<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady &#187; ARTYŚCI</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/kategoria/artysci/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Tue, 31 Jan 2012 20:49:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>Witold Kaczanowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/witold-kaczanowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/witold-kaczanowski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 29 Sep 2010 09:06:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[ARTYŚCI]]></category>
		<category><![CDATA[POLECAMY]]></category>
		<category><![CDATA[Kaczanowski Witold]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2813</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 9, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller fot. Kuba Dąbrowski &#8211; Podchodzę pod osiemdziesiątkę, więc mam prawo zaproponować młodszym, żebyśmy byli na „ty”. Jesteśmy zaszczyceni. Poza tym pożegnajmy się, bo na trzeźwo już się nie zobaczymy&#8230; (W tym momencie wszyscy poza największym w Warszawie abstynentem – Naczelnym PLAYBOYA – wypili [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/09/Witold-Kaczanowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2821" title="Witold-Kaczanowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/09/Witold-Kaczanowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 9, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller</strong></p>
<p><a href="http://www.kubadabrowski.com/">fot. Kuba Dąbrowski</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>Podchodzę pod osiemdziesiątkę, więc mam prawo zaproponować młodszym, żebyśmy byli na „ty”.</p>
<p><strong>Jesteśmy zaszczyceni.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Poza tym pożegnajmy się, bo na trzeźwo już się nie zobaczymy&#8230;</p>
<p>(<em>W tym momencie wszyscy poza największym w Warszawie abstynentem – Naczelnym PLAYBOYA – wypili bruderschaft. W kieliszkach na złoto pobłyskiwał calvados</em>).</p>
<p><strong>Mieliśmy plan, żeby &#8211; tak jak ty kiedyś z Markiem Hłaską  i Wojtkiem Frykowskim – zarezerwować trzy stoliki, na środku ustawić ogrom calvadosu, usiąść po przeciwnych stronach i w miarę popijania, zbliżać się do siebie. Doszliśmy jednak do wniosku, że już nie te lata. Oczywiście nasze, nie twoje. </strong></p>
<p>Z Markiem Hłaską bardzo się przyjaźniłem. I kochałem go. A jak się kogoś kocha, to akceptuje się wszystkie jego wady, nie tylko zalety. To był bardzo dobry człowiek, choć trochę kabotyn. Jak się go złapało na kłamstwach i fantazjowaniu, zwykł mówić: „Tu nie chodzi o prawdę, ale o siłę opowiadania”.</p>
<p><strong>My również na nią liczymy. Jak to było wtedy, w „La Boheme” w Paryżu?</strong></p>
<p>Kazaliśmy zestawić trzy stoliki. Kelner zapytał, czy będzie nas więcej. I kiedy usłyszał, że „nie”, stał się od razu bardzo arogancki. Zapytał, czy mamy pieniądze. Wtedy Marek, który dopiero co odebrał sporą zaliczkę za książkę, wyciągnął stos stufrankówek i zaczął się nimi wachlować. Kelner stał się raptem paskudnym lizusem, zaczął nas przepraszać i płaszczyć się. Marek twierdził później w swojej książce, że zamówiliśmy 24 calvadosy. Oczywiście przesadził. Zamówiłem wtedy, co najwyżej, 12 butelek. Każdy usiadł przy swoim stoliczku i zaczęliśmy biesiadę. Plan był taki, żeby spotkać się przy środkowym, przy którym siedział Wojtek.</p>
<p><strong>Plan spalił na panewce&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo niedaleko nas, pod oknami, siedziała grupka studentów: dwie dziewczyny i kupa chłopaków. Szczególnie dziewczyny były w nas wpatrzone jak w obrazek. Dziwiły się, że cały czas pijemy, ale nie jesteśmy pijani. Poza tym  nie mogły rozpoznać języka, którym się posługiwaliśmy. A gadaliśmy wtedy o Balzaku, Turgieniewie, Dostojewskim, Victorze Hugo. Przekonywałem Marka, że kompozytor Jean-Phillippe Rameau jest lepszy niż Vivaldi. Wojtek nie wiedział o czym mówimy, a Marek wolał <em>Czerwone Maki na Monte Cassino</em>. Moja miłość do muzyki klasycznej wpleciona została w świat wizualny nieodłącznie. Widzicie, Witek plecie androny. Z czego plecie? Ano z łyka. Taki andron upleciony jest podobny do koszyka&#8230; Studenci słyszeli te nazwiska, ale nie wiedzieli, skąd jesteśmy. W końcu któryś, najwyraźniej zazdrosny o dziewczynę, chłopak krzyknął: „Je sais, ce sont les sales Polonais” (<em>Ja wiem, to są brudni Polacy</em> <em>– przyp. aut.</em>). Mimo, że tylko ja znałem francuski, tę obelgę zrozumieli i Marek, i Wojtek. Niezbędność tłumaczenia wypłowiała w sekundę. To tak jak by ktoś rzucił gównem o polską ścianę i czekał, czy przylgnie. Podnieśliśmy się ze swoich miejsc. Zaproponowaliśmy, że darujemy im, jak przeproszą, a do tego, jak przyzna się ten, kto to powiedział. Oczy wszystkich zwróciły się na jednego chłopaka. Wydali go! Po chwili krzepki Wojtek podniósł go razem z krzesełkiem i się zaczęło. Stoliki latały po całej knajpie, totalna rozróba. Marek dostał w głowę nogą od krzesła. Wreszcie tamci pouciekali. Przyjechała policja. Krew na podłodze.</p>
<p><strong>Nic ci się nie stało?</strong></p>
<p>Zwykle wychodziłem cało z takich sytuacji. Nigdy nie byłem mocny w bicepsie, ale za to bardzo szybki, trudno mnie było trafić. Zawsze czekałem aż facet się wyczerpie, a potem kop w jaja albo za włosy i o kolano! Bo jestem delikatny i wrażliwy&#8230;</p>
<p><strong>Jakie były konsekwencje „przygody, której świat nie widział od czasów Orlando Furioso”, jak pisał Hłasko?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Marek nie napisał przede wszystkim tego, że następnego dnia umówiliśmy się w tym samym miejscu. Chcieliśmy przeprosić właściciela restauracji, bo baliśmy się, że nas deportują do Polski. Żaden z nas nie miał przecież prawa pobytu we Francji. Marek nie umył się, nadal miał zaschniętą krew na głowie. Śmiertelny kac i duma rozpierały go. Jak mnie zobaczył, powiedział: „Słuchaj, Witek, ty nawet nie wiesz, co się tutaj wczoraj działo!”. Nie pamiętał mojej obecności! Twierdził, że studentów było czterdziestu, a nie ośmiu&#8230; Krew na czole chciał zachować od zapomnienia na zawsze.</p>
<p><strong>Czy to prawda, że wasza przyjaźń rozpoczęła się od tego, że sprzedałeś Hłasce prawego prostego?</strong></p>
<p>Skąd to wiecie?!! To nieprawda. Nigdy go nie uderzyłem. Ja go tylko powaliłem na ziemię. To było na Foksal w „Kameralnej”. Umówiłem się z Januszem Minkiewiczem (<em>pisarz, satyryk, zmarł w 1981 roku – przyp. aut.</em>). O północy były tam zawsze straszne tłumy, więc on przychodził wcześniej i zajmował strategiczne miejsce w rogu, żeby każdego mieć na oku. A umówiliśmy się dlatego, że przywiózł mi z Pragi – zresztą na moją wielką prośbę &#8211; słynne kohinory, takie czeskie ołówki, którym wysuwał się grafit &#8211; wówczas nie do dostania w Warszawie. Prawda była jednak taka, że on bardzo chciał mi odebrać pewną dziewczynę – przepiękną Krysię Iwaszkiewicz &#8211; studentkę  medycyny. Wtedy w Warszawie były dwie piękności najwyższej światowej klasy. Krysia i Ania Mackiewicz. Krysia wcześniej była z Andrzejem Romanem (<em>znany dziennikarz – przyp. aut.</em>), a ja się z nim bardzo przyjaźniłem. Do tej pory wyrzuca mi, że mu ją zabrałem. Ale to ona po prostu go opuściła. W każdym razie Janusz strasznie chciał tę Krysię i wymyślił sobie, że da mi za nią czeskie kohinory (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Ale gdzie w tej opowieści Hłasko?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wszedł wtedy do „Kameralnej”. Janusz wypatrzył go od razu i wytłumaczył mi, że ten facet to objawienie, fantastyczny talent. Podlany już dobrze Marek podchodzi do nas i mówi: „Cześć Janusz”. Mnie kompletnie ignoruje. Jakbym był powietrzem. Sytuacja staje się głupia i Minkiewicz decyduje się to przerwać: „Panowie się nie znacie”. Ale Hłasko nadal kompletnie mnie lekceważy. W końcu pytam: „Jaki jest tytuł twojej książki?”. Marek patrzy na mnie z pogardą i mówi: <em>Pierwszy krok w chmurach</em>. Na co ja wypalam momentalnie: „Ja napiszę drugi tom – <em>Pierwsze chmury w kroku</em>”. Wtedy Hłasko zamierzył się i próbował mnie trafić. Marek jednak nie umiał się bić. Usunąłem się, podstawiłem mu nogę i wywalił się jak długi. A co po tym? Jak to Polacy&#8230; Miał łzy w oczach i kochał mnie całym sercem.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Co się stało z portretem Hłaski, który namalowałeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dałem go matce Marka, to była jego własność.</p>
<p><strong>To chyba rzadkość, bo jesteś znany głównie z prac abstrakcyjnych. Nie lubisz malować rzeczywistości. </strong></p>
<p>Akurat portretów namalowałem sporo, ale faktycznie już we wczesnej młodości pożegnałem się ze sztuką realistyczną. Wielka w tym zasługa Konstantego Gałczyńskiego. Jak wiecie, wychowywałem się w szpitalu w Tworkach, gdzie mój ojciec był dyrektorem (<em>Feliks Kaczanowski – psychiatra, członek AK, bohater wojenny, ukrywał Żydów, ludzi oporu i wybitne osobistości w szpitalu psychiatrycznym. Uratował od zagłady m.in. prof. Władysława Tatarkiewicza i jego żonę. W Pruszkowie jest ulica doktora Feliksa Kaczanowskiego – przyp. aut.</em>). Kiedyś przy kolacji pochwaliłem się swoimi szkicami krakowskich bram i portyków. Ojciec powiedział, że niezłe, moja macocha – historyk sztuki &#8211; też pochwaliła. Przy stole siedział jeszcze Gałczyński&#8230;</p>
<p><strong>Co on tam robił?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Leczył się z alkoholizmu. Przysłał go do Tworek Związek Literatów. Ojciec nie chciał trzymać poety z pacjentami na pawilonie, więc zakwaterował go w moim pokoju! A on zachowywał się jak żółw – całymi godzinami się nie odzywał i siedział w tej swojej skorupie. Wychodził z niej wieczorami, kiedy ja chciałem już iść spać. On miał to gdzieś i godzinami do mnie mówił, a ja potem zasypiałem na lekcjach. I to właśnie Gałczyński mnie zdemoralizował podczas tamtej kolacji. Popatrzył na moje szkice, skrzywił się i zapytał: „Po co namalowałeś coś, co już jest?”. To była straszna ocena, bo on miał rację. Kira Gałczyńska była pierwszą osobą na świecie, która w 1960 r. opublikowała krytykę mojej sztuki.</p>
<p><strong>Pamiętasz swój pierwszy namalowany akt?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Pamiętam ostatni. A pierwszy był na pewno na ASP u Wojtka Fangora. Ciężko w to uwierzyć, ale Wojtek był moim profesorem. Bardzo młodym profesorem! (<em>o 10 lat starszym – przyp. aut</em>.) Obok profesora Czajkowskiego, który znał Matejkę, na ASP byli też i tacy (<em>śmiech</em>). Zresztą dzięki Wojtkowi jakoś to ASP przechodziłem, bo szczerze mówiąc nie za bardzo mi się chciało. Zresztą dyplomu nigdy nie zdobyłem. Na jego zajęciach byłem może z sześć razy. Nudziło mnie to wszystko. W końcu co to za problem malować poprawnie! Prawie 3 miliony ludzi na całym świecie to potrafi. Dlatego też niespecjalnie w mojej pamięci zachowało się malowanie gołych bab. Toż to łatwizna. Po co malować gołą babę? Przecież ona już jest!</p>
<p><strong>A co z tym ostatnim aktem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chłopcy, co wy chcecie ze mnie wyciągnąć? Kiedy ostatni raz pierdoliłem? Wczoraj!</p>
<p><strong>Tylko o twórczość pytamy. </strong></p>
<p>Mam sporo rysunków na granicy pornografii. Każdy malarz przez to przechodzi. A w ogóle to nie znoszę wulgaryzmów.</p>
<p><strong>Zdaje się, że na początku chciałeś być architektem.</strong></p>
<p>Na architekturze studiowałem niecały rok. Po tym, jak jednego z partyjnych profesorów nazwałem chujem, niespecjalnie mnie tam już chcieli. Przeniesiono mnie na Wydział Elektryfikacji i Modernizacji Rolnictwa. Do dziś pamiętam pracę na obrabiarkach. Bardzo mi się to podobało. Ale tylko to, do reszty zwyczajnie się nie nadawałem. Czułem się bezradny. Dochodziło do mnie, że jeśli chodzi o nauki ścisłe, jestem niedorozwiniętym idiotą. Wtedy ojciec za moimi plecami złapał pod pachę parę moich rysunków i zaniósł je swoim znajomym profesorom z Akademii Sztuk Pięknych. Po pół roku znalazłem się tam jako wolny słuchacz. I chwała Bogu, że tak się to skończyło, bo gdybym musiał zdawać egzaminy, nie dostałbym się na sto procent. Na sam koniec studiowania zdarzyła mi się bardzo smutna historia. Moim profesorem plakatu był Henryk Tomaszewski, którego uwielbiałem, a on z kolei uważał mnie za jednego z najzdolniejszych studentów. Pewnego razu spotkałem go z żoną w jazzklubie. Zaproponował mi bruderschafta. Wypiliśmy, ale mimo to zawsze tytułowałem go „panie profesorze”. Jakiś czas później byłem w SPATiFie. Siedzieliśmy przy stoliku z pierwszym mężem Aliny Janowskiej – Andrzejem Boreckim. Było miło dopóki nie przysiadł się do nas bez pytania pijany w trupa dwumetrowy jegomość. Wyleciało mi w tej chwili jego nazwisko&#8230; Liczył, że będziemy stawiać. Zawołał kumpla i się zaczęło. Zdecydowaliśmy, że wychodzimy i przenosimy się do „Złotej rybki”. Wstaliśmy od stolika i otworzyliśmy drzwi. Rzuciłem do Andrzeja: „Po co te chuje do nas przyszły? Chodźmy stąd!”.  Traf chciał, że mówiąc to, w drzwiach minęliśmy się z Tomaszewskim i Fangorem. To była tragedia! Tomaszewski wziął to do siebie i zaczął mnie ignorować. Miałem robić u niego dyplom, ale przekazał mnie komu innemu. Nigdy się z tego nie tłumaczyłem, bo bałem się, że jak zacznę, to wyjdę na kłamcę. A wiadomo, że pozory kłamstwa są najgorsze.</p>
<p><strong>Nie da się ukryć, że nonszalancki stosunek do edukacji w twoim przypadku nie był pozorny.</strong></p>
<p>Zaczęło się jeszcze we wczesnym dzieciństwie. Wywalili mnie po kolei ze wszystkich możliwych szkół w Pruszkowie. Zamiast się uczyć, chodziłem z kolegami po okolicznych lasach w poszukiwaniu zakopanej w ziemi amunicji. Kiedyś z kumplem znalazłem niemieckiego Walthera. I mieliśmy problem – czyj to będzie pistolet? Ustaliliśmy, że Walthera weźmie ten, kto będzie miał najgorsze stopnie. Mam tę cenzurkę do dzisiaj.</p>
<p><strong>Kto wygrał?</strong></p>
<p>Ten sukinsyn! Miał same niedostateczne, a ja niestety byłem dostateczny z&#8230; gimnastyki. Nie dość, że przegrałem zakład, to oczywiście zostałem na drugi rok w tej samej klasie. Ojciec zabrał mnie wtedy z tamtej szkoły i zapisał do Liceum im. Mikołaja Reja w Warszawie. Mój kolega od Walthera skończył tragicznie. To była niespokojna dusza. Któregoś razu siadł na znalezionym pocisku moździerzowym i uderzał w niego młotkiem. Szczątki zbierano z okolicznych gałęzi.</p>
<p><strong>Dość szybko po studiach wyjechałeś do Francji. A co robiłeś w tak zwanym międzyczasie?</strong></p>
<p>Jeszcze w czasie studiów dorabiałem sobie w tygodniku „Świat”, mieszczącym się na Nowym Świecie. Koledzy szli na piwko, a ja do redakcji. Byłem specem od metrampażu, czyli ręcznie wyznaczałem ilość kolumn, miejsca na zdjęcia i temu podobne. Dyrektorem artystycznym tego periodyku był wtedy Tadeusz Trepkowski, jeden z najlepszych polskich plakacistów. To znaczy nigdy go tam nie było, bo albo chodził na randki, albo pił z żoną Toeplitza, albo hulał w Zakopanem.</p>
<p><strong>Wiemy, że ostro rozbijałeś się wtedy po warszawskich jazzklubach. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jeden taki klub na Starym Mieście nawet współtworzyłem. Właśnie tam „poznałem” razu pewnego Raula Castro. O mało nie dałem mu w mordę. Przy barze siedziała wtedy moja żona. Raulowi spodobała się jej pupa, więc jak cham za nią złapał. Rzuciłem się na niego, ale w porę wyprowadziła go z klubu jego własna ochrona. To były wspaniałe czasy i wspaniały klub. Codziennie do czwartej nad ranem grali Komeda, Kurylewicz, Ptaszyn-Wróblewski, „Duduś” Matuszkiewicz i Jan Zylber, który po latach rzucił perkusję i został biznesmenem (<em>menedżerem Ewy Demarczyk i duetu Marek i Wacek  – przyp. aut.</em>). Kilkanaście lat później Janek zrobił ze mną wywiad do&#8230; „Playtboya”. Pamiętacie taki periodyk?</p>
<p><strong>Do dziś mamy przed oczami okładkę z Laurą Łącz! A z prawdziwym PLAYBOYEM bez „t” pośrodku miałeś wcześniej do czynienia?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W połowie lat 70. zaprosiłem na kolację do restauracji „Andre&#8217;s” w Aspen rodzinę Hugh Hefnera &#8211; jego żonę, córkę i brata. Właściciel knajpy – Andre Ulrich był synem przyjaciela Piłsudskiego – pułkownika Ulricha. I właściwie to chyba mój jedyny związek z PLAYBOYEM. Hugh nie poznałem nigdy, za to całą noc przetańczyłem wtedy z Christy. Nie wiem, ile mogła mieć lat&#8230; (<em>dwadzieścia kilka – przyp. aut.</em>). Ale i tak mamusia podobała mi się bardziej (<em>śmiech</em>). Ach&#8230; Byłbym zapomniał&#8230; Poznałem kiedyś Barbie Benton, pierwszą dziewczynę, która rozłożyła nogi dla Hugh Hefnera i PLAYBOYA. Mam nawet z nią zdjęcie.</p>
<p><strong>Pytamy o związki z PLAYBOYEM, bo wiemy, że jeden z twoich dobrych znajomych – Gene Gutowski (<em>producent filmowy współpracujący m.in. z Romanem Polańskim</em> &#8211; <em>przyp. red.</em>) kręcił się całkiem blisko tego środowiska.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Aaa, no tak. Gene to kalkulujący wariat. Kiedyś umówił się ze mną na kolację w restauracji w Beverly Hills. Okazało się, że miał tam być Kashoggi <em>(Adnan – jeden z najsłynniejszych handlarzy bronią – przyp. aut.</em><em>) </em>z żoną &#8211; Sorayą. Gene wtedy zarabiał na broni, tak mi się przynajmniej wydaje. A Soraya była po prostu niesamowita! Poprosiłem go, żeby dał mi do niej numer telefonu. Chciałem ją mieć za wszelką cenę. Gene był przerażony. Powiedział, że jeśli da mi ten numer, to znajdą moje ciało bez głowy. To mnie trochę ostudziło. A szkoda, bo widziałem, że ona bardzo chciała&#8230; Ale za to Kashoggi oszalał na punkcie mojej asystentki &#8211; Krysi. Zabrał ją do swojego samolotu i polecieli do Las Vegas. Z tej podróży wróciła z ogromnym diamentem. A ja Sorayi nawet nie powąchałem. Rażąca wręcz niesprawiedliwość!</p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>Wybiegliśmy za daleko w przyszłość. O twoje życie w Ameryce, a nawet asystentkę Krysię będziemy jeszcze pytać. Na razie wróćmy do Francji. Droga powrotna do Polski zamknęła się dla ciebie w momencie otrzymania ostrzeżenia, grypsu schowanego w paczce extra mocnych&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wysłała je moja była żona – Ania Mackiewicz, która dzięki pielęgniarce &#8211; metresie umierającego w szpitalu Cata-Mackiewicza (<em>Stanisław – pisarz, publicysta polityczny, premier Rządu na Uchodźstwie, zmarł w Warszawie w 1966 roku – przyp. aut.)</em>, dowiedziała się, że grozi mi niebezpieczeństwo. Podobno Mackiewicza przesłuchiwało dwóch esbeków, a pielęgniarka usłyszała moje nazwisko. SB szalało, bo chciało się dowiedzieć, kto przewozi jego książki do Paryża.</p>
<p><strong>Tym kimś byłeś ty. Przewiozłeś maszynopis <em>Polityki Becka</em>. </strong></p>
<p>Dzisiaj się zastanawiam, jak mogłem się w ogóle odważyć. Zagrałem wtedy va banque. Miałem łącznie trzy walizki i zanim mnie celnik poprosił, rzuciłem na stół tę z książką. Popatrzył na mnie i powiedział: „Nie ta, nie ta. Tamta&#8230;”. I wskazał na walizę, po brzegi wyładowaną pędzlami i farbami. Książkę przekazałem Konstantemu Jeleńskiemu. Wydał ją Giedroyc. Po ostrzeżeniu od Ani było jasne, że przez dłuższy czas nie powinienem wracać do Polski. Mimo, że moim powinowatym był Kliszko (<em>Zenon – komunista, członek Biura Politycznego KC PZPR– przyp. aut.). </em>Zawsze potwornie z nim walczyłem. Robiłem mu karczemne awantury. Wszystko uchodziło mi płazem, bo przecież nie aresztowałby członka rodziny. Niemniej po <em>Polityce Becka</em> z pewnością by mnie nie obronił. Zresztą sam był skazany przez Stalina na śmierć, a UB lało go po nerkach.</p>
<p><strong>Jak ci się układało w Paryżu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Szybko trafiłem do inteligenckiego środowiska, które właściwie nie musiało pracować. Zaprzyjaźniłem się z wieloma pisarzami i poetami, między innymi z Jacques&#8217;em Prévertem. A także z pewną francuską adwokatką &#8211; Nicole Ciano, uwielbianą przez wszystkich literatów. Prawniczka ta była z rodziny Mussoliniego. Dziewczyna miała dupę jak stodoła i metrowe piersi. Jej mercedes był zrobiony na zamówienie – z jednym wielkim siedzeniem z przodu. Ta prawniczka uwielbiała bohemę i miała fenomenalne poczucie humoru. Codziennie spotykaliśmy się na kawie i śniadaniu około 11 w Cafe Les Deux Magots. Czasami wpadała i przysiadała się do nas Simone Signoret <em>(zdobywczyni Oscara dla najlepszej aktorki za rolę w filmie </em>Miejsce na górze <em>- przyp. aut.)</em>, która jako jedyna niczego nie jadła, za to piła Martini. W południe była już na rauszu, a jej oczy stawały się jeszcze bardziej zielone.</p>
