<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady &#187; AKTORZY</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/kategoria/aktorzy/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Sun, 29 Apr 2012 20:39:32 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
		<item>
		<title>Borys Szyc</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc-3/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc-3/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 02 Apr 2012 20:13:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Szyc Borys]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3369</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 03, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke &#8211; Niezłą Vespą przyjechałeś. Czy miłość do niej to efekt utraty prawa jazdy? Trochę tak. Wszystko się połączyło. W dzieciństwie dosiadałem motorynki, jak więc na starość miałbym nie kochać małych motocykli? Kupiłem niedawno kolejną Vespę. Rocznik 66. Piękna, biało-czerwona &#8211; „teraz Polska”. Skuter jest świetny [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3374"><img class="alignleft size-full wp-image-3374" title="Borys-Szyc-3" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/04/Borys-Szyc-3.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 03, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Niezłą Vespą przyjechałeś. Czy miłość do niej to efekt utraty prawa jazdy?</strong></p>
<p><strong></strong>Trochę tak. Wszystko się połączyło. W dzieciństwie dosiadałem motorynki, jak więc na starość miałbym nie kochać małych motocykli? Kupiłem niedawno kolejną Vespę. Rocznik 66. Piękna, biało-czerwona &#8211; „teraz Polska”. Skuter jest świetny do jeżdżenia po mieście. I &#8211; jak sprytnie zauważyliście &#8211; nie trzeba na niego prawa jazdy.</p>
<p><strong>Kiedy ponownie zdajesz egzaminy?</strong></p>
<p>Człowiek to takie zwierzę, które momentalnie przyzwyczaja się do luksusu. Uwierzcie, że jeżdżenie z kierowcą bardzo rozleniwia. Poza tym jak myślę o ponownym zdawaniu teorii, to robi mi się niedobrze.</p>
<p><strong>Zastanawiamy się, czy po pięciu latach karabin trochę ci nie zardzewiał. W poprzedniej rozmowie strzelałeś odpowiedziami aż miło.</strong></p>
<p><strong></strong>Spokojnie. Często oliwiony. Ale jeśli pozwolicie, to zagram dzisiaj snajperkę, a nie maszynowy. Spotkaliśmy się pięć lat temu? Niesłychane, jak ten czas leci.</p>
<p><strong>Powiedziałeś nam wtedy, że jako naczelny PLAYBOYA bawiłbyś się cztery razy mocniej niż Meller. Jak by było dzisiaj? </strong></p>
<p>Byłbym bardziej rozważny. Ale na pewno i tak sporo do przodu przed waszym naczelnym. Zresztą mam wrażenie, że to się nigdy nie zmieni. Nawet jeśli zbliżę się do jego stateczności, to on i tak będzie się już oddalał w ultra stateczność. Marcin powinien korzystać z przebogatej tradycji waszego mentora. W Mansion Hugh Hefnera dziewczyny zmieniają się jak rękawiczki. A w Mansion Mellera zamieszkała tylko jedna blondynka. Codziennie kluski śląskie i cicho siedzieć. Jaki kraj, taki Hefner (<em>wybuch śmiechu</em>).</p>
<p><strong>Rzeczywiście nie zardzewiałeś.</strong></p>
<p>A widzicie we mnie w ogóle jakieś zmiany?</p>
<p><strong>Zmężniałeś.</strong></p>
<p>Biorę to za komplement. To zasługa treningu do <em>Wojny polsko-ruskiej.</em> Nawet jak się otłuszczę, to wciąż widać, że nie jest źle.</p>
<p><strong>Wydoroślałeś.</strong></p>
<p>Bo córka poszła do pierwszej klasy. To dla mnie najważniejsze przeżycie w ostatnich miesiącach.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że Sonia ćwiczy grę na skrzypcach. Ty obiecywałeś u nas powrót do lekcji gry na fortepianie&#8230;</strong></p>
<p>I dupa. Chociaż w mojej głowie ta obietnica rozbrzmiewa jakby z wczoraj. Chciałem zrealizować tę potrzebę w dziecku, ale mała kilka razy uderzyła w klawisze i stwierdziła, że już wszystko umie. Dlatego wybrała skrzypce.</p>
<p><strong>Po prostu pociągają ją trudniejsze wyzwania niż tatę. </strong></p>
<p>Polecam wam skrzypcowy koncert sześciolatków. To jest dopiero wyzwanie. Bez silnego znieczulenia ciężko to przeżyć.</p>
<p><strong>Wiemy, że reżyserujesz córkę.</strong></p>
<p>Robię z nią krótkie filmiki. Tylko dla niej i dla mnie.</p>
<p><strong>Zaczniesz kiedyś reżyserować dla szerszej publiczności?</strong></p>
<p><strong></strong>Zawsze pewniej będę się czuł przed kamerą. Żeby stanąć po drugiej stronie, trzeba być dwa razy mądrzejszym. A przede wszystkim brać na siebie o wiele więcej odpowiedzialności.</p>
<p><strong>Obawiamy się, że masz tyle talentów, że i reżyseria dobrze by ci wyszła.</strong></p>
<p><strong></strong>Wtedy, jako malowanego ptaka, zadziobaliby mnie na śmierć.</p>
<p><strong>To byłby casus Bogusława Lindy, który kręci dobre filmy, ale krytycy je zadziobują. </strong></p>
<p><strong></strong>Bo my z Bogusiem w ogóle mamy sporo wspólnych cech, przede wszystkim ciekawość świata i uwielbienie dla planety. Ja jednak nie uczestniczę w polowaniach, szczególnie na słonie. Nie podołałbym. Za ciężkie bydlaki.</p>
<p><strong>Do Bogusława Lindy jeszcze wrócimy. Najpierw jednak pogrzebiemy w twoim dzieciństwie. Jakie plakaty wisiały nad łóżkiem małego Borysa?</strong></p>
<p><strong></strong>Zamiast Rachmaninowa i Czechowa, na ścianach niepodzielnie panował Michael Jackson. Poza tym wisiało sporo ładnych kobiet, na przykład Heather Locklear.</p>
<p><strong>Przy Sabrinie Locklear wyglądała jak Rachmaninow. </strong></p>
<p><strong></strong>Teraz już wiecie, jaki mam wysublimowany gust. Wszystkie zdjęcia i plakaty pochodziły z „Brava”, „Razem” i „Żołnierza polskiego”, który na ostatniej stronie zawsze miał gołą babę. Zresztą właśnie przez tę stronę dostałem uwagę na lekcji plastyki. Ławki wykładało się wtedy gazetami, żeby niczego nie pomalować. Ja również wyłożyłem, ale zamiast malować, wycinałem babki, niszcząc w ten sposób podkład pod prawdziwą sztukę.</p>
<p><strong>Nadal potrafisz udawać króla popu?</strong></p>
<p>Oczywiście. Ostatnio z gracją wykonałem „moonwalka” na densflorze w Kuala Lumpur. Czasami odzywa się we mnie szczeniacki dryg do rywalizacji. Pewien facet próbował tam udawać Michaela i robił to na tyle nieudolnie, że nie wytrzymałem. Leciało <em>Billie Jean</em>, więc sami rozumiecie &#8211; nie miałem wyjścia i musiałem wkroczyć na parkiet. Dostałem oklaski.</p>
<p><strong>Koledzy z dawnych lat nazywają cię Szycem, czy Michalakiem?</strong></p>
<p><strong></strong>Lubią mówić do mnie Michalak, co pewnie w ich mniemaniu zaznacza moją łódzką, ziomalską przeszłość. Na zasadzie: „my wiemy, kim ty tak naprawdę jesteś”. W dowodzie mam Szyc-Michalak, ale wolę Szyca. Jest krótszy, dosadniejszy, a także bardziej medialny. Choć w krajach anglojęzycznych mówią o mnie bardzo brzydko, czyli Borys Shits. W związku z tym czasami staram się być jednak Schützem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jak dziś patrzą na ciebie kumple z Łodzi?</strong></p>
<p><strong></strong>Niektórzy z wielkim dystansem. Jeden nawet twierdził, że nie wie, czy można ze mną w ogóle normalnie porozmawiać. Był tak uniżony, że aż wkurwiający. Ustawił mnie „w innym świecie”. To smutne, dziwne, trochę śmieszne i niestety bardzo polskie. Takie słodko-gorzkie.</p>
<p><strong>Tą zgrabną klamrą wracamy do Bogusława Lindy. Na planie <em>Słodko-gorzkiego</em> po raz pierwszy w życiu statystowałeś.</strong></p>
<p>Byłem wtedy głodnym wrażeń licealistą. Razem ze swoją przyjaciółką przemazaliśmy się na drugim planie, tańcząc w dyskotece. To był ewidentnie czas Bogusia. Do dziś pamiętam, jak któryś ze statystów krzyknął, że zaraz przyjedzie Linda. Zrobiła się gorąca atmosfera, wszyscy siedzieli jak na szpilkach. I nagle pojawił się! Dziewczyny zamruczały: „Ehhhhhhhhh”. To było takie  połączenie orgazmu i gruźliczego, zachłannego wciągnięcia świeżego powietrza. Ja również nagle poczułem przemożną chęć znalezienia się obok Niego. Zwierzęcy instynkt popchnął mnie w jego kierunku. No i postałem sobie w sąsiedztwie z dwie minuty. Byłem blisko, bo słyszałem, jak mówi, widziałem, jak jest ubrany i czułem jego perfumy&#8230; Ogrzałem się trochę w tym ciepełku.</p>
<p><strong>Ale zanim zostałeś kolejnym bożyszczem współczesnych fanek kina, musiałeś trochę popracować. Gdzie i za ile?</strong></p>
<p><strong></strong>Na przykład przy okulizacji róż w Rzgowie pod Łodzią. Chodziło się tam przez pola w zespołach składających się z: dziabarza, okulizatora i zakręcacza. Dziabarz miał dziabę, szedł i poddziabywał krzaki; okulizator nacinał gałązki i wsadzał w nie zalążki szlachetnych odmian róż, dodając w ten sposób ilość pączków, które się potem na krzaku pojawiały, a zakręcacz niósł plastikowe, przezroczyste paski, którymi okręcał wsadzone zalążki, tak aby się dobrze trzymały i nie wypadły. Na początku byłem zwykłym dziabarzem, ale już na końcu okulizatorem pełną gębą. Płacili słabo, ale na wakacje starczało.</p>
<p><strong>Czym jeszcze się zajmowałeś?</strong></p>
<p>Zbijałem palety u mojego chrzestnego. Zdzierałem też stare farby z drzwi i ścian na różnych budowach. A potem już na studiach, wraz z kolegami z roku, czyli Andrzejewskim i Borkowskim, używaliśmy swoich paraartystycznych zdolności, pracując dla firmy L&amp;M. Jeździliśmy amerykańskim, srebrnym autobusem w ramach „L&amp;M Road Party”. Przez całe wakacje co dwa dni byliśmy w innym mieście na polskim wybrzeżu i prowadziliśmy imprezy dla paru tysięcy osób. Mieliśmy pięć układów tanecznych, między innymi pod <em>Pump Up the Jam</em> Technotronic i <em>Gypsy Woman</em> Crystal Waters. Przede wszystkim jednak rozdawaliśmy ludziom świecące na cztery kolory światełka. Ten gadżet był absolutnym szałem, a my z racji tego, że nim dysponowaliśmy, byliśmy bogami. Poznaliśmy wiele dziewcząt, a nawet dochowaliśmy się swoich L&amp;M groupies, tzw. elemek, które jeździły za nami po wybrzeżu.</p>
<p><strong>Dziś studenci aktorstwa tak nie dorabiają.</strong></p>
<p><strong></strong>Bo teraz można grać w serialach i nie trzeba prowadzić imprez dla browarów oraz kotłów grzewczych. Dla mnie jednak te chałturki były kopalnią humoru, dobrej zabawy i ogromnej ilości anegdot. Właśnie mi się przypomniało, że mniej więcej wtedy nagrałem reklamówkę w stroju świętego Mikołaja. Reklamowałem piętrowy parking dla Matchboksów. Na szczęście nikt tego nie widział.</p>
<p><strong>A szkoda. Pewnie można boki zrywać, a nawet się popłakać. Zdarza ci się płakać w kinie?</strong></p>
<p><strong></strong><em>Porozmawiaj z nią</em> widziałem ze dwadzieścia razy i prawie zawsze płakałem. Uwielbiam Almodovara. Jest mi bardzo bliski w postrzeganiu świata, we wrażliwości, wyobraźni, kolorach&#8230;</p>
<p><strong>Nigdy nie zagrałeś w jego stylu.</strong></p>
<p><strong></strong>Może dlatego, że nie ma u nas Almodovara. Wyobrażacie sobie, że w Polsce ktoś kręci film o lekarzu, który łapie gwałciciela swojej córki, zmienia mu płeć, a później się w nim/niej zakochuje?</p>
<p><strong>Konrad Niewolski?</strong></p>
<p>Myślę, że ta historia u Konrada potoczyłaby się zupełnie inaczej (<em>śmiech</em>). Z tego co wiem jest teraz ortodoksyjnym Żydem, hodowcą psów i mieszka w lesie. Trudno przyzwyczaić się do jego nowego wcielenia, ale myślę, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Konrad przewidział koniec świata w tym roku, tak więc poczekajcie z drukiem, aż będzie to pewne. Gazeciarze, przebrani za króliczki, będą latać po mieście, krzycząc: „Ostatni numer PLAYBOYA!”. Pójdzie jak ciepłe bułeczki.</p>
<p><strong>I tak pójdzie. Wystarczy, że odpowiesz na pytanie, kiedy zobaczymy cię „z gołym fiutkiem na scenie”. Niedawno mówiłeś, że masz na to jeszcze czas.</strong></p>
<p>Wciąż czekam na propozycje. Jeszcze nigdy nie dostałem takiego scenariusza albo sztuki do przeczytania. Niestety, jestem pomijany w tych sprawach. Nagminnie. Bardzo żałuję.</p>
<p><strong>Za to internautki nie pomijają cię nigdy &#8211; „Borys, kocham cię za tę twoją dziurkę”.</strong></p>
<p><strong></strong>Na czole, tę po ospie? I co ja mogę na to rzec? Też was kocham dziewczyny. Za wasze dziurki. Zmieńmy może temat, bo zrobiło się jakoś tak kontrowersyjnie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Mówisz masz. Mało kto w dzisiejszych czasach miał szansę porównać wrażenia z szarży konnej XX-wiecznej kawalerii i XVII-wiecznej husarii. Oświeć nas trochę. </strong></p>
<p><strong></strong>Kawaleria z <em>Bitwy Warszawskiej</em> to zupełnie inna bajka. Trzysta lat różnicy robi swoje. Postęp jednak istnieje (<em>śmiech</em>). To, ile ciężaru wkładali na siebie husarze, jest nieprawdopodobne. Wystarczył sam płaszcz, który ważył jakieś 20 kg, żeby człowiekowi zrobiło się ciepło. A do tego jeszcze zbroja. Na szczęście ta filmowa była plastikowa. Sceny do <em>September Eleven 1683</em> (<em>Sobieskiego w tym filmie gra Jerzy Skolimowski – przyp. aut.</em>), kręciliśmy pod Bukaresztem w 30-stopniowym upale. Momentalnie zrozumiałem Roberta Kubicę, siedzącego w bolidzie.</p>
<p><strong>Niedawno</strong> <strong>byłeś też w Stanach w związku z filmem <em>Criminal Empire of Dummy&#8217;s</em> (<em>Borys</em><em> ma wystąpić obok Gary’ego Oldmana – przyp. red.</em>). Wszystko już dogadane?</strong></p>
<p><strong></strong>Zaczęło się od tego, że poleciałem do Kalifornii kręcić reklamę Axe, tę z „klikerem”. Już to było dla mnie wielkim przeżyciem. Robiłem tam dokładnie to samo, co Ben Affleck, tylko że dla polskiej publiczności. Można powiedzieć, że byłem nim.</p>
<p><strong>Lepszym nim. </strong></p>
<p>Tak mnie przynajmniej zapewniali. Szkoda, że nie przełożyło się to na czek.</p>
<p><strong>„Forbes” wycenił twoją gażę na prawie pół miliona.</strong></p>
<p><strong></strong>Nie wiem dlaczego aż tak bardzo zaniżyli (<em>śmiech</em>). Ale może to i dobrze, zawsze można liczyć na mniejszą zawiść. Wracając do filmu&#8230; Prosto z Los Angeles miałem lecieć do Nowego Orleanu na zdjęcia. Właśnie wtedy zdarzył się ten nieszczęsny wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej, a jeden z producentów umoczył na tym grubą kasę i z dnia na dzień wycofał się z filmu, zabierając swój kilkumilionowy wkład. W ciągu dwóch lat większość udziałów przejął Grzesiek Hajdarowicz i to on będzie teraz producentem. Z tego co wiem, mamy kręcić ten film w Brazylii.</p>
<p><strong>Na tej słynnej farmie kokosów, tuż przy plaży, nad oceanem?</strong></p>
<p><strong></strong>Ciepło. Na jednej z palm wyryty jest już napis „Borys Szyc area” (<em>śmiech</em>). Bardzo mi to poprawiło humor. Zrezygnowałem z gaży w zamian za skromny hektar tej ziemi.</p>
<p><strong>Kiedy ruszają zdjęcia?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mam pojęcia. Wiem, że kompletnie zmieniła się ekipa – nowy reżyser, operator, kilku nowych aktorów. Jest też dużo skomplikowanych prawnych kwestii do dogrania. Czekam w blokach. Poza tym uczę się pływać na „kajcie”. Muszę.</p>
<p><strong>Jak to musisz?</strong></p>
<p><strong></strong>Bo kolejny pomysł Grześka to film o kitesurferach. Trochę w nawiązaniu do słynnego<em> Na fali</em>  z Patrickiem Swayze’em i Keanu Reevesem. Ma tam być pięciu chłopaków z rożnych stron świata. Ja będę reprezentował Polskę. Nie mogę dać ciała.</p>
<p><strong>Trzymamy kciuki. Szczerze i bez zawiści. W końcu nie robimy w tym samym biznesie.</strong></p>
<p><strong></strong>Żywię podobne uczucia do moich kolegów po fachu, którym tak zwyczajnie po ludzku kibicuję i życzę sukcesów. Absolutnie nie zazdroszczę. No może trochę, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie ma to niczego wspólnego z zawiścią&#8230; kurrrwa (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Gdzie jeszcze będziemy mogli cię obejrzeć?</strong></p>
<p>Przede wszystkim w<em> Sztosie 2</em>. Na planie u Lubaszenki bezustannie się śmiałem. Zestaw aktorski w połączeniu z Zakopanem i Sopotem, gdzie mieliśmy zdjęcia, był mieszanką wybuchową. Zapewniam was &#8211; ten film to jeden wielki brecht.</p>
<p><strong>A po <em>Sztosie 2</em>?</strong></p>
<p>Jestem po słowie z Andrzejem Saramonowiczem i Maćkiem Pisarkiem. Mam zagrać w ich nowych produkcjach. Poza tym w <em>All Inclusive</em> &#8211; filmie kręconym na Teneryfie. Jest też wielka szansa na powstanie <em>Balladyny</em> Trelińskiego z moim skromnym udziałem. Film miał być kręcony już 10 lat temu, jeszcze z Ostaszewską i Cielecką. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Dla mnie to bardzo ciekawa propozycja. Być może będę też występował w ekranizacji <em>Złego</em>. Prawa do książki są nabyte, więc kto wie. Gdyby reżyserował to Ksawery Żuławski, mógłby wyjść kozacki film.</p>
<p><strong>Czy pojawiła się w twoim prywatnym rankingu jakaś nowa, świeża krew, jeżeli chodzi o naszą rozkładówkę?</strong></p>
<p>Natasza Urbańska.</p>
<p><strong>Spróbujemy, ale musisz nas poprzeć.</strong></p>
<p>Mogę was poprzeć, ale jest jeszcze Janusz (<em>Józefowicz – przyp. red.</em>). Może zaproponujcie jej jakąś ładną sesję z choreografią męża.</p>
<p><strong>Zawsze wybierasz nam takie kandydatki, których nie sposób rozebrać. A to Gruszka, a to Grochowska, a to Cielecka&#8230; A teraz kolejna „trudna dziewczyna”.</strong></p>
<p><strong></strong>Panowie, nie chcę was wkurzać, ale poza Nataszą wszystkie widziałem nago.</p>
<p><strong>Zazdrościmy. Bez zawiści rzecz jasna. </strong></p>
<p><strong></strong>Powiedzieliśmy coś mądrego w tej rozmowie?</p>
<p><strong>Niewiele, ale za to było rozrywkowo. Powiedz lepiej, kiedy widzimy się po raz kolejny? Może wtedy będzie mądrzej.</strong></p>
<p><strong></strong>Zapraszam do Brazylii w 2016 r., o ile wcześniej nie będzie końca świata. Szybko znajdziemy brazylijską playmate, popływamy katamaranem i wypijemy parę drinków. Mieszkanie będziecie mieli za friko.</p>
<p><strong>Dla redakcji to zawsze jakaś oszczędność. Ale wyjaśnijmy sobie publicznie, że nie zamierzamy ogrzewać się w twoim cieple.</strong></p>
<p><strong></strong>W takim razie zostanie wam tylko ciepło oceanu.</p>
<p><strong>Szkoda, że za cztery lata ty będziesz jeszcze przed czterdziestką, a my już po.</strong></p>
<p><strong></strong>Ale będę was wspierał chłopaki. Zastanówcie się jeszcze &#8211; może jednak warto ogrzać się od młodszego i przystojniejszego?</p>
<p><strong>Jeszcze to przemyślimy, ale właśnie w tym momencie dotarło do nas, czego w tej rozmowie było mniej niż w poprzednich. Przekleństw.</strong></p>
<p><strong></strong>Wszyscy się, kurwa, starzejemy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc-3/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Olaf Lubaszenko</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 31 Jan 2012 19:06:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Lubaszenko Olaf]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3316</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 01, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Georgiew &#8211; Z góry ostrzegam. Cierpię na konieczność dygresji. Kiedyś słynął pan raczej z krótkich i dosadnych wypowiedzi. Niestety w moim przekonaniu były nie tylko krótkie i dosadne, ale także błyskotliwe. Na szczęście zupełnie z tego zrezygnowałem. Teraz zwykle czuję przemożną potrzebę odejścia [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3322"><img class="alignleft size-full wp-image-3322" title="Olaf-Lubaszenko" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/01/Olaf-Lubaszenko.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 01, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Z góry ostrzegam. Cierpię na konieczność dygresji.</p>
<p><strong>Kiedyś słynął pan raczej z krótkich i dosadnych wypowiedzi.</strong></p>
<p>Niestety w moim przekonaniu były nie tylko krótkie i dosadne, ale także błyskotliwe. Na szczęście zupełnie z tego zrezygnowałem. Teraz zwykle czuję przemożną potrzebę odejścia od tematu. Wniosek jest taki, że albo wtedy nie byłem sobą, albo nie jestem sobą dzisiaj.</p>
<p><strong>Którego siebie pan woli?</strong></p>
<p>Zachowałbym fizyczność sprzed lat, ale osobowość wolę dzisiejszą. Z takiego połączenia prawdopodobnie powstałby Frankenstein. A tak na poważnie, to dziś jestem kompletnie innym człowiekiem. Siebie młodego postrzegam jako zupełnie obcą osobę.</p>
<p><strong>Pańska ulubiona powieść to <em>Idiota</em> Dostojewskiego. Z którym bohaterem utożsamiał się pan, czytając ją jako zupełnie inna osoba, a z którą utożsamia się teraz?</strong></p>
<p>Ciekawe pytanie. Myślę jednak, że genialność tej książki polega na tym, że książę Myszkin i Rogożyn to dwie połówki tego samego człowieka. Każdy z nas nosi ich w sobie. Każdy jest czasem bardziej jednym, a kiedy indziej bardziej drugim. Z pozoru oczywiście lepiej być Myszkinem, ale to wcale nie jest łatwy wybór. Istotą wielkiej literatury jest to, że ona nie daje odpowiedzi, tylko stawia pytania.</p>
<p><strong>Marzył pan o nakręceniu <em>Idioty</em>. Stawiamy więc pytanie – kiedy?</strong></p>
<p>Trzeba mieć nie lada mózg i być pewnym swojej mądrości, żeby podjąć się takiego wyzwania. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę na tyle pewny siebie. Na razie na głowie mam <em>Sztos 2.</em></p>
<p><strong>Do zagrania w nim epizodu zatrudnił pan naszego naczelnego. Jakim jest aktorem?</strong></p>
<p>Zaskakująco sprawnym. Oczywiście między umiejętnościami waszego naczelnego a zawodowym aktorstwem jest przepaść. Niemniej jednak jego kapitałem jest intelekt i pewne dziedzictwo kulturowe. W aktorstwie to sprawy nie bez znaczenia.</p>
<p><strong>Zaskoczył nas pan. Marcin wydaje się nam co nieco drewniany.</strong></p>
<p>Zawsze ceniłem w aktorach osobowość, nawet jeśli jest trochę drewniana (<em>śmiech</em>). Kamera ma to do siebie, że bezlitośnie odsłania pustkę w oczach. A Marcin nie ma tam pustki. Dlatego, moim zdaniem, dobrze wywiązał się z zadania. Także z zadania castingowego, które mu powierzyłem. Dobrał sobie za kompanów &#8211; więźniów politycznych – redaktorów: Andrzeja Morozowskiego i Jana Wróbla. Przyznam, że bardzo trafnie.</p>
<p><strong>Czy epizodyczną rolę gra też jakiś mafioso (<em>w </em>Sztosie<em> pojawia się na chwilę, nieżyjący już, gangster Nikoś – przyp. red.</em>)?</strong></p>
<p>To dla mnie bolesny temat. Miałem później trudne rozmowy z samym sobą. Na swoje usprawiedliwienie mogę mieć tylko to, że w tamtych czasach nie mieliśmy takiej świadomości jak dzisiaj, umiejętności oceny, co jest dobre, a co złe. Nie chcę się jednak tanio tłumaczyć. To było głupie. Mój błąd, chociaż pomysł nie mój.</p>
<p><strong>Pierwszy <em>Sztos</em> w zamyśle był nostalgiczną opowieścią o latach 70., a wyszła komedia. Czym jest drugi <em>Sztos</em> w zamyśle, a czym się okaże?</strong></p>
<p>Trudno z nostalgią wracać do stanu wojennego. A to właśnie w tych latach rozgrywa się akcja. Oczywiście przed komediowością nie chciałbym uciec, mam jednak nadzieję, że udało się także ocalić poważny ton opowiadania o tamtych czasach. Chciałbym, żeby ten film był dla młodych ludzi swego rodzaju obrazem historycznym.</p>
<p><strong>W „dwójce” podobno mniej przeklinacie. Niektórzy będą zawiedzeni.</strong></p>
<p>To prawda, z ekranu nie leci już takie mięcho. A propos tego tematu, muszę wam coś opowiedzieć. W jednej z pierwszych scen<em> Sztosu</em> jest długie ujęcie, kiedy kamera przejeżdża przez bar, panoramuje cały lokal, pokazuje parkiet – dziś powiedziałoby się dancefloor -  i wreszcie dojeżdża do stolika, przy którym siedzi Janek Nowicki. Robiliśmy to w takiej technologii, że nie miałem odsłuchu, a jedynie podgląd – co jest istotne dla tej opowieści. Jeden z występujących w tej scenie kolegów miał przy barze stać z kobietą i przed ujęciem zapytał mnie, co ma właściwie robić. Na co ja odparłem, że może być na nią lekko zdenerwowany, ale generalnie mają prowadzić neutralną, partnerską rozmowę. Po dwóch miesiącach, na pierwszej projekcji z dźwiękiem, oglądam przejazd kamery przez lokal i słyszę, jak kolega prowadzi neutralną rozmowę z kobietą, wrzeszcząc na całe gardło: „Wyjebać ci w kły?!”. Skamieniałem. Było już zdecydowanie za późno, żeby cokolwiek z tym zrobić. Ten tekst ustawił odbiór filmu (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Myśli pan już o „trójce”?</strong></p>
<p>Nie nazywam tego w ten sposób, ale uważam, że taki film jest potrzebny&#8230; (<em>Nagle dzwoni komórka jednego z gości w restauracji. Sygnałem jest motyw muzyczny z </em>Ojca chrzestnego<em>)</em> Właśnie o tym chciałbym opowiedzieć.</p>
<p><strong>O prawdziwej polskiej mafii?</strong></p>
<p>Nie wiem, czy u nas taka w ogóle była. Czy prawdziwa mafia miała szansę zaistnieć. Pominęliśmy kilka etapów historycznych. W Ameryce mafia kształtowała się przez dziesięciolecia. U nas amerykańskie lata 20. i 30. odbyły się w ekspresowym tempie – dwóch, może trzech lat. I właśnie o tym czasie chciałbym nakręcić film. „Jedynka” opowiadała o latach 70., „dwójka” jest o stanie wojennym, a „trójka” powinna być o przełomie ustrojowym, czyli mniej więcej o latach 1989-1991. W ten sposób powstałaby trylogia. Mam poczucie, że zrobienie takiego filmu jest dziejową koniecznością. Perspektywa 20 lat to dobry dystans, żeby obiektywnie spojrzeć na tamte czasy.</p>
<p><em><strong>Chłopcy z ferajny?</strong></em></p>
<p>Ale po naszemu i jak najdalej od stylistyki tamtego filmu. Bo <em>Chłopcy z ferajny</em> nie sprawdzą się w przaśnym świecie podwarszawskich miejscowości. Robiąc <em>Ojca Chrzestnego</em> w Milanówku, Grodzisku czy Brwinowie można się tylko wygłupić. Trzeba stosować odpowiednie narzędzia, pasujące do miejsca i epoki.</p>
<p><strong>Czytał pan już recenzje „trójki”?</strong></p>
<p>Na razie tylko „dwójki”. Żyjemy w Polsce, więc jeszcze przed premierą wiadomo, że film jest do niczego (<em>rozmawialiśmy prawie dwa miesiące przed premierą – przyp. aut.</em>). Myślę, że po naszej rozmowie pojawią się i recenzje „trójki”. Tradycyjnie nie należy się spodziewać niczego dobrego.</p>
<p><strong>Już się pan uodpornił?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć. Najbardziej jednak żałuję, że nie ma u nas recenzji na poziomie merytorycznym, w stylu „New York Times’a”. Pisanych przez fachowców, którzy zgłaszają konkretne zastrzeżenia. W Polsce recenzje filmowe sprowadzają się do dwóch modeli. Albo jest to niczym nieuzasadniona pochwała, zostawiająca cień podejrzenia, że stoi za tym umowa między korporacją medialną a dystrybutorami filmu, albo jest to pełna pogardy dezaprobata, bez żadnych wyjaśnień. Na zasadzie „chujowe, bo chujowe” albo jeszcze lepiej &#8211; „chujowe, bo to chuj reżyserował”. To boli, bo wkładamy w naszą pracę tyle samo serca i wysiłku, co twórcy ambitnego kina festiwalowego.</p>
<p><strong>Za pańskim filmem nie stoi żadna telewizja.</strong></p>
<p>W ten sposób dotykamy zagadnienia wąskiego kręgu celebrytów i ich powiązań korporacyjnych. Każda korporacja medialna ma dzisiaj swoje gwiazdy i zajmuje się wyłącznie ich promocją. W ten sposób powstaje zamknięty układ pokarmowy. Dlaczego o tym głośno mówię? Bo jestem outsiderem. Wybrałem trudną drogę &#8211; drogę samuraja. Nigdy nie potrafiłem zadbać o odpowiednie nagłośnienie własnych sukcesów. Było to dla mnie czymś zawstydzającym. A mówienie o tym uważałem za absolutnie niedopuszczalne, sprzeczne z prywatnym kodeksem postępowania. Taka postawa z pewnością nie pomaga w tak zwanej karierze. Jednak nie byłem i nie będę własnym PR-owcem. Nie pociąga mnie bycie na pierwszym planie, w świetle fleszy. Myślę, że jestem stuprocentową antygwiazdą.</p>
<p><strong>A może jest pan po prostu za dobrze wychowany?</strong></p>
<p>A można tak? Nie wiedziałem (<em>śmiech</em>). Ale faktycznie chyba jestem za grzeczny. W myśleniu, tworzeniu, we wszystkim. Jakoś zawsze bliżej mi było do klasyki niż do koloru i krzyku. Ale przede wszystkim najbardziej cenię sobie niezależność. Warto zaapelować do widzów, którzy to szanują. Jestem dumny ze swojej niezależności, choć to niełatwe i nie przysparza materialnych korzyści.</p>
<p><strong>Porozmawiajmy więc o korzyściach duchowych. Pamięta pan swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Oczywiście. Na rozkładówce była Erika Eleniak (<em>amerykańska aktorka znana m. in. ze </em>Słonecznego patrolu<em> &#8211; przyp. red.</em>). O dziwo, znalazłem ten numer w mieszkaniu moich dziadków. Co tam robił, nie mam pojęcia. Pamiętam, że spędziliśmy z Eriką kilka miłych wieczorów. Nie wiem jednak, co dzisiaj u niej słychać. Nie dzwoni, nie pisze. Straciliśmy kontakt.</p>
<p><strong>Jak by pan zareagował, gdybyśmy zaproponowali sesję pańskiej córce?</strong></p>
<p>Robi się coraz ciekawiej&#8230; (<em>odchrząknięcie, potem dłuższa pauza, po której następuje trawestacja cytatu z </em>Misia). Rozkładówka w PLAYBOYU może i ma swoje plusy. Ale chodzi zasadniczo o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów (<em>śmiech</em>). Marianna jest już pełnoletnia i podejmuje decyzje samodzielnie. Gdybym jednak mógł jej coś doradzić, to powiedziałbym, że to nie jest rzecz dla bardzo, bardzo młodych kobiet. Warto najpierw nieco okrzepnąć w życiu, w swoim zawodzie, w miłości. Chodzi mi o to, że mając lat dwadzieścia parę, a nie naście, można taką decyzję podjąć bardziej świadomie.</p>
<p><strong>Czy Marianna będzie aktorką?</strong></p>
<p>Zobaczymy. Nie mam zamiaru zachęcać jej do wykonywania tego zawodu. Cena za uprawianie aktorstwa jest ogromna &#8211; możecie mi wierzyć na słowo. Trudno ją opisać. To są koszty psychiczne, których nie da się zmierzyć.</p>
<p><strong>Pańskie pobyty w klasztorze w Tyńcu związane są właśnie z tymi kosztami?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć. Moje życie bywa bardzo chaotyczne. W celi klasztornej intensywnie poszukiwałem porządku. Bo bez porządku nie da się osiągnąć harmonii. Z mojego punktu widzenia siłą najbardziej destrukcyjną w życiu jest chaos. On zabija powoli, niezauważalnie, ale bardzo skutecznie. Z chaosem trzeba walczyć. Ja tę walkę kilka razy podjąłem w klasztornym rygorze: pobudka zawsze o piątej rano, kolacja zawsze o 17.45. W  tym rytmie opactwo żyje od 800 lat. Już sama świadomość tego wpływa na człowieka kojąco. Te same godziny posiłków i nabożeństw. A do tego praca fizyczna.</p>
<p><strong>Co panu przypada w udziale?</strong></p>
<p>Na ogół kuchnia, np. rozlewanie konfitur do słoików. Bardzo przyjemna praca.</p>
