<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady &#187; MUZYCY</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/kategoria/muzycy/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Sun, 29 Apr 2012 20:39:32 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
		<item>
		<title>Marcin Wyrostek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/marcin-wyrostek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/marcin-wyrostek/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 29 Apr 2012 19:45:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Wyrostek Marcin]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3407</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 04, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Marcin Klaban &#8211; Jak się podrywa na akordeon? Dajcie spokój. Wszyscy koledzy ze szkoły muzycznej mieli problem, żeby przed dziewczynami w ogóle przyznać się do akordeonu. To naprawdę było obciachowe. Mam nadzieję, że podejście do tego instrumentu powoli się zmienia. Chciałbym, żeby zniknęła biesiadna [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3412"><img class="alignleft size-full wp-image-3412" title="Marcin-Wyrostek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/04/Marcin-Wyrostek.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 04, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Marcin Klaban</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jak się podrywa na akordeon?</strong></p>
<p>Dajcie spokój.<strong> </strong>Wszyscy koledzy ze szkoły muzycznej mieli problem, żeby przed dziewczynami w ogóle przyznać się do akordeonu. To naprawdę było obciachowe. Mam nadzieję, że podejście do tego instrumentu powoli się zmienia. Chciałbym, żeby zniknęła biesiadna łatka, którą ma akordeon. To fantastyczny instrument koncertowy.</p>
<p><strong>Czułeś się kiedykolwiek obciachowo, grając na nim?</strong></p>
<p>Był taki moment w liceum. Wyjazdy, koncerty, ludzie z branży, wszystko spoko, ale jak przychodziła konfrontacja z rówieśnikami, którzy wymiatali na gitarach, to czułem się nieswojo. Tym bardziej, że zawsze brakowało pomysłu na nagłośnienie, oświetlenie i repertuar. Dziś uważam, że przy odpowiedniej oprawie, akordeon nie ustępuje widowiskowością gitarze.</p>
<p><strong>A widziałeś kiedyś</strong> <strong>akordeonistę z widowiskową, długą brodą?</strong></p>
<p>Nie i chyba nigdy nie zobaczę. Brodaty akordeonista miałby duże problemy z regestrami. Poza tym pozostaje jeszcze kwestia kominów pod brodą.</p>
<p><strong>Czego?</strong></p>
<p>Widzicie, jaką mam krzywą brodę? (<em>Faktycznie, prawa strona kości brody Marcina jest wklęśnięta – przyp. aut.</em>). Zwróćcie uwagę, że akordeoniści często przykładają brodę do instrumentu. Jednak nie po to, żeby go przytrzymać, tylko aby włączyć inną barwę brzmienia. Chyba, że są dziećmi i walczą z za dużym instrumentem. W dzieciństwie używałem brody jako dodatkowego stabilizatora. Nie miałem wyjścia. Gdybym nie opierał brody o instrument, nie widziałbym palców. Ta krzywizna to pamiątka po tamtych czasach. Bardzo długo w ogóle nie miałem zarostu w tym miejscu i świeciłem wyślizganym plackiem. Dopiero na studiach nabrałem wystarczającej krzepy i godzinami trzymałem akordeon bez pomocy brody. Zarost z czasem się pojawił.</p>
<p><strong>A co z włosami na klacie i udach?</strong></p>
<p>Nie rozumiem.</p>
<p><strong>Od Czesława Mozila wiemy, że każdego szanującego się akordeonistę można poznać po wydepilowanych od instrumentu klacie i udach.</strong></p>
<p>Jeśli ktoś ćwiczy nago, to może i tak (<em>śmiech</em>). Zresztą ja gram głównie na stojąco, więc wycieranie włosów na udach odpada w przedbiegach. Siadam tylko, jak ćwiczę, ale po chwili i tak wstaję, nawet kiedy gram po ciemku.<strong></strong></p>
<p><strong>Po ciemku? Wstydzisz się?</strong></p>
<p>Pewnie, w końcu gram na wstydzie (<em>śmiech</em>). Często zaciemniam pokój i gaszę światło. Odcinając jeden zmysł, wyostrzam pozostałe. To bardzo pomaga. Podobnie jak stanie przy ścianie. Kiedy dźwięk odbija się od muru, lepiej go słychać. <strong></strong></p>
<p><strong>Problemy z kręgosłupem?</strong></p>
<p>Nie ma przebacz. Odcinek lędźwiowy daje o sobie znać. Ale też nie ma tragedii. Od dawna stosuję system podwójnych pasów. To mój własny patent, żeby było lżej i wygodniej.</p>
<p><strong>Powinieneś oficjalnie opatentować ten pomysł i sprzedawać go producentom akordeonów.</strong></p>
<p>Z taką ofertą będę musiał pojechać pewnie do Włoch. Większość najlepszych akordeonów na świecie powstaje w jednym miejscu &#8211; we włoskiej miejscowości Castelfidardo. Tam swoje manufaktury mają takie marki jak Paolo Soprani, Victoria, Scandalli, Guerrini, Excelsior, Dino Baffetti, Gabbanelli, Pigini a także Ballone Burini. Nigdy tam nie byłem, ale wyobrażam sobie, że musi to być niesamowite miejsce: każda para rąk pracuje nad jakimś akordeonem.</p>
<p><strong>A jak twoje ręce? Nie mdleją po kilku koncertach dziennie?</strong></p>
<p>Nie ma takiej możliwości. Ale kiedyś pozwoliłem sobie wypić dwa Red Bulle między koncertami. Efekt był tragiczny. Podczas występu zaczęły mnie łapać skurcze. Potworna walka z materią. Nie byłem w stanie rozciągnąć miecha. Wbrew pozorom gra na akordeonie wymaga dużo siły.</p>
<p><strong>Czyli nie jest to instrument dla słabeuszy?</strong></p>
<p>Zdecydowanie nie. Prawdopodobnie dlatego w mojej branży jest dosyć mało zawodowych akordeonistek.</p>
<p><strong>Nie znalazłbyś choćby jednej na naszą rozkładówkę?</strong></p>
<p>Szkoda, że moja żona nie gra (<em>śmiech</em>). A tak na poważnie, to byłby problem. Dziewczyny są zwykle za wątłe do dużego, 15-kilogramowego instrumentu.</p>
<p><strong>Wiadomo – im większy, tym lepszy&#8230;</strong></p>
<p>Brzmi może dwuznacznie, ale prawdziwie. Im większe pudło rezonansowe, tym lepsze brzmienie oraz większa skala dźwięku. A im instrument większy, tym cięższy i bardziej niewygodny – szczególnie dla kobiet. Przecież to 15-kilogramowe pudło przygniata klatkę piersiową.</p>
<p><strong>Coś sugerujesz?</strong></p>
<p>Na pewno znajdziecie wspaniałe akordeonistki-amatorki. Ja jednak na rozkładówce PLAYBOYA wolałbym oglądać Jennifer Lopez.</p>
<p><strong>Jesteśmy za, ale Lopez ma prawie 43 lata&#8230; Czy im starszy akordeon, tym lepszy?</strong></p>
<p>To nie skrzypce. Mówiąc kolokwialnie &#8211; akordeony się rozgrywają. Z czasem przestają trzymać szczelność, wosk kruszeje&#8230;</p>
<p><strong>Wosk?!</strong></p>
<p>W środku każdego akordeonu jest głośnia, czyli mówiąc w olbrzymim uproszczeniu, taka harmonijka ustna ze stroikami. Bo nie wiem, czy wiecie, że akordeon i harmonijka to ta sama rodzina instrumentów harmonicznych&#8230; Ale wracając do pytania – miejsca w głośni pomiędzy stroikami zalewane są właśnie woskiem.</p>
<p><strong>Na jakim najstarszym akordeonie grałeś?</strong></p>
<p>Na tym od mojego taty, który wisi w domu rodziców na honorowym miejscu.</p>
<p><strong>Czy to ten instrument, który dziadek kupił za pieniądze ze sprzedaży krowy?</strong></p>
<p>Właśnie ten. Wciąż w rodzinie. Przechodzi z ojca na syna. Gdyby nie dziadek, który porwał się na takie „szaleństwo”, żeby synowi zafundować porządny instrument, jego wnuk nie byłby akordeonistą. Tata jednak zdradził akordeon i zaczął szkołę muzyczną na klarnecie. Potem dziadek miał wypadek i ojciec, jako najstarszy z rodzeństwa, musiał zacząć normalnie pracować. Szkołę przerwał. Samo życie.</p>
<p><strong>Krowa na wsi to był kiedyś majątek.</strong></p>
<p>Dzisiaj instrument tej klasy, co polska „Wiktoria”, którą nabył dziadek, kosztuje ok. 8 tys. zł. Nawet teraz wydaje się, że to bardzo dużo. Ale w tamtych czasach wartość nabywcza krowy była znacznie wyższa.</p>
<p><strong>Niestety krowy bardzo się zdewaluowały. Dziś trzeba sprzedać cztery, żeby starczyło na jeden, średniej jakości, akordeon.</strong></p>
<p>I co to mówi o naszych czasach? Krowy po prostu zeszły na psy.</p>
<p><strong>Nie chciałeś nigdy rzucić akordeonu na rzecz innego instrumentu?</strong></p>
<p>Przez chwilę myślałem o trąbce. Nie miałem jednak czasu na zmiany, bo bardziej zajmowała mnie wtedy mechanika samochodowa i agresywna jazda na rolkach. Ubierałem się w czarne lenary z białymi szwami na wierzchu. Pamiętacie te spodnie. Był szacun (<em>śmiech</em>). <strong></strong></p>
<p><strong>Jakie plakaty wieszałeś wtedy nad łóżkiem?</strong></p>
<p>Pamiętam przede wszystkim obrazki z BMW i Guns’n’Roses. Potrafiłem wtedy z kumplem wystawić kolumny na balkon i na całą dzielnicę puszczać <em>November Rain.</em> Co za czasy&#8230; Nie wiem, jak mogłem znaleźć wolną chwilę na cokolwiek. Ćwiczyłem całymi godzinami i wciąż koncertowałem. W domach starców, domach dziecka, domach kultury, przedszkolach albo kościołach.</p>
<p><strong>Kto był twoim „menedżerem”?</strong></p>
<p>Głównie mój nauczyciel, a także ojciec. Ale jeszcze w czasach przedszkolnych nietuzinkowymi umiejętnościami popisywała się moja starsza siostra. Kiedyś zaszliśmy po coś do sklepu, w którym sprzedawca poprosił, żebym coś zagrał. W nagrodę dostałem cukierki. Wyszliśmy ze sklepu, a za parę metrów siora złapała mnie za fraki i wrzuciła do kolejnego. W ten sposób obeszliśmy połowę sklepów w Jeleniej Górze. Był z niej prawdziwy rekin biznesu.</p>
<p><strong>Ty za to byłeś rekinem uwodzenia. Swoją żonę poderwałeś już w podstawówce.</strong></p>
<p>To ona mnie wypatrzyła! Na jakimś apelu, na którym &#8222;cisłem&#8221; różne etiudy i ćwiczenia. Opowiadała mi później, że miałem marynarkę w kratę i ogólnie robiłem dobre wrażenie. Ale tak naprawdę to zainteresowaliśmy się sobą dopiero w liceum. Pamiętam, że zaiskrzyło w Lany Poniedziałek. Alicja szła sobie do kościoła. Sucha nitka na niej nie została. Tak to się zaczęło (<em>śmiech</em>). Miała farta, bo z chłopakami zwykle zasadzaliśmy się nad Kamienną i wszystkie przechodzące dziewczyny wrzucaliśmy do rzeki.</p>
<p><strong>Czy żona potrafi grać na akordeonie?</strong></p>
<p>Nie bardzo. Na szczęście jest normalna, dzięki czemu w rodzinie panuje równowaga. U mnie w domu grałem ja, grała siostra i grał ojciec. Tylko mama była normalna. Zresztą też Alicja. Tata nigdy nie rozstał się z muzyką. Grał w każdej wolnej chwili. Nawet jak był w szpitalu to grał. Podobnie jak ja. Ojciec to pracoholik. Mam to po nim. Tak samo jak smykałkę do prac technicznych. Tata pracował, montując instalacje sanitarne, ale też własnoręcznie zbudował nasz dom, łącznie z wylewaniem betonowych bloczków. Poza tym lubił naprawiać samochody. To też od niego przejąłem. Miałem 20-letniego malucha, który wciąż się psuł. Nie można było nim odjechać od Jeleniej Góry dalej niż 20 kilometrów. Kupiłem więc książkę <em>Sam naprawiam</em> i po pewnym czasie sprawnie rozbierałem skrzynię biegów, a nawet głowicę, o wymianie zawieszenia nie wspominając. <strong></strong></p>
<p><strong>Wspomniałeś o szpitalu&#8230;</strong></p>
<p>A wiecie, że tacie kiedyś o mało nie wycięli przez pomyłkę wyrostka? Przyszedł do szpitala i przedstawił się. To wystarczyło. Po paru minutach wieźli go na salę operacyjną <em>(śmiech).</em></p>
<p><strong>A co z twoim szpitalem?</strong></p>
<p>Nie miałem dla siebie litości. Ćwiczyłem, wykładałem na uczelni, grałem koncerty. Ze zmęczenia podpierałem się nosem. Jeździłem wszędzie tam, gdzie chcieli mnie słuchać, do każdego nawet najmniejszego domu kultury. Nigdy nie odpuszczałem. Potrafiłem jechać w trasę z silnym zapaleniem okostnej, codziennie – własnoręcznie – drenując chory ząb. Lata jedzenia w biegu byle czego dały o sobie znać. Diagnoza &#8211; ostre zapalenie trzustki. Dwunastokrotnie przekroczyłem normę amylazy. Lekarze przecierali oczy ze zdumienia. Kiedy już położyli mnie w szpitalu, to i tak ćwiczyłem na sali aż miło. Pozostałym pacjentom bardzo się podobało.</p>
<p><strong>Wyleczyłeś się chociaż?</strong></p>
<p>Z pracoholizmu czy zapalenia trzustki? Jakoś się wylizałem, ale przez cztery miesiące miałem bardzo surową dietę. Chude mięso i warzywa na parze, ryż i makaron. To wszystko popijałem tylko wodą. Na koncerty w Niemczech zabrałem ze sobą dwadzieścia słoików z „moim” jedzeniem. Inaczej chyba bym się przekręcił.</p>
<p><strong>Grałeś kiedyś na weselach?</strong></p>
<p>Tak. Razem z tatą, który miał swój zespół. To była genialna nauka grania ze słuchu. Spisywałem sobie z radia hity i miałem gotowe nuty. Potem tylko aranż i gotowe. Uważam, że epizod weselny był dobrym uzupełnieniem klasycznego wykształcenia muzycznego.</p>
<p><strong>Zarabiałeś na graniu?</strong></p>
<p>Niewiele, ale jednak. W ogóle od najmłodszych lat chwytałem się rożnych robót. Przepisywałem na przykład rękopisy na komputerze. Zarywałem całe noce, bo w ciągu dnia nie miałem czasu. Motywację do zarabiania, nawet małych sum, zaszczepił mi ojciec, który wprowadził bardzo prosty system. Mówił: „Jeśli chcesz cokolwiek kupić, to zarób połowę, a ja zawsze dołożę ci drugą”. Nie zawsze się jednak udawało. Kiedyś próbowałem sprzedawać bez na bazarku pod cmentarzem. Nic nie zarobiłem, a dodatkowo zniszczyłem mamie wiaderko.</p>
<p><strong>A gdzie dorabiałeś jako student?</strong></p>
<p>Na przykład na ulicy w Niemczech. Brałem krzesełko, akordeon, szukałem rynku i grałem. Zbierałem w ten sposób na nowy instrument, bo mój nie nadawał się już do niczego. Wciąż odpadały guziki, które z uporem maniaka przyklejałem na superglue. Bywało tak, że otwierałem futerał, a w nim leżała luzem połowa guzików. Występowałem w teatrach, uczyłem w szkołach, starałem się być wszędzie, gdzie tylko się dało. Setki razy próbowałem wyjść z akordeonem do ludzi. Byłem własnym menedżerem. Wysyłałem propozycje recitali do polskich konsulatów za granicą. Jak już ktoś był zainteresowany, to nigdy nie pytałem, za ile chce mnie wynająć. Po prostu wsiadałem w auto i prułem do Monachium. Kiedyś zgłosiłem się nawet do programu „Jaka to melodia?”. Gratulowano mi świetnego castingu, ale do programu się nie dostałem. Widocznie nie potrzebowali akordeonisty. <strong></strong></p>
<p><strong>Czy dziś masz jeszcze ochotę rywalizować z innymi wirtuozami podczas konkursów?</strong></p>
<p><strong></strong>Ochotę mam, gorzej z czasem. Kiedyś miesiąc przed konkursem potrafiłem spędzać wszystkie weekendy w szkole. Nawet w Wielkanoc ćwiczyłem. Do dziś jestem perfekcjonistą i lubię się sprawdzać z najlepszymi. To wyzwanie prawie sportowe. Nakręca mnie ten typ rywalizacji. Zawsze tak miałem.</p>
<p><strong>Wszyscy akordeoniści tak mają?</strong></p>
<p>Nie. Wielu po studiach usuwa się w cień. Wolą spokojnie uczyć zamiast się szarpać. Ja postawiłem sprawę va banque. To brzmi absurdalnie, ale postanowiłem zostać przy akordeonie. Grałem, jeździłem, grałem, jeździłem i kroczek po kroczku się rozwijałem. Dodatkowo spotykałem na swojej drodze wiele fascynujących postaci. Widziałem na przykład Maorysa, który przed występem odtańczył na scenie szalony taniec wojownika. Darł się i konwulsyjnie rzucał. Dopiero po paru minutach zaczął grać na instrumencie.</p>
<p><strong>Nigdy nie miałeś chwili zwątpienia?</strong></p>
<p>Dopiero<strong> </strong>po ślubie zacząłem się zastanawiać, czy akordeon nie jest jakąś fanaberią. Nic z niego nie miałem, poza własną, egoistyczną radością. Myślałem intensywnie, czy nie przyszedł moment, żeby zająć się poważnym życiem. Trzydziestka na karku, a ja dalej rozciągam ten miech&#8230; W końcu zdecydowałem, że jak w 2009 r. nic się nie zmieni, to od nowego roku zacznę nowe życie. Nie wiedziałem, co będę robić, ale planowałem rewolucję. Traf chciał, że pod koniec roku wygrałem „Mam talent”. Dzięki temu nadal mogę celebrować ten swój absurdalny sposób na życie. Dziś mam kierowcę i od czasu do czasu mogę spać nawet 8 godzin na dobę! W tej chwili gram wielką trasę koncertową promującą moją nową płytę <em>Marcin Wyrostek &amp; COLORIAGE</em>,  która pokryła się już platyną! Dzięki owocnej współpracy z wytwórnią KAYAX w marcu i kwietniu odwiedzimy aż 18 miast w Polsce – wszelkie szczegóły można znaleźć na mojej stronie internetowej. Będzie to taka muzyczna eksplozja muzyki bałkańskiej, jazzowej oraz latynoamerykańskiej. Serdecznie zapraszam wszystkich czytelników na nasze koncerty! Propozycje współpracy składają mi nawet metalowcy i hiphopowcy. Żyć, nie umierać.</p>
<p><strong>Na bank wzrosło też twoje powodzenie u kobiet.</strong></p>
<p>Zawsze byłem ciemny w relacjach z kobietami. Nigdy niczego nie widziałem. Jak kumple mówili, że jakaś dziewczyna się na mnie patrzy, to dziwiłem się, jak oni to zauważyli. Niczego nie dostrzegałem. Wszystko było gdzieś obok. Zawsze byłem w biegu i nie miałem czasu na pierdoły (<em>śmiech)</em>. Dziś również tego nie zauważam. Jedyne co się we mnie zmieniło to to, że bez krępacji mogę podejść nawet do najpiękniejszej laski na świecie.</p>
<p><strong>Pewnie i tak to do ciebie raczej podchodzą. Jesteś rozpoznawalny?</strong></p>
<p>Bywam. Ludzie mnie znają, ale nie wiedzą skąd. Chyba, że mam przy sobie akordeon. Wtedy szybko kojarzą fakty. Poza tym nagminnie jestem brany za Marcina Rozynka. Nie wiem dlaczego.</p>
<p><strong>Wynotowaliśmy sobie różne określenia akordeonu. Zmarszczka, wstyd, kasta, świnia, kaloryfer, cyja, przegubowiec, ciąża, muł&#8230; Dorzucisz coś?</strong></p>
<p>W Akademii Muzycznej pierwszoroczniaków nazywa się ikarusami. Dopiero po pewnym czasie można ich pasować na akordeonistów. Odbywa się wtedy gala obrywania miechów. Stoi się z takim miechem, uwiązanym na nitce do szyi i śpiewa się hymn akordeonistów: <em>Niechaj żyje akordeon / kasta, ciąża, świnia, muł / Rączka lewa w prawo, w lewo / rączka prawa w górę, w dół / Niechaj żyją nam cyiści / chociaż hańba to i wstyd / bo na takim instrumencie / nie powinien grać już nikt / Trochę skóry i tektury / trochę desek, trochę szmat / czy to nowy czy też stary / pełen jest ukrytych wad / Plastikowa obudowa / szelki dwie, dziurawy miech / Grać na takim instrumencie /to nie grzech, to zwykły pech. </em>Całość jest oczywiście dłuższa.<em> </em>I nie dość, że trzeba się tego nauczyć, to jeszcze dodatkowo są różne zadania &#8211; na przykład granie na akordeonie odwróconym do góry nogami. Jest też „napój bogów” do wypicia, czyli wszystko co najgorsze, zlane do jednego kubka.</p>
<p><strong>Prawdziwa fala akordeonistów.</strong></p>
<p>Nikt nie narzeka. A jeśli chodzi o nazwy dla akordeonu, to jedną ze śmieszniejszych jest syntezator marszczony. Zresztą jest całkiem sensowna. Mam w domu akordeon elektroniczny midi, który działa jak syntezator – można nastawić na nim różne brzmienia i udawać gitarę, harmonijkę, trąbkę, czego dusza zapragnie.</p>
<p><strong>Powiedz nam jeszcze, czy tak jak Czesław pokazujesz studentkom jak grać, wybijając rytm na ich udach?</strong></p>
<p>Niestety nie mam żadnej studentki. A studentów uderzam palcami w ramię lub bark. Nuda, co.</p>
<p><strong>Straszna. A czy akordeoniści mają groupies?</strong></p>
<p>Nie zauważyłem&#8230; Moimi najwierniejszymi fankami były zawsze ciocie, babcie i mamy kolegów.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/marcin-wyrostek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czesław Mozil</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil-2/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil-2/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 30 Mar 2012 20:39:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Mozil Czesław]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3349</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 03, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Marcin Klaban &#8211; Przykro nam, że miałeś nieprzyjemną podróż. Aż na Facebooku zawrzało. Po trzydniowym balecie spałem tylko godzinę. Byliśmy jednak umówieni, więc grzecznie wsiadłem do pociągu w Krakowie o 6:45. Wchodzę do przedziału, w którym siedzą trzy krawaty. Na głowie mam kapturek, ale [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3355"><img class="alignleft size-full wp-image-3355" title="Czesław-Mozil-2" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/03/Czesław-Mozil-2.jpg" alt="" width="350" height="244" /></a>PLAYBOY nr 03, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Marcin Klaban</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Przykro nam, że miałeś nieprzyjemną podróż. Aż na Facebooku zawrzało.</strong></p>
<p><strong></strong>Po trzydniowym balecie spałem tylko godzinę. Byliśmy jednak umówieni, więc grzecznie wsiadłem do pociągu w Krakowie o 6:45. Wchodzę do przedziału, w którym siedzą trzy krawaty. Na głowie mam kapturek, ale nie wyglądam źle. Mimo kaca nie śmierdzę alkoholem. Wrzucam walizkę na półkę i co słyszę? „Pan wie, że to jest pierwsza klasa?”. Załamka. Co mogłem odpowiedzieć? „Tak, dlatego tutaj jestem, proszę pana”. Dałem wpis na Facebooku i poszedłem spać.</p>
<p><strong>Trochę nam ulżyło. Że ten afront to w Krakowie, a nie u nas. </strong></p>
<p><strong></strong>Poniedziałek, skoro świt. Cały pociąg załadowany krakowskimi krawaciarzami, którzy w weekendy obgadują dupy warszawiakom, a potem wbijają się w garnitury i przyjeżdżają zarabiać tu pieniądze.</p>
<p><strong>Ostatnio twoja miłość do Krakowa chyba słabnie.</strong></p>
<p><strong></strong>Kocham Kraków, ale żeby cokolwiek zrobić, żeby popracować, muszę przyjechać do Warszawy. Kraków to miasto, w którym lubię się niszczyć. Czasami po balu, który trwa 38 godzin czuję się oczyszczony. Jak po spowiedzi w kościele. To idealne miejsce na imprezowe katharsis. Tam każdy jest artystą, prawie zawsze niespełnionym. Siedzą w Alchemiach, Psach, Zwisach i opowiadają, jakie to napiszą książki, nakręcą filmy i nagrają płyty. Dzień po dniu, noc po nocy &#8211; wciąż to samo. Czasem robią sobie przerwę, żeby zaczepić Czesia albo innego „co się sprzedał” i okazać im swoją wyższość. W co drugiej krakowskiej knajpie ktoś mi oświadcza, że jestem niezdolny, głupi i sprzedałem się jak dziwka. W Warszawie nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Tutaj jest mniejsza napinka.</p>
<p><strong>Dlatego założyłeś drugą bazę w stolicy?</strong></p>
<p>Kiedyś policzyłem sobie, że więcej czasu spędzam w warszawskich hotelach niż w swoim krakowskim mieszkaniu. Wziąłem kredyt i kupiłem sobie mieszkanie na Pradze. Jedynym miejscem w stolicy, które dobrze znałem, był Łysy Pingwin przy Ząbkowskiej. Musiałem osiedlić się w tych okolicach.</p>
<p><strong>Jesteś już praskim lokalsem?</strong></p>
<p>Jeśli pytacie, czy dostałem wpierdol, to jeszcze nie (<em>śmiech</em>). Jest bardzo OK. Dopasowałem się do krajobrazu.</p>
<p><strong>Podobno przymierzasz się do trzeciej bazy. </strong></p>
<p>Chcę kupić małe mieszkanko w Szczecinie. To tylko 6 godzin od Kopenhagi. Mógłbym się tam spotykać z rodzicami, dla których dłuższe podróże nie są już przyjemnością. Nie da się ukryć, moi rodzice nie młodnieją i cały czas czekają aż wydorośleję. Mam nadzieję, że kawalerka w Szczecinie będzie pierwszym sygnałem mojej głębokiej przemiany i dojrzewania (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czwartej bazy, w rodzinnym Zabrzu, już chyba nie założysz?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie, chociaż mam duży sentyment do tego miasta. Ostatnio robiłem castingi do X-Factora w Domu Muzyki i Tańca. Okazało się, że w tej samej sali 33 lata temu moja mama była na Andrzeju Rosiewiczu. I po godzinie występu zaczęła mnie rodzić! Życie jest absurdalne. A żeby było jeszcze zabawniej facet, który organizował amerykańskie tournee Rosiewicza 20 lat temu, wkrótce będzie mi pomagał w dwutygodniowej trasie po Stanach. Rozpierdol!</p>
<p><strong>Rozmawialiśmy z tobą dla PLAYBOYA ponad dwa lata temu. Nikt wtedy nie spodziewał się, że wkrótce tak mocno wystrzelisz w rankingach popularności.</strong></p>
<p><strong></strong>Tak samo nikt się nie spodziewał, że przyjmę robotę w X-Factorze. Tym bardziej, że kiedyś, po obejrzeniu zajawki, odmówiłem udziału w Bitwie na głosy. A jednak złamałem zasady świętej biblii polskiego showbiznesu pod tytułem: „Co muzyk robić powinien, a czego robić nie może”. Teraz i tak nikt nie wierzy, że mam realny wpływ na program, że mogę przewalczyć miejsce w dalszej części dla tych, na których mi zależy. Wszyscy uważają, że całość jest z góry ustawiona. Polacy mają w sobie taki rys, że zamiast prawdy i talentu szukają wszędzie ściemy i układów.</p>
<p><strong>Ty z kolei miałeś w sobie rys hazardzisty. Nadal jesteś w szponach?</strong></p>
<p>Trochę mniej. Oczywiście wciąż mam skłonności do różnych uzależnień, ale staram się to kontrolować. W hazard ostro wchodzę zazwyczaj wtedy, gdy mam za dużo pracy. W tej chwili mam jej dużo, a nie za dużo, więc hazardowy wskaźnik jest w pozycji „off”.</p>
<p><strong>A wskaźnik powodzenia wśród kobiet?</strong></p>
<p><strong></strong>A to się w ogóle da wyłączyć?</p>
<p><strong>Święta racja. Cofamy głupie pytanie. W końcu rozmawiamy z facetem, który sam wymyślił sesję do tego wywiadu. I wiemy, że jedna dziewczyna to było za mało&#8230;</strong></p>
<p>Z całym szacunkiem, ale jestem dorosłym chłopczykiem i uprawiam seks. Więc jak PLAYBOY, to do cholery niech to będzie z rozmachem. Pomyślałem: „Jestem przecież nauczycielem gry na akordeonie&#8230;”. Trzy uczennice były w sam raz.</p>
<p><strong>Jak szła nauka?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie wiem, czy wiecie, że akordeoniści mają taki trik – studentkom pokazuje się jak grać, stukając palcami w ich uda. Czy może być coś piękniejszego? Zresztą w trakcie sesji był taki moment, że chciałem poprosić o wyjście ekipy z sali. Pojawiły się dziwne, włochate myśli. Miałem wrażenie, że dziewczyny chętnie by się pouczyły na osobności. Zresztą jednej – Malwinie – szło naprawdę wyśmienicie. Mam wrażenie, że ma duży talent. Powinniśmy kontynuować&#8230;</p>
<p><strong>Wziąłeś numer telefonu?</strong></p>
<p><strong></strong>To by było za banalne. Od czego jest Facebook? Dziewczyna jest, kurde, no&#8230; wspaniała. Ale nie wiem, czy mam jaja na taki podryw. Nigdy nie byłem podrywaczem.</p>
<p><strong>I kto to mówi? W filmie Wojtka Kusia <em>W moim malutkim świecie</em> dziewczyny kleją się do Czesława pęczkami. </strong></p>
<p>Paradoksalnie moje powodzenie u dziewczyn wzrosło dopiero po tym, jak na pytanie dziennikarki, ile miałem kobiet, odpowiedziałem, że wynik jest trzycyfrowy. Na zdrowy rozum takie wyznanie powinno mi zaszkodzić. Nagle jednak okazało się, że dziewczyny bardzo chcą być tą sto pierwszą, sto drugą, sto trzecią&#8230; Same mają podobne osiągi i nie idą ze mną do domu, by obejrzeć kolekcję znaczków. Zresztą nie jestem żadnym Casanovą. Straciłem dziewictwo 16 lat temu. 100 podzielić na 16 to jest raptem 6 z haczykiem. Czy zapoznanie sześciu dziewczyn w ciągu roku to jest dużo? Ludziom życie układa się różnie. Na przykład moja siostra Irenka wychodzi teraz ze swojego chłopaka Konrada. Poznali się, kiedy on miał 18 lat. Wytatuował sobie wtedy na plecach jej imię. Nie mogłem tego ogarnąć. A oni już są razem od 9 lat. I byli tylko ze sobą. To jest piękne. Wspaniałe.</p>
<p><strong>W podobnych słowach niektóre fanki wyrażały się o twoim ptaszku, którym przez ułamek sekundy wachlujesz w pierwszej scenie filmu. </strong></p>
<p>Były też przeciwne zdania. Że taki mały, że jakiś obkulony (<em>śmiech</em>). Czytałem też komentarze, że strasznie się w tym filmie poniżyłem. Pomyślałem sobie: „Aha, nic nie zrozumieli. Tylko dowalić chcą”. Żyjemy przecież w Polsce. Tutaj tak jest.</p>