<p><strong>Po pierwszym sukcesie finansowym od razu zaszalałeś i kupiłeś sportowy samochód.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To była totalna głupota. Kupiłem wtedy, dziś już legendarnego, Austina Healeya 3000. Miał niesamowity overdrive, nawet na ostatnim biegu można było wcisnąć i znacznie przyśpieszyć. Kilka razy ścigałem się w środku nocy z architektem Jurkiem Chudzikiem, który jeździł wówczas Ferrari. Na raz, dwa, trzy wskakiwaliśmy do samochodów nie otwierając drzwiczek. Meta była przed ratuszem w Strasbourgu. Paryż puściutki, zero ograniczeń prędkości – piękne czasy! Ale dziwię się, że żyję&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jakie wyniki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>On wygrał dwa razy, ja tylko raz. Potem, gdy już byłem w Ameryce, Jurek znalazł sobie kogoś innego do wyścigów. Niestety na jednym z zakrętów wyleciał z auta i zginął. Ja też miałem wypadek, więc miłość do sportowych aut trochę mi minęła. W Los Angeles w roku 1969 kupiłem białego Lincolna Continentala. Był tak ogromny, że mogłem wozić w nim swoje obrazy. Ale każda część, która się w nim zepsuła, była horrendalnie droga. W sumie była to zła decyzja, ale jakże podniecająca! Szyby otwierały się po naciśnięciu guzika&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>I znowu niechcący znaleźliśmy się w Stanach&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przepraszam, ale tak to już ze mną jest. Z jednej opowieści wyciągam kolejną, a z niej jeszcze następną. Dygresja goni dygresję. Potraktujcie tę rozmowę jak lekturę <em>Rękopisu znalezionego w Saragossie</em>. Wy pytacie, ja otwieram kolejne szkatułki. Raczej nie damy rady uporządkować tego  chronologicznie.</p>
<p><strong>Spróbujmy chociaż domknąć Francję. Wyjechałeś z Paryża w 1968 roku, u szczytu popularności. Dlaczego?</strong></p>
<p>Czy ja wiem, czy u szczytu&#8230; Być może można tak powiedzieć. W końcu to były czasy, kiedy malowałem obrazki na prywatnej plaży w Saint-Tropez, obok opalała się moja dziewczyna &#8211; Vivianne Houssay, sekretarka Coco Chanel, a razem z nami siedziała jeszcze Juliette Greco i Françoise Sagan (<em>jedna z największych francuskich pisarek, już jako 18-latka wydała powieść </em>Witaj smutku<em>, która stała się bestsellerem. W tamtych czasach Sagan była ikoną swojego pokolenia – przyp. aut.), </em>która<em> </em>coś sobie pisała. Trochę się z nią przekomarzałem. Pisała wtedy wspaniałą powieść <em>La</em> <em>Chamade</em> i pytałem ją kilka razy, co to właściwie znaczy. Odpowiadała „nie wiem”. Kiedy po latach w Kalifornii na afiszu kina, sąsiadującego z moją galerią, zobaczyłem tytuł <em>La Chamade</em> po prostu oniemiałem. A prawdziwego szoku doznałem w trakcie seansu. W tym filmie jest scena, w której Catherine Deneuve i Michel Piccoli oglądają wystawę moich obrazów!! W pierwszej chwili myślałem, że ktoś podrobił mój styl. Po chwili dotarło do mnie, że to są moje prace. Później wyjaśniło się, że przy filmie pracowało wielu moich przyjaciół i ekipa, na prośbę Françoise, zrobiła zrzutkę obrazów Witolda-K. Ja o tym nie wiedziałem, bo wyjechałem do Ameryki, zanim powstał scenariusz.</p>
<p><strong>Wciąż jednak nie wiemy, dlaczego wyjechałeś. Nie podobała ci się sekretarka Coco Chanel, czy miałeś dość towarzystwa Françoise Sagan?</strong></p>
<p>Na tej plaży była też siostra Catherine Deneuve (<em>aktorka Françoise</em><em><strong><strong> </strong></strong> Dorleac &#8211; przyp. red.</em>), więc towarzystwo miałem wyborne. Uciekłem z Francji z zupełnie innego powodu. W swojej karierze miałem trzy wystawy o naprawdę wielkim znaczeniu. Każda zakończyła się kompletną klapą i to zupełnie bez mojego udziału. Zawsze były to nieprawdopodobne przypadki losowe. Pierwszą klęskę przeżyłem w 1968 roku w Paryżu. Na mojej wystawie w galerii La Pochade była cała paryska śmietanka &#8211; Juliette Gréco, Piccoli i wielu innych, a także francuski minister sprawiedliwości – Louis Joxe. Właściciel galerii już po pierwszej godzinie cieszył się, że przy każdym obrazie jest czerwona kropka. Wszystkie zostały zarezerwowane. Wielki sukces.</p>
<p><strong>I co wtedy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To było 5 maja, w dzień kiedy zaczęły się studenckie zamieszki. Rewolucja. Tłum podpala na ulicach samochody&#8230; W galerii zrobił się chaos. Minister spraw wewnętrznych wisiał na telefonie i wydawał polecenia policji. Goście zaczęli uchodzić. Po niektórych podjeżdżały samochody z eskortą. Protesty doprowadziły do kilkutygodniowego strajku powszechnego, który sparaliżował cały kraj. Czy muszę wam tłumaczyć, że nikt nie zgłosił się po zamówione obrazy? To była całkowita klęska. Prawie 10 godzin wracałem na piechotę do swojego mieszkania na Rue Tholoze. Wszędzie barykady. Młodzież z czerwonymi sztandarami. Dla mnie to był koniec świata. Byłem człowiekiem, który robił wszystko, żeby ludzie nie myśleli o nim jak o kuzynie komunistów. Głównie dlatego poleciałem do Stanów. Nie mogłem patrzeć na tę czerwoną zarazę.</p>
<p><strong>A w Ameryce zamiast błyskawicznej sławy, czekało cię przymieranie głodem i zamarzanie na śmierć…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To nie tak. Początek miałem wspaniały. Na lotnisko przyjechał po mnie Jurek Kosiński.</p>
<p><strong>A propos&#8230; Jesteście do siebie bardzo podobni. Nie bywaliście ze sobą myleni?</strong></p>
<p>Któregoś razu ktoś na ulicy pomylił Jurka ze mną. Podobno Kosiński strasznie się zdenerwował. Ja natomiast parę razy byłem proszony o podpisanie <em>Malowanego ptaka</em>. Odpowiadałem, że wprawdzie nie napisałem tej książki, ale za to mógłbym być jej bohaterem (<em>śmiech</em>). Podpisywać mogłem, bo artyści jak pomalowane ptaki są zawsze obcokrajowcami. Świat dla Jurka to był teatr, w którym on był reżyserem. Musiał wszystko kontrolować. Mam zupełnie inny charakter, bo polegam na intuicji. Jurek doprowadził swoją intelektualną inwestygację do granic. Dla mnie to był pająk, który zaplątał się we własną pajęczynę.</p>
<p><strong>Wróćmy do twoich początków w Nowym Jorku.</strong></p>
<p>Niedługo po przyjeździe dostałem się do jednej z lepszych galerii – La Boetie. To dało mi poczucie wielkiego entuzjazmu. Od razu przyszło zamówienie na trzy litografie. Każda po trzy tysiące dolarów. Pomyślałem &#8211; niech się schowa ta Francja i Europa. Żona właściciela galerii bardzo mnie polubiła. Na jednym z przyjęć przedstawiła mnie komuś mówiąc: „A to jest nasz nowy nabytek z Izraela”. Zatkało mnie. Kiedy już wyjaśniło się, że jestem z Warszawy i mam polskie korzenie szlacheckie, a do tego żadnej krwi żydowskiej… wyrzucono mnie z galerii. Za bycie Polakiem. Później z kolei straciłem wielkie zamówienie&#8230; za „bycie Żydem”. Mój przyjaciel, słynny amerykański architekt Harwood Taylor, w Houston w Teksasie dostał zlecenie od króla Arabii Saudyjskiej na zaprojektowanie dziewięciu willi dla jego gości. Budżet bajeczny &#8211; trzy miliony dolarów. „Zrób dla mnie projekt dziewięciu abstrakcyjnych rzeźb” – poprosił Harwood. I wziął moje portfolio pod pachę, żeby pokazać ludziom króla. A ja głupi nie wyjąłem jednej strony ze zdjęciem plafonu, który wykonałem dla Domu Kultury w Oświęcimiu. I wszystko poszło do innego artysty…</p>
<p><strong>Kiedy okazało się, że nie jesteś Żydem, skończyły się zamówienia?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przykro przyznać, ale tak. Mieszkałem wtedy w hotelu przy 86. i Broadway. Okolica była podła. Każdej nocy słyszało się strzały. Ale za to stać mnie było na naprawdę wielką pracownię. Do czasu oczywiście, bo wkrótce nie byłem w stanie zapłacić żadnego rachunku. Wreszcie doprowadziłem się do takiego upadku, że z głodu, wyczerpania i zimna prawie umarłem. Uratowała mnie kobieta, którą poznałem parę tygodni wcześniej dzięki Kosińskiemu. Jurek parę razy zabrał mnie do państwa Falenckich, bardzo znanej i bajecznie bogatej polskiej rodziny. Kiedy wszedłem do ich apartamentu na Piątej Alei w holu powitał mnie trzymetrowy Picasso. Później bywałem jeszcze na  farmie Falenckich w Upper New York State. Już wtedy nie dojadałem, ale wstydziłem się przyznać i trzymałem fason. I właśnie na tej farmie poznałem kuzynkę Falenckich &#8211; nieco otyłą, kuśtykającą panią, która mówiła płynnie po francusku. I to nas do siebie zbliżyło, bo mój angielski był wtedy jeszcze słaby. Ona uwielbiała literaturę, podobnie jak ja. Zaprzyjaźniliśmy się trochę i wymieniliśmy telefonami. Umówiliśmy się, że do niej zadzwonię, ale za kilka dni odłączyli mi telefon.</p>
<p><strong>Czy zbliżamy się choć trochę do historii o zamarzaniu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale to nie ja zamarzłem, tylko herbata w szklance! Pochorowałem się z niedożywienia i dostałem wysokiej gorączki. W tym samym czasie wybuchł strajk nowojorskich opalaczy po zachodniej stronie Central Parku i w środku zimy wyłączono ogrzewanie w moim budynku. Byłem w tak złym stanie, że nie miałem sił wstać. Może wstyd się przyznać, ale posikałem się nawet do łóżka. Byłem przekonany, że umieram. Resztką sił pisałem list pożegnalny do ojca, kiedy zadzwonił telefon. Na szczęście do mnie wciąż można było dzwonić. Z trudem odebrałem i usłyszałem głos kuzynki Falenckich. Zapraszała mnie na party. „Może by pan przyszedł, bo tak miło nam się rozmawiało&#8230;”. „Susan, ja umieram, nie mogę przyjść”. Najpierw myślała, że żartuję, ale z tonu głosu szybko się zorientowała, że jest źle. Wypytała mnie o dokładny adres i się rozłączyła. Okazało się, że w moim wieżowcu wyłączono windy od któregoś poziomu. A ona, biedna, z tą chromą nogą, przyszła do mnie z termosem i sandwichem pokonując dwadzieścia pięter. Uratowała mi życie. Zapłaciła też od razu za telefon i za dwa miesiące mojego czynszu z góry. Nigdy nie chciała przyjąć pieniędzy z powrotem. Mówiła: „Daj mi lepiej swój obrazek”.</p>
<p><strong>Co zrobiłeś, kiedy doszedłeś do siebie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wyjechałem do Kalifornii. To był inny świat. Miałem dobrych znajomych, dzięki którym od razu trafiłem do środowiska ludzi bardzo znanych. Środowiska, w którym wszystko było wolno. To były czasy zupełnie inne niż dziś i trzeba o tym pamiętać. Otaczały nas śliczne dziewczyny z całego świata, które przyjeżdżały tylko po to, aby otaczać się znanymi ludźmi. Często miały pewnie po 15 lat, a wyglądały na 20. Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Zresztą nikt się nie pytał, ile mają lat, bo same siadały nam na kolanach.</p>
<p><strong>Miały nawet pomocniczki…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W postaci mamusi, która widziała w tym interes! Przecież to ona wyczuła chlebem przyszłość pachnącą i podstawiła Romanowi swoją córkę &#8211; Samanthę. A czasy były rozwiązłe, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Do mojej galerii przychodziła na przykład pewna dziewczyna &#8211; piękna blondynka. Zawsze ubierała się tak, że można było oglądać jej majtki. Twierdziła, że uwielbia moje malarstwo. Nie zwracałem uwagi na jej sex-appeal, więc pewnego dnia nie wytrzymała: wepchnęła mnie pod ścianę, rozpięła błyskawicznie rozporek i złapała za kutasa. Miałem ją pytać, ile ma lat?</p>
<p><strong>Kiedy poznałeś Romana Polańskiego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kiedy na chwilę przyjechał z Paryża do Warszawy i wpadł do SPATiFu. To było prawdopodobnie w 1961 roku. Miał wtedy na nogach piękne spiczaste włoskie buty na wysokim obcasie. Dziś widujemy się we Francji, a jeszcze przedtem mieszkałem u niego w Bel Air, w domu, w którym rozegrała się ta wielka tragedia…</p>
<p><strong>A ty mogłeś być jedną z jej ofiar. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Parę godzin przed atakiem bandy Charlesa Mansona, zadzwonił do mnie Wojtek Frykowski i namawiał, żebym wpadł i pomógł mu zrobić dresing. Akurat wtedy kładłem wielki dywan w mojej nowej galerii, którą dzień później miałem otworzyć dla publiczności. Nie miałem czasu na zabawę i spławiłem Wojtka. Jednak wracając do domu, nabrałem ochoty na towarzystwo i chciałem się przyłączyć do zabawy. Jechałem samochodem z moją ówczesną dziewczyną i sekretarką Krysią, której ten pomysł jednak bardzo się nie spodobał. Ona po prostu chciała się&#8230; rżnąć. Więc nie skręciłem z autostrady w odpowiednim momencie i pojechaliśmy do domu. Myślę, że gdybym do nich dojechał, mógłbym wszystkich uratować&#8230;</p>
<p><strong>Zostałeś wtedy świadkiem numer jeden. Z przydzieloną na stałe policyjną ochroną. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Byłem na 99 procent pewien, że wiem, kto zabił. I to niestety przeze mnie śledztwo poszło fałszywym tropem. Parę tygodni wcześniej Jay Sebring (<em>fryzjer hollywoodzki, który zginął wraz z brzemienną żoną Romana Polańskiego Sharon Tate, Wojciechem Frykowskim i jego dziewczyną </em><em>Abigail Folger – przyp. aut.</em>) zrobił wielkie party w domu Polańskiego. Romek był za granicą i uczynił Wojtka odpowiedzialnym za porządek. Impreza wyśmienita – był tam cały Hollywood. Większość czasu spędziłem wtedy z dwiema aktorkami, które mówiły po francusku &#8211; Yvette Mimieux i Jacqueline Bisset. Gadałem też dużo z George&#8217;em Plimptonem – słynnym amerykańskim dziennikarzem sportowym, który posiadał największą na świecie kolekcję pornosów, no, ale w końcu to też sport&#8230; W pewnym momencie zauważyłem dwóch dziwnych typów. Krok w spodniach wisiał im przy kolanach. Jak się schylali, to można im było tyłki oglądać. Byli naćpani i nachlani. Zachowywali się okropnie – głośno gadali, zaczepiali po chamsku dziewczyny. Wojtek zwrócił im uwagę. Oni się wściekli i wyglądało na to, że zaraz pójdą w użycie noże. Na imprezie było jednak dwóch czarnych, ogromnych wykidajłów. Skorzystaliśmy z ich pomocy. Faceci podnieśli typów i dosłownie wynieśli z domu. Tamci tak się wkurwili, że zaczęli krzyczeć: You&#8217;re fuckin assholes! We&#8217;ll be back and kill you! Jeden z nich spojrzał się na Wojtka i wrzasnął: You&#8217;ll be the first! A parę tygodni później zdarzyło się morderstwo. To dlatego wprowadziłem wszystkich w błąd i opóźniłem śledztwo. Policja poprosiła mnie o namalowanie portretów pamięciowych. W Malibu Colony nad oceanem, w domu reżysera Michaela Sarne&#8217;a, Romek stał nade mną i poganiał mnie do późnej nocy. Była tam z nami Mae West, która właśnie kręciła film <em>Myra Breckinridge.</em> Koniec końców na  podstawie moich portretów aresztowano ten duet na Jamajce. Za handel narkotykami! Dopiero po jakimś czasie wyszły na jaw prawdziwe okoliczności zbrodni na Cielo Drive. Charles Manson chciał być artystą. Próbował dostać się do środowiska przez Terry&#8217;ego Melchera – producenta muzycznego, który mieszkał na Cielo Drive z Candice Bergen. Terry go olewał, bo wiedział, że nic z tego prymitywa nie będzie. A Manson chcąc się zemścić, wysłał swoich ludzi, żeby go zamordowali. Tyle, że dom wynajmowali już Roman i Sharon Tate. Melcher i Bergen zdążyli się wyprowadzić. Manson o tym nie wiedział&#8230;</p>
<p><strong>Jak wspominasz tamten czas?</strong></p>
<p>Pierwszą noc po morderstwie spędziłem z Genem Gutowskim i z Romkiem. Gene dał mu środki nasenne. Roman spał i płakał. Widziałem to na własne oczy.  Potem na pogrzebie, Roman stał trzymając głowę do góry, a ręce miał splecione za sobą. Nie był w stanie opanować drżenia dłoni. Byłem do głębi smutny. Czy wiecie, że Gibby Folger na 15 maja, na moje urodziny w Los Angeles dała mi w prezencie ogromną flagę USA? Obłożyliśmy nią kanapę w domu na Cielo Drive. Zawsze myślałem, że w końcu ją stamtąd zabiorę. Mordercy zawinęli w nią ciała Sharon i Jaya&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jak czułeś się w roli świadka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Policja zdecydowała przydzielić mi i mojej Krysi ochronę, bo nikt nie miał pewności, czy mordercy nie zechcą zabić i nas. Co noc zabierano nas do innego hotelu, nigdy też nie mówiono, gdzie będziemy spali. Przez 24 godziny byliśmy chronieni przez facetów z długą bronią. A Krysia miała wtedy 17 lat. Jej mama była w moim wieku. Nikomu nie przyszło do głowy, spytać ile lat ma moja dziewczyna. Łamałem prawo, nie wiedząc o tym, pod pilnym okiem policji z Los Angeles. Takie po prostu były czasy. Więc jeżeli Romek za seks z Samanthą ma być skazany ponownie, ja powinienem dostać 2 lata, Kirk Douglas – 80 lat, a Warren Beatty – 120 tysięcy lat.</p>
<p><strong>Aż tak?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie zdajecie sobie sprawy, jaka rozwiązłość panowała wtedy w L.A. Warren Beatty miał grubą książeczkę, w której zapisał ponad tysiąc telefonów dziewcząt. Każda gotowa na jego zawołanie. Warren mieszkał ode mnie dwa bloki dalej, w hotelu Wilshire. Nie chciał mieć nic swojego. Tak więc wynajmował na ostatnim piętrze apartament. Po sąsiedzku mieszkał Artur Rubinstein. Warren mawiał: „Trawę mam ścinać? Po co mi dom? Jak jestem głodny o trzeciej nad ranem, to dzwonię i przynoszą jedzenie. Mam tu trzy windy. Dziewczyny mogą się spokojnie zmieniać”. Myślicie, że wszystkie dziewczyny były pełnoletnie? A teraz Beatty jest oddany żonie i dzieciom&#8230; Romek w tamtym okresie bardzo się z Warrenem przyjaźnił. Można powiedzieć, że w jakimś stopniu my wszyscy byliśmy wtedy na granicy „self destructive”.</p>
<p><strong>Opowiesz o swoich doświadczeniach w tym zakresie?</strong></p>
<p>Niczego się nie wstydzę. Takie jest życie. U Romka na Cielo Drive często budziłem się na strasznym kacu o szóstej rano i szedłem do lodówki, żeby nalać sobie setę czystej wódki. Któregoś razu Wojtek stanął mi na drodze i powiedział: „Nie będziesz pił. Zapalisz”. „Już próbowałem, to mi nie pasuje”. I kiedy chciałem go przesunąć, trzepnął mnie pięścią w szczękę. Obsunąłem się. Zmusił mnie, żebym wytrzeźwiał i dopiero potem zapalił. Bo wcześniej zawsze paliłem, kiedy już byłem pijany. Wtedy to nie działa. Wyobraźcie sobie, że zapaliłem i odkryłem, że jest inny sposób na bycie „high”. A potem poszło już dalej. Zaprzyjaźniłem się z Johnem Phillipsem&#8230;</p>
<p><strong>Z  The Mamas and The Papas?</strong></p>
<p>Oczywiście. A był jakiś inny? (<em>śmiech</em>) Spędzaliśmy razem sporo czasu. Któregoś razu szliśmy po Sunset Boulevard. Raptem z dużego samochodu, w którym trwała wielka impreza, wychylił się facet, drąc się wniebogłosy: „Hello John! How are you?!”. To był Elvis Presley&#8230; Po moim pierwszym spotkaniu z policją, kiedy mówiłem, że wiem kto zabił, poszedłem od razu do Johna i powiedziałem: „Zniszcz wszystkie narkotyki. Policja będzie tu lada dzień”. On był wtedy z Michelle (<em>Michelle Gilliam, później Phillips – piosenkarka, aktorka, członkini The Mamas and The Papas – przyp. red.</em>), która poróżniła wszystkich. Johna z Warrenem Beatty i Jacka Nicholsona z nimi. Była po prostu zbyt piękna. Miała najseksowniejsze nogi w całym Hollywood. Przespała się z nimi trzema i skłóciła ich tak, że nie chcieli ze sobą rozmawiać. Ale wracając do rzeczy… W tamtych czasach eksperymentowałem ze wszystkim. Zresztą John przekonywał mnie, mówiąc: „Jak nie będziesz palił, to wszyscy pomyślą, że współpracujesz z FBI. Oni używają takich, co nie mają Zielonej Karty, do infiltracji Hollywoodu”. Nie miałem wyjścia (<em>śmiech</em>). Kokainę po raz pierwszy brałem z Kirkiem Douglasem. Potem nawet jeździłem po niej na nartach.</p>
<p><strong>Mimo wszystko widać, że zdrowie dopisuje…</strong></p>
<p>Zdarzało mi się pijać wino z kloszardami pod mostem w Paryżu. Zamiast korka w butelkach był papier. Wszyscy pili z jednej butelki. Jakoś to przeżyłem&#8230; Nigdy nie stałem się niewolnikiem nałogów. Byłem przede wszystkim niewolnikiem własnej sztuki. A na przykład Wojtek Frykowski uzależnił się na poważnie, bo chociaż był bardzo inteligentny, to nie miał żadnego konkretnego talentu. Miał pasję życia, ale nie miał pasji zawodu. Dla mnie rozpoczynanie nowych i zrywanie ze starymi nałogami nigdy nie było problemem. Ostatniego papierosa wypaliłem na nartach.</p>
<p><strong>Będąc na kokainie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Nie, zupełnie na trzeźwo. Ale powiem wam, że po kokainie na nartach jeździ się wspaniale! Oby nie na marihuanie. Bo po trawie zaraz masz lęki. A na kokainie nie ma dla ciebie przeszkody. Jesteś zawodnikiem Pucharu Świata…</p>
<p><strong>A propos. Jak dobrze znasz Andrzeja Bachledę?</strong></p>
<p>Traktuję go jak syna. Andrzej mieszkał u mnie w Denver kilka lat. Zresztą Ałuś Bachleda tak samo traktuje mojego syna, który z kolei mieszkał u Bachledów. Przyjaźnię się z ich rodziną od wielu lat. Przyjaźniłem się z seniorem, śpiewakiem operowym, a potem z jego synem &#8211; Ałusiem. Przy Andrzeju zawsze czuję się jak początkujący. Zjeżdżałem z nim wielokrotnie, bo zabierał mnie na swoje rozgrzewki slalomowe. Kiedyś wpuścił mnie w straszne maliny, prowadząc na trasę z tysiącem „wielbłądów”. A ja mam poważne skrzywienie kręgosłupa. Na czwartym garbie przeszył mnie ból. Trzeba było nawet wzywać tobogan. Ale dziś już wiem, że najważniejsze to się nie dać. Pamiętacie historię o ostatnim papierosie?</p>
