mi zdziwienie, że ludziom chce się pisać za darmo. Mnie by się w życiu nie chciało. I tak zresztą mi się nie chce. Stąd pewnie piszę same głupoty.</p>
<p><strong>A jaką największą głupotę w życiu pani zrobiła?</strong></p>
<p>Pierwsze małżeństwo. Wyszłam za Czubaszka, chociaż nie był w moim typie. Chciałam się wyrwać z domu, a wpadłam z deszczu pod rynnę.</p>
<p><strong>Ma pani rodzeństwo?</strong></p>
<p>Mam siostrę, ale nie utrzymuję z nią kontaktu. Zresztą od dziecka jej nie lubiłam. Na szczęście ona od lat mieszka w Australii.</p>
<p><strong>I nigdy nie chciała jej pani odwiedzić?</strong></p>
<p>Nie cierpię podróżować. W Warszawie najdalej byłam na Piaskach, a tak w ogóle, to w Rumunii. Nie dla przyjemności, tylko dlatego, że pracowałam swego czasu w &#8222;Szpilkach&#8221; i naczelny kazał mi pojechać w ramach tzw. wymiany z rumuńskim pismem satyrycznym. Koszmar!</p>
<p><strong>A gdzie pani jeździ na urlopy?</strong></p>
<p>Od 30 lat nie jeżdżę. W ogóle mnie to nie interesuje. Nie lubię wyjeżdżać z Warszawy. Chciałabym tylko, żeby u nas było morze. Najlepiej na Mokotowie, gdzie mieszkam. Żebym nie musiała daleko jechać, na przykład na wspomniane Piaski, czy Kabaty.</p>
<p><strong>A gdyby panią zmusić do wyjazdu? Dokąd by pani mimo wszystko chciała się udać?</strong></p>
<p>Na Galapagos. Bo ładnie brzmi. No i są tam żółwie&#8230; Sprawdziłabym, czy Andrzej Mleczko miał rację, podpisując jeden ze swoich rysunków, że w życiu każdego żółwia przychodzi taki moment, że musi dać komuś w mordę. Na rysunku Mleczki żółw walnął słonia.</p>
<p><strong>Ale tam nie ma słoni.</strong></p>
<p>Bo może żółwie tak długo prały je po mordach, że biedne słonie w końcu pouciekały? To by mnie nawet nie dziwiło&#8230;</p>
<p><strong>Podobno dziwią panią rzeczy, które innych nie dziwią. Czekamy na przykłady.</strong></p>
<p>Dziwi mnie na przykład, kiedy w jakimś kolorowym pisemku lub tabloidzie, czytam, że Katarzyna Cichopek jest wielką aktorką. Jaką w takim razie aktorką była Irena Kwiatkowska? Dziwi mnie również, że sporo osób ufa szefowej PJN (<em>eks-szefowej, obecnie członkini PO &#8211; przyp. red.</em>). A nawet wice-szefowej. Według mnie Joanna Kluzik-Rostkowska, w czasie ostatniej kampanii prezydenckiej albo wciskała nam kit, że wierzy w przemianę Jarosława Kaczyńskiego, albo była na tyle naiwna, że w tę przemianę naprawdę uwierzyła. Jedno i drugie nie budzi mojego zaufania. Z kolei Elżbieta Jakubiak, która kubłami wylewała peany na cześć prezesa Kaczyńskiego, dla którego, podczas wspomnianej kampanii, przebrała się za dziecko-kwiat i, mimo żałoby, radośnie waliła w tamburino, teraz wali nie tylko w PO, ale i w PiS. Może nie po równo, ale wali. A mnie ze zdziwienia oczy się robią jak spodki.</p>
<p><strong>A co lub kto pani nie dziwi?</strong></p>
<p>Ci, którzy dotychczas zawsze głosowali, a teraz się wahają, czy wezmą udział w najbliższych wyborach. Sama się waham. Nie dziwi mnie również poparcie dla SLD. Lewica jest potrzebna. Ale z przewodniczącym, który przypomina mi wzorowego ZMP-owca? Nawet rozdawanie jabłek, zbieranie grzybów i pokazywanie się z dziećmi w przedszkolu mnie akurat nie przekonuje. A on widzi się już chyba premierem. Mam nadzieję, że nie szybko.</p>
<p><strong>Z dobrze poinformowanych źródeł wiemy, że lubi pani szybkich mężczyzn.</strong></p>
<p>W Formule 1. Generalnie, tak jak mój mąż, uważam, że przez sport do kalectwa. Ale wyścigi mnie kręcą. Od dziecka. Mieszkaliśmy na Rozbrat i ojciec zabierał mnie na wyścigi motocyklowe i samochodowe na Agrykolę. Do dziś pamiętam ustawiane przy chodnikach bariery ze słomy&#8230; Kiedy zaczęły się u nas transmisje z Formuły 1 moim  idolem został Ayrton Senna. Nie dosyć, że świetny kierowca, to jeszcze super przystojny! Był dla mnie uosobieniem męskości. Oglądałam wyścig, w którym się rozbił. Strasznie przeżyłam jego śmierć. Wtedy straciłam serce do Formuły 1. Tym bardziej, że zaczął wygrywać Michael Schumacher.</p>
<p><strong>Za brzydki?</strong></p>
<p>Nawet Niemiec nie musi być brzydki. A ten akurat jest brzydki jak musztarda. Widziałam paru przystojnych. Nawet kilka Niemek widziałam ładnych. A poważnie, nie mam nic do Niemców. Po prostu nie lubię brzydkich facetów. Zawsze powtarzam, że mężczyzna nie musi być brzydki. Co nie znaczy, oczywiście, że musi być piękny jak bracia Mroczek. Ale wolę, kiedy jest przystojny. Jak Woody Allen.</p>
<p><strong>Pani poważnie…</strong></p>
<p>Żartowałam. Urodę ma bez przepychu, ale on nie musi. I tak jest wielki. Dlatego nie widzę go w bolidzie.</p>
<p><strong>A Robert Kubica?</strong></p>
<p>Na pewno go jeszcze zobaczę. Niewykluczone, że pod koniec tego sezonu. To niesamowicie silny facet. A co do urody, na pewno jest przystojniejszy od Schumachera.</p>
<p><strong>Z kim jest pani mylona?</strong></p>
<p>Z Krysią Czubówną i Krysią Sienkiewicz. Z pierwszą podobno z głosu, z drugą z urody. Co w obu przypadkach odbieram jako komplement.</p>
<p><strong>Czy każdy szczyt ma swój czubaszek?</strong></p>
<p>Trudno powiedzieć.. Nie znoszę gór i w życiu nie wdrapałam się na żaden szczyt.</p>
<p><strong>Pani w ogóle nie lubi wielu przyjemnych rzeczy&#8230;</strong></p>
<p>Z wyjątkiem palenia. To lubię. Ale fakt, że nie lubię jeść, spać, odpoczywać pod gruszą, chodzić po lesie, grillować, wyjeżdżać zimą do ciepłych krajów, latem tym bardziej…</p>
<p><strong>To inaczej. Co pani lubi?</strong></p>
<p>Palić. Poza tym lubię Warszawę. Najbardziej w mglisty, pochmurny dzień.</p>
<p><strong>Dlaczego?</strong></p>
<p>Bo nie lubię słońca.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>O MUZYCE:<br />
Zdecydowanie wolę hip-hop od muzyki Piotra Kupichy, który ostatnio koncertował z zespołem Boys w Stanach. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Czytałam, że jak  pisze teksty piosenek, to musi mieć absolutny spokój. Żeby zagłębić się w sobie i wyrwać z duszy, co w niej gra. Apeluję: Chłopie, nie wyrywaj! Niech to zostanie w tobie!</p>
<p>O FILMACH:<br />
To nie moja bajka. Nie jestem wzrokowcem. A kino jest dla mnie miejscem, w którym nie można palić. Więc mnie nie ciągnie.</p>
<p>O FINANSACH:<br />
Jedna wielka zagadka. Nierzadko tracę płynność finansową. Wydaję na ogół wcześniej niż zarobię. Może dlatego, że choć wiem, że pierwszy milion trzeba ukraść, nigdy nie miałam okazji.</p>
<p>O POLITYCE:<br />
Interesuję się, ale biernie. Nigdy nie zapisałam się do niczego. Ani do  ZMS, ani ZMP, ani PZPR, ani nawet do Solidarności. W harcerstwie też nie byłam.</p>
<p>O ALKOHOLU:<br />
Na pewno, jak śpiewa Andrzej Grabowski, ma swoje dobre i złe strony. Piwa i wina nigdy nie lubiłam, na starość odrzuciło mnie też od wódki. Jedyny alkohol jaki od lat piję (bo lubię) to Campari. Z wodą i lodem.</p>
<p>O SESJACH W PLAYBOYU:<br />
Wydaje mi się, że każda gwiazda chciałaby się u was rozebrać, a jeżeli mówi, że nie, to chce wynegocjować większe pieniądze&#8230;</p>
<p>O TAŃCU:<br />
Powiem jak Andrzej Poniedzielski. Jeżeli taniec to mowa ciała, to moje ciało mówi „nie”. Sama nie tańczę, nie kręcą mnie również tańczący (zwłaszcza tzw. tańce towarzyskie) mężczyźni. Śmieszył mnie Mariusz Pudzianowski w „Tańcu z gwiazdami”. Nie tylko w przebraniu za Shreka.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maria-czubaszek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jerzy Pilch</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jerzy-pilch/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jerzy-pilch/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 04 Aug 2010 10:15:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Pilch Jerzy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=51</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2006 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Mikołaj Długosz &#8211; Miałem jechać na te Mistrzostwa… I dlaczego pan nie jedzie? Strach pana obleciał? Nie ma co ukrywać: za tym nie kryła się przesadna, desperacka odwaga. Nazwałbym to jednakże chłodnym racjonalizmem i rozwagą wynikającą z podeszłego wieku. Mój przyjaciel Bronek Maj kiedy się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-253" title="Jerzy-Pilch" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2009/12/Jerzy-Pilch-300x200.jpg" alt="Jerzy-Pilch" width="300" height="200" /></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 6, 2006</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.mikolajdlugosz.com/">fot. Mikołaj Długosz</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>Miałem jechać na te Mistrzostwa…</p>
<p><strong>I dlaczego pan nie jedzie? Strach pana obleciał?</strong></p>
<p>Nie ma co ukrywać: za tym nie kryła się przesadna, desperacka odwaga. Nazwałbym to jednakże chłodnym racjonalizmem i rozwagą wynikającą z podeszłego wieku. Mój przyjaciel Bronek Maj kiedy się dowiedział, że swego czasu byłem jurorem w konkursie Miss Polonia, skomentował to w sposób następujący: „Jurku, przyszło. Ale przyszło późno”. Z Mistrzostwami Świata jest podobnie. Przyszły późno…</p>
<p><strong>Bez przesady. Przecież nie „za późno”. </strong></p>
<p>Kocham piłkę nożną. Ale jestem człowiekiem, który nie dość, że lubi podróżować i nie ma orientacji przestrzennej, to jeszcze jest słabo technologicznie przygotowany do życia. Ostatnio byłem w budynku TVN i wyszedłem z łazienki nie w tę stronę. Nic wielkiego, nie zgubiłem się przecież. Ale na niemieckim mundialu będzie, na każdym kroku, pięćset łazienek dziennie. Każdy stadion: labirynt nie do przejścia. Sektor, wejście, bilet, rząd, miejsce. Już nie mówię o pokonywaniu labiryntów wiodących do stadionu. Słowem, szereg wrogich okoliczności sprawił, że to co mogło być dla mnie spełnieniem marzeń, jakimś rodzajem ukoronowania &#8211; pamiętam przecież Konwickiego, który pojechał na Olimpiadę w ’72 i pisał świetne relacje, i ja też bym chętnie coś takiego napisał z Mundialu &#8211; ale jak powiadam: to co miałoby być spełnieniem marzeń, zwyczajnie zmieniłoby się w koszmar. Poza tym, z tego co się zorientowałem: jazda na te Mistrzostwa nie samochodem – to już jest fiasko; już – w zaraniu &#8211; można sobie dać spokój. A ja w ogóle nie prowadzę. Od lat. Mam oczywiście prawo jazdy, zrobione z faszystowsko-luterską zajadłością, ale pojeździłem krótko.</p>
<p><strong>Na pewno znalazłby się niejeden kibic, który z ochotą podwiózłby znanego pisarza…</strong></p>
<p>Wiecie, gdyby było tak, że wszystkie drużyny grają na jednym boisku, a obok tego boiska jest przytulny hotelik, to pojechałbym z przyjemnością. Ale szaleńcza jazda z meczu na mecz, kiedy większość spotkań zaczyna się o 21? Nie tylko po <em>Faktach</em>, ale nawet po <em>Panoramie</em>? Mnie wykończyły same przygotowania. Przecież ja sześć tygodni się przygotowywałem. Szereg dni strawiłem nad mapą Niemiec. Gdzie się ulokować na ten miesiąc? Dortmund, Berlin, Hanower? Tu gra Brazylia, tu nasi, tu Togo&#8230; Nieprzerwanie całymi dniami i nocami trzeba gnać z miasta do miasta. Siedzisz na meczu i myślisz jak się dostać na następny mecz i w rezultacie nie widzisz żadnego meczu.</p>
<p><strong>A nie mógł pan przyłączyć się do jakiejś większej dziennikarskiej grupy?</strong></p>
<p>Owszem wśród wariantów organizacyjnych był pomysł, żeby pojechać z jakąś perfekcyjnie przygotowaną ekipą&#8230; Ale tak między nami… Miesiąc z polskimi dziennikarzami sportowymi? Nawet serdecznie zaprzyjaźnionymi? Za bardzo cenię i podziwiam Stefana Szczepłka czy Darka Tuzimka, żebym ich skazywał na miesiąc obcowania ze mną. Panowie &#8211; to nie są przelewki (śmiech). A na szczycie tej piramidy &#8211; bo zawsze musi być przecież jakiś drobiazg, który przechyli szalę &#8211; była krótka informacja od organizatorów, że mianowicie przed każdym meczem muszę odebrać bilet dwie godziny wcześniej. Zadałem sobie fundamentalne pytanie: Co ja przez te dwie godziny będę – za każdym razem &#8211; robił? Za duże ryzyko obciążone elementarnymi pokusami&#8230;</p>
<p><strong>Pamięta pan szalik, uszyty na zamówienie redakcji Polityki na poprzednie Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Oczywiście. Mam taki w domu. Mam skromną kolekcję szalików. Między innymi Cracovii, Polonii, a w zeszłym roku w Rzymie dostałem szalik Romy, niezbyt ładny zresztą. Ale między nami, to przecież są kuriozalne przedmioty…</p>
<p><strong>Zgadzamy się. Ale z tym szalikiem kojarzą się nam pana świetne prognozy wyników w Korei i Japonii. Prosimy więc zawczasu poinformować czytelników Playboya, jak będzie na tych Mistrzostwach.</strong></p>
<p>Przecież wiadomo było, że Korea daleko zajdzie. Wystarczyło uważnie oglądać Olimpiadę w Seulu i widzieć, jak Koreańczycy się zachowują, jak walczą. Bokser, który przegrał, nie schodził z ringu przez 24 godziny. Nie szczycę się tamtym proroctwem. Teraz z kolei jest mi ciężko przewidywać, bo mam wewnętrzną obawę, że ponieważ nie jadę, to pan Bóg postanowi mnie dodatkowo ukarać i nasi daleko zajdą. „ Pilchu, &#8211; (tu rymowany epitet) &#8211; mogłeś tam być!”.</p>
<p><strong>To co, nasi w finale?</strong></p>
<p>Samo wyrażenie jest komiczne… Ale z drugiej strony, pamiętam, że wyjazd reprezentacji Górskiego w 1974 roku odbywał się, co tu kryć, w atmosferze co najmniej powściągliwej. Wszystkie sparingi słabe. Wyrażenie: „Grzegorz Lato &#8211; królem strzelców” było poza kategoriami. Znający się na piłce, świętej pamięci, Krzysztof Mętrak, znana postać warszawska, napisał felieton, w którym szydził z Laty, a o Kasperczaku wyraził się, że to zawodnik, którego nie należy odrywać od stron rodzinnych, czyli Mielca.</p>
<p><strong>Wyjdziemy z grupy?</strong></p>
<p>Na oko trudno nie wyjść z takiej grupy. Ale niech, nie daj Boże, będzie w pierwszym meczu do przerwy 1:0 w dla Ekwadoru, zacznie się histeria i szkoda gadać. Załóżmy jednak, że wychodzimy z grupy. I co? Pora wygrać z Anglią? Szwecją? Mam przeczucie, że zawczasu za dużo wiemy o rozkładzie jazdy.</p>
<p><strong>A który z naszych może na przebieg tej jazdy znacząco wpłynąć?</strong></p>
<p>Bardzo dobry jest Jop. Świetny zawodnik, groźny, rewelacyjnie wygląda &#8211; jak płatny morderca. To jest dobre. Kiedyś na sam widok Adama Musiała spierniczali wszyscy w Europie. Tak powinno być. I Jop ten atut posiada.</p>
<p><strong>Lubi pan Janasa?</strong></p>
<p>To jest fenomen. Facet nieodgadniony. Bardziej nieodgadniony niż Waldemar Pawlak. Janas łączy w sobie rodzaj niebywałego fartu z osobliwą, dość na oko mulistą konsekwencją. Ten rodzaj uporu połączony z iskrą bożą może być bardzo niebezpieczną i skuteczną mieszanką.</p>
<p><strong>A kto będzie strzelał? Już wiadomo, że na pewno nie Grzegorz Piechna. Co pan myśli o „Kiełbasie”?</strong></p>
<p>Strzelać powinien Żurawski, to mogą być jego mistrzostwa, jak kiedyś Bońka. Do Piechny mam wielką sympatię. Ja z takimi chłopakami grałem w młodości. To taki typ, co kopie z tobą na podrzędnym boisku, ale mógłby śmiało grać w rezerwach pierwszoligowego zespołu. Ma wybitne predyspozycje – w najlepszym tego słowa znaczeniu &#8211; amatorskie. Dla kogoś, kto jak ja, jest z ludu, Piechna zawsze będzie wzruszającą postacią.</p>
<p><strong>Kogo obok Piechny Janas na pewno nie powinien zabierać na Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Nie chcę mówić, bo nie chcę wygłupić się jak Mętrak. Pojedzie później „Boazerio”, „Drewninio” czy inny „Delirio” na Mistrzostwa i zostanie królem strzelców. I jak ja będę wtedy wyglądał?</p>
<p><strong>A jak zostanie nim Mila?</strong></p>
<p>Nie należy stawiać tamy dobroci Pana Boga – może i Mila się przebudzi.</p>
<p><strong>Naszym zdaniem Mila świetnie poradziłby sobie w futbolu kobiecym. Na pewno by się tak często nie przewracał.</strong></p>
<p>Nie wiem. Są baby, które świetnie grają. W ogóle popieram damski futbol. One grają jak faceci za dawnych lat. Piłka nożna w sensie motoryki stała się – jak prawie cały sport – dość mordercza. Dzisiejsi piłkarze, nawet ci pośledniejsi, ganiają jak nakręceni przez 90 minut. Dlatego, powiadam, kobiecy futbol mnie oczarowuje, bo dziewczyny przypominają mi łagodność dawnej piłki, dawną Brazylię. Obejrzyjcie archiwalne nagrania: Pele idzie piechotą przez pole karne przeciwnika, drugi powolnym truchtem wychodzi mu na skrzydło. W tej chwili tamta Brazylia zostałaby rozbita przez Lubin. Nie przeszliby połowy.</p>
<p><strong>Jakiś czas temu w Internecie pojawiło się zdjęcie pod tytułem: „Marzenie polskiego kibica”. Facet siedzi w fotelu, jedna półnaga pani leje mu piwo do ust, druga nurkuje między nogami. Na ekranie telewizora: „Niemcy-Polska 0:5”. Chciałby pan tak?</strong></p>
<p>Wystarczy mi 0:1 (śmiech).</p>
<p><strong>Wie pan, co zrobi polski kibic, gdy nasza reprezentacja wyjdzie z grupy?</strong></p>
<p>Nie.</p>
<p><strong>Wyłączy Play Station.</strong></p>
<p>(Śmiech). Dobre.</p>
<p><strong>Zna pan jakiś dowcip piłkarski?</strong></p>
<p>Znam jeden. Ale to staroć. Broda jak stąd na stare Wembley. Na ogólnoafrykańskim zlocie szamanów, każdy opowiada o największych cudach, jakie widział w Europie. Po kolei wszyscy się wymądrzają, opowiadają o telewizorach, komputerach, komórkach, co tam jeszcze, aż na końcu odzywa się najstarszy szaman i mówi: „To wszystko pestka. Ja byłem w Anglii, zawieźli mnie tam na plac, wokół którego siedziało chyba sto tysięcy ludzi. Potem zrozumiałem, że nie dziwota: chyba każdy by chciał zobaczyć, to co się zdarzyło. Siedzimy, czekamy. Napięcie rośnie. W końcu wchodzi jedenastu czerwonych, jedenastu niebieskich i ustawiają się na środku. Potem wchodzi trzech na czarno, dwóch małych i jeden duży. Też stanęli na środku. W zupełnym centrum. Zapadła chwila absolutnej ciszy. Wszyscy znieruchomieli. Ten duży czarny miał na szyi zawieszony gwizdek. Powoli włożył go do ust. Dalej nic. I nagle jak gwizdnął, to lunął taki sakramencki deszcz, jakiego w życiu nie widziałem”.</p>
<p><strong>Myśli pan, że na MŚ da o sobie znać chuligaństwo polskich kibiców?</strong></p>
<p>Nie wydaje mi się. Nasi kibice zachowują się za granicą dużo lepiej niż w Polsce. Nie zdaje mi się, żeby szalikowcy w ogóle zagranicę podróżowali. Jakieś małe oddziały, z którymi organizatorzy sobie poradzą. Myślę, że Niemcy są perfekcyjnie przygotowani na te Mistrzostwa pod względem bezpieczeństwa i wszelkie chuligańskie wybryki poskromią w zaraniu.</p>
<p><strong>A pan kiedyś oberwał na meczu?</strong></p>
<p>Bardzo mi przykro, ale aż takich temperatur nie wzbudzam. Poza tym każdy przytomny kibic, który idzie na mecz w celu elementarnym, czyli żeby obejrzeć zawody, wie gdzie siadać. Nikt normalny nie pcha się na „Żyletę”.</p>
<p><strong>Od lat kibicuje pan Brazylii i Niemcom. Dlaczego?</strong></p>
<p>Brazylii kibicuję, jak każdy. Niepodobna nie kibicować Brazylii. A z Niemcami, to sam nie do końca wiem, skąd się to u mnie wzięło. Ale mam pewne przypuszczenia. Otóż, jak wiadomo, kibicuję Cracovii. A to jest taki klub, co jak ma awansować, to nie awansuje, a jak ma spaść, to zawsze spadnie. Fatalizm powtarzalny od lat, dziedziczny &#8211; można powiedzieć. I prawdopodobnie ja &#8211; umęczony tą wielką klęską Cracovii &#8211; podświadomie chciałem mieć uciechę i przynajmniej w planie internacjonalistycznym trzymać z takimi, co jak mają wyrównać w ostatniej minucie, to zawsze wyrównają. Dawało mi to jakiś rodzaj spokoju. Do niedawna tak było w każdym razie.</p>
<p><strong>Jak jako kibic Cracovii i pośrednio Polonii może pan lubić Legię?!!</strong></p>
<p>To frajerstwo, wiem. Najstraszniejsze zdanie, jakie można wygłosić: „sympatyzuję z obu warszawskimi klubami”. Tak może przecież powiedzieć tylko osoba, która kompletnie nie zna się na piłce.</p>
<p><strong>Dlaczego na Mistrzostwach Świata nie będzie Grecji?</strong></p>
<p>Bo się rozleciała zaraz po Mistrzostwach Europy. Zgodnie z moimi przewidywaniami. To była katastrofa dla piłki nożnej, ale świetny przykład dla Janasa. Oni grali niebywale skutecznie choć oszczędnie. Podstawowy wynik 1: 0. Starczyło na wygranie turnieju. Nawiasem mówiąc, po tym jak wyeliminowali Czechów, napisałem felieton: Grecja musi być zburzona. I jakiś facet przysłał mi list z pytaniem, czy zdaję sobie sprawę, jaka tam jest architektura. Że przecież Akropol i tak dalej.</p>
<p><strong>Jak na Mistrzostwach wypadną, jak ich określił Jan Nowicki, włoskie pedały?</strong></p>
<p>Wczoraj oglądałem Milan i jestem pod wrażeniem. Ale w reprezentacji Włoch nie będzie Szewczenki. Zresztą Włosi nigdy mnie nie ożywiali. Jestem pełen podziwu dla tego ich cwaniactwa, wymuszania fauli i tak dalej. Kunsztu padania. Ale piłka nie polega na padaniu, a z kolei catenaccio nigdy mnie nie ruszało.</p>
<p><strong>A Szpakowski pana rusza?</strong></p>
<p>Do pewnego momentu, tak jak wszyscy, miałem bardzo sceptyczny i pełen ironii stosunek do komentatorów. Do dzisiaj niektórzy mnie drażnią. Niepodobna przecież, żeby nie drażnił facet, po którym po prostu widać, że nigdy w piłkę nie grał. Ale mój pełen ironii stosunek do komentatorów trwał do momentu, aż sam &#8211; raz w życiu &#8211; zostałem komentatorem. Działo się to na początku lat 90. Mecz między reprezentacją Tygodnika Powszechnego a reprezentacją TVP, w hali w Krakowie, pięciu na pięciu. Moim zadaniem było bawić publiczność komentarzem pełnym lekkości. Już w piątej minucie straciłem orientację, zacząłem się gubić, rzęzić coś od rzeczy. Bramka padła, nie zauważyłem. Kompromitacja. Od tego czasu, z o wiele większym dystansem, wypowiadam się w sprawie komentatorów. To jest wbrew pozorom potwornie trudny zawód. W Polsce dobrzy są ci, którzy komentują na Canale +. Cechuje ich spokojna fachowość bez natręctwa.</p>
<p><strong>Wiemy, że lubi pan „kosiarzy” – twardzieli boiskowych, którzy nie boją się faulować. Ma pan jakiegoś ulubionego?</strong></p>
<p>Z dawnych czasów – wspomnianego Adama Musiała. A dzisiaj&#8230;? Faulować potrafił Hajto. Poza tym lubię tego, o którym Szpakowski z uporem maniaka powtarza, że ma duszę wojownika – Gattuso.</p>
<p><strong>Gdyby był pan milionerem, jak Ptak albo Drzymała, zainwestowałby pan w futbol?</strong></p>
<p>Owszem. W każdym razie przypuszczam, że inwestowałbym raczej w piłkę nożną niż w literaturę. Kupiłbym klub piłkarski, a nie wydawnictwo.</p>
<p><strong>Zna pan jakąś, godną polecenia, biografię piłkarską?</strong></p>
<p>Zdarzyło mi się swego czasu z uwagą przeczytać książki Bońka i Gmocha. Zwłaszcza Gmoch jest ciekawy, do dziś zresztą bardzo cenię jego – rzekłbym: nieco szorstką w sensie komunikacyjnym fachowość. Zwykle jednak do tego typu „bestsellerów” w ogóle nie zaglądam. Te biografie zresztą w bardzo ekscentrycznym sensie należą do piśmiennictwa. Owszem mają pozór książek, ale – niczego im nie ujmując &#8211; w o wiele większym stopniu należą do porządku futbolowych gadżetów jak szaliki czy flagi.</p>
<p><strong>Niestety z Pilchem-piłkarzem straciliśmy bezpowrotnie szansę na jedyną błyskotliwą autobiografię futbolisty. Od jak dawna pan już nie gra?</strong></p>
<p>Ostatni raz kopałem ze dwa lata temu, ale to już była rozpacz. Seria absolutnych upokorzeń. Przez cały mecz nie miałem jednej dobrej interwencji. Poza tym, ja wprawdzie nie mam niczym Oli zdumiewająco młodzieńczej metryki, ale mam równie kruche nogi i w kółko coś mi wysiadało. Przykra, fatalna końcówka. Jestem jak dinozaur – wiem, co mam zrobić z piłką, ale zanim mi ten impuls zejdzie do nogi, mija kilka minut. Niestety nie zszedłem z boiska w odpowiednim momencie&#8230;</p>
<p><strong>Ma pan swoje ulubione kiwki?</strong></p>
<p>Może kiedyś miałem; teraz pewnie szłoby, żeby na nogach ustać.</p>
<p><strong>Piotr Pytlakowski twierdzi, że jest pan boiskowym twardzielem. Rozciął mu pan łuk brwiowy.</strong></p>
<p>Pytlak zawsze grał lepiej ode mnie. Jest sprawniejszy. Gra w piłkę, ping-ponga, jeździ na nartach i ogląda sporty zimowe o nieznanych nazwach. Obaj zawsze byliśmy bardzo zajadli, przy czym on bardziej. Dlatego się go bałem. A Pytlak nie lubił grać ze mną w drużynie, bo &#8211; zdaje się &#8211; niezręcznie mu było mnie rugać, a rugać to on lubi. Tak więc idealnym rozwiązaniem była gra w przeciwnych zespołach. No i zderzyliśmy się pewnego razu głowami. On pojechał na zszywanie, mnie bolał łeb. Ale nie biorę odpowiedzialności za jego kontuzję. Bo to on mnie jebnął swoim łukiem brwiowym (śmiech).</p>
<p><strong>Podobno pana gra w meczach redakcyjnych Polityki była antidotum na mękę weekendowej nudy?</strong></p>
<p>Gra w piłkę to jest w ogóle antidotum na wszelką egzystencjalną mękę. Wiem, że zabrzmi to ryzykownie, ale nie ma uniesień dorównujących temu, gdy piłka siada na nodze i wchodzi pod poprzeczkę.</p>
<p><strong>Co dzisiaj zastępuje sobotni mecz?</strong></p>
