<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady &#187; DZIENNIKARZE</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/kategoria/dziennikarze/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Tue, 31 Jan 2012 20:49:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>Kamil Durczok</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/kamil-durczok/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/kamil-durczok/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 11 Sep 2011 13:05:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Durczok Kamil]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3184</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 8, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Świetlik &#8211; Jeszcze przed chwilą prowadziłeś „Fakty”, a teraz siedzisz przed nami. Szczerze mówiąc, Anita Werner wyglądała o niebo lepiej w podobnej sytuacji. Po pierwsze Anita zawsze wygląda lepiej. Po drugie – jak to piękna kobieta – jest wyraźnie ładniejsza ode mnie. Po [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3191"><img class="alignleft size-full wp-image-3191" title="Kamil-Durczok" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/09/Kamil-Durczok.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 8, 2011 rok</strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.andrzejswietlik.pl/">fot. Andrzej Świetlik</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jeszcze przed chwilą prowadziłeś „Fakty”, a teraz siedzisz przed nami. Szczerze mówiąc, Anita Werner wyglądała o niebo lepiej w podobnej sytuacji.</strong></p>
<p>Po pierwsze Anita zawsze wygląda lepiej. Po drugie – jak to piękna kobieta – jest wyraźnie ładniejsza ode mnie. Po trzecie &#8211; na mojej twarzy maluje się przebieg. Więc wszystko się zgadza.</p>
<p><strong>Nam też się zgadza. Tym bardziej, że to ty w przeszłości publicznie wytypowałeś ją na playmate PLAYBOYA. Jej mama wtedy się obraziła. Jak przepraszałeś? </strong></p>
<p><strong></strong>Korespondencyjnie, bo na osobisty kontakt zabrakło mi śmiałości. Poprosiłem Anitę o przekazanie moich skomplikowanych, ale szczerych wyjaśnień.</p>
<p><strong>My podpisujemy się pod twoim wyborem.</strong></p>
<p><strong></strong>Ja również nie zmienię zdania w tej materii. Wtedy uszanowałem tylko lekko zranione, przez moją bezkompromisową deklarację, uczucia macierzyńskie.</p>
<p><strong><em>A propos</em> deklaracji, jaką narodowość zaznaczyłeś w spisie powszechnym?</strong></p>
<p>Wpisałem dwie: polską i śląską. Ale przyznaję, że miałem chwilę wahania, czy na złość prezesowi pewnej opozycyjnej partii nie wpisać wyłącznie narodowości śląskiej. Pomyślałem jednak, że zrobiłbym <em>de facto</em> na złość państwu, którego istnienia ani przez sekundę nie kwestionuję. Zresztą  często w przeciwieństwie do pana prezesa.</p>
<p><strong>Czyli w połowie „zakamuflowałeś opcję niemiecką”.</strong></p>
<p>Jeżeli komuś dla zorganizowania i uporządkowania sobie świata potrzebne są opisy zero-jedynkowe, jak w radzieckim systemie wojskowej identyfikacji „swój-obcy”, to proszę bardzo – mogę być zakamuflowaną opcją niemiecką. To nie mój problem, tylko prezesa. Musi z tym jakoś żyć.</p>
<p><strong>Tak jak z dziadkiem z Wehrmachtu.</strong></p>
<p><strong></strong>Akurat „wehrmachtową aferę” odczułem bardzo serio. To skomplikowana i dramatyczna kwestia, która dotyczy nie tylko Kaszubów, ale także bardzo wielu Ślązaków. Dziadek ze strony mamy został w wieku 19 lat wcielony do Kriegsmarine. Nie bardzo miał wybór, bo gdyby się sprzeciwił, cała rodzina zostałaby zastrzelona. Natomiast tata mojego taty przeszedł prawie cały szlak bojowy z wojskiem polskim. Dobrze, że jeden pływał, a drugi biegał i nie mieli szans spotkać się po dwóch stronach tego samego frontu. Jeżeli ktoś nie rozumie, albo nie chce zrozumieć takich życiowych dramatów i wykorzystuje je do własnych, obrzydliwych, politycznych celów, to trudno, żebym się nie burzył. A z drugiej strony osoby, które tak intensywnie myślą o tych zakamuflowanych opcjach i dziadkach z Wehrmachtu jakoś nie są w stanie mnie obrazić… Niemcy wchodzili na Śląsk, uważając, że to Polska. Rosjanie Śląsk uznawali za Rzeszę: gwałcili, palili, rozjeżdżali czołgami. Więc takie lekkie gadanie głupot o opcjach niemieckich i dziadkach w Wehrmachcie jest skrajną nieodpowiedzialnością.</p>
<p><strong>Jaki masz stosunek do Ruchu Autonomii Śląska?</strong></p>
<p>Pobłażliwy i niejednoznaczny. Zrobili kawał dobrej roboty, budząc poczucie tożsamości oraz przypominając – dzięki takim pozycjom jak śląski elementarz, czyli <em>Ślabikorz</em> – język śląski. Kłopoty zaczynają się, gdy członkowie Ruchu mówią o autonomii. W dzisiejszej Europie to pojęcie bardzo anachroniczne. Oferta RAŚ jest kierowana głównie do starszego pokolenia. Młodsi tego nie kupują, bo wiedzą, jak sobie dziś poradzić w Polsce i na świecie. Poza tym, i to jest groźne, RAŚ otwiera rachunki między Centralą, czyli Warszawą, a Śląskiem. To już zbójectwo, o czym wielokrotnie wspominałem Jerzemu Gorzelikowi (<em>przewodniczący RAŚ – przyp. red.</em>). Ślązacy dostali już po roku 1989 z Warszawy sporo pieniędzy. Można oczywiście dyskutować, czy była to rekompensata za lata, gdy Śląsk traktowano jak kolonię i nikt nie przejmował się pylicami górników i ołowicami hutników. W Warszawie zapadały decyzje, a Ślązacy zdychali w niedoli. Tak było, ale co z tego? Kogo można za to osądzić? Edwarda Gierka? Piotra Jaroszewicza? Zdzisława Grudnia? Komu mamy wystawić rachunek? Na pewno nie warszawiakom. To idiotyzm. Niektórzy nie chcą też pamiętać, jak dużo Warszawa podarowała Śląskowi. Między 2001 a 2005 rokiem 60 procent wszystkich dotacji poszło na Śląsk. Proszę to powiedzieć mieszkańcom Podlasia i Lubelszczyzny. Otwieranie tego typu rachunków jest niepoważne i groźne. Nigdy nie wiadomo, jakie demony można w ten sposób uruchomić. A mam wrażenie, że niektórzy przedstawiciele RAŚ próbują na śląskich krzywdach i sentymentach zbić kapitał polityczny.</p>
<p><strong>To może dlatego prezydent Komorowski nie rozumie koalicji PO z RAŚ.</strong></p>
<p><strong></strong>Myślę, że mało o niej wie i się jej zwyczajnie boi. Obraz RAŚ w Polsce to obraz diabła ziejącego siarką, trzaskającego kopytkiem i straszącego żądaniem dostępu Chorzowa do morza. Oczywiście strach prezydenta nie jest bezpodstawny, ale mocno wierzę w to, że moi rodacy na Śląsku i poza nim są dużo mądrzejsi niż się wielu politykom wydaje. Najlepszą metodą na sprawdzenie polityków  jest dopuszczenie ich do władzy. RAŚ dziś jest przy sterach. Współrządzi z Platformą województwem śląskim. Wyborcy na Śląsku niebawem ich rozliczą, tak jak wcześniej w kraju rozliczano AWS, Leppera i wielu innych.</p>
<p><strong>Cztery lat temu rozmawialiśmy o Śląsku z Kazimierzem Kutzem&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Pana Kazimierza – choćby tylko za tryptyk śląski &#8211; powinno się nosić na rękach, niezależnie ku której opcji politycznej w tej chwili się skłania. Kiedyś to zadeklarowałem i obiecałem mistrzowi, że jeżeli będzie miał wstręt do komunikacji miejskiej i nie będzie chciał jeździć samochodem, jestem gotów nosić go na rękach. Zrewanżował się licencją na przeklinanie.</p>
<p><strong>Przydatna rzecz. Wiadomo nie od dziś, że nikt nie przeklina z takim wdziękiem jak pan Kazimierz. </strong></p>
<p>To w ogóle człowiek, który znakomicie posługuje się językiem. <em>Piąta strona świata</em> jest napisana cudowną mieszaniną polskiego i śląskiego. Kapie śląską polszczyzną albo polską śląszczyzną, jak kto woli. Dopóki żyli moi dziadkowie, rozmawiałem z nimi po śląsku, dziś nie ma już okazji&#8230; Czytając Kutza przypomniałem sobie mnóstwo wyrazów, które kiedyś znałem, ale niestety potem pamięć zawiodła…</p>
<p><strong>My dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że Ślązacy mają kompleks niewolników.</strong></p>
<p><strong></strong>Raczej mieli. 15, 20 lat temu i wcześniej. Wtedy tylko zgięcie karku było sposobem na przeżycie &#8211; gwarancją nie trafienia do łagru oraz nie wywalenia z gruby (<em>kopalni – przyp. aut.</em>), która dawała wszystko. Ale dziś sprawy na Śląsku mają się inaczej. W żadnym regionie Polski nie dokonała się taka rewolucja mentalna. Kiedyś krążyły dowcipy, jak to górnicy za odprawy z kopalni masowo kupowali Seaty albo niebieskie i zielone Peugeoty. Prawda była inna. Otóż większość tych pieniędzy poszła na wykształcenie dzieci. To był pierwszy sygnał rewolucji – zrozumienie roli edukacji. Wcześniej tego na Śląsku nie było, bo każdy w rodzinie musiał być hajerem (<em>górnikiem na dole w kopalni – przyp. red.</em>).</p>
<p><strong>Czyli Ślązacy nie są &#8211; cytując mistrza Kazimierza &#8211; „dupowaci”?</strong></p>
<p><strong></strong>Śląska dupowatość to przeszłość. Monokultura węgla i stali definitywnie się skończyła. Kto niby dziś na Śląsku jest dupowaty? Świetni lekarze? Profesorowie: Bochenek, Buszmann, Zembala, genialni kardiolodzy i kardiochirurdzy? Onkolodzy dokonujący pod wodzą profesora Maciejewskiego w gliwickim Instytucie cudów i ratujący ludziom życie? Gdzie jest niby dupowatość świetnych architektów? Gdzie mają kompleksy tacy młodzi zdolni jak na przykład Konior? Takimi nazwiskami można sypać w każdej dziedzinie, od muzyki, plastyki i kina zaczynając. A poza tym pokażcie mi drugi, tak świetnie sytuowany region. Tak samo blisko do Warszawy, jak do Wiednia, Pragi i Berlina. A poza tym mówią, że jesteśmy sumienni, pracowici i punktualni.</p>
<p><strong>Na spotkanie przyszedłeś jednak kwadrans po czasie.</strong></p>
<p><strong></strong>Pewnie dlatego, że za długo pomieszkuję w stolicy.</p>
<p><strong>Masz do Warszawy awersję?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie i nigdy nie miałem, ale przypominam sobie czas, w którym nie wiadomo po co podkreślałem, jak bardzo nie lubię Warszawy. W kółko mówiłem, że gdy mam tylko wolną chwilę, to uciekam z tego miasta. Głupie, bo w stolicy spotkały mnie niemal same dobre rzeczy. Już więcej problemów miałem w liceum, bo wszyscy wiedzieli, że jestem „wsiokiem” z Kostuchny (<em>południowa dzielnica Katowic – przyp. red.</em>). „Elita” dojeżdżała do szkoły tramwajem z Brynowa, a ci gorsi autobusami z Giszowca, Kostuchny i Murcek. Dziś „elita” masowo chce kupować ziemię w Kostuchnie. Taka mała satysfakcja po latach (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czyli Warszawa da się lubić?</strong></p>
<p>Jasne, szczególnie teraz. Pamiętam to miasto sprzed kilkunastu lat. Było brudno, smutno, szaro i ponuro. Prowadziliśmy wtedy z Małgosią Motyl Monitor Wiadomości &#8211; program, który był emitowany tak późno, że nie wiem, czy go ktoś w ogóle oglądał. Kończyliśmy przed północą i chcieliśmy wreszcie coś zjeść. W okolicach placu Powstańców Warszawy wszystkie knajpy były zamknięte.</p>
<p><strong>Jedna była otwarta na pewno.</strong></p>
<p><strong></strong>No właśnie. Z czasem dorobiliśmy się w Sofii (<em>słynny lokal ze striptizem – przyp. aut.</em>) swojego stolika w kącie. Zawsze około północy zjadaliśmy tam kolację, piliśmy herbatę i grzecznie wracaliśmy do domów. Mam całkiem miłe wspomnienia związane z tym lokalem, kompletnie nieadekwatne do jego charakteru.</p>
<p><strong>A czy można powiedzieć, że z charakteru jesteś trochę wice Żydem? Znowu wracamy do słów pana Kazimierza&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mam poczucia śląskiej krzywdy. Uważam, że wszystkie te dupowatości, kompleksy niewolników i „wiceżydostwo” skończyły się kilkadziesiąt lat temu. Kazimierz Kutz prawdopodobnie ma na myśli swoje pokolenie. Gdyby ktoś chciał mnie udupić za to, że pochodzę ze Śląska, to nie robiłbym tego, co robię.</p>
<p><strong>Jak wyglądała Kostuchna 40 lat temu?</strong></p>
<p>Była tam gruba, zatrudniająca większość mieszkańców. W tym mojego dziadka, który był sztygarem oraz wujka &#8211; ratownika górniczego. Poza tym same pola, mimo że dzielnica jest zaledwie parę kilometrów od centrum Katowic. I trzech rolników. Wszyscy nazywali się Żogała, choć nie byli ze sobą spokrewnieni. Teraz pewnie to zasobni obywatele, jeżeli oczywiście sprzedali ziemie pod deweloperkę. O Kostuchnie można powiedzieć wszystko, ale nie to, że była spokojna. Dzieliła się na dwie poddzielnice – Boerschacht i Górkę.</p>
<p><strong>Ty oczywiście z Górki?</strong></p>
<p>Tak, ale dziadkowie nie. Największe mordobicie było po mszach szkolnych w środku tygodnia. Próbowaliśmy sobie wtedy udowodnić, która poddzielnica jest sprawniejsza w posługiwaniu się pięściami.</p>
<p><strong>Nazwijmy rzecz po imieniu – w „nachytywaniu po dziubie”.</strong></p>
<p><strong></strong>Tłumaczenie poprawne. Po polsku mówiliśmy tylko w szkole na lekcji polskiego. Zresztą niektórzy koledzy do końca podstawówki nie opanowali polszczyzny w stopniu przynajmniej średnim. Między sobą gadaliśmy tylko po śląsku. Za polskie rozmowy można było nachytać po dziubie. Takie były prawa w tej zakapiorskiej dzielnicy.</p>
<p><strong>W domu też rozmawiałeś po śląsku?</strong></p>
<p><strong></strong>Z mamą i babcią. Z tatą gadałem po polsku.</p>
<p><strong>Podobno chciałeś być wtedy księdzem.</strong></p>
<p><strong></strong>Chwała Bogu, poczyniłem w tym kierunku niewielkie starania. Za to krótko potem chciałem być strażakiem. A jeszcze później ginekologiem.</p>
<p><strong>Jak widać od księdza do ginekologa niedaleko.</strong></p>
<p>W tym wieku być może… Nie wysnuwajcie zbyt daleko idących wniosków.</p>
<p><strong>Komu kibicowałeś?</strong></p>
<p><strong></strong>Jak wszyscy w Kostuchnie – MK Górnikowi Katowice. Wtedy liga trzecia, dziś już czwarta. Ale o piłkę nie pytajcie, nie czuję się w tej branży za mocny. Za to dzielnica ma mocne piłkarskie tradycje. Do dziś mieszka tam legenda GKS i  jeden z mocnych punktów reprezentacji &#8211; Jan Furtok.</p>
<p><strong>W takim razie powiedz, jakie plakaty wisiały nad twoim łóżkiem.</strong></p>
<p><strong></strong>Rozczaruję was. Nie kobiety, tylko samochody. Od mieszkającej w Niemczech rodziny regularnie dostawałem czasopismo z pięknymi plakatami &#8211; „Auto Motor und Sport”. Na ścianie wisiało między innymi cudowne, wyścigowe Porsche w barwach Rothmansa. Miałem też plakat z Waltherem Röhlrem, który wtedy jeździł Oplem Kadettem GTE i wygrywał wszystko, co można było wygrać. Wisiało też gdzieś zdjęcie jedynej kobiety w moim pokoju – Michele Mouton. Była fenomenalnym kierowcą i często lała facetów. Jak ją potem spotkałem osobiście na Rajdzie Cypru, czułem się, jakbym obcował z Marilyn Monroe.</p>
<p><strong>Czy w pakiecie z „Auto Motor und Sport” nie dostawałeś czasem PLAYBOYA?</strong></p>
<p><strong></strong>Pakiet obejmował wyłącznie literaturę fachową, a nie piękną.<strong> </strong></p>
<p><strong>Za to nie wahałeś się podkradać rodzinne maluchy.</strong></p>
<p><strong></strong>Tak naprawdę to wcześniej buchnąłem ojcu żółtą Zastavę. Nie miałem wtedy prawa jazdy, ale potrenować musiałem. A potem jeździłem bodaj siedmioma maluchami – do rajdowania nadawały się idealnie. Tata raczej nie podejrzewał mnie, że jestem w stanie robić coś takiego. Byłem rajdowym recydywistą, raz zaliczyłem nawet jakieś drzewo… Ojciec odniósł się zresztą do tego z nadzwyczajną wyrozumiałością. Pewnie dlatego, że sam w młodości miewał  podobne historie. Brał udział w wielu regionalnych rajdach. Miał warsztat samochodowy, więc od dziecka motoryzacja była obecna w naszym domu.</p>
<p><strong>Jak zarobiłeś swoje pierwsze pieniądze?</strong></p>
<p><strong></strong>Nosiłem sery w hurtowni serów. Od tego czasu nie mogę patrzeć na serki Hochland <em>(śmiech</em>). W czasie studenckich praktyk robotniczych pracowałem też na taśmie w FSM-ie, gdzie przykręcałem tylne lampy do Fiatów 126p Bis. Nigdy wcześniej, ani później, nie zajmowałem się niczym nudniejszym. Ale płacili dobrze. Dla mnie – 19-latka – były to nieprawdopodobne pieniądze. Jak rodzice wyjechali na wczasy, utrzymywałem w domu bandę 15 kolegów. Za kasę z FSM-u jedliśmy, piliśmy i balowaliśmy do rana. Królowie życia.</p>
<p><strong>Zawsze chciałeś być dziennikarzem?</strong></p>
<p>Na początku miałem być prawnikiem. W trakcie wspomnianych już praktyk studenckich trafiłem do Studenckiego Radia Egida i&#8230; szybko zapomniałem o prawie. No może nie tak szybko, bo udawałem, że się da połączyć jedno z drugim prawie cztery lata.</p>
<p><strong>Studiowałeś też polonistykę i politologię.</strong></p>
<p><strong></strong>A skończyłem komunikację społeczną.</p>
<p><strong>Wojsko przez ten czas nie ścigało?</strong></p>
<p><strong></strong>Mam wrażenie, że moje dokumenty wpadły im gdzieś za szafę. Potem przypadkowo się znalazły i w wieku 28 lat zostałem przeniesiony do rezerwy.</p>
<p><strong>Czym zajmowałeś się w radiu?</strong></p>
<p>Najpierw prowadziłem audycję muzyczną Muzyczka z zębem. Trochę płyt przysyłanych przez nieocenioną rodzinę z Niemiec, więc w sumie nie było dla mnie konkurencji. W repertuarze  głównie new romantic i oczywiście motyw z <em>Miami Vice</em> Jana Hammera. Potem byłem odpowiedzialny za cały program radia.  Fantastyczne czasy. Mieliśmy swoją taczkę z brawurowym napisem „Blue Thunder”, w której woziliśmy hurtowe ilości piwa po całym akademiku. A większość osób z naszej baaardzo rozrywkowej grupy to dziś szanowani prokuratorzy i sędziowie&#8230;</p>
<p><strong>Jak wtedy wyglądałeś?</strong></p>
<p>Byłem popersem. Kto słuchał Duran Duran oraz ABC i nienawidził punków, nie miał wyjścia – musiał chodzić w swetrach z dobrej wełny. Poza tym codziennie wstawałem grubo przed szóstą rano, żeby pielęgnować długą grzywkę (<em>śmiech</em>). Zasada była taka, że najdłuższy włos miał sięgać do czubka nosa.</p>
<p><strong>Były popers rozmawia dziś zawodowo z politykami. Nie masz ich jeszcze dość? </strong></p>
<p><strong></strong>Czasem mam…</p>
<p><strong>Nie chciałbyś wymienić ich na lepsze modele? W końcu najlepiej wspominasz rozmowy z takimi ludźmi jak Lem i Kołakowski.</strong></p>
<p><strong></strong>Tak pasjonujących chwil nie da się z niczym porównać. I właśnie dlatego z roku na rok zwiększa się odsetek ludzi, z którymi nie chce mi się rozmawiać – jakkolwiek bezczelnie to brzmi, taka jest prawda. Nie dlatego, że są źli albo głupi. Po prostu z góry znamy ich wszystkie odpowiedzi na wszystkie pytania.</p>
<p><strong>I dlatego widać u was wciąż te same twarze?</strong></p>
<p><strong></strong>W Polsce jest grupa 15 nazwisk, które krążą po wszystkich mediach. Reszta ma embargo na publiczne wypowiedzi. To jest mechanizm wycinania polityków z mediów. Niektórzy z nich dostają odgórne zakazy zabierania głosu, inni z kolei dostają nakazy wszędobylskiego udzielania się. Problem jest nie w tym, że my nie staramy się zapraszać różnych polityków, ale w tym, że ci, którzy mają embargo &#8211; regularnie odmawiają, wykręcając się najróżniejszymi historyjkami. Bo przecież nikt oficjalnie nie przyzna, że ma „zakaz mówienia”.</p>
<p><strong>Polityków w waszych programach jest za dużo. Dlaczego zapraszacie tak mało ekspertów?</strong></p>
<p><strong></strong>Porównajcie, ilu politologów było w TVN24 pięć lat temu, a ilu jest dzisiaj. Z każdego dużego ośrodka uniwersyteckiego mamy jedno, dwa nazwiska. Wcześniej czterech panów obsługiwało wszystkie media w kraju.</p>
<p><strong>Niektórzy zresztą wykorzystali to bardzo cynicznie. </strong></p>
<p>Nie wiem, czy Marek Migalski (<em>politolog, były poseł PiS-u w Parlamencie Europejskim, obecnie wiceprezes ugrupowania Polska Jest Najważniejsza – przyp. red.</em>) działał cynicznie, ale faktem jest, że wykorzystał sytuację, aby wskoczyć do polityki. Nie sądzę, żeby od początku miał taki pomysł. Raczej został zwabiony, skuszony&#8230;</p>
<p><strong>Okazja czyni złodzieja?</strong></p>
<p><strong></strong>To wy powiedzieliście. Ja byłbym ostrożny z takimi metaforami. Na dialog z epitetami się nie godzę.</p>
<p><strong>A na rozmowy z Januszem Palikotem jeszcze się godzisz?</strong></p>
<p><strong></strong>Oczywiście, że tak. Na Palikota możemy się obrażać za łobuzerstwo polityczne, ale niewątpliwie ma on wielką zaletę w postaci umiejętności przekłuwania nadętych balonów. Kiedy PiS przesadził z majestatem władzy i nadął się do takich rozmiarów, że cała flotylla z balonowego Pucharu Gordona Benetta to małe miki, przyszedł Palikot z dzidą i umiejętnie spuścił z nich powietrze. Szkoda mi go, bo na tle umiarkowanej Platformy on – rozrabiające dziecko – był dzieckiem cudownym. Kiedy stracił tło, okazało się, że jest bachorem nie do zniesienia.</p>
<p><strong>Związek z Tymochowiczem przypieczętował ostateczną klęskę?</strong></p>
<p><strong></strong>Ten mariaż zdecydowanie mu nie pomógł. Ale nie skreślajmy Palikota. On jest wciąż młody i dynamiczny.</p>
<p><strong>Podobnie jak ty. Może najwyższy czas przejąć polityczne stery w tym kraju? </strong></p>
<p><strong></strong>Nigdy! Swego czasu zastanawiałem się, czy z dziennikarstwa nie przeskoczyć do politycznego PR-u. Ale jak widzę, co się stało z polską polityką, to cieszę się, że w porę otrzeźwiałem i zostałem w dziennikarstwie. Choć jakieś tam propozycje były…</p>
<p><strong>Czy takie sprawy załatwia się w pięknych okolicznościach przyrody?</strong></p>
<p><strong></strong>Jedno z tych spotkań było szczególnie miłe. Pamiętam, że pojawiło się bardzo dobre wino&#8230;</p>
<p><strong>Premier jest znawcą. Podobno ma dobry nos.</strong></p>
<p><strong></strong>Nie potwierdzam, nie zaprzeczam i proszę nie wyciągać z tego żadnych wniosków. Tym bardziej, że naprawdę czułem, iż propozycja była czysto <em>pro forma</em>. Polityka jest też sztuką przemilczania. A ja mam niewyparzony pysk. Poza tym muszę mieć komfort powrotów na Śląsk i patrzenia ludziom w oczy.</p>
<p><strong>Uważasz, że takie polityczne propozycje dla dziennikarzy to dobra praktyka? </strong></p>
<p><strong></strong>Nie wiem. W Ameryce mogłoby to wywołać mały skandal. Ale już na przykład we Włoszech nikt by się tym nie zdziwił, a tym bardziej nie zbulwersował. Nietrudno sobie wyobrazić, że któraś z włoskich gwiazd dziennikarstwa kandyduje do parlamentu z list Forza Italia.</p>
<p><strong>Nadal masz sny, że prowadzisz Fakty z nagim torsem?</strong></p>
<p>Jest znacznie gorzej. Nie do druku (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A uważasz, że twój stół jest mocniejszy od Zbuczyna Tomasza Lisa? Innymi słowy, czy Rurek jest lepszy od Grzesia?</strong></p>
<p>(<em>Wybuch śmiechu</em>). Oczywiście, że tak, bo „mojemu stołowi” towarzyszy obraz. Na pierwszy rzut oka widać postęp technologiczny, jaki dokonał się u ludzi, kradnących bez skrupułów materiały z firmy, która im płaci.</p>
<p><strong>Wiesz już, jak to nagranie ujrzało światło dzienne?</strong></p>
<p>Długo się zastanawiałem. Jakieś tam ustalenia mam, ale nikogo za rękę złapać się nie udało.</p>
<p><strong>Ktoś podłożył świnię, ale cała sprawa wyszła ci raczej na dobre.</strong></p>
<p><strong></strong>Wolałbym, żeby to, co dobre, spływało na mnie w innych okolicznościach <em>(śmiech</em>). Poza tym, są też efekty uboczne. Człowiek przez 20 lat pracuje na swoje nazwisko, a dziś mijająca go grupa młodzieży daje wyraz zadowolenia z przypadkowego spotkania słowami: „O, Rurek idzie!”.</p>
<p><strong>Syn też był zadowolony? </strong></p>
<p><strong></strong>Kamil junior powinien raczej poznawać polszczyznę ojca z innej strony. Krótko mówiąc, chciałbym go uczyć gwary śląskiej, a nie tej, którą zaprezentowałem przy tym nieszczęsnym stole.</p>
<p><strong>Myślisz, że bycie juniorem zaważy na jego życiu?</strong></p>
<p><strong></strong>Synowie znanych ojców zawsze mają trudno. Gdyby Kamil chciał zostać dziennikarzem z pewnością miałby pod górkę. Na szczęście nie zanosi się na to. Chce być prawnikiem.</p>
<p><strong>Czyli tak jak tata.</strong></p>
<p><strong></strong>(<em>Śmiech</em>). Na razie i tak pasjonują go walki w sieci z jakimś międzynarodowym towarzystwem. Kiedy wchodzę do pokoju, słyszę, jak atakują bazę terrorystów albo odbijają zakładników w Afganistanie.</p>
<p><strong>Lubisz Kamila Kurczoka?</strong></p>
<p><strong></strong>Lubię. Tym bardziej, że idzie z duchem czasu i reaguje na to, że zrzuciłem 14 kg. Jest teraz zdecydowanie mniejszy niż ten z poprzedniego sezonu programu Szymona Majewskiego. A wiem, że grubszy Kurczok wymagał długich, mozolnych godzin w charakteryzatorni. Z chudszym idzie podobno o wiele szybciej. Ponadto jestem pełen uznania dla talentu aktora, który mnie fenomenalnie odgrywa. Jestem raczej przeciętnie wyrazisty i mało charakterystyczny, dlatego na pewno trudniej mnie sparodiować.</p>
<p><strong>A z kimś pomylić?</strong></p>
<p><strong></strong>Kiedyś taksówkarz cały czas mówił do mnie: „panie Przemysławie”. Nie wiedziałem, o kogo mu chodzi, ale pod sam koniec kursu załapałem, że miał na myśli Przemka Babiarza.</p>
<p><strong>Dużo imprezujesz?</strong></p>
<p><strong></strong>Bez przesady. Czasem zaglądam do pana Romana w Przekąskach-Zakąskach. Właściwie do Romana, bo jesteśmy po imieniu, co jest dla mnie oczywiście zaszczytem. Ale z tym imprezowaniem to bez szaleństw&#8230;</p>
<p><strong>Jakie dzisiaj ciśnienie?</strong></p>
<p>Nie wiem, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz używałem ciśnieniomierza. Ale zdrowie raz na jakiś czas daje mi do zrozumienia, że trzeba zbastować. Co nie cieszy…</p>
<p><strong>O nowotwór pytać nie chcemy. Mamy wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane. Zastanawia nas jednak, co dziś czujesz, przejeżdżając przez most pod Jaworznem (<em>W tym miejscu lekarz powiadomił telefonicznie Kamila Durczoka o chorobie – przyp. aut.</em>). </strong></p>
<p>Chyba nie zdarzyło mi się go minąć i&#8230; nie skoncentrować myśli na tym, co mi się  przydarzyło. Dziś mogę powiedzieć, że miałem wielkie szczęście. Siedzimy i rozmawiamy. Jestem.</p>
<p><strong>I oby jak najdłużej nikt nie usłyszał górniczej orkiestry dętej na twoim pogrzebie.</strong></p>
<p>Ale nadal chcę, by taka orkiestra zagrała w czasie mojej ostatniej podróży. Na przykład <em>Poszła Karolinka</em> (<em>śmiech</em>). I oczywiście górniczego marsza. Górnicze orkiestry mają w sobie niewiarygodną moc. Wpadnijcie na Śląsk w Barbórkę, na dobre górnicze osiedle. To jest przeżycie. Muzykanci maszerują o piątej rano i na całego ładują śląskie hajmaty. Najpierw zawsze pod domem dyrektora kopalni. Ten musi wyjść, nalać, wypić i rzucić do kapelusza. Dopiero potem orkiestra zmierza na mszę o szóstej. A to mi przypomina, że jutro muszę wstać przed piątą&#8230;</p>
<p><strong>Już cię zwalniamy. Musimy tylko podpytać o twoje typy na rozkładówkę. Ten z TVN-u już znamy. Zostały nam jeszcze dwie stacje telewizyjne.</strong></p>
<p>No comments. Możecie napisać , że po głębokim namyśle zdecydowałem, że nie mam ochoty drugi raz przepraszać. Mogę tylko powiedzieć, że jest pewien typ z Polsatu. I tyle.</p>
<p><strong>A trzy seksowne polityczki?</strong></p>
<p><strong></strong>Posłanka Joanna Mucha, Angelina Jolie PiS-u (<em>Sylwia Ługowska – przyp. red.</em>) i Magda Ogórek z SLD.</p>
<p><strong>Jak byś opisał dzisiejszy dzień?</strong></p>
<p><strong></strong>Wstałem za wcześnie, pracowałem za długo, potem przez cztery godziny byłem niemiłosiernie męczony przez dwóch facetów, położyłem się po północy, czyli stanowczo za późno, a jutro będę niewyspany.</p>
<p><strong>Dzień jak co dzień?</strong></p>
<p>Jutro po zakończeniu pracy, czekają na mnie o wiele przyjemniejsze „męczarnie” <em>(śmiech).</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/kamil-durczok/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Martyna Wojciechowska</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/martyna-wojciechowska/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/martyna-wojciechowska/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 23 Dec 2010 09:00:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Wojciechowska Martyna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2975</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Krzysztof Opaliński &#8211; Ciekawe, co będziecie chcieli mi udowodnić? Przychodzi na wywiad ze mną dwóch facetów, zupełnie jakby jeden się bał, że nie podoła (śmiech). Poza tym mężczyźni zwykle chcą mi coś udowadniać, zanim o to w ogóle poproszę. Kiedyś znany kierowca rajdowy postanowił [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/12/Martyna-Wojciechowska.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2984" title="Martyna-Wojciechowska" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/12/Martyna-Wojciechowska.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 12, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Krzysztof Opaliński</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Ciekawe, co będziecie chcieli mi udowodnić? Przychodzi na wywiad ze mną dwóch facetów, zupełnie jakby jeden się bał, że nie podoła (<em>śmiech</em>). Poza tym mężczyźni zwykle chcą mi coś udowadniać, zanim o to w ogóle poproszę. Kiedyś znany kierowca rajdowy postanowił mi pokazać, jak super weźmie zakręt na mostek i… dwa razy byliśmy w rowie. A zatem?</p>
<p><strong>My nie musimy się popisywać.</strong></p>
<p>I będzie milutko?</p>
<p><strong>Tego akurat nie obiecujemy.</strong></p>
<p>Dziwni jacyś jesteście.</p>
<p><strong>Przynajmniej nie zajadaliśmy w dzieciństwie chińskich gumek do</strong> <strong>ścierania.</strong></p>
<p>Nawet ich nie próbowaliście?! Te gumki w czasach komuny były synonimem czegoś superapetycznego, wyjątkowego niczym z innego, lepszego świata. Poza tym słyszałam ostatnio teorię, że po ich zjedzeniu nie trzeba stosować antykoncepcji. Jak widać nie miały bezterminowego działania… Smakowały obrzydliwie, ale za to &#8211; pięknie pachniały! Zmysły potrafią nas wypuścić na manowce. Nigdy nie zdarzyło się wam uwieść pięknej i cudownie pachnącej kobiety, która w środku była pusta jak wydmuszka?</p>
<p><strong>To wywiad z tobą, nie z nami. Opowiedz lepiej, jakich miałaś w dzieciństwie idoli.</strong></p>
<p>Czyli pewnie się wam zdarzyło… Na pewno nie miałam muzycznych idoli, może poza Grzegorzem Markowskim z Perfectu. Nie wiem, czy was zaskoczę, ale nad moim łóżkiem wisiały plakaty z motorami: Honda CBR600F, Yamaha Virago 535 i Kawasaki o pojemności 1000 cm3. Wszystkie wycięte z niemieckiego czasopisma „Motorrad” &#8211; powiew wielkiego świata.</p>
<p><strong>Czyli byłaś gimnastyczką artystyczną, marzącą przed zaśnięciem o japońskiej motoryzacji. A co ci lepiej szło: wstążka czy obręcz?</strong></p>
<p>We wstążce byłam kiepska, ale mnie zafascynowała, bo wydawała się taka… delikatna i kobieca. Najlepsze układy miałam z piłką, ale obręcz i równoważnia również wychodziły mi nie najgorzej. Były jeszcze maczugi – tu Wojciechowska była cieniuteńka. Gimnastykę trenowałam w Pałacu Młodzieży przez siedem lat. Byłam jednak za wysoka i za ciężka &#8211; traciłam na tzw. rotacji. Poza tym, mimo że dotarłam do grupy mistrzowskiej, nie byłam obdarzona specjalnym talentem. Zresztą ja w ogóle jestem obdarzona umiarkowanymi talentami, a do wszystkiego dochodziłam i cały czas dochodzę ciężką pracą. Po prostu.</p>
<p><strong>Miałaś czas na ganianie po podwórku?</strong></p>
<p>Nie bardzo. Koleżanki po lekcjach wisiały na trzepakach, a ja na sali treningowej. Treningi miałam codziennie, dopiero po nich, wieczorami mogłam odrabiać lekcje. Podwórko dla mnie nie istniało, ale ten czas odbiłam sobie z nawiązką trochę później… W liceum i w czasach studenckich naprawdę się wyszalałam. Nie będę wchodziła w szczegóły, ale dawałam radę.</p>
<p><strong>O szczegółach porozmawiamy później. Wyjaśnij na razie, jak mogłaś na podwórku zostać Jankiem z <em>Czterech pancernych i psa</em>. Udawało się to tylko największym kozakom.</strong></p>
<p>Zdominowałam ich. Zawsze byłam waleczna i broniłam słabszych.</p>
<p><strong>Ale to jeszcze nie upoważniało cię do tego, by być Jankiem! Nawalałaś kolegów w „solówach”?</strong></p>