<p><strong>Tylko o niej napomknąłeś…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jeździłem wtedy na nartach w Aspen z moim przyjacielem, milionerem &#8211; Maco Stewartem. Przez kilka godzin męczył mnie, żebym skorzystał z jego masażysty &#8211; cudotwórcy. W końcu z grzeczności uległem. Facet był rzeczywiście niesamowity. Do tego stopnia, że przedłużył mi życie. Masując mnie usłyszał, że chlupie mi woda w płucach! To był ostatni dzwonek. Wypaliłem tego papierosa i poddałem się leczeniu. Maco nie posiadał się z radości, że uratował mój tyłek. Ten facet to wspaniały wariat. Kiedy byliśmy razem w Paryżu, kazał zaprowadzić się do najdroższego burdelu. Mówię mu: „Ale tam za butelkę Dom Perignon trzeba płacić 6 tysięcy dolarów!”. A on na to: „Moim obowiązkiem jest dzielić się. A dzielenie się z przyjaciółmi czyni mnie szczęśliwym” (<em>śmiech</em>). Wiecie… świat bywa kompletnie surrealistyczny.</p>
<p><strong>Był, bywa i będzie.</strong></p>
<p>Dziś akurat wszyscy na siłę się buntują, są „nonkonformistami” &#8211; strasznie to zabawne. Moje pokolenie widziało takie rzeczy i takie rzeczy przeżyło, że do końca świata będziemy, bez udawania i grania, szczerymi buntownikami. W trakcie wojny na własnej skórze odczuliśmy, że świat jest &#8211; kurwa mać &#8211; tak spierdolony, że nic mu nie pomoże. Dlatego potem, gdy mieliśmy szansę być szlachetni, bywaliśmy nieostrożni. Szlachetność jednak zawsze wygrywała. Ostatnio rozmawiałem z Markiem Nowakowskim. Powiedziałem mu, że jest z inteligenckiej rodziny, ale inspiracji dla literatury i tak poszedł szukać pod budką z piwem. Ja tego nie musiałem, bo od dziecka byłem otoczony tragedią. Codziennie widziałem umierających z głodu pacjentów w Tworkach. Słyszałem krzyki i błagania o chleb. Naprawdę nie musiałem ze zbuntowaną bohemą pić taniego piwa i sikać pod budką. Ale rozumiem doskonale i takie zachowania, bo jak słyszałem, jeżeli ktoś za młodu nie jest rewolucjonistą, na starość zostaje… kutasem.</p>
<p><strong>Jak oceniasz ostatni film Polańskiego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mam za złe Romkowi, że zrobił coś takiego. Film jest bezbłędnie reżyserowany, ale za to okropny politycznie. Gdyby Stalin żył i mógł obejrzeć ten film, byłby wniebowzięty. Czyżby Romek zapomniał, czym był socjalizm? Niestety zaraził się francuskim lewicowym intelektualizmem. Z mojego, politycznego punktu widzenia <em>Autor Widmo</em> to koszmar.  Kocham Amerykę, on nie i ma ku temu powody. Wcale mu się nie dziwię.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Skupujesz jeszcze swoje obrazy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Już nie, bo mnie w tej chwili na to nie stać. Zresztą tak to w moim życiu zawsze było, że jak zaczynały się dyskusje o pieniądzach, zasypiałem. Mam wyobraźnię wizualną, nie intelektualną. A żeby myśleć o pieniądzach, trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Ja od dziecka lubiłem oczy przymykać. Na przykład w Rabce, przed wojną, gdzie leżałem chory na gruźlicę przez 3/4 roku. Zamykałem oczy, żeby nie widzieć codziennie umierających dzieci. Żeby nie myśleć o tym, że na gruźlicę umarła moja mama, gdy miałem 14 miesięcy. Zamykałem oczy i fantazjowałem, uciekałem od rzeczywistości. To był stan na granicy halucynacji. Wiem to, bo potem próbowałem wielu substancji i naprawdę znam się na prawdziwych halucynogenach. Musiałem zamykać oczy, żeby przesuwał mi się film. Pojawiały się różne obrazki, których nie rozumiałem. Zatrzymywałem film na tego typu obrazkach, a później je malowałem.</p>
<p><strong>To widać.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Uważam, że wszelka analiza intelektualna zabija sztukę. Bardzo wcześnie to odkryłem, ale naprawdę, gdy ktoś za dużo myśli, nie może być artystą. W Tworkach czasami wpuszczano mnie do katatoników. Ustawiałem ich sobie w różnych pozycjach. Tak jak ich ustawiłem, tak stali. Ubrani w szare drelichy, w szarych podrapanych pomieszczeniach z zakratowanymi oknami, przez które wpadało rembrandtowskie światło. Nigdy tego nie zapomnę. I gdy później zarzuca mi się, że nie jestem artystą, bo używam pędzla (<em>śmiech</em>) i że nie biorę udziału w żadnych performance, odpowiadam, że brałem w nich udział wielokrotnie – w szpitalu w Tworkach, 60 lat temu.</p>
<p><strong>Czy 36 tysięcy dolarów w 1974 r. to twoje największe honorarium za obrazy?</strong></p>
<p>Skąd wy wiecie takie rzeczy? Słyszeliście kiedyś o Conoco? To był szósty największy koncern paliwowy na świecie. Jego prezydentem był Wayne Glenn &#8211; w Ameryce Bóg &#8211; człowiek z niewyobrażalnymi pieniędzmi, który kupił za te 36 tysięcy dolarów szereg moich obrazów. Zakładając inflację, dziś to by było około 120 tysięcy dolarów&#8230; Potem się zaprzyjaźniliśmy, uczyłem go jeździć na nartach i zbierać grzyby. Jako artysta byłem poza finansowymi kategoriami. Dla mnie wejście po drabinie, tak zwanej <em>social ladder,</em> było o wiele łatwiejsze niż dla innych. Pewnie dlatego, że pieniądze nigdy mi nie imponowały. Ci najbardziej potężni to wyczuwali.</p>
<p><strong>To oni ułatwili ci wstęp do Los Alamos (<em>słynny amerykański ośrodek badań jądrowych – przyp. aut.</em>), gdzie powstały obrazy i rzeźba czarnej dziury?</strong></p>
<p>Tak, ale to był czysty przypadek. W mojej galerii w Beverly Hills poznałem żonę jednego z dyrektorów Los Alamos, która zakochała się w moim malarstwie. Dzięki niej poznałem wielu wybitnych fizyków. Między innymi jej męża &#8211; Roberta Franka i profesora Stirlinga Colgate&#8217;a, który wspierał mój projekt rzeźby czarnej dziury. Przyjaźniłem się też z Alanem Shepardem, człowiekiem, który chodził po księżycu. Szef Los Alamos &#8211; Harold Agnew był uroczym człowiekiem – bratankiem wiceprezydenta USA. Spędzałem z nim na rozmowach długie wieczory. Ja &#8211; obywatel komunistycznej Polski. Zdajecie sobie sprawę, co robił wtedy wywiad sowiecki? Po prostu chodzili po moich śladach.</p>
<p><strong>Jak to się skończyło?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie miałem wyjścia i uprzedziłem przyjaciół. A oni (<em>Gene i Theresa Van Dyke &#8211; przyp. aut.</em>) skontaktowali mnie z FBI.</p>
<p><strong>Dlaczego przeprowadziłeś się do Denver?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo dla mnie to najlepsze miejsce do życia w całych Stanach. Przepiękny widok na Góry Skaliste, wspaniałe powietrze, a do tego codziennie można jeździć na nartach. Raj na ziemi. A poza tym ożeniłem się. Moja trzecia żona była prokuratorem miasta Denver. Mieszkaliście kiedyś z prokuratorem?</p>
<p><strong>Nigdy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Szczęściarze&#8230; Zawód określa mentalność człowieka, więc nie ma żartów (<em>śmiech</em>). Nasze życie przypominało sztukę <em>Dwoje na huśtawce</em>. Tyle, że to ja w naszym domu byłem housewife. W końcu mnie rozwiodła, bo chciała mieć drugie dziecko, a ja nie. Doszło wtedy do mnie, że nie zawsze warto być za dobrym mężem. Po prostu ją rozpuściłem. Nawet próbowała adoptować za moimi plecami Chinkę, a potem Białorusinkę. Wpłaciła 17 tysięcy dolarów do białoruskiej ambasady! Zadzwoniłem tam i powiedziałem, że nic z tego. Jak ona się o tym dowiedziała, wpadła w szał. Widzieliście kiedyś prokuratora w takim stanie?</p>
<p><strong>Nigdy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To podwójni z was szczęściarze. Miałem trzy żony. Pierwsza: architekt wnętrz, druga: lekarz psychiatra, trzecia: prokurator. Każdej sprawiedliwie dałem po jednym dziecku. Najstarszy syn ma 56 lat, najmłodszy 13. Jest i córka. Jestem zmęczony wykształconymi kobietami. Po co mi wykształcone kobiety, kiedy na świecie jest tyle wspaniałych książek? Mimo wszystko nadal się lubimy z prokurator Laurie. Ona chce być teraz Polką. Ma już zresztą podwójne obywatelstwo. Wraz z naszym 13-letnim synem postanowiła przeprowadzić się do Krakowa. Będzie wykładać prawo i studiować wschodnioeuropejską kulturę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Sprzeciwić się jej nie mogę. Sprzeciwiliście się kiedyś prokuratorowi? (<em>Śmiech</em>).</p>
<p><strong>A ty myślisz o opuszczeniu Stanów?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na pewno muszę zrobić porządek ze swoimi obrazami. Od 48 lat mam w Warszawie pracownię na Żwirki i Wigury. Na IV piętrze bez windy. Trenuję wchodzenie, żeby mieć formę na nartach (<em>śmiech</em>). Ta pracownia jest właściwie magazynem – kompletnie zastawionym moimi pracami.  Namalowałem tu setki obrazów. Wkrótce będę się też starał odzyskać posiadłości rodzinne w Mdzewku. Chciałbym tam otworzyć muzeum. Obawiam się tylko, że może mi nie starczyć sił na walkę z lokalnymi władzami.</p>
<p><strong>Wspominałeś o trzech dużych wystawach, które zakończyły się fiaskiem. Opowiedziałeś tylko o tej pierwszej…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O drugiej także. Przecież dzień po morderstwie w domu Romka, miałem otworzyć galerię w L.A. Były zaproszone tłumy gości. Wszystko odwołałem.</p>
<p><strong>A ten trzeci raz?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Trzy lata temu jako pierwszy Polak i pierwszy Amerykanin miałem dużą indywidualną wystawę w galerii Sotheby’s (<em>jeden z największych domów aukcyjnych na świecie – przyp. aut.</em>) w Amsterdamie. Pokazano tam 163 moje prace. I co się stało? Z dnia na dzień wybuchł światowy kryzys. W takich momentach nikt nie inwestuje w sztukę. To była moja trzecia klęska. Mam nadzieję, że ostatnia.</p>
<p><strong>My mamy już trzy ostatnie pytania. Jak ci się podoba twój portret pędzla Picassa?</strong></p>
<p>Jest bardzo dobry. Szybki, parę kresek zaledwie. Do Picassa zabrał mnie Jacques Prévert i powiedział coś w stylu &#8211; „to mój przyjaciel Witold, bardzo lubię jego malarstwo, mimo że on sam jest wariat”. Picasso wydłużył mi strasznie nos i zrobił ze mnie takiego właśnie wariata. Tamtego dnia jedliśmy flądry. Podano je na wielkich talerzach, wypalonych przez samego Picassa. Obiad trwał w najlepsze , a ja z każdą chwilą widziałem na twarzy Picassa coraz gorszy grymas. Bardzo mu się nie podobało, jak je Jacques. Picasso wziął widelec i nóż, rozdwoił flądrę i cały czas komponował na talerzu. Non stop robił sztukę. A Jacques wbił widelec w sam środek i wszystko rozgrzebał. Wreszcie Pablo nie wytrzymał: „Jacques, żeby być dobrym poetą, trzeba też umieć uszanować konstrukcję flądry”. Na co tamten odpalił: „Może i tak. Ale ty zamiast być malarzem, powinieneś zostać sprzedawcą ryb”.</p>
<p><strong>Powiedz nam jeszcze, dlaczego postacie na twoich obrazach odchodzą?</strong></p>
<p>Nie wiem. Może moje malarstwo im się nie podoba.</p>
<p><strong>A dlaczego muszka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo nigdy nie lubiłem krawatów. Jak siadasz, to pętają ci się między nogami. A już jednego wisiora tam masz. Po co ci dwa? Poza tym muszę ukrywać moją starczą turtle neck<em> </em>(<em>żółwią szyję – przyp. aut.</em>). Prawda jest taka, że już w młodości lubiłem muszki i… kowbojskie buty. A propos, mam nadzieję, że nie chcecie wykorzystać moich zdjęć na golasa. Trochę się ich uzbierało&#8230;</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Naszym największym błędem jest to, że zawsze myślimy, że nie znajdziemy lepszej kobiety.</p>
<p>Każdy mężczyzna powinien mieć na podorędziu tzw. <em>sexual emergency. </em>Zwłaszcza, kiedy jest żonaty, a żonę boli głowa.<em> </em></p>
<p>Teraz jestem kawalerem do zabawy. Słyszycie dziewczyny?</p>
<p>Niedawno spotkałem się z Danusią Szaflarską. Wyobraźcie sobie, że ona jest dużo starsza ode mnie! Rozmawiało się nam genialnie, bo niewiele ludzi dzisiaj może pogadać o tym, jak Niemcy weszli do Warszawy, o Duszyńskim, Dziewońskim, o tamtej Polsce. Ta kobieta to zjawisko, to historia naszego kraju. Wszystko pamięta, rzuca anegdotami, dowcipami, prowadzi rozmowę. Ona nie tylko fizycznie chodzi po schodach, ale i mentalnie. Jak to się mówi: gra się z nią w pingponga przy tym samym stole.</p>
<p>Budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie będzie wyglądał jak magazyn broni.</p>
<p>Uważam, że w historii były dwie najbardziej demokratyczne organizacje, które cenię: Jezuici i CIA. Wszystkie rasy. Wszystkie narodowości.</p>
<p><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/witold-kaczanowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Paweł Borowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/pawel-borowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/pawel-borowski/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 01 Jul 2010 10:38:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[ARTYŚCI]]></category>
		<category><![CDATA[Borowski Paweł]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2581</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke ilustr. Paweł Borowski &#8211; W twoim filmie Zero nie ma imion. Są tylko postacie w stylu „Barczysty biznesmen” i „Niechlujny tłuścioch”. A jak byś nas określił? Może „Weteran z Seatlle” i „Silny w spokoju”? Tacy ludzie pracują dziś w PLAYBOYU. Pamiętasz moment, w którym PLAYBOYA [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Pawel-Borowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2589" title="Pawel-Borowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Pawel-Borowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 6, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>ilustr. Paweł Borowski<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>W twoim filmie <em>Zero</em> nie ma imion. Są tylko postacie w stylu „Barczysty biznesmen” i „Niechlujny tłuścioch”. A jak byś nas określił?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Może „Weteran z Seatlle” i „Silny w spokoju”?</p>
<p><strong>Tacy ludzie pracują dziś w PLAYBOYU. Pamiętasz moment, w którym PLAYBOYA zobaczyłeś po raz pierwszy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie zrobił na mnie kolosalnego wrażenia. Głębiej zapadły mi w pamięć mocniejsze, zachodnie świerszczyki, które przypadkowo znalazłem u kolegi. Na gwiazdkę dostawałem czasami batoniki z Peweksu, ale  PLAYBOYÓW Mikołaj jakoś mi nie przynosił.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czyli edukowałeś się głównie poza domem.</strong></p>
<p>Na to wygląda. A propos &#8211; tata mojej znajomej zapomniał kiedyś kupić program telewizyjny na weekend, więc wysłał ją do kiosku. A ona, będąc wtedy 13-letnim dziewczęciem, kupiła tatusiowi „Twój weekend”. A tam był zupełnie inny program&#8230; Pamiętam, że wiele odkryć estetyczno-erotycznych czyniło się w ubikacjach w szkole podstawowej. Starsi koledzy zawsze byli wyposażeni w różnego rodzaju periodyki.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Miałeś wtedy video?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie miałem. Chodziło się do kumpli. Filmy „normalne” oglądałem z kolei w osiedlowym domu kultury. Mieli tam magnetowid, w którym kasety ładowało się od góry. Niesamowita technologia. Do tego, film szedł jednocześnie na dwóch telewizorach. Jakość kopii była skandaliczna, ale nie przeszkadzało to w gruntownym zapoznaniu się z <em>Rambo 2</em> i <em>Terminatorem</em>.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Bywałeś Terminatorem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Byłem trochę łobuzem. Często się biłem, a rodzice byli wzywani do szkoły. Byłem najmniejszy w klasie, a do tego w okularach. Musiałem jakoś udowadniać, że nie ma to kompletnie żadnego znaczenia.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czego wtedy słuchałeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Pod koniec podstawówki zacząłem słuchać punkrocka. Kiedyś na lekcji muzyki musieliśmy zaprezentować i opowiedzieć, czego słuchamy. Przerwałem falę Shakina Stevensa nagraniami koncertowymi The Exploited, które zgrałem na kasetę z winyla wujka. Nauczycielka była w szoku. Później było GBH, Dead Kennedys, Sex Pistols, Joy Division i Republika.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A potem zacząłeś malować akty. Czy modelki na Akademii Sztuk Pięknych przypominały Playmates?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Prawda jest okrutna, większość tych pań miała swoje lata. Podobnie zresztą jak i pozujący panowie. Niezmiernie rzadko zdarzały się młode dziewczyny. Do dziś zastanawiam się zresztą, co nimi powodowało. Bo finansowo wychodziło się na tej robocie raczej mizernie.</p>
<p><strong>Może chciały zapoznać się bliżej z młodymi, obiecującymi artystami.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Być może. Nie skorzystałem. Podstawowym warunkiem, który musieli spełniać modele, było to, czy potrafią wytrzymać w jednej pozycji parę godzin. Traf chciał, że najlepsi byli najstarsi. I dobrze, bo bardziej inspirujące bywały dla mnie wówczas panie, po których widać było ząb czasu. Zresztą w czasie studiów zajmowałem się nie tylko malarstwem. Jako dodatkową specjalizację wybrałem  „film animowany”.</p>
<p><strong>Dlaczego nie zdawałeś po prostu na reżyserię?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wtedy te studia były tylko podyplomowe. Na pewno był to dla mnie pewnego rodzaju zawód, ale dzisiaj myślę, że zgadzam się z Tadeuszem Kantorem, który twierdził, że studia artystyczne nie mają sensu. Można się na nich nauczyć technik i rzemiosła, ale wrażliwości nikt nikogo nauczyć nie może. Owszem to dobry czas na rozejrzenie się, zastanawianie i co najważniejsze, popróbowanie wszystkiego. Ale na tym koniec.</p>
<p><strong>Na warszawską ASP dostałeś się za pierwszym razem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Udało się i całe szczęście &#8211; wojsko upominało się o mnie już w liceum. Potem na szczęście przestali brać studentów szkół artystycznych, bo ponoć destabilizowali armię (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Talent masz w genach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jeżeli pytacie o to, czy moi rodzice są po Akademii, to tak – są. Ale myślę, że to nie tylko kwestia talentu. Dla mnie po prostu życie wśród rysunków i obrazów od dziecka było czymś zwyczajnym i normalnym. Już w podstawówce rysowałem komiksy. I chyba dzięki rodzicom od razu byłem świadomy tego, że to też jest sposób na życie. Dla mnie tamte komiksowe historyjki były jak filmy. Pewnie dlatego w liceum zapisałem się do Amatorskiego Klubu Filmowego.</p>
<p><strong>Dlaczego w historyjkach, które wymyślaliście wtedy z kolegami, zawsze uśmiercaliście głównych bohaterów?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wynika to z tradycji szekspirowskiej <em>(śmiech</em>). Śmierć bohatera jest czymś bardzo dramatycznym. Poza tym wydawało się nam, że opowiadanie o kwestiach ostatecznych jest doniosłe i ważne. I tego się trzymaliśmy.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy tytułując swój pełnometrażowy debiut nie bałeś się recenzji zaczynających się od słów: „Ten film to prawdziwe zero”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Myślę, że był w tym element przekory, choć tytuł wziął się z zupełnie innych powodów. Jedną z najfajniejszych rzeczy w kinie jest możliwość prowokowania. Mogę obiecać, że będę się starał rozwijać tę cechę.</p>
<p><strong>A kto po seansie zadał ci pytanie: „Chciał pan wkurwić widzów?”</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie bardzo pamiętam. To było pytanie z sali. Zresztą bardzo często spotykam się z publicznością zadającą ciekawe pytania. W Rotterdamie na przykład pewien pan zapytał, czy w polskiej służbie zdrowia na porządku dziennym jest, że karetka jadąca do wypadku podwozi kolegów kierowcy do domu (śmiech). Dostałem też pytanie, ile zrobiliśmy dubli sceny z tabletkami, które rozsypują się na początku i końcu filmu. Dało mi to do myślenia i pokazało, jak uważnie ludzie oglądają filmy. Szczególnie w trakcie festiwali. Swoją drogą to ciekawe czy są to ci sami widzowie, którzy tłumnie idą na film o tańczących z wilkami smerfach na planecie Pandora.</p>
<p><strong>Jakie masz wymierne korzyści po pokazach <em>Zera</em> na festiwalach?</strong></p>
<p>Na przykład takie, że po festiwalu w Rotterdamie holenderski dystrybutor kupił prawa do kinowej dystrybucji.</p>
<p><strong>Czyli bilans <em>Zera</em> jest zdecydowanie niezerowy?</strong></p>
<p>Powiedzmy sobie szczerze, mój dorobek filmowy przed <em>Zerem</em> był niewielki. Dwa filmy krótkometrażowe, w tym jeden animowany, a drugi o dmuchanej lalce z sex-shopu.  Pełnometrażowy debiut był dużym sprawdzianem i ryzykiem. Nie tylko dla mnie, ale i dla producenta. Wiedziałem, że film nie będzie podobał się wszystkim i dziś cieszę się, że wzbudził skrajne reakcje. Dla jednych jest świetny, dla innych nudny. Wywołał emocje, czyli jest dobrze. Ale prawdziwy sprawdzian czeka mnie dopiero teraz. Mówi się, i nie bez racji, że to drugi film pokazuje prawdziwe umiejętności reżysera.</p>
<p><strong>Czy twoje filmy nie są rodzajem autoterapii? Krytykujesz w nich świat, który sam tworzyłeś.</strong></p>
<p>Nie sądzę. Oczywiście nie da się uciec od moich korporacyjnych doświadczeń. Ale z drugiej strony warto pamiętać, że nigdy nie zaprzestałem swojej prywatnej działalności artystycznej. Poza tym w filmie staram się w ogóle nie oceniać. Przyglądam się zdarzeniom. I tyle.</p>
<p><strong>Zarabiałeś kiedykolwiek w sposób nieartystyczny?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na przełomie liceum i studiów należałem do ekipy remontowej. Remontowaliśmy sklepy. Na przykład „papiernik” przy Smolnej. A jak zakwalifikować kilka lat pracy w agencjach reklamowych? Czy to jest zajęcie artystyczne?</p>