<p><strong>Film jest raczej smutny, a nie wesoły. Pokazuje bardzo samotnego, miotającego się i często źle rozumianego artystę. </strong></p>
<p>Wojtek miał od początku koncepcję, żeby pokazać moje życie bardzo intymnie. Zajrzeć, co tam się dzieje głębiej. I chyba się udało. W pewnym momencie miałem serdecznie dość kamery. Kląłem na Wojtka w najgorszy sposób. Gdyby nie był moim przyjacielem z dawnych lat, to pewnie nic by z tego nie wyszło. Dzięki temu, że dobrze się znamy, wytrzymałem i uważam, że było warto. A jeśli ktoś sądzi, że się poniżyłem, to nie mój problem. Nie wiem, ilu polskich muzyków stać by było na taką otwartość.</p>
<p><strong>A propos otwartości&#8230; </strong><strong>Poprzednim razem postulowałeś, żeby na naszej rozkładówce znalazły się Monika Brodka, Sonia Bohosiewicz, Edyta Herbuś i dziewczyny z Kapeli Ze Wsi Warszawa. Czy coś się zmieniło?</strong></p>
<p><strong></strong>Kurde, te dziewczyny wciąż są super! Tej listy nie trzeba zmieniać, tylko ją wydłużyć. Ewa Farna byłaby fajna. Mam dla niej szacunek. Świetny wokal. Szykuje się prawdziwa diva. Musicie ją cały czas namawiać. I jeszcze siostra Soni &#8211; Maja Bohosiewicz. Jest cudowna, mimo że dwa razy dała mi kosza. Olała Czesia. Bardzo nieładnie. Kiedy kręciliśmy teledysk do <em>Wszystko, co dobre jest niedobre</em> Jana Niezbendnego (<em>feat. Sztefan Wons, czyli alter ego Czesława – przyp. aut</em>), to mieliśmy z Mają taką małą intymną scenkę. To było tak bardzo miłe, że&#8230; ach.</p>
<p><strong>Mamy dwie nowe dziewczyny. Przydałaby się i trzecia.</strong></p>
<p><strong></strong>Tatiana Okupnik. Co to za dziewczyna! To wielka frajda wreszcie siedzieć w jury obok kobiety, z którą można normalnie pogadać, pośmiać się i poflirtować. Jest tak śliczna, że na planie X-Factora każdy o tym gada. Obłęd. Nie zdradzę żadnej tajemnicy jak powiem, że Tatiana ma najlepszy tyłek w polskim show-biznesie.</p>
<p><strong>Miałeś wpływ na wybór nowej jurorki?</strong></p>
<p><strong></strong>Żadnego. Dowiedziałem się z Pudelka (<em>śmiech</em>). Cholernie się ucieszyłem. Od razu wiedziałem, że będzie super. Mamy teraz non stop ubaw na planie.</p>
<p><strong>Jak twoja rozpoznawalność przekłada się na sprzedaż nowych płyt?</strong></p>
<p><strong></strong><em>Czesław Śpiewa Miłosza</em> sprzedaje się średnio, ale za to nigdy wcześniej nie miałem aż tak dobrych recenzji. Podsumowując, mam teraz swój czas na lepszy lans (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kogo Czesław wkurza swoim lansem najbardziej?</strong></p>
<p>Podobno Stachursky i Mandaryna ciągle mnie obgadują, twierdząc, że jestem mitomanem, a to co robię jest obciachowe.</p>
<p><strong>Trzeba liczyć się ze zdaniem tak uznanych krytyków.</strong></p>
<p><strong></strong>Prawda? To akurat bardzo mnie cieszy. Ale są też i złe strony popularności. Po pierwszym X-Factorze dostawałem masę bardzo odważnych maili. Nawet 13-latki przysyłały swoje zdjęcia w szokujących sesjach. Aż strach. Jestem w szoku, że gimnazjalistki mogą sobie robić takie foty i pisać takie rzeczy. Poza tym zaczynają się pode mnie podszywać inni ludzie. Ostatnio Anna Mucha zapytała, dlaczego napisałem do niej tak obscenicznego maila. To jest chore i nie wiadomo, jak z tym walczyć (<em>w tym momencie Czesław </em><em>raptem dotyka lewego ucha</em>). Oj, chyba słuch mi wraca.</p>
<p><strong>Straciłeś?!</strong></p>
<p>W pewnym warszawskim klubie dostałem łomot od ochroniarza. Nawet nie pamiętam za co. Wyjechał mi z otwartej w ucho. Pękł bębenek. Pani laryngolog zajrzała do środka i powiedziała, że nie ma tragedii, bo po kuracji mogę słyszeć nawet lepiej. Grzecznie brałem penicylinę i proszę&#8230; chyba faktycznie jest poprawa. Muszę podziękować panu ochroniarzowi.</p>
<p><strong>Często masz takie przygody?</strong></p>
<p><strong></strong>Zdarza się. Największym wrogiem jest mocny alkohol. Po piwie i winie jestem aniołkiem, ale wóda to zło. W jednym z warszawskich hoteli nadepnąłem na odcisk ukraińskiej mafii. Jak mnie jeden pan popchnął, to pofrunąłem z 50 metrów. A w Elblągu miałem ścięcie z jakimś dresiarzem, który się nieładnie zachowywał. Uratował mnie aktor &#8211; Krzysztof Banaszyk. Dobrze, że jest duży. Przeżyłem.</p>
<p><strong>A czy </strong><strong>Elbląg się chociaż zrehabilitował? Chodzi nam o scenę z filmu, kiedy mówisz z wyrzutem, że „Elbląg nie dał rady”.</strong></p>
<p><strong></strong>Nie zapoznałem tamtego wieczora ani jednej miłej koleżanki i było mi smutno. A to, że powiedziałem tak w filmie, wywołało potem burzę w lokalnych mediach. Dzwonili do mnie dziennikarze i pytali, co to miało znaczyć. W internecie pojawiły się wpisy w rodzaju: „I bardzo dobrze. Trzymajcie się dziewczyny” (<em>śmiech</em>). Elbląg zawsze był w porządku. Byłem tam chyba z sześć razy. Kocham Elbląg. Mam świetny kontakt z panią Bożenką, dyrektorką kameralnej orkiestry elbląskiej. Będziemy niedługo z nią grali. Przy okazji gorąco pozdrawiam.</p>
<p><strong>Ostatnio jak się spotkaliśmy, miałeś zwichniętą nogę. Minęły dwa lata i wciąż lekko utykasz. </strong></p>
<p><strong></strong>Bo zwichnąłem drugą. Wtedy skakałem z dachu, a teraz z samochodu. Bardzo bolało, ale dopiero następnego dnia wieczorem. Sprawdziłem, że w pewnej prywatnej klinice w Warszawie można zrobić prześwietlenie do północy. Pojechałem taksówką. Przyjął mnie czarnoskóry lekarz, skasował  220 złotych i powiedział, żebym rano przyjechał na rentgen. Po prostu paranoja. Wkurwiłem się i napisałem dwa posty na Facebooku. Następnego dnia rano do mojej menedżerki odezwał się rzecznik prasowy tejże placówki, że niby trzeba było powiedzieć, że ja jestem „ten Czesław”. Wtedy prześwietlenie na pewno byłoby wykonane. Co to kurwa jest? VIP treatment (<em>specjalne traktowanie bardzo ważnych osób – przyp. red.</em>)? Zwykłemu człowiekowi każą zapłacić i pocałować klamkę. Masakra. A wiecie, co w tym jest najgorsze?</p>
<p><strong>Chętnie się dowiemy.</strong></p>
<p>Nie chciałem sprawy nagłaśniać, bo lekarz był czarny. W Danii nie zauważam kolorów skóry i nie miałbym z tym żadnego problemu. Zwyczajnie wkurwia mnie, gdy człowiek zachowuje się nieodpowiednio. I już. Widocznie jednak przesiąkłem Polską i chciałem uniknąć nagonki, że Czesław jest niby rasistą. Podkuliłem ogon.</p>
<p><strong>A co z nogą?</strong></p>
<p><strong></strong>Na szczęście nie złamana. Poboli i przestanie. Poza tym schudłem do drugiej edycji X-Factora, więc mam mniej do dźwigania. W ogóle czuję się znakomicie. To znaczy teraz jestem niewyspany i mam kaca po balu w Krakowie, ale ogólnie jest super. Prowadzę kolorowe życie. W ogóle powiem wam, że Pudelek postępuje ze mną po amatorsku. Gdyby mnie dobrze śledzili, nie wymyślaliby jakichś nudnych pierdół.</p>
<p><strong>Może zorganizujesz jakąś dobrą „ustawkę”?</strong></p>
<p><strong></strong>Mam taki pomysł. Zrobić Pudelka w bambuko i zagrać coś specjalnie dla nich. Ostatnio byłem  bliski, choć całkiem przypadkowo. Nakręciłem z koleżanką zajebiste POV (<em>z angielskiego Point Of View -  filmowanie z perspektywy uczestnika zdarzenia – przyp. red.</em>).</p>
<p><strong>Zamieniamy się w słuch. Koleżanka chyba też. </strong></p>
<p>To niezła historia. Zgubiłem iPhone’a z tym filmem! Przez dwa tygodnie trwały poszukiwania. W końcu skontaktował się ze mną miły taksówkarz i oświadczył, że znalazł telefon. Nie wiem, czy obejrzał mojego pornola, ale jest pewne, że w iPhonie ktoś grzebał. Film jednak jeszcze nie wyciekł do sieci.</p>
<p><strong>Ile trwa?</strong></p>
<p><strong></strong>Całe sześć minut. Jestem z niego dumny. Uważam, że Polska potrzebuje dobrej sex-tape. Dla przewietrzenia atmosfery. Tymczasem Pudelek mnie nie namierzył i się zbłaźnił. Nudziarze i amatorzy.  Kompletny brak polotu. Tylko smęcić potrafią.</p>
<p><strong>Ty z kolei podobno długo nie potrafiłeś podrywać młodych dziewczyn. Jakoś nie chce się nam wierzyć. </strong></p>
<p>Do niedawna uważałem, że trzydziestolatek nie powinien spotykać się z młodszymi dziewczynami. Pamiętałem, że jak koleżanka z liceum spotykała się z o parę lat starszym chłopakiem, to nas &#8211; jej równolatków – strasznie to wkurwiało. Któregoś Sylwestra siedziałem sobie w Alchemii razem z jej współwłaścicielem i zwierzyłem mu się z tego kompleksu. A on na to: „Co ty pierdolisz, chłopaku! Jak one chcą, to bierz i żyj”. To był przełom. Uwierzcie. Zrozumiałem, że dojrzałość polega na tym, żeby, mając ponad 30 lat, iść po ulicy z 19-letnią dziewczyną i być z tego dumnym. Ale, żeby nie było. Kocham też starsze kobiety&#8230; Ostatnio gadałem o tym z CeZikiem. No właśnie, dlaczego jeszcze nie zrobiliście z nim wywiadu?</p>
<p><strong>Od dawna staramy się przekonać redakcję.</strong></p>
<p><strong></strong>To trzeba przekonywać?! CeZiK sześć dni temu wrzucił nowy klip na YouTube&#8217;a i już ma ponad 3 miliony wejść. W sześć dni! Moja <em>Maszynka do świerkania</em> zebrała ponad 10 milionów, ale to trwało trzy lata. Gdyby teraz CeZiK ruszył w trasę, miałby pełne sale. To jest fenomen. Prawdziwy bóg internetu.</p>
<p><strong>Nie bądź taki skromny. Słaby nie jesteś. Wiesz, o ile więcej „lajków” na Facebooku masz od naszego naczelnego?</strong></p>
<p><strong></strong>On ma chyba więcej.</p>
<p><strong>Ty. O trzysta tysięcy. </strong></p>
<p><strong></strong>Staram się. Dziwi mnie tylko, że to się nie przekłada na propozycje. Wszędzie trąbię o Sharanie, którym jeżdżę. To znakomite auto. Ponad trzysta tysięcy przebiegu i zero awarii. Już dawno powinienem być twarzą Volkswagena. Dlaczego oni jeszcze się do mnie nie odezwali? Co to za celebryta, któremu nawet używanego samochodu nie dadzą w prezencie (<em>śmiech</em>). Albo dlaczego nikt się nie zgłosił, żebym zrobił dubbing do kreskówki? Nie muszę być od razu głównym bohaterem. Jakąś drugoplanową rolę też chętnie zagram.</p>
<p><strong>Dwa lata temu chciałeś być na Pudelku. Jesteś. Zanim dojdzie do naszego trzeciego spotkania będziesz już twarzą marki samochodowej, uznanym aktorem dubbingowym, a może nawet zagrasz w fabule.</strong></p>
<p><strong></strong>W reklamę wątpię. Jestem za ryzykowny, zbyt nieprzewidywalny. Co do filmu, to niedawno zadzwonił Iwan Wyrypajew z fajną propozycją. Spotkałem się z nim i z Karoliną Gruszką, ale chyba ich wystraszyłem &#8211; przez trzy godziny non stop mówiłem. To był mój monodramat. Wydaje mi się, że nie dałem im dojść do słowa. Pogrzebałem ciekawą rolę.</p>
<p><strong>Często tak masz, że odstraszasz ludzi?</strong></p>
<p>Na ogół jest na odwrót. Wszyscy chcą się szybko i za bardzo spoufalić. Nie lubię na przykład, jak ktoś mnie poznaje i mówi od razu per Czesio. Szczególnie mają tak dziewczyny. Ja jestem Czesław. Na Cześka to trzeba sobie zasłużyć (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A gdyby się nagle okazało, że jesteś ojcem?</strong></p>
<p>Nie chciałbym. Ale na pewno ucieszyłoby to moich rodziców. Mama niedawno powiedziała: „Nie ważne z kim i jak, wreszcie chcemy być dziadkami”. Kocham dzieci, ale z tego co wiem, nadal ich nie mam.</p>
<p><strong>Odpowiedź jak na prawdziwego playboya przystało.</strong></p>
<p>Ja playboyem? Nie. Wydaje mi się, że&#8230; nie krzywdzę.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Z kolegą Sebastianem byliśmy ministrantami. Nasza „służba” polegała głównie na tym, że laliśmy z księdza śpiewającego po łacinie albo z tego, że ciągnie za sobą sznurek, bo zapomniał zasznurować sutannę. Takie głupawko-brechty. Wspominam to z rozrzewnieniem.</p>
<p>Mam nadzieję, że po tej sesji wszyscy akordeoniści będą ze mnie dumni. Marcin Wyrostek także.</p>
<p>Chciałbym niedługo wydać koncertową płytę Miłoszową. Poza tym chciałbym nagrać dwie płyty z coverami: jedną <em>Czesław Śpiewa i odcina</em> <em>kupony</em> i drugą – <em>Czesław Śpiewa piosenki, których nie znał</em>, na której byłyby numery m.in. Lecha Janerki i inne nagrania, które poznałem dopiero niedawno, nie tak jak Polacy, mieszkający w Polsce.</p>
<p>Po duńsku się nie przeklina. To nie brzmi tak dobrze, jak polskie przekleństwa. „Ja pierdolę”, „kurwa mać” – to jest takie piękne. Duńskie przekleństwa są nudne.</p>
<p>Wiem, że wkurwiam przede wszystkim kolesiów. I czasami nie dziwię się, że ktoś chce mi wpierdolić. Mam 169 cm wzrostu, a do tego chwalę się, że byłem z wieloma kobietami.</p>
<p><em>Słownik polsko-polski według Czesława – część druga</em></p>
<p><em></em>w skacowaniu – na kacu</p>
<p>profesorat &#8211; profesura</p>
<p>osoba ciemnoskórna – osoba ciemnoskóra</p>
<p>obserwant &#8211; obserwator</p>
<p>ubawa &#8211; ubaw</p>
<p>piosenka, która była miesiąc stara</p>
<p>pozytywnie przeraziła</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Michał Urbaniak</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 03 Nov 2011 18:06:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Urbaniak Michał]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3230</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Szymon Szcześniak &#8211; Wiecie, że pod koniec lat 90. udzielałem wywiadu polskiemu PLAYBOYOWI? Ciekawie się zaczyna. Nigdy się nie ukazał z powodu wyjątkowej niezgodności charakterów&#8230; Spotkałem się z panią, która w szkole na pewno miała same piątki. Uważała, że za bardzo rzucam mięsem. Poza [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3239"><img class="alignleft size-full wp-image-3239" title="Michal-Urbaniak" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/11/Michal-Urbaniak.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 10, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.szymonszczesniak.com/ ">fot. Szymon Szcześniak</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p>Wiecie, że pod koniec lat 90. udzielałem wywiadu polskiemu PLAYBOYOWI?</p>
<p><strong>Ciekawie się zaczyna.</strong></p>
<p>Nigdy się nie ukazał z powodu wyjątkowej niezgodności charakterów&#8230; Spotkałem się z panią, która w szkole na pewno miała same piątki. Uważała, że za bardzo rzucam mięsem. Poza tym powiedziałem jej, że kocha się tylko raz, a miałem wtedy trzecią żonę. Próbowałem jej wytłumaczyć, że to jest cały czas ta sama miłość. Najwyraźniej odezwała się w niej jakaś feministyczna nuta, bo odmówiła spisania rozmowy.</p>
<p><strong>My mięso lubimy, a do tego nie jesteśmy feministkami.</strong></p>
<p>I już mi się podoba. Ja, jak się przed kimś „rozbieram”, to nie robię liftingu i make-upu.</p>
<p><strong>Już nam się podoba. Może coś przekąsimy na dobry początek?</strong></p>
<p>Jestem na diecie, nie powinienem&#8230; Ale skoro to ma być męska rozmowa, to raz kozie śmierć. Wezmę carbonarę! Nie jesteście kobietami, a to one mnie głównie motywują. Kiedyś dla takiej jednej schudłem 30 kilo. Przez tydzień piłem tylko wodę. Potem pozwalałem sobie na owocowy shake trzy razy dziennie – wszystko po to, żeby nie przekroczyć 400 kalorii dziennie. I tak przez 6-7 tygodni, z przerwą na parę dni z wielkimi kanapkami z pastrami! Po tej kuracji czułem się znakomicie. Robiłem nawet pompki na jednej ręce. Odkąd pamiętam, to zawsze miałem problemy z wagą. Już w szkole wołali na mnie Kierda. Gruby byłem jak skurwysyn, bo mamusia ciągle robiła pyszne mielone kotleciki, które wcinałem zanim były gotowe. Mama miała za to awantury, a przybrany brat dostawał wciry od mojego ojczyma. Dziś muszę znowu schudnąć z 20 kilogramów. Mój organizm jest teraz w okresie przejściowym. Ja mam tak, że dopóki nie zjem, mogę nie jeść cały dzień, ale jak zacznę, to nie mogę przestać.</p>
<p><strong>Kiedyś mówiłeś tak o napojach wyskokowych. </strong></p>
<p>Bo 15 lat piłem do oporu. Potem 17 lat nie piłem ani kropelki. Teraz sprawdzam, co jest dla mnie lepsze (<em>śmiech</em>). W młodości miałem ogromną tolerancję na alkohol i cholernie mocną głowę. Po tatusiu. Ludzie mówili, że talent też mam po nim, a po mamusi smykałkę organizacyjną.</p>
<p><strong>To prawda, że widziałeś ojca tylko dwa razy w życiu?</strong></p>
<p>Dwa razy go zapamiętałem. Zabierał mnie do szynkwasu. Knajpa nazywała się „U Denysa”. Sadzał mnie tam na barze i dawał piwko. Dzięki temu jako przedszkolak potrafiłem wypalić: „Chce zimne piwko, a nie mlecko”. Ojciec przed wojną był dużą figurą &#8211; przedstawicielem Forda na wschodnią Europę. W interesach kursował na linii Paryż-Berlin-Petersburg. Po wojnie zapił się na śmierć, miał podobno jakiś straszny wypadek, cały się połamał. Matka chroniła mnie przed tego typu informacjami. Nie chciała, żebym miał do czynienia z wiecznie pijanym ojcem. Jego marzeniem było, żeby syn mieszkał w Nowym Jorku. Mama powiedziała mi to, jak byłem już dorosły. Wcześniej bała się mnie stracić. W tamtym czasie jej podziemna fabryka rękawiczek szła pełną parą. Moim ojczymem został tkacz Marian Urbaniak, a jego syn Dzidek stał się moim bratem.</p>
<p><strong>Podziemna fabryka?</strong></p>
<p>Przecież to było za ciężkiej komuny. Mieszkaliśmy w dużym domu w Łodzi. W ogrodzie były pokopane tunele, którymi w razie kontroli uciekali pracownicy. Na towar i maszyny też były specjalne skrytki. Powodziło się nam aż za dobrze. Matka i ojczym zarabiali góry pieniędzy i właściwie nie wiadomo było, co z nimi robić. Kupowali między innymi złote 20-dolarówki. Pakowali je w słoiki i zakopywali. Pewnego razu z synem ojczyma wykopaliśmy słoik i złotymi 20-dolarówkami graliśmy w cymbergaja. Serio. Zresztą kiedyś wyciąłem jeszcze lepszy numer, bo podejrzałem, że ojczym chowa pięćsetki do grubej encyklopedii. To już była żywa polska waluta, za którą mogłem coś kupić, a nie tylko się bawić. W wieku czternastu lat byłem w szkole królem życia. Szastałem forsą na lewo i prawo.</p>
<p><strong>Jak udało się utrzymać taki interes?</strong></p>
<p>Ojczym w czasie wojny przeszedł przez Pawiak i to doświadczenie skołatało mu psychikę. Miał żółte papiery. Kiedy pod dom podjeżdżała kontrola, łapał za metalową rurę owiniętą w gazetę – to urządzenie zawsze stało w naszym domu na podorędziu – i wpadał w szał. Tłukł gdzie popadło, przypierdalał równo. Zanim udawało się go obezwładnić, maszyny i towar były pochowane. Funkcjonariusze, skarbówka, ORMO-wcy i inne mendy zyskiwali tylko tyle, że mogli go aresztować. Potem odwiedzaliśmy ojczyma za kratkami. Po kilku dniach albo tygodniach zawsze wracał. Po pierwsze, nie mogli skazać wariata. Po drugie, matka i tak przekupywała prokuratorów. A może też i sędziów. Kto ją tam wie&#8230;</p>
<p><strong>Jakich idoli wtedy miałeś?</strong></p>
<p>Pamiętam mój pierwszy plakat: Yehudi Menuhin. Jako młody talent, bardzo obiecujący skrzypek, zostałem nawet wprowadzony na jego koncert. Dostałem od guru autograf.</p>
<p><strong>Mimo to guru na ciebie nie zadziałał. Byłeś świetnym skrzypkiem, ale i tak postanowiłeś zostać saksofonistą.</strong></p>
<p>Jeszcze jako uczeń liceum muzycznego w Łodzi łączyłem z powodzeniem dwa tak odmienne instrumenty: koncerty klasyczne na skrzypcach i nocne granie w klubach jazzowych do białego rana. Piło się tęgo, a ja wtedy w ogóle nie wiedziałem, co to kac. Po prostu zarzynałem organizm. Tak też było potem w Warszawie, gdzie studiowałem klasykę u profesora Wrońskiego i jazz u genialnego Zbyszka Namysłowskiego w „Jazz Rockers”. Zapytany kiedyś przez jakiegoś dorosłego fana, co będzie na starość, odpowiedziałem: „Do czterdziechy radość, szczęście i zabawa, a potem czapa!”. Łatwo było wtedy tak gadać&#8230; Odwalałem naprawdę niezłe numery. Jako najmłodszy w zespole Krzyśka Komedy śmigałem po piwa przed koncertem. Kupowałem po dwa na głowę, zamykałem się w sraczu i po cichu przed kolegami do każdego dolewałem wódy. Bywało, że koncerty zakontraktowane na półtorej godziny, trwały po dwie i pół. Jeżeli ktoś by bardzo chciał mieć zawał w młodym wieku, to mam gotowy przepis.</p>
<p><strong>Picie piciem, ale czy saksofon nie pomógł trochę w twoim zawale?</strong></p>
<p>Oczywiście! Byłem samoukiem i nie potrafiłem grać idealnie technicznie. W Nowym Jorku usłyszał mnie bardzo znany saksofonista Phil Woods. Cholernie mu się spodobałem i na siłę dał mi numer do swojego nauczyciela, wybitnego eksperta. Nawet zapłacił za moją wizytę. Poszedłem i zagrałem przed tym specem, a w formie byłem jak skurwysyn. Facet wysłuchał, szczęka mu opadła i mówi: „W życiu czegoś takiego nie widziałem. Nie umiesz grać na saksofonie, a grasz przepięknie”. Pytam się, co jest źle. A on, że wszystko (<em>śmiech</em>). Okazało się, że nieprawidłowo wydobywałem dźwięki, a mimo to miałem znakomity ton, bo dostrajałem wysokie dźwięki ustami. Nie umiałem też porządnie oddychać. Ponieważ robiłem kardynalne błędy techniczne, granie kosztowało mnie ogromną ilość energii. Serce też pewnie pracowało mocniej niż powinno.</p>
<p><strong>Po rozwiązaniu zespołu Komedy, wyjechaliście z Urszulą Dudziak do Skandynawii&#8230;</strong></p>
<p>Mieliśmy tam być dwa lata, a byliśmy siedem. Zdecydowanie za długo. To była ślepa uliczka.</p>
<p><strong>Ula opowiadała nam, że byliście gotowi wracać do Polski, nawet pakowaliście walizki, ale tego samego dnia ukradli wam samochód.</strong></p>
<p>To był sportowy Opel. Odłożyłem na niego kupę szmalu. W Sztokholmie dwóch cwaniaków dmuchnęło go nam spod okna. Zobaczył ich Roman „Gucio” Dyląg, fantastyczny basista, facet znany z tego, że nie grał w klubach, w których było dużo dymu (<em>śmiech</em>). Krzyknął do nich: „Panowie! To nie wasze auto!”. Jak to usłyszałem, to myślałem, że się posikam ze śmiechu. Postanowiliśmy zostać i się odkuć. To były złote czasy klezmerstwa &#8211; wszędzie w knajpach grało się jazz. Ula śpiewała, ja akompaniowałem na fortepianie. Aż w końcu doczekaliśmy się na przyjazd Wojtka Karolaka i Andrzeja Dąbrowskiego (<em>znani muzycy jazzowi – przyp. red.</em>) i zaczęło się szaleństwo. A przecież Szwecja była najgorszym państwem na świecie, jeżeli chodzi o imprezowanie. Kto by pomyślał, że najwięcej wódki wypiję w kraju, w którym była ona najdroższa? Mieliśmy dużo zarobić, a tak naprawdę Ula pograła sobie ostro w ruletę, a resztę przepiliśmy. Jedyne co kupiliśmy, to wspaniałe organy dla Karolaka. Ważyły ze 250 kilo, a my, grając nieraz po trzy koncerty dziennie, wszędzie musieliśmy je sami nosić. Kocham te organy, jazz organowy i Karolaka do dziś, może dlatego, że w Szwecji takie coś kosztowało wtedy 15 tys. dolarów, a w Stanach 3 tys. Ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć?</p>
<p><strong>Widziałeś kiedyś Wojciecha Karolaka bez okularów?</strong></p>
<p>Tylko wtedy, kiedy robiliśmy sobie nawzajem zimne prysznice, żeby doprowadzić się do jako takiego stanu. A znacie anegdotę o cycatej blondynce?</p>
<p><strong>Zamieniamy się w słuch.</strong></p>
<p>Wojtek grał z nami również w Niemczech i w Szwajcarii. Długo go namawialiśmy na przyjazd. Był w depresji, tuż po rozstaniu z żoną. I kiedy wreszcie się pojawił, wyglądał jak lord Cox: skórzany płaszcz, buty lux, okular ekstra. Wszystko po to, żeby pracować w jakichś zapchlonych klubach. Wstydziliśmy się za niego i dla draki chcieliśmy mu kupić na stacji benzynowej strój mechanika samochodowego. W każdym razie był wtedy bardzo smutny i samotny. Opiekowaliśmy się nim jak dzieckiem. Było to tym śmieszniejsze, że po każdym koncercie czekał na niego rząd dup. Lord Cox poza tym, że dobrze wyglądał, to jeszcze znakomicie grał, więc dziewczyny leciały jak pszczoły do miodu. Mówimy mu: „Wojtek, zobacz jakie masz powodzenie. Zapomnij o żonie, trudno, zdarza się”. A on na to: „Nienawidzę tych wszystkich cycatych blondynek”. Po kilku latach znaleźliśmy się w Nowym Jorku. Zaczęło się nam cudownie układać. Ale pewnego dnia Wojtek oświadczył: „Stary, jak tu jest pięknie, wszystko mi się podoba. Szkoda, że muszę wracać”. „Jak to? Co ty pierdolisz?” „No, zakochałem się”. „W kim?”. „W cycatej blondynce”. Maria Czubaszek „wyjęła mi” Karolaka z koncertów z Hancockiem i Weather Report. Straciłem go. Potem odpadł Czesio Bartkowski, bo miał „trasę w jeleniogórskim”. Nie wierzyłem własnym uszom. Zostałem z Ulą sam na dobre i na złe.</p>
<p><strong>Wyskakujesz z Nowym Jorkiem, a my tymczasem mamy jeszcze do omówienia sprawy w Polsce&#8230; Jak w ogóle dostawałeś pozwolenia na wyjazdy? Armia nie ścigała?</strong></p>
<p>Byłem w wojsku tylko raz, przez dwa tygodnie, w czasie studiów. Przyszedł dzień, że wywieziono nas na zadanie bojowe – zdobywanie wzgórza. Z kumplem poszliśmy w najbliższe krzaki i przesiedzieliśmy w nich całe manewry, pijąc gorzałę (<em>śmiech</em>). Później grzecznie wróciliśmy na swoje miejsce. I co? Kapitan każe nam wystąpić i na cały głos ryczy: „Oto jedyna para, która wykonała poprawnie zadanie. Schowali się, bo ogień nieprzyjacielski był tak silny, że wzgórza nie dało się zdobyć. Należało czekać na posiłki”. Jak Boga kocham&#8230;</p>
<p><strong>A jak się wymigałeś?</strong></p>
<p>Dzięki mamie, jak zwykle. Kiedy przeniosłem się do Warszawy, to mama wynajęła pokój obok i tam robiła rękawiczki&#8230; Ale chcę powiedzieć o czymś innym. Jakieś trzy razy w życiu przydarzyły mi się ataki padaczki. Dla komisji wojskowej zdecydowanie za mało. Wobec tego mama co jakiś czas wyciągała tak zwany padaczkowy garnitur i wysyłała mnie w miasto.</p>
<p><strong>Jaki garnitur?!</strong></p>
<p>Padaczkowy, czyli taki, który można było pobrudzić. Udawałem w nim ataki padaczki, tarzałem się po brudnej ulicy i czekałem na karetkę. Zabierali mnie do szpitala i dawali proszki. A ja oczywiście wszystko wypluwałem. Historia choroby pęczniała i byłem pewien, że to wystarczy. W 1964 roku miałem jechać z Krzysztofem Komedą w zagraniczną trasę koncertową, a tutaj przychodzi wezwanie na komisję, na której mówią mi, że zostanę skierowany do jednostki w Żaganiu, bo mają tam świetnych specjalistów: neurologów i psychiatrów. Dramat. Horror. Koniec świata. Co robić? Zakładam garnitur padaczkowy i razem z dwoma kumplami idziemy w miasto. Walę trzy sety, kładę się w kałużę i robię pod siebie. Przyjeżdża pogotowie, wiozą mnie na Hożą i zostawiają w poczekalni. Myślę sobie – niedobrze. Żadnej atencji. Na wszelki wypadek dorobiłem jeszcze siku w spodnie. Nadal zero atencji. No to wtedy jadę już na ostro i zaczepiam innych pacjentów: „Po co pani przyprowadziła tutaj psa?!”. Kobita się drze, że wariat (<em>śmiech</em>). Szybko zabierają mnie na górę, do czteroosobowej sali, w której leżą&#8230; sami symulanci. Wszyscy chcą pójść wcześniej na emeryturę. W dzień są obłożnie chorzy, a w nocy z latarkami rżną w karty. Leżę więc sobie spokojnie, pewny zwycięstwa, ale niestety przychodzi wezwanie na komisję wojewódzką. Nie ma wyjścia, trzeba iść. Myślałem, że tam umrę. Do dziś słyszę te głosy, jak przez mgłę: „W myśl artykułu takiego a takiego, obywatel Urbaniak Michał zostaje uznany&#8230; niezdolnym do służby wojskowej”. Kategoria D. Wyszedłem stamtąd i obleciałem wszystkie bary w okolicy. Za tydzień byłem już w Kopenhadze z Komedą. Tamto tournee – jak już wiecie – przeciągnęło się o parę ładnych lat.</p>
<p><strong>Wróciłeś ze Szwecji do Polski, bo&#8230;</strong></p>
<p>Chciałem ochłonąć i wytrzeźwieć przed startem do Ameryki. W Skandynawii zbyt mocno poddałem się słowom mojego guru, z którym wówczas występowałem. Stanisław „Chała Stasin” Zwierzchowski, bo o nim mowa, mawiał: „najważniejsza jest ciągła konserwacja sprzętu”. Jako że byłem za dobrze „zakonserwowany”, postanowiłem z tym zerwać. Ale się nie dało. Na przykład w 1969 roku grałem podobno na Jazz Jamboree. Podobno, bo nic na ten temat nie wiem. Widziałem tylko zdjęcia (<em>śmiech</em>). Szczerze wam powiem, że stałem się wrakiem: nie mogłem zrobić przysiadu, miałem tych kilka ataków padaczki. Chcieli mi nawet zrobić trepanację czaszki! Gdyby nie mama, pewnie by mnie pokroili. W końcu jeden profesor stwierdził, że mam nerwicę i muszę codziennie z rana walić koniaczek, a potem, przez resztę dnia, prowadzić zdrowy, dorosły tryb życia. Jak pierdolnąłem ten pierwszy poranny koniaczek, to wróciłem do domu po miesiącu. Serce nie wytrzymało. Zawał w wieku 29 lat. Wylądowałem w szpitalu. Tam obiecałem sobie, że jeśli z tego wyjdę, to już nigdy nie tknę alkoholu.</p>