<p>Był taki czas, kiedy chodziłam tylko w mundurze oraz miałam wysokie buty wojskowe, w których nosiłam nóż.</p>
<p><strong>To „tylko” zabrzmiało interesująco, ale my nie rozmawiamy jeszcze o liceum.</strong></p>
<p>To się nazywa łapanie za słowa, chłopaki. Przypuszczam, że wcześniej również potrafiłam się przeciwstawiać w taki czy inny sposób, ale „solówek” sobie nie przypominam.</p>
<p><strong>A przypominasz sobie, w jaki sposób „kupiłaś” swój pierwszy motocykl?</strong></p>
<p>Wstyd się przyznać, ale oszukiwałam rodziców i ciągle nie docierałam na prywatne lekcje angielskiego, a pieniądze odkładałam. Gdy sprawa wyszła na jaw, miałam już uzbieraną większość kwoty. O dziwo, po klasycznej awanturze nie dostałam kary, bo do rodziców dotarło, jak ważne jest dla mnie posiadanie motorynki. I tak od dziesiątego roku życia gazowałam na niebieskim Romecie 50.</p>
<p><strong>Żeby mieć MZ 150 musiałaś sprzedać gitarę.</strong></p>
<p>To była zwykła pudłówka, na której grałam na różnych festiwalach młodzieżowych. Grać na gitarze nauczyłam się z książki. Podobnie było z nauką pływania.</p>
<p><strong>Co?!</strong></p>
<p>Na wodzie potrafiłam się utrzymywać nawet nieźle, ale zapragnęłam pływać technicznie. I dlatego sięgnęłam po książkę o kraulu i delfinie. Tak długo czytałam o każdej fazie ruchu, aż się przeniosłam teorię na basen.</p>
<p><strong>Wróćmy do gitary.</strong></p>
<p>Grałam i śpiewałam. Piosenka turystyczna, poezja śpiewana &#8211; Wysocki, Kaczmarski, Wolna Grupa Bukowina, Stare Dobre Małżeństwo – te klimaty. Byłam wtedy harcerką, więc taki rodzaj muzyki wydawał mi się naturalny. Doszłam nawet do „przybocznej”…</p>
<p><strong>Przyboczna na „emzetce”. Brzmiało nieźle, ale nie dla taty, który próbował ukierunkować twoją miłość na cztery kółka. I kupił ci „zło konieczne”. Jaki to był samochód</strong>?</p>
<p>Bardzo dobre „zło konieczne” – Suzuki Samurai. Ale ja liczyłam, że „sprawa” przyschnie, pojeżdżę trochę autem, a potem i tak kupię sobie motor. Tak też zrobiłam. Tyle, że wtedy były już japońskie „ściganty”.</p>
<p><strong>W tym czasie byłaś wagarowiczką prymuską, choć brzmi to dziwacznie.</strong></p>
<p>Miałam na tyle dobre stopnie, że na koniec roku nauczyciele zawsze windowali mi ocenę z zachowania, żebym mogła mieć czerwony pasek. A było co windować, bo wagarowałam, paliłam papierosy i parkowałam motor na miejscu pana dyrektora.</p>
<p><strong>Od czasu do czasu robiłaś też zadymy z pistoletem gazowym.</strong></p>
<p>Nie przesadzajcie! Raz się zdarzyło. Pożyczyłam go koleżance, która siedziała ze mną w ławce. Dziewczyna chciała się popisać i w trakcie lekcji wypaliła do koleżanki siedzącej obok. Zagazowała całą klasę. Poza rozmową u dyrektora obyło się bez konsekwencji. Nie wiem jakim cudem. Dziś by mnie za to wsadzili! Tym bardziej, że nie noszę już broni gazowej, tylko zwykłą. Mam Berettę 92 FS 9 mm – jak na osobę trenującą strzelectwo sportowe przystało.</p>
<p><strong>Trenujesz od czwartej klasy podstawówki. Boksu też liznęłaś?</strong></p>
<p>A i owszem, ale nie róbcie ze mnie babochłopa. Byłam niezłą flirciarą.</p>
<p><strong>Która chciała pracować w Policji. Dlaczego w ostatnim momencie zrezygnowałaś z egzaminów do Szkoły Oficerskiej w Szczytnie?</strong></p>
<p>Bo czułam, że układ przełożony-podwładny jest nie dla mnie, choć nadal mam naturę żołnierza. Głównie chodziło mi jednak o to, żeby dostać się do „drogówki” i jeździć Hondą  CB750, bo wtedy właśnie policja zakupiła takie motocykle. Co ciekawe, oni nadal na nich jeżdżą, a ja mam Kawasaki Z1000 – najnowszy model.</p>
<p><strong>Dziwimy się też, że nigdy nie chciałaś wyemigrować do Izraela. Tam nie miałabyś problemu, żeby być w wojsku.</strong></p>
<p>Ale ja marzyłam o armii amerykańskiej, o jednostkach specjalnych, bo się za dużo filmów wojennych naoglądałam! Byłam pewna, że wojsko jest dla mnie instytucją idealną – byłam i jestem wzorem zdyscyplinowania. Poszłam nawet z kolegami na komisję do WKU, by oświadczyć zgromadzonym tam majorom, że chcę iść do jednostki. Spojrzeli na mnie z politowaniem i oświadczyli, że mogę co najwyżej zostać sanitariuszką. Obraziłam się, ale dziś wiem, że polskie wojsko to byłaby dla mnie ślepa uliczka. Mam jednak słabość do facetów w mundurach. Poza tym chciałabym kiedyś uczestniczyć, choćby jako dziennikarz, przy operacji militarnej. To na pewno jedna z rzeczy, którą mam na liście swoich zadań do wykonania.</p>
<p><strong>Na Korsyce byłaś całkiem blisko.</strong></p>
<p>Nawet za blisko (<em>śmiech</em>). Trafiłam na obóz survivalowy z polskimi komandosami i z wrodzoną naiwnością, postanowiłam zgłębić temat Legii Cudzoziemskiej. Poznałam więc facetów, którzy byli w niej od lat oraz tych, którzy z niej odeszli i zajmowali się różnymi „lewymi” interesami np. szmuglowaniem samochodów przez Gibraltar do Afryki. Generalnie same „stracone dusze”. Trafiłam do III Regimentu Spadochroniarzy i postanowiłam, że najwięcej dowiem się o wszystkim od pewnego legionisty. Niestety, znalazłam się z nim w sytuacji sam na sam, co omal nie skończyło się, no wiecie… W zasadzie gwałtem, bo dla zdeprawowanego człowieka, który spędził życie na wojnie słowo „nie” po prostu nie istnieje. Gdyby nie moje negocjacje, polegające na podbudowie jego ego oraz składaniu obietnic, których nie miałam zamiaru spełnić, nie wiem, jak by się to skończyło. To był zimny prysznic. Ufna i naiwna wkroczyłam na grunt, o którym po prostu nie miałam zielonego pojęcia.</p>
<p><strong>Rozmawiałaś z jakimś profesjonalistą o swoim „maczyzmie”?</strong></p>
<p>A powinnam? Nie czuję takiej potrzeby.</p>
<p><strong>Z tego co wiemy, w liceum byłaś „największym facetem” w swojej klasie. A my dodatkowo nie poznaliśmy dziewczyn, które były Jankami i w wieku 10 lat jeździły na motorynkach. Gdybyśmy poznali, od razu bylibyśmy zakochani.</strong></p>
<p>Wzruszające. Póki co macie szansę, bo nadal jestem starą panną (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>W liceum kochała się w tobie połowa klasy. Nieobojętni byli też nauczyciele, ale jak podrywać samca alfa, który na domiar złego jest samicą?</strong></p>
<p>Nie trzeba wcale być samcem superalfa! Lubię facetów nieidealnych, z jakąś historią albo defektem wypisanym na twarzy. I z dużym dystansem do siebie i świata. Cały czas na takiego czekam.</p>
<p><strong>Może jakiś rajdowiec albo wyścigowiec?</strong></p>
<p>Nie dla mnie. Wyczynowcy radzą sobie doskonale z presją na torze, ale z presją w życiu codziennym już nie bardzo.</p>
<p><strong>A wrażliwcy w typie poety, bez prawa jazdy, próbowali cię podrywać?</strong></p>
<p>Nie sądźcie po pozorach. Nie wiecie, jaka jestem w zaciszu domowym. Próbowali, podrywali i nie mogę powiedzieć, że nie jestem na to muzykalna. W dorosłym życiu byli i tacy, którzy mówili: „Wiem, że jesteś samicą alfa. Z chęcią podążę za twoim stadem”.</p>
<p><strong>Zdarzały się zakochane samice?</strong></p>
<p>Pojedyncze sztuki. Chyba z daleka wyczuwają moją heteryckość. Pamiętam jednak, że rozmawialiście kiedyś z dziewczyną, której tabloidy wmawiały romans ze mną. Często można przeczytać w internecie komentarze w stylu „co to za kraj, że dwie osoby tej samej płci nie mogą przyznać się do związku?”.</p>
<p><strong>Pozdrowienia dla Anity Werner – matki twojego dziecka.</strong></p>
<p>Musimy się z Anitą trochę kryć w tym nietolerancyjnym kraju (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>W takim trójkącie moglibyśmy być samcami beta.</strong></p>
<p>(<em>Wybuch śmiechu</em>). Tylko dla Angeliny Jolie mogłabym zrezygnować z mojego heteroseksualizmu. Zresztą Bradowi też bym się chyba nie oparła&#8230; Co z nich za małżeństwo! Zawsze prowadziłam życie samotnej wilczycy. Nawet kiedy byłam w związkach, to zawsze z bardzo dużym „wybiegiem”. Dzisiaj moje pierwsze słowa na randce brzmią: „Nie licz na wiele. Kocham to, co robię, kocham moją filozofię życia i nie chcę jej zmienić. Jeśli decydujesz się iść dalej, to tylko na własną odpowiedzialność”. W ten sposób ustalam reguły i  robię pierwszą selekcję. Nauczona wcześniejszymi doświadczeniami, wolę stawiać sprawy jasno. Choć, tak naprawdę robię to, bo tak jest potem trudniej mnie skrzywdzić, więc czuję się bezpieczniej. Ale spokojnie, cały czas umiem się nieprzytomnie zakochać.</p>
<p><strong>A jak już jesteś nieprzytomnie zakochana, to pożyczasz MU swój motocykl?</strong></p>
<p>Nigdy.</p>
<p><strong>A gdyby poprosił Valentino Rossi (<em>włoski motocyklista, dziewięciokrotny mistrz świata – przyp. red.)</em>?</strong></p>
<p>Może on jeden&#8230; Za ten uśmiech! Taki z niego słodki drań. Ale jestem przekonana, że gdyby wziął mnie na tylne siedzenie &#8211; na kolarza, to tradycyjnie zaliczylibyśmy poślizg na pierwszym zakręcie.</p>
<p><strong>Córka będzie mogła wsiąść na twój motocykl?</strong></p>
<p>Hmm… Wolałabym, żeby nie jeździła na motorze, nie nurkowała jak jej tata i nie chciała robić tylu zwariowanych eksperymentów, co jej mama.</p>
<p><strong>Nam najbardziej przypadły do gustu eksperymenty z maminym biustonoszem.</strong></p>
<p>Był taki czas, kiedy pożyczałam z szafy mamy beżowiaste namioty, z utęsknieniem czekając na piersi. W pewnym momencie moja niezbyt pociągająca sylwetka się ukobieciła, uplastyczniła i stała się w miarę atrakcyjna. Trochę zresztą się tym zachłysnęłam, chodząc w nieprzyzwoicie krótkich spódnicach i nieprzyzwoicie głębokich dekoltach. Byłam oszołomiona sama sobą, a także wrażeniem, jakie to robiło na chłopakach. Nie miałam umiaru w makijażu i tapirowaniu włosów. Ewidentnie nadużywałam wtedy atrybutów kobiecości. Wspominam to jako koszmar absolutny. Jeździłam wtedy na motorze w obcisłych skórzanych spodniach i zdejmowałam skórzaną kurtkę, pod którą miałam mikro-bluzeczkę, tak naprawdę niewiele zasłaniającą. Sądziłam, że było to seksowne, a dziś myślę, że po prostu żenujące.</p>
<p><strong>Nam by się podobało.</strong></p>
<p>Proszę was! Nie wierzę, że wszyscy mężczyźni zwracają uwagę jedynie na lalki Barbie. Oczywiście wielu pewnie tak, bo inaczej PLAYBOY nie utrzymywałby się tak długo na rynku. Wasz magazyn przecież często lansuje plastykową kobiecość, a ja jestem teraz daleko od takiej estetyki, co widać na załączonym obrazku.</p>
<p><strong>Ale to ty powiedziałaś: „Oglądam się za dziewczynami z ładnym biustem”.</strong></p>
<p>Bo ja się w ogóle oglądam za dziewczynami. Kobiety mi się po prostu podobają. Ciało kobiece jest znacznie bardziej doskonałe niż męskie. Szczególnie w naszym kraju. Polscy panowie są na ogół zaniedbani i a na dodatek chodzą z wielkimi piwnymi brzuchami, a dziewczyny trzymają poziom. Jeśli się chce popatrzeć na pięknych facetów, to na pewno nie w naszym kraju. A jeśli już się jakiś trafi, to jest tak zmanierowany, że wszystkiego się odechciewa. Dlatego wolę oglądać się za kobietami.</p>
<p><strong>Z jakimi piersiami?</strong></p>
<p>W Afryce widuję zwykle piersi typu „skarpetka z kamyczkiem” i może dlatego wolę piersi po prostu jędrne, nie ważne czy duże, czy małe. Ale przede wszystkim podobają mi się takie, z których właścicielki są autentycznie dumne, bo to od razu widać po tym jak się z nimi noszą.</p>
<p><strong>Które piersi dziennikarskie są najpiękniejsze?</strong></p>
<p>Moje, bo są… moje! (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>A kogo byś chciała zobaczyć w PLAYBOYU?</strong></p>
<p>Ostatnio na warszawskim Żoliborzu widziałam piersi jednego z polityków. Na żywo. Wyjrzałam przez okno i oniemiałam &#8211; stał na swoim balkonie w samych slipach. Bezcenne!</p>
<p><strong>Kilku polityków tam mieszka. Ale to raczej nie był pan Jarosław. Podejrzewamy posła Kalisza&#8230;</strong></p>
<p>Powinniście pracować w Policji. Dobrze wam idzie&#8230; Ale wracając do pytania, uważam, że najwyższy czas, żeby Marcin Meller pokazał się na rozkładówce. Bo to nie fair, że od tylu lat obnaża kobiety. Chcę więc zobaczyć jego cycki i „sześciopak” na brzuchu! Choć sądząc po jego obszernych koszulach to może być raczej bukłak wypełniony sześcioma piwami (<em>śmiech</em>). Meller, rzucam ci rękawicę? Wchodzisz w to?!</p>
<p><strong>Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Klasyk klasyków. Sesja z Pamelą Anderson na plaży. Byłam pewnie w liceum. Jej kiczowata kobiecość zrobiła na mnie wielkie wrażenie.</p>
<p><strong>Podobnie pewnie było z twoim pierwszym filmem dla dorosłych.</strong></p>
<p>To był soft, czyli <em>Kaligula</em>. Ale później, jeszcze w podstawówce, wylądowałyśmy z koleżanką w mieszkaniu kolegi, u którego chłopcy oglądali coś naprawdę nieprzyzwoitego. Było to bardzo krępujące, ale nie uciekłyśmy. Udawałyśmy, że nie robi to na nas najmniejszego wrażenia. Biedni chłopcy&#8230; Ale w czym wy drążycie? Spodziewałam się wszystkiego po tej rozmowie, ale nie czegoś takiego! Kogo to obchodzi?!</p>
<p><strong>Uprzedzaliśmy cię, że będzie inaczej. Masz jakieś blizny pomotocyklowe, z których jesteś szczególnie dumna?</strong></p>
<p>Mam kilkakrotnie przypaloną łydkę od motocyklowych rur wydechowych i parę innych blizn. Uprzedzając wasze pytanie, mogę powiedzieć, że jestem z nich dumna i nikt się na te defekty urody nie skarżył.</p>
<p><strong>Dzięki czemu zostałaś modelką.</strong></p>
<p>W wieku 17 lat wystartowałam w konkursie „Look of the year”. Ktoś zaczepił mnie na ulicy i zachęcił, żebym została modelką.</p>
<p><strong>A ty, jak zawsze, dałaś się podpuścić.</strong></p>
<p>Niestety. To bardzo mało ciekawy, kilkuletni okres mojego życia. W końcu miałam dosyć słuchania tego, że mogłabym mieć większe albo mniejsze piersi, ciemniejsze albo jaśniejsze włosy, być chudsza&#8230; Zresztą pojawiały się sugestie, żebym zoperowała sobie nos. Dziś wolę być oceniana za to kim jestem, a nie za to, jak wyglądam. To było doświadczenie zbędne i niewiele wniosło do mojego życia. No, może poza zyskaniem świadomości własnego ciała – to zostaje na zawsze.</p>
<p><strong>W międzyczasie bardzo ciężko zachorowałaś?</strong></p>
<p>Niedawno dotarło do mnie, że te wszystkie wypadki i choroby trafiły na odpowiednią, jakkolwiek by to zabrzmiało, osobę. Dobrze, że to byłam ja, bo potrafiłam z nich zrobić użytek i wyciągnąć z nich ważną lekcję. Być może gdyby nie one, roztrwoniłabym swoje życie i przeżyłabym je bardzo powierzchownie. Szybko zrozumiałam, że nic, a w szczególności życie, nie jest nam dane na zawsze i jeżeli chcę coś zrobić, to teraz, zaraz, bo jutra może już nie być. Każdy mój dzień traktuję więc jak ostatni i cisnę z niego co tylko się da.</p>
<p><strong>Patrząc na liczbę twoich wypadków, ciężko w to nie uwierzyć. Gdyby nie gimnastyka w młodości, byłoby ci trudno tak dobrze się poskładać.</strong></p>
<p>Na pewno. Gimnastyka dała mi świetną gibkość, wydolność i wytrzymałość. Korzystam z tego do dziś. Zawsze byłam dzieckiem wysokourazowym. A to upadek ze schodów w wieku 7 lat z utratą przytomności, a to kąpiel w wannie z suszarką podłączoną do prądu&#8230;</p>
<p><strong>Jak to się stało?</strong></p>
<p>Prawdopodobnie, jako osoba niecierpliwa od urodzenia, chciałam przyspieszyć proces kąpieli, susząc sobie włosy w wannie. „Weszłam w obieg” i solidnie mnie wytrzepało. Na szczęście strzeliły korki, ale ja i tak mało z tego pamiętam. Widocznie postanowiłam nauczyć się fizyki namacalnie – zawsze byłam i do dziś jestem empiryczką.</p>
<p><strong>Czekamy na kolejne przykłady twojego empiryzmu.</strong></p>
<p>W Stręgielku miałam wypadek na motorówce, która wybuchła. Straciłam wszystkie włosy i rzęsy, poparzona prawa strona ciała&#8230; Odcinek szyjny kręgosłupa złamałam w Karpaczu na Kopie na przełomie liceum i studiów. Dałam się podpuścić. Założyłam się z chłopakami, kto najszybciej zjedzie z oblodzonej ścianki przy zerowej widoczności. Pojechałam pierwsza. I ostatnia.</p>
<p><strong>I na swój sposób zakład wygrałaś. Kolejne złamania i nie tylko zna cała Polska, więc darujemy sobie. Ale na pewno nie cała Polska wie, jaką byłaś świetną menedżerką.</strong></p>
<p>Dawne dzieje. To były dzikie czasy, kiedy każdy mógł zostać menedżerem z dnia na dzień. Pracowałam wtedy w agencji modelek Legenda i kiedy szef marketingu został zwolniony, ja byłam jedyną osobą, która znała jego pracę. Zlecono mi jedną sprawę i okazało się, że mam do tego smykałkę. Po mniej więcej roku dostałam kilka interesujących propozycji. A kiedy Universal uruchamiał sprzedaż skuterów Hyundaia, zostałam zatrudniona do poprowadzenia tego projektu.</p>
<p><strong>Jeździłaś tymi skuterami jako żywa reklama?</strong></p>
<p>Wtedy jeździłam dużymi, ciężkimi motocyklami. Dokładnie Hondą CBR600F3. Motocyklistki nie jeżdżą skuterami. Jest takie powiedzenie, że po prostu nie lubią trzymać złączonych nóg… (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>Wolisz też ściganty od czoperów.</strong></p>
<p>Bo do baku sportowego motocykla mogę się przytulić piersiami. I znów czuję, że to rozmowa dla PLAYBOYA, bo zrobiło się erotycznie…</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że akurat erotyzm był pomocny w początkach twojej kariery. Chodzi nam, rzecz jasna, tylko o poskramianie męskiego świata motoryzacji.</strong></p>
<p>Zaczynałam w „Świecie motocykli”. Na pierwszy ogień dostałam wywiad z Michaelem Doohanem (<em>pięciokrotny mistrz MotoGP – przyp. red.</em>), więc możecie sobie wyobrazić, jak się czułam rzucona na tak głęboką wodę. Potem rozmawiałam z wieloma mistrzami świata i muszę przyznać, że bycie kobietą bardzo mi ułatwiało pracę. Wchodziłam do parku maszyn i mając dość głęboki dekolt nachylałam się i pytałam udając słodką fankę: „Czy jest Carlos?”. Sainz przychodził natychmiast.</p>
<p><strong><em>Uptown girl</em> &#8211; Billy Joel. Zastanawialiśmy się, czy nigdy nie chciałabyś otworzyć – wzorem taty – swojego warsztatu. To by było coś!</strong></p>
<p>Pewnie chcielibyście, żebym witała gości w bikini, spocona i wysmarowana olejem? Tandetne.</p>
<p><strong>T</strong><strong>o na pewno była wartość dodana. Przegląd robilibyśmy co tydzień. Ale z drugiej strony dałaś się wtłoczyć w rolę blondynki od motoryzacji w naszej sesji sprzed prawie 10 lat. Podobno przygotowywałaś się do niej pół roku.</strong></p>
<p>Siłownia i dieta, żeby było widać kaloryfer na brzuchu. Podeszłam do tego profesjonalnie. Miałam ambicję, żeby nie było nade mną dużo pracy. I słyszałam, że fotoszopowcy trochę się nudzili.</p>
<p><strong>Dobrze słyszałaś.</strong></p>
<p>Czyli swoje zadanie wykonałam poprawnie, bo albo coś robię na 100 procent, albo wcale. Jeszcze dziś zdarzają się faceci, którzy przychodzą do mnie z tym egzemplarzem PLAYBOYA do podpisu. W sumie to przyjemne. Ale z drugiej strony nie zawsze jestem zadowolona, że ta sesja „ciągnie się” za mną od tylu lat. Na przykład Mount Everest chciałam zdobyć jako początkująca alpinistka z Polski, która w bazie pod Górą Gór będzie zupełnie anonimowa. Niestety, nie udało się, bo lotem błyskawicy rozeszła się wieść, że „króliczek PLAYBOYA” wchodzi na Everest. A ja przecież nigdy żadnym króliczkiem nie byłam! Himalaiści z całego świata przychodzili więc mnie oglądać jak eksponat i byłam z tego powodu wściekła. Głównie odwiedzały mnie włoskie grupy z dużym, jak zawsze, libido. I widziały „króliczka” opuchniętego, zmasakrowanego chorobą wysokościową i z tłustymi włosami. Upokarzające! Włosi zaatakowali mnie jeszcze drugi raz, już w Katmandu, gdy się wykąpałam. Były ostre podchody, wręcz podkopy. Ale fakt faktem – jestem chyba do dziś jedyną osobą, która gościła w rozbieranej sesji na łamach PLAYBOYA i zdobyła najwyższą górę świata. Ale dziś już bym się nie dała wam namówić na zdjęcia.</p>
<p><strong>Nie namawiamy, ale jak byś tylko miała ochotę…</strong></p>
<p>To już nie ten etap.</p>
<p><strong>Dlaczego nie używasz swojego prawdziwego imienia?</strong></p>
<p>Wiecie, ile ja mam przez to problemów? „Marta” widnieje tylko w dokumentach, dzięki czemu na lotniskach i w urzędach jest wesoło – wszyscy stają na rzęsach, żeby zrobić ze mnie z powrotem „Martynę”. Najgorzej było, gdy chciałam złożyć papiery na studia. Składała Marta, która na świadectwie była Martyną. Musiałam prosić o duplikat. Nie moja wina, że już od podstawówki wszyscy tak na mnie mówili. Byłam Martyną nawet dla rodziców. A dziś dla przyjaciół bywam „Marysią”.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że byłaś fanką Martyny Jakubowicz.</strong></p>
<p>Pewnego razu znana dziennikarka połączyła nas w jedną osobę i stałam się Martyną Jakubowską. Ale to nic, kiedyś ktoś nawet Joannę Brodzik wziął za mnie. Podszedł do niej po autograf, chwaląc ją za świetne programy podróżnicze. Joasia jest ode mnie dużo ładniejsza, więc nie wiem, jak można było popełnić takie <em>faux pas</em>…</p>
<p><strong>Jaką najdziwniejszą plotkę o sobie słyszałaś?</strong></p>
<p>Kiedyś na pierwszej stronie brukowca wyczytałam, że mam romans z Leszkiem Kuzajem. Przykra sprawa, tym bardziej, że jako rzecznik prasowy teamu, w którym jeździł dobrze znałam jego dziewczynę. Pani redaktor z tej gazety powiedziała, że się im pomyliło. Drobiazg! Ale chyba najdziwniejszą plotką było to, że nie zdobyłam Everestu, tylko nadawałam relację na tle fototapety, bo ktoś w tym samym czasie widział mnie w Zakopcu na Krupówkach.</p>
<p><strong>Znajomi mówią o tobie: „Martyna zaczyna zdanie na ja i kończy na ja. Zupełnie jak w przedszkolu”.</strong></p>
<p>Może i mają rację. Dobrze czuję się w roli lidera i z chęcią w tę rolę wchodzę. Jestem świadoma, że robię to nawet w sytuacjach zupełnie do tego nie pasujących. Na przykład na nasze spotkanie przyszłam z gruntu najeżona. Byłam pewna, że macie gotową tezę i będziecie chcieli mi coś udowodnić. I dlatego się z wami od początku boksowałam, próbując w pewnym sensie przejąć stery i narzucić swoją wizję tej rozmowy. Ale minęły prawie cztery godziny i już wyluzowałam. Za mocni jesteście (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>To dobry moment, żeby spytać, co poszło nie tak w czasie wyprawy na najwyższy szczyt Antarktydy. Ekipa, z którą się tam wybierałaś, jeszcze przed odlotem przestała z tobą rozmawiać. Próbowałaś być liderem, mimo że byłaś gościem?</strong></p>
<p>To był team niemiecko-austriacki i nasza znajomość rozpoczęła się bardzo niefortunnie. Na pierwszej kolacji spytali, czy mówię po niemiecku, na co ja wypaliłam: „Pewnie, że mówię – <em>raus, raus, hände hoch, schneller..</em>.”. Zapadła grobowa cisza. Myślę, że ten żarcik zaważył na naszych dalszych relacjach (<em>śmiech</em>). Na szczęście nie wszyscy wzięli mi to za złe. Z Austriakiem, Robertem Millerem, zaprzyjaźniliśmy się na dobre. Oddzieliliśmy się od reszty zespołu i we dwoje zdobyliśmy Mount Vinson, a rok później Piramidę Carstensza w Indonezji.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że większość zespołu obraziła się za to, że nie powiedziałaś im, kim jesteś. Nie wiedzieli, że mają do czynienia z dziennikarką, która na tej wyprawie będzie nagrywała film i zbierała materiały. Uznali, że to nielojalność. Tym bardziej, że była to ich wyprawa, do której pozwolili ci dołączyć.</strong></p>
<p>Rzeczywiście padł zarzut, że nie czują się przy mnie swobodnie. Faktycznie nie opowiadaliśmy sobie, czym się zajmujemy na co dzień. Ale ja nie miałam zamiaru robić materiału o nich. Niemniej jednak rozumiem, że mogli się poczuć niekomfortowo.</p>
<p><strong>Żałujesz, że tak się to potoczyło?</strong></p>
<p>Nie. Po pierwsze nic wielkiego się nie stało. Po drugie ta wyprawa bardzo wiele mi dała. Paradoksalnie niechęć większej części ekipy znacząco mi się przysłużyła, bo miałam szansę zmierzyć się z demonem, jakim jest dla mnie samotność. Dała mi też nauczkę na przyszłość. Nigdy więcej nie dołączę do wyprawy, której sama nie zorganizuję i nie będę na niej kierownikiem.</p>
<p><strong>Słyszałaś o jakichś ekscesach seksualnych na dużych wysokościach?</strong></p>
<p>W bazie na 5600 m n.p.m. podobno robi to wiele osób. Trochę mnie to szokuje, bo nie są to warunki sprzyjające choćby higienie intymnej. Słyszałam też, że pewien bardzo dobry himalaista miał całkiem niezłe osiągi w tym względzie – uprawiał seks w trzecim obozie na wysokości 7400 metrów n.p.m.</p>
<p><strong>A ty?</strong></p>
<p><em>Never ever</em>. Nie uprawiam seksu na wyprawach.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Mariusz Walter zawsze mi mówił, że czeka aż w końcu przestanę się „taplać w błocie i stanę się prawdziwą kobietą”. W końcu i Prezes zwątpił, choć przyznał, że przynajmniej jestem w tym moim stylu życia konsekwentna.</p>
<p>Nie wyobrażam sobie, żebym miała wrócić do naturalnego, ciemnego koloru włosów.</p>
<p>Interesują mnie tylko dyscypliny ostateczne.</p>
<p>Nie uznaję pijanych kobiet.</p>
<p>Kuba Wojewódzki jest dla mnie klasycznym draniem – Piotrusiem Panem. Inteligentny, uroczy, słodko gapowaty. Ale o swoich coraz młodszych, byłych narzeczonych wypowiada się z radosną miną kota, który pożarł kanarka.</p>
<p>Pisanie książek jest jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Właśnie ukazała się moja piąta publikacja <em>Kobieta na krańcu świata 2</em>, w przyszłym roku wychodzi <em>Korona Ziemi</em> i druga &#8211; <em>Automaniaczka,</em> w której rozliczam się ze swoją motoryzacyjną przeszłością.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/martyna-wojciechowska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Magda Mołek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/magda-molek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/magda-molek/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 30 Sep 2010 11:18:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Mołek Magda]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2837</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 9, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller fot. Krzysztof Opaliński &#8211; Kim będziecie? Moniką Olejnik? Jeśli nam użyczysz tego wspaniałego obuwia na 10-centymetrowym obcasie, to niewykluczone&#8230; Nie wiem, czy chciałabym zobaczyć, jak wciskacie swoje wąskie stópki w moje buty. Zastanowię się nad tym. Na razie powiedzcie mi, w jakiej roli [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/09/Magda-Molek.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2846" title="Magda-Molek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/09/Magda-Molek.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 9, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller</strong></p>
<p>fot. Krzysztof Opaliński</p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>Kim będziecie? Moniką Olejnik?</p>
<p><strong>Jeśli nam użyczysz tego wspaniałego obuwia na 10-centymetrowym obcasie, to niewykluczone&#8230;</strong></p>
<p>Nie wiem, czy chciałabym zobaczyć, jak wciskacie swoje wąskie stópki w moje buty. Zastanowię się nad tym. Na razie powiedzcie mi, w jakiej roli występuje tu Marcin. Rozumiem, że przyszedłeś dodać mi otuchy.</p>
<p>Meller: <em>Sam nie wiem, czy jestem tu twórcą czy tworzywem. Ustalmy, że będę się po prostu uśmiechał. Pytania zadają Bartosiak i Klinke.</em></p>
<p><strong>Przeczytaliśmy, że do 14 czujesz się seksowna. W związku z tym zostało nam niewiele czasu. Raptem godzina.</strong></p>
<p>Kiedy ja tak powiedziałam? Nie pamiętam, żebym kiedyś była aż tak odważna (<em>śmiech</em>). Ciekawe, jaka jestem po 14.</p>
<p><strong>Chętnie się tego dowiemy. </strong></p>
<p>Po 14 jestem jeszcze bardziej seksowna&#8230; Wyobraźcie sobie teraz, co się ze mną dzieje po 21.</p>
<p>Meller: <em>Ja akurat wiem. Kładziesz się spać z kurami.</em></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chodzi ci może o nocne testowanie whisky w Sopocie?</p>
<p>Meller: <em>Wypiłaś pół szklaneczki, zjadłaś plasterek melona zawinięty w płatek szynki parmeńskiej i grzecznie poszłaś spać.</em></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ależ ja jestem posłuszna, obowiązkowa i profesjonalna (<em>śmiech</em>). Po prostu musiałam wcześnie wstać do pracy&#8230;</p>
<p>Meller: Ale przecież wstawaliśmy razem&#8230; (<em>ogólny wybuch śmiechu</em>) To znaczy nie w tym sensie. Zaczynaliśmy pracę o tej samej porze.</p>
<p>Pamiętam, że przychodziłeś dużo później.</p>
<p><strong>Uratujemy Marcina i zmienimy temat. Czy twoim zdaniem Penelope Cruz jest koścista?</strong></p>
<p>Nie jest. Siedziałam z nią, jak tutaj z wami i mogę powiedzieć, że jest wspaniale mięciutka.</p>
<p><strong>Czy w takim razie ty jesteś koścista?</strong></p>
<p>Wiem do czego zmierzacie. Podpieracie się tabloidową plotką, że podobno nie mogę rozebrać się dla PLAYBOYA, bo jestem za bardzo koścista.</p>
<p><strong>Po prostu pytamy u źródła. </strong></p>
<p>Zapewniam was, że Penelope ani trochę nie jest koścista. Raczej filigranowa i taka kompaktowa. Od razu chciałoby się z nią&#8230;</p>
<p>Meller: <em>Magda, przepraszam, że przerywam. Umówiliśmy się, żeby omówić twoją sesję, a nie sesję Penelopy.</em></p>
<p>Zabawne, bo słyszałam twoją autoryzowaną wypowiedź, że największym rozczarowaniem będzie dla ciebie chwila, kiedy Magda Mołek wreszcie powie „tak”.</p>
<p>Meller: <em>To nieprawda. Szczyt demagogii. Od 7 lat gonię króliczka i uważam, że króliczek mógłby to wreszcie uszanować.</em></p>
<p><strong>Czy to, że od siedmiu lat nam odmawiasz, oznacza, że wciąż jeszcze wystarczająco nie „sczerstwiałaś”?</strong></p>
<p>Uwielbiam Kazimierza Kutza za to, że mi tak powiedział. Trzymam się tego jak busoli. Ale wy dokonujecie tutaj poważnego nadużycia. Bo panu Kazimierzowi nie chodziło o sesję w PLAYBOYU, ale o to, że żeby zadawać celne pytania, trzeba najpierw się nażyć i odpowiednio sczerstwieć.</p>
<p><strong>Jesteśmy akurat pewni, że komu jak komu, ale panu Kazimierzowi spodobałaby się nasza parafraza. </strong></p>
<p>Czy należałoby sczerstwieć do PLAYBOYA? Nie rodziłoby to problemów natury estetycznej?</p>
<p><strong>W twoim przypadku? Raczysz żartować. </strong></p>
<p>A czy nie sądzicie, że kiedy ukaże się wreszcie potwierdzona informacja, że będę w PLAYBOYU, to padnie jakiś mit? Nie szkoda wam tego? Przecież cudowne jest to budowanie napięcia&#8230; Prawie jak u Hitchcocka.</p>
<p><strong>Czy ty przypadkiem nie jesteś za dobrze wychowana?</strong></p>
<p>Nie wiem. Jestem wychowana normalnie. Poza tym myślę, że rozbieranie się w PLAYBOYU nie jest kwestią wychowania.</p>
<p><strong>Ciekawe, co na twoją sesję powiedziałaby mama.</strong></p>
<p>Może do niej zadzwonię?</p>
<p><strong>Koniecznie! Pozdrów ją od nas serdecznie. </strong></p>
<p>(<em>Magda dzwoni – przyp. aut.</em>)</p>
<p><strong>Jaki werdykt?</strong></p>
<p>Nie mogę powiedzieć.</p>
<p><strong>Jak możesz robić nam coś takiego?!</strong></p>
<p>Sprawy rodzinne są sprawami rodzinnymi. To jest właśnie kwestia dobrego wychowania.</p>
<p><strong>Ale to nie była sprawa rodzinna, tylko ogólnopolska. </strong></p>
<p>Nie przesadzajcie. A może to jest po prostu być albo nie być dla Marcina? Jeśli tak, mógłbyś zwyczajnie powiedzieć. Spróbujemy coś z tym zrobić (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czyli jednak się zgodzisz? Wystarczy, że kolega znajdzie się w trudnej sytuacji. To bardzo wspaniałomyślne.</strong></p>
<p>A kto powiedział, że się zgodzę? Nie warto rozbierać kobiet tajemniczych&#8230; Marcin jest świetnym dziennikarzem, doskonale sobie poradzi na rynku (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Nie masz serca. Teraz to już potwierdzone. </strong></p>
<p>Oczywiście. Jestem zimna jak głaz. Sama to zresztą wymyśliłam. To był test na bystrość naszych tabloidowych mediów.</p>
<p><strong>Sama sobie przypięłaś łatkę Królowej Śniegu. </strong></p>
<p>W efekcie od sześciu lat jestem „królową” (<em>śmiech</em>). Ale ostatnio &#8211; według tabloidów &#8211; zmieniłam wizerunek. Nie zauważyliście?</p>
<p><strong>„Poluzowałaś krawacik”. Jesteś nową, bardziej wyluzowaną Magdą. Jaki będzie kolejny wizerunek?</strong></p>
<p>Obserwujcie.</p>
<p>Meller: <em>Ja cię obserwuję od ładnych paru lat i zastanawiam się, czy nie wysiądziesz w końcu na wrzody żołądka. Bo tak w sobie wszystko kisisz, że kiedyś to pęknie&#8230;</em></p>