<p><strong>Bycie dyrektorem kreatywnym było chyba zajęciem o niebo bardziej artystycznym niż malowanie wnętrz sklepowych.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chyba nie zawsze (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Łatwo było odejść z agencji reklamowej?</strong></p>
<p>Niełatwo, bo taka decyzja była, rzecz jasna, obarczona rozmaitymi niebezpieczeństwami, głównie finansowymi.</p>
<p><strong>Kiedy w ogóle zacząłeś zarabiać?</strong></p>
<p>Przez całe studia utrzymywałem się z robienia ilustracji do gazetek dla dzieci. W pewnym momencie robiłem je do wszystkich tego typu gazetek w Polsce &#8211;  do „Świerszczyka”, „Ciuchci”, „Misia” i paru innych. W międzyczasie zaproponowałem swoje rysunki „Gazecie Wyborczej”. Spodobały się i zacząłem pracować dla „Co jest grane”. Potem przypadkiem, gdy byłem na ostatnim roku studiów, pojawiła się propozycja pracy w reklamie. Zaczynałem na pół etatu. A wszyscy chyba wiedzą, jak takie pół etatu w agencji wygląda. Zasuwasz i tak na cały.</p>
<p><strong>Po ilu latach zostałeś panem dyrektorem?</strong></p>
<p>Po pięciu, może sześciu. Skłamałbym, gdybym powiedział, że praca w reklamie nie sprawiała mi frajdy. W pewnym momencie dochodzi się jednak do takiego miejsca, kiedy zadajesz sobie fundamentalne pytania. Dlatego odszedłem. Ale mam przyjaciół, którzy wciąż kochają tę pracę i znakomicie się w niej realizują. Każdy ma swoją drogę i nie należy tego wartościować.</p>
<p><strong>Kiedy oglądasz filmy, które rysujesz w „Co jest grane”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Większość oglądam dopiero po rysunkach.</p>
<p><strong>Pamiętasz swoje najgorsze kryzysy twórcze?</strong></p>
<p>To zadziwiające, ale w im gorszej formie psychicznej jestem, tym śmieszniejsze rysunki mi wychodzą. Nie wiem z czego to wynika. Czy wyostrza mi się wtedy wisielczy humor, czy zwiększa się skłonność do groteski – nie mam pojęcia. Wiem jednak, że najlepszą recenzentką moich rysunków jest żona. Widzi je zawsze pierwsza i kiedy mówi, że są straszne albo okropne, to wiem, że jest bardzo dobrze (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jaki rysunek zrobiłbyś do <em>Zera</em>? Kiedyś mówiłeś, że narysowałbyś nic albo innymi słowy nic byś nie narysował&#8230;</strong></p>
<p>Tak, ale ten pomysł już wykorzystałem. Na rysunku nie było nic, za to w podpisie był tytuł filmu: <em>Mężczyzna idealny</em>.</p>
<p><strong>Co wymyśliłbyś dla <em>Kobiety idealnej</em>?</strong></p>
<p>Narysowałbym żonę.</p>
<p><strong>Podoba się nam taka odpowiedź. </strong><strong>A kogo z obsady „Zera” rozebrałbyś u nas?</strong></p>
<p>Nie mam pojęcia.</p>
<p><strong>A gdybyś miał zlecenie, żeby narysować kogoś na rozkładówce? </strong></p>
<p>Może Lady Gagę? Narysowałbym kupę rozrzuconych gadżetów. Ciała nie byłoby widać.</p>
<p><strong>A propos. Co myślisz o Dniach Cipki?</strong></p>
<p>To jakaś inicjatywa feministyczna? Czytałem o tym. Myślę, że super. Warto zastanowić się nad językiem, którym nazywamy części intymne. Cipka dla mnie nie jest wulgarna, ani nieprzyjemna. Cipka jest&#8230; sympatyczna.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>O NAS:</p>
<p>PLAYBOY jest pismem chłopskim. W końcu sięgają po niego chłopaki.</p>
<p>O SOBIE:</p>
<p>W życiu nie wpisałem żadnego komentarza w internecie. Być może dlatego, że jestem bardzo analogowy. Piszę maile, gdy naprawdę muszę. Nie cierpię też wysyłać smsów.</p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/pawel-borowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Grzegorz Rosiński</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/grzegorz-rosinski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/grzegorz-rosinski/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 29 Apr 2010 11:15:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[ARTYŚCI]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Rosiński Grzegorz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2054</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 1, 2008 rok TEKST: Alex Kłoś fot. Paweł Fabjański &#8211; Grzegorz, ponoć z okien twojego domu widać foto-tapetę? Kiedyś dowiedziałem się od Marcina Wrony, który był u mnie z radiem RMF FM, że to Pradolina Rodanu. Bardzo pięknie to brzmi, nie wiedziałem nawet gdzie mieszkam. Mam z okna widok na taki pejzaż, że [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/04/Grzegorz-Rosinski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2065" title="Grzegorz-Rosinski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/04/Grzegorz-Rosinski.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 1, 2008 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Alex Kłoś<br />
</strong></p>
<p><a href="http://fabjanski.com ">fot. Paweł Fabjański</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Grzegorz, ponoć z okien twojego domu widać foto-tapetę?</strong></p>
<p>Kiedyś dowiedziałem się od Marcina Wrony, który był u mnie z radiem RMF FM, że to Pradolina Rodanu. Bardzo pięknie to brzmi, nie wiedziałem nawet gdzie mieszkam. Mam z okna widok na taki pejzaż, że nawet Szwajcarzy przychodzą do mnie. Patrzą i nie wierzą w to co widzą.</p>
<p><strong>Nie jesteś człowiekiem z gór, urodziłeś się w Żelazowej Woli. Dlaczego nie wybrałeś miejsca o łagodniejszych warunkach, np. malowniczego wybrzeża Morza Śródziemnego? </strong></p>
<p>Ależ ja mam łagodne miejsce do życia. Ja widzę góry z dość daleka i mogę spokojnie sycić nimi wzrok. Nie muszę się na nic wdrapywać. Nie chce mi się zresztą po nich łazić. Bo im wyżej wejdę, tym stają się mniejsze. A tak widzę miejsce, w którym niebo łączy się z ziemią. Kiedy oglądam telewizję, mam wrażenie, że ciągle widzę ten sam program. A tu zawsze jest inaczej. Chmury drapią się brzuchami o granie, ocierają o skały, na których maluje słońce. Przypomina mi to Hobbiton, który znam z ilustracji.</p>
<p><strong>Jak z tej perspektywy wygląda Polska? </strong></p>
<p>Od czasu wyborów znów dobrze. Przez ostatnie dwa lata nie rozumiałem, dlaczego władza opluwała to, co działo się zanim zaczęła rządzić. Wyjechałem z biednego, szarego kraju. Potem przyjeżdżałem do Polski raz, dwa razy do roku i widziałem, jak zaczyna gonić świat. Dla mnie to było jak cud. I teraz jestem spokojny, bo widzę, że znów będzie ok.</p>
<p><strong>A jeśli spełni się przepowiednia, że IV RP przegrała bitwę, ale wygra wojnę.</strong></p>
<p>Która? A kto to wymyślił? Każdy kolejny numer odbiera jej wartość. To tak jak z serią komiksową. Czytelnicy zawsze mówią, że pierwszy odcinek był najlepszy.</p>
<p><strong>Przed chwilą odebrałeś od reprezentantów IV RP srebrny medal zasłużonego kulturze „Gloria Artis”. W zeszłym roku dostałeś Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski. </strong></p>
<p>W jakiś sposób reprezentowali moich czytelników. Przy Krzyżu, który dostałem w ambasadzie pytano mnie, czy go przyjmę. Zastanawiałem się. W końcu pomyślałem, że co mnie to obchodzi. Co moja robota ma wspólnego z polityką? Nigdy nie pracowałem dla żadnych tendencji i dla żadnych partii. Nie należałem do niczego. Nawet do harcerstwa. Choć robiłem w szkole gazetkę harcerską. Przeżyłem tylu dyrektorów, szefów, prezydentów. Urzędnicy się zmieniali natomiast moi czytelnicy i ja zostaliśmy. Dlatego nie mam żadnych skrupułów.</p>
<p><strong>Patrzysz na świat oczami Europejczyka czy Polaka?</strong></p>
<p>Najpierw czytam zachodnią prasę, a potem polską. Widzę, że opisując te same rzeczy w inny sposób. Żałuję, że nie mogę wysłać do Polski smsa: Hallo, sprawy wyglądają inaczej niż u was piszą.</p>
<p><strong>Robiłeś pierwszy bodaj w demoludach nowoczesny komiks. Opowiadał o przygodach funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej kapitana Jana Żbika. W sumie wszystkich <em>Żbików</em> sprzedało się 11,3 milionów. Twoje odcinki należą do najlepszych. Swój wkład w tworzenie etosu PRL więc miałeś.</strong></p>
<p>To, że robiłem <em>Żbika</em> wyniknęło z powodów całkiem naturalnych. Oni chcieli robić komiks, który miał poprawić wizerunek milicji w oczach młodzieży. Był im potrzebny ktoś, kto umie rysować komiksy. A takich ludzi wtedy praktycznie w ogóle nie było. Ja natomiast bardzo chciałem robić komiksy. No i miałem już na tym polu pewne doświadczenia. Można powiedzieć, że to była obopólna korzyść. Gdyby w scenariuszach <em>Żbika</em>, były wciskane jakieś słuszne teksty, to po prostu bym ich nie rysował. Nie musiałem tego robić, zarabiałem pieniądze na robieniu ilustracji. Ale robiłem, bo sprawiało mi to przyjemność. To była fajna praca, bo w zasadzie kontakt miałem tylko z Władysławem Krupką, który wymyślił postać Żbika. Chodziłem jednak do komendy głównej. Łaziłem po archiwach jak święta krowa. Widziałem ogromny skład broni zabranej od końca wojny członkom band, różnym bandytom. Pistolety maszynowe, samopały. Kiedyś musiałem narysować granaty gazowe. Nie wiedziałem jak wyglądają. Władysław Krupka mi je pokazał. Wyciągnął takie coś z szafy. Wziąłem to do ręki i podsunąłem mu pod nos mówiąc, no to teraz pogadamy. Naprawdę się zestresował i schował trochę pod biurko.</p>
<p><strong>Jak milicjanci komentowali twoje komiksy? </strong></p>
<p>Nie słuchałem tego co mówią. Kiedyś było tylko spotkanie w Magdalence. Na nim radzili jak pokierować serią, ile jeszcze wydać albumów, jak je wydawać. Powiedziałem, żeby dali dobrego scenarzystę, bo to przecież jest wszystko głupie. To nieprofesjonalna chałtura. Dziennikarzom się wydawało, że skoro nie potrafią napisać książki, to zarobią robiąc scenariusz komiksowy. Tak się patrzyło na komiks. To była chałtura.</p>
<p><strong>Jak udało ci się przejść na czysto przez takie klimaty? </strong></p>
<p>Nigdy się nie zeświniłem, zawsze byłem uczciwy. Staram się być jednak uczciwy nie tylko dla konkretnych osób, ale wobec maksymalnej ilości osób. Już na początku mojej pracy zawodowej, kiedy ilustrowałem książki, robiłem plakaty, grafiki adresowałem to do jak najszerszej grupy osób, publiczności. Będąc uniwersalnie uczciwy, czyli nie wybiórczo, ale generalnie.</p>
<p><strong>Po co jest potrzebna uczciwość grafikowi?</strong></p>
<p>To zaskakujące pytanie. Nigdy nie postawiłem go sam sobie. To było dla mnie naturalne. Tak byłem wychowany. Nie potrafię kłamać. Ale mam świadomość, że jak ktoś umie kłamać, to mu łatwiej żyć. Posiada tę umiejętność. Gdyby jakaś szkoła kłamstwa była, to kto wie, może bym się zapisał.</p>
<p><strong>A ludzie którzy rysowali socrealistyczne rzeczy, oni także mogli być uczciwi? </strong></p>
<p>A dlaczego mieliby nie być? Technicznie to jest bardzo sprawnie wykonane, a przekaz też był bardzo porządny. A co tam się działo? Ja uważam, że jak ktoś rysuje &#8211; za przeproszeniem &#8211; dupę, tylko by sprzedać lepiej swoją książkę, to jest nieuczciwy. Bo czemu to służy? Natomiast tam była jakaś mobilizacja do odbudowy ojczyzny po wojnie.</p>
<p><strong>W takim, a nie innym ustroju. </strong></p>
<p>Chwileczkę, jakim ustroju? Chodziło o nas, o kraj, żeby go odbudowywać. A teraz mówi się, że ustrój był nie taki jak trzeba. No to co? Żyłem w tym systemie prawie czterdzieści lat. Mogłem sobie pozwolić na to, żeby obserwować to tak, jak gdyby mnie to nie całkiem dotyczyło. Byłem artystą. Funkcjonowałem nie dając się wmanipulować. Jeżeli ktoś to chciał zrobić, to po prostu zabierałem kredki i wychodziłem. Tak skończyła się moja współpraca z magazynem „Relax”. Zaczęły pojawiać się sugestie, że towarzysze chcą, aby było w nim więcej słusznych treści, wiecie, rozumiecie.</p>
<p><strong>Narysowałeś w „Relaxie” komiks o polskich cichociemnych zrzuconych przez Armię Czerwoną. Bardzo fajny zresztą. </strong></p>
<p>Bardzo lubiłem także rysować radzieckich żołnierzy i czołgi T-34. Ale czy to jest propaganda, czy to jest kłamstwo? To były autentyczne sceny z II wojny światowej.</p>
<p><strong>Fajny był też twój komiks o lotnikach Ludowego Wojska Polskiego <em>Pilot śmigłowca</em>. </strong></p>
<p>Nie jestem z niego dumny. Wolałbym o nim zapomnieć.</p>
<p><strong>Jako  jeden z bardzo nielicznych plastyków robiłeś w PRL autentyczną  komiksową karierę, w co wtedy wierzyłeś? </strong></p>
<p>Wierzyłem w siebie.</p>
<p><strong>W swój talent? </strong></p>
<p>Nie! Nie wiedziałem, co to jest talent. Wierzyłem, że jeżeli będę autentyczny, będę się bawił i uda mi się do tej mojej zabawy zachęcić innych, to coś z tego wyjdzie. To był szary świat i ludzie nie mieli dużo okazji do zabawy.</p>
<p><strong>Czyli po prostu rozrywka? </strong></p>
<p>No, nie tak zupełnie. Nie tak za darmo. Chciałem w swoich komiksach opowiadać o wartościach, w które wierzę. O tym, co jest dla mnie ważne. Żbik walczył z przestępcami. I był po prostu przyzwoitym facetem. W <em>Thorgalu </em>wartością elementarną, wokół której zbudowana jest cała ta saga jest rodzina. W moich komiksach dobro zawsze wygrywa. Walczyłem o to całe życie. Nie lubię filmów, w których dorabia się głębszą filozofię złu. Jest bandyta, morderca i raptem doszukujemy się jego ludzkich stron. Dla mnie taki facet sam się wyklucza przez to, co robi. Co nie znaczy, że miałbym mu zaraz łeb ukręcić.</p>
<p><strong>Czyli Quentin Tarrantino raczej odpada. </strong></p>
<p>Nie lubię jego filmów. Nie podobał mi się także <em>Natural born killers</em>. Może ludzie się podniecają przy tym, ale ja takich podniet nie potrzebuję. Ja staram się wzmacniać wartości uniwersalne. I chyba ma to sens, ludziom to odpowiada skoro  <em>Thorgal</em> został chyba przetłumaczony na piętnaście języków. Chyba, bo ja nie ma tego wszystkiego. Nie ogarniam tego co się z nim dzieje.</p>
<p><strong>Kiedyś płynąłem promem z Santorini do Aten. W okrętowym sklepiku były trzy komiksy, m.in. Thorgal po grecku. </strong></p>
<p>Jest także po Turecku i po Koreańsku.</p>
<p><strong>Wiesz ile sprzedało się <em>Thorgali</em>? </strong></p>
<p>Nie wiem. Trzynaście milionów tylko we Francji. We Francji ostatni <em>Thorgal </em>jest teraz numerem jeden wszystkich komiksów i numerem pięć ze wszystkich książek. Nie wiem jak wyglądają ilości nakładów w innych językach. Ale to były serie małonakładowe. Więc może w sumie trzy miliony?</p>
<p><strong>Jakie znaczenie mają dla ciebie te liczby?</strong></p>
<p>Nie zwracam na to uwagi. W ogóle mnie to nie obchodzi. <em>Thorgal</em> należy do publiczności. Dzieło należy do twórcy tylko do momentu, w którym nie stanie się twórcą popularnym. Oczywiście prawo zawsze będzie po jego stronie. Będzie mógł zrobić ze swoim bohaterem co zechce, np. zabić. Ale mój kod moralny zabroniłby mi zatrzymania rysowania czegoś tylko dlatego, że mi się nie chce, w sytuacji, w której jest tyle milionów ludzi czekających na ciąg dalszy.</p>
<p><strong>Ale przecież chciałeś zakończyć tworzenie <em>Thorgala</em>. </strong></p>
<p>Ale nie chciałem go zabić. Myślałem o tym, żeby ktoś robił to dalej za mnie. Żeby były serie paralelne, historie odpryskowe. Ja powiedzmy rysowałbym komiks o jego synu Jolanie, pod firmowym szyldem serii jako <em>Thorgale</em>. A ktoś inny np. o jego siostrze Louve. Można by wprowadzić science fiction i opowiedzieć o rodzicach Thorgala.</p>
<p><strong>Dlaczego miałeś dość swojego bohatera? </strong></p>
<p>Miałem dość pracy tradycyjnej czarno-białej kreski, którą go robiłem. Chciałem robić coś innego, malować. A podstawowym  prawem serii jest to, że nie można zmieniać techniki, którą jest robiona. Korzystając z wolnego czasu zrobiłem całkiem inny komiks <em>Hrabiego Skarbka</em>. Historię o polskim malarzu przeżywającym burzliwe przygody w dziewiętnastowiecznym Paryżu. Chcąc wejść dobrze w klimat historii namalowałem ją, a nie narysowałem. Efekt był tak dobry, że zacząłem się zastanawiać nad tym, czy nie popełnić artystycznego samobójstwa i nie skorzystać z tej techniki przy kolejnym, dwudziestym dziewiątym <em>Thorgalu</em>. Bo inaczej nie zrobiłbym go w ogóle. Zrobiłem. No i co się okazało? W pierwszym momencie był szok. Potem zachwyt.</p>
<p><strong>Czy można powiedzieć, że jesteś malarzem komiksów? </strong></p>
<p>Nie! Ja jestem ilustratorem. Zawsze byłem i będę. To najbardziej uniwersalne podejście. Ilustrator to facet, który potrafi malować, rysować, robić instalację. W każdej z tych dziedzin czuje się wolny.</p>
<p><strong>Co czujesz, kiedy robisz kreskę albo ruch pędzlem?</strong></p>
<p>Ja już jestem gdzie indziej. Kiedy rysuję kreskę, to na nią nie patrzę, tylko już jestem tam. Jestem jak piłkarz, który nie patrzy na piłkę, tylko patrzy na cel. A jak się znajdę tam, to już jestem tu, gdzieś z powrotem. Rysuję w sposób spontaniczny. Intuicyjnie.</p>
<p><strong>Podobno preferujesz pracę w nocy, bo to twój sposób na wydłużenie życia. </strong></p>
<p>Cha, cha, cha, Teraz już mniej, bo przy malowaniu potrzebuję światła dziennego.</p>
<p><strong>Do czego porównałbyś swoją robotę?</strong></p>
<p>Do pracy reżysera filmowego. Biorę scenariusz i proszę scenarzystę, żeby sobie gdzieś wyjechał, jak najdalej. Żeby mi pozwolił robić mój film. Robię casting. Tworzę moich aktorów. Często mam scenariusze rozpisane tak, jak to robią filmowcy z czasem trwania danych sekwencji. Reszta należy już więc do mnie, do reżysera. Jednak o ile reżyser filmowy dobiera do swojej ekipy różnych specjalistów, to ja muszę być specjalistą od wszystkiego.</p>
<p><strong>Ale nie musisz tak jak on walczyć o budżet. </strong></p>
<p>O to chodzi właśnie! Ja nie szukam producenta bogatego, który da mi miliony dolarów, żebym ten film wyprodukował.</p>
<p><strong>Czy w krajach frankofońskich rysownicy komiksowi są popularni tak jak aktorzy czy muzycy? </strong></p>
<p>To przepływa. To jest to przenikanie. Np. Phillip Geddy, który stworzył postać popularnego komiksowego kota, jest aktorem. Zdarzają się wśród komiksiarzy ludzie znani, osoby publiczne, ale w zasadzie jest to zawód bardzo samotniczy. Każdy siedzi u siebie, w swojej klitce. I pracuje.</p>
<p><strong>Czyli nie są tak popularni. </strong></p>
<p>Nie mamy żadnych kompleksów. Gdybyśmy siedzieli na estradach, to nic byśmy nie produkowali. By nas nie było. Zresztą nie znam kolegów, którzy lubiliby hałas, wrzask, ruch. Nie, my włączamy sobie własną muzykę, tworzymy sobie własny klimat. Jest nam dobrze.</p>
<p><strong>Tak samemu, bez żadnej rozrywki?</strong></p>
<p>Gdyby nie był to rozrywkowy zawód, to bym go nie uprawiał. Tyle, że to swoista rozrywka. Mamy rozrywkę w swoim świecie. Tworzymy sobie sami przyjaciół, własnych wirtualnych. Przebywamy z nimi przez większą część życia. Spędzamy ten czas z naszymi bohaterami. Niektórzy posuwają się trochę za daleko w tym rozluźnieniu pomiędzy światem realnym a fikcją. Ja mogę powiedzieć, że doskonalę nad tym panuję.</p>
<p><strong>Jaką pozycję masz we francuskim świecie kultury? </strong></p>
<p>Jestem tam znany i uznany. Miałem zaszczyt być w Pałacu Elizejskim i poznać Chiraca. Jestem zapraszany, no oczywiście. Był festiwal kultury krajów frankofońskich na który zostałem zaproszony, myślałem, że przez pomyłkę jako przedstawiciel kultury francuskiej. Używam stale francuskiego, ale z mówieniem jest gorzej, bo jestem raczej milczący w pracowni. Jak pracuję, to nie gadam. Ale jakoś próbuję sobie radzić. Ale żeby broń boże nie stracić polskiego akcentu. To dla mnie bardzo ważne. Mówią, że jest bardzo elegancki, sensualny. Zwłaszcza kobiety to mówią.</p>
<p><strong>Powiem szczerze, że zawsze na mnie mocno działały kobiety z twoich komiksów. </strong></p>
<p>Tak?</p>
<p><strong>Porucznik Ola, Wanda co Niemca nie chciała, nie mówić już o Aricci. </strong></p>
<p>A wiesz skąd to się wzięło? Ja po prostu nie potrafiłem rysować kobiet. Tak samo jak koni. Prosiłem więc scenarzystów, żeby mi robili takie rzeczy, których czułem, że jeszcze nie opanowałem.</p>
<p><strong>No dobrze, ale skąd one się pojawiały?</strong></p>
<p>Z głowy. Powoli, nie tak od razu. Nie tak jak Afrodyta wyskoczyła z głowy Zeusa.</p>
<p><strong>A nie było jakiś modeli, aktorek, koleżanek na których się wzorowałeś?</strong></p>
<p>No nie wiem, może moja żona. Była dla mnie zawsze wzorem. Ona mi cały świat zasłaniała i dalej tak to trwa. Jesteśmy czterdzieści lat po ślubie. Mamy troje dzieci.</p>
<p><strong>Gdybyś w swoim komiksie chciał wykorzystać fizjonomię gwiazdy ekranu lub estrady, to na którą z pań byś się zdecydował?</strong></p>
<p>Ja w swoich filmach zatrudniam wymyślone aktorki. Takie, jakie mi są potrzebne do danej roli.</p>
<p><strong>Raz się złamałeś i w roli bohaterki komiksu <em>Skarga utraconych ziem</em> dziewczyny nazywającej się Sioban obsadziłeś swoją koleżankę z liceum plastycznego. Swoją miłość, trzeba dodać, że platoniczną. </strong></p>
<p>Tak, no tak. Tak mi wyskoczyła, jakoś tak mi się przypomniała. Odżyła i zapanowała nade mną. Nie wiem, czy ona jeszcze istnieje gdziekolwiek.</p>
<p><strong>A czy masz jakąś wizję ideału kobiecej urody? </strong></p>
<p>Nie mam. Kobiety są bardzo różne. Moje kobiety także, jednak wszyscy mówią, że są w jakiś sposób podobne do mojej żony.</p>