<p>Lektura klasyków i słuchanie muzyki.</p>
<p><strong>Spotkał pan kiedyś piękną kibickę?</strong></p>
<p>Kibicki są z definicji piękne, w każdym razie piękniejsze od innych kobiet. Ja chyba rzadko, a może nawet w ogóle, miałem do czynienia z kobietami, które nie znały się na piłce nożnej. Moja była żona – nawiasem mówiąc – była córką prezesa Cracovii; nie mówię, że z tego powodu się w niej zakochałem, ale bez znaczenia to nie było.</p>
<p><strong>Zdarzyło się panu uprawiać seks w trakcie meczu?</strong></p>
<p>Nigdy w dogrywce (śmiech).</p>
<p><strong>A</strong><strong> jakie mecze są do tego najlepsze?</strong></p>
<p>Dobrych nie ma. A najgorsze są te, podczas których w telewizorze pokazują siedzącego na ławce Mourinho.</p>
<p><strong>Jaką kobietę chciałby pan zobaczyć na naszej rozkładówce? Oczywiście na golasa, na środku murawy.</strong></p>
<p>Ach oczywiście życzliwą czytelniczkę moich książek. Jak by przy tym była wysoka, szczupła, ciemnowłosa i o szarych oczach, to może nawet kibicować Wiśle Kraków. Moim zdaniem taka postać nie istnieje, ale jak Panowie znajdziecie &#8211; dajcie znać przed sesją. Wybiję jej z głowy pozowanie.</p>
<p><strong>I już naprawdę ostatnie pytanie. Kto wygra?</strong></p>
<p>W czwórce będą Niemcy (jak wyjdą z grupy), Brazylia, jakiś potentat typu Włochy i ktoś zupełnie nie do zgadnięcia. Wygra turniej drużyna, która obudzi się na turniej – może to być jakaś sensacja typu Grecja na ME. Ale w tym roku świat wróci do normy: wygrają Niemcy.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>TEZY O GŁUPOCIE, GRANIU I ŻYCIU:</p>
<p>O słynnym tańcu:</p>
<p>Dudek nie tyle bronił, co strzelcy go trafiali.</p>
<p>O nominacji:</p>
<p>Od Jacka Gmocha dostałem nominację do kategorii: najlepiej piszący o Jacku Gmochu.</p>
<p>O Dodzie:</p>
<p>Dobrze śpiewa, choć biustem od śpiewu odwraca uwagę. Jak dojdzie do tego, że śpiewem odwróci uwagę od biustu – będzie wielka.</p>
<p>O kibickach</p>
<p>Powiem tak: jak człowiek ogląda z kobietą mecz to znaczy, że to piękna jest kobieta. Jak człowiek z kobietą ogląda nie tylko mecz ale i rewanż, to znaczy, że to bardzo piękna jest kobieta. Ale jak człowiek zaczyna z kobietą oglądać cały &#8211; dajmy na to – mundial, to znaczy, że trzeba uważać.</p>
<p>O własnym zachowaniu:</p>
<p>Na meczach klnę tyle ile wszyscy.</p>
<p>O Olisadebe:</p>
<p>Ożywić go potrafił tylko Engel.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jerzy-pilch/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jurij Andruchowycz</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jurij-andruchowycz/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jurij-andruchowycz/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 08 Jul 2010 11:31:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Andruchowycz Jurij]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2650</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 8, 2005 rok TEKST: Anna Dziewit, Agnieszka Drotkiewicz fot. Radek Polak &#8211; Osiągasz sukcesy zarówno jako pisarz jak i performer – wokalista. Co jest bardziej ekscytujące? Zaczęło się to wszystko od BuBaBu (skrót od burleska bałagan bufonada – działająca w latach 80. i 90. grupa poetycka i performerska, której założycielem, obok Saszki Irwańca [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Jurij-Andruchowycz.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2657" title="Jurij Andruchowycz" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Jurij-Andruchowycz.jpg" alt="" width="350" height="234" /></a>PLAYBOY nr 8, 2005 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Anna Dziewit, Agnieszka Drotkiewicz<br />
</strong></p>
<p><a href="http://www.radekpolak.com/ ">fot. Radek Polak</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Osiągasz sukcesy zarówno jako pisarz jak i performer – wokalista. Co jest bardziej ekscytujące?</strong></p>
<p>Zaczęło się to wszystko od BuBaBu (skrót od burleska bałagan bufonada – działająca w latach 80. i 90. grupa poetycka i performerska, której założycielem, obok Saszki Irwańca i Wiktora Neboraka, jest Andruchowycz<em> </em>). To doświadczenie bardzo mnie zmieniło, bo przed BuBaBu byłem człowiekiem szalenie introwertycznym i czytanie własnych wierszy na głos komuś innemu było dla mnie trudne. Bardzo mi się nie podobało to, jak czytam. Ze względów cenzuralnych nie mogliśmy drukować swoich tekstów, ale mogliśmy je np. głośno czytać. Trzeba więc było wyjść na scenę.</p>
<p><strong>A jako wokalista masz jakieś specjalne techniki, sposoby na lepszy głos? Picie surowych jajek, jak to czyniły divy operowe?</strong></p>
<p>Różne bywają sposoby. Np. wokalista zespołu Perkalaby pije w czasie występów koniak. Ten sposób rozgrzewania gardła ma dość stary rodowód. Stosowali go też śpiewacy operowi. Oczywiście muzycy rockowi mają tę przewagę nad śpiewakami, że mogą sobie spokojnie całą butelkę wychlać. W moim przypadku te sposoby ograniczają się jednak do tego, żeby nie jeść za dużo przed występem i być trzeźwym. Wydaje mi się, że to nieuczciwe, kiedy występujesz pijany. Zresztą dla mnie bardzo ważna jest dobra dykcja, a po pijaku różnie z tym bywa. Staram się też zapamiętywać i powtarzać to, co robiłem podczas tych najbardziej udanych występów. A występy dzielą się na bardzo udane i udane.</p>
<p><strong>Dlaczego zgodziłeś się udzielić wywiadu do PLAYBOYA? Nie dla każdego byłaby to łatwa decyzja.</strong></p>
<p>Bardzo chętnie się zgodziłem, ponieważ staram się walczyć z opinią, która głosi, że jestem klasykiem, poważną osobą i tak dalej. Chcę to burzyć, bo nienawidzę określenia elitarny. Ciągle muszę wyjaśniać, że nieprawdą jest jakobym nienawidził kultury masowej. Gdybym odmówił PLAYBOYOWI, znaczyłoby to, że liczą się dla mnie tylko miesięczniki literackie i akademickie konferencje.</p>
<p><strong>Jest to gazeta o dość określonym profilu, czy w związku z tym jest jakieś pytanie, na które nam nie odpowiesz?</strong></p>
<p>Jak rozumiem, pytacie o sferę erotyczną? W tym przypadku kłopot jest taki, że ja w życiu nie jestem sam. Gdyby chodziło tylko o mnie jako takiego, to mówiłbym wszystko. Ale moje słowa mogą sprawić przykrość ludziom, z którymi jestem, no i właśnie dlatego jest we mnie jednak cenzura.</p>
<p><strong>Jak wobec tego, żyjąc w szczęśliwym trwałym związku radzisz sobie z nadmiarem fanek tzw. grouppies, jakich rzesze spotkałyśmy we Lwowie?</strong></p>
<p>Zdarzyła mi się bardzo ciekawa historia związana z fanką właśnie. Na pewnym wieczorze autorskim publiczność zadawała nam pytania na kartkach, które podawano nam na scenę. Wśród tych kartek przyszła do mnie jedna podpisana literą „ju”, na której było napisane „Juriju, ja cię kocham”. Po kilkunastu minutach przyszła kolejna z napisem „Jesteś wspaniały, umieram bez ciebie”, a potem coś w rodzaju „utiutiutiu”, taki świergot. Tym razem podpis składał się z liter „ j” i „a”. Po spotkaniu, kiedy skończyłem podpisywać książki, podeszła do mnie 19-letnia może dziewczyna, która miała chyba 6 moich książek ze sobą i powiedziała, że nazywa się Julia. I wcisnęła mi jeszcze jeden papierek. Schowałem go do najgłębszej kieszeni z myślą, że tam może być mail albo numer telefonu i po kilku godzinach sięgnąłem po ten papierek, a tam nie było napisane nic, tylko to „ju”.</p>
<p><strong>Bardzo wyrobiona literacko fanka. A ładna?</strong></p>
<p>Tak naprawdę ja nie lubię pięknych kobiet. Bo one są świadome tego, że są atrakcyjne i patrzą na świat z góry. A ona była taka hippiska, taka bardzo, powiedziałbym, „moja”.</p>
<p><strong>Wolisz się przyjaźnić z kobietami czy z mężczyznami? Czy w ogóle jest możliwa, twoim zdaniem, przyjaźń kobiety i mężczyzny?</strong></p>
<p>Oczywiście, że jest możliwa. Doświadczyłem tego w życiu wiele razy. W czasach studenckich miałem przyjaciółkę, która była dziewczyną mojego bardzo dobrego przyjaciela. Mogliśmy nawet spać razem w jednym łóżku jak brat i siostra. Byliśmy sobie bardzo bliscy.</p>
<p><strong>I co? Nie było między wami nigdy żadnego iskrzenia?</strong></p>
<p>Było, było (<em>śmiech</em>). Ale może byliśmy wtedy mniej zepsuci? Ona była dziewczyną mojego przyjaciela, który bardzo mi imponował. No i bardzo go lubiłem.</p>
<p><strong>A teraz masz przyjaciółki wśród kobiet?</strong></p>
<p>Tak, bo w przyjaźni chodzi o człowieka, a nie o płeć.</p>
<p><strong>Popularne w Polsce pisarki ukraińskie Oksana Zabużko i Natalka Śniadanko opisują siermiężność kontaktów seksualnych na Ukrainie. Brzydkie rajstopy, barchanowa bielizna, rozciapane szare mydło. Twierdzą, że to smutne dziedzictwo komunizmu. Co o tym myślisz?</strong></p>
<p>Nie chciałbym powiedzieć, że napisały to tylko dlatego, by lepiej sprzedawać na Zachodzie książki, które swoją potworną egzotyką lepiej pasują do stereotypu. Akademiki we Lwowie rzeczywiście nie sprzyjały wyrafinowanym zabawom w koronkowej bieliźnie. Choćby ze względu na typowo lwowski problem braku wody. Akademiki tętniły życiem, rodziło się sporo dzieci, były wesela i dramaty, podcinanie żył, skoki z okien. A problem braku wody cały czas doskwierał. I gdy dochodziło do kolejnego stosunku, to rzeczywiście bywało już mniej estetycznie. Ale wszystko zależy od uczucia – jeśli jest wielkie i prawdziwe, to nawet siermiężne warunki mogą wydawać się ekscytujące.</p>
<p><strong>Skoro rozmawiamy o akademikach, opowiedz nam o swoich doświadczeniach z życia w akademiku w Moskwie, który opisałeś potem w powieści <em>Moscoviada</em>. Czy sceny seksu pod prysznicem z ciemnoskórą nieznajomą albo opisy rytualnego picia wódki to prawda czy fikcja?</strong></p>
<p><em>Moscoviada</em> jest tekstem, w którym każda sytuacja, każda scena ma swój odpowiednik w rzeczywistości. Ale w scenie pod prysznicem dużo zaczerpnąłem z wyobraźni. Chociaż była tam taka niesamowita Murzynka&#8230;.</p>
<p><strong>A pisanie scen erotycznych było dla ciebie trudne?</strong></p>
<p>Pierwszy raz napisałem taką scenę w powieści <em>Rekreacje</em>. To jedna z końcowych scen – kiedy dochodzi do zdrady małżeńskiej. Pisałem tę powieść szybko i łatwo. Pisząc tańczyłem, śpiewałem, cieszyłem się. To jest najszczęśliwszy z moich tekstów, tworzony w wielkiej euforii.</p>
<p><strong>Nie musiałeś przełamać wstydu pisząc o seksie po raz pierwszy?</strong></p>
<p>O, nie! Miałem wtedy już 30 lat i zdawałem sobie sprawę z tego, jaka jest moja rola i droga. Chciałem burzyć ukraińską literaturę, skandal wchodził w grę i brałem go pod uwagę. Teraz te sceny to małe piwo, ale wtedy to było naprawdę coś. Ja ten tekst próbowałem na kobietach. Pisałem to w Moskwie, w tym wspomnianym akademiku. Czytałem te sceny różnym koleżankom i zauważałem, że one słuchając doznają pewnego podniecenia, na granicy orgazmu (<em>śmiech</em>). Wtedy uznałem, że to jest udane.</p>
<p><strong>Spotkałyśmy się z poglądem, że na Ukrainie ludzie są dosyć rozwiąźli; czy jest tak rzeczywiście?</strong></p>
<p>No, w porównaniu z Ameryką czy Szwecją to na pewno tak. Chociaż, swoją drogą u nas na seks grupowy mówi się szwedzki. Może dlatego, że kiedyś na Ukrainę dotarła jakaś nielegalna pornografia ze Szwecji? Ta otwartość seksualna przejawia się choćby w tym, jak wyglądają ukraińskie kobiety. Ubierają się tak, żeby podniecać mężczyzn.</p>
<p><strong>Faktycznie jest spora różnica między ulicą w Warszawie i we Lwowie.</strong></p>
<p>To zaczyna się już u trzynastoletnich dziewczynek, które dorastają w przekonaniu, że muszą być atrakcyjnymi kobietami. Być może matki je uczą, że lepiej być kobietą atrakcyjną i wyzywającą, bo to jest kapitał, dzięki któremu życie może być lepsze? Ale nie chcę myśleć o tym w tak pragmatyczny sposób. Bo to jest jednak też żywioł. Zwrócił na to uwagę pewien Kanadyjczyk. Któregoś dnia podczas spotkania w jakimś większym międzynarodowym towarzystwie na Uniwersytecie Łomonosowa w Moskwie wyszedłem z nim na papierosa. Obok nas przechodziły różne dziewczyny – studentki. I on patrząc na nie powiedział swoim nie najlepszym rosyjskim – u was, na wschodzie, kobiety są piękne jak&#8230; prostytutki.</p>
<p><strong>Porozmawiajmy o pieniądzach. J</strong><strong>aką rolę odgrywają w twoim życiu?</strong></p>
<p>Pieniądze są środkiem do osiągnięcia wielu celów. Dobrze jest mieć ich tyle, żeby nie chodzić codziennie do pracy. Dobrze jest móc leniuchować choćby przez tydzień. Ot tak, dla fantazji. Bo stać cię na to.</p>
<p><strong>A czy masz zamiłowanie do luksusu? I co właściwie jest dla ciebie luksusem?</strong></p>
<p>Gdy byłem po raz pierwszy na Zachodzie, przez trzy miesiące w Bawarii na stypendium, to cały czas paliłem camele, które należą do droższych papierosów. Gdy wróciłem na Ukrainę, wpadłem w rozpacz, bo u nas jeszcze ich nie produkowano, a te, które można było kupić, były wyłącznie zagraniczne i tym samym bardzo drogie. Nie było mnie na nie najzwyczajniej w świecie stać. W tych czasach to był luksus właśnie. Luksus, o którym zawsze marzyłem, to mieć dużo wolnego czasu. Który mógłbym poświęcić choćby na myślenie o innych luksusach. Mógłbym na przykład zakupić sobie jakiś fantastyczny sprzęt grający pozwalający na odsłuchiwanie muzyki w doskonałej jakości, ale po prostu nie mam czasu na to, żeby wybrać, kupić. Jestem natomiast całkiem obojętny wobec samochodów.</p>
<p><strong>Ale masz prawo jazdy?</strong></p>
<p>Nie mam. Nigdy nie siedziałem za kółkiem, choć często podróżuję samochodem i przejechałem wiele tysięcy kilometrów jako pilot. Ale nigdy nie chciałem mieć samochodu. Dzięki temu nigdy nie miałem kłopotów z kontrolą podatkową, bo przy wypełnianiu deklaracji jest pytanie o samochód. Jak ktoś pisze, że nie ma, to się nim nikt już nie interesuje, bo czy warto interesować się majątkiem kogoś, kto nie ma nawet samochodu? (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>Nie masz też komórki.</strong></p>
<p>Niestety, wyjeżdżam za kilka dni na roczne stypendium do Berlina i wiem, że będę musiał ją mieć. Oczywiście – zawsze można ją wyłączyć, kiedy chce się być nieosiągalnym. Sam jednak nie lubię, gdy ktoś mając komórkę, wyłącza ją. Trzeba być uczciwym. Jak już masz komórkę – to jej używaj. Lepiej jest nie mieć komórki niż ją wyłączać.</p>
<p><strong>Opowiedz nam o swoim udziale w pomarańczowej rewolucji. Byłeś jej aktywnym uczestnikiem.</strong></p>
<p>W Polsce i na Zachodzie nasz udział, udział pisarzy, był bardziej widoczny. Na Ukrainie zaś mówiło się w czasie rewolucji i już po niej, że pisarze się nie angażowali.</p>
<p><strong>Ale przecież to nieprawda. Świadczy o tym choćby postawa pisarza Serhija Żadana, który był komendantem miasteczka namiotowego w Charkowie.</strong></p>
<p>O tym tak naprawdę wiedziało niewielu. Więcej na ten temat pisała „Gazeta Wyborcza” niż nasze ukraińskie gazety. Może ta opinia, że nie byliśmy aktywni, wzięła się stąd, że nie leźliśmy na scenę i nie przemawialiśmy, tylko byliśmy wśród ludzi, gotowi do fizycznej walki. Czytałem artykuł pewnego młodego literata, który napisał, że pisarze ukraińscy w sytuacji rewolucyjnej nie mieli w swoich szeregach zdrajców, bo wszyscy zachowali się jak trzeba.</p>
<p><strong>Czy poruszał cię niemal masowy udział Polaków w rewolucji?</strong></p>
<p>Niezwykle. W pierwszych dniach rewolucji, podczas najtrudniejszych chwil, zostałem sam w Stanisławowie. Wszyscy moi przyjaciele pojechali już do Kijowa manifestować, a ja miałem jeszcze następnego dnia jakiś wieczór w Czerniowcach. Chciałem coś pisać, ale nie dane mi było pracować. Kanał 5 cały czas nadawał bezpośrednią transmisję z Majdanu. Przemawiał tam jakiś polski polityk, a gdy przestał – tłum 500 000 ludzi skandował POLSKA, POLSKA. To było niesamowite. Mnie traktuje się na Ukrainie jako promotora pozytywnego stosunku wobec Polaków. Wiele razy czytałem o sobie, że jestem polskim agentem, jezuitą. Stopień nieufności i niechęci wobec Polaków, zwłaszcza w środowiskach inteligencji, jest wysoki. No, ale może teraz to się będzie zmieniało.</p>
<p><strong>A w zasadzie dlaczego tak dobrze mówisz po polsku?</strong></p>
<p>Stała praktyka od lat. Często tu przyjeżdżam, mam wielu przyjaciół Polaków. Moja 85-letnia babcia jest czystą Polką. Na ile oczywiście Polki są czyste (<em>śmiech</em>). Zwłaszcza że moja babcia urodziła się w Budapeszcie. Ja jednak z babcią nigdy nie rozmawiałem po polsku. Jej mąż był ukraińskim wieśniakiem, jej córki, w tym moja matka, nie znały polskiego. No ale coś w tym moim zamiłowaniu do Polski jest.</p>
<p><strong>Ukraina kojarzy się nam, na równi z Rosją niemal, jako kraj wódką płynący. Jaki masz stosunek do używek? Wspominany już Serhij Żadan opowiada się za legalizacją marihuany. A ty?</strong></p>
<p>W Holandii i niektórych kantonach Szwajcarii to działa i jakoś nie wszyscy tam są narkomanami. Ponoć legalizacja miękkich narkotyków powoduje, że ludzie nie sięgają po twarde. Ja jednak nie chcę występować z żadnymi postulatami. Zostawiam to Żadanowi <em>(śmiech</em>). Podkreślam tylko, że wszelkie przesadne zakazy powodują chęć ich łamania. Dodam jeszcze na marginesie, choć nie wiem, czy nie wykreślę tego przy autoryzacji (<em>śmiech</em>), że w gronie rodziny, z żoną i córką, czasem lubimy sobie zapalić.</p>
<p><strong>Jak jest z wódką? Dużo się piło i mało spało?</strong></p>
<p>W 18. roku życia uchlałem się strasznie. Wcześniej też się pijało, ale raczej jabole, jak to się mówi w Polsce. Natomiast na 18. urodziny dostałem specjalne fundusze i na 12 osób kupiłem 8 butelek wódki. Przy tym było bardzo mało jedzenia. No i był to pierwszy radykalny konflikt mego organizmu z wódką. Ja lubię się upijać w radosny sposób. Lubię ten moment przejścia od trzeźwości do stanu upojenia. Ale kończę momentalnie, gdy – jak mówi się na spotkaniach anonimowych alkoholików – wódka przestaje dawać i zaczyna brać. Wódka jest oczywiście elementem naszej kultury, muszę jednak powiedzieć o różnicy, moim zdaniem zasadniczej, między nami a Rosjanami. I będzie to jednak na chwałę Ukraińców. Pić po rosyjsku to pić bez jedzenia. Choć są mocni, upijają się bardziej agresywnie. U Ukraińców pije się dużo wódki, ale też bardzo dużo do tego się je. Nasze potrawy są tłuste, stanowią dobry podkład pod wódkę. Rosjanie mają coś okropnego, czego ja nigdy nie próbowałem, nie chcę próbować i nikomu nie polecam: takie danie, o ile to w ogóle można nazwać daniem, nazywa się tiuria na wódce, czyli: do miski nalewa się wódki, do tego kruszy się chleb i je się łyżką. Wyobraźcie sobie – chleb przesiąknięty wódką! Dla mnie to samobójstwo.</p>
<p><strong>A zrobiłeś kiedyś po pijanemu coś szczególnie spektakularnego?</strong></p>
<p>Raczej żadnych awantur, bo ja przy piciu nie jestem konfliktowy. Raczej szukam porozumienia, chcę porozmawiać z nieznajomymi, pożartować z kimś. Czyli raczej – taki przyjemny facet. A to co wspominam z największą przyjemnością, to sytuacje, kiedy porządnie się upiłem i wtedy jakaś kobieta albo dziewczyna zaczynała mną się opiekować, prowadzić, martwić się, żebym nic sobie nie zrobił.</p>
<p><strong>A jak jest z kacem? Niektórzy po prostu lubią mieć kaca.</strong></p>
<p>Czytałem taki esej o kacu rosyjskiego pisarza Igora Klecha pt. <em>Metafizyka kaca</em>. Akcentuje się tam charakterystyczny dla kaca stan miłości wobec wszystkich i pogodzenia się ze światem. Kiedy jesteś na kacu, jesteś trochę wyizolowany, ale równocześnie świat bardzo ci się podoba. Ja tak w każdym razie mam. Ale w czasie służby w wojsku przeszedłem bardzo poważną chorobę wątroby. Po wojsku nie mogłem normalnie się upijać, a potem wrócić do kondycji, do jakiej bym chciał, bo wątroba wszystko mi wyrzucała. Ale jakoś z czasem minęło. Na szczęście! Później miałem  problemy z sercem, więc robiłem przerwy w piciu wódki i przechodziłem na czerwone wino.</p>
<p><strong>Czerwone wino jest  zdrowe dla serca.</strong></p>
<p><em>(Śmiech</em>) Tak, Francuzi mają serca jak dzwony.</p>
<p><strong>A pisałeś kiedyś pod wpływem narkotyków?</strong></p>
<p>Nie. Powiem wam, że kiedyś zrobił na mnie ogromne wrażenie Rafał Wojaczek. Bardzo zaimponowała mi jedna rzecz, że będąc alkoholikiem, nie napisał ani jednej linijki pod wpływem alkoholu. Rozgraniczenie tych sfer bardzo mnie poruszyło. Jest to trudne, ale jakże kuszące. I ja też postanowiłem, że nigdy nie będę pisał pod wpływem używek.</p>
<p><strong>A gdybyś miał swoją audycję radiową, jaką puszczałbyś w niej muzykę?</strong></p>
<p>Ha! Mnie się marzy założenie własnej stacji radiowej, rozgłośni. Jak kiedyś dostanę więcej pieniędzy ze sprzedaży książek, to założę taką stację, żeby nie zależała oczywiście od żadnych formatów i była tylko nocna, np. od 23.00 do 6.00 nad ranem. I puszczałbym wyłącznie smutną muzykę. Mówiłbym też bardzo blisko mikrofonu. Mam już nawet nazwę dla tej rozgłośni.</p>
<p><strong>Zdradzisz?</strong></p>
<p>Po polsku „Smutek”. Po ukraińsku to brzmi lepiej, bo „Smutok” i ten „tok” oznaczałoby zarazem angielskie „talk”. „Radio Smutok”. Załóżmy, że miałbym tyle pieniędzy, że nie musiałbym się przejmować tzw. słuchalnością.</p>
<p><strong>Jaka byłaby to muzyka, jakie zespoły?</strong></p>
<p>Moje pierwsze doświadczenia z muzyką zależały od koniunktury, która istniała w naszym systemie. Ukształtował się pewien kanon, mniej więcej dziesięciu wykonawców, którzy byli bardzo popularni w Związku Radzieckim. Dlatego istnieją setki znakomitych zespołów, o których do dzisiaj mało wiemy, bo u nas znani byli tylko Led Zeppelin, Deep Purple, Pink Floyd, Yes i Genesis. Całą resztę muzyki z tego okresu trzeba było potem sobie znaleźć, wysłuchać. Z kolei słuchanie takiego zespołu jak Deep Purple kształtuje pewien standard słuchania, że muzyka to powinien być właśnie tylko taki hard rock. Mam przyjaciela, który ze dwa lata temu, podczas jakiejś pijatyki, bardzo szczerze, z wielkim smutkiem powiedział mi: „Wiesz, jaki jest największy błąd mojego życia? Że ja zawsze słuchałem Deep Purple, a trzeba było słuchać Led Zeppelin.</p>
<p><strong>W świecie popkultury każdy kraj ma swój emblemat, np. Finlandia – renifery, Szwajcaria – czekolada i zegarki. Gdybyś miał wybrać emblemat dla Ukrainy, co by to było? Słonina w czekoladzie?</strong></p>
<p>Chciałbym jakoś przyczynić się do obalenia tego słoninowego stereotypu. Kiedy pierwszy prezydent niepodległej Ukrainy Krawczuk przyjechał do Warszawy, to grupa studentów ukraińskiego pochodzenia powitała go hasłem: „Ukraina potrzebuje nie słoniny, a witaminy!”. Więc ja jestem zdecydowanie po stronie tych witamin. Chociaż na mrozie taka twarda słonina, pod wódkę, z czarnym chlebem to jest genialna rzecz. Ale nie można tego, moim zdaniem, absolutyzować. Chociażby dlatego, że to stały, dyżurny moskiewski dowcip na temat Ukraińców, że oni mają tylko tę słoninę. Niech naszym symbolem będzie pomarańcza!</p>
<p><strong>Kobiety w twoich książkach są wspaniałe, są jak Lara Croft – inteligentne, piękne, silne, same o sobie decydują. To jest fikcja literacka czy miałeś szczęście do takich muz?</strong></p>
<p>Po prostu o takiej kobiecie dobrze mi się pisze. To jest dla mnie ciekawe. W moich książkach nierzadko fragmenty pisane o kobietach lub w ich imieniu są najlepsze.</p>
<p><strong>Umiesz przeniknąć psychikę kobiety.</strong></p>
<p>Nie wiem, skąd to mam. To chyba talent literacki (<em>śmiech</em>). Skoro masz zdolność, żeby wymyślić krajobraz, możesz też wymyślić i to.</p>
<p><strong>I jeszcze garść pytań z dziedziny life style. Czy uprawiasz jakiś sport? Jak dbasz o kondycję?</strong></p>
<p>Zostawiam sobie rano jakieś 15 minut dla ćwiczeń siłowych, pompki, brzuch, mięśnie nóg. Taki krótki seans. Ważne, że codziennie.</p>
<p><strong>A co trzymasz na nocnym stoliku?</strong></p>
<p>W domu śpię na materacu na podłodze i nie mam nocnego stolika. A w hotelu? Zegarek. Czasem papierosy, czasem jakąś książkę.</p>
<p><strong>Czy używasz ekskluzywnych kosmetyków? Krem pod oczy firmy Vichy na przykład?</strong></p>
<p>Nie. Chyba że chodzi o zapachy. Ciągle szukam jakiegoś nowego. Zeszłej jesieni gościłem u nas Wiktora Jerofiejewa (<em>znany rosyjski pisarz &#8211; przyp. red.</em>). Zorganizowałem dla niego trzy spotkania: we Lwowie, Stanisławowie i Czerniowcach. On przyjechał ze swoją uroczą, młodziutką żoną, od której jest prawdopodobnie 35 lat starszy. W pewnym momencie, tuż przed ich odjazdem, ona szepnęła mi, że powinienem używać perfum Chanel Egoiste. Więc po jakimś czasie kupiłem i teraz próbuję.</p>
<p><strong>A poza tym nie wklepujesz żadnych kremów?</strong></p>
<p>Kremów nie.</p>
<p><strong>Bo uważasz, że to obciach dla prawdziwego mężczyzny?</strong></p>
<p>To też. Ale to pewnie byłoby znakiem machizmu. Po prostu jestem też ciekaw, jak długo można się bez tego obejść?</p>