<p>Przebranżowiłeś się i zostałeś psychologiem? Psychoanaliza na kanapce? Ja cię też obserwuję od paru lat. I powiem ci, że kiedyś byłeś bardziej wyluzowany. A od kiedy zmieniły się pewne sprawy prywatne w twoim życiu, to zacząłeś się kontrolować. Jedziemy na tym samym wózku.</p>
<p>Meller: <em>Ale ja nie mam włączonej totalnej autokontroli.</em></p>
<p>A ja według ciebie mam? Ciekawe. To powiedz, jak powinna się zachowywać kobieta, która się nie kontroluje totalnie.</p>
<p><strong>Podpowiemy. Cytat z Magdy Mołek: „Penelope ma wszystko, o czym ja mogę pomarzyć. Ognisty temperament, bezkompromisowość, szaleństwo. Pięknie klnie, krzyczy, płacze. Nawet nie potrafię nazwać tego, co ona ma w sobie. To gen, którego mi brakuje”.</strong></p>
<p>Ona jest Hiszpanką, ja nie. To wszystko wyjaśnia. Nie wiem, czego oczekujecie. Moja prywatność jest moją tajemnicą. W moim zawodzie trudno nie przekroczyć granicy. A ja staram się jej nie przekraczać od 15 lat. Nie mam natury ekshibicjonistki. Chcę mieć coś dla siebie.</p>
<p><strong>W takim razie  wejdziemy z butami tylko w twoje dzieciństwo. Tęsknisz za Legnicą?</strong></p>
<p>Często tam bywam. Ale nie mam już starych znajomych. Rozjechaliśmy się po świecie. Jestem związana z Legnicą, bo tam mam rodzinę. Ale też przyznaję się bez bicia, że nie widziałam <em>Małej Moskwy</em>. Płyta DVD wciąż czeka na swój dzień.</p>
<p><strong>Załapałaś się na przystojnych oficerów Armii Czerwonej?</strong></p>
<p>Już nie. Pamiętam defilady czołgów i radzieckie helikoptery, które latały nad naszymi głowami. Nie lubię tych wspomnień. Nie uganiam się za mundurami, jeśli chcecie o to spytać. Mundur wzbudza moją niechęć. Dlatego nie umawiałam się z harcerzami (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A z pieśniarzami? Śpiewałaś w chórze&#8230;</strong></p>
<p>Dziewczęcym. Nazywał się „Rezonans”. Zapisała mnie i kilka koleżanek pani od muzyki, Maria Sycz. Byłam tam raczej od dykcji niż od czystego śpiewania (<em>śmiech</em>). Super doświadczenie. Jeździłyśmy na różne konkursy i wygrywałyśmy wszystko na szczeblu wojewódzkim. A nawet zdobywałyśmy pierwsze miejsca na Dolnym Śląsku. Niestety od kiedy ja dołączyłam, nie wygrywałyśmy już na arenie ogólnopolskiej. Biorę to na klatę.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Potrafisz coś jeszcze zaśpiewać?</strong></p>
<p>Nie. Mam jedną fantastyczną cechę: udziela mi się cud niepamięci.</p>
<p><strong>Ale chyba pamiętasz, jakie plakaty wisiały nad twoim łóżkiem?</strong></p>
<p>Modern Talking. W dni parzyste podobał mi się blondyn, a w nieparzyste &#8211; brunet (<em>śmiech</em>). Ale prawdziwą idolką była dla mnie Kim Wilde. Uwielbiałam ją. Jakiś czas temu zobaczyłam Kim na lotnisku. Wygląda, jakby zatrzymała się na latach 80-tych. Nie ma w sobie już tej dzikości. A pamiętacie może Sabrinę w basenie?</p>
<p><strong>Czy pamiętamy?! To żart?</strong></p>
<p>No tak. Jak mogłam w ogóle pytać. Jej&#8230; hmm&#8230; „otwartość” naprawdę robiła wrażenie na nastolatkach i to nie tylko płci męskiej. A pierwszą moją kasetą było Kombi. Ich plakat też sobie powiesiłam. Największe kulturalne wydarzenie w moim dzieciństwie to jednak MTV. Z koleżanką oglądałyśmy je całymi dniami. I oczywiście kochałyśmy się w Rayu Cokesie. Dziś już nie ma prezenterów z taką charyzmą.</p>
<p><strong>Oglądając „Krzyżówkę szczęścia” (<em>teleturniej w telewizji regionalnej, pierwszy program prowadzony przez Magdę – przyp. red.</em>), da się wyczuć tę fascynację.</strong></p>
<p>Jesteście podli. Cudownie się tam ubierałam, prawda? I miałam zajmujące fryzury. Niesamowite, że kobieta dopiero z wiekiem robi się naturalna i ładna, a kiedy jest młoda, wygląda fatalnie. Nie wiem jak wy, ale ja zauważam, że 15 lat później wyglądam dużo lepiej&#8230;</p>
<p><strong>No ba! I mamy nadzieję, że operacjom plastycznym nadal mówisz „nie”.</strong></p>
<p>Na twarzy jest wypisane całe życie. Uważam, że moje jest tak fascynujące, że nie muszę się go wstydzić.</p>
<p><strong>I zaczynasz czerstwieć.</strong></p>
<p>Bylebym tylko nie spleśniała.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Wracając do „Krzyżówki szczęścia”. To nie była twoja pierwsza praca. Zaczynałaś&#8230;</strong></p>
<p>Myjąc butelki i zanosiłam je do skupu. Tata mnie zawoził. Ale pierwsze poważne pieniądze zarobiłam jako asystentka sprzedawcy. Też dzięki tacie. Na rynku w Legnicy sprzedawaliśmy z bagażnika samochodu szklanki żaroodporne. Ja byłam kasjerką i do dziś pamiętam ten wór pieniędzy. Pamiętam też moje pierwsze perfumy za dwa i pół miliona&#8230; Eternity Calvina Kleina. Pół roku chodziłam do Empiku, żeby je wąchać. Jak odebrałam zaliczkę z „Krzyżówki szczęścia”, to wiedziałam, co za nią kupię. Swoją drogą ciekawe, czy dożyję jeszcze takich czasów, kiedy kupię sobie perfumy za dwie i pół bańki (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wychodzi na to, że nie licząc szklanek i butelek, pieniądze zarabiałaś tylko w mediach.</strong></p>
<p>Tak. Jestem absolutnie rozpuszczona.</p>
<p><strong>A miałaś studiować prawo w Niemczech.</strong></p>
<p>Na Viadrinie (<em>Europejski Uniwersytet we Frankfurcie nad Odrą – przyp. red.</em>). Zarywałam swoje bezcenne, pozbawione szaleństw noce, żeby się uczyć historii. Ale przykładnej prymusce, o dziwo, wcale tak dobrze nie poszło.</p>
<p>Meller: <em>A szkoda. Wyobrażacie sobie bycie oskarżonym przez taką prokurator?</em></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ja, ja&#8230; Ich habe groβe lust. </strong></p>
<p>Wypraszam sobie. Panie prokurator nie mówią takich rzeczy (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Zależy w jakich filmach. Pamiętasz, kiedy obejrzałaś pierwszy film dla dorosłych?</strong></p>
<p>Miałam może ze 13 lat i dubbing na pewno był niemiecki. Byłam bardzo zdziwiona, bo wcześniej widziałam jedynie <em>Seksmisję</em>, a rodzice zabraniali mi oglądać nawet serial „Tulipan”. Pierwsze wideo na naszym osiedlu mieli sąsiedzi, rodzice mojej koleżanki, którzy bardzo długo pracowali. Korzystałyśmy więc z uroków nowych mediów.</p>
<p><strong>Czy to przeżycie zmieniło twoje postrzeganie rzeczywistości?</strong></p>
<p>Zupełnie nie. Pierwszy raz pocałowałam chłopaka – a może on mnie? – ach, ten cud niepamięci jakieś dwa, może trzy lata później.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tak, tak, młodzi czytelnicy. W zamierzchłych latach całowało się dopiero w liceum, a do „tych rzeczy” przechodziło na studiach. Ty akurat trochę studiowałaś&#8230;</strong></p>
<p>Najpierw ekonomię i zarządzanie w szkole prywatnej w Zielonej Górze, następnie prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. W końcu postanowiłam poważnie wziąć się za swoją edukację i zdałem egzaminy wstępne na nauki polityczne. Z Wrocławia przeniosłam się do Warszawy i całe pięć lat przestudiowałam na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Pracę magisterską pisałam z prawa europejskiego.</p>
<p><strong>Znów prawo. Powiedz nam szczerze, czy nie chciałabyś zagrać tytułowej roli w serialu <em>Sędzia Anna Maria Wesołowska</em>?</strong></p>
<p>Lepsza byłabym w roli prokurator&#8230;</p>
<p><strong>Nie uważasz, że to świetny pomysł na sesję?</strong></p>
<p>Pani Anna Maria się zgodziła? Ciekawe. Gratuluję umiejętności perswazji. Chłopcy, tak na poważnie &#8211; czy wam się nigdy nie znudzi ten temat?</p>
<p><strong>Nigdy. </strong></p>
<p>Biedacy&#8230; Marcin, a gdyby twoja żona otrzymała taką propozycję, to co byś zrobił?</p>
<p>Meller: <em>Jest dorosłą osobą. Robi, co uważa za dobre. Proszę jednak nie zmieniaj sprytnie tematu.</em></p>
<p>Nie rozumiem, o co tyle hałasu. Może zamiast rozbierać kobiety, lepiej z nimi porozmawiać.</p>
<p>Meller: <em>Nie lubisz patrzeć na piękne akty? Nie lubisz patrzeć na kobiety?</em></p>
<p>Uwielbiam kobiety. Na ulicy oglądam się wyłącznie za pięknymi kobietami. Niekoniecznie jednak interesują mnie ich akty.</p>
<p><strong>To dość dziwna konstatacja w ustach najseksowniejszej polskiej dziennikarki.</strong></p>
<p>Mój Boże! Kto tak powiedział?</p>
<p><strong>PENTOR. My tego nie wymyśliliśmy. Tak cię postrzega opinia publiczna. </strong></p>
<p>Dla mnie seks to umysł. Dlatego tak seksowna jest&#8230; Jadwiga Staniszkis. W jej czerwonej szmince jest niesamowity „power”. Podobnie jak w tym, że pani profesor zawsze ma rację. Nawet jak zmienia zdanie. Uwielbiam energię, która z niej bije – to typ energii, który podoba mi się w kobietach. Pani Jadwiga jest seksowna w wyrażaniu swoich prawd. Najbardziej lubię ją w duecie z Moniką Olejnik.</p>
<p><strong>Czyli powoli przechodzimy do dziennikarek?</strong></p>
<p>Przelećmy się po telewizjach&#8230;</p>
<p><strong>Bardzo ładna figura retoryczna.</strong></p>
<p>Z wieloma koleżankami utrzymuję dobre relacje, nie chciałabym, żeby któraś się obraziła. Mogę tylko stwierdzić, że nawet w TVP są ładne dziewczyny&#8230;</p>
<p><strong>Kiedyś nie było?</strong></p>
<p>Były, ale odeszły to TVN-u (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Ty naprawdę perfekcyjnie się kontrolujesz.</strong></p>
<p>Wolę nic nie powiedzieć niż powiedzieć byle co, a są takie pytania, na które odpowiedzi mogą być tylko złe.</p>
<p><strong>Mamy nadzieję, że </strong><strong>w takich </strong><strong>celujemy. A co z seksownymi dziennikarzami?</strong></p>
<p>Żałuję, że nie ma w polskiej telewizji faceta, który miałby w sobie choć trochę południowoeuropejskiej fantazji, którą widać w telewizjach włoskich czy hiszpańskich. Garnitury świetnie tam leżą; jest luz, ale bez przesady, a oni wszyscy są bardzo plastyczni. Kolega Meller występuje właśnie w uciętych bojówkach. Jak tu kogoś takiego porównywać? (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Rozumiemy, że gdybyś prowadziła pismo „Playgirl” nie zaproponowałabyś sesji żadnemu z nas?</strong></p>
<p>Ja w ogóle nie operuję takimi kategoriami. Po co mam rozbierać publicznie facetów, skoro można to zrobić prywatnie?</p>
<p><strong>Co myślisz o słowach Kuby Wojewódzkiego: „Jakby przyszła do mnie Magda Mołek razem z Jolantą Kwaśniewską i zaproponowały trójkąt, to pewnie szybko wymeldowałbym się i to nawet przez balkon, a mieszkam wysoko”?</strong></p>
<p>Mowa-trawa. Kokieteria. Ale jak się ma ferrari, bmw i 200-metrrowy apartament na utrzymaniu, to trzeba z czegoś żyć. W tym przypadku ze słów.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Inni atakują cię jeszcze ostrzej. Na przykład Piotr Tymochowicz kiedyś stwierdził: „Gospodynie domowe na jej widok trafia szlag. Wykształciuchy, słuchając jej, dostają kolki intelektualnej. Nie rozumieją jej również słuchacze Radia Maryja, bo mówi niezrozumiałym dla nich slangiem. Grupa dorastających chłopców to za mało, żeby zbudować trwały wizerunek. Wyż demograficzny już minął”.</strong></p>
<p>Bycie produktem dla młodych chłopców to dla mnie komplement. Jeśli wyrosną na mądrych facetów, znających wartość kobiety, to tym lepiej. A niemieszczenie się w żadnych ramach to wyjątkowa umiejętność. Kolejny komplement. Przepraszam, a co robi teraz pan Tymochowicz?</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nieustannie pracuje nad mieszczeniem się w ramach. Tylko nikogo to już chyba nie interesuje. Ty za to interesujesz wszystkich. O dziwo, głównie w negatywnym kontekście. Dlaczego bulwarówki tak cię nienawidzą?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Zarabiają pieniądze. Mołek na pierwszej stronie „sprzedawała” im większe nakłady.</p>
<p><strong>Ale dlaczego jako czarny charakter?</strong></p>
<p>To już ich trzeba pytać. Według mnie słodycz i sympatia sprzedają się znacznie gorzej. Bycie złą, zimną, wyrachowaną zawsze będzie interesujące.</p>
<p><strong>Bardziej nie lubią cię kobiety czy faceci?</strong></p>
<p>Kobiety nie darują mi niczego. Myślę, że w facetach jest w ogóle mniejsza potrzeba przywalania. Zazdroszczę wam, że swoje problemy rozwiązujecie przy wódce w trzy minuty. Nam przy winie zajmuje to często lata.</p>
<p><strong>W internecie też cię nie oszczędzają &#8211; „matołek, przymułek, mułek”. Skąd taki festiwal nienawiści wśród zwykłych ludzi? Z czego to wynika?</strong></p>
<p>Zastanawiałam się nad tym niejednokrotnie. Myślałam w pewnym momencie, że cały świat jest przeciwko mnie. Ale mi przeszło. Kiedyś kolega powiedział mi, że wszystko, co piszą się zgadza. Poza zdjęciem i nazwiskiem&#8230; Czyli nie pisali o mnie (<em>śmiech</em>). Mam wysokie poczucie własnej wartości, więc prymitywne znęcanie się nad wszystkim, co jest ze mną związane, przestało mnie boleć. Nie obchodzi mnie to. Mogę się z tego tylko śmiać i nie zauważać problemu. Jeżeli ktoś ocenia moją inteligencję w oparciu o prowadzenie programów porannych, to życzę mu powodzenia. Niektórym poza tym idealnie pasuję do roli zimnej, pustej i cynicznej. W końcu jestem niebrzydką blondynką z dużymi ustami. A do tego, do jasnej cholery, udało mi się! To już największy grzech.</p>
<p><strong>Może po prostu masz za mało skaz? Kiedy pies pachnący szamponem pojawia się w dzikim stadzie, zwykle jest zagryzany. Może jesteś za mało ludzka, za mało plebejska, za idealna?</strong></p>
<p>Jestem jaka jestem. Nie zdarzyło mi się spotkać oko w oko kogokolwiek, kto dałby mi odczuć, że mnie nie lubi. Moje programy są chętnie oglądane. I są na pewno tacy, którzy oglądają, bo czekają aż się potknę i przewrócę.</p>
<p><strong>To by było bardzo ludzkie, fakt. Prawie tak, jak twoje stwierdzenie, że dwa i pół miliona mężczyzn w Polsce „cierpi” na erekcję.</strong></p>
<p>Po tym programie byłam „gwiazdą” wszystkich portali internetowych. Wreszcie byłam prawdziwa. Mój znajomy stwierdził wówczas krótko: „Oj, Mołek, Mołek, całe życie marzycielka”&#8230;</p>
<p><strong>Prawdziwa byłaś też, gdy odtrąciłaś przed kamerami na żywo objęcia Kevina Aistona.</strong></p>
<p>Poniosło mnie i nawet przez chwilę było mi głupio. Ale nie potrafię grać milusińskiej, gdy włącza się czerwone światełko. Zazdroszczę tej sztuki niektórym koleżankom. Po mnie od razu widać, czy jestem zmęczona, wściekła, czy w dobrej formie. Nie spodobało mi się zachowanie Kevina i dałam mu to do zrozumienia. Zrobiłabym to też poza studiem. Ale pogadaliśmy sobie, wyjaśniliśmy temat i jest po sprawie. Po tym zajściu chłopaki z TVN-u zakładali się, kto po raz drugi spróbuje na żywo objąć Magdę Mołek.</p>
<p>Meller: <em>Miałem na to kiedyś ochotę. Ale się w ostatniej chwili wycofałem, pomny tego wydarzenia.</em></p>
<p>Głupi byłeś, że nie spróbowałeś.</p>
<p><strong>I w ten sposób doszliśmy do paradoksu – niby nie jesteś prawdziwym człowiekiem, ale jednak jesteś. Nawet za bardzo. Nie panujesz nad swoimi emocjami!</strong></p>
<p>Może powinnam coś z tym zrobić? Kiedyś pani Grażyna Szapołowska zapytała mnie: „Dziecko, dlaczego ty nie zagrałaś jeszcze w żadnym filmie?”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Często przeklinasz?</strong></p>
<p>Bardzo często, choć podobno to do mnie nie pasuje. Klnę szczególnie wtedy, gdy robię coś wbrew sobie i walczę ze swoimi ograniczeniami. Na przykład wspinam się albo jeżdżę na nartach.</p>
<p><strong>W trakcie sesji klęłabyś zatem szpetnie.</strong></p>
<p>Nie będzie żadnej sesji, tak więc obejdzie się bez przekleństw.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Masz jeszcze problemy z paparazzi?</strong></p>
<p>Raczej nie. Ostatnio tylko zawiozłam pewnego pana na komisariat w Piasecznie. Przestraszyłam się, bo cały czas za mną jechał. Później miał pretensję, że ja nie wiem, kim on jest. Podpowiedziałam, że powinien mieć rejestracje typu „Papar” albo coś w tym stylu. Wtedy nie byłoby nieporozumień.</p>
<p><strong>„Kręcisz” już beczki? Bo myśleliśmy o pewnej sesji: ty tylko w pilotce&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Niestety, znowu muszę was rozczarować. Kurs pilotażu ruszony, ale nie mam czasu, żeby go dokończyć. A propos, kończymy już? Bo widzę, że macie zaznaczonych sporo ptaszków na karteczkach , że tak powiem eufemistycznie.</p>
<p><strong>Skończymy, jak nam powiesz, czy w naszych banalnych pytaniach była jakaś siła.</strong></p>
<p>To było tornado, chłopaki. Dlaczego nie pracujecie w telewizji, tylko dla Mellera? Brakuje nam takich koksów&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Pięknie kłamiesz.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Cała przyjemność po mojej stronie. Ale mnie żeście przemielili.</p>
<p><strong>Bez przesady, to był tylko delikatny przedsesyjny petting.</strong></p>
<p>Niepoprawni optymiści. Jestem córką mojej mamy i zgadzam się z nią w tej kwestii. Czeka was kolejne siedem lat bezskutecznego namawiania&#8230;</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:<br />
</strong></p>
<p>Polsat jest jedyną stacją, która nigdy nie była mną zainteresowana.</p>
<p>Im gorzej się prowadzę, tym lepiej wyglądam <em>(śmiech</em>).</p>
<p>Nigdy z nikim nie założyłam się o pieniądze. To bardzo męskie. Wolę zakładać się o wino, wódkę, o coś bardziej kobiecego.</p>
<p>Kolekcjonuję fotki Marilyn Monroe. Całą jedną ścianę mam w jej zdjęciach. Inicjały MM zobowiązują.</p>
<p>Samochód bez automatycznej skrzyni biegów to nie samochód.</p>
<p>Zawsze próbowałam rozkminić, dlaczego policjanci nigdy mnie nie pouczają, tylko od razu walą mandatem między oczy. Mam już trochę za dużo punktów&#8230;</p>
<p>Żona szefa PLAYBOYA to niezła siekiera.</p>
<p>Ekologia jak najbardziej. Jabłko z robakiem, czereśnia z glistką&#8230; To lubię!</p>
<p>Nastały takie czasy w piłce nożnej, że nie ma na kim oka zawiesić. Pozostaje skupienie na włosach Puyola&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/magda-molek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wojciech Jagielski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/wojciech-jagielski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/wojciech-jagielski/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 03 Aug 2010 10:35:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Jagielski Wojciech]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=1688</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 5, 2008 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller fot. Mikołaj Długosz &#8211; Zaczniemy z grubej rury, a co! Bardzo nas interesują tak zwane reporterki wojenne. Kobiet jest naprawdę bardzo dużo w tym zawodzie. Ale to wyjątkowo aseksualne towarzystwo. Aż tak brzydkie? Nie. W pracy po prostu nie zwraca się na te [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Wojciech-Jagielski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-1695" title="Wojciech-Jagielski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Wojciech-Jagielski.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 5, 2008 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller</strong></p>
<p><a href="http://www.mikolajdlugosz.com/ ">fot. Mikołaj Długosz</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Zaczniemy z grubej rury, a co!</strong> <strong>Bardzo nas interesują tak zwane reporterki wojenne.</strong></p>
<p>Kobiet jest naprawdę bardzo dużo w tym zawodzie. Ale to wyjątkowo aseksualne towarzystwo.</p>
<p><strong>Aż tak brzydkie?</strong></p>
<p>Nie. W pracy po prostu nie zwraca się na te sprawy uwagi. Jesteśmy wyłącznie reporterami czy fotoreporterami, pozbawionymi płci, a nierzadko i osobowości. Nawet wieczorne spotkania w barze hotelowym są pozbawione flirtu. Gada się o tym, co się widziało w ciągu dnia. Rozmowy są piekielnie powierzchowne. Z drugiej strony, nie uczestniczyłem w wielu stadnych wyjazdach, więc nie mam wielkiego doświadczenia.</p>
<p><strong>To przynajmniej podaj swoje typy dziennikarek na naszą rozkładówkę.</strong></p>
<p>Przecież to jest niebywale niebezpieczne. Z tego co wiem, Meller został za coś takiego oblany piwem. Jest taki stereotyp, że dziennikarki jeżdżące w gorące rejony świata nie grzeszą urodą. To oczywiście nie jest prawda. Wydaje mi się jednak, że wiem, skąd taki pogląd się bierze. Ostatnio na lotnisku w Nairobi widzieliśmy z Krzyśkiem (<em>Millerem – fotografem Gazety Wyborczej, z którym Wojtek współpracuje już kilkanaście lat – przyp. red.</em>) bardzo ładną, gustownie ubraną dziennikarkę, ale gdy potem spotkaliśmy ją kilka razy podczas pracy w Kenii, nie miała już w sobie nic z tej fajności. Była aseksualna. Dlaczego? Bo wyglądała, tak jak my. Biegała w bojówkach i ciężkich butach. Z przyciągającej uwagę dziewczyny zmieniła się w zwykłego reportera.</p>
<p><strong>Czy zdarzają się romanse między reporterami?</strong></p>
<p>Niewiele. Ale pamiętam przynajmniej jeden. Moja znajoma &#8211; Maria, włoska dziennikarka, zakochała się w pewnym Hiszpanie, też dziennikarzu. Zostawił dla niej żonę. W 2001 roku zginął razem z Marią w Afganistanie. Zabili ich talibowie na drodze pod Dżelalabadem. To była głośna sprawa.</p>
<p><strong>Musimy cię jeszcze spytać, jak oceniasz urodę mieszkanek krajów, w których pracujesz.</strong></p>
<p>Najbardziej podobają mi się Wietnamki &#8211; najpiękniejsze kobiety Azji. W Afryce prześliczne są Somalijki. O afgańskiej urodzie nie jestem w stanie powiedzieć nic albo bardzo niewiele. Na pewno jednak nie jest to mój typ. Trudno mi też mówić o kobietach z Czeczenii. Te, które spotykałem, nie znajdowały się w sytuacjach skłaniających do oceny urody. To są kobiety ciężko pracujące, zwykle wyglądające jak kuchty domowe. Spocone czoła, chustki na głowach… Tam kobiety pokazują się, kiedy mężczyźni wołają je do stołu, aby wypić ich zdrowie. Panie ładnie dziękują i za chwilę wracają do kuchni.</p>
<p><strong>Potrafiłbyś ocenić poczucie humoru poszczególnych nacji?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W skali od 1 do 10? Czeczenia i cały Kaukaz zdecydowanie 12. Czarny i absurdalny humor. Można powiedzieć, że w typie angielskim. Taki lubię najbardziej. Oni zawsze śmieją się z samych siebie. Pamiętam, że byłem w Gruzji podczas Olimpiady w Barcelonie. Pewnego razu gruziński gospodarz zapytał mnie, w jakich dyscyplinach zdobyliśmy medale. Powiedziałem mu. On na to machnął ręką i powiedział: „Gruzini też zdobyli trzy medale, wszystkie w sportach walki”. Ale potem zadumał się i dodał: „To dziwne, że nie zdobyliśmy nic w strzelectwie. Cały naród trzeci rok trenuje, a jednego medalu nie potrafiliśmy zdobyć”. Ormianie mają podobne, dla mnie fenomenalne, poczucie humoru.</p>
<p><strong>A poza Kaukazem?</strong></p>
<p>Nigdy nie widziałem Afgańczyka śmiejącego się z samego siebie. Nie stać ich na to. Są skrępowani powagą. Afrykanie z kolei mają ogromne poczucie humoru, choć pozbawione ciętej riposty. Czarnego humoru też raczej nie lubią. Ale generalnie są wesołkowaci. Zdarzają się jednak wyjątki &#8211; Kenijczycy to ponuraki. Kenię lubię, ale nigdzie w Afryce nie jest tak smutno. Nawet, jak gdzieś jest wojna domowa, to w hotelu zawsze coś się dzieje, zwykle słychać dużo śmiechów. Poza Kenią. W ogóle uważam, że mieszkańcy Afryki Zachodniej są pogodniejsi. Lepiej się bawią i są nieustannie skorzy do żartów.</p>
<p><strong>Dodatkowo lepiej grają w piłkę. Dlaczego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mam zielonego pojęcia. Jak byłem w Kenii, również o to pytałem. Bywałem tam na meczach, widziałem tłumy ludzi interesujących się futbolem, a nawet utrzymujących, że mają dobrych piłkarzy. Drużyny ze wschodu Afryki są jednak, poza Egiptem, strasznie słabe. Tanzania, Kenia, Mozambik, Etiopia, Uganda, Sudan. Mizeria. Ugandyjczycy i Kenijczycy mają świetnych biegaczy i bokserów. Piłkarzy &#8211; fatalnych, co dziwi, bo to przecież brytyjska strefa.</p>
<p><strong>Jak jest Puchar Narodów Afryki, siedzisz parę godzin przed telewizorem?</strong></p>
<p>Nie. To nie mistrzostwa Europy albo świata. Tak naprawdę to nie jest jeszcze dobra piłka, choć ja akurat uwielbiam piłkę nożną w każdym wydaniu. Mieszkam pod Piasecznem i często przejeżdżam obok krzywego boiska Sparty Jazgarzew. Za każdym razem aż mnie skręca, żeby zatrzymać się i popatrzeć choćby przez płot jak grają.</p>
<p><strong>Jak w piłkę gra Afganistan?</strong></p>
<p>Fatalnie. Po obaleniu talibów sformowali drużynę narodową i wystąpili w mistrzostwach kontynentu. Dostali łupnia od Nepalu, co było dla nich okropnym upokorzeniem. Potem mieli grać z Bhutanem, ale chyba nie pojechali na mecz. Najlepszy ich piłkarz marzył o kontrakcie w Iranie, bo nawet tamtejsza druga liga jest dla Afgańczyków prawdziwym Eldorado. Jak widać, każdy ma swoje Niemcy.</p>
<p><strong>A ty jako młodziak na jakiej pozycji grałeś?</strong></p>
<p>Głównie w ataku, na skrzydle. Zawsze chciałem mieć święty numer 18 &#8211; Robert Gadocha grał z 18. na mistrzostwach świata. Grać jak Gadocha &#8211; to było marzenie. Parę razy mi się udało. Kiedyś,  podczas wymiany studentów w Finlandii, trafiłem na mistrzostwa miejscowego uniwersytetu. Skaperowali mnie do drużyny wydziału nauk politycznych. Pierwszy raz zagrałem przy sztucznym świetle i strzeliłem dwie bramki w finale.</p>
<p><strong>W jakim najdziwniejszym miejscu na świecie oglądałeś transmisję meczu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W Kabulu podczas Mistrzostw Świata w 2002 r. Mecz Senegal-Szwecja. Na tamtejszym stadionie piłkarskim ustawiono gigantyczny ekran, na którym puszczano bezpośrednie transmisje. Niewiele było widać, bo afgańskie słońce świeciło bardzo mocno. Na stadionie zebrały się tłumy ludzi. Dla Afgańczyków mistrzostwa były wydarzeniem szczególnym, bo mieli świadomość, że oglądają te same mecze w tym samym czasie co Europejczycy. Bardzo ich to motywowało. Rok wcześniej na tym samym stadionie dokonywano publicznych egzekucji. Ludzi wieszano na bramkach. Tu igrzyska, i tu igrzyska.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że ty też myślałeś o igrzyskach. Jako bokser.</strong></p>
<p>E, tam, marzenia. Kiedyś chciałem być dziennikarzem sportowym. Bardzo interesowałem się boksem i wymyśliłem sobie, że jak chcę pisać o boksie, to muszę przynajmniej zobaczyć jak to jest. Poszedłem na salkę treningową Polonii na Foksal. Łaziłem tam z rok. Wtedy dopiero zobaczyłem, że można mieć silne ręce, nogi, doskonałą technikę, ale jak się ktoś nie potrafi bić, to nie będzie z niego boksera. Podsumowując, dostałem niejednokrotnie po głowie.</p>
<p><strong>Czy zanim zostałeś dziennikarzem, zarabiałeś w jakiś inny sposób?</strong></p>
<p>W 1980 i 1981 r. pracowałem zmywając naczynia w knajpach w Anglii. Zawsze wyjeżdżałem z nastawieniem, że przy okazji będę się uczył angielskiego. Za pierwszym razem trafiłem do knajpy francuskiej, gdzie po angielsku mówił tylko szef kuchni. A za drugim razem trafiłem do Włochów i z całego personelu najlepszy z angielskiego byłem ja. W Polsce były wtedy strajki i przez media przewijało się nazwisko Mieczysława Jagielskiego (<em>członek Biura Politycznego, przewodniczący komisji rządowej prowadzącej negocjacje z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym w Gdańsku, w sierpniu 1980 r. – przyp. red.</em>). Wszyscy za granicą byli przekonani, że muszę być z nim spokrewniony. Zresztą w Polsce też miałem krzyż pański. Przez całe studia. Kiedyś pewien profesor zapytał mnie na egzaminie wprost, czy ja jestem z tych Jagielskich. Miałem takich pytań serdecznie dosyć i przytaknąłem. Egzamin poszedł mi bardzo marnie. Profesor jednak zdecydował się mnie przepuścić, wziął indeks, przejrzał i nagle się zdziwił „Tu jest napisane, że pana ojciec ma na imię Józef. A mówił pan, że jest z tych Jagielskich”. Ja na to: „A o jakich Jagielskich pan pytał?”. Strasznie się zdenerwował.</p>
<p><strong>Z innym Jagielskim muszą cię mylić jeszcze częściej. Nawet Leksykon PWN zrobił z was jedną osobę. </strong></p>
<p>Nawet nie wiedziałem. Powiem wam, że w PAP-ie byli przekonani, że Wojtek Jagielski z radia Zet to ja. Z kolei koledzy mojego syna mieli kiedyś do niego pretensje, że kiepską muzykę puszczam w radiu. A żeby było śmieszniej, jest jeszcze jeden Wojciech Jagielski, autor tekstów. To on napisał piosenkę o księżniczce Annie, która spadła z konia. Kiedyś, jak pracowałem w telewizji, zrobiono z nas jedną osobę, myląc numery kont i adresy. Pieniądze krążyły w tę i z powrotem. Któregoś razu z kolei, Wojtek Jagielski – dla porządku dodam &#8211; dziennikarz radiowy i telewizyjny &#8211; zaprosił nas obu do swojego programu. Było więc trzech Wojciechów Jagielskich. Niestety to nie pomogło. Pomyłki zdarzają się do tej pory i często działa to w dwie strony. Na przykład różni dobrzy ludzie współczują mamie Wojtka, że jej syn musi jeździć na te wszystkie straszne wojny.</p>
<p><strong>Twoja pierwsza poważna robota dziennikarska to PAP. Jakie masz wspomnienia?</strong></p>
<p>Fantastyczne! Pamiętam, że obowiązywała wtedy śmieszna terminologia. W Salwadorze byli partyzanci, bo lewicowi. Ale już w Nikaragui byli rebelianci, bo prawicowi. NATO miało helikoptery, Układ Warszawski – śmigłowce. Układ był układem, NATO – paktem, bo tak agresywniej brzmiało. Ale tak na poważnie to w PAP-ie wymagali fachowości, którą jestem zainfekowany do dzisiaj. Jak ktoś zajmował się Bliskim Wschodem, to musiał wiedzieć, co się jutro wydarzy w Jordanii. O dzisiejszej sytuacji w Kenii można napisać w sposób banalny, ale mnie ciekawi, skąd to się wzięło i dlaczego. I ja to wiem. Dla samego siebie. To mam dzięki PAP.</p>
<p><strong>Czy taka infekcja nie bywa zmorą?</strong></p>
<p>Prawie zawsze. Jeżeli chcę napisać o tej Kenii stronicowy tekst muszę, zanim się do tego zabiorę, przeczytać wszystkie depesze, które schodzą danego dnia. Muszę być pewny, że w 98. depeszy nie znajdę nic nowego. Gdybym nie czytał, nie miałbym takiej pewności. 90 procent mojego dziennikarstwa to czytanie i dowiadywanie się, że nie dowiedziałem się niczego nowego. Pod „moim panowaniem” jest około 70 krajów, więc to naprawdę ciężka przeprawa. kopiuję wszystkie depesze, a te którymi w danej chwili nie mam czasu się zająć i czekam na lepszy moment. O takich Sierra Leone czy Liberii  mam archiwum z depeszami z 10 lat. Chciałbym kiedyś to przekopać. Zwykle pisze się na jakiś temat raz. A napisać raz i zrobić to byle jak, to zmarnować okazję, to przestępstwo.</p>
<p><strong>Czyli jesteś perfekcjonistą. My to pochwalamy, ale musi to być męczące na dłuższą metę&#8230;</strong></p>
<p>Niestety, praca dziennikarska, którą sobie wymyśliłem, jest katorgą. Głównie dla rodziny. I nie wiem, czy to jest warte efektów tej pracy. W sumie jestem cały czas zajęty. Nawet jak nie piszę, to myślę o pisaniu albo przygotowuję się do niego. Za dużo czasu poświęcam swojej pracy, ale tak to jest, kiedy praca jest jednocześnie pasją. Wpada się w specyficzny egocentryzm i nie docenia się innych rzeczy &#8211; rodziny, znajomych, kumpli. Teraz piszę książkę, ale gdy skończę, będę próbował to zrównoważyć, bo wszystko trzeszczy w szwach. Dłużej tak żyć się nie da.</p>
<p><strong>No właśnie. Wkrótce twoja kolejna książka. Tym razem o Afryce.</strong></p>
<p>To nie będzie powieść ani reportaż. Raczej opowiadanie. Sporo czasu spędziłem w Ugandzie, przyglądając się tamtejszej Bożej Armii Oporu, jedynej na świecie armię, która składa się z porywanych dzieci. Ofiary są w niej jednocześnie oprawcami i od tej reguły nie ma prawie wyjątków. Chciałem o tym pisać, ale wyszło moje aroganckie, kretyńskie nastawienie dziennikarza – pojedziesz, poznasz kogoś i napiszesz. Oczywiście nie ma szans, żeby napisać prawdziwą książkę o tym, bo nie jestem dzieckiem, nie zostałem porwany i nigdy nie zaznałem takiego koszmaru. Wpadłem więc na inny pomysł &#8211; żeby opisać to, że czegoś nie mogłem nie napisać. Że dziennikarzenie jest w gruncie rzeczy naskórkowe i nie najważniejsze. Znam dziennikarzy, którzy po zetknięciu się z takimi dramatami porzucali zawód i zaczęli zajmować się działalnością humanitarną lub adopcją sierot afrykańskich.</p>
<p><strong>Kapuściński twierdził, że głównym bohaterem jego książek był on sam. Podobnie jest z tobą?</strong></p>