<p><strong>Ja odkryłem to jako dzieciak czytając twój komiks o Popielu. Była tam dziewczyna zrywająca jabłka&#8230;</strong></p>
<p>No proszę. Moja żona miała zasadniczy wpływ na moje życie. Zawsze pomagała mi podjąć decyzję. Wracając do komiksów, każda z pań gra swoją rolę napisaną przez scenarzystę. Jeżeli potrzebuję staruszki, to także mi się zaczyna podobać, staje się piękna, bo dobrze gra. Tak jak reżyser zakochuję się w dobrych aktorach. Niezależnie od płci.</p>
<p><strong>Thorgala można by ubrać w mundur kapitana Jana Żbika. Pasowałby jak ulał. Tylko włosy dłuższe.</strong></p>
<p>No z tym się nie mogę zgodzić. Jasne. Można by wyciąć rodzinę Thorgala z tamtych realiów i wrzucić do Łodzi. Ich problemy pasowałaby do tych realiów.</p>
<p><strong>Każdy facet ma jakieś słabostki, jak jest z tobą? </strong></p>
<p>Nie przepadam ani za kawiorem, ani za łososiem. No ale oczywiście jak nie ma nic innego, to chętnie. A na przykład z szampanów, to najbardziej piwo mi odpowiada. Polskie albo belgijskie. Mam wybór, bo oba są znakomite. To jest mój smak luksusu.</p>
<p><strong>A wino? </strong></p>
<p>No, też. Mieszkam w kraju wina. Wiesz, jak się mieszka w pradolinie Rodanu&#8230; Chociaż na tej wysokości nie ma już winnic. Mollens to mała wioska. Sześciuset mieszkańców. Mieszka się jak w rodzinie. Cały luksus, arystokracja i znane gwiazdy mieszkają wyżej. Oni zawsze muszą mieszkać wyżej niż tacy jak ja. Przez to jak spada śnieg i jest zasypane, to nie mogą tam dojechać. A zapłacili za swoją ziemię trzy razy więcej pieniędzy.</p>
<p><strong>Czy czujesz, że jesteś człowiekiem zamożnym?</strong></p>
<p>Absolutnie nie. Jestem solidnie zadłużony. Mam dom do spłacenia, będę go spłacał dwadzieścia lat.</p>
<p><strong>Przecież sprzedało się kilkanaście milionów twoich komiksów! </strong></p>
<p>No to co z tego? Przecież ja nie mieszkam w Hollywood. Nie zarabiam kroci, nie mam willi z basenem. Nie mam Ferrari i jachtu.</p>
<p><strong>A czym jeździsz? </strong></p>
<p>Subaru. Miałem przedtem Lexusa i Jaguara. Przy Lexusie był kiepski. Oba kupiłem używane. Mieszkam w Alpach na wysokości dokładnie tysiąca metrów. Lexus był super, ale nie miał 4 na 4. A jak zimą mi śnieg napada, to ja nie dojadę bez 4 na 4 do domu. Subaru to najbardziej odpowiadające mi auto z takim napędem.</p>
<p><strong>Dlaczego lubisz rysować na szorstkim papierze? </strong></p>
<p>Lubię czuć opór materii.</p>
<p><strong>A w życiu także lubisz jak sprawy idą ciężko, ale w końcu się udaje i sukces ma wyjątkowy smak? </strong></p>
<p>W pracy tak, ale w życiu&#8230;? Nie no, bez przesady. To trzeba być idiotą. Ale z drugiej strony nie lubię pieniędzy, które mi ktoś daje. Ja tego nie czuję. Ja muszę je zarobić. Nie chcę na przykład wygrać milion dolarów w totolotka. Ja bym to pewnie oddał. To by nie były moje pieniądze.</p>
<p><strong>Grzegorz, ty jesteś po prostu konserwatystą! </strong></p>
<p>Owszem jestem. Nie znoszę rewolucji. Szarpania się, które przynosi za dużo szkody. Jestem zwolennikiem działania ewolucyjnego. Jeżeli ja czegoś nie zrobię, to zrobi to mój syn, albo jego syn. Tak było przez dziesięć tysięcy lat. Teraz nasza cywilizacja zaczęła wszystko na siłę udoskonalać i psuć, burzyć w imię nowoczesności.</p>
<p><strong>Jak wspominasz słynny już list Bogusława Polcha i Tadeusza Baranowskiego. Twoi koledzy rysownicy komiksowi napisali na skargę do władz, że choć drukujesz na Zachodzie, to jesteś drukowany także u nas. Przez co brak jest papieru na ich komiksy. Trzeba dodać, że wszystko działo się jeszcze w PRL. </strong></p>
<p>Patrzę na to z pewną nostalgią. Nie mam natury człowieka pamiętliwego. Jeżeli ludzie mają problemy psychologiczne, to jest to ich problem. Mogę tylko współczuć. Byłem jednak ogromnie zaskoczony. Przez kilka lat nie przyjeżdżałem do Polski. Zapaść rynku komiksowego przypisywano mnie. Bo wszystkie moce przerobowe poszły na potrzeby Rosińskiego. Pozrywałem kontakty i przyglądałem się, jak im doskonale beze mnie idzie. W końcu doszedłem do wniosku, że muszę przyjechać, bo chcieli się spotkać ze mną czytelnicy. Jeżeli jestem gdzieś potrzebny, to tam jadę. Taki już jestem. Na Zachodzie zostałem także tylko dlatego, że okazało się, że jestem tam potrzebny.</p>
<p><strong>W jaki sposób człowiek z PRL przebił się do ekskluzywnego świata zachodniego komiksu?</strong></p>
<p>W naturalny. Ktoś kto jest dobry, wcześniej czy później zostaje wciągnięty do gry. Ja zresztą nigdy się nie chciałem nigdzie przebijać. Sami mnie znaleźli. Przyjechał Belg, który szukał ilustratorów. Jak zobaczył moje komiksy to zdębiał. Komiks tutaj?! W kioskach widział Sporty, prasę i prezerwatywy. Zrobił fotokopie i pojechał do siebie. Ja o wszystkim zapomniałem. Dobrze się czułem w swoich kapciach, w swoim szlafroku. Byłem nieszczęśliwy, że musiałem gdzieś jechać. Mój francuski był żaden.</p>
<p><strong>Miałeś w Warszawie dom na ładnej działce, nieźle zarabiałeś. Dlaczego wyjechałeś?</strong></p>
<p>Zadecydował stan wojenny. Regularnie pracowałem, wysyłając do Belgii prace. Wysłałem ostatni rozdział historii, która już zaczęła się ukazywać w „Tintinie”. Piąty album<em> Thorgala</em>. Myślałem, że przesyłka jest już dawno na miejscu. A tu przychodzi do mnie z powrotem z informacją, że na podstawie paragrafu szóstego o stanie wojennym, przesyłka nie może być przesłana. Z podpisem komisarz wojskowy przy ministerstwie kultury i sztuki, kapral jakiś tam. Powiedziałem do żony: mamy pięć minut na podjęcie decyzji. Pojechałem tam, a rodzina została jako zakładnicy. Po trzech miesiącach do mnie dotarli.</p>
<p><strong>Czy o twoim sukcesie zadecydowało to, że miałeś inny, taki bardziej Polski styl?</strong></p>
<p>Ja chciałem być taki jak oni. Ale nie potrafiłem. Bo nie ukształtowałem swojego stylu na ich wzorcach. Komiksy uczyłem się robić rysując Żbika. Nie czerpałem z żadnych wzorców. Wymyśliłem siebie od zera. No i potem martwiłem się strasznie, a oni mnie chwalili, że jestem inny. W końcu postanowiłem wykorzystać to na moją korzyść. Stałem się autorem, którego nie można było zaszufladkować. Poza tylko stwierdzeniem, że rysuję realistycznie.</p>
<p><strong>Narysowałeś komiksową wersję historii Nowego Testamentu. Przepiękny album <em>Szninkiel</em>.  Jak wygląda twój stosunek do religii. Wierzysz w Boga? </strong></p>
<p>Tak. Jak najbardziej.</p>
<p><strong>A konkretnie w którego?</strong></p>
<p>W mojego.</p>
<p><strong>Chodzisz do jakiegoś kościoła? </strong></p>
<p>Chodziłem do naszego Rzymskokatolickiego. Ale przestałem. Kiedy zobaczyłem na emigracji jak to funkcjonuje. Mamy tam dwa kościoły. Potwornie się ze sobą żrące. Przyjeżdżałem do Polski i widziałem Malborki budowane co krok. A ludzie w tym czasie nie mieli za co żyć. To tak pokrótce. To jeden z powodów. Bo powodów u mnie musi być zawsze pięć.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/grzegorz-rosinski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Marek Raczkowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/marek-raczkowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/marek-raczkowski/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 01 Apr 2010 12:37:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[ARTYŚCI]]></category>
		<category><![CDATA[Raczkowski Marek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=1759</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2007 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Tomasz Bergmann &#8211; (Marek mówił cicho, jakby do siebie. Popijał sambucę i często się zamyślał. Skończyliśmy grubo po północy, pożegnaliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę. Poza Markiem, który oświadczył, że chodzenie po Warszawie w nocy to jedno z jego ulubionych hobby) Nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><span style="text-decoration: underline;"> </span></strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/04/Marek-Raczkowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-1764" title="Marek-Raczkowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/04/Marek-Raczkowski.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 7, 2007 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomasz Bergmann</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Marek mówił cicho, jakby do siebie. Popijał sambucę i często się zamyślał.  Skończyliśmy grubo po północy, pożegnaliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę. Poza Markiem, który oświadczył, że chodzenie po Warszawie w nocy to jedno z jego ulubionych hobby</em>)<em> </em><strong> </strong></p>
<p>Nie wiadomo, czy coś wam się nagra, bo mogę mieć przy sobie zagłuszacz.</p>
<p><strong>Nie wiedzieliśmy, że jesteś sprytniejszy od premiera (<em>Oleksego – przyp. aut.</em>). </strong></p>
<p>Myślę, że pan Józef przed rozmową z Aleksandrem (<em>Gudzowatym – przyp. aut.</em>) mógł zażyć jakiś narkotyk. Zastanawiałem się nad tym, co mówił i doszedłem do wniosku, że mógł wziąć kokainę (<em>Józef Oleksy w rozmowie z Aleksandrem Gudzowatym mówił o Aleksandrze Kwaśniewskim „mały krętacz”, a o Leszku Millerze „dupek”. Potwierdził też słowa Gudzowatego, że to „żule”, a wszystkich polityków określił jako „barachło” – przyp. aut.</em>). Kokaina doprowadza do głębokiego przekonania o swoich racjach. Wiadomo, każdy kiedyś próbował.</p>
<p><strong>Podejrzewasz polityków o „takie rzeczy”?</strong></p>
<p>Nie tylko o takie. Ale bardzo często zmieniam zdanie. I to na zasadnicze kwestie. Uważam tę cechę za niewątpliwą zaletę.</p>
<p><strong>Mamy nadzieję, że w trakcie wywiadu nie zmienisz zdania i nie wycofasz się z rozmowy? </strong></p>
<p>Wasze wywiady czytała moja przyjaciółka – Agnieszka Brzeżańska i powiedziała, żebym z wami pogadał. Ale nie pamiętam dokładnie, czym to argumentowała, nie nagrałem. A wy jesteście na co dzień Playboyami?</p>
<p><strong>Jasne. Chyba po nas widać. Zadajemy też same playboyowe pytania… Kiedy przestałeś walić konia?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O, to moje ulubione. Często zadawałem je znienacka kolegom. Świetny test na prawdomówność. Kiedyś znajomy z „Obserwatora”, taki bardzo męski przystojniak z wyraźnymi cechami maczyzmu, odpowiedział: „Nigdy nie waliłem” (<em>wybuch śmiechu</em>). „Tak? To co robiłeś?”. Na co on rozpaczliwie szukając ratunku: „Wcześnie rozpocząłem życie seksualne. Miałem 14 lat”. „Tak? Chcesz powiedzieć, że od 14. roku życia regularnie uprawiasz seks po kilka razy dziennie?”.</p>
<p><strong>Na nasze pytanie jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź.</strong></p>
<p>Nigdy.</p>
<p><strong>Jesteśmy przekonani, że nigdy nie da się z tobą porozmawiać o piłce nożnej.</strong></p>
<p>Dlaczego?</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Bo w trakcie naszej rozmowy gra Liga Mistrzów.</strong></p>
<p>A co to znaczy?</p>
<p><strong>(<em>Śmiech</em>).</strong></p>
<p>Nie znam się na piłce nożnej, ale mogę o niej rozmawiać. Lubię na przykład felietony Pilcha o piłce.</p>
<p><strong>A na jakiej pozycji grałeś w dzieciństwie? Większość naszych rozmówców chwali się, że byli napastnikami. </strong></p>
<p>Ja grałem na obronie. Zacięty jestem. Często koledzy nie byli w stanie strzelić nam bramki, bo plątałem się pod nogami. Głównie jednak w piłkę grałem tak, żeby przypadkiem nikt do mnie nie podał. Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego wszyscy są tak przejęci grą. Powiem szczerze, że z piłek najbardziej podoba mi się piłka lekarska. Gry zespołowe to koszmarny stres.</p>
<p><strong>Znajomi mówią, że jesteś antysportowy i nawet na rowerze jeździsz kulawo. </strong></p>
<p>Tak mówią? Podle kłamią. Nie jeżdżę kulawo, ale pół-leżąco. Bo mam rower pół-poziomy: wygodne, jeżdżące krzesło. Kilka razy udało mi się przejechać nim Łazienki, bo przekonałem strażników, że to rower inwalidzki. A jest to urządzenie niezwykle nowoczesne. Według zwolenników takiego sprzętu, zwanych rekumbentami, pół-poziome rowery są znacznie szybsze od regularnych. Może opowiadam głupoty, ale wierzę w to, co mówię. Słyszałem, że w Polsce jest tylko pięć egzemplarzy mojego modelu. Cztery kupił Bagsik, a ja kupiłem piąty (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Znajomi mówią też, że nauczyłeś się pływać w wieku 40 lat.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tym razem mówią prawdę. Ponieważ większość ludzi umie pływać, śni im się, że latają. Mnie nigdy nie śniło się latanie, tylko właśnie pływanie. Na szczęście, gdy nauczyłem się pływać, skończyłem o tym śnić i teraz mogę w snach latać do woli. Wziąłem na basenie lekcje u pani instruktor.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że przychodziłeś na basen w skrzydełkach, co ją wyprowadzało z równowagi. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kolejne kłamstwo. Nie miałem skrzydełek-pływaczków, tylko płetwy, zatyczkę do nosa i korki do uszu. Instruktorka mną gardziła. Nie pozwoliła założyć zatyczki i kazała wciągać nosem wodę. Była dobrze zbudowana i po dwóch lekcjach zacząłem jej unikać. Sam się nauczyłem. Wystarczyło, że pokazała mi, jak utrzymywać się na powierzchni. Kończynami zacząłem ruszać sam. Najlepiej pływam w płetwach. Chciałem kupić przezroczyste, żeby nikt nie widział. Niestety, takich nie produkują.</p>
<p><strong>W młodości podobno trenowałeś judo.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Żałuję, że nie spotkałem się z premierem Jarosławem (<em>byłym premierem Kaczyńskim – przyp. aut.</em>) na macie (<em>śmiech</em>). Chociaż mógłby mnie położyć. Nie święciłem triumfów. Byłem raczej chłopcem metroseksualnym. Nieustannie pouczałem kolegów, że trzeba być dobrym dzieckiem i nie wolno nikogo bić. W związku z tym miałem tylko młodszych kolegów. Starsi mnie tłukli.</p>
<p><strong>Może dlatego miałeś w dzieciństwie nerwicę natręctw? Koszula i sweterek obowiązkowo wpuszczone w spodnie, nogawki w butach…</strong></p>
<p>Już mi przeszło. Kiedyś uważałem, że spiętrzanie tkanin na sobie jest bardzo męskie. Potrafiłem wkładać płaszcz w spodnie. Coś w rodzaju jeżenia sierści.</p>
<p><strong>Doszły nas słuchy, że do dziś lubisz się jeżyć i z ochotą wtrącasz się we wszystkie awantury. Chcesz się sprawdzić, czy jesteś tak dobrym człowiekiem? </strong></p>
<p>To drugie. Gdy dzieje się niesprawiedliwość i widzę, że wymaga ona obywatelskiej interwencji, to nie potrafię się przed nią powstrzymać. Ostatnio byłem w knajpce przy hotelu Europejskim. Ocknąłem się, kiedy z nowo poznanymi kolegami jechałem autobusem, nie pamiętam, po co i dokąd. W autobusie siedziało kilku dresiarzy. My wysiedliśmy i nagle widzę, że jeden z naszej grupy wali w szybę i w stronę owych dresiarzy krzyczy: „No chodź, kurwa, chodź”. Tamci nie dali się długo prosić i wysiedli. Tutaj muszę dodać, że moi przygodni znajomi byli delikatnymi, dobrze wykształconymi chłopcami, a ten chudzielec, który krzyczał, miał na sobie wcięty elegancki płaszczyk i wyglądał jak żywcem przeniesiony z XIX wieku. Wyglądało to tak, jakby pan chciał za chwilę obić chama laseczką. Cudem udało mi się przekonać dresiarzy, żeby nie podejmowali wyzwania. W międzyczasie ten chudy ściągał już płaszczyk i podwijał rękawy. Powiedziałem: „Słuchajcie, to wariat, chory człowiek, nienormalny, szkoda takiego”. I do niczego nie doszło.</p>
<p><strong>Wróćmy jeszcze do twojego dzieciństwa. Dlaczego na wsi chłopcy mówili do ciebie: „pokaż gwoździka”?</strong></p>
<p>Żeby to byli chłopcy. Dorosłe kobiety i dorośli mężczyźni. Molestowanie dzieci na góralskiej wsi to normalka. Naśmiewali się z mojego penisa!</p>
<p><strong>Ze swoich też się śmiali?</strong></p>
<p>Nie. Widocznie mój miejski siusiak musiał wyglądać jakoś inaczej.</p>
<p><strong>A co znaczyło „wymiśkowanie”?</strong></p>
<p>W góralskim języku to chyba kastrowanie. Starszy chłopak, mijając cię, gwałtownie łapie cię za jądra i pyta: „Wymiśkować cię?”. Następnie ściska tak, żeby lekko zabolało. To łagodna forma czegoś, co w wojsku nazywa się „kręceniem wora”.</p>
<p><strong>Byłeś w wojsku?</strong></p>
<p>Jak bym był, to nie rozmawiałbym dzisiaj z wami. Siedziałem w psychiatryku, żeby nie iść. Dwa miesiące.</p>
<p><strong>Fajnie było?</strong></p>
<p>Udawałem, więc fajnie. To było w 1979 albo 1980 roku. Bardzo trudny okres w moim życiu. Siedziałem w psychiatryku, urodziło mi się dziecko w tajemnicy przed rodzicami. Nie chciało mi się uczyć i nikt nie wiedział, o co mi chodzi. „Chorowałem” tam gdzie mieszkałem, czyli w Komorowie. Tam była filia Tworek. Podobały mi się codzienne rozmowy w grupach o swoich problemach. Każdy miał opisać życie i przeczytać to na głos. Ostro jechałem.</p>
<p><strong>Co udawałeś?</strong></p>
<p>Psychozę maniakalno-depresyjną. Wystarczyło lekko koloryzować i wyolbrzymiać objawy. Przynajmniej jeden lekarz wiedział o przekręcie. Pomógł mi uciec przed wojskiem. Dostałem zaświadczenie, które pokazałem w WKU. Od razu dali mi spokój.</p>
<p><strong>Twoi kumple mówią, że kiedyś udawałeś jeszcze jedną chorobę – hemoroidy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale ja mam hemoroidy! Wbrew pozorom każdy może być na to chory. I piękna kobieta, i przystojny facet. Ale najczęściej mają je ludzie brzydcy, którzy nieustannie srają. Zapisałem się na operację. Miałem być operowany jakąś najnowszą metodą: czymś co przypomina korbę proktologiczną, którą zrobił Artur Żmijewski dla Sławka Beliny w ramach jego wystawy w Zachęcie. Jest to urządzenie, które wkładają w tyłek, naciskają spust – i wszystko mija. A potem trzy dni się leży, ma się rurkę w tyłku i jest git. Podobno. Ale ja się tak wystraszyłem, a było to 12 lat temu, że do dziś nie mam problemów z hemoroidami. Ze strachu.</p>
<p><strong>W psychiatryku też się bałeś?</strong></p>
<p>Spokojnie zrobiłem tam maturę. Po zajęciach grupowych jeździłem do wieczorówki. A wcześniej byłem dwa razy w drugiej klasie liceum i trzy razy w trzeciej. W sumie siedem lat. Niedługo po maturze zostałem listonoszem. Miałem idealnie opracowane wszystkie ulice Komorowa. Najpierw jeździłem rowerem, potem tata kupił mi motorynkę Romet. Chociaż właściwie sam mogłem sobie kupić, bo zarabiałem kupę kasy. W tamtych czasach listonoszom wystarczało z pensji, a do tego jeszcze dostawali ogromne napiwki. Miałem kieszenie pełne monet.</p>
<p><strong>Nieźle jak na pierwszą pracę.</strong></p>
<p>Gdzie tam. Pierwsza praca to starszy rekwizytor w Teatrze Studio. Od razu zostałem starszym (<em>śmiech</em>). Po znajomości. Rodzice martwili się o mnie, więc załatwili taką robotę. Chodziło o to, żebym „coś” załapał. Przez trzy miesiące obsługiwałem między innymi maszynę do robienia wiatru i żelazną kurtynę, o którą rozbiłem sobie w końcu głowę i wylądowałem na pogotowiu. A nie, przepraszam! Pierwsza praca to sprzątacz na campingu w Ustrzykach Górnych. W czasie wakacji. Wróciłem stamtąd z wszami łonowymi i świerzbem. Nie wziąłem ze sobą śpiwora, spałem pod używanymi przez wszystkich kocami. Pani doktor była zdumiona: „Taki młody porządny chłopak”? Terapia była długa i nieprzyjemna i do dziś jestem pewien, że miała w sobie element kary. Piekło tak, że bardziej nie mogło.</p>
<p><strong>Co jeszcze fajnego robiłeś?</strong></p>
<p>Byłem odbijaczem w przygotowalni form drukarskich w wojskowej drukarni na Grzybowskiej. Pełno tam było młodych, chichoczących dziewcząt. A ja chodziłem przez całą halę z butelką do podlewania kwiatów na długim kiju. Podchodziłem do wiszącego wysoko kwiatka, przykładałem butelkę do doniczki, pociągałem za sznurek i w ten sposób podlewałem. Często przy okazji podlewałem dziewczyny. Piękne sytuacje. Jak z czeskiego filmu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że miałeś taką bajerę, że każda twoja.</strong></p>
<p>To jakiś podstęp? Każdemu zadajecie to pytanie? Ja miałem na dziewczyny sposób „na obojętność”. Przez całe liceum podrywałem tak jedną, niezwykle piękną. Ani razu nie zwróciłem na nią uwagi. Wręcz ostentacyjnie odwracałem głowę. Skutek był taki, że nigdy nie zamieniłem z nią słowa (<em>śmiech</em>). Metoda „na obojętność” jest najlepsza. Siedzi w kawiarni piękna dziewczyna. Okazuj jej całkowitą obojętność, nie patrząc na nią ani razu, dopóki sobie nie pójdzie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A druga metoda? Pytanie wprost: „czy masz chłopaka?”.</strong></p>
<p>Aaa… rzeczywiście. Polecałem ją często kolegom z „Życia Warszawy”. Metoda wygląda tak: podchodzę do dziewczyny: „Masz chłopaka?”. „Nie mam”. „To już masz, Marek jestem”.</p>
<p><strong>Co działo się w przypadku, kiedy miała?</strong></p>
<p>„A, to przepraszam”.</p>
<p><strong>Tak długo uczyłeś się w liceum, że miałeś najlepszy przegląd dziewczyn ze wszystkich uczniów. Tylko pozazdrościć.</strong></p>