<p><strong>A czy jesteś macho?</strong></p>
<p>Tak. Ale jakby nie do końca. Cechą macho jest to, że gardzi kobietami. A ja prawdopodobnie tego nie mam. Tak mi się wydaje, że nie, że zachowuję równowagę. Nie lubię też obgadywania kobiet w męskim towarzystwie, rozmów o głupich babach, cipach.</p>
<p><strong>Ale ukraińscy mężczyźni są trochę macho?</strong></p>
<p>I tak i nie. Przecież ukraińska kobieta odgrywa bardzo szczególną rolę: rządzi domem. Teraz zresztą rządzi i poza domem, bo kobiety, które wyjeżdżają do pracy do Włoch, utrzymują rodzinę. Mężowie siedzą w domu i chodzą na pocztę po pieniądze, które potem przepijają. Ale z drugiej strony nigdy nie było u nas ucisku kobiet. Na przykład Paweł z Aleppo, który w XVII wieku podróżował przez Ukrainę, napisał: „Co mnie najbardziej zdziwiło w tym kraju to to, że kobiety umieją czytać”. Możemy to przeciwstawić rosyjskiemu ustrojowi domowemu, w którym normą było upokarzanie, bicie kobiet. Widzicie więc, że i w tym różnimy się od Rosjan. Choć przypomniało mi się, że jest takie ukraińskie przysłowie ludowe „Żinka ne byta, jak kosa ne klepana”.</p>
<p><strong>W Polsce mówimy: „Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije” (<em>śmiech</em>). No to powiedz, są ci Ukraińcy macho, czy nie?</strong></p>
<p>Są, są. Już nawet Kozacy uciekali od rodzin, od żon, żeby razem wędkować.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jurij-andruchowycz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Marek Krajewski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/marek-krajewski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/marek-krajewski/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 27 May 2010 09:06:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Krajewski Marek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2252</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2007 rok TEKST: Mariusz Urbanek fot. Szymon Szcześniak &#8211; Naprawdę lubi pan Eberhardta Mocka? Lubię. Wielu czytelników mówiło mi, że Mock jest człowiekiem, który mimo odstręczających cech charakteru daje się lubić. Z jego psychopatyczną osobowością, alkoholizmem, brutalnością, cynizmem? Od wielu czytelniczek słyszałem wręcz, że to mężczyzna, który może być interesujący. I to [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Marek-Krajewski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2260" title="Marek-Krajewski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Marek-Krajewski.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 10, 2007 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Mariusz Urbanek</strong></p>
<p><a href="http://www.szymonszczesniak.com/ ">fot. Szymon Szcześniak</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Naprawdę lubi pan Eberhardta Mocka?</strong></p>
<p>Lubię. Wielu czytelników mówiło mi, że Mock jest człowiekiem, który mimo odstręczających cech charakteru daje się lubić.</p>
<p><strong>Z jego psychopatyczną osobowością, alkoholizmem, brutalnością, cynizmem?</strong></p>
<p>Od wielu czytelniczek słyszałem wręcz, że to mężczyzna, który może być interesujący. I to mimo że przecież okazuje się damskim bokserem i bije żonę.</p>
<p><strong>A pan za co lubi Mocka?</strong></p>
<p>Za jego ślepy instynkt naprawiania świata. To cecha, która bardzo mi się podoba. Mimo że środki, które stosuje, by osiągnąć cel, bywają często bardzo niegodne i złe.</p>
<p><strong>Brudny Harry w Breslau?</strong></p>
<p>Mock gotów jest zrobić wszystko, byle ukarać bestię, która wyrządziła zło. Zapomina wtedy o całym świecie i za to go cenię. Ale lubię go także za parę innych cech charakteru.</p>
<p><strong>Bo lubi zjeść, wypić i zabawić się?</strong></p>
<p>Lubię jego stosunek do życia. Pewien rys sybarytyzmu, który w nim tkwi. Chętnie bym się z nim spotkał i wypił piwo.</p>
<p><strong>Mimo psychopatycznej osobowości Mocka, której pan przed czytelnikami nie ukrywa, oraz tego, że bije kobiety?</strong></p>
<p>Nie jestem kobietą, więc nie musiałbym się w jego towarzystwie niczego obawiać.</p>
<p><strong>Zastanawiam się, co te cztery książki o Mocku i pana sympatia do niego mówią o panu samym?</strong></p>
<p>To pytanie o relacje między autorem a stworzoną przez niego postacią. Są pisarze, którzy twierdzą, że ich bohaterowie są całkowicie autonomiczni. Oni spełnili tylko rolę demiurga, który ulepił człowieka, dał mu życie, ale od tego momentu nie ma już z nim nic wspólnego. Ja nie mam pewności czy to możliwe.</p>
<p><strong>Mock to pan?</strong></p>
<p>Na pewno ma wiele ze mnie. W trakcie pisania nie jestem wolny od własnych myśli, niepokojów, obsesji i siłą rzeczy obdarzam tymi obsesjami mojego bohatera.</p>
<p><strong>To znaczy, że opisując Mocka przechodzi pan na ciemną stronę podświadomości?</strong></p>
<p>No, nie. Po prostu kiedy się pisze, trzeba szkielet fabularny powieści uzupełnić mięsem, ścięgnami i tłuszczem ludzkich przeżyć i myśli, opisów, jeśli już miałbym porównywać książkę do żywego organizmu. Skądś muszę to wszystko brać. Zwykle czerpię z własnych doświadczeń albo opowieści innych ludzi.</p>
<p><strong>Zaczynam się pana bać.</strong></p>
<p>Mock lubi tłuste zawiesiste potrawy, które lubię ja. Pali papierosy, jak ja. Spotyka się z kolegami przy stoliku brydżowym, bo ja jestem zapalonym brydżystą. Kolejną cechą, którą Mock ma ode mnie, jest jego miłość do świata antycznego. Jestem przecież filologiem klasycznym.</p>
<p><strong>Myślałem raczej o tym, na co zwróciło uwagę wielu recenzentów. Opisuje pan najbardziej brutalne i zwyrodniałe zbrodnie z przyjemnością wręcz perwersyjną.</strong></p>
<p>Nie nazwałbym tego przyjemnością, a raczej poczuciem obowiązku. Jestem miłośnikiem szczegółu. Każdego: kulinarnego, erotycznego i makabrycznego. Opisując świat, w którym funkcjonuje mój bohater, staram się opisać go możliwie najdokładniej. Jeśli piszę, że pije piwo, to muszę napisać, jakie to było piwo i w dodatku musi to być sprawdzalne.</p>
<p><strong>To prawda, pana książki mogłyby służyć za przewodniki topograficzne po przedwojennym Wrocławiu.</strong></p>
<p>Wiem, że może to być irytujące. Jeden z recenzentów napisał nawet: „Panie Marku, wierzymy, że pan zna przedwojenne nazwy ulic, którymi chodził Mock, więc może nam pan tego oszczędzić”. Ale to wynika z mojego zamiłowania doszczegółu. Dlatego nie czerpię perwersyjnej przyjemności z opisu wylewających się z ciała jelit; to tylko dokładny opis rzeczywistości.</p>
<p><strong>Mock tak jak pan nie znosi ubłoconych butów.</strong></p>
<p>Mock jest pedantem, ja też. Jeśli ułożę ołówki i długopisy w odległości pięciu cm od brzegu biurka, to one tam właśnie mają leżeć. Nie dwa albo trzy centymetry bliżej lub dalej, tylko właśnie tam. Kiedy przez lata przygotowywałem się wieczorem do zajęć akademickich następnego dnia, wieszałem na krześle wyprasowaną koszulę, dobrany do niej odpowiednio krawat, a wyczyszczone buty stały koło łóżka. Ubłocone buty są przekleństwem. Kiedy spada śnieg i na butach wykwitają lilie soli, jakby powiedział poeta, doprowadza mnie to do szczególnego wzburzenia.</p>
<p><strong>Mógłby pan wtedy zabić?</strong></p>
<p>Zabić pewnie nie, ale zdecydowanie mi się to nie podoba. W <em>Festung Breslau</em> jest scena, w której Mock idzie przez bombardowany Wrocław w najlepszym garniturze, ponieważ – jak mówi – oddaje hołd miastu i dlatego ubiera się dobrze. Ale na pięknej angielskiej wełnie osadza się pył i kurz zburzonych ulic. Kiedy to opisywałem, czułem ból. Taki jestem.</p>
<p><strong>Tacy jesteście: pan i Mock. To lekka obsesja.</strong></p>
<p>Powiedzmy dziwactwo. Ale znam gorsze.</p>
<p><strong>Ustaliliśmy, że Mocka pan lubi. Ale czytając pana książki, zastanawiałem się czy naprawdę, tak jak pan deklaruje, lubi pan Wrocław?</strong></p>
<p>Opisuję Breslau jako siedlisko zła, miasto zdecydowanie mroczne, pełne wilgotnych zaułków, w których czai się zbrodnia i występek, ale to nie znaczy, że Wrocławia nie kocham.</p>
<p><strong>Ale tworzy pan obraz nieprawdziwy. Przedwojenny Wrocław to było przecież miasto mądre, pełne noblistów, bogate i wesołe.</strong></p>
<p>Moja miłość do Wrocławia polega na tym, że nie mogę przestać o nim myśleć ani przestać go opisywać. Kocham go i dlatego zrobiłem z niego scenerię do moich powieści.</p>
<p><strong>A przy okazji miasto złodziei, dziwek i alfonsów.</strong></p>
<p>Czytelnicy dobrze rozumieją, że nie jest to prawdziwy obraz Wrocławia. Potrafią oddzielić to, co jest konieczną dla kryminału scenerią zbrodni, od tego, co jest prawdą o mieście.</p>
<p><strong>Kto odebrał pana książkę lepiej: Polacy czy Niemcy?</strong></p>
<p>Jeśli mierzyć to liczbą sprzedanych egzemplarzy, to zdecydowanie Polacy. Ale też odbiór Polaków i Niemców był zupełnie inny. W Polsce, zwłaszcza we Wrocławiu, moje książki wpisały się w nurt poszukiwania wiedzy o historii miejsca, w którym się żyje, odzyskiwania pamięci po 1989 r., kiedy niemiecka przeszłość miasta przestała być tematem tabu. W Niemczech czytano je po prostu jako literaturę kryminalną, czasem tylko starzy wrocławianie odbierali je jako opowieść o mieście, które opuścili.</p>
<p><strong>Mimo że było to miasto nieprawdziwe?</strong></p>
<p>Wybitny niemiecki prawnik, profesor Erwin Deutsch napisał do mnie e-mail: „Drogi panie Krajewski, w tłumaczeniu pana książki <em>Tod in Breslau</em> znalazłem wzmiankę o młodym chłopcu, synu dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej w Breslau. To ja. Nigdy nie byłem po wojnie we Wrocławiu, bo nie znoszę turystyki sentymentalnej, ale po przeczytaniu pana książki chcę przyjechać. Czy moglibyśmy się spotkać?”.</p>
<p><strong>Wiedział pan o nim?</strong></p>
<p>Dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej Leo Hartner to ważna dla Mocka postać, jego ekspert, który występuje we wszystkich moich książkach, ale nie miałem pojęcia, że jego pierwowzór na tym stanowisku w ogóle miał dzieci.</p>
<p><strong>Spotkaliście się?</strong></p>
<p>Tak, siedzieliśmy w pięknym hotelu, patrzyliśmy na Ostrów Tumski i gmach Ossolineum, dawne gimnazjum św. Macieja, do którego chodził prof. Deutsch. On opowiadał mi o swoim Breslau, ja mu o swoim Wrocławiu. Było to piękne.</p>
<p><strong>Korzenie pana rodziny nie są przecież wrocławskie.</strong></p>
<p>Mama pochodzi spod Lwowa, ojciec z centrum Polski, więc tym większa była we mnie potrzeba tworzenia mitologii miejsca, w którym się urodziłem.</p>
<p><strong>Czyta pan recenzje swoich książek?</strong></p>
<p>Czytam. Mam nawet w domu małe archiwum z recenzjami.</p>
<p><strong>Przejmuje się pan nimi?</strong></p>
<p>Tak. Kiedy po pierwszej książce o Mocku, która okazała się względnym sukcesem, ukazywała się druga, naprawdę się bałem. Bo druga książka, zwłaszcza po sukcesie pierwszej, jest dla autora najtrudniejsza; nie wiadomo przecież, czy nie okaże się autorem jednej książki. Kiedy więc pojawiła się w internecie druzgocąca recenzja, byłem załamany. Ale potem nie było źle.</p>
<p><strong>Bierze pan pod uwagę to, co piszą recenzenci?</strong></p>
<p>Uwzględniam uwagi natury stylistycznej i językowej. Napisałem w <em>Festung Breslau</em>, że kiedy chora na gruźlicę osoba pocierała spierzchniętymi, suchymi, popękanymi wargami, rozlegał się szmer. Recenzent zwrócił mi uwagę, że wargi nie mogą raczej wydawać szmeru, więc teraz głębiej zastanawiam się, zanim coś takiego napiszę. Ale kiedy po <em>Festung Breslau</em> inny z recenzentów zrobił z Mocka nazistę, pisząc: „Mock wrzeszczy Heil Hitler” i sugerując, że był członkiem SS, miałem ochotę zareagować jak Mock.</p>
<p><strong>Lubi pan Mocka, kocha Wrocław, ale niechęci do kobiet to już się pan nie wyprze.</strong></p>
<p>Niniejszym wypieram się. Nie jestem mizoginem.</p>
<p><strong>Przecież w pana książkach nie ma porządnych kobiet. Owszem są piękne, zmysłowe, kuszące, ale w większości to dziwki i suki.</strong></p>
<p>Kreśląc portrety psychologiczne kobiet w moich książkach jestem po prostu wierny regułom gatunku. Uprawiam czarny kryminał, a w czarnym kryminale występuje określony rodzaj kobiet. Kobiety fatalne, manipulujące mężczyznami, które wykorzystują swoją urodę i seksapil, żeby doprowadzić mężczyzn do zguby.</p>
<p><strong>A żona, z czystej kobiecej solidarności, nie zapytała pana nigdy, czy naprawdę nie zna pan żadnej porządnej kobiety?</strong></p>
<p>Owszem, zwróciła mi uwagę, że w pewnym momencie mogę stać się przewidywalny. Czytelnik, spotykając w książce kobietę, będzie wiedział, że ona jest zła. Zasugerowała, że powinienem coś z tym zrobić.</p>
<p><strong>I nie posłuchał pan.</strong></p>
<p>Myślę o dużym cyklu powieściowym, w którym piękna mądra kobieta będzie prawdziwą intelektualną partnerką polskiego tym razem detektywa z przedwojennego Lwowa.</p>
<p><strong>Czy prawie dziesięć lat po debiucie i czterech świetnie sprzedających się książkach może pan powiedzieć: Zawsze marzyłem, żeby być autorem powieści kryminalnych?</strong></p>
<p>Tak. I powiem więcej, zawsze marzyłem, żeby żyć z pisania. Nigdy dotąd się z tym marzeniem nie zdradzałem, bo po pierwszej czy drugiej książce byłoby to aktem pychy, ale teraz, gdy moje książki są rzeczywiście doceniane, mogę powiedzieć otwarcie: marzyłem o tym właściwie od momentu debiutu.</p>
<p><strong>To dlatego rzuca pan pracę naukową? Miał pan dość uczenia cudzych dzieci?</strong></p>
<p>Odszedłem, bo coraz trudniej było godzić literaturę z pracą naukową. Oprócz dydaktyki, która przynosiła mi ogromną satysfakcję, powinienem przecież jeszcze rozwijać się naukowo, przechodzić zwykłe stopnie kariery akademickiej, pisać pracę habilitacyjną, artykuły, rozprawy, a na to brakowało mi już czasu.</p>
<p><strong>A może dokuczyła panu zazdrość kolegów?</strong></p>
<p>W Instytucie Filologii Klasycznej i Kultury Antycznej Uniwersytetu Wrocławskiego nie spotkałem się z zazdrością kolegów. Głosy niechętne dochodziły z poza wrocławskiego środowiska naukowego, od wybitnych i starszych uczonych, którzy kryminałów nie czytają i nie cenią.</p>
<p><strong>Mimo wszystko, szkoda. Temat pana pracy doktorskiej<em> Prozodia greckich zapożyczeń u Plauta</em> robił wrażenie. Prawie nikt nie wiedział, o co chodzi.</strong></p>
<p>W łacinie i grece sylaby są długie lub krótkie. Ta ich właściwość jest podstawą wersyfikacji języków klasycznych. Czasami sylaba, która w określonym miejscu wersu powinna być krótka, jest z jakiegoś powodu długa i odwrotnie, burząc rytm wiersza. Badałem, co było powodem takiej zamiany.</p>
<p><strong>To chyba dość nudne?</strong></p>
<p>Wielokrotnie pytano mnie, co jest powodem, że uczony wychodzi ze swojej wieży z kości słoniowej i zanurza się w zbrodnię, ale dla mnie moje badania były jak rozwiązywanie zagadek niemal kryminalnych. Teraz, jako tzw. wolny literat, pewnie stanę się bardziej banalny, ale trudno. Takiego wyboru dokonałem.</p>
<p><strong>Nie będzie panu brakowało studentek wpatrzonych rozmarzonymi oczyma w swego wykładowcę, który jest sławnym pisarzem?</strong></p>
<p>Nie przesadzałbym z tym rozmarzonym wzrokiem. Owszem, obserwowałem wzrost zainteresowania swoją osobą, ale głównie podczas sesji egzaminacyjnej, kiedy to wśród studentów przybywało mi fanek i fanów. A ja nie jestem idealistą, więc wiem, że ten nagły wzrost miłości miał uzasadnienie wyłącznie egzaminacyjne.</p>
<p><strong>Pewnie rosły też tantiemy, bo studenci wykupywali książki, żeby dostać autograf?</strong></p>
<p>Studentów filologii klasycznej jest zwykle dwudziestu kilku na roku, więc nie miało to zauważalnego wpływu na stan mojego konta, kiedy kupił jeden czy dwóch z nich. Tym niemniej wszystkim czytelnikom (wśród nich moim studentom) jestem bardzo wdzięczny.</p>
<p><strong>Nasycenie pana książek antykiem dowodzi, że jednak drzemie w panu belfer, który próbuje przemycić trochę wiedzy.</strong></p>
<p>Może nie belfer, powiedzmy, apologeta starożytności. Przez wiele lat zajmowałem się łaciną, językiem, którym dziś już prawie nikt poza specjalistami nie mówi, a przecież jeszcze przed wojną nauczano go dość powszechnie. Jeśli ktoś w przedwojennej Polsce pisał <em>eo ipso </em>albo <em>pacta sunt servanda</em>, wszyscy wiedzieli, co to znaczy, bo to był element naszej kultury. Dziś łacina u nas, inaczej niż w krajach europejskich, zwłaszcza niemieckojęzycznych, została zepchnięta na margines życia szkolnego. Kiedy więc ktoś ze środowiska naukowego zarzucał mi, że zamiast nieść święty ogień nauki zniżam się do podłej roli autora powieści kryminalnych, odpowiadam, że przecież o starożytności nie zapominam.</p>
<p><strong>Jako wolny pisarz będzie pan spędzał czas nad basenem sącząc drinki z parasolką?</strong></p>
<p>Niezupełnie. Pisanie to ciężka praca. Kiedy piszę książkę, spędzam przed ekranem komputera 8–10 godzin dziennie.</p>
<p><strong>Nawet kiedy nie idzie?</strong></p>
<p>Trzeba siedzieć i nie zniechęcać się. Są dni, gdy muza jest łaskawa – Niemcy mają na to piękne określenie: być pocałowanym przez muzę – i takie, kiedy łaskawa nie jest. Nie wierzę w natchnienie, ale różne czynniki, w tym meteorologiczne, wpływają na to, że pisze się lepiej lub gorzej. Bywają więc dni, kiedy piszę około dziesięć stron i takie, gdy udaje mi się napisać najwyżej dwie. Nie można się poddawać, nawet jeśli złych dni trafi się kilka z rzędu, bo w końcu przyjdzie taki, w którym napiszę dwadzieścia stron. Ważne jest, żeby codziennie siąść przy biurku i pisać. Dopiero pod koniec pracowitego dnia, można pozwolić sobie na papierosa czy szklankę dobrego trunku.</p>
<p><strong>Podobno pisze pan, siedząc na twardym krześle?</strong></p>
<p>Tak, żeby się nie rozleniwić. Trzeba też usunąć z zasięgu rąk gazety i książki. Człowiek jest z natury leniwy i znajdzie tysiąc powodów, by nie pisać. Sięgnie po książkę, której dawno nie przeglądał, a koncentracja tymczasem umyka. Najlepsza jest pusta, niemalże klasztorna, cela z twardym krzesłem i laptopem.</p>
<p><strong>Z wykasowanymi z twardego dysku grami komputerowymi?</strong></p>
<p>Wykasowałem nawet szachy, żeby nie mieć pokus.</p>
<p><strong>Może, gdyby pisał pan, siedząc w miękkim fotelu, pana książki nie byłyby tak ponure?</strong></p>
<p>Tego nie wiem, ale na pewno byłbym zbyt rozleniwiony, żeby dotrzymywać terminów wydawniczych.</p>
<p><strong>Po czwartym tomie przygód Eberhardta Mocka ogłosił pan, że to koniec. To naprawdę koniec?</strong></p>
<p>Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć, bo taką umowę mam z wydawcą. Wszystko okaże się 11 października, kiedy zostanie wydana moja nowa książka.</p>
<p><strong>Przez kilka lat zapowiadał pan, że po Mocku ukaże się tom opowiadań pod tytułem <em>Siedem grzechów głównych.</em></strong></p>
<p>Dziennikarze i czytelnicy zawsze pytają: nad czym pan teraz pracuje? Więc odpowiadałem. I rzeczywiście pracowałem nad zbiorem opowiadań <em>Siedem grzechów głównych</em>, których akcja była osadzona we współczesnym Wrocławiu. Pięknym, kolorowym mieście, które chciałem opisać. Pisałem to przez całe ubiegłoroczne wakacje i napisałem trzy duże opowiadania (każde liczyło prawie sto stron!), ale nie spodobały mi się. Co więcej, nie spodobały się także moim przyjaciołom, których prosiłem o lekturę. Doszedłem więc do wniosku, że źle się czuję we współczesnym kostiumie i zarzuciłem ten pomysł.</p>
<p><strong>Może trzeba było posiedzieć jeszcze parę dni po dziesięć godzin?</strong></p>
<p>Dotąd tylko czytałem lub oglądałem filmy o pisarzach, którzy cierpią na niemoc twórczą. Nagle i mnie dotknęło to samo. Musiałem kilka miesięcy odpocząć. W styczniu zacząłem pisać nową książkę. Ale to na pewno nie będzie <em>Siedem grzechów głównych</em>.</p>
<p><strong>Aco?</strong></p>
<p>Mogę powiedzieć jedynie, że napisałem opowieść kryminalną, której akcja rozgrywa się we Wrocławiu.</p>
<p><strong>Z</strong><strong>apytam wobec tego wprost: to będzie piąty tom przygód Eberhardta Mocka?</strong></p>
<p>Odpowiem tak: nie potwierdzam ani nie zaprzeczam.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/marek-krajewski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maciej Malicki</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maciej-malicki/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maciej-malicki/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Mar 2010 14:05:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Malicki Maciej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=1571</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2006 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Mikołaj Długosz &#8211; Wpadliśmy na trzy sposoby rozpoczęcia tego wywiadu, ale nie możemy się zdecydować. Może nam pan pomoże? Trzy zestawy pytań. To mi się nawet podoba. Jaki mam wybór? Warianty są następujące: chłopacko-sztubacki, sentymentalno-refleksyjny i literacko-dialogowy. Ten ostatni podoba mi się najmniej, ze [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong> </strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Maciej-Malicki.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-1579" title="Maciej-Malicki" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Maciej-Malicki.jpg" alt="" width="350" height="229" /></a>PLAYBOY nr 12, 2006 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href=" http://www.mikolajdlugosz.com/  ">fot. Mikołaj Długosz</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Wpadliśmy na trzy sposoby rozpoczęcia tego wywiadu, ale nie możemy się zdecydować. Może nam pan pomoże?</strong></p>
<p>Trzy zestawy pytań. To mi się nawet podoba. Jaki mam wybór?</p>
<p><strong>Warianty są następujące: chłopacko-sztubacki, sentymentalno-refleksyjny i literacko-dialogowy.</strong></p>
<p>Ten ostatni podoba mi się najmniej, ze względu na literackość. Może niech będzie pierwszy.</p>
<p><strong>“Odkąd pamiętam piłem wino”. No to przynieśliśmy flaszkę…</strong></p>
<p>O, świetnie! Otwieramy!</p>
<p><strong>Niestety, wina tunezyjskiego nie udało nam się znaleźć.</strong></p>
<p>Dzisiaj pewnie z tym ciężko. Ale kiedyś Gellala to było wino podstawowe. Pamiętam jak dziś etykietę – mozaika z afrykańską postacią. Pyszne. Przyjeżdżało z Tunezji w butelkach, nie było rozlewane w Polsce. Łza się w oku kręci. Wy nie pamiętacie tych czasów, kiedy w kioskach leżały Gauloise’y i Gitany bez filtra. Były jednak radosne momenty w PRL-u (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Dziś papierosów bez filtra nie sposób u nas kupić. </strong></p>
<p>O, zdecydowanie nie. Zaraz, zaraz. Koleżanka ostatnio przywiozła z Rumunii. Karpaty. Świetne. Czarny tytoń, przypominają do złudzenia Sporty [te stare – „klasyczne”]. Kiedy przypaliliśmy w redakcji (<em>„Literatury na Świecie” – przyp. aut.</em>), to wszyscy niepalący pouciekali. Smród niebotyczny. Ale były przepyszne.</p>
<p><strong>Który to pana wywiad?</strong></p>
<p>Nie wiem. Na pewno nie udzieliłem w życiu więcej niż kilkunastu. Raczej niechętnie się zgadzam. Odmówiłem kilku redakcjom – nie będę wymieniał tytułów. Wasza propozycja była ciekawa. Nietypowa. Zaskakująca. Pierwszy raz będę w tak zwanej prasie <em>lifestylowej</em> (<em>śmiech</em>). Poza tym moja młodsza córka, Zosia, która studiuje polonistykę, czyta Playboya. I mówi: „Tato, tam są fajne wywiady”.</p>
<p><strong>Bardzo nam miło, Ojcze Pio.</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) To już nieaktualne. Nazwał mnie tak pewien Poeta Śląski, kiedy miałem brodę wchodzącą do talerza z zupą. Czytaj – długą. Kariera Ojca Pio skończyła się wraz z radykalnym jej skróceniem.</p>
<p><strong>A nie mylą pana z Dziewulskim?</strong></p>
<p>Nie. Nigdy. Ale za to jestem dość często mylony z Tomaszem Łubieńskim (pisarz, prowadził w TVP program <em>Dobre książki</em> – przyp. aut.). Kiedyś siedziałem ze znajomymi w Santosie, nieistniejącej już, niestety, knajpce nieopodal Placu Trzech Krzyży. Podszedł do mnie jakiś facet i powiedział: “Proszę pana, przepraszam, że przeszkadzam, ale niech pan wypierdoli z tego programu Szczukę. Jest beznadziejna” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>I co pan na to?</strong></p>
<p>Że pomyślę.</p>
<p><strong>Pytaliśmy o Dziewulskiego, bo głos też ma pan trochę do niego podobny. Spokojniejszy, ale jednak.</strong></p>
<p>Mój głos bardzo się zmienia. Jak bym nie był na lekkim kacu, to mówiłbym pewnie sporo wyżej. Mam na myśli tembr.</p>
<p><strong>Szkoda, że nie możemy dołączyć płyty z nagraniem naszej rozmowy. Ale właśnie dotykamy jednej z pańskich obsesji. Jak w druku przekazywać dźwięki, akcenty, tembr głosu…</strong></p>
<p>Prawda. Jak zapisać to, co słychać? Przede wszystkim to, co jest niegramatyczne, niefonetyczne i przeczy wszelkim zasadom. Wielka sztuka.</p>