<p>Po pierwsze on był pisarzem, a wcześniej dziennikarzem. Ja wciąż jestem dziennikarzem, który w przyszłości może stanie się pisarzem. Uważam za karygodne, gdy głównym bohaterem opowieści dziennikarskiej dziennikarz czyni samego siebie. Mnie nie obchodzi, czy on się boi albo czy mu się coś  podoba. Stany fizjologiczne dziennikarza mnie nie interesują. Ale z książką jest inaczej. Nawet gdy nie pisze się w pierwszej osobie, to opowiada się od siebie i w gruncie rzeczy o sobie. <em>Cesarz</em> jest opowieścią Kapuścińskiego. Nikogo innego. Ja też staram się podążać tym tropem. To będzie spojrzenie na Ugandę moimi oczami. Nie jestem narcyzem, więc moja osoba jest potrzebna czytelnikowi tylko po to, żeby poprowadzić go za rękę i opisać mu świat, który obserwowałem.</p>
<p><strong>Wydaje się nam, że gdybyśmy chcieli z tobą porozmawiać o Kapuścińskim, rozmowa nie miałaby końca.</strong></p>
<p>Bo to był geniusz. Ale on harował sto razy bardziej niż inni. Ludzi z jego pokolenia z takim talentem, a może nawet większym, sam miałem okazję poznać. Giełżyński, Górnicki, który miał najlepsze pióro, jakie czytałem. Ale oni tak nie tyrali. Sam Giełżyński przyznał, że był w tym samym czasie co Kapuściński w Iranie i napisał zupełnie inną książkę. Jedni piszą po prostu o Iranie, inni mają pomysł na to, co przez ten Iran opisać. Talent nie poparty katorżniczą pracą nie przynosi efektów.</p>
<p><strong>Masz w takim razie predyspozycje. A co z twoją formą fizyczną?</strong></p>
<p>Kilka lat temu byliśmy z Krzyśkiem w Czeczenii. Spotkaliśmy się z partyzantami, którzy nabrali do nas takiego zaufania, że zaprosili do swojej górskiej bazy. Mieliśmy iść 25 kilometrów dziennie. Wydawało mi się to spokojnie do zrobienia. W końcu kiedyś przeszedłem na piechotę prawie cały Hindukusz! Nie mogliśmy jednak ruszyć z partyzantami już zaraz, umówiliśmy się na jesień. Nazajutrz pojechaliśmy do Inguszetii. Chciałem, żeby Krzysiek zrobił fotografie wież z kamienia, które miały być tytułem mojej książki. Stały na pagórkach, kilkaset metrów marszu pod górę. Obaj prawie wyzionęliśmy ducha &#8211; pocieszałem się, że Miller padł pierwszy. Dziękowaliśmy Bogu, że jednak nie wybraliśmy się z partyzantami w te góry. Musieliby nas chyba tam zanieść. Albo zostawiliby nas gdzieś na łące na pastwę Rosjan czy wilków. Wiem, że choćby z powodu wieku i słabszej kondycji niektórych rzeczy już w swoim zawodzie nie zrobię. I to takich, które parę lat wcześniej były w moim zasięgu. Są młodsi ode mnie. Niech robią. Co prawda niewiele wiedzą, ale są silni, chcą i pchają się, jak na prawdziwych wolnych strzelców przystało. Bez tego nic by nie napisali i niczego by nie sprzedali. Ja powoli ustępuję im miejsca. Raz, że jestem słabszy fizycznie, dwa, że nie mam o czym z nimi pogadać, bo jestem o połowę starszy. Dobrze, że jeżdżę z Millerem, który do młodziaków nie należy. Jesteśmy trochę jak tych dwóch starych szyderców z loży z Muppet Show. Naśmiewamy się z młodszych, komentujemy stroje, srogie miny „korespondentów wojennych”. Chyba nie mogą nas lubić.</p>
<p><strong>Z kim spędzasz więcej czasu: z żoną czy z nim?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W Warszawie w ogóle się nie spotykamy. Pracujemy na innych piętrach, dzwonimy do siebie, esemesujemy, ale piwo czy wódka raczej się nie zdarzają. Spotykamy się na lotniskach.</p>
<p><strong>W Warszawie nie, ale w takim Tadżykistanie…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A i owszem. Pewnego razu wracaliśmy nocą z restauracji. Poszedłem za potrzebą w ustronne miejsce. Okazało się, że sikam na żywopłot okalający Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Wtem poczułem na ramieniu ciężką łapę wartownika, który oznajmił, że aresztuje mnie za bezczeszczenie symboli władz państwowych. Nazajutrz mieliśmy jechać do Afganistanu, czekał już helikopter. Miller bardzo się wtedy przydał. Krzysiek nie jest może mistrzem języków obcych, ale nie ma też żadnych problemów komunikacyjnych. Ze wszystkimi świetnie się dogaduje. Rzucił się na Tadżyka i krzyczał: „Brat, pacziemu? My waszu stranu zaszcziszczali!” (<em>Bracie, czemu? My broniliśmy waszego kraju!</em>). Strażnikowi opadła szczęka ze zdziwienia. Nic nie rozumiał. Jego kraj był przez cudzoziemców raczej podbijany, nie wiedział dlaczego więc jest winien nam wdzięczność. Ale uległ, puścił nas. Z Millerem uzupełniamy się: on jest dwa razy większy ode mnie, ja częściej odgrywam rolę tego złego, surowego kierownika. On wtedy gra tego dobrego, swojego chłopa, co to do rany przyłóż. Tej samej nocy, po przygodzie przy MSZ, Krzysiek postanowił wybrać się jeszcze na piwo do pobliskiej dyskoteki, gdzie głównie pojawiały się dziewczyny czekające na klientów. Ja zostałem w hotelu, bo miałem już dosyć przygód. Nie minęła jednak chwila, a Miller wrócił. Okazało się, że choć lokal świecił pustkami, przysiadło mu się do stolika trzech Tadżyków w skórzanych kurtkach. Krzysiek postanowił się śpieszyć, ale z tych nerwów wylał wódkę z sokiem pomidorowym na białe spodnie jednego z nowych znajomych. Tej nocy już nigdzie więcej z hotelu nie wychodził.</p>
<p><strong>Raz piwo uratowało ci podobno skórę.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kiedyś, też w Duszanbe, aresztowano mnie dwieście metrów przed hotelem. Nie miałem ze sobą paszportu. Policjanci oświadczyli, że wyglądam im na szpiega  i że jak mnie na 48 godzin zamkną, to zaraz się wyjaśni, co i jak. Na szczęście wracałem z zakupów i miałem ze sobą kilka piw. Oddałem je policjantom i mnie puścili. Od początku chodziło im tylko, żeby wyciągnąć ode mnie parę groszy, cokolwiek. Krzyśka aresztowali w Uzbekistanie za palenie papierosów w miejscu publicznym. W Azji środkowej takie sytuacje zdarzały się nam co krok.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ale znajomości z ekstrawaganckimi książętami w Afganistanie chyba nie zdarzają się nagminnie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To nie był żaden książę! To jest problem Krzyśka – wszystko mu się myli. To było w 1992 r. Jadąc z Kabulu do Mazar e-Szarif zatrzymaliśmy się w miasteczku Pul e-Chumri. Przed hotel, w którym się rozłożyliśmy, niespodziewanie zajechali żołnierze. Pytali o cudzoziemców. Okazało się, że przysłał ich ich komendant Sajjed Dżaffar Nodeiri, syn przywódcy miejscowych ismailitów  (<em>odłam szyicki uznający jedynie 7 imamów – przyp. red.</em>). Dżaffar dostał właśnie awans, kolejną generalską gwiazdkę i postanowił to uczcić. Posłał żołnierzy w miasto, by wyłapali mu wszystkich cudzoziemców. Tak sobie zapraszał gości na przyjęcie. W latach 80. jego ojciec trafił do więzienia komunistów. Spodziewając się kłopotów, jeszcze przed aresztowaniem wysłał swoją rodzinę do Ameryki. Dżaffar mieszkał więc w Pensylwanii i żył jak Amerykanin. Robił frytki w McDonaldzie, przystał do Aniołów Piekieł, grał w kapeli heavy-metalowej. Kiedy mudżahedini obalili komunistów i przejęli władzę, ojciec kazał mu wracać. Dżaffar przyjechał i został wojskowym dowódcą ismailitów. Dla miejscowych był bogiem. Kiedy pojawiał się w mieście, ludzie podchodzili, żeby go dotknąć. Jak papieża w Polsce. Ze Stanów przywiózł Harleya, którym jeździł po całym Afganistanie. Miał długie włosy i czarny, skórzany długi płaszcz z napisem Hell&#8217;s Angels. Generalski awans chciał uczcić po dawnemu. Potrzebował więc nie tubylców, lecz cudzoziemców. Jego żołnierze złowili więc w mieście nas dwóch z Millerem, Marysię Wiernikowską jeszcze trzech brytyjskich saperów. Zabrał nas wszystkich do swojej siedziby, by podjąć, jak pan Bóg przykazał, ruską wódką i afgańskim haszyszem. Kiedy Marysia zażyczyła sobie w środku nocy mleko do kawy, Dżaffar posłał żołnierzy w góry, żeby wydoili krowy. Wieczorem, kiedy muezin z meczetu wzywał wszystkich pobożnych poddanych Dżaffara na modlitwę, on, mając już nieźle w czubie, wystawił na werandę kasetowy magnetofon i na cały głos puszczał <em>Highway to hell</em> AC/DC. Prosił nas, żebyśmy następnym razem mu przywieźli mu kasetę Nirvany, o której tylko słyszał.</p>
<p><strong>Co dzieje się z rodziną, która pomagała ci w Czeczenii?</strong></p>
<p>Isa wyjechał z Czeczenii mniej więcej rok po moim powrocie do Polski. Mówił, że przez to, że nas ukrywał, zadenuncjował go jakiś wróg i rodzina musiała uciekać. Najpierw wyjechał do Paryża jego starszy syn Asłan. Po jakimś czasie reszta rodziny stanęła na polskiej granicy. Isa zadzwonił, że jest w Terespolu. Dla świętego spokoju postanowiłem spróbować coś zrobić. Zadzwoniłem na granicę. Odebrał jakiś oficer. Przedstawiłem się i opowiedziałem swoją historię. Oficer ich przepuścił. Dla Isy był to dowód na to, że mogę załatwić absolutnie wszystko. Wymyślił sobie, że wszystko załatwię, od statusu uchodźcy poczynając. Miałem z nim krzyż pański, bo często chciał się spotykać, przychodzić w gości, a ja byłem bardzo zapracowany. Szczęśliwie, dla nich i dla mnie, wychodziłem im status uchodźcy i dzięki temu mogli wyjechać do Francji. Utrzymujemy kontakt do tej pory. Czasem dzwoni i zaprasza mnie na wakacje. Mówi: &#8222;Przyjedź do nas, do Paryża&#8221;. Urodziło mu się już sześcioro wnucząt. Pierwszemu dali na imię Mohammed-Alexandre. Mohammed od proroka, Alexandre &#8211; od Dumas, który podróżował po Kaukazie i którego książki czytałem uwięziony w mieszkaniu Isy w Cziri-Jurcie.</p>
<p><strong>Jak go poznałeś?</strong></p>
<p>Jechałem do Czeczenii na wywiad z Maschadowem, który przez pośredników umawiałem od dłuższego czasu. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Z Moskwy na Kaukaz byłem przekazywany z rąk do rąk, coraz bliżej Maschadowa. Ale w Inguszetii łańcuszek się urwał. Nikt z Czeczenii po mnie nie przyjechał. Po kilku dniach oczekiwania, znalazłem taksówkarza, któremu dałem list, z prośbą o doręczenie go mojemu kolejnemu kontaktowi. Okazało się jednak, że wyjechał za granicę, ale jego kuzyn – Isa – zaoferował mi pomoc. Wyglądał jak gangster z mafii. Wielki, zwalisty, ubrany na czarno, w dużym czarnym kapeluszu. Był takim starszym wsi, królem dzielnicy. Wziął organizację wywiadu na siebie. Trzymał nas (bo był tam również ze mną fotoreporter Robert Kowalewski) w swoim domu jakieś półtora miesiąca. Nic jednak z tego nie wynikało. Kolejni kurierzy od Maschadowa kazali czekać na następną wiadomość. Robert wyjechał, zabierając moje korespondencje, pisane w mieszkaniu Isy. Ja postanowiłem zostać, jeszcze poczekać. W końcu Isa stracił cierpliwość. Uznał chyba to moje czekanie za uszczerbek na swoim honorze, poczuł się odpowiedzialny za Maschadowa. Któregoś dnia wsadził mnie do samochodu i najzwyczajniej w świecie zawiózł do Maschadowa. Nie mam pojęcia, skąd się dowiedział, gdzie go znaleźć. Żołnierze Maschadowa mało nas tam nie rozstrzelali. Wzięli nas za szpiegów, a przynajmniej byli przekonani, że zaraz ściągniemy za sobą Rosjan. Maschadow skrzyczał nas i kazał się wynosić. Zabrał ode mnie tylko pytania, jakie zamierzałem mu zadać. Odpowiedzi nagrał na kasetę magnetofonową, którą odesłał mi przez kurierów do Moskwy. Miałem wtedy wiele szczęścia. Sprzyjało mi choćby dlatego, że jeszcze w Inguszetii zepsuł mi się telefon satelitarny, który zamierzałem zabrać do Czeczenii. Zepsuty zostawiłem w hotelu w Inguszetii. Gdyby się nie zepsuł i gdybym go zabrał, byłoby po mnie. Rosjanie mają monitoring telefonów satelitarnych w Czeczenii. Wtedy o tym nie wiedziałem. Wiedzą, ile telefonów jest w Czeczenii, nie wiedzą tylko do kogo należą. Wystarczyłoby, żebym uruchomił mój telefon, a dowiedzieliby się, że w Czeczenii pojawił się jakiś nowy. Wiedzieliby, gdzie jest i zapewne posłaliby żołnierzy, żeby sprawdzili, kto z niego dzwoni. Przebywałem w Czeczenii nielegalnie, uznaliby mnie za szpiega, terrorystę. W najlepszym razie wylądowałbym w więzieniu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Wtedy pomagali ci Czeczeni, dzisiaj to ty pomagasz im.</strong></p>
<p>Co pół roku dzwoni jakiś Ahmed lub jakiś Osman i mówi: „Pomóż”. W kółko ta sama historia. Byłem gdzieś, oni mi jakoś pomogli, i teraz chcą, żeby zaświadczyć kim są, co w ich przekonaniu uwiarygodni ich starania o azyl. Ciężko im odmawiać. A może to ja po prostu nie umiem odmawiać.</p>
<p><strong>My słyszeliśmy, że masz problem, bo tamte rejony już cię „nie kręcą”.</strong></p>
<p>Czuję, że na Kaukazie już wszystko zrobiłem co miałem do zrobienia i wszystko, co miałem do powiedzenia &#8211; powiedziałem. Napisałem książkę, która podsumowała tamten czas. W 1998 r. pojechaliśmy z Krzyśkiem Millerem do Azerbejdżanu, Armenii i Gruzji. Ze zdziwieniem zauważyłem, że zadając pytania wszystkim napotkanym ludziom, wiedziałem, co mi odpowiedzą, w ogóle nie byłem ciekaw co mówią. Wszystko mi spowszedniało. Oczywiście dalej będę się zajmował tymi rejonami jako dziennikarz, podobnie jak Afganistanem, ale już bez tej dawnej pasji i ciekawości. Poza tym nie lubię zbiegowisk i stadnego dziennikarstwa. Gdy ja jeździłem na Kaukaz, wszyscy jeździli na Bałkany i na Bliski Wschód. Bardzo mi to odpowiadało.  Podobnie z Afganistanem, do którego dzisiaj jeżdżą prawie wszyscy.</p>
<p><strong>Nawet Anna Mucha.</strong></p>
<p>Sami widzicie! W zeszłym roku w Afganistanie trafiliśmy na plan filmowy, gdzie nagrywano rozliczeniowy serial o mudżahedinach. Nazywał się <em>Prawo i sprawiedliwość.</em> Reżyser, Australijczyk, też się bardzo ucieszył, że spotkał Polaków. „Wiem, wiem &#8211; powtarzał &#8211; to u was rządzą bliźniacy i partia, co nazywa się tak samo jak mój film!<strong>”</strong><strong><strong> </strong></strong>Doszliśmy do wniosku, że skoro w Afganistanie kręcą już seriale, to znaczy, że niewiele przypomina nasz Afganistan mudżahedinów i talibów, do którego z takim uporem maniaka powracaliśmy. John Rambo, niedościgniony wzór wszystkich korespondentów wojennych, powiedziałby: to już nie jest mój Afganistan.</p>
<p><strong>Nie do końca lubisz dzisiejsze standardy dziennikarstwa.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Często słyszę, jak ktoś mówi, że dziennikarstwo to jego pasja. Ciekaw jestem, czy zgodziłby się pisać artykuły bez podpisywania ich swoim imieniem i nazwiskiem. Jeśli dziennikarstwo jest pasją, to powinno wystarczyć. Chyba że tak naprawdę pasją jest zostać sławnym. W PAP-ie podpisałem swój pierwszy tekst po trzech latach terminowania. Dzisiejsi stażyści piszą pod nazwiskiem już drugi, trzeci tekst i są wkurzeni, że ktoś im nie chce tego wydrukować. Czyli ich pasją jest chęć pokazania nazwiska, twarzy. Dzisiaj dziennikarstwo, poza rolą informacyjną, pełni też funkcję rozrywki. Telewizja wprowadziła do tego zawodu element rozrywki. Może jestem staromodny, ale nie odpowiada mi to. Nie mogę się z tym pogodzić, a co najważniejsze – nie nadaję się do tego. Dla mnie wtedy nie ma dziennikarstwa. Poza tym paranoją jest ten wyścig ze wszystkimi i o wszystko. Kiedy się goni, nie ma czasu na refleksję. Mamy więc zawody &#8211; kto pierwszy, ten lepszy &#8211; a w rezultacie byle jakie artykuły, byle jakie korespondencje. Byle jakie, ale błyskawiczne. I tylko u nas.</p>
<p><strong>Na początku lat 90., szczególnie w polskich mediach, tej paranoi nie było, bo być nie mogło. To technika ruszyła do przodu. </strong></p>
<p>Fakt, ale przed rewolucją techniczną, czyli komórkami, internetem itd. miało się możliwość fizycznego kontaktu z historią. Jak był pucz w Moskwie, to go widziałem. Dzisiaj niektórzy siedzą przed komputerem lub telewizorem w domu czy hotelu i piszą korespondencje nie wyściubiając nosa na zewnątrz. Kiedy Hongkong jednoczył się z Chinami, niewielu dziennikarzy zostało w mieście na noc. Większość oglądała tę noc w telewizorach, żeby nie przegapić żadnego słowa z wygłaszanych przemówień, nie uronić żadnego oświadczenia. Jakże mi było ich żal. Stracili taką noc! W środku nocy w trakcie zwijania flagi brytyjskiej zerwała się ulewa. Szkocka orkiestra grała ckliwie, Anglicy płakali. Potem, już nad ranem, popędziliśmy nad granicę z Chinami, żeby zobaczyć, jak w tej ulewie chińskie wojsko z łopoczącymi czerwonymi flagami przekraczało granicę. Tylko my pojechaliśmy na tę granicę. I warto było. Fizyczne obcowanie z historią to chyba największy przywilej i nagroda w tym całym dziennikarstwie.</p>
<p><strong>Czy są miejsca, do których bałbyś się teraz pojechać?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oczywiście. Choćby Somalia. Dzisiaj jest stosunkowo łatwo wjechać do Mogadiszu, ale już bardzo trudno wyjechać. Rzecz jasna, dziennikarze jeżdżą, ale we mnie nie ma już tej dawnej naiwnej nieświadomości. Do Somalii jednak pojadę, wcześniej czy później. Bardzo chciałbym. Skończyły się natomiast moje wyjazdy do Czeczenii. Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałem za tymi wyjazdami. Zawsze miałem podskórne przeczucie, że spotka mnie tam coś złego.</p>
<p><strong>Ze strony Rosjan?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Raczej ze strony Czeczenów. Bałem się, że zostanę uprowadzony, sprzedany. Podczas pierwszej podróży, w styczniu 1992 r., pierwszym Czeczenem, którego spotkałem w Groznym, był podejrzany facet, który przedstawiał się jako minister ds. gospodarczych prezydenta Dżochara Dudajewa. Przestrzegał mnie, żebym dobrze napisał o prezydencie. I potem, niby od niechcenia, zapytał, czy wiem, gdzie jest ulica Mierosławskiego na Żoliborzu. Typowa mafijna pogróżka. Okazało się, że ten Rusłan miał biuro w Warszawie, w którym działy się najpewniej bardzo dziwne rzeczy. Po kilku latach dowiedziałem się, że zginął. Pojechał ze swoim bratem do Londynu, żeby drukować tam czeczeńskie pieniądze i paszporty. Zastrzelono obu. Ilekroć jechałem do Czeczenii, wynajmowałem straż przyboczną i karabiny na jej uzbrojenie. Potem, kiedy nocą wybierałem się do wychodka w podwórzu, odprowadzał mnie gówniarz z karabinem, kupionym za moje pieniądze. Niechcący miałem więc wkład w powstawanie dziecięcych armii. Czeczenia to kraj, w którym nigdy nie wiesz do końca, z kim rozmawiasz, kto czym się naprawdę zajmuje i czego możesz się po nim spodziewać.</p>
<p><strong>Pamiętamy, że pośrednio brałeś udział w negocjacjach dotyczących uwolnienia Polek, porwanych w 1999 r. O co chodziło?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W listopadzie 1999 r. zadzwonił do mnie mój znajomy z Czeczenii, u którego mieszkałem, gdy byłem tam we wrześniu i październiku. Rozmawialiśmy wtedy o porwanych w sierpniu Polkach, mówiłem mu, żeby się rozglądał, a jeśli się czegoś dowie &#8211; dzwonił. I oto zadzwonił. Powiedział, żebym przyjechał do Tbilisi i że nie pożałuję. Pojechałem. W Gruzji skontaktował się ze mną pewien Czeczen, który poprosił, żebym umożliwił mu spotkanie w tej sprawie z odpowiednimi ludźmi z Polski. Tak to się zaczęło. On mi mówił, co mam im powiedzieć, oni &#8211; co mam powiedzieć jemu. W pewnym momencie Said powiedział, że ci, którzy przetrzymują Polki, chcą je uwolnić, ale chcą mieć na to świadka, i że wybrali mnie. Skądś o mnie wiedzieli i uznali, że będę odpowiedni. Miałem w środku zimy jechać w góry, na granicę z Gruzją, żeby dać świadectwo. Jedni mówili: jedź, inni &#8211; to pułapka. Byłem skołowany. Już nie wiedziałem czy stół, przy którym siedziałem, to jeszcze stół. Facet mówi, że chce pomóc, ale przecież równie dobrze może być jednym z porywaczy. Zacząłem się zastanawiać, kto mną gra i w jakim celu. A gdybym tam pojechał i którejś z tych kobiet coś by się stało? Co wtedy? Sytuacja była obrzydliwa. Uratowało mnie to, że Said, który kazał już mi kupować w Tbilisi rękawiczki i ciepłe kalesony na drogę w góry, podczas kolejnego tajnego spotkania na zatłoczonej alei Rustawelego oznajmił, że ci, co mają Polki, wszystko odwołują. Wróciłem do Warszawy. Dalej dostawałem telefony, ale już tylko przekazywałem informacje i numery telefonów.</p>
<p><strong>Jak często wychodziłeś z różnych opresji dzięki fartowi?</strong></p>
<p>To, że żyję, zawdzięczam fartowi, zbiegom sprzyjających okoliczności. Szczęście sprzyjało mi zresztą nie tylko w chwilach zagrożenia. Wielokrotnie przyjeżdżaliśmy z Krzyśkiem Millerem w jakieś miejsce i za chwilę dochodziło do strzelaniny albo pojawiała się szansa na coś wyjątkowego, najważniejszego na świecie. Myślę, że to głównie z powodu Krzyśka. On po prostu przyciąga szczęście. Jest największym niepoprawnym optymistą, jakiego znam. Ostatnio w samolocie do Kampali mówi do mnie: „Słuchaj, jedźmy do jakiegoś dobrego hotelu, gdzie mieliby Canal+. Zobaczylibyśmy jak Legia grała z Odrą Wodzisław. Najpierw myślałem, że się wygłupia, ale on tak na serio. Kiedyś tłumaczyłem mu, że nie ma najmniejszych szans, żebyśmy w Ugandzie, Kongu czy Pakistanie oglądali polską ligę, ale on powiedział, żebym nie mówił, póki się nie przekonamy. Może tak powinno się myśleć? Dlaczego myśleć, że coś nie może się udać i rezygnować bez próby? Jestem w głębi duszy maksymalistą i pasuje mi ta dewiza Millera, że wszędzie na świecie, w wielkim mieście, dżungli, na pustyni czy w górach, jest jakaś, choćby najmniejsza szansa, żeby zobaczyć jak Legia gra z Odrą Wodzisław.</p>
<p><strong>Jakieś przykłady?</strong></p>
<p>Pociski, a raz nawet moździerzowe granaty, które w nas wystrzelono, nie trafiły, wyszliśmy żywi z dwóch katastrof samochodowych (w Afganistanie spadliśmy w przepaść, do rzeki Kokcza). Wyleciała w powietrze restauracja Luna Caprese w Islamabadzie, w której niedawno jadłem kolację z przyjaciółką z &#8222;Washington Post”. W lutym w Pakistanie kilka razy dziennie jeździliśmy ulicą Mall Road w Rawalpindi, otrząsając się z dziesiątków żebraków, oblegających samochody w nadziei na jałmużnę. Kiedy wyjechaliśmy z Rawalpindi do Peszawaru, z telewizji w hotelu dowiedziałem się, że tego dnia jeden z żebraków wysadził się w powietrze, zabijając kilkunastu ludzi. Pojechaliśmy do zakazanej dla cudzoziemców doliny Swat w orszaku weselnym, jako goście pana młodego. Wydawało się to nam bezpieczne. Tego samego dnia, kilkadziesiąt kilometrów dalej zamachowcy zaatakowali właśnie orszak weselny. Ale szczęście sprzyjało nam nie tylko w ratowaniu życia. O spotkanie z Ahmadem Szahem Massudem staraliśmy się kilka lat. Któregoś razu znów pojechaliśmy do Kabulu. Akurat kompletnie nic się nie działo, ale Krzysiek uparł się, żeby poszukać żołnierzy. Znaleźliśmy jakiegoś komendanta. Zapytał, co może dla nas zrobić. Więc ja, serdecznie już znudzony i zmęczony, mówię mu, że chcę zobaczyć Massuda, a kolega &#8211; pojechać na front, gdzie strzelają. I jeszcze chcielibyśmy się spotkać z pewnym rosyjskim żołnierzem, który dostał się do niewoli mudżahedinów, zdezerterował i przeszedł na ich stronę. Komendant podrapał się po głowie i mówi: „Da się zrobić”. Pyta, kiedy chcemy do Massuda, a kiedy na front. Byłem pewny, że blefuje, więc powiedziałem, że z Massudem to chciałbym porozmawiać już dziś, a na front możemy się wybrać nazajutrz. Pokiwał głową i spytał czy możemy na front jechać dziś, a do Massuda wybrać się następnego dnia. I tak właśnie się stało. A na koniec, kilka dni potem, o świcie obudziło nas walenie w drzwi w hotelu. „Zdrawstwujtie, ja Islamuddin” &#8211; powiedział brodaty mudżahedin, w poprzednim wcieleniu czerwonoarmista.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy próbują się z tobą kontaktować panowie ze służb specjalnych?</strong></p>
<p>Nie wiem czy próbują, ale wydaje mi się, że kilku ich spotkałem. Nie przedstawiali się. Wydaje mi się, że z jednym z nich przegadałem pół nocy o Afganistanie. Zresztą, bardzo mi imponowała jego wiedza. Jaki użytek zrobił z naszej rozmowy, nie wiem. Nie potrafię ich rozpoznawać, nie myślę o tym. Więc często zdarza się, że ciągnę za sobą „ogony” nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Kiedyś w Hawanie umówiłem się ze znajomą dziennikarką Anną Husarską w sławnym hotelu Nacional. Od razu zapytała: „Po coś ich ze sobą przyprowadził?”. A ja nawet nie miałem pojęcia, że ktoś za mną szedł, że śledzili mnie tajniacy.</p>
<p><strong>Prześladuje cię jakaś wpadka dziennikarska?</strong></p>
<p>Raczej nie popełniłem nigdy jakichś koszmarnych błędów. Pamiętam jednak, że kiedy w październiku 2001 r. wróciłem z Afganistanu, to napisałem, że nie będzie szturmu na Kabul. Przekonywali mnie o tym afgańscy komendanci, których znałem i którym ufałem, najwięksi z wielkich. Nie zdążyłem jeszcze na dobre rozpakować plecaka, kiedy szturm ruszył. Ledwo co dałem radę na czas wrócić do Afganistanu. Od tamtego czasu staram się unikać kategorycznych sądów.</p>
<p><strong>Jaki masz stosunek do przeszczepiania demokracji?</strong></p>
<p>Bardzo krytyczny. Podobnie jak do innych sztucznych i pośpiesznych przeszczepów, których celem jest wyłącznie dobre samopoczucie dawcy. Przynosi to więcej szkód niż pożytku. Przykładem patologii takiego przeszczepu jest dla mnie Rwanda. Przecież było wiadomo, że demokratyczne wybory w 1994 r. wygrają Hutu, bo było ich trzy razy więcej. I że Tutsi, którzy wydali Hutu partyzancką wojnę, nigdy się na to nie zgodzą. Podobnie jak Hutu nigdy nie zgodzą się na zakwestionowanie ich dominacji. Skończyło się katastrofą. Wymuszona demokracja zawsze wywołuje złe skutki i kompromituje szczytną ideę. Często próbuje się zaprowadzić demokratyczne porządki w rejonach, w których taki model funkcjonuje od bardzo dawna, tylko w innym wymiarze. Narady pod baobabem czy zuluskie indaby nie są wolną elekcją ani politycznymi partiami, ale są demokratyczne. Tak jak dzirgi, narady plemienne w Afganistanie czy Pakistanie. Uważam, że należy promować tradycyjne rodzaje demokracji, a nie narzucać metody, które często o setki lat wyprzedzają lokalną tradycję. Ale nie stać nas na cierpliwość, bo efekty naszego samarytanizmu pragniemy widzieć natychmiast, przynajmniej za naszej kadencji czy w najgorszym wypadku &#8211; naszego życia. Chcemy widzieć jak przechodzimy do historii. Chcemy to jeszcze zobaczyć w telewizji.</p>
<p><strong>Widzieliśmy cię na pewnym zdjęciu. Siedzisz gdzieś na bezdrożu z laptopem. Na sobie masz koszulkę z Che Guevarą…</strong></p>
<p>Miałem taką koszulkę, dostałem ją w prezencie w południowej Afryce. Leopold Unger napisał kiedyś, że Borys Jelcyn i Che, których obu znał,  mieli jedną wspólną cechę &#8211; lepiej wypadali na fotografiach niż w rzeczywistości. Przez lata Che Guevarra był dla mnie, i chyba wciąż jest, bardziej mitem niż rzeczywistością, przetworzoną artystycznie fotografią niż prawdziwym wizerunkiem prawdziwego człowieka. Che Guevarra, wbrew sobie i swojej prawdziwej historii, został przetworzony w postać heroicznego buntownika. I koszulkę z takim właśnie wizerunkiem buntownika nosiłem. Bo mit czystej rewolucji zawsze mnie pociągał. Jest coś pięknego w tej legendzie. Ale dziś bym już tej koszulki nie założył. Mam prawie 50 lat. Poza tym zgadzam się, że ocena rzeczywistego Che Guevarry nie może być jednoznaczna.</p>
<p><strong>My za to jednoznacznie możemy ocenić, że była to bardzo udana rozmowa.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kapuściński mawiał jednak, że dobrych rozmów nie nagrywa się na magnetofon. Wtedy to jest wywiad, a nie rozmowa.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Dyskusja, który typ dziennikarstwa jest istotniejszy, przypomina dysputy na temat, kto jest ważniejszy: kardiochirurg czy dentysta. A przecież kiedy boli ząb nie dbamy o kłucie w sercu.</p>
<p>Reporter wojenny nie pęka. Nie chodzi, tylko się przedziera; nie jeździ, tylko dociera; nie wie nawet, tylko udaje mu się dowiedzieć. A sporządzone w końcu, w tak niesprzyjających warunkach korespondecje nadaje wyłącznie z „piekła Afganistanu, Kaszmiru czy Rwandy”.</p>
<p>Moim problemem jest to, że za dużo piszę, a za mało czytam. Nie mam czasu czytać, bo wciąż piszę.</p>
<p>Nie napisałem nawet pół tekstu o Polsce. Jedyny polski temat, jakim się zajmowałem, to historia Jakuba Walusia, który, chcąc wywołać rewolucję, na emigracji w RPA zabił prawdopodobnego następcę Nelsona Mandeli &#8211; Chrisa Haniego.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/wojciech-jagielski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krzysztof Miller</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/krzysztof-miller/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/krzysztof-miller/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 06 Jul 2010 13:00:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Miller Krzysztof]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2596</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 5, 2004 rok TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski fot. Robert Laska &#8211; Twoja droga zawodowa zaczyna się w momencie, gdy robisz zdjęcia demonstracji studenckich w latach 80. Jak wspominasz ten okres? Połączenie przyjemnego z pożytecznym. Byłem w opozycji szarą myszką, wyposażoną tylko w dobry aparat. W podziemiu nie było problemu ze zrobieniem zdjęcia, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Krzysztof-Miller.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2601" title="Krzysztof-Miller" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Krzysztof-Miller.jpg" alt="" width="350" height="236" /></a>PLAYBOY nr 5, 2004 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Łukasz Klinke, Piotr Szygalski<br />
</strong></p>
<p><a href="http://www.robertlaska.com/ ">fot. Robert Laska</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Twoja droga zawodowa zaczyna się w momencie, gdy robisz zdjęcia demonstracji studenckich w latach 80. Jak wspominasz ten okres?</strong></p>
<p>Połączenie przyjemnego z pożytecznym. Byłem w opozycji szarą myszką, wyposażoną tylko w dobry aparat. W podziemiu nie było problemu ze zrobieniem zdjęcia, tylko z jego wyniesieniem. Chodziło o to, żeby Służba Bezpieczeństwa (<em>komunistyczna policja polityczna – przyp.red.</em>) cię nie namierzyło, żeby milicja cię nie złapała. Mnie się to udawało i może dlatego zostałem fotografem (<em>śmiech</em>). Byłem współzałożycielem jednej z redakcji nielegalnego wówczas Niezależnego Zrzeszenia Studentów na AWF-ie i przypadła mi dokumentacja. Ale to były słabe zdjęcia. Na poważnie zaczęło się w „Gazecie Wyborczej”, w której – nie mając złych przyzwyczajeń – uczyliśmy się pracy od początku i tak powstała nowa formuła.</p>
<p><strong>Można by stwierdzić, że w latach 80. jedni się bili o demokrację, a inni, na przykład ty, „tylko” to uwieczniali&#8230;</strong></p>
<p>Ja także zebrałem dużo łomotów. Czerwiec 1989 roku, demonstracja „Jaruzelski musi odejść”, wyciągam legitymację GW, a z drugiej strony pytanie: „jaka gazeta?!”. I łomot. Potem Jarocin i parę szwów na głowie. W Gruzji w trakcie wojny gruzińsko-abchaskiej wszyscy tłukli się ze sobą. Chaos na drogach, a ja z pewnym Anglikiem jechałem na linię frontu. Angol zaczął fotografować czołg gruziński, który spychał do rowu jakieś taczki i motory. Ja też, ale z ukrycia, a on całkowicie na widoku. Złapali go, dostał bańki, zabrali mu torbę ze sprzętem, a ja zastanawiałem się: wyjść czy nie wyjść? W końcu się zlitowałem, bo wiedziałem, że Anglik nie mówi po rosyjsku i nie wybroni się. Poszedłem tam, na dzień dobry dostałem w łeb. Potem wieźli nas na czołgu przekonani, że jesteśmy rosyjskimi szpiegami. W końcu wszystko skończyło się szczęśliwie, wyjąłem kwit od Gamsachurdii, ówczesnego prezydenta Gruzji, i jeszcze nas nawet przeprosili. W tym zawodzie takie sytuacje są, niestety, nie do przewidzenia.</p>
<p><strong>Robiłeś zdjęcia od dziecka?</strong></p>
<p>Nie. Swoje pierwsze zdjęcia zrobiłem w latach 80. Nie uczęszczałem na kółka fotograficzne, nic z tych rzeczy. Do wszystkiego dochodziłem metodą prób i błędów. To przypadek, że robię zdjęcia.</p>