<p>Moje życie osobiste w latach licealnych skupiało się raczej poza szkołą. Miałem komfortowe warunki. Byłem jedyną osobą w szkole, która sama mieszkała. Musiałem bardzo dobrze kombinować, żeby żadna afera nie wyszła na jaw, ale i tak się skończyło dramatycznie. Okazało się, że jestem niedojrzały i nie dorosłem do samodzielnego mieszkania. Ukrywanie 15-letniej uciekinierki, której szukała milicja w całej Polsce, było dla moich rodziców przegięciem. Pozbawili mnie mieszkania. Wielka szkoda, bo udostępniałem je zakochanym parom. Grałem na gitarze, a w pokoju obok, kolega z klasy ze swoją oficjalną dziewczyną zażywali chwil intymnych. Nawet jedno, późniejsze małżeństwo zaczynało swą miłość w moich domowych pieleszach.</p>
<p><strong>Kiedy wkładałeś szynkę do kanapek?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W latach 80. Wtedy zresztą w kółko pracowałem za granicą, a to w Stanach, a to we Francji, a to w Niemczech. Same okropne prace. Kanapki robiłem na targach mody w Paryżu. Wkładałem do nich różne wykwintne składniki, niekoniecznie szynkę. Miałem w zasadzie cały zestaw i codziennie wkładałem co innego, żeby się nie znudzić. To w końcu nie fabryka samochodów. To była fajna, przyjemna praca w wielkiej chłodni. Najlepiej wspominam lancze w przerwie. Każdy dostawał ogromny befsztyk, ananasa i małą butelkę wina. Palce lizać!</p>
<p><strong>No to miałeś okropne prace czy fantastyczne?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Okropność nie polegała na ich jakości, tylko na tym, że trwały i były. I nie można było wtedy żyć, tylko trzeba było pracować do 18.00. Rzucanie szynką i ogórkami w kolegów, mimo wszystko, nie pomagało.</p>
<p><strong>Pieniędzy ze Szwecji nie starczało?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To niezła historia. Moje obrazy były przemycane do Szwecji w samochodach-stajniach do przewożenia koni. Wszystkie te transakcje to zasługa kontaktów zawodowych mojej mamy. Obrazy nie mogły opuścić Polski bez pieczątek i papierów od konserwatora, a ponieważ było to upierdliwe, a ja miałem tendencje do buntowania się, wolałem ordynarnie przemycać dobro narodowe pod siankiem.</p>
<p><strong>Kto to kupował?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Poczciwi Szwedzi. Jak do nich pojechałem, to zrozumiałem, dlaczego. Oni wieszają obrazy na wszystkich ścianach od podłogi do sufitu. Dla nich można malować i malować (<em>śmiech</em>). Rodzice mi opowiedzieli, że kiedyś pewien bogaty Szwed oglądając mój obraz podniósł rękaw, pod którym wszystkie włosy stały mu dęba. Facet dostał gęsiej skórki! Na widok obrazu! Takie malowałem prace, proszę panów <em>(śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Jak wtedy malowałeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Po czarodziejsku. Taki bełkot. Coś a la Olbiński, ale miałem chyba więcej umiaru w fantazjowaniu.</p>
<p><strong>A malowałeś akty? Z włosami pod pachami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie pamiętam, ale chyba tak, bo moimi ulubionymi malarzami byli wtedy Delvaux i Modigliani, mistrzowie w malowaniu włosów łonowych.</p>
<p><strong>Dziś nie kupujesz PLAYBOYA, bo u nas włosów nie ma.</strong></p>
<p>Nie kupuję żadnych pism z gołymi kobietami, bo mam internet (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Nie chciałbyś znowu malować?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chciałbym w ogóle o tym zapomnieć. To zamknięty rozdział w moim życiu. Dużo innych rzeczy interesuje mnie bardziej. Komputer, kreowanie muzyki…</p>
<p><strong>Jako Michał Raczyński?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak (<em>śmiech</em>). To niesamowite, ale w różnych telewizjach, gdy pojawia się coś o mnie, mówi się per Michał Raczyński. Nie pojmuję, skąd się to wzięło, ale bawi mnie to niezmiennie i jako muzyk będę tworzył jako Raczyński.</p>
<p><strong>Kiedy skonfrontujesz swoją twórczość muzyczną z publicznością?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wolałbym tego uniknąć i grać tylko dla najbliższych. Takie muzykowanie domowe: ciocia, babcia – wszystkim się podoba, wszyscy klaszczą. Wolę się nie stresować.</p>
<p><strong>Rysunki do „Polityki” też zostawiałeś w recepcji w nocy, żeby się nie stresować?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Między innymi. Ale także dlatego, żeby rano nigdzie nie jechać i sobie spokojnie spać. Nigdy nie lubiłem krytyki moich prac w mojej obecności. Kiedyś na przykład zdarzyło mi się, że naczelny stwierdził, że namalowałem zbyt mało kresek. Co ja mam wtedy powiedzieć? (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Który to naczelny?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A ilu ich było w moim życiu? Niewielu. Pewnie któryś z nich… Ale na pewno nie Wołek (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Pamiętasz swój pierwszy opublikowany rysunek w „Nowej Wsi”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oczywiście. Kolejka wieśniaków, mieszkańców wsi, chłopów &#8211; do traktora, który jeździł na dyszlu w kółko. To było takie wesołe miasteczko dla wsiochów. Miałem wtedy 19 lat i wydawało mi się, że im więcej kresek, tym lepiej (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A dzisiaj niektórym wydaje się, że twoje rysunki są za inteligentne. Co narysowałeś z okazji Prokom Open? Te rysunki nie zostały przyjęte, bo były zbyt mądre.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mecz tenisowy. Tyle że piłeczka miała twarz, nóżki i rączki. Po każdym uderzeniu rakietą buźka i całe ciało piłeczki wyglądały coraz gorzej. W końcu zmaltretowana piłka wypada z boiska, turla się, znika z pola widzenia, wpada do jakiejś piwnicy i zamiera pod ścianą. Przychodzą po nią dwie poobijane piłeczki, z plasterkami na całym ciele. Jedna od pingponga, druga – futbolówka bez powietrza. I prowadzą piłeczkę tenisową przed telewizor, w którym oglądają właśnie trwający mecz tenisowy. Poza tą historyjką narysowałem jeszcze parę obrazków, ale wszystkie według pewnej pani były nie do przyjęcia ze względów intelektualnych.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jak astronomiczne są plotki o twoich astronomicznych gażach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Słyszałem o Pilchu, że zarabia tyle, co ja słyszałem, że zarabiam (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Z kim ostatnio grasz w scrabble?</strong></p>
<p>Z Natalią – córką Wiktora Osiatyńskiego. I dostaję w kółko łomot.</p>
<p><strong>Pytamy się, bo Nigella Lawson też grała w scrabble. Z Saatchim, za którego później wyszła za mąż.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ogromnie się cieszę, ale nie znam Nigelli. Ja z telewizją mam problem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ale od czasu afery z wtykaniem flag narodowych w psie kupy telewidzowie mają z tobą mniejszy problem. Zacząłeś być rozpoznawany. </strong></p>
<p>Od czasu „gównianej afery” nie splamiłem się i mówię to z premedytacją, bo wiem, że jest to straszna hańba – regularną kampanią reklamową. Ale za to rzeczywiście, i to jest dla mnie nowość, jestem czasami rozpoznawany na ulicy.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>I pewnie już dostałeś propozycję z „Tańca z gwiazdami”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Nie wiem, co to jest! Świat gwiazd to świat ludzi do trzydziestki. No chyba, że ktoś jest seryjnym mordercą albo sławnym aktorem. Ale to fakt: im jestem starszy, tym mniej się wstydzę. Odważyłbym się nawet tańczyć, choć nie potrafię.</p>
<p><strong>Ale na swoim weselu zatańczyłeś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, bo nie miałem wesela. Tak się złożyło, że ożeniłem się 25 grudnia w trakcie stanu wojennego. Facet w<strong> </strong>podkoszulku – dowódca ulicy &#8211;  nie wyraził zgody na wesele. Ale żeby było śmieszniej w nocy z 12 na 13 grudnia byłem na ubecko-wojskowym weselu. Jako gość. O północy rozwieźli nas do domów czarnymi wołgami. Bardzo się upiłem i niewiele pamiętam, ale jestem jedną z niewielu osób w tym kraju, do których stan wojenny nie dotarł. Miałem wtedy potwornego kaca. Wódka „Bałtyk” pozostawiała długie wspomnienia.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>To prawda, że po raz pierwszy upiłeś się, jak miałeś 40 lat?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Przekłamanie. Miałem wtedy 14 lat, a wyglądałem na 10 (<em>śmiech</em>). W Krynicy wypiliśmy z kolegą butelkę szampana. Ukradliśmy ją z Sylwestra, weszliśmy na daszek i wypiliśmy. O mało nie przypłaciłem tego życiem, bo wpadłem do wanny pełnej lodowatej wody. Ktoś mnie, chwała Bogu, wyłowił.</p>
<p><strong>Czyli jak ty się po raz pierwszy upiłeś, twój kolega zaczął regularnie współżyć?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Różnica jest taka, że to ja mówię prawdę.</p>
<p><strong>A gdzie podziałeś gumę Nicorette?</strong></p>
<p>Rzuciłem to (<em>śmiech</em>). Był taki okres, że żeby rzucić żucie, zacząłem palić. Udało się, ale przez jakiś czas żułem i paliłem jednocześnie. Teraz szczęśliwie tylko palę.</p>
<p><strong>A inne używki? Na ASP chyba niczego nie brakowało?</strong></p>
<p>W moich czasach na Akademii nie było żadnych używek. Ubolewam nad tym. Nie wiem, skąd brało się marihuanę w latach 80. Kiedyś tylko udało mi się kupić heroinę, żeby zawieźć koledze do wojska. Ktoś dał mi cynk. Wszedłem do mieszkania, wokół leżeli sami heroiniści. Jakaś dziewczyna nalała mi kompotu do słoika, a ja natychmiast pojechałem na drugi koniec Polski. Kolega sobie strzelił i jako narkomana od razu go zwolnili. Tylko miesiąc był w wojsku. Heroinę mogłem wtedy kupić, a marihuany nie.</p>
<p><strong>Jaki jest twój ulubiony narkotyk?</strong></p>
<p>Zdecydowanie na szczęśliwą, spokojną starość najlepsze jest LSD.</p>
<p><strong>Czy ktoś zarzucał ci kiedyś lewactwo?</strong></p>
<p>Piotr Semka uważał fakt mojej pracy w „Polityce” za skandal. Paweł Paliwoda krzyczał, że nie weźmie „tego gówna” do ręki. Wynikało to czasem z moich prowokacji. Pozwalałem sobie na donosy na byłych kolegów z „Życia” do „Polityki”. Podrzucałem wyjątkowo kompromitujące teksty do „Niskich lotów” (<em>stała rubryka w tygodniku „Polityka” &#8211; przyp. aut.</em>). Przynajmniej wtedy ktoś je czytał (<em>śmiech</em>). Nie mogłem przecież obojętnie przechodzić obok porównań Katarzyny Kozyry do doktora Mengele.</p>
<p><strong>Czy zarzucali ci, że „splamiłeś się” rysunkami na konkurs „Idee Lenina w Polsce Ludowej” oraz narysowaniem mapy ZSRR z fabrykami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tego się na szczęście nie dokopali. Teraz się dokopią dzięki waszej pracy śledczej (<em>śmiech</em>). W IPN-ie byliście, czy co?! Konkursy były obowiązkowe, poza tym jednym z mapą, w którym chciałem wygrać rower.</p>
<p><strong>Masz gdzieś te rysunki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Niestety, są pewnie w jakichś bibliotekach. Ale za to mama przechowuje rysunki, przez które miałem nieprzyjemności w szkole, bo często i gęsto używałem na nich słów niecenzuralnych. Pamiętam, kiedyś narysowałem małego chłopaczka, który mówił „Kurwa, znowu spóźnię się do przedszkola”. Niestety nikt nie zrozumiał satyry i potępienia wulgaryzmów. Szczególnie ten tępak, ten głąb – dyrektor mojej szkoły.</p>
<p><strong>Czy w związku z tym, że byłeś ilustratorem książek Manueli Gretkowskiej, będziesz głosował na Partię Kobiet?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wy się nie pytajcie, na kogo będę głosował, tylko z ramienia jakiej partii zostanę senatorem.</p>
<p><strong>Propozycja padła?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na razie nieoficjalna. Nie wiem, co z tym zrobić. Muszę wszystko przemyśleć i poczekać na rozwój sytuacji.</p>
<p><strong>A jak skończyła się przygoda z Zielonymi?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak, że nie zostałem prezydentem Warszawy. I dobrze, bo skończyłoby się to wielkim skandalem korupcyjno-obyczajowym i hańbą dla całego miasta. Jak już nie wiedziałem, jak obronić się przed kandydowaniem, powiedziałem, że ja nawet nie wiem, czy jestem uczciwy.</p>
<p>(<em>w tym momencie do kawiarni wpada Rafał Bryndal i informuje nas, że Milan wygrał z Bayernem 2:0)</em></p>
<p><em> </em></p>
<p>Czy wy w ogóle mnie słuchacie? Pewnie macie to gdzieś, bo i tak w domu wszystko odsłuchacie.</p>
<p><strong>Informacja o Milanie trochę nas zbiła z tropu.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A co to za Milan? Subotič? Jakieś walki znowu trwają? A może jesteście Włochami i macie tam swoje rodziny?</p>
<p><strong>(<em>Śmiech</em>). Nie wiesz, czy jesteś uczciwy, czyli w oświadczeniu lustracyjnym napisałeś za namową Osiatyńskiego &#8211; „nie wiem”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tylko miesięcznik „Murator”, z którym współpracowałem wiele lat temu, przysłał mi oświadczenie lustracyjne. Poinformował mnie, że w przypadku nie wypełnienia tego oświadczenia stracę prawo do pełnienia funkcji, czyli prawo publikacji moich utworów w „Muratorze” (<em>śmiech</em>). Kiedyś odbędzie się lustracja tych, którzy dziś lustrują. Być może już niedługo. Ja to zazdroszczę Urbanowi, że może powiedzieć: „Ja nie donosiłem, to mi donoszono”.</p>
<p><strong>Kiedyś drwiłeś, że najbardziej „ośmieszająca” może być wspólna kolacja z Urbanem. Ośmieszyłeś się?</strong></p>
<p>Z przyjemnością. Zjadłem z nim kolację w jego własnym domu. Pływałem w jego basenie. Bez płetw (<em>śmiech</em>). To najfajniejszy zły człowiek, jakiego znam. Myślę jednak, że jak na pierwszą wizytę, poczułem się zbyt swobodnie. I na następny dzień przepraszałem, że większość czasu spędziłem w szlafroku pani domu. Ale nie miał urazy.</p>
<p><strong>Nadal boisz się zostać dziadkiem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nadal. Nie chciałbym, żeby moje córki były żonami i miały bachory. Wolałbym, żeby były feministkami albo sufrażystkami. Ciągle namawiam je na zostanie starymi pannami. Na razie jest bezpiecznie i trzymam wszystko pod kontrolą, ale boję się, że w pewnym momencie wymiękną. Na razie mam obiecane półtora roku spokoju.</p>
<p><strong>Kto powiedział o tobie: „Szczerze mówiąc, niewiele o nim wiem”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bardzo miła, ładna pani. Poznałem ją na balu dziennikarzy, próbowałem na siebie zwrócić uwagę, ale nadal chyba nie bardzo mnie kojarzy. Nie irytuje mnie to. Gorzej by było, gdybym to ja nie wiedział, kim ona jest. Albo czytelnicy (<em>mowa o prezydencie Warszawy – Hannie Gronkiewicz – Waltz – przyp. aut.)</em></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Kelnerka daje znać, że zamykają. Kończymy?</strong></p>
<p>A może przeniesiemy się do baru przy Hotelu Europejskim? Tam o każdej porze ktoś stawia mi wódkę. Zwykle są to młodzi mężczyźni.</p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/marek-raczkowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Andrzej Mleczko</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/andrzej-mleczko/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/andrzej-mleczko/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 11 Mar 2010 11:16:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[ARTYŚCI]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Mleczko Andrzej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=1605</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 1, 2004 rok TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski fot. Tomek Bergmann &#8211; (Zimowe popołudnie w Krakowie w galerii Andrzeja Mleczki. Pijemy gorącą herbatę, wokół krzątają się miłe pracowniczki pana Andrzeja, a na zewnątrz wielbiciele twórczości przyklejają do witryny swoje nosy. Autoryzacja wywiadu nie należała do łatwych, w przeciwieństwie do rozmowy, która nas odprężyła [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><span style="text-decoration: underline;"> </span></strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Andrzej-Mleczko.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-1617" title="Andrzej-Mleczko" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Andrzej-Mleczko.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 1, 2004 rok<br />
</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>TEKST: Łukasz  Klinke, Piotr Szygalski</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomek Bergmann</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Zimowe popołudnie w Krakowie w galerii Andrzeja Mleczki. Pijemy gorącą herbatę, wokół krzątają się miłe pracowniczki pana Andrzeja, a na zewnątrz wielbiciele twórczości przyklejają do witryny swoje nosy. Autoryzacja wywiadu nie należała do łatwych, w przeciwieństwie do rozmowy, która nas odprężyła i skierowała na złośliwe i cyniczne tory) </em></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Kiedy pomyślał pan: „Zostanę rysownikiem”?</strong></p>
<p>Chyba wtedy, gdy w wieku 20 lat zobaczyłem w pewnym piśmie studenckim mój pierwszy wydrukowany rysunek. Dostałem za niego 20 złotych. Całą kwotę wydałem następnie na wykupienie wszystkich egzemplarzy tego pisma w kiosku. Interes, jak widać, był taki sobie, ale przeżycie ogromne.</p>
<p><strong>Narysował pan tysiące rysunków. Czy z perspektywy czasu uważa pan, że to ma sens, że wybrał pan właściwą drogę?</strong></p>
<p>Obawiam się, że sensu to nie ma żadnego, ale wybór był chyba właściwy, bo nic innego nie potrafię robić.</p>
<p><strong>Co w takim razie ma sens według Andrzeja Mleczki?</strong></p>
<p>Z moich wieloletnich badań i obserwacji wynika, że kompletnie nic nie ma sensu. No, może tylko ewentualnie rozważanie tajemnicy bytu i niebytu lub medytacja o absurdalności i marności tego świata. Zajmuje mi to kilkanaście godzin na dobę. W przerwach staram się to i owo narysować.</p>
<p><strong>Nie sądzi pan, że facet, który rysuje zabawne rysunki, powinien być trochę większym optymistą?</strong></p>
<p>Trudno być optymistą, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że koniec świata jest blisko.</p>
<p><strong>To już nie pesymizm. To jakiś koszmarny fatalizm!</strong></p>
<p>No to rozejrzyjcie się, panowie, dookoła. Lodowce topnieją, dziura ozonowa się powiększa, przyroda zatruta, wszędzie wojny, terroryzm i globalizacja. Jakby tego było mało, ludzie chcą się klonować, a już teraz nie bardzo wiadomo, kto jest mężczyzną, a kto kobietą. W mediach ciągle zbrodniarze, zboczeńcy i psychopaci. Do tego posłanka Beger ma kurwiki w oczach. Słowem, ruja i porubstwo. Nie ma wątpliwości, że Szatan opanował świat i dąży do jego zniszczenia.</p>
<p><strong>Rozumiemy, że w związku z tym, żyje pan w permanentnym stresie?</strong></p>
<p>Wręcz przeciwnie. Mam to wszystko w dupie. Uważam podobnie jak buddyści, że nie należy się nadmiernie przejmować sprawami, na które i tak nie mamy wpływu.</p>
<p><strong>Jak to nie ma pan wpływu? Od ponad trzydziestu lat pana rysunki wpływają na kolejne pokolenia Polaków.</strong></p>
<p>Rozumiem, że panowie sobie żartują… Chciałbym więc przypomnieć, że od żartów to ja tu jestem i mam na to odpowiednie papiery. Większy wpływ na życie obywateli ma trzeciorzędny urzędnik w gminie niż najbardziej znany i utalentowany artysta.</p>
<p><strong>Ale trudno znaleźć kogoś, kto pana nie uwielbia. Mleczko jest idolem wszystkich Polaków. A pan ma jakichś idoli?</strong></p>
<p>O ile sobie przypominam, to żadnych. Nigdy nie miałem do nikogo przesadnie nabożnego stosunku. No może poza Tadkiem Chmielem, kolegą ze szkoły w Kolbuszowej, który umiał trafić z procy wróbla prosto w czoło i to z dowolnej odległości. To był prawdziwy mistrz w tej dziedzinie. Ale przepraszam, myślałem, że jeżeli jest to wywiad do PLAYBOYA, to będziemy rozmawiać o seksie, perwersji, panienkach, o różnych tego typu zabawnych sprawach, a panowie zadajecie stereotypowe pytania, które pasują bardziej do tygodnika „Niedziela”.</p>
<p><strong>Porozmawiajmy zatem o seksie, ale to się łączy z jeszcze jednym stereotypem. Andrzej Mleczko &#8211; erotoman.</strong></p>
<p>Dobrze, ale jak brzmi pytanie?</p>
<p><strong>Pytanie brzmi następująco: czy ten stereotyp jest według pana prawdziwy?</strong></p>
<p>Każdy stereotyp jest nieprawdziwy, a ten w szczególności. Za komuny, gdy zacząłem publikować, jako jeden z niewielu podejmowałem ten drażliwy wtedy temat. Według moich obliczeń, tak zwane rysunki erotyczne to jakieś pięć procent mojej całej, skromnej twórczości. Przeciętny obywatel proporcjonalnie o wiele częściej myśli o seksie w ciągu doby. Jeżeli akurat te rysunki są bardziej zauważane, to nie znaczy, że ja jestem erotomanem tylko ludzie w większości są erotomanami – na szczęście dla PLAYBOYA. Uważam, że jest wiele ciekawszych rzeczy na świecie. Na przykład wzrost produktu krajowego brutto lub wpływ plam na słońcu na klimat w okolicach podbiegunowych.</p>
<p><strong>To dlaczego powstały setki rysunków z cyklu <em>Porno dla ubogich</em>? Dlaczego wydał pan książki: <em>Pornografika</em>, <em>Seks bezpieczny</em> czy <em>Diabeł i kobieta</em>, które ociekają seksem i perwersją?</strong></p>
<p>Jako odpowiedzialny satyryk mam obywatelski obowiązek krytykować zjawiska patologiczne, negatywne i wszystkie możliwe idiotyzmy tego świata. Trudno sobie wyobrazić większy idiotyzm jak współżycie seksualne. Wyobraźmy sobie dwie dorosłe osoby, spocone i obślinione, które obmacują się i liżą po różnych częściach ciała, niejednokrotnie intymnych, jęcząc i sapiąc przy tym przeraźliwie. To jest po prostu niesmaczne. Obiektywnie patrząc na to z zewnątrz można się porzygać. Nie mówię już o bardziej perwersyjnych formach tej rozrywki&#8230;</p>