<p><strong>Wymyślił już pan jak zapisać „kurwę” nutami?</strong></p>
<p>Jeszcze nie, ale poddałem problem pod rozwagę kolegom muzykom. Pracują nad tym. A propos dźwięków w książce. Ostatnio we Wrocławiu miałem czytać fragmenty <em>60% słów</em>, ale nabawiłem się potwornej kontuzji oka. Poprosiłem przyjaciela, Andrzeja Sosnowskiego, żeby przeczytał. Zrobił to świetnie. Teraz znajomi z Wrocławia dorabiają do tego muzykę. Będzie płyta.</p>
<p><strong>Myślał pan może, żeby kolejne książki wydawać właśnie z płytą CD, na której znalazłyby się dźwięki, których nie da się opisać?</strong></p>
<p>Nigdy. Ale to fajny pomysł. Tym bardziej, że następna książka domaga się takiej płyty. To będzie dziennik (bez dat), który się nazywa „Takie tam”. Drukuję go cyklicznie w „Twórczości”. Codziennie coś przybywa.</p>
<p><strong>Czyli mamy szansę być wspomniani?</strong></p>
<p>Pewnie. Na pewno zostanie jakiś ślad po tej rozmowie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jest nadzieja, że pogróżki jakoby <em>Wszystko jest</em> to pana ostatnia książka, się nie sprawdzą</strong>?</p>
<p>Nie mogę tego obiecać. Naprawdę. To nie jest kokieteria. „Takie tam” jest od zawsze. Nie traktuję dziennika jako nowej książki. Ot, jeżeli się ukaże, będzie czymś w rodzaju przedmowy albo posłowia do czterech moich książek.</p>
<p><strong>A jak na dotychczasowe książki zareagowali świderscy sąsiedzi? Szczególnie na pierwsze dwie, które dzieją się nad Świdrem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wiedza o moim pisarstwie nie jest powszechna. Ale zdarzają się miłe sytuacje. Idę sobie ulicą, a jakiś koleś krzyczy: „Kurwa, dlaczego nic nie mówiłeś, że piszesz?! Super”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Od dziecka mieszka pan w Świdrze pod Warszawą?</strong></p>
<p>Od trzeciego roku życia. Rodzice mieli dom w Warszawie, ale w czasie Powstania wszystko spłonęło. Czysty przypadek sprawił, że kilka lat po wojnie znaleźliśmy się w Świdrze. Najpierw mieszkaliśmy w takim typowym świderskim drewniaku, który zresztą do dzisiaj istnieje. Niestety Świdermajerów jest coraz mniej. W zeszłym roku dwa duże spłonęły. Podejrzewam, że nieprzypadkowo. W latach 60. rodzice wybudowali dom i tak zostało. Świder jest jedyny, niepowtarzalny. Wiecie pewnie, że przeszedłem go wzdłuż brzegu do samych źródeł. Nigdzie nie spotkałem się z takimi krajobrazami rzecznymi. Nie wiem, na czym to polega.</p>
<p><strong>Myślał pan kiedykolwiek o wyprowadzce ze Świdra?</strong></p>
<p>Nigdy. Zupełnie. Do pewnego czasu. Teraz zaczynam myśleć. Są dwa miejsca, które mnie frapują i ciągną. Miasto Hel na Helu lub Mikołów na Śląsku. Raczej ze wskazaniem na ten ostatni [nastrój, krajobraz, przede wszystkim ludzie]. Kiedyś w trakcie spotkań organizowanych cyklicznie przez Instytut Mikołowski, padła zadziwiająca propozycja napisania powieści, której akcja toczyłaby się właśnie w Mikołowie. Burmistrz zaproponował stypendium, obiecał pokoik, komputer i utrzymanie. W dzisiejszych czasach to niespotykane.</p>
<p><strong>Jesteśmy za. Przynajmniej nie sprawdzi się scenariusz ostatniej książki. A wracając do Świdra, jak się panu podobają nowe błyszczące kolejki na linii otwockiej?</strong></p>
<p>Raz się przejechałem. Jakoś za nowocześnie. Poza tym, o dziwo, one jeżdżą dużo wolniej. Na trasie do Falenicy jest się piętnaście minut do tyłu. Nie wiem czy to reguła, czy wypadek przy pracy.</p>
<p><strong>W ten sposób doszliśmy do drugiej pańskiej obsesji – pociągów i torów kolejowych. Napisze pan przewodnik dla podróżujących na piechotę wzdłuż torów?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) Kto by to kupił? Nikt. Szkoda. Drogi wzdłuż niektórych torów są zupełnie oszałamiające. Naprawdę. Jestem wciąż pod wielkim wrażeniem trasy wzdłuż magistrali węglowej. Szedłem z Jaktorowa do Zawiercia. Ona omija całą cywilizację. A ludzie, którzy mieszkają wzdłuż torów, obok torów, przy torach, to niesłychana grupa. Wyłaniającemu się z mroku wędrowcowi oddadzą ostatnią koszulę. Nie ma takiej drugiej trasy w Polsce.</p>
<p><strong>A skąd upodobanie do Helu? Też związki z kolejnictwem?</strong></p>
<p>Nie. Sentyment. Ale wiecie panowie, że w sezonie jest pociąg prosto na Hel, który zatrzymuje się w Otwocku? Wsiadam, można powiedzieć pod domem i wysiadam nad morzem. Ubolewam, że to połączenie tylko sezonowe. Hel lubię od zawsze. Regularnie jeździliśmy z przyjaciółmi na półwyspowe wakacje. Miasto Hel było zamknięte [wojsko, lotnisko, okręty, poligony, takie tam]. Teraz zmieniło się bardzo na plus. Na przykład Jurata przy Helu to dziura. Na Helu nawet poza sezonem jest fantastycznie, działają knajpy, kawiarnie, wędzarnie. Jest życie. Pani w barze [pani Mariola, właścicielka] powiedziała do mnie znad piwa: „Wie pan, oni tam w Juracie żyją pół roku, a my –  cały rok”. Z całym szacunkiem dla Juraty. Też ładne miejsce.</p>
<p><strong>A propos, kiedyś pociąg na Helu uratował panu życie.</strong></p>
<p>Wypłynąłem nocą głęboko w morze. I nagle na całym półwyspie zgasło światło. Kompletna ciemność. W ułamku sekundy straciłem orientację. Od brzegu byłem może kilometr. Przychodzi taki moment, że nie wiadomo, co robić. Panika. I wtedy snop iskier, oświetlone wagoniki. Złapałem lokalizację i po jakimś czasie wyszedłem na brzeg. Pociąg parowy uratował mi życie. Jestem o tym przekonany.</p>
<p><strong>Ponoć żałował pan, że do Stanów nie można dojechać pociągiem.</strong></p>
<p>I to bardzo. Nie cierpię latać. Kombinowałem, żeby załapać się na jakiś statek towarowy, ale za dużo z tym było zachodu. W końcu poleciałem. Byłem cztery miesiące, z czego trzy spędziłem na Manhattanie, chodząc. Codziennie wysiadałem na innej stacji metra i szedłem do następnej i tak aż do Harlemu. Przez te trzy miesiące obszedłem Manhattan wzdłuż i wszerz. Popatrzeć, posiedzieć, posłuchać.</p>
<p><strong>I poparzyć się gorącym lepikiem?</strong></p>
<p>Mam jeszcze ślady (<em>podwija rękaw i pokazuje</em>). Chciałem zobaczyć jak pracują Polacy. Załatwiłem sobie robotę i wzięli mnie na parę dni do ekipy. Remont dachu. Pierwszego dnia poparzyłem sobie łapy. Nie zależało mi wtedy na zarabianiu. Do pracy się nie paliłem. Nowy Jork mnie zachwycił. Mam stamtąd same dobre wspomnienia. Pierwszego dnia, kiedy wieczorem wysiadłem z metra, od razu natknąłem się na policjanta. Natychmiast do mnie podszedł i mówi: „Nie chodź tędy z taką dużą torbą. Idź za mną, zaprowadzę cię, gdzie trzeba”. Anioł stróż. W ogóle miałem same przyjemne wrażenia. Byłem nawet w Harlemie. W środku. Któregoś razu pojechaliśmy z tą ekipą remontować mieszkanie i wyszedłem sobie na ulicę. A to naprawdę był taki Harlem Harlem. Jeden z okolicznych domów właśnie płonął. Naprawdę. Jak dekoracja filmowa. Wszedłem do pierwszego sklepu i poprosiłem, żeby mi zrobili kanapkę. Murzyn zwariował, jak mnie zobaczył. Nałożył mi wszystkiego po brzegi. Pytam, ile płacę. On mówi: „Nic”. Serio (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy to prawda, że w pana domu spotykały się na wagarach dziewczyny ze wszystkich otwockich szkół?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>I chłopcy. Prawda. No, może nie ze wszystkich [mam na myśli podstawówki]. Z liceum, ze szkoły pielęgniarskiej, z tak zwanego ekonomika. Kapitalne dziewczyny. Miałem duży dom, dużo miejsca, babcię, która wszystkich lubiła. Było fajnie, spokojnie, miło. Kapitalnie po prostu. To trwało dwa, trzy lata. Potem się skończyło. Nagle przestałem chodzić do szkoły, zrobiłem sobie przerwę. Przeniosłem się do Warszawy i koczowałem w różnych dziwnych miejscach.</p>
<p><strong>Jak to się zaczęło?</strong></p>
<p>Przypadkowo. Jak zwykle. Kiedyś szedłem w stronę Placu Konstytucji i zaczepiła mnie dziewczyna, pytając, czy mam złotówkę? Miałem. Dałem. „To chodź na alpagę”. No to poszedłem. W knajpie Owoc poznałem wielu fajnych ludzi. Fantastyczne czasy. Na rok mnie wciągnęło. W zimie spało się po mieszkaniach. Były kobiety, które miały zupełnie nieprawdopodobne mieszkania w okolicznych kamienicach. A jak była ładna pogoda, to mieszkało się w parkach, ogródkach działkowych. Nagle się urwało. Jak wszystko w moim życiu. Wróciłem do szkoły, żeby zrobić maturę. Wieczorowo.</p>
<p><strong>A po maturze?</strong></p>
<p>Próbowałem studiować. Był epizod z Akademią Sztuk Pięknych [zbrakło, jak to się mówi, kilku punktów], bibliotekoznawstwem, polonistyką na KUL-u. Ale wszystko krótko. Nie nadawałem się. Zacząłem wyjeżdżać do Holandii.</p>
<p><strong>I co? Tulipany?</strong></p>
<p>Tak. Pierwszy raz pojechałem w siedemdziesiątym którymś… Dobrze się umiejscowiłem, w jednej z największych tego typu firm. Polubili mnie i zapraszali co roku. Pamiętam, że w Holandii przeżyłem wybór papieża. Przybiegł jakiś Holender, żeby mi powiedzieć. Zadzwoniłem do domu i przekazałem wiadomość rodzinie. Oni oczywiście jeszcze nic nie wiedzieli. Holendrzy mnie wtedy hołubili. Dostałem masę prezentów.</p>
<p><strong>Pierwszą trawkę?</strong></p>
<p>Oj, nie pierwszą! Pierwsza była oczywiście nad Świdrem. Kilku moich kumpli poszło do szkoły morskiej. Przywozili bardzo przyjemne palenie. Grubo przed Holandią. Zawsze mieliśmy dobrą trawkę. Do dzisiaj mamy (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jak w latach 80. załapał się pan na korespondenta fińskiego pisma jazzowego?</strong></p>
<p>Kolega powiedział: „Słuchaj, poznałem jednego Fina, który ma takie fajne pismo”. I się zaczęło. Dostałem fińską legitymację prasową. Jeździłem po całej Polsce, robiłem rozmowy z muzykami, pisałem relacje z koncertów, festiwali, fotografowałem. Moja żona tłumaczyła to na angielski, a oni z angielskiego na fiński. Godziwie płacili, dolarami. Regularnie, z ręki do ręki. W tamtych czasach to było coś. Z wypłatą przyjeżdżała piękna Finka, która kwaterowała w hotelu Forum. Dawała kopertę raz na dwa miesiące. Pismo niestety padło. Ale legitymację wciąż mam (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Grał pan kiedyś wilkołaka…</strong></p>
<p>Grałem. W serialu Krzysztofa Janczaka (<em>urodzony w Świdrze Pan Yapa – przyp. aut.</em>). Krzysiek zaproponował, żebym został scenografem. Zostałem. Sześć czy siedem odcinków. Okropnych po prostu. Pewnego dnia zachorował aktor. Cóż było robić? Zagrałem. Charakteryzację miałem piękną. Pewnej nocy wracałem samochodem do domu i specjalnie nie zdjąłem tych wszystkich kudłów z twarzy, żeby się dzieciom pokazać. Ale benzyny mi zabrakło. Zajechałem na stację. Było bardzo zabawnie. Pieniądze jednak wzięli (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Przechodzimy do kolejnej profesji. Czy Jurek Owsiak to dla pana witrażowy guru?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Guru? Nie, ale to bardzo zdolny witrażysta. Przede wszystkim doskonale i oryginalnie maluje na szkle. Byłem pod wrażeniem. Jest gorszy w projektach, ale rysuje mistrzowsko.</p>
<p><strong>Chodzi pan po Świdrze z serduszkiem w klapie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie. Jak daję coś do puszki, to zaraz odklejam serduszko. Ale wiem, że są tacy, którzy trzymają serduszka przez cały rok, żeby ich później nikt nie zaczepiał. Dlatego w tym roku Orkiestra wydrukowała inny typ naklejek (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wydał pan książkę <em>Listy do Owsiaka</em>. Miał być wielki sukces.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A była wielka klapa. Kilkadziesiąt fragmentów listów do Jurka. Zupełnie nieprawdopodobnych. Ozdobionych kilkudziesięcioma rysunkami Edwarda Dwurnika. W pierwszej edycji Wielkiej Orkiestry brałem bierny udział. Jurek nie wiedział, co z tego wyjdzie, bał się i poprosił mnie, żebym mu towarzyszył. I byłem z nim. Cały dzień w studiu na Woronicza. Nie spodziewał się takiego przyjęcia, takiego sukcesu i po prostu zwariował. To było bardzo miłe doświadczenie. Serce rosło.</p>
<p><strong>Po Polsce chodziła plotka, że tak naprawdę Owsiak jąka się tylko przed kamerami&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bzdura. On się tylko jąka coraz mniej. Kiedy go poznałem w pracowni witraży w Miedzeszynie, jakieś 25 lat temu, nie był w stanie powiedzieć poprawnie jednego słowa.</p>
<p><strong>Nie ciągnie pana do witraży?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Zajmowałem się tym 10, 12 lat. Wystarczy. Na ogół nie wracam do rzeczy, które kiedyś robiłem.</p>
<p><strong>Czyli nie będzie pan już nigdy kucharzem na kutrze?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jak się osiedlę na Helu, to kto wie? W Mikołowie będzie kłopot.</p>
<p><strong>Nauczył się pan wtedy gotować?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W żadnym wypadku. Do dziś dobrze gotuję tylko przysłowiową wodę na herbatę i przysłowiowe jajka. Moje córki za to gotują fenomenalnie. Starsza jest bułgarystką, więc przeszczepia na nasze warunki tamtejszą kuchnię. Bałkański kociołek.</p>
<p><strong>Zajmował się pan w życiu tak wieloma różnymi rzeczami, że nie starczy nam łamów, żeby to omówić. Odpuszczamy więc archiwistę, palacza, KO-wca, nawet pomocnika kinooperatora… i całą resztę. Ale o kultowe do dziś pismo komiksowe “Kelvin &amp; Celsjusz” musimy zapytać.</strong></p>
<p>Znowu przypadek. Ja nawet nie jestem fanem komiksów. Nigdy żadnego nie kupiłem. Norweskie wydawnictwo zaproponowało, żebym poprowadził takie pismo. Zgodziłem się. Robiłem je z przyjacielem – Jurkiem Dobruckim. Wydaliśmy dziesięć numerów. Dzisiaj to podobno biały kruk. Debiutował u nas na przykład Krzysiek Gawronkiewicz i reszta sławnych teraz polskich komiksiarzy. Ot, i cała historia.</p>
<p><strong>We własnym wydawnictwie wydał pan opowiadania więzienne niejakiego Waldemara Góździa, który przesiedział w kryminale 25 lat. Co u niego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Odwiedza nas. Widzieliśmy się rok temu, regularnie do siebie piszemy. Mieszka w Szczecinie. Zarabia na życie w bardzo dziwny sposób. Właściciele knajp i pubów wynajmują go jako gwiazdę wieczoru. Waldemar tańczy z kuflem piwa na głowie. To jego najnowsza specjalizacja. Bardzo ją sobie chwali. Niesamowity facet, strasznie twardy, nie do złamania. W więzieniu nie wchodził w żadne układy, ani z klawiszami, ani z więźniami, nawet chciał tam kogoś zabić. Niewątpliwy talent literacki. Ale jego twórczość była przypisana do miejsca i sytuacji. Ciągle pisze wiersze. Takie sobie. Rymowanki.</p>
<p><strong>Teraz książkę o więzieniu napisał Sławek Sikora.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Zastanawiające, czytałem z nim wywiad, w którym twierdził, że to jedyny wywiad, jakiego udziela. Ale potem zauważyłem, że w co drugim piśmie jest jego zdjęcie i wywiad.</p>
<p><strong>A jak na pana działa nagła popularność? Pojawiło się w pana otoczeniu grono uciążliwych fanów?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Pojawiło się grono fanów nieuciążliwych. Lubię spotykać się z ludźmi. Lubię spotkania autorskie. Ostatnio mieszkałem kilka dni w domu Moniki Sznajderman i Andrzeja Stasiuka, przy okazji miałem spotkania w Jaśle i Gorlicach. Na jednym były gospodynie wiejskie, na drugim zjawiła się grupka, która miała w nazwie coś z rozszerzaniem wyobraźni. Bardzo ciekawe doświadczenia. Z kolei niedawno byłem w Poznaniu i czytałem fragmenty „Takich tam”. Wybrałem jakieś ostre, odjazdowe kawałki z przekleństwami. Po wszystkim podszedł do mnie młody człowiek i powiedział: „Wie pan co? Na takim koncercie punkowym to ja, kurwa, w życiu nie byłem!” Dla mnie to duży komplement. Lubię rozmawiać z czytelnikami, sprawia mi to przyjemność. Gorzej z wywiadami. Raczej będę odmawiał.</p>
<p><strong>Mamy, idąc tropem Sikory, napisać, że to ostatni wywiad, jakiego pan udziela?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Byłbym wdzięczny. Nie mam nic przeciwko. To nawet dobrze współgra ze <em>Wszystko jest,</em> powtarzam, być może moją ostatnią książką. Napiszcie tak panowie! Ja słowa nie złamię.</p>
<p><strong>To napiszemy, że „być może” ostatni. Zostawimy uchyloną furtkę.</strong></p>
<p>OK. Dziękuję.</p>
<p><strong>Dlaczego <em>Sagę ludu</em> nazwał pan „chujową książką”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ja tak powiedziałem?! Naprawdę?!</p>
<p><strong>Zanim się ukazała.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O kurczę, nie pamiętam. Jak Boga kocham. Pewnie dlatego, że miałem wątpliwości co do tej książki. W końcu wyrzuciłem z „Sagi”<em> </em>kilka rozdziałów, tych najbardziej rodzinnych. Może słowo „chujowa” było asekuracją. Przepraszam, że tak powiedziałem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A w ogóle dużo pan klnie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W normie, umiarkowanie. Nie przecinkuję, ale lubię przekleństwa. Pomagają w życiu. Nigdy nie zastanawiam się, czy mogę i powinienem przekląć. U mnie to zawsze naturalne. Bardzo cenię ludzi, którzy umieją przekląć tam, gdzie trzeba. To rzadkość.</p>
<p><strong>W każdym wywiadzie zadajemy to pytanie: co pan myśli o feministkach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jak są ładne, to je lubię (<em>śmiech</em>). Dziwne pytanie. To tak, jakby pytać mnie, czy lubię kominiarzy. Chociaż ich akurat lubię&#8230; Nawet brzydkich.</p>
<p><strong>A polityków?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bez przesady. Ale na wybory chodzę. Niestety w ostatnich nie brałem udziału. Zapomniałem wziąć zaświadczenia i nie mogłem głosować w innym mieście. Oczywiście, oddałbym głos na Tuska. Teraz Andrzej Sosnowski, który rzecz jasna zaświadczenie miał, powtarza wszem i wobec, że Kaczyński wygrał przeze mnie. Trudno. Przynajmniej przechodząc obok Pałacu Prezydenckiego, nadal będę zapamiętale spluwał. To mój nieodmienny rytuał. Dzisiaj nawet robię to chętniej. Jeszcze w trakcie kampanii wyborczej byłem na Helu ze znajomą, która szczerze nienawidzi Kaczyńskiego. Namówiła mnie, żeby obrzucić plakaty z jego podobizną jajkami. Kupiliśmy po sześć sztuk i w samo południe, na głównej ulicy zaczęliśmy kanonadę. Nikt nam nie zwrócił uwagi. Jestem bardzo dumny z tego wyczynu. Nigdy nie podejrzewałem się o takie bohaterstwo (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kolejne pytanie-refren. Kogo obejrzałby pan z chęcią na rozkładówce Playboya?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jezus Maria! Nie wiem. Chwila. Niech pomyślę… Mam! Basistkę z Los Trabantos. Świetna dziewczyna, ale nie pamiętam niestety, jak się nazywa (<em>Ula Jabłońska, chwilowo nie gra w zespole, bawi w Japonii – przyp. aut</em>.). Teraz zastępuje ją moja znajoma związana z grupą Pogodno [oczywiście jest z Mikołowa]. Też fajna. W ogóle dziewczyny, które grają na basie albo perkusji zawsze robiły na mnie wrażenie.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Zbliżamy się do końca tej rozmowy, ale chcemy jeszcze zapytać, jak przeprowadzać wywiad z mistrzem dialogu. Wciąż jeszcze możemy się poprawić&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dobrze wam idzie. Rozmawiamy sobie i tyle. Dość chaotycznie. Bardzo mi to odpowiada. <strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czytelnicy pana książek wiedzą, że zbiera pan zdania, napisy na murach, urywki rozmów… Co ostatnio trafiło do kolekcji?</strong></p>
<p>(<em>Wyjmuje pomiętą karteczkę z kieszeni koszuli i czyta) </em>„Ręcznik owinięty we wrzątek”. Ktoś się świetnie pomylił. Kapitalne! A ostatnio w Mikołowie odkryłem dwa szyldy sklepowo-usługowe: „KONFEKCJA POGRZEBOWA I KOLOROWA” oraz „FRYZJER KUBISTA”. Rewelacja (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>I już naprawdę ostatnie pytanie. Podobno urodził się pan martwy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Absolutna prawda. Zaraz po wyzwoleniu Warszawy mama w ciąży wracała do niej i mnie nie dowiozła. Poród wypadł w Grójcu. Byłem jakimś pięciokilowym martwym potworem, którego odłożono na bok. Młody pielęgniarz, być może żołnierz, postanowił jednak nade mną popracować. I zrobił to bardzo skutecznie. Zanurzał mnie na przemian we wrzątku i w zimnej wodzie. Po tych zabiegach dałem oznaki życia. Znam tę historię z ust lekarza, który przyjmował poród, i który został moim ojcem chrzestnym. Próbowałem nawet kiedyś odnaleźć zbawiciela, ale bez skutku. Wielka szkoda. Napiszcie proszę, że go cały czas szukam. Może czyta Playboya.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong><span style="text-decoration: underline;">Maciej Malicki jednym zdaniem:</span></strong></p>
<p>Nie robiłem całymi miesiącami i latami nic, tylko czytałem książki.</p>
<p>Uwielbiam zapisywać to, co słyszę.</p>
<p>Jestem specjalistą w lasowaniu wapna.</p>
<p>Smakoszem wódki nie jestem.</p>
<p>Na Śląsku mieszka inny rodzaj ludzi. Uwielbiam ich.</p>
<p>Łysy jestem od wojska.</p>
<p>Drogówkę zawsze proszę o najwyższy wymiar kary.</p>
<p>Wizytówka <em>Literatury</em> <em>na Świecie </em>to moja pierwsza wizytówka w życiu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maciej-malicki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Michał Ogórek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/michal-ogorek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/michal-ogorek/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 03 Mar 2010 12:56:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Ogórek Michał]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=1507</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2005 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Tomek Bergmann &#8211; Ile razy miał pan propozycję zagrania w reklamie ogórków? Raz, ale nie skorzystałem, bo była mało atrakcyjna (śmiech). Słabo pana wycenili? Zgłosił się pewien producent spod Łodzi, ale oferta była raczej mglista. Nie doszliśmy do omawiania warunków finansowych. Za to wtedy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong> </strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Michal-Ogorek.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-1514" title="Michal-Ogorek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Michal-Ogorek.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 7, 2005 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomek Bergmann</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Ile razy miał pan propozycję zagrania w reklamie ogórków?</strong></p>
<p>Raz, ale nie skorzystałem, bo była mało atrakcyjna (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Słabo pana wycenili?</strong></p>
<p>Zgłosił się pewien producent spod Łodzi, ale oferta była raczej mglista. Nie doszliśmy do omawiania warunków finansowych. Za to wtedy pomyślałem sobie, że warto by opatentować moje nazwisko i pobierać procent od każdego sprzedawanego w Polsce słoika konserwowych albo korniszonów. To mógłby być naprawdę złoty interes <em>(śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy sezon ogórkowy to dla pana czas wyjątkowej koniunktury?</strong></p>
<p>O, tak. Uwielbiam sezon ogórkowy, siłą rzeczy jestem wtedy bardzo popularny. Kiedyś w radiowej Trójce szukaliśmy polskich Ogórków i okazało się, że jest bardzo dużo ludzi o tym nazwisku. Kilkanaście tysięcy. Słuchacze twierdzili, że dzięki audycji lepiej się poczuli, bo do tej pory, delikatnie mówiąc, nie byli dumni ze swojego nazwiska. Więc mam też zasługi w lansowaniu Ogórków (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Zna pan innych słynnych Michałów Ogórków?</strong></p>
<p>Wiem, że jest znany kucharz, mój imiennik, chyba z Wrocławia. Trzeba przyznać, że to jest zdecydowanie bardziej sensowny zawód dla Ogórka. Kiedyś nawet zaprosił mnie do siebie i poznaliśmy się w obecności miejscowej prasy. Była zupa, której nie cierpię. Ogórkowa. Ale dzielnie to zniosłem.</p>
<p><strong>Wykryliśmy jeszcze pomocnika drugiego zespołu Legii. Jest więc też Michał Ogórek &#8211; piłkarz. I alpinista &#8211; Michał Ogórek.</strong></p>
<p>No proszę. W Internecie ich znaleźliście na pewno. To jest niesamowite. Kiedyś szukałem moich starych recenzji i wpisałem swoje nazwisko do wyszukiwarki. Po odcedzeniu wszystkich roślin z rodziny pnączy, trafiłem na witryny, na których autorzy umieścili całe stronice moich tekstów. Byłem bardzo dumny. Tak mi to zaimponowało, że zaraz opowiedziałem o tym w <em>Gazecie</em>. Koledzy puknęli się w czoło i powiedzieli, żebym szukał prawnika, bo to jest nielegalne i mogę żądać odszkodowania (<em>śmiech</em>). Zgasili od razu mój entuzjazm.</p>
<p><strong>Czy Ogórek śpiewa i o jakiej porze?</strong></p>