<p><strong>Czyli dzięki komunie dzisiaj jesteś fotografem?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć (<em>śmiech</em>). Z ramienia NZS-u fotografowałem Okrągły Stół – to moje najczęściej pokazywane zdjęcie. Później znalazłem się w pierwszym składzie „Gazety Wyborczej”. Etaty czekały na pięciu fotoreporterów, którzy opublikują najwięcej zdjęć między majem a czerwcem 1989 roku. Miałem dobre układy z NZS-em, Solidarnością Młodych, Pomarańczową Alternatywą i wiedziałem, gdzie należy się zjawić, by zrobić zdjęcia. Dzięki temu zrobiłem ich najwięcej ze wszystkich. Na te pięć miejsc było ponad dwadzieścia osób. Wśród nich wielu znanych i dobrych fotografów, ale im byt „Gazety” wydawał się niepewny. Mając pracę w innych redakcjach nie ryzykowali, bo mieli sporo do stracenia. Myśleli, że opozycja przegra wybory, a „Gazeta” będzie się musiała rozwiązać.</p>
<p><strong>Identyfikowałeś się wtedy z jakąś subkulturą?</strong></p>
<p>Byłem punkrockowcem – moje zdjęcie jest na okładce książki Mikołaja Lizuta <em>Punk Rock Later</em>. Z Brylewskim i Mrówą, czyli Brygadą Kryzys, chodziłem do podstawówki. Teraz słucham lżejszej muzy, ale bez Clashów żyć nie mogę.</p>
<p><strong>Dlaczego nie zostałeś trenerem albo nauczycielem pływania?</strong></p>
<p>Gdy powstała „Gazeta Wyborcza”, postawiłem wszystko na jedną kartę. Poczułem wtedy, że fotografia jest zajebistym zajęciem, bo jest okazją obcowania z wielkimi wydarzeniami, ludźmi i uwieczniania tego. Dzięki temu historia, na przykład Okrągły Stół, jest postrzegana przez jedno z moich zdjęć. Zresztą kompozycyjnie i fotograficznie takie sobie, ale robione z góry, a wszyscy inni byli na dole. Sukcesy w fotografii zawdzięczam chyba, paradoksalnie, trenerowi skoków do wody, który interesował się malarstwem i opowiadał mi o kompozycji, barwach itd. Sam malował i uczył mnie patrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. I to mi zostało.</p>
<p><strong>Jak niebezpieczne jest skakanie do wody z dużej wysokości?</strong></p>
<p>Kilka osób zginęło. To jest chyba odpowiedź.</p>
<p><strong>Kiedy ostatni raz skakałeś?</strong></p>
<p>Oj, bardzo dawno. Teraz skaczę sobie do Iraku (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Nigdy nie kręciło cię robienie zdjęć podwodnych?</strong></p>
<p>Moim marzeniem jest zrobienie zajebistego fotoreportażu o skokach do wody, ale pod kątem socjologicznym i psychologicznym. Chciałbym pokazać emocje ludzi, którzy trenują ten sport. Ich wahania, strach, płacz. Fotoreportaż w detalach: twarze, oczy, grymasy, ułożenie rąk&#8230;</p>
<p><strong>Jaki masz wpływ na zdjęcia, które ukazują się w „Gazecie”? Na przykład trwa wojna w Afganistanie. Chcesz tam jechać. Idziesz do szefa i prosisz o taką możliwość?</strong></p>
<p>Ale ja wcale nie chcę jeździć na wojny (<em>śmiech</em>). Jest dużo sympatyczniejszych tematów niż Czeczenia czy Irak. Nie mam wpływu na to, dokąd jadę.</p>
<p><strong>Nie ma konfliktu między tym, co ty byś chciał, a tym, czego od ciebie wymaga GW?</strong></p>
<p>Absolutnie. Konflikty powstają czasami przy ocenie moich zdjęć. Ale są to tylko kłótnie na poziomie fotoedytorów.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że z Wojciechem Jagielskim (<em>dziennikarz GW, z którym Miller bardzo często podróżuje –  przyp. aut.</em>) uzupełniacie się pod względem poczucia humoru. Podobno unosi się nad wami duch Monty Pythona&#8230;</strong></p>
<p>Widzimy często tak okropne rzeczy, że musimy jakoś odreagować. Potem trzeba przecież żyć ze świadomością tego, co się zobaczyło. To tak jak historia o dobrym i złym ubeku. Gy się znajdziemy w tarapatach, Wojtek odgrywa rolę dobrego, a ja złego. Wojtek często mówi: „chciałem zapłacić, ale ten duży mi nie pozwala i jest zły”. Tak więc często nie płacimy łapówek za przekraczanie granic <em>(śmiech</em>).</p>
<p><strong>A czy w ogóle jest miejsce na śmiech w trakcie twoich wyjazdów?</strong></p>
<p>Jasne, nawet straszne wyjazdy są trochę śmieszne. Na przykład w Afryce był reporter z włoskiego radia. Miał bardzo dużo kasy. Od razu pojawili się przy nim dwaj tłumacze, dwaj przewodnicy, dwaj kolesie, którzy mieli mu pożyczyć samochód i zaprowadzić go gdzieś, gdzie nikt jeszcze nie był itd. On im stawiał piwko, kurczaka, ryż, a jak chciał sam coś zjeść, to okazało się, że wyczerpał całe zapasy hotelu (<em>śmiech</em>).  Kolejna akcja: jesteśmy w Afganistanie, wzięliśmy z Jagielskim samochód, dosiadł się do nas znany dziennikarz radiowy. Jedziemy w kierunku frontu i okazuje się, że dalej nie można. Robię zdjęcia nalotu Amerykanów na pozycje talibów, a dziennikarz rozkłada antenę i słyszę: „Właśnie przedarliśmy się na linię frontu! Przede mną leży pocisk moździerzowy, który rozerwał się wczoraj. Gdyby stało się to dzisiaj, to bym już nie żył!”.</p>
<p><strong>Często spotykasz takich dziennikarzy?</strong></p>
<p>Nie mogę powiedzieć, chyba że wyłączycie magnetofony (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Co zmienia się w tobie po przyjeździe, na przykład, z obozu uchodźców z Zairu?</strong></p>
<p>Kocham życie, więc muszę mieć dystans. Nie narzekam, jestem optymistą, a po takim Zairze problemy w Polsce nie są dla mnie żadnymi problemami. Podróżując zyskuję dystans do mojego życia.</p>
<p><strong>A co ze strachem w trakcie pracy? Przyznajesz, że się boisz&#8230;</strong></p>
<p>Tak, ale jest to strach kontrolowany. Skoki do wody też są nieustającym przełamywaniem lęku. Jak stajesz na wieży i masz zrobić dwa salta wiedząc, że możesz złamać kręgosłup, musisz przełamywać strach. Podobnie jest w fotografii. Nie można panikować, bo trzeba jeszcze wywieźć zdjęcia z gorącego terenu. Nie można więc dać się zastrzelić. Ci, którzy się nie boją – giną, choć regułą to nie jest. Często ciśnienie mediów na jakiś niesamowity materiał kończy się tragicznie.</p>
<p><strong>Wspomniałeś o niedoświadczeniu. Czy ciebie przed pierwszym wyjazdem zagranicznym ktoś przygotowywał pod kątem psychologicznym?<br />
</strong></p>
<p>Wiecie, był rok 89. W GW padło pytanie: „Kto chce jechać do Bukaresztu w Wigilię?”, czyli w trakcie puczu. Wtedy nikt o tym nie myślał. Zero psychologii. Pojechałem tam tuż po aksamitnej rewolucji w Pradze. Te wyjazdy przekonały redakcję, że jak się coś dzieje, trzeba wysłać Millera. Sprawdziłem się i już.</p>
<p><strong>Czy więc zdarzają się fotografowie wojenni, którzy po tym, co zobaczyli, mają problemy emocjonalne?</strong></p>
<p>O tym się nie mówi. Najwyżej zmieniasz działkę, których fotografia ma sporo. Głośna była jednak historia Kevina Cartera, który po nagrodzie Pulitzera popełnił samobójstwo. Nie poradził sobie. Na jego zdjęciu widać sępa czekającego na śmierć głodującej małej dziewczynki z Sudanu. Zarzucano mu, że zdjęcie jest niehumanitarne, a on był tylko dokumentalistą. Uważam, że fotograf powinien robić wszystkie zdjęcia. Choć później nie wszystkie trzeba publikować.</p>
<p><strong>Ty także widziałeś śmierć tuż koło siebie&#8230;</strong></p>
<p>Tak, w Gruzji. Dziwna wojna, toczyła się na dwóch kilometrach kwadratowych wokół parlamentu. Trwa demonstracja, idzie babcia z siatami, a w tłum wpadają kolesie z kałasznikowami. Wszyscy lecą na ziemię, żeby nie stać na linii strzału, a ona zachowywała się tak, jakby jej to nie dotyczyło, chciała po prostu iść do domu. Wtedy do niej strzelili. I koniec. Sytuacja była tak absurdalna, że nawet nie podniosłem aparatu. Zrobiłem zdjęcie tuż po: faceta z kałaszem w masce, który odchodzi, a ona leży już na ziemi.</p>
<p><strong>Czy fotografowanie takich momentów zmieniło cię?</strong></p>
<p>Takie przeżycia trudno opowiedzieć.  Jest to wstrząsające, choć na szczęście moja głowa jakoś sobie z tym radzi. Może jednak gdzieś to się odkłada i wyjdzie za dziesięć, piętnaście lat.</p>
<p><strong>Gdzie było dla ciebie najmniej bezpiecznie?</strong></p>
<p>Zawsze ostatni taki moment jest najniebezpieczniejszy. Całkiem niedawno mieszkaliśmy w Bagdadzie w hotelu Sheraton. O siódmej rano atak rakietowy. Irakijczycy rozpieprzyli parę pięter i urwali windę. Szczęście, że nikt nie zginął.</p>
<p><strong>Był moment, kiedy robiąc zdjęcia pomyślałeś: „Miller, to koniec”?</strong></p>
<p>Tak, kiedy Czeczeni wzięli nas na wabia na linię frontu: co kilkanaście metrów były dołki metr na metr, półtora metra głębokości. Zobaczyliśmy je i chcieliśmy wracać. Rosjanie stali dwa kilometry dalej, za rzeką. Czeczeni odpalili wtedy rakietę, a Rosjanie odpowiedzieli ogniem z moździerzy. Trwało to godzinę. Było jak na polu golfowym. Wpadnie do dołka, to cię nie ma. Siedziałem i mówiłem sobie: „Miller, nigdy więcej!”. Potem okazało się, że rakieta była odpalona specjalnie. Dowódca stał na innym wzgórzu i patrzył, skąd nas ostrzeliwują, namierzał ich. Na szczęście nic do dołka nie wpadło. Zdjęcie z tego, na prawie dwie strony, poszło na otwarcie całego reportażu i robiło wrażenie. Pomyślałem, że jednak było warto.</p>
<p><strong>Jesteś wyłącznie obserwatorem czy ingerujesz w rzeczywistość?</strong></p>
<p>Ze względów profesjonalnych tylko obserwuję. Zwłaszcza kiedy podniosę aparat i zasłonię nim twarz. Nie moim zadaniem jest rozstrzyganie, czy wojna jest sprawiedliwa czy nie. Jestem tylko świadkiem i nie jest moją winą, że przed obiektywem dzieją się takie rzeczy.</p>
<p><strong>Czy pomogłeś komuś zamiast fotografować?</strong></p>
<p>Kiedy mieszkasz z ludźmi w piwnicy, na osiedlu w Groznym, które jest bombardowane przez całą dobę, masz grzałkę, kawę, cukier, zupę to wiadomo, że się dzielisz. Kiedyś w ciągu wieczoru wypiłem z Czeczenami ogromny słoik rozpuszczalnej kawy. Pili, jakby robili to ostatni raz w życiu. Pikawy im chodziły, ale nie odpuścili. Sytuacji, w której musiałbym odłożyć aparat i komuś pomagać, nie miałem. To raczej mnie pomagano, choćby w Groznym. Ludzie pokazywali mi przejścia, gdzie Rosjanie nie mogą nas ostrzelać. Polegałem na innych, a nie oni na mnie.</p>
<p><strong>Jak traktują cię ludzie, których spotykasz?</strong></p>
<p>Dzielę ich na gwiazdorów, którzy uwielbiają być fotografowani, i takich, którzy tego nienawidzą. Są tacy, którzy mówią: „Chodź, fotografuj, pokaż światu, co tu się dzieje”. Wszystko sprowadza się do tego, żeby zdobyć ich zaufanie, żeby przestali na ciebie zwracać uwagę. W byłej Jugosławii czy pośród Rosjan nie było problemów z wtapianiem się w tłum, bo dobrze mówię po rosyjsku. Czasami staram się mówić ze śmiesznym akcentem, żeby traktowali mnie nie do końca poważnie. Rozumiecie, przyjechał jeden mądry (<em>Jagielski – przyp. aut.</em>) i jeden śmieszny. To działa (<em>śmiech</em>). Ludzi poza tym nie można przestraszyć. Duże aparaty, flesze, bojówki i kamizelki stresują ich. Normalnie ubrany facet z aparatem wyglądającym na zorkę, nie zwraca na siebie uwagi.</p>
<p><strong>Nie masz wyrzutów sumienia? Dookoła wojna, głód, a fotoreporterzy mieszkają sobie w Sheratonie?</strong></p>
<p>To jedyne miejsce w Bagdadzie, gdzie Amerykanie mogą zapewnić podstawy bezpieczeństwa. To zamknięta strefa. Nie wejdą do niej kolesie z siatką „plastiku” albo z kałaszem i cię nie rozwalą. To nie jest luksus, to jest bezpieczeństwo. Sheraton w Bagdadzie nie ma przełożenia na sieć tych hoteli na całym świecie. Jedyne, co tam tak naprawdę jest, to dobry Internet. Ostatnio po ataku rakietowym przeciekał dach, nikt nie potrafił go naprawić. Swoją drogą, muszę mieć jakiś luksus. Gdybym sypiał w okopach i zawalał noce, przekładałoby się to na pracę.</p>
<p><strong>Bycie Polakiem pomaga w Iraku czy przeszkadza?</strong></p>
<p>Pomaga. Budowaliśmy autostrady, cukrownie, nauczyliśmy ich pędzić wódkę z ryżu. Każdy Irakijczyk miał w rodzinie kogoś, kto przyjeżdżał do Polski na kurwy. Dostawali na jeden wyjazd do nas tysiąc dinarów. Jeden dinar w latach 70. to były trzy dolary. Stąd się pewnie wzięło: „Z autobusem Arabów zdradziła go”. No, i jest różnica w ilości zamachów między polską a amerykańską strefą.</p>
<p><strong>Ile twoich zdjęć nie powstałoby, gdybyś nie był taki „długi”?</strong></p>
<p>Taki wzrost przeszkadza, bo muszę się pochylać. Mam 185 cm wzrostu, a najlepsze ujęcia są z wysokości klatki piersiowej. Dobrą stroną takiego wzrostu jest ewentualnie to, że mali się boją (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A ty dodatkowo potrafisz się świetnie przepychać&#8230;</strong></p>
<p>Kiedy mam zakodowane z tyłu głowy, że coś muszę zrobić, to idę jak przecinak. Wolę zrobić zdjęcie i potem pytać niż odwrotnie. Kocham fotografowanie i zrobię dla niego wszystko, oczywiście w granicach rozsądku.</p>
<p><strong>Często masz świadomość, że jakieś zdjęcie mogłoby być lepsze?</strong></p>
<p>Prawie zawsze. Straciłem pewnie sporo świetnych zdjęć. Istnieje nawet takie przysłowie, że najlepsze zdjęcie fotografa to takie, którego nie zrobił.</p>
<p><strong>Czy jako fotoreporter masz szczęście?</strong></p>
<p>Słuchajcie, no, żyję&#8230; Szczęście zależy od intuicji. Kiedyś mieliśmy z Jagielskim dziwną sytuację. Byliśmy w Afganistanie w roku 94, mudżahedini walczyli między sobą. Jagielski mówi: „Chodź, wejdziemy tutaj”, a byli tam jacyś żołnierze. Pytają nas: „Czego chcecie?”, a my: „Spotkania z Ahmadem Szachem Massudem (<em>legendarny przywódca antyradzieckich sił powstańczych w czasach rosyjskiej okupacji Afganistanu, przeciwnik talibów, przez których został zamordowany – przyp. aut.</em>) i frontu”. A oni na to: „OK, ale zróbmy najpierw front, a potem spotkanie”. To są takie rzeczy, których czasem nie możesz zorganizować przez kilka miesięcy, a tu nagle przechodzimy przez jakąś bramę i za chwilę wszystkie drzwi się przed nami otwierają. Przypadek, trafiasz na dobrego dowódcę i masz wszystko. Pewnie w ten sam sposób straciliśmy wiele innych materiałów skręcając w niewłaściwą uliczkę.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że jesteś pracoholikiem. Przyznajesz się?</strong></p>
<p>Tak, ale tylko wtedy, kiedy mam zadaną pracę. Mam świadomość, że uczestniczę w wydarzeniach historycznych, które już się nie powtórzą. To mnie motywuje i wiem, że muszę zrobić wszystko na maksa. Natomiast nienawidzę robić zdjęć pomiędzy, czyli na przykład fotek z wakacji. Ale cóż, i tak robię to dla narzeczonej (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A co z twoją nieśmiałością?</strong></p>
<p>Panowie, ja się tak stresuję tym waszym przyjściem, że musiałem kupić trochę browaru (<em>śmiech</em>). Będąc jurorem na World Press Photo wsławiłem się tym, że na konferencji prasowej nie powiedziałem ani słowa (<em>śmiech</em>). Wolę uwieczniać akcję niż być jej przyczyną. Nie da się ukryć, jestem nieśmiałym introwertykiem, ale gdy mam aparat w dłoni, zmieniam się całkowicie. Poza tym nietypowo robię zdjęcia lewym okiem. Z reguły praworęczni używają do tego celu prawego oka. A ja robiąc lewym całą twarz zasłaniam aparatem i czuję się bardzo pewnie.</p>
<p><strong>Ile zarabia się w tym zawodzie?</strong></p>
<p>Przede wszystkim dużo więcej zarabia się za granicą. Tutaj za reportaż z Iraku można dostać 10 tysięcy złotych, tam – 20 tysięcy dolarów. I pokrywają koszty pobytu. Tak płaci „Newsweek” czy „Time”. Jeśli jest duże wydarzenie, typu obozy uchodźców w Kosowie, biorą tylko najlepszych. Procentuje to w trakcie World Press Photo. Jurorom łatwiej jest głosować na zdjęcia z okładki tych pism.</p>
<p><strong>A twój rekord finansowy?</strong></p>
<p>Dla poważnej firmy alkoholowej wchodzącej na polski rynek, trzy zdjęcia, żadnych praw autorskich do nich, 50 tysięcy złotych wynegocjowanych przez agencję „Gazety”, z czego ja dostałem połowę. Pokrywali koszty przelotu i pobyt na Kubie.</p>
<p><strong>Kiedy więc zaczniesz pracę dla PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Akty to ja lubię oglądać (<em>śmiech)</em>. Nie znam się na pracy w studiu, bo tam trzeba wykreować określoną sytuację. Na żywo potrafię dogadać się z ludźmi tak, żeby potraktowali mnie jak swojego. Wątpię, by udało mi się nawiązać emocjonalny kontakt z modelką.</p>
<p><strong>Czy bywasz posądzany o więzy rodzinne z premierem?</strong></p>
<p>Tak, głównie przez taksówkarzy <em>(śmiech</em>). Mówię, że to wujek (<em>śmiech</em>). Jest taki kioskarz, który wie, że zajmuję się fotografią i dziwi się, że chodzę bez ochrony. No, ale to nic. Do „Wyborczej” napisał kiedyś czytelnik, dlaczego wysyłają generała Jaruzelskiego, żeby komentował to, co dzieje się w Gruzji? Czy nie ma już lepszych dziennikarzy? Jagielski odpisał, bo o niego chodziło, że nie generał, tylko sierżant i nie Jaruzelski tylko Jagielski. A czytelnik nazywał się Aleksander Łuczak(<em>śmiech</em>).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/krzysztof-miller/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Hanna Smoktunowicz (Lis)</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/hanna-smoktunowicz-lis/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/hanna-smoktunowicz-lis/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 06 Jul 2010 12:06:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Smoktunowicz Hanna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2630</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2004 rok TEKST: Rafał Sławoń fot. Piotr Porębski &#8211; To prawda co piszą, że jesteś ładniejsza od Lisa? Można być ładniejszym od Lisa&#8230;? (śmiech). Moja powierzchowność nie jest czymś, co mnie szczególnie pochłania. Wolę, by mniej absorbowała innych. Lis jest rzeczywiście taki straszny jak go malują? Wymaga totalnego profesjonalizmu. Upiera się, że [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Hanna-Smoktunowicz.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2636" title="Hanna-Smoktunowicz" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Hanna-Smoktunowicz.jpg" alt="" width="350" height="234" /></a>PLAYBOY nr 12, 2004 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Rafał Sławoń<br />
</strong></p>
<p>fot. Piotr Porębski</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>To prawda co piszą, że jesteś ładniejsza od Lisa?</strong></p>
<p>Można być ładniejszym od Lisa&#8230;? (<em>śmiech</em>). Moja powierzchowność nie jest czymś, co mnie szczególnie pochłania. Wolę, by mniej absorbowała innych.</p>
<p><strong>Lis jest rzeczywiście taki straszny jak go malują?</strong></p>
<p>Wymaga totalnego profesjonalizmu. Upiera się, że nie wolno chodzić na skróty, że trzeba ciągle podnosić poprzeczkę. Jak mikrochirurg wyłapuje każdą fuszerkę, najmniejszy błąd, niedociągnięcie. Sam widzisz – jest potworem. A serio – nie zauważyłam słynnego pruskiego drylu, nie chodzi po newsroomie z batem. Jest stanowczy w egzekwowaniu pewnych standardów, ale w tak trudnym i newralgicznym momencie jak start nowego programu to nieodzowne. Rynek jest trudny, konkurencja ostra – nie ma miejsca na pobłażliwość.</p>
<p><strong>O ile się orientuję, prowadzenie programów informacyjnych nie jest podstawowym marzeniem młodych dziewcząt, czy byłaś wyjątkiem?</strong></p>
<p>W wieku czterech lat poinformowałam rodziców, że kiedy dorosnę, będę prowadzić dziennik we francuskiej telewizji. Dlaczego, do diabła, francuskiej, nie wiem do dziś. Dorastałam w domu, w którym panował terror dziennikarstwa. Ojcu można było oblać farbą garnitur, ale nie wolno było – pod rygorem najstraszniejszych kar – choćby palcem dotknąć jego prasy. Migawka z dzieciństwa: pokój, na biurku stos gazet przykrywa maszynę do pisania. Pod ścianami stosy, piramidy gazet – od podłogi do sufitu, wszędzie, gdziekolwiek się ruszyć, tony papieru. Mieszkaliśmy we Włoszech. Rzadko oglądałam dobranocki, ale telegiornale – dziennik – zawsze.</p>
<p><strong>Istotnie było tak, że jedynym powodem twojego odejścia z telewizji publicznej był słynny Marek Kassa (<em>zastępca szefa TAI – przyp. aut.</em>)?</strong></p>
<p>Tak. Ale patrząc z perspektywy kilku lat spotkanie z Kassą było jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły. Nie dlatego, że jestem masochistką i lubię gdy wylewa mi się na głowę kubeł pomyj. Nie wiem, czy miałabym dość sił i odwagi, żeby sama odejść z telewizji publicznej. Kto wie jak długo wegetowałabym w Teleexpressie. W tym programie wiele się nauczyłam, ale, umówmy się, to dziennikarskie przedszkole. Osiem lat w przedszkolu to lekka przesada. To był moment, żeby pójść dalej. I dobrze, że poszłam.</p>
<p><strong>Co robiła gwiazda telewizji, kiedy nie pracowała w telewizji?</strong></p>
<p>Byłam normalną matką – czego teraz nie mogę już niestety o sobie powiedzieć. Dobrze, że zapewniłam swoim córkom przynajmniej półtora roku totalnego oddania. Teraz mają mnie tylko w weekendy. Ale są to bardzo nasycone weekendy. Wtedy Ania i Jula mają mnie absolutnie na wyłączność.</p>
<p><strong>Sektor prowadzących programy informacyjne w różnych stacjach został opanowany przez kobiety. Jak oceniasz swoje konkurentki, chodzi o wygląd rzecz jasna?</strong></p>
<p>W ogóle nie oceniam, bo to nie są wybory miss czegoś tam, ale newsy. A serio – mam bardzo ostrą konkurencję. I dobrze, to napędza. Nie tylko sektor prowadzących programy jest mocno sfeminizowany. U nas trzon zespołu to właśnie baby. Fantastyczne baby, dodam.</p>
<p><strong>Oddajesz się typowo męskim zajęciom, tzn. palisz, pijesz wódkę i oglądasz mecze w telewizji?</strong></p>
<p>Palę jak smok, wódka – nie, dziękuję. Mecze mnie nie porywają – chyba że gra Milan Baros – ale to z powodów całkowicie pozamerytorycznych&#8230;</p>
<p><strong>Twoje dorastanie charakteryzowało się dużą  ilością burzliwych przejść?</strong></p>
<p>Zależy, co rozumiemy pod pojęciem burzliwych przejść? W wieku 13 lat byłam fanką Iron Maiden i chodziłam od góry do dołu oćwiekowana. Mama była przerażona, myślała, że wstąpiłam do satanistów – bo od rana do wieczora ze słuchawkami od walkmana na uszach darłam się w niebo głosy „six, six six, the number of the beast”. Ot, cała burza dojrzewania. Nie miałam żadnych przygód z narkotykami, chociaż niestety zaczęłam dość wcześnie palić. W Szwecji w latach 80. paliły już chyba przedszkolaki.</p>
<p><strong>Koledzy molestują Cię w pracy?</strong></p>
<p>Spróbowaliby (<em>śmiech</em>). Nie, nie molestują, nie sądzę, żeby widzieli we mnie kobietę. Raczej kumpla. Jedyne emocje, jakie wzbudzam w pracy, to kiedy o godzinie 17 sprawdzam komuś tekst i każę przewrócić wszystko do góry nogami. Wtedy nie jestem już ani kobietą, ani kumplem – tylko wielką czerwoną płachtą na byka.</p>
<p><strong>Wolisz bogatych brunetów czy ubogich blondynów?</strong></p>
<p>Samcze umaszczenie i zawartość portfela nie mają tu nic do rzeczy. Sama na siebie zarabiam i daje mi to bardzo komfortowe poczucie niezależności.</p>
<p><strong>To jacy faceci budzą w Tobie emocje?</strong></p>
<p>Podobają mi się mężczyźni z pasją. Zaangażowani w to, co robią – cokolwiek miałoby to być. Silni – bo sama najsłabsza nie jestem, a matczyna część mojej natury doskonale spełnia się w macierzyństwie.</p>
<p><strong>Nie wstrzykujesz sobie heroiny, ale może są jakieś rzeczy, o które nikt by cię nie podejrzewał? Sporty ekstremalne?</strong></p>
<p>Praca w newsach to najbardziej ekstremalny sport, jaki mogłabym uprawiać. Zdarza się, że wchodzę na wizję i trzeba odwrócić do góry nogami cały program, bo pięć minut wcześniej wydarzyło się coś, co nam rozsadza cały porządek. Po takich Wydarzeniach jestem chodzącą adrenaliną. Skoki ze spadochronem nie dałyby takich wrażeń. Bo tu skaczę bez spadochronu.</p>
<p><strong>Wyobraźmy sobie, że naczelny PLAYBOYA, zamiast 20 pytań proponuje Ci sesję rozbieraną. Co Ty na to?</strong></p>
<p>Nie ma mowy. On wie, że takich propozycji nie należy mi składać.</p>
<p><strong>Mogłabyś mieszkać poza granicami naszego pięknego kraju?</strong></p>
<p>Móc – mogłabym. Gros swojego życia spędziłam na walizkach, poza Polską. Od małego uczyłam się nie przywiązywać do miejsc, nie zapuszczać korzeni. I nauczyłam się. Ale to właśnie tu po przełomie powstały tak fantastyczne szanse, zwłaszcza dla naszego pokolenia. Grzechem byłoby ich nie wykorzystać. Kiedy wracam do Polski po dłuższym urlopie i w samolocie dostaję do ręki „Gazetę Wyborczą”, nagłówki wprowadzają mnie zazwyczaj w stan stuporu. Bo taka Hiszpania czy nawet Włochy to tak banalnie normalne kraje w porównaniu z naszym, gdzie co rusz jakaś Rywiniada, Orlenada. Wyjechać stąd znaczyłoby poddać się. Tego nie lubię. Poza tym kto ma zmieniać ten kraj jak nie my?</p>
<p><strong>Jak znosisz krytykę?</strong></p>
<p>Prawdę mówiąc, źle. Nie dlatego, że jestem przekonana o swojej wielkości. Przeciwnie, jestem swoim największym krytykiem. Kiedy do tego dołoży się krytyka z zewnątrz – może to być ładunek powalający.</p>
<p><strong>Czy to, że nie afiszujesz się ze swą prywatnością, to przemyślana strategia marketingowa? Że niby taka niedostępna i tajemnicza..</strong></p>
<p>To nie jest strategia. Kiedy zaczynałam i dopadło mnie coś w rodzaju popularności, wydawało mi się, że wszyscy mogą o wszystko pytać, a ja mam obowiązek odpowiadać. Zweryfikowałam ten pogląd. Umowa między mną a widzem nie polega na sprzedaży mojego życia, a na sprzedaży newsa. Jeśli udzielam wywiadu, to w dużej mierze po to, żeby sprzedać program, który prowadzę, nie przekraczając granicy, którą jest moja prywatność. Najważniejsze, co mam widzom do powiedzenia, mówię w programie.</p>
<p><strong>Masz poczucie upływającego czasu?</strong></p>
<p>Mam i bardzo mnie to cieszy. Za nic w świecie  nie chciałabym znów mieć 25 lat. Im dalej, tym lepiej. Wolę siebie w wersji „kobieta” niż „dziewczątko”.</p>
<p><strong>Czy jesteś kobietą kochliwą lub przynajmniej wyzwoloną? Po ilu randkach się całujesz?</strong></p>
<p>Od blisko ośmiu lat jestem z tym samym mężczyzną, ojcem moich dzieci i nie mam ochoty się od niego wyzwalać. Co do całowania&#8230; co ja mówiłam o prywatności?</p>
<p><strong>Telewizja wymaga czasem daleko idących kompromisów. Czy są takie, na które byś nie poszła?</strong></p>
<p>Zależy, jaka telewizja. U nas kompromisy dotyczą na przykład czasu. Program nie jest z gumy i zdarza się, że ja chcę mieć duży materiał zagraniczny, a moja współwydawczyni woli dodać 30 sekund tematowi krajowemu. Wtedy się dyskutuje, bywa, że ostro i w końcu osiąga się jakiś kompromis. To normalne. Nienormalne są telefony z góry, w których ktoś próbuje nam ustawić program według zamówienia politycznego. To jest granica. Nie spotkałam się jednak z tym ani w TV4, ani w Polsacie.</p>
<p><strong>Które ze swoich zawodowych doświadczeń uważasz za najistotniejsze?</strong></p>
<p>Wszystkie były w jakiś sposób istotne, wszystkie czegoś mnie nauczyły. Teleexpress był przedszkolem, w którym nauczyłam się bazowego warsztatu. Pracy reporterskiej, kamery. Fantastyczny był Twój Dekalog z Piesiewiczem i Santorskim – takie nocne Polaków rozmowy na najwyższym C, bo dotykające rzeczy najważniejszych. Miałam dwadzieścia kilka lat, a w studiu takie osoby jak Tischner, Boniecki, Krall – długo by wymieniać. Kiedy po roku kończyliśmy ten cykl, miałam wrażenie, jakbym rozstawała się z rodziną. W Dzienniku TV4 byłam szefem, wydawcą, prowadzącym. Ale to było raczkowanie. Teraz uczę się biegać.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/hanna-smoktunowicz-lis/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Janusz Weiss</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/janusz-weiss/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/janusz-weiss/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 17 Jun 2010 12:19:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Weiss Janusz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2374</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 2, 2005 rok TEKST: Łukasz Klinke, Rafał Sławoń fot. Andrzej Georgiew &#8211; Przepraszam chłopaki, ale zanim zaczniemy, muszę zamówić kawę, bo senny jestem jakoś&#8230; A o której dzisiaj wstałeś? Mam budzik w komórce ustawiony na godzinę 9, ale prawda jest taka i mam to od lat wczesnej młodości: każde wstawanie to dla mnie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Janusz-Weiss.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2382" title="Janusz-Weiss" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Janusz-Weiss.jpg" alt="" width="350" height="229" /></a>PLAYBOY nr 2, 2005 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Łukasz Klinke, Rafał Sławoń</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>Przepraszam chłopaki, ale zanim zaczniemy, muszę zamówić kawę, bo senny jestem jakoś&#8230;</p>
<p><strong>A o której dzisiaj wstałeś?</strong></p>
<p>Mam budzik w komórce ustawiony na godzinę 9, ale prawda jest taka i mam to od lat wczesnej młodości: każde wstawanie to dla mnie męka, a przedłużanie nocy jest miłe i radosne.</p>
<p><strong>No, ale wczoraj co robiłeś?</strong></p>
<p>Czytałem niedobrą książkę, na którą namówił mnie Sławoń i słuchałem muzyki.</p>
<p><strong>Jakiej?</strong></p>
<p>Jazzu, bo mam dużo nowych płyt, które kupiłem, a których nie zdążyłem przesłuchać.</p>
<p><strong>Dlaczego ty tego słuchasz? Tego jazzu&#8230;</strong></p>
<p>Gdy byłem młodym człowiekiem i istotnie interesowały mnie sprawy muzyki, fascynowałem się zespołem The Beatles i TheRolling Stones. Natomiast w 10. klasie dostałem od Andrzeja Woyciechowskiego, który był tłumaczem przy Jazz Jamboree, wejściówkę do piwnicy Wandy Warskiej. Jego jazz nie interesował, mnie też nie, ale poszedłem tam z czystego snobizmu, bo było to trudno dostępne miejsce na Rynku Starego Miasta. Jakoś potem weszło mi to w krew. Spodobała mi się ta muzyka i teraz już szczerze i bez snobizmu jej słucham. Ale nie po to, żeby zapamiętywać, w którym roku została nagrana płyta albo w jakim składzie. Słucham jej dla przyjemności.</p>
<p><strong>A jaki jest stosunek żony do tej dewiacji, jaką jest słuchanie jazzu po nocy?</strong></p>
<p>Moja żona nie lubi jazzu. Nawet bardzo. Twierdzi, posiłkując się określeniem mojej mamy, że to jest taka muzyka, jakby się dwóch po mordach biło.</p>
<p><strong>Słuchasz płyt i Radia Zet?</strong></p>
<p>Słuchałbym, oczywiście, radia, gdybym je miał. Niestety, tak się złożyło, że mi łobuziak jakiś wziął i zapierdolił radio z samochodu!</p>
<p><strong>Z domu też ci zapierdolił? Nie masz radia w domu?</strong></p>
<p>Mam, ale to moja żona je okupuje, ponieważ bardzo lubi, żeby coś grało. Tylko że ona słucha innego radia&#8230;</p>
<p><strong>To</strong><strong> bardzo dyplomatyczna wypowiedź.</strong></p>
<p>Słucham Radia Zet, ale ponieważ nie mogę tego robić w samochodzie ani w domu, to słucham go w kiblu w Radiu Zet. Jest to miejsce wspaniale nagłośnione, gdzie na ogół jest cicho i jest dobra akustyka. Myślę, że jednak kupię radio do samochodu, bo niezmiennie lubię słuchać dzienników w Radiu Zet. Ale, a propos toalet. Nigdy was nie zastanawiało, panowie, czy w damskich toaletach są też takie napisy jak w męskich?</p>
<p><strong>Bardzo nas to zastanawiało i pytaliśmy nawet kobiety, które zgodnie utrzymywały, że nie ma.</strong></p>
<p>Właśnie, jest to jeszcze jeden dowód na to, jak mężczyźni różnią się od kobiet.</p>
<p><strong>Może są bardziej twórczy?</strong></p>
<p>Może&#8230;</p>
<p><strong>A czytasz te napisy?</strong></p>
<p>Jak mogę, to czytam. W ogóle lubię czytać. Nie mogę się powstrzymać przed czytaniem instrukcji obsługi, metek itd. i dlatego czytam także napisy w kiblu. Ale w męskich toaletach pojawiają się nie tylko napisy, ale i rysunki, na których uwzględniono pewne detale anatomiczne. Jako młody człowiek w wygódkach właśnie wpatrywałem się w ten charakterystyczny rysunek przypominający słoneczko, a ilustrujący pewien damski organ. Wpatrywałem się i starałem się umiejscowić to na ciele szkolnych koleżanek. Nijak nie chciało mi się zgodzić, gdzie one to mają?</p>
<p><strong>Ale teraz już ci się zgadza?</strong></p>
<p>Teraz tak.</p>
<p><strong>Skoro doszliśmy do kobiet, to czy Redaktor woli kobiety naturalne, czy dopuszcza interwencje chirurgiczne?</strong></p>
<p>Jeżeli mówimy o ślepej kiszce albo kamicy nerkowej, to oczywiście dopuszczam.</p>
<p><strong>A interwencje mające na celu poprawianie urody?</strong></p>
<p>Jeżeli nie widać szwów, to czemu nie?</p>
<p><strong>Do szkoły chodziłeś z całym naszym establishmentem politycznym i kulturalnym&#8230;</strong></p>
<p>Jak dziś wiadomo, bo wtedy nie było jasne, co z kogo wyrośnie.</p>
<p><strong>Kto tam z tobą uczęszczał?</strong></p>