<p><strong>Ale to jest bardzo przyjemne!</strong></p>
<p>Jest to niezwykle przyjemne. Powiem więcej, jest to nawet konieczne. Niemniej jednak człowiek dorosły, szczególnie o filozoficznym usposobieniu, powinien mieć do tego zagadnienia stosunek cokolwiek zdystansowany. Kiedyś pewien zaprzyjaźniony malarz powiedział mi w zaufaniu, że chętnie dałby sobie usunąć operacyjnie fragment mózgu zmuszający go do tej działalności, którą Kant określał jako niegodną filozofa. Twierdził słusznie, że wtedy miałby o wiele więcej czasu na malowanie, a tak musi bez przerwy marnować czas na uganianie się za dupami zamiast tworzyć wiekopomne dzieła.</p>
<p><strong>Czyli gdyby współczesna medycyna dawała taką możliwość&#8230;</strong></p>
<p>&#8230;to rozsądni ludzie poddawaliby się lobotomii. A może tak radykalne rozwiązania nie będą konieczne, bo coraz bardziej popularny staje się świat wirtualny i może przy pomocy seksu w cyberprzestrzeni będzie można rozwiązać ten żenujący problem.</p>
<p><strong>Twierdzi pan, że uprawianie seksu jest niepoważne, ale przyznał pan w jednym z wywiadów, że dawno temu w swoich rodzinnych stronach podglądał pan pary figlujące w krzakach. Był pan podglądaczem?</strong></p>
<p>Cóż, byłem pacholęciem ciekawym życia. Chciałem wiedzieć, po jaką cholerę faceci miętoszą w trawie, Bogu ducha winne, dziewczyny i dlaczego mają przy tym taki kretyński wyraz twarzy. Teraz gównarzeria ma lepiej. Wystarczy sięgnąć po pierwszą z brzegu broszurkę na ten temat lub wejść do Internetu i wszystko jasne. Zresztą za moją dziecięcą ciekawość zostałem przykładnie ukarany. Okazało się bowiem, że nie zdając sobie z tego sprawy podglądałem pana od prac ręcznych, który mnie niestety zobaczył. Do końca szkolnej edukacji byłem przez niego szykanowany. Najpiękniejsza lampka wykonana przeze mnie z korzenia czy przecudna wyklejanka były oceniane negatywnie.</p>
<p><strong>Jak często wraca pan do tych krzaków w Kolbuszowej?</strong></p>
<p>Rzadko. Ostatni raz byłem tam kilkanaście lat temu. Nikomu nie polecam powrotu do krainy dzieciństwa. Wielki las okazuje się małym laskiem, a seksowne koleżanki szkolne są bardzo trudne do rozpoznania. Nie mieszka tam już także moja rodzina, więc nie za bardzo mam do czego wracać.</p>
<p><strong>Rysował pan kiedyś akty?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kiedy studiowałem na wydziale architektury, bez przerwy rysowaliśmy akty na zajęciach z rysunku. Żenowało mnie to dlatego, że modelki były z urodą trochę na bakier.</p>
<p><strong>Proszę nam wybaczyć naszą dociekliwość, ale poznał pan działanie Viagry?</strong></p>
<p>Nie. Kiedyś już mnie ktoś o to zapytał. Odpowiedziałem rezolutnie: „Czy chcesz, żebym się zajebał na śmierć?”.</p>
<p><strong>Lubi pan opowiadać dowcipy?</strong></p>
<p>Nie odbiegam od średniej krajowej.</p>
<p><strong>Jakiś dobry ostatnio pan słyszał?</strong></p>
<p>Jeżeli już mówimy o tajemniczej krainie seksu, to opowiem bardzo subtelny żarcik na ten temat: Spotykają się dwie panienki. Jedna mówi, że kupiła sobie właśnie skunksa. „Na cholerę ci skunks?” – pyta druga. „Słuchaj – wyjaśnia pierwsza – ten skunks tak robi minetę, tak liże, że zwariować można!”. Druga się wzdryga: „Ale to musi strasznie śmierdzieć!”. A tamta odpowiada: „No rzeczywiście, dwa tygodnie rzygał, ale w końcu się przyzwyczaił”. Nie wiem, dlaczego ten świetny żart w ogóle nie rozśmiesza kobiet.</p>
<p><strong>Czy jako rysownik wykorzystuje pan dowcipy usłyszane na ulicy?</strong></p>
<p>Wcale. To co robię rządzi się zupełnie innymi prawami. Gdyby to było takie proste, każdy mógłby zostać rysownikiem. Nie wszystko, co da się opowiedzieć, da się narysować i na odwrót. W moim przypadku wymyślanie i rysowanie to wbrew pozorom szalenie pracochłonna i mozolna robota.</p>
<p><strong>Opanował pan sztukę rysowania samochodu i roweru?</strong></p>
<p>Każdy plastyk ma z czymś problem. Coś mu wychodzi lepiej, coś gorzej. Te samochody pewnie sobie wmówiłem, ale jeśli ktoś mnie już dusi i pyta, co mi nie wychodzi, no to mówię dla świętego spokoju, że samochody, żeby się ode mnie odpieprzył. Jednak prawdę mówiąc, rowery są trudniejsze. Nigdy nie wiem, w którym miejscu powinienem narysować, za przeproszeniem, pedały.</p>
<p><strong>Jest rysunek, którego pan nie lubi, który po prostu się nie udał?</strong></p>
<p>Bardzo wiele. Dotyczy to nie tyle pomysłu, ile sposobu narysowania. U mnie na ścianie nie wisi żaden mój rysunek, ponieważ cały czas odczuwałbym potrzebę, żeby go poprawiać. Wiem, że teraz bym go narysował inaczej. Prawdę mówiąc za każdym razem, gdy skończę rysować, mam ochotę powtórzyć ten sam pomysł jeszcze raz. Takie stałe niezadowolenie, żeby nie powiedzieć upierdliwość, to podobno cecha typowa dla Koziorożca. Zazdroszczę artystom, którzy wpadają w zachwyt na widok swoich dokonań. To bardzo uprzyjemnia życie.</p>
<p><strong>Czy w czasach wolności, które zawładnęły Polską, odczuwa pan jakieś naciski? Czy ktoś dzwoni do pana z pretensjami i ma za złe treść rysunku?</strong></p>
<p>Mogę coś panom przeczytać. Właśnie przed chwilą dostałem list. „Wielce Szanowny Panie! Obejrzałem Pański rysunek. Ten to ma dowcip, pomyślałem. I dalej sobie pomyślałem, czy nie narysowałby Pan innego rysunku. Oto na ławeczce siedzą zamiast członków Ligi Polskich Rodzin zwykli, normalni ludzie. Zgoda nawet na dyskretne krzyże na piersiach, notabene – te na Pańskim rysunku są bardzo grubiańskim pomysłem. Natomiast postać człowieka z Samoobrony zamieniona jest na postaci Żydów udających asymilantów, np. Pan Geremek z Panem Balcerowiczem, zaś napis w dymku brzmi: &lt;&lt;To jest ławka dla goi. Wasze ławki znajdują się w sądach na salach rozpraw.&gt;&gt; Szczerze oddany wielbiciel”. Podpis nieczytelny. Co jakiś czas piszą lub pojawiają się osobiście jacyś dziwni frustraci, ale to jest tak jak z tymi rysunkami erotycznymi – na to się po prostu zwraca uwagę. Ale nie brakuje również listów bardziej sensownych. Ciekawe, że wszyscy wmawiają mi, że moje rysunki są niezwykle kontrowersyjne, a ja w zasadzie nigdy, poza naprawdę sporadycznymi wypadkami, nie spotkałem się z żadnym przejawem ostracyzmu, niechęci czy wrogości. Nawet u osób z zupełnie innej bajki.</p>
<p><strong>A czy przyszedł kiedyś do pana jakiś facet i powiedział: „Panie, zapłacę 20 tysięcy euro, ale narysuj pan Kowalskiego i go skompromituj”?</strong></p>
<p>W kółko dostaję propozycje, aby komuś, jak to się mówi, dowalić. Oczywiście nie traktuję ich poważnie, może dlatego, że nie pada &#8211; przy okazji podana przez panów &#8211; suma. Jednak największa zabawa jest przed każdymi kolejnymi wyborami. Zgłaszają się przeważnie wszystkie opcje polityczne, od lewej do prawej, żebym narysował coś, co można wykorzystać w kampanii wyborczej.</p>
<p><strong>No i co?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jeszcze nie zwariowałem, żeby popierać jakąś partię polityczną, a potem tłumaczyć się, kiedy doprowadzi kraj do ruiny.</p>
<p><strong>Zdarza się, że ktoś podrabia pana rysunki?</strong></p>
<p>Bez przerwy spotykam się z tym, że ktoś rysuje pomysł, który wcześniej w pocie czoła wykombinowałem. Nie ma jednak możliwości zweryfikowania, czy jest to plagiat czy zbieg okoliczności. Nigdy nie robiłem z tego problemu. Może gdyby ktoś narysował pięćset takich samych rysunków jak ja, to bym się wkurzył, ale w pojedynczych przypadkach nie ma sensu robić problemu.</p>
<p><strong>Jest pan mańkutem?</strong></p>
<p>Tak się złożyło. Zresztą w tej chwili zupełnie mi to nie przeszkadza. Poza tym Leonardo da Vinci był mańkutem i jeszcze paru zdolnych facetów. Prawdę mówiąc, jako dziecko miałem z tego powodu kompleksy, bo były to czasy, kiedy leworęcznych nauczyciele szykanowali. Dostawałem w szkole po łapach i byłem zmuszany do pisania prawą ręką. Nie bardzo mi to wychodziło, ale dzięki temu potrafię teraz pisać obiema rękami.</p>
<p><strong>Jak wołali na pana koledzy?</strong></p>
<p>Jerzy Urban w latach 70. napisał w pewnym zabawnym felietonie: „Andrzej Mleczko nigdy nie zrobiłby kariery, gdyby nie idiotyczne nazwisko. Gdyby nazywał się Kowalski, nikt nie zwróciłby na niego uwagi”. Koledzy mówią na mnie „Mleko”.</p>
<p><strong>Ciekawe, czy miał pan propozycje reklam od przemysłu mleczarskiego?</strong></p>
<p>Zdarzyło się parę razy. Do współpracy jednak nie doszło, bo nie dogadaliśmy się co do spraw zasadniczych.</p>
<p><strong>A ile trzeba zapłacić Mleczce, żeby był zadowolony?</strong></p>
<p>O pieniądzach dżentelmeni nie rozmawiają. Dżentelmeni pieniądze mają.</p>
<p><strong>Uważa się pan za dobrze zarabiającego człowieka?</strong></p>
<p>Grzeszyłbym gdybym narzekał, ale z przykrością stwierdzam, że w porównaniu z Billem Gatesem jest bardzo cieniutko. Z Kulczykiem też.</p>
<p><strong>Co jest głównym źródłem pana dochodów?</strong></p>
<p>Właśnie rysunki reklamowe. Ale nie pytajcie mnie o szczegóły, bo po pierwsze w umowie jest zazwyczaj klauzula o zachowaniu tajemnicy na ten temat, a po drugie, umówmy się, jest to moja prywatna sprawa.</p>
<p><strong>W jakich godzinach można podglądać pana przy pracy?</strong></p>
<p>W żadnych. Nikt jeszcze nie widział, jak rysuję. Jest to dla mnie czynność intymna, wręcz fizjologiczna, którą należy załatwiać w samotności. Kiedyś pracowałem tylko w nocy. Siadałem w swojej krakowskiej pracowni około dwudziestej drugiej i kiedy zaczynało świtać, kładłem się spać. Od kilku lat jednak pracuję tylko w dzień, a w nocy zachowuję się jak normalny człowiek, czyli śpię. Nic oryginalnego. Ta diametralna zmiana to chyba niestety kwestia wieku.</p>
<p><strong>Krakusi odgrażają się, że na stałe opuszczą nasz kraj. Preisner (<em>często można go dzisiaj spotkać w Szwajcarii – przyp. aut.</em>), Penderecki&#8230; Coś niedobrego jest w krakowskim powietrzu?</strong></p>
<p>Nie wiem. Wiem natomiast, że tu się nic nie dzieje. Mnie to zresztą bardzo odpowiada, bo lubię jak się nic nie dzieje. Z ulgą powracam z Warszawy, gdzie dzieje się bardzo dużo, po to, żeby zagłębić się w pełną spokoju, by nie powiedzieć nijakości, atmosferę tego cudownego miasta.</p>
<p><strong>Na czym polega różnica między dzianiem się w Warszawie a niedzianiem się w Krakowie?</strong></p>
<p>Bardzo prosty przykład. Często dostaję zaproszenia na różnego rodzaju imprezy. Na oko widać, że kupka zaproszeń na premiery, bankiety i wernisaże w Warszawie jest dwadzieścia razy większa.</p>
<p><strong>Korzysta pan? </strong></p>
<p>Czasem mam ochotę siedzieć w domu, czasem mam ochotę gdzieś sobie pobywać. Zależy od tego, czy pada deszcz i jaką mam chwilowo fantazję. Niestety większość kolegów-artystów wyjechała za chlebem do Warszawy, więc moje życie towarzyskie jest związane bardziej z tym miastem. Ostatnio byłem na imprezie zorganizowanej przez „Klub Krakowian w Warszawie”. Kilka dni później byłem gościem na spotkaniu „Klubu Gdańszczan w Warszawie”. Niedługo powstanie „Klub Myśleniczan” albo „Klub Pcimian”, Polska przeniesie się do Warszawy, a całą resztę wykupią Niemcy.</p>
<p><strong>Może w Krakowie powstanie „Klub Warszawian”?</strong></p>
<p>To akurat mało prawdopodobne, bo awersja Krakowa do Warszawy ma szczególny charakter. Dla mnie zresztą jest to trochę dziwaczne, może dlatego, że sam pochodzę z dalekiej Rzeszowszczyzny. Pamiętam, jak na Błoniach były występy różnych zespołów. Jeden z nich zaczął śpiewać jakieś warszawskie piosenki i nagle pięć tysięcy ludzi zaczęło gwizdać. Nie bardzo to rozumiem, ale też to nie jest mój problem.</p>
<p><strong>Część krakowskiego środowiska artystycznego uległa fascynacji Wisłą Kraków. A pan?</strong></p>
<p>Raczej nie. Dla mnie istnieją tylko sporty indywidualne takie jak: lekkoatletyka, boks, tenis albo szachy.</p>
<p><strong>Najpopularniejszym „indywidualnym sportowcem”, wręcz bohaterem narodowym, jest Adam Małysz. Dla pana także?</strong></p>
<p>Nie przepadam za sportami zimowymi. Niestety, narty kojarzą mi się z dojeżdżaniem do szkoły, a szkoła kojarzy mi się fatalnie. Oczywiście nie mam nic przeciwko Małyszowi, to bardzo sympatyczny i bezpretensjonalny chłopak, który do tego potrafi fruwać. Zresztą poznałem go osobiście i zrobił na mnie bardzo korzystne wrażenie. Natomiast zjawisko „małyszomanii” jest odrobinę żenujące. Świadczy o ogromnym niedowartościowaniu naszych rodaków, bo strasznie brakuje nam ludzi, którzy byliby ogólnie znani na świecie. Mnie zresztą także tego brakuje. Gdy jestem gdzieś daleko za granicą, ze zwykłej próżności chciałbym, żeby słowo Polska nie było pustym dźwiękiem i żeby natychmiast kojarzyło się z nazwiskami sławnych sportowców, artystów, naukowców czy polityków. Jeden papież tego nie załatwi, tym bardziej że wbrew naszym oczekiwaniom, przede wszystkim jest papieżem, a dopiero potem Polakiem i nie ma na plecach loga „Teraz Polska”. Ta anonimowość 40-milionowego kraju jest dla mnie trochę irytująca. Nie podejmuję się decydować, czy to kwestia spisku świata przeciwko nam, czy naszej małej ekspansywności, a może braku wielkich talentów. Trudno, jest jak jest.</p>
<p><strong>Skoro ma pan tak krytyczny stosunek do „małyszomanii”, to czy zdarzył się panu jakiś krytyczny rysunek na jej temat?</strong></p>
<p>Chyba nie. Teraz sobie przypomniałem, że oprócz roweru i samochodu mam również problemy z precyzyjnym narysowaniem polskich kompleksów.</p>
<p><strong>Jakim wydarzeniem sportowym ostatnio pan się emocjonował?</strong></p>
<p>Staram się nie emocjonować. Wydaje mi się, że mężczyzna, który skończył 50 lat, powinien z filozoficznym wdziękiem patrzeć na rzeczywistość i nie poddawać się emocjom bez potrzeby.</p>
<p><strong>A czasy (nie)chwały Gołoty? Był pan wtedy trochę młodszy&#8230;</strong></p>
<p>Nie jestem jakimś szczególnie oszalałym hurrapatriotą, ale kiedy Gołota uciekł z ringu przed Tysonem, czułem się jako Polak bardzo nieszczególnie. Tym bardziej że lubię boks, a może nawet jeszcze bardziej związaną z boksem mitologię.</p>
<p><strong>Duży z pana mężczyzna. Trenował pan boks, a nawet karate. Dlaczego nie został pan „Tigerem”?</strong></p>
<p>Nie bardzo pamiętam, bo to było strasznie dawno i trwało krótko. Powodem mogło być to, że bardzo nie lubię kiedy ktoś bez powodu okłada mnie pięściami.</p>
<p><strong>Wykorzystuje pan swoje warunki fizyczne? Kiedy ostatni raz zdarzyła się jakaś bójka? Proszę się przyznać, bo wiemy, że się zdarzały&#8230;</strong></p>
<p>Zdarzały się, ale już z tego wyrosłem. Parę lat temu wdałem się w jakieś mordobicie na środku rynku, a jeszcze wcześniej skończyłem po bijatyce w szpitalu, ponieważ&#8230; Ale panowie, komuś, kto ma pięćdziesiąt parę lat, nie wypada opowiadać takich głupot!</p>
<p><strong>Co w pana życiu zawodowym zmieni się po wejściu do Unii?</strong></p>
<p>Nie mam pojęcia, ale sądzę, że nic. Tak jak nic się w nim nie zmieniło po upadku komuny.</p>
<p><strong>Ale twierdzi pan, że z Unii nas wyrzucą. Kiedy?</strong></p>
<p>Jak się zorientują, w co się wpieprzyli.</p>
<p><strong>A w co się wpieprzyli?</strong></p>
<p>W kooperację z krajem, którego żywiołem jest destrukcja. Z krajem, którego obywatele upajają się niepowodzeniami i klęskami i mają za złe całemu światu, że nie użala się nad nimi.</p>
<p><strong>Ale nadal jest pan za wejściem?</strong></p>
<p>Oczywiście. Nie mamy innego wyjścia. Ale nie będzie to bardzo przyjemne doświadczenie.</p>
<p><strong>Kiedy pan chwyci za pióro? </strong></p>
<p>Od dawna chodzi mi to po głowie. Mam setki notatek, zapisków i pomysłów na opowiadania, scenariusze i sztuki teatralne, ale ciągle brakuje mi czasu, aby to wszystko pozbierać do kupy.</p>
<p><strong>Czy do pisania namawia pana Sławomir Mrożek?</strong></p>
<p>Mrożek nikogo do niczego nie namawia, ponieważ on w ogóle nic nie mówi. To bardzo mądry człowiek.</p>
<p><strong>Jest pan dumny, że studenci piszą o panu prace magisterskie?</strong></p>
<p>Zacznę być dumny, gdy ktoś napisze doktorat.</p>
<p><strong>Od trzydziestu lat świetnie pan sobie radzi. Jest pan szczęśliwy?</strong></p>
<p>Śmiem twierdzić, że tak do końca szczęśliwi są tylko idioci. Przepraszam, jeżeli panowie akurat przypadkiem czują się szczęśliwi. Już pora na moje ulubione pytanie: „Jakie są pana marzenia, panie Andrzeju?”.</p>
<p><strong>Proszę odpowiedzieć.</strong></p>
<p>Moja ulubiona odpowiedź brzmi: marzenia są dla kobiet i dzieci, a mężczyźni mają zadania do wykonania.</p>
<p><strong>Nie mamy wyjścia, musimy zapytać. Jakie zadania ma pan do wykonania?</strong></p>
<p>Skończyć ten wywiad i zająć się swoimi sprawami.</p>
<p><strong>Mamy nadzieję, że nie znudziliśmy pana za bardzo&#8230;</strong></p>
<p>Jestem wystarczająco znudzony sam sobą.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/andrzej-mleczko/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Andrzej Pągowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/andrzej-pagowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/andrzej-pagowski/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 19 Jan 2010 11:46:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[ARTYŚCI]]></category>
		<category><![CDATA[Pągowski Andrzej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=44</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7-8, 2009 TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke ilustracja: bohater wywiadu &#8211; Pierwszy dyrektor artystyczny polskiego PLAYBOYA – to brzmi dumnie. Prawie jak spełnienie marzeń? W pewnym sensie tak. Pamiętam, że bardzo zabiegałem o tę posadę. Strasznie chciałem się dostać do tej redakcji. Dlaczego? Bo całe nasze środowisko, wszyscy graficy, regularnie wysyłali swoje ilustracje [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-270" title="Andrzej-Pagowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2009/12/Andrzej-Pagowski1.jpg" alt="Andrzej-Pagowski" width="350" height="227" />PLAYBOY nr 7-8, 2009</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>ilustracja: bohater wywiadu<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Pierwszy dyrektor artystyczny polskiego PLAYBOYA – to brzmi dumnie. Prawie jak spełnienie marzeń?</strong></p>
<p>W pewnym sensie tak. Pamiętam, że bardzo zabiegałem o tę posadę. Strasznie chciałem się dostać do tej redakcji. Dlaczego? Bo całe nasze środowisko, wszyscy graficy, regularnie wysyłali swoje ilustracje do amerykańskiego PLAYBOYA. Myśmy po prostu mieli świadomość kultowości tego tytułu. Pamiętam, jak swego czasu przemycałem PLAYBOYA ze Sztokholmu w nogawce spodni. Dziś to się wydaje kuriozalne, ale takie przecież były czasy. I właśnie w tamtych czasach całymi latami wysyłaliśmy ilustracje do amerykańskiej redakcji, mimo, że nigdy nie wydrukowano choćby jednej.</p>
<p><strong>Były za słabe?</strong></p>
<p>Ależ skąd. W ogóle nie chodziło o jakość. Dopiero będąc w Chicago, kiedy przyjechałem do amerykańskiej redakcji jako dyrektor artystyczny polskiej edycji, dowiedziałem się, na czym polegał nasz błąd. Amerykanie chcieli, żebyśmy w polskim PLAYBOYU używali ich ilustracji i ja wtedy stanowczo zaprotestowałem. Powiedziałem, że przywiozłem ze sobą portfolio z pracami najlepszych polskich grafików i w każdej chwili mogę je pokazać. Na co oni odpowiedzieli, że mają już takie portfolio. Po czym otworzyli szufladę i wyjęli z niej grubą teczkę ze skatalogowanymi ilustracjami, które od lat im posyłaliśmy. Wśród nich zobaczyłem i swoje rysunki. To był szok.</p>
<p><strong>Przechowywali ilustracje, których nigdy nie zamierzali użyć?</strong></p>
<p>Mieli dokładnie wszystko! Okazało się, że my z kraju Solidarności &#8211; najlepiej znanego związku zawodowego na świecie, nie mieliśmy pojęcia o tym, jak związki zawodowe działają w kapitalizmie. Otóż PLAYBOY nie mógł wydrukować żadnej nadesłanej przez nas ilustracji, bo naraziłby się amerykańskiemu związku zawodowemu rysowników.</p>
<p><strong>To jak pan przewalczył, żeby w naszej edycji nie było amerykańskich ilustracji?</strong></p>
<p>Powiedziałem, że nie ma najmniejszych szans, żeby zgodził się na to polski związek rysowników (wybuch śmiechu). I oni ten argument przyjęli momentalnie. Dla nich to było jasne jak słońce. Nawet przez myśl im nie przeszło, że takiego związku może w ogóle nie być. Ten blef zadziałał znakomicie. Myśmy byli jedyną zagraniczną edycją, która od razu zamawiała prace u swoich grafików. Z wersji oryginalnej zostawiliśmy jedynie bardzo charakterystyczne ilustracje dowcipów. I to, że utrzymały się w naszym PLAYBOYU po dziś dzień, świadczy o tym, że to była słuszna decyzja.</p>
<p><strong>To prawda, że mieliście problemy ze znalezieniem pierwszej playmate?</strong></p>
<p>Proszę pamiętać, że to jednak wciąż były czasy, kiedy u nas PLAYBOY uchodził za pismo pornograficzne, pismo spod kołdry. Co z tego, że my zamierzaliśmy ten wizerunek radykalnie zmienić? Na początku wiedzieliśmy o tym my sami i wydawca. A dziewczyny po prostu się bały rozebrać w PLAYBOYU. Na szczęście Tomek Raczek (pierwszy naczelny naszego magazynu – przyp. red.) przypadkiem spotkał pod kinem Wisła piękną dziewczynę, której zaproponował sesję. Malwina Rzeczkowska to był strzał w dziesiątkę.</p>