<p><strong>Dotrzymałeś słowa?</strong></p>
<p>Na 17 lat. Nawet cukierka z likierem nie spróbowałem! Żeby przetrzymać „pierwszy głód” przez pół roku nie wychodziłem z łóżka. Spędzałem czas głównie z kolegą chorym na raka jelit. Słuchaliśmy razem jazzu i było cudownie. Zażywałem przepisane przez lekarzy środki uspokajające i przestałem tęsknić za alkoholem. Brakowało mi tylko bankietów i baletów. Wziąłem więc sprawy w swoje ręce i zacząłem je organizować u nas na kwadracie. Widocznie byłem bardziej uzależniony od imprez niż od alkoholu. Ale ja w ogóle jestem typem nałogowca.</p>
<p><strong>Od czego jeszcze byłeś uzależniony?</strong></p>
<p>Kiedyś mogłem spać tylko po „piątce” valium. Z relanium też byłem po imieniu. Do dziś nie mogę funkcjonować bez Coca-Coli. Ale mój największy nałóg to ciężka praca. Na wakacjach nie byłem od czasów szkolnych.</p>
<p><strong>A używki chemiczne?</strong></p>
<p>Zawsze wolałem „po polsku”, od chemii trzymałem się z daleka. Nawet maryśkę paliłem góra pięć razy. Takie używki mnie nie bawiły, tym bardziej, że po nich zawsze lubiłem sobie wypić.</p>
<p><strong>Na emigracji w Stanach nie piłeś, ale i nie zrobiłeś błyskawicznej kariery&#8230;</strong></p>
<p>Pierwsze pieniądze zarabiałem na przepisywaniu nut. Było ciężko jak cholera. Ula chciała wracać chyba ze sto razy, ale ja byłem zdeterminowany. I dobrze, bo już po trzech miesiącach największa wtedy wytwórnia – Columbia &#8211; podpisała z nami kontrakt. Dało nam to na lata super trasy, koncerty, wiele płyt i prawdziwe nowojorskie życie. „Manhattan Man” dożył swoich marzeń! Gdybym miał możliwość cofnięcia się w czasie, to zmieniłbym tylko nazwisko. Smith, Jones, whatever, żeby było prosto i wpadało w ucho. Choć Urbaniak nie brzmi źle, to na przykład Mike Urb wygląda dużo lepiej. Kocham czarną muzykę pod każdą postacią, ale nie mogłem jej swobodnie kreować, mając image „Polish Fiddler”. Tak naprawdę to dopiero <em>Urbanator</em> nagrany w 1989 roku (<em>pierwsza płyta pod tym tytułem ukazała się w 1993 roku – przyp. red.</em>) pozwolił mi spełniać wszystkie marzenia i dążenia. Był strzałem w dziesiątkę. Wpadłem na tę nazwę, leżąc w wannie.</p>
<p><strong>Ale przełom nastąpił 20 lat wcześniej. Okazało się, że wznowienie w USA albumu <em>Super Constellation</em>, nagranego jeszcze w Niemczech, było wielkim sukcesem.</strong></p>
<p>Tą płytą wyprzedziliśmy swój czas. Kiedy wyszła w Stanach jako <em>Fusion,</em> Ameryka nas pokochała. W 1980 roku, już po wspaniałych sukcesach w USA i na świecie, miałem najlepszy zespół jazzowy, jaki w tamtych latach można było mieć – Marcus Miller, Lenny White, nieżyjący już Kenny Kirkland i Doc Powell. Pisali o nas: <em>&#8222;This may have been the best fusion band ever&#8221;</em>. Mimo to nie dostaliśmy kontraktu. Udało mi się zdobyć nędzne 8 tys. dolarów na nagranie. A wtedy normalną stawką było 60 tys. Mówię chłopakom, że mamy tylko tyle i czy damy radę? Marcus na to: „no problem”. Reszta za nim. Nagraliśmy materiał w jeden dzień. Potem rozesłałem 25 kaset do wszystkich wytwórni w Stanach. Po paru dniach Ula oznajmiła: „Dzwonili z Motown. Taśma jest genialna, a ty według nich jesteś geniuszem”. Opchnęliśmy im wszystko za 120 tys. Płytą <em>Serenade for the City</em> wyprzedziliśmy smoothjazz o parę ładnych lat.</p>
<p><strong>Która z okładek twoich płyt jest najbardziej playboyowa?</strong></p>
<p><em>Ecstasy</em> &#8211; dzieło Ryśka Horowitza.</p>
<p><strong>A kogo chciałbyś zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p>Bez dwóch zdań Esperanzę Spalding – czołową i najpiękniejszą kontrabasistkę świata. Dziewczyna również wspaniale śpiewa.</p>
<p><strong>Twoje córki także są bardzo utalentowane. Jak zareagowałbyś, gdybyśmy zapragnęli je rozebrać?</strong></p>
<p>Zero problemu. One są powołane do tego, żeby spełniać siebie. Jeśli sesja w Playboyu byłaby dla nich ważna, tylko bym przyklasnął. Podobnie byłoby, gdyby powiedziały, że tylko sprzedawanie znaczków na poczcie da im szczęście. Nasze dziewczyny zawsze miały dużą swobodę. Mam wielką satysfakcję, że nigdy córek do niczego nie popychałem. Mnie matka, co prawda, popychała, ale robiła to bardzo inteligentnie. Jej powiedzenie „Synku, weź skrzypeczki i im pokaż”, wyciągało mnie w życiu z najgorszych kłopotów. Uratowało mi też życie. Przecież, kiedy Moja Kobieta odeszła, chciałem skakać z okna. Straciłem najukochańszą kobietę i byłem na samym dnie.</p>
<p><strong>Jak sobie poradziłeś?</strong></p>
<p>Wariowałem i robiłem różne głupstwa. Raz w środku nocy zadzwoniłem do wszystkich przyjaciół z pytaniem: „<em>How to become black?</em>”. Większość mnie sklęła i posłała do diabła, część wyśmiała, a kilka osób tłumaczyło, że to niemożliwe (<em>śmiech</em>). Pamiętam, że George Benson (<em>gitarzysta, wokalista i kompozytor jazzowy – przyp. red.</em>) powiedział wtedy, że mnie kocha. Ten to był aparat. Chyba nikt nie mógł wychlać tyle, co on. Kiedy przydarzyła mi się tragedia i zostałem sam, Benson wziął mnie do siebie do domu na trzy doby. Non stop rżnęliśmy w ping-ponga i popijaliśmy rum z bentleya w garażu. W końcu Benson przypomniał mi o moim marzeniu, by zostać czarnym i powiedział, że zawiezie mnie w takie miejsce za Harlemem, do którego żaden biały nie ma wstępu. Tam, gdzie czarni grają jazz za darmo. Pojechaliśmy i usłyszałem tak genialnych organistów, że po prostu odpadłem. W jednej chwili zapomniałem, że chciałem skakać z wieżowca.</p>
<p><strong>Było aż tak źle?</strong></p>
<p>Gorzej. Przecież ja cały czas byłem z Ulą. Bez ani jednej zdrady. Nawet za dziewczynami się nie oglądałem. Czy to z rozsądku, czy to ze strachu. Na jedno wychodzi. A ona na wakacje zabrała dzieci do Szwecji i powiedziała, żebym do nich nie dzwonił. Siedziałem w mieszkaniu i płakałem. Gdybym wiedział, że koło 40-ki kobiety mają różne kryzysy, prawdopodobnie wziąłbym to na bary. Ale skąd miałem to wiedzieć? Nie mogłem w ogóle dojść do siebie, aż któregoś dnia w słuchawce swojego telefonu usłyszałem śliczny głosik Liliany Głąbczyńskiej (<em>aktorka – przyp. red.</em>). Dowiedziała się od znajomych, że często jeździmy do Szwecji i chciała dostać od nas namiar na wynajem jakiegoś mieszkania. Bardzo spodobał mi się jej głos. Zaproponowałem, że wyjdziemy na ulicę i jak się poznamy, to pójdziemy na kawę. Wyleciałem na dwór i w biegu zaczepiałem wszystkie dziewczyny: „<em>Are you Liliana? Are you Liliana?</em>”. W końcu zobaczyłem coś tak pięknego, że prawie padłem. To była ona. Skończyło się na ponad 20-godzinnym spacerze przez Manhattan. Kupiłem jej siedem róż, wpiłem się w usta i wylądowaliśmy w pięknym pałacu producenta filmowego Jacka Eisnera. Wtedy Lila znajdowała się w jego złotej klatce. Facet miał ją niby wkręcać do różnych produkcji, ale tego nie robił. Miała go dość, wobec czego meldowałem się w pałacu za każdym razem, kiedy Jack wyjeżdżał w interesach. Oczywiście jako jego gość, anonsowany jako „Mr. Johnson for Mr. Eisner”.</p>
<p><strong>A co z żoną i dziewczynkami?</strong></p>
<p>W międzyczasie Ula wybaczyła mi różne wariactwa i wróciła. Była skłonna spróbować jeszcze raz. Tylko dlaczego tak późno?! „Partyzantka” z Lilianą trwała półtora roku. Często na parę godzin wyjeżdżaliśmy do Connecticut albo New Jersey. Doszło do tego, że spotykałem się z nią trzy przecznice dalej, a Uli mówiłem, że lecę grać do Europy. W końcu nas namierzyła i wywaliła mnie na zbity pysk. Zresztą słusznie. Przez pół roku mieszkałem w hotelu.</p>
<p><strong>Potem był ślub?</strong></p>
<p>Tak, na dachu Empire State Building. Świadkami byli Janusz Głowacki i Lenny White. To była wielka, prawdziwa, namiętna miłość. Przeszkadzali nam tylko: ojciec Liliany, który mnie nie cierpiał oraz Joanna Pacuła (<em>aktorka &#8211; przyp. red.</em>), która Lilianie robiła szurum-burum w mózgu. Teściu mieszkał w Berlinie i dziwnie mówił po polsku: „Lyla, ty jesteś prrryncesa. Powinnaś mieć męża-mylionerra”. Byłem za biedny, więc nigdy mnie nie zaakceptował. Za co zresztą dostał od niej w dziób. Przy mnie. Co do Pacuły, to po każdym spotkaniu z nią dało się wyczuć niepokój w naszym domu. Joanna zresztą była od tego specjalistką: parę małżeństw dzięki niej nie przetrwało. My jakoś dawaliśmy radę, ale po siedmiu latach Liliana oświadczyła mi, że ma spotkanie z wielkim hollywoodzkim producentem i „niczego nie gwarantuje”.</p>
<p><strong>Ciekawe rozwiązanie. </strong></p>
<p>Prawda? W jednej chwili z niezazdrosnego luzaka stałem się zazdrosnym smutasem. Ona pojechała, a ja kupiłem litrową butelkę rumu. Gdy wróciła, niespecjalnie chciała mi opowiadać o tym spotkaniu. W związku z tym na jej oczach jednym łykiem walnąłem całą butlę i&#8230; wylądowałem w szpitalu. Zacząłem znowu popijać. Bez ekscesów, ale jednak. Niestety, połączenie jazzu i Hollywoodu nam nie wyszło. Wyjść zresztą nie mogło. Musieliśmy się rozstać.</p>
<p><strong>Wiemy, że planujesz kolejny ślub. </strong></p>
<p>Moja przyszła żona jest młodsza ode mnie tylko o 25 lat. Teściowa też jest ode mnie młodsza.</p>
<p><strong>To chyba twój rekord?</strong></p>
<p>Tak, ale powiem wam, dlaczego tak się dzieje. Kobiety odpowiednie wiekiem są zużyte, niewłaściwe lub zajęte. Trzeba sięgać głębiej. Mam jednak nadzieję, że sięgnąłem po raz ostatni. Starczy już! Moja Dosia doskonale wie, że potrafię być w porządku. Zna instrukcję obsługi Urbaniaka. Kocham przyszłą małżonkę, ale oczywiście doceniam wszystkie poprzednie. Na swój sposób też je kocham. Zresztą według polskiego prawa jestem kawalerem, bo wszystkie śluby brałem poza Polską i nigdy ich tutaj nie zalegalizowałem.</p>
<p><strong>A pamiętasz swoją pierwszą miłość?</strong></p>
<p>Była 13-letnią córką lekarza. Ja miałem wówczas lat 15. Dziewczyna musiała odgrywać utratę dziewictwa, bo jak się potem okazało, przede mną miała tam nieźle nawtykane.</p>
<p><strong>Co na kobiety działa bardziej: skrzypce czy saksofon?</strong></p>
<p>Dziewczyny na ogół nie lubią rzępolenia. Ja zresztą też nie lubię. Tak więc zdecydowanie trąbka i saksofon.</p>
<p><strong>Grałbyś jazz, gdyby nie one?</strong></p>
<p>Na pewno. Na samym początku ważniejsze były nuty. Byłem nadzwyczajnie muzykalnym i zakochanym w świecie dźwięków chłopakiem. Nie potrafiłem obronić się przed muzyką. Dopiero potem połączyłem przyjemne z pożytecznym. Tak naprawdę to zawsze bałem się prawdziwego zakochania, ale już mając 15 lat wiedziałem, że to musi być albo śpiewaczka, albo menedżerka.</p>
<p><strong>Jak się dzisiaj czujesz w Polsce?</strong></p>
<p>Prawie jak za komuny. Zawsze wiedziałem, że będę mieszkał w Nowym Jorku. Nie wiedziałem tylko kiedy i jak to zrobię. Nigdy też nie przewidywałem swojego powrotu do Polski. Dziś jestem nowojorczykiem z wyboru i Polakiem mimo woli. Mam nieszczęście prowadzić tu swoją fundację. Niech ich wszystkich krew zaleje! W Stanach raz w roku wypełnia się deklarację podatkową, a tutaj cały czas VATy, sraty, koszty, jakieś akcje z fakturami&#8230; Najważniejsze jest, kto komu wystawi pilnie, a nawet na wczoraj, fakturę i z jaką datą. Ja się w tym nie łapię. To jest kraj, którego jeszcze nie ma. Wspaniała przyszłość przed nim, ale trzeba na nią trochę poczekać.</p>
<p><strong>Jak to kraj, którego jeszcze nie ma?</strong></p>
<p>Chciałem powiedzieć, z typową dla mnie przesadą &#8211; naród, którego nie ma. Na Boga! Przecież w Poznaniu mieszkają Niemcy mówiący po polsku, w Warszawie Rosjanie, a w Krakowie Austriacy. Dlatego charakterologicznie jako masa jesteśmy fatalni. Jest jednak światełko w tunelu. Po pierwsze bardzo się cieszę, że należymy do Stanów Zjednoczonych Europy. Po drugie, wiecie, w kim pokładam największe nadzieje? W Palikocie. Ja kocham Palikota. Przekonuje mnie w stu procentach. Lubię też Niesiołowskiego, bo tak jak Palikot zawsze nazywa sprawy po imieniu.</p>
<p><strong>Kogoś z PiS-u też lubisz?</strong></p>
<p>Nie za bardzo, ale nie szkodzi. Zawsze jest przecież drugi Tupolew. Poza tym to tylko polityka.</p>
<p><strong>Ostro!</strong></p>
<p>To samo powiedziałem kiedyś w wywiadzie na żywo. Wszyscy mieli niezłe miny&#8230; Chociaż z tym PiS-em to nie do końca prawda. Bardzo polubiłem panią Kluzik-Rostkowską, która genialnie poprowadziła prezydencką kampanię Jarosława Kaczyńskiego. Poznałem ją potem na party u Krzysia Krauzego. Od razu podszedłem i wręczyłem jej wizytówkę mówiąc: „Gdyby kiedykolwiek chciała się pani zająć biznesem muzycznym, będę pierwszym artystą w pani portfolio”.</p>
<p><strong>Może Palikot i Kluzik-Rostkowska powinni połączyć swoje siły? </strong></p>
<p>Pewnie, że tak! Rozruszaliby to całe towarzystwo. Bo Polacy są cholernie skostniali. Ale nie ma się czym przejmować &#8211; Szwajcarzy są jeszcze gorsi. Szczególnie ci z kantonów niemieckich. Szkoda takiego pięknego kraju dla nich. Bez napalmu ani rusz. To państwo policyjne w najgorszym wydaniu. Poza tym faszyzm, nacjonalizm i największe kurewstwo na świecie.</p>
<p><strong>Kurewstwo?</strong></p>
<p>Kiedyś porwała mnie taka jedna szwajcarska kluseczka – miała na imię Mookie. Fajna, miła zwierzyna. Najpierw w wagonie restauracyjnym spędziliśmy całą podróż między Sycylią a Zurychem. Potem wylądowaliśmy w luksusowym hotelu, w którym dziewczyna oświadczyła, że woli ze mną jechać do swojego domu. Dotarliśmy na miejsce, a tam czekał na nią mąż, któremu wypaliła: „Widzisz, ja też potrafię!”. Nie wiedziałem, czy mam przez okno skakać, czy lecieć przez drzwi razem z futryną. W każdym razie spierdalałem, ile sił w nogach.</p>
<p><strong>Przed szwajcarską policją już nie uciekłeś.</strong></p>
<p>Faszyści oskarżyli mnie o podrobienie paszportu. Wiecie, Amerykanie mają luz, więc krzywo wstawili stempelek do mojego <em>residence permit</em>. Dla policjanta z Bazylei krzywa pieczątka była jednoznaczna – złapał fałszerza. Szybko mnie zwinęli, zrobili osobistą wraz z ginekologiem, wsadzili do passata bez klamek i zawieźli do ciupy pod miastem. Już z daleka było słychać krzyki, jakby odgłosy tortur. Byłem przerażony. Zrobili mi zdjęcia z każdego profilu, odbili zgryz u stomatologa, zabrali valium i wsadzili do celi. Na szczęście z oknem. Nie mogłem nawet zadzwonić do Szwecji &#8211; do Uli i dzieci. A jak poprosiłem o skrzypce, to mieli miny, jakbym się miał na strunach powiesić! Przesiedziałem w celi siedem godzin. Wreszcie okazało się, że paszport jest OK. Głównym zarzutem wobec mnie było „nieprawidłowe zachowanie”. Wierzcie mi, byłem tak miły i pokorny, że prawie po butach ich w tym areszcie całowałem. Ale i tak dostałem trzyletni zakaz przebywania w Szwajcarii. To był dramat dla całego zespołu, bo mieliśmy tam zaplanowaną masę koncertów. Dostawaliśmy więc jednorazowe pozwolenia na granie. Za każdym razem musiałem informować władze, gdzie i kiedy gramy, a także od której do której. Jeżeli coś by się obsunęło o godzinę, od razu poszedłbym do aresztu. W związku z tym przez trzy lata nie zagrałem ani jednego koncertu bez dwóch panów w długich płaszczach. Musiałem się im opowiadać jak małe dziecko.</p>
<p><strong>To twoja jedyna przygoda kryminalna?</strong></p>
<p>Wszystkie moje przygody są pięknie opisane przez Andrzeja Makowieckiego w książce <em>Ja, Urbanator</em>, która się właśnie ukazuje w Polsce. A do aresztu trafiłem jeszcze raz, już w Stanach. Za granie w piramidę finansową. W Ameryce nazywaliśmy to „samolotem”. Nie miałem pojęcia, że zabawa w coś takiego jest nielegalna. Udało mi się raz „wygrać”. Ale złapali jakiegoś młodego nieopierzeńca, który doniósł, że to ja zgarniałem całą kasę. Była to oczywiście bzdura. Znałem takich, którzy wygrywali w tę grę parę razy i nigdy nie mieli problemów z prawem. A mnie wsadzili na trochę za szybkę, zaczekali aż oddam pieniądze i wypuścili. Pełna kultura. Amerykanie wszystko robią w białych rękawiczkach. Jak chcą ci wsadzić palec w dupę, to przynajmniej naoliwiony. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że zwykle dostaję po łapach za niewinność, a jak coś przeskrobię, to uchodzi mi to płazem. Kiedyś na przykład przemyciliśmy Ulę&#8230;</p>
<p><strong>Co zrobiliście?!</strong></p>
<p>Byliśmy w Paryżu na koncercie. Następny występ miał być w Monachium. Na dworcu ktoś podpierdolił Uli torebkę z paszportem w środku. Co robić? Nie ma rady, musimy dostać się do Niemiec. Kupuję więc bilety na Orient Express &#8211; dla mnie i dla córek. Pierwsza klasa, sleeping. Mówię do Kasi: „Zagadaj z konduktorem, żeby poszedł w drugą stronę”. W tym czasie Ula wskakuje do naszego przedziału. A my wychodzimy i z uśmiechem pokazujemy bilety. Przez całą podróż Ula leżała przykryta kocem na łóżku Kasi, która kładła się obok niej. Bez problemu przejechaliśmy w taki sposób wszystkie kontrole graniczne: francuską, holenderską, belgijską i niemiecką.</p>
<p><strong>Czyli jak na prawdziwego obywatela świata przystało. A właściwie to, ile ty masz obywatelstw?</strong></p>
<p>W Stanach można mieć tylko dwa. Musiałem się więc zrzec szwedzkiego, żeby zostać przy polskim i amerykańskim. Nie żałuję, bo Szwecja to państwo policyjne numer dwa, zaraz po Szwajcarii. A jak się domyślacie, spokojny to ja nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę.</p>
<p><strong>Domyślamy się. Ale nie wiemy, po co ci aż tyle telefonów. Masz ich na szyi chyba z siedem&#8230;</strong></p>
<p>Jestem gadżeciarzem. Jak wychodzi coś nowego, to lubię to od razu mieć. Poza tym siedem jest szczęśliwą liczbą. Znacie historię o mojej wygranej w totka?</p>
<p><strong>Brzmi kosmicznie.</strong></p>
<p>Któregoś razu w Nowym Jorku dopadł nas kryzys. Odwołano kontrakt, a przelew nie przyszedł. Facet nie wypłacił nam 25 tys. dolarów – zresztą do dzisiaj. I raptem w centrum świata nie mamy prądu, telefonu i kasy na przeżycie. W tamtych czasach bardzo często grałem na te same numery w niemieckiego i szwajcarskiego totka. Przypomniałem sobie o tym i od razu poleciałem do budki telefonicznej. Dzwonię do Uli: „Proszę cię, sprawdź totolotka. Mam przeczucie”. I co? I bach! Kolektura w Bochum &#8211; 250 tys. marek. Paradoksalnie była to najmniejsza wygrana w historii. Normalnie płacili grubo ponad pół bańki. Ale i tak byliśmy ustawieni na cały rok.</p>
<p><strong>Czy ty się w ogóle czegoś boisz?</strong></p>
<p>Boję się siebie &#8211; Urbaniaka. Przysięgam na Boga. Dużo zależy u mnie od samopoczucia. Mam charakter destrukcyjny. Gdybym się nie hamował, to zostalibyśmy tu do wieczora i balowali do rana. A może i dłużej.</p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong>Tenisowo:</strong></p>
<p>Gdybym miał wybierać spośród dwóch muzyków o podobnych umiejętnościach, to na pewno zaangażowałbym tego, który gra w tenisa.</p>
<p>Z Ulą w deblu ogrywaliśmy nawet parę Fibaków.</p>
<p>Gra Fibaka polegała na inteligentnym rozpoznaniu przeciwnika i na bardzo inteligentnym psuciu mu gry. Kiedyś zadałem Wojtkowi pytanie: „Jak ty wygrasz z tym Noahem?”. A on na to: „Wygrać to ja z nim nie wygram, ale on może ze mną przegrać”.</p>
<p><strong>Osobiście:</strong></p>
<p>Psychologowie opierdalają mnie za to, że jestem skrajnym egoistą. Przejawem tego jest nadmierna chęć pomocy wszystkim, co jednocześnie jest formą dopieszczania samego siebie.</p>
<p>Jestem umiarkowanym, nieprzesadnym katolikiem. Byłem też buddystą – to fantastyczna religia, w której nie ma nakazów i zakazów. Odpowiada mi to, bo jestem totalnym wolnościowcem.</p>
<p>Mam za dużo pomysłów na różne projekty. Uważam, że człowiek za długo żyje. Stąd ten problem.</p>
<p>Nie dziwię się, że Stańko zarabia pieniądze, bo on ich po prostu nie wydaje. Ja mam dwie dziury w kieszeniach, kasa się mnie nie trzyma. Wydałem jej tyle, że mało kto na świecie tak dużo zarobił.</p>
<p>Nie umiem się niczego pozbyć. Przywiązuję się do rzeczy. Kiedyś Ula wyrzuciła 22 pary moich starych tenisówek. Wpadłem niemal w rozpacz, przecież one były takie piękne&#8230; Z samochodami mam tak samo. Teraz mam cztery. Przyzwyczajam się do nich jak do kobiet.</p>
<p><strong>Kulturalnie:</strong></p>
<p>Sławomira Petelickiego nazywam apaczem kulturalnym. Pamiętam, jak kiedyś jako attache oprowadzał po Nowym Jorku jakiegoś profesora. Nagle podszedł do nich czarny z nożem. Profesor się przestraszył i krzyknął do Sławka: „Czego on ode mnie chce?”. „Jak to czego? Pieniędzy”. „To proszę mu powiedzieć, że mam ściśle wyliczone diety”.</p>
<p><strong>Rozrywkowo:</strong></p>
<p>Gitarzysta Larry Coryell potrafił w ciągu jednego koncertu wydymać trzy dupy. Był niesamowity.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Roman Kostrzewski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/roman-kostrzewski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/roman-kostrzewski/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 19 Jul 2011 09:00:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Kostrzewski Roman]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3129</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Michał Łuczak &#8211; Jaki jest twój ulubiony rodzaj egzekucji? Mogę wam wskazać rodzaj najgorszy. Jest to niewątpliwie egzekucja komornicza. Poza tym egzekucją w moim przypadku było bycie ojcem, które zmienia okoliczności życiowe. Egzekucją bywały także kobiety, z którymi w łóżku rzecz jasna nie cierpiałem, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/07/Roman-Kostrzewski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-3139" title="Roman-Kostrzewski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/07/Roman-Kostrzewski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 6, 2011 rok</strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Michał <strong></strong>Łuczak</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jaki jest twój ulubiony rodzaj egzekucji?</strong></p>
<p>Mogę wam wskazać rodzaj najgorszy. Jest to niewątpliwie egzekucja komornicza. Poza tym egzekucją w moim przypadku było bycie ojcem, które zmienia okoliczności życiowe. Egzekucją bywały także kobiety, z którymi w łóżku rzecz jasna nie cierpiałem, ale poza nim i owszem. Czasami żądały ode mnie takich funkcji i programów, iż naprawdę czułem, że stracę głowę. Krótko mówiąc, mimo że gadacie z żywym człowiekiem, przeżyłem parę egzekucji.</p>
<p><strong>Nieźle się zaczyna. Już twoja pierwsza odpowiedź ma szansę trafić na Pudelka.</strong></p>
<p>Jestem w wieku, w którym muszę uważać na wszelkiego rodzaju pudełka (<em>śmiech</em>). Nie ma już Dio, nie ma Moore’a, Nergal zachorował&#8230; Możliwość wejścia do pudła stale mi towarzyszy. Ale najwięcej i najchętniej pisałem o śmierci, gdy mnie w ogóle jeszcze nie dotyczyła. Młodzi ludzie chętnie podejmują tematy eschatologiczne, a życie na krawędzi bardzo ich kręci. Dla młodzieży odejście z tego świata jest najgorszą rzeczą, jaka się może zdarzyć.</p>
<p><strong>A ty otarłeś się o śmierć?</strong></p>
<p>Parę razy. Na przykład w Bytomiu przed knajpeczką skakali mi po gardle. Paru pijanych skoczków się znalazło&#8230; Straciłem przytomność. Było blisko. Ale nie mam pretensji i nie traktuję tego wybryku w kategoriach bandyckich. Alkohol brutalizuje ludzi. Jak się dowiedziałem, że jeden ze „skoczków” ma trójkę dzieci, to odpuściłem. Popełnił życiową głupotę i tyle. Odpuściłem, ale nie wybaczyłem.</p>
<p><strong>Jesteś prawdziwym Ślązakiem?</strong></p>
<p>Niby tak, ale dziś ciężko zdefiniować „prawdziwego Ślązaka”. W każdym razie z gwarą nie mam problemu. Urodziłem się w Piekarach Śląskich, a matkę i ojca mam z Katowic. Jedna babka o nazwisku Leisner wyszła za mąż za warszawiaka – właściciela firmy przewozowej. Przed wojną dobrze się im wiodło, po wojnie nie mieli środków do życia. Druga babka, o nazwisku Paluch, miała męża, który po wojnie mieszkał w Holandii. To był mój dziadek &#8211; człowiek, który przez całe życie nie przyznał się do swojej rodziny w Polsce, bo bał się – i słusznie &#8211; że ich u nas zgnoją. Według władzy ludowej dziadek był Niemcem, który służył w Wehrmachcie. Dopiero jego dzieci odnalazły nas w Polsce.</p>
<p><strong>Pewnie nie było łatwo, bo zmieniłeś nazwisko.</strong></p>
<p>Nazwisko Kostrzewski jest wymyślone. Zmiany dokonałem mając 23 lata. Głównie ze względów osobistych, ale także z bezczelności, gdy nabrałem ochoty na bycie muzykiem.</p>
<p><strong>Jak się nazywałeś wcześniej?</strong></p>
<p>Tak jak matka, która nazywała się Kollek, ale władza spolszczyła ją na Kołek. Z tego powodu miałem trochę nieprzyjemności w Domu Dziecka. Dzieciaki śpiewały: <em>Było morze, w morzu kołek, a na kołku był wierzchołek. Na wierzchołku siedział zając i nogami przebierając śpiewał tak: Moje nogi pachną cudnie, rano, wieczór i w południe. Gdy powąchasz jedną nogę, to upadniesz na podłogę, gdy powąchasz obie nogi</em>, <em>to nie wstaniesz już z podłogi</em>. Po tej piosence wiedziałem, że w przyszłości, gdy będę miał dzieci, to oszczędzę im trudności i dam im inne nazwisko.</p>
<p><strong>Nie mogłeś wziąć nazwiska po ojcu?</strong></p>
<p>Wiele lepszego nie miał! Nazywał się Mul, ale potem spolszczono go na Mola. W jego rodzinie byli filharmonicy, ale nie wierzę w determinizm artystyczny.</p>
<p><strong>Mol i Kołek dają&#8230; Mołek.</strong></p>
<p>Bardzo dziękuję, świetne skojarzenie, ale niestety, co widać, nie jestem z panią Magdą spowinowacony. W przeciwieństwie do dziewczyny, którą na pewno znacie. To moja bratanica &#8211; Violetta Kołakowska, która miała u was parę fajnych stron. Dzięki wam zobaczyłem cycki swojej bratanicy. Dziwne uczucie&#8230;</p>
<p><strong>W jakim wieku trafiłeś do Domu Dziecka w Dobrodzieniu i dlaczego?</strong></p>
<p>Miałem 4 lata. Ale nie chciałbym, żeby moja opowieść wyglądała dramatycznie. Jako dziecko nie przepadałem za tym miejscem i nie potrafiłem ocenić dobroci wynikającej z przebywania tam. Początkowo wszystkie dzieci uważają Dom Dziecka za krzywdę, ale potem odkrywają, pamiętając często ubóstwo i przemoc domową z „lat rodzinnych”, że to tak naprawdę zrządzenie losu. Ze mną było trochę inaczej. Moja matka nie miała szczęścia. Niestety wojna przejechała się po niej jak po kurwie. Mając 16 lat, została zgwałcona przez Rosjanina, który wziął ją jak zdobycz wojenną. Zgwałcił, bo według niego była Niemką, mimo że miała ojca Polaka. W ten sposób urodziła się moja siostra. Mój brat to też dziecko gwałtu. Tym razem matkę zgwałcił policjant. Ja byłem trzecim dzieckiem, pierwszym z miłości, ale za to odrzuconej. Mój ojciec był dużo młodszy – po prostu trafiła mu się dojrzała kobita&#8230; A jak wiadomo dojrzałe dziewczyny bywają agresywne i bardziej otwarte, szczególnie po alkoholu.</p>
<p><strong>Kim byli rodzice?</strong></p>
<p>Ojciec pracował w górnictwie, był ratownikiem, a więc cieszył się szacunkiem. Matka, jak na prawdziwą Ślązaczkę przystało, zwyczajowo nie zajmowała się żadną pracą. Nie była ambitna. Myślę, że traumy wojenne za mocno ją pokiereszowały. Pochodziła, jak już mówiłem, z dosyć bogatej rodziny, więc nikt nie myślał o jej kształceniu. Jej przyszłością nie miała być praca, tylko dom. Po wojnie firma przewozowa dziadka została przejęta przez Niemców i życie we względnym dobrobycie brutalnie się skończyło. Matka własnego domu nie założyła. Dziś oboje rodzice już nie żyją.</p>