<p><strong>W coraz popularniejszym miejscu. Wielu aktorów odwiedza Tyniec.</strong></p>
<p>I to jest pewien problem. Życzę ojcom Benedyktynom, żeby znaleźli właściwe proporcje między uzasadnioną komercją a spokojem.</p>
<p><strong>Pan nie miał spokoju od dziecka. Jakim cudem, mając 13 lat, znalazł się pan w obsadzie <em>Życia Kamila Kuranta</em>?</strong></p>
<p>Byłem zwycięzcą jednego z konkursów recytatorskich. Dzięki temu dostałem się na casting, który wygrałem. Mama była raczej niechętna, a ojciec dowiedział się o moim debiucie, dopiero gdy zobaczył mnie w telewizji. Wbrew obiegowym opiniom, mój aktorski start był przypadkowy i nie miał związku ze środowiskowymi koneksjami. Mam mieszane uczucia w tej sprawie. Powstał piękny serial, ale i tak wspominam to jako smutną decyzję, która za bardzo wpłynęła na moje przyszłe życie. Pewnie gdybym wtedy nie zagrał, nie zostałbym aktorem.</p>
<p><strong>I nikt nie mówiłby o panu &#8211; „chłopiec o pięknym, niskim głosie”.</strong></p>
<p>Walczyłem z tym zajadle. Uczyłem się mówić wyżej, ponieważ wydawało mi się, że niski głos jest manieryczny i narcystyczny, po prostu zbyt aktorski. Wykonałem dużą pracę, żeby wydawać wyższe dźwięki.</p>
<p><strong>Chłopiec z rodziny aktorskiej nie miał żadnych, mówiących teatralnym basem, autorytetów?</strong></p>
<p>Aktorskich żadnych. Wychowałem się wśród aktorów i nikt nie robił na mnie wrażenia. Wolałem Marka Knopflera, Darka Dziekanowskiego i piłkarską reprezentację Danii z czasów ich Mistrzostwa Europy.</p>
<p><strong>Skoro pan zaczął&#8230; Kto wygra „nasze” Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Czuję, że Niemcy. Z radością zdobędą tytuł Mistrza Europy na polskiej ziemi.</p>
<p><strong>Cztery lata – między rokiem 1983 a 1987 &#8211; grał pan w piłkę w  juniorach Legii. Co się stało z tą karierą?</strong></p>
<p>Grałem to za dużo powiedziane. Raczej kopałem się w czoło. Mam legitymację klubową, więc jest i dowód. Z tamtego młodzieżowego składu nikt się nie przebił do seniorów. Ja również. Byłem zawsze na środku napaści albo na mózgu, czyli w środku pomocy. Niestety miałem „słabe widzenie pola” i marne predyspozycje fizyczne: ani wydolności, ani szybkości. Nogi nawet były w porządku, ale nic poza tym. I jeszcze czegoś nie miałem – sportowej inteligencji. To naprawdę wyjątkowa umiejętność, której nie da się nauczyć.</p>
<p><strong>Ale trenerki już można. To ponoć jedno z pańskich marzeń – zostać trenerem piłkarskim.</strong></p>
<p>Całe życie mam wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu. A na stadionie, treningu, czy w studiu pomeczowym, generalnie w środowisku piłkarskim, czuję się znakomicie, pewnie i spokojnie. Szczęśliwie mam maturę, więc mogę podjąć naukę na kierunku trenerskim. I naprawdę zamierzam to zrobić. Dwa lata pasjonujących studiów, a potem ile radości. Myślę, że wezmę się za to po Mistrzostwach Europy.</p>
<p><strong>Polski Mourinho?</strong></p>
<p>Mam te same, zresztą niezmiernie rzadkie, inicjały co Orest Lenczyk. Mourinho to doskonały trener, ale irytuje mnie jego dbałość o wizerunek. Nie lubię takiego podejścia, choć chciałbym dobitnie zaznaczyć, że do Walerego Łobanowskiego również jest mi niezmiernie daleko. Najbardziej chyba cenię Guusa Hiddinka.</p>
<p><strong>Kogo pan chciałby trenować?</strong></p>
<p>Młodzież w Legii, a jak Bóg da, to potem pewnie Zagłębie Sosnowiec, albo Pogoń Szczecin. Inne kluby z racji tego, że nie przyjaźnią się specjalnie z Legią, raczej nie wchodzą w grę. To tak na początek mojej wielkiej kariery trenerskiej (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A co z pana wielką karierą komentatorską?</strong></p>
<p>Musicie to przypominać? To był koszmar. Jakieś 15 lat temu w TVP 2 komentowałem mecz Amica Wronki &#8211; Legia Warszawa. Miałem być sam, ale gdy wyczułem, że wszystko zaczyna się wymykać z rąk, poprosiłem o pomoc Jacka Laskowskiego. Bycie odpowiedzialnym za to, żeby w trakcie meczu nie było ciszy w komentarzu, jest bardzo stresujące. Trzeba mieć wielką odporność psychiczną, żeby nie wpaść w panikę. Ja w nią wpadłem i natychmiast zacząłem się plątać. Dodatkowo moją ambicją było to, żeby nie komentować, tak jak Szpakowski, bo ten rodzaj komentarza wydawał mi się okropny. Po pięciu minutach zacząłem mówić tak jak on, używałem tych samych zdań i formułek, tyle, że trzy razy gorzej, wolniej i nie wtedy, kiedy trzeba. Nabrałem trwałej pokory i szacunku dla tej profesji.</p>
<p><strong>Pamięta pan swój pierwszy kontakt z piłką?</strong></p>
<p>To obrazek z Mistrzostw Świata w Argentynie: świętej pamięci Kazimierz Deyna nie strzela gospodarzom rzutu karnego. To mnie naznaczyło na resztę życia. Kiedy sam mam strzelać karnego, to jestem zlany zimnym potem. Kiedy oglądam karnego drużyny narodowej, jestem pełen jak najgorszych obaw. Nie potrafię się tego pozbyć. A Kazimierza Deynę wielbię do dziś. To jedna z najciekawszych postaci futbolu. Z opowieści ludzi, którzy go dobrze znali, wynika, że Deyna był naturalnym liderem, całkowicie jednak pozbawionym klasycznych cech przywódczych. Czyli musiał mieć jakieś inne cechy, które przyciągały do niego ludzi. Andrzej Strejlau opowiadał mi, jak grę Deyny obserwowało się z ławki. Często trenerzy wściekali się na niego i dopiero kiedy zagrywał piłkę, rozumieli, jaki był jego pierwotny zamysł i dostrzegali ten geniusz. Deyna postępował zupełnie nieszablonowo. W jego tragicznej historii jest ogromny potencjał, może z tego powstać naprawdę duży film.</p>
<p><strong>Pan powinien być jego reżyserem.</strong></p>
<p>Z wielką chęcią. Proszę ogłosić, że czekam na scenariusze. Problemem może być tylko termin realizacji. Sam się dziwię, ile rzeczy zrobiłem w trakcie swojego krótkiego życia, bo dobrze znam siebie i wiem, jak trudno mi się przełamać, żeby zacząć coś nowego. Ciężko się zbieram, długo się rozpędzam. Popatrzcie na mnie. Jestem Jumbo Jetem i potrzebuję dłuższego pasa startowego niż mały samolocik.</p>
<p><strong>No właśnie, a jeszcze parę lat temu nie był pan nawet Embraerem.</strong></p>
<p>Więcej się nas zrobiło, Polaków. Nie da się ukryć. Stało się to nagle, z dnia na dzień. Położyłem się spać szczupły, a wstałem otłuszczony.</p>
<p><strong>Prawie jak u Kafki.</strong></p>
<p>To dobre porównanie, choć komentarze a propos mojej sylwetki powodują, że czuję się raczej jak bohater <em>Procesu</em>, a nie <em>Przemiany</em>. Uważam, że wypowiadanie się na temat czyjejś tuszy, wagi lub urody jest nietaktowne i chamskie. W Wielkiej Brytanii, na której w paru kwestiach powinniśmy się wzorować, jest to nie do pomyślenia.</p>
<p><strong>Z czego wynikają takie komentarze?</strong></p>
<p>Z braku refleksji, który jest bliskim krewnym braku empatii. Innymi słowy z niewrażliwości, a tego nie poważam i nie lubię.</p>
<p><strong>A swoje imiona – Olaf i Sergiusz pan lubi?</strong></p>
<p>Przyzwyczaiłem się. Ale nadal uważam, że są wydumane. Dla dziecka były obciążające. Z Olafa na przykład dzieciaki się śmiały. Byłem obiektem drwin i szyderstw. Ale tylko do 1982 roku, kiedy Olaf Ludwig wygrał Wyścig Pokoju. Wstyd się przyznać, ale przez pewien czas musiałem kibicować enerdowskiemu kolarzowi.</p>
<p><strong>Nie miał pan żadnych ksywek?</strong></p>
<p>Olaf brzmiał jak ksywka. Czasem pojawiał się Lubaszka. A już w późniejszych czasach powstał Olo.</p>
<p><strong>Urodził się pan we Wrocławiu&#8230;</strong></p>
<p>Mieszkaliśmy tam sześć lat. Ale jedyne, co pamiętam to szpital. Byłem tak zwanym chorowitym dzieckiem. Następnie mieszkaliśmy pół roku w Jeleniej Górze i rok w Białymstoku. Potem była już Warszawa. I tak jest do dziś.</p>
<p><strong>Czyli poważne randki zaliczył pan dopiero w stolicy.</strong></p>
<p>Pierwszy raz trzymałem za cycki na Targówku. Piersi na pewno były piękniejsze od dzielnicy, w której mi się ukazały. Biust ładny, tyle że alkohol podły – półsłodkie winko patykiem pisane. Słuchaliśmy Perfectu, a dokładnie utworu o wiele znaczącym i determinującym stosunki damsko-męskie tytule: <em>Niewiele ci mogę dać.</em> Moje pierwsze doświadczenia seksualne upływały pod auspicjami tego nagrania. Jeszcze raz chciałbym jednak dobitnie zaznaczyć – mimo kryzysu i komuny PIERSI BYŁY NAPRAWDĘ WIĘCEJ NIŻ W PORZĄDKU.</p>
<p><strong>Damy tę sentencję kapitalikami.</strong></p>
<p>Bardzo dziękuję. Te czasy pod kątem estetyczno-dietetycznym nie były ciekawe. Miałem wtedy najwięcej zdrowia i zapału do picia wódki. Szkoda tylko, że ta wódka była najgorsza w dziejach Polski. Bałtycka, Vistula&#8230; aż mi się cofa. Hardcorowe doświadczenia dla żołądka. Znacie ten smutny, desperacki żart z tamtych czasów? Jeden facet mówi do drugiego: „Piję tylko Vistulę”. „Dlaczego?”. „Bo ma, kurwa, dużo mikroelementów”. Jest mi bardzo przykro, że teraz kiedy są tak wspaniałe alkohole i tak wspaniałe lokale, zdrowie już nie pozwala na ucztowanie jak kiedyś. To trochę jak w tej słynnej anegdocie Jana Nowickiego, jednego z moich mistrzów: „Zobaczcie, teraz kiedy jestem w takim momencie mojej kariery aktorskiej, kiedy mam wszystko poukładane w głowie, mam taką technikę i wiedzę, że mogę zagrać każdą rolę bez przygotowania, po prostu z kartek, &#8230;to już nie te oczy”. Ja tak mam z piciem wódki. Wiem, jak to się robi, wiem co należy jeść i w jakiej kolejności. Co z tego, kiedy zdrowie już nie to. Za komuny królowała niestety ciepła wódka z ciepłą cytronetą, a w sytuacjach ekskluzywnych zamiast cytronety pojawiał się Ptyś. Do tego ciepłe piwo. Wszystko musiało być ciepłe. Poza tym nieświeże jedzenie. Ohyda.</p>
<p><strong>Czasami jednak można było zaszaleć w Peweksie.</strong></p>
<p>Szaleliśmy. Kupowaliśmy brandy Napoleon za dolara i trzydzieści pięć centów. Nie byliśmy specjalnie wyedukowani, więc piliśmy go wymieszanego z&#8230; cytronetą. Chryste Panie, aż mi się słabo zrobiło&#8230; Ale za to ludzie byli bliżej siebie. Coś za coś. Sposób integracji, sposób skupienia się na rozmowie był zupełnie inny niż dzisiaj. Dziś ludzie już nawet nie biegają, tylko latają. Nie mają czasu na rozmowy.</p>
<p><strong>Aktorzy balangowali mocniej niż lud pracujący?</strong></p>
<p>Zwykle to była jazda po bandzie z częstymi wizytami na komisariatach. Pozowaliśmy na szaloną bohemę. Po każdym dniu zdjęciowym rozpoczynaliśmy balangi. Od 5 do 6 rano drzemka i znowu do pracy. Albo i bez drzemki. W tych „złotych” czasach przez trzy lata mieszkałem w łódzkich hotelach. W wieku 18 lat miałem nawet oficjalny zakaz meldowania się w hotelu Światowit. Byłem najmłodszym w historii Łodzi facetem z takim zakazem.</p>
<p><strong>Rekordzista!</strong></p>
<p>Jam tu nie winien. Pewien wybitny operator przyszedł do mnie do pokoju w odwiedziny. Mieliśmy tylko butelkę czerwonego wina. Bez korkociągu. Wybitny operator, trochę jąkała, zacinając się, powiedział: „Kukukurwa, stary, jaaaa to zarrraz oootworzę”. Wziął ręcznik, owinął nim butelkę i zaczął walić w ścianę. Korek nie puścił, puściło denko. Żółty pokój stał się żółtym pokojem w czerwone kropeczki. Operator stwierdził: „No widzisz, stastary, nienie zawsze się uuudaje”. I wyszedł. Dwa dni później zaczynały się targi Interfashion, sztandarowa impreza łódzkiego przemysłu dziewiarskiego. Jak się okazało hotel Światowit był na tę okazję świeżo wyremontowany. Rano wyszedłem na zdjęcia, a wieczorem czekały na mnie bagaże w recepcji oraz pismo dyrektora hotelu w stylu „temu panu już dziękujemy”.</p>
<p><strong>Kiedy zaczął pan żyć nieco stateczniej?</strong></p>
<p>Jakoś dopiero w 1994 r. Po komunie długo krzepłem. Miałem swoje przyzwyczajenia, z których ciężko było zrezygnować. Dobrze, że nie wpadłem wtedy w narkotyki. Byłem wierny klasycznym zbożowo-ziemniaczanym aktom słowiańskiej produkcji fermentacyjnej i na szczęście nie korzystałem z dobrej polskiej heroiny ze wspólnego kociołka. Po kilku latach wolności doszedłem do wniosku, że nie umiem nic i w zawodzie aktora nic jeszcze nie osiągnąłem. To przekonanie było dla mnie ozdrowieńcze. Znalazłem motywację do pracy, z którą wcześniej miałem duże problemy. A wszystko przez zbyt wczesny start w zawodzie.</p>
<p><strong>Czy pan w ogóle pracował nieartystycznie?</strong></p>
<p>W 1989 r. przez parę miesięcy byłem sekretarką w Fundacji Batorego. Prowadziłem biuro, a raczej próbowałem to robić. W tej komicznej sytuacji jest też coś tragicznego. Otóż przez dwa tygodnie uczyłem się obsługi teleksu. A jak już się nauczyłem, to wycofano teleksy i zostałem z tą wiedzą, jak ten chuj z angielskim, by zacytować mistrza Himilsbacha. Tyle, że angielski do czegoś może się jeszcze przydać. Mam poczucie bezpowrotnie straconego czasu.</p>
<p><strong>Jakim cudem, jako znany już aktor, został pan sekretarką?</strong></p>
<p>Zwyczajnie. Przez znajomych znajomych. Nie miałem wtedy co robić, a w kinie nie działo się nic. Na swoim koncie jako pracownik Fundacji mam na przykład zjazd ekologów w Serocku. Pamiętam, że z kolegą przez całą noc wycinaliśmy dla pięciuset uczestników tego zjazdu paski z papieru, na których było imię i nazwisko. Paski wkładało się potem do identyfikatorów. Położyłem się spać o 5 rano, a o 5.15 wpadł mój szef i oświadczył, że muszę jechać na dworzec po jakichś ekologów z Pragi. W ten sposób moje drogi z Fundacją się rozeszły. Nie wytrzymałem nerwowo i wróciłem do łóżka &#8211; jak na człowieka honoru przystało (<em>śmiech</em>). Potem byłem jeszcze kaowcem w solidarnościowej kawiarni Niespodzianka. Zdążyłem nawet zorganizować spotkanie z Januszem Szpotańskim (<em>poeta, krytyk, prześmiewca PRL, autor m. in. poematu </em>Cisi i gęgacze<em>, pamfletu przeciwko rządom Gomułki &#8211; przyp. red.</em>). Pewnego dnia do kawiarni przypadkowo wpadł Boguś Linda. Można powiedzieć, że porwał mnie do teatru na próby do musicalu <em>Metro</em>. W ten sposób zakończyła się krótka historia prac nieartystycznych, a rozpoczęła dziesięcioletnia historia pracy z Januszem Józefowiczem.</p>
<p><strong>Bogusław Linda spełnił więc w pańskim życiu rolę – nomen omen – brzemiennego w skutki przypadku.</strong></p>
<p>Skoro jesteśmy przy <em>Przypadku</em>, to posłuchajcie tego&#8230; Mając 20 lat zostałem asystentem Krzysztofa Kieślowskiego przy <em>Dekalogu</em>. Skończyłem właśnie grać w <em>Krótkim filmie o miłości.</em>  Zadzwonił do mnie z głupia frant drugi reżyser Darek Jabłoński z pytaniem, czy nie znam kogoś, kto chciałby być asystentem reżysera. Powiedziałem, że znam. Siebie. Nigdy potem nie byłem już tak zarozumiały i butny.</p>
<p><strong>Nie ma się czego wstydzić. Załatwił pan sobie świetną robotę.</strong></p>
<p>Chciałoby się też powiedzieć, że dobrze płatną, ale pół etatu w Studiu Filmowym TOR na stanowisku „asystent reżysera drugiej kategorii” nie należało do dobrze opłacanych. Zarabiałem wtedy równowartość czternastu dolarów. Kwota jednak nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Były inne, niewymierne korzyści. Poza tym czułem się dumny. Brałem udział w czymś, co nazywa się  &#8211; dziedzictwo kulturalne. Potem już nigdy nie miałem takiego poczucia.</p>
<p><strong>Przecież asystował pan jeszcze Andrzejowi Wajdzie.</strong></p>
<p>Żałuję, że nie wykorzystałem tego, jak należy. Nie byłem odpowiednio skoncentrowany na tym, co się wokół mnie działo. Interesowały mnie inne rzeczy. Panowie, ale kto w wieku dwudziestu lat nie jest idiotą?</p>
<p><strong>Nie ma takich. Ale nie ma też ludzi, którzy przed 20-tką ogrzewali się w cieple Beaty Późniak, Joanny Pacuły, Grażyny Szapołowskiej, Grażyny Treli czy Anny Majcher. Panie Olafie, litości&#8230;</strong></p>
<p>Wy zazdrościcie, a ja muszę z tym żyć. Chyba nie do końca zdawałem sobie sprawę, z kim gram i co ja tam w ogóle robię. Dziękować Bogu, że wtedy nie istniały takie wolnościowe wydzieliny, jak dzisiejsze media. Zjadłyby mnie żywcem. Dziś staram się funkcjonować poza światem Pudelka. Czasem mnie zahaczają, że jestem za gruby albo wziąłem ślub, ale na tyle rzadko, że mam to gdzieś. Żałuję tylko, że czas mojej największej popularności aktorskiej nie wiązał się z sukcesem finansowym.</p>
<p><strong>Jak pan radził sobie wtedy z aktorską intensywnością? Naokoło sami dojrzali aktorzy, o dojrzałości aktorek nie wspominając, a pan taki trochę naturszczyk z mlekiem pod nosem.</strong></p>
<p>Nie radziłem sobie. Wiem to dopiero dzisiaj. Żałuję, bo człowiek, który w młodości żyje tak intensywnie, potem ma dużo problemów, wynikających z przekonania, że już się wszystko widziało i wszystko się przeżyło. To przekonanie jest pochodną życia towarzyskiego oraz wielu eksperymentów dietetyczno-alkoholowych.</p>
<p><strong>Mieliśmy teorię, że dzięki pięknym aktorkom nie mógł się pan skupić na nauce.</strong></p>
<p>Walczyłem z przeznaczeniem, próbując studiować wszystko, tylko nie aktorstwo. Moje braki w wykształceniu to zresztą nie powód do przechwałek. To raczej bolesna, krwawiąca rana w życiorysie. Trzy miesiące studiowałem socjologię na uniwerku, byłem też przyjęty na filologię słowiańską i bohemistykę w Krakowie. Nawet pojechałem tam po indeks, ale potem już nie dotarłem na żadne zajęcia. Studiowałem też przez chwilkę na Wydziale Teologii Prawosławnej w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej.</p>
<p><strong>Który z tych kierunków wynikał z ciekawości, a który był podyktowany strachem przed wojskiem?</strong></p>
<p>Żaden nie wynikał z moich zainteresowań, wszystkie miały związek z unikaniem kamaszy. Byłem skazany na edukacyjne niepowodzenie. Dodatkowo irytowała mnie instytucjonalność uczelni, ich sztywny gorset terminarzy i regulaminów. Do dziś mam problem z formalnymi etykietami. Nie przepadam za nimi. Poza tym moje edukacyjne przygody były też spowodowane młodzieńczym buntem.</p>
<p><strong>Przeciwko rodzicom aktorom?</strong></p>
<p>Pewnie tak, choć z ojcem nie mieliśmy bliskich kontaktów. Dzieliły nas miejsca zamieszkania. Ale dzisiaj paradoksalnie trochę żałuję, że nie studiowałem aktorstwa. Od czasu do czasu próbuję to nadrabiać w teatrze. To miejsce niezbędne do tego, żeby poczuć się prawdziwym aktorem. Owszem aktorstwo filmowe na najwyższym poziomie jest bardzo trudne. Ale na średnim poziomie prawie każdy może być aktorem. Młodzi wykonawcy serialowi też zwą się aktorami. Teoretycznie należą do tej samej grupy co Holoubek czy Łomnicki. Fascynujące, prawda?</p>
<p><strong>Skoro jesteśmy przy serialach, to proszę nam powiedzieć, dlaczego pańska śmierć nie wywołała medialnej burzy, tak jak śmierć Hanki Mostowiak?</strong></p>
<p>Bo ja odchodzę po cichu, taktownie, nie robiąc szumu. Za moją śmiercią nie stoi sztab PR-owców (<em>śmiech</em>). Proszę jednak mnie źle nie zrozumieć. Czas w serialu (Barwy szczęścia<em> – przyp. red.)</em> wspominam bardzo miło. Jednak, gdy moja rola poszła w kierunku zdrad małżeńskich, to jakoś przestała mnie kręcić. Kiedy mój bohater przestał być bohaterem pozytywnym, poprosiłem Ilonę Łepkowską o najwyższy wymiar kary i uzyskałem go. W ładnych okolicznościach i z przytupem, za co dziękuję.</p>
<p><strong>Parę lat wcześniej mówił pan, że zagra w serialu, tylko wtedy, kiedy znajdzie się w „trudnej sytuacji”.</strong></p>
<p>I tak właśnie było. Wziąłem tę rolę, bo chciałem coś robić. Jestem dumny z mojej odpowiedzi. Mogłem przecież powiedzieć, że nigdy w życiu. Teraz moglibyście mi to wypominać.</p>
<p><strong>Możemy się tylko dopytać, czy nadal cieszy się pan „zasłużenie fatalną opinią”.</strong></p>
<p>Wśród kobiet?</p>
<p><strong>Tego nie wiemy. Nie doprecyzował pan.</strong></p>
<p>To rzecz na poważną dysertację. Myślę, że chodziło o kobiety i ich rodziny. Tylko, że to było tak dawno temu, że aż trudno mi się dziś do tego odnieść. Jak już mówiłem, jestem kompletnie innym człowiekiem niż dwadzieścia parę lat temu. Trochę jak Dr. Jekyll i Mr. Hyde. Albo Zbigniew Boniek i Jan Tomaszewski (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na zdjęciu do naszego wywiadu Jan Tomaszewski strzelał do piłki z pistoletu. Trzeba uważać.</strong></p>
<p>Dziękuję za radę. Kiedyś w klubie Scena przystawiono mi prawdziwy pistolet do głowy. W tym samym lokalu, tydzień później, przystawiono mi nóż do gardła. Niby taka zabawa. Nie wiadomo do końca, o co chodziło. Dlatego przestałem chodzić do klubów. Pomogło. Mam dziś święty spokój.</p>
<p><strong>I nawet za geja pana nie biorą?</strong></p>
<p>Niestety nigdy się to nie zdarzyło. Przykro mi z tego powodu. Może winna jest temu moja postura? Czuję się zepchnięty na boczny tor. Znowu poza mainstreamem <em>(śmiech</em>). Proszę mnie podejrzewać, bo jestem otwarty i chętnie się z tym podejrzeniem zmierzę.</p>
<p><strong>A jest pan chociaż z kimś mylony?</strong></p>
<p>Z Kazikiem Staszewskim. Bardzo mnie to dziwi, ale rzecz powtórzyła się parę razy. Nawet kiedyś policjant z drogówki powiedział, że mnie puści, bo zaśpiewałem Wałęsie, żeby oddał sto milionów. Nie sprostowałem. Podziękowałem i zadowolony szybko oddaliłem się z miejsca zdarzenia. Zresztą z wami muszę zrobić to samo. Nie jestem przyzwyczajony do tak długich rozmów z dziennikarzami. Mocno żeście mnie przeorali. Mam siły na 90 minut plus to, co doliczy arbiter. A my tu chyba zagraliśmy cały turniej.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Ministrantem byłem nielegalnie. Jestem ochrzczony w cerkwi, a służyłem do mszy w kościele katolickim.</p>
<p>Jestem rozkminiaczem-talmudystą. Takie postępowanie spowalnia marsz, ale za to znacznie poprawia jego jakość.</p>
<p>Zachodni aktorzy są bardzo sympatyczni. Zauważyłem, że stopień ich sympatii jest wprost proporcjonalny do wysokości honorariów. Jak występowałem w reklamie też byłem sympatyczny.</p>
<p>Kiedyś jeden z decydentów telewizyjnych powiedział mi, żebym się tak nie starał, żebym nie próbował reżyserować  za dobrze, bo widz może tego nie łyknąć. Myślałem, że to żart, ale niestety facet mówił śmiertelnie poważnie.</p>
<p>Bycie gejem w szatni piłkarskiej musi graniczyć z heroizmem.</p>
<p>Kiedyś spacerowałem z babcią po Starym Mieście. Nagle dostrzegłem Mirosława Hermaszewskiego i jego kosmicznego partnera Piotra Klimuka. Jak to dziś brzmi – kosmiczny partner (<em>śmiech</em>). Siedzieli sobie w ogródku jakiejś restauracji, pijąc kawę. Podszedłem do nich stremowany i dostałem dwa autografy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tomasz Kot</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/tomasz-kot-2/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/tomasz-kot-2/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 11 Jul 2011 14:57:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Kot Tomasz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3115</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Agnieszka Kot &#8211; Czasami czytam wasze wywiady i wyczuwam, że trzeba być w nich atrakcyjnym i śmiesznym. Nie wiem, czy sprostam zadaniu. Możesz być nieatrakcyjny i poważny. Oby ten wywiad był ciekawszy od poprzedniego (chodzi o rozmowę dla PLAYBOYA z 2006 roku – przyp. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/07/Tomasz-Kot-2011.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-3121" title="Tomasz -Kot-2011" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/07/Tomasz-Kot-2011.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 6, 2011 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Agnieszka Kot</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Czasami czytam wasze wywiady i wyczuwam, że trzeba być w nich atrakcyjnym i śmiesznym. Nie wiem, czy sprostam zadaniu.</p>
<p><strong>Możesz być nieatrakcyjny i poważny. Oby ten wywiad był ciekawszy od poprzedniego (<em>chodzi o rozmowę dla PLAYBOYA z 2006 roku – przyp. red.</em>).</strong></p>
<p>Wtedy miałem menedżerkę, której nie powinienem w ogóle słuchać. Doradziła mi, żeby podczas autoryzacji powykreślać wszystko, co było choćby trochę kontrowersyjne. Potem żałowałem. Błędy młodości, rozumiecie&#8230;</p>
<p><strong>Rozumiemy, że spotykamy się z innym facetem. Wydoroślałeś i zhardziałeś. </strong></p>
<p>Można tak powiedzieć. Po <em>Camera Cafe</em> dla wszystkich byłem Tomkiem. Po <em>Niani</em> nagle stałem się panem Kotem. Widocznie za dobrze wyglądałem w garniturze (<em>śmiech</em>). A tak na serio, to rzeczywiście dużo się u mnie zmieniło. Przyszedł moment, o którym marzyłem od 25. roku życia, czyli przedział między trzydziestką a czterdziestką. Jest super, w przeciwieństwie do czasu, kiedy miało się dwadzieścia lat i nie znało odpowiedzi na wiele pytań. Teraz mam żonę, dzieci, zawodowo jest spoko. Najwyższy czas, żeby poważniej ruszyć z kreatywnością.</p>
<p><strong>Jeszcze poważniej?</strong></p>
<p>No pewnie. Cały czas podpatruję na planie pracę innych. Cholernie mnie to ciekawi. A że mam szczęście, bo żona jest po operatorce w Katowicach, to zawsze mam kogo spytać, dlaczego obiektyw taki, a nie inny. Dzięki Agnieszce na maksa wkręciłem się w montaż. Godzinami siedzę przed laptopem i montuję krótkie filmiki nagrywane aparatem.</p>
<p><strong>Mamy dziwną pewność, że te filmiki są totalnie wariackie.</strong></p>
<p>No jasne! (<em>Śmiech</em>). Wymyśliliśmy kiedyś z Meckiem (<em>Wojciechem Mecwaldowskim – przyp. red.</em>) telewizyjny gag pt.<em> Leczenie kanałowe</em> &#8211; ktoś za widza przełącza pilotem kanały i na każdym z nich jest tylko dwóch aktorów, ja i Mecek, oczywiście w różnych postaciach. Ten pomysł chcemy rozszerzyć i stworzyć naszą własną „Żenującą telewizję”. To będzie telewizja bez budżetu, bez ramówki i bez sensu. Sami będziemy scenarzystami, producentami, reżyserami, aktorami. Do kręcenia natchnął mnie oczywiście Mecek. Jeden z pierwszych filmów zrobiłem na Lanzarote dla niego na urodziny. Lanzarote udawało jego rodzinne Kłodzko. Filmowałem kanaryjski kościół i mówiłem: „Proszę państwa, właśnie tutaj nasz bohater był chrzczony. Kto wtedy mógł przypuszczać, na kogo wyrośnie&#8230;”. Kompletny surrealizm. Oprócz newsów, dokumentów, reportaży i teleturniejów, będziemy też mieli swój kanał z zakupami. Na przykład tylko w naszych telezakupach będzie można kupić patelnię z wewnętrzna pamięcią 40GB. Będzie także serial, w którym nie padnie ani jedno słowo. Tytuł: <em>Bracia z prerii</em>.</p>
<p><strong>Biznesplan już gotowy?</strong></p>
<p>Mecek dawno to przemyślał. Stwierdził, że będzie to tak zajebiste, że wszyscy będą chcieli to zobaczyć, albo będzie to tak żenująco beznadziejne, że wszyscy&#8230; będą chcieli to zobaczyć.</p>
<p><strong>Ile już macie materiału?</strong></p>
<p>Wbrew pozorom wcale nie tak mało. Wciąż powstaje nowy. Jeszcze w tym roku wszystkie absurdalne nagrania chcemy wrzucić do internetu na naszą stronę. Mam nadzieję, że uda się ruszyć mniej więcej we wrześniu. Jest też cicha nadzieja że to będzie wrzesień tego roku.</p>
<p><strong>Kiedy „Żenująca telewizja” pojawi się już w sieci, jako pierwsi piszemy się na wywiad z wami dwoma.</strong></p>
<p>OK. To będzie dla was wyzwanie zawodowe – spisać dwa nakładające się na siebie strumienie nieokiełznanej nieświadomości (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Próbkę nieokiełznanych możliwości daliście już w <em>Stacji</em> na antenie TVN Warszawa jako Grzegorz Pardubicki i Jacek Wawawasz.</strong></p>
<p>Kompletna improwizacja. Bez jakichkolwiek zagranicznych licencji i bez scenarzystów. Układ był prosty: mamy kamery, światła i trzy niedziele. Reżyserował Jurek Bogajewicz i jemu należą się wielkie brawa, że dawał się naszej trójce wyszaleć (<em>Tomkowi i Wojtkowi partnerowała Iwona Wszołkówna – przyp. red</em>.). <em>Stacja</em> była wypadkową naszego telewizyjnego programu-marzenia. Szkoda tylko, że nikt nie chciał tego serialu kontynuować.</p>
<p><strong>Też byliśmy załamani. <em>Stacja</em> to był serial komediowy w najlepszym brytyjskim stylu. Może w oczach producentów przekroczyliście polską granicę bezpiecznego humoru?</strong></p>
<p>To fakt, że u nas daje się wyraźnie zauważyć strach przed żartami na całego. Wiecie, że <em>Niania</em> w oryginalnej wersji była Żydówką? W serialu jest ogromnie dużo żartów a propos jej pochodzenia. U nas by to nie przeszło. W ogóle jak już skończyliśmy nagrywać <em>Stację</em> to doszły nas słuchy, że dziennikarze TVN24 uważali, że nabijamy się głównie z nich (<em>śmiech</em>). A nam w ogóle nie o to chodziło. Po prostu robiliśmy własną telewizję. Naprawdę deprymujące jest to, że w Polsce nikt nie chce ryzykować i nie próbuje tworzyć czegoś oryginalnego. O wiele prościej kupić kolejną zachodnią licencję, na produkt już wypróbowany, gdzie indziej. To jest pójście na łatwiznę.</p>
<p><strong>A ty najwyraźniej nie lubisz prostych rozwiązań. Decyzja o przyjęciu roli w teatrze w Kaliszu i wyprowadzce do tego miasta nie należy do oczywistych. Szczególnie dla aktora, który w stolicy naszego imperium odnosi same sukcesy.</strong></p>
<p>Przynajmniej już tak często nie dzwonią do mnie z programów typu „Zupa czy śniadanie” z tematami &#8211; „Zdrada, a wiewiórki”. A na serio, to ja przecież ten wyjazd zaplanowałem. To nie była żadna ucieczka. Dostałem interesującą propozycję zagrania głównej roli w ciekawej sztuce. Dlaczego miałbym z takiej okazji nie skorzystać? Spróbować na chwilę życia gdzie indziej? Wkrótce premiera. Gorąco wszystkim polecam: <em>Mój Nostroy</em> Petera Turriniego w reżyserii Rudolfa Zioło w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu.</p>
<p><strong>Sam wiesz, że niewielu tak zwanych wziętych aktorów poszłoby na coś takiego.</strong></p>
<p>Wiem, że niektórzy uważają mnie za dziwoląga, bo zamiast chodzić na imprezy i trochę się polansować, siedzę w domu z dziećmi i żoną. A do tego wszyscy wkoło pytają, czy przeprowadzka do Kalisza to taki sprytny zabieg PR-owski&#8230;.</p>
<p><strong>To jakiś absurd.</strong></p>
<p>Takich absurdów jest znacznie więcej. Przy pierwszym dziecku kupiliśmy wózek, dzwoni nagle pan od tych wózków, jakiś przedstawiciel i mówi: &#8211; Jaka szkoda że pan kupił ten wózek, źle się stało. &#8211; Dlaczego? &#8211; Bo my byśmy dali panu ten wózek. Ja na to: &#8211; Niepotrzebnie, pracuję ciężko i stać mnie, więc nie ma problemu. Jednak facet nagle wpada na genialny pomysł: &#8211; To my damy panu drugi taki wózek za darmo! &#8211; A na cholerę mi drugi wózek? &#8211; Damy panu, bo chodziłoby o jakiś artykulik, jakim to fajnym wózkiem pan dziecko wozi. &#8211; Weź pan się odczep, temat skończony &#8211; i odłożyłem słuchawkę. Trzy tygodnie później czytam o sobie i o tym wózku, myślałem że mnie szlag trafi. Uświadamiasz sobie nagle że jesteś w klinczu niemocy, historie o tobie powstają poza tobą.</p>