<p>Wszystkich nie pamiętam, ale np. z byłym posłem Lityńskim Janem, z obecnym posłem Borowskim, z Heleną Łuczywo, Wandą Rapaczyńską, z ministrem Michałem Kleiberem, z posłem Iwińskim i Adamem „chujom precz” Halberem.</p>
<p><strong>Podrywałeś Wandę Rapaczyńską?</strong></p>
<p>Ona była ciekawym obiektem na korytarzach w czasie długich przerw, ale gdzie mi tam do niej. Starsze koleżanki ze szkoły z lekceważeniem patrzyły na młodszych kolegów.</p>
<p><strong>Jesteś lepszym chemikiem czy polonistą?</strong></p>
<p>Obawiam się, że ani jednym, ani drugim. Z chemią to był taki pomysł romantyczny. Przed maturą zacząłem się zajmować eksperymentami chemicznymi. Miałem w mieszkaniu taką kanciapę, w której prowadziłem badania. Spreparowałem wtedy zapałki, sztuczne ognie itd. Myślałem, że na studiach będzie tak samo, ale szybko się rozczarowałem, bo okazało się, że tam wymagają rzetelnego uczenia się.</p>
<p><strong>Na polonistyce nie wymagali rzetelnego uczenia się?</strong></p>
<p>Na chemii trudniej było bajerować, natomiast na polonistyce można było mieć swoje zdanie&#8230;</p>
<p><strong>Ale <em>Pana Tadeusza</em> przeczytałeś?</strong></p>
<p>Jeszcze w szkole, moi drodzy.</p>
<p><strong>Kiedy odkryłeś w sobie potrzebę występowania przed ludźmi?</strong></p>
<p>Był taki zwyczaj w szkole, żeby na setną lekcję polskiego przygotować coś, co oczaruje albo rozbawi nauczycielkę. Potem na studniówce robiło się jakieś zabawne kupleciki na nauczycieli i ja w tym brałem udział.</p>
<p><strong>Nie miał kolega wstydu, tak przed ludźmi?</strong></p>
<p>Wtedy nie miałem i przez lata nie miałem. Teraz mam.</p>
<p><strong>Jak się nazywał pierwszy poważniejszy kabaret kolegi?</strong></p>
<p>Najpierw to się nazywało Abakus i byli tam Magda Umer, Andrzej Woyciechowski i Krzysztof Knittel. Zaczynaliśmy na Wydziale Architektury PW, potem przyjęła nas Stodoła, która rozpadła się po 68 roku, także dlatego, że paru członków istniejącego kabaretu wyemigrowało.</p>
<p><strong>A ty w 68 roku myślałeś o emigracji? Czy był jakiś powód, dla którego nie zdecydowałeś się emigrować?</strong></p>
<p>Tak. Nieznajomość języków obcych. Słowo daję. Ja po prostu miałem od zawsze kłopot z językami i pomyślałem, że nigdy w życiu nie będę mógł przebywać w kraju, w którym nie dorastałem. Nawet jeżeli nauczyłbym się języka, to gdzie poznałbym wyliczankę dziecięcą „ene, due, like, fake&#8230;”? Moim zdaniem swobodne poruszanie się w materii języka wymaga znajomości i takich rzeczy. Był jeszcze jeden powód. Otóż mój najbliższy przyjaciel powiedział, że nie wyjeżdża. I jeszcze coś. Lękałem się rozłąki z rodziną. Rodzice powiedzieli, że zostają, że oczywiście jeśli będę chciał, to mi pomogą, ale to ja mam podjąć tę decyzję.</p>
<p><strong>Spotykały cię jakieś nieprzyjemności z tego powodu, że zostałeś w Polsce?</strong></p>
<p>Nie mogę powiedzieć, że byłem w jakiś sposób represjonowany, szykanowany itd., itd.</p>
<p><strong>Ale twoja rodzina była?</strong></p>
<p>Ojciec tak. Był dyplomowanym oficerem Wojska Polskiego i w 67 został z wojska wydalony, bo, o czym nie wszyscy wiedzą, rok 68 dla ludzi z armii rozpoczął się wcześniej. Po wojnie 7-dniowej. Wtedy zaczęto szukać piątej kolumny, zaczęła się nieufność w stosunku do ludzi pochodzenia żydowskiego. Wtedy robiono to jeszcze w rękawiczkach. Dawano ordery i odprawy. Ale robiono to po wojskowemu: systematycznie, dokładnie i precyzyjnie. Wiązały się z tym różne tragedie. Podsłuchałem raz, jak znajomy ojca opowiadał mu o oficerze, który zastrzelił się w gabinecie swojego dowódcy na wieść o tym, że ma być zwolniony ze służby. Mój ojciec po zwolnieniu znalazł zajęcie jedynie w Spółdzielni Żydowskiej. Mężczyzna w pełni sił siedział i robił portmonetki, takimi metalowymi szczypcami. I tak godzinami, torebeczka po torebeczce. Ojciec wtedy skapcaniał, posiwiał.</p>
<p><strong>Ciągnie cię dzisiaj do kabaretu?</strong></p>
<p>Wiele osób mnie o to pyta. Wydaje mi się, że różne rodzaje ekspresji związane są z różnymi etapami życia człowieka. W naszym wypadku to nie było takie naturalne, że uznaliśmy, iż wyczerpały się nam środki artystycznego wyrazu, że przestajemy robić kabaret. Nie, nam zabroniono robić kabaret. Więc nie wiem, co by było, gdyby Salon Niezależnych nie skończył się w ten sposób. Ale jak patrzę na ludzi, którzy się starzeją i ciągle są jajcarzami, to myślę, że może lepiej się stało.</p>
<p><strong>A odnalazłbyś jakiegoś – za przeproszeniem – duchowego spadkobiercę swojej kabaretowej działalności?</strong></p>
<p>Może się zdziwicie, ale powiem wam, że wiele cech pewnego typu poczucia humoru, szczególnego postrzegania rzeczywistości, w czym celuje wciąż Jacek Kleyff, ma Szymon Majewski.</p>
<p><strong>Rzeczywiście się zdziwiliśmy. A ty czym wyróżniałeś się w Salonie?</strong></p>
<p>Właściwie moja rola była dość szczególna. Jacek to gwiazda, żywioł, erupcja pomysłów. Michał Tarkowski – zwierzę aktorskie. Przypomnę, że zagrał w wielu słynnych filmach np. w <em>Człowieku z marmuru</em> Wajdy. Natomiast  ja byłem, jeśli mogę to powiedzieć, strażnikiem sensu. Wszyscy robili tak zwane składanki: piosenka, skecz, piosenka. Ja chciałem, żeby zaistniał spektakl, który ma nadrzędny cel, który uważnemu obserwatorowi pozwalał złapać drugie, trzecie dno. Nad tym pracowałem usilnie, bardzo tego pilnowałem i sobie przypisuję rolę w układaniu tych nadrzędnych sensów naszych przedstawień.</p>
<p><strong>Zastanawiałeś się co by było, gdyby jednak Salon się nie zlikwidował?</strong></p>
<p>Tak bardzo to się nie zastanawiałem, bo nie chciałem sobie psuć humoru. Kurwa mać! Myśmy naprawdę nie tylko w swojej opinii, ale i znajomych, i krytyków, byli w najlepszym momencie. Absolutnie. To nie był schyłek w żadnym razie. Szykowaliśmy, jak już mówiłem, pełny spektakl z fragmentami slapstickowych filmów, z wciąganiem publiczności w grę. Uważam, że to było świetne. I gdybyśmy mogli, to byśmy takie wielkie rzeczy robili dalej. Mnie to bardzo pociągało.</p>
<p><strong>Zdobyłbyś się, żeby dzisiaj zrobić taką rzecz?</strong></p>
<p>Cholera wie. Lubię takie wyzwania&#8230;</p>
<p><strong>Kto dzisiaj rozśmiesza cię na scenie kabaretowej?</strong></p>
<p>Do łez niemal doprowadził mnie kabaret Mumio. To jest kryształ, zdrój przejrzysty. Bez aluzji politycznych, bez naigrawania się z posła, z ministra-śministra itd. Widziałem rzeczy lepsze i gorsze, ale to było super.</p>
<p><strong>Po rozwiązaniu Salonu imałeś się różnych zajęć. Byłeś m.in. konferansjerem. To było dobre pole do obserwacji obyczajowości na terenach polskich.</strong></p>
<p>Dobra, to wam powiem. W drugiej połowie lat 70. towarzyszyłem znanym gwiazdom polskiej estrady. A znane i dobre gwiazdy oznaczały dobre hotele. Dobry hotel z kolei to dobre kurwy. Koledzy niekiedy korzystali z usług owych dam lekkich obyczajów. Czasami zresztą tylko za obietnicę wejściówki na koncert, a nie forsę. Pewnego razu po nocy dzwoni do mnie – i tu nie powiem kto, bo byłyby jaja – kolega i mówi: „słuchaj, weź ty jej powiedz, że po francusku to nie jest od tyłu, tylko do paszczy!”.</p>
<p><strong>Wytłumaczyłeś?</strong></p>
<p>Starałem się, ale opór materii był wielki. To było w Rzeszowie. Może tam są jakieś odmiany regionalne. Ale to wulgarne jest&#8230;</p>
<p><strong>A do tego śmieszne. Podobnie jak historia o tym nieszczęśniku, co sobie narobił&#8230;</strong></p>
<p>A, to! Pewnego razu sztuka miała być grana w kinie. Tam nie było, rzecz jasna, garderoby. Jedyne miejsce do przebierania to była taka wąska przestrzeń między ekranem a ścianą pomalowaną na czarno. Występ miał się już zacząć, publiczność siedzi na sali, a tu nie ma perkusisty. Nikt nie wie, co się z nim stało, a tu już tupią, klaszczą&#8230; Trzeba zaczynać, nie ma rady. Wychodzę, witam, zaczynam nawijkę i nagle unoszę wzrok nad głowami, a po przeciwnej stronie zza kotary wystaje łeb perkusisty. Nie wiadomo, o co chodzi. Zespół zaczyna grać bez niego. Okazuje się, że tam jest kibel. Wysłany zostaje jakiś techniczny, a po chwili wraca wyjąc ze śmiechu. Okazało się, że perkusista nażarł się przed występem jakichś świństw, które bardzo mu zaszkodziły. Przebrany już w kostium poczuł, że nie może i pobiegł do sracza. Wiedział, że musi się śpieszyć. Po wszystkim pociągnął za sznurek od rezerwuaru, usłyszał szum spływającej wody i poczuł, że coś jest nie tak. Kibel, zdemolowany przez jakiegoś poprzednika, nie miał całego frontu, w związku z czym wszystko, co do muszli zrobił, poleciało mu w spodnie, które miał owinięte wokół kostek. Pośmialiśmy się trochę i techniczny zaniósł mu spodnie na zmianę. Potem była przerwa między jednym koncertem a drugim. Oczywiście, żartom nie było końca, historia opowiadana była do znudzenia. Już miał się zacząć drugi koncert, a perkusiście zachciało się lać. Tam była tylko umywalka przytwierdzona ni w pięć ni w dziewięć do tej czarnej ściany. Ten, niewiele myśląc, postanowił się do niej odlać, tylko znowu zaniepokoił go szum, który nie był szumem moczu spływającego do kolanka. Tym razem umywalka była cała, tyle że do niczego nie podłączona. A tuż pod nią stały jego buty&#8230; Tak oto jeden człowiek w jeden wieczór nasrał sobie w spodnie i naszczał w buty! (<em>śmiech</em>)</p>
<p><strong>Miewasz dzisiaj propozycje poprowadzenia jakichś imprez jako konferansjer?</strong></p>
<p>Miewam, ale jeszcze się nie złamałem.</p>
<p><strong>Dlaczego? Ze względów finansowych?</strong></p>
<p>Ze względów finansowych to się powinienem złamać, bo oni raczej chcą płacić i to bardzo dużo. Chodzi o co innego. Ja mam mocne poczucie obciachu i są takie sytuacje, które mnie bardzo krępują. Ci, którzy zapraszają mnie na taką imprezę, myślą sobie, że będę takim eleganckim gościem w garniturze i krawacie, co jest dowcipny, co przemówi do sali i będą jajca itd., a ja jestem kameralista. Konferansjerka już mi się przejadła. To był ciężki kawałek chleba. Ja tam pełniłem rolę służebną. Byłem tam po to, żeby zrobić wejście gwieździe, zrobić jej brawa i dać czas na wysikanie się i wypalenie fajki zespołowi. Ludzie nie przychodzili na mnie, tylko na występ gwiazdy. Starałem się nie dopuścić do tego, żeby krzyczeli „wypierdalaj”, chociaż zdarzały się momenty straszne. W trakcie trasy Ireny Jarockiej, na jednym z koncertów coś tam powiedziałem, poszedłem do garderoby i zacząłem czytać książkę. Wiedziałem, że mam sporo czasu. Nagle po kilku minutach wlatuje płacząca Jarocka, cisza na scenie, nie wiadomo co się dzieje. Okazało się, że podczas śpiewania wpadła jej do gardła mucha! Pani Irena się zakrztusiła i potwornie sfałszowała, a ponieważ jest kobietą bardzo delikatną, załamała się. Wpadłem na scenę, a jej nieobecność się przeciągała. Musiała odkrztusić, na nowo się umalować itd. Tragedia dla dziewczyny, a ja gadałem i gadałem. Zaczęły się tupania, gwizdy, byłem na krawędzi „wypierdalaj”, ale jakoś się udało. Jarocka wróciła uśmiechnięta i pełna werwy.</p>
<p><strong>Jak wspominasz swoje pierwsze własne mieszkanie?</strong></p>
<p>Wspaniale. Na warszawskich Jelonkach powstawało osiedle, które miało zostać zasiedlone ludźmi z Annopola – podwarszawskim proletariatem oraz pracownikami Zakładów im. Róży Luksemburg, Kasprzaka itd. Pomysł ministra był jednak taki, że wśród robotników powinni mieszkać artyści. I tak się stało. Na osiedlu ze mną mieszkali Kondratiukowie, rysownik Krauze, piosenkarz Andrzej Dąbrowski, jeden z członków zespołu 2+1,  a także wielu reżyserów i operatorów filmowych. Jakieś dwa, trzy procent na blok stanowili artyści. Drzwi w drzwi mieszkał ze mną, podobno wybitny, tokarz precyzyjny. Wiedziałem, że pije, bije żonę, a czasem nawet wyrzuca trochę sprzętu z ósmego piętra. Któregoś razu patrzę, a on od wewnątrz przybija dyrektorską poduchę do drzwi. Kłaniam się i mówię: „Dzień dobry, widzę, że sąsiadowi hałas na korytarzu przeszkadza. Rzeczywiście ta młodzież takie rzeczy wyprawia, że aż uszy puchną”. A on na to: „Nie o to chodzi. Hałasy mi w ogóle nie przeszkadzają. Ja, proszę sąsiada, czasem lubię wypić i tak sobie pomyślałem, że wtedy hałasuję. Robię to, żeby sąsiadowi nie zakłócać spokoju” <em>(śmiech</em>). Facet mieszkał wcześniej w domu skleconym po 1945 r. własnymi rękami. Gdy zaczęto budować osiedle, dom mu rozwalili, a on zaczął chlać. Ludzka rzecz.</p>
<p><strong>Czy Janusz Weiss zaklął kiedyś na antenie radiowej?</strong></p>
<p>Raz. Prowadziłem konkurs, a słuchacze dzwonili do mnie i zgadywali. „Solniczka”, „nie solniczka”, „zapalniczka”, „nie, to nie jest zapalniczka”, w tym ferworze odbieram kolejny telefon i gadam: „dzień dobry, co to jest?” i słyszę: „spierdalaj!”. A ja na to: „sam spierdalaj!”. Po audycji nikt nawet się nie zająknął, zero reakcji – to mnie zaskoczyło.</p>
<p><strong>A jak reagują słuchacze, którym twoje audycje nie przypadają do gustu?</strong></p>
<p>Różnie. Bywa, że ubliżają mi raczej w mało wymyślny sposób. Jeżeli są to antysemickie inwektywy w rodzaju: „ty Żydu pierdolony, wyjeżdżaj do Izraela”, mam je gdzieś, ale gdy ktoś w sposób merytoryczny krytycznie ocenia moją audycję, to łapię doła.</p>
<p><strong>A lubią cię organizatorzy „łańcuszka szczęścia” i przedstawiciele mafii taksówkowej?</strong></p>
<p>Pierwsi grozili mi, że wiedzą, gdzie mieszkam i żebym sobie odpuścił temat. Od tych drugich o mało nie dostałem w ryj. Taksówkarze działali ostro i sprytnie. Jeden z kierowców nagrał mi się, informując, że podsłuchał rozmowę kolegów, którzy wynajęli na mnie jakiegoś Ruska. Następnego dnia dostałem już brutalne pogróżki. Okazało się, że był to jeden i ten sam głos. Pół roku później na lotnisku otoczyło mnie trzech drabów i zaczęły się gadki: „no i co? Dzieci pan nam straszy, synowie wracają ze szkoły i pytają się, czy my w mafii jesteśmy”, „i po co to panu było? Życie panu niemiłe?”. Do rękoczynów nie doszło. Dobrze, że był biały dzień (<em>śmiech</em>). Paradoksalnie bardziej przestraszyłem się tych od „łańcuszka”, może dlatego, że pracowała mi wyobraźnia. Chodziło w końcu o wielkie pieniądze.</p>
<p><strong>A przestraszyłeś się, gdy ostro zaatakowałeś pewnego polityka?</strong></p>
<p>(<em>śmiech)</em>. Ale to nie ja dzwoniłem, tylko ten ktoś do mnie. Odbieram komórkę i słyszę: „Dzień dobry, tu XY, jestem ministrem”. Byłem świeżo po obiedzie, w trakcie którego ze znajomymi prześmiewczo komentowaliśmy rzeczywistość, a ponieważ znam upodobania Sławonia do robienia dowcipów, błyskotliwie odparowałem: „pierdol się, Sławoń!”. Zapanowała konsternacja, ale gdy wybrzmiewało „ń”, pomyślałem sobie, że to chyba nie głos mojego dowcipnego kolegi. Był to minister jednego z resortów siłowych (<em>śmiech</em>). Dalej rozmowa, po moich przeprosinach, toczyła się już normalnym trybem.</p>
<p><strong>Czy dzięki swoim interwencjom wylądowałeś kiedyś w sali sądowej?</strong></p>
<p>Nigdy nie dostałem żadnego pozwu.</p>
<p><strong>A dostajesz prezenty od firm?</strong></p>
<p>Dostaję, gdy jakaś firma jest zadowolona i uważa, że zrobiłem jej reklamę. Tak było m.in. z samonakładającymi się prezerwatywami. Otrzymałem ich wielkie pudło, ale wszystkie rozdałem w radiu.</p>
<p><strong>Jak byś miał przypomnieć sobie najgłupszą osobę, z którą rozmawiałeś przez telefon, był(a)by to&#8230;?</strong></p>
<p>Nie jest łatwo przypomnieć sobie wszystkich. Dla higieny umysłu staram się ich z niego wyrzucać. Ale wolałbym, żebyście złagodzili pytanie i zastąpili głupotę naiwnością. Wtedy można opowiedzieć o tym, że przekonałem kiedyś kobietę, że Ziemia jest płaska. Chętnie bym w to sam uwierzył, no bo w sumie, co nam daje ta kulistość?</p>
<p><strong>Kończąc wątek telefoniczny, chcielibyśmy dowiedzieć się, jakie rachunki nabijasz Radiu Zet?</strong></p>
<p>Nie mam pojęcia, ale w dawnych czasach zadzwoniłem do polskiej ambasady w Australii, żeby spytać o pewne zjawisko fizyczne, zależące od obrotu Ziemi. Chciałem się dowiedzieć, w którą stronę robi się lejek przy spuszczaniu wody z wanny. Pani napełniała wannę, a ja czekałem. Trwało to naprawdę długo, ale okazało się, że w Polsce lejek kręci się w drugą stronę (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Używasz marihuany i haszyszu?</strong></p>
<p>Nie używam. Mnie marihuana po prostu znudziła. Ile razy dorosły człowiek może chodzić do wesołego miasteczka? Zostałem wtajemniczony w roku 74. Pamiętam te hodowle konopi indyjskich na klatkach schodowych, w różnych doniczkach&#8230; Pamiętam, że pewnego razu odwiedził nas w domu Jacek Kleyff, zagadaliśmy się, zrobiła się godzina policyjna, zaproponowałem więc, żeby Jacek został. Mieliśmy trochę marihuany&#8230; Wczesnym świtem żona mnie budzi i mówi, żebym wstawał, bo przyszła ubecja i mamy rewizję. To był tzw. wkrocz, w mieszkaniu pojawiło się czterech dżentelmenów i zaczęli przeszukanie. Moja pierwsza myśl była taka, że nie chcę, żeby w telewizji wymachiwali woreczkiem po tampaksach pełnym zielonego ziela i opowiadali, że opozycja to zwykli narkomani. U nas w domu składało się wtedy biuletyn informacyjny KOR-u. Wiedziałem, że to znajdą, bo nie potrafiłbym zjeść metra sześciennego papieru na oczach czterech ubeków. Myślałem tylko o marihuanie (<em>śmiech</em>). Udało mi się cisnąć workiem przez okno. Potem szukaliśmy go, ale bez skutku.</p>
<p><strong>Skoro jesteśmy przy nałogach, to wytłumacz nam, skąd u ciebie taki wstręt do alkoholu?</strong></p>
<p>Chyba mam to w genach. Procenty mi nie smakują. Ale nie krytykuję tych, którzy piją, bo wiem, że alkohol może smakować.</p>
<p><strong>A kto nie pije, ten kabluje&#8230;</strong></p>
<p>Wiele razy mi to zarzucano. Wiem, że Jacek Fedorowicz załatwił sobie kwitek od lekarza, że wypicie naparstka alkoholu grozi mu nagłą śmiercią. Pomagało mu to w wielu przypadkach. Ja często zdenerwowany namolnością propozycji, wypijałem nadmierne ilości, żeby mieć w końcu spokój. W czasach konferansjerki jeden z członków zespołu 2+1, wytrawny pijak, tak mnie namolnie namawiał, żebym się napił, że w końcu nie wytrzymałem i wykrzyczałem: „no to nalej!”. Miałem wszystkich dosyć, bo cały stół był pijany i tylko ja trzeźwy. Jest to trudne do zniesienia. Krótko mówiąc, na trzeźwo nie rzygam z pijanymi. Wszyscy ucichli. Ten, co nie pije, pije. Nalali mi wódki do szklanki po herbacie. Pełną szklankę. Grobowa cisza. Ująłem ją w dłoń, porozmawiałem ze swoim organizmem, bo wiedziałem, że pierwsze łyki są najgorsze, ale szósty już wchodzi jak w mydło. Udało się, piłem wódkę małymi łykami, jak pija się letnią herbatę. Najwytrawniejszy pijak w towarzystwie z wrażenia puścił pawia pod stół.</p>
<p><strong>To co? Nie możemy liczyć na piwo z Redaktorem?</strong></p>
<p>Ja mogę wam, panowie, piwo postawić&#8230; (<em>zwraca się do kelnerki</em>) Jeszcze dwa piwa dla panów&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/janusz-weiss/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Szymon Majewski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/szymon-majewski-2/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/szymon-majewski-2/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 14 May 2010 11:32:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Majewski Szymon]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2133</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2004 rok TEKST: Łukasz Klinke, Marcin Meller, Piotr Szygalski fot. Piotr Małecki &#8211; (Przede wszystkim Szymon był głodny. Piekielnie głodny. Opowiadał pochłaniając niewyobrażalne ilości zupy dyniowej i kanapek z serem i ogórkiem. A my słuchaliśmy i nie wierzyliśmy, że ten człowiek jest taki sam prywatnie i służbowo &#8211; przed kamerą. Jest sobą [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><span style="text-decoration: underline;"> </span></strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Szymon-Majewski-2004.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2139" title="Szymon-Majewski-2004" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/05/Szymon-Majewski-2004.jpg" alt="" width="350" height="237" /></a>PLAYBOY nr 7, 2004 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Łukasz Klinke, Marcin Meller, Piotr Szygalski</strong></p>
<p>fot. Piotr Małecki<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Przede wszystkim Szymon był głodny. Piekielnie głodny. Opowiadał pochłaniając niewyobrażalne ilości zupy dyniowej i kanapek z serem i ogórkiem. A my słuchaliśmy i nie wierzyliśmy, że ten człowiek jest taki sam prywatnie i służbowo &#8211; przed kamerą. </em><em>Jest sobą i dobrze mu za to płacą. Zazdrościmy.)</em></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Co to za zagadka: dwie kulki i armatka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak jak każdemu facetowi, nie daje mi to spokoju. Moje kulki i armatka&#8230; Bardzo poważne pytanie. Od kulek i armatki wszystko się zaczyna. Swoją drogą był to pierwszy wierszyk, którego się nauczyłem, często powtarzałem i który, jak widać, do mnie powraca. Byłem bardzo nieśmiały, więc świadomość, że mam kulki i armatkę, przyszła późno. Dowiedziałem się o różnych rzeczach od mamy, bo ojca w domu nie było. Wcześniej na siłę uświadamiał mnie mój kuzyn. Opowiadał, że dziewczyny mają cipki, cycki i żeby było fajnie, to musisz włożyć armatkę. Miałem wtedy jakieś 12 lat. Strasznie się obruszyłem, powiedziałem, że to jest niemożliwe, że dziewczyny są fajne i kocham moją mamę. I nie wierzę w to, tak jak w UFO, o którym też mi opowiadał. Kuzyn był dosyć dobrze zbudowany, wiecie – kajakarz, podobał się dziewczynom, a ja byłem takim Harrym Potterem. Dla niego dwie kulki i armatka nie stanowiły problemu, dla mnie przeciwnie. Do mnie w ogóle pewne oczywiste sprawy docierają bardzo powoli. Jest taki słynny rym – „pałacyk i latarenka”, o onanizmie. Pała cyk i lata ręka. Znajomi na obozie harcerskim się zaśmiewali, ja oczywiście też, bo kurza twarz, wszyscy się śmiali, ale skumałem to dopiero po jakichś dwóch latach. Miałem jednak jeszcze lepszy numer. Byłem już DJ-em w Radiu Zet, miałem 26 lat i puściłem rebus. Robiłem wtedy tzw.  czujmózgi. Zadzwonił jakiś cham i mówi „lachociąg”, a ja ni w ząb, pierwszy raz słyszałem to słowo. I zaczynam mówić na antenie: „Proszę państwa, zastanówmy się, co to może być ten lachociąg? Czy to może jakieś zwierzę i czy jest kudłate, czy raczej nie? Proszę o telefon osoby, które wiedzą, jak wygląda lachociąg”. Pół godziny gadałem o lachociągu! Dopiero jakiś zdyszany kumpel dojechał do radia i spytał, co ja pierniczę, bo przecież wszyscy wiedzą, co to jest lachociąg!</p>
<p><strong>Kiedy UFO pogrążyłeś i w seksie zwyciężyłeś?</strong></p>
<p>Bardzo późno. Dziewczyny nie chciały się ze mną całować w podstawówce, nawet jedną z nich Tomek Gorazdowski (<em>obecnie dziennikarz radiowej Trójki – przyp.aut.</em>) musiał przekupić, żeby się ze mną całowała w szatni. Robiła to właściwie etatowo, ze wszystkimi, a ze mną nie. Zastanawiałem się, dlaczego? Może to kwestia oddechu&#8230; Potem pomyślałem sobie, że może nie chciała, bo byłem takim księciem z bajki.</p>
<p><strong>Smukła kibić, wielkość cyca? Co, Szymonie, cię zachwyca?</strong></p>
<p>Stopy. Dlatego bycie pantoflem jest miłe, bo uwielbiam stopy i chciałbym, żeby Magda (<em>żona Szymona – przyp.aut.</em>) po mnie chodziła. Chciałbym, żeby mi ktoś odlał jej stopy. Wtedy postawiłbym je sobie w domu. Jestem totalnym fetyszystą stóp, szczególnie takich trochę przybrudzonych.</p>
<p><strong>Czy Umy Thurman stopy podniecają cię, jak sprzątaczkę mopy? </strong></p>
<p>Nie. Jej stopy są za wielkie, ale moją ukochaną wizją seksualną jest seks ze sprzątaczką. Moje marzenie: Magda, bardzo elegancka kobieta, wita mnie kiedyś w jakimś brzydkim T-shircie, na pół naga, myjąc podłogę. Widzę jej napięte stopy na podłodze zalanej wodą. Wiecie, ściera, te sprawy&#8230;</p>
<p><strong>A Magda twoje marzenie skazuje na potępienie.</strong></p>
<p>Wie o tym i zawsze mówi, że zrobi to, ale jeszcze nie dzisiaj. Mam nadzieję, że przyszykuje coś takiego na diamentowe gody.</p>
<p><strong>W Playboyu świntuszysz. Czy czyniąc to, ranisz jej uszy? </strong></p>
<p>Nie, zawsze jej to czytam. Wychodzi z założenia, żebym lepiej tak sobie poszalał – na kartkach.</p>
<p><strong>Gdzie, Szymonie, kochanie się, to było dla ciebie najbardziej egzotyczne wyzwanie, któremu sprostałeś i wszystko z siebie dałeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Moja małżonka nie lubi nietypowych miejsc. Były historie łąkowe, ale bez ekstremalnych przygód traperskich w stylu urwista skała. Jakaś klatka schodowa, może nawet z sukcesem (<em>śmiech</em>). Nie przypominam sobie niczego z przymierzalni. W samochodzie też nie, choć bardzo się męczę, bo Magda lubi kłaść stopy na pulpicie i jak jest lato, to aż mi słabo. Ręce mi chodzą (<em>śmiech</em>). W ogóle zastanawiam się, jak to jest, że po jedenastu latach ciągle mi się chce ją przytulać. Ona twierdzi, że tak powinno być, a ja uważam, że to nie jest normalne. Jak ją widzę, to nie daj Boże! Komunia, imprezy rodzinne, a ja ciągle ją gdzieś tam trzymam za nogę. Zawsze zresztą, gdy przychodzę do domu, pytam żonę, co ją strasznie denerwuje: „Czy coś będzie?” (<em>śmiech</em>). Magda, jak każda romantyczna kobieta, lubi gdy „coś będzie”, ale niby „nie będzie coś”. Kiedyś, jak wiedziałem, że „coś będzie”, to godzinę przed była pełna gotowość kulek i armatki. A dzisiaj lubię to celebrować. Jestem, tak jak to Bakuła nazwała – „facet znienacek”.</p>
<p><strong>Z viagrą się kontaktowałeś czy nie ryzykowałeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie ryzykowałem, ale zastanawiałem się, co robić z takim czterogodzinnym wzwodem. Stać jak wieszak w przedpokoju? Nie wierzę, że można to robić cztery godziny. Dla mnie afrodyzjakiem jest żona. Jak ją powącham za uchem&#8230;</p>
<p><strong>A jak u ciebie z normą oglądania filmów porno?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nieczęsto mam z nimi kontakt. Kiedyś wypożyczyliśmy z Magdą, ale ona nie lubi, bo (cytat z ogłoszenia gazetowego) „co na ekranie, to na tapczanie” (<em>śmiech</em>). Nie podobała się jej fabuła i perypetie głównego bohatera. A ja uwielbiam, gdy dwie panie obdarzają się swoimi wdziękami. Poza tym jestem fanem filmów z pogranicza typu <em>9 i pół tygodnia</em>.</p>
<p><strong>Jaka golizna w Playboyu wpadłaby ci w oko, a jaka załamałaby głęboko?</strong></p>
<p>Chciałbym obejrzeć sobie Sharon Stone – jestem wielbicielem jej urody. W takim wieku nadal jest niesłychanie sexy. Sporo jest natomiast takich, których bym nie chciał oglądać, np. Zsy Zsy Gabor.</p>
<p><strong>Czy żona rada, kiedy Szymon pantofle zakłada? Chodzą słuchy, że Majewskiego nie interesują w domu inne ciuchy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bardzo hołubię swoją żonę i wiem, że w związku z tym w niektórych kręgach mam opinię pantoflarza. Przyznam, że bycie raz na jakiś czas na rozkaz własnej damy jest nawet czymś miłym. Kiedy pojawiła się małżonka i dzieci, skończyłem z życiem towarzyskim. Kumple posądzali mnie nawet o to, że ich olałem. Są oczywiście faceci, którzy potrafią ustawić sobie tak sytuację, że „sorry, dziś mecz Polska–Bułgaria, wychodzę”. A ja nie! Może dlatego, że sam pochodzę z rozwalonej rodziny. To samo żona. Była w nas głęboka chęć odwrócenia karty i rzeczywiście bardzo w to wsiąkłem, ale nie żałuję. Choć wiem, że jedni powiedzą, że to fajny związek, a bardziej zorientowani na towarzystwo nazwą mnie pantoflarzem. Swoją drogą, co to znaczy pantofel? Jeśli to ktoś taki, kto jest z rodziną, z żoną, nie odszedł od niej i nie wali jej po twarzy to OK.</p>
<p><strong>Za ile i co, przyjacielu, kupiłeś żonie w Izraelu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Pierścionek za trzy, cztery tysiące złotych, no ale taki jestem. Bardzo kocham żonę i lubię dawać jej dowody miłości. A kupiłem go w kopalni diamentów. Żona chciała zawsze mieć pierścioneczek kojarzący się z książką <em>Śniadanie u Tiffany’ego</em>. Zobaczyłem taki na wystawie i od razu chciałem go kupić, tyle że był cholernie drogi, ale na szczęście Robert Kozyra (<em>prezes Radia Zet– przyp.aut.</em>) pożyczył mi kasę. Uwielbiam przygotowywać niespodzianki. Na przykład dwa lata temu zrobiłem mojej żonie „mamy cię!”. Były jej imieniny. Zadzwoniłem do znajomego, żeby zaprosił ją na spotkanie w sprawach biznesowych. Przyjechałem do knajpy wcześniej i schowałem się pod stołem, cały czas esemesując. Przyjechali, rozmawiają, a ja nagle wyskakuję spod stołu i krzyczę: „Super! Świetnie! Czyli mnie zdradzasz, tak? Wiesiek, dziękuję ci z całego serca!”. W tym momencie nasi znajomi weszli z kwiatami&#8230;</p>
<p><strong>Nadal chcesz mieć trójkę dzieci, a żona mówi, że ich nie skleci?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To kwestia upływającego czasu. Dzieci nam podrosły, a ja bym chciał mieć znowu coś takiego małego i ciepłego. Ciągle mówię do niej: „Chodź Magda, zapłodnię cię” (<em>śmiech</em>). A ona na to: „Po pierwsze nienawidzę tego obrzydliwego słowa, po drugie – chyba zwariowałeś, a po trzecie – nie”. Krótko i na temat. Magda nienawidzi słów jak: kopulacja, stosunek płciowy, zapłodnienie w moim, czyli prześmiewczym wykonaniu. Rozumiecie – Królewna Śnieżka.</p>
<p><strong>By była, waćpan, równość rachunku, opowiedz nam teraz o pierwszym stosunku.</strong></p>
<p>Proste pytanie, prosta odpowiedź. Magda.</p>
<p><strong>Chudy okularnik – taki byłeś. Jak zatem swój wzrok poprawiłeś? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dzięki mamie. Chodziłem do okulisty, bo miałem lekkiego zeza. Na ulicę Oczki zresztą. Jak się chodzi do okulisty na ulicę Oczki, to budzi to wrażliwość na zbitki słów.</p>
<p><strong>Powiedz nam może, gdzie nauczyłeś się sterylizować noże?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W szpitalu na Banacha. Trafiłem tam, bo nie chciałem iść do wojska. Dziadek twierdził, że to dobrze, że nie chcę iść do komunistycznej armii, a ja po prostu nosiłem długie włosy i słabo się w wojsku widziałem. Zdawałem drugi raz na psychologię i drugi raz się wyłożyłem na tym samym zresztą pytaniu. Coś z historii. Jaka była sytuacja ekonomiczna na jakichś ziemiach? Była zła pewnie. Podejrzewam, że nie było za dobrze, zabory w końcu, ale niektórzy sobie radzili (<em>śmiech</em>). Taka mniej więcej była moja odpowiedź. Byłem pewien, że za rok nie będę musiał się już tego uczyć, a tu, kurwa, to samo pytanie! A zatem unikając wojska postanowiłem uprzedzić ich ruch. Praca w szpitalu, w centralnej sterylizacji, podchodziła wtedy pod służbę cywilną. Zacząłem sterylizować narzędzia w piecach parowych.</p>
<p><strong>Zdziwi to czytelników licznych, żeś technik autoklawów medycznych.</strong></p>
<p>Byłem technikiem autoklawu, czyli zajmowałem się obsługą pieców sterylizacyjnych i gazowych. Miałem na to papier, ale go nie odnowiłem i po dwóch latach stracił ważność. Nie miałem zbyt dobrych kontaktów z siostrą oddziałową, bo ponazywałem piece. Na jednym napisałem „Ryszard Rwie Serce”, a na drugim „Stefan Batory”, co bardzo ją wkurwiło. Powiedziała, że piec służy do sterylizowania i że to niepoważne.</p>
<p><strong>Kiedy po raz pierwszy odkryłeś, że śmiech czyjś wzbudziłeś? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak było zawsze. To sposób na życie. Pamiętam swoją komunię. Teraz masz czterdziestu fotografów, którzy chcą zarobić, wtedy był jeden i było jedno zdjęcie. Kto wyszedł na nim jak idiota? Tylko ja. Ponieważ akurat w tym momencie wpadło mi do głowy, żeby zrobić głupią minę! W szkole cały czas komentowałem, miałem z tego powodu przesrane. Zawsze miałem dwie rzeczy do wyboru: powiedzieć jedno słowo komentarza trafione w dziesiątkę, po którym wszyscy się śmieją i wylecieć z klasy, albo nic nie powiedzieć. Zawsze mówiłem! Śmiech był moją zaletą. Nie byłem bykiem, nosiłem okulary, nie miałem dżinsów tylko marne spodnie od wujka. Musiałem ludzi pozyskać żartem. Starsi z wyższych klas, którzy słuchali wtedy hardrocka, pozwalali mi ze sobą tańczyć, bo „Sroczka jest w porządku, zawsze się wygłupia”.</p>