<p><strong>W Domu Dziecka byłeś sam?</strong></p>
<p>Trafiłem tam ze starszym o pięć lat bratem, więc było mi lżej – miałem swojego pierwszego obrońcę. Szybko nauczyłem się jednak samodzielności – w Domu Dziecka to normalka. Cech rodzinnych nie da się tam przyswoić, ale społeczne jak najbardziej. Poza tym odkryłem szybciej niż rówieśnicy mieszkający w normalnych warunkach, dziecięcy erotyzm. Masa zabawy, wspólnej pracy, piękne przyjaźnie – tak widzę dziś mój czas w Domu Dziecka. To było, wbrew pozorom, bardzo kolorowe dzieciństwo, które spowodowało, że być może jestem bardziej wielowymiarowy i dynamiczniejszy od niektórych „normalnych” rówieśników.</p>
<p><strong>Masz kontakt z tamtymi koleżankami i kolegami?</strong></p>
<p>Nieczęsto, ale mam. Traktujemy się trochę jak rodzina. Jedna z koleżanek z Domu Dziecka była wychowawczynią mojej córki w przedszkolu.</p>
<p><strong>Dom Dziecka to takie trochę gorsze kolonie?</strong></p>
<p>Bez przesady! Dom Dziecka nie jest wolny od przemocy. Ale nie permanentnej. Zdarzały się różnego rodzaju przykrości, nawet chamskie i zbrodnicze – jak w życiu. Na przykład jeden z wychowawców ukradł kiedyś radio i zwalił to na dziecko. Chłopak dostał straszny wpierdol od milicji. Intuicyjnie byłem świadomy pewnych praw dzieci i często stawałem w obronie niektórych. Nie znosiłem rutyny kadry wychowawczej, która przejawiała się biciem. Byłem przewodniczącym Domu Dziecka, takim pośrednikiem między dziećmi a wychowawcami i myślałem, że wolno mi więcej. Miewałem poważne scysje.</p>
<p><strong>Z konsekwencjami?</strong></p>
<p>Chodziłem do górniczej szkoły zawodowej, a potem do zwykłej szkoły średniej. Dobrze się uczyłem, można powiedzieć, że byłem takim luzackim kujonem. Na maturze miałem same piątki, tylko z fizyki dostałem czwórkę. Wiadomo było, że dzieci, które nie miały problemów z nauką, mogły mieszkać w Domu Dziecka dłużej, nie musiały z niego wychodzić w wieku 18 lat. Mimo dobrych wyników w nauce, i tak mi to nie groziło, bo byłem przez wychowawców uważany za nonkonformistę. W sumie jednak cały czas doceniam rolę takich miejsc jak Domy Dziecka. Dzięki nim ich wychowankowie do dziś potrafią prawdziwie rozkoszować się szczęściem. Jakimkolwiek. Zawdzięczają to państwu.</p>
<p><strong>Jesteś państwowcem?</strong></p>
<p>Jestem i zawsze będę. To państwo mnie wychowało. Byłem niejako ofiarą ówczesnej propagandy sukcesu, która twierdziła, że dzieci z Domu Dziecka są przez państwo zabezpieczane. Gówno prawda. Dobrze, że po ukończeniu 18. roku życia mogliśmy przynajmniej mieszkać w hotelach robotniczych.</p>
<p><strong>Jako górnicy?</strong></p>
<p>A nawet studenci. Zacząłem wtedy studia na Wydziale Elektrycznym Politechniki Śląskiej i jednocześnie pracowałem w kopalni Rozbark na dole. Jeszcze w Domu Dziecka potrafiłem zrzucić samotnie z wagonu 30 ton węgla, tylko po to, żeby trochę zarobić. A ponieważ o górnikach powstawały wówczas miłe pioseneczki, wydawało mi się, że praca w kopalni będzie dla mnie wszystkim. Dosyć szybko jednak doszedłem do wniosku, że skoro już wiem, jak się pracuje fizycznie, to może należałoby popracować w inny sposób.</p>
<p><strong>W przeddzień stanu wojennego poznałeś chłopaków z Kata.</strong></p>
<p>W trakcie drugiego dnia przeglądu Silesian Rock. Grali bez wokalisty, więc idealnie się złożyło. Strasznie mnie wtedy rozśmieszała ich nazwa. Dało się wyczuć, że wymyśliły ją dzieci. Porównując ją na przykład z Budką Suflera, była mało eufemistyczna (<em>śmiech)</em>. Dogadaliśmy się i umówiliśmy na spotkanie, które odbyło się znacznie później niż planowaliśmy. Stan wojenny kojarzy mi się więc wielowymiarowo.</p>
<p><strong>Nie spotkaliście się szybko, bo się zamotałeś w politykę.</strong></p>
<p>Na kopalni wszyscy mnie znali, bo byłem elektrykiem, ale również malarzem. Dla przyjemności malowałem akwarele, dla zarobku znaczyłem ściany, włączniki i wyłączniki. Przyszedł stan wojenny. Poszła iskra – strajkujemy! Na forum publicznym zaproponowałem, żeby na przewodniczących strajku wybrać takich, którzy nie mieli dzieci i rodziny. No i wybrali między innymi mnie (<em>śmiech)</em>. Było to zabawne, bo w Solidarności nie miałem żadnej funkcji, byłem zwykłym, szeregowym członkiem.</p>
<p><strong>Potem oskarżono cię o organizację strajku</strong>.</p>
<p>Mnie i jeszcze dwóch facetów. Przyjechało po nas wojsko i postraszyło. Mieli czym, tym bardziej, że nie byliśmy uzbrojeni, a ich było z 200. Spacyfikowali nas zawodowo. Na posterunku widziałem wtedy bardzo zmęczonych zomowców. Wszyscy byli na amfie i wszyscy podnieceni, że złapali goryla, czyli mnie. Jako jedyny miałem tam długie pióra. W areszcie spędziłem miesiąc. Głównie siedziałem na pryczy i śpiewałem King Crimson.</p>
<p><strong>Który kawałek?</strong></p>
<p>Całą pierwszą płytę (<em>śmiech</em>). Na rozprawie mieli ze mną problem, bo wyszło na to, że człowiek z Domu Dziecka został źle wychowany przez państwo ludowe! Dlatego też nie było świadków i oddalono zarzuty, ale nie uniewinniono. Przyjechała czarna Wołga, która zawiozła mnie na posterunek i rozpętała się bardzo długa dyskusja. Propozycję współpracy odrzuciłem, tłumacząc, że w Domu Dziecka tego typu postępowanie było bardzo surowo karane. Wtedy oświadczono mi, że po wyjściu z budynku wywiozą mnie za granicę i nie będę mógł do końca życia przebywać w Polsce. Na to nie byłem przygotowany. Miałem tu dziewczynę, przyjaciół i perspektywę Kata, która zresztą wyeliminowała moje ambicje edukacyjne. Na studiach nie zaliczyłem nawet semestru, czas pierwszej sesji spędziłem w pudle. Wizja tego, kim będę po studiach wydała mi się po wszystkich przeżyciach zniechęcająca. Byłem sfrustrowany. W konsekwencji podpisałem lojalkę, czyli oświadczyłem, że będę stosował polskie prawo i nie będę go naruszał w szczególności w zakładzie pracy. Dziś jestem przeciwny żenującemu oskarżaniu ludzi, którzy podpisywali takie lojalki. Jeżeli ktoś miał wówczas rodzinę, robił słusznie.</p>
<p><strong>Wróciłeś do kopalni?</strong></p>
<p>Tak i czekała tam na mnie niespodzianka. Dostałem „awans” na stanowisko brygadzisty gospodarczego. Jego obowiązki były głównie fizyczne, polegały na dźwiganiu różnych ciężkich przedmiotów. Dodatkowo zacząłem zarabiać o połowę mniej niż przed stanem wojennym. Wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę znaleźć życiową alternatywę. Po roku zwolniłem się.</p>
<p><strong>Wojsko nie ścigało?</strong></p>
<p>Ścigało, ale udało mi się wyłgać, co w tamtych czasach świadczyło o nieprzeciętnych umiejętnościach. Symulowałem permanentne branie narkotyków. Wbrew pozorom nie było to proste, bo byłem czysty. Zresztą ja w ogóle stronię od ciężkich używek. Znam je, ale nie korzystam. Natomiast jeśli wyniknie jakieś spotkanie towarzyskie, to nie odmawiam alkoholu i ziółka.</p>
<p><strong>Będąc jeszcze brygadzistą, byłeś też członkiem Kata. To był twój pierwszy zespół?</strong></p>
<p>Początki były znacznie trudniejsze. W Domu Dziecka śpiewałem dla milicjantów w ramach Dnia Milicjanta (<em>śmiech</em>). Mundurowi przychodzili z prezentami, które rozdawali „za coś”. W moim przypadku była to piosenka: <em>Milicjant to naprawdę nasz przyjaciel bliski; przyjaciel, który myśli życzliwie o wszystkich.</em> Próbowałem zaśpiewać to dwa razy, ale dochodząc do słowa „nasz”, blokowałem się. Na twarzy purpura, wstyd jak cholera &#8211; nigdy tego nie zapomnę. Ale przytulaka dostałem! Później w szkole górniczej miałem kapelę, w której śpiewałem Niemena.</p>
<p><strong>Mniej więcej wtedy spędzałeś czas pod abażurem z prezerwatywy?</strong></p>
<p>Tak! Mieszkałem z takim jednym panczurem w jego mieszkaniu. „Projektowaliśmy wnętrza” w sposób bardzo autorski. Po jednej z wielu imprez ujrzeliśmy takie coś – abażur nad żarówką, do połowy napełniony. Nikt nie pamiętał, kto wpadł na taki pomysł. Nasza stylizacja robiła na gościach ogromne wrażenie. Jadaliśmy wtedy takie wynalazki jak placki z mąki ziemniaczanej &#8211; każdy placek miał konsystencję kauczuku i starczał na 4 godziny jedzenia!</p>
<p><strong>Minęło parę lat niedojadania i Kat stał się prawdziwą gwiazdą. Mieliście nawet trasę z Hanoi Rocks. Słyszeliśmy, że był to jeden z najbardziej rozrywkowych okresów w waszej historii.</strong></p>
<p>Hanoi Rocks byli wówczas określani jako jedna z trzech najbardziej widowiskowych kapel na świecie. My, ludzie zza żelaznej kurtyny, nie wierzyliśmy własnym oczom. Faceci byli egzaltowani, świetnie ubrani, doskonale zorganizowani, profesjonalni, a do tego cały czas na w pełni kontrolowanym rauszu. Chłopcy non stop sączyli whisky i wiedzieli, jak się dobrze zabawić. Kiedyś nawet jeden z nich nam się zgubił. Trafiliśmy na przypadkowe weselicho, zatankowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie okazało się, że w autokarze jedno miejsce jest wolne. Zawróciliśmy i spotkaliśmy go, idącego na bosaka środkiem polskiej wsi &#8211; w atłasach, w makijażu, w kapeluszu, z wódką w dłoni. Przeszedł tak kilkanaście kilometrów. Niedźwiedzia nie spotkał, ale wyobrażacie sobie, jakie to było dla niego przeżycie.</p>
<p><strong>Jak Hanoi Rocks odbierali wtedy Polskę?</strong></p>
<p>Znakomicie. Oto przykład: lądujemy w lokalu. Chłopaki chcą się napić tego, „co mają na półkach”. Nie ma wermutu, ale jest gin. Proszą o tonik. Nie ma toniku. No to może z lodem? Nie ma lodu. I tu wystąpił szczery smutek wraz ze zrozumieniem, że w Polsce zabrakło wody (<em>śmiech</em>). Wówczas nad Wisłą łatwiej było zdobyć kompot niż marihuanę, która jeżeli w ogóle pojawiała się w środowiskach muzycznych, to niesłychanie rzadko. Pamiętam, że ktoś z polskiej ekipy podarował chłopakom cały worek ziela. Chciał pokazać zachodniej kapeli, że u nas jest naprawdę „cool”. Hanoi Rocks mieli wtedy dwa dni do wyjazdu. Musieliśmy kręcić jointy grubości hawajskich cygar&#8230; Dzięki Finom przypomnieliśmy sobie, jak uprawiać sztukę tak, aby nie przestała być zabawą. Bo często sztukę tworzy się w spięciu, z pompatycznością. Biada takim twórcom, bo wtedy twórczość przerasta autorów.</p>
<p><strong>Ciebie nigdy nie przerosła?</strong><br />
Oj, nie raz. Pamiętam, jak w kieleckiej hali facet krzyczał do mnie: „Naucz się śpiewać, gościu! Naucz się śpiewać!” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jakie mieliście wtedy doświadczenia z cenzurą?</strong></p>
<p>Rzadkie, bo metal nie był muzyką, która istniała w mediach. Ideologia socjalizmu nie mogła się wspierać na tego typu twórczości. Pamiętam, że musieliśmy zmienić <em>Ciszę wymarłych światów</em> na <em>Oddech wymarłych światów</em>. Dlaczego? Ciężko się domyślić.</p>
<p><strong>W mediach was nie było, ale jednak ówczesna młodzież odbierała waszą muzykę w inny sposób niż dziś.</strong></p>
<p>Wtedy młodzież lokowała w muzyce wiele swoich oczekiwań. Muzyka dostarczała wolnościowych emocji. W rygorystycznym państwie taka funkcja sztuki była nie do przecenienia. Dzisiejsza młodzież kompletnie inaczej odbiera muzykę i nie łączy jej z wartościami najwyższymi. Treści, które ujawniali w latach 80. metale, na tle ogólnej sytuacji społecznej, wydawały się pewnie mało interesujące, ale czym innym jest próba definiowania ogólnonarodowego wymiaru wolności, a czym innym opowiadanie o wolności indywidualnej. My trafialiśmy do jednostek, a nie do społeczeństwa jako takiego.</p>
<p><strong>Jakie są różnice między młodzieżą z tamtych lat a tą współczesną?</strong></p>
<p>Za komuny dzieciaki mniej piły, dzięki czemu zabawa trwała dłużej. Badały granice, były mniej powściągliwe, improwizowały, a jak wiadomo improwizacja to podstawa. Wtedy erotyka słowa zaczyna dotykać piersi i ud. Czasami wystarczyła jedna impreza, żeby mieć dziewczynę do końca życia albo przynajmniej na parę sezonów <em>(śmiech</em>). Dziś niechcący jestem w takim wieku, że młodzi ludzie nie zapraszają mnie na wspólne imprezki. Wstydzą się albo są przekonani, że jestem za sztywny. Za pośrednictwem PLAYBOYA chciałbym oświadczyć, że nie jest ze mną tak źle. Ostatnio na przykład w hotelu urządziłem chłopakom z zespołu kocówę. Biegałem z poduszką po pokojach i ich tłukłem. Na pewnym etapie mojego rajdu, usłyszałem obcy głos: „Przepraszam, czy mógłby pan zostawić mnie w spokoju?”. Wpadłem z poduchą nie do tego pokoju, co trzeba (<em>śmiech</em>). Musiało to wyglądać przekomicznie – starszy pan z poduszką w rękach skrada się do nieznanego sobie faceta, żeby urządzić mu kocówę. Nie wiedziałem, jak mam gościa przepraszać. Z podkulonym ogonem wróciłem do wyra.</p>
<p><strong>Czy wśród groupies Kata zdarzały się anioły?</strong></p>
<p><em></em>Oczywiście zdarzały się dziewczyny, które przebywały wśród chmur. Zresztą był to mój główny powód bycia muzykiem – dziewczyny.</p>
<p><strong>Biustonosze nadal lądują na scenie?</strong></p>
<p>Cały czas. Powiem więcej, czasami dziewczyny pokazują cycule.</p>
<p><strong>Kiedy?</strong></p>
<p>W trakcie występu. Po oczywiście też. Na metalowych koncertach nigdy nie było problemów ze swobodą. Sporo dziewczyn wykazuje dużą otwartość obyczajową, która świadczy o potencjale tej muzyki. Gdyby nie było w niej erotycznych pokładów, nie byłaby w ogóle interesująca.</p>
<p><strong>A gdyby raptem cycule zniknęły?</strong></p>
<p>Zdziwiłbym się. To by znaczyło, że ktoś nam je skrycie „wyjął”.</p>
<p><strong>Dla niektórych głównym powodem oglądania was na żywo także były cycule. Wynajmowaliście striptizerki czy robiliście castingi wśród fanek?</strong></p>
<p>Castingi były po sztuce, w koncertach brały udział tylko profesjonalistki. Nie mogliśmy sobie pozwolić na taką frywolność, żeby ich nie zatrudniać. Ograbić sztukę metali z czegoś takiego byłoby nadzwyczajnym zubożeniem. W końcu wszyscy byliśmy wychowani na dansingach (<em>śmiech</em>). Panie striptizerki były na ogół przerażone naszymi występami. Różnica między lokalem hotelowym a Spodkiem była ogromna. Szatan, hałas, światła, a do tego prosta choreografia ich występu często były nie do przeskoczenia. Najważniejsze dla nich było jednak to, że byliśmy wypłacalni&#8230;</p>
<p><strong>Zawsze cali i zdrowi?</strong></p>
<p>Na ogół tak. Mnie popieściło tylko raz, w sali prób. Miglanc elektryk doprowadził nam trzy fazy, co spowodowało, że instrumenty różniły się ilością strun i napięciem. Ustami dotknąłem mikrofonu tak, że odfrunąłem i upadłem na solidną skrzynię. Ona wytrzymała, moje żebra nie. Ale zrosły się, nie narzekam.</p>
<p><strong>Ile zagranicznych koncertów za komuny zagrałeś?</strong></p>
<p>Jeden – w Czechosłowacji. Większość chłopaków z zespołu miała nieuregulowany stosunek do służby wojskowej, co skutecznie eliminowało nas z takich przygód. Nie mieliśmy układów z ówczesną władzą, więc odpadały wyjazdy do tak zwanych krajów zaprzyjaźnionych. Poza tym, jak wiadomo, była bariera kulturalna i finansowa. Nie mieliśmy więc czego szukać także na Zachodzie.</p>
<p><strong>Zastanawiałeś się kiedyś, ile kaset sprzedaliście?</strong></p>
<p>Nie miało to specjalnego znaczenia, bo nie wzrastaliśmy w takim świecie jak dzisiaj. W sztuce interesowało mnie przede wszystkim to, gdzie są granice i jak daleko można pójść. Wielu mówiło: „to jest muzyka satanistyczna”. Gówno, a nie muzyka satanistyczna! Chodziło mi o sztukę, w której istnieje pełna dowolność opowiadania. To mnie interesowało, a nie ilość sprzedanych kaset. Tym bardziej, że na tych kasetach zarabiali inni.</p>
<p><strong>Widziałeś w internecie swój taniec, do którego ktoś podłożył dźwięk z <em>Jesteś szalona</em> zespołu Boys?</strong></p>
<p>Ten filmik jest niebywale śmieszny. Jestem urzeczony zdolnościami autora. Połączyć ze sobą tak bardzo rożne rodzaje sztuki, to dopiero wielka sztuka!</p>
<p><strong>Twoja sceniczna choreografia znacząco odbiega od metalowych standardów.</strong></p>
<p>Nigdy się nie stylizowałem na kogoś innego. Nie trenowałem min przed lustrem. Taki po prostu jestem. Ale przeżyłem kilka sytuacji, kiedy zarzucano mi odejście od „metalowej czystości”. Zwykle robiły to osoby, które nie rozumieją, że metal jest konwencją, a nie ideologią. Żadna konwencja nie będzie mnie powstrzymywała przed zakładaniem różowych slipek, kiedy mam akurat taką fantazję. Nie wzbraniam się także przed odwiedzaniem kościołów. Często są to bardzo ciekawe zabytki.</p>
<p><strong>Myślałeś kiedyś o akcie apostazji?</strong></p>
<p>Taki akt wyraziłem wyraźnie. Kiedy moja była żona – nie prosząc mnie rzecz jasna o ślub kościelny – sama chciała złożyć ślubowanie przed Bogiem, wystosowała odpowiedni wniosek. Po rozpatrzeniu sprawy na szczeblu biskupim, dostała odpowiedź, że kościół nie zezwoli jej na to, ze względu na mnie (<em>śmiech</em>). Kiedy bez mojej wiedzy próbowała ochrzcić potem nasze dziecko, sytuacja się powtórzyła. Chrzest się nie dokonał. Nie potrzebuję kwitka, że wypisałem się z kościoła. Przede wszystkim ja się tam nie zapisywałem. Religia narzuca swoją konwencję, determinuje postawy społeczne i wbrew pozorom wcale nie odwołuje się bezpośrednio do duszy. Tę rolę spełnia o wiele lepiej sztuka. Dlatego ja wolę uprawiać tę drugą. A żeby to robić, nie potrzebuję oficjalnego skreślenia z listy wiernych.</p>
<p><strong>Masz troje dzieci. Ale samotnie wychowujesz jedno&#8230;</strong></p>
<p>Natalię, która ma teraz 15 lat. Trwa to już długo i radzę sobie chyba nieźle. Utrzymuję kontakt z mamą Natalii, więc córka zawsze ma gdzie pójść, kiedy ruszam w trasę. Prawo w Polsce w przypadku rozpadu rodziny zwykle jest po stronie matki. My jednak byliśmy na tyle praktyczni, że potrafiliśmy rozsądnie to wszystko ułożyć bez drogich usług Temidy. Moja starsza córka Carmen jest już mężatką i mieszka w Liverpoolu. Syn Natan jest dokładnie w wieku Carmen, bo w tamtym czasie do dziewcząt puszczałem lewe i prawe oko. Oczywiście boli mnie, że kontakt z nimi nie był za częsty&#8230;</p>
<p><strong>A czy ludzie czasami dają ci odczuć, że boli ich twoja twórczość?</strong></p>
<p>Nie, bo nie można mieć mi za złe, że robię to, co robię. Metal nie jest muzyką dotowaną ze środków publicznych. Nikogo w ten sposób nie zubażam. Wręcz odwrotnie &#8211; wzbogacam duchowo tych, którzy mają na to ochotę.</p>
<p><strong>My mamy ochotę spytać cię o twoje propozycje na nasze rozkładówki.</strong></p>
<p>Zawsze lubiłem i do dziś lubię spikerki. Wydaje mi się, że warto by było wyeksponować tak piękną kobietę jak Grażyna Torbicka. Innym, starszym spikerkom, darujmy, co nie oznacza, że wciąż nie są wspaniałe. Fajnie by było też popatrzeć na kilka sportsmenek, na przykład gimnastyczek. Moglibyście też spróbować uchwycić urodę pań nie związanych z show biznesem. Jeśli chodzi o nazwiska – dajcie mi się przespać z tym tematem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A znasz już nazwisko Beckham?</strong></p>
<p>Tak. To piłkarz. Kiedyś zapytano mnie, kto to jest i faktycznie nie wiedziałem. Nie jestem wielkim fanem piłki nożnej, ale bardzo lubię sport. Amatorsko trenowałem biegi długodystansowe. Intensywnie grałem też w tenisa. Sukcesy Fibaka bardzo mnie wtedy uskrzydlały. Nawet zbudowałem w szkole kort. Wykopaliśmy dół, zasypaliśmy żwirkiem, ubiliśmy na skałę i było naprawdę dużo radości do czasu, gdy kością ogonową walnąłem w słupek. Później zainteresowały mnie sporty walki. Byłem judoką w Czarnych Bytom. Wszystko to jednak przegrało z muzyką. Ale do dziś mam dobrą wytrzymałość, co widać na scenie.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że kiedyś miałeś dziewczynę sportsmenkę.</strong></p>
<p>Kulturystkę! Była młodą osobą, bardzo zaangażowaną w to, co robi. Mistrzynią Polski i zawodniczką osiągającą sukcesy międzynarodowe. To był hardcore! Kobiety zaangażowane sportowo są po prostu totalne.</p>
<p><strong>My znamy twoją totalną wypowiedź: „Mój stosunek do seksu analnego jest przyzwoity, poczciwy, a nawet ludzki”. Czyli jaki?</strong></p>
<p>Humanistyczny (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Zastanawiamy się, czy zgodziłbyś się na udział w reality show a la Ozzy Osbourne?</strong></p>
<p>Wykazałbym się podobną ignorancją w dziedzinie dzisiejszej popkultury. Nie miałbym pojęcia, kim jest Justin Bieber i kompletnie bym się skompromitował. A moja córka, jak i miliony innych nastolatek, kocha się w tym chłopcu! Bardzo ją zresztą rozbawił odcinek<em> Rodziny Osbourne&#8217;ów</em>, w którym gościnnie wystąpił ten cały Bieber. Ozzy naprawdę nie wiedział, kogo mu sprowadzili (<em>śmiech</em>). A mówiąc poważniej, myślę, że nie nadawałbym się do takiego show. Wystąpiłem raz u Kuby Wojewódzkiego, co było dziwnym doświadczeniem. Nie pasowałem tam zupełnie. Nie nadaję się do świata, który ma tak cholernie dużo szminy.</p>
<p><strong>Czy po tak długim życiu w świecie trzech szóstek, wiesz już, że nie taki diabeł straszny?</strong></p>
<p>Szatan przez te wszystkie lata okazywał się wielkim dżentelmenem.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Brzmienie gramofonu Bambino można porównać tylko do brzmienia kołchoźników.</p>
<p>Pierwszy mój koncert to Skaldowie.</p>
<p>Mam wielki szacunek dla Maryli Rodowicz.</p>
<p>Mentalność ludzi za czasów PRL-u odpowiadała mi zdecydowanie bardziej. Wszyscy byli<br />
bliżej siebie. Czuło się, że jest w nas więcej głębi.</p>
<p>Mój Dom Dziecka był w Dobrodzieniu, zawsze kojarzonym z meblami. Dzisiaj produkuje się tam meble Kler.</p>
<p>Kopalnia jest jak ulica – wszystko się może zdarzyć. Tylko na ulicy to my musimy płacić, a w kopalni to nam płacą.</p>
<p>Mój radykalizm na pewno wziął się z moich przeżyć. Koledzy z dawnego zespołu mieli troskliwych rodziców, nigdy nie pracowali, nikt nie przystawiał im giwery do skroni&#8230;</p>
<p>Zawsze dbamy o dobrą formę akustyka. Dopingujemy go wszelkimi możliwymi środkami (<em>śmiech)</em>.</p>
<p>Mimo, że nie żyję rutynowo, mój life nie musi mi dostarczać zbyt wielu szaleństw. Scena i muzyka całkowicie wystarczają.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/roman-kostrzewski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Adam Sztaba</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/adam-sztaba/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/adam-sztaba/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 15 Jun 2011 18:00:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Sztaba Adam]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3099</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 5, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Świetlik &#8211; Czy dziewczyny lecą na batutę? Kiedyś recepcjonistka w hotelu, patrząc mi głęboko w oczy, powiedziała: „Uwielbiam, jak pan wymachuje tą swoją pałką&#8230;”. Raczej wyrafinowany komplement (śmiech). Panie częściej zakochują się w gitarzystach i wokalistach. Dyrygent zawsze stoi tyłem i nie ma [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/06/Adam-Sztaba.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-3107" title="Adam Sztaba" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/06/Adam-Sztaba.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 5, 2011 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Andrzej Świetlik</p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Czy dziewczyny lecą na batutę?</strong></p>
<p>Kiedyś recepcjonistka w hotelu, patrząc mi głęboko w oczy, powiedziała: „Uwielbiam, jak pan wymachuje tą swoją pałką&#8230;”. Raczej wyrafinowany komplement (<em>śmiech</em>). Panie częściej zakochują się w gitarzystach i wokalistach. Dyrygent zawsze stoi tyłem i nie ma szans na kontakt wzrokowy.</p>
<p><strong>Nie macie swoich groupies?</strong></p>
<p>Myślę, że mój wielki idol Leonard Bernstein miał. Ale on imponował wszystkim. Był wspaniałym dyrygentem, showmanem, świetnie komponował. Łączył estetyki, tak jak Tarantino robi to w kinie, przeskakując z jednej konwencji w drugą. Kobiety go uwielbiały. Nie były to jednak klasyczne groupies, tylko rozkochane w artyście intelektualistki. Jeśli chodzi o typowe groupies, które jeżdżą na wszystkie koncerty „i nie tylko”, to ja się z tym „i nie tylko” nie spotkałem (<em>śmiech</em>). Oczywiście jest parę nastolatek, które interesują się moją pracą i życiem bardziej niż przeciętnie. Zwykle jednak wyrastają z tego tuż po maturze.</p>
<p><strong>A jak z członkiniami orkiestry?</strong></p>
<p>To już prędzej (<em>śmiech</em>). Nikogo nie zaskoczę, jak powiem, że zawsze najbardziej ponętne wydawały mi się wiolonczelistki. Pewnie z powodu specyficznej postawy przy instrumencie. Z tego samego powodu dużą ciekawość wzbudzają harfistki. Jednak ani z wiolonczelistką, ani z harfistką nigdy nic mnie nie łączyło. Uważam, że takie zawirowania w obrębie orkiestry nie służą pracy. Przypomniałem sobie – niektórych facetów kręcą flecistki. Podobno znakomicie całują. W końcu stosowny aparat jest szkolony od wczesnego dzieciństwa i na dodatek nieustannie pracuje, utrzymując formę w stanie permanentnej perfekcji.</p>
<p><strong>Nie śmiej się, sam zaczynałeś na flecie.</strong></p>
<p>To był dodatkowy instrument. Grałem na prostym, poprzeczny to wyższa szkoła jazdy. Mnie od samego początku ciągnęło do klawiszy. Mając 12 lat zagrałem z zespołem sylwestra w Mielnie. Zarobiłem na kurtkę z Peweksu. A w wieku 16 lat byłem organistą w koszalińskiej katedrze. Lubiłem odpalać wszystkie piszczałki o 7 rano, strasząc rozmodlone babcie. Kiedyś „zatkał się” jeden basowy dźwięk i co jakiś czas<br />
dolatywał nieprzyjemny zapach. Okazało się, że na jednej z piszczałek usiadła jaskółka. Słup powietrza wciągnął ją do środka i dokonała żywota. Piękna artystyczna śmierć!</p>
<p><strong>Najbardziej lubiłeś pewnie grać po mszy.</strong></p>
<p>Głównie na to czekałem! Ludzie wychodzili z kościoła, a ja grałem improwizacje. Same ciężkie dźwięki&#8230; Kiedyś po gościnnym graniu w kościele w Szczecinku zostałem zaproszony na kolację na plebanię. Proboszcz spojrzał na mnie i zapytał: „To pan jest organistą?! Ma pan taki niekatolicki wygląd”. Nosiłem wówczas włosy do pasa.</p>
<p><strong>Miałeś inne pasje poza muzyką?</strong></p>
<p>Tak, ale gdy muza zaczęła być najważniejsza, w jednej chwili odpadły piłka nożna, akwarystyka, filatelistyka i informatyka. Do dziś została mi tylko młodzieńcza miłość do kolejnictwa. Kocham lokomotywy i tory, a szczególnie rozjazdy. Mam absolutną korbę na punkcie pociągów. Całe dzieciństwo byłem pewien, że będę maszynistą. Potem myślałem, że w lokomotywie zainstaluję pianino&#8230;</p>
<p><strong>A gdzie „instalowałeś” pierwsze randki? Na Górze Chełmskiej czy nad Dzierżęcinką?</strong></p>
<p>Nad Dzierżęcinką, z moją pierwszą dziewczyną. Jak ja się wtedy wstydziłem! Kiedy szliśmy razem za rękę, a na horyzoncie pojawiali się jacyś znajomi, od razu ją puszczałem. Wybitna dojrzałość! Ten związek wydobył mnie z ciągu pracowego związanego z młodzieńczym spektaklem <em>Fatamorgana</em>?. Potrafiłem wówczas siedzieć w szkole do pierwszej w nocy i pisać nuty. Aż rodzice zaczęli się niepokoić, czy nie wpadłem w złe towarzystwo. Dzięki mojej dziewczynie dostrzegałem inne aspekty życia niż pisanie muzyki.</p>
<p><em><strong>Fatamorganę?</strong></em><strong> stworzyłeś ze szkolnymi kolegami jako 18-letni chłopak. Przedstawienie z powodzeniem udało się wystawić na deskach teatru. Czy dzisiaj byłoby to możliwe?</strong></p>