<p><strong>Trochę współczujemy. Ale to jednak zabawna historia.</strong></p>
<p>To co powiecie na taką? Miesiąc po moim występie w programie u Kuby Wojewódzkiego, gdzie parodiowałem Bogusława Lindę, zgłosiła się do mnie bardo znana marka piwa z pytaniem, czy mogę głosem Lindy zareklamować ich produkt. Dosłownie wmurowało mnie w ziemię. Byłem zszokowany. Przecież to podwójnie nieetyczne. Koszmar .</p>
<p><strong>Może dzięki przeprowadzce, trochę od nich odpoczniesz. W końcu nie wszystkim po drodze do Kalisza</strong>.</p>
<p>Wszystkim nie, ale niespodzianki się zdarzają. Pierwszego dnia prób był akurat Dzień Kota. Co roku różne telewizje i radia koniecznie chcą, żebym się wypowiedział jako ekspert od kotów na temat kotów. Co roku odmawiam, bo mierzi mnie tautologia, więc tym razem szczęśliwy zasiadam do prób i świadomość tego, że jestem w Kaliszu powoduje, że mam święty spokój. Nagle wchodzi ktoś i mówi, że czeka na mnie telewizja, bo jest Dzień Kota. Odpowiadam, że mam próbę i nic o tym nie wiem. Nikt mnie nie pytał o zdanie. &#8211; Ale oni tyle przejechali, więc może&#8230; &#8211; No tak, przejechali sporo. Ale przecież są dorosłymi ludźmi i jadąc w ciemno muszą się też liczyć z takim finałem. Przecież nie jestem kretynem na żetony.</p>
<p><strong>Jak mieszkańcy Kalisza przyjęli „gwiazdora” z Warszawy?</strong></p>
<p>Jestem otoczony wielką życzliwością. Mimo to miałem w aucie wybitą szybę i dwa razy urwane lusterko. Myślę, że to wynikało z krzywo pojętego lokalnego patriotyzmu. Widocznie komuś tam jednak przeszkadzam. Poza tymi drobiazgami jest naprawdę super. Kalisz to fajne miasto. A poza tym cholernie inspirujące. Ciągle mam nowe pomysły. Na przykład tam, gdzie teraz mieszkam, z podwórka na tyłach bloku widać ścianę po zburzonym budynku, która kiedyś była wewnętrzna. Odznaczają się na niej dawne mieszkania, głównie kolorami. I w jednym byłym mieszkaniu, ktoś na ścianie wydrapał wielkiego chuja. Teraz ten wydrapany organowzwód wychynął na światło dzienne i straszy (<em>śmiech</em>). Za każdym razem, kiedy wychodziłem na fajka patrzyłem na niego i zastanawiałem się, co tu cholera z nim zrobić. Wreszcie wpadłem na pomysł programu interwencyjnego. I z sąsiadami nakręciłem filmik <em>AkcjaReakcja: chujowy dramat</em> (<em>śmiech</em>). Wymyśliłem, że skoro nic z chujem nie można zrobić, bo siedzi na nim konserwator zabytków, to urząd miasta postanowił zamurować wszystkie okna wychodzące na podwórko, żeby mieszkańcy nie musieli więcej patrzeć na tę „obrazę boską”. Poprosiłem sąsiadów, żeby coś powiedzieli na ten temat, jakoś skomentowali. Zaczyna się od newsowej czołówki i zapowiedzi: „Miejmy nadzieję, że redakcja AkcjiReakcji pomoże mieszkańcom kamienicy przy ulicy Szklarskiej. Jesteśmy w Kaliszu. Kiedyś stał tu budynek, a w budynku było mieszkanie. Po zburzeniu tegoż obiektu oczom mieszkańców ukazał się chuj. Ten koszmar trwa od dwudziestu lat” (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Kolejny świetny filmik do „Żenującej telewizji”. Słyszeliśmy jednak, że nagrywasz także poważniejsze rzeczy – na przykład pewnego paparazzi</strong>.</p>
<p>Któregoś dnia jechał za mną facet. Zatrzymałem się i pytam: &#8211; Czego chcesz?. A on: &#8211; Niech Pan weźmie rodzinę, ja strzelę fotki. Odpowiadam, że nie ma mowy, a on na to: &#8211; W takim razie nie ma pan spokoju! Zaczęła się regularna okupacja, on i jego dwóch pracowników. Nazwałem ich gang Olsena. Olsen w czarnym mitsubishi potrafił krzyczeć pod przedszkolem mojej córki: &#8211; Mam dwóch synów, którzy właśnie skończyli jeść Bebiko! Z czego ich utrzymam?!. Moja córka zaczęła się go bać. Ale to był dopiero początek, facet postanowił śledzić moją żonę, która wtedy była w dziewiątym miesiącu ciąży. Zacząłem ich więc nagrywać, zbierać materiały, regularnie wzywać policję. Mój adwokat tylko patrzył jak pęcznieje teczka z nazwiskiem Olsena. W końcu jeden z tych gości oznajmił, że Olsen go tak zmotywował, że on jest gotów rozwalić samochód, żeby tylko zdobyć zdjęcia mojego nienarodzonego jeszcze syna. Zrobiło się gorąco. Żarty się skończyły, policja i spektakularne zatrzymanie, efekt końcowy taki, że pod szpitalem miałem święty spokój, a o narodzinach syna przeczytałem w prasie dopiero po miesiącu. Ale ile było wcześniej niepotrzebnych nerwów o zdrowie i życie mojej rodziny? Taka jest właśnie cena bzdurnych ploteczek w kolorowych pisemkach.</p>
<p><strong>Porozmawiajmy dla odmiany o czymś przyjemnym – o twoim podwórku z dzieciństwa. Mieszkając w Legnicy łatwo się było zakochać w pięknej Rosjance?</strong></p>
<p>Historia z <em>Małej Moskwy</em> jest wspaniała. Słyszało się nawet o niej. Ale prawda była taka, że mieliśmy bardzo mało kontaktów z Rosjanami. Te dwie społeczności żyły kompletnie osobno. Co nie zmienia faktu, że film oglądałem w zupełnie inny sposób niż wszyscy. Po prostu znałem te plenery z dzieciństwa, a nawet wnętrza, tę słynną salkę, w której od tamtej pory naprawdę nic się nie zmieniło. W filmie ściany miały nawet ten sam kolor. Kiedy spotkałem Lesława Żurka, to dziękowałem za wspomnienia, które mi zafundował.</p>
<p><strong>A masz w ogóle jakieś wspomnienia kontaktu z radzieckimi żołnierzami?</strong></p>
<p>Mam jedno, które akurat nie jest przyjemne. Ruscy byli zamknięci w tak zwanych kwadratach – czyli wyłączonych częściach miasta, gdzie Polacy nie mieli wstępu. U nas w sklepach nie było nic, a tam było wszystko – jak na tamte czasy oczywiście. Dlatego się ryzykowało. Ale jak złapali dorosłego w kwadracie, to były naprawdę poważne konsekwencje, łącznie z oskarżeniem o szpiegostwo. Posyłało się więc na zakupy dzieci. Raz mnie złapali. Od razu zabrali wszystkie pieniądze, a jeden chwycił mnie za szyję i tak ze mną łaził z godzinę, trzymając moją głowę pod pachą. Cholernie się bałem. A potem mnie wywieźli na drugą stronę kwadratu i wypuścili. To było z kilka kilometrów dalej. Biegłem w środku nocy do domu i płakałem. Straszne przeżycie dla dziecka. Od tamtej pory wiem, jak się rodzą nacjonalizmy.</p>
<p><strong>Zemsta?</strong></p>
<p>Jasne. Pojawiła się chęć, żebyśmy z kolegami tłukli wszystkich ruskich. Ale to uczucie na szczęście się rozmyło. Prawdopodobnie duży udział miała postawa taty, który działał w podziemiu. Pewnego razu zabrał moje ubrania z domu dla radzieckiego żołnierza, który zdezerterował, a był podobnego do mnie wzrostu. Ojciec z kumplem przetrzymywali go na strychu, a potem gdzieś przewozili. Ale myśmy się raczej tylko domyślali, bo oczywiście dzieciom nie mówiło się takich rzeczy. W każdym razie jakiś radziecki dezerter biegał po Polsce w moim swetrze (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jakie plakaty wieszałeś w tamtym czasie nad łóżkiem?</strong></p>
<p>W podstawówce kochałem Sylwestra Stallone. Rocky i Rambo byli moimi bohaterami. Kłótnie na podwórku, kto by wygrał Rambo czy „Komando” (<em>śmiech</em>). Miałem nawet zeszyt, do którego wklejałem zdjęcia – a jak wiadomo, w tamtych czasach wcale nie łatwo było je zdobyć. Na najnowszą część <em>Rocky&#8217;ego</em> jechałem do kina sam, bo żona jakoś nie czuła chęci obejrzenia, a na sali okazało się, że siedzą sami trzydziestokilkulatkowie. Stara miłość nie rdzewieje.</p>
<p><strong>Chciałbyś zagrać coś takiego jak <em>Rambo</em>? Strzały, wybuchy, helikoptery&#8230;</strong></p>
<p>Niedawno kręciliśmy<em> Yumę</em>. Plan obsługiwali kaskaderzy z <em>Casino Royal.</em> Jak mnie postawili na skraju wielkiego silosu, a na dole jeszcze płonęły beczki i wrzeszczeli ludzie, to naprawdę ugięły się pode mną nogi. To było w nocy. Stoisz nad ciemną dziurą, z której buchają płomienie i dobywa się dym. Masakra. Kiedy zakładali mi zabezpieczającą uprząż, usłyszałem: &#8211; This is belt from <em>Black Hawk Down</em>. Don&#8217;t worry. (<em>To uprząż z filmu</em> Helikopter w ogniu<em>. Nie przejmuj się.</em>) Pomyślałem: Ale zajebiście, wreszcie mam kontakt z Hollywood (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy zarabiałeś w jakiś nieartystyczny sposób, zanim twoja kariera weszła na hollywoodzki kurs?</strong></p>
<p>W trzeciej klasie liceum pracowałem na budowie. Chciałem dorobić w czasie wakacji. To było kuriozalne doświadczenie. Pracowałem w poradzieckich magazynach, które trzeba było porządkować. W ekipie był jeden artysta. Genialna rzecz, kiedyś na pewno wykorzystam to w jakimś scenariuszu. Facet brał z budowy glinę i rzeźbił z niej waginy. Jak się wchodziło do ogólnodostępnej kanciapy to wszędzie wisiały cipki. Malował je różową farbką, wbijał drut i wieszał na metalowych szafkach. Wrażenie było piorunujące.</p>
<p><strong>Równie piorunujące wrażenie musiałeś robić jako Statua Wolności.</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Ale to było już na studiach. Wciągnął mnie w te fuchy Wojtek Błach, który teraz gra w <em>Plebanii</em>, a jego wcześniej Tomek Karolak, czyli to była po prostu robota przechodnia dla młodych aktorów. Dorabialiśmy na imprezach promocyjnych papierosów w największych dyskotekach w Polsce. Boże, na ile dziwnych rzeczy ja się tam napatrzyłem! Raz szef ochrony tak się nakoksował, że na naszych oczach wpieprzył właścicielowi lokalu, który oczywiście wyglądał tak samo – totalny brak szyi. Jeździliśmy po całym kraju z trasą „LM Road Party”, że niby taka Ameryka. Dlatego malowali mnie na zielono i przez trzy godziny robiłem pantomimę jako Statua. Po jakimś czasie jednak awansowałem na prowadzącego – luksus, nie musiałem się malować i zarabiałem lepszą kasę.</p>
<p><strong>Jaką najdziwniejszą rzecz wtedy zrobiłeś?</strong></p>
<p>Któregoś razu trafiła nam się promocja Smirnoffa i ta historia naprawdę mogła zakończyć się tragicznie. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie łyknąłem tyle adrenaliny. W czasie ferii zimowych jeździliśmy po klubach, udając ruską mafię, która ściąga haracz. Taki był pomysł.</p>
<p><strong>Czyj?</strong></p>
<p>No przecież nie nasz. Jacyś PR-owcy Smirnoffa wpadli na ten wariacki plan. Ubieraliśmy się w długie płaszcze po kostkę i wieszaliśmy na ramieniu idealne repliki karabinów MP-5. Na tę okazję były specjalnie ściągane z Niemiec. Naprawdę wyglądały kozacko, nie do odróżnienia. Było nas dwóch i każdy miał pod płaszczem cztery litry wódki oraz rurkę, która łączyła się z karabinem. Po naciśnięciu spustu z lufy lała się gorzała. Każdego wieczoru robiliśmy około pięciu knajp. Podjeżdżaliśmy limuzyną, wchodziliśmy na ostro do środka i przez pierwsze minuty udawaliśmy regularnych gangsterów z  bronią, którzy przyszli po szmal. Niewiarygodne, co się działo z ludźmi. Momentalnie zamieniali się w słupy soli na zasadzie mnie tutaj nie ma, nic nie widzę, nic nie słyszę, nie ruszam nawet powieką. To było przerażające! I to w dwójnasób. W tamtych czasach Pruszków był na fali. W czasie ferii chłopaki wypoczywali sobie w górach. I kilka razy się nadzialiśmy na taki mocny skład. Pokazywali nam potem klamki, mówiąc: &#8211; Jakbyście jeszcze zaczęli gadać po rusku, to by was już nie było.</p>
<p><strong>Nieźle.</strong></p>
<p>Po paru takich historiach przestało nam być do śmiechu. Było już tak, że przed wejściem wyciągaliśmy wężyki i sami tęgo pociągaliśmy dla kurażu. Zresztą Smirnoff szybko  zrezygnował z tej promocji.</p>
<p><strong>A potem?</strong></p>
<p>A potem trafiłem do teatru i skończyły się czasy promocji (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Zaczęły się czasy problemów z rozpoznawalnością.</strong></p>
<p>Jak mawiał kolega bardzo znany aktor: „Jak ma się dupę zamiast twarzy, to się siedzi w hotelu”.</p>
<p><strong>Z kim jesteś najczęściej mylony?</strong></p>
<p>Z Marcinem Prokopem. W ogóle to mam w sobie pewien rodzaj niezgody na to, że on patrzy na mnie tak jak ja na wszystkich (<em>śmiech</em>). Nie jestem przyzwyczajony do tego, że ktoś może być jednak wyższy. Ludzie nas mylili nagminnie. Pytali mnie, jak się pracuje z Dorotą Wellman. A z tego co wiem, Prokopowi gratulują <em>Skazanego na bluesa</em>. Najciekawsze jest jednak to, że brano mnie również za Jarosława Kreta. Kot czy Kret, co za różnica?</p>
<p><strong>A jest ktoś, kto się pod ciebie podszywa?</strong></p>
<p>Aż tak to chyba nie. Ale jeden Tomasz Kot ma maila, który różni się od mojego tylko jedną literą i często znajomi się mylą, pisząc maile do niego, zamiast do mnie. Skubany odpisuje takie wkrętki, że potem wynikają z tego przedziwne sytuacje. Na przykład ostatnio dzwoni znajoma i pyta co z moją złamaną ręką i kiedy kończę rehabilitację.</p>
<p><strong>Zdarzyło się, że ktoś był niezadowolony z faktu, że cię rozpoznał, i że ty to ty?</strong></p>
<p>Kiedyś do moich drzwi zapukało dwóch handlowców. Otworzyłem, a oni oczy w słup i po chwili jeden do drugiego:  &#8211; Nie, no nie. To jest totalnie bez sensu&#8230; Pytam: &#8211; Ale o co chodzi?. I słyszę zrezygnowany głos: &#8211; Bo my właśnie Netię proponujemy&#8230;(<em></em><em>śmiech)</em></p>
<p><strong>Gdyby Netia zaproponowała ci długoterminową umowę, jak ING Markowi Kondratowi&#8230;</strong></p>
<p>Nie chciałem czegoś takiego. To nie ten etap w życiu.</p>
<p><strong>Nie dałeś nam dokończyć pytania. Gdybyś tak jak Marek Kondrat przestał grać, to czym byś się zajął?</strong></p>
<p>Poszedłbym do szkoły filmowej na reżyserię, operatorkę i montaż (<em>śmiech).</em></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>W<em> Erratum</em> gram zaprzeczenie swoich własnych losów. To dobre kino. Mam nadzieję, że widzom się spodoba.</p>
<p>Po premierach większych filmów zawsze zmieniam numer telefonu.</p>
<p>Odmówiłem udziału w kampanii „Kocham. Nie biję”. Uważam, że moja osoba, postrzegana jako szczęśliwy pan z telewizji jest zbyt odległa od świata bitych dzieci. Wolałbym wziąć udział w kampanii „Kocham. Mam czas”. Ale takiej jakoś nikt nie organizuje.</p>
<p>Czasami, sam nie wiem po co, szperam w necie i kupuję różne rekwizyty. Najchętniej dziwne maski. Mam już niezłą kolekcję.</p>
<p>Mecek jest mistrzem abstrakcyjnych pauz, a ja jestem od bezsensownego, bezustannego nawijania. On w naszym duecie jest bardziej komiczny. Jurek Bogajewicz stwierdził kiedyś, że Mecek strzela gole, ale to ja mu podaję, jestem rozgrywającym.</p>
<p>Kultowy tekst Mecka do świeżo poznanych dziewczyn: „Musisz zobaczyć moje jajka-niespodzianki”.</p>
<p>Nie cierpię sesji zdjęciowych. Mam wrażenie, że ludzie przy nich pracujący, bezustannie są na jednej, trwającej wiecznie, imprezie. Zawsze wspominają, co było wczoraj, kto leczy kaca i gdzie była Krysia. Po 5 latach słyszę to samo: co było wczoraj, kto leczy kaca i gdzie była Krysia.</p>
<p>W Polsce aktorzy mają ten sam dylemat co nasi piłkarze: czy mają przestać grać tylko dlatego, że polska liga jest taka słaba?</p>
<p>W szkole aktorskiej na jednym roku studiował Kot i Pluskota. Wszyscy mieli z tego polewkę.</p>
<p>Ostatnią wódkę wypiłem sześć lat temu. Po tym zdarzeniu odzyskałem kontrolę nad sobą i niespożyte pokłady energii.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/tomasz-kot-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Cezary Pazura</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/cezary-pazura/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/cezary-pazura/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 22 Dec 2010 09:00:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Pazura Cezary]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2960</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Georgiew &#8211; 17 lat temu mówił pan, że jedną setną budżetu z Wydziału Kinematografii powinno się przeznaczyć na badania psychiatryczne dziennikarzy. Ale lekarze podrożeli… Naprawdę wymyślił to Olaf Lubaszenko, a ja po nim powtórzyłem. Taki chciałem być oryginalny. Widocznie wtedy jeszcze nie było [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/12/Cezary-Pazura.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2966" title="Cezary Pazura" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/12/Cezary-Pazura.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 12, 2010 rok</strong></p>
<p style="text-align: left;"><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>17 lat temu mówił pan, że jedną setną budżetu z Wydziału Kinematografii powinno się przeznaczyć na badania psychiatryczne dziennikarzy.</strong></p>
<p>Ale lekarze podrożeli… Naprawdę wymyślił to Olaf Lubaszenko, a ja po nim powtórzyłem. Taki chciałem być oryginalny. Widocznie wtedy jeszcze nie było mnie stać na własne teksty. Posiłkowałem się więc cudzymi. W wywiadach gadałem wówczas takie brednie, że aż mi się słabo dziś robi. A wtedy miałem wrażenie, że zmieniam świat. Błędy młodości.</p>
<p><strong>A nam Marek Kondrat opowiedział kiedyś anegdotę, jak to pan dziecięciem będąc, podszedł do Janusza Gajosa na planie <em>Czterech pancernych…</em></strong></p>
<p>I usłyszałem „spierdalaj”?</p>
<p><strong>Właśnie tak. Tylko, że potem rozmawialiśmy z panem Januszem i kompletnie tego nie pamiętał. O dziwo nie przypominał sobie także fantastycznej pointy tej anegdoty. </strong></p>
<p>W Ujeździe pod Tomaszowem Mazowieckim kręcono scenę, w której  czołg „Rudy&#8221; przebijał mur. Z Niewiadowa, w którym mieszkałem, było tam niedaleko. Tata powiedział, że zabierze mnie na plan, żebym zobaczył Janka. Na tę okazję założyłem nawet specjalny pamiętnik na autografy. Wyobrażałem sobie w swej dziecięcej wyobraźni, że Janek mnie weźmie na kolana i powie: „Cześć Czarku, fajnie że przyszedłeś. Może chcesz przymierzyć hełmofon?”. Nie mogłem spać, tak to przeżywałem. Ciągle śnił mi się Janek, hełmofon, znowu Janek, Szarik i znowu hełmofon. Wreszcie rano tata wsadził mnie do kosza na kierownicy roweru i pojechaliśmy.</p>
<p><strong>Jak było?</strong></p>
<p>Tłum. Po prostu nieprzebrane mrowie. Jak wjechały czołgi, to ludzie rzucili się na nie z młotkami i zaczęli tłuc. Do dzisiaj nie wiem, o co w tym chodziło. Sprawdzali, czy są prawdziwe? Dla mnie to był całkowity szok. Zdołałem zdobyć odcisk łapy Szarika, a tata załatwił mi podpis od Grigorija. To jednak nie było to. Przecież chciałem Janka. Tego najważniejszego. I nagle marzenia jakby się spełniły. Staliśmy przy takich płotkach, które ustawia się w zimę na polach, żeby dróg nie zawiał śnieg, a z daleka nadchodził Janek i tłukąc  hełmofonem po oficerkach, spierał się z jakimś facetem. Być może był to kierownik produkcji, który nie wypłacił kasy na czas?  Licho wie. Dla mnie liczył się tylko Janek. Przelazłem więc przez płotek i podskoczyłem do swojego bohatera ze słowami: „Janku, Janku drogi, czy mógłbym cię prosić o autograf?”. A on po prostu ryknął: „wypierdalaj” i poszedł dalej. Nawet nie spojrzał.</p>
<p><strong>Co na to tata?</strong></p>
<p>Szybko wsadził mnie do kosza i pojechaliśmy do domu. Chyba dwa tygodnie nie spałem. Temperatura 38,8. Płacz. Pierwsze, największe w życiu rozczarowanie… I teraz cięcie. Minęło 20 lat. Kręcimy scenę strzelaniny do filmu <em>Psy</em>, tę w której bohater grany przez Janusza Gajosa dobija leżącego. Cała ekipa pije alkohol w celach leczniczych. I kiedy zgromadzone zawczasu butelki „nagle” się kończą, Janusz wyjmuje aktówkę, a z niej koniak Złoty Brzeg. No to po jednym. Wszyscy młodzi, w tym ja, mówili do niego „mistrzu” albo „panie profesorze”. I kiedy ja tak wyjechałem po raz kolejny z „profesorem”, Janusz mówi: „Przestań Czarek, przejdźmy na „ty”. Janusz jestem&#8230;”. Na co ja z kamienną miną: „Panie Januszu, nie mogę być z panem na ty, za to co pan mi zrobił”. Zapadła kompletna cisza. Siekiera  zawisła w powietrzu. Ludzie łapią się za głowę – Pazura zwariował! Gajos aż zbladł. I wtedy opowiedziałem mu tę historię, którą słyszeliście przed chwilą. Znowu cisza. Po chwili Janusz powiedział: „Kurde, nie mogłeś powiedzieć, że to  ty?”. Z tej historyjki wyciągnąłem lekcję &#8211; nigdy nie odmawiam. Za dobrze pamiętam tamten zawód. Kiedyś, w czasie szczytowej popularności <em>13 posterunku</em>, siedziałem sobie spokojnie w restauracji, kiedy nagle podszedł do mnie mały chłopiec, powiedział: „O, mój Carek&#8230;” i wlazł mi na kolana. Przez pół godziny nie chciał zejść. Siedziałem tak bez ruchu, a on mi się przyglądał (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Następnym pana idolem, po Janku, był Bruce Lee. Miał pan chociaż jego plakaty?</strong></p>
<p>Gdybym miał dostęp do takich wspaniałości, to na pewno bym miał. <em>Wejście smoka</em> widziałem chyba 20 razy. Zresztą wtedy każdy chciał być Brucem Lee. Pamiętam, że kumpel dorwał jakąś gazetkę o jujitsu. Chodziliśmy na łąkę trenować pady, duszenia, rzuty, kopnięcia. Po prostu pełen szał. Od plakatów wolałem zdjęcia polskich aktorek. Najchętniej tych nie tak kompletnie ubranych, co w przypadku polskich aktorek nie było łatwe. Zdarzały się jednak prawdziwe rarytasy. Miałem specjalny wielki zeszyt, do którego wklejałem je w tajemnicy.</p>
<p><strong>Do kogo należały najważniejsze strony?</strong></p>
<p>Do Marzeny Trybały.  Byłem w niej poważnie zadurzony. Później razem robiliśmy jakiś teatr telewizji… Grała moją matkę, czy ciotkę, nie pamiętam…</p>
<p><strong>Przyznał się pan?</strong></p>
<p>Oczywiście. Bardzo chichotała. To wspaniała aktorka z niebywałą klasą!</p>
<p><strong>Czy brat odziedziczył po panu zeszyt?</strong></p>
<p>Właśnie nie wiem, co się z nim stało. Muszę go przesłuchać! Ale Radka wolałem straszyć niż edukować w tych sprawach. Gdy rodzice wychodzili do znajomych, zawsze prosili Czarusia, żeby opiekował się młodszym braciszkiem. I jak tylko zatrzaskiwały się za nimi drzwi, Czaruś gasił światło, zmieniał głos i oświetlając sobie twarz latarką, czytał braciszkowi <em>Opowieści niesamowite</em> Edgara Allana Poe. Po prostu próbowałem na bracie aktorstwa. Działało!  Raduś płakał ze strachu. Mogłem też na nim próbować rozśmieszanie, ale jakoś nie przyszło mi to wtedy do głowy.</p>
<p><strong>A czego próbował pan w Stali Niewiadów?</strong></p>
<p>Futbolu. Byłem jej trampkarzem. Etatowym rezerwowym. Chociaż  w  szkole, na WFie zawsze stałem na bramce. Na małe bramki byłem super, rzucałem się jak wściekły. Zawsze pierwszego brali mnie do składu. Było wiadomo, że bramka zabezpieczona. Jako kibic natomiast byłem zagorzałym fanem siatkówki. Lechia Tomaszów grała wtedy w pierwszej lidze. To było naprawdę coś!  Wszyscy wtedy graliśmy w siatkę. Ja miałem z tym jednak dość poważny problem. W liceum wszystkim chłopakom wystawały włosy spod pach. A mnie? Nic. Zero. Grałem więc tak, żeby łokcie trzymać jak najbliżej tułowia. To było kuriozum! A co ciekawsze, mimo dziwnej techniki, szło mi całkiem nieźle. Byłem niezłym rozgrywającym.</p>
<p><strong>To musiało robić wrażenie na dziewczętach. Miał pan jeszcze jakieś inne pomysły, żeby zwrócić na siebie uwagę?</strong></p>
<p>Całe mnóstwo. Kiedyś mój kolega z Niewiadowa, Szafa, zdobył Citosol – PRL-owski samoopalacz. Chciałem zrobić na dziewczynach wrażenie i zimą wysmarowałem sobie tym Citosolem całą facjatę. Stoję przed lustrem i widzę, że nic a nic się nie zmieniam. Więc dawaj tego Citosolu jeszcze raz. Gorzej, namówiłem też moją mamę – potem miała przerąbane w pracy. Jak się rano obudziłem, byłem ciemnym mulatem&#8230;, ale za to w plamy. Efekt, o który mi chodziło, osiągnąłem w dwustu procentach. Nagle wszyscy w szkole mnie zauważali. Na przerwach przychodziły wycieczki z innych pięter, żeby popatrzeć na wariata… Moje kontakty z dziewczynami zaczęły się bardzo późno. To przez mamę . Zawsze mnie straszyła, że muszę uważać, że zaraz będzie dziecko, że koniec świata i że z „dziewuszyskami” to tylko  same kłopoty. Byłem przerażony. A zawsze słuchałem mamy. Słucham jej do tej pory (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Mama na pewno cieszyła się z czerwonych pasków na świadectwach. Zachowanie panu nie przeszkadzało?</strong></p>
<p>Przeszkadzało, ale paski i tak były. Za moich czasów wprowadzili system, że to uczniowie nawzajem wystawiali sobie oceny z zachowania. W mojej klasie było tylko czterech chłopaków. Boże, jak ja się popisywałem. Robiłem miny, dogadywałem. Na przykład kiedyś pani od niemieckiego chciała wstawić dwójki za klasówkę, ale wyczerpał się jej tusz w długopisie, zapytała więc, czy ktoś ma czerwony wkład. A Czaruś na to: „Ja mam czerwony, ale biało pisze”. Na to nauczycielka: „Nie bądź taki dowcipny”. Ja: „Chciałem być doustny”. Chamówa po prostu. Ostro przeginałem pałę. Dzięki temu na półrocze dowiedziałem się od koleżanek, że nie zasługuję na wzorowe zachowanie, bo ciągle się wygłupiam. To były te same dziewczyny, które ode mnie ściągały i błagały mnie, żebym zagadywał nauczycieli w taki sposób, żeby nie było kartkówek. Moja zemsta była słodka. Zero ściągania, zero zagadywania! W ten sposób na koniec roku miałem już wzorowe (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Był pan klasycznym kujonem?</strong></p>
<p>U nas mówiło się „arbuzem”. Nie musiałem kuć, bo  nauka łatwo mi przychodziła. Zależało mi na dobrych ocenach, bo za nie były punkty na studia, a ja nie miałem punktów za pochodzenie. Tata nauczyciel, czyli „inteligent”. Miałem najlepsze oceny w klasie, ale dla dziewczyn i tak byłem zerem, bo byłem malutki. Najmniejszy ze wszystkich. Na Przysposobieniu Obronnym musiałem stać w ostatniej parze! Po prostu długo nie rosłem. Dlatego one wszystkie traktowały mnie jak niedorozwiniętego. Zacząłem się golić dopiero na drugim roku studiów. Do tego czasu miałem jeden włos. Na brodzie. Nazywałem go dumnie &#8211; „wab na baby”.</p>
<p><strong>Chyba nie działał, skoro pomyślał pan o seminarium duchownym.</strong></p>
<p>To wyszło naturalnie. Byłem przecież ministrantem. Pamiętam, że jak w domu ogłosiłem swoją decyzję, to mama bardzo się ucieszyła. A babcia przysyłała mi co miesiąc po sto złotych w intencji powołania. W czwartej klasie liceum przyszedł jednak moment przełomowy. Wezwał mnie dyrektor szkoły i powiedział, że poprowadzę wojewódzką  imprezę 1 maja. A był 1980 rok! Wszyscy kibicowaliśmy Solidarności. Nie okazałem entuzjazmu, więc dał do zrozumienia, że albo to, albo matura. Bo oblać wroga Polski Ludowej to żaden problem. Pierwszy raz się przestraszyłem&#8230; Poważnie!</p>
<p><strong>Ale jak to się ma do seminarium?</strong></p>
<p>W tym samym czasie, jako ministranta, wezwał mnie ksiądz i powiedział, że przyjeżdża biskup, którego trzeba godnie przywitać. Padło na mnie. Poczułem się jakbym siedział okrakiem po dwóch stronach barykady. Skończyło się na tym, że i tu, i tam pięknie przemawiałem. W Kościele z przekonania. Na akademii ze strachu. W imieniu służby liturgicznej ołtarza napisałem takie słowa, że kobiety w kościele płakały. Moja mowa tak się spodobała biskupowi, że zaprosił mnie na plebanię . Przychodzę i słyszę: „Pięknie powiedziałeś. Masz dar. Potrzebujemy takich ludzi.  Czasy są ciężkie… Mamy problem z powołaniami.. Na takich jak ty czeka , kto wie, może Warszawa…”. Obiecałem, że wszystko przemyślę. Tymczasem przyszedł 1 maja. Zacisnąłem zęby i poprowadziłem. Ostatni akord był taki, że z sufitu leciały chorągiewki z barwami Polski i Związku Radzieckiego. Pompa, że hej. Dowiedziałem się, że czeka na mnie nagroda specjalna. I Sekretarz KW PZPR w Piotrkowie Trybunalskim powiedział tak: „Pięknie mówiliście Pazura! U nas w partii duża przyszłość dla takich ludzi. Proponujemy wam udział w egzekutywie w Piotrkowie. Kto wie, z czasem możecie zajść nawet do Warszawy” (<em>śmiech).</em> I to wtedy postanowiłem, że zostanę błaznem. Inaczej nie dam rady…</p>
<p><strong>Taką zresztą napisał pan pracę magisterską &#8211; „Mój błazen”. Kto dzisiaj jest pana ulubionym błaznem?</strong></p>
<p>To bardzo trudne pytanie. Pajaców mamy w bród. Klaunów też znajdzie się sporo. Ale bycie błaznem to już prawdziwy artyzm, wielka sztuka.</p>
<p><strong>Skoro mowa o sztuce, to jak pan wspomina studiowanie sztuki kulinarnej?</strong></p>
<p>To był fantastyczny rok. Kiedy z powodu braku punktów za pochodzenie nie dostałem się za pierwszym razem do szkoły teatralnej, poszedłem „na przeczekanie” do policealnej szkoły gastronomicznej. Na praktykach zarabiałem pierwsze większe pieniądze. Było tam tak zajefajnie, że odechciało mi się ponownie jechać na egzaminy wstępne. Gdyby tata nie wysłał dokumentów, o co go prosiłem przed wyjazdem na praktyki, to kto wie, jakby się potoczyły moje losy.</p>
<p><strong>Załamał się pan swoim pierwszym podejściem do „filmówki”?</strong></p>
<p>Nie za bardzo. Zaraz po tym postanowiłem przeczytać na głos <em>Czarodziejską górę</em> Tomasza Manna. Pomyślałem sobie, że poćwiczę głos, dykcję, dostanę się na studia, a przy okazji przeczytam jedną z najważniejszych książek świata. Poza tym całą młodość robiłem sobie takie jakby „wróżby” . Myślałem sobie: jak usłyszę rano piosenkę Scorpionsów, to zdam. Włączam radio. Lecą Scorpionsi. Wiecie, jaki to daje power?</p>
<p><strong>W pana przypadku power przemienił się w sukces.</strong></p>
<p>Tak, ale dzień przed moim drugim podejściem  do „filmówki” był pamiętny mecz na Mundialu, w którym Boniek walnął trzy bramki Belgom. Tak się wydzierałem, że kompletnie straciłem głos. Rano byłem załamany i skacowany. Chciałem sobie odpuścić, ale kumple, którzy ze mną „kibicowali” – Wojtek i Szpak – wsadzili mnie na siłę do autobusu w kierunku Łodzi. Przespałem całą drogę… Jak się ocknąłem na Łodzi Fabrycznej, to już na piechotę doczłapałem się jakoś na Targową.</p>
<p><strong>Bez głosu.</strong></p>
<p>Właśnie. Staję przed komisją i mówię ledwie dosłyszalnym szeptem „dzień dobry”. Jan Machulski, przewodniczący komisji, takim samym głosem pyta mnie: „Co się stało?”. „Był mecz. Krzyczałem”. Na co pan Jan odpowiada: „Ja też. Dziękujemy panu. ”. Wyszedłem załamany i przekonany, że tylko odbiorę dokumenty i wrócę na moje ukochane  praktyki gastronomiczne. Okazało się, że pamiętali mnie z poprzedniego roku i tym razem do kolejnego etapu przeszedłem dzięki roli kibica reprezentacji. A już się bałem, że wrócę na superpraktyki (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A gdzie odbywały się te praktyki?</strong></p>