<p><strong>Dlaczego Sroczka? Miałeś coś z ptaka czy byłeś taki zawadiaka? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Sam to wymyśliłem, żeby nie mieć idiotycznego przezwiska typu „piszczel” czy „trup”. Taki greps – nazwać się fajnie, zanim ktoś cię nazwie.</p>
<p><strong>A zerkasz czasami na siebie? Jesteś narcyzem w potrzebie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie. Sorry za porównanie, ale z robieniem skeczy jest jak z robieniem kupy. Człowiek nie chce tego oglądać. Męczysz się przy tworzeniu. Z tą kupą to cytat chyba z Johnny’ego Deppa.</p>
<p><strong>Sam to sobie wymyśliłeś, czy przypadkiem do radia trafiłeś (<em>Szymon Majewski pracował w Radiu Zet – przyp. aut.</em>)?</strong></p>
<p>Z Rafałem Sławoniem, kolegą z liceum, zareagowaliśmy na ogłoszenie. Nagraliśmy kasetę z piosenkami od Jaremy Stępowskiego po The Clash i Sex Pistols – całe spektrum naszych zainteresowań. Były wakacje i to chyba przesądziło, że tylko dziesięć osób przyszło i wszystkie zostały przyjęte. Rozmawiał wtedy z nami Janusz Weiss, ja właściwie nic nie mówiłem, bo Sławoń był dobry w gadaniu i znał dużo lektur. Miałem taką cechę, że musiałem się najpierw oswoić. Tak było też w Zetce. Wszyscy ostro wystartowali, a ja usiadłem przed mikrofonem i od razu coś wyłączyłem, spadła płyta i nie mogłem z siebie wydusić ani słowa. Zacząłem grać w nocy, mówiłem co chciałem i w pewnym momencie tak się oswoiłem, że było super. Woyciechowski (<em>Janusz. Nieżyjący już założyciel Radia Zet – przyp. red.</em>) wracał kiedyś o czwartej nad ranem z imprezy, posłuchał mnie, powiedział, że jest świetnie i zdecydował, żebym grał w ciągu dnia, bo pozostali ciągle mówili: „Jest w pół do ósmej, a teraz piosenka”. Zresztą dzisiaj wszyscy tak robią. Najpierw chcieli mnie rano, ale puściłem wymiatanie na gitarze Steve’a Vaia. No to ludzie nieco odpadli. Zresztą wtedy też zaczęło się moje odchodzenie od bycia DJ-em. Coraz więcej piosenek z playlisty nie akceptowałem i czułem, że lada moment będzie to kompletnie bez sensu.</p>
<p><strong>Najzabawniejsza radiowa przygoda. Opowiedz nam o niej, to ci zdrowia doda.</strong></p>
<p>Było ich mnóstwo. Zaklinowała mi się kiedyś płyta i nie chciała grać. Otwieram kieszeń kompaktu i widzę pomidora z kiełbasą. Facet przede mną jadł śniadanie. Śmiałem się, że ludzie w radioodbiornikach czuli kiełbasę.</p>
<p><strong>Problem też inny nas męczy: jak cię można wkręcić?</strong></p>
<p>Już nie można. Jestem zbyt czujny. Jeśli w ogóle, to nie w nietypowe sytuacje, raczej bardzo życiowe. Urząd Skarbowy dzwoni: „Proszę się stawić”. To ewidentnie by się powiodło, gdyż jest to obszar, którego nie kumam. Na abstrakcję jestem wyczulony. Próbowali mnie wkręcić w “Łysych koniach” (<em>były program TVN-u – przyp. aut.</em>), ale od razu wiedziałem, o co chodzi. Zobaczyłem dziewczynę, której drżały ręce, czułem, że gra. Przez swoją czujność staję się bardziej cierpliwy. Stoi przede mną facet na światłach, jest zielone, a on nie rusza i rozmawia przez komórkę. Już chcę wyjść, dawać sygnał, ale myślę sobie: „Nie, może mnie wkręcają”. Chociaż była i taka sytuacja: wyjeżdżam rano z dziećmi, a tu zablokowana ulica, bo grupa aut jechała na zlot garbusów. Czując, że to może jest wkręcanie, zacząłem zbyt gwałtownie fikać do policjanta. Myślałem, że to ekipa, która mnie ostro nie potraktuje.</p>
<p><strong>Jak to zrobiłeś, że się do TVN-u wkręciłeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Zadzwonił do mnie Edward Miszczak. Byłem trochę zdziwiony, bo kiedyś wyszedłem z finału Miss Polonii, pokazywanego w TVN-ie, a byłem jurorem. Nie podobała mi się konwencja, taka bigbrotherowa, a ja za nią nie przepadam. Wkurzyłem się i po trzecim głosowaniu odpuściłem. Szkoda tylko, że na swoim siedzisku zostawiłem portfel, który oglądała cała Polska. Mimo wszystko później Miszczak zadzwonił. Wcześniej otrzymywałem różne propozycje: Polsat chciał, żebym prowadził “Idola”, ale zobaczyłem taśmę z angielskim “Idolem” i nie podobało mi się gnojenie tych ludzi. TVN zaproponował prowadzenie programu “Jestem jaki jestem”. I co, od drugiej minuty miałem mówić, że jesteś bez sensu, źle się ubierasz i powinieneś śpiewać inne piosenki? “Mamy cię!” spodobało mi się od początku i czułem, że jest to konwencja dla mnie.</p>
<p><strong>Czy przed “Mamy cię!” nagraniem, charakteryzujesz się zdenerwowaniem?</strong></p>
<p>Czasem mam taki stan jak kobiety – „zespół napięcia przedprogramowego”. Panikuję, że nie jestem przygotowany, że nic nie wyjdzie, a czasem myślę sobie, jest super. Mam też uczucie „permanentnego rozpaczliwca”. Wzięło się to z tego, że zawsze byłem na bakier ze szkołą i nie mam żadnego papierka. Cały czas wydaje mi się, że przyjdzie jakiś facet i powie: „Dobry wieczór, jestem z komisji artystów polskich, zapraszam jutro na spotkanie”. Jadę potem do jakiegoś urzędu jak u Kafki, a tam siedzi czternaście osób – facet od emisji głosu, facet od dykcji, największe autorytety i pytają: „Na jakiej podstawie wykonuje pan swój zawód radiowca i człowieka prowadzącego programy w telewizji? Proszę pokazać swoje papiery”. A ja na to: „Nie mam, macie mnie!”. Ja właściwie robiąc to, co robię, cały czas się bawię i boję się, że nagle ktoś wejdzie i zabierze mi zabawki. Jestem uzależniony od wytworów mojej głowy. Boję się, że te baterie kiedyś się wyczerpią. Ktoś powie: „To, co pan robi, nie jest śmieszne”.</p>
<p><strong>Spotykasz się z opiniami, że twoje poczucie humoru nie kojarzy się z blond paniami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Cały czas. W radiu mówi się, że “Sponton” (<em>program w Radiu Zet, który prowadził kiedyś Szymon – przyp. aut.</em>) jest dla mnie i moich kolegów, że jego sens jest czysto „image’owy”, bo jak się Tomek Lis, Monika Olejnik i Grzegorz Miecugow spotkają na jakimś bankiecie, to będą mogli sobie powiedzieć: „Słyszałeś dzisiaj?”, a pół Polski siedzi i nikt nic nie rozumie. Takie same zarzuty były też a propos rzeczy, które robiłem w “Wieczorze z Alicją” (<em>były telewizyjny program Alicji Resich-Modlińskiej, w którym Szymon występował gościnnie jako wynalazca dziwnych przedmiotów – przyp. aut.</em>). Z Jedynki próbowali mnie zrzucić. Maciek Strzembosz, który był producentem, ciągle mi mówił, że ile razy chodzi do telewizji, to słyszy, że Majewskiego trzeba natychmiast zwalić, bo nikt niczego nie kuma i ludzie wysyłają listy, że nie wiedzą, o co chodzi.</p>
<p><strong>Nie wszyscy ciebie rozumieją. Afera z „zerem” (<em>po tym jak były premier Leszek Miller nazwał przed komisją sejmową posła Zbigniewa Ziobrę – zerem, Majewski żartował, że teraz zerówki nazwą „ziobrówkami”, a James Bond będzie określany jako „agent Ziobro, Ziobro, Siedem” – przyp. aut.</em>) nie była nadzieją&#8230;</strong></p>
<p>Po tym “Spontonie” dostałem maila od jakiegoś chłopca z podstawówki, który ma na nazwisko Ziobro i narzeka, że w szkole wołają na niego „zero”. Ja mówię mu, że to przez Millera, a on twierdzi, że to przez moją audycję, a jego ojciec jest prawnikiem i zastanawia się, czy nie podać mnie do sądu.</p>
<p><strong>A dzwonią do ciebie politycy, rozgniewani niczym na sejmowej mównicy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Raczej ich oburzony elektorat. Czasami mam telefony od agencji reklamowych, których produkty obśmiewam. Dzwonili też do mnie fani różnych wykonawców, np. Edyty Górniak – chcieli, bym ją przeprosił.</p>
<p><strong>Z kogo się nie śmiejesz i nad tym nie bolejesz?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ze słabszych. Wolę wyśmiewać tych, którzy dysponują jakąś siłą, czyli np. polityków, “Wiśnię” (<em>Michał Wiśniewski – przyp. aut.</em>) itd. Ale już pojawiają się kontrowersje w związku z Jurkiem Owsiakiem. Kiedyś troszkę sobie z niego zażartowałem, opowiadałem o tzw. “Jurassic Park”, w którym wszyscy wszystkim starali się zrobić dobrze. Pojawiły się spore pretensje. Owsiak stał się święty.</p>
<p><strong>A nagrałeś kiedyś “Spontona” boskiego, w którym śmiałeś się z Majewskiego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wiele razy. Jest tego od cholery. Śmiałem się z tego, że mi odwaliło i nie chce mi się robić “Spontonów”, bo jestem gwiazdą TVN. Opowiadałem o światłach kamer, o tym, że nie mogę się skupić, że mam zakwasy od dawania autografów itd. Ja naprawdę mam do siebie duży dystans w przeciwieństwie do niektórych nieśmiesznych satyryków.</p>
<p><strong>Co czujesz, gdy twoje dowcipy są wykorzystywane przez innych? Skarżysz ich do urzędów gminnych?</strong></p>
<p>Zdarzyło mi się tak z dwa, trzy razy i aż mi się nie chce o tym mówić. Czytałem swoje dowcipy jako czyjeś inne. Na przykład kawał o Millerze (<em>po katastrofie śmigłowca MI 8 z Leszkiem Millerem na pokładzie – prezydent Kwaśniewski mówi: spadło mi poparcie o dwa procent, a  Miller na to: a mi 8 – przyp. aut.</em>) był mój, ale wydrukowała go “Gazeta Wyborcza”, nie podając autora. Ale nie chce mi się nigdy czegoś takiego odkręcać, żeby nie wyjść na małego dupka. Przeczytałem też swój dowcip o Kwaśniewskiej. Jota w jotę. Znacie? Wiecie, dlaczego Kwaśniewska oddała swoje futro do skrócenia? Żeby jej Lis nie deptał po piętach. I ten kawał również ukazał się bez wzmianki o tym, gdzie pojawił się po raz pierwszy. Ja tak nie robię i nigdy bym nie zrobił.</p>
<p><strong>Pytanie nas takie męczy czasem – w domu tyś błaznem czy raczej smutasem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Różnie, jestem typowym Bliźniakiem. Mam sinusoidalne nastroje. Dwa dni mocnego doła, potem łapię jakąś fazę, potrafię tańczyć i śpiewać w środku dnia. Zdarza się, że i w domu daję czadu. Córka, która ma 11 lat (<em>dzisiaj już 14 – przyp. aut.</em>), musi czasem wysłuchiwać dziwnych rzeczy. Mówię na przykład: „Ta pani była na przyjęciu. Widziałaś Zosiu jej fryzurę? Miała jakby cipkę na głowie”. Córka oczywiście w śmiech, ale żona słusznie zwraca uwagę, że nie powinienem się dziwić, że dzieci potem dziwnie się zachowują, że Antek jest ciągle wyrzucany z lekcji religii. Albo położę się koło psa na podłodze i słyszę tekst córki do żony: „Mamo, mamy nienormalnego tatę. Dlaczego tato leży z psem?”. A ja po prostu lubię leżeć na podłodze i lubię zapach swojego psa. Położyłem się i przysnąłem. Choć pewnie w różnych domach byłby to najebany tata i wtedy byłoby to jakieś uzasadnienie. A tutaj tata trzeźwy i nagle się kładzie. Mam nadzieję, że żona jest takim żywiołem, który zapewni dzieciom pewną stabilność. Zauważyłem jednak zależność: dużo lepiej wymyśla mi się śmieszne rzeczy, kiedy mam totalnego doła. Najlepsze przychodziły mi na przykład do głowy, gdy była wojna w Jugosławii. Byłem w górach, siedziałem tam z dziećmi i układałem scenariusz wojny, która na pewno dotrze do Polski. Wiedziałem już, że zostaniemy na Kalatówkach i będziemy gromadzić zapasy&#8230; Kiedy jestem smutny, zaczynam sobie po trochu dawkować mój wewnętrzny prozac, żeby depresja nie miała rozmiarów patologicznych i dzięki temu łatwiej udaje mi się wymyślać coś dobrego.</p>
<p><strong>Czy ekspresja twoja powaliłaby na kolana nawet biskupa Leszka Sławoja?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Niestety czasem mocno ujawniam swoje emocje. Niedawno wiozłem na komunię syna tort, który rozwalił mi się w samochodzie. Otworzyłem drzwi i jadłem z wycieraczki, nie chciałem, żeby się to zmarnowało, byłem kompletnie wściekły, a potem musiałem jeszcze jechać do ciotki na retusz tortu. Wyobrażacie sobie? Facet, którego ludzie kojarzą z telewizji, stoi koło samochodu, bluzga i je tort z podłogi. Świr! Mam w sobie za dużo energii. To nie ja nią rządzę, tylko ona mną. Stąd wziął się pomysł z jogą. Było to wyraźne zalecenie mojej małżonki i dzieci. Wychodziłem po ćwiczeniach nie ja. Wsiadałem do samochodu i było mi wszystko jedno. Mogłem jechać nawet 30 km/h i czułem się genialnie. Wcześniej chodziłem na sesje psychoterapeutyczne i zastanawiałem się, czy to nie mnie powinni płacić. Gadam godzinę, a potem muszę płacić. To przecież ja tej pani fajnie opowiadam (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Dużo wódki spożywasz, gdy na imprezach bywasz?</strong></p>
<p>Nie spożywam w ogóle. Mam tak, że wchodzę na imprezę, słyszę fajną piosenkę, spotykam fajnych ludzi i się bawię. To taki stan, że wszyscy podejrzewają, że jestem narąbany. Miałem dziesiątki takich sytuacji, kiedy słyszałem z boku: „Popatrz, jak się nawalił”, a ja nic – tylko słone paluszki i herbata. Jak mówię, że nie piję, to słyszę czasem takie charakterystyczne – „Wiem, rozumiem”, że niby już zaszyty i porozrywany potem siedemset razy. Kompletnie nie rozumiem, jak można pić wódkę, która raz że gryzie mnie w gardło, to jeszcze do tego wlewa mi się zawsze nie w te dziurki, w które potrzeba. Czasem piję takie alkohole jak kobiety – drinki z parasolkami.</p>
<p><strong>A co będzie z tobą dalej, chłopie? Przecież nie będziesz pracował w OBOP-ie.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jestem oswojony z sytuacją, że raz bardziej o mnie słychać, a raz mniej. To miłe, gdy ktoś do ciebie podejdzie, pochwali, coś powie. Nie boję się przyszłości. Moje główne zajęcia to praca w radiu (<em>Szymon pracował w nim do 2005 roku – przyp. aut.</em>) i jakieś pisanie. Zawsze będzie coś do zrobienia. Poza tym każdy musi w końcu odczuć moment, w którym przestaje dzwonić tzw. telefon. Dlatego zawsze było mi szkoda ludzi z Big Brothera, w których życiu na pewno rozegrało się parę totalnych dramatów. Wyszli znikąd, uczyniono z nich bogów, tylko z tego powodu, że są, i nagle koniec. A trzeba pamiętać, że oni – w przeciwieństwie do ludzi, którzy siedzą w rozrywce – nie byli przez nikogo przygotowani na porażki.</p>
<p><strong>Czy mają rację ci, którzy uważają Majewskiego za dobrze zarabiającego, prawie Kennedy’ego?</strong></p>
<p>No pewnie. I głupio mi, że w kraju, w którym moja mama dostaje 900 złotych emerytury, ja dostaję kasę za głupie żarty. Ale Kulczykiem to ja nigdy nie będę.</p>
<p><strong>A ile trzeba ci dać, byś imprezy zaczął grać?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Podobno jestem w złotej dziesiątce osób, które koszą największą kasę za prowadzenie imprez. Mogę cię odesłać do mojej agentki, bo często sam nie wiem, za ile pracuję. Poza tym nie potrafię rozmawiać o pieniądzach. Agentka robi to, czego ja nie lubię, a ja tylko przyjeżdżam i występuję, bo to akurat lubię. Tak więc nie chałturzę, bo chałtura kojarzy mi się z zarabianiem pieniędzy bez żadnej przyjemności, a ja, owszem, zarabiam, ale świetnie się przy tym bawię.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Agentka wie, gdzie na pewno wystąpisz, a gdzie nie?</strong></p>
<p>Nie interesują mnie imprezy partyjne, stowarzyszeniowe, nie biorę imprez związanych z propagowaniem używek, czyli alkoholu i papierosów, chyba że jest to zamknięty bankiet dla pracowników. Omijam także wszelkie imprezy „wstydowe”. Na przykład kiedyś zadzwonili do mnie, żebym poprowadził pokaz nowego modelu kosiarki. Miałem także propozycję poprowadzenia imprezy z okazji otwarcia punktu sprzedaży autobusów (<em>śmiech</em>). Ale było też i coś takiego. Zadzwoniły dziewczyny, które chciały mnie zaprosić na dziesięcioosobowy domowy pożegnalny bankiet z okazji wyjazdu swojej koleżanki z pracy za granicę. Same dziewczyny. Chodziło o to, żebym zjadł z nimi kolację. Rozmawialiśmy na temat tej propozycji z moją żoną, która uznała, że jest to dziwna propozycja. Zastanawialiśmy się, gdzie jest granica serwisu (<em>śmiech</em>). Pałacyk, latarenka, a teraz dwie kulki i armatka (<em>śmiech</em>). Nie da się ukryć, zahaczało to o chippendalesa. Kogo mam bzyknąć teraz itd. <em>(śmiech</em>).</p>
<p><strong>Dlaczego nie wystąpiłeś w żadnej reklamie, mociumpanie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Miałem propozycje od funduszu emerytalnego, linii lotniczych, szkoły języka angielskiego i jeszcze parę innych. Ale ja sam w swoich programach robię sobie jaja z konwencji reklamy, więc byłoby to nie na miejscu. Poza tym praktycznie nie ma fajnych, zabawnych scenariuszy. Pisałem reklamy, owszem, ale to zupełnie coś innego. W programie “Mamy cię!” zapowiadam bloki reklamowe za każdym razem i podobno po moich zapowiedziach reklamy są oglądane. Oglądalność nie leci w dół, tak jak zawsze. Ajax kontra FC Pronto robią swoje (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy bierze cię jasna cholera, gdy widzisz Andrzeja Leppera?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bierze mnie raczej strach i mam wrażenie, że jego wielbiciele przez swoje porcięta i galoty wiedzą, że on nie mógłby rządzić (<em>a jednak! – przyp. aut.</em>). Chociaż czasami chciałbym, żeby wszystko było takie proste. Mnie nie każdy rozumie, a jego rozumieją wszyscy. Gdybym wyszedł na scenę, piardnął, zagrał na pachach, pokazał kulki i armatkę, wszyscy by mnie pewnie pokochali. Mam go gdzieś, bo jest kiepski. Chciałbym zobaczyć dzień, w którym on wygra, gdyż jestem pewien, że jak usiądzie w tym swoim fotelu i jak mu przyniosą papiery, to nie będzie wiedział, o co właściwie chodzi.</p>
<p><strong>Wolisz rock punka czy Zappę Franka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wolę punka. Nie jestem już punkrockowcem, ale byłem, tak jak i harcerzem. Nigdy nie lubiłem przefilozofowanej, przekombinowanej muzyki, no może poza Doorsami. Muzyka to zabawa, tak więc Sex Pistols i Exploited zawsze.</p>
<p><strong>Majewski to dwukrotny mistrz martwego ciągu. Żart czy powaga niczym w rządowym pociągu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Powaga. Trenowałem kulturystykę, choć może tego nie widać (<em>śmiech</em>). Chodziłem na siłownię, żeby wyjść z tego Harry’ego Pottera. Pokażę wam biceps (<em>to mówiąc Szymon pokazuje okazały biceps na mniej okazałej ręce – przyp. aut.)</em>. Kiedyś było lepiej, zresztą żona ostatnio powiedziała, że spadła mi klatka (<em>śmiech</em>). Przy okazji dowiedziałem się, że Brad Pitt w <em>Troi</em> był dublowany w łydkach (<em>śmiech</em>). Pakował chłopak, ale do końca nie dopakował łydek (<em>śmiech</em>). Zastanawiam się, gdzie po świecie chodzi ten facet, który był superłydkami Brada Pitta? Brad zaprzecza, ale ja wiem swoje i zawsze wypominam to Magdzie, która jest w nim na zabój zakochana.</p>
<p><strong>Co w rubryce „zawód” wpisujesz i czy się z tym wpisem identyfikujesz?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Z tym mam zawsze problem. Nie chcę pisać „dziennikarz”, bo nim nie jestem. Nie jestem też – jak chcą niektórzy – satyrykiem, bo ktoś taki kojarzy mi się ze swetrem, wytartymi i wiszącymi spodniami, rozstrojoną gitarą i śpiewaniem mocno zaangażowanych piosenek. Za granicą, gdy wiem na pewno, że nikt nie będzie widział mojej wizy, piszę jednak „dziennikarz”.</p>
<p><strong>Jakich słów nadużywasz i jeszcze mocniej to przeżywasz?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>„Wiesz” i „paździerz„ bądź „paździerzowy”.</p>
<p><strong>Jakie to było zadanie: z Playboyem gadanie? </strong></p>
<p>Było naprawdę miło, ale są rzeczy, o których nigdy nikomu nie opowiem. Mimo że ja pasjami uwielbiam gadać, a jak jeszcze do tego można dużo pogadać o samym sobie&#8230; (<em>śmiech</em>)  Ale kto tu komu płaci? Ja wam, czy wy mnie?</p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/szymon-majewski-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Porankowicze RMF-u</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/porankowicze-rmf-u/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/porankowicze-rmf-u/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 28 Apr 2010 11:36:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Porankowicze RMF-u]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2040</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 2, 2007 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Paweł Fabjański &#8211; Lubicie markowe garnitury? MARCIN ZIOBRO: Nie bardzo wiemy, co to jest. TOMASZ OLBRATOWSKI: Ja wiem! Bo moja żona robi w branży. Markowe garnitury to tylko nazwa. Kiedyś oglądaliśmy garnitur Bossa, żona dotknęła, palcami pomacała i mówi: „Materiał z Bielska. Szyty w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/04/Porankowicze-RMF.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2046" title="Porankowicze-RMF" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/04/Porankowicze-RMF.jpg" alt="" width="350" height="229" /></a>PLAYBOY nr 2, 2007 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://fabjanski.com ">fot. Paweł Fabjański</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Lubicie markowe garnitury?</strong></p>
<p>MARCIN ZIOBRO: Nie bardzo wiemy, co to jest.</p>
<p>TOMASZ OLBRATOWSKI: Ja wiem! Bo moja żona robi w branży. Markowe garnitury to tylko nazwa. Kiedyś oglądaliśmy garnitur Bossa, żona dotknęła, palcami pomacała i mówi: „Materiał z Bielska. Szyty w Bielsku”. Garnitury polskich firm są trzy razy lepsze i trzy razy tańsze.</p>
<p>PRZEMYSŁAW SKOWRON: Nie mam żadnego podejścia do garniturów. Ja i garnitury to jeszcze nienapisany rozdział.</p>
<p>WITOLD LAZAR: A ja i owszem, lubię. Rzadko chodzę, ale jak czasem zakładam, to w pracy od razu pytają: „Co się stało?”</p>
<p><strong>Nie bez kozery pytamy o garnitury. Nie wiemy, czy przeżyjecie to pytanie, ale jesteście w końcu dorośli… Jedna z waszych koleżanek powiedziała nam: „Nasi porankowicze nie są niestety zbyt fotogeniczni, więc może w sesji fotograficznej pomogą im markowe garnitury”.</strong></p>
<p>(<em>Ogólny wybuch śmiechu</em>)</p>
<p>LAZAR: Głosy mamy telewizyjne, a urodę radiową. Może to oklepane, ale prawdziwe.</p>
<p>OLBRATOWSKI: A ja uważam, że jestem fotogeniczny! Koleżanka nie miała racji. (<em>Wskazując Witolda Lazara</em>) Widocznie o nim myślała, nie o mnie!</p>
<p><strong>Powiedziała nam również, że nie możemy się z wami spotkać bezpośrednio po poranku, bo odsypiacie…</strong></p>
<p>SKOWRON: Nieprawda. Po poranku przez kilka godzin pracujemy jeszcze nad radiową rzeczywistością, przygotowując się na następny dzień.</p>
<p><strong>Czy któryś z was rano dochodzi do siebie szybciej niż pozostali?</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Raczej dojeżdża (<em>śmiech</em>).</p>
<p>ZIOBRO: Starsi uczestnicy dojeżdżają wolniej.</p>
<p>SKOWRON: Nie ma reguły. Wszystko jest pochodną dnia poprzedniego.</p>
<p>LAZAR: O wieczorze nie wspominając.</p>
<p>SKOWRON: Ja potrafię się zresetować. Lecą dwie piosenki, zasypiam, potem budzę się i jadę dalej.</p>
<p>ZIOBRO: Podziwiam tę umiejętność, ale nie podzielam, bo ja jestem cały czas bardzo przejęty.</p>
<p>LAZAR: Tak zwane paniczne parcie na mikrofon.</p>
<p>ZIOBRO: Przed mikrofonem jestem dopiero od paru lat, w związku z tym odczuwam potworną tremę.</p>
<p>LAZAR: Ale jest już coraz lepiej…</p>
<p>SKOWRON: Jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat i będziesz się z tego śmiał.</p>
<p>(<em>Rechot ogólny</em>)</p>
<p><strong>Parcie na mikrofon mamy omówione. A co z parciem redaktorów na szkło? Red. Skowron pracuje w telewizji regionalnej, red. Lazar pracował w Teleexpresie i Wiadomościach, red. Olbratowski bratał się z Gulczasem… Ale celebami nie jesteście.</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Szkoda. Jestem zakompleksiony i bardzo bym chciał być celebem.</p>
<p>LAZAR: Nie podobam się sobie w telewizji. Kamera mnie nie lubi, więc parcia nie mam.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Mnie też, ale ja ją kocham. Dla mnie w telewizji liczą się tylko: satyra, przemoc, sport i kobiety. Lubię pokazać mordeczkę w TV, bo parę groszy zawsze wpadnie. Ale serio, to tak na stałe bym nie chciał.</p>
<p>ZIOBRO: Nie lubię horrorów, więc siebie w telewizji nie widzę.</p>
<p><strong>Czy w środku tygodnia redaktorzy czasami imprezują?</strong></p>
<p>LAZAR: Uwaga, dyrekcja też czyta PLAYBOYA…</p>
<p>OLBRATOWSKI: Napiszcie, że na pytanie, jak się pracuje na kacu, porankowicze odmówili udzielenia odpowiedzi. My po prostu nie wiemy, co to jest kac.</p>
<p>ZIOBRO: Nie pamiętamy, co to jest.</p>
<p><strong>Skoro już wiemy, że budzicie się rześcy, to powiedzcie jeszcze, jakie kobiety was budzą.</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Mnie budzi nasza pani telefonistka…</p>
<p>ZIOBRO: Albo ja.</p>
<p>LAZAR: Zaraz, chwileczkę. Marcin nie jest kobietą!</p>
<p>OLBRATOWSKI: Ale ma bardzo piękny głos!</p>
<p>SKOWRON: Mnie budzi Szwedka o słodkim imieniu Nokia.</p>
<p><strong>Uuuu… Od razu widać, że redaktor Skowron w ogóle nie imprezuje w środku tygodnia. Z roztargnienia myli Szwedki z Finkami.</strong></p>
<p>LAZAR: Ostre dziewczyny. Te finki&#8230;</p>
<p>OLBRATOWSKI: A moim ideałem kobiety jest kobieta jako taka.</p>
<p>SKOWRON: Mocno powiedziane, jak na faceta po czterdziestce.</p>
<p>(<em>Ogólny wybuch śmiechu</em>)</p>
<p>ZIOBRO: Tomkowi pewnie chodziło o to, że jego ideałem jest Japonka – „ja ko ta ka”.</p>
<p>LAZAR: Japonki podobno są teraz bardzo modne. Kupiłem ostatnio parę nad morzem.</p>
<p><strong>Skoro już jesteśmy przy modnych Japonkach, powiedzcie, jakie są wasze typy na naszą rozkładówkę.</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Powiem, ale tego nie nagrywajcie. Nie lubię tych waszych dziewczyn. One są takie strasznie bezosobowe. Tony makijażu, komputerowo obrobione… Nie ma szans, żeby te dziewczyny poznać na ulicy.</p>
<p>SKOWRON: Ale zobaczcie jak pan Bóg pobłogosławił nam Słowiankami. Przecież, jak się pojeździ po świecie, szczególnie do tych Anglosasów…</p>
<p>LAZAR: No, tam rzeczywiście nie jest najlepiej. Ale już na przykład Włoszki i Hiszpanki do 16. roku życia są OK (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czekamy na jakieś konkretne typy.</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Irena Santor?</p>
<p>ZIOBRO: A widzieliście zdjęcia Sophii Loren w kalendarzu Pirelli? Ja widziałem niestety tylko jedno. Niestety, bo zdjęcie doskonałe.</p>
<p>LAZAR: Podobno Sharon Stone jest w nieustająco świetnej formie.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Wiecie, kogo bym chciał na rozkładówce? W podstawówce miałem superkolegę Lelka.</p>
<p><strong>Jego byś chciał zobaczyć?!</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Nie (<em>śmiech</em>). Lelek, mój kumpel gitowiec, miał od groma tatuaży, a między innymi gołą babę na udzie. No i obowiązkowo pagony. Wiem, że dużo tatuaży ma też Chylińska. Dlatego ją chciałbym zobaczyć na rozkładówce i przekonać się, czy też ma gołą babę na udzie. Bo pagonów nie ma na pewno. Mogę się założyć o wszystko.</p>
<p>ZIOBRO: A ja miałbym inny typ. Swojej żonie, która jest drobną blondynką, zawsze mówię, że lubię duże brunetki. Tylko że teraz żadna konkretna mi do głowy nie przychodzi.</p>
<p>SKOWRON: Możesz poszukać w internecie. Wystarczy wpisać „duża brunetka”, a zobaczysz co wyskoczy <em>(śmiech</em>).</p>
<p>LAZAR: Mówiąc poważnie, nam się podobają naturalne dziewczyny. Myślę, że nasze słuchaczki podobałyby się nam bardziej niż wasze playmate.</p>
<p>OLBRATOWSKI: To jest świetny pomysł. Zawsze to my budzimy. Fajnie, gdyby to dziewczyny, które słuchają poranka, obudziły kiedyś nas.</p>
<p>SKOWRON: Obudziły w nas… żądze.</p>
<p>ZIOBRO: Sympatię, powiedzmy.</p>
<p>(<em>Ogólny wybuch śmiechu</em>)</p>
<p>LAZAR: Ciepłe uczucia przede wszystkim.</p>
<p>SKOWRON: Słuchajcie, zróbmy tak, że my na antenie ogłosimy konkurs na Playmate RMF, a wy opublikujecie zdjęcia.</p>
<p><strong>Ale warunek jest taki, że casting przeprowadzimy wspólnie.</strong></p>
<p>SKOWRON: Umowa stoi.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Czyli sito robimy razem. A dziewczyny, które wygrają, będą budzić nas.</p>
<p><strong>OK. Możemy się tak umówić… Przyznajcie się, podrywacie „na głosy”?</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Ja osobiście nie mam na co.</p>
<p>ZIOBRO: Zdarza mi się uwodzić głosem urzędniczki w rozmaitych instytucjach. Staram się mówić ciepło, delikatnie i to zwykle odnosi pożądany skutek. Sprawy zostają załatwione pozytywnie.</p>
<p>OLBRATOWSKI: W takich momentach trzeba pamiętać, żeby końcówki wyraźnie wymawiać.</p>
<p>SKOWRON: A ja nie podrywam. Żona nie pozwala.</p>
<p>LAZAR: W dyplomacji mógłbyś pracować.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Żony lubią czytać PLAYBOYA.</p>
<p><strong>Podobno red. Skowron i Lazar bardziej wnikliwie taksują panie… Tak ludzie mówią.</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Bo my z Marcinem się nie zdradzamy.</p>
<p><strong>Nawzajem? (<em>Śmiech</em>)</strong></p>
<p>ZIOBRO: My po prostu wiemy, że praca przy poranku jest jak klasztor. Rygor, systematyczność…</p>
<p>OLBRATOWSKI: To prawdziwy poranek mnichów.</p>
<p>SKOWRON: Dżentelmeni nie rozmawiają o kobietach. Oni je mają.</p>
<p><strong>Oficjalnie dziękujecie kilku osobom, które miały wpływ na wasz program. Między innymi: Paris Hilton, Kasi Cichopek i generałowi Jaruzelskiemu. Co oni dla was zrobili?</strong></p>
<p>LAZAR: Po prostu są. I za to im dziękujemy (<em>śmiech</em>).</p>
<p>OLBRATOWSKI: Jest jakaś wspólnota atmosfery pomiędzy tymi trzema osobami. Wspólnota absurdu.</p>
<p><strong>A Kasię Cichopek chcielibyście zobaczyć na rozkładówce?</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: A pewnie.</p>
<p>ZIOBRO: Ja też bym chciał. Dostała papiery na to, że jest najpiękniejsza, więc się nadaje.</p>
<p>SKOWRON: A ja bym wolał zobaczyć generała…</p>
<p>LAZAR: To byłby jeden z ostrzejszych numerów. Chyba wasz ostatni.</p>
<p><strong>Sesja generała Jaruzelskiego rzeczywiście mogłaby być przełomowa. Na swój sposób generał też ma swoje bimbały…</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Na oczach!</p>
<p>SKOWRON: I w odróżnieniu od Chylińskiej ma prawdziwe pagony!</p>
<p>OLBRATOWSKI: Po lewej stronie rozkładówki lewe ciemne szkło, po prawej stronie rozkładówki prawe ciemne szkło. A pośrodku: nos generała. Przepraszam, moc generała.</p>
<p><strong>Czy śmichy-chichy z polityków to forma autoterapii? Chodzicie na wybory?</strong></p>
<p>(<em>Wspólnie</em>) Chodzimy!</p>
<p>OLBRATOWSKI: A nawet oddajemy głosy.</p>
<p>SKOWRON: Kto nie chodzi, nie ma prawa narzekać, a ja ponarzekać lubię.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Ale to nie jest terapia. My po prostu lubimy śmiać się z różnych rzeczy. A słuchaczy to bawi, bo polityka bezpośrednio ich dotyczy.</p>
<p><strong>Czyli Kaczyńscy dają wam żyć.</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Jesteśmy obiektywni. Jak rządziła lewica, zarzucano nam prawicowe oszołomstwo. Dzisiaj mówi się o nas, że jesteśmy agentami lewicy.</p>
<p>SKOWRON: Ważne, żeby polityków trochę zabolał nasz śmiech.</p>
<p><strong>A czy oni was w ogóle słuchają?</strong></p>
<p>SKOWRON: Miałem telefon z kancelarii Oleksego.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Powiedzieliśmy, że premier ma tak okrągłe myśli, że nawet koło mu zazdrości.</p>
<p>SKOWRON: Zastanawialiśmy się, co miał na myśli mówiąc, że „wyszli z łona matki swojej jako uzdrowiciele”. Chodziło o powstanie SDPL z łona SLD.</p>
<p>ZIOBRO: Do tego strawestowaliśmy tytuł Bonda – „Oleksy są wieczne”. Poczuł się urażony. Ale kto dzisiaj pamięta, kim był Oleksy…</p>
<p><strong>Często zdarzają się interwencje polityczne?</strong></p>
<p>SKOWRON: Częściej zdarzają się donosy do KRRiTv.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Niektórym ludziom się nudzi, bo nie pracują, ponieważ mają żółte papiery.</p>
<p>LAZAR: Staramy się delikatnie obrażać.</p>
<p>SKOWRON: I liczymy na proces.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Mamy dobre, kryminalne mordy.</p>
<p>LAZAR: To byłoby to. „Proces czterech”.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Ale tak na serio, to my lubimy całą ludzkość jako taką, więc nie chcielibyśmy się z nikim i o nic procesować. Jak się śmiejemy z kogoś, to z wielką sympatią. Może poza Kwaśniewskim i Millerem. (<em>Sympatyczny wybuch śmiechu</em>)</p>
<p>OLBRATOWSKI: Generalnie dzisiaj jest nam ciężej.</p>
<p>SKOWRON: Za lewicy wiadomo było, że oni są niemoralni. A dzisiaj?</p>