<p>Raczej nie. Dzisiaj jest więcej możliwości, ale paradoksalnie jest trudniej. Młodzi ludzie mają tak wielki wybór, że pojawia się problem z koncentracją na jednym pomyśle. Wtedy, na początku lat 90., nikt z nas nie planował kariery, nie kalkulował, na ile opłaci się to, co robimy. Mam wrażenie, że dzisiejsi 18-latkowie każdą działalność zaczynają od takich kalkulacji. Dla nas musical <em>Metro</em> był potężną inspiracją. Mieliśmy tak wielki wzór, że nic innego nie rozpraszało naszej uwagi. Niosła nas spontaniczność i bezinteresowność. Nikt przecież nie myślał, że do Koszalina przyjedzie Janusz Józefowicz i zachwyci się naszym musicalem.</p>
<p><strong>Zrządzenie losu?</strong></p>
<p>Ale i kłopot. Ten spektakl odmienił nasze życie i wyznaczył przyszły zawód. Ludzie z <em>Fatamorgany? </em>śpiewali później m.in. w stołecznej Romie czy Buffo. Chłopak grający główną rolę chciał naprawiać telewizory, a dziś jest śpiewającym głosem w większości telewizyjnych bajek w Polsce. Kolega, który zaraził mnie pomysłem musicalu i napisał libretto, czyli Marcin Perzyna, jest dziś dyrektorem festiwalu Top/Trendy. O Reni Jusis nawet nie trzeba wspominać. Już wtedy było wiadomo, że jest postacią wyjątkową. <em>Fatamorgana? </em>to mój największy sukces, a minęło dokładnie 18 lat od premiery. Mam z tym chyba podobny problem jak Janusz Józefowicz z <em>Metrem</em>, który nie przebił już tamtego sukcesu. Co więcej, nie przebił go nikt w Polsce. I to jest duży problem dla artysty. Jak się zaczyna z tak wysokiego pułapu, zaburza się naturalny proces osiągania kolejnych, coraz większych celów. Dzisiaj uważam, że wolniejsza, ewolucyjna droga do sukcesu zawodowego jest zdrowsza.</p>
<p><strong>Jakie ksywki miałeś w tamtym czasie?</strong></p>
<p>Wołali na mnie Sztabulec, potem byłem Bulcem, a następnie Bulim – była wtedy taka bajka (<em>Bouli – przyp. red.</em>). Dopiero w Warszawie Ela Zapendowska zaczęła na mnie mówić „Sztabowy”, przez co moja dziewczyna została „Sztabową”.</p>
<p><strong>Sztabulec łobuzował?</strong></p>
<p>Sztabulec bardzo mocno łobuzował. Do dziewczynek, które mnie denerwowały, krzyczałem: „Ty dziwko!”. Nie znałem znaczenia tego słowa, ale podobało mi się jego mocne brzmienie. Usłyszałem je po raz pierwszy w serialu <em>Dynastia</em>, w którym Blake Carrington często je stosował. W szkole dostałem nawet uwagę: „Adam przezywa dziewczynki m.in. »dziwka«”. Zamazałem „dziwkę” długopisem i pokazałem uwagę mamie, która dopiero na wywiadówce dowiedziała się, co tam tak naprawdę było napisane. Po przyjściu mamy do domu usłyszałem: „Synu, czy ty wiesz, kto to jest dziwka?!”.</p>
<p><strong>Jak się czułeś w stolicy jako student Akademii Muzycznej i jednocześnie asystent Janusza Stokłosy w Buffo?</strong></p>
<p>Do Warszawy przyzwyczajałem się dwa lata. Wszystko mnie tu przerażało: zgiełk, tramwaje, tempo życia. Gdybym od razu nie zaczął intensywnie pracować, miałbym co drugi dzień doła. Jakieś trzy lata po dyplomie spotkałem w bufecie Akademii Muzycznej kolegę dyrygenta. Spytałem go, czy robi może drugi fakultet. A on odpowiedział, że przychodzi tam po nic, z przyzwyczajenia. I takich osób jest całkiem sporo – nic nierobiących, niepracujących, tylko dzień w dzień pokazujących się na uczelniach, aby kogoś spotkać, w jakiś sposób spędzić czas. Niezadbanie o swoją pracę jeszcze w czasie studiów często kończy się tragicznie.</p>
<p><strong>Za zadbaniem idą sensowne zarobki?</strong></p>
<p>W Polsce niewiele osób w tym zawodzie dobrze zarabia. Jeżeli muzyk chce się ograniczyć do naszych lokalnych orkiestr, ma małe szanse na godne życie. Solistom i dyrygentom jest już nieco łatwiej, ale też bywa z tym różnie. To bardzo nierówny zawód. Grasz 4 koncerty w miesiącu, potem czekasz 4 miesiące na kolejny. Recitale i uznanie za granicą dają znacznie szersze perspektywy. Żeby utrzymać się w Polsce w zawodzie muzyka, trzeba pracować bardzo intensywnie, często na wielu frontach i w wielu rolach jednocześnie.</p>
<p><strong>Krótko mówiąc, nie każdy zostaje Maksymiukiem.</strong></p>
<p>Taka postać rodzi się raz na wiele lat. Z panem Jerzym spotkałem się kilka lat temu na planie Szansy na sukces. Było nas trzech dyrygentów: on, ja i Zygmunt Kukla. Było to wielkanocne wydanie programu polegające na tym, że znane osoby wraz ze swoimi dziećmi wykonywały różne ludyczne przyśpiewki w stylu <em>Szła dzieweczka&#8230;</em> Gdy na scenę wyszła Ania Popek z dwiema słodkimi córeczkami i zaczęła śpiewać, pan Jerzy zaczął mruczeć pod nosem: „Nie, nie, nie, nic z tego nie będzie&#8230;”. Oczywiście śmiertelnie poważnie. Po paru chwilach usłyszałem kolejne pomruki: „Po co ja tu przyszedłem?! Co ja tu robię?!”. Staraliśmy się z Zygmuntem przekonać go, że to tylko zabawa. Nie był jednak w stanie, do werdyktu nie dotrwał. Myślę, że był to dla niego ból fizyczny. Facet ma słuch absolutny, który często przeszkadza w normalnym życiu.</p>
<p><strong>A ty cierpisz, gdy słyszysz dzisiejsze hity?</strong></p>
<p>Nie znoszę muzycznej głupoty i tandety. Jak tak dalej pójdzie, za 20 lat większość ludzi będzie reagować na twórczość Stinga czy Steviego Wondera tak, jak dziś przeciętny człowiek reaguje na Warszawską Jesień. Ta muzyka będzie się po prostu wymykała ludzkiej percepcji. Nie można ludzi wychowywać na tak prostej muzyce! Ale kogo obchodzi dziś czynnik edukacyjny&#8230; Wierzę natomiast w siłę internetu, który może nas przed tym ocalić. Ostatnio usłyszałem, jak czołowy polski kompozytor muzyki poważnej powiedział w wywiadzie: „Proszę zauważyć, że ani razu nie wdepnąłem w rozrywkę. A mógłbym ją robić lewą nogą”. Czy w świecie muzyki poważnej nie ma złej muzyki? Otóż jest i to całkiem sporo, tylko znacznie mniej osób będzie w stanie to stwierdzić. Muzyka rozrywkowa potrafi być żenująco niskich lotów, ale to nie oznacza, żeby ją lekceważyć i nie doceniać prawdziwych mistrzów gatunku. Niepotrzebne jest dzielenie muzyki na gatunki ważniejsze i mniej ważne. Chałtura może zdarzyć się również w filharmonii. Smutne, ale prawdziwe.</p>
<p><strong>Jeszcze smutniej byłoby, gdybyśmy zapytali cię, ile znasz dyrygentek i kompozytorek, którym PLAYBOY mógłby zaproponować sesję.</strong></p>
<p>Oj, musiałbym się długo zastanawiać. Nie dlatego, że brakuje w tych zawodach pięknych kobiet, ale dlatego, że brakuje ich w ogóle. Sami odpowiedzcie sobie – ile znacie kompozytorek?</p>
<p><strong>Grażynę Bacewicz.</strong></p>
<p>Wspaniała kompozytorka, ale nie żyje od ponad 40 lat. A wy pytacie o żyjące panie, które spełniałyby kryteria PLAYBOYA. Mamy zdolną i wszechstronną Agatę Zubel. To chyba jedyne nazwisko, które może znać przeciętny czytelnik. Rzeczywiście przez lata studiów na wydziale kompozycji spotkałem może dwie lub trzy dziewczyny. Z czego to wynika, nie mam pojęcia. Kiedyś nawet wdałem się w dyskusję na ten temat z moją narzeczoną. I jak się skończyło?</p>
<p><strong>Awanturą i mordobiciem.</strong></p>
<p>Blisko. Zostałem wyzwany od szowinistów&#8230; Moja teoria była taka, że kobietom trudniej się skupić na zajęciach, które nie przynoszą szybkiego efektu. A komponowanie to robota, której efekt widać nieraz po kilku miesiącach. Minutę muzyki orkiestrowej zapisuje się w nutach jakieś 3–4 godziny. Dochodzi szukanie pomysłów, a z tym bywa różnie. Napisanie utworu trwającego godzinę to cała wieczność. Z drugiej strony znam wiele cierpliwych kobiet, więc obawiam się, że jednak błądzę.</p>
<p><strong>To damy ci szansę wyjścia na prostą. Którą z kobiet, z którymi pracowałeś, mógłbyś nam polecić jako przyszłą playmate PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Dominikę Kublik z Tańca z gwiazdami – połączenie talentu i kobiecości. Poza tancerkami, wielkim zainteresowaniem w mojej orkiestrze cieszy się skrzypaczka Patrycja Jopek, siostra Anny Marii. Dostaję wiele maili z prośbami o udostępnienie kontaktu do niej. Może ją namówicie&#8230;</p>
<p><strong>To ty jesteś jej szefem.</strong></p>
<p>W takie rejony się nie zapuszczam. Przypomniało mi się właśnie, jak jedna z waszych playmate – Kasia Sowińska prowadziła kiedyś festiwal Top/Trendy. Była mocno stremowana, zaliczała kolejne wpadki i przejęzyczenia. Wraz z Piotrkiem Cugowskim byliśmy wtedy jurorami, a przed nami stała wielka plazma z piękną Kasią na pierwszym planie. Po jej kolejnej wpadce spojrzałem na Piotrka, który – wpatrzony w tę plazmę – mówił w amoku: „Nie szkodzi, nic nie szkodzi” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy orkiestra jest w stanie poradzić sobie bez dyrygenta?</strong></p>
<p>Chwilami tak. Ale ktoś musi im wskazać moment, w którym na przykład trzeba zamknąć długi dźwięk. Poza tym dyrygent to psycholog, który musi okiełznać grupę zdolnych ambitnych i często nadwrażliwych egocentryków. Jeżeli w orkiestrze nie ma „prezesa”, nie ma dobrej orkiestry. Zdolności przywódcze są chwilami ważniejsze niż muzyczne. Jedni muzycy oczekują wielu uwag od dyrygenta, inni ich nie znoszą, zwłaszcza wypowiadanych przy całej orkiestrze, jeszcze inni obrażają się. Trzeba zebrać wszystkich i uformować organizm, który będzie podążał za dyrygentem i jednocześnie go szanował. To trudne zadanie.</p>
<p><strong>Można „usłyszeć” ten szacunek?</strong></p>
<p>Oczywiście. Chodząc do filharmonii staram się zawsze obserwować pracę dyrygentów. I najciekawsze jest to, że ta sama orkiestra potrafi zabrzmieć w tym samym utworze zupełnie inaczej z różnymi dyrygentami. To, czy dyrygent jest szanowany w orkiestrze, słychać w muzyce. Zresztą konflikty w orkiestrach są bardzo częste.</p>
<p><strong>Ty również je masz?</strong></p>
<p>Miałem. W pewnym okresie byłem szczególnie wymagający. Muzycy zwracali mi uwagę, że traktuję ich jak roboty. Wyciskałem z nich maksimum. Twierdziłem, że skoro ja mogę nie spać, to oni też. Musiałem to w sobie przytępić, bo miałbym muzyków, którzy nie mają siły wydobyć dźwięku. Drugim zarzewiem konfliktów było przedkładanie zarobków nad to, co jest istotą naszej pracy. Dziś współpracuję z muzykami, dla których najważniejsza jest pasja i chęć grania, a stawka za najbliższy koncert jest sprawą drugorzędną. Po prostu robimy coś, co jest dla nas ważne.</p>
<p><strong>Zadanie dla czytelników – sprawdzić, kto grał i kto dziś gra w Orkiestrze Adama Sztaby.</strong></p>
<p>(<em>Wybuch śmiechu</em>) Doceniam złośliwość.</p>
<p><strong>Dużo gracie?</strong></p>
<p>Jest nas sporo i rzadko gramy otwarte koncerty. Organizatorów po prostu nie stać na opłacenie tak licznej ekipy. Tylko telewizje i wielkie korporacje potrafią udźwignąć taki koszt. Często dostaję pytania, czy mogę przyjechać z mniejszym składem. Nie godzę się, bo wtedy to nie będzie orkiestra&#8230;</p>
<p><strong>Gracie na tak zwanych okazjach?</strong></p>
<p>Z zasady nie gramy na imprezach okolicznościowych, np. na weselach czy urodzinach bogatego biznesmena.</p>
<p><strong>A gdybyś, jak Celine Dion, dostał propozycję zagrania dla sułtana?</strong></p>
<p>Jeśli rozdałby muzykom drinki postawione na nowiutkich iPadach, byłaby szansa (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Zastanawiamy się, czy gdybyś był utalentowanym brzydalem, w ogóle byśmy rozmawiali?</strong></p>
<p>Nie mam pojęcia. Prawdopodobnie rzadziej pojawiałbym się w telewizji. Kandydat, którego proponowałem na swoje miejsce do Tańca z gwiazdami, odpadł dlatego, że nie spodobał się w kamerze. Kiedy odszedłem, zorganizowano casting na dyrygenta. Pomyślałem, że świat zwariował. Okazało się, że o wyborze dyrygenta do popularnego telewizyjnego show decyduje wygląd – tzw. telegeniczność. Kandydatów było chyba ośmiu. Wszystkim kazano stanąć przed kamerą i dyrygować&#8230; bez muzyki. Producenci chcieli zobaczyć, jak kandydaci prezentują się w obiektywie. Z jednej strony totalna bzdura, ale z drugiej – telewizja to przede wszystkim obrazek i trzeba się z tym pogodzić.</p>
<p><strong>Jak się to wszystko skończyło?</strong></p>
<p>Spytałem, co będzie, jeśli dobrze wyglądający dyrygent nie będzie sobie radził z pisaniem na orkiestrę? Odpowiedź była prosta: „Ktoś napisze za niego”. Na szczęście mój następca Tomek Szymuś skutecznie połączył oba aspekty. Opisuję mechanizm, który stał się powszechny. To się zaczęło mniej więcej od Spice Girls: nieważne, że nie potrafią śpiewać – ktoś zaśpiewa za nie. Dzisiaj słuchając płyt, nie możemy mieć pewności, czy to głos artysty, czy kogoś innego, czy też dźwięk z komputera. Dlatego wielu popularnych artystów, zwłaszcza tych sezonowych, nie zobaczymy na koncertach.</p>
<p><strong>Patrz występ Mandaryny w Sopocie.</strong></p>
<p>Byłem dyrygentem na tym festiwalu, dzieliliśmy jedną scenę. Już po próbie wiedziałem, co się wydarzy. W trakcie jej występu, w którym orkiestra oczywiście nie grała, zszedłem ze sceny. Nie chciałem być łączony z tym „wyczynem”. Ale to nie jest tylko problem dziewczyny, której wmówiono, że potrafi śpiewać. Wystarczy porównać piosenki Feela i Ich Troje z utworami Grechuty lub Niemena, które dawno temu wygrywały Sopot i Opole. Różnica jest więcej niż kolosalna.</p>
<p><strong>Te tancerki i ty macie jedną wspólną cechę, która świetnie się sprzedaje na ekranie: pięknie się uśmiechacie.</strong></p>
<p>Moja radość i uśmiech podczas dyrygowania wypływają ze mnie naturalnie. Taki też był mój wizerunek – miły, grzeczny i uśmiechnięty chłopak. Ci, którzy znali mnie z pracy, raczej mieli inne zdanie. Na próbach jestem mocno skupiony na muzyce. Szczerze mówiąc, miałem dość tego wyidealizowania. Tym razem muszę otwarcie krytykować, co oczywiście ma swoje konsekwencje, bo stałem się obiektem anonimowej krytyki. Na przykład dostałem kilka obraźliwych e-maili po emisji odcinka, w którym jury skrytykowało uczestnika za wykonanie patriotycznej piosenki Andrzeja Rosiewicza. Nasza krytyczna ocena została przez niektórych odebrana jako atak na uczucia patriotyczne i Polskę w ogóle. Ciekawy okazał się e-mail z Kanady takiej mniej więcej treści: „Gdyby ktoś w taki sposób krytykował patriotyzm kanadyjski, byłby skończony w mediach. Co w zamian proponujecie? Umiłowanie Moskwy czy Berlina? Spadaj z Polski, volksdeutschu!”. Grzecznie odpisałem: „Mimo eleganckiej formy Pana listu, śpieszę donieść, że w programie Must be the music oceniamy zarówno wykonanie, jak i dobór repertuaru, a ta piosenka, choć pisana w szczytnym celu, jest kiczowata i pełna tandetnego patosu”. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Chciałbym Pana przeprosić za poprzedni komentarz. Cała ta sprawa mnie tak naprawdę nie interesuje. Niestety dałem się ponieść emocjom po wypowiedzi tej kurwy w okularach”. Zrozumiałem, że niepotrzebnie odpisywałem.</p>
<p><strong>Żałujesz, że zgodziłeś się na występy w nowej roli?</strong></p>
<p>Nie. Ale dość długo zastanawiałem się, czy przyjąć tę propozycję. To cholernie odpowiedzialne zadanie, bo można jednym niefortunnym zdaniem skrzywdzić kogoś utalentowanego na resztę życia. Chronicznie nie znoszę konkursów i oceniania artystycznych wykonań, dlatego staram się nie postrzegać tego programu w kategoriach konkursu. Warto przesłuchać tysiące uczestników, aby znaleźć jeden prawdziwy talent. To po prostu wielka szansa na zaistnienie dla przyszłych artystów, o których bez telewizyjnego show moglibyśmy nigdy nie usłyszeć.</p>
<p><strong>Czy ludzie poznają cię na ulicy?</strong></p>
<p>Tak, a najbardziej zaskakuje mnie to, że reaguje na mnie starsza część społeczeństwa, ale w końcu to główni widzowie Tańca z gwiazdami.</p>
<p><strong>A jesteś z kimś mylony?</strong></p>
<p>Raczej nie, ale w przypływie dobrego nastroju lubię czasami przedstawiać się nieznajomym: „Piotr Rubik”.</p>
<p><strong>Masz pewnie od tego całego machania trochę większe mięśnie niż przeciętny Kowalski.</strong></p>
<p>Mam piękne duże motyle.</p>
<p><strong>Kontuzje?</strong></p>
<p>Ciągłe podnoszenie rąk i machanie jest mocno nienaturalne, w związku z tym dyrygentom padają plecy i barki. Za parę dni mam USG barku.</p>
<p><strong>Długość batuty ma znaczenie?</strong></p>
<p>Kto co lubi. Są batuty długie, średnie, krótkie, ciężkie, lekkie, drewniane, plastikowe oraz tanie i drogie&#8230; Niektórzy dyrygenci w ogóle jej nie używają. Chciałbym kiedyś wprowadzić na rynek batuty będące jednocześnie pendrive’ami. Może się uda? Stąd już niedaleko do batuty, która sama dyryguje ręką dyrygenta. Uwielbiam zdobycze technologiczne. Np. nuty wyświetlam na specjalnym tablecie A4 obsługiwanym dotykowo. Mocno ufam technologii, chyba za mocno. Bo gdyby się zastanowić, co by było, gdyby laptop odtwarzający metronom dla całej orkiestry nagle wyłączył się podczas programu na żywo? Na szczęście jest człowiek&#8230;</p>
<p><strong>Który za dużo pracuje. Jeździsz czasem na wakacje?</strong></p>
<p>Tak, ale nie wyobrażam sobie dwutygodniowej przerwy. Uczę się odpoczywać i jeszcze długa droga przede mną. Nawet na wakacjach sporo czynności traktuję zadaniowo: czytanie książki, słuchanie płyty, pójście na plażę.</p>
<p><strong>Jaki jest twój rekord w braku snu?</strong></p>
<p>Nie liczyłem, ale pamiętam okresy, kiedy przez wiele dni spałem po 2–3 godziny. Mój organizm przeszedł ekstremalne próby. Wynikało to z wrodzonej chęci poprawiania i ulepszania oraz cotygodniowego pręgierza w postaci terminu programu. Być może też podświadomie doprowadzałem do sytuacji, w której czułem, że nie zdążę.</p>
<p><strong>Z czym ci się kojarzy koreańska wojskowa orkiestra dęta?</strong></p>
<p>Z tym, że zrobiła nam niezłe „paparara” (<em>śmiech</em>). Wszystkie gromy spadły na Edytę, ja byłem nieznany. Nikogo nie obchodziło, czyja była ta słynna aranżacja hymnu. Nikogo też nie obchodziło, że zamiast 70-osobowej orkiestry symfonicznej Koreańczycy wystawili amatorską wojskową orkiestrę dętą. Dyrygent nie mówił po angielsku, nie reagował na jakiekolwiek uwagi. Filmowa, nieco disneyowska aranżacja w wykonaniu tej orkiestry zabrzmiała jak żart z Monty Pythona. Edyta chciała zrezygnować, ale na myśl o fali krytyki po nagłej rezygnacji, podjęła wyzwanie.</p>
<p><strong>Na koniec chcielibyśmy zadać kłam stereotypowi, że muzycy symfoniczni to nudziarze.</strong></p>
<p>W orkiestrach symfonicznych zasiada bardzo duży procent rozwodników. Wynika to ze specyficznego trybu życia, poza tym związki na odległość właściwie się nie udają. No i muzycy symfoniczni są niejednokrotnie dużo bardziej imprezowi niż rockandrollowcy.</p>
<p><strong>A czym różnią się perkusiści w orkiestrach od tych z zespołów rockowych?</strong></p>
<p>Perkusiści w orkiestrze są jak saper. Mogą się pomylić tylko raz. No dobra, dwa.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/adam-sztaba/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tomasz &#8222;Titus&#8221; Pukacki</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/tomasz-titus-pukacki/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/tomasz-titus-pukacki/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 02 Feb 2011 15:30:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Titus Pukacki Tomasz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2854</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke &#8211; Czy kiedyś jakaś kobieta powiedziała ci, że masz „nazwisko z kluczem”? Niestety nie. Ale nie wiem, czy ktokolwiek zna moje nazwisko. Od 17. roku życia jestem Tytusem. Potem tylko „y” zmieniło się na „i”. Świetnie udawałem małpę, więc kumple nie mieli problemu z wymyśleniem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/10/Tomasz-Titus-Pukacki.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2862" title="Tomasz-Titus-Pukacki" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/10/Tomasz-Titus-Pukacki.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 10, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke<br />
</strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Czy kiedyś jakaś kobieta powiedziała ci, że masz „nazwisko z kluczem”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Niestety nie. Ale nie wiem, czy ktokolwiek zna moje nazwisko. Od 17. roku życia jestem Tytusem. Potem tylko „y” zmieniło się na „i”. Świetnie udawałem małpę, więc kumple nie mieli problemu z wymyśleniem mi ksywy. Większość naszych fanów w czasach nieinternetowych, jakoś do połowy lat 90., nie wiedziała, że jestem Tomaszem Pukackim.</p>
<p><strong>„Cześć, nazywam się Pukacki”. Nie wierzymy, że nie testowałeś tego na kobietach!</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie robiłem tego, bo zawsze byłem nieśmiały w stosunku do dziewcząt (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A zanim stałeś się Tytusem, kim byłeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W podstawówce byłem „Pukwą”. W zespole, jeżeli ktoś mówił na mnie inaczej niż „Titus”, to robił to za moimi plecami i nic na ten temat nie wiem. Ekipa techniczna Acids nazywała mnie „Tytoniem” lub „Tytmistrzem”. Jeżeli chodzi o innych członków Acid, to na Litzę mawiało się „Wieloryb” lub „Talar”, z racji podobieństwa do Andrzeja Talara z serialu <em>Dom</em> (<em>granego przez Tomasza Borkowego – przyp. aut.)</em>. Na Popcorna mówiliśmy „Daruh” albo „Dziecko we mgle”. W  ogóle, co ciekawe, ludzie, kupując naszą pierwszą płytę, myśleli, że jesteśmy amerykańską kapelą. Tylko ja brzmiałem z nazwiska po polsku. A reszta to Czech, Jugol i Niemiec (Maciej „Ślimak” Starosta – perkusista, Darek „Popcorn” Popowicz – gitarzysta i Robert „Litza” Friedrich – gitarzysta).</p>
<p><strong>Myślisz o sobie &#8211; „Tomek”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nigdy. Zawsze „Titus”. Zresztą, jak mam myśleć, jak mój własny stary zwraca się do mnie w ten sposób. Żona używa słowa „Tyta”. Tylko mama mówi mi po imieniu. Co prawda czasami na zdjęciach myli mnie z Iggym Popem, ale mam nadzieję, że jeszcze nie mam takiego ryja. Wszystko przede mną.</p>
<p><strong>Czyli poza urzędniczkami mama jest jedyną osobą na świecie, która mówi ci po imieniu.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie pozwalam urzędniczkom mówić sobie po imieniu. Chyba, że jest to jedna z „tych urzędniczek” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Podobno z pochodzenia jesteś Łotyszem.</strong></p>
<p>Moja prababcia była Łotyszką z Rygi. Zresztą, jak byłem mały, odwiedziłem to miasto. Niewiele pamiętam, ale musiało być tam nędznie. Byłem wtedy ubrany w wojskową koszulę z krótkimi rękawami, a na plecach miałem napis „New York Jets”. Wszyscy chcieli ze mnie ją ściągnąć albo kupić za dolary. Po pobycie w Rydze pojechałem do Leningradu, w którym na dzień dobry potłukłem się z trzema Ruskimi i&#8230; zwyciężyłem!!!</p>
<p><strong>Nie podtrzymywałeś przyjaźni polsko-radzieckiej?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie dało się, ale za to z językiem nie miałem żadnych problemów. Po rusku gadałem jak po polsku. To w ogóle taki mój talent – obce języki zawsze mi dobrze wchodziły. A propos, na Metalmanii mieliśmy wspólną garderobę z kapelą Hieronymus Bosch z Moskwy. Na ich stole Stoliczna, na naszym bourbon. W końcu postanowiłem zagadać, żeby sobie poćwiczyć język. Otworzyłem usta i&#8230; wszystko zapomniałem. Co za żenada! Słowianie musieli z sobą nawijać po angielsku!</p>
<p><strong>Kto wpadł na pomysł, żebyś w trzeciej klasie podstawówki zaczął się uczyć angielskiego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mama. Wysłała mnie na prywatne lekcje. 7 lat sumiennie się uczyłem i tylko czasami pod ławką przeglądałem pornosy. Ale w tym czasie i tak „osłuchiwałem się” z językiem (<em>śmiech</em>). Uwielbiałem sobie robić jaja. Na przykład któregoś razu jakaś mniej zdolna, zestresowana koleżanka z przerażeniem w oczach zapytała mnie, co ma powiedzieć nauczycielowi. A ja ze stoickim spokojem podpowiedziałem: „Powiedz <em>I&#8217;m pregnant</em>. Na pewno dostaniesz piątkę”. No i poszło w salę!</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Skoro „tylko czasami” przeglądałeś pornosy, to na pewno pamiętasz swój pierwszy raz z PLAYBOYEM.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, ale pamiętam tzw. karty ginekologiczne, które kumpel przyniósł do szkoły. Była to mocna rzecz, która przesympatycznie skrzywiła moją osobowość. Miałem wtedy 13 lat.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Paręnaście lat później na pytanie, czy rozebrałbyś się na łamach prasy, bez zastanowienia odpowiedziałeś &#8211; „pewnie”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Recenzje na temat mojej dupy ze strony dam były dosyć miłe, nic mi z tyłu nie wisiało, a ja byłem wtedy wesolutki i nie było dla mnie problemem pomachać fujarą przed obiektywem. Dziś zastanowiłbym się trzy razy.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Świętej pamięci Peter Steele z Type O Negative rozebrał się dla „Playgirl”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oooo!! Peter był pięknym samcem!!! Miałem przyjemność grać z nim na tych samych dechach. Mieliśmy nawet wspólną groupie.<strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Kogo chciałbyś zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wszystkie dziewczyny! Szczególnie wszystkie znane polskie dziewczyny. Niepolskie też mogą być. Najchętniej obejrzałbym sesję z wszystkimi polskimi wokalistkami naraz. Uwielbiam polskie wokalistki. Musiałyby być dobrze splątane ze sobą, tak żeby móc zgadywać, czyja to girka i czyj to cycek. Oczywiście bez Justyny Steczkowskiej i Kayah taka sesja nie miałaby sensu.</p>
<p><strong>Cezura wiekowa?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oficjalna – od 18. roku wzwyż. Bez górnej granicy, żeby było zabawniej.</p>
<p><strong>Monika Olejnik?</strong></p>
<p>Nie dziwię się, że już parę osób chciało ją zobaczyć w waszym magazynie. Idealnie nadaje się do bardzo wyrafinowanej sesji.</p>
<p><strong>Skoro nie pamiętasz pierwszego PLAYBOYA, to musisz przynajmniej pamiętać swojego pierwszego „kwasa”</strong>.</p>
<p>U nas mówiło się „korbola”. Wypiłem go na Sylwestra, jak miałem 17 lat. Późno, co? Potem musiałem się spieszyć i nadrabiać stracony czas! Pamiętam, jak piliśmy takie winka u mojego kumpla z kamienicy na poznańskim Łazarzu. Piliśmy my, pili jego rodzice, aż nagle jego mama przeszła na denaturat. Nie wiem, czy była to kwestia ekonomii, czy kwestia smaku. Pił, piła, w końcu się przewróciła i już nigdy nie wstała. Po paru latach zrozumiałem dlaczego – sam spróbowałem tej substancji w drinku. Nie polecam.</p>
<p><strong>Nigdy nie miałeś problemów z żołądkiem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mam ten organ po ojcu – twardy jak stal. Może raz mnie coś zabolało, jak wypiłem dwa wina duszkiem na pełnym słońcu. Dziś, gdy jestem częstowany, skromnie odmawiam. Bardziej bawią mnie wina z okładkami płyt Acid Drinkers, robionymi przez naszych fanów. Ale nadal uważam, że cudownie być pijanym. Nawet chyba lepiej niż oświeconym.</p>
<p><strong>Swoją przygodę z muzyką zacząłeś przed czy po pierwszym korbolu?</strong></p>