<p>Pod Sulejowem w klasztorze Cystersów był hotel. Zaczynało się od zmywaka i obierania kartofli, ale z biegiem czasu można było awansować. Ja dość szybko zdobyłem szlify kelnerskie. Pracowałem nawet na ostatnim piętrze, w barze z dyskoteką. Potrafiłem dziennie zarobić nawet do 200 złotych. Poza tym do dziś została mi cenna umiejętność. Żebym nie wiem jak rozlewał pół litra na pięćdziesiątki, to zawsze w butelce zostanie setka dla mnie.</p>
<p><strong>Na studiach aktorskich też pan dorabiał w gastronomii. </strong></p>
<p>Załapywałem się na wesela, jako kelner. To były rewelacyjne fuchy. Wkręciłem tam kumpla z roku &#8211; Piotrka Siejkę. Wypożyczaliśmy kostiumy ze szkoły i robiliśmy niesamowite wrażenie. Na korytarzu w akademiku ćwiczyliśmy rzucanie butelkami z wodą. Opracowaliśmy ten numer do perfekcji. Później na weselach rzucaliśmy butelkami z wódką nad głowami gości. Żadna się nie stłukła&#8230;A wódka była bezcenna, bo na kartki. Czasy były takie, że najbardziej zaufany kelner dostawał klucz od magazynku z wódką. Zgadnijcie, kto był najbardziej zaufany? Po każdym weselu akademik na Piotrkowskiej pił do upadłego. Mieliśmy z Piotrkiem świetne metody: w trakcie wesela przelewaliśmy na przykład wódę do pustych butelek po buskowiance. Już po wszystkim przychodził ojciec młodego i dawał nam po flaszce. Bonus za dobrą obsługę. A my wtedy pytaliśmy niewinnie, czy możemy sobie jeszcze wziąć skrzyneczkę buskowianki.</p>
<p><strong>Po studiach wylądował pan w wojsku. Na ochotnika?</strong></p>
<p>Bardzo śmieszne! Oczywiście, że mogłem się wykręcić na tysiąc sposobów, ale przecież grałem w serialu <em>Pogranicze w ogniu</em>. Miałem ciąg zdjęciowy, a producenci zapewniali, że film mnie wyreklamuje. „Ty w ogóle o tym nie myśl. To nie twój problem”. No i tak to nie był mój problem, że capnęli mnie na rok i wysłali do Grudziądza na kwatermistrzostwo, bo miałem rok gastronomika w papierach. Dopiero Jan Machulski wyprosił mi przeniesienie do łączności, nad Zegrze. Dwaj kaprale dowozili mnie wtedy do teatru na próby i przedstawienia. Fajni kumple. Często zresztą to ja ich woziłem, bo tylko ja byłem w stanie (<em>śmiech</em>). Jeden z tych chłopaków &#8211; Jarek Treliński &#8211; gra dzisiaj na gitarze w Raz Dwa Trzy.</p>
<p><strong>Spędził pan w koszarach cały rok?</strong></p>
<p>W końcu tylko 9 miesięcy, ale wspominam to dobrze. Czy wiecie, że ja jako żołnierz zagrałem w <em>Deja vu</em> Julka Machulskiego? Zdjęcia były w Odessie. Wykombinowałem ze swoim przełożonym, że da mi przepustkę, a ja cichaczem wylecę z ekipą do Związku Radzieckiego. I nikt, absolutnie nikt o tym się nie dowiedział. Do dziś…</p>
<p><strong>W 1994 roku po raz pierwszy spotkał się pan z PLAYBOYEM. Rozmowa odbywała się w Stodole, w przerwie koncertu grupy rapowej B.A.D. Master C. Był pan ubrany w koszulę flanelową w kratę, krótkie spodenki i buty pożyczone od Darka Kordka. </strong></p>
<p>Robiliśmy wtedy najróżniejsze wygłupy. To akurat była pewnie jakaś masakra. Zresztą teraz jak  jakiś aktor  robi 10 rzeczy na raz &#8211; gra w filmie, teatrze, prowadzi Sylwestra w telewizji, bierze udział w reklamie dezodorantu i Bóg wie co jeszcze, to mówi się o nim – „patrzcie, jaki wszechstronny”. Bo jest do cholery wszechstronny. Wszystko umie! A wówczas, wszystko czego się człowiek nie dotknął, miało odium chałtury – „Pazura rozmienia się na drobne”. Niesprawiedliwość dziejowa. Uważam, że nawet  granie do kotleta nie musi  koniecznie być chałturą. Może nią być natomiast granie <em>Hamleta</em>. Chałtura to stan ducha. Albo się jest chałturnikiem, albo nie! Dotyczy to każdego zawodu. Norwid mówił: „Błogosławiony, kto padł wśród zawodu!”. Dlatego moim i Olafa Lubaszenki idolem jest ostatnio szef zakładów spirytusowych koło Moskwy, który zmarł na marskość wątroby.</p>
<p><strong>Tamten wywiad sprzed 16 lat był bardzo przygnębiający. Ocenił pan, że czuje się jak wyciśnięta cytryna, a pana kariera stacza się po równi pochyłej.</strong></p>
<p>Byłem wtedy zniszczony, świeżo po zaocznym rozwodzie i walce o dziecko – z sądem, bo nie z matką. Poza tym przez 18 miesięcy nikt mi nie proponował pracy. Byłem na finansowym dnie, wynajmowałem mieszkanie na Ursynowie i nie mogłem zapisać dziecka do przedszkola bez zgody matki, której po prostu nie było.</p>
<p><strong>Czy rola w filmie <em>Tato</em> miała dla pana specjalny wymiar?</strong></p>
<p>Dokładnie wiedziałem, co gram. Wszystkie te emocje miałem w sobie. Były boleśnie świeże. Ale wiecie, co jest najdziwniejsze? Ja tego prawie nie pamiętam. Czyszczę się ze złych wspomnień i emocji. Zapamiętuję to, co w życiu dobre.</p>
<p><strong>Popularność po sukcesie <em>Psów </em>była dobra?</strong></p>
<p>I tak, i nie. Na pewno miałem lepiej niż Boguś Linda. Z nim ciągle różni faceci chcieli się sprawdzać. Ja miałem tylko problem z tymi napierdzielonymi, ale nie agresywnymi. Jak na ulicy szła banda zawianych kolesi, to Olaf Lubaszenko zawsze mówił do mnie: „Patrz Czarek, twój elektorat idzie” (<em>śmiech</em>). Potem dodawał: „Jakie role  grasz, taką masz publiczność”. On po <em>Krótkim filmie o miłości </em>miał całkowicie inny elektorat &#8211; dziwne, czytające wiersze, wrażliwe, pryszczate i wiecznie zakochane dziewczyny. Ale to odwieczny problem aktorów, często będących więźniami swoich ekranowych wizerunków. Przecież Sławomira Łozińska po roli Bronki w <em>Daleko od szosy</em>, dostawała w paczkach od ludzi ze wsi kiełbasę i jajka&#8230;</p>
<p><strong>W latach 90. znała pana cała Polska.</strong></p>
<p>Chwilami czułem się jak Beatles. A mając w pamięci moją przygodę z Januszem Gajosem, nie umiałem ludziom odmawiać. Zresztą do dzisiaj nie umiem. Kiedyś podszedł do mnie jakiś chłopaczek w liceum i powiedział: „Ja też kiedyś będę aktorem, jak pan! Proszę zapamiętać moje nazwisko – Janek Wieczorkowski”. Trzeba uważać (<em>śmiech</em>). Pamiętam spotkanie w Zespole Szkół Mechanicznych w Sosnowcu. Hala na 800 osób pękała w szwach. Przez trzy godziny dawałem autografy w murowanej szatni. Tłok był tak duży, że murek, za którym była szatnia, pękł! Musiałem się ewakuować. Podobnie było w Teatrze Rozmaitości w Łodzi – tam również dawałem autografy i skończyło się to przyjazdem karetki, bo młodzież chciała się zadeptać. Kiedyś po występach w Wyszkowie nie mogłem wyjechać z miasta. Przedzierałem się autem przez szpaler kilku tysięcy ludzi. Gdyby nie strażacy, którzy strzelali z armatek, żeby poodklejać ludzi od samochodu, nie dałbym rady. Płakałem, bo autentycznie bałem się, że zostanę zgnieciony jak w  konserwie. Mój Peugeot nie przeżył tej popularności. Był cały powyginany i podrapany. Wszyscy w niego walili i się do niego przytulali. Pewnie dzięki takim wydarzeniom, musiały się zmienić przepisy bezpieczeństwa w sprawie organizowania imprez masowych. Tamte czasy były specyficzne – gdy po autografach doczłapywałem się w końcu na bankiet, nie miałem co jeść i pić &#8211; wszystko zmiecione. Wiecznie niedojadałem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Nikt nie chciał się z panem sprawdzać?</strong></p>
<p>Nie, ale pobić jak najbardziej. Kiedyś w Koninie byłem gwiazdą wieczoru. Niedaleko sceny stały budy z bigosem i kiełbasą. Jak zacząłem występ, wszyscy przeszli pod scenę. Panowie od kiełbas trochę się wkurzyli – ukradłem im biznes. Nawaleni jak wory podeszli  pod scenę i zaczęli mi ubliżać: „Kurwa, nikt nie kupuje kiełbasy! Spierdalaj Pazura, ile jeszcze będziesz pierdolił, zaraz ci jebnę w ryj”. Typowy” język miłości”. Próbowałem im zwrócić uwagę, uspokoić, ale dostałem kolejną wiązankę. A publiczność myślała, że to część mojego spektaklu i zaczęła bić brawo. A ja stoję jak ten idiota&#8230; Ciężki kawałek chleba.</p>
<p><strong>Środowisko też chciało pana bić z zazdrości.</strong></p>
<p>Mimo że ja nikomu nic złego nie zrobiłem! Tylko sobie żyłem i zapierdzielałem, żeby mieć na chleb.</p>
<p><strong>Wchodzi pan czasem na „Pudelka”?</strong></p>
<p>Jak się chcemy z Edycią (<em>żoną Cezarego Pazury – przyp. red.</em>) dowiedzieć, co u nas słychać, musimy to robić (<em>śmiech</em>). Zwykle jesteśmy bardzo zaskoczeni. Problem ,że  ludzie w to wszystko wierzą. I nie można się im dziwić. Kiedyś moja własna mama powiedziała, że muszę być naprawdę bogaty, skoro zarabiam tysiąc dolarów za dzień zdjęciowy, co &#8211; jak wyliczyła pewna gazeta &#8211; miesięcznie daje sumę astronomiczną. Tylko, że rocznie możesz tych dni mieć 30, 10, albo wcale! Żyjemy w czasach paranoi. Całą wiedzę o świecie czerpiemy z mediów. A jeżeli media o czymś nie mówią, to znaczy, że tego nie ma. Nie ma więc prawdziwych &#8211; Czarka i Edyty, tylko ci opisywani przez brukowce.</p>
<p><strong>A nie lepiej po prostu nie zwracać uwagi?</strong></p>
<p>Przecież się nie da. Pewnego razu, gdy Edycia była w ciąży, przed naszym domem wjazd do garażu zastawił jej jeden samochód, a z drugiego robili jej zdjęcia. Zadzwoniłem na policję i usłyszałem, że oni nic nie mogą. Wyszedłem więc z domu i z komórki chciałem zrobić zdjęcie tablicy rejestracyjnej auta tych ludzi. W tym momencie facet na mnie ruszył. Gdybym w ostatnim momencie nie uskoczył, być może dziś byłbym kaleką. W tych samochodach siedzieli mniej więcej 16-letni ludzie, przechodzący dopiero mutację i krzyczeli piskliwymi głosami, że to ich zawód. Dobry zawód, skoro mieli lepsze samochody niż ja. W Polsce huba jest większa niż drzewo, na którym rośnie. Jeżeli oni żyją tak dobrze ze mnie, to niech mnie przynajmniej szanują. Tak samo wkurzają mnie ludzie robiący mi zdjęcia w supermarketach, a potem sprzedający je do Pudelków. Przecież to jest zwykły donos! Pytam, kiedy w tym kraju będą jasno określone granice wolności? Zdążamy w kierunku anarchii&#8230; Bo jaki to zawód – bycie bandytą z aparatem? Do niedawna sprawiedliwości można było szukać w sądach. Od jakiegoś czasu te zaczynają być przeciwko poszkodowanym. Pytam, dlaczego, co się stało? Do niczego dobrego to nie doprowadzi. Musi chyba wydarzyć się kolejna tragedia….</p>
<p><strong>A może trzeba zostać politykiem i samemu zmieniać prawo? Pan miałby szanse właściwie stuprocentowe. </strong></p>
<p>Raz wdałem się w politykę i bardzo tego żałuję. Artyście nie wolno robić takich rzeczy.</p>
<p><strong>To się działo przy okazji drugiej kampanii Kwaśniewskiego. Poparł go pan publicznie.</strong></p>
<p>Niestety publicznie. Za to się jest rozliczanym. Ja naiwnie wierzyłem i to w tamtych czasach, że w demokratycznym kraju mogę głośno powiedzieć na kogo będę głosował, jeśli mnie pytają. Okazuje się, że niekoniecznie. Jeśli mówi to artysta, to jest to „deklaracja polityczna”. Nigdy nie byłem czerwony, zawsze byłem za Solidarnością, a Lechu Wałęsa był moim idolem. Raz w życiu chciałem być bardzo oryginalny. To był na pewno mój ostatni raz. Po wszystkim pewna pani z Wrocławia napisała do mnie list, w którym stwierdziła, że wie już, dlaczego zrobiłem karierę. Że jestem nikim, pachołkiem Rosji i czerwonym pająkiem… Artyści nie mogą mieszać się do polityki – to są dwa różne, kompletnie znoszące się światy. Niezależnie od tego, czy przy władzy będą czerwoni, zieloni czy w kropki, artysta musi robić swoje! Czemu wmanewrowałem się w politykę? Do dziś zadaję sobie to pytanie.. Czy byłem pijany, czy tylko naiwny?</p>
<p><strong>Naiwność to podobno typowa cecha aktorów.</strong></p>
<p>Zgadza się. Krąży nawet taki dowcip: „Jak się nazywa szczyt naiwności? Cezary Pazura”. Zdarzało mi się nawet prosić znajomych, którym akurat było ciężko, żeby pożyczyli ode mnie pieniądze. Wręcz błagałem ich o to! A potem miałem problem z odzyskaniem kasy. Moja naiwność  chyba nie zna granic. Dlatego znieśli granice…</p>
<p><strong>Czy z tej naiwności brało się również to, że grał pan w zbyt wielu filmach?</strong></p>
<p>Trochę też, ale oględnie mówiąc, wzięło się to z głodu. Przecież byłem młodym aktorem „na dorobku”. Gdy przyszły nowe czasy, aktorzy mogli wreszcie negocjować. Można było zacząć zarabiać. Ale nie każdy grał za duże stawki. Boguś Linda powiedział mi kiedyś: „Negocjuj do oporu, ale pamiętaj, kim jesteś i na jakim etapie życia jesteś. W Polsce i tak wyżej dupy nie podskoczysz”. No i nie podskakiwałem. Dopiero w <em>Kilerze</em> wynegocjowałem sobie przyczepę na planie. Wcześniej tak kolorowo nie było i w konsekwencji być może grałem za dużo. Ale skąd miałem wiedzieć, że powinno się to dozować? Nie każdy był wtedy Lindą.</p>
<p><strong>Według Jacka Poniedziałka każdy aktor to snob, histeryk, hipochondryk i baba. Co pan, naiwniak, o tym sądzi?</strong></p>
<p>Zgadzam się. Może tylko  oprócz snobizmu. Ale na pewno aktorzy muszą szukać w sobie cech pięknej kobiety. Jak mawiał Zenon Laskowik, tylko wtedy aktor może poczuć się pełnią człowieka. Tak więc, jak patrzymy na Rourke&#8217;a, szukajmy w nim pięknej kobiety (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy pan, tak jak Mickey, próbował kiedyś boksu?</strong></p>
<p>Raz. Wziąłem udział w próbnych zdjęciach do filmu o bokserze. Pojechałem na Szombierki Bytom, by pokazać się w ringu. Przebrałem się i stanąłem naprzeciwko wielkiego kolesia bez nosa. Facet podał mi rękę: „Janek”. Ja w kasku, on nie. Obok stał jego trener, palił papieroska, spluwał co sekundę i cały czas go sztorcował: „Janek, tyko się nie bij. Ino się bruń”. Na co Janek: „Jo, jo”. Zaczęliśmy. Na początku trzymałem gardę, ale potem trochę się podnieciłem i zacząłem go nawalać. Raptem film mi się urwał. Otworzyłem oczy i zobaczyłem matę pod dziwnym kątem i z bardzo bliska. Horyzont znacznie mi się przybliżył. Usłyszałem trenera: „Janek, czemuś go uderzył?”. A zaraz po tym Janka: „No bruniłem się, bruniłem, ale wisz&#8230; – jak ja widzę dziura, to jeb!”. Zaliczyłem ciężki nokaut. Ostatnio spotkałem Grześka Skrzecza. Pytam go, jak forma. A on: „No wiesz, Czarek, przychodzą ci młodzi, chcą się sprawdzić, biją, grzeją, ja czekam, czekam&#8230; A potem raz! I śpią. Jak dzieci”. Tak się właśnie czułem w Bytomiu. Jak niemowlaczek.</p>
<p><strong>Pamięta pan swój najbardziej zabójczy, nomen omen, weekend?</strong></p>
<p>Miałem takie dwa. W czasach studiów obsługiwałem wesele, a dodatkowo brałem udział w castingu do dyplomu u Hanuszkiewicza. Byłem wtedy 72 godziny na nogach. Drugi  masakryczny  weekend zdarzył mi się podczas Dnia Wojska Polskiego podczas mojej służby w wojsku. W przeddzień byłem na warcie. Sprzątaliśmy wartownię, wiórowaliśmy podłogi – nie spałem przez 28 godzin. A potem zdjąłem buty i się przewróciłem. Wiedziałem, że nogi mogą tak śmierdzieć, ale nie moje!</p>
<p><strong>Czy grający u pana główna rolę &#8211; Paweł Małaszyński &#8211; jest playboyem?</strong></p>
<p>Chyba można zaryzykować takie stwierdzenie. Dla mnie facet ma w sobie coś magnetycznego, miło się na niego patrzy, a kamera go kocha. Dziewczyny oszaleją, bo dla mnie Małach z <em>Weekendu </em>to<em> </em>wreszcie prawdziwy Małach – macho pierwsza klasa. Taki Bogusław Linda albo Bruce Willis – charyzmatyczny, przystojny, utalentowany i co najważniejsze – sprawny motorycznie. Śmialiśmy się na planie, że powinien dostać specjalną nagrodę w Gdyni za „chodzenie”. Żaden aktor w Polsce tak się nie porusza. Ten facet potrafi nawet chodzić w wolnym tempie, nie potrzebuje do tego specjalnych kamer i trików.</p>
<p><strong>Pana też wyróżnia specyficzny chód.</strong></p>
<p>Racja. Kiedyś notorycznie zakładałem kominiarki z daszkiem, żeby mieć święty spokój na ulicach. I co? Ludzie mnie od tyłu poznawali. Prosili o autografy i mówili, że od razu po chodzie wiedzieli, że to Pazura. „W <em>Psach</em> też pan tak dziwnie chodził”.</p>
<p><strong>Czyli nikt nie brał pana za Lubaszenkę?</strong></p>
<p>Nie, ale często ludziom myli się moje imię. I wtedy zawsze mówią do mnie „panie Sławku”. Nie Cześku, czy inaczej, ale właśnie Sławku! Widocznie wyglądam na Sławka. Albo każdy Sławek powinien wyglądać jak ja. Wiem też, że C. Pazura robi schody pod Warszawą. Drugi sprzedaje podobno pralki i lodówki przez telefon. Trochę nas jest, ale przecież wiadomo, że od sprzętu AGD mamy innego filmowca (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czeka pan, jako debiutujący reżyser, z utęsknieniem na oceny krytyków? Na &#8211; jak sam pan to ujął &#8211; orkiestrację opinii?</strong></p>
<p><em>Weekend</em> ma dobre recenzje jeszcze przed premierą. Bardzo mnie to cieszy. To udana, szlachetna komercja. A w przyszłym roku zrobię film <em>MiSH MasH</em> ze scenariuszem tego samego autora (<em>Lesław Kaźmierczak – przyp. red.</em>). To dopiero będzie kino! Jeszcze piętro wyżej od <em>Weekendu</em>. Może nawet sam w nim zagram? Oczywiście z  Małaszyńskim&#8230;</p>
<p><strong>I z kim jeszcze?</strong></p>
<p>Będę potrzebował fajnych dziewczyn. Wy macie większy przegląd, więc umówmy się, że zdjęcia próbne odbędą się w waszej redakcji.</p>
<p><strong>Jesteśmy za.</strong></p>
<p>Czyli umowa stoi. A wiecie, kto miał grać w <em>Weekendzie</em>?  Teraz mogę już chyba to powiedzieć. Paris Hilton. Z jej agentem byliśmy po bardzo zaawansowanych rozmowach, ale dziewczyna zniknęła, po prostu przepadła. Szkoda, bo nie była droga, paradoksalnie – i miałaby gdzie w Warszawie mieszkać za darmo (<em>śmiech</em>). Nie dogadaliśmy się z Alicją Bachledą-Curuś, chociaż też było blisko. Wreszcie dostaliśmy pozytywny odzew od Lady Gagi. Niestety, w czasie naszych zdjęć miała trasę koncertową. I dobrze. Dzięki temu możemy się cieszyć z Małgosi Sochy.</p>
<p><strong>Niektórzy cieszyli się z niej, a nawet z nią, dzięki jej udziałowi w „Tańcu z gwiazdami”. Ale to pan na studiach miał ponoć ksywę „Barysznikow”&#8230;</strong></p>
<p>Któryś z kolegów tak wymyślił. Pewnie trochę ze złośliwości. Były czasy, kiedy robiłem wszystkie możliwe szpagaty, a nogę wsadzałem sobie za głowę. Ładna sylwetka, duże możliwości – moim nauczycielem był pan Kazimierz Knol – „primabaleron” Teatru Wielkiego w Łodzi. Dziś bardzo bym tak chciał, ale nie mogę.  Ciekawe dlaczego?</p>
<p><strong>Najpierw siada dynamika.</strong></p>
<p>Najważniejsze, żeby erekcja nie usiadła. Choć i to jest teraz uleczalne.</p>
<p><strong>A propos, kogo chciałby pan zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p>Małgosię Sochę. Bo w filmie jej, niestety, nie „rozebrałem”. Nie było powodu. Szkoda…</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Kiedy Juliusz Machulski kręcił <em>Seksmisję</em>, to wszystkie dziewczyny, które w niej statystowały, mieszkały w naszym akademiku. Oj, był wypas. Dla kolegów…</p>
<p>Po premierze <em>Jasnych, błękitnych okien</em> powiedziałem Bogusiowi Lindzie: „Jak na ciebie, to za mało krwi” (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Przy okazji kręcenia <em>Szczęśliwego Nowego Jorku</em> Kasia Figura poznała mnie z Harveyem Keitelem. Było miło, ale mało pamiętam.</p>
<p>Tak jak niektórzy nie kojarzą Eastwooda z aktorstwem, tylko z reżyserią, tak inni kojarzą mnie dziś z kabaretem, a nie z <em>Psami</em>.</p>
<p>Próbowałem wielu rzeczy – głodówek, lewatyw, pierścieni Atlantów i bioenergoterapeutów. W końcu zrewidowałem swoje poglądy. Dziś wiem, że trzeba mieć w sobie siłę. Wystarczy na co dzień dobrze się odżywiać, a od czasu do czasu w piątki nie jeść i pić tylko wodę. Czytałem gdzieś, że u przeciętnego 40-latka w jelicie grubym występuję między 5 a 15 kilogramów złogów, które gniją i podobno z nich robi się z nich rak. Znam teorię, że oczyszczanie organizmu trwa dokładnie tyle, ile jego trucie. A tak długo przecież ludzie nie żyją (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Zbyszek Nowak, czyli „Ręce, które leczą” pomógł mi wynająć dom. Nie mogłem znaleźć klientów od miesięcy. Zbyszek na odległość wyrównał energię i przed domem ustawiła się kolejka chętnych. Po dwóch tygodniach był wynajęty.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/cezary-pazura/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maria Peszek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maria-peszek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maria-peszek/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 30 Nov 2010 15:06:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Peszek Maria]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2924</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 11, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Szymon Rogiński &#8211; Jak wygląda klęczący pies? Mogę pokazać, chcecie? (Maria wstaje, następnie zginając się w pasie pochyla się do przodu, swobodnie opuszcza ręce, po czym podwija dłonie i przedramiona pod siebie, jednocześnie starając się dotknąć łokciami podłogi, nie uginając nóg w kolanach – [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/11/Maria-Peszek.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2930" title="Maria-Peszek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/11/Maria-Peszek.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a></strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 11, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Szymon Rogiński<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Jak wygląda klęczący pies?</strong></p>
<p>Mogę pokazać, chcecie? (<em>Maria wstaje, następnie zginając się w pasie pochyla się do przodu, swobodnie opuszcza ręce, po czym podwija dłonie i przedramiona pod siebie, jednocześnie starając się dotknąć łokciami podłogi, nie uginając nóg w kolanach – przyp. aut.</em>). Pies klęka na przednich łapach, a pupę ma do góry. Ogon koniecznie wyprostowany. Łeb w dół. Cała sylwetka tworzy taką pochylnię. To może być bardzo ładny widok. Zależy, od której strony patrzeć. A czemu pytacie?</p>
<p><strong>Bo bardzo nam się spodobał tekst z książeczki do twojej płyty DVD &#8211; <em>Na kolana psy!!! To jest muzyka.</em> Teraz już wiemy, w jakiej pozycji powinni się znaleźć wszyscy, którzy wypisują o tobie najgorsze rzeczy. </strong></p>
<p>Oni by klęczeli jak psy, a ja smagałabym ich batem po zadach. Taka kara?</p>
<p><strong>Należy się. Na przykład za: „ma mordę jak martwa świnia”. </strong></p>
<p>To akurat komplement. Widziałam martwą świnię i była piękna. Było to w Wigilię Bożego Narodzenia. Chodziłam sama po plaży. Pusto, mróz, zielono-niebieskie światło, cudownie. I wtedy zobaczyłam, że morze wypluło coś wielkiego.</p>
<p><strong>Świnię?</strong></p>
<p>Dziką. Wyglądała jak Marilyn Monroe w swojej ostatniej, bardzo charakterystycznej, przedśmiertnej sesji. W sierści miała muszle i wodorosty. Woda, co i rusz, przykrywała ją delikatną pianą. Świnia przybierała różne pozy, była fioletowo-różowo-błękitno-niebieska.  Wyglądała przepięknie. Niestety, nie miałam aparatu i nie mogłam jej utrwalić. Ale niedawno byłam z moim konkubentem, Edkiem w Wietnamie. W nocy zrobiliśmy tam sesję wzorowaną na martwej, dzikiej świni. Tarzałam się po plaży, a morze mnie oblewało. Jedno ze zdjęć ukazało się w magazynie „Existence”. Uważam, że bardzo dobrze wypadłam w roli świni. Co prawda jestem bardziej żywa, ale podobieństwo jest niezaprzeczalne.</p>
<p><strong>Do reszty obelg podchodzisz z podobnym dystansem?</strong></p>
<p>Staram się.</p>
<p><strong>Nie dość, że „Peszkowa nie ma cycków”, jest „brzydką, małą, karłowato-wymiotną menelicą”, to jeszcze tworzy muzykę dla „skurwiałych, artystycznych spierdoleńców”. </strong></p>
<p>Wiecie, jak wpadłam na pomysł tej książeczki? Zdałam sobie sprawę, że w Polsce wszystko jest albo czarne, albo białe. I takie są też komentarze na mój temat w internecie. Albo mnie ludzie kochają, albo szczerze nienawidzą. Nie ma nic pośrodku.</p>
<p><strong>Bo „Peszek można kochać ALBO pieprzyć”.</strong></p>
<p>W wyborze  internetowych wpisów pomagały mi dwie super dziewczyny. A ostatecznym segregatorem był oczywiście Edek. Efekt jest według mnie mocny. Ciekawe, co ludzie na to powiedzą.</p>
<p><strong>To samo, co jest w tej książeczce.</strong></p>
<p>Plus, że to „szczyt wszystkiego, że Peszek zarabia jeszcze na tym pieniądze” (śmiech). A tak na poważnie, to płyta z „najmniejszym koncertem świata” ma być takim symbolicznym wiekiem do trumny Marii Awarii. Chcę już zamknąć ten rozdział. Dlatego ruszamy w ostatnią trasę pod hasłem „Maria Awaria- Inwentaryzacja”. W Warszawie, 14 grudnia, nastąpi pogrzeb. Później chciałabym zajmować się już czymś nowym.</p>
<p><strong>King Kongiem?</strong></p>
<p>Między innymi. Ale wkurzył mnie Fisz, bo też nagrał utwór o King Kongu. Mamy chyba podobną wrażliwość. Już kilka razy zdarzyło się nam pisać o tym samym. Chociaż trochę inaczej. Fisz też śpiewa o majtkach: „Bloki różowe, jak majtki osrane&#8230;”. Dla mnie to szczyt poezji. Uwielbiam go&#8230; Natomiast nowa Maria znajduje się w bolesnej fazie krystalizacji.  Wydaje mi się, że trzeba będzie długo na nią poczekać.</p>
<p><strong>Ale nadal będziesz wydawała z siebie „nieludzkie i prymitywne odgłosy”?</strong></p>
<p>Tak. Mam nawet zamiar drążyć ten prymitywizm. Nie wiem kompletnie, jaka będzie moja nowa odsłona. Czas pokaże. Moim mottem jest jeden z cytatów z netu: „Mario Pe, żądam od ciebie jeszcze większej wielkości!” Na razie można poobcować z DVD. <em>Najmniejszy koncert świata</em> to dziwny twór. Trudne przeżycie dla mnie. Bo ja czerpię energię z publiczności. A tu gram wielki koncert tylko dla 20 osób. Byłoby super, gdyby odbywał się w jakimś kameralnym miejscu. Tymczasem była to olbrzymia hala, siedem kamer i 20 widzów-freaków. Efekt artystyczny jest bardzo ciekawy, ale to nie jest koncertowe DVD Marii Peszek, bo moje koncerty są całkowicie inne.</p>
<p><strong>Kiedyś rodzinny znachor stwierdził u ciebie niewyrównanie energii jin i jang.</strong></p>
<p>A wczoraj socjolog-kulturoznawca, który robił ze mną wywiad i przy okazji różne dziwne badania, stwierdził, że jestem szamanem. Bo według niego na przykład Doda to  królowa, która musi mieć orszak i bogactwo &#8211; królewskie atrybuty. A Peszek to szaman, zawsze ma coś na głowie i lubi się rozbierać. I ja tak mam. Uwielbiam dziwne nakrycia głowy, a na scenie się rozbieram. To jest silniejsze ode mnie. Może to nie ja, tylko właśnie ten szaman we mnie tak ludzi denerwuje i wywołuje skrajne emocje? Jedni uważają, że jestem świrnięta, a drudzy są moimi wyznawcami.</p>
<p><strong>Od kiedy jesteś szamanem?</strong></p>
<p>Od wczoraj o tym wiem. A jestem pewnie od dzieciństwa albo wczesnej młodości. Nawet jako aktorka zawsze się rozbierałam na scenie. Tak się jakoś układało.</p>
<p><strong>To może ułożymy coś razem?</strong></p>
<p>Ale że co? Ja w PLAYBOYU!!? Nie nadaję się. Jestem zaprzeczeniem waszych dziewczyn. Ale ostatnio z kolegami zrobiliśmy bardzo piękne, trochę lynchowskie zdjęcia dla sklepu erotycznego Horn &amp; More. Być może będzie z tego wystawa albo coś. Na zdjęciach jestem ubrana w zasadzie tylko w pończochy, które moja babcia przywiozła w latach 50. ze Stanów. Nie ma tam żadnych poprawek, bo niczego nie trzeba poprawiać. Na zdjęciach wyglądam trochę jak połączenie Marilyn Monroe z przedśmiertnej sesji i Patricii Arquette z <em>Zagubionej autostrady</em>. Mam długie blond włosy i zero makijażu. Jest trochę śmiesznie i trochę strasznie – bardzo fajnie.</p>
<p><strong>A propos strasznie&#8230; Ile, wy Peszkowie, macie dusz na koncie?</strong></p>
<p>W jakim sensie?</p>
<p><strong>W takim, że twoja babcia, gdy ktoś jej nadepnął na odcisk, potrafiła powiedzieć: „obyś zdechł”, a następnego dnia osobnik się topił. Teraz podobno takie zdolności ma twój tata. Po nim czas na ciebie. </strong></p>
<p>Ale tamten facet nie nadepnął babci na odcisk, tylko chwycił za pupę, przycisnął do drzewa i na siłę, wbrew jej woli, pocałował. To chyba różnica. Ile mamy dusz na koncie? Nie wiem. Tatę trzeba pytać, bo ma mniej skrupułów. Ja się staram nie korzystać z tych mocy. Chyba się boję.</p>
<p><strong>Czy to była ta sama babcia, która przysyłała wam śmieszne peruki?</strong></p>
<p>Tak. W naszym domu nie oglądało się telewizji. Zawsze były ciekawsze rzeczy do robienia. Przychodzili wujkowie i zaczynała się zabawa. Wyjeżdżał kufer z perukami i wszyscy się przebierali. Umieraliśmy ze śmiechu.</p>
<p><strong>A czasami wszyscy się zbieraliście, żeby opowiadać zbereźne rymowanki.</strong></p>
<p>Wszystkie są nie do druku, z racji ich przerażającej zbereźności. Nie namówicie mnie&#8230;</p>
<p><strong>Nawet nie próbujemy. Opowiedz nam lepiej, dlaczego nie zostałaś baletmistrzynią.</strong></p>
<p>Do szkoły baletowej chodziłam przez 3 lata, po 4 razy w tygodniu. Niestety byłam za drobna i za mała. Ale tak naprawdę to nieciekawa sprawa. Miałam dosyć zazdrosnych dziewczyn oraz walk i awantur w szatni. Wszystkie były załamane, że rosną im piersi, nieustannie się zachudzały i zaharowywały. Tak naprawdę balet to wstęp do anoreksji.</p>
<p><strong>Faceci w balecie mają łatwiej?</strong></p>
<p>Prawie ich tam wtedy nie było. Mój brat był tylko przez chwilkę&#8230; Ups, nie wiem, czy on się do tego chce dziś przyznawać&#8230; Ale w sumie jako kolejny gej w rodzinie, nie ma się czego wstydzić. Całe życie musiałam się przecież mierzyć z tym, że mój tata to gej. I brat. I wujkowie. Wszyscy (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Ale nie wszyscy Peszkowie lubili biegać tak, jak ty.</strong></p>
<p>Przez 4 lata byłam uczennicą szkoły sportowej. Moją domeną były sprinty, ale ponieważ zawsze byłam druga, przestało mnie to interesować.</p>
<p><strong>Judo?</strong></p>
<p>Mój trener stwierdził, że jestem straconym talentem.</p>
<p><strong>Zdolna bestia z ciebie.</strong></p>
<p>Uczyłam się łaciny i greki, francuskiego, włoskiego, angielskiego i rosyjskiego. Uwierzcie mi &#8211; sporo rzeczy robiłam w życiu.</p>
<p><strong>A w tenisa grasz?</strong></p>
<p>Nie, bo trzeba za długo trenować, żeby być dobrym. Mój Edek jest totalnie popieprzonym tenisistą. Gra dwie godzinny dziennie! Ja nie gram, bo mam tak słabe oczy, że z wysiłku mogłoby się co nieco oderwać. Ale czy to przypadkiem nie robi się rozmowa do periodyku „Mój tenis”? Już lepszy byłby „Mój penis” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Narzekałaś, że chłopaki cię nie podrywali, bo późno zaczęły rosnąć ci piersi.</strong></p>
<p>Jak macie 13 lat, patrzycie tylko na cycki. Tak już wam zresztą zostaje. W tamtym czasie byłam „kolegą” i „kumplem”. Żaden z chłopaków nie traktował mnie poważnie. Wszystko zmieniło się na początku ósmej klasy. Wróciłam do szkoły w nowych trampkach i z nowymi cyckami. Dla niektórych było to prawdziwe  oświecenie&#8230; W liceum byłam z chłopcem o ksywie „Komandos”, który miał jazdę na Legię Cudzoziemską. Chodził w moro, kolekcjonował pistolety, ręce pachniały mu prochem&#8230; „Komandos” był uwielbiany przez całą szkołę. Wszystkie koleżanki mi zazdrościły.</p>