<p>Mój syn jest bardzo muzykalny, wobec czego zabrania mi śpiewać. Ale powiem panom, że Gałczyński miał stuprocentową rację – „z woli nieba prawdopodobnie nie może”. Jednak to, że nie mam głosu, nie jest dla mnie tak przerażające jak to, że nazwisko Gałczyńskiego coraz mniej ludziom mówi. Już parę razy byłem w takiej sytuacji, kiedy ktoś mnie pytał „Dlaczego ogórek nie śpiewa”, ale zupełnie nie miał świadomości, że jest to tytuł wiersza. Raz, kiedy próbowałem w odpowiedzi zażartować, jakaś pani nawet zapytała, czy znam tego Gałczyńskiego (<em>śmiech</em>). Koszmar po prostu. A powiem panom jeszcze, że kiedyś Kira Gałczyńska pokazała mi rękopis tego wiersza. Próbowałem go nawet od niej wyszabrować, ale niestety się nie udało. Oddała razem z innymi pracami ojca do muzeum. Wiecie panowie, jak on pracował nad tym wierszem? Rękopis jest tak niesamowicie pokreślony! Coś niebywałego! Wydawałoby się, taki sobie ot wierszyk. Usiadł i napisał.</p>
<p><strong>Podobno czytelnicy długo nie dawali wiary temu, że nazywa się pan Ogórek.</strong></p>
<p>A tak. Przychodziły listy do redakcji zaczynające się od słów: „Ten facet co się podpisuje Ogórek…” (<em>śmiech</em>). Zresztą nie ma co udawać. Nazwisko zdeterminowało to, czym się zajmuję. Wyobrażacie sobie panowie, że pod poważną analizą polityczną podpisuje się jakiś Ogórek?</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Pamięta pan swój debiut?</strong></p>
<p>Ach, miałem fantastyczny debiut. Od razu zdjęli mi tekst w całości. Studiowałem w Katowicach i napisałem swój pierwszy tekst do gazetki studenckiej, bo ktoś zawalił termin i trzeba było załatać dziurę. Tekst był o wolności prasy. W cenzurze chyba oniemieli (<em>śmiech</em>). Tylko nieopierzony debiutant mógł się porwać na coś tak absurdalnego. To świadczyło o kompletnym dyletanctwie. Po czymś takim, nie miałem już czego szukać w Katowicach. Tamtejsze środowisko dziennikarskie było naprawdę dobrze przygotowane do uprawiania zawodu (<em>śmiech</em>). Przeniosłem się do Warszawy i tu się okazało, że mój debiut nie jest powodem do wstydu, a przeciwnie &#8211; do chwały.</p>
<p><strong>Zaczynał pan jako reporter w „Przeglądzie Technicznym”. O czym się pisze „techniczne” reportaże?</strong></p>
<p>„Przegląd Techniczny” nie miał absolutnie nic wspólnego z techniką. To była kompletna fikcja, PRL-owski standard. Teraz to pismo rzeczywiście jest techniczne. Wtedy w redakcji do tego stopnia nikt się nie znał na technice, że jak się raz zepsuł magnetofon, to nikt nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić (<em>śmiech</em>). To było dobre społeczne pismo. Balcerowicz u nas zaczynał. Przynosił te swoje teksty, których i tak nikt nie rozumiał, ale czuło się w nich aurę antysocjalizmu, więc od razu szły do publikacji. Pismo raczej nie rozchodziło się w normalnym obiegu, ale trafiało wprost do zakładów pracy, do tego naszym naczelnym był szanowany dawny komunista i dlatego cenzura patrzyła na nas przez palce. Tylko, że ten szef-komunista całkowicie się zbiesił i w pewnym momencie poszliśmy na całość. Wyobraźcie sobie, że na ostatniej stronie zaczęliśmy publikować zdjęcia gołych dziewczyn. Zawsze pod jakimś pretekstem, a to przy obrabiarce stała, a to ze śrubokrętem (<em>śmiech</em>). To kolosalnie podniosło zainteresowanie pismem. Świetny pomysł marketingowy. Bardzo współczesny (<em>śmiech</em>). Jako reporter dużo jeździłem po Polsce. Dziś wspominam to z rozrzewnieniem. Z czasem od reportaży przeszedłem płynnie do opowiadanek, humoresek i uświadomiłem sobie, że bez sensu są te podróże, skoro mogę pisać z domu.</p>
<p><strong>W &#8222;Gazecie Wyborczej&#8221; ponoć nie poszło kilka pana tekstów.</strong></p>
<p>To się zdarza tak niewiarygodnie rzadko, że aż sam się dziwię, jak bardzo jestem niezależny (<em>śmiech</em>). Pamiętam, że kiedyś popełniłem felieton o minister Łybackiej, która powiedziała, że Leszek Miller jest jej nauczycielem. Bardzo mi się to spodobało i napisałem, że należy oczekiwać podobnych deklaracji od innych ministrów. Dla ministra zdrowia Miller byłby najlepszym chorym, dla ministra skarbu najcenniejszym skarbem i tak dalej. Felieton miał tytuł „Przymiller”. I właśnie o ten tytuł poszło, bo do tego samego numeru Adam Michnik napisał komentarz, że po Millerze wiadomo, czego można się spodziewać, ale może jednak zdarzy się miłe rozczarowanie. To były czasy, kiedy Adam prowadził z Millerem dziwny flirt, który – notabene – skończył się dla obydwu wiadomo jak. W każdym razie redakcja nie zgodziła się, żeby tego samego dnia i to na tej samej stronie ukazał się komentarz, a obok mój felieton „Przymiller”. Przesunęli mi tekst do następnego numeru.</p>
<p><strong>A często musiał pan bronić swoich felietonowych racji w sądzie?</strong></p>
<p>Raptem kilka razy. Kiedyś w czasie kampanii prezydenckiej opublikowałem tekst o Kwaśniewskim, a do sądu podał mnie Lepper <em>(śmiech</em>). Sprawa była rozpatrywana w trybie przedwyborczym, czyli bardzo szybko. Napisałem, że w czasie pierwszej kampanii Aleksander Kwaśniewski reklamował się wykształceniem wyższym, a w kolejnej już średnim. Obniżyło mu się więc wykształcenie, co jest zjawiskiem fenomenalnym na skalę światową. Skoro zaś przewodniczący Samoobrony wykazuje się wykształceniem podstawowym, to co będzie jak jego wybierzemy? Leppera to musiało bardzo poruszyć, bo na rozprawę przyniósł świadectwo maturalne i nim ciągle wymachiwał.</p>
<p><strong>Jakie miał oceny?</strong></p>
<p>No, niestety nie zdołałem dostrzec, bo machał dość energicznie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>I jak się skończyło?</strong></p>
<p>Lepper wystąpił o jakieś potworne odszkodowanie, chyba żeby pokryć koszty całej kampanii. Sprawa została oddalona. Czyli pełen sukces (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A przegrał pan jakiś proces?</strong></p>
<p>Nie, nie zdarzyło mi się. Pamiętam, że bardzo współczułem Stanisławowi Tymowi, którego bardzo cenię, kiedy sąd orzekł, że powinien przeprosić jakiegoś prokuratora za to, że nazwał go „prokuratorzyną”. To musi być wyjątkowo nieprzyjemne – przepraszanie prokuratorzyny.</p>
<p><strong>Kto poza Ogórkiem jest dobrym felietonistą?</strong></p>
<p>Staram się nie czytywać felietonów. Zazdroszczę, gdy ktoś wpadnie na dobra pointę (<em>śmiech</em>). Są autorzy, których nie czytuję z zasady, bo mnie wkurzają. Uważam, że o polskich sprawach nie powinien pisać ktoś, kto tu nie mieszka. Furią reaguję na felietony Stommy, który ciągle nas poucza. Do cholery, niech się wymądrza w Paryżu! Odmawiam mu prawa do wtrącania się do moich spraw. Sam wiem po sobie, że nie można pisać dobrych felietonów zza granicy. W trakcie dłuższego pobytu traci się kontakt z tym, co się tu dzieje. Oczywiście jest Internet, telewizja, ale traci się poczucie hierarchii ważności niektórych spraw. Dzięki temu wielkie problemy są nieważne i odwrotnie. Felietonista jest człowiekiem, który musi słuchać ludzi, wśród których żyje. To w zasadzie jego jedyna powinność. Lubię Pilcha i Tyma, ale oni piszą w zupełnie inny sposób.</p>
<p><strong>Jak się narodził Mister O’Goreck?</strong></p>
<p>Na początku lat 90. pojechałem do Stanów na krótkie stypendium dziennikarskie. Nie ma się co oszukiwać, to była raczej wycieczka. Amerykanie chętnie nas wtedy zapraszali pod byle pretekstem. No i tam za każdym razem zapisywali moje nazwisko z apostrofem po „O”, jakbym był jakimś Irlandczykiem (<em>śmiech</em>). Bardzo mi się to spodobało.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że złamali panu nos w tej Ameryce. </strong></p>
<p>Nos złamałem sobie sam, w wypadku na Florydzie. Choć tak naprawdę wcale nie jestem pewien tego złamania (<em>śmiech</em>). Zawieziono mnie, opuchniętego, do szpitala i skierowano do chirurga plastycznego, takiego potwora, który odmładza staruszki. Przekonałem się wtedy, że amerykańska służba zdrowia jest gorsza od polskiej. Cały dzień odsiedziałem w poczekalni, potem doktor przyjął mnie, siadając jakieś dwa metry dalej i zapytał z obrzydzeniem: „czy ten nos jest złamany?” (<em>śmiech</em>). Powiedziałem mu, że po to tu jestem, żeby się tego dowiedzieć. Jeszcze bardziej się obraził i nie dotykając mnie, oświadczył, żebym przyszedł następnego dnia. I wyszedłem. Nos sam się naprawił, mogłem oddychać, więc się nie zgłosiłem. Na nieszczęście siedząc w poczekalni wypełniłem sześćdziesięciostronicową ankietę, w której zupełnie bez sensu podałem swój prawdziwy polski adres. Byłem jeszcze w szoku powypadkowym (<em>śmiech</em>). Po kilku miesiącach już w Warszawie odebrałem list od tegoż chirurga, w którym jego sekretariat informował, że jestem im winien pięć dolarów, ponieważ moje ubezpieczenie nie pokryło kosztów wizyty. Niestety na kopercie nie było nawet numeru konta. Nie zapłaciłem. Po jakimś czasie, w trakcie wojny w Zatoce Perskiej, przyszło ponaglenie. List był dramatyczny w tonie. Mój chirurg został lekarzem frontowym i ginął za mnie, a ja &#8211; zły człowiek &#8211; cały czas wiszę mu pięć dolców. Na szczęście nie doliczyli odsetek (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Przy pana domu mieści się izba przyjęć oddziału psychiatrycznego. Czy wpływa to na pana twórczość?</strong></p>
<p>Chyba nie. Nawet o tym nie wiedziałem. Ale niedaleko jest też kostnica (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Dlaczego jest pan jamnikiem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jacek Gawłowski narysował kiedyś naszego psa, dodał mu okulary i tak już zostało. Jamnik był fantastyczny. Muszę się przyznać, że ukradliśmy go z mazurskiej wsi. Właściciele go nie karmili, zaczął więc za nami chodzić na spacery, zaprzyjaźnił się. Widząc, jaki jest zabiedzony, spytaliśmy się chłopa, czy możemy wziąć psa ze sobą. Facet oświadczył, że to bardzo cenna rasa (<em>śmiech</em>). Postawił potworne wymagania finansowe. W dniu wyjazdu jamnik wsiadł sam do samochodu i tak został. Wybrał wolność. Nie wiem, jakim cudem, ale od razu wiedział, jak zachowywać się w domu. To był rewelacyjny pies. Nazywał się Mazurek.</p>
<p><strong>Myśli pan, że lepiej poprowadziłby „Lekką jazdę”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Z pewnością byłby bardziej głęboki (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kiedyś powiedział pan, że dzisiaj kobiety się zrywa albo wyrywa, a nie podrywa. Na czym polega różnica?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na stopniu determinacji. Za moich czasów podryw był mniej zobowiązujący. Jak się nie udało, nie było poczucia klęski. Za to nie wyrwanie musi być chyba sprawą dramatyczną (<em>śmiech</em>). Kiedyś kobiety lubiły gadatliwych mężczyzn. Niedawno byłem na imprezie techno i wiem, że to się zmieniło. Facet, który chce coś powiedzieć jest od razu spalony, bo i tak nic nie słychać.</p>
<p><strong>A czy znany felietonista ma powodzenie wśród czytelniczek?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak. Wśród staruszek (<em>śmiech</em>). Bardzo sympatycznych i żywiołowych. Ibisz powiedział mi, że ma to samo (<em>śmiech</em>). Dostaję dużo tradycyjnych listów. A kto dzisiaj pisze listy, a nie maile? Tylko ludzie starsi. Więc jeżeli przychodzi do redakcji list i nie jest to zaproszenie albo pozew sądowy, to wiem, że jest to korespondencja od moich czytelniczek lub widzek. Mam nadzieję, że staruszki nie czytają PLAYBOYA, bo nie chciałbym zrazić swojego targetu (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jest pan korumpowalny?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Uważam, że najbardziej korumpującą instytucją jest telewizja, która – nie ukrywajmy tego – płaci pieniądze za nic. To jest bardzo demoralizujące. Moim zdaniem telewizja płaci przede wszystkim za wstyd. Bierze się dużą kasę, ale trzeba się potem przemykać pod ścianami. Dobrze, że ludzie szybko zapominają. Za ambitne programy (bo takie też się zdarzają) dostaje się sto, dwieście złotych&#8230; Trzy tysiące można zarobić za, jak to się dzisiaj mówi, zwyczajny obciach. Na szczęście telewizja się specjalizuje. Najbardziej lubię pracować dla stacji „Kino Polska”. Od września szykujemy niezły hit: dawno oczekiwany obszerny wybór Polskich Kronik Filmowych.</p>
<p><strong>Z kim chciałby pan przeczytać wywiad w PLAYBOYU?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Z biskupem Dziwiszem. Ale to się wam nie uda. No to może ze Szczuką. Ale też nie będziecie mieli łatwo (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy pański syn idzie w ślady ojca?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nawet bym nie chciał. Po pierwsze miałby trudniej, a po drugie wszyscy będą myśleli, że ojciec mu pomaga. Z dużą nieufnością patrzę na „kariery rodzinne”</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy to prawda, że koledzy wołali na pana „korniszon”?</strong></p>
<p>Prawda, ale częściej „Miszka”. Chodziłem do klasy z rozszerzonym rosyjskim. Uprzedzając kolejne pytanie, informuję, że sporo jeszcze pamiętam, co udowodniłem sobie w trakcie niedawnej wizyty w Moskwie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A jak wołają na pana syna?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie wiem, ale jedna z najgroźniejszych nauczycielek zwraca się  do niego per Michał. Oczywiście on nie reaguje i słusznie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Często jest pan rozpoznawany w najmniej odpowiednich sytuacjach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W 12-milionowym Rio spotkałem ostatnio na ulicy Artura Domosławskiego z <em>Gazety</em> (<em>śmiech</em>). Poza tym zostałem rozpoznany w knajpie. Taniej (<em>śmiech</em>). Bardzo taniej, gdzie sprzedawali jedzenie na kilogramy. Przy wadze podszedł do mnie facet i mówi: „nie spodziewałem się, że pana tu spotkam”. Co miałem odpowiedzieć? (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy bycie śmiesznym jest czasami smutne?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dostałem kiedyś radę od Jacka Fedorowicza, żeby nigdy nie przedstawiać się jako satyryk. Na bankietach spotykam się ze zdziwieniem, że jestem wesoły, bo prawdziwy satyryk jest zwykle ponury. Ja za ponuraka się nie uważam, a ludziom mówię, że ci ponurzy po prostu bardziej się cenią (<em>śmiech</em>). Wiem, że za często się śmieję, co szczególnie niedobrze wypada w telewizji, bo wychodzi na to, że śmieję się z własnych dowcipów. Ale taki mam sposób bycia i nie będę się zmieniał. Za jeden z większych sukcesów uważam to, że nigdy nie staram się grać „pod publiczkę”. Lepiej niech uważają, że mówię niezrozumiale niż głupio. (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Co będzie się działo, gdy znudzi się panu śmianie?</strong></p>
<p>To jest problem. Nawet dzisiaj próbuję czasami napisać coś poważniejszego. Wtedy szefostwo mówi, że miałem gorszy dzień, słabszą formę i mi nie wyszło (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A co pana ostatnio rozśmieszyło lub zasmuciło?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jedno i drugie w tej samej wypowiedzi Lecha Wałęsy, który stwierdził, że Papież „miał dobrą końcówkę” (<em>półśmiech</em>).</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że ma pan słabą głowę. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Śpię po jednym piwie, ale nie dlatego, że jestem pijany. Piwo mnie usypia. W piciu jestem bardzo polski – czysta, a do tego schabowy z kapustą. Nie lubię drinków i innych dziwnych wymysłów&#8230; W zasadzie powinienem zapisać się do Samoobrony (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A czym pan zagryza?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wolę kanapki (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Konserwowy czy kiszony i dlaczego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Myślę, że jestem dobrze zakonserwowany. I z pewnością już nie zielony (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A w sensie smaku?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jeszcze zjadliwy (<em>śmiech</em>). Chociaż nie wiem, czy pięćdziesięcioletni Ogórek wciąż się do czegoś nadaje (<em>śmiech</em>).</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Michał Ogórek</strong></p>
<p>O PORNO:</p>
<p>Podglądanie polityki w Polsce jest rodzajem pornografii. Czasem masochistycznej, innym razem sadystycznej.</p>
<p>O SWOIM RÓWIEŚNIKU:</p>
<p>Uważam, że zachowałem lepszą kondycję niż Pałac Kultury, bo nic mi jeszcze nie odpadło.</p>
<p>O FASCYNACJI SYNA KAZIMIERĄ SZCZUKĄ:<br />
Muszę pohamować jego zapędy.</p>
<p>O TRADYCJACH RODZINNYCH:</p>
<p>Jestem dobrym przykładem na to, że można coś osiągnąć w życiu, nie zostając hutnikiem.</p>
<p>O MICHNIKU:</p>
<p>Adam zwykł mawiać, że nie chce przejść do historii jako ten, który cenzurował Ogórka.</p>
<p>O NAGOŚCI:</p>
<p>W „Playboy’u” wolę oglądać anonimowe dziewczyny niż znane aktorki.  One tylko w taki sposób mogą się pokazać&#8230; I to jest fajne. I dla nas, i dla nich.</p>
<p>O SENTYMENTALIZMIE:</p>
<p>To jest najgorsze. Sentymentalny satyryk. Mogiła po prostu.</p>
<p>O TYGODNIKACH:</p>
<p>Niektóre nazywa się tygodnikami opinii, chociaż żadnych opinii w nich nie ma.</p>
<p>O NAJWIĘKSZYM NAŁOGU:</p>
<p>Czytanie gazet to choroba. Nawet jak jestem w kraju, którego języka nie znam, to i tak kupuję tamtejsze gazety. Szwedzkie i portugalskie pisma mam już za sobą (<em>śmiech, śmiech, śmiech</em>).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/michal-ogorek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Andrzej Stasiuk</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/andrzej-stasiuk/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/andrzej-stasiuk/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 01 Feb 2010 11:54:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Stasiuk Andrzej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=961</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2004 rok TEKST: Łukasz Klinke, Marcin Meller, Piotr Szygalski fot. Piotr Małecki &#8211; (Andrzej był dziwnie onieśmielony naszą trójką. I tak już zostało do końca. Rozmawialiśmy na werandzie. Po nogach lizał nas pies, po policzkach chciały ciąć pszczoły, od czasu do czasu pojawiała się Tosia. Piliśmy herbatę, a naokoło było cicho, zielono [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><span style="text-decoration: underline;"> </span></strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/02/Andrzej-Stasiuk.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-973" title="Andrzej-Stasiuk" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/02/Andrzej-Stasiuk.jpg" alt="" width="350" height="237" /></a>PLAYBOY nr 10, 2004 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Łukasz Klinke, Marcin Meller, Piotr Szygalski<br />
</strong></p>
<p>fot. Piotr Małecki</p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>(<em>Andrzej był dziwnie onieśmielony naszą trójką. I tak już zostało do końca. Rozmawialiśmy na werandzie.  Po nogach lizał nas pies, po policzkach chciały ciąć pszczoły, od czasu do czasu pojawiała się Tosia. Piliśmy herbatę, a naokoło było cicho, zielono i wietrznie)</em></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Dlaczego udzielasz tak mało wywiadów?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Może dlatego, że mieszkam na wsi. Poza tym najczęściej gonię wywiadowców. Szczególnie z kolorowych gazet.</p>
<p><strong>Nie wolałbyś spotkać się z efektowną panią z kolorowego pisma niż z trzema średniej urody facetami z PLAYBOYA?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Gdybym miał wybierać między wszystkimi dziennikarkami z pism kolorowych, to zawsze wybiorę kolorową „Lampę” i Dunin-Wąsowicza (<em>red. nacz. pisma „Lampa” – przyp. aut.</em>) (<em>śmiech</em>). Panie z tych pism wyglądają, a nie są. „Dunio” nie troszczy się o wygląd, ale istnieje, że daj Boże wszystkim.</p>
<p><strong>Zdarza ci się wyrzucić dziennikarza za drzwi?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Staram się nie wpuszczać do domu kogoś, kogo zaraz wyrzucę. Choć kiedyś wywaliłem z domu znaną i arogancką dziennikarkę „Polityki”. Mieszkaliśmy w Czarnem, było to tuż po wydaniu <em>Murów Hebronu</em>. Wiecie, lekka aura sensacji – przygłup mieszka bez prądu i pisze książki. To było po jakiejś potwornej balandze, dom wyglądał, jakby przeżył bombardowanie. I nagle do tego zadupia zadupiów wchodzi kobiecina, cała w śniegu i od progu mówi: „Dzień dobry, jestem słynną dziennikarką z „Polityki”, dlaczego tutaj jest taki bałagan, mógłby pan posprzątać!”. A we mnie jakby piorun pierdolnął: „Wie pani co? Tam jedzie leśniczy UAZ-em i to jest ostatni samochód, jaki dziś tu przejeżdża. Niech pani wsiada i wraca, skąd pani przyjechała”. Dopiero potem się dowiedziałem, że to rekin tragicznego reportażu.</p>
<p><strong>Czy są pytania, które doprowadzają cię do szału?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>„Dlaczego wyniósł się pan na wieś?” To jest pytanie z gatunku: „Dlaczego mieszkasz na Ursynowie?”. Każdy wybiera sobie miejsce życia i już.</p>
<p><strong>No to dlaczego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo mi się tu podoba.</p>
<p><strong>Przyznaj się w takim razie, dlaczego gadasz z nami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Długo się nad tym zastanawiałem, ale jak bym odmówił, zachowałbym się obłudnie, bo we wczesnych latach 90. pisywałem do PLAYBOYA. Opchnąłem wam parę opowiadań, co pozwoliło mi przeżyć, a byłem wtedy bardzo biednym człowiekiem. Byłbym kutasem, gdybym nie udzielił wywiadu PLAYBOYOWI.</p>
<p><strong>Co to znaczy, że byłeś biedny?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To były przyjemne czasy dla mnie i dla Moniki (<em>żona A.S. – przyp. aut.</em>), kiedy mieszkaliśmy w Czarnem i przez miesiące nie widzieliśmy gotówki (<em>śmiech</em>). W okolicy mieliśmy zaprzyjaźnione sklepy, które udzielały nam kredytów.</p>
<p><strong>A teraz, kiedy już macie pieniądze, do czego się najbardziej przydają?</strong></p>
<p>Do tego, żeby o nich obsesyjnie nie myśleć.</p>
<p><strong>Czy wasze dzieciaki odziedziczą po was tyle, że będą mogły być nic nie robiącymi rentierami, podróżującymi po świecie?</strong></p>
<p>Chyba żartujecie! Nie życzyłbym sobie, żeby moja córka nic nie robiła i podróżowała po świecie jak głupia, za przeproszeniem, gęś. No, ale jestem spokojny: pójdą do pracy. Na początek ciężkiej i słabo płatnej.</p>
<p><strong>Podobno bieda służy artystom.</strong></p>
<p>Świetnie im robi. Szczególnie młodym, którzy powinni dostać w dupę. Nic bardziej mnie nie wkurwia niż młodzi pisarze, którzy nic nie napisali, a już mają agenta, który życzy sobie za ich wydanie sporo kasy. Są gówniarze, którzy przysyłają ofertę – mogą napisać taką książkę albo inną itd. Chcą na tym po prostu doskonale zarabiać. Artyści powinni przejść czyściec biedy i pracy tylko dla pracy. Parę lat obowiązkowo. Po tym okresie odpadają słabi oraz grafomani i pismaki. Bieda daje doświadczenie. To jest obcowanie ze światem, w którym żyje – tak naprawdę – większość ludzi. Dotknięcie ludzkiego dna – w końcu z tego składa się prawdziwe życie. To jest namacalne, w przeciwieństwie do doświadczeń, które niektórzy sobie wymyślają, bo im się nudzi. Prawdziwe doświadczenie to takie, które spada na nas, które nie jest kreowane, bo jest losem.</p>
<p><strong>Twój pobyt w więzieniu to też takie doświadczenie?</strong></p>
<p>Nie do końca, bo więzienie tak naprawdę sobie wymyśliłem. To był los, który sprowokowałem. Zrobiłem to świadomie, bo nie zostałem w wojsku. Zrobiłem to z ciekawości i ze strachu przed strachem. Bałem się tego typu społecznych relacji i chciałem mieć to za sobą. Chciałem się uwolnić od strachu przed represją. Tylko tym może ci zagrozić społeczeństwo. Tak sobie wtedy myślałem: jeżeli chcesz być społecznie  wolny, spróbuj więzienia, wtedy nie będziesz się bał, będziesz wiedział, że jest to niedogodność i utrata czasu, ale nie jest to wielki dramat. Teraz myślę trochę inaczej, ale z grubsza podobnie.</p>
<p><strong>Byłeś zadowolony z pobytu za kratkami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak, to bardzo pozytywne doświadczenie. Pamiętajcie jednak, że to było tylko półtora roku. Po półtora roku mogłem stamtąd wyjść, a są tacy, którzy zostają w tym świecie, bo nie znają innego. Dzięki więzieniu stałem się silniejszym, a może tylko mniej tchórzliwym człowiekiem, ale nie wiem, czy tak bym mówił, gdybym siedział pięć lat.</p>
<p><strong>Czy Maleńczuk nie jest przypadkiem twoją bratnią duszą?</strong></p>