<p>Przed. W roku 1980 ubrałem się w białą koszulę i poszedłem na Maanam w poznańskiej Arenie. Po pół godzinie z lewej i prawej słyszałem okrzyki: „Koraaa! Pokaż cycki!!”. Doszedłem do wniosku, że bardzo mi się to podoba i tak już zostało (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ale zanim zostałeś gwiazdą rocka, musiałeś sobie radzić inaczej. Jak?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Pierwsze bejmy (<em>pieniądze – przyp. red.</em>), które naprawdę poczułem, dostałem, jak zlikwidowałem książeczkę SKO w podstawówce. Przez 8 lat zebrałem 116 złotych! Starczyło na tort i dwie cole. Nie wiem, co mną powodowało, bo przecież powinienem za to kupić 6 win! Byłem kretynem, osłem&#8230; W Technikum Mechanicznym kolegowałem się z zawodnikami, którzy zaczynali punkować pod koniec lat 70. Oni szybko wyprowadzili mnie na ludzi i tortów już nigdy więcej nie kupowałem.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jak wspominasz tę szkołę?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przez pierwsze dwa lata nawet słuchałem, co do mnie mówią. Potem mi się znudziło. Ale jak się siedziało w ławce z Gulczasem, do głowy przychodziły inne rzeczy. Przeniosłem się do Liceum Zawodowego Łożysk Tocznych. Jedyne, co mi się z nim kojarzy, to chodzenie w laczkach oraz koleżanka, która nie potrafiła wykonać czynności biegania. Potrafiła tylko chodzić. Po trzech miesiącach wiedziałem, że tam nie ujadę. Głównie ze względu na ciało pedagogiczne i towarzystwo w klasie. Poszedłem więc do roboty – do WSK PZL. Przez cztery miesiące nosiłem stalowe lagi i zasuwałem meleksami. Prosta, tępa robota i doskonała ekipa: non-stop pijany koleś; charczący gruźlik-kierownik na wykończeniu – wielbiciel Popularnych; dwumetrowiec o ksywie Dwupłatowiec i najstarszy z nas wszystkich – Władziu Sraka – 60-latek, który prawie nic nie mówił, ale jak raz na dwa dni otworzył usta, to zawsze wypowiadał się na temat srania.</p>
<p><strong>W końcu wezwała cię armia. Natychmiast wylądowałeś w wojskowej formacji Ikar.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>I ładowałem w publikę Okudżawą, ile wlezie. Mieliśmy repertuar kabaretowo-piosenkarski. Było w tym też trochę teatru – czasami „grywałem” ofermę kompanijną i miałem skecze w gwarze poznańskiej. Jak na tamte czasy, były w tym ręce i nogi. Na przeglądach i konkursach wygrywaliśmy wazy chińskie. Raz też udało się nam zdobyć magnetowid!</p>
<p><strong>Już wtedy grałeś na basie?</strong></p>
<p>Nie, byłem tylko wokalistą. Na początku próbowałem też grać na bębnach, ale gdy dowódca usłyszał, jak po maidenowsku napierdalam, to powiedział, że wszystko popsuję. Za bębnami usiadł spokojniejszy koleś o ksywie Fago. Grał tak spokojnie, że zdarzało mu się zasypiać w trakcie dancingów.</p>
<p><strong>Jak wtedy wyglądałeś?</strong></p>
<p>Klasycznie – włosy na zapałkę i do tego wąchol na pół twarzy. Wyglądałem jak ostatni idiota. Ale za to spodnie moro nosiłem jak dżinsowe rurki. Niestety nie długo – kazali mi je popruć i zacząć nosić, jak na prawdziwego wojaka przystało. I tak dosłużyłem się starszego szeregowca.</p>
<p><strong>I zostałeś gońcem.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na koniec służby dostałem od zastępcy dowódcy pułku ds. politycznych &#8211; zegarek. Wrzuciłem go do rzeki i poszedłem z kumplem na piwo. W ten sposób zacząłem pracę „w wodociągach”. Kumpel awansował do działu technicznego, a ja wskoczyłem na jego miejsce. Była to moja najdłuższa niemuzyczna robota &#8211; 2,5 roku. Nawet były pomysły, żeby mnie awansować na brygadzistę. Niestety, przeszedłem na rock&#8217;n'rollowe zawodowstwo (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Twój wygląd nikomu nie przeszkadzał?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Milicjantom. Byłem spisywany za wygląd czasami trzy razy dziennie! Na przykład, gdy szedłem z petycją Solidarności do wojewody w Urzędzie Wojewódzkim na Starym Rynku. Zwinęli mnie i nie chcieli uwierzyć, że mogę mieć normalną robotę. Dobrze, że nie zajrzeli do teczki&#8230;</p>
<p><strong>Dlaczego wasza pierwsza nazwa AIDS  &#8211; nie przetrwała?</strong></p>
<p>Bo nikt nie miał AIDS. Nie byliśmy wiarygodni. Z „kwasami” z wiarygodnością problemów już nie mieliśmy. Tak zrodził się Acid Drinkers. Oczywiście, gdyby nie EP-ka Motorhead &#8211; „Beer Drinkers and Hell Raisers”, pewnie byśmy na to nie wpadli.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Według Kazika Acid Drinkers był najbardziej niegrzecznym zespołem w Polsce.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nieprawda. Znam lepsze ekipy od nas, mimo że my również byliśmy bardzo rozrywkowi. Nasza garderoba przypominała garderobę Van Halen – zawsze było słychać kobiece śmiechy i stuk szkła. Mimo to, nigdy nie ćpaliśmy. Ale żeby być uczciwym, muszę przyznać, że honoraria z pierwszej płyty w całości poszły na straty, które poczyniliśmy w hotelach, pubach i klubach. Bywało, że garderoby składaliśmy do gołych dech, na kilkadziesiąt kupek. Potem szybko do vana, kluczyk przez okno i ucieczka. Jak zaczęliśmy wyliczać, co i jak, postanowiliśmy się ciut opanowywać.</p>
<p><strong>Przez okno hotelu Polonia w Warszawie wystawiliście na przykład człowieka, który przyszedł do was z koksem.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To był nasz znajomy freak z warszawskiej ekipy. Przyniósł coś białego i wysypał na stół. My w białym nie gustowaliśmy, chyba że już leżało na stole (<em>śmiech</em>). Ponieważ on też się zabierał do kresek, postanowiliśmy zrobić mu żart i wystawić go za okno. To było ostatnie piętro. Na dole zaczęli się zbierać gapie, bo zauważyli, że ktoś wisi na „o” w neonie „Polonia”. Jak żeśmy już zżarli wszystko ze stołu, wpuściliśmy kolegę z powrotem do środka. Bardzo mu się podobał ten nasz specyficzny żart towarzyski. Ja w ogóle lubiłem zabawy na wysokościach. Na maszcie Hali Areny, na samym jej czubku, ubrany w białe dżinsy, obalałem pół litra o piątej nad ranem&#8230; Robiliśmy jeszcze lepsze rzeczy, które nie nadają się do druku.</p>
<p><strong>Na przykład próbowaliście wytłuc szyby w maluchu Edyty Bartosiewicz.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Edyta podwoziła mnie z Litzą z Izabelina do Warszawy. Jak śpiewała <em>Mercedes Benz</em> Joplin, byliśmy spokojni. Jak przestawała, zaczynaliśmy walić w szyby, żeby śpiewała i tak aż do samej Warszawy.</p>
<p><strong>O rozróbach w domu Katarzyny Kanclerz (<em>producentka muzyczna, ówczesna dyrektor artystyczna Izabelin Studio – przyp. red.</em>) można usłyszeć legendy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mieszkaliśmy u Kasi Kanclerz w czasie sesji nagraniowej albumu <em>Strip-tease</em> Acid Drinkers w Izabelinie. To był taki nasz trójkąt: studio, dom Kaśki i sklep spożywczy, który zresztą dzięki nam potroił swoje obroty. Pamiętam, jak ktoś odgiął maskę starej Skody stojącej w garażu. Chciał odpalić samochód „na  krótko” i pojechać do Warszawy na imprezę. Niestety, Skoda nie odpaliła, a maska została odgięta. Jakieś schody poszły, jakiś piec się zapalił&#8230; Nikt niczego tam nie kontrolował. A najmniej Kaśka.</p>
<p><strong>Co się stało z twoimi kultowymi tygrysimi spodniami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jedną parę oddałem członkowi ekipy technicznej Sepultury. A drugą nieopatrznie zostawiłem u teściowej, która zrobiła z nich ścierę do podłogi. To smutne, ale skończyły na mopie.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że zostały rozszarpane przez wasze fanki! A propos &#8211; kiedy wasze groupies były ładniejsze: w latach 90. czy dziś?</strong></p>
<p>Sytuacja jest podobna, choć dziś dziewczyny są bardziej zadbane, lepiej zrobione i gustowniej ubrane. Jedna z moich eks wylądowała na rozkładówce w holenderskim PLAYBOYU, więc nie było chyba źle. Swego czasu nie wiedziałem, jak do niej zagadać. Wziąłem ją na plecy i wyniosłem z imprezy do taksówki&#8230; To był mój stały sposób, gdy byłem onieśmielony urodą pań.</p>
<p><strong>W którym polskim mieście macie najładniejsze fanki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W Warszawie. Są najbardziej klasowe, konkretne i wiedzą, czego chcą. Zero niedopowiedzeń.</p>
<p><strong>Mógłbyś wskazać jakiś koncert, na którym było mnóstwo niedopowiedzeń?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wiem jedno &#8211; dziwnie się gra na ciężarówce. Raz graliśmy tak w Jaśle, a później w Stanach &#8211; w New Jersey. Co tam się działo! Pod sceną z ciężarówki zjawiło się 11 radiowozów. 23 osoby skończyły na dołku. W tym co najmniej trzech Sidów Viciousów. Kazano nam wcześniej skończyć koncert i publika zaczęła skandować: &#8222;Fuck the police!&#8221; i &#8222;Fuck USA!&#8221;. Amerykańscy policjanci bardzo tego nie lubią (<em>śmiech</em>). Zaraz biją i kajdanują. Ja uciekłem w krzaki. A tam kryła się już niezła ekipa. Biegłem w ich kierunku i widziałem, jak w powietrze leci każdy rodzaj stuffu: lufki, fajki, woreczki z amfą, z koksem, z trawą. W końcu i gliniarze tam zajrzeli. Wielkie chłopy podbiegły od razu do mnie. A ja drę się wniebogłosy: &#8222;I&#8217;m from the band&#8221;<em> </em>(<em>śmiech</em>). Zostawili mnie w spokoju. A Popcorn wyszedł sobie na ulicę z piwkiem, żeby popatrzeć. Zwinęli go za picie alkoholu w miejscu publicznym. Musieliśmy pojechać na dołek w New Jersey i go wykupić. O wiele bardziej wolę naszą policję. Kiedyś z chłopakami z jednostki wodnej śmigaliśmy motorówą po Odrze. Koguty się kręciły, pełna moc, a my elegancko z piwkiem podziwialiśmy widoki&#8230;</p>
<p><strong>Wiemy, że po jednym z koncertów podziwiałeś widoki z łóżka szpitalnego.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>I to przez trzy dni. To była klasyka – źle podpięty backline. Prąd przeszedł przez struny i statyw do mikrofonu. Spięło mnie na maksa. Myślałem, że umarłem (<em>śmiech</em>). Litza krzyczał: „Jak żyjesz, to podnieś łapy do góry! Jak nie podniesiesz, jesteś trupem”. Nie dałem rady podnieść. Chłopaki wezwali więc karetkę. Pamiętam tylko, że jak się przebudziłem w szpitalu, to zobaczyłem Popcorna, który pytał pielęgniarkę, czy nie ma przypadkiem kecioka. Laska nie skumała, że chodzi o ketaminę, i że Popcorn robi sobie z niej jaja.</p>
<p><strong>Czy ktoś wita się z wami jeszcze: „Dzień dobry, panowie szatanowie”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie. Tylko Kobra tak do nas mówił, kiedy nagrywaliśmy płytę w Izabelinie. Odpowiadaliśmy „Dzień dobry, panowie kobranockowie”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Dlaczego nie zaistnieliście na Zachodzie? Papiery mieliście.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie wiem. Może dlatego, że nigdy tak naprawdę nie pojawiliśmy się tam na żywo. Wszystkie próby spaliły na panewce. Mieliśmy przecież grać trasę z Sabbat. Nie wyszło. Druga trasa &#8211; z Motorhead, łącznie 24 koncerty, rozbiła się o kwestię wiz do Francji i Niemiec. Poza tym dobrze się bawiliśmy, a cała tak zwana karierka nam wisiała. Chociaż może nie powinienem mówić za wszystkich. Mi kariera wisiała kompletnie. Nie miałem parcia.</p>
<p><strong>Tak nam się z parciem i wiszeniem skojarzyło&#8230; Planowałeś całkiem zabawną okładkę  <em>Fishdicka</em>.</strong></p>
<p>Chciałem, żeby na okładce był szkielet chuja w kosmosie. Litza szedł wtedy na poważną operację &#8211; na zastawki. I powiedział: „Jak zejdę, to nie chcę mieć chuja na ostatniej płycie &#8211; jak na nagrobku”. Wiedział, co mówi, więc nie naciskaliśmy. Chciałem, żeby przeróbka tamtego rysunku poszła na tę płytę, ale wtedy Ślimak wyskoczył, że ma dzieci po 12 lat. I tak w kółko.</p>
<p><strong>Ty też masz dzieci.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Z tego co wiem, to troje. Pierwszą córkę mam z innego związku. Z moją żoną mam dwóch chłopaków&#8230;</p>
<p><strong>Z żoną?!</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chajtnęliśmy się rok temu. Po 20 latach chodzenia (<em>śmiech</em>). Moja żona Puna jest sprokurowana z bardzo ciekawego, twardego stopu. Musi być, żeby wytrzymać z takim rozkosznym misiem jak ja. Kiedyś na trasie supportująca nas grupa metalowa, widząc mnie w klasycznej porannej akcji typu ćwiartka na śniadanie i widząc stoicki spokój mojej żony, stwierdziła: „Heavy metal to jest chuj! Puna, ty jesteś heavy metal!” Córka ma prawie 19 lat. Chłopaki 17 i 5. Starszy napierdala metalem z piętra. Robotę do chaty mi przynosi (<em>śmiech</em>). Wreszcie mam  satysfakcję, że mogę drzeć mordę z dołu: „Ścisz to!”. Skubany nie ścisza. Chciał być muzykiem i przez chwilę kręcił się obok gitar, ale mu przeszło. Mówię mu: „To zostań wokalistą”. Blondyn, 1,90 m wzrostu. Nie wyrobiłby się z groupiesami, jakby się wziął za robotę (<em>śmiech</em>). Córka zdała teraz na ASP. Nosi rajtki w panterę i fajną skórę, ma rude pióra. Fest dziewczyna.</p>
<p><strong>A tatuaże ma? Bo ty nie lubisz wydziarganych dziewczyn.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie wiem, ale to prawda. Nie kumam tego. Nie uważam, żeby tatuowanie kobiet było dobrym pomysłem. Nigdy nie nadążałem za modą.<strong> </strong>Ja nie mam dziary, ale ostatnio korci mnie, żeby na jednym cycku wytatuować sobie Steve&#8217;a McQueena, a na drugim &#8211; Franka Sinatrę. Uwielbiam Sinatrę, a McQueen jest genialny w <em>Papillon</em>.</p>
<p><strong>A ta mała kreseczka na ramieniu? </strong></p>
<p>Siostra zaczęła mnie kiedyś dziargać struną gitarową maczaną w tuszu. Miała być pacyfa pomieszana z anarchią. W trakcie jej roboty zrezygnowałem (<em>śmiech</em>). Ogólnie jednak jestem spełniony, bo zobaczyłem dwie czy trzy osoby, które wytatuowały sobie mnie. Jeden gość ma mój cały ryj na łydce. A drugi całą moją sylwetkę na wewnętrznej stronie przedramienia.</p>
<p><strong>Jakie to uczucie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Cytując klasyka (<em>Lemmy Kilmister, Motorhead – przyp. red.</em>): „To jak zwycięstwo. To lepsze niż seks”.</p>
<p><strong>Czy nadal jesteś „zimnym, cynicznym alkoholikiem”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oczywiście. Ale bez tego ostatniego. Jakiś dziennikarz musiał mnie wkurwić albo był to dowcip, którego koleś nie załapał. Dzisiaj jestem zimnym cynikiem o gołębim sercu&#8230;</p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>O PŁCI PIĘKNEJ:</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dla mnie classic bitch jest Justyna Steczkowska. Wszystko się u niej zgadza. 107% kobiety.</p>
<p>Zawsze wielkie wrażenie robiły na mnie niskie brunetki z krótkimi włoskami. Ale z drugiej strony, działała na mnie, i to bardzo, Doro Pesch z formacji Warlock.</p>
<p>Miałem szwagierkę na Tasmanii. Była prawdziwą tasmańską wiedźmą, wierzącą w przeróżne dziwne rzeczy. Po 20 latach wróciła do Polski.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O STARYCH CZASACH:</p>
<p>Jak byłem młody, nie zsiadałem z roweru. Ostatnio żona kupiła mi na Gwiazdora Gianta Stiletto, czyli Harleya na pedałach z hamulcami tarczowymi. Mój syn wsiadł na niego i od razu zerwał mi przedni łańcuch.</p>
<p>Ucząc się na mechanika od Miga-15 poznałem wielu pilotów i zauważyłem, że nie bardzo interesuje ich to, co się dzieje na ziemi.</p>
<p>O NIEPEWNEJ PRZYSZŁOŚCI:</p>
<p>Jak powiedział i sfilmował Sean Connery &#8211; „nigdy nie mów nigdy”. Zawsze może mi spaść Belgia na głowę i stanę się gorliwym katolikiem.</p>
<p>O PRZYSZŁOŚCI PO ZAGRANIU W OFFOWYM FILMIE „AT OGLOG”:</p>
<p>Nie czekam na propozycje, ale z chęcią przyjmę rolę zboczeńca-mordercy.</p>
<p>O AKTYWNOŚCI FIZYCZNEJ:</p>
<p>Uwielbiałem tłuc się z Maleńczukiem na zapasy. Pasjami. Maciek proponował: „roman style, roman style&#8230;” i się tarzaliśmy. On jest długi, więc łatwo go poskładać (<em>śmiech</em>). Ostatnio po koncercie na Pikniku Country mówiono, że wylądowaliśmy obaj w jeziorze. Ja oczywiście tego nie pamiętam.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/tomasz-titus-pukacki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krzysztof &#8222;Dezerter&#8221; Grabowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/krzysztof-dezerter-grabowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/krzysztof-dezerter-grabowski/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 02 Oct 2010 14:01:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Dezerter Grabowski Krzysztof]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3038</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 01, 2011 rok TEKST: Rafał Księżyk fot. Andrzej Georgiew &#8211; W tym numerze mamy też wywiad z generałem Petelickim. Chciałbyś mu złożyć gratulacje za GROM? Nie mam zdania na ten temat. Słyszałem, że GROM odnosił sukcesy, nie wiem, czy odnosi nadal. Natomiast nie znam człowieka, nie wiem, co o nim myśleć. Mam kumpla, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/02/Krzysztof-Grabowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-3046" title="Krzysztof-Grabowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/02/Krzysztof-Grabowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 01, 2011 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Rafał Księżyk</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>W tym numerze mamy też wywiad z generałem Petelickim. Chciałbyś mu złożyć gratulacje za GROM?</strong></p>
<p>Nie mam zdania na ten temat. Słyszałem, że GROM odnosił sukcesy, nie wiem, czy odnosi nadal. Natomiast nie znam człowieka, nie wiem, co o nim myśleć. Mam kumpla, który był w Iraku przez pół roku. Troszkę tylko opowiedział, co tam się dzieje. To coś dla naprawdę twardych ludzi.</p>
<p><strong>Dezerter uchodzi za sztandarowych rebeliantów polskiego rocka, a tymczasem na nowej płycie <em>Prawo do bycia idiotą</em> ogłaszacie się sektą ludzi normalnych. O co chodzi?</strong></p>
<p>To moja przekora. W latach 80. atrybutami alternatywy były kolczyki, naćwiekowane pasy, sterczące włosy. Można było za to dostać od milicji albo od żuli. Dzisiaj te odzieżowe atrybuty niezależności przeszły do głównego nurtu. Byle kibol nosi irokeza, policjanci mają kolczyki, a paniusie z popu noszą naćwiekowane gadżety. Wszystko się odwróciło. Takie zasady jak mówienie prawdy, nierobienie drugiemu krzywdy, interesowanie się środowiskiem – dla mnie to są rzeczy podstawowe, ale pozostają w totalnej opozycji do tego, co się dzieje wokół. Mam przekonanie, że to ja jestem normalny, a żyję pośród świrów.</p>
<p><strong>W książce <em>Poroniona generacja?</em> stwierdzasz, że żyjemy w „kleszczach ugrupowań centroprawicowych”. PiS czy PO to dla ciebie żadna alternatywa?</strong></p>
<p>Niestety tak to jest, że mamy dwie partie, które są dokładnie takie same. W połowie dekady te ugrupowania szły do wyborów ramię w ramię i miały tworzyć wspólny rząd. Konflikt wynikł z powodów ambicjonalnych, drogi rozeszły się, gdy nie mogli się dogadać jak się dzielić stanowiskami. Ich spór moim zdaniem jest sztucznie rozdmuchiwany, po to tylko, żeby mogły sobie odróżnić elektorat. Różnią się głównie image’em.</p>
<p><strong>Jeszcze przed stanem wojennym napisałeś: „Żadnego celu, żadnej przyszłości/ ani w partii, ani w Solidarności”. Uważasz ten tekst za proroczy?</strong></p>
<p>Po 30 latach okazuje się, że intuicja mnie nie zawiodła. Czułem, że gdy się ścierają dwie siły polityczne,<br />
nawet jeśli jednej się kibicuje, to trzeba być ostrożnym. Politycy z wolnościowej opozycji twierdzili, że zmienią system. Dla nas to było za mało, każdy system był zły, chodziło o to, by go rozwalić i zbudować coś nowego. Były delikatne próby spotkań ze środowiskiem opozycji, ale okazały się z gruntu niemożliwe. Myśleliśmy zbyt odległymi kategoriami.</p>
<p><strong>Wypytuję o politykę, bo w <em>Poronionej generacji? </em>– twoich właśnie wydanych wspomnieniach o Dezerterze – więcej jest polityki niż rock&amp;rolla. Czy to nie zaskakujące?</strong></p>
<p>Świadomie starałem się opisać funkcjonowanie zespołu takiego jak Dezerter na tle przemian rzeczywistości, do której się odnosił. To, co działo się w Polsce przez ostatnie 30 lat, było bardzo ważne i miało wpływ na nasze decyzje. Pisałem z myślą, między innymi, o swoich nastoletnich synach. Stąd te łopatologiczne niekiedy wywody, bo młody czytelnik jest dziś absolutnie niezorientowany w najnowszej historii Polski. Zaśmiewam się, jak widzę podręczniki do historii z liceum.</p>
<p><strong>Z czego się zaśmiewasz?</strong></p>
<p>Jak kiepski jest opis najnowszej historii Polski. Licealiści nie wiedzą, kto to jest Wałęsa. IPN wydał niedawno książkę dla młodzieży gimnazjalnej, gdzie mowa o tym, że Wałęsa podpisał deklarację współpracy z bezpieką, ale już nie dodaje się, że on zaprzecza i odbył się sądowy proces w tej sprawie. Jest tylko informacja, że podpisał. Podpisał, nie podpisał, ważne, czego dokonał. A tu koledzy z zazdrości muszą wdeptać go w chodnik. To taka narodowa przywara.</p>
<p><strong>Obraz, który przekazujesz młodzieży, jest niewesoły. Ubolewasz nad kolejnymi wyborami, których dokonywali rodacy po 1989 roku?</strong></p>
<p>Moje zdanie o polskim społeczeństwie nie jest pozytywne. Wydaje mi się, że dominuje bezmyślność i tzw. owczy pęd. Ludzie łatwo dają się nabierać na obietnice polityków. Podejmują wybory bezrefleksyjnie, jakby wybierali proszek do prania zachęceni reklamą. Mam też świadomość, że Polska jest dotknięta w sposób tragiczny. Zabory, wojna, komuna i został kraj robotniczo-chłopski. Zanim ludzie pozbędą się tego balastu, trzeba jeszcze przynajmniej dwóch pokoleń.</p>
<p><strong>A jaka jest twoim zdaniem najwłaściwsza dla Polski droga?</strong></p>
<p>Wyśmiewana przez PiS droga liberalna byłaby najlepsza. Umożliwienie ludziom zarabiania pieniędzy. Hasła wolności gospodarczej są dla mnie najbardziej przekonujące.</p>
<p><strong>Jesteś zadowolony z kontekstu użycia muzyki Dezertera w takich hitach polskiego kina jak <em>Dom zły</em> i <em>Wszystko, co kocham</em>?</strong></p>
<p>Mam poczucie satysfakcji i dumy. Oba filmy bardzo mi się podobały. <em>Wszystko, co kocham</em> jest trochę o nas, o naszym pokoleniu. Pierwszy film, który z sensem opowiada o tamtych klimatach. W <em>Domu złym </em>nasza piosenka zagrała wręcz rolę, krótką, ale wyrazistą.</p>
<p><strong>Dodajmy, że to piosenka <em>Spytaj milicjanta</em>. A jakie były najbardziej drastyczne spotkania Dezertera z milicją?</strong></p>
<p>Sporo ich było. Spotkania indywidualne, typu kontrolowanie i szarpanie na ulicy, wizyty esbecji w naszych prywatnych mieszkaniach, przesłuchania. Pierwsze, kiepskie doświadczenia to festiwal w Jarocinie w roku 1982. Trwał stan wojenny i milicja była wszechobecna. Do kwater mieliśmy kilka kilometrów i nie było szans, żebyśmy przeszli ten odcinek bez kontroli. A kontrola milicyjna nie należała do przyjemnych, nie wiadomo było jak się skończy. Robili nam zdjęcia. Może dziś brzmi to śmiesznie, ale wówczas, kiedy ubek robił ci zdjęcie, sprawa mogła być niebezpieczna. Nie chcę się szczycić kombatanctwem, mieliśmy naście lat i to olewaliśmy, taką rzeczywistość braliśmy za rzecz oczywistą. W takich warunkach trzeba było żyć i sobie radzić. Pamiętam wielką zmianę, na początku lat 90. Graliśmy koncert w Olsztynie w jakiejś dużej hali i przyszli do nas – już wtedy przemianowani na policję – funkcjonariusze z prośbą, żeby im dać autografy. Myśleliśmy, że się popłaczemy ze śmiechu. Mówimy: „Damy wam, ale tylko w notesie służbowym”. Oni na to: „Dobra, dobra”.</p>
<p><strong>Założyłeś Dezertera razem z kumplami z technikum elektronicznego. To się zaczęło jako typowa młodzieńcza przygoda wymyślona na przerwie?</strong></p>
<p>Niezupełnie na przerwie, podczas prac społecznych. I to się nie odbyło tak w jednej chwili. Po raz pierwszy rozmawiałem z Robertem wiosną 1981 roku. „Może byśmy coś zrobili?”. Ktoś przyniósł kasetę z polskimi zespołami: Fornit i Dexapolkort. Fajne rzeczy. Owczesna polska muzyka, którą można było usłyszeć w radiu, była masakryczna, ani jednej sensownej piosenki, przynajmniej ja się na taką nie natknąłem. I nagle usłyszałem amatorskie granie, gdzie ktoś przemawiał do mnie moim językiem i o moich sprawach. Chcieliśmy coś zrobić, tylko że nikt nie potrafił grać. Dopiero po miesiącu pogadaliśmy<br />
konkretnie. Przyniosłem teksty, a Robert zrobił muzykę. W sposób prymitywny, zupełnie partyzancki<br />
ruszyliśmy z miejsca. Zapał mieliśmy na tyle duży, że wytrzymaliśmy pierwsze nieudane próby.</p>
<p><strong>Z Robertem „Robalem” Materą prowadzicie Dezertera od początku. Jak to się stało, że wytrzymaliście razem 30 lat?</strong></p>
<p>Z Robertem znamy się ze szkoły. Myślę, że wytrzymaliśmy tak długo dzięki temu, że żyjemy obok siebie, każdy ma własne życie, rzadko spotykamy się na forum towarzyskim. Nie ma pola, na którym możemy się pokłócić, spotykamy się na próbach i koncertach. Wtedy zderzamy swoje odmienne doświadczenia, przemyślenia i wychodzi nam to, co wychodzi.</p>
<p><strong>Jaki był wasz stosunek do pierwszej fali polskiego punka ucieleśnianej przez Deadlock, Kryzys, Tilt, Brygadę Kryzys?</strong></p>
<p>Nazywaliśmy ich miękkim punkiem. Jak my zaczynaliśmy, to Brygada Kryzys już przestawała istnieć. Kryzysu nawet nie zdążyłem zobaczyć na żywo. Mnie ta fala ominęła. Dopiero gdy grałem w Dezerterze, zaczęły do mnie docierać od kolegów kasety z ich nagraniami. Przecież wtedy nie było oficjalnych wydawnictw z punkiem ani żadnej bazy danych, wszystko było rozproszone. Wiedzę o muzyce zdobywało się tylko od znajomych. Kiedy powstawał Dezerter, tak sobie w żartach mówiliśmy, że mamy jedno założenie: będziemy grali najszybciej i najgłośniej. Pozostało to anegdotą, bo przecież wtedy nie potrafiliśmy grać. Ale różniliśmy się od tamtych zespołów, które grały trochę reggae’owo, trochę psychodelicznie, a my chcieliśmy brzmieć twardo i mocno.</p>
<p><strong>W porównaniu z nimi byliście „working class”?</strong></p>
<p>Do polskiego punka nie odnosiłbym takiego określenia, to by się źle kojarzyło, zwłaszcza wtedy. Niewątpliwie byliśmy ludźmi znikąd. Tak jak i pozostałe zespoły drugiej fali punka: Deuter, Xenna, Rejestracja, Abbadon i Moskwa. Nie mieliśmy za sobą znanych rodziców ani konotacji artystycznych. To był ruch na maksa oddolny. Byliśmy poza rynkiem. Ministerstwo Kultury i Sztuki odmawiało nam statusu muzyków. Żeby można było zarabiać na koncertach, trzeba było mieć tzw. weryfikacje, a oni za każdym razem nam odmawiali. Za czasów PRL pozostawaliśmy amatorskim zespolikiem z piwnicy. Cały czas czuję, że jesteśmy na zupełnie innej planecie niż polska branża muzyczna. Do dziś niewiele znam osób z muzycznego światka. Trochę poznałem dzięki Heyowi, z którym się przyjaźnię.</p>
<p><strong>Z twojej książki wynika, że sekret długowieczności Dezertera to siła spokoju i dobra organizacja. Gdzie w tym miejsce na niespokojne indywidualności? Przez Dezertera przewinęły się legendarne freaki – Skandal, Tony von Kinsky – i żaden z nich nie zagrzał dłużej miejsca.</strong></p>
<p>Mamy do wyboru: szaleństwo albo zespół. Złączyć te dwie rzeczy udaje się tylko przez chwilę. Indywidualności są świetne scenicznie i nadają zespołowi charakteru, natomiast w żaden sposób nie gwarantują przetrwania. Nie można nagrać kolejnej płyty, bo trzeba by zrobić próby, a próby nie da się zrobić, bo charyzmatyczne postacie muszą tę charyzmę okazywać i nie mają czasu. Dla Skandala i Tony’ego mam pełen szacun. Skandal to był facet, którego – kiedy wychodził na scenę – wszyscy słuchali. A dzięki Tony’emu druga połowa lat 90. była dla Dezertera tak aktywna. Oni byli do siebie podobni, jeśli chodzi o skłonności autodestrukcyjne. Jest fajnie, świetni kumple, tylko wszystko dąży do zagłady.</p>
<p><strong>To przecież esencja punka! A może Dezerter stał się pozytywistycznym punkiem?</strong></p>
<p>Ja inaczej patrzę na esencję punka. Etap „no future” skończył się bardzo szybko. Zawsze byłem zwolennikiem zespołów, które miały pozytywne nastawienie, choćby Crass. Ale czy pozytywizm? Przetrwaliśmy. To jest najważniejsze. Przecież 90 proc. zespołów z tamtej sceny rozpadło się.</p>
<p><strong>W <em>Poronionej generacji?</em> opisujesz wiele sytuacji, kiedy „miękły ci nogi”. Który epizod historii Dezertera uważasz za najbardziej niebezpieczny?</strong></p>