<p><strong>To była twoja pierwsza, prawdziwa miłość?</strong></p>
<p>Moją pierwszą miłością był gej. Mając dziewięć lat, nagrywałam mu wiadomości na sekretarkę: „Tu Maria X. Kocham cię” (<em>śmiech)</em>. To był znajomy rodziców, który kompletnie mnie rozpuszczał. Potem moją wielką miłością był Jacek Poniedziałek. Byłam wtedy w siódmej klasie podstawówki, a on był studentem taty. Zakochałam się w nim śmiertelnie. Jacek malował u nas mieszkanie z innym chłopakiem ze szkoły aktorskiej. Siedzieli półnadzy na tych drabinach, a ja dostawałam gęsiej skórki. Pamiętam, że Jacek świetnie się zachował i potraktował mnie bardzo poważnie. Poszliśmy do knajpy, w której wytłumaczył mi, że to się nie uda, bo nie może się udać. Nie bolało. Po prostu okazało się, że mam słabość do gejów. Zresztą do dzisiaj nie umiem poznać, kto jest jakiej orientacji. Pewnie dlatego, że kompletnie nie ma to dla mnie znaczenia.</p>
<p><strong>Zakochiwałaś się w gejach. A w lesbijkach?</strong></p>
<p>Nigdy. Mimo, że wśród moich fanów i antyfanów jest front, który dowodzi, że jestem lesbijką. To dziewczyny się we mnie zakochują i często podrywają. A ja tego kompletnie nie zauważam. Chyba, że sprawa jest postawiona wprost, tak jak ostatnio. Siedziałam z kolegą w knajpie i cały czas uśmiechała się do mnie jedna dziewczyna. Pomyślałam, że mnie rozpoznała i że jest po prostu miła. Albo, że podrywa mojego znajomego. Ona jednak w pewnym momencie podeszła i ostentacyjnie wręczyła podkładkę do piwa z numerem telefonu i notatką: „Zadzwoń do mnie. Wiem, że chcesz”. Fajne, co? Facet by tego tak nie zrobił.</p>
<p><strong>Wyrzuciłaś czy zachowałaś?</strong></p>
<p>Zachowałam. Przecież to może być niesamowita rzecz. Każda miłość wymaga odpowiedniego momentu i czasu. Teraz jestem zarobiona (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jakie plakaty wisiały nad łóżkiem małej Marysi?</strong></p>
<p>Żadne! Głównym gościem w naszym domu był Krystian Lupa. Czy wyobrażacie sobie, żeby nad łóżkiem wisiał u mnie Limahl? Moja wspaniała niania ze wsi próbowała mi popsuć gust, ubierając mnie w różowe koronkowe sukienki, ale nigdy nie wkroczyła na tematy kulturowe.</p>
<p><strong>Czy reżyser Lupa pamięta twoje pierwsze występy publiczne w trakcie rodzinnych imprez u Peszków?</strong></p>
<p>Zawsze twierdzi, że są to dla niego niezapomniane inspiracje. Wcale się temu nie dziwię! Z bratem „wystawialiśmy” między innymi <em>Kworę, córkę delfinów</em> i <em>Opowiadanie króla Wysp Hebanowych</em>. Sami reżyserowaliśmy i występowaliśmy. A za publikę mieliśmy Lupę, Słobodzianka, Mikołaja Grabowskiego i Krystynę Feldman.</p>
<p><strong>Nie miałaś wtedy żadnych idoli?!</strong></p>
<p>Moim jedynym był James Dean. Mieszkaliśmy z bratem w jednym pokoju. Ja zbierałam karteczki i notatki na temat Deana, on zasypiał pod plakatem Neny. Można więc powiedzieć, że był to jedyny plakat w moim pokoju.</p>
<p><strong>Jak stawałaś przed lustrem, to udawałaś Deana?</strong></p>
<p>Panowie, ja wtedy grałam na pianinie. Chciałam być Bachem, Mozartem, Lisztem! Ciężko ich było udawać przed lustrem. Z bratem ćwiczyliśmy granie od dziecka. Przychodziły do nas panie i się z nami męczyły. Mieliśmy pianino, na którym zawsze ktoś grał, a to babcia, a to rodzice&#8230;</p>
<p><strong>Byłaś skazana na zostanie artystką. Miałaś w ogóle jakieś epizody nieartystyczne?</strong></p>
<p>Przez tydzień pracowałam jako kelnerka w krakowskim Pałacu Pugetów. Zwolniono mnie za gadanie z klientami (<em>śmiech</em>). Byłam też przez chwilę opiekunką do dzieci na Alasce. Okazało się to kompletną porażką. Trójka dzieci związała mnie tak, że nie mogłam się ruszyć. Potem zabrali mi okulary, mając z tego wielką radochę. Masakra. W Stanach również sprzątałam, malowałam i patroszyłam łososie&#8230;</p>
<p><strong>Na Alasce wylądowałaś dzięki kuzynowi Bernardowi.<br />
</strong><br />
Jego matka i moja babcia były kuzynkami. Bernard jest prawnikiem, który w latach 70. prowadził kancelarię zajmującą się sprawami ropy naftowej. Zarobił straszną ilość pieniędzy, przestał pracować, a następnie zaczął podróżować po całym świecie, zajmując się równocześnie  fundowaniem stypendiów dla młodych i zdolnych. Dzięki niemu miałam opłacone dwa semestry na Alasce. Przez cały rok płaciłam tylko za telefony. Rodzice trochę się przestraszyli, kiedy dostałam to zaproszenie. Byłam w trzeciej klasie liceum&#8230;</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że był to rok kolorowego życia. </strong></p>
<p>Byłam uroczą siedemnastolatką, braną przez niektórych za radziecką agentkę. Miałam dziwny akcent, byłam z dziwnego zakątka świata, byłam „inna”. Amerykanie lubią wszelkie inności. „Inny” na świecie znaczy „zajebisty”. Tylko w Polsce to synonim słowa „zajebać”. Jako „inna” zamiast angielskiego uczyłam się tam francuskiego&#8230; po angielsku. Poza tym uczyłam się stepować, ćwicząc w drewnianej saunie. Chodziłam też na zajęcia z twórczego pisania.</p>
<p><strong>Byłaś porównywana do Conrada.</strong></p>
<p>Bo myślałam po polsku, a pisałam po angielsku. Moja nowela nosiła tytuł <em>Kąsając brzozy</em>. Motto brzmiało: “Kąsając brzozy, biegnę soczyście brocząc życiem, choć świat milczy wkoło, ja będę krzyczeć.” Przerażające, co? Ale wydrukowali. Odniosłam sukces (<em>śmiech</em>). Poza tym uczyłam się aktorstwa eksperymentalnego. Udawałam, że techniki Grotowskiego mam w jednym palcu. Prawda jest taka, że te kursy to była ściema, ale poznałam dzięki nim fantastycznych hipisowskich wariatów, oszalałych gejów i ambitnych szaleńców-pseudoreżyserów.</p>
<p><strong>Dzięki nim w sztuce Artaud mogłaś zagrać „skorpiony wychodzące z penisów”. Jak się to robiło?</strong></p>
<p>Przede wszystkim bardzo dużo się paliło. Chociaż miałam surowo przestrzegać trzech zasad „D”: no drinking, no drugs, no dating, niestety, nie podporządkowałam się żadnej (<em>śmiech</em>). Nigdy wcześniej nie paliłam papierosów. Na Alasce zaczęłam od marihuany, która była tam wtedy legalna i wszyscy bezczelnie ją jarali. Piłam też trochę alkoholu. A trzecie „D” złamałam, zakochując się w dziewięć lat starszym, szalonym Brianie, którego poznałam na lekcjach francuskiego, na które przychodził tuż po swoich nocnych zmianach w Tesco. Był tam magazynierem. Blady, wielki, włochaty, zawsze z termosem kawy. Miał motor, pokruszone zęby i był niesamowity! Ale wszędzie już o tym mówiłam.</p>
<p><strong>Co robi dziś Brian?</strong></p>
<p>Został rangerem w Parku Narodowym.</p>
<p><strong>Poznałaś go z Edkiem?</strong></p>
<p>Tak, ale jakoś nie zaiskrzyło&#8230;</p>
<p><strong>W Ameryce dzięki Brianowi obejrzałaś po raz pierwszy film pornograficzny.</strong></p>
<p>Na przyjęciu, u niego w domu. Byłam wstrząśnięta. Tym bardziej, że film był wyświetlany przez projektor na wielką ścianę. Wzwody były wielkości samochodów! Wszyscy aktorzy mieli tam tygrysie outfity, typu szlafrok w panterę (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Masz dziś swój ulubiony film dla dorosłych?</strong></p>
<p>Mam. To świetne, absolutnie piękne porno na podstawie scenariusza Pasoliniego. Dzieje się w jakimś starożytnym mieście sfinksów, w którym pod wpływem deszczu ożywają rzeźby faunów. Poza tym, co to znaczy ulubiony film porno? Ważne, żeby był skuteczny.</p>
<p><strong>Czy po roku w Stanach, chciałaś wracać do Polski?</strong></p>
<p>Nie. Przecież byłam zakochana. Potem Brian do mnie przyleciał. Przez długi czas mieszkał ze mną i moimi rodzicami. Byli święci, że to przeżyli.</p>
<p><strong>Twój tata w szczególności. Były czasy, że ubierał się i wychodził z domu, żeby dowalić komuś, kto cię skrzywdził. Dzisiaj też tak ma?</strong></p>
<p>Nie. Teraz zajmuje się tym Edek. Tata jest na emeryturze i musi odpoczywać. Nie może się stresować. Zresztą nigdy nikomu nie przywalił. Ale zawsze wychodząc, krzyczał, że zabije tego drania. Dzięki temu czułam się uratowana.</p>
<p><strong>Łatwo cię skrzywdzić?</strong></p>
<p>„Morda jak martwa świnia” nie wystarcza. Ale ponieważ wiele z siebie daję, oczekuję tego samego od innych. Mam wygórowane wymagania wobec świata i siebie, więc często dostaję po dupie.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że ciągle masz kontakt z koleżankami z Ameryki Południowej, z którymi mieszkałaś na Alasce.</strong></p>
<p>Raz na dwa lata spotykamy się w różnych miejscach świata. Nie zawsze na te spotkania jeździłam, bo byłam głupia. Wydawało mi się, że mam za dużo pracy. W ten sposób przepadł mi karnawał i plaża w Brazylii. Dziś jestem mądrzejsza i w temacie podróży stałam się koniunkturalistką. W tym roku jadę na pewno! Spotkanie wypada na Kostaryce. Wynajmujemy dom na plaży. Wszyscy przyjeżdżają z kimś, w sumie będzie 21 osób.</p>
<p><strong>Pamiętasz, co zrobiłaś, gdy Anna Polony na egzaminie w szkole teatralnej kazała ci zapłakać nad grobem Jana Peszka?</strong></p>
<p>A co mogłam zrobić? Roześmiałam się. To był hardcore. Również dla mojego ojca, jak się o tym dowiedział. On jest wielkim przeciwnikiem tzw. „krakowskiej szkoły aktorstwa”, a to była klasyczna jej metoda.</p>
<p><strong>Twój tata to przystojniacha?</strong></p>
<p>O, na maxa. A dlaczego pytacie?</p>
<p><strong>„Bo urodę masz po ojcu” &#8211; jak można przeczytać na okładce DVD.</strong></p>
<p>To, co miało mnie urazić, bardzo mnie połechtało. Może dlatego, że „jestem przystojna, jak na kobietę” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A dodatkowo skrycie kochałaś się w ministrze Sikorskim. Jak minister zareagował na te rewelacje?</strong></p>
<p>Kancelaria Pana Ministra zadzwoniła z zaproszeniem na kawę. Nie mogłam skorzystać, bo byłam w trasie. Jakiś czas później spotkaliśmy się w make&#8217;upowni TVN-u, a on zapytał: „Mam nadzieję, że nie jestem rozczarowujący na żywo?”. To było miłe.</p>
<p><strong>Dlaczego wolisz towarzystwo męskie od kobiecego?</strong></p>
<p>Bo mam z kobietami mniej tematów do rozmów. Zwykle dziewczyny gadają o dzieciach, swoim ciele, urodzie i kosmetykach, a ja wolę o polowaniach. Mam po prostu bardziej męskie upodobania. Ale pamiętajcie, że moim najlepszym „kolegą” jest Maria Seweryn.</p>
<p><strong>Wiemy, że nie podoba ci się też, że „kobiety rozmawiają o fiutach dość okropnie”.</strong></p>
<p>O matko! Nie sądzę, żebyście wy tak brzydko rozmawiali o psitkach. Dla was każda psitka jest cudowna. Dla kobiet wasze ptaki cudowne często nie są, a do tego jesteście w tych rozmowach często sprowadzani tylko do swoich końcówek. Kobiece recenzje są bezlitosne. Za brutalne jak dla mnie, choć nie chciałabym być jakąś specjalną rzeczniczką penisów.</p>
<p><strong>Ale zadów chyba byś mogła.</strong></p>
<p>O tak, bo męskie zady są wspaniałe. Uważam, że jeden z najlepszych w showbizie ma mój brat. Trenuje kick boxing, dzięki któremu ma wysoką i okrąglutką pupę. Miałam kiedyś pomysł, żeby zrobić odjechane sesje z pośladkami znanych panów w roli głównej. W mojej dziesiątce znalazł się też Marcin Meller, którego chciałam zdjąć w stylu Arakiego, tego Japończyka, który wiąże modelki. Wydawało mi się, że Meller jest mięsny. Że dobrze by go było tak powiązać, żeby to mięso jeszcze bardziej wyszło na wierzch (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jesteś egzaltowana?</strong></p>
<p>Bywam. Poza tym często wpadam w szał, jestem histeryczna. Wtedy muszę sprzątać łazienkę. Uwielbiam czyścić kible w takim nastroju.</p>
<p><strong>Ciekawe hobby. O tym z koleżankami raczej nie pogadasz.</strong></p>
<p>Na pewno, bo wszystkie mają swoje pomoce domowe. Są wobec tych pań równie bezlitosne, jak wobec waszych wzwodów.</p>
<p><strong>A ty jesteś bezlitosna wobec producentów rozrywkowych programów telewizyjnych. Nie śpiewasz, nie tańczysz, nie ma cię na lodowisku&#8230;</strong></p>
<p>Ale cały czas dzwonią. Świadczy to o tym, że ciągle jeszcze jestem atrakcyjna (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wiemy, że płeć nie ma dla ciebie żadnej wagi i byłabyś szczęśliwa również jako mężczyzna. Którym z nas wolałabyś być?</strong></p>
<p>O rany! (<em>Maria w tym momencie wstaje i mierzy nas z dystansu – przyp. aut.</em>). Powiedzmy, że chciałabym być jednego dnia jednym, drugiego – drugim, a trzeciego dnia zostałabym tym lepszym z was&#8230; Na poziomie urody najlepszy byłby miks. Arek jest bardziej mną – chaotyczny, emocjonalny, coś bazgrze, gniecie. Łukasz to konkreciarz, odznacza pytania ptaszkami, jest uporządkowany jak jakiś Niemiec – nie znam tej cechy, więc mnie pociąga. Wychodzi na to, że Arek to bardziej kobieta, a Łukasz to bardziej facet.</p>
<p><strong>Jak dużo konfabulacji było w naszej rozmowie?</strong></p>
<p>75 procent. Reszta to prawda, choć i ona bywa złudna. Tak naprawdę to tylko patroszyłam łososie&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maria-peszek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Andrzej Grabowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/andrzej-grabowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/andrzej-grabowski/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 20 Sep 2010 09:00:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Grabowski Andrzej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2757</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 8, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Robert Laska &#8211; Jak urzędnicy podglądają prostytutki? Wiem, że mam taką rolę w swojej filmografii, ale naprawdę nie pamiętam, żebym coś takiego grał. Czy tego typu pytanie to „pieprzenie w bambus”? Klasyczne! Pieprzenie w bambus jest dzisiaj domeną polityki. Ale też w ogóle czasów [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Andrzej-Grabowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2762" title="Andrzej-Grabowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Andrzej-Grabowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a></strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 8, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.robertlaska.com/ ">fot. Robert Laska</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jak urzędnicy podglądają prostytutki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wiem, że mam taką rolę w swojej filmografii, ale naprawdę nie pamiętam, żebym coś takiego grał.</p>
<p><strong>Czy tego typu pytanie to „pieprzenie w bambus”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Klasyczne! Pieprzenie w bambus jest dzisiaj domeną polityki. Ale też w ogóle czasów współczesnych. Wywiady świetnie się w to wpisują. Popieprzymy więc, ile się da.</p>
<p><strong>Oby tylko czytelnicy mieli z tego przyjemność. </strong></p>
<p>Ludzie zwykle mają radość z pieprzenia&#8230; Niektórym z czasem to przechodzi, ale i tak nikt się do  tego nie przyznaje.</p>
<p><strong>Przyjemność z patrzenia nie przechodzi nigdy. Czy wobec tego wesprze nas pan w staraniach o sesję Zuzi Grabowskiej?</strong></p>
<p>O, nie ma mowy! To znaczy, nie odmawiam oczywiście w jej imieniu. Jeśli dostanie propozycję, to zrobi, jak uważa. Ale ja nie będę was wspierał. Znając jednak Zuzię, nie sądzę, żeby się zgodziła&#8230; Albo się mylę.</p>
<p><strong>A jak się pan pomyli, to co pomyśli?</strong></p>
<p>Nic nie pomyślę. Albo obejrzę, albo nie obejrzę. Po gombrowiczowsku. Może bym nie chciał oglądać? Ale to nie kwestia pruderii. Po prostu byłoby to dla mnie dziwne. Co nie oznacza, że nie oglądam u was innych dziewcząt. Z przyjemnością zresztą.</p>
<p><strong>Czy Zuzia zadzwoniłaby do pana, by spytać, co pan myśli o takiej propozycji?</strong></p>
<p>Pewnie tak, ale niczego bym jej nie doradził. Pan Bóg obdarzył nas rozumem i wolną wolą. Należy z tego korzystać.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Córka jest wstydliwa?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na pewno była. W dzieciństwie Zuzia okazywała się bardziej wstydliwa nawet ode mnie. W 1989 roku dostałem główną rolę w pewnym niemieckim filmie. 6-letnia wówczas Zuzia miała zagrać epizodzik, dosłownie jedną kwestię. Kłopotów było z nią co niemiara. Nigdy nie pomyślałbym, że zostanie aktorką. A tymczasem moja druga córka wybiera się do szkoły teatralnej&#8230;</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że w dzieciństwie był pan tak wstydliwy, że nie brał udziału w przedstawieniach, które wystawiał pański ojciec.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tata dorabiał sobie na studiach, statystując w Teatrze Słowackiego. Przez całe życie powtarzał, że grał z Osterwą. Tak naprawdę ojciec stał na scenie, na której grał Osterwa (<em>śmiech</em>). Miłość do teatru jednak mu pozostała i w naszej rodzinnej Alwerni wystawiał amatorskie przedstawienia. Zostałem w nich obsadzony tylko raz – miałem grać chłopca bez ręki. Ale tak się bałem, że mi ją utną, że zrezygnowałem. Ojciec z wujkami &#8211; braćmi mamy, wystawiał też jasełka w Boże Narodzenie. Z kuzynem robiliśmy w nich za tak zwanych palantów. Nasza rola polegała na trzymaniu w górze nogi mojego wuja Koli, który grając Heroda w pewnym momencie siadał na tronie. Nie wiem do dzisiaj, czemu to miało służyć. W każdym razie im dalej w las, tym było weselej, bo w każdym domu częstowano&#8230; Ojciec występował też jako Sołtys Kierdziołek na akademiach w Zakładach Chemicznych, w których był kierownikiem zaopatrzenia. Strasznie mi zawsze było wstyd, gdy występował na scenie, mimo że robił to dobrze.</p>
<p><strong>Kim byli pana rodzice?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mama kierowniczką banku społecznego, jedynego w Alwerni rzecz jasna. Tata przed wojną studiował na Wydziale Historii UJ specjalizację, która nazywała się bodajże „kształcenie dyplomatów”. Z takim wykształceniem po wojnie nie miał oczywiście czego szukać. Zaczepił się więc w Zakładach Chemicznych. Pamiętam, że potem zaocznie studiował matematykę. Poza tym zawsze „rzępolił” na skrzypcach. Nie grał jak wirtuoz, ale szalenie to lubił. Mam te skrzypce do dziś.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tata musiał być bardzo dumny z tego, że dwóch synów dostało się do szkoły teatralnej.</strong></p>
<p>Przeciwnie. Przecież to nie był  poważny zawód. Aktorstwo mogło być przyjemnym hobby, ale nie prawdziwym zajęciem. Mikołaj musiał toczyć z rodzicami prawdziwe boje, żeby mu pozwolili zdawać na takie studia. Mnie było już łatwiej, brat przetarł szlak.</p>
<p><strong>Pobił pan rekord polski, jeśli chodzi o najmłodszego studenta PWST. </strong></p>
<p>Miałem 17 lat, kiedy dostałem się do szkoły aktorskiej. Nie wiem, czy komuś przydarzyło się to w młodszym wieku. W każdym razie na roku był ze mną o pięć lat starszy Jurek Stuhr. On prawie dorosły, ja &#8211; właściwie dziecko.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A wszystko przez ciotki, które za wcześnie nauczyły pana pisać. </strong></p>
<p>Poszedłem do szkoły w wieku 6 lat, a do tego załapałem się na ostatni rok szkoły siedmioklasowej. W ten sposób wyprzedziłem swoich rówieśników o dwa lata. W Chrzanowie, gdzie chodziłem do liceum, byłem jedynym dojeżdżającym z Alwerni. Jako najmłodszy nie byłem w elicie klasowej. Ale z wiekiem się wysforowałem.</p>
<p><strong>Jak dużą rolę w pana wychowaniu odegrały ciotki?</strong></p>
<p>Bardzo dużą. Wychowały mnie przede wszystkim dwie ciotki: przyszywana, Namysłowska z domu, i siostra mojej mamy. Wówczas mówiło się, że była starą panną, dziś nazwalibyśmy ją singielką. Ciekawe, jakby zareagowała na takie określenie&#8230; Była profesorką rysunku i co niedzielę przyjeżdżała do nas z Sosnowca. Czekałem na nią z utęsknieniem, bo opowiadała mi filmy.</p>
<p><strong>Mógł je pan oglądać w Alwerni?</strong></p>
<p>W moim dzieciństwie w zasadzie był tylko rynek. Ni to wieś, ni miasto. Jeden obywatel miał konia, który zresztą pasł się na rynku, jak na łące. Teraz jest tam park: ładny, uporządkowany. Wolałem tamten&#8230; Ale mi się zebrało na sentymenty. O czym mówiliśmy?</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>O kinie.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>No właśnie. Filmy „szły na prześcieradle”. Kino objazdowe. Wielkie wrażenie zrobiły wtedy na mnie <em>Rzymskie wakacje </em>z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem. Była tam taka scena na barce zacumowanej przy Zamku Św. Anioła, pod Mostem Aniołów, koło Watykanu. Byłem zszokowany, że ludzie bawią się tam w normalny dzień. Patrzyłem na ten zamek, który wydawał mi się czymś nadzwyczajnym. Nawet nie marzyłem, że kiedyś tam będę. To było tak, jakbym dzisiaj marzył o tym, że zamieszkam na Marsie. W latach 50. jedynym kontaktem z wielkim światem był szlagier Gniatkowskiego: <em>Piosenka kubańska</em> (<em>śmiech</em>). Po kilkudziesięciu latach, dokładnie w 1997 r., grałem jedną z głównych ról we włoskim filmie <em>Ballada o czyścicielach szyb</em> i los chciał, że ostatnia scena z moim udziałem, kiedy gołego goni mnie świnia, była nagrywana właśnie przy Zamku Św. Anioła, dokładnie w tym samym miejscu. Doszedłem wtedy do wniosku, że może nie wyglądam jak Gregory Peck, a moją partnerką nie jest przepiękna Audrey Hepburn tylko zwykła świnia, ale nie tylko jestem, ale gram w tym miejscu, o którym w dzieciństwie nie mogłem nawet marzyć.</p>
<p><strong>Zwykle w dzieciństwie marzy się o tym, żeby zostać sportowcem. Pan tak miał?</strong></p>
<p>Nie mogłem mieć, bo zawsze stawiano mnie na bramce. Nie dlatego, że byłem najmłodszy. Po prostu byłem najgorszy. Grało się do jednej bramki, bo na rynku nie było miejsca na dwie. Co strzał to bramka – ja tam tylko stałem. Znacznie lepiej szło mi na rowerze. Ale chyba tylko dlatego, że jako pierwszy miałem rower. Nazywał się „Szarotka”. Pamiętam, że Władysław Bozowski, znany potem obywatel Alwerni, za cholerę nie mógł tego rozszyfrować i czytał „Szczotka”. Nie mógł dojść, dlaczego „szczotka”. Ja nie umiałem mu wytłumaczyć.</p>
<p><strong>Dlaczego pan Władysław był taki znany?</strong></p>
<p>W studni na rynku popsuła się pompa. Studnia miała 70 metrów głębokości, dlatego też nie było chętnego do naprawy. W końcu pan Władysław powiedział, że zjedzie. Zbudowali rusztowanie i spuścili go na dół. Siedział tam kilka godzin. Aż niektórzy się podpili winem jabłkowym i zaczęli się martwić. Nawet nie tyle o niego, co o to, ile on do tej studni napluje (<em>śmiech</em>). Bo pan Władysław cały czas pluł. Ze środka studni echem ciągle wracały jego splunięcia. W ogóle w tamtych czasach w każdej knajpie stała spluwaczka. Co się z nimi stało? Dlaczego dziś ludzie nie plują? Wtedy wręcz musieli. Dzisiaj nie muszą. Dziwne.</p>
<p><strong>Niezależnie od czasów, młodzi ludzie lubią, a czasem muszą się bić. Jak było z panem?</strong></p>
<p>Starałem się nie bić. Byłem ministrantem i chciałem być księdzem – nie wypadało się tłuc. Później, już na studiach, tę grzeczność sobie odbiłem z nawiązką.</p>
<p><strong>Zwędził pan coś kiedyś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie chcę kreować się na ideał, ale nigdy niczego nikomu nie ukradłem. Byłem bardzo grzecznym chłopcem, nie miałem powodów, a przede wszystkim nie miałem czego zwijać. Pamiętam, że kiedyś z moją dziewczyną z Częstochowy byłem na Jasnej Górze. Na jednym z kramów dziewczyna zwinęła święty obrazek i dała mi go jako prezent. Byłem tym tak przerażony, że oddałem go mojej ciotce. Do końca jej życia miałem straszne wyrzuty sumienia. No, ale to nie ja ukradłem.</p>
<p><strong>Pytamy, bo potem podobno zdarzało się panu ukraść mleko.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale to już w dorosłym życiu! Mleko pod drzwiami nagminnie było wypijane na kaca. Albo po prostu zwyczajnie podprowadzane. Mnie również się to zdarzało. Było to normalne i nikt nie traktował tego jako złodziejstwa, tylko zwykłą&#8230; potrzebę.</p>
<p><strong>Czy p</strong><strong>ierwsze randki spędzał pan nad Regulanką?</strong></p>
<p>Nie, bo w Alwerni nie miałem powodzenia. Byłem zawsze najmłodszy, dlatego nikt mnie nie chciał. Czym mogłem imponować? Rowerem? Chłopaki mieli już motocykle. To byli playboye tamtych czasów.</p>
<p><strong>Prawdziwym playboyem tamtych czasów był Jan Nowicki, który przepowiedział panu aktorstwo. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Po 10. klasie, mając 16 lat, spędzałem wakacje na rynku w Alwerni, grając „w noża” albo „w durnia” &#8211; „ciemnego” lub „jasnego”. Pewnego razu Mikołaj zadzwonił do domu z pytaniem, czy bym do niego nie przyjechał na obóz żeglarski szkoły teatralnej do Giżycka. Więc pojechałem. Traf chciał, że pojawił się tam wówczas Jasiek Nowicki. Miał wtedy 29 lat &#8211; młodzian, ale już bardzo znany. Janek wizytował w akademiku i godzinami opowiadał. Pewnej nocy, trwającej do rana, kiedy już wszystkim słuchaczom się znudziło i zasnęli, zostałem tylko ja. Wtedy Halinka Wyrodek powiedziała: „Po co ty do niego gadasz? To brat Mikołaja. Zwykły licealista. Nie jest studentem!”. A Janek, chcąc się pewnie jakoś ratować i wyjść z twarzą, krzyknął: „Ale będzie!”. To był pierwszy moment, kiedy o tym pomyślałem.</p>
<p><strong>I dostał się pan z marszu.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To nie było takie proste. Owszem, egzamin praktyczny zdałem bardzo dobrze. I wszystko byłoby OK, gdyby Mikołaj na tydzień przed egzaminem nie powiedział mi, że prawdopodobnie będzie pytanie: „Jaką rolę chciałbyś zagrać i dlaczego?”. A ja nie chciałem nic grać, tylko do szkoły teatralnej się dostać (<em>śmiech</em>). Mikołaj stwierdził, że on chciałby zagrać Figara w <em>Weselu Figara</em> Pierre&#8217;a Beaumarchais i powiedział dlaczego. Ja to niestety zapamiętałem, ale niedokładnie. Nic mi to zresztą nie mówiło, ale spodobało się, bo oba nazwiska wydawały się śmieszne. Pech chciał, że Mikołaj zdążył jeszcze bąknąć: „Ale wiesz, może tego jednak nie będzie”. Więc sobie odpuściłem. Pierwsze pytanie miałem o Wyspiańskiego. Super, bo byłem obcykany. A drugie? „Jaką rolę chciałbyś zagrać i dlaczego?”. Ja idiota, zamiast pisać dalej o Wyspiańskim, zacząłem bzdurzyć o <em>Weselu Figara.</em> Spadłem tak, że byłem pierwszy pod kreską. Przyjąłem się więc do pracy w Gazobudowie, do kopania rowów. Bardzo mi się tam spodobało.</p>
<p><strong>Perspektywa drastycznie odmienna od szkoły teatralnej. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale jaka przyjemna. Zarabiałem tyle, co moi rodzice razem wzięci. Koledzy mi imponowali, bo byli niewykształceni. Ukrywałem przed nimi ze wstydem, że zdałem maturę. Gdyby nie informacja, że jednak przyjmą mnie do szkoły na tak zwane miejsca rektorskie, to pewnie skończyłbym na dobre w tej Gazobudowie. Czułem się tam panem świata. Kupa forsy, a do tego darmowy dach nad głową, wyżywienie i czasem alkohol, bo przecież ludzie się odwdzięczali (<em>śmiech</em>). Naprawdę nie wiedziałem, czy się cieszyć. Ale z drugiej strony, to w szkole teatralnej były tak fantastyczne dziewczyny, że nawet Gazobudowa nie miała z nimi szans .</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>W ten sposób dowiedzieliśmy się, kiedy pan zaczął mieć „branie”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Miałem 17 lat i wyznawałem zasadę „hulaj dusza, piekła nie ma”. Nie byłem pełnoletni, ale na  legitymację szkoły teatralnej mogłem wejść do każdego nocnego lokalu w Krakowie. W szkole jednak i tak byłem traktowany jak najmłodszy. Kto poleci po wódkę? Wiadomo, że Andrzej. Dlatego znałem wszystkie meliny w mieście. Raz nawet spadłem z pierwszego piętra, kiedy mnie koledzy spuszczali na pasku z okna. Nie mogłem wtedy wychodzić po 23. z akademika. Ale kolega przekonał mnie, że ma amerykański pasek, który nigdy nie pęknie. Niestety pękł i spadłem na dupę. Na szczęście uderzyłem w metalową klapę, przykrywającą wejście do piwnicy. Klapa się ugięła i zamortyzowała upadek. Huk jak cholera, wyleciała portierka i pyta: „Co pan robi?”. A ja, już na nogach, mówię, że wracam do akademika. „Przecież pan wrócił godzinę temu!” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Dlaczego rozbił pan 30 butelek o ścianę akademika?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo przyszło mi to do głowy.</p>
<p><strong>Były puste?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Panowie, jak możecie? Czy ja wyglądam na szaleńca gotowego rozbijać pełne butelki?</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Raczej wygląda pan na kogoś, kto doskonale p</strong><strong>amięta, które koleżanki starszego brata nie dawały spać po nocach.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O, to prawda! Dziś to już poważne panie. Pamiętam, że podkochiwałem się w Halince Wyrodek, niestety już nieżyjącej. Ula Popiel mi się podobała. No i jeszcze Baśka Sokołowska – przepiękna dziewczyna.</p>
<p><strong>Koleżanki brata uratowały pana dla sztuki. A kto uratował pana przed wstąpieniem do zakonu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Och, dużo ich było (<em>śmiech</em>). Kryśka, Wanda… Gdyby nie one, to kto wie. Byłem ministrantem i taka droga wydawała mi się naturalna. Zawsze, jak przyjeżdżam do Alwerni, to odwiedzam przyjaciela zakonnika. Uwielbiam tam przebywać, zażyć tego spokoju, porozmawiać.</p>
<p><strong>A pamięta pan swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Jasne. Jako student we wczesnych latach 70. miałem jeden plakat z dziewczyną na rozkładówce. Pamiętam, że zupełnie nie interesowało mnie jej nazwisko ani kraj pochodzenia. Intrygowała mnie raczej poza. Powiesiłem tę rozkładówkę na szafie w nogach łóżka w akademiku. To był bardzo przyjemny kącik, zasłonięty kocem. Mieszkałem tam przez pół roku z dziewczyną. Bardzo mile wspominam tamte czasy. Nie ze względu na rozkładówkę, rzecz jasna.</p>
<p><strong>Tak bardzo się lubiliście, czy znajoma nie miała gdzie mieszkać?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jedno i drugie. Piękna dziewczyna. Miss Krakowa. Wyrzucono ją ze szkoły teatralnej po pierwszym semestrze i chyba bała się wracać do rodziców. W końcu jej losy potoczyły się tak, że wyjechała do Ameryki i wyszła bogato za mąż. Spotkałem ją parę lat temu, w jej miejscowości rodzinnej, kiedy była na wakacjach. Nadal jest bardzo piękna, choć już w stylu lalki Barbie. Lata robią swoje.</p>