<p>Siedzieliśmy za to samo, w tym samym więzieniu, a na dodatek w tym samym czasie, z tymi samymi ludźmi i tak dalej. Ale więzienie w Stargardzie Szczecińskim było na tyle duże, że nigdy na siebie nie trafiliśmy. Długo potem, już na wolności, widzieliśmy się ze dwa razy, ale okoliczności były słabe. Lubię jego wczesne płyty. Nowszych zwyczajnie nie znam. No, ale zdaje się, że on ma to pęknięcie, tę wewnętrzną paranoję czy skazę, która z rzemieślnika robi artystę, chyba ma&#8230; to czuć.</p>
<p><strong>A spotkałeś się kiedyś z Janem Marią Rokitą?</strong></p>
<p>Działaliśmy jako młodzi anarchiści w ruchu Wolność i Pokój. Wszyscy byliśmy obdarci, długowłosi, ze znaczkami Sex Pistols w klapach skórzanych kurtek – po prostu freaki. Pomiędzy nami cały czas kręcił się jakiś kolo w garniturze. Pytaliśmy się nawzajem: „Kto to, kurwa, jest?” (<em>śmiech</em>). To był on, szalenie komiczna postać w tym towarzystwie. Dziś Jan Maria nadal mnie śmieszy, ale taki zabawny już nie jest, bo chodzi mu jednak o władzę, władzę w czystej postaci. Zresztą nie ma o czym gadać, bo mi się w ogóle nie podobają politycy. Niestety jestem naiwnym idealistą i potrafię sobie wyobrazić, co nimi rządzi, gdy idą do polityki. To są zazwyczaj psychoanalityczne żywioły, moi drodzy.</p>
<p><strong>Ale brałeś udział w referendum unijnym?</strong></p>
<p>Panowie, ja tu woziłem swoją wieś na głosowanie! Oczywiście bez sugestii, jak mają głosować. Chodziło mi o frekwencję.</p>
<p><strong>Jaka była?</strong></p>
<p>Tutaj tragiczna, ale miałem na myśli frekwencję ogólnopolską.</p>
<p><strong>Kim jesteś w tutejszej, beskidzkiej społeczności?</strong></p>
<p>Myślę, że jakimś odmieńcem. Może wariatem, w końcu bycie pisarzem na wsi to dziwna sprawa. To w ogóle dość skomplikowana okolica, niewielu jest tak naprawdę tutejszych. Ich wysiedlono do Sowietów i na zachód Polski między 1945 a 1947 r. jako niepożądaną mniejszość ukraińską &#8211; Łemków.</p>
<p><strong>A jak byłeś traktowany, kiedy tu zamieszkałeś?</strong></p>
<p>Jak nie swój, ale nie miałem z tego powodu żadnych nieprzyjemności.</p>
<p><strong>Ale chyba patrzyli na ciebie jak na kosmitę. Zamieszkałeś tutaj z lamami&#8230;</strong></p>
<p>To był pomysł mojego przyjaciela z Czarnego, który sprowadził je z warszawskiego zoo. Pilnowałem jego gospodarstwa, kiedy wyjechał do Ameryki. To było w 1986 r. Sam zaproponował. Mówi: „Widzę, że się świetnie bawisz w mieście, może byś pojechał w góry i odpoczął trochę od tego życia?”. W podtekście – rozrywkowego. I rzeczywiście tego było mi trzeba. Lam miałem pilnować rok, ale przyjaciel wrócił po 10 latach&#8230;</p>
<p><strong>Co się z nimi stało?</strong></p>
<p>Miały wściekliznę, robiła się hodowla wsobna, rodziły się słabe lamięta i niestety zdychały. W naturalny sposób stado wymarło. Jedno młode zeżarły wilki. Lamy w Polsce nie miały wartości praktycznej, żaden weterynarz się na tym nie znał. Po prostu sobie były, czasem budząc moje wkurwienie, bo co chwila ktoś przychodził, zwłaszcza latem. Włazili do domu i pytali: „Skąd pan ma te lamy?”.</p>
<p><strong>Uważasz się za wieśniaka?</strong></p>
<p>Jasne. Żyję na wsi i jestem z tego dumny. Moi rodzice pochodzą ze wsi. Uważam, że wieś to prawdziwa twarz tego kraju. Przecież polskiego mieszczaństwa było tyle co na lekarstwo. Miasta budowali nam Włosi albo Niemcy.</p>
<p><strong>A czy Lepper też jest wieśniakiem?</strong></p>
<p>Chciałbym przywrócić słowu „wieśniactwo” dobry status, dobry sens. Lepper jest przedstawicielem mentalnego „lumpenwieśniactwa”, jest wiejskim lumpem bez żadnych korzeni.</p>
<p><strong>Nie tęsknisz czasami za Warszawą?</strong></p>
<p>Zupełnie. Bądźmy szczerzy, jak mieszkałem w Warszawie, to też nie chodziłem do teatru, tak więc niczego mi tu nie brakuje (<em>śmiech</em>). Nie wyniosłem takich nawyków z domu. Poza tym nie po to mieszkałem w Warszawie, żeby chodzić do kina czy do teatru. Nie potrafiłbym już żyć w żadnym mieście. Wstałbym rano i co, wyszczałbym się z balkonu z siódmego piętra? <em>(śmiech</em>) Naprawdę na wsi mieszka się lepiej, bezpieczniej i wygodniej. Byłem ostatnio w Warszawie na bardzo długim spacerze i coś mi nie pasowało. Dotarło do mnie, że czegoś tutaj na wsi nie mamy. Reklam. Całego tego wizualnego śmietnika. Tutaj nikt cię nie gwałci przez zmysły. A tam jesteś cały czas atakowany tym ogromnym kurewstwem na tablicach.</p>
<p><strong>Byłeś w jakimś warszawskim centrum handlowym?</strong></p>
<p>Byłem raz w życiu. Chciałem kupić dyktafon. Poczułem autentyczny lęk. Byłem jedynym, który przyszedł tak nie w porę, tak z przypadku, a cała reszta była tam po coś. Poza tym jest w tym coś odpychającego. Nie można takiej obfitości zbędnych towarów zgromadzić w jednym miejscu i namawiać ludzi: „przyjdźcie i kupcie to!”.</p>
<p><strong>Czy Warszawa to miasto prowincjonalne?</strong></p>
<p>W swoim przekonaniu pewnie nie. Jeśli jednak spojrzeć na nią szerzej, na jej ograniczenia, śmieszności, wtórność wobec innych światów, jest prowincją na maksa. Tylko się do tego nie przyznaje. Chociaż powinna, bo nie ma niczego złego w byciu prowincją. Warszawa przypomina trzeci świat, Tiranę, głównie w intensywności nasycenia materialnym gównem, bajzlem estetycznym i pazernością na każdym kroku. Ale Tirana jest przynajmniej malownicza.</p>
<p><strong>Dlaczego jesteś takim miłośnikiem Albanii?</strong></p>
<p>A dlaczego nie? To piękny kraj, w trakcie tworzenia. Paradoksem jest różnica między sferą prywatną, domami tak czystymi, że można jeść z podłogi, i totalnym syfem na ulicach. Moja żona łatwo to zinterpretowała. W domach rządzą kobiety, a na zewnątrz faceci (<em>śmiech</em>). Swoją drogą, śmieci to chwilowa uciążliwość, wystarczy pójść w góry i już ich nie ma. Do Albanii jeździsz po to, by zobaczyć, skąd tak naprawdę wziął się ten kontynent. Nigdzie w Europie nie ma takiego dotknięcia starości i archaizmu. Albania to podświadomość Europy. Nie da się być na tym kontynencie, będąc tylko w Warszawie i Paryżu.</p>
<p><strong>Podkreślasz czasem, że nieznajomość języków pomaga ci poznawać kraje, po których podróżujesz. Brzmi to dziwnie.</strong></p>
<p>Chciałem tylko powiedzieć, że być może moja wyobraźnia nie pracowałaby tak intensywnie, gdybym znał języki tych wszystkich krajów. Ale dobry angielski by się przydał. Z drugiej strony, jak pojadę na jakieś targi albo literacki spęd&#8230; Jak znasz angielski, to co chwila ktoś podchodzi i chce z tobą pogadać o dupie Maryni. Wtedy mówię: „Only russian, only russian”. To jest cudowne, bo mam święty spokój (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Co najbardziej lubisz w Polsce, gdy wracasz z zagranicznych wojaży?</strong></p>
<p>Zależy, skąd wracam. Kiedy przyjeżdżam z Niemiec, to kocham ten polski burdel, tę rozjebkę. Gdy natomiast wracam z Albanii, to lubię polski porządek (<em>śmiech)</em>. A gdy jestem w Mołdawii albo na Ukrainie, to jestem szczęśliwy, że Stalin nie poszedł dalej i zostawił nas w spokoju. Tak naprawdę mieliśmy farta. Polska to szczęśliwy i piękny kraj po wizycie w Mołdawii.</p>
<p><strong>Czy Rosja budzi w tobie jakieś emocje?</strong></p>
<p>Okropne. Przez ponad 60 lat rozpieprzyli pół świata, zrobili jatkę na wiele  milionów ludzi, a teraz udają, że nic się nie stało i wszystko jest w porządku. Nawet nie powiedzieli, kurwa, przepraszam. O Niemcach można mówić różne rzeczy, ale oni wykonali w tym temacie kolosalną robotę. W Rosji można tylko obserwować wielką ścianę obojętności. Jak jesteście w Mołdawii albo na Ukrainie, to dopiero widzicie jaki to gnój, jak działał sowietyzm. To niewyobrażalne. Upadek, dno człowieczeństwa, nędza, nikt nie wie, że wszystko może wyglądać inaczej niż ten ich rozpierdolony i zasyfiony świat. To siedzi i w głowach, i na zewnątrz. Dlatego nie rozumiem, dlaczego wielcy tego świata kłaniają się w pas rządzącemu tym krajem kagiebiście. To tak samo, gdyby kanclerzem Niemiec został były  gestapowiec i wszyscy byliby zachwyceni. Moja niechęć do Rosji, do jej polityki, jest coraz większa.</p>
<p><strong>A czy jest coś, co cię irytuje w Polsce?</strong></p>
<p>Opowiem anegdotę. Przyjechała do nas pisarka – Dubravka Ugresić. Jeździła po Polsce, bardzo jej się tu podobało, a pod koniec wizyty zapytaliśmy się jej: „Dubravko, co ci się w Polsce najbardziej podobało?” Odpowiedziała: „To wszystko, co mnie tak strasznie wkurza w Chorwacji” <em>(śmiech</em>). Gdyby mnie coś bardzo wkurzało w Polsce, to bym wyjechał. Po co się męczyć?</p>
<p><strong>Kiedyś powiedziałeś o warszawskiej publiczności, że jest nudna i drętwa. Dlaczego?</strong></p>
<p>W Krakowie jest podobnie. We wszystkich miastach z pretensjami, które czują, że są środkiem świata. A może po prostu chciałem kogoś sprowokować i obrazić?</p>
<p><strong>Zdarza ci się być osobą porywczą?</strong></p>
<p>Tak. Gdy ktoś mi zajedzie drogę (<em>śmiech</em>). Popierdalam sto dziesięć pustą szosą, a tu raptem wyjeżdża łada (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Lubisz się bić?</strong></p>
<p>To jest jak z więzieniem. Trochę się boisz, ale chciałbyś. Nie jestem fanem przemocy w dzisiejszym paranoicznym wymiarze. Biłem się wtedy, kiedy musiałem, gdy byłem zamotany w jakąś sytuację. Ale bardzo dawno się nie biłem.</p>
<p><strong>Więcej walk wygrałeś czy przegrałeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wiecie, to nie jest tak, że stoczyłem sto pojedynków. Poza tym zastanawiam się, jak na przykład ocenić wynik pojedynku, gdy czterech na pięciu napierdala się w tramwaju, potem konduktor zatrzymuje pojazd w celu wezwania policji i trzeba się zrywać? Najwięcej boksowałem w więzieniu, co oczywiście było niedozwolone. Mieliśmy rękawice uszyte z koca i wypchane gąbką. To była duża cela. Siedziało nas 16, m.in. były trener Czarnych Słupsk. Urządzał sparingi, więc właściwie regularnie walczyliśmy, ale nie były to żadne masakry, raczej przyjemne spędzanie czasu. Największe obrażenia natomiast były na plecach, od żelaznych łóżek. Jak dostałeś dobry cios, to po prostu na nie leciałeś.</p>
<p><strong>Czy alkohol w twoim życiu znaczy wiele?</strong></p>
<p>Lubię się napić, ale odkąd mam mniej czasu, od kiedy wiem, że nie będę wiecznie młody, także picie alkoholu jest zorganizowane doroślej. Nie mogę się z rana schlać i podtrzymywać tego przez cztery dni, co kiedyś bardzo lubiłem. A nie mogę, bo jest praca, dom, żona, dzieci, wywiad z poważnymi panami z PLAYBOYA (<em>śmiech</em>). A poza tym człowiek już się tak szybko nie regeneruje&#8230;</p>
<p><strong>A kiedyś jak to wyglądało?</strong></p>
<p>W latach 80. popijało się codziennie. Nie było pracy, nie chodziło się do szkoły, środowisko było przyjemnie towarzyskie. Naturalne było zatem, że zaczynało się o 10 albo 11. I tak się toczyło cztery, pięć, czasem sześć dni. Ale od kiedy wyniosłem się z Warszawy, takie rzeczy już się nie zdarzały. Chyba że przyjeżdżali przyjaciele. Jakieś 10 lat temu miałem ostatnią czterodniówkę. Było nas pięciu albo sześciu facetów. Cały czas leciał taki opętany kawałek Toma Waitsa z płyty „Black Rider”. Pamiętam scenę, kiedy stoimy w deszczu na werandzie knajpy na słowackiej granicy, a rozradowani wopiści dają nam kałacha, żebyśmy sobie postrzelali. Już nie pamiętam, czym ich przekonaliśmy. Na szczęście spotkaliśmy się z rzeczywistością i strzały nie padły. Ale pamiętam też taki przepiękny obrazek: wstaję rano, jest godzina siódma, przyjaciele śpią w pokojach. Siwe światło świtu poziomo wpełza przez okna do kuchni. W niej stół po balandze. 40 butelek po piwie i winie, rozgrzebane resztki jedzenia itd. A na stole siedzi moja trzyletnia córka Tosia w takiej nocnej koszulinie i w tym pięknym, smutnym, poziomym świetle bawi się kapselkami. Bardzo wzruszające.</p>
<p><strong>Próbowałeś pisać w stanie wskazującym?</strong></p>
<p>Próbowałem, ale się nie da. Poza tym co można napisać na bańce? Tylko list albo felieton do gazety. Chociaż Faulknerowi podobno dobrze szło pisanie książek po pijaku.</p>
<p><strong>Co z innymi używkami?</strong></p>
<p>Muszę z żalem stwierdzić, że już nie używam (<em>śmiech</em>). Pod koniec lat 70. zdarzał się „kompot”, ale miałem taki fart, że w roku 1980 wzięli mnie do wojska. Przeszedłem odtrucie. Nie to, że byłem bardzo uzależniony, ale ucięło się środowisko, kontakty&#8230; Zresztą nie miałem nigdy zadatków na nałogowca. W moim przypadku były to tylko eksperymenty. Kiedy czułem objawy głodu, wracałem do domu i siedziałem w nim kilka dni.</p>
<p><strong>Kto jest, według ciebie, polskim gwarantem dobrej literatury? Masłowska?</strong></p>
<p>Należy się zastanowić, jaką skalę powinno mieć zjawisko dobrej literatury. Czy to powinno być 100 tys. sprzedanych egzemplarzy? Kiedy macie gwarancję, że trzy czwarte ludzi w ogóle nie czyta wtedy takiej książki do końca i kupują ją, bo zobaczyli jej zdjęcia, skandalizujące opisy i reklamy? Wszystko zależy od upodobań czytelników. Młodym autorom na pewno nie życzę takiego szumu, który przeżyła Dorota w tak młodym wieku. Jest to bardzo twarda kobita.</p>
<p><strong>A prywatnie czytasz jako pisarz, czytelnik czy wydawca?</strong></p>
<p>Sam już nie wiem. Z byciem wydawcą jest zresztą najmniejszy kłopot. Zazwyczaj czytasz stronę, dwie, trzy i wiesz, czy to się nadaje czy nie.</p>
<p><strong>A twoje książki się nadają?</strong></p>
<p>Nigdy nie przeczytałem swojej książki.</p>
<p><strong>Podobno nie lubisz<em> Białego kruka</em>&#8230;</strong></p>
<p>Nie wiem, bo go nie czytałem (<em>śmiech</em>). Raczej mogę sobie tylko wyobrażać, jak ta książka wygląda. Na pewno mogła być lepsza.</p>
<p><strong>Jesteś leniem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak, ponieważ mógłbym robić znacznie więcej rzeczy niż robię, a te, które robię – robić lepiej. Mogłem napisać lepiej swoje książki, poświęcić im więcej pracy.</p>
<p><strong>A kiedy piszesz?</strong></p>
<p>Ważne rzeczy w nocy, kiedy jest pusto i cicho. Mogę wtedy spokojnie chodzić po całym domu, wychodzić na werandę, myśleć. Działalność usługową i doraźną można zrobić w dzień.</p>
<p><strong>Co czujesz, gdy prawica zarzuca ci, że pracujesz za niemieckie pieniądze?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nic nie czuję, bo guzik mnie to obchodzi.</p>
<p><strong>Jak pracuje Stasiuk-pisarz? Chaotycznie czy systematycznie?</strong></p>
<p>Są dwie szkoły pisania. Niemiecka, w której wszystko jest poukładane i zaplanowane, tak jak u Tomasza Manna, oraz ta druga – moja. Piszę książki przede wszystkim dlatego, żeby dowiedzieć się, co będzie na końcu.</p>
<p><strong>Komórka wziętego i modnego pisarza pewnie często dzwoni&#8230;</strong></p>
<p>Nie mam komórki.</p>
<p><strong>A będziesz miał?</strong></p>
<p>A po co? Trzy czwarte tych informacji można sobie w dziurkę wcisnąć. Jeżeli ktoś ma naprawdę coś istotnego, to dodzwoni się pod numer stacjonarny albo skorzysta z Internetu. Chcę mieć spokój, a tak to by mi dzwonili: „gdzie jesteś?”, „co u ciebie?”. Pierdolić coś takiego. A co do Internetu, to kompletnie nie kręci mnie surfowanie i szukanie, gdzie są najtańsze sznurowadła. Nawet karty do bankomatu nie mam i nigdy nie miałem.</p>
<p><strong>Myślałeś kiedyś o pisaniu dla młodszych czytelników?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Żona namówiła mnie kilkanaście lat temu, żebym napisał opowiadanie dla dzieciaków. No i napisałem, ale po pięciu minutach czytania wszystkie dzieci spały. Do tego trzeba mieć specjalną wyobraźnię, której ja nie posiadam. Zawsze czułem w tym jakieś oszustwo. Stary zgred wciska dzieciom jakąś ciemnotę. Przecież one i tak zawsze wiedzą lepiej. Nie czuję potrzeby pisania czegoś takiego.</p>
<p><strong>Piękne pejzaże wokół twojego domu, a ty nie piszesz wierszy. Dlaczego?</strong></p>
<p>Kasa jest kiepska z wierszyków, poza tym uważam, że jest wielu lepszych poetów ode mnie. Realizuję swoją poezję w prozie. Czasem piszę takie zdanie, które jest zaszyfrowanym wierszem. Poza tym pejzaż nie ma tu nic do rzeczy. Karol May napisał <em>Winnetou</em> w więzieniu.</p>
<p><strong>Często gościsz u siebie zastępy zakochanych w tobie studentek?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Czasami ktoś przychodzi, ale na ogół wysyłam wtedy dziecko, żeby powiedziało, że ojca nie ma w domu. Albo macham z okna, krzycząc: „Cześć!”. Czytelnicy powinni czytać, a nie defilować pod oknami.</p>
<p><strong>Uderzyła ci kiedyś „sodówka”?</strong></p>
<p>Mam świetną żonę i wstyd by mi było okazać się przy niej idiotą. Pokusa jest, ale do czasu. Potem bierzesz taką Masłowską i jest po „sodówce”.</p>
<p><strong>Szefową wydawnictwa Czarne, które wydaje m.in. twoje książki, jest Monika. A kto szefuje w domu?</strong></p>
<p>Też ona. Czasem stwarzam pozory, że ja, ale ona jest po prostu lepsza w rządzeniu. Natomiast samo wydawnictwo jest w pełni jej autorskim pomysłem. Jest także pierwszą czytelniczką i pierwszą recenzentką moich książek.</p>
<p><strong>Zdarzyło się, że powiedziała kiedyś: „Andrzeju, w tym miesiącu napisałeś za mało”?</strong></p>
<p>Nie, to zbyt autonomiczna sfera. Zresztą skoro przez lata malowniczego, ale jednak, ubóstwa nigdy nie powiedziała: „weź się do porządnej roboty!” albo: „napisz coś dla pieniędzy”, tylko mówiła: „pisz swoje”, to teraz miałaby wspominać o jakichś terminach?</p>
<p><strong>A ty kim jesteś w wydawnictwie?</strong></p>
<p>Jestem lektorem i konsultantem, a w naszej dwuosobowej radzie programowej mam 49 proc. głosów. Jednak nigdy nie było tak, że ja chciałem szajs, a ona nie albo odwrotnie. Najwyżej mówię: „Nie wydawaj tych z Ameryki Południowej, mamy wydawać tych z Europy Środkowej. Albańczyków wydawaj!” (<em>śmiech</em>), a ona na to: „Przecież nie ma żadnej literatury albańskiej”, a ja: „Wszystko jedno, ale Europa ma być”. Monika ma teraz pomysł wydawania młodych, fajnych, latynoskich pisarzy. Dziwnych i dzikich.</p>
<p><strong>Na jakich dziwnych i dzikich pozycjach wydawnictwo Czarne zarobiło najwięcej? </strong></p>
<p>Na <em>Samotności w Sieci</em> Janusza Wiśniewskiego, choć dzieliliśmy się z Prószyńskim (<em>wydawnictwem Prószyński i S-ka – przyp. aut.</em>). To był hicior, który pozwolił potem wydać w cholerę niszowej literatury środkowoeuropejskiej. Któregoś dnia to przyszło, czytałem całą noc i zacząłem płakać. Rano skonany poszedłem spać, a wcześniej flamastrem na teczce napisałem do Moniki: „Kurwa, zajebiste, wydamy to! Love story, tylko jeszcze lepsze!”. Poczułem, że to będzie szlagier. Naprawdę płakałem, a łzy nie mogą przecież kłamać, nie? Drugi hit to <em>Heroina </em>Tomasza Piątka. Koło 30 tys. poszło. Kiedy przyszła, wiedziałem, że jest dobrze napisana, a poza tym nie było do tej pory w Polsce dobrej książki o heroinie, o nałogu.</p>
<p><strong>Czy ktoś kiedyś wytknął ci brak wykształcenia?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mnie to kompletnie nie zajmuje. Bawię się tym, że skończyłem podstawówkę. Robiłem inne ciekawe rzeczy. Nie traktuję podobnych zarzutów poważnie. A zresztą, czy to w ogóle może być zarzut? Że nie dałeś wpierdolić się w tyle lat szkoły? Że wolałeś spędzać czas z przyjaciółmi, siedzieć w bibliotekach, podróżować?</p>
<p><strong>Dzieciom mówisz to samo?</strong></p>
<p>(<em>śmiech</em>) Po pierwsze mówię, że to były inne czasy. Daję im sporo wolności. Nie idziesz do szkoły, tylko na wagary? Spoko, ale walczysz potem sama ze swoim dyrektorem, ponosisz konsekwencje.</p>
<p><strong>Podoba ci się dzisiejsza młodzież?</strong></p>
<p>Często mnie wkurwia.</p>
<p><strong>Dlaczego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A dlaczego nie? Dokładnie na tej samej zasadzie, jak my wkurwialiśmy naszych starych.</p>
<p><strong>No właśnie&#8230; Kiedyś pewnie Tośka przyjdzie do ciebie ze swoim chłopakiem&#8230;</strong></p>
<p>I tego trochę się boję (<em>śmiech</em>). Nie potrafiłbym jej nigdy powiedzieć, że jakiś konkretny, wybrany chłopak jest do niczego. Mam nadzieję, że nastąpi cud zupełnej zgody gustów. Przede mną spore wyzwanie.</p>
<p><strong>Córka czyta twoje książki?</strong></p>
<p>Chyba już podczytuje, ma 14 lat (<em>dzisiaj już 17 – przyp. aut.)</em> i dwuznaczny do nich stosunek. Trochę pewnie się cieszy, że ma ojca pisarza, ale trochę się wstydzi, bo książka to jednak obnażenie, ekshibicjonizm. Ma mieszane uczucia: dumy i zażenowania, kiedy mówi, że jej starsi koledzy czytają. I mówi: „Ale czy musiałeś takie rzeczy wypisywać w &lt;&lt;Jak zostałem pisarzem&gt;&gt;?”. Zaraz jednak dodaje: „Ale podobało im się”.</p>
<p><strong>Z tym twoim brakiem wykształcenia to trochę tak jak z wieśniactwem. Być może tobie nie ma sensu zarzucać, że jesteś niewykształcony, ale Lepperowi chyba trzeba&#8230;</strong></p>
<p>No tak. Jemu jakaś szkoła by się przydała, ale sądzę, że nic by mu to nie dało. Lump mentalny i tak by w nim został. Cwaniak zawsze uważa, że jest najcwańszy.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Leppera nikt nie kształcił, a ciebie? Co lub kto ukształtował młodego Stasiuka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na pewno nie ukształtowały mnie dzieła wybitne. Zwykle zresztą tak jest. Na przykład Pat Garrett i Billy Kid, gdzie smród kiczu aż unosi się z ekranu. Poza tym muzyka folkowa. Nie wiem, czy dacie wiarę, ale zachwycałem się tym komunistą – Petem Seegerem. Słuchałem go, gdy miałem 18 lat. A z kobiet działa na mnie magnetycznie Kalina Jędrusik. Dzisiaj ten rodzaj kobiecości jest w zaniku. Gorszy pieniądz jak zwykle wypiera lepszy.</p>
<p><strong>Czy Andrzej Stasiuk ma idoli?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nigdy nie miałem idoli. No może poza Iggym Popem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Pisałeś: „łatwiej jest wygrać wojnę niż myć się regularnie, nie kłamać, nie kraść, być uczciwym w interesach, powściągać zawiść i nienawiść i ciszej przeklinać na ulicach”. W to, że Stasiuk myje się regularnie, gorąco wierzymy, ale jak to jest z pozostałymi cechami?</strong></p>
<p>Od razu wam mówię – nie myję się regularnie. To komfort mieszkania tutaj. Mieszkanie na wsi to swoboda od paranoi higieny. Od tych ogromnych sklepów zapierdolonych od góry do dołu kosmetykami. Nie wychodzisz na ulicę sterroryzowany wyglądem plastikowych kukieł i manekinów, to znaczy współczesnych kobiet i mężczyzn udających się do pracy w międzynarodowych korporacjach. Zresztą, co innego taki zwykły brud, a co innego miejski, zakonserwowany. Czym innym jest spocony chłop, czym innym smród w autobusie w Warszawie. Chociaż ciekawe, że w albańskich autobusach nie śmierdzi&#8230;</p>
<p><strong>Jakich kosmetyków używa higieniczny minimalista – Andrzej Stasiuk?</strong></p>
<p>Pasty do zębów, mydła, dezodorantu i tego do golenia.</p>
<p><strong>A często kłamiesz?</strong></p>
<p>Staram się nie kłamać, czasami jednak to robię. Kiedy nie chcę kogoś urazić albo lepiej wypaść. Nie są to zasadnicze kłamstwa, raczej retusze rzeczywistości.</p>
<p><strong>Kradniesz?</strong></p>
<p>Nie i od razu dodam, że – siłą rzeczy – jestem uczciwy w interesach.</p>
<p><strong>Starasz się przy córce nie kląć?</strong></p>
<p>Tak, a jeśli to robię, mówię „przepraszam”.</p>
<p><strong>A do czego w ogóle służą wulgaryzmy?</strong></p>
<p>Do ubarwienia języka, podkreślenia jego emocjonalności i barwności. A czasem do tego, żeby kogoś naprawdę przekląć i dotknąć. Wszystko zresztą zależy od kontekstu, każde słowo ma tysiące odcieni. „Kurwa” i „pierdolę” mogą zawierać w sobie absolutne zadziwienie czy niewinność, ale także nienawiść.</p>
<p><strong>W książkach jednak nie przeklinasz aż tyle, ile w rozmowie prywatnej&#8230;</strong></p>
<p>No właśnie, a wszyscy się przypierdalają (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Często mówisz do psa: „wypierdalaj!”?</strong></p>
<p>Bardzo często. One taki język kumają. Poza tym żyję w domu z kobietami i tylko z psami mogę pogadać po męsku.</p>
<p><strong>Miałeś kiedyś propozycję zagrania w reklamie?</strong></p>
<p>Mój przyjaciel kombinował, żebym wystąpił w reklamie piły spalinowej. Chętnie bym to zrobił, bo sam często odpalam tu swego „Stihla”. Wszystko się jednak rozmyło.</p>
<p><strong>Ale ty nawet nie mógłbyś tej reklamy zobaczyć&#8230;</strong></p>
<p>Fakt, nie mam telewizora, ale czemu posiadanie telewizji jest czymś mniej horrendalnym niż nieposiadanie. Telewizja to w większości gówno. Wolę poczytać gazety i posłuchać radia. Bardziej działają na wyobraźnię.</p>
<p><strong>Zastrzegałeś, że nie będziesz gadał na temat kobiet i seksu. Dlaczego?</strong></p>