<p>Ten, gdy zdałem sobie sprawę, że nasz samochód jadący 90 km/h zjeżdża ze skarpy i zaraz się rozbije. To było podczas trasy. Cud, że wyszliśmy z tego z połamanymi obojczykami. Jechaliśmy wtedy starym Fordem Transitem jeszcze z grubej blachy, dzięki temu przeżyliśmy. Kilka razy zostałem napadnięty. To bywało tak nieprzyjemne i traumatyczne, że przez wiele lat chodziłem po ulicy rozglądając się dookoła, czy ktoś się na mnie nie czai. Żule. Mówiłem już, że punkowe atrybuty były zwalczane przez ogół, a reprezentantami ogółu byli żule. Żule i milicja działali ramię w ramię w celu ujednolicenia społeczeństwa.</p>
<p><strong>A którą z prowokacji Dezertera uznajesz za największy sukces?</strong></p>
<p>Kiedy teraz spisywałem historię Dezertera, uświadomiłem sobie, że te nasze prowokacje i happeningi były niedoskonałe. Rodziły się spontanicznie. Największą prowokacją, był koncert na festiwalu Rób Reggae, gdy na scenę zamiast nas wyszli muzycy Zbombardowanej Laleczki z wokalistką i odegrali nasze utwory z playbacku. Publiczność była tak zdezorientowana, że jedni krzyczeli: „Dezerter chuje”, a inni śmiali się. Zobaczyć takie reakcje to było coś. Chcieliśmy zwalczać status gwiazdy, który zaczął nas otaczać.</p>
<p><strong>Myślałem, że opowiesz, jak przechytrzyliście niesławnego, kutego na cztery nogi rzecznika prasowego komunistów, Jerzego Urbana.</strong></p>
<p>To nie była prowokacja. To była samoobrona. Poważna, oficjalna sytuacja. Wezwanie z Ministerstwa<br />
Kultury i Sztuki z konkretną listą zarzutów, do których odnieśliśmy się na piśmie, kłamiąc w żywe oczy<br />
odnośnie tego, co zespół robił, a czego nie robił na scenie. Na konferencji prasowej na pytanie brytyjskiego dziennikarza: Czy zespół Dezerter rwał „Trybunę Ludu” i nawoływał do bojkotu wyborów?, Urban, nie patrząc w kartkę, odpowiadał naszymi słowami. Bardzo śmieszne. Aczkolwiek to było lawirowanie na krawędzi.</p>
<p><strong>Kiedy zaczęły się zagraniczne wyjazdy Dezertera, znajdowaliście się w paradoksalnych sytuacjach, gdy organizatorzy koncertów okazywali się radykalnymi lewakami spod znaku Trockiego i Baader-Meinhof.</strong></p>
<p>Było kilka takich spięć. Pierwszy sygnał, że chyba nie dogadamy się do końca, otrzymaliśmy w Finlandii. Mówiliśmy: „Jak tu ładnie, jak tu czysto”. A oni do nas: „Mieszczańskie gówno”. Nam się podobało, bo syf dookoła mieliśmy w Polsce przez całe życie. Na lewackich radykałów natknęliśmy się kilka lat później w Niemczech. Na ścianach klubu w Berlinie Zachodnim wisiały podobizny Marksa, Engelsa i Lenina. Potem na squocie w Hamburgu spotkaliśmy się z istną paranoją. Nie wolno robić zdjęć, bo policja śledzi. Mówimy, że to nasze zdjęcia. „No tak, ale mogą wam zabrać aparat”. Dyskusje z tymi ludźmi były niemożliwe, bo nie mieli pojęcia o niczym, zatrzymali się na poziomie pojęć typu walka klas i tym podobnych bredni. Niedawno przy okazji manifestacji 11 listopada przeglądałem listę ugrupowań, które zgłosiły się do koalicji antyfaszystowskiej i wyłowiłem kilka posługujących się tą samą retoryką. No, mnie to osłabia. Wynikałoby z tego, że jesteśmy w tym momencie, co Niemcy 25 lat temu. Z ludźmi ze squot—w zazwyczaj dogadywaliśmy się jednak bez problemu. Opcja Trocki – Baader-Meinhof była skrajnym marginesem. Zawsze ujmowało mnie to, jak świetnie potrafili się organizować. W każdym dużym mieście był w centrum squot, gdzie było kino, biblioteka, stołówka dla ubogich, mieszkania, sala koncertowa.</p>
<p><strong>A czy możliwe jest bycie punkiem w Japonii? Gdy Dezerter pojechał tam na trasę, wozili was limuzynami.</strong></p>
<p>Japończycy to zupełenie inna mentalność i nie jestem w stanie ich rozgryźć, bo byłem tam za krótko. Kiedy graliśmy w Kawasaki, na koncercie było półtora tysiąca osób, w tym tysiąc wyglądało na punków, ale były też panie w wieczorowych sukniach. Japońska scena punkowa była silna w latach 90., czytywałem o niej raporty w „Maximum Rock &amp; Roll”.</p>
<p><strong>Polska scena też ma swoje osobliwości. Na okładce twojej książki widnieją loga Narodowego Centrum Kultury i Agory. To dobry kontekst dla punk rocka?</strong></p>
<p>Jest to zaskakujące. Również dla mnie, bo wszystko potoczyło się przypadkiem. Szefem NCK, które wsparło publikację, jest koleś związany kiedyś z Pomarańczową Alternatywą z Gdańska. Dowiedziałem się o tym od Konja, który poradził mi zadzwonić do dyrektora Dudka. Dyrektor Dudek uważał, że to było<br />
istotne dla kultury narodowej, bo było. Poszedłem z książką do Tomika Grewińskiego, który dziś kieruje<br />
Kayaxem, ale kiedyś był działaczem sceny niezależnej. Zapalił się do pomysłu. Dosłownie na tydzień przed oddaniem książki do druku dogadał się z Agorą na dystrybucję.</p>
<p><strong>Czy nie obawiasz się, że Dezerter robi za taką etosową maskotkę, ostatni donkiszoci z innej epoki, których poklepują po plecach dawni załoganci dziś zajmujący miękkie fotele?</strong></p>
<p>Nie mam takiego poczucia, bo nie bywamy w miejscach, gdzie nas można poklepywać. W salonach nas nie ma, a w salach koncertowych z kolei nie bywają ci, którzy mogliby poklepywać. Wielu ludzi z mojego<br />
pokolenia pracuje w mediach, na stanowiskach. I gdzieś tam to wspomnienie się tli, objawia się w sytuacjach rocznicowych.</p>
<p><strong>Spotykaliście dawnych fanów w zaskakujących rolach zawodowych?</strong></p>
<p>Mnóstwo. Zastępca prokuratora wojewódzkiego, prezes poczty, szefowie korporacji. Zdarza się, że tacy ludzie przychodzą na koncerty i jest między nami komunikacja.</p>
<p><strong>Co realnie pozostało z tego rebelianckiego zamętu polskiego punka?</strong></p>
<p>Liczę na to, że coś pozostało w umysłach. Ci ludzie, którzy w latach 80. nie zgadzali się na rzeczywistość i budowali własną, nie wyparowali, są w różnych miejscach i do dzisiaj to potrafią. Mam przeczucie, że takie doświadczenie ich zmieniło, że to nie są zwykli pazerni kapitaliści. Nawet jeśli dziś noszą garnitury i są prezesami, to jednak tli się w nich jakaś punkowa przyzwoitość i nie są skurwysynami w dorosłym życiu. W końcu o to chodziło.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/krzysztof-dezerter-grabowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Urszula</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/urszula/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/urszula/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Jul 2010 13:00:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Urszula]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2570</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke &#8211; Dlaczego 13 lat temu się dla nas nie rozebrałaś? Słucham?! Dlaczego miałabym się wtedy rozbierać? Bo byłaś w 1997 roku na okładce grudniowego PLAYBOYA. Razem z Kayah promowałyście płytę dołączoną do numeru. A czy ktoś mi wtedy proponował sesję? Nie przypominam sobie. Jak to? [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Urszula.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2575" title="Urszula" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Urszula.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 6, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Dlaczego 13 lat temu się dla nas nie rozebrałaś?</strong></p>
<p>Słucham?! Dlaczego miałabym się wtedy rozbierać?</p>
<p><strong>Bo byłaś w 1997 roku na okładce grudniowego PLAYBOYA. Razem z Kayah promowałyście płytę dołączoną do numeru. </strong></p>
<p>A czy ktoś mi wtedy proponował sesję? Nie przypominam sobie.</p>
<p><strong>Jak to? Byłaś na okładce, a ówczesny naczelny nie próbował cię rozebrać? To się w głowie nie mieści!</strong></p>
<p>Może wtedy nie wyglądałam tak dobrze, jak dzisiaj? (<em>śmiech</em>). Ale ja chyba też nigdy nie kojarzyłam się „w taki” sposób. Kiedy śpiewałam <em>Dmuchawce&#8230;</em>, Beata Kozidrak miała już hit <em>Józek, nie daruję ci tej nocy</em>. Jesteśmy rówieśniczkami, ale gdy ona była już seksbombą, ja byłam tylko niewinną dziewczynką. Pamiętacie teledysk do <em>Nie ma wody na pustyni</em>?</p>
<p><strong>To wideo było dla nas doświadczeniem inicjacyjnym. Mieliśmy wtedy po osiem lat. </strong></p>
<p>No, widzicie&#8230; Nawet ośmiolatkom nie kojarzyłam się z potencjalną playmate. Pewnie dlatego nikt nie proponował mi rozkładówki w PLAYBOYU.</p>
<p><strong>Fałszywa skromność. Rok wcześniej śpiewałaś<em> Luz blues&#8230;</em> wystrojona w seksi skórzaną kurtkę i obcisłe skórzane spodnie. O makijażu nie wspominając&#8230;</strong></p>
<p>Rzeczywiście, makijaże były wtedy obłędne. Dodawały co najmniej pięć lat, jak nie dziesięć. Pamiętam, kiedy przed jednym z koncertów w pełnym make&#8217;upie zobaczyły mnie dwie fanki-nastolatki i myśląc, że nie słyszę, jedna puściła do drugiej tekst: „Ty, zobacz jak ona staro wygląda. Chyba normalnie ma ze trzy dychy”.</p>
<p><strong>Nic dziwnego. Naszym zdaniem, ty nigdy nie wyglądałaś na swój wiek. </strong></p>
<p>Czy to komplement?</p>
<p><strong>Jak najbardziej. Kiedy zaczynałaś karierę w wieku 17 lat, wyglądałaś na dziewczynę po studiach. Teraz nie wyglądasz na swój wiek&#8230; 35-latki.</strong></p>
<p>Nic tylko się cieszyć.</p>
<p><strong>Lubisz swoje pierwsze teledyski?</strong></p>
<p>Bardzo długo nie mogłam ich oglądać. Po prostu nie byłam w stanie. Strasznie mnie żenowały. Nie chciałam wierzyć, że ja to ja. Z czasem jednak nabrałam dystansu i dzisiaj mogę się z nich pośmiać razem z wami.</p>
<p><strong>Jak się wtedy kręciło? Były w ogóle jakieś scenariusze?</strong></p>
<p>Nie pamiętam, ale szczerze wątpię. Puszczali trochę kolorowej pary, włączali kamery, a reżyser mówił: „A teraz zrób coś”. Kręcili longiem. Zresztą wszystkim wydawało się to zupełnie normalne. Tak samo przecież kręciły Rodowicz i Sipińska. Nigdy nie podejrzewałam, że można by inaczej.</p>
<p><strong>Naszym faworytem jest wideoklip do piosenki <em>Polka idolka</em>. Pamiętasz?</strong></p>
<p>Na szczęście nie. Mam cudowną zdolność wymazywania z pamięci rzeczy niewygodnych. Wiem tylko, że nagrywaliśmy to także po niemiecku.</p>
<p><strong>Nam chodzi o polską wersję. Nie mieliśmy pojęcia, że śpiewałaś to samo po niemiecku! Ciekawe jak szło: „<em>Heavy metal to jest detal / New Romantic to już antyk / Nowa fala się przewala</em>”. Pamiętasz?</strong></p>
<p>Widzę, że nie macie litości. Nie, na szczęście nie pamiętam. Czy nie wspominałam już o mojej bardzo przyjemnej przypadłości – amnezji? Kiedy dzisiaj na to patrzę, to rozumiem, jak młodzi ludzie potrafią być podatni na wpływy. W tamtych czasach można mnie chyba było wkręcić w każdy żenujący pomysł. Zresztą nie tylko mnie. Zero poczucia obciachu. Z tym śpiewaniem w DDR było tak, że występowałam tam razem z Budką Suflera i musieliśmy mieć przygotowany repertuar po niemiecku. Krzysiek Cugowski za cholerę nie chciał się tego uczyć i wymyślił sobie taki patent: spisał fonetycznie teksty piosenek, postawił je na fortepianie, usiadł za nim i udawał, że gra. Najśmieszniejsze w tym wszystkim nie było to, że na fortepianie grać nie umiał, ale że niemieccy scenografowie tuż przed koncertem chcieli mu go zabrać. Cug miał przerażenie w oczach. Walczył o ten fortepian jak lew.</p>
<p><strong>Ty w Opolu w 1978 roku też walczyłaś. Oglądając twój występ, doznaliśmy szoku. Nie jesteś naturalną blondynką!</strong></p>
<p>Ale jestem bardzo ciemną blondynką. Wtedy miałam 18 lat i się nie farbowałam. Tamten występ to była kompletna klapa. Dostałam najgorszą piosenkę &#8211; wszystkie szły wtedy z przydziału. Po Opolu chciałam skończyć ze śpiewaniem na dobre. Poszłam na studia, na wychowanie muzyczne, a potem jeszcze na pedagogikę. W rezultacie żadnych nie skończyłam, bo jednak wróciłam na scenę, a nieustannych wyjazdów nie dało się pogodzić z nauką.</p>
<p><strong>A kiedy było Lubelskie Studium Piosenki?</strong></p>
<p>Dużo wcześniej. W ognisku muzycznym, do którego chodziłam na naukę gry na akordeonie. Mój ojciec uwielbiał ten instrument. Wcześniej kupił go siostrze, starszej ode mnie o cztery lata. Przejęłam go po niej w spadku i szczerze nienawidziłam. Tym bardziej, że mój nauczyciel miał zeza, był stary i śmierdziało mu z paszczy. Nie chciałam chodzić na lekcje, buntowałam się, aż w końcu ojciec odpuścił.</p>
<p><strong>Czyli pewnie do dzisiaj nie wiesz, jakie części ciała depiluje akordeon?</strong></p>
<p>Co robi?!</p>
<p><strong>Depiluje uda i klaty. Podobno bardzo skutecznie. </strong></p>
<p>Wybaczcie, ale nawet jako nastolatka nie miałam tam włosów (<em>wybuch śmiechu</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy jako nastolatka z Lublina obowiązkowo chodziłaś na żużel?</strong></p>
<p>Tata co niedziela miał obowiązek nas zabierać. Mama go do tego zmuszała, ku jego wielkiej rozpaczy. Pewnie dlatego, że nie mógł przy nas kląć. Ale jak się bardzo zdenerwował, to kazał nam zatykać uszy i przeklinał do zdarcia gardła. Zresztą rzucał nie tylko mięsem. Jak był wyjątkowo wściekły, to zrywał się na nogi i ziuuuu czapkę na tor. To była masakra. Z każdego meczu wracał z gołą głową. A wiadomo, że w domu za zgubienie czapki czekało go&#8230; zmycie głowy (<em>śmiech</em>). Mama była bardzo niezadowolona.</p>
<p><strong>A była zadowolona z tego, że młodsza córka została wokalistką?</strong></p>
<p>Moi rodzice od początku uważali to zajęcie za mocno podejrzane. Chcieli, żebym była nauczycielką. Moja siostra zresztą pracuje właśnie w tym zawodzie. Wykłada dziś na uczelni. No, ale była starsza. Przekabacili ją, na mnie zabrakło już sił. Trochę czasu zajęło zrozumienie, że ta cała muzyka rozrywkowa to w sumie nic złego. Pogodzili się.</p>
<p><strong>Masz jeszcze Złoty Samowar, który zdobyłaś na Festiwalu Piosenki Radzieckiej?</strong></p>
<p>Przestańcie. Straszna rzecz. Cóż to była za siara! Jak można coś takiego dawać w nagrodę? Ale mama na bank go gdzieś jeszcze trzyma.</p>
<p><strong>Z Budką Suflera zaczęłaś śpiewać właściwie przez przypadek. Dziewczyna z chórków zaszła w ciążę i dostałaś propozycję zastępstwa. To był chyba pierwszy kluczowy moment w karierze?</strong></p>
<p>Tak. Z perspektywy czasu widzę, że bardzo wiele spraw w moim życiu działo się przypadkiem.  Mam taki charakter, że zostawiam sprawy własnemu biegowi. Raczej nie walczę o swoje. Czekam na zrządzenie losu.</p>
<p><strong>Wtedy stałaś się gwiazdą z dnia na dzień. Od razu weszłaś na rynek z paroma hitami. <em>Fatamorgana</em> to był mega przebój. Nie odbiła ci sodówka?</strong></p>
<p>W ogóle. Wkurzało mnie tylko to, że ludzie przyglądają mi się w autobusach. Nie miałam samochodu. Byłam normalną dziewczyną z sąsiedztwa. Czułam się tak niedobrze z tymi spojrzeniami, że kilka razy zareagowałam w stylu: „co się gapisz?”. Mama powiedziała wtedy, że więcej nie będzie ze mną jeździć, bo zachowuję się jak nienormalna. Wkurzali mnie nawet fani wysiadujący pod domem rodziców. Chłopaki rozbijali namioty, a mama wynosiła im kanapki.</p>
<p><strong>Pół Polski kochało się w tobie, a ty nam wciskasz bajeczki, że nigdy nie kojarzyłaś się z potencjalną playmate. Nawet dziewczyny robiły się „na Urszulę” w tamtych czasach. </strong></p>
<p>Laski faktycznie czesały się „na Urszulę”, czyli krótko z przodu, długo z tyłu. Dobrze, że bez wąsów na przedzie. Naprawdę wyglądałam wtedy obłędnie. A jakie teksty śpiewałam&#8230;</p>
<p><strong><em>Kaloryfer parzy, znów zaczęli grzać</em> to genialny tekst, ale o co chodziło w całej piosence <em>Luz blues&#8230;</em> nie wiemy do dzisiaj.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ja też nie (<em>wybuch śmiechu</em>). Przysięgam. Próbowałam nawet pytać autora (<em>Marka Dutkiewicza – przyp. red.</em>), ale nie potrafił mi nigdy wyjaśnić.</p>
<p><strong>Czy to jedyna piosenka, w której nie wiedziałaś, o co chodzi?</strong></p>
<p>Nie. Dużo bym dała, żeby wreszcie dowiedzieć się, co Marek miewał na myśli. Na przykład <em>Podwórkowa kalkomania </em>ma tekst kosmiczny. I to dosłownie (<em>Chłopcy z Marsa znów odwołali lądowanie / Kosmos nie porwie mnie</em> – przyp. red.). Pamiętam, że jak w końcu sama zaczęłam pisać teksty do swoich piosenek, to Staszek (<em>Zybowski, pierwszy mąż Urszuli, muzyk i kompozytor – przyp. red.</em>) powiedział: „Wreszcie będziesz mogła spojrzeć ludziom w oczy”.</p>
<p><strong>W 1983 roku po raz pierwszy spojrzałaś w oczy ludzi z Zachodu. Na tyle skutecznie, że zdobyłaś nagrodę na szwedzkim festiwalu&#8230;</strong></p>
<p>Nie dalej jak w zeszłym roku oglądałam ze znajomą festiwal w Karlshamn, bo on się ciągle odbywa, i kiedy konferansjer ogłosił, jaka jest wysokość nagrody, ona od razu zapytała: „A ty, co tam wygrałaś Ula?”. A ja na to: „Wędkę”. Mało nie umarłyśmy ze śmiechu. To był szwedzki spining, który wręczyłam naszemu menedżerowi, zapalonemu wędkarzowi. Wędka musiała być cholernie dobrej jakości, bo był bardzo zadowolony.</p>
<p><strong>Pamiętasz swój najdziwniejszy koncert?</strong></p>
<p>Wiele tego było. Kiedyś na przykład graliśmy w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich. W ramach wymiany kulturalnej więźniowie pokazywali artystom także swoje umiejętności. Pamiętam, że kilku wyszło na scenę, by w więziennych papciach pograć w zośkę. Naprawdę upiorny widok. Razem z nami występował wtedy Papa Dance.</p>
<p><strong>Papa Dance w kryminale? Z tymi makijażami na twarzach? Z tym piskliwym wokalem? Odważnie. </strong></p>
<p>Pozory mylą. Wiecie, jaki to był ostry zespół? Chłopaki z Papa Dance tak imprezowali, że najwięksi rockandrollowcy nie dotrzymywali im tempa. Kiedyś nawet przeze mnie wylądowali w pierdlu i to bynajmniej nie na gościnnych występach.</p>
<p><strong>Jak to przez ciebie?!</strong></p>
<p>Graliśmy w Sopocie, a po koncercie poszliśmy do takiej słynnej knajpy przy molo. Bawiliśmy się do rana i kiedy wychodziliśmy było już widno. Przyczepili się do mnie jacyś faceci. Cały Papa Dance skoczył z pięściami. Zrobił się taki młyn, taka bójka, że po chwili pojawiły się gliny i wszystkich zgarnęli na 48. Jatka po prostu.</p>
<p><strong>Miałaś chyba bardzo rockandrollowe życie.</strong></p>
<p>Raczej niespecjalnie. Zawsze byłam z tych grzecznych. Po koncertach z Budką Suflera dziewczynka trochę się bawiła, a potem przykładnie szła spać. Chłopaki imprezowali ostrzej. A jak rano było ciężko, to zastrzyk z glukozy i od razu świat wyglądał lepiej (<em>śmiech</em>). To były fajne czasy. Pamiętam na przykład, że kiedy Budka grała na koncertach <em>Za ostatni grosz&#8230;,</em> ludzie rzucali w nich bilonem. Któregoś razu złotówka odbiła się od talerza i trafiła bębniarza w oko. Po tym wypadku chłopcy zainwestowali w bezpieczeństwo: na każdym koncercie, zanim zaczęli grać ten numer, zakładali na oczy gogle. Można się było posikać ze śmiechu.</p>
<p><strong>W Stanach też byłaś przykładną dziewczynką?</strong></p>
<p>Trochę mniej. Szczególnie, gdy ze Staszkiem pojechaliśmy tam pierwszy raz. W Polsce było kiepsko, a grając z Budką nie dorobiliśmy się kokosów. Zostawiliśmy za sobą tylko wynajmowane mieszkanie. W Ameryce żyło się łatwiej. Bez większych problemów można się było utrzymać z grania dla Polonii. Mieszkaliśmy na Florydzie w wesołej komunie – osiem osób w trzech pokojach. Mieliśmy próby w garażach i jeździliśmy starym vanem, wymalowanym w jęzory ognia.</p>
<p><strong>Prowadziłaś go?</strong></p>
<p>Czy prowadziłam?! Ja w nim zdawałam egzamin na amerykańskie prawo jazdy. Koperta tą kolubryną to była masakra. Zdałam dopiero za drugim razem. Ale generalnie amerykańskie egzaminy nie są trudne. Wszyscy starają się tam, żebyś zdał, nie tak jak u nas. W ogóle Stany wspominam bardzo dobrze. Staszek napisał tam masę świetnych piosenek.</p>
<p><strong>Chciałabyś wydać album z jego utworami?</strong></p>
<p>Bardzo. Pewnie będę musiała wydać go całkowicie sama, bo żadna firma nie jest zainteresowana takim materiałem. To dziwne, bo planuję zaprosić fantastycznych wokalistów. Myślę o panu Krzysztofie Krawczyku, Grażynie Łobaszewskiej, która śpiewała ze Staszkiem w jazzowym Crashu, Arturze Gadowskim i być może Czesławie Mozilu. To będzie fajna rzecz.</p>
<p><strong>Kompozycje zmarłego męża są też na twojej najnowszej płycie. Ile lat ma najstarszy utwór z <em>Dziś już wiem</em>? </strong></p>
<p>Ponad dwadzieścia! Podniosłe nagranie w stylu <em>Calgary,</em> czyli <em>Wstaje nowy dzień</em>, skomponowaliśmy ze Staszkiem jeszcze przed naszym wyjazdem do Stanów. Nie pasowało na żadną płytę. W końcu doczekało się publikacji.</p>
<p><strong>Opóźnienia – może nie na aż taka skalę – pojawiają się właściwie w trakcie całej twojej kariery. Zawsze single były najpierw ogrywane, a dopiero po paru latach wychodziła płyta.</strong></p>
<p>Coś w tym jest. Było nawet tak, że ludzie na pamięć znali <em>Fatamorganę</em>, a nie wiedzieli, jak ja wyglądam. Tańczyłam na przykład przy tym numerze na dyskotece w Firleju nad jeziorem i nikt nie wiedział, że to ja śpiewam.</p>
<p><strong>Przyznałaś się?</strong></p>
<p>Wyszłabym na ściemniarę. Nikt by mi nie uwierzył.</p>
<p><strong>Dzisiaj to ci już nie grozi. Znają cię wszyscy&#8230;</strong></p>
<p>Wcale nie. Przecież przez ostatnie 9 lat nie wydałam płyty, czyli medialnie nie istniałam. To całe pokolenie. Nastolatki mnie nie kojarzą, bo nie mogą.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie zmęczyło cię tłumaczenie, dlaczego tak długo nie wychodził żaden twój album? </strong></p>
<p>Ludzie chcą to wiedzieć, więc dlaczego miałabym się nie tłumaczyć? Po prostu tak się układało moje życie. Bardzo dużo rzeczy przeszkadzało mi, by wejść do studia i na spokojnie zacząć nagrywać. Tak naprawdę najbardziej męczące było tłumaczenie się z tego przed samą sobą.</p>
<p><strong>Dobrze, że wyrobiłaś się na swoje okrągłe urodziny. Mimo, że pewnie nie było na nich chłopaków z Papa Dance, to na bank ostro imprezowałaś.</strong></p>
<p>Wcale nie! Postanowiłam przejść nad tym do porządku dziennego. A jeszcze niedawno twierdziłam, że będę śpiewać tylko do trzydziestki (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Co jeszcze zmieniło się w twoim podejściu do życia po trzydziestce?</strong></p>
<p>Wcześniej nigdy nie przyjaźniłam się z dziewczynami. Nie miałam czasu na pierdoły, ploteczki i słodkie pierdzenie. Zawsze łatwiej dogadywałam się z facetami. Dzisiaj to się zmieniło i chętnie spotykam się z koleżankami. Może stałam się bardziej otwarta? Nie wiem. Po prostu bardziej zaczęłam lubić kobiety.</p>
<p><strong>Brzmi intrygująco. Feministki też lubisz?</strong></p>
<p>Nie zawsze, bo często mają bardzo skrajne poglądy i zwyczajnie przeginają. Dodatkowo są na siłę męskie, co nie do końca mnie przekonuje.</p>
<p><strong>A co myślisz o Dniach Cipki?</strong></p>
<p>Hmm&#8230; Cipka to fajne urządzenie. Od razu się rozmarzyłam. Bardzo ciekawa inicjatywa. Ale zamiast tylko jednego weekendu wolałabym, żeby w roku było 365 dni cipki. Mam nawet świetne hasło na tę okoliczność: DZIEWCZYNY, OTWÓRZMY SIĘ! (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Skoro sama zaczęłaś&#8230; Kogo byś chciała zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p>Beatę Kozidrak! Żart. Macie jakąś listę?</p>
<p><strong>Naszym numerem jeden jest Urszula.</strong></p>
<p>Nieeee, no co wy? Przestańcie! Chcecie mieć problemy ze sprzedażą? Było mi takie propozycje składać, jak byłam młodsza. Przespaliście sprawę. Chyba to już przerabialiśmy.</p>
<p><strong>Możemy tylko przeprosić za błędy poprzedników&#8230; i spróbować je naprawić. Pamiętaj, że jesteśmy z pokolenia, które rozbudzałaś&#8230;</strong></p>
<p>Tak, tak, wiem. Powtarzacie się. Dziś wszystko się zmieniło. Mojego starszego syna kręcą bardziej motocykle niż piosenkarki. Młodszy jest na etapie <em>Hannah Montana</em>, ale kiedy się razem kąpiemy wytrzeszcza już gały (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A widzisz! To może jednak zapozowałabyś chociaż z jakimś instrumentem?</strong></p>
<p>Chyba z kontrabasem. Zmieńcie temat, bo się czerwienię.</p>
<p><strong>Ale do naszej rozmowy też będzie sesja. Pokażesz nam cokolwiek?</strong></p>
<p>Co najwyżej język!</p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Parę lat temu w Kongresowej podczas <em>Konika&#8230;</em> spadłam ze sceny. Niezła siara, co? Wcześniej to samo zrobiłam na koncercie w Kielcach. Wszystko przez to, że śpiewając, mam w zwyczaju chodzić do tyłu. I dwa razy skończyła mi się scena. Chłopaki z zespołu nawet tego nie zauważyli! Opierdolili mnie tylko wzrokiem za to, że spóźniłam się na drugą zwrotkę <em>Rysy na szkle</em>.</p>
<p>Prawie nigdy nie występuję w szpilkach. Jak już się coś takiego zdarzy, to stoję wtedy w miejscu i się nie ruszam. Doceniam dziewczyny śpiewające w szpilach. Można by powiedzieć, że są kozackie.</p>
<p>Kiedyś pewna pani podeszła do mnie i powiedziała, że jest bardzo poruszona moją interpretacją <em>Józek, nie daruję ci tej nocy</em> (<em>utwór Bajmu z Beatą Kozidrak – przyp. aut.)</em>.</p>
<p>Związek z kimś młodszym nie jest prosty. Rozumiecie? Młodsze ciało, młodszy umysł.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/urszula/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jędrzej Kodymowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jedrzej-kodymowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jedrzej-kodymowski/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Jul 2010 12:00:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Kodymowski Jędrzej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2540</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2007 rok TEKST: Rafał Księżyk fot. Waciak &#8211; Jako chłopak z Gdyni, jak skomentowałbyś porzekadło: nie zna życia, kto nie służył w marynarce? Do marynarki mam zupełnie subiektywne podejście. Bo ja miałem bilet na łódź podwodną. Chcieli mnie brać na 3-miesięczne przeszkolenie w Ustce. Ukrywałem się do 24. roku życia. Kiedy pukała [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Jedrzej-Kodymowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2546" title="Jędrzej-Kodymowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Jedrzej-Kodymowski.jpg" alt="" width="350" height="234" /></a>PLAYBOY nr 10, 2007 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Rafał Księżyk</strong></p>
<p>fot. Waciak</p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Jako chłopak z Gdyni, jak skomentowałbyś porzekadło: nie zna życia, kto nie służył w marynarce?</strong></p>
<p>Do marynarki mam zupełnie subiektywne podejście. Bo ja miałem bilet na łódź podwodną. Chcieli mnie brać na 3-miesięczne przeszkolenie w Ustce. Ukrywałem się do 24. roku życia. Kiedy pukała do drzwi żenada wiejska, odpowiadałem damskim głosem: Jędrzej? Tu taki nie mieszka. Co prawda pamiętam do dziś, że serce mi do gardła podchodziło, jak widziałem przez judasza te marynarskie kołnierze i opaski ŻW.</p>
<p><strong>A może: nie zna życia kto nie grał w Aptece?</strong></p>
<p>Apteka to szansa na ucieczkę odbycia spętanym w sidła.</p>
<p><strong>Czy wraz z końcem lata ogarnia cię nostalgia patriotyczna? Przecież twoja matka brała udział w Powstaniu Warszawskim. </strong></p>
<p>Tak. Mama jest rocznik 28. Była sanitariuszką. Miała przydział do szpitala gruźliczego na Woli.</p>
<p><strong>W domu miałeś patriotyczny klimat?</strong></p>
<p>Miałem, miałem. Ojca matki zabili na jej oczach w Powstaniu. Drugi dziadek zginął w Katyniu. Ojciec od &#8217;45 do pierwszej amnestii siedział w więzieniu za nielegalne posiadanie broni i konspirację. Zamknęli go na Kurkowej w Gdańsku. W wodzie po kolana, razem z esesmanami. Stary przeżył, ale stryj umarł na tyfus. I babcia dostała hopla, bo był jej oczkiem w głowie.</p>
<p><strong>Ale chyba większe wrażenie niż narodowa martyrologia wywarł na tobie fakt, że ze ściany w domu łypały obrazy Witkacego.</strong></p>