<p><strong>Jej sesję zrobili jednak Amerykanie.</strong></p>
<p>To bodajże wynikało z umowy. Jednak nie zamierzam ukrywać, że na początku mieliśmy problem nie tylko z wyszukaniem playmate, ale także z polskimi fotografami. Ich zdjęcia były po prostu zbyt wulgarne. A nam nie chodziło o żaden hard core. Wręcz przeciwnie. My chcieliśmy przekonać opinię publiczną, że PLAYBOY nie ma nic wspólnego z pornografią. Tymczasem w Polsce było mało specjalistów od takiej fotografii. Wcześniej akty na zamówienie robiło się u nas tylko i wyłącznie do kalendarzy. I te pierwsze sesje właśnie takie wychodziły – kalendarzowe. Uważam jednak, ze szybko się z tym uporaliśmy. Nasz PLAYBOY błyskawicznie złapał swojego fajnego odbiorcę. Pamiętam, że stałymi klientami byli od razu prawnicy i lekarze. Okazało się, że pismo było za mądre dla facetów poniżej pewnego poziomu. Ilustracje Starowieyskiego na rozkładówce, a w środku jeszcze literatura latynoamerykańska, wywiad ze znanym artystą. To nie były rzeczy dla „śliniącego się” czytelnika. Tak samo jak zdjęcia, które po prostu były dla niego za „słabe”. W ogóle uważam, że PLAYBOY wszedł do Polski jak po maśle. Mieliśmy wspaniały początek.</p>
<p><strong>I żadnych potknięć?</strong></p>
<p>Oczywiście, zdarzały się. Dochodziło też do wielu kompletnie absurdalnych sytuacji. Pewnego razu zostałem zaproszony do programu 2 Telewizji Polskiej, żeby opowiedzieć o nowym piśmie. I nagle, tuż przed wejściem na antenę pani Fajowska mówi do mnie: „Andrzej, przepraszam cię bardzo, ale dostałam właśnie polecenie z reżyserki, że nie możemy użyć w rozmowie słowa PLAYBOY”. Zdążyłem to usłyszeć i weszliśmy na antenę. Szczerze powiem, że to była jedna z najdziwniejszych rozmów w moim życiu. Kompletnie irracjonalna. Mało tego, że nie mogliśmy powiedzieć, jakie promujemy właśnie pismo, to jeszcze kamera pokazywała okładkę tak, żeby nie było widać tytułu „PLAYBOY”. Sytuacja tym bardziej absurdalna, że operator nie miał żadnego problemu z pokazywaniem logo królika.</p>
<p><strong>A wracając do potknięć?</strong></p>
<p>Wiem, że było kilka redaktorskich. Na przykład pewnego razu z Waleriana Borowczyka zrobiliśmy Waldemara. Ja jednak lepiej pamiętam pomyłki graficzne. Zaczynając tę pracę nie mieliśmy pojęcia, że podczas sesji zdjęciowych często „poprawia” się dziewczyny przy użyciu plastrów. Na przykład przykleja się odstające uszy, lub unosi piersi. A nawet spina się klamrami niektóre części ciała. Później rzecz jasna to wszystko się retuszuje. Niestety raz poważnie daliśmy ciała i puściliśmy zdjęcie z gigantyczną agrafką, którą spięto jakąś skąpą część garderoby. Z jakiegoś powodu nie zwróciliśmy na nią uwagi. Dla Amerykanów to była rzecz nie do pomyślenia. Zresztą nasza ekipa nieustannie musiała budzić w nich co najmniej duże zdziwienie.</p>
<p><strong>Prosimy o przykłady.</strong></p>
<p>Tego jest całe mnóstwo. Po kilku pierwszych spotkaniach w siedzibie amerykańskiego PLAYBOYA w Chicago pewien facet wziął mnie i Tomka na bok i nieco ściszonym głosem powiedział: „Słuchajcie, nie jesteście przecież starzy, dlaczego nie pofarbujecie włosów, żeby ukryć tych kilka szpakowatości…”. Zrozumieliśmy, że w Stanach nie można w wieku 30-40 lat mieć na głowie siwych włosów. Bo siwizna jest zarezerwowana dla mężczyzn 50-60 letnich. Ci nawet specjalnie czasem się wybielają, żeby wyglądać bardziej dostojnie. Chcąc nie chcąc poszliśmy z Tomkiem do sklepu i wrzuciliśmy po farbie do koszyka. Ale jak już doszliśmy do kasy, spojrzeliśmy na siebie i powiedzieliśmy – NIE. Wypieprzyliśmy te farby.</p>
<p><strong>Z tego co wiemy, Amerykanie chyba bardzo chcieli zrobić rozbieraną sesję naszej wydawcy, Beacie Milewskiej?</strong></p>
<p>Myślę, że do tej pory o tym marzą (śmiech). Oni wtedy rzeczywiście byli przekonani, że przyjechaliśmy na rozmowy o biznesie razem z dziewczyną na okładkę. Beata jest piękną kobietą. Wysoka zgrabna blondynka. Wtedy robiła piorunujące wrażenie – zresztą dziś jest podobnie. Jak wparowało trzech facetów z taką dziewczyną, to co Amerykanie mieli pomyśleć? Widać było potem, że mieli ogromne problemy, żeby zaakceptować zaskakującą prawdę. Kiedy dowiedzieli się, że ta młoda kobieta jest szefem, byli autentycznie zszokowani. Tym bardziej, że Beata przywiozła ze sobą nie tylko niezłą bandę świrów, ale też świrów z konkretnymi dokonaniami. Tomek na przykład zaskakiwał Amerykanów na każdym kroku znajomością ich kultury. Poruszał się płynnie w literaturze, teatrze, filmie, musicalach. Na nich robiło to duże wrażenie. Pamiętajmy, że Amerykanie są ludźmi szufladkowymi. Nie spotyka się wielu z wszechstronną wiedzą.</p>
<p><strong>Pan z kolei zaskoczył ich odmawiając wizyty w nowojorskim Museum of Modern Art.</strong></p>
<p>Z tego powstała nawet niezła anegdota. Amerykanie pod pewnymi względami są straszni. Zanim do nich przyjechaliśmy, musieliśmy wypełnić całe stosy ankiet. Odpowiedzieć na absurdalne pytania o to co jemy, o jakich porach, na co jesteśmy uczuleni, co lubimy, czy śpimy w pidżamie czy bez, czy odpowiadają nam cięte kwiaty w wazonach, czy drinki wstrząśnięte, czy mieszane – pytali dosłownie o wszystko. Myśmy się potwornie męczyli siedząc nad tymi papierami i często wpisywali, co bądź, oby tylko mieć już tę udrękę z głowy. Byliśmy pewni, że nie służy ona zupełnie niczemu. Ale kiedy wreszcie wylądowaliśmy w Chicago momentalnie odkryliśmy, że nasze ankiety zostały wnikliwie przestudiowane. Każde z nas miało inny pokój w hotelu, z kwiatami ciętymi lub bez, inne menu, a także inne plany zajęć. Ponieważ jestem uczulony na pierze, dostałem nawet specjalną antyalergiczną pościel…</p>
<p><strong>Ale jak to się ma do sprawy muzeum?</strong></p>
<p>Już wyjaśniam. W ankiecie zaznaczyłem, że chciałbym zobaczyć Nowy Jork, więc do programu wpisano mi wizytę w Museum of Modern Art. A ja potwornie nie cierpię muzeów. Dlatego odpowiedziałem, że dziękuję za ten punkt programu, bo tam wiszą moje prace i nie mam zamiaru ich oglądać. To ich kompletnie zamurowało. Po pierwsze, żaden z dyrektorów artystycznych PLAYBOYA nie mógł się czymś takim pochwalić. Po drugie, moje zachowanie było tak ekstremalnie nie-amerykańskie, że chyba przekraczało ich możliwości pojmowania. A to był po prostu jedyny argument jaki mi przyszedł do głowy, żeby się z tej wycieczki wypisać. Później dochodziły nas słuchy, że w amerykańskiej redakcji to była często powtarzana anegdota &#8211; Pągowski nie chciał pojechać do MoMA, bo tam wiszą jego prace (śmiech).</p>
<p><strong>Amerykanie koniecznie chcieli dać złotego królika na pierwszą okładkę polskiego PLAYBOYA. Jak to się stało, że w końcu zrobił pan swoją wersję?</strong></p>
<p>Oni nam na początku po prostu nie ufali. Jednak po kilku spotkaniach zaczęli się orientować, że ta banda świrów, naprawdę może mieć coś do powiedzenia. Dzięki sporym wysiłkom wywalczyliśmy sobie wolność. A potem okazało się, że to nasz królik zrobił furorę w Ameryce. Zamówiliśmy u jubilera przypinane do marynarki znaczki z tym królikiem, a facet wykonał fantastyczną robotę. Ja stworzyłem ilustrację odciskując kształt królika na uprzednio rozmazanych farbach. Jubiler na tej podstawie wykonał najpierw nieregularną siatkę z metalu, a potem wypełniał ją ręcznie kolorami. Efekt był wspaniały. Amerykanie oszaleli na punkcie tego znaczka.</p>
<p><strong>W tamtym czasie pańskim „znaczkiem” rozpoznawczym były sumiaste wąsy, trochę na Wałęsę. Postanowił pan zgolić pod wpływem Amerykanów?</strong></p>
<p>Ależ skąd. Straciłem wąsy przypadkowo. Stałem się ofiarą nieplanowanej depilacji (śmiech). Kosmetyczka założyła mi kiedyś na twarz maseczkę. Kiedy zesztywniała, okazało się, że może zejść jedynie z zarostem. Nie dość, że straciłem same wąsy, to jeszcze na dobre zostały poskromione cebulki. Później długo jeszcze trzymałem tamtą maskę z wąsami na pamiątkę.</p>
<p><strong>Żałuje pan?</strong></p>
<p>Chyba nie, bo kobiety zawsze na moje wąsy narzekały.</p>
<p><strong>Pan z kolei w pewnym momencie zaczął się łapać na tym, że patrzy na kobiety jak na szklanki.</strong></p>
<p>Rzeczywiście po kilku miesiącach pracy w PLAYBOYU pictoriale z rozebranymi dziewczynami zacząłem oglądać bez emocji. Patrzyłem na gołe dziewczyny jak na puste szklanki. Nawet się wystraszyłem, że raz na zawsze wyleczę się z przyglądania się pięknym kobietom. Prawdopodobnie to była kwestia przemęczenia. Na szczęście szybko się okazało, że to były całkowicie płonne obawy (śmiech).</p>
<p><strong>Czego dowodem jest pana najnowsza – inspirowana PLAYBOYEM &#8211; wystawa. Zaczęło się ponoć od jednego zdjęcia?</strong></p>
<p>Zobaczyłem w PLAYBOYU zdjęcie dziewczyny, która kucnęła w butach. To było niesłychanie erotyczne. Tak mi się spodobała, że zacząłem ją rysować. Skończyłem i odłożyłem ten rysunek. Z czasem jednak do niego wróciłem i dla relaksu w przerwach, lub po pracy zacząłem rysować kolejne dziewczyny. Może trochę w formie ćwiczenia. W pewnej chwili jednak spostrzegłem, że cały ten relaksujący cykl zaczyna się układać w fajną całość. Nie wiedziałem jednak co w tym pomyśle drzemie, dopóki nie zrobiłem dużych powiększeń na płótnie. I wtedy to naprawdę zadziałało. Jak ustawiłem pierwszych pięć, to poczułem, że powinienem poukrywać tym dziewczynom twarze.</p>
<p><strong>Dlaczego?</strong></p>
<p>Bo w oczach jest rozpoznawalność. A bez nich pojawia się anonimowość. I o to mi na tej wystawie chodzi. Chcę pokazać facetowską miłość do kobiet w ogóle, nawet tych nieznanych. Chciałbym, żeby kobiety z tych obrazów były takim męskim fetyszem. Stąd pomysł z „sukami”, bo uważam, że kobiety w sytuacjach intymnych czekają na to słowo od mężczyzn. „Suka” nie musi być powiedziana wulgarnie. Mi chodzi o „sukę” z podziwu, z uczucia, z miłości. Gdy ludzie znają się jak łyse konie, takie wyrażenie może brzmieć jak niewiarygodny afrodyzjak.</p>
<p><strong>A do suk doszły jeszcze psy.</strong></p>
<p>Mniej więcej w tym samym czasie zobaczyłem w internecie obraz Jana Tarasina „Dalmatyńczyk”. Pomyślałem, kurczę, a może by zrobić… psy i suki? Oczywiście to nie mógł być tytuł dla całej wystawy. Jednak to połączenie samo się nasuwa. Jest zbyt silne, żeby z niego rezygnować. Czasem, kiedy pokazywałem te obrazy anonimowych kobiet znajomym, oni mówią: „Andrzej, ale ta to suka…”. Z takim smaczkiem, bez wulgarności. I właśnie o ten smaczek mi chodzi. Poza tym od dłuższego czasu borykałem się z problemem jak elektronicznej ilustracji dodać galeryjności, którą na przykład ma plakat. Przy tym projekcie odkryłem, że przeniesienie pikseli na płótno i zawerniksowanie daje ten efekt. Dlatego zapraszam na wystawę malarstwa, mimo że jest to malarstwo elektroniczne.</p>
<p><strong>Kobiety z tych obrazów zawsze mają coś na sobie. A to pończochy, a to buty, rękawiczki&#8230;</strong></p>
<p>Tak jak na zdjęciach z ulotek agencji towarzyskich (śmiech). Wtedy są jeszcze większym fetyszem. Jeszcze bardziej nas kręcą.</p>
<p><strong>Pan dobrze o tym wie, bo jest pan zbieraczem.</strong></p>
<p>Od lat kolekcjonuję wszystkie zawycieraczkowe reklamy agencji towarzyskich. Mam najstarsze roczniki z początku lat 90. Badam, jak zmienia się ten typ reklamy na przełomie „wieków”. Wiele obserwacji bawi mnie do łez. Na przykład sformułowania &#8211; „prawdziwe biusty”, albo „francuski bez”. Poza tym zawsze, gdy widzę hasło &#8211; „trzecia godzina gratis”, zastanawiam się, kto tam wytrzyma trzy godziny (śmiech).</p>
<p><strong>Wspomina pan, że ta wystawa to pański debiut. To jakiś chwyt marketingowy?</strong></p>
<p>To żaden chwyt, to czysta prawda. Do tej pory zawsze pracowałem na zamówienie. To będzie moja pierwsza wystawa prac, które przygotowałem sam z siebie.</p>
<p><strong>Nawet na studiach pracował pan tylko na zamówienie?</strong></p>
<p>Już jako licealista pisałem wiersze i opowiadania do gazet, własnoręcznie je ilustrując, bo wtedy więcej płacili (śmiech). Potem na studiach najgorszą karą było namalowanie czegoś na zaliczenie. I chyba tylko z tego powodu wybrałem plakat. Bo na plakaty miałem zamówienia już jako student. Teraz pierwszy raz pokażę prace, których nikt nie zamówił, i które powstały bez wyraźnej przyczyny, czy okazji. I dlatego mam tremę. Chociaż udaję, że jej nie mam (śmiech).</p>
<p><strong>Na ulicach widać teraz pański plakat do przedstawienia „Lot nad kukułczym gniazdem”&#8230;</strong></p>
<p>Ten plakat miał wyglądać dużo lepiej! Tam miał być piękny, czerwony Chrystus&#8230;, ale dzisiaj cenzura jest jeszcze gorsza niż za komuny. Poczynając od cenzury kościelnej, przez cenzurę MZK, na cenzurze rozklejaczy kończąc. Ostatnio zrobiłem też plakat do „Niebezpiecznych związków”, ale jakiś komitet blokowy kazał to zdjąć. Wszyscy w kółko nic tylko się obrażają.</p>
<p><strong>Kiedyś tak nie było?</strong></p>
<p>Tylko raz w Stanach cenzura zdjęła mi plakat z wystawy. Była na nim naga, bardzo konturowa dziewczyna z gniazdkiem na łonie. Usłyszałem, że może to pobudzić negatywne emocje wśród czarnoskórych. Poza tym przypadkiem nie miałem żadnych poważnych problemów. Przez cenzurę przeszedł tyłek z „Męża i żony”, „Imperium namiętności”, „Dekameron”.</p>
<p><strong>Ale i tak był pan stałym gościem przy Mysiej.</strong></p>
<p>Ale tylko w kwestiach obyczajowych. Przy plakacie do „Imperium namiętności” usłyszałem, że „ładne to jest, ale dwie piersi nie przejdą”. Musiałem zapaćkać drugą pierś japońskimi słowami: „plum plum, chlap chlap” &#8211; dzwoniłem nawet w tej sprawie do mojej znajomej Japonki.</p>
<p><strong>A „Łuk erosa”?</strong></p>
<p>Świetny przykład. Proszę, taki wielkoformatowy kutas i zero problemów. Dzięki temu plakatowi powstała zresztą fantastyczna anegdota. Podczas wizyty w Polsce Antonioni specjalnie wysiadł z samochodu, żeby obejrzeć mojego plakatowego penisa. Kazał przetłumaczyć wszystko, co było tam napisane, a następnie poprosił tłumaczkę o stanięcie obok i piękny uśmiech. Potem pewien facet zadał jej pytanie: „Jak mogłaś dać się sfotografować z takim kutasem?”. A ona na to: „Jak ty możesz tak o nim mówić?! To bardzo miły facet!” (śmiech).</p>
<p><strong>Motywem przewodnim wielu pańskich prac nie były jednak fallusy, tylko pupy. Prosimy zatem o najbardziej pupiasty typ na playmate PLAYBOYA.</strong></p>
<p>No masz! Jennifer Lopez oczywiście. Codziennie patrzę na jej zdjęcie! Stoi przecież na moim biurku. Dostałem je od żony ze spreparowanym przez nią „oryginalnym autografem”. Ubóstwiam wszystkie filmy z J Lo. Nawet „Oczy anioła” (śmiech). Jak ją widzę, cierpnie mi skóra&#8230; Dla mnie kobieta bez fajnej pupy jest nijaka.</p>
<p><strong>Już wiemy, dlaczego pańskie prace kojarzą się Polakom przede wszystkim z tą częścią ciała.</strong></p>
<p>Cztery litery to dla mnie początek drogi artystycznej. Gdyby nie one i plakat do „Męża i żony” Fredry w Narodowym, być może nie rozmawialibyśmy w tej chwili. Pupa przylgnęła zresztą do mnie już na dobre. Swego czasu plakat „Papierosy są do dupy” zrobił tak oszałamiającą karierę, że długo byłem kojarzony tylko z nim. Ludzie mnie zaczepiali i dziękowali, a kardiolodzy gratulowali. Czego bym nie zrobił i tak kończyło się na rozmowie o tej dupie. Przyznaję bez bicia, że strasznie mnie to wtedy wkurwiało. Dziś wiem, że nie dorosłem wtedy do popularności tego plakatu. Zamiast po amerykańsku się cieszyć, po polsku się martwiłem.</p>
<p><strong>A nie martwił się pan odchodząc z PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Rozstałem się z PLAYBOYEM w momencie, kiedy pojawiły się badania i właściwie wszystkie magazyny zaczęły się szybko zmieniać pod ich wpływem. Nagle to odbiorcy, poprzez swoje odpowiedzi na pytania ankietera, zaczęli kształtować pismo. Ten sposób ewolucji prasy przyjęli niestety wszyscy. Moim zdaniem nie przyniosło to dobrych efektów. A najlepszym przykładem, do czego doprowadziło jest na przykład Kuba Wojewódzki, który mówi do swojego gościa: „powiedz kurwa, to mi wzrośnie oglądalność”. Dla mnie pierwszym dniem katastrofy medialnej był dzień emisji pierwszego odcinka Big Brothera. Ten program udowodnił, że nikt może być kimś. Wystarczy, że zamkniesz się z kimś pod prysznicem i coś głupiego powiesz. A później zrobią z ciebie prezentera, piosenkarza czy kogokolwiek innego. Jaki problem wypromować beztalencie? Żaden.</p>
<p><strong>Żal panu starego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Żal mi wysokiej sztuki, która wcześniej gościła w każdym numerze. Żal ilustracji i literatury. Jedynie wywiady utrzymały swoją mocną pozycję. Oczywiście zdaję sobie sprawę, ze żaden rozsądny wydawca nie będzie szedł wbrew klientom. Poza tym PLAYBOY nie mógł stać w miejscu, musiał ewoluować razem z całym rynkiem, dostosować do tych nowych realiów. Uważam jednak, ze nadal jest w awangardzie i że potrafi się skutecznie opierać zalewowi głupoty. Niestety na tę gigantyczną oryginalność, którą niósł ze sobą kilkanaście lat temu, nie ma dzisiaj już szans. Ma natomiast coś, czym przewyższa konkurencję o głowę – ma markę. I w Polsce także nauczyliśmy się już to doceniać.</p>
<p><strong>Nigdy nie chciał pan wyemigrować?</strong></p>
<p>Miałem nawet kilka propozycji. Na przykład po odebraniu głównej nagrody pisma „Hollywood Reporter”, spotykałem się z ludźmi z Paramount Pictures i Universalu, którzy mocno namawiali mnie do zostania w Kalifornii. Zapytałem ich wtedy, czy znają Wołodyjowskiego. Nie znali. Wtedy powiedziałem, że mimo, że ja przynajmniej słyszałem o Dicku Tracy, to tak naprawdę nie znam ich kultury, literatury, bolączek, problemów, uśmiechów i skrótów myślowych. Zostając tam, nie wiedziałbym po prostu, dla kogo tworzę. Gdybym był malarzem, to co innego. Oczywiście dzisiaj, dzięki internetowi i globalizacji, trochę nadrobiłem, ale za granicę nadal się nie wybieram.</p>
<p><strong>Jest pan playboyem?</strong></p>
<p>Mentalnie, jak najbardziej. Po to zarabiam pieniądze, żeby je wydawać. Ubóstwiam cieszyć się życiem, cenię towarzystwo kobiet, lubię się dobrze ubrać, lubię dobre samochody. I mam wspaniałą żonę. Mało tego, taką, która potrafi ogarniać finanse, bo ja sam nie wiem, ile zarabia moja firma. Być może to także jest playboyowi cecha (śmiech).</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Nie mam kompleksów. Da Vinci namalował kultową „Mona Lizę”. Ja też mam kultowe plakaty na koncie.</p>
<p>Najbardziej lubię i szanuję tych rysowników, których prac nie potrafiłbym sam narysować. Mówię tu między innymi o Mleczce, Raczkowskim, czy Borowskim. Nie pojmuję, jak można o różnych rzeczach opowiadać zawsze w swoim stylu, zawsze swoją kreską. Ja jestem kameleonem, zmieniam style i dopasowuję je do konkretnego zamówienia. I tylko tak potrafię.</p>
<p>Beata Milewska jeszcze zanim rozkręciła PLAYBOYA miała już duże zasługi nie tylko dla rynku polskiej prasy kobiecej, ale i mody jako takiej. Pamiętam, że swego czasu wysłałem do jej magazynu „Bea” zamówienie na męski płaszcz i jak go wkrótce dostałem, ta przez długie lata mogłem zadawać szyku na mieście (śmiech). Koledzy pytali, gdzie za granicą go kupiłem. Nikomu nie przyszło do głowy, że wystarczyło wysłać list do redakcji w Gdańsku. Oczywiście, kiedy spotkaliśmy się z Beatą po raz pierwszy w sprawie PLAYBOYA nie omieszkałem zaprezentować jej swojego płaszcza.</p>
<p>W amerykańskiej redakcji magazyn robiło około stu osób. Ta pani zajmowała się okładką, ta drugą stroną, następna trzecią i czwartą… Patrzyłem na to w pełnym zdumieniu, bo miałem świadomość, że my całe pismo z powodzeniem robimy w pięć osób.</p>
<p>Zdarzało się, że jacyś szemrani faceci przyprowadzali swoje dziewczyny i próbowali załatwić im sesje. Trzeba było na nich autentycznie uważać. Zresztą na początku lat 90. mafijne dziewczyny to był duży problem także podczas wyborów Miss Polonia. Nagle się okazywało, że za dziewczyną stał kark próbujący na siłę ją promować. W PLAYBOYU też mieliśmy kilka takich prób. My sobie poradziliśmy, ale już rosyjska edycja nie. Zaczynali normalnie z redakcją w Moskwie, ale już po pierwszym numerze musieli uciekać i robili magazyn bodajże z Amsterdamu.</p>
<p>Kiedy ktoś się dowiaduje, że prowadzę agencję (reklamową – przyp. red.), a moja żona „obsługuje klientów” wpada w niezłą konsternację.</p>
<p>Jestem człowiekiem ulicy, lubię ją obserwować. Pewnie dlatego moim guru jest Warhol. Ubóstwiam go i żałuję, że tworzył tak wcześnie. Gdyby żył dzisiaj, skopałby rzeczywistość jeszcze bardziej. Facet uzmysłowił mi, że ulica nie wymaga detalu, tylko efektu, na przykład prostej kreski, czy zestawienia dwóch barw. Dlatego dziwię się Olbińskiemu, że chce mu się rysować wszystkie guziki i szwy na marynarce. Przecież ludzie nie zauważają takich szczegółów, gdy jadą samochodem albo śpieszą się na zakupy. Cały wysiłek idzie w gwizdek.</p>
<p>Wojskowa Komenda Uzupełnień  przeniosła mnie do rezerwy&#8230; kobiet. Jakiś mądrala zobaczył „niepotrzebne skreślić”, no i skreślił. Zrobił ze mnie kobietę.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/andrzej-pagowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