<p><strong>Co pan poczuł?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Cytując Juliusza Kaden-Bandrowskiego: „Radość z odzyskanego śmietnika”.</p>
<p><strong>Piękną koleżankę wyrzucono ze szkoły po pierwszym semestrze, a pana na trzecim roku. Musiał pan powtarzać. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ciężko to przeżyłem. Kiedy poszedłem z indeksem do Jerzego Jarockiego, żeby wpisał mi dwóję, ten powiedział zdanie, w które w tamtej chwili nie uwierzyłem, ale wziąłem sobie do serca. Powiedział: „Wpisuję panu dwóję, nie dlatego, że pan nie będzie aktorem, bo pan nim będzie. Wpisuję panu dwóję, bo pan jest za głupi na to, żeby być aktorem”. Miał rację, bo dla mnie była to zabawa. Każą wejść na scenę i się powygłupiać, to wejdę. Każą zaśpiewać, zaśpiewam. Ale żeby to traktować poważnie? Przecież jak się aktorstwo traktuje za poważnie, to się jest Krzyśkiem Majchrzakiem. Wracając do rzeczy, najwięcej do myślenia dała mi wówczas postawa rodziców. Kiedy dowiedzieli się, że będę powtarzał rok, byli załamani. Mieli po prostu nadzieję, że za rok zacznę już zarabiać. Przykro mi się zrobiło, bo pierwszy raz dotarło do mnie, że jestem na ich utrzymaniu już tyle lat. Ten dodatkowy rok miał dla nich znaczenie. Poczułem, że zawiodłem.</p>
<p><strong>Z Krzysztofem Majchrzakiem chałturzyliście razem na studiach. </strong></p>
<p>Był na tym samym roku co ja, tyle że w Warszawie. Do <em>Nocy i dni </em>zgłosiliśmy się razem jako „jeźdźcy”. A ja nigdy wcześniej na koniu nie siedziałem (<em>śmiech</em>). Wydawało mi się, że to żaden problem. Wsadzili mnie na ogiera i dali jeszcze luzaka, żebym go przeprowadził przez cały Kraków. Koń pode mną od razu poszedł w galop. Luzaka puściłem i uczepiłem się z całych sił grzywy, byle tylko nie zlecieć. Krzysiek był nieco lepszy ode mnie, no i bardziej ambitny, co mu zostało do dziś. Był tak ambitny, że szkapa pod nim zdechła. Ale nie był to najzdrowszy i najsilniejszy egzemplarz na planie.</p>
<p><strong>Będąc studentem, poznał pan Zdzisława Maklakiewicza, którego piosenkę <em>Małe piwko </em>niedawno pan przypomniał. </strong></p>
<p>Wspaniały facet. Opowiedział kiedyś świetną anegdotę: „Słuchaj, wychodzę z Teatru Starego, idę do Kameralnego, oglądam się odruchowo. Patrzę&#8230; idzie. No to przyspieszyłem kroku. Przechodzę przez rynek i staram się zgubić w Sukiennicach, ale oglądam się i widzę, że idzie. No to jeszcze bardziej przyspieszam kroku. Biegnę prawie. Idzie. Dochodzę do świateł, przebiegam na czerwonym, oglądam się, idzie. Wchodzę do Kameralnego. Idzie. Dasz wiarę? Tak dzisiaj za mną gorzała chodziła”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Łomnickiego też pan poznał?</strong></p>
<p>Tak, ale już po studiach. Bywał na naszych spektaklach, kiedy graliśmy Schaeffera. Pamiętam, że kiedyś pochwalił mnie w zaskakujący sposób. „Powiedziałbym ci komplement, ale wtedy przestałbyś być dobrym aktorem”. Tylko tyle. Nie wiem do dziś, co miał na myśli. Może to, czym kieruję się całe życie zawodowe: żeby nie przywiązywać zbyt wielkiej wagi do roli. Bo jeśli ktoś chce na scenie pokazać wszystko, to jest to nie do zniesienia. Napina się tak, że za chwilę kupę zrobi, bo dla sztuki gotów się wypruć. A prawdziwą sztuką jest po prostu być. Nie grać. Rozpłakać się na zawołanie potrafi każdy palant. Wystarczy sobie włożyć palec do oka. Każdy też potrafi być smutny albo wesoły. Każdego można nauczyć, żeby trząsł przeponą i rechotał lub ryczał z depresją na twarzy. Ale nie na tym polega aktorstwo. Dobry aktor gra tak, że tego nie widać. Najpierw trzeba być, a dopiero potem można grać. Myślę, że o to właśnie chodziło Łomnickiemu. Żebym nie miał za dużej świadomości, bo wtedy będę dupa, nie aktor. Dlatego też od jakiegoś czasu nie czytam scenariuszy<em> Kiepskich</em>. Gram w nich, ale nie wiem, o co chodzi, nie znam puent odcinków. Gdybym je znał, to podświadomie swoją grą dążyłbym do nich i na siłę robił wszystko, żeby było śmiesznie.</p>
<p><strong>Lubi pan aktorów bez wykształcenia?</strong></p>
<p>Ale tylko zdolnych (<em>śmiech</em>). Szkoła aktorska nigdy nie nauczy talentu i charyzmy. Do bycia aktorem predestynuje to coś, że ja na kogoś lubię patrzeć i że ktoś przyciąga moją uwagę. Dlatego czasami w teatrze słucham monologu aktora, a patrzę na kogoś innego, kogoś, kto tylko stoi i nic nie mówi. To właśnie on przyciąga moją uwagę, a nie ten, co pieprzy tak, że go słuchać nie można. I pokazuje, jak on potrafi grać, robi miny, gimnastykuje się, zniża głos, podwyższa głos. Małpy też tak potrafią. Na Himilsbacha można było patrzeć godzinami. On nawet nie miał świadomości, że jest taki ciekawy. W <em>Rejsie</em>,  gdy Maklakiewicz nadaje, że „w polskim filmie nic się nie dzieje”, przez cały czas patrzymy na Himilsbacha, który go słucha i nic z tego nie rozumie. Właściwie słucha, ale nie słucha&#8230; Napiszcie przy okazji, że nie mam nic do braci Mroczków. Oni bardzo się mnie boją. Zupełnie nie wiem, dlaczego.</p>
<p><strong>Czy rzeczywiście wyleciał pan z Teatru Starego za „gest Kozakiewicza”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Myślę, że był to powód zasadniczy. Grałem Jaśka w <em>Weselu</em> &#8211; zresztą za tę rolę dostałem nagrodę. W bardzo ciekawy sposób Wajda mnie tam obsadził. Nawet się go zapytałem, dlaczego, bo przecież Jasiek to młody chłopak, a ja wtedy miałem 40 lat. (<em>Tu nasz bohater zaczyna doskonałą parodię Andrzeja Wajdy. Marek Kondrat ma poważną konkurencję &#8211; przyp. aut.</em>) „Wie pan, widziałem pana i pomyślałem sobie, że pan już nie gra, że coś się stało, ale skoro jest pan na scenie, to jednak pan gra. Myślę sobie, że tak się nie gra. No, ale jak to się nie gra, jak pan tak gra. Nie powinno się tak grać, ale pan gra. I nie wiem, czy pan prywatnie jest na scenie, czy pan gra. I pomyślałem, że pan zagra Jaśka. Krysia zrobi scenografię, a pan jako Jasiek wejdzie na scenę, żeby publiczność sobie pomyślała, po co on tam wszedł. Że tak ładnie do tej pory grali, a tu wszedł pan, jak jakiś kot. Żeby taki niesmak się zrobił”.</p>
<p><strong>Grał pan z papierosem.</strong></p>
<p>Zawsze i wszędzie. Ale pewnego dnia było bardzo gorąco, dlatego pod sukmanę nie założyłem kurtki i nie miałem miejsca na papierosy. Śpiewałem o pawich piórach wyjątkowo bez peta w ustach. Jak go miałem, to na koniec dmuchałem gęstym dymem w stronę publiczności. Taki chamski gest. Bez papierosa brakowało mi chamstwa, więc pomyślałem, że gdy mówię „nakupię se pawich piór”, zrobię „gest Kozakiewicza”, potrącę jedną z aktorek i zniknę ze sceny. Tak też zrobiłem. W przerwie zostałem opieprzony za ten gest, ponieważ wśród publiczności byli jacyś niezmiernie ważni „goście z Warszawy”. Nie zrozumiałem zarzutu, nadąłem się, nikogo nie zamierzałem przepraszać i&#8230; wyleciałem.</p>
<p><strong>Ile razy był pan na scenie „pod wpływem”?</strong></p>
<p>Dwa razy. Ale tylko raz poniosłem konsekwencje. W 1979 r. graliśmy <em>W małym dworku</em> Witkacego. Na próbę reżyser przyniósł wódkę. Niestety ja kontynuowałem balangę. Obudzono mnie pięć minut przed spektaklem. Mieszkałem w teatrze, więc z dotarciem na scenę nie miałem problemów. Problemy zaczęły się, gdy miałem wypowiedzieć swoje kwestie. Zapomniałem tekstu! Wszyscy zeszli ze sceny, ja zresztą też, bo sam grać nie mogłem (<em>śmiech</em>). Wchodzę za kulisy i pytam: „Kto ma mówić?!” Aktorzy na to: „Ty!!”. W tym momencie przypomniał mi się tekst, wróciłem na scenę i wypowiedziałem wszystko do nikogo. Za mną wszedł jeden z aktorów, by przeprosić publiczność i powiedzieć, że spektakl jest odwołany. I że za chwilę przyjdzie dyrektor i wyjaśni, dlaczego. Dyrektor przyszedł i oznajmił, że „z powodu choroby aktora” i tak dalej&#8230;  Publiczność myślała, że wina leży po stronie tego aktora, który wyszedł, żeby przeprosić za odwołany spektakl. Nikt nie podejrzewał, że byłem pijany. Zresztą uważam, że mógłbym to okiełznać, ponieważ grałem Jęzorego Pasiukowskiego – w tym przypadku mogłem wyczyniać różne cuda.</p>
<p><strong>Jakie konsekwencje pana spotkały?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Miałem komisję dyscyplinarną i musiałem zapłacić za spektakl. Coś koło dwóch pensji. Ale granie pod wpływem zdarza się wielu aktorom. Uwierzcie mi. Byłem też podpity podczas swoich występów kabaretowych. Organizator spoił mnie okropnie, a ja się temu poddałem, bo czasami lubię to zrobić. Wyszedłem na scenę i nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Powalczyłem z materią i w końcu powiedziałem publiczności, że „kancerta nie budiet”. Na następny dzień wystąpiłem w ramach rekompensaty za darmo. Kazałem oplakatować całe miasto i zaprosić tych, którzy nie mogli mnie zobaczyć dzień wcześniej. Zacząłem występ od słów: „Wyrażam ubolewanie w związku z tym, co wczoraj zaprezentowałem&#8230;”. Wykonałem pretensjonalny gest &#8211; wyjąłem kamyczek z marynarki, rzuciłem przed publiczność i dokończyłem: „Jak jesteście bez winy, rzućcie we mnie kamieniem”. Dostałem brawa i rozległy się śmiechy. Przeprosiny zostały przyjęte. Ciężko żałować rzeczy, które się w życiu zrobiło. Nie ma ludzi złych i dobrych, tylko ludzie, którzy raz robią źle, a raz dobrze. Ja nikogo nie zabiłem, a świat się przez to nie zmienił.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Dla niektórych zmienił się za to świat teatru, kiedy pstryknął pan palcami na sztuce Wojtyły. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To było bardzo śmieszne. Skuszanka robiła <em>Brata naszego Boga</em>, w którym grałem ojca Witkacego. Zaczynałem ten spektakl zaraz po podniesieniu kurtyny. Raz rozpocząłem swoją kwestię od pstryknięcia. Zostałem wezwany na rozmowę, ale nie wiedziałem, o co chodzi. „Panie Andrzeju, sztukę papieża zaczyna pan od pstryknięcia? Skandal!”. W konsekwencji przestałem pstrykać (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Aktorzy znali pana od tej strony? Wiedzieli, że od czasu do czasu pan improwizuje?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oczywiście, ale i tak często udawało mi się ich zaskakiwać. Codziennie grałem inaczej, zawsze starałem się coś zmieniać. Teraz już raczej tego nie robię, bo mi się nie chce.</p>
<p><strong>Pan chyba z natury jest leniwy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Prześwietliliście mnie (<em>śmiech</em>). Myślę, że nazwałbym siebie leniwym pracoholikiem. Kiedyś spotkałem się z moim kolegą z roku w SPATiF-ie. On przyznał się, że jak słyszy, że będzie kręcony jakiś film, to robi wszystko, żeby w nim zagrać. Dziś kolega jest bardzo sławny, a ja nadal nie rozumiem takiej filozofii zawodowej.</p>
<p><strong>Nie myśli pan o rolach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Trochę myślę. Jak dostaję rolę do zagrania, próbuję wyświetlić w swoim własnym mózgu siebie w tej roli. Jeżeli  się sobie podobam, wchodzę w to, a jeżeli nie, to zamiast siebie podkładam Gene&#8217;a Hackmana. I obserwuję, jak on to gra. Jeżeli mi się podoba, staram się mu dorównać. Czasami też podkładam Łomnickiego. Ale nie każdy przechodzi moje „zdjęcia próbne” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>W prawie każdym wywiadzie mówi pan o Hackmanie.</strong></p>
<p>Nie znam go, on zresztą też mnie nie zna. Wobec tego można powiedzieć, że się nie znamy. Ale z chęcią posiedziałbym z nim przy kieliszku. Jego gra i postępowanie są mi bardzo bliskie. To filozofia „jak mnie chcecie, to mnie macie, a jak nie, to nie”.</p>
<p><strong>Willem Dafoe ma podobnie. Jego już pan „zdeklasował”. Jakie to uczucie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Całkiem przyjemne. Graliśmy w <em>Bożych skrawkach,</em> staliśmy razem w przerwie, gadaliśmy i raptem pojawiła się grupka statystów. Byłem pewien, że idą do Willema, tymczasem oni jego na bok i do mnie walą po autografy. Dafoe się uśmiechnął i powiedział: „O, ty to dopiero musisz być znany”. Poleciłem mu <em>Kiepskich. </em>Obejrzał i stwierdził, że nic nie rozumie, ale jest okropnie śmiesznie. I dopóki był w Polsce, oglądał ten serial regularnie.</p>
<p><strong>Regularnie to pana rugano. Głównie w Krakowie. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie tylko w Krakowie. Z czystej frustracji. Tych, którzy siedzą w teatrach i z chęcią zagraliby w serialu, ale nikt im tego nie proponuje. Ostatnio spotkałem kolegę, który kiedyś mnie skrytykował i powiedział, że nigdy w serialu z podkładanym śmiechem by nie zagrał. A nie zagrałby, bo nigdy jeszcze takiej propozycji nie dostał. Tym razem zapytał się mnie ni z tego ni z owego, czym jeżdżę. Mówię mu, że Audi Q7. A on na to: „A ja nadal Daewoo Q-rwa Tico”. Oczywiście posiadanie konkretnego auta nie jest wymierne, ale wiadomo, o co chodzi. Tłumaczyć się już zresztą nie będę, bo robię to profesjonalnie od 12 lat. A znacie taki dowcip? Jest bardzo popularny w Krakowie: Kiedy kończy się kultura w Warszawie? Kiedy odchodzi ostatni ekspres do Krakowa.</p>
<p><strong>Doskonały, ale z brodą. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak, ale najlepsze jest w nim to, że jest śmieszny zarówno dla mieszkańców Krakowa, jak i Warszawy. Gdyby jednak zamienić w nim Kraków na Warszawę, byłby śmieszny tylko dla mieszkańców stolicy. I taka jest różnica między warszawiakami a krakowianami, dla których nie istnieje coś takiego jak warszawianin i krakowiak. Zresztą ta krakowska specyfika jest przepiękna. Oto przykład: ciotka mojej byłej żony była wdową po generale Rybaku, podkomendnym Piłsudskiego. Przed wojną była to bardzo bogata ukraińska rodzina. Potem musieli uciekać przed Rosjanami. Spakowali dobrodziejstwa i zamieszkali w Warszawie. Warszawa została zburzona i ciotka, mając jedynie parę pierścionków we włosach, znowu musiała uciekać. W ten sposób znalazła się w Krakowie. Poszła do swojej kuzynki i opowiada jej o tym, że straciła absolutnie wszystko. Kuzynka w tym swoim nienaruszonym, mieszczańskim mieszkaniu słucha jej, słucha i nagle mówi: „Wiesz co, Irenko? Mnie też się wielkie nieszczęście stało. Wczoraj cały karnisz mi zleciał”.</p>
<p><strong>Twierdzi pan, że poza aktorstwem nie umie nic.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Potrafię jeszcze gotować. Bardzo to lubię. Pewnie dlatego, że nie robię tego codziennie. Poza tym auto prowadzę od 40 lat. Więc potrafię też jeździć.</p>
<p><strong>Dużo pan jeździ?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bardzo. Dwa lata temu z Warszawy pojechałem do Wiednia, zagrałem kabaret i zrezygnowałem z hotelu po południowej stronie miasta, żeby rano nie przebijać się przez korki. Pomyślałem, że znajdę coś po drodze i tak dojechałem do Mikulova. Potem z rozpędu znalazłem się w Brnie. Nie chciało mi się wjeżdżać do miasta i o piątej rano byłem w&#8230; Krakowie.</p>
<p><strong>Pan w ogóle potrafi szybko się przemieszczać. Choćby na wielbłądzie – na górę Synaj.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Z góry Synaj pamiętam tylko tego wielbłąda, na którym się telepałem, pchły z beduińskiego koca i tyłek Rosjanki, która szła na tę górę przede mną. Piękniejsze wschody słońca widziałem na Mazurach. To było jedno wielkie rozczarowanie, bez uczuć metafizycznych.</p>
<p><strong>Jedyne?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mnie rozczarowują wszystkie cudy świata, które z reguły wyglądają o niebo lepiej na zdjęciach, ponieważ nie ma na nich ludzi i nie jest tak gorąco. Do dziś pamiętam, jak pociłem się na Akropolu. A widziałem z niego mój hotel, na którego dachu rozpościerał się błękitny basen&#8230; Żałowałem. Poza tym przy świątyni Hefajstosa facet robił dziewczynie zdjęcie. Ja byłem pośrodku. Dziewczyna krzyczy: „Róbże to zdjęcie!”. A facet na to: „Zrobiłbym, ale ten kutas stoi pośrodku!”. No to przeprosiłem i się odsunąłem. Zawsze tak jest. Takie właśnie mam skojarzenia z turystyką. Jak zobaczyłem <em>Pietę</em> Michała Anioła, to pomyślałem, że w kościele w Alwerni też takie są&#8230;</p>
<p><strong>To co w panu wzbudza emocje?</strong></p>
<p>Chyba tylko czytanie książek. Muszę je czytać w ilościach hurtowych, po trzy tygodniowo, ze względu na moje obowiązki współprowadzącego <em>Hurtowni książek</em>. Dzięki temu mogę poznać książki młodych, zdolnych autorów, po które nigdy sam z siebie bym nie sięgnął, na przykład <em>Toksymię</em> Małgorzaty Rejmer, <em>Dzidzię</em> Sylwii Chutnik, czy też opowiadania Łukasza Orbitowskiego.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że jeszcze muzyka potrafi pana zakręcić.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Trochę. Zresztą jesienią chcę wydać płytę. Mój solowy debiut. 10 piosenek już nagrałem. Rzygać mi się chce, jak je słyszę, ale to podobno normalne. Teksty i muzyka są super, gorzej z moim wykonaniem. Bo ja tam śpiewam, a właściwie nie śpiewam, tylko chrypię. Nad wszystkim pracowali Krzysiek Niedźwiecki, Marcin Lach, Janek Nowicki, Janek Wołek, Andrzej Poniedzielski i reszta młodych zdolnych. Myślę teraz nad tytułem. Może ułoży się z pierwszych słów trzech pierwszych utworów, czyli <em>Mam prawo&#8230; czasami&#8230; banalnie</em>.</p>
<p><strong>Zawartość będzie banalna?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mnie to oceniać, ale wiem jedno – w ogóle się nie starałem, by brzmiało rewelacyjnie. To płyta z gatunku „jak chcesz, to słuchaj, jak nie, to wyłącz – mam to gdzieś”. Nie zależy mi na sprzedaży, więc nie próbowałem przypodobać się publiczności. Tak sobie tylko podchrypuję między Tomem Waitsem a Cohenem&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Po co?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dla własnej przyjemności i żeby sprostać wyzwaniom, którym sprostać i tak nie dam rady (<em>śmiech</em>). Może ktoś zwróci uwagę na faceta, który nie potrafi śpiewać, a do tego nie ma głosu. Zupełnie jak kiedyś na Dylana&#8230;</p>
<p><strong>A może to spełnienie marzeń bycia frontmanem na scenie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, bo ja nie miałem żadnych marzeń. No, może poza tym, żeby mieć motorower Komar.</p>
<p><strong>A dziś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A dziś chcę w końcu skończyć budowę domu. Dźgam go, dźgam, może wydźgam.</p>
<p><strong>Nigdy nie chciał pan być Niemenem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mogłem chcieć, bo nie potrafię śpiewać.</p>
<p><strong>Ale fragmenty <em>Toski</em>&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Czasami będąc „nadzwyczaj wesołym” śpiewam. I różne inne arie również. <em>Dziwny jest ten świat </em>też daję radę (<em>śpiew</em>).</p>
<p><strong>A woli pan KSU, z którym gościnnie zaśpiewał pan jeden utwór, czy Feela, w którego teledysku pan wystąpił?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Żeby nie robić przykrości Siczce, to powiem, że KSU.</p>
<p><strong>Proszę jeszcze podpowiedzieć nam, kogo mamy dla pana rozebrać. Wiemy, że gustuje pan w kobietach poniżej 175 cm. Ma pan jakieś propozycje?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mam. Taka jest moja propozycja.</p>
<p><strong>A skąd wzięła się ta wzrostowa granica? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie wiem, ale wszystkie moje partnerki życiowe były małe. Może nie kurduple i liliputy, ale małe. Pewnie dlatego, że sam jestem duży. Natomiast wiem, że mali faceci szukają wielkich babonów, których ja się osobiście boję.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Polaków też się pan boi? Twierdził pan, że mamy w sobie dużo niebezpiecznych cech.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To paradoks, ale wszystko co złe u Polaków jest jednocześnie ich dobrem oraz mocną stroną. Weźmy na przykład naszą kultową już gościnność. Ona występuje bezsprzecznie, ale jednocześnie ma to miejsce w jednym z najbardziej ksenofobicznych państw Europy. Józek z Koziej Wólki jest w stanie wyzywać od „jebanych murzynów”, ale jak już taki czarny by go odwiedził, to Józek wszystko by mu oddał. Poza tym niebywała jest nasza umiejętność skupiania się w sprawach ważnych, tragicznych i doniosłych dla narodu. A za parę dni rozpieprzenie wszystkiego i powrót do tego, co było (<em>śmiech</em>). Gombrowicz pisał w <em>Dziennikach</em>: „Ten naród bez filozofii, bez świadomej historii, intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród, który zdobył się tylko na sztukę „poczciwą” i „zacną”, rozlazły naród lirycznych wierszopisów, folkloru, pianistów, aktorów, w którym nawet Żydzi się rozpuszczali i tracili jad…”  Podpisuję się pod tym obiema rękami.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A co by pan sobie mógł zarzucić, gdyby obserwował siebie jako osoba postronna?</strong></p>
<p>I znowu wyjdzie na to, że się boję&#8230; Potrafię zachowywać się jak ostatni buc. Głównie na bankietach i tam, gdzie jest dużo ludzi. Jestem jak kabotyn, który ma minę „nie podchodźcie do mnie, bo przyp&#8230;”. Na ulicy mam podobnie. Myślę, że zachowuję się tak ze strachu, bo ja się trochę boję ludzi. Nie lubię, jak ktoś mnie klepie i gada: „Ferdek, cho no na browara”. Albo: „Powiedz coś jak Ferdek”. Wtedy robię minę Gebelsa z <em>Pitbulla</em>. Boję się, że nie będę miał z tymi ludźmi o czym rozmawiać i że będą się mnie pytać o jakieś pierdoły. Wychodzi ze mnie zahukany chłopiec z Alwerni. Myślę, że podobnie zachowuje się Janusz Gajos, który, jak się go dobrze zna, jest otwartym, fantastycznym facetem. Ale, żeby się otworzyć, musi temu komuś najpierw zaufać. Mam to samo. Dlatego nie spoufalam się z ekipami filmowymi. Nie chodzi o to, że czuję, że jestem wyżej w hierarchii, tylko boję się, że po dwóch tygodniach takiej „przyjaźni”, zaczną wołać: „Grabowski, wołają cię. No chodźże, kurwa!”. Dlatego lubię mieć w kontrakcie zapisane, że na obiad idę do barobusu bez kolejki. Ze strachu. Po prostu.</p>
<p><strong>Czy 5 lat temu głosował pan na brata w wyborach do Senatu?</strong></p>
<p>Nie miałem takiej sposobności, bo nie startował w moim okręgu wyborczym.<strong> </strong></p>
<p><strong>Nadal jest pan bratem Mikołaja, czy też to Mikołaj Grabowski został w końcu bratem Andrzeja?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>On się z tego śmieje i twierdzi, że może tak być. Wcale mu tego nie życzę. To niezbyt przyjemne zawsze być „czyimś bratem”. W Warszawie to on jest moim bratem, a w Krakowie to nadal ja jestem jego bratem. Pamiętajcie, że bycie dyrektorem Teatru Starego to więcej niż <em>Kiepscy</em>, a nawet więcej niż dyrektorowanie jakiemuś tam warszawskiemu Teatrowi Narodowemu (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na koniec mała zagadka: o co się pana nie pytaliśmy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O byłą i obecną żonę oraz w jakim wieku mężczyźnie ustaje erekcja. I bardzo dobrze, że się o to nie pytaliście. Myślę, że porządnie wykorzystaliście te&#8230; cztery godziny.</p>
<p><strong>Nie pytaliśmy się o <em>Kiepskich</em>.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>I bardzo dobrze.</p>
<p><strong>Jest pan dziś bardziej Grabowski niż Kiepski?</strong></p>
<p>Zdecydowanie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Ludzie na ulicy często zadają mi pytanie: „Czy pan to pan?”. Odpowiadam, że nie. Albo: „Czy dobrze poznaję?”. Wtedy mówię, że nie wiem. I jeszcze: „Skąd ja pana znam?”. Odpowiadam, że pizzę roznoszę.</p>
<p><strong>To działa?</strong></p>
<p>Zwykle tak, ale niedawno na stacji benzynowej rzuciła się na mnie jakaś kobieta. Odciągnęła mnie na siłę z kolejki i krzyczała, że musi mieć ze mną zdjęcie. Nie wytrzymałem i zacząłem ciągnąć ją w drugą stronę. Dosyć mocno. Zapytałem się, czy jest jej przyjemnie. Powiedziała, że nie i że nie zdawała sobie z tego sprawy. Zaczerwieniła się, przeprosiła i poszła.</p>
<p><strong>Fani „pod wpływem” też przepraszają?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Takim zwykle daję piątkę, żeby mieć święty spokój.</p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Kiedyś wypadłem z malucha, bo podłoga się pode mną zawaliła. Wylądowałem tyłkiem na torach kolejowych.</p>
<p>Ktoś wymyślił, że ja, Gajos albo Rewiński możemy zagrać Leppera. Scenariusz filmu napisał jeden z członków Samoobrony. Oczywiście nikt z nas się nie zgodził, a Lepper wywalając faceta z partii stwierdził, żeby lepiej buroki i ziemnioki sadził niż scenariusze pisał.</p>
<p>Nie potrafiłbym z córką zagrać scen erotycznych.</p>
<p>Przy <em>Kiepskich</em> granie w <em>Pitbullu</em> było pestką.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/andrzej-grabowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Agnieszka Grochowska</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/agnieszka-grochowska/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/agnieszka-grochowska/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 13 Sep 2010 10:18:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Grochowska Agnieszka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2772</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 8, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke &#8211; Panowie, poproszę tylko o jeden kieliszek wina, bo mam słabą głowę. Mogłabym jakieś głupoty gadać albo zacząć puszczać wam moje nagrania z lekcji gry na pianinie&#8230; Lubimy ciekawe początki. Powiesz coś więcej? Moja bohaterka w nowym filmie Jana Jakuba Kolskiego - Wenecja gra dwa [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Agnieszka-Grochowska.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2778" title="Agnieszka-Grochowska" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Agnieszka-Grochowska.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 8, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p>Panowie, poproszę tylko o jeden kieliszek wina, bo mam słabą głowę. Mogłabym jakieś głupoty gadać albo zacząć puszczać wam moje nagrania z lekcji gry na pianinie&#8230;</p>
<p><strong>Lubimy ciekawe początki. Powiesz coś więcej?</strong></p>
<p>Moja bohaterka w nowym filmie Jana Jakuba Kolskiego -<em> Wenecja</em> gra dwa walce Chopina. Miałam wybór: albo grać „na małpę” albo nauczyć się nut. Wybrałam to drugie. Tym bardziej, że moja nauczycielka twierdziła, że do nauki gry na pianinie nie trzeba mieć słuchu, potrzebna jest tylko inteligencja (<em>śmiech</em>). Kiedyś miałabym na to tydzień, teraz miałam dwa miesiące. Ćwiczyłam codziennie.</p>
<p><strong>Kogo grasz?</strong></p>
<p>W tym bardzo kobiecym filmie będę siostrą Magdy Cieleckiej, Grażyny Błęckiej-Kolskiej i Julki Kijowskiej. Moją mamą za to będzie Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Przyznacie, że bardzo miły skład?</p>
<p><strong>No, ba! Wspaniały. Co jednak z tą próbką gry? Nie możemy się doczekać.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Spokojnie. Dopiero upiłam jeden łyk.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>To pewnie twój tata, były dziennikarz, doradził ci nie przekraczać jednego kieliszka wina w trakcie spotkań z dziennikarzami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tata, jako wojskowy, pracował w gazecie mundurowej. Jedyna jego rada z zakresu kontaktów z dziennikarzami, to żeby za dużo nie mówić. Chyba nie do końca zawsze się udaje, ale na pewno jakiś poziom samokontroli mam.</p>
<p><strong>Po przeczytaniu twoich wcześniejszych wywiadów musimy przyznać, że słowa taty wzięłaś sobie do serca. </strong></p>
<p>Język mówiony różni się od pisanego i znaczy zupełnie co innego. Coś zabawnego w mowie może być czymś wulgarnym w piśmie. W gazecie poza tym nie widać ekspresji, nie ma języka ciała, nie ma kontekstu, nie ma niczego. Ale uważacie, że to aż takie nudy? Jest bardzo źle?</p>
<p><strong>Bardzo nie (<em>śmiech</em>).</strong></p>
<p>Generalnie mam problem ze sprostaniem wymogowi bycia interesującą. Nie ma we mnie nic kontrowersyjnego. Ja po prostu taka jestem. A w ogóle, to dlaczego was jest aż dwóch? Po raz pierwszy znalazłam się w takiej sytuacji i trochę mnie stresujecie.</p>
<p><strong>Ty też nas trochę stresujesz tym sierżantem w głosie. Masz go po tacie? </strong></p>
<p>Nie wiem, nie zastanawiałam się. Ale właściwie dlaczego tylko sierżant?</p>
<p><strong>Bo sierżant zajmuje się dyscyplinowaniem.</strong></p>
<p>I że niby ja jestem taka ostra? Czy taka miała być teza tej rozmowy? „Zróbmy z Grochowskiej sierżanta”?</p>
<p><strong>(<em>Śmiech</em>). To akurat była improwizacja.</strong></p>
<p>Chyba jednak zaczyna mi się podobać, że jest was dwóch. To  bardziej przypomina prawdziwą rozmowę.</p>
<p><strong>Gdybyś nie dostała się do szkoły aktorskiej, dzisiaj pewnie też robiłabyś wywiady.</strong></p>
<p>Taki był plan B – studiowanie dziennikarstwa. Nie wyszło, bo powiódł się plan A.</p>
<p><strong>Chyba nie żałujesz. Kto ma lepszą pracę: my czy ty?</strong></p>
<p>Oczywiście, że wy (<em>śmiech</em>). Ale tak na serio, to mój zawód jest super  pod jednym warunkiem: gdy można go wykonywać. Dziś nie narzekam. Jak będzie za parę lat, zobaczymy.</p>
<p><strong>W liceum rokowałaś już jako przyszła aktorka?</strong></p>
<p>Absolutnie nie. Miałam duży opór. Nienawidziłam mówić wierszy i śpiewać piosenek. Na akademii wystąpiłam tylko raz. To był koszmar.<strong> </strong>Potem uczęszczałam do ogniska artystycznego u państwa Machulskich. Jednym z moich obowiązków było występowanie w konkursach recytatorskich. Wspominam to nie najlepiej.</p>
<p><strong>Tak świetnie grasz przed nami tę komedię, że na pewno byśmy w to wszystko uwierzyli, gdyby nie jeden szczegół&#8230; Wiemy, że występowałaś w przedstawieniach na zimowiskach.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale to było tylko raz! Do dziś nie rozumiem, jak się to mogło stać! Miałam wtedy 12 lat, byłam bardzo wstydliwa, a i tak zrobiłam samotnie dwa przedstawienia: wymyśliłam i zagrałam. Wystąpiłam przed 18-latkami! Nikt mnie nawet nie wyśmiał. Wydaje mi się, że musiałam wtedy zachorować na jakąś górską chorobę.</p>
<p><strong>Na zimowiska jeździłaś pewnie razem ze swoją siostrą, z którą mieszkałaś 20 lat w jednym pokoju. Miałyście tych samych chłopaków albo przynajmniej podobne gusty?</strong></p>
<p>Nie przypominam sobie. Dla mnie w ogóle nie istnieje pojęcie męskiej urody. Nie mam kanonów ani wzorców. Po prostu albo ktoś mi się podoba albo nie. Albo ma to coś albo nie. Przyznacie, że rozmyślania o idealnym  kolorze włosów i wzroście nie bardzo mają sens.<strong> </strong>Na przykład nigdy nie wieszałam nad łóżkiem plakatów ze znanymi aktorami i piosenkarzami.</p>