<p>W domu Witkacy był pełny idol. Tato mówił, że był jedynym kozakiem, wolnym myślicielem. Na ścianie wisiały dwa pastele. Portret Beckowej i taki niedokończony – jak on tam pisze – z „przyczyn obiektywnych”. No i do tego jest wypisana cała tablica Mendelejewa uzasadniająca, dlaczego mu się nie udało skończyć. Zaczęło się Kongo.</p>
<p><strong>A ty szybko rozszyfrowałeś, jakie substancje się kryły w tej tablicy Mendelejewa?</strong></p>
<p>Taaa. Witkacy parę razy opisywał, co znaczy jaki skrót: tytoń, alkohol, peyotl.</p>
<p><strong>Rodzice byli prawnikami. To, że wybrałeś muzykę, było buntem przeciwko nim?</strong></p>
<p>Co ty. Mogę być wdzięczny tacie. Powtarzał, że gdyby żył w innych czasach, to by się w tę stronę nie ukłonił. Dawał mi wolną rękę. W ciągu roku zamienialiśmy z dziesięć zdań. Tato sobie zawsze czytał czy tam słuchał Cześka Niemena.</p>
<p><strong>Dlaczego dyrektor elitarnego 3 LO w Gdyni mawiała „ten potwór Kodymowski”?</strong></p>
<p>No nie wiem dlaczego. Gdybyś zobaczył ją i mnie, to w gruncie rzeczy ten epitet potworowski powinien przynależeć jej. Bo to ona ważyła ze 110 kilo i zanim weszła do swojego gabinetu, to się nieźle zasapała i – szczególnie w lecie – to było czuć. W trzeciej klasie miałem na półrocze 9 pizd, ale je poprawiłem. Z wyjątkiem matematyki. Nie zdałem, ale dzięki temu założyłem Aptekę, bo trafiłem do klasy, gdzie byli kumple do grania.</p>
<p><strong>I powstała słynna Trójmiejska Scena Alternatywna, o której dziś przypomina tylko Apteka, choć ty od lat w Gdyni nie mieszkasz&#8230;</strong></p>
<p>W czasach żelaznej kurtyny Trójmiasto było szczególne przez to, że był port i rzeczywiście istniały Polskie Linie Oceaniczne. No bo na statku pierdolca z nudów można dostać. Albo jest się alkoholikiem, albo zaleczonym alkoholikiem, który skleja statki w butelkach, lub ewentualnie kupuje się płyty czy krzyżówki. No i za pośrednictwem marynarzy Trójmiasto było muzycznie do przodu. Ale to się już zatarło. Teraz Trójmiasto to mi się kojarzy: Rumia, Reda, Wejherowo.</p>
<p><strong>Apteka zagrała niedawno triumfalny koncert na Open&#8217;er Festival. Ludzie śpiewali zwami te najostrzejsze teksty w rodzaju „ta co przyjechała w fiacie lubi kloca mieć na klacie”. Nie czułeś się dziwnie?</strong></p>
<p>Nie, fajnie się czułem. Oto chodzi. To jest ten moment, kiedy wiem, że jest jednak pewna elita, margines nieskalany przez zjawiska typu Budka Suflera.</p>
<p><strong>Skąd się biorą takie teksty? Niektóre weszły do potocznego języka: „Wiesz? Rozumiesz?”, „Poloneza Caro kupi tylko ktoś naprawdę głupi”. Wpadają ci w ucho czy mocno kombinujesz, aby nadać im taki kształt?</strong></p>
<p>Nic nie kombinuję. System nagrywania pozostał niezmienny. Wiąże się z tym paranoja tych, którzy ze mną nagrywają: Jak to, ty jeszcze nic nie przygotowałeś? Stary, amatorka! Ja najpierw szykuję ślady dźwiękowe, a potem, z wokalami, wszystko dzieje się w tym momencie, kiedy jest nagrywane.</p>
<p><strong>Gramy, filozofujemy, a czasami jesteśmy przesłuchiwani – współtwórca Apteki Maciej Wanat dał w tych słowach historię zespołu z lat 80. Były jakieś szczególnie pamiętne przesłuchania?</strong></p>
<p>Było ich tyle, że człowiek się pogubił. Takich stalinowskich z przypalaniem prętem czy wkładaniem wora do szuflady to nie było. Ale byliśmy kiedyś przesłuchiwani na słynnej Łubiance.</p>
<p><strong>Jak Apteka trafiła do jaskini KGB?</strong></p>
<p>Zrządzenie losu. Ja i Wanat mieliśmy polecieć na dwa koncerty w Rostowie nad Donem. Tranzytem przez Moskwę. To była Wigilia, masa śniegu, loty opóźnione. Do Moskwy dotarliśmy już w poważnym alkoholowym amoku. Umyślny z Rostowa zabrał nas na Prospekt Gorkiego, żebyśmy sobie jeszcze popili. I tam poznaliśmy takiego typa, który nazywał się Romas Maksakowas i okazał się organizatorem trasy dalekowschodniej. My do niego: zabierz nas. Nie ma problemu. Odpuściliśmy Rostów i za trzy dni wylądowaliśmy na Syberii w Chabarowsku. W programie pod nazwą <em>Disco Show Variete </em>występowało 36 artystów – aktorzy, satyryk, Walery Sylkisian – król moskiewskich dyskotek, ci freestylerzy od przeboju <em>Biełyje rozy</em>, no i my. Wszystkie koncerty z playbacku. Graliśmy tylko w gmachach filharmonii albo cyrkach. We Władywostoku tuż przed nami schodziły z areny słonie.</p>
<p><strong>Ale skąd ta Łubianka?</strong></p>
<p>Wszystko skończyło się aferą. Bo po każdej imprezie był raut z oficjelami. Okazało się, że ten Maksakowas, jak już się napili, podpisywał z nimi kontrakty. Na co się dało: od wiercenia studni głębinowej po sprowadzenie śmigłowców. Podsumowali go, że pobrał zaliczki na jakieś półtora miliona rubli. No i zniknął, a my jako jedyni innastrańcy byliśmy podejrzewani o to, że załatwiliśmy mu fałszywy polski paszport. Zawieźli nas wtedy na Łubiankę. Było kulturalnie, chociaż lekkie ciśnionko wyskoczyło. Sprawa się wyjaśniła, a dzięki temu, że interesowała się nami służba bezpieczeństwa, odesłali nas do kraju pocztą dyplomatyczną.</p>
<p><strong>Twoja wyprawa do Ameryki Południowej była równie barwna?</strong></p>
<p>A to ja już sobie sam, prywatnie pojechałem. Siedziałem tam pół roku. Raj na ziemi. Chociaż odkąd się pojawiły przywiezione przez Kolumba paciorki, ci biedni Indianie są cały czas wypierdalani na tym samym patencie. Znajomi Francuzi zabrali mnie do takiej wioski, gdzie w każdym gospodarstwie był szaman. I codziennie każdy szaman miał trzy sesje z jedzeniem peyotl za 25 papiera. Tylko, że ja akurat wtedy naftę piłem, więc szaman się troszeczkę zawiódł.</p>
<p><strong>Masz zamiłowanie do dowcipów więziennych&#8230;</strong></p>
<p>No nie, przesada. Ja nie siedziałem. Nie miałem przykrych sytuacji, żeby mi pierdziak przelecieli. Jednym z moich ulubionych filmów jest <em>Przepraszam czy tu biją</em>, a z ostatniego rzutu bardzo podoba mi się <em>Symetria</em>. A to dlatego, że jest to praktyczne wykorzystywanie filozofii środowiska patologicznego. Polska grypserka ma specyficzne traktowanie rzeczy, wszechrzeczy. Można się pośmiać.</p>
<p><strong>A filozofowanie Apteki?</strong></p>
<p>Nasza filozofia jest taka, że bierzemy instrumenty i zespół wypowiada się na scenie. Wywiady i takie rzeczy to choroba naszych czasów. Potem ludzie przychodzą na koncert, nie żeby słuchać muzyki, tylko dlatego, że kolega zakochał się w wokaliście albo imponuje mu, że gra jedyny chłopak z ich dzielnicy, który jeździ dużym fiatem.</p>
<p><strong>Na koncertach Apteki bywało, że dziewczyny pytały: no to kiedy będą rozdawać ekstazki.</strong></p>
<p>Ja nie słyszałem. Zaskakujesz mnie. Była taka sytuacja, gdy miałem 30. urodziny. Odbyły się w stacji pomp w Gdyni, grało ze 12 zespołów. Lekka megalomania. I przyszedł tam znajomy diler. Chodził z torbą i rozdawał ekstazki, w moim imieniu, chociaż ja go do tego nie upoważniałem ani w dodatku za to nie płaciłem.</p>
<p><strong>Kiedy pytałem twoich znajomych, jaki jest „Kodym” na imprezach, mówili, że jak diabeł – kusi.</strong></p>
<p>Czym ja mogę teraz kusić? Ja wódki nie piję. Narkotyków nie biorę. Dupy nie daję.</p>
<p><strong>Jesteś ponoć osobą o wydolności porównywalnej do Iggy Popa i Keitha Richardsa – szybkie życie jakby ci nie szkodziło&#8230;</strong></p>
<p>No jak nie szkodzi. Przecież Richards to chodzący kościotrup. W Warszawie wszystko grał za niego dubler. On tylko rączką ruszał jak król Maciuś albo porcelanowa laleczka. Iggy’ego, jak miał koncert w Warszawie, to zaprosiliśmy na imprezę. Cały zespół dotarł, a on miał jakieś czarne wizje i spierdolił. Psychika mu dawno puściła. A zespół też odjechał. Bo imprezę robił nasz kumpel zwany Królem Bieszczad, amator przetworów mięsnych, który miał swoją masarnię. Rolada boczkowa to był jego konik. A ci kolesie od Popa to bardziej generacja momo, wszyscy wegetarianie. I tu wchodzi dwóch pociętych Ukraińców i z drzwi wyciągniętych z futryny sypie na stół roladę boczkową. Azja w spotkaniu z Zachodem. I chociaż chłopaki byli weganami, musieli tych rolad próbować, bo gospodarz pytał czy go szanują&#8230;</p>
<p><strong>Ale co z twoim organizmem? Ratują cię geny czy instynkt przetrwania?</strong></p>
<p>To zakrawa na tworzenie mitu. Wszystkie organizmy są podobne.</p>
<p><strong>Przecież Apteka miała opinię „najlepszego zespołu narkomańskiego”&#8230;</strong></p>
<p>Myślę, że tutaj Rysiek Riedel wyprzedził nas o głowę. Zapierdalał konkretnie. I na dzień dzisiejszy jest festiwal jego imienia.</p>
<p><strong>Nie czujesz się wcieleniem hasła sex, drugs &amp; rock&#8217;n'roll?</strong></p>
<p>Nie! Ja się z tym nie utożsamiam. Słowo rock&amp;roll to dla mnie taki obciach, że aż dreszcz żenada zapierdala po plecach. Zespół gra muzykę, po prostu. Apteka to normalny zespół muzyczny. Raczej margines niż alternatywa.</p>
<p><strong>A seks? Ponoć dzięki bezpośredniości wiele zyskujesz u kobiet?</strong></p>
<p>Ja mam jedną narzeczoną i poza to nie wychodzę. Z żoną byłem przez 16 lat.</p>
<p><strong>Wasza córka Ksenia robi karierę w reklamie Playa&#8230;</strong></p>
<p>Ma 19 lat i kończy teraz liceum plastyczne, a to traktuje jako dorabianie do kieszonkowego.</p>
<p><strong>A gdyby po Playu chciała zostać playmate?</strong></p>
<p>To jej sprawa. Jest dorosła.</p>
<p><strong>Skąd twoja jazda na gejów? Choćby numer <em>Tranfescyta i inne cioty</em> z nowej płyty Apteka?</strong></p>
<p>Na pedałów? No, jeżeli można się z czegoś pośmiać to z nich na pewno. <em>Tranfescyta</em> ma działanie dydaktyczne. Chociaż, ja ci powiem, pedały też się pod to pałują.</p>
<p><strong>A jeśli Giertych przyzna ci order za taką dydaktykę?</strong></p>
<p>Nie przypuszczam, my nie jesteśmy jednak z tej samej bajki. On jest bardziej Nosferatu.</p>
<p><strong>Na płycie <em>Apteka</em>, kpiąc z gejów i chwaląc terrorystów, drażnisz wszystkich. W życiu też taki jesteś?</strong></p>
<p>Ja wiem czy drażnię? Staram się szczerze wypowiadać, rozszerzać horyzonty. Szczerość to recepta żeby grać.</p>
<p><strong>Co cię trzyma przy muzyce? W przyszłym roku stuknie ćwierć wieku Apteki&#8230;</strong></p>
<p>Nic innego mnie nie zadowala. Robiłem dużo rzeczy. Miałem delikatesy, organizowałem sympozja. Nie o to chodzi, że nie potrafię robić nic innego. Ja jestem konsekwentny. I będę się starał być.</p>
<p><strong>Co robisz, kiedy nie grasz?</strong></p>
<p>Spędzam czas z narzeczoną albo z córką. Tak jak kiedyś 24 godziny na dobę chodziłem po knajpach, tak teraz nie chodzę w ogóle.</p>
<p><strong>Z czego żyjesz?</strong></p>
<p>Z miłości.</p>
<p><strong>Mówią o tobie: człowiek enigma, nieprzenikniony, nieznane motywy.</strong></p>
<p>(<em>śmiech</em>) Tak jak Hitler.</p>
<p><strong>Ty po prostu żyjesz we własnym świecie czy starasz się otaczać tajemnicą?</strong></p>
<p>Każdy żyje we własnym świecie. Nie mnie to oceniać.</p>
<p><strong>Skoro żyjesz bez używek, to czy zerwanie z dragami i alkoholem było wynikiem jakiegoś przełomu?</strong></p>
<p>Alkohol jest dobry dla komuchów, nie każdy jednak chce być kefiącym kozłem. Narkotyki nie są już tym, czym były. Są powszechne jak dziadziusiowy syropik na gardełko. Tak, że rezygnuję z tego, co pochodzi od pseudoelity, gnoi żerujących na ludzkim nieszczęściu.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jedrzej-kodymowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Lech Janerka</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/lech-janerka/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/lech-janerka/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 02 Jul 2010 12:00:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Janerka Lech]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2501</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 3, 2005 rok TEKST: Rafał Księżyk fot.Tomek Bergmann &#8211; Na Plagiatach jest country i bossa nova. To twój najbardziej wyluzowany materiał. Co się zmieniło? Być może zapędziłem się w tych swoich wyścigach muzyczno-słownych. Kiedy zaczynałem, moje oczekiwania wobec muzyki zakładały, aby była bardzo osobista i bardzo serio. I takie płyty nagrywałem. Aż pojawiły [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Lech-Janerka.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2510" title="Lech-Janerka" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Lech-Janerka.jpg" alt="" width="350" height="235" /></a>PLAYBOY nr 3, 2005 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Rafał Księżyk<br />
</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot.Tomek Bergmann</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na <em>Plagiatach</em> jest country i bossa nova. To twój najbardziej wyluzowany materiał. Co się zmieniło?</strong></p>
<p>Być może zapędziłem się w tych swoich wyścigach muzyczno-słownych. Kiedy zaczynałem, moje oczekiwania wobec muzyki zakładały, aby była bardzo osobista i bardzo serio. I takie płyty nagrywałem. Aż pojawiły się pytania od fanów&#8230; Czy ja rzeczywiście mam zamiar popełnić samobójstwo? Czy mam poczucie humoru? Postanowiłem przyjrzeć się samemu sobie i sięgnąłem po piosenki, które pisałem między 17. a 19. rokiem życia. Było ich ze 200, kilkanaście wybrałem na <em>Plagiaty</em>. Nagrałem płytę, gdzie pokazuję, że potrafię być pogodny. Mówimy o muzyce, bo to najbardziej bezpośrednia forma okazywania emocji. Słowa, niestety, są pisane współcześnie.</p>
<p><strong>Nie pasuje ci wizerunek artysty „dołującego”?</strong></p>
<p>Nie jestem dołersem. Nie bardzo wierzę w ludzi, którzy są tylko chmurni. To nudne. Czasy, w których wystartowałem, sprzyjały, żeby być serio. W życiu jestem pogodny. Lubię dobre dowcipy, niestety nie potrafię ich opowiadać. Pracuję nad tym, by mieć dobrą puentę. Idzie mi średnio. Ponurawy bywam, bo jestem niespecjalnie towarzyski. A też chciałbym potrafić znaleźć się między ludźmi – trochę ich wspierać, a trochę ich doić, z tego co mają w głowach.</p>
<p><strong>Album <em>Fiu Fiu</em> dostał dwa Fryderyki, a ciebie uznano za dyżurnego rockowego intelektualistę&#8230;</strong></p>
<p>Te Fryderyki to za upór. Za stary jestem na nagrodę za płytę alternatywną. Dostałem, bo dostałem. Bo jestem pieprzoną świętą krową polskiego rocka, na muzycznej scenie nikt nigdy mi nie dał kopa. Proszono mnie, abym wypowiadał się na temat spraw ostatecznych, o polityce. Mnie to krępuje, choć bywa zabawne. Kiedy się gra, ma się za dużo czasu, a ja po prostu lubię czytać. Mój światopogląd to jednak kolaż informacji z różnych dziedzin, chaos. W pierwszym wywiadzie zasoliłem, że jestem samoporządkującą się formą chaosu i do dziś w to wierzę. Ważne są dla mnie sens i logika, bo jeżeli odpuścimy, chaos nas wciągnie. Ale w mędrców nie wierzę. Ani w mądrości powszechne. Bawimy się, naprężamy, czasami coś z tego wynika, najczęściej nic. Ja sam jestem bardziej cwany niż mądry czy kreatywny. Staram się być uczciwy, wobec siebie i wobec słuchacza, i przy tym się będę upierał.</p>
<p><strong>Pociągał cię kiedyś rock&amp;rollowy styl?</strong></p>
<p>Jestem zbyt słabym muzykiem. Na rock’n’roll mogą sobie pozwolić geniusze albo debile. Jako cienias muszę pewnych rzeczy pilnować. Po alkoholu mózg niewdzięcznie mi falował. Pić zacząłem po 50., czerwone wina. Narkotyki stymulują to, co i tak w nas jest. Ja stany euforyczne produkowałem, śpiewając. Robiłem rzeczy, które mnie cieszyły i czułem się świetnie. Używki to niszczą. Polubiłem papierosy, bo mnie uspokajały. Wypalałem 3 paczki dziennie. Teraz palę półtorej. Miewam na koncertach kłopoty z niedotlenieniem. Ale jak nie paliłem, wszystko mi się podobało i to było podejrzane. Tyłem i dostałem pancernej dupy.</p>
<p><strong>A co z kobietami?</strong></p>
<p>Jestem filobabem. Uwielbiam kobiety. Nigdy od kobiet nie spotkało mnie nic złego. Gdy zacząłem grać, miałem już dwójkę dzieci, tak więc pokoncertowe ekscesy erotyczne nie wchodziły w grę, bo to kłopoty. I nigdy nie czułem z tego powodu dyskomfortu. Wolałem swoją żonę niż ewentualne skłonne dziewczyny. Ja i Bożena bardzo się lubimy. Jestem z nią od 19. roku życia. Od 20 lat razem gramy. Jeżdżąc na trasy z Klausem Mitffochem bez niej, źle się czułem.</p>
<p><strong>Jako przystojny chłopak z gitarą, nie spotykałeś nachalnych fanek?</strong></p>
<p>Nigdy nie byłem „chłopakiem z gitarą”. To działa, ale na te głupsze albo może bardziej zdesperowane. Pamiętam koncert Klausa Mitffocha w klubie Park w Warszawie, gdzie zeszła się ówczesna bohema. Miałem na sobie buty, które brat przysłał mi ze Stanów. Zapinały się na rzepy, o których w Polsce wówczas nie wiedziano, były amarantowe, waliły po oczach. Po koncercie panie siedziały u moich stóp i bawiły się rzepami. Sprawiało to wrażenie mahometańskiego raju. Z późniejszych koncertów: w Zgorzelcu pod sceną miotała się dziewczyna, bardzo młoda ale o wyśrubowanych parametrach, które dekoncentrowały. Schodziliśmy potem do garderoby długim korytarzem i nagle słyszę rozpaczliwy okrzyk: Lechu! To ta dziewczyna. Biegnie za mną, a im jest bliżej, tym bardziej zwalnia, widząc, że nie jestem najmłodszy. Na scenie tego nie widać, bo jestem chudy i zawzięty. Gdy była całkiem blisko, czar prysł. Zapytała: przepraszam pana, czy mogłabym prosić o autograf?</p>
<p><strong>Jak to jest grać z żoną w jednym zespole rockowym?</strong></p>
<p>Gdy rozpadł się Klaus, myślałem, żeby zrezygnować z muzyki. Okazało się, że nie mam pracy. Postanowiliśmy z Bożeną, że spróbujemy pograć. Pomysł był taki: ja na basie, Bożena na wiolonczeli, a co dalej, to się zobaczy. No i efekty były niezwykłe. Czułem, że mamy w łapach cały świat, świetnie się rozumiemy i możemy modelować go jak chcemy. Nie wiedzieliśmy kiedy dzień, a kiedy noc. Czas wypełniało nam granie i kochanie się. Po miesiącu gotowy był materiał na <em>Historię podwodną</em>.</p>
<p><strong>Album Klausa Mitffocha uznawany jest za jeden z najważniejszych w polskim rocku. Jaki był tamten okres? Smak sukcesu czy walka?</strong></p>
<p>Dla mnie to był czas traumatyczny, bo związany z koncertami, z wyjazdami z domu, z pyskówkami. Nie postrzegaliśmy Klausa jako czegoś nadzwyczajnego. Punktem odniesienia były zespoły zachodnie i w tym kontekście to, co robiliśmy, było słabe. I choć graliśmy koncerty w halach, nie było powodów do euforii. Czuliśmy się raczej bezczelni. Wykończył nas stres związany z niemożnością wejścia w krótkim czasie na wyższy poziom. Koncepcyjnie byliśmy świetni, ale aparat wykonawczy nie nadążał i to był dramat.</p>
<p><strong>Zacząłeś grać z Klausem mając 30 lat. W tym wieku ludzie raczej już schodzą ze sceny&#8230;</strong></p>
<p>Jestem niedorozwinięty (<em>śmiech</em>). Powinienem był zacząć, mając 17 lat, ale czegoś tam nie byłem w stanie się nauczyć. Narobiliśmy z Bożeną dzieci i trzeba było na nie zarobić. Wtedy śpiewali Demarczyk, Grechuta, Niemen. Wykonawczo byli nieskazitelni. Gdy już grałem z Klausem, miałem koszmar, że spotykam się na estradzie z Niemenem. On śpiewa swoim zniewalająco sugestywnym głosem na granicy ekstazy, a potem wychodzę ja&#8230; I kiedyś wystąpiliśmy razem w Sopocie, nie jeden po drugim, ale w transmisji telewizyjnej pojawiłem się tuż przed Niemenem. O dziwo, okazało się, że byliśmy tak drastycznie inni, że nie było skali porównawczej. Nie czułem zażenowania. Pomyślałem, no dobrze, straciłem ileś tam lat, ale teraz będę to robił.</p>
<p><strong>Ty w ogóle żyjesz własnym rytmem. Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, oświadczyłeś: byle nie przed 14, bo śpię&#8230;</strong></p>
<p>Nie dopuszczam do tego, żeby poruszać się szybciej, niż potrafię. Spać idę, gdy mam ochotę, wstaję, kiedy się wyśpię. To jeden z moich większych sukcesów. Nie czuję się artystą. To słowo podejrzane. Podobnie nie powiem o sobie, że jestem muzykiem. Być może synonimem bycia artystą jest to, że wstaje się o dowolnej porze. Ot cały artyzm. Staram się przy tym żyć maksymalnie intensywnie. Tak, żeby umrzeć zmęczonym.</p>
<p><strong>Zawsze byłeś outsiderem, czy też próbowałeś żyć jak stateczny obywatel?</strong></p>
<p>Jeszcze przed Klausem pracowałem jako fotograf. Dobrze zarabiałem. Na filmach zobaczyłem, że zaprasza się damę na obiad. Zaprosiłem Bożenę do dobrej restauracji. A to były czasy, gdy kelnerzy potrafili zabić klienta, był taki okres w PRL-u. Przyszedł kelner, oczywiście, że pijany. Na pięknej srebrnej tacy przyniósł bryzole i ziemniaki. Rozsypał je Bożenie na kolana. „Pardon” – powiedział, wszystko pozbierał i zaserwował raz jeszcze na talerz. Na filmie nie było, co się w takich sytuacjach robi. Postanowiłem, że wracamy do domu. Tak było, co chwila. Moje wyobrażenia o świecie solidnie rozmijały się z rzeczywistością. Postanowiłem, że nie biorę w tym udziału, a jeśli już to na moich zasadach. I zostałem świętą krową.</p>
<p><strong>Pod koniec lat 80. spędziłeś ponad rok w Nowym Jorku. To była emigracja zarobkowa?</strong></p>
<p>Niezupełnie. Bożena zerwała wtedy ścięgno, ja nie miałem instrumentu. Nie było mowy o koncertach. Skorzystaliśmy z zaproszenia mojego brata, który pracował w Nowym Jorku jako grafik. Mieszkaliśmy na Manhattanie. Pieniądze na życie były. Poszedłem do pracy, bo chciałem kupić samplery i bas. Wylądowałem na Times Square, w Apple Studio, gdzie kręcili popularny talk-show Geraldo de Rivery. Kiedyś doszło do polemiki Ku-Klux-Klanu z Czarnymi Panterami. Zakończyło się bijatyką, Rivera dostał w nocha, studio zdewastowane. Moja praca polegała na tym, że byłem figurantem. Stwierdzili, że skoro jestem gwiazdą rocka „from Poland”, nie ma możliwości, żebym pracował. Uczyłem ich jak zamawiać po polsku ruskie pierogi. Co jeszcze zdarzyło się zabawnego? Ktoś na ulicy wziął mnie za Johna Malkovicha. Nawet nie wiedziałem, że taki aktor istnieje. Teraz myślę – faktycznie, te perfidne usteczka w dzióbek&#8230; Spacerowałem też po Południowym Bronksie, gdzie biali nie powinni się zapuszczać. Nikt mnie nie zaczepił, ale gdy wróciłem do Wrocławia, pod moją klatką koleś poprosił o papierosa, a jak nie przyjąłem pieniędzy, chciał mnie tłuc.</p>
<p><strong>Byłeś narwańcem. Teraz jesteś chłodno opanowany. To jakieś przełomowe zdarzenia tak cię odmieniły?</strong></p>
<p>Narwaniec to mało powiedziane. Byłem psychopatą. W każdym momencie można mnie było sprowokować do bójki. Kiedy się wściekałem, zaczynałem się jąkać i nie byłem w stanie z nikim rozmawiać. Prawdziwy, regularny fiś. Dzięki Bożenie zacząłem powściągać emocje. Kontrolowałem się. Krok po kroczku. Czas też zrobił swoje. Śmieję się, że ludzie się starzeją, bo nie chcą już być młodzi. Ale jeszcze mając czterdziestkę potrafiłem wściekać się jak gówniarz. Konkretnego przełomu nie było. Może wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że zżera mnie prymitywna autodestrukcja. Kiedyś w szale próbowałem rozbić sobie głowę o ścianę. Skończyło się pogotowiem, zakładaniem szwów. W tej chwili najpierw jest refleksja, a później akcja.  Zafundowałem sobie zmianę psychiki. I to jest drugi mój sukces.</p>
<p><strong>Chciałeś zostać pilotem wojskowym. To wydaje się skrajnie odległe od roli rockmana.</strong></p>
<p>Nie widzę konfliktu. Byłem desperatem już jako dzieciak. Pilot myśliwski rozpędzony w swej maszynie, który szybko zabija i szybko ginie, to było młodzieńcze wyobrażenie o wolności. Umrzeć młodo. To mi się podobało. Przepadłem na komisji lekarskiej, gdzie okazało się, że mam wadę serca. Kiedy dwa lata byłem w wojsku, ludzie stękali, ktoś tam się zastrzelił, ale dla mnie nie było ono dolegliwością. Miałem twarde dzieciństwo, które mnie uodporniło. Dwóch konkretnych mężczyzn w domu to czasem za dużo.Jak miałem 18 lat, daliśmy sobie z ojcem po czołach i zacząłem żyć na własną rękę.</p>
<p><strong>Tuż przed pięćdziesiątką stałeś się fanatykiem komputerowych gier z symulatorami lotów&#8230;</strong></p>
<p>Miałem dwa naprawdę profesjonalne symulatory, jeden projektowany przez firmę, która pracuje dla NATO. Oszałamiałem się strasznie. Potrafiłem grać po 18 godzin dziennie. Ten maraton trwał 3 lata. Przerwał go wypadek. Pojechałem na pogrzeb Grześka Ciechowskiego i pod cmentarzem miałem kraksę. Straciłem wzrok na kilka dni. Zacząłem nosić okulary do czytania, a o grach musiałem zapomnieć. To głupota była, aczkolwiek przyjemna. Nie żałuję. Każdy szuka patentu, żeby zresetować głowę, uciec od rzeczywistości. Tu są proste reguły, wcześniej czy później się wygra. Tak na marginesie, tego symulatora NATO nie przeszedłem. Część sprawnościową zrobiłem szybko, druga, strategiczna wymaga cierpliwości i tu symulator dawał mi łupnia. Jako dowódca bym się nie sprawdził. Dobrze kombinowałem, żeby być pilotem.</p>
<p><strong>W filmie <em>Bingo </em>mówisz: „Nic nie jest prawdziwe, a kto myśli inaczej, ten ekscentryk i demokrata”. Możesz to rozwinąć?</strong></p>
<p>To żarty. Miałem w Radiu Wrocław audycję „Nothing Is Real”. To cytat ze <em>Strawberry Field</em>s The Beatles. Większość ludzi żyje realiami, ja też, ale je sobie podkolorowuję. Cały wszechświat jest podobno pożyczką energetyczną. Twierdzenie, że nic nie jest prawdziwe, ma dla mnie sens. Nie atakuję demokratów i ekscentryków. To zdanie dobrze brzmi. Wyłowiłeś je, bo brzmi niespójnie. Cel był taki, żeby przez chwilę zmusić do zastanowienia.</p>
<p><strong>Jak się czułeś w roli księdza, kiedy Przemysław Wojcieszek zaprosił cię do filmu <em>Głośniej od bomb</em>?</strong></p>
<p>Zaproszenie było zabawne, bo jestem ateistą, a tu jako ksiądz prowadziłem kondukt pogrzebowy i dokonywałem pochówku. Mam słabą pamięć, więc koncentrowałem się, by pamiętać tekst. Część improwizowałem, ale reżyser stwierdził, że może być. Nie miałem metafizycznych refleksji, raczej profesjonalne, czy się mieszczę pośród tych niezłych  aktorów. Wymyśliłem, że nie będę grać, a po prostu tam będę. Obawiałem się, że wypadnie to żenująco, wypadło neutralnie.</p>
<p><strong>Twierdzisz, że egocentryzm to jedyna uczciwa postawa. Gdzie przebiega granica między egocentryzmem a egoizmem?</strong></p>
<p>Egoizm ma w sobie pogardę dla innych, jest agresywny. W egocentryzmie nie ma nic z tych rzeczy. Nie biorę pod uwagę innych ludzi, ale nie dlatego, że ich nie lubię czy chcę ich nagiąć do swoich potrzeb. Po prostu nie jestem w stanie, mimo sporych pokładów empatii, myśleć ich kategoriami. Jeśli poważnie mam o czymś mówić, to tylko z punktu widzenia mojego wnętrza, które wystawia czułki i bada zewnętrzność. I to jest uczciwe.</p>
<p><strong>Wywołałeś kontrowersje <em>Nadzieją o Wrocławiu</em>, piosenką napisaną jako wizytówka miasta z okazji wystawy Expo&#8230;</strong></p>
<p>To nie była piosenka „z okazji” ani na zamówienie. Kiedyś jadłem sobie zupę na rynku, a tam trwała jakaś feta. Nagle słyszę ze sceny: „A teraz Wrocław łączy się z Paryżem” i zespół na estradzie zaczyna śpiewać: <em>Kuba wyspa jak wulkan gorąca</em>. Łycha mi z rąk wypadła. Obok knajpy jest wydział kultury miasta, zostawiłem zupę i poszedłem do nich. Zapytałem, czy nie chcieliby piosenki o Wrocławiu, bo denerwuje mnie, że moje miasto reklamują śpiewaniem o Kubie. Chcieli.</p>
<p><strong>Zauważyłeś, że wśród dzisiejszych nastolatków znowu modne są te nowofalowe i punkowe zespoły, które inspirowały Klausa Mitffocha?</strong></p>
<p>O tak! Zdumiony byłem, bo słyszałem nawet zespół, który gra jak Klaus Mitffoch. To moda na retro. Retro, czyli bezradność. Ja nie będę grał w stylu Klausa, bo już taką płytę zrobiłem. Twórczość powinna być adekwatna do rzeczywistości, w której powstaje, i przede wszystkim stanu ducha twórcy, nawet jeśli jest on nieadekwatny do tej rzeczywistości.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/lech-janerka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