<p>OLBRATOWSKI: Z Kaczyńskich można się śmiać tylko na płaszczyźnie ideologicznej. Nawet benzyną nie handlują.</p>
<p>SKOWRON: Nawet by na to nie wpadli! Poza tym dobrze się maskują. Przepraszam, to żart.</p>
<p><strong>Ciężej na pewno jest wujkowi ministra sprawiedliwości…</strong></p>
<p>ZIOBRO: Z tego co wiem…</p>
<p>OLBRATOWSKI: Na pewno jesteście spowinowaceni (<em>śmiech</em>).</p>
<p>ZIOBRO: Może w dziesiątym pokoleniu. (<em>Śmiech, oburzenie i wzburzenie</em>) Nasze pokrewieństwo jest dalece wątpliwe.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Żartowanie z polityków to zajęcie bardzo wdzięczne i proste.</p>
<p>LAZAR: Łatwo żartuje się z ludzi śmiertelnie poważnych. A do tego na świeczniku.</p>
<p>SKOWRON: Myślę, że więcej ludzi wie, kim jest Zyta Gilowska niż Britney Spears.</p>
<p><strong>A Frytka nie jest popularniejsza od pani minister?</strong></p>
<p>SKOWRON: Nie wiem.</p>
<p><strong>Tomek zna ją osobiście.</strong></p>
<p>SKOWRON: A my znamy osobiście panią Gilowską, bo nam zabiera sześćdziesiąt procent dochodów.</p>
<p>LAZAR: Ona codziennie siedzi u mnie w kieszeni. Czasami aż muszę jej łeb chować (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Macie problem, żeby podczas „Wstawaj, szkoda dnia” się nie zagadywać?</strong></p>
<p>LAZAR: Niejednokrotnie zdarza się nam, że mówimy coś chórem. Gdy przed wejściem na antenę nie umawiamy się, jak ma wyglądać nasza gadka, dzieją się bardzo zabawne sytuacje. Na przykład jeden z nas zaczyna dominować, dużo mówi i drugi nie ma już nic do dodania.</p>
<p>SKOWRON: Często zapowiadamy Fakty we czterech naraz! Poza tym nie każdy dobrze słyszy określoną frazę muzyczną i nie wchodzi w odpowiednim miejscu.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Ale o jakich frazach muzycznych ty gadasz?! Dziwny problem. Włączam mikrofon i jadę. Nie słyszę żadnych fraz. (<em>Ogólny śmiech</em>) Różnie się mówi o myciu uszu, ale to jednak potrzebna czynność.</p>
<p>(<em>Dalszy ciąg ogólnego śmiechu</em>)</p>
<p><strong>Nie przeszkadza wam muzyka, którą gracie?</strong></p>
<p>SKOWRON: Przecież to jest najlepsza muzyka, jaką można grać o tej porze…</p>
<p><strong>Ale czy wy tego słuchacie w przerwach między wejściami na antenę?</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: W przerwach się skupiamy i poważnie przygotowujemy do kolejnego wejścia.</p>
<p>LAZAR: Ale są numery, przy których całe studio tańczy.</p>
<p>SKOWRON: I dlatego mamy od dyrekcji oficjalny zakaz śpiewania na antenie.</p>
<p><strong>No właśnie. Słyszeliśmy Przemku, że nagrałeś jako wokalista jakąś hitową piosenkę…</strong></p>
<p>SKOWRON: Piosenka była o miłości.</p>
<p><strong>Jak wszystkie piosenki.</strong></p>
<p>SKOWRON: Nawet tytułu już nie pamiętam. W każdym razie do melodii <em>Hit The Road Jack</em> dopisałem słowa, zaśpiewałem z kolegą, a raczej wyrecytowałem w rapowej konwencji i nieoczekiwanie zrobił się z tego radiowy hit.</p>
<p><strong>Lubimy o to pytać, więc i tym razem nie zrobimy wyjątku. Jakie „egzotyczne” zajęcia były w młodości udziałem redaktorów?</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Ja powiem, ja powiem… Marcin to pracował w ambasadzie Iranu, przybijał pieczątki. I on tam przeżył nieudaną próbę przejścia na islam… (<em>Marcin Ziobro wybucha śmiechem</em>) Poważnie. Ale się uratował, bo kiedy oni klękali na dywanach, on w swoim kantorku odmawiał Anioł Pański.</p>
<p>SKOWRON: Jak już zaprowadzimy w Iranie demokrację, to Marcin zostanie dyrektorem programowym Radia Wolny Teheran.</p>
<p><strong>Tomek?</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Byłem w wojsku dwa miesiące. W czołgach, w Giżycku. Symulowałem i dlatego wyszedłem po dwóch miesiącach. Byłem „chory” na nerwicę żołądkową. Trzęsły mi się ręka i noga po prawej stronie. Wyszedłem dzień przed przysięgą. Jednostka fajnie mnie pożegnała – pożarem w koszarach. Siedziałem na parapecie w kiblu, na izbie chorych, paliłem „kluboszczaka” i patrzyłem na pożar.  (<em>Wybuch śmiechu</em>) Wojskowi strażacy popili i siedzieli w anclu. Nie miał kto gasić. A cywilnej straży nie chcieli wpuścić na teren jednostki. Zajął się dach nad magazynem amunicji. Fajnie było.</p>
<p>SKOWRON: Ja pracowałem w Stanach przy wyburzeniach i suchych tynkach. Byłem też pracownikiem House Cleaning Service w Kalifornii. Odkurzałem i czyściłem łazienki. Po powrocie niepotrzebnie przyznałem się żonie, że takie rzeczy robię profesjonalnie (<em>śmiech</em>).</p>
<p>LAZAR: Ja jako student „robiłem” przy wykopaliskach archeologicznych. Wykopałem parę skorup koło Łomży. Ciekawe doświadczenie, bo za pieniądze.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Pewnie wykopał parę starszych pań <em>(śmiech</em>).</p>
<p>LAZAR: A przed studiami miałem praktyki w FSO. Koloryt ludzki niesamowity. Robili duże fiaty, polonezy…</p>
<p>OLBRATOWSKI: Robili polonezy (<em>pokazuje jakby pił z gwinta</em>).</p>
<p>LAZAR: Do tego zmierzałem, ale zepsułeś mi pointę. Pracowałem na oddziale części drobnych, na którym montowałem elementy do skrzyni biegów. Czasami nawet na osiem godzin roboty miałem siedem i pół przestoju (<em>śmiech</em>). Do dziś współczuję użytkownikom polonezów.</p>
<p>OLBRATOWSKI: W liceum posłali nas na praktyki do firmy, która produkowała wino. I to wszystko na ten temat. To była moja najporządniejsza robota. (<em>Wszyscy wybuchają śmiechem. Dzwoni telefon Tomka.</em>) No cześć. Słuchaj, nie mogę teraz gadać, bo udzielam wywiadu PLAYBOYOWI. (<em>Śmiech całej reszty</em>) No to cześć. Żona dzwoniła…</p>
<p><strong>Czas na Marcina. Skąd wzięła się twoja pasja – unikanie Warszawy?</strong></p>
<p>ZIOBRO: Pewnie z tego, że mieszkałem tam przez półtora roku, pracując w Ambasadzie Islamskiej Republiki Iranu. Jestem skończonym polonistą, ale coś mi odbiło i zacząłem studiować iranistykę.</p>
<p><strong>Z sukcesem?</strong></p>
<p>ZIOBRO: Została mi ledwo zaczęta praca magisterska o szahidzie, czyli męczenniku w tradycji szyickiej.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Nie mogli doczytać się, gdzie jest koniec, a gdzie początek, bo Marcin pisał po naszemu – z lewa na prawo.</p>
<p>SKOWRON: W razie czego mamy człowieka do RMF Muezin (<em>śmiech</em>).</p>
<p>ZIOBRO: Urodziło się dziecko i trzeba było podjąć jakąś poważną pracę zarobkową. Ciągle jednak poważnie myślę o wyprawie do Iranu, najlepiej drogą lądową.</p>
<p>SKOWRON: Nawet zastanawialiśmy się, czy jakiś gość stamtąd może się nazywać „Josuf Walizbani”.</p>
<p>ZIOBRO: To możliwe. Facet musi pochodzić z miejscowości Walizban.</p>
<p><strong>Ale dlaczego tak źle żyło ci się w stolicy?</strong></p>
<p>ZIOBRO: Byłem zakochany w mojej żonie i męczyła mnie rozłąka. Stąd ten bolesny cień, który położył się na Warszawie.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Dzisiaj Warszawa jest pusta bez ciebie.</p>
<p>ZIOBRO: Samej ambasady też nie wspominam najlepiej, oczywiście czasy były dużo sympatyczniejsze, przed atakiem na WTC i tak dalej, ale aura była niezdrowa.</p>
<p>SKOWRON: Każdy urzędnik latał na obiad z kałachem w łapie. (<em>Śmiech</em>)</p>
<p>ZIOBRO: Przemek puszcza takie perskie oko.</p>
<p>LAZAR: Trzeba uczciwie przyznać, że ostatnio byliśmy we czterech w Warszawie i Marcin stwierdził, że Warszawa jest piękna.</p>
<p>ZIOBRO: Przyznaję bez bicia.</p>
<p>SKOWRON: Postanowiliśmy „czesać” – czyli przygotować się do następnego programu w przedziale w pociągu. Wzięliśmy laptopa i… do przedziału weszła dziewczyna.</p>
<p>ZIOBRO: Śliczna.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Ładna taka.</p>
<p>SKOWRON: Niesamowicie nas zdopingowała do pracy. Podświadomie zaczęliśmy się popisywać.</p>
<p>LAZAR: Były popisy na pointy.</p>
<p>SKOWRON: „Czesaliśmy” aż miło. Możecie napisać, że prosimy dziewczyny, żeby wpadały do nas, jak pracujemy.</p>
<p>OLBRATOWSKI: O! To jest to! Zdrowy, koksujący doping.</p>
<p><strong>Zrobiliście na współpasażerce jakiekolwiek wrażenie?</strong></p>
<p>ZIOBRO: Wydaje mi się, że tak.</p>
<p><strong>To jak się nazywa ta piękność?</strong></p>
<p>ZIOBRO: Hmm…</p>
<p>OLBRATOWSKI: Hmm…</p>
<p>LAZAR: A ja mam wizytówkę. Proszę, od razu widać, że redaktor Lazar jest ze stolycy.</p>
<p>(<em>Wybuch śmiechu</em>)</p>
<p>LAZAR: Zaznaczam, że mam tę wizytówkę tylko dlatego, że siedziałem najbliżej.</p>
<p><strong>Wydaje nam się, że teoretycznie dwóch z was „nadaje się” do radia, a dwóch nie. Co wy na to?</strong></p>
<p>OLBRATOWSKI: Seplenię, mam wadę wymowy, więc ja nie bardzo.</p>
<p>LAZAR: Umówmy się, to jego cecha wyjątkowa, dobro narodowe.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Fakt. Stanisław Tyczyński (<em>były prezes RMF FM – przyp. aut.</em>) pewnego razu zakazał mi chodzenia do logopedy. Powiedział, że to jak mówię, idealnie pasuje do tych głupot, które wypowiadam.</p>
<p>ZIOBRO: Witek i Przemek mają warsztat radiowy. Oni potrafią powiedzieć coś z czapy, mogą zaimprowizować, my dopiero się uczymy. W zespole jest więc dwóch bardziej radiowców i dwóch bardziej tekściarzy.</p>
<p><strong>Skoro popisywaliście się pointami przed piękną pasażerką, prosimy o mały popis także dla PLAYBOYA.</strong></p>
<p>LAZAR: Zawsze chcemy, żeby posuwał nas Paweł Mleczko (<em>realizator programu – przyp. aut.)</em>. Jest najlepszy.</p>
<p>OLBRATOWSKI: Jestem feministą, bo lubię kobiety.</p>
<p>SKOWRON: Obiecujemy, że feministki też będą mogły wziąć udział w konkursie na Playmate RMF.</p>
<p>ZIOBRO: Amen.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/porankowicze-rmf-u/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mateusz Borek i Roman Kołtoń</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/mateusz-borek-i-roman-kolton/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/mateusz-borek-i-roman-kolton/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 09 Apr 2010 13:47:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Borek Mateusz]]></category>
		<category><![CDATA[Kołtoń Roman]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=1843</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2006 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Tomek Bergmann &#8211; Komentujecie coś dzisiaj? Roman Kołtoń: Mati, cieszę się, że mogę z tobą komentować ten mecz (wybuch śmiechu). Sorry, chłopaki, ale właśnie przypomniała mi się kwestia, którą nagrywaliśmy do gry komputerowej Pro Evolution Soccer 6 (głosy Borka i Kołtonia są odpowiedzią na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong> </strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/04/Borek-Kolton.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-1849" title="Borek-Kołtoń" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/04/Borek-Kolton.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 10, 2006 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke<br />
</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomek Bergmann</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Komentujecie coś dzisiaj? </strong></p>
<p>Roman Kołtoń: Mati, cieszę się, że mogę z tobą komentować ten mecz (<em>wybuch śmiechu</em>). Sorry, chłopaki, ale właśnie przypomniała mi się kwestia, którą nagrywaliśmy do gry komputerowej Pro Evolution Soccer 6 (<em>głosy Borka i Kołtonia są odpowiedzią na głos Szpakowskiego w grze EA Sports – przyp. aut.</em>). Ale tak na serio, Mati, jak spędzamy dzień, w którym komentujemy ważny mecz? Po pierwsze czytamy gazety, po drugie redaktor Borek wymienia składy od prawego do lewego, kto usiądzie na ławie, kto na trybunach…</p>
<p>Mateusz Borek: Zapomniałeś o tym, że najpierw jest dobry obiad.</p>
<p>Kołtoń: Dobry obiad – podstawa. Włoska kuchnia.</p>
<p>Borek: Ja się jeszcze lubię wcześniej wyspać.</p>
<p><strong>Pytanie z kim?</strong></p>
<p>Borek: Eee… tam. Lubię po obiadku dwie godziny kimnąć. Sam.</p>
<p><strong>Łukasz Klinke: Dobra, zacznijmy w końcu ten wywiad. </strong></p>
<p><strong>Arkadiusz Bartosiak: A jak ustalaliśmy? Od czego zaczynamy?</strong></p>
<p><strong>Klinke</strong><strong>: Zapomniałem.</strong></p>
<p><strong>Bartosiak</strong><strong>: I w ten sposób red. Borek i red. Kołtoń mogą pognębić naszą obronę…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Jak mawia red. „Szpak”: „Zagubili się we własnych poczynaniach” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>No właśnie, zacznijmy od „Szpaka”. Ten facet marnuje mi życie… to znaczy przyjemność z oglądania meczu.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Panowie, Darek jest bohaterem naszej książki. Poważna sprawa, lepiej uważajcie (<em>śmiech</em>). W ogóle to zamieściłem w książce dialog Matiego ze „Szpakiem”. Redagowałem go w samolocie, kiedy lecieliśmy na jakiś mecz. Mati zajrzał mi przez ramię i powiedział, że trzeba podkręcić tę rozmowę jakimiś przekleństwami. Nie dlatego, że tak nie było, lecz dlatego, że tak było (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Borek: To nie była sprzeczka w wersji „lajt”.</p>
<p>Kołtoń: Zderzenia z Darkiem były centralne. Najpierw w biurze prasowym w Seulu, gdzie się na mnie wydzierał. Nigdy nie widziałem go w takim stanie! Wrzeszczał w stylu „znowu szykujecie coś na Engela!”. A potem Mati chciał go zaprosić na ring.</p>
<p>Borek: Młodzieńcza krew (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Kołtoń: Nasze drogi wciąż się krzyżują. Swoją drogą, nie wiem, czy on razi ludzi. Jest bardzo rozpoznawalny.</p>
<p><strong>Błagam. Facet nie czyta gry, wygaduje bzdury, notorycznie myli zawodników. A kiedy wygłasza sakramentalne: „…no może teraz”, to można po prostu oszaleć. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Rzadko który komentator mi przeszkadza. Jak oglądam mecz, wyłączam się. Ludzie często dziwią się, w jaki sposób oglądam spotkanie z trybun. Po prostu przez 90 minut siedzę w milczeniu.</p>
<p><strong>Podobno teraz trzymacie sztamę ze „Szpakiem”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Pogodziliśmy się po meczu z USA. On powiedział, że przegiął, a ja przyznałem, że zachowałem się nieelegancko, bo jestem młodszy i nie powinienem w taki sposób się do niego zwracać. Podaliśmy sobie rękę, a dzisiaj nawet do siebie dzwonimy, pijemy kawkę, jemy wspólny obiad.</p>
<p>Kołtoń: Podsumowując wątek Szpakowskiego – wychowaliście się na nim, więc nie narzekajcie (<em>śmiech</em>). Ja wychowałem się na Ciszewskim, który był bardzo barwną postacią. To chyba główna cecha zdolnych ludzi. Mati też jest bardzo barwną postacią (<em>śmiech</em>). (<em>To mówiąc obejmuje go czule).</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>A czy red. Kołtoń jest barwną postacią?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Z roku na rok coraz barwniejszą. Jak go poznałem, był o wiele spokojniejszy. Nasze pierwsze wyjazdy wyglądały tak: ja balowałem na dyskotekach i spałem po trzy godziny, a red. Kołtoń grzecznie szedł do hotelu spać. Ale Romek z miesiąca na miesiąc się rozbrykiwał. Nawet doszło do tego, że kiedyś zmęczony po pięciu rozrywkowych nocach chciałem odpocząć i zajrzałem do Romka, żeby pożyczyć jakieś gazety i książki, a on wystrojony, przed lustrem, gotowy do wyjścia (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na tańce?</strong></p>
<p>Kołtoń: To Mati lubi tańczyć.</p>
<p>Borek: Jestem typem tancerza barowego (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy ktoś zapraszał już red. Borka do <em>Tańca z gwiazdami</em>?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Nie. Nigdy bym na to nie poszedł. Mam dystans do siebie.</p>
<p><strong>Ale tam tańczą bardzo atrakcyjne laski!</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Mati, nigdy nie mów nigdy! (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Twierdzicie, że komentowanie po 40-stce to zajęcie niepoważne. Dlaczego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: To na pewno wypowiedź Borka. On lubi wymyślać takie farmazony (<em>śmiech</em>). Według mnie to najpiękniejszy wiek dla komentatora. Bo masz już doświadczenie, dystans do świata i do siebie. Wiem jedno, piłkę kocham i się nie odkocham. Nawet po 40-stce. Zawsze będę zajmował się piłką. Mati też się z futbolu nie wyleczy, chociaż jest parę rzeczy, które mógłby robić w życiu. Może kiedyś zostanie menadżerem, bo jego znajomość drugoligowych piłkarzy robi wrażenie (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Borek: Pewnie chodziło mi o to, że życie komentatora sportowego to życie chłopca, a nie normalnego mężczyzny. W weekend nie mogę robić zakupów z dziewczyną, iść do kina, czy jeść obiadu u teściowej. Nie wszystkie kobiety to tolerują (<em>śmiech</em>). Jak nie ma I ligi, jadę na II. Jak nie ma II ligi, jadę na Puchar. Jak już nic nie ma, to wyjeżdżam na mecz za granicę. Często czuję się jak frywolny dyzio.</p>
<p>Kołtoń: Tygodniowo oglądam parę meczów, ale przy Borku jestem nikim.</p>
<p>Borek: Moja średnia tygodniowa to 11-20 meczów.</p>
<p><strong>Chcielibyśmy jakoś zamknąć temat Szpakowskiego.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Może ja wam dam po prostu telefon do Darka?</p>
<p><strong>Czy kojarzycie moment, kiedy „Szpak” zaczął zapuszczać pożyczkę?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>……</p>
<p><strong>Ta cisza jest na tyle wymowna, że wątek możemy uznać za zakończony. Podobno wasz duet to wódka, kobiety i piłka nożna…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Poza pierwszym wszystko się zgadza (<em>śmiech</em>). Wódki raczej nie pijamy. Wolimy wino.</p>
<p>Borek: Złamałem ten zwyczaj, upijając się Finlandią po meczu Polska-Finlandia. To była tragedia, która mnie pokonała. Nawet świadomość ciężkiego poranka mnie nie odstraszyła.</p>
<p>Kołtoń: Ja czuję się często mężczyzną niepełnym. Nie lubię whisky.</p>
<p><strong>Kobiety?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: O Borku będą kiedyś pisali: „Komentator sportowy. Miał wiele kobiet” (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Borek: Potrafię się z kobietami dogadać.</p>
<p><strong>O twoich wyczynach krążą niezłe opowieści! Ponoć ostatnio powiedziałeś, że 22-letnia dziewczyna jest już dla ciebie za stara…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: (<em>Śmiech</em>). Wygłupiam się tak czasami. Lubię poprowokować, żeby ludzie się grzali.<strong><br />
</strong>22 lata to przecież końcóweczka (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Kołtoń: Gdyby brać na poważnie wszystko to, co mówi red. Borek, można by zwariować.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Kiedyś wydawało mi się, że facet 8, 10 lat starszy od laski to sprawa nieczysta. Tymczasem dzisiaj dobrze dogaduję się nawet z osiemnastolatkami.<strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: A ja jestem szczęśliwie zakochany. Jestem z kobietą, z którą chcę być do końca życia.</p>
<p>Borek: Odważne wnioski (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Co byście wybrali? Finał Ligi Mistrzów czy ekscytujący finał randki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Moja Paula <em>(Paulina Czarnota-Bojarska z Canal+ &#8211; przyp. aut.</em>) bardzo lubi sport. Rozumie moją pasję do piłki nożnej. Podobnie jak ja rozumiem jej pasję do biathlonu, chociaż nie przepadam za nim. Kobieta, która nie rozumie duszy Mateusza nie powinna z nim być.</p>
<p>Borek: Dla mnie taki wybór jest końcem związku. Kobieta musi tolerować moje zainteresowania. Ultimatum „ja albo mecz” jest końcem znajomości. Niestety trafiło mi się parę dziewczyn nie zainteresowanych piłką nożną (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy red. Kołtoń jest dobrym bramkarzem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: O tak! Jest świetny na przedpolu. Ma jedną niepowtarzalną cechę. Dobrze się kładzie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: A red. Borek jak na prawego obrońcę przystało jest zacięty i dobrze fauluje (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy kobieta mogłaby być trenerką męskiej drużyny piłkarskiej?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Nie wytrzymałaby widoku facetów wchodzących pod prysznic. Wcześniej czy później by kogoś zmolestowała (<em>śmiech</em>). Faceci czują się mądrzejsi i mocniejsi od kobiet, mimo że zwykle jest na odwrót. Parunastu mężczyzn traktowałoby trenerkę z przymrużeniem oka. Pamiętam, że kiedyś graliśmy jako reprezentacja dziennikarzy z mistrzyniami Polski. Wygraliśmy 2:1. Po walce (<em>śmiech</em>). Dobrze, że to było małe boisko, bo na dużym by nas złoiły. Ale poważnie to my ich nie traktowaliśmy…</p>
<p><strong>A jak traktujecie Beenhakkera?</strong></p>
<p>Borek: Były czasy kiedy miał sukcesy, ale w ostatnich latach niekoniecznie. I to nie tylko ze słabymi reprezentacjami. Przecież prowadził Holendrów na Mistrzostwach Świata i wyszedł z grupy bez zwycięstwa, samymi remisami, żeby potem szybko odpaść z turnieju. A naprawdę miał dobrych piłkarzy.</p>
<p><strong>Trynidad fajnie grał…</strong></p>
<p>Borek: Ale nie strzelił żadnej bramki. Na Karaibach wiadomo, ważniejsze jest Bacardi z colą, surfing i plaża niż piłka nożna.</p>
<p>Kołtoń: Beenhakker miał sukcesy w latach 80. z Realem Madryt. Ale w Hiszpanii, nie w Europie. Z kolei od 90 roku, czyli od przejęcia reprezentacji Holandii, kiedy miał najlepszą drużynę w historii kraju z van Bastenem, Gullitem, Rijkardem, drużynę, która zdobyła Mistrzostwo Europy, nic nie osiągnął. Przegrał Mundial i to w nienajlepszym stylu. Później w klubach też nie miał wielkich sukcesów. Raz zdobył mistrzostwo Holandii i to wszystko.</p>
<p>Borek: Ja przede wszystkim jestem za przejrzystością. Nie może być tak, że jedna gazeta wymyśliła sobie trenera, po czym zadzwoniła do menadżera Zeeuwa i on szybko załatwił z Listkiewiczem podpisanie kontraktu. Jeśli ma być trener z zagranicy, to chcę, żeby wybór odbywał się na normalnych zasadach: jest pięciu kandydatów, każdy przedstawia program, a później odpowiada na pytania. Żeby nie było chorych sytuacji i podejrzeń.</p>
<p>Kołtoń: Beenhakker został wzięty na dwa lata, a każdy znający się choć trochę na piłce człowiek jest świadomy tego, że potrzeba nam trenera na co najmniej cztery lata, czyli do następnych Mistrzostw Świata, bo nasza reprezentacja jest wiekowa, a większość piłkarzy grających w kadrze jest już wypalona. Trzeba czasu na znalezienie nowych. Szybka łapanka nie ma sensu. Niewykonanie żadnej rozmowy z Kasperczakiem obciąża Listkiewicza w sposób nieprawdopodobny.</p>
<p><strong>Skoro zaczęliście o obciążeniach… Czy przyjaźnie z piłkarzami obróciły się kiedyś przeciwko wam?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Być może tylko w głowach zazdrosnych, brudnych ludzi wykonujących ten sam zawód co my. Mi na pewno nigdy nie przeszkodziły.</p>
<p><strong>A czy to jest norma wśród komentatorów, że są w bliskich relacjach ze sportowcami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Stefan Szczepłek przyjaźnił się z Deyną. Ciszewski też miał wielu przyjaciół wśród piłkarzy…</p>
<p>Kołtoń: Podobno potrafił rano powiedzieć: „Boniek, ty będziesz dzisiaj najlepszy w mojej transmisji”.</p>
<p>Borek: Krążą też legendy, że nie ze wszystkimi piłkarzami Ciszewski się rozliczył. Bo podobno lubił pograć i wydać. My akurat takich problemów nie mamy.</p>
<p><strong>A nie macie problemów z tym, że ciężej wam skrytykować piłkarza, z którym się przyjaźnicie?</strong></p>
<p>Borek: Prawdziwe przyjaźnie nie boją się mówienia prawdy. I kiedy mój znajomy piłkarz gra słabo, to słyszy ode mnie, że gra słabo i nie powinien się obrażać. Zresztą wbrew pozorom tych przyjaźni nie jest tak dużo. Trzeba rozgraniczyć przyjaźnie. Kto jest przyjacielem, kto kumplem, a kto tylko znajomym. Znajomych piłkarzy mam pewnie kilkuset, kolegów kilkudziesięciu, bardzo dobrych kolegów pięciu, a przyjaciela pewnie jednego…</p>
<p><strong>Piotrka Świerczewskiego. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Tak. Znamy się lata. Piotrka poznałem, jak mnie jeszcze nie było w tym zawodzie. Alek Kłak, piłkarz Igloopolu Dębica ożenił się z koleżanką z sąsiedniego bloku i on mnie poznał z Piotrkiem. Złapaliśmy się jakimiś fluidami na zasadzie męskiej przyjaźni, a nie układów piłkarsko-dziennikarskich.</p>
<p><strong>Takie układy nie mają żadnego znaczenia?</strong></p>
<p>Kołtoń: Pamiętam, że jak była ta słynna afera z papierosami, to Dżiani (<em>Tomasz Hajto – przyp. aut.</em>) oczywiście zwariował i powiedział, że mnie poda do sądu. Powiedziałem mu: „Weź Dżiani wyluzuj, ochłoń i przeczytaj co piszą inni”. A w niektórych gazetach wpasowali go już w więzienny drelich. Po godzinie był telefon z przeprosinami.</p>
<p><strong>Jak daleko jest ze Złotoryi do Dębicy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Chyba z ponad czterysta… Dlaczego pytacie?</p>
<p><strong>Bo chcemy jakoś zgrabnie przejść do następnego wątku. Mamy dla was krótki test. Najsłynniejsza postać z Dębicy…</strong></p>
<p>Borek: Wiadomo. Krzysztof Penderecki. Pamiętam, że przed laty odcinał się od korzeni. Mówił zawsze, że pochodzi z małego miasta blisko Krakowa. Dopiero niedawno zaczął się przyznawać do Dębicy. Wiadomo, im człowiek starszy tym mądrzejszy.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że kto jak kto, ale facet zafascynowany stylem życia Darka Dziekanowskiego, wskaże jednak inną słynną osobę z Dębicy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Podpowiem ci, Mati. Zrobiła karierę w Niemczech.</p>
<p>Borek: (<em>Wybuch śmiechu</em>). Ale czekajcie, jest jeszcze przecież reżyserka Anna Augustyn… (<em>Ogólny wybuch śmiechu</em>). A wiecie, że 10 lat temu spotkałem Teresę Orlowski w Dębicy na dyskotece? Kapitalnie się z nami bawiła. Czterech czy pięciu małolatów i Teresa Orlowski przy naszym stoliku. Niezapomniane przeżycie.</p>
<p><strong>Kto płacił?</strong></p>
<p>Borek: Nie, no bez przesady. Byliśmy zarobionymi małolatami. Nigdy nie było tak, żeby nie było pieniędzy. Już w średniej szkole zarabiałem więcej niż moja mama. Pisałem za pieniądze wypracowania z polskiego.</p>
<p><strong>W twoim mieście Teresa jest znaną postacią?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Borek: Nie wiem, czy wszyscy ją znają. Ale Teresa od początku szokowała. Tata mi opowiadał, że na koncert Czerwono-Czarnych przyszła bez stanika, tylko w majtkach i koszulce z siatki. Czyli generalnie wszystko na wierzchu. W takim małym miasteczku to wielka sensacja. Widać, że kobieta od początku wiedziała, czego chce i konsekwentnie dążyła do celu.</p>
<p><strong>A słynni ze Złotoryi?</strong></p>
<p>Kołtoń: Jest taki facet, który zrobił karierę telewizyjną &#8211; Mariusz Szczygieł. Ja w ogóle lubię jeździć w rodzinne strony. Niedawno przeżyłem cykl imprez po latach ze swoją klasą licealną. Zrobiłem dwa razy 18, czyli balangę na 36-lecie. Bardzo wesoło, więcej dziewczyn niż chłopaków, tańce i te sprawy…</p>
<p><strong>Mateusz tańczył?</strong></p>
<p>Kołtoń: Mati nie przyjechał. Dziewczyny bardzo żałowały.</p>
<p><strong>Oczywiście dziewczyny dwa razy 18?</strong></p>
<p>Borek: Właśnie dlatego nie przyjechałem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Znaleźliśmy gdzieś informację, że jako osiemnastoletni chłopak red. Borek pracował w Miejskim Ośrodku Kultury…</strong></p>
<p>Borek: Jedno z najśmieszniejszych zdarzeń w moim życiu rozegrało się właśnie w MOK-u. To były jeszcze te czasy, kiedy trudno było o wolną chatę. Uciążliwa sprawa &#8211; zwłaszcza od listopada do marca (<em>śmiech</em>). Pewnego razu, zaprosiłem tam jedną koleżankę. Warunki były. Niedziela, MOK zamknięty, obrazy na ścianach patrzą, wszystko pod kontrolą. A tu nagle odgłos przekręcanego zamka. W panice wciągam spodnie i biegnę do drzwi. Co widzę? Mojego kierownika z jakąś miłą panią (<em>śmiech</em>). Wybłagałem go o 15 minut…</p>
<p>Kołtoń: To ty to załatwiasz w 15 minut?</p>
<p>Borek: (<em>Śmiech</em>).</p>
<p><strong>W agencji nieruchomości też miałeś takie przygody?</strong></p>
<p>Borek: To była świetna kasa. Rynek nieruchomości dopiero się rozwijał. Jeździłem z ludźmi w pole, gdzie koparka dopiero co wbiła zęby i mówiłem: „Tu na szóstym piętrze będzie pani mieszkać”. Przychodzili też klienci po układzie i wpłacali pierwszą wpłatę na, powiedzmy, 20 mieszkań w nowo budowanym bloku. Za pięć dni nie było już żadnego wolnego mieszkania w tym budynku i ci, którzy mieli zrobione przedpłaty, odsprzedawali je nawet po sto tysięcy złotych, z pięciokrotnym zyskiem. A ja dostawałem prowizję od każdego sprzedanego udziału. To był fajny układ.</p>
<p><strong>A jakie układy miał red. Kołtoń?</strong></p>
<p>Kołtoń: Wypisałem się kiedyś szybko z układu z Ryszardem Czarneckim. Jak „Ryś” został naczelnym Dziennika Dolnośląskiego, postanowiłem się ewakuować. Z Wrocławia przeniosłem się do Warszawy. Poszło gładko i bezboleśnie. Podobnie jak Mati, z kasą nigdy nie miałem problemu…</p>
<p>Borek: Jako 19-letni gówniarz założyłem z kumplem hurtownię koszul (<em>ogólny wybuch śmiechu</em>). Sprzedawaliśmy od Lublina po Kraków i żyliśmy jak krezusi. Robiliśmy super „dile”. Z czasem się jednak poróżniliśmy i zostawiłem koszulowy biznes, żeby zacząć pracować w wymarzonym zawodzie. Pierwsze audycje radiowe prowadziłem w katolickim radiu „Dobra Nowina” (<em>ogólny wybuch śmiechu</em>).</p>
<p><strong>A w hotelu w Londynie pracowałeś wcześniej, czy później?</strong></p>
<p>Borek: Wcześniej. Zbuntowałem się, bo rodzice chcieli, żebym bardziej przykładał się do nauki i uciekłem. Zmywałem podłogi i kroiłem warzywa w Hotelu Plaza przy Regent Street na skrzyżowaniu z Oxford. Mieszkałem z sześcioma innymi Polakami w małej klitce i średnio raz w tygodniu uciekałem przed „emigrejszyn ofis”. Wszystkie pieniądze przepuszczałem na mecze i musicale. Bilety drogie, nic nie odłożyłem. Tylko tyle, żeby starczyło na balet dla chłopaków z Dębicy.</p>
<p><strong>Co w podobnym wieku robił red. Kołtoń?</strong></p>
<p>Kołtoń: Muszę się wam pochwalić, że byłem w opozycji. I strasznie teraz odbieram ataki na Jacka Kuronia. Poznałem go. Byłem w jego domu i robiłem z nim wywiad. Piłem tę słynną przemocną herbatkę. Już wtedy wiedziałem na pewno, że będę dziennikarzem.</p>
<p>Borek: A ja od zawsze wiedziałem, że będę komentatorem. Już jako mały chłopak wyciszałem głos w telewizorze i komentowałem sobie piłkę i hokej. Wydawało mi się jeszcze, że może będę krytykiem teatralnym. Tata był dyrektorem teatru. Chciałem zdawać też do Szkoły Teatralnej, ale ojciec powiedział, że co najwyżej będę tylko dobrym aktorem, a w Polsce jest miejsce tylko dla dwudziestu wybitnych. Skrzypkiem nigdy być nie chciałem. Poszedłem na egzamin do szkoły muzycznej, bo ojciec powiedział, że w przeciwnym razie nie puści mnie na mecz Wisłoka &#8211; Piotrcovia.</p>
<p>Kołtoń: (<em>Śmiech</em>).</p>
<p>Borek: W szkole często miałem średnią pięć zero, a zachowanie nieodpowiednie.</p>
<p>Kołtoń: Mati zawsze był błyskotliwy. Wiecie, że on orientuje się lepiej w polskich serialach niż moja Paula?</p>
<p>Borek: A pewnie. Oglądam wszystko jak leci. <em>M jak miłość</em>, <em>Na dobre i na złe</em>, <em>Na Wspólnej</em>, <em>Kryminalni</em>, <em>Samo życie</em>. Co tam jeszcze…? Acha, <em>Plebanię</em>. <strong> </strong></p>
<p><strong>To chyba jakaś niezdrowa fascynacja.</strong></p>
<p>Borek: Moje prawdziwe fascynacje to w kolejności: Smolar, Boniek, a później Dziekan. Raz to jego technika, a dwa sposób życia… (<em>Ogólny wybuch śmiechu</em>). Król wszystkich lokali. Dzisiaj wierzę, że kiedyś zacznie mnie fascynować jako trener, ale na razie mu za dobrze nie idzie.</p>
<p><strong>To dobra pointa rozmowy między komentatorami, ale nas nie satysfakcjonuje. Wymyślcie coś lepszego…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kołtoń: Mogę ja? Gdybym był Borkiem, wymyśliłbym coś takiego: „Mądra kobieta wie, kiedy nie pytać”.</p>
<p>(<em>Ogólny wybuch śmiechu</em>)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/mateusz-borek-i-roman-kolton/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