<p><strong>Nawet jednego plakaciku?</strong></p>
<p>No może kiedyś, jak miałam 7 lat. Roxette. Niezła żenada, co?</p>
<p><strong><em>Dressed for success</em>. Wszystko jasne. Ale Roxette to był duet damsko-męski.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>No właśnie. Zdecydowanie bardziej wolę doceniać kobiecą urodę niż męską.</p>
<p><strong>To może nam podpowiesz, kogo mamy pokazać czytelnikom PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Wasze rozkładówki akurat za bardzo mnie nie kręcą. Musicie sobie poradzić sami.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie mamy wyjścia, chociaż ty nie zawsze sobie sama radziłaś. To mama nauczyła cię chodzić po drzewach.</strong></p>
<p>Kiedyś nad Wisłą mama prezentowała wspinaczkę, a my z Miką <em>(siostra Agnieszki – przyp. aut</em>.) patrzyłyśmy na nią z dołu z podziwem. Niedaleko nas przechodził mężczyzna. Ukłonił się, wziął torebkę mamy, leżącą na deskorolce siostry i pobiegł. Potem odwrócił się, pokazał, że zostawia torebkę w tataraku, wziął kasę i uciekł. Pełna kultura.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie chciałaś trenować akrobatyki wodnej, tak jak mama?</strong></p>
<p>Zawsze byłam za mało wygimnastykowana. Już na rozgrzewkach wymiękałam. Wolałam biegać niż wsadzać sobie nogę za ucho albo robić szpagaty. Jestem raczej sprinterką, a nie dziewczyną-gumą.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ty nam w ogóle wyglądasz na byłą chłopczycę.</strong></p>
<p>Niektórzy tak utrzymują, ale to nieprawda. Nie da się jednak ukryć, że w czasach mundiali, jak byłyśmy na wakacjach u babci w Puławach, ostro grałam z siostrą w piłkę. Byłam Maradoną i non stop miałam porozbijane kolana i łokcie. Do dzisiaj mi to zresztą zostało. Parę dni temu, jadąc na rowerze, prawie wpadłam przez szybę do restauracji. Mam teraz kolana całe w strupach, jak pięciolatka.</p>
<p><strong>To twoja specjalność: bliskie spotkania ze szkłem wystawowym.</strong></p>
<p>Obijam się o nie nosem, łokciami, biodrami, kolanami, czym się da. Chyba za szybko chodzę. Dodatkowo w tym roku planuję rozpocząć przygodę z nartami biegowymi. Myślę, że to będzie przebój w moim wykonaniu.</p>
<p><strong>W jednym z wywiadów widzieliśmy twoje zdjęcia z nauki jazdy na łyżwach. Już umiesz?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Byłam wtedy chyba pierwszy i ostatni raz na łyżwach, od dzieciństwa. Ale znając moją ambicję, gdybym dostała rolę łyżwiarki, trenowałabym codziennie. Mam taki rodzaj kujonizmu, że byłam w stanie pięć godzin dziennie uczyć się gry na pianinie. Nie wychodziło mi, ale się nie zniechęcałam. To było jak medytacja. Pewnego dnia bardzo bolała mnie ręka. Pomyślałam sobie: „Boże, gram już pięć godzin i tak mnie boli. Jak zawodowcy mogą grać dłużej?” Okazało się, że dzień wcześniej szczepiłam się przeciw kleszczom i stąd ten ból (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na początku coś nam obiecałaś&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale jesteście pamiętliwi&#8230; (<em>w tym momencie Agnieszka wyjmuje komórkę i po chwili w skupieniu słuchamy Walca Es-dur</em>).</p>
<p><strong>Blechaczem to ty nie jesteś, no i da się wyczuć drobne problemy z tempem, ogólnie jednak bardzo ci zazdrościmy. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ja sobie też zazdroszczę. Już się zastanawiam, czy kupić do domu pianino, czy jednak jest za duże i trzeba poszukać mniejszego zastępstwa.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Masz jakieś marzenie aktorskie związane nie z rolą, a z umiejętnością, którą nabędziesz dzięki roli?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chciałabym latać.</p>
<p><strong>Pilotka czy paralotniarka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ta druga. Przynajmniej chciałabym spróbować. Możecie załatwić coś takiego?</p>
<p><strong>Panie reżyserki, panowie reżyserzy! Agnieszka chce trochę polatać!</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Konno też chciałabym pojeździć. Bardzo lubię.</p>
<p><strong>Ostatnio miałaś okazję. </strong></p>
<p>Ale chciałabym jeszcze. W belgijskim filmie <em>Stepy</em> gram żonę polskiego oficera, wywiezioną do Kazachstanu. Pracowaliśmy w tym kraju prawie dwa miesiące. Było niesamowicie, nie musiałam sobie niczego wyobrażać. Jeżeli miałam grać kobietę siedzącą w jurcie z Kazachami, to po prostu w niej siedziałam. A kiedy jadący ze mną na koniu Kazach pytał: „Bystriej?”, odpowiadałam „bystriej” i po chwili pędziliśmy na złamanie karku. Za granicą gra mi się łatwiej, bo nikt nie wie, czego się po mnie spodziewać. Nie jestem w żadnej szufladce i w związku z tym czuję się, jakbym pierwszy raz grała w filmie.</p>
<p><strong>Czy to prawda, że na początku studiów byłaś kelnerką?</strong></p>
<p>Oczywiście i do dziś nie wiem, jak sobie z tym wszystkim dawałam radę. W moich czasach siedziało się w szkole aktorskiej codziennie do późnej nocy. Dzisiaj jest podobno inaczej. Może prąd podrożał i dlatego. Kiedyś nikt nam nie mówił, żeby gasić światło po 22. Paradoksem było to, że przez całą szkołę nie miałam kiedy czytać – tak dużo było zajęć. W ogóle moje studiowanie wspominam jak pobyt w więzieniu. Bardzo miłym więzieniu. Mimo to już na pierwszym roku studiów byłam kelnerką w restauracji Qchnia Artystyczna w Zamku Ujazdowskim. Przychodzili tam wtedy bardzo dziwni, nadęci ludzie. Pamiętam sporo aroganckich akcji. W tym samym czasie  uczyłam się roli Julii (<em>w sztuce „Romeo i Julia” &#8211; przyp. aut.</em>) po niemiecku. Tuż po zakończeniu mojej kariery restauracyjnej grałam trzygodzinne spektakle w przygranicznym niemieckim teatrze. Właśnie wtedy jedyny raz w życiu, prawdopodobnie ze stresu przed premierą, straciłam głos.</p>
<p><strong>Kompletnie?</strong></p>
<p>Zero. Nic. Musieli mi dać takie specjalne wlewki. Z trudem, bo z trudem, ale zagrałam. Dobrze, że nie trzeba było śpiewać (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Wciąż nie lubisz śpiewać?</strong></p>
<p>Uwielbiam, ale tylko pod prysznicem i w samochodzie. Na tym koniec. W zeszłym roku ktoś zaprosił mnie na przegląd piosenki aktorskiej we Wrocławiu i autentycznie się przestraszyłam. Pani chyba musiała to wyczuć, bo już więcej nie zadzwoniła. Potem trochę żałowałam, bo po pierwsze ktoś miał specjalnie dla mnie napisać piosenkę, a po drugie, fajnie jest czasem się przełamać. Ale obiektywnie na to patrząc, wydaje mi się, że byłaby to masakra.</p>
<p><strong>Nie dzwonili jeszcze z tańca na lodzie i wodzie?</strong></p>
<p>Nie. Chyba wiedzą, że mnie to nie interesuje. Wystarczy kilka razy odmówić i ma się potem spokój.</p>
<p><strong>Czy to znaczy, że nie masz kłopotów z papparazzimi?</strong></p>
<p>Nie mam. Żeby kogoś fotografować, trzeba mieć jakiś powód. Jakie zdjęcie mogą mi zrobić? Że mam nowego chłopaka? Że zdradzam męża? Przecież wiadomo, że tak nie jest. A teraz, kiedy gram za granicą, to już w ogóle mam totalny spokój. Nie ma mnie w telewizji i nie jestem rozpoznawalna. Wiele jest takich sytuacji, że ludzie poznają mnie dopiero po głosie. Ostatnio kelnerka zapytała, czy grałam w <em>Tylko mnie kochaj,</em> bo nie była pewna, dopóki nie usłyszała, jak mówię.</p>
<p><strong>Nie jesteś z nikim mylona?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Raczej nie. Raz, w czasie Berlinale, gdzie byłam z okazji wręczania nagród Shooting Stars, podszedł do mnie przedstawiciel polskiego ministerstwa kultury i zapytał: „Małgorzata Grochowska? Nie mylę się?” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Janusz Głowacki powiedział o tobie, że jesteś brzydka-ładna. My też tak uważamy. Dla ciebie to komplement?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>No jasne. Panu Januszowi byłam bardzo wdzięczna. Mam krzywy nos i kompletnie różne profile. Dlatego bardzo różnie się fotografuję. Mogę być brzydka i ładna. Lubię to. Dla aktorki to duży komplement. Chciałabym, żeby przekładało się to na role. Zresztą powoli jest z tym coraz lepiej.</p>
<p><strong>Nam przypominasz trochę Cate Blanchett. Ona potrafi być w każdym filmie zupełnie inna. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Uwielbiam ją. Widzieliście jak genialnie gra Boba Dylana? Ona nim jest! Moim zdaniem dostaje najciekawsze role na świecie.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tego ci właśnie życzymy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dziękuję. Zrobiłam teraz kilka filmów za granicą. Mam wielką satysfakcję z tego, że mogę skupiać się na konkretnych, wartościowych rzeczach. Nie muszę podejmować decyzji typu zagram w tym, bo muszę. I niekoniecznie chodzi mi o wymiar dywanu w Cannes. Zresztą łatwiej mi realizować się w pracy z fajnymi ludźmi, niż być w sytuacji totalnie publicznej &#8211; być na świeczniku.</p>
<p><strong>A propos sytuacji totalnie publicznej. Dostałaś kiedyś od nas propozycję sesji, ale odmówiłaś&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo nie wiedziałam, co miałoby z tego wynikać. Ale gdybym miała na przykład wystąpić ubrana od góry do dołu, w zakrywającym szyję golfie, to prawdopodobnie uznałabym to za dowcipne i się „rozebrała” (<em>śmiech</em>).</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong>O szkole aktorskiej:</strong></p>
<p>Przez pierwszy semestr zajmowałam się tym, jak należy wejść do pokoju.</p>
<p><strong>O Warszawie: </strong></p>
<p>Najdziwniej czułam się zawsze przy Wedlu. A wszystko przez tabliczkę z nazwą ulicy.</p>
<p><strong>O siostrze:</strong></p>
<p>Mika potrafi jechać całą noc rosyjskim pociągiem pełnym recydywistów i zawsze spada na cztery łapy. Ja mam dużo, dużo, dużo bardziej rozwinięty instynkt samozachowawczy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/agnieszka-grochowska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wojciech Mecwaldowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/wojciech-mecwaldowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/wojciech-mecwaldowski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Aug 2010 09:45:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Mecwaldowski Wojciech]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2717</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Krzysztof Gajewski i Maciej Szal &#8211; Złapaliście mnie w doskonałym momencie. Jestem świeżo po obejrzeniu projektu artystycznego mojej koleżanki, która zrobiła zdjęcia kilkudziesięciu wagin. Większość, które oglądałem, była natural, bez depilacji. To akurat tragedia. Słyszałem zresztą, że w Berlinie zaczyna się moda na zapuszczanie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Wojciech-Mecwaldowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2724" title="Wojciech-Mecwaldowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Wojciech-Mecwaldowski.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 7, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.3dphoto.com.pl">fot. Krzysztof Gajewski i Maciej Szal</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>Złapaliście mnie w doskonałym momencie. Jestem świeżo po obejrzeniu projektu artystycznego mojej koleżanki, która zrobiła zdjęcia kilkudziesięciu wagin. Większość, które oglądałem, była natural, bez depilacji. To akurat tragedia. Słyszałem zresztą, że w Berlinie zaczyna się moda na zapuszczanie włosów pod pachami. Dramat.</p>
<p><strong>Dobry początek. Sami lepiej tego byśmy nie wymyślili. </strong></p>
<p>No jakoś musiałem zagadać, bo jestem potwornie zestresowany. Rozmowa dla PLAYBOYA! Jak zadzwoniliście, to pomyślałem: „Ja pierdolę, kurwa nie wierzę!”. Co za zaszczyt!</p>
<p><strong>Dla nas to na pewno większy zaszczyt.</strong></p>
<p>Nie sądzę. Zbieram PLAYBOYE. Nie mogę uwierzyć, że z wami gadam. To chyba sen. Jak miałem 8 lat, na werandzie znalazłem gazetę typu PLAYBOY, w której zobaczyłem pięknie zbudowaną, nagą kobietę w dżungli. Nie mogłem wyjść z podziwu. Nagle na werandę wszedł mój tato i usiadł przy mnie. Wziął bez słowa pismo, położył na swoim lewym kolanie i zaczął w ciszy ze mną oglądać. Każda przerzucana przez niego strona jak cegła uderzała w moje prawe kolano. Myślałem, że się posram ze strachu. W połowie oglądania powiedział: „Podziwiaj synu piękno kobiety”. Obejrzeliśmy w ciszy do końca, zamknął i wyszedł.</p>
<p><strong>A ty?</strong></p>
<p>A ja już wiedziałem, o co chodzi (<em>śmiech</em>). Kiedy miałem 12 lat, skołowałem od kumpla pierwszego polskiego PLAYBOYA. Dziś mam ich setki, prawie wszystkie polskie i wiele zagranicznych. Zajmują bardzo dużo miejsca. Do tego wszystkie płyty DVD z blondynkami i brunetkami&#8230; Oj, panowie, radość ma ogromna, że tu z Wami siedzę.</p>
<p><strong>Która sesja w historii PLAYBOYA zrobiła na tobie największe wrażenie?</strong></p>
<p>Nie pamiętam, jej nazwiska. Blondynka. Amerykanka. Brała prysznic. Zdjęcie z profilu. Piękna buźka, piękne, trochę sztuczne piersi. Cudowne, chyba naturalne usta. Okrągła pupa. I ten układ nóg. Zapamiętałem głównie ten perfekcyjny układ nóg! Zdjęcie z 2003 lub 2004 roku.</p>
<p><strong>A zapamiętałeś jakieś sesje polskich dziewczyn?</strong></p>
<p>Pamiętam Liszowską, Książkiewicz, Łukomską i Anię Przybylską.</p>
<p><strong>Fajnie. Bo wywiad z Anią będzie w tym samym numerze. </strong></p>
<p>Piękna kobieta. Ma specyficzne, żenujące poczucie humoru, które uwielbiam.</p>
<p><strong>A chciałbyś dla nas zrobić jej trzecią rozbieraną sesję? Słyszeliśmy, że świetnie fotografujesz.</strong></p>
<p>Z wielką przyjemnością (<em>śmiech</em>). Tylko zrobiłbym to na swój sposób. W pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnej – pod wodą w 3D. Lub na krześle. Na razie robię portrety komórką. Głównie ludzi z show-biznesu. Mam nadzieję, że w tym roku wydam album. Fotografia komórkowa jest świetna. Zresztą mam to w genach. Po dziadku, babci i ojcu, którzy byli fotografami. Dziadek zresztą fotografował panie również <em>saute</em>. Wiem, bo na strychu znalazłem ponad sto tysięcy jego negatywów!</p>
<p><strong>Sto tysięcy?!</strong></p>
<p>Dziadek miał w Kłodzku zakład  „Foto Mecwaldowski”, który działał od 1945 do 2000  roku. Tato od razu po szkole zaczął pracować u swojego ojca. Pracowała tam też babcia – retuszowała zdjęcia.</p>
<p><strong>Co się stało z tym zakładem?</strong></p>
<p>Jest tam teraz mieszkanie. Mamy fajnych sąsiadów.</p>
<p><strong>Czyli całe dzieciństwo mieszkałeś drzwi w drzwi z pracownią fotograficzną?</strong></p>
<p>Tak. Kiedy dziadek fotografował fajne laski, to zawsze mnie wołał. Niby do pomocy. Ale tak naprawdę po to, żebym sobie popatrzył (<em>śmiech</em>). Robił piękne zdjęcia. Pasję przejęła po nim moja młodsza, przezdolna, siostra. Ma 22 lata i już jej zaproponowali pracę w Londynie.</p>
<p><strong>Jednym słowem – wyłamałeś się z tradycji rodzinnej.</strong></p>
<p>Za bardzo mnie nosi, mam klasyczne ADHD. Jak zobaczyłem Louisa de Funesa, wiedziałem, że nie mogę robić nic innego. On, wraz z Kaczorem Donaldem i Chaplinem są najwięksi. Od zawsze chciałem być aktorem. Jako dzieciak uczyłem się płakać na zawołanie. Albo w łazience, trzymając w ręce szampon mamy, udawałem, że właśnie odbieram jakąś nagrodę – niekoniecznie Oscara. Często po obejrzeniu filmu szedłem do kibla, żeby odegrać scenę, która mi się spodobała. Po pewnym czasie nauczyłem się nie tylko płakać na zawołanie, ale też i wymiotować. Któregoś razu na planie etiudy filmowej kumpel reżyser spytał mnie, jak zareaguję na to, że mnie postrzelili i mam dziurę w brzuchu, flaki te sprawy. Powiedziałem, że pewnie bym puścił pawia „Tak po prostu?”. „No, tak” &#8211; i puściłem pawia. Strasznie się podjarał. „Kamera, kurwa, kamera&#8230;, kręcimy”. Dali mi kubek pomidorowej chińskiej dla lepszego efektu. I jeszcze bezy. Cały gotowy stoję i czekam na „akcja”. Kamera ruszyła i&#8230; nie mogę. Próbuję, próbuję i nic. Nagle słyszą zza kamery &#8222;błagam, rzygaj… kurwa Stop!”, bo szkoda taśmy. I oczywiście w tym momencie pooooooszło. Walnąłem pięknego bełta z chińskiej pomidorowej i bezy. Filmowego po prostu (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Co jeszcze robisz na zawołanie?</strong></p>
<p>Mam sztuczki w genach. Mój wujek – Jurek,  jest jednym z najsłynniejszym iluzjonistów w Polsce. Ma pseudonim „Caroni”. Ale wracając do aktorstwa&#8230; Wiecie, kiedy moje dziecięce pojęcie o tym zawodzie legło w gruzach? W trakcie próby do mojego debiutu teatralnego, w spektaklu Krystiana Lupy <em>Azyl </em>w Teatrze Polskim. W pierwszym akcie miałem tam tylko spać. I akurat byłem tak cholernie zmęczony, że autentycznie zasnąłem. Obudziło mnie szarpnięcie za ramię. Słów Lupy nie zapomnę do końca życia: „Bardzo dobrze, tylko prawdziwiej śpij&#8230;”. Naprawdę, otworzyło mi to oczy na ten zawód. W teatrze nie wystarczy być. Nawet śpiąc, trzeba zagrać spanie. W kinie co innego.</p>
<p><strong>Ustalmy jedną rzecz, bo różni ludzie różnie twierdzą. Jesteś z Kłodzka czy z Wrocławia?</strong></p>
<p>Urodziłem się w Dusznikach, a wychowywałem w Kłodzku. Mieszkam we Wrocławiu i Warszawie. Od razu chciałbym też sprostować, że nie urodziłem się 1 stycznia, jak jest napisane w Wikipedii tylko 5 kwietnia. W tak zwanej wczesnej młodości obracałem się w kłodzkim towarzystwie sportowym, czyli dresiarskim (<em>śmiech</em>). Nosiłem niemiecki dres, a zeszyty kładłem do reklamówek Big Stara i Mustanga. Pamiętam, że im nowsze reklamówki, tym większy był szacun w szkole. Dawałem radę, bo miałem kuzynkę w Big Starze.</p>
<p><strong>Do jakiej szkoły wtedy chodziłeś?</strong></p>
<p>Do czteroletniego liceum konserwacji i renowacji zabytków architektury. Właściwie to był dział sztukatorski przy budowlance. Od czasu do czasu siedziałem w dziwnych miejscach i wystukiwałem młoteczkiem skrzydełka, oczki i uszki kościelnym aniołkom. Miałem wykłady z odlewów. Zdarzały się też praktyki na budowach, które ze sztukaterią nie miały nic wspólnego. Kiedyś woła mnie facet: „Mecifoski&#8221;. Ja mówię: &#8222;Mecwaldowski&#8221;, a on na to: &#8221; Jeden chuj! Słuchaj: sześć metrów na metr i głębokość na metr. Rów”. Patrzę się i nie wierzę: „Ale to jest beton”. „Tak, Mecifoski, to jest beton”. I poszedł. Ryłem kilofem i młotem pneumatycznym. To był jeden z najcięższych dni w moim życiu.</p>
<p><strong>Czego słuchałeś jako dresiarz?</strong></p>
<p>Głównie techno, ale ponieważ trzeba było jakoś imponować dziewczynom, udawałem, że jestem fanem New Kids on the Block. Miałem ich naklejki na deskorolce. Szukałem też ultraszpanerskich dresów na zatrzaski – były praktycznie nie do zdobycia. Nażelowane włosy zaczesywałem do przodu, a potem robiłem przedziałek. Wszystko po to, żeby na głowie mieć zawodową „mewę”. Do tego srebrny kolczyk i koniecznie złoty łańcuszek, wyłożony na obcisłej koszulce. W krótkim filmie <em>Dresiarskie walentynki</em> (<em>do obejrzenia na YouTube – przyp. aut.</em>) zagrały moje prywatne dresy. W ogóle wprowadziłem tam dużo własnych doświadczeń.</p>
<p><strong>Kiedy zrzuciłeś dres?</strong></p>
<p>Jakoś w trakcie liceum. Wcześniej nie wypadało, bo przez 10 lat grałem w amatorskich ligach koszykarskich. Chciałem być Scottiem Pippenem i grać dla Chicago Bulls. Łapałem za obręcze, szalałem. Wypadek na parkiecie spowodował, że przestałem rokować. Wygięło mi nogę, skręcenie stawu kolanowego, naderwane więzadła, urwana łękotka, kolano nadawało się pod nóż. Masakra, ale dzięki temu miałem przynajmniej wojsko z głowy. Pamiętam, że bałem się, że w trakcie operacji obetną mi jaja. Kumpel nastraszył mnie, że to się zdarza. Jak na sali operacyjnej lekarz kazał mi ściągać majtki, krzyczałem, że chodzi o kolano. „Wiem, ale takie są procedury”. Zasłoniłem ptaka rękami i czekam. Raptem wchodzą cztery praktykantki. Wszystkie jakby wyjęte z niemieckich pornosów. Poprosiły mnie, żebym dał jedną rękę do kroplówki, a drugą pod ten czytnik na puls. Byłem przerażony. Dostałem blokadę w kręgosłup i nic nie czułem. Na sali  pooperacyjnej przypomniałem sobie, co mówił kumpel, zacząłem sprawdzać, czy wszystko mam na miejscu. Ściskałem, ściskałem i nic. Nie miałem czucia. Wreszcie podniosłem się na rękach i zobaczyłem, że wszystko ok. Uff&#8230; Ale żebyście wiedzieli, jak potem bolały mnie jądra!</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czyli kariera koszykarska skończyła się brutalnie.</strong></p>
<p>Byłem za mały na koszykarza i nie na tyle dobry. Ale wiecie co? Zazdroszczę takim prawdziwym dresiarzom&#8230;</p>
<p><strong>Czego?</strong></p>
<p>Łatwości wyborów. Dla nich wszystko jest proste: albo białe, albo czarne. Nie pierdolą się, nie rozkminiają. „Będę, ręczę”. I o to chodzi. Albo jesteś, albo cię nie ma. Duży szacun.</p>
<p><strong>Ty w „czasach dresiarskich” też łatwo wybierałeś?</strong></p>
<p>Tak, a do tego ryzykownie i głupio. Kiedyś na przykład miałem nieprzyjemną sytuację na dyskotece. W jakiś nachalny sposób próbowałem rękami wyjaśnić kelnerce, co chcę zamówić. Byłem po swoim pierwszym joincie w życiu. Zrzuciłem jakąś reklamę piwa. Nagle poczułem ciężką rękę na ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem dwumetrowego, ważącego z dwieście kilo bramkarza. Facet miał tylko jedno oko i był prawdziwym postrachem okolicy. Spojrzałem mu prosto w twarz i krzyknąłem: „Cyklop?!”. Gość nie wiedział, co ze mną zrobić. Kumple błyskawicznie wyprowadzili mnie z klubu. Prawdopodobnie tylko dzięki nim możemy dziś rozmawiać.</p>
<p><strong>Jak zarabiałeś pierwsze pieniądze?</strong></p>
<p>Na budowach. Handlowałem też antykami. A wcześniej, jeszcze w liceum, łaziłem po centrum handlowym i namawiałem ludzi na kupno papierosów. Rozdawałem limitowane zapalniczki i pytałem wszystkich, czy palą. Pewnego dnia podeszła do mnie 50-letnia kobieta w futrze. „O której kończysz pracę?”. „O 22”. „To przyjadę po ciebie”. I faktycznie podjechała wypasioną furą. Pytam się jej, o co chodzi. „U mnie w domu zarobisz więcej niż tu przez jeden dzień”. „No, ale&#8230; ten, no&#8230; ja&#8230;”. I uciekłem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Opowiadałeś o tym kolegom?</strong></p>
<p>Tego samego wieczoru. Wylądowałem u kumpla, u którego siedział jakiś koleś – wielki kark. Po mojej opowieści, jak mnie już wyśmiali, kark westchnął i stwierdził: „Przesadziłem”. „Ale z czym?”. „Oglądacie pornusy? Miałem taką sytuację. Jadę z moją kobietą od tyłu no i przesadziłem&#8230;”. „Ale co zrobiłeś?” .„Chciałem jej klapsa jak w pornusach sprzedać i zajebałem jej z łokcia w kręgosłup, padła jak meduza. Jak się ocknęła, to powiedziała, że jestem pojebany i wyszła&#8221;. Autentyk!</p>
<p><strong>Twoje opowieści są genialne. Myślałeś kiedyś o „one man show”?</strong></p>
<p>Nie nadaję się do tego. Dlatego też odmawiam prowadzenia wszelkich imprez. Wolę występować z Tomkiem Kotem. Uwielbiam go.</p>
<p><strong>Słyszałeś już plotki, że jesteście gejami?</strong></p>
<p>Jeszcze nie i raczej się na to nie zapowiada. Wolimy kobiety. Ale gdybyście znali moją przygodę z dzieciństwa, na pewno pomyślelibyście, że jestem gejem.</p>
<p><strong>Dawaj. </strong></p>
<p>Byłem z dwoma kumplami pod namiotem. Jeden z nich do dziś jest bardzo malutki. Wyszły jakieś laski. Zaczęliśmy je zaczepiać, zapraszać na tańce, bajerować. Były chętne. Nagle jedna z nich zapytała: „Co to za kurdupel? On nie idzie”. Ja na to: „Nie mów tak o moim kumplu”. Na co ona: „Co to za pigmej? Zaraz mu zajebię!”. „Jak chcesz mu zajebać, to zajeb lepiej mi”. No i zajebała. Z kopa w jaja. Straciłem przytomność. Obudziło mnie drapanie po mosznie. Mój przyjaciel sprawdzał, czy wszystko w porządku: „Raz&#8230; dwa&#8230; OK, są dwa, wszystko gra Mecek”. To się nazywa prawdziwa, męska przyjaźń.</p>
<p><strong>Każda twoja anegdota to bomba. Dużo masz tego w zanadrzu?</strong></p>
<p>Niedawno jechałem warsem. Poprosiłem panią o szklankę wyciśniętych cytryn, bo czułem, że się rozkładam. Po paru minutach dostałem talerz z 4 cytrynami. Każda była podzielona na 4 kawałki. Do tego maluteńką, wąską szklaneczkę. „Musi pan sobie sam wycisnąć, nie mamy wyciskarki”. Czułem się jak w <em>Misiu</em>. Siedziałem miedzy ludźmi i ręcznie wyciskałem 16 cytrynowych kawałków.</p>
<p><strong>Tobie nie trzeba zadawać pytań! Dawaj więcej! </strong></p>
<p>Mojego kumpla koleżanka jest nianią. Między innymi opiekowała się kiedyś wielkim chłopiskiem z zespołem Downa. Pewnego dnia ten olbrzym do niej dzwoni i krzyczy: „Kałama, kałama, kałama!”. Ona tłumaczy, że jest w pracy, że nie może wyjść, że przyjdzie niedługo, a on tylko: „kałama, kałama”. W końcu musiała się zwolnić, bo się przestraszyła. Wpada do mieszkania, a on prowadzi ją do kibla. Tam siedzi skulony listonosz karzeł. Chłopak jak go tylko zobaczył, wydarł się „kałama!”, capnął go, zabrał torbę, wsadził do łazienki i zamknął. Przerażony listonosz siedział tam po ciemku z parę godzin.</p>
<p><strong>Wymyślasz to wszystko na poczekaniu?</strong></p>
<p>Dziwny jestem od dziecka. Ale to wszystko prawda. Mnie się dziwaczne historie przydarzają non stop. Na przykład nie tak dawno szliśmy po  wrocławskim rynku z Więckiewiczem. Podszedł do niego gość. „Jestem pana idolem! Pana rola w <em>Długu</em> była wyśmienita. Czy mogę autograf?”. Trochę się zdziwiliśmy, bo Więcol &#8211; jak wiadomo &#8211; w <em>Długu</em> nie grał. Ale luz, facet dostał autograf, odszedł parę kroków i krzyknął w naszym kierunku: „Tak trzymać, panie Pawle!”. Czasami naprawdę nie wiadomo, o co ludziom chodzi. Przecież Gonera nie ma na imię Paweł.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A ty z kim jesteś mylony?</strong></p>
<p>Z Darkiem Basińskim z Mumio. „Co tam, panie Darku? Kiedy gracie kabaret?”. Kiedyś z Tomkiem Karolakiem siedzieliśmy na placu Solnym we Wrocławiu. Podeszła do niego pani, żeby wziąć autograf. Tomek wyjaśnił jej, że gramy razem w filmie i że ode mnie też mogłaby wziąć podpis. Na co ona: „Nie. Od pana Szyca to ja już mam”. Albo jeszcze inna akcja &#8211; podchodzi na imprezie zawiany koleś i pyta sepleniąc: „Wiesz, za co cię cienię?”. „Za co?”. „Że jesteś sobą, wiesz. Że jesteś taki znany, a jesteś sobą, wiesz”. „Nie jestem aż taki znany, nie przesadzaj”. „Nie jesteś znany, tak? Nie jesteś znany? Wiesz gościu, znany to nie jest Gustaw Holoubek, wiesz&#8230;”. Totalna abstrakcja.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Dostajesz propozycje z programów typu „Taniec z gwiazdami”?</strong></p>
<p>Chyba już wszyscy dzwonili. Ale powiedziałem sobie, że nie zatańczę nawet za milion złotych i tego się trzymam. Nie chodzi o to, że potępiam takie programy. Po prostu ja się do takich spraw nie nadaje. Mogę robić inne rzeczy, jak nie będę miał roboty. Mój najbliższy przyjaciel powiedział mi kiedyś, że jeśli zobaczy, że z powodu popularności odwaliła mi palma, że mówię inaczej, że zachowuję się inaczej, i że patrzę na ludzi inaczej, to tak mi pierdolnie, że nakryję się nogami. A jak wstanę, to poprawi jeszcze raz.</p>
<p><strong>Popularność cię jeszcze nie męczy?</strong></p>
<p>Nie. Męczy mnie to, że ostatnio mam za mało czasu dla siebie. Nie, żebym się skarżył, ale do końca roku mam tak napięty kalendarz, że będę miał tylko parę wolnych dni. To za mało nawet na poustawianie jajek niespodzianek w łazience. Wiecie, że mam kolekcję?</p>
<p><strong>Już wiemy. </strong></p>
<p>Ponad sześćset zabawek z jajek niespodzianek. Najstarsze mają ponad 20 lat. Wszystkie odkurzone i poukładane seriami. Najgorsze jest ich sprzątanie. Trzeba wszystkie zdjąć, odkurzyć i poustawiać na nowo. Cztery godziny roboty! A kolekcja rośnie. Znajomi przynoszą nowe na każdą imprezę. Mam już nawet dużo zagranicznych. Nie wyobrażacie sobie nawet, jaką furorę robią jajka niespodzianki na imprezach.</p>
<p><strong>Co jeszcze zbierasz oprócz Playboyów i jajek niespodzianek?</strong></p>
<p>Bilety PKP. Chcę sobie nimi wytapetować strych w Kłodzku. Zbieram je od 9 lat. Mam prawie wszystkie bilety, które kupiłem przez ten czas. Naprawdę jest tego dużo, możecie mi wierzyć. Siądę sobie kiedyś pod tym sufitem, na którym będzie przyklejona moja przeszłość i pomyślę – to właśnie mój świat.</p>
<p><strong>Twój świat chyba mocno się zmienił, kiedy dostałeś się do szkoły teatralnej.</strong></p>
<p>Na pierwszym roku byłem kompletnie zielony. Pamiętam zajęcia, na których mieliśmy omawiać postać Daria Fo. Ucieszyłem się i mówię do koleżanki, że znam gościa. Ona zdziwiona. Pyta, jak to możliwe. A ja, że normalnie, grał kiedyś, taki DJ (<em>śmiech</em>). Mówię wam, nic nie kumałem. Padało hasło „teatr Grotowskiego”, a ja się pytałem kumpli, kto to jest. Nie wierzyli, że nie wiem. Myśleli, że się zgrywam. Mimo, że wiedzieli, że jestem po budowlance i przed szkołą nawet w teatrze nie byłem. Poza tym w szkole aktorskiej wszedłem w życie, które diametralnie różniło się od kumpelskich czasów liceum. Jak dostałem rolę u Lupy, to zniszczyli mi szafkę jakąś siekierą, pozrywali zdjęcia i pamiątki. Powaga. I wiem, kto to zrobił. On jednak wciąż myśli, że nie wiem. W każdym razie facet teraz raczej nie gra dużo. Ostatnio go spotkałem na ulicy. Podchodzi i mówi: „Mecuś, co tam porabiasz?”. A ja na to: „Zapierdalam stary, film za filmem, serial za serialem&#8221;. Poklepałem go po plecach i poszedłem. Taka mała zemsta.</p>
<p><strong>Czy to prawda, że nie masz prawa jazdy?</strong></p>
<p>Straciłem przez to parę ról, ale jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do samochodu. Kiedyś może zrobię ale chyba jestem za  nerwowy. Jak widzę, co ludzie wyprawiają na ulicach, to wolę nie brać w tym udziału.</p>
<p><strong>Ale w <em>Dresiarskich Walentynkach</em> jeździsz dresiarskim Golfem.</strong></p>
<p>Trzeci raz w życiu prowadziłem wtedy samochód. Ruszyłem z takim piskiem, że cała ekipa krzyknęła z wrażenia. Potem był niestety problem przy hamowaniu. Nie wiedziałem, który pedał wcisnąć. Na szczęście na strachu się skończyło.</p>
<p><strong>Czyli na planie, jak trzeba, to prowadzisz i brak prawka ci nie przeszkadza?</strong></p>
<p>Przeszkadza producentom, którzy nie chcą ryzykować, bo w razie czego ubezpieczenie nie zadziała. Kończyło się to tak, że chłopaki z ekipy raz musieli ciągnąć mnie na linie. Przyznaję, to było żenujące (<em>śmiech</em>). Na szczęście nie jestem sam. Przez długi czas Tomek Kot też nie miał prawka. I jego też ciągali (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wolisz Wrocław czy Warszawę?</strong></p>