<p>Bo to są prywatne sprawy, to nie jest na sprzedaż. Ja handluję literaturą, a nie swoim życiem. Na przykładzie Edyty Górniak sami widzicie, do czego to prowadzi.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/andrzej-stasiuk/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Stanisław Tym</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/stanislaw-tym/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/stanislaw-tym/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 29 Jan 2010 10:00:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Tym Stanisław]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=372</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 2, 2007 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Marcin Makowski &#8211; Wie pan, co o panu mówi Prezydent? Proszę mi przypomnieć. „Zdolny satyryk, ale często trudno się z nim zgodzić”. (Śmiech). Nawet nie wie, jaką frajdę sprawia mi takimi słowami. A czy pan zgadza się ze zdaniem „są pociągi, na które spóźniać się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-376" title="Stanislaw-Tym" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Stanislaw-Tym.jpg" alt="Stanislaw-Tym" width="350" height="230" /></strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 2, 2007</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Marcin Makowski<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong>Wie pan, co o panu mówi Prezydent?</strong></p>
<p>Proszę mi przypomnieć.</p>
<p><strong>„Zdolny satyryk, ale często trudno się z nim zgodzić”.</strong></p>
<p>(Śmiech). Nawet nie wie, jaką frajdę sprawia mi takimi słowami.</p>
<p><strong>A czy pan zgadza się ze zdaniem „są pociągi, na które spóźniać się nie wolno”?</strong></p>
<p>Oczywiście. Zdanie to przypomina mi maturę z polskiego, którą zdawałem 54 lata temu, 200 metrów stąd w liceum nr 165, na rogu Drewnianej i Dobrej. To cytat z powieści Igora Newerly’ego <em>Pamiątka z Celulozy</em>.</p>
<p><strong>Której pan wtedy nie znał.</strong></p>
<p>Do tej pory nie znam.</p>
<p><strong>A samego Newerly’ego?</strong></p>
<p>Miałem nawet honor gościć go kiedyś u siebie w domu. Do nieznajomości <em>Pamiątki </em>jednak się nie przyznałem. Pamiętam, że kiedy dostałem na maturze pytanie o tę jego powieść, myślałem, że to już  koniec. Przepadłem. Znałem tylko jedno zdanie z książki, właśnie to o pociągach. Rozpaczliwie kombinując, próbowałem odpowiadać na pytanie plotąc trzy po trzy. Udało się.</p>
<p><strong>To prawda, że zdawał pan maturę w wieku 15 lat?</strong></p>
<p>Tak się złożyło. Powstanie przeżyłem w Warszawie, w Śródmieściu, a po klęsce przez obóz przejściowy w Pruszkowie, zostaliśmy wywiezieni pod Częstochowę. Miałem siedem lat, ale poszedłem od razu do czwartej klasy, bo taka akurat była. Już wtedy pisałem i czytałem płynnie. Uczyła mnie mama. Znałem też geografię Polski, oczywiście tej przedwojennej. Kiedy wróciliśmy do zrujnowanej Warszawy, nie poznałem miasta swojego dzieciństwa. W każdym razie, zaraz po powrocie poszedłem do szkoły, właśnie tu na Drewnianą, i od razu do piątej klasy. Skończyło się na tym, że przystępowałem do matury w wieku 15 lat. A wtedy mając 15 lat było się jeszcze dzieckiem.</p>
<p><strong>Teraz też się jest.</strong></p>
<p>No, wiecie panowie, teraz 15-latki piją wódkę, chodzą na dziewczyny i uważają, że są za dorosłe na palenie papierosów, więc zamiast palić, ciągną kreski.</p>
<p><strong>Zauważył pan, że zburzyli fabrykę cukierków obok pańskiego dawnego liceum?</strong></p>
<p>Właśnie przed chwilą to spostrzegłem, jeżdżąc dookoła i szukając miejsca do zaparkowania. Ze smutkiem skonstatowałem, że nie ma już dawnej fabryki Franciszka Fuchsa.</p>
<p><strong>Idzie nowe. Będą tu apartamentowce po trylion tysięcy złotych za metr. Ma pan jakieś szczególnie słodkie wspomnienia związane z tym miejscem?</strong></p>
<p>O dziwo, nigdy nie byłem w środku. A słodkie wspomnienia, owszem. Z okien pachniało czekoladą, wonnymi estrami. Przyjemne sąsiedztwo. Ale prawdziwie słodkie wspomnienia mam z Zakładów 22 Lipca, dawniej E.Wedel. W wyniku relegowania mnie po dwóch latach z Wydziału Chemii na Politechnice, poszedłem do pracy. Los rzucił mnie do produkcji herbatników i czekolady.</p>
<p><strong>Pewnie do dziś nie może pan patrzeć na czekoladę.</strong></p>
<p>Lubię słodycze. Tylko chałwa mi się źle kojarzy. W pierwszych dniach pracy, nowi koledzy zapytali, co bym zjadł. Powiedziałem, że chałwę, bo to był rarytas. Wrąbałem chyba z pół kilo. Zakleiłem się. Pić się chciało. Dali mi mleko. Wychyliłem z litr zimnego. Chałwa oczywiście skawaliła mi się w żołądku i pochorowałem się. Trzy dni ją trawiłem. Koszmar.</p>
<p><strong>„Bramkował” pan w Stodole po pracy?</strong></p>
<p>To już było po Wedlu. Szybko wróciłem na Politechnikę, zdałem egzamin wstępny, znów na chemię, z której mnie znów wylali po pierwszym roku. Zresztą z każdej uczelni wyrzucali mnie za brak postępów w nauce. Z aktorskiej również. Jan Świderski, który był opiekunem mojego roku powiedział, że egzaminatorzy pomylili się, przyjmując mnie do szkoły teatralnej i wyrzucił mnie w połowie studiów. Powiedział, że jestem jeszcze na tyle młody, że sobie poradzę.</p>
<p><strong>Miał pan pretensję?</strong></p>
<p>Ciężko to odchorowałem. Bardzo długo wychodziłem z nerwicy, na pewno ponad dziesięć lat. Początki były okropne. Miewałem stany, w których byłem pewien, że umieram. Okazało się jednak, że skoro nieskutecznie umierałem 20 razy, to znaczy, że będę żył. I coś musiałem z tym zrobić. Mogę przypuszczać, że gdyby nie Świderski, nie zostałbym człowiekiem zawodowo piszącym.</p>
<p><strong>Ale pańskie początki aktorskie są przecież znakomite. Same poważne nazwiska: Skolimowski, Morgenstern, Stawiński&#8230; Co prawda epizody, ale jakoś trzeba zaczynać.</strong></p>
<p>Rzeczywiście. Debiut w <em>Cafe pod Minogą</em>&#8230;</p>
<p><strong>Jako powstaniec numer 12.</strong></p>
<p>(Śmiech). Panowie wszystko wiecie. Nie ma o czym rozmawiać.</p>
<p><strong>Stał pan w kolejce po zupę.</strong></p>
<p>Nie, to było inaczej. W czasie kręcenia zdjęć na rynku Starego Miasta w jakiejś przerwie technicznej fotosista poprosił aktorów do zdjęcia. Na środku była barykada. Zgromadził przy niej wszystkich – a w tym filmie grała ówczesna czołówka, absolutny top. Postawił ich przy kotle z zupą, dał im menażki i kazał ustawić się w kolejce do kotła. Zorientował się jednak, że nie ma kto tej zupy nalewać. Rozejrzał się wkoło i zobaczył mnie. „Chodź tu chłopcze, stań z tą chochlą”. Dymsza podstawił mi menażkę. To zdjęcie ukazało się później bodajże w „Filmie”. Stoją obok siebie największe nazwiska tamtych lat, ja w samym środku, a podpis pod zdjęciem głosi: „Takiego zgromadzenia najlepszych aktorów komediowych jeszcze nie było” (śmiech). Trzeba mieć w życiu szczęście.</p>
<p><strong>Nie ma to jak dobre wejście.</strong></p>
<p>A propos! Jeszcze jako początkujący tekściarz napisałem dla Tadeusza Olszy monolog pod tytułem <em>Dzienniczek syna</em>. Olsza był znany z tego, że miał trudności z zapamiętaniem tekstu i wszystkie monologi mówił pod suflera. Dodatkowo miał też problem ze słuchem. Numery estradowe Olszy często wyglądały tak, że wychodził Olsza na scenę, kłaniał się, dostawał brawa, następnie słychać było głos suflera. A że teksty były śmieszne, publika zaczynała się śmiać i zagłuszała powtarzającego tekst Olszę. Ludzie bili brawa po pointach suflera, paląc pointy aktorowi. Kiedy Olsza dostał mój monolog, mógł sobie cały tekst dużymi literami napisać w tytułowym dzienniczku. Na pierwszym przedstawieniu wygonił suflera. Ten poszedł się poskarżyć do dyrekcji teatru. Olsza przychodzi na dywanik i co mówi? (Parodiując głos aktora) „Bo wy, kurwa, nic nigdy nie zrozumiecie. Tak piszą te monologi, że się zwyczajnie nie sposób nauczyć. Przyszedł utalentowany gówniarz, napisał&#8230; i samo wchodzi do głowy”.</p>
<p><strong>(Śmiech). </strong><strong>Wróćmy jeszcze do czasów studenckich. Czy zastanawiał się pan kiedyś, co by było, gdyby dostał się pan na Wydział Włókna w Łodzi?</strong></p>
<p>Nic by nie było. Nie traktowałem tego serio. Kombinowałem, żeby uciec przed wojskiem. Jak się dostałem na Wydział Przetwórstwa Rolnego SGGW, to odebrałem tylko indeks i legitymację, żeby móc jeździć na zniżkowe bilety i więcej się nie pojawiłem. A pomysł na Wydział Włókna wziął się prawdopodobnie stąd, że było się tam łatwo dostać.</p>
<p><strong>A od pana można było łatwo dostać, kiedy był pan bramkarzem w Stodole? Ostry pan był?</strong></p>
<p>Nie, nie, nie! To były zupełnie inne czasy. Nie trzeba było bić. Bardzo rzadko używało się siły. Stodoła to było elitarne miejsce. Wejście za biletami, które rozprowadzał klub uczelniany. Tylko studenci Politechniki mogli te bilety nabyć. Jeśli ktoś się zachowywał nieodpowiednio, to brało się delikwenta na bok i mówiło: „Weź się chłopie uspokój”. I tyle.</p>
<p><strong>Może pan nie bił, bo miał wystarczająco silne argumenty. Wystarczy spojrzeć na pana zdjęcia z młodości.</strong></p>
<p>To jest dziwne. Bo oboje rodzice byli niscy, siostra też jest niska, a my dwaj, ja i brat Antoni, przy słusznej wadze &#8211; metr osiemdziesiąt trzy.</p>
<p><strong>Brat też ma piękne włosy, jak pan?</strong></p>
<p>(Śmiech). Też.</p>
<p><strong>Kiedyś na pytanie, dlaczego nie zapuszcza pan włosów, odpowiedział pan, że nie ma na to czasu. Kiedy pan ten czas znajdzie?</strong></p>
<p>W najbliższym czasie.</p>
<p><strong>Pytamy o włosy, nie ot tak sobie dla śmiechu. Słyszeliśmy, że między innymi to właśnie pańskie piękne włosy zdecydowały o zamianie Wydziału Włókna na szkołę teatralną.</strong></p>
<p>Spotkanie z moim kolegą Robertem w Stodole było opatrznościowe. Ustawiło mi całe życie. Aż do tamtej chwili chciałem być inżynierem chemikiem i tego się trzymałem. Pewnego wieczora, kiedy stałem na bramce, do klubu przyszedł wspomniany kumpel Robert w towarzystwie znanego wtedy aktora Józefa Pary i dwóch panienek. Nie mieli biletów, więc Robert mnie skorumpował i wpuściłem do środka całą czwórkę. Później oni zaprosili mnie do stolika. Od słowa do słowa zgadało się o moich planach na życie. Kiedy usłyszeli o tym, że chcę być inżynierem chemikiem, wybuchnęli śmiechem. Robert powiedział: „Słuchaj, ty zostań lepiej aktorem. Jesteś pięknym, postawnym chłopakiem, masz piękne włosy. Józek, co myślisz?”. Para przytaknął, a dziewczyny zapiszczały z radości. I tak zadecydowało się moje życie. Już następnego dnia rano Robert zaprowadził mnie do szkoły teatralnej, poznał ze znajomymi studentami i poprosił kilku, żeby mnie przygotowali do egzaminu na Wydział Aktorski.</p>
<p><strong>Nauki pobierał pan między innymi u Romana Wilhelmiego. Czego pana nauczył?</strong></p>
<p>Romek na pierwszym spotkaniu zapytał, czy mam dziesięć złotych. Miałem. „No to chodź na piwo” &#8211; powiedział. Szczegółów tych spotkań nie pamiętam. W każdym razie koledzy wyuczyli mnie skutecznie. Znali przecież profesorów, wiedzieli jak im przypaść do gustu.</p>
<p><strong>A potrafi pan jeszcze dzisiaj wyrecytować z pamięci „Śmierć braciszka” Gałczyńskiego?</strong></p>
<p>(Stanisław Tym zamyka oczy, milczy przez chwilę i recytuje pierwszą i ostatnią zwrotkę – prawie bezbłędnie. Interpretuje przejmująco…)</p>
<p><em>Leżał w trumnie umarły na szkarlatynę</em></p>
<p><em>na gładziutkich sosnowych deskach.</em></p>
<p><em>Trumna pewnie w środku była niebieska,</em></p>
<p><em>bo miał niebieskie oczy.</em></p>
<p><em>A gdy się wszystko skończyło,</em></p>
<p><em>doktor krzyknął: „Boże, to już trzecia godzina!”</em></p>
<p><em>Skonał braciszek, skonał, skonał, skonał.</em></p>
<p><em>Zostało po nim serce z kory i okaryna</em></p>
<p><em>stłuczona.</em></p>
<p><strong>Wspaniale. Jak na wiersz, którego nauczył się pan w piętnaście minut tuż przed wejściem na egzamin w szkole aktorskiej, czyli pół wieku temu – wynik rewelacyjny.</strong></p>
<p>To była wyjątkowa sytuacja.</p>
<p><strong>Wtedy też pan zamknął oczy.</strong></p>
<p>Z całych sił starałem się nie zapomnieć tekstu, koncentrowałem się tak bardzo, że z wrażenia zamknąłem oczy. Komisja uznała, że to moja interpretacja. Dostałem brawa. Panowie, żarty żartami, ale jest coś na rzeczy. Kiedy słucham Krzyśka Kowalewskiego w reklamie LOT-u: „Jesteś pod dobrymi skrzydłami”, to myślę sobie, że to o mnie. Coś nade mną czuwa. Tyle lat. Aż się boję, żeby to szczęście pewnego dnia się nie odwróciło.</p>
<p><strong>Apelujemy do szczęścia, żeby pozostało stałe w swoich uczuciach. I żeby nie zrobiło sobie przypadkiem urlopu na czas premiery <em>Rysia</em>.</strong></p>
<p>(Śmiech). Dziękuję. Wiecie panowie, jaka to była okropnie długa praca? Scenariusz rozrastał się w sposób zupełnie niekontrolowany. W pewnym momencie naprawdę nie wiedziałem, kiedy i jak to się skończy.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że będzie pan wyczerpany po zdjęciach. A przed nami siedzi wypoczęty, zadowolony, zrelaksowany młody facet…</strong></p>
<p>Przed młodymi chłopakami nie będę cierpiał. Nie wypada (śmiech).</p>
<p><strong>Czy pan jeszcze w ogóle pamięta, kiedy obiecał Sylwestrowi Chęcińskiemu scenariusz komedii o współczesnej Polsce?</strong></p>
<p>Na pewno bardzo dawno temu. Chyba tuż po <em>Rozmowach kontrolowanych</em>, czyli jakieś 15 lat minęło od tamtego zobowiązania.</p>
<p><strong>A w końcu i tak zamiast Chęcińskiego w roli reżysera obsadził pan siebie samego.</strong></p>
<p>Ależ to on mnie obsadził. Spotykałem się z Sylwestrem kilkukrotnie i on wciąż był niezadowolony. W końcu powiedział: „Słuchaj, ten scenariusz jest niespójny, od Sasa do Lasa, za dużo w nim scen konstrukcyjnie nieważnych. Z drugiej strony muszę jednak pamiętać, że tak samo był napisany i wyreżyserowany <em>Miś</em>. To się świetnie sprawdziło, mimo że ja do dziś tej zasady nie pojmuję. Dlatego Staszek, sam nakręć ten film. Niech to będzie twój debiut”.</p>
<p><strong>Czy nad scenariuszem Rysia pracował pan tak długo, bo chciał go doprowadzić do perfekcji? Słyszeliśmy, że perfekcjonizm to pańska poważna przypadłość.</strong></p>
<p>Nie wiem, co to znaczy. Jak człowiek się do czegoś zabiera, to po prostu chce to zrobić jak najlepiej. I tyle. Przyznaję, że praca nad <em>Rysiem</em> nieznośnie się przeciągała. Rzeczywistość, którą chciałem opisać, ciągle mi uciekała. Ledwie wymyśliłem jakiś przekręt do scenariusza, zaraz ktoś go robił naprawdę. Zanim zrozumiałem, że nie ma sensu się ścigać, upłynęło trochę czasu. Zrozumiałem, że nie tędy droga i wciąż szukałem klucza do tego scenariusza. Przyznam, że na właściwą drogę pchnął mnie Boy-Żeleński. A właściwie jego jedno zdanie, które powinienem przecież znać. Ale to dopiero Józef Hen je dla mnie z twórczości Boya wydobył, pisząc jego biografię.</p>
<p><strong>Zamieniamy się w słuch.</strong></p>
<p>„Im dłużej żyję na świecie, tym bardziej inteligencja, dowcip bez dobroci wydają mi się niesympatyczne i niezajmujące”. Zdanie wyjęte z jakiejś recenzji teatralnej. Ogromnie mądre. Można by powiedzieć &#8211; program na życie (nie jestem pewien, czy nie powtarzam tego za Henem). Pomyślałem sobie, że w tym duchu trzeba napisać <em>Rysia</em>. Boy jednym zdaniem uporządkował mi tony notatek i nadał im nową geometrię. To był przełomowy moment.</p>
<p><strong>Obawia się pan reakcji publiczności?</strong></p>
<p>Oczywiście. Film komediowy to trudna konkurencja. Krytykami są tylko widzowie. Jeżeli się nie śmieją, to znaczy, że komedia jest do niczego.</p>
<p><strong>To dlaczego wziął się pan za komedię?</strong></p>
<p>Wyjaśnił mi to Antoni Słonimski. Kiedyś powiedział do mnie: „Wydaje mi się, że jesteśmy do siebie podobni. Jesteśmy niecierpliwi i lubimy mieć recenzje od razu, bez oczekiwania”. Śmiech to najszybsza recenzja.</p>
<p><strong>Z informacji o filmie wynika, że obsada <em>Rysia </em>idzie nie w dziesiątki, ale wręcz w setki nazwisk. Zastanawiamy się, dlaczego więc nie ma wśród nich Krystyny Podleskiej (w <em>Misiu </em>grała Aleksandrę Kozeł – aktorkę, kochankę Ryszarda Ochódzkiego – przyp. red.)?</strong></p>
<p>Nie miałem dla niej roli. Rozmawialiśmy na ten temat. Było jej przykro, podobnie jak mnie. Nawet stworzyłem taką postać, ale istniała tylko w pierwszej wersji scenariusza.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że <em>Ryś </em>powstawał również w Korei, Chicago i Kuwejcie. Czy w tym ostatnim zaprzyjaźnił się pan z jakimiś szejkami?</strong></p>
<p>Znam tamtejszych ministrów oświaty i obrony. Nie wiem, czy wciąż się utrzymują na stanowiskach, ale zdjęcia z nimi zdążyłem sobie zrobić.</p>
<p><strong>Jakich znajomych ma pan w Korei Południowej?</strong></p>
<p>Szwadron południowokoreańskiej policji. Mam takie zdjęcie: siedzę z nimi na trawniku przed stadionem w Busan.</p>
<p><strong>Z Korei pisał pan świetne relacje w <em>Rzeczpospolitej</em>. A pańskich felietonów na łamach brakuje jak śniegu w grudniu. Dlaczego pan zrezygnował z kolumny na ostatniej stronie <em>Plusa Minusa</em>?</strong></p>
<p>Odszedł ówczesny redaktor naczelny i prezes, a ja trzy tygodnie przed nimi. Bo ja zawsze wyczuwam, co się stanie. A do felietonów pewnie wrócę. W Polsce aż się prosi, żeby raz na tydzień komuś przedzwonić (obecnie felietony Stanisława Tyma można czytać w tygodniku <em>Polityka </em>– przyp. red.).</p>
<p><strong>Pan, zdaje się, często był mylony z jednym ministrem?</strong></p>
<p>Ale to był porządny człowiek. Niejednokrotnie mylono mnie z Jackiem Kuroniem. Jego też mylili ze mną: „Ale pan w tym <em>Rejsie </em>to zagrał”. Znaliśmy się dobrze i uzgodniliśmy, że będziemy składali autografy za siebie nawzajem. Ja za ministra, on za kaowca Tyma. Kiedyś w lecie stałem na Placu Trzech Krzyży w korku samochodowym. Miałem uchylone szyby, było gorąco, nagle podbiega starsza kobieta i zaczyna niemal krzyczeć: „Panie ministrze, ja bardzo przepraszam, jestem inwalidką trzeciej grupy inwalidzkiej, mam tu papiery…” i zaczyna wyciągać coś z teczki. Mówię: „Proszę pani, pani mnie pomyliła. Nie jestem ministrem Kuroniem”. A ona: „Proszę nie żartować. Ja chcę tylko wyjaśnić. Pan by spojrzał na te papiery”. I zaczyna opowiadać swoją historię. Przerywam jej i mówię „Pani mnie posłucha uważnie”. „Tak, panie ministrze.” „Ja pani nie oszukuję, ja jestem tylko podobny, naprawdę”. „Wierzę. Jak by pan mógł oszukiwać, panie ministrze? Pan jest taki porządny człowiek”. (Śmiech).</p>
<p><strong>Nadal chadza pan na spacery z władzą wykonawczą?</strong></p>
<p>Pytacie panowie o profesora Religę? Nie, już go nie spotykam. Z tego co mi wiadomo, stracił pieska, z którym spacerował i to może być główny powód naszego „rozstania”. Ale chyba pan minister mieszka nadal w tym samym miejscu, bo mu niedawno położyli nowy chodnik. Władza wykonawcza mnie porzuciła, ale za to spotykam się z władzą ustawodawczą.</p>
<p><strong>A konkretnie?</strong></p>
<p>Widuję senatora Romaszewskiego. Rozmawiamy o zieleni, przyrodzie, ptakach. Nigdy o ustawodawstwie.</p>
<p><strong>To pewnie tak jak damy, o które chcielibyśmy pana zapytać. Odróżnia pan już Dodę od Mandaryny?</strong></p>
<p>Zaskoczę panów, bo trochę zdążyłem się dokształcić ostatnimi czasy. Wiem, że obie są piosenkarkami. Ale gdyby panowie posadzili je tutaj obok, to nie wiedziałbym, która jest która.</p>
<p><strong>A poznał pan już choćby jedno nazwisko z polskiej reprezentacji piłkarskiej?</strong></p>
<p>Smolarek. Bo kibicowałem ojcu.</p>
<p><strong>Mamy ostatnie pytanie tego typu. Czy wie pan, co to jest: Taniec z gwiazdami?</strong></p>
<p>Oczywiście! Wczoraj się dowiedziałem. Nie żartuję. Okazało się, że znane osoby uczą się tańczyć od zawodowych tancerzy. Ktoś odpada, ktoś zostaje.</p>
<p><strong>I skoro nam tak dobrze idzie, to proszę jeszcze powiedzieć, co pan myśli o feministkach?</strong></p>
<p>Któryś z filozofów greckich zauważył, że prawdziwe jest to, co odpowiada człowiekowi. Oczywiście nie z każdą prawdą należy się solidaryzować. Dlatego nie unikam feministek, ale nie pamiętam nazwiska Łyżwińskiego.</p>
<p><strong>A czy zabierze pan głos w kwestii naszej rozkładówki?</strong></p>
<p>Te sprawy zostawiam wam. Wielokrotnie występowałem w rolach kobiecych, więc nie chciałbym być stronniczy.</p>
<p><strong>Czy jest jakiś temat, z którego śmiać się nie wypada? Papież?</strong></p>
<p>Nie ma tematów tabu. Musi być tylko ważny powód, by z kogoś lub z czegoś śmiać się i żartować. „Żeby się śmiać, trzeba mieć twarz”, że przypomnę Majakowskiego.</p>
<p><strong>J</strong><strong>ak to jest być człowiekiem-słońce?</strong></p>
<p>To znaczy?</p>
<p><strong>To jest pytanie o Stanisława Tyma. Wystarczy, że pan tutaj wszedł, a wszyscy zaczęli się uśmiechać, natychmiast się rozpromienili. Dlatego pytamy, jak to jest być człowiekiem-słońce?</strong></p>
<p>To zależy, czy chodzi panom o słońce wschodzące, czy zachodzące.</p>
<p><strong>Ustalmy, że chodzi o słońce w zenicie.</strong></p>
<p>(Śmiech). Nigdy nie przypuszczałem, że będę tak rozpoznawalny. Często podchodzą do mnie ludzie i pytają, czy mogą sobie zrobić zdjęcie. Zupełnie jak z misiem na Krupówkach. „Przepraszam, czy mogę sobie zrobić zdjęcie z panem?”. Wtedy ja pytam: „z kim?”. I słyszę odpowiedź, że „ze mną”. No to drążę dalej: „Ale ja chciałbym wiedzieć, z kim ja sobie zrobię zdjęcie!”. I dostaję odpowiedź: „nieważne”. Zastanawiam się, jak to nieważne? Przecież to bardzo ważne. Nie poddaję się, wyciągam rękę i mówię: „Stanisław Tym”. I co słyszę? Osoba, która chce zrobić sobie ze mną zdjęcie odpowiada…: „Wiem”.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Kilka opowiastek Stanisława Tyma zebranych spod łóżka:</p>
<p>Przechodząc przez Plac Zamkowy w Warszawie, przypominam sobie o moim praprapra… dziadku, Danielu Tymie, ludwisarzu królewskim, który na zamówienie Władysława IV wykonał odlew posągu Zygmunta.</p>
<p>Trzeba mieć w życiu szczęście, bo bez niego jak bez ręki, jak powiedział pewien pianista.</p>
<p>Po co ja będę jeździł do Afryki, skoro u mnie na Suwalszczyźnie jest tak pięknie.</p>
<p>Dziś liczy się czas. A ja jestem przyzwyczajony do tego, że czasu mam mnóstwo.</p>
<p>Marek Piwowski, który jest bardzo dowcipnym człowiekiem, zawsze mówi, że intensywnie myśli nad <em>Rejsem 2</em>. Nakręca koniunkturę, a niektórzy nawet mu wierzą.</p>
<p>Widziałem różne zwierzęta, ale takiego sprzętu jak przy tej sesji fotograficznej nie widziałem nigdy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/stanislaw-tym/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Marcin Świetlicki</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/marcin-swietlicki/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/marcin-swietlicki/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 28 Jan 2010 16:00:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Świetlicki Marcin]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=291</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2006 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Georgiew &#8211; Legenda do wywiadu z Marcinem Świetlickim: Mistrz – Marcin Świetlicki mistrz – bohater powieści Marcina Świetlickiego Koniec legendy. &#8211; Rzecz dzieje się na Małym Rynku w Krakowie, w Księgarni Hiszpańskiej. Mistrz podejmuje hiszpańskim specjałem konsystencji granitowej skały i wódeczką cokolwiek kolorową… Powiedzmy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-295" title="Marcin-Swietlicki" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Marcin-Swietlicki.jpg" alt="Marcin-Swietlicki" width="350" height="229" /></p>
<p><strong>P</strong><strong>LAYBOY nr 7, 2006</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Legenda do wywiadu z Marcinem Świetlickim:</p>
<p>Mistrz – Marcin Świetlicki</p>
<p>mistrz – bohater powieści Marcina Świetlickiego</p>
<p>Koniec legendy.</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Rzecz dzieje się na Małym Rynku w Krakowie, w Księgarni Hiszpańskiej. Mistrz podejmuje hiszpańskim specjałem konsystencji granitowej skały i wódeczką cokolwiek kolorową… Powiedzmy od razu, pierwszą z serii kolorowych.</p>
<p><strong>Zaczynamy od cytatu. „Czy można się do mistrza przysiąść?”.</strong></p>
<p>Ach, takie pytanie. (I tu Mistrz głęboko wzdycha. Dwa razy). Wiecie panowie, trzeba oddzielić bohatera powieści od jej autora. (Mistrz wyraźnie sprowokowany, nie wytrzymuje, wstaje i oddala się, aby wyłączyć hiszpańską muzykę, sączącą się z posrebrzanego odtwarzacza w typie wieży. Widać, szykuje się cięższa przeprawa). O ile znam bohatera, to można się do niego przysiąść, bo najczęściej jest tak pijany, że nie kojarzy, kto koło niego siada. Jest co prawda jeden moment w powieści, kiedy bohater odmawia przysiąścia się warszawiakowi. Ale mam nadzieję, panowie nie urodzili się w Warszawie…</p>
<p><strong>I tu jest pewien problem. Przynajmniej pół problemu.</strong></p>
<p>Trudno. Ale wracając do pytania, łatwiej się przysiąść do mistrza niż do mnie. To z pewnością. Ale nie zamierzacie panowie tropić podobieństw między nami? Delikatnie mówiąc…</p>
<p><strong>Tak wiemy, „…tylko niedouczone matoły mogą porównywać bohatera z autorem”. Chcieliśmy Mistrza cokolwiek zdenerwować.</strong></p>
<p>Spokojnie, naprawdę nie trzeba. Jeszcze wczoraj byłem w Warszawie i z nimi (czytaj: matołami) rozmawiałem.</p>
<p><strong>Był pan w trakcie tych spotkań Świetlickim, czy wizerunkiem Świetlickiego?</strong></p>
<p>Zależy dla kogo (Mistrz się uśmiecha). Bohater książki to jest ten Świetlicki, którego ja, Świetlicki, wymyśliłem. Głosy, że pisząc „Dwanaście”, podjąłem walkę ze swoim medialnym wizerunkiem, nie mają sensu. Głosy, że ja z kolei chciałbym być taki, jak mój bohater, sensu mają jeszcze mniej. Zauważcie panowie, że powieściowy mistrz w ciągu tych dwunastu miesięcy ani razu nie uprawia seksu. Ja nie mam takiego marzenia.</p>
<p><strong>A inne marzenia? Co pan, Mistrzu, zrobi z tymi milionami?</strong></p>
<p>Które zarobię, tak? Najpierw chciałbym mieć pewność zarobienia. Od egzemplarza nie mam znowu tak dużo.</p>
<p><strong>Mieliśmy na myśli sprzedanie praw do scenariusza na podstawie.</strong></p>
<p>Na pewno nie chciałbym, żeby „Dwanaście” trafiło do teatru. Co prawda nie chadzam, ale wiem z nasłuchu, że teatr teraz niszczy polską prozę. Chyba, że będzie to teatr zagraniczny, który da dużo pieniędzy, a ja nie będę musiał oglądać adaptacji. Natomiast film? Chciałbym. Nie wiem, czy to jest filmowa książka. Pewne role sobie już jednak w myślach obsadziłem. Świetnie by było, żeby głównego bohatera zagrał Filip Łobodziński. Jako gwiazdor kina dziecięcego jest naturalnie predysponowany. (Nie zdradzimy, co Mistrz miał na myśli. Wyjaśnia się to na kartach powieści).</p>
<p><strong>Wzorował pan na nim postać mistrza?</strong></p>
<p>Nie. Ja mistrza wymyśliłem jako polską odpowiedź na Bridget Jones.</p>
<p>(I tu autorzy pozwalają sobie na niekontrolowane spazmy. Po blisko pięciu minutach, zbierają się na tyle, by wrócić do rozmowy)</p>
<p><strong>Ale wciąż pan nie odpowiedział, co zrobi z tymi milionami.</strong></p>
<p>Przepuszczę. Nie ma takich pieniędzy, których nie umiałbym przepuścić. Ale proszę o więcej agresji, panowie. Ten wywiad to miła pogawędka. Czy to aby spodoba się Czytelnikom?</p>
<p><strong>Nie przestał pan jeszcze być zadowolony z funkcjonowania swoich genitaliów?</strong></p>
<p>Wciąż niczego się nie wstydzę. Natomiast wiek powoduje, że częstotliwość słabnie. Niby dlaczego, jako stary człowiek, mam nie zasługiwać na funkcjonowanie genitaliów bez przerwy?! Nie widzę powodu. A mimo wszystko częstotliwość słabnie. Nie dramatycznie, ale jednak. Przestaję być atrakcyjny. Wcześniej jakoś łatwiej bywało.</p>
<p><strong>Świetliki mają dużo groupies?</strong></p>
<p>Wcale. To się da nawet ładnie zobrazować. Mamy wspólnego kierowcę z zespołem Pudelsi. I on któregoś wieczora nie wytrzymał i powiedział rzecz następującą: „Wy nie jesteście żaden zespół. Wsiadacie do busa i wyjmujecie gazety, niektórzy – o zgrozo – nawet książki. Jeden tylko pije – pokazał na mnie. A tu, widzicie? Musiałem zmieniać pokrowce na siedzeniach przez Pudelsów. To jest zespół! Narkotyki, alkohol, kobiety, wymiotowanie…”. Lat temu kilka narzekaliśmy na koncercie w Poznaniu, że nie mamy groupies. Jakby panie miały ochotę, to po koncercie jesteśmy w garderobie. Nikt nie będzie bronił wam do nas dostępu. Rzecz niebywała, po koncercie przyszły dwie dziewczyny! Chichocząc, zabraliśmy je do hotelu. Po niedługim czasie, zanim do czegokolwiek doszło, nasz gitarzysta zapytał: „Daleko mieszkacie dziewczyny? A nie boicie się tak po nocy wracać?”. No i odesłał je do domu. Zachował się elegancko i na poziomie.</p>
<p>(Śmiech). (I tu Mistrz ponownie napełnia kieliszki jarzębiaczkiem, przy okazji tracąc rozeznanie, które szkło czyje. Na szczęście w towarzystwie nie ma osobników z gatunku obrzydliwych).</p>
<p>Opowiem jeszcze jedną historię, jeszcze bardziej wstrząsającą. Graliśmy z zespołem Acid Drinkers. Niektórzy z nich zajmują się teraz rockiem katolickim. To było jednak w czasach, kiedy o rocku katolickim najwyraźniej jeszcze nie słyszeli. Mieliśmy wspólną garderobę. My, czekając na swój występ, usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy grać w tysiąca. Gramy sobie, gramy i nagle widzimy, że oto prawdziwe groupies prawdziwego zespołu starają się zrelaksować zespół przed koncertem w kompletnie inny, szalenie profesjonalny sposób&#8230; A my, z tymi kartami… (Mistrz nie może powstrzymać emocji wywołanych reminiscencją i po twarzy wędruje mu filuterny uśmiech).</p>
<p><strong>N</strong><strong>o tak, muzyk rockowy to nie jest nazbyt zaszczytne zajęcie dla mężczyzny. Według Mistrza na uznanie zasługują akwizytor, wizażysta i biskup&#8230;</strong></p>
<p>Ten żart wymyśliłem dla innej gazety.</p>
<p><strong>Prosimy więc na potrzeby Playboya wymyślić idealny zawód dla kobiety.</strong></p>
<p>To świntuszenie jest.</p>
<p><strong>Taką pracę mamy&#8230;</strong></p>
<p>Proszę bardzo. Feministka prowadząca teleturniej.</p>
<p>(Nastaje ogólna wesołość. Na fali tegoż uniesienia, w przypływie fantazji, a po prawdzie powodowany chęcią kupienia kolejnej paczki marlboro, Mistrz proponuje zmianę lokalu i przy okazji niezobowiązujący tour po powieści. Miejsce akcji przenosi się na Mały Rynek, przed wspomnianą Księgarnię Hiszpańską).</p>
<p>Tutaj na piętrze, panowie, mieszka bohater powieści „Dwanaście”, mistrz. Stąd może się udać do jednej ze swoich ulubionych knajp, do Dymu, Psa, Biura lub Zwisu, przez warszawiaków błędnie nazywanego Vis-a-Vis. Naszą wycieczkę zaczniemy właśnie tam.</p>
<p><strong>A wracając do pani Szczuki, pan chciałeś ją kiedyś rozebrać…</strong></p>
<p>Wydaje mi się, że nie ja, tylko Grześ, mój wspólnik, z którym ongiś przeprowadzaliśmy wywiady dla Wysokich Obcasów. To niesłychane, ale pani Kazimiera w wywiadzie dla waszego pisma wkładała w moje usta frazy pana Dyducha. Ona już chyba mężczyzny od mężczyzny nie odróżnia. Jak ją gościliśmy w Pegazie byliśmy dla niej szalenie mili, a ona uznała, że to maczystowski afront. Chyba powinniśmy ją kopnąć na przywitanie, wtedy byłoby OK. W ogóle to wraz z panem Dyduchem traktujemy kobiety bardzo dobrze. W pewnym sensie jesteśmy feministami. A pani Szczuka obraca się w środowisku 15 kobiet i 2 mężczyzn i nie wie, jak jest w Nowej Hucie. Gdyby zajęła się dolą kobiet gnębionych tam przez mężów&#8230; Też mi wielki wybryk feministyczny – pocałowanie jakiegoś tam kierownika z Telewizji w rękę! Niech obleje piwem męża bijącego żonę. To byłoby prawdziwe, poważne działanie. Niech szerzy feminizm w gospodach wiejskich, a nie w sztucznym warszawskim świecie. (Mistrzowi ewidentnie daje się we znaki brak papierosów). Myślę, że ona ma jakiś problem wyniesiony z głębokiego dzieciństwa. Ale na tym nie można jechać przez całe życie&#8230; O, a to jest ulica Bracka i tu zawsze pada deszcz. Pan Turnau ma na tej ulicy knajpę&#8230; widzicie panowie, można do czegoś dojść uprawiając prawdziwą sztukę&#8230;</p>
<p><strong>Ale chciałby Mistrz zobaczyć Szczukę nagą, czy nie?</strong></p>
<p>Ja już niczego nie chcę. Mnie już niewiele uszczęśliwia.</p>
<p><strong>A kiedy byłby Mistrz szczęśliwy? Kogo chciałby Mistrz zobaczyć na rozkładówce w PLAYBOYU?</strong></p>
<p>Tak naprawdę to tylko jedną kobietę – Isabelle Adjani się nazywa. Kocham się w niej do tej pory. Gdybym się nie wstydził, wytapetowałbym sobie pokój jej zdjęciami. Gdybym miał zbudować kościół, zbudowałbym kościół adjanistów&#8230;</p>
<p><strong>Podobną obsesję ma Jacek Borusiński z Mumio.</strong></p>
<p>Założę z nim jej fanklub. O, i to jest pomysł! Chciałbym na rozkładówce zobaczyć Mumio. Również na ich punkcie mam obsesję. Teraz przypomniało mi się, że podkochiwałem się jeszcze w jednej dziewczynce, oczywiście nie z powodów pedofilnych, bohaterce filmu Saury <em>Nakarmić kruki</em>. W Anie Torrent. Niestety jako dojrzała kobieta już nie zrobiła na mnie wrażenia. Nie chciałbym oglądać jej na rozkładówce. Po Adjani na drugim miejscu jest Bellucci.</p>
<p>(W tym momencie wycieczka dociera do Zwisu. Mistrz sugerując, że warszawskie pieniądze mają w tym miejscu mniejszą siłę nabywczą, oddala się do baru i po chwili wraca…)</p>
<p>Może być pliska, syfiasta kolorowa wódka bułgarska?</p>
<p><strong>Wybornie. A czy obok Adjani i Bellucci w sercu Mistrza jest też miejsce na polskie piękności?</strong></p>
<p>Jest. Na wszystkie aktorki, które grały w filmach na przełomie lat 50. i 60. Teresa Tuszyńska! Piękna kobieta. Ciemnooka i ciemnowłosa.</p>
<p><strong>A współcześnie? Może Magdalena Różczka?</strong></p>
<p>Nie znam, bo nie mam od trzech lat telewizora.</p>
<p><strong>To my pokażemy. </strong>(I tu autorzy wyjmują zdjęcia pani Magdy, które, rzecz jasna, zawsze mają przy sobie).</p>
<p>(Mistrz coraz głośniej) No tak! No tak! No tak! No tak! Nie aż tak, ale tak! Nie wiem, czy wiecie, ale jedyny wiersz, który napisałem o polskiej aktorce, to wiersz o Renacie Dancewicz. Wyczytałem w prasie kobiecej, że jest hazardzistką. Ho, ho, ho. Jej debiut w Diabelskiej edukacji był porażający&#8230;</p>
<p><strong>No tak, te sceny pod drzewem z Kondratem. Duże, duże piersi&#8230;</strong></p>
<p>Może w waszym środowisku są duże. (Następuje wesołość Mistrza).</p>
<p><strong>Milo Kurtis twierdzi, że jest pan zwyczajnym brzydalem, a i tak zawsze wyrywa najfajniejsze laski. To prawda?</strong></p>
<p>Chodziło o jedną ciemnowłosą i ciemnooką. Był po prostu zazdrosny. Ale to była jedna, a nie sto!</p>
<p><strong>Musimy teraz spytać o miejsce urodzin Mistrza. Bo funkcjonują dwie oficjalne wersje…</strong></p>
<p>Wersje może dwie, ale prawdziwa jest jedna. Urodziłem się w Lublinie, a wychowywałem w Piaskach pod Lublinem. A Paweł Dunin-Wąsowicz, który wie przecież wszystko, napisał, że Świetlicki na świat przyszedł w Piaskach. Nie chce mi się prostować i kolejni dziennikarze to powtarzają. Bo Dunin-Wąsowicz przecież wie lepiej. W recenzji „Dwanaście” napisał, że wie, kim jest kobieta, która porzuca bohatera w pierwszym rozdziale powieści. Nawet ja tego nie wiem! Wymyśliłem kobietę, a on ją zna. Niebywałe.</p>
<p><strong>Co jeszcze pan PDW wie lepiej od Mistrza?</strong></p>
<p>Wydawca Dunin-Wąsowicz przekonuje na przykład, że jako podstarzały samiec reaguję agresją na młodych mężczyzn. To jest absolutna nieprawda. Ja mam awersję do nieciekawych młodych mężczyzn, których lansuje wydawca Dunin-Wąsowicz. Do zespołu Cool Kids of Death czuję awersję, bo wydaje mi się głupim zespołem. Jakby ci chłopcy byli starsi, reagowałbym tak samo. Ale wydawca Dunin-Wąsowicz wie wszystko&#8230;</p>
<p><strong>Wracając do korzeni, chodzą słuchy, że słuch do języka wyniósł pan z domu, z Lubelszczyzny.</strong></p>
<p>Prawdę mówiąc, na Lubelszczyźnie mówi się najbardziej prawidłowo po polsku. Jest nutka w akcencie, rzecz jasna, ale mówi się ładnie. Byłem wczoraj, jak już wspominałem, w Warszawie. Rozmawiałem ze znanym radiowcem, podobno. A może nawet panem znanym również z telewizji. Ho, ho, ho, ho. I ten pan powiedział do mnie na przykład: „Pozdrowienia za tę piosenkę”. A zaraz potem: „Chwila jest nobliwa”. Na litość boską! I tak cały czas. W Warszawie jest nowomowa. W Krakowie też, tylko inna. Literacka polszczyzna jest na wschodzie.</p>
<p>(Zaświeciły dna kieliszków i Mistrz zaordynował przejście do Dymu, przy okazji pouczając kolegę Łukasza, żeby zostawił dopiero co napoczęte piwo – płyn dla Mistrza obrzydliwy).</p>
<p><strong>Skąd się wzięło pańskie uczulenie na piwo, Mistrzu?</strong></p>
<p>Z Lubelszczyzny właśnie. Jak w siódmej klasie zabrali nas na zbiór chmielu, to wywiozła mnie z pola karetka. Od tamtej pory mam piwowstręt. Puchną mi ręce, dostaję duszności. Próbowałem piwa pszenicznego. To samo.</p>
<p><strong>A piwo z red bullem, tak często występujące w powieści?</strong></p>
<p>Wymyśliłem to jako szczyt obrzydliwości. Podejrzewam, że nikt tego nie pije.</p>
<p>(I tu następuje ożywiona dyskusja o tym, co aktualnie piją dziewczyny w warszawskich dyskotekach. Konkludując – piją właśnie piwo z red bullem, bo wódka z red bullem jest już passe).</p>
<p><strong>Przerobiliśmy trudne dzieciństwo Mistrza i zamierzamy przejść do trudnej młodości. Mistrz był we wojsku bombardierem…</strong></p>
<p>Bombardierem byłem, a jakże. Miałem jedną belkę, byłem artylerzystą i strzelałem z moździerza 82 mm – najlepszej broni do walk ulicznych. Podejrzewam, że dzisiaj również potrafiłbym obsługiwać moździerz. Ale głównie sprzątaliśmy toalety. Wyszedłem z wojska równo 20 lat temu. Pamiętam, że właśnie wybuchł Czarnobyl. Dzisiaj mogę się pośmiać z wojska, ale wtedy bolało strasznie. Fala, problemy – ohyda. Nie znam nikogo, kto był w wojsku i mam nadzieję, że mój syn w wojsku nie wyląduje. Bo to instytucja, która jest po to, żeby ludzie zobaczyli, jacy są ohydni. (I tu Mistrz zrobił się cokolwiek smutny, po czym zaciągnął się tytoniowym dymem i martwo popatrzył przed siebie).</p>
<p><strong>Ze studiów polonistycznych w Krakowie, mamy nadzieję, Mistrz ma lepsze wspomnienia.</strong></p>
<p>Miałem lat 20 i interesowałem się dziewczynami bardziej niż studiami. Wprowadzono stan wojenny i bardziej interesowałem się dziewczynami niż stanem wojennym. Skreślili mnie z listy studentów 14 grudnia 1981 roku. Nie z powodów politycznych, bynajmniej. Zdałem powtórnie na studia, ale znowu nie przystępowałem do egzaminów. Ale pamiętam, że u Jerzego Pilcha dostałem zaliczenie. Mogę opowiedzieć anegdotę, jak Pilch mnie uczył?</p>
<p><strong>Czy Mistrz może?! Mistrz musi.</strong></p>
<p>Kiedy po latach ze wzruszeniem przeglądałem swój indeks, dostrzegłem podpis Pilcha. A wtedy już pracowałem z Pilchem w „Tygodniku Powszechnym”. I myślę sobie, kurde, nie pamiętam, żebym miał z nim zajęcia. Spytałem kolegę ze studiów. A on mówi: „Nie pamiętasz? Przyszedł człowiek na pierwsze zajęcia i tyleśmy go widzieli. Na drugich go nie było, na trzecich też. No to przestaliśmy chodzić. Na koniec semestru, jedna z dziewczyn zaniosła mu wszystkie indeksy, a on się podpisał. Nie miał wyjścia”. A tak w ogóle to pan Jerzy prawdopodobnie wkurzył się na mnie ostatnio.</p>
<p><strong>Zamieniamy się w słuch.</strong></p>
<p>Ujawniłem pewną rzecz. W roku 1995 „Polityka” przyznała mi Paszport za „umiejętne połączenie poezji z muzyką”, którego nie przyjąłem. Dlaczego? Ano, jednym z powodów było to, że Jerzy Pilch powiedział mi, żeby tego nie brać, bo to obciach. No to nie wziąłem. Kilka lat później został stałym felietonistą pewnego warszawskiego tygodnika. Jak mówiłem o tym w wywiadach, to nigdy się to nie ukazywało. Swoją drogą, ja nadal uważam, że to obciach dostawać nagrodę z ludźmi pokroju Jana Klaty (śmiech Mistrza niesie się po Rynku i odbija teatralnym echem).</p>
<p><strong>Często Mistrz odmawia?</strong></p>
<p>Wczoraj odmówiłem pisania felietonów do pewnego portalu internetowego. Za potworne pieniądze. Zwykle mówię: „Nie chcee mii sięę” (i tu Mistrz demonstracyjne ziewnął). Zresztą pisanie felietonów to dla mężczyzny największy upadek. Masz gębę, masz nazwisko, napisz byle co, byle co tydzień. Ohyda.</p>
<p><strong>Wieść gminna niesie, że pewien polski pisarz z samego Nowego Jorku dostaje 10 tysięcy peelenów za jeden felieton w pewnym nowym dzienniku…</strong></p>
<p>To choroba jest! Świetlicki nie ma głowy do dużych liczb. Poza tym żadne pieniądze Świetlickiego nie kuszą, bo Świetlicki sam sobie powiedział kiedyś, że nie, bo nie. Ludzi można okłamać, ale siebie? Byłoby to niepoważne. Są rzeczy, których Świetlicki nie zrobi.</p>
<p>(Tymczasem akcja już czas jakiś temu przeniosła się do Dymu. Kolorowe alkohole zrobiły jednak swoje i autorzy nie zdążyli na czas poinformować Czytelników o zmianie dekoracji).</p>
<p><strong>A propos spraw męsko-męskich. Panu zdaje się świetnie wychodzi praca w męskim tandemie.</strong></p>
<p>Z Grzegorzem Dyduchem spędziłem o wiele więcej czasu niż ze wszystkimi moimi kobietami. Oczywiście nie ma tu żadnych podtekstów homoseksualnych. (Mistrz z lekka poweselał). Chociaż w jednym łóżku niejedną noc spędziliśmy. On mnie dyscyplinuje i nigdy nie zawodzi. Ja zawiodłem go kilkanaście razy. Dzisiaj dostałem od niego spodnie. Czy któryś mężczyzna kupił panom spodnie?</p>
<p><strong>Nie przypominamy sobie. Co więcej, nigdy by nam do głowy nie przyszło, żeby kupić spodnie koledze. Widocznie jesteśmy w mniej zażyłych relacjach niż panowie.</strong></p>
<p>W duecie nie trzeba być przyjaciółmi. Przybora i Wasowski nie byli, my w zasadzie też nie jesteśmy. Jak Grzegorz ma rocznicę ślubu, to mnie nie zaprasza. Jak jest mi smutno i chcę się napić, dzwonię do innych kolegów. My się spotykamy, gdy pracujemy. A czy mogę opowiedzieć anegdotę?</p>
<p><strong>Wal pan.</strong></p>
<p>Po nagraniu płyty z Bogusławem Lindą, Dyduch zwrócił mi uwagę, że jest ostra zima, a ja chodzę w rozklapciałych, żałosnych butach z dziurami. „Trzeba by ci kupić obuwie” – powiedział. Pan Bogusław wyjął 50 złotych i oświadczył: „Zrzutka na poetę”. Potem dostałem po 50 złotych od Grzesia, perkusisty i gitarzysty. Następnego dnia robimy wywiad z panem Materną, opowiadam mu tę anegdotkę, a on wyjmuje kolejne 50 złotych. Następnego dnia koncert w Krakowie gra Lech Janerka, który po opowiedzeniu mu tej historii stwierdził, że zrozumiał o co chodzi, ale 50 złotych nie da. Wychodzimy ze spotkania, a Grześ mówi mi na ucho: „Masz kolejne pięć dych. Janerka wolał być dyskretny i włożył mi je do kieszeni”. (Rozbawienie Mistrza osiąga stany wysokie). Kupiłem buty, które należą do zespołu Świetliki, Lindy, Materny i Janerki&#8230;</p>
<p><strong>Kiedyś powiedział pan: „Jestem sprzedajny, już dawno dałem dupy”&#8230;</strong></p>
<p>Historia o butach jest właśnie o tym&#8230; Nie jestem kontestatorem, jak niektórzy by sobie tego życzyli, bo prawdziwy kontestator siedzi w piwnicy i kontestuje tak, że nikt o tym nie wie. Ja sprzedaję książki, wydaję płyty, gram koncerty. W tej chwili być może sprzedamy swoją piosenkę do reklamy wody mineralnej. Jaki ze mnie buntownik?! Ale nie biorę pieniędzy z Ministerstwa Kultury, a wszyscy literaci biorą. Nie piszę podań. Nie biorę pieniędzy na kolejne eseje o Europie. To może jednak jestem kontestatorem? (Mistrz po raz wtóry prezentuje śmiech rubaszny).</p>
<p><strong>Andrzej Stasiuk mówi, że Mistrz pisze takie dobre wiersze, bo ma kompletnie depresyjne mieszkanie z widokiem na śmietnik i dupy osobników, którzy oczekując na tramwaj siadają na parapecie Mistrza.</strong></p>
<p>Zmieniło się. Teraz mam piękny widok z okna. Ale nikt o tym nie wie. I dobrze, bo boję się pielgrzymek wariatów. Raz, wynosząc śmieci, spotkałem człowieka, który wykrzykiwał fragmenty moich wierszy. Nie wrzeszczał z podziwem, tylko z agresją. Koszmar. Johna Lennona zabił taki gość. O tym mniej więcej będzie kolejna powieść „Trzynaście”.</p>
<p>(Po wypiciu następnej lampki jacka danielsa ufundowanej przez Mistrza, wciąż utyskującego na siłę nabywczą warszawskiej złotówki, wycieczka postanawia opuścić Dym i przenieść się do Psa. Po drodze Mistrz demonstruje Biuro).</p>
<p>W tym miejscu, albo w tym obok, czyli gdzieś pomiędzy Dymem a Psem, umieściłem ulubiony lokal mistrza. Do tej pory co najmniej sześciu osobników przyznało się już wszem i wobec, że kolega mistrza i właściciel Biura, Mango Głowacki, to jako żywo oni we własnej osobie. Żadnego nie wyprowadzam z błędu. A jak panowie na dłużej zostaniecie w Krakowie, to poznacie wszystkich bohaterów powieści, którzy ostatnimi czasy mnożą się na potęgę.</p>
<p><strong>Zdaje nam się, że w Warszawie też można kilku spotkać. Na przykład wielkoluda Edwina, szefa komercyjnej stacji telewizyjnej…</strong></p>
<p>Ja bym Panom zalecał ostrożność. Bo proces jak nic. (Co powiedziawszy, Mistrz zaciągnął się głęboko tytoniowym dymem. A Pies został zdobyty).</p>
<p><strong>Dziękujemy za ostrzeżenie. Postaramy się uważać. A czy inna osobowość telewizyjna &#8211; pani Fajkowska &#8211; już wie, kim pan jest, Mistrzu?</strong></p>
<p>Nigdy się nie dowie. Ale wie na pewno, kto to jest Krzysztof Kiljański, Kayah, a nawet Adam Zagajewski. Rzecz działa się jakieś 15 lat temu. Pierwszy raz wstąpiłem w telewizyjne progi. Pani Jolanta spojrzała na mnie i powiedziała: „Nie może tak być! Pan ma brudne buty”. Mówię jej, że wokół tej waszej telewizji tyle błota, że nie da się butów nie zapaskudzić. Nie pomogło. Musiałem iść do łazienki i czyścić buty papierem toaletowym. Zrobiła z nami wywiad, zadając pytania w stylu: „Czy są panowie znani w Krakowie?”. To było moje pierwsze zetknięcie się z wielkim światem. Dzisiaj już butów bym nie wyczyścił.</p>
<p><strong>Nosowska powiedziała nam, że jak pochowają Świetlickiego, to już nie będzie nikogo. Co Mistrz na to?</strong></p>
<p>To prawda jest. Ale ja przeżyję Nosowską (śmiech z gatunku bezgłośnych). Byłoby miło, jakbyście mnie chowali, jakbyście wszyscy przyszli, ale wiem, że nikt nie przyjdzie. Tylko starzy jazzowi muzycy zagrają „Kiedy wszyscy święci maszerują…”. Naprawdę wolałbym wam powiedzieć coś bulwersującego, ale, wierzcie mi, nie mam czego.</p>
<p><strong>Może niech Mistrz zademonstruje, jak wygląda człowiek piszący smsa i pokaże skupienie psa robiącego kupę.</strong></p>
<p>Ho, ho, ho. Nie widzieli panowie? Naprawdę? Na okładce „Dwanaście” mam taką minę.</p>
<p><strong>Widać przeoczyliśmy, ale obiecujemy nadrobić. Tymczasem będziemy się żegnać, bo za kwadrans odchodzi ostatni ekspres do stolicy…</strong></p>
<p>Chwila, chwila! Słyszałem, że Maleńczuk dostał kasę za wywiad dla Playboya. A ja mogę? (Tym razem Mistrz zaśmiał się sardonicznie).</p>
<p><strong>To plotka, a nawet pomówienie. Ale tak polubiliśmy Mistrza, że możemy pogadać z Mellerem. Chociaż w zasadzie nie mamy w tym interesu&#8230; Poleci nam z wierszówki.</strong></p>
<p>OK. To kupcie jeszcze przynajmniej po danielsie&#8230;</p>
<p>(Rozmowa z Mistrzem trwała 4 godziny i 15 minut. Pito jarzębiak, pliskę, stocka, jacka danielsa, a także jedną wódkę z cytryną i duże piwo. Nic nie jedzono, nie licząc hiszpańskiego specjału. Wypalono dwie paczki papierosów z filtrem, oraz kilka skręconych przez pana Arkadiusza. Spotkano: kilkuset warszawiaków, kilku poetów &#8211; w tym ojca dwóch Marilyn Mansonów, DJ-a, Roberta Smitha, redaktorkę „Tygodnika Powszechnego”, pracownika TVN-u, Pana Dyducha, Piotra Skrzyneckiego, Dodę, Radosława Majdana i pewnego zawodowego mordercę&#8230; Nie spotkano: mistrza, braci Kaczyńskich i Kazimiery Szczuki.)</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Świetliste myśli</p>
<p>O SOBIE:</p>
<p>Piję alkohol od pewnego czasu. Nie wiem, jak to jest &#8211; nie pić.</p>
<p>Ostatnio z próżności kliknąłem na strony miasta Kraków i sprawdziłem, czy piszą coś o mnie. Ani słowa. A o Grzegorzu Turnale? Kliknąłem i wyskoczyło dziesięć tysięcy dokumentów. Nie jestem chlubą miasta. Wcale się miastu nie dziwię.</p>
<p>O LITERATURZE:</p>
<p>Moją ulubioną książką jest niezmiennie <em>Pod wulkanem</em>.</p>
<p>Mam potworny głód książek, w których rozmawiają ludzie.</p>
<p>Nadchodzi czas fabuły. Nadchodzi czas przygód. Nadchodzi czas pięknych, występnych, inteligentnych kobiet i interesujących, mądrych mężczyzn.</p>
<p>Dziwi mnie zapotrzebowanie na tak zwaną powieść gejowską.</p>
<p>Ha-art rozpisał podobno konkurs na powieść antyklerykalną. Idiotyzm po prostu.</p>
<p>Nie jestem w stanie napisać niczego na zamówienie. Mój ojciec przeciwnie. Napisał przed kilku laty dla dyrektora mleczarni w Piaskach wiersze na zjazd rodzinny. Przez jakiś czas otrzymywał honorarium w produktach mlecznych. Genialna sprawa.</p>
<p>O „DWANAŚCIE”:</p>
<p>Jak bohater spotyka kobietę wyższą o centymetr, od razu czuje się nieswojo.</p>
<p>Doda i Radosław Majdan mogliby zagrać w filmie na podstawie mojej powieści. Nie ukrywam, że jest tam para na nich wzorowana.</p>
<p>Wypatrzyliśmy w Warszawie dziewczynę podobną do pani Marzenki z powieści &#8211; duża ładna pani. Pracuje jako barmanka we włoskiej knajpie. Jakbyście panowie spotkali, proszę powiedzieć, że chętnie zatrudnimy ją w filmie na podstawie książki.</p>
<p>O ŻUŻLU:</p>
<p>Najważniejszy jest w nim zapach.</p>
<p>O PIŁKARSKIM MISTRZU POLSKI:</p>
<p>Chciałbym, żeby był nim Motor Lublin.</p>
<p>O POLSKICH PIŁKARZACH:</p>
<p>W telewizji tragedia, ale w radiu (jak ich nie widać) są herosami.</p>
<p>O STASIUKU:</p>
<p>Nie ma konfliktu, ale on jest moim byłym wydawcą, a z nimi jest tak, że każdego przestaję lubić.</p>
<p>O PILCHU:</p>
<p>Przez parę lat siedzieliśmy pięć metrów od siebie w redakcji „Tygodnika Powszechnego”. I w zasadzie na tym polega nasza znajomość.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/marcin-swietlicki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