<p>Zdecydowanie Wrocław. Bo tam ludzie zapraszają na piwo, a nie na sushi. Za bardzo kocham Wrocław, żeby w nim nie mieszkać. A zdjęcia zwykle mam w Warszawie. W zeszłym roku chyba z kilkadziesiąt razy leciałem samolotem na tej trasie.</p>
<p><strong>Nie męczy cię to? Niczego nie sugerujemy, ale ty nie wyglądasz na swoje młode lata. Na pierwszy rzut oka wydajesz się starszy niż jesteś.</strong></p>
<p>Ostatnio właśnie z tego powodu straciłem rolę w świetnej produkcji polsko-niemieckiej. Miałem grać dwadzieścia kilo cięższego, upośledzonego umysłowo faceta. Zacząłem spotykać się z takimi ludźmi, zacząłem tyć, a producent w końcu stwierdził, że wiekowo wyglądam jak Zamachowski.</p>
<p><strong>Ile przytyłeś?</strong></p>
<p>Ponad 10 kilo. I wszystko na nic. A tyle wszędzie i wszystkim o tym filmie gadałem. To dla mnie nauczka. A wracając do poprzedniego pytania &#8211; myślę, że to jak wyglądam rzeczywiście wynika z trybu życia. Ja po prostu o wiele za mało śpię. Ale niedawno skończyłem 30 lat i postanowiłem się uspokoić. Koniec z tym! Zwolniłem ze swojego życia parę osób i mam nadzieję, że wkrótce to zaprocentuje.</p>
<p><strong>Kogo zwolniłeś?</strong></p>
<p>Siebie. W różnych wcieleniach.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>PLAYBOYOWO:</p>
<p>PLAYBOY pokazuje facetom to, co ich interesuje. Konkretne miejsca, konkretne kobiety i konkretne żarcie.</p>
<p>FILMOWO:</p>
<p>Nakręciłem już ponad 1000 filmów swoją komórką. Zagrałem w kilkudziesięciu etiudach. Do tego dochodzą filmy offowe. W sumie najmniej gram w kinie oficjalnym (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Mam zamiar wyreżyserować swój debiut w przyszłym roku. Część aktorów już się zgodziła, między innymi Simlat, Kot i Wilczak. Plus dziesięć aktorek filmów porno. Na pewno nie polskich. To będzie trzydniowy wieczór kawalerski na południu Francji. Na ten pomysł wpadła moja siostra, gdy razem spędzaliśmy tam wakacje. To będą pełne trzy dni kręcone z różnych kamer, skrócone do półtorej godziny. Film będzie o tym, że faceci znaleźli się w tzw. raju, ale&#8230; nie są w stanie sobie z tym poradzić. Scenariusz mam już właściwie gotowy. Mam również wstępnie zainteresowanych producentów.</p>
<p><em>Stacja</em> była w stu procentach improwizowana.</p>
<p>DZIECIĘCO:</p>
<p>Za komuny zdarzało mi się wsadzać do magnetowidu kasetę z <em>Łowcą jeleni</em>, na której były nagrane niemieckie pornole. To był jednak piękny ustrój.</p>
<p>Całą młodość kochałem się w Hannie Banaszak.</p>
<p>Miałem ksywki Mecek, Mecwald i Pędzel. Skąd się wzięła ta ostatnia, doprawdy nie wiem.</p>
<p>KOBIECO:</p>
<p>Klasa kobiety czai się w oczach. To coś to dostojność.</p>
<p>PRZYSZŁOŚCIOWO:</p>
<p>Chcę kupić dom i ziemię na Jamajce. Moi Przyjaciele będą tam mieszkać i pilnować, a ja zawsze będę miał tam swoje miejsce.</p>
<p>Chciałbyś mieć zawsze czas na kręcenie kolejnych odcinków <em>Czatersów</em> (<em>do obejrzenia na YouTube.com – przyp. aut</em>.).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/wojciech-mecwaldowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Anna Przybylska</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/anna-przybylska/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/anna-przybylska/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 09 Aug 2010 14:20:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Przybylska Anna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2735</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2010 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Krzysztof Gajewski i Maciej Szal &#8211; Cieszymy się, że twoja sesja jest w 3D. Ale dlaczego w ubraniu? Tym bardziej, że jeszcze niedawno mówiłaś o swojej trzeciej, potencjalnej sesji w PLAYBOYU &#8211; „niewykluczona”. Powiedziałam tak tylko dlatego, żeby się wam nie zrobiło smutno. Poza [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Anna-Przybylska.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2742" title="Anna-Przybylska" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Anna-Przybylska.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 7, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.3dphoto.com.pl">fot. Krzysztof Gajewski i Maciej Szal</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Cieszymy się, że twoja sesja jest w 3D. Ale dlaczego w ubraniu? Tym bardziej, że jeszcze niedawno mówiłaś o swojej trzeciej, potencjalnej sesji w PLAYBOYU &#8211; „niewykluczona”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Powiedziałam tak tylko dlatego, żeby się wam nie zrobiło smutno. Poza tym bardzo cenię PLAYBOYA. Swego czasu zaczytywałam się nim w pociągach. Uważałam, że jestem cool. Wyobrażacie sobie w przedziale dziewczynkę, która czyta PLAYBOYA? Pamiętajcie, że mając 17 lat, wyglądałam na 11. Wtedy można było zobaczyć u was największe aktorki – to też robiło na mnie wrażenie.</p>
<p><strong>Skoro tak nas lubisz, to co stoi na przeszkodzie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Po co mi to? Nie przebiję już tamtych sesji. Ale wcale nie czuję się „za stara”. Zresztą zupełnie nie boję się o to, jak będzie się starzeć moje ciało. Boję się raczej starzenia mózgu. Nie chciałabym być  zrzędzącą pipą-aktorką, która rzuca kupą na przyjęciach. Moim największym kompleksem było zawsze to, że wyglądałam na małolatę. Dlatego wolę siebie dziś. Zresztą uważam, że im kobieta starsza, tym lepsza. Kto wie, może po 40-tce będę nawet miała wielokrotny orgazm?</p>
<p><strong>Tym bardziej warto się u nas pokazać. Przecież wiemy, że „w tych tematach” jesteś raczej wyluzowana.</strong></p>
<p>Nie do końca. Ostatnio zgłosił się do mnie miesięcznik, który zaproponował, żebym wzięła udział w dyskusji o opalaniu się topless. I oczywiście z góry założyli, że jestem za. Bardzo się zdziwili, bo jestem totalnie przeciwko. Po pierwsze są piersi i piersi. Gdyby wszystkie kobiety leżące na plaży wyglądały jak modelki PLAYBOYA po Photoshopie – no problem. Ale jak widzę cudowną Niemkę opalającą się na świński róż, z piersiami zwisającymi do kolan, z czterema fałdami pod każdą piersią, to robi mi się po prostu niedobrze. Poza tym uważam, że każda kobieta, idąc z plaży do toalety, do kramiku z lodami, czy do sklepiku z pamiątkami, powinna się nieco zasłonić. Naprawdę nie ma nic gorszego niż Niemka o budowie biedronki, w stringach, z odsłoniętymi piersioworkami, jedząca loda.</p>
<p><strong>A Niemiec?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Niemiec też (<em>śmiech</em>). Jeżeli ktoś się przy mnie rozbiera w garderobie, staram się nie patrzeć.  Ale nie dlatego, że ludzie, z którymi pracuję źle wyglądają, po prostu jest to dla mnie krępujące. W trakcie grania jest mi wszystko jedno, bo wyłączam zmysły estetyczne. Mam tylko nadzieję, że nie pachnie mi brzydko z ust.<strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A co myślisz o facetach w Speedos? </strong></p>
<p>To samo co o skarpecie w sandałku. Znak rozpoznawczy Polaka na wakacjach. Wracając do manifestowania swojej nagości. Wy faceci wiedziecie prym. No bo kto bez skrępowania chodzi goły między saunami koedukacyjnymi? Nie ma znaczenia czy „ korek od wina”, czy „ psi ch…k”. Jesteście po prostu obleśni… Ja zawsze się zastanawiam z koleżankami, na czym polega fenomen waszego braku poczucia wstydu? Ble.</p>
<p><strong>Myślisz, że Colin Farell jest lepszy niż reszta facetów? Kiedyś mówiłaś: „Erotyk z Colinem Farrellem. O mój Boże!”</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Widzę, że odgrzebaliście bardzo stare wywiady. Hello, hello! Tak na poważnie, to poza urodą jestem fanką jego talentu. Ale pamiętajmy, że teraz Colina mamy w pakiecie z Alicją, a ona bardzo dobrze zna język polski i może przeczytać ten wywiad (<em>śmiech</em>). A podobno i sam Colin uczy się polskiego. Oboje sprawiają wrażenie bardzo mocno zakochanych. Alicja wygląda kwitnąco.</p>
<p><strong>To zupełnie jak ty. Wiesz, kto to powiedział? „Jeżeli ktoś nie ma warsztatu na Szekspira, a ma osobowość i jest sexy&#8230; Ania Przybylska. Seks w pełnej krasie, zgrabna, piękna, błyskotliwa, po aktorsku inteligentna&#8230;”</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Ania przerywa</em>) Żebrowski. Dla mnie to protekcjonalne, przykryte komplementami, hasło: „Pisarze do piór, a operatorzy do kamer”. Nie znam faceta, ale jak przeczytałam cały wywiad, w którym opluwa swoje środowisko, opowiada, że się izoluje i twierdzi, że nie gra w serialach, bo grać w nich nie potrafi, to ręce mi opadły. Zresztą nie tylko mi, bo czytaliśmy ten tekst na planie i cała ekipa była zażenowana. Dżentelmen nie mówi takich rzeczy o kobiecie. Kompleksy, po prostu, kompleksy&#8230; On jest chyba jedyną osobą w branży, która ma problem z aktorami bez szkoły aktorskiej.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nikt nie wypominał ci braku dyplomu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nigdy. Henryk Machalica pocałował mnie kiedyś w rękę i powiedział, że jestem wielką artystką, a szkoła aktorska mogłaby zabić we mnie to, co najlepsze. Wtórowali mu wielcy aktorzy i reżyserzy. I szczególnie ci drudzy odradzali mi szkołę. Grałam bardzo dużo i w międzyczasie założyłam rodzinę. Też bardzo szybko. Dalej wszyscy znają tę historię. Nie było czasu na szkołę. Nie pogodziłabym wszystkiego. Ale po 14 latach ciężkiej pracy wiele się nauczyłam. Przede wszystkim spotkałam wielu fajnych, mądrych, doświadczonych, zdystansowanych ludzi na tej drodze. Nad warsztatem aktorskim pracuje się do końca swoich dni.</p>
<p><strong>Zdążyłaś w ogóle „zwyczajnie” popracować, zanim zostałaś nastoletnią aktorką?</strong></p>
<p>W drugiej klasie liceum zgłosiłam się do agencji modelek. Bywałam hostessą, chodziłam też na pokazach Wiganny Papiny i Michała Starosta. Fotomodelowałam w różnych gazetkach modowych, na przykład prezentowałam zimowe ciuchy w środku lata. Grałam też w teledysku w reżyserii Lecha Nowickiego. Obawiam się, że to było&#8230; disco-polo <em>(śmiech</em>). Na modelkę jednak byłam za niska, mimo że do najniższych nie należę. Po niecałych dwóch latach w agencji zgłosiłam się na casting do <em>Ciemnej strony Wenus</em> i tak już zostało.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Byłaś wtedy niepełnoletnia.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Umowę podpisywała moja mama.</p>
<p><strong>Zgodziła się na sceny rozbierane?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie czytała scenariusza. Nie chciała. Podpisała od razu. Wiedziała, że aktorstwo jest moim największym marzeniem od dziecka, i że jeśli mi nie pozwoli, zrobi mi największą krzywdę. Przecież ja spędzałam po kilka godzin dziennie w kiblu &#8211;  „grając”. Dziesięć lat gadałam do siebie.</p>
<p><strong>Brzmi to trochę chorobowo&#8230;</strong></p>
<p>Zawsze uważałam aktorstwo za  lekki objaw choroby schizofrenicznej. Ten nieustający dialog, który odbywa się w mojej głowie – to chyba nie jest do końca normalne. To ciągłe gadanie o sobie w trzeciej osobie per „ona”. Jakoś muszę się stymulować do grania. A jeśli chodzi o te sceny, to uruchamiam w głowie plik pod tytułem Jenna Jameson.</p>
<p><strong>Czyli kiedy grasz sceny erotyczne z facetami, myślisz o porno-aktorkach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Chyba tak, bo stymuluje mnie to, co tam robią. A faceci są na ogół obleśni. Lepiej jak w ogóle nie widać ich twarzy.</p>
<p><strong>Kiedyś, żartując, powiedziałaś, że jedyne, czego nie zagrasz, to scena seksu ze zwierzętami. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak? To wyobraźmy sobie, że dzwoni Ridley Scott i proponuje tytułową rolę w wielkiej produkcji pod tytułem „Caryca Katarzyna”. I co wtedy? Przecież bym nie odmówiła&#8230; Byłby koń, byłabym ja, głębokie spojrzenia w oczy, a po chwili wyciemnienie kadru (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>No właśnie. Z dobrze poinformowanych źródeł wiemy, że na planie lubisz poświntuszyć&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To fakt, świntuszę non stop. A do tego sporo przeklinam. Wiem, że nie wypada. Ale mnie to naprawdę odstresowuje. I uwielbiam rozbawiać ekipę.</p>
<p><strong>To zrób i na nas wrażenie. Opowiedz jakiś świński dowcip.</strong></p>
<p>Blondynka ubrała się na bal maskowy. Cała na biało: białe włosy, biała szminka, paznokcie, kiecka, buty, biały puder na buzi. Zgarnęła wszystkie nagrody. Wreszcie ją pytają: „Ty, blondynka! A za co się przebrałaś?”. „Jak to za co? Za ząb!”. (<em>Ania wskazuje dłonią poniżej pępka</em>) „A tu jest próchnica!” (<em>śmiech</em>). A znacie najlepsze spalenie dowcipu na świecie? To autentyk z planu. Znana aktorka opowiada kawał znanemu aktorowi. „Co to jest: Żyd wsadzony w drzwi?”. „Nie wiesz? Poddajesz się? Wizjer!”. Następuje jej rechot, a on nieśmiało pyta: „Chyba Judasz?”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>(<em>Wybuch śmiechu</em>). Wiemy na pewno, że tym aktorem nie był Wojtek Mecwaldowski. W tym numerze będziesz ty i on.</strong></p>
<p>Skoro to numer 3D i jestem w nim ja i Mecwal, to gdzie ta trzecia „D”? (<em>śmiech</em>). To jest wariat! . Ma tak genialne poczucie humoru, że zmiękcza mnie zupełnie. Grałam gościnnie w <em>39 i pół</em> i tam się poznaliśmy. Momentami myślę, że jest po prostu psychiczny. I cholernie mi się to podoba. Wojtek zrobi wszystko. Powiedzcie mu: „Zeskocz z tego wieżowca na golasa”, to on się rozbierze i skoczy. Mam słabość do takich facetów.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tak jak do Kubusia Puchatka? Powiedziałaś kiedyś, że mogłabyś pójść z nim do łóżka. Tylko czy wiedziałaś, że Kubuś to tak naprawdę dziewczynka &#8211; Winnie the Pooh.</strong></p>
<p>Nie mam z tym problemu. Uwielbiam kobiety i nie ukrywam, że bardzo mi się podobają. Ale biseksualna nie jestem. Jestem po prostu wrażliwa na piękno.</p>
<p><strong>A którą ze swoich koleżanek chciałabyś zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ostatnio podoba mi się Ania Dereszowska. Uważam, że tworzyłybyśmy idealną parę. Ona jest bardzo kobieca, zmysłowa, a ja mam w sobie dużo pierwiastka męskiego.</p>
<p><strong>Podobnie ma Agnieszka Grochowska. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Darek Gajewski, jej mąż, stwierdził, że mogłybyśmy zagrać siostry. Podobnie szybko mówimy, chodzimy, mamy taką samą energię. A do tego jesteśmy do siebie podobne.</p>
<p><strong>I obie jesteście chłopczycami.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Zgadza się. Zawsze taka byłam, dlatego nie mogę pojąć rankingów, w których wygrywam i jestem obwoływana seksbombą albo całkowicie wyjątkową boginią seksu! To do mnie nie pasuje, bo u nas w domu obowiązuje „szatniarska” bajera. Lubię piłkarskie poczucie humoru &#8211; ten rodzaj prymitywizmu, cynizmu i przaśności. Kocham żarty sięgające dna. Uwielbiam też parodiować piłkarzy. Jestem w tym naprawdę dobra. Znacie ten gest – „piłkarską przerzutkę”? (<em>W tym momencie Ania wstaje i „przerzuca” jądra z nogawki do nogawki, a my padamy ze śmiechu na podłogę – przyp. aut.</em>).</p>
<p><strong>Jakie są inne specyficzne cechy piłkarzy?</strong></p>
<p>Niektórzy piłkarze świszczą. Mówią, jakby nie otwierali ust . Znam tylko dwie świszczące grupy zawodowe – raperów i piłkarzy.</p>
<p><strong>Czy Jarek <em>(Bieniuk – piłkarz Widzewa, partner Ani – przyp. Red.)</em> nauczył cię chociaż, co to jest spalony?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oczywiście, ale on i tak twierdzi, że na ten rodzaj wiedzy jestem odporna. Wyżej nie podskoczę. Lubię oglądać polskie mecze, ale Reale, Barcelony i Intery już nie dla mnie. Grają za szybko i za dobrze – niczego nie łapię.</p>
<p><strong>W takim razie powiedz, kto jest dla ciebie Colinem Farrellem piłki nożnej.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kiedyś bardzo mi się podobał łysiunieńki Ljungberg. Ładny, uroczy i słodki jest Ebi Smolarek, taki „synuś”. Z chęcią powoziłabym go w wózku. Ale zawsze najnajnajlepszy będzie Zinedine Zidane. Bo jest rodzinny, pali papierosy i wyjechał z głowy Materazziemu. Zresztą mało brakowało, żebyśmy się poznali. Oboje mamy kontrakty reklamowe z tą samą firmą i był pomysł jakiejś akcji charytatywnej, w której mieli uczestniczyć on, ja, Isabella Rossellini i Matthew McConaughey.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Co myślisz o Dniach Cipki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Super! Ale jak je świętować? Raz w roku z gołą zofią paradować po Piotrkowskiej? Chyba zacznę namawiać wszystkie swoje koleżanki. Mogłybyśmy pokazać kilka zofii naraz. Obawiam się jednak, że to inicjatywa feministyczna.</p>
<p><strong>Intuicja cię nie zawodzi.</strong></p>
<p>Szkoda, że zawłaszczyły taką fajną nazwę. Ja się feministką nie czuję. Na przykład jeśli chodzi o parytet, to wiem, że jest potrzebny, ale wolę, żeby to inne walczyły o moje prawa. Wynika to pewnie z faktu, że dużo mi się w życiu udało. Poza tym męskie towarzystwo sprawia mi dużo radości. Uwielbiam władzę reżysera na planie. I mojego „Pana” w domu. Tę męską dominację (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>To opowiedz trochę o władzy reżyserskiej. Kto najlepiej tobą władał?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chcielibyście wiedzieć, co? Kiedyś Bogusław Linda opieprzył mnie, gdy grałam w <em>Sezonie na leszcza</em>: „Po chuj robisz takie wielkie oczy? To nie jest kolejny odcinek <em>Złotopolskich</em>. Masz za duże gały, żeby się tak wyłupiać”. Lubię takie proste wskazówki. Wielkim autorytetem jest dla mnie Piwowarski, który mnie znakomicie stymuluje. Potrafi mi tak nawrzucać, tak obrazić albo takie świństwa mówić do ucha. To wariat, który zna życie. Umie nakręcić aktorki, jak nikt inny. Kiedy widzi, że jestem znudzona, to na maksa zaczyna komplementować Dereszowską. Na głos mówi, jak super wygląda i dobrze gra, a kątem oka patrzy, jak ja na to reaguję. Wie, że musi mnie to zmobilizować. Dla mnie on jest prawie jak ojciec. Pamiętam jak w naszym pierwszym filmie dał mi klapsa w tyłek. Graliśmy trudną scenę na placu Trzech Krzyży i cały czas zasłaniałam Agnieszkę Wagner w kadrze. Podszedł, włoił mi parę ostrych klapów i powiedział: „Jeszcze raz mi ją zasłonisz!”. Poryczałam się i chlipałam: „Nawet mój tata nigdy mnie tak nie zbił&#8230;”. Oczywiście potem przeprosił, kupił różyczkę i tak dalej. Niektórym by się to nie podobało, ale ja uważam, że sztuka przyciąga wariatów. I potrzebuje wariatów. Radek Piwowarski poza tym jest cudny, bardzo dowcipny i dobry. Nie umiem się na niego gniewać.</p>
<p><strong>Na ciebie też podobno ciężko się obrazić.</strong></p>
<p>Konrad Niewolski niedawno mi powiedział: „Anka, co byś nie zrobiła, ciebie i tak wszyscy będą lubić”.</p>
<p><strong>Czy sąsiedzi nadal wieszają ci chleb na klamce?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Już nie, ale to było piękne. Możliwe tylko w małej aglomeracji takiej jak Wronki. Bardzo lubiłam ten małomiasteczkowy klimat a la Ranczo Wilkowyje. Potrafiłam się tam odnaleźć.</p>
<p><strong>A jak mieszkało się w Antalyi?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bosko. Szkoda tylko, że nie daliśmy rady sobie pojeździć, pozwiedzać. Turcy są szurnięci na punkcie piłki, więc Jarek miał w klubie jak w koszarach: czteromiesięczne zgrupowania i totalny brak czasu wolnego. Między innymi dlatego nie przedłużył kontraktu. Kumplowaliśmy się z rodziną Oscara Cordoby (<em>kolumbijski bramkarz – przyp. aut.</em>) i z innymi sąsiadami z naszego osiedla – cudzoziemcami mieszkającymi w Antalyi z powodów zawodowych.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Obcowanie z turecką kulturą macho bywało uciążliwe?</strong></p>
<p>Nie rozumiałam, dlaczego wzbudzam sensację swoim porannym joggingiem. Małolaci na mój widok stawiali motocykle na jednym kole. Po pewnym czasie poszłam więc po rozum do głowy i zaczęłam zakładać biustonosz pod t-shirt. Ale to gorące, śródziemnomorskie słońce rozbudzi każdego. To normalne, że południowcy mają taka naturę.</p>
<p><strong>Dalej sobie powtarzacie z Jarkiem, że jest podrzędnym piłkarzyną, a ty marną aktorką?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Cały czas. To bardzo dobrze wpływa to na nasz związek. Oboje mamy podobne poczucie humoru i lubimy sobie dogryzać&#8230; Ale błagam, tylko nie kończcie tej rozmowy w taki sposób!</p>
<p><strong>Podpowiedz nam w takim razie, jak mamy skończyć.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Janek Frycz kiedyś powiedział do mnie: „Ty w ogóle nie masz wnętrza. Ty jesteś, kurwa, za ładna”. Uwielbiam go, nie tylko za to.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Jako nastolatka byłam zakochana w Michaelu Jacksonie. Potem był Van Damme, który okazał się za mały, a do tego kokainista. Na plakatach wisieli też Johnny Depp, Dolph Lundgren i Julia Roberts.</p>
<p>Po jednej lampce wina świetnie czyta mi się scenariusze.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Do dziś pamiętam swój „występek” w <em>Złotopolskich</em>. Któregoś razu, mając lat 20, zwyczajnie się upiłam. Na planie były czyjeś imieniny bądź urodziny – prawdziwa zmora dla tych, którzy chcą być trzeźwi. Grając z Piotrkiem Szwedesem i Piaskiem byłam tak totalnie rozluźniona, że wszyscy pękali ze śmiechu. Dziś wiem, że na nietrzeźwość mogą sobie pozwolić tylko wielcy aktorzy.</p>
<p>Nie lubię swojego głosu, a niektórzy się nim zachwycają. Może nie wiedzą, że jak się śmieję, to skrzeczę.</p>
<p>Tatuaże i piercingi mnie obrzydzają.</p>
<p>Lubię niegrzecznych chłopców i tak już zostanie.</p>
<p>Jechałam samochodem z dwuipółletnią córeczką. Dodatkowo byłam w ciąży. Na drodze totalny korek. Za mną stał Opel Kadett z polskimi Bobami Budowniczymi na pokładzie. Pewnie wracali z roboty z Niemiec. Z samochodu wysiadł facet w bardzo dekatyzowanej katanie i bardzo dekatyzowanych spodniach. Wysiadł, żeby się wysikać. Był wysuszony jak papieros. Widziałam go dokładnie w bocznym lusterku. I raptem! To, co się wysypało i zawisło w rejonach kolan po prostu mnie przeraziło. Zamarłam. Zaczęłam sobie wyobrażać, choć bardzo nie chciałam, jak to coś wygląda w zwodzie. Ten pan musiał wtedy tracić przytomność. Od razu zrobiło mi się żal wszystkich przydrożnych tirówek. Już do samego domu widziałam tylko tego dyndającego kutaska, który mówił do mnie: „Skręć w prawo” albo „Skręć w lewo” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/anna-przybylska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>John Cleese</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/john-cleese/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/john-cleese/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 16 Jun 2010 12:01:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Cleese John]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2476</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2008 rok TEKST: Mariusz Urbanek &#8211; Ojciec, agent ubezpieczeniowy, wybaczył panu w końcu, że po studiach prawniczych na Uniwersytecie w Cambridge zamiast zostać wziętym adwokatem, zaczął się pan wygłupiać w telewizji? Na początku było mu trudno, ale kiedy zacząłem pracować dla BBC, zaakceptował mój wybór. BBC przypominało wtedy w pewnym stopniu tajne [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/John-Cleese.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2482" title="John-Cleese" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/John-Cleese.jpg" alt="" width="350" height="229" /></a>PLAYBOY nr 10, 2008 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Mariusz Urbanek</strong><strong><br />
</strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Ojciec, agent ubezpieczeniowy, wybaczył panu w końcu, że po studiach prawniczych na Uniwersytecie w Cambridge zamiast zostać wziętym adwokatem, zaczął się pan wygłupiać w telewizji?</strong></p>
<p>Na początku było mu trudno, ale kiedy zacząłem pracować dla BBC, zaakceptował mój wybór. BBC przypominało wtedy w pewnym stopniu tajne służby i cieszyło się w Wielkiej Brytanii takim samym prestiżem jak one. Dlatego ojciec znacznie łatwiej przełknął to, że nie będę członkiem wyższej klasy średniej. Właśnie dlatego, że to było BBC.</p>
<p><strong>A wyjazd na stałe do Ameryki? Wybaczył panu?</strong></p>
<p>Nie żył już, więc nie musiał mi tego wybaczać. Matka nie była zadowolona, ale starałem się jej unikać, więc to było nawet niezłe rozwiązanie.</p>
<p><strong>Wyjechał pan, bo znudziło się panu brytyjskie poczucie humoru?</strong></p>
<p>Powodów było wiele. Wszystkie moje żony były Amerykankami, w związku z tym moje dzieci mieszkały w USA. Po drugie miałem dość angielskiej pogody, a zwłaszcza zim. Bardzo nie podobał mi się też kierunek, w którym zmierzały angielskie media. Gazety stały się tak napastliwe i agresywne, że trudno to było znieść. A ponieważ do USA już wcześniej wyjechało wielu moich przyjaciół, nie jechałem w próżnię. Poza tym najwięcej dobrze płatnych ofert pracy miałem właśnie z USA.</p>
<p><strong>Pierwsze amerykańskie doświadczenie nie było najlepsze. </strong></p>
<p>Gdy pierwszy raz przyjechaliśmy do USA, jeszcze z Latającym Cyrkiem, poprosił mnie o spotkanie przedstawiciel PLAYBOYA. Powiedział, że Monty Python nigdy nie trafi do amerykańskiej telewizji, bo jest zbyt dziwny. Amerykanie nas nie zrozumieją. Poradził, żebyśmy zrobili film z naszych najlepszych skeczy i przetestowali go na kampusach uniwersyteckich. Film powstał, został wprowadzony na ekrany i okazał się totalną klapą. Odniósł natomiast spory sukces w Wielkiej Brytanii, co było dla mnie zaskoczeniem, bo Anglicy<br />
znali przecież te skecze z telewizji. To nie miało kompletnie sensu.</p>
<p><strong>Pisano, że Latający Cyrk Monty Pythona zrobił dla humoru tyle, ile Beatlesi dla muzyki rockowej. Mam wrażenie, że bardziej rewolucyjni byli Rolling Stonesi. Którego z tych zespołów pan słuchał?</strong></p>
<p>Wyłącznie The Beatles. Nigdy świadomie nie włączyłem piosenki Rolling Stonesów. Jeśli ich słuchałem, mogło<br />
się to stać wyłącznie przypadkiem.</p>
<p><strong>Nie podobają się panu?</strong></p>
<p>Nie interesuje mnie ten rodzaj muzyki. Zresztą w latach 60. zajmowałem się głównie pracą. Natomiast Beatlesów bardzo lubiłem. Poznałem ich nawet osobiście, wszystkich oprócz Johna Lennona. George Harrison współfinansował <em>Żywot Briana</em>, a z Ringo Starrem wystąpiłem w <em>The Magic Christian</em>, do którego napisałem także scenariusz.</p>
<p><strong>Największe przyjemności w życiu mężczyzny to ponoć kobiety, wino i śpiew. Miał pan trzy żony, o winach napisał pan poradnik. A śpiew?</strong></p>
<p>Z tych trzech rzeczy wychodzi mi zdecydowanie najgorzej. Śpiewałem tak źle, że w szkole zakazywano mi tego nawet podczas lekcji muzyki. Jeszcze 20 lat później, gdy występowałem w musicalu na Broadwayu, reżyser powiedział, że wystarczy, jeśli nauczę się słów i będę po prostu poruszał ustami. Ale gdy w trakcie jednego ze spektakli pozwoliłem sobie jednak coś zanucić, przyszedł do mojej garderoby i zapytał: „John, czy ty śpiewałeś podczas przedstawienia?”. „Troszeczkę – odrzekłem. – Nie rób tego więcej” – powiedział.</p>
<p><strong>A właściwie czemu w Latającym Cyrku nie było kobiet?</strong></p>
<p>Była jedna. Carol Cleveland. Wykorzystaliśmy ją, kiedy potrzebny był nam ktoś, kto wyglądałby sexy. Zwykle woleliśmy sami przebierać się za kobiety, uważaliśmy, że tak jest zabawniej. Więc wszędzie tam, gdzie nie była nam potrzebna kobieta wyglądająca jak kobieta, udawaliśmy je sami. Zresztą lubiliśmy to, bo to była naprawdę niezła zabawa.</p>
<p><strong>Może kobiety nie mają poczucia humoru? Przecież komicy to przeważnie mężczyźni.</strong></p>
<p>To prawda, ale od czasów mojej młodości dużo się zmieniło. Kiedy startował Latający Cyrk, kobiety w ogóle nie pchały się na scenę. Miałem wrażenie, że bały się ośmieszenia. Ale już jakieś 20 lat temu najśmieszniejszymi komikami w angielskiej telewizji były właśnie kobiety: Jennifer Saunders i Dawn French.</p>
<p><strong>Co pana śmieszy prywatnie?</strong></p>
<p>Obecnie – kampania prezydencka Johna McCaine’a. Mam wrażenie, że nie ma nic śmieszniejszego niż ogrom paniki, w jaką wpadli z tego powodu republikanie.</p>
<p><strong>Barack Obama nie jest śmieszny?</strong></p>
<p>Jest znacznie bardziej inteligentny i otwarty na ludzi niż jego konkurent, a z tego trudno się śmiać. I po prostu prowadzi swoją kampanię lepiej. Oczywiście są ludzie, którzy uważają, że nie powinienem wypowiadać się na ten temat, ale jestem współautorem dwóch książek na tematy psychologiczne, więc się wypowiadam.</p>
<p><strong>Pan będzie głosował na Obamę?</strong></p>
<p>Nie będę głosował, bo nie jestem obywatelem USA. Ale ma pan rację, muszę porozmawiać na ten temat z Amerykanami. W końcu to oni wymyślili zasadę „no taxation without representation”, nie można nikogo obciążyć podatkami, nie dając prawa głosu. A ja płacę wystarczająco dużo pieniędzy, żeby móc głosować.</p>
<p><strong>Jest coś, z czego nigdy by pan nie zażartował?</strong></p>
<p>Trudno byłoby mi kpić z prawdziwego, nieudawanego, dogłębnego i przejmującego bólu. Zarówno bólu fizycznego, jak i psychicznego. Rzecz jasna ludzie czasem udają, że się czymś bardzo martwią, odgrywają ból i cierpienie, bo uważają, że z jakiegoś powodu powinni cierpieć. Nazywam to „uwrażliwianiem się na siłę” i z tego zawsze bardzo chętnie mogę się ponabijać.</p>
<p><strong>A religia?</strong></p>
<p>Trudno byłoby mi stroić żarty z Chrystusa czy Buddy, bo z czego tak naprawdę się śmiać? Można by się oczywiście pośmiać ze świętego Franciszka, ale chyba wyłącznie z tego, że ptaki robią mu na głowę.</p>
<p><strong>W <em>Żywocie Briana wg Monty Pythona</em> kpiliście z początków chrześcijaństwa. Dziś, po ukazaniu się w gazecie karykatury Mahometa, płoną ambasady i giną ludzie. Miałby pan odwagę zakpić z Mahometa?</strong></p>
<p>Prawdopodobnie nie. Wyznawcy Mahometa są szaleni i nieprzewidywalni. Z podobnych powodów byłbym ostrożny z żartami na temat Chrystusa w Stanach Zjednoczonych.</p>
<p><strong>Także ze strachu o życie?</strong></p>
<p>Tak. W USA też zabija się w imię Boga. Chrześcijańscy fundamentaliści mordują lekarzy, którzy przeprowadzają aborcje. Kompletnie nie rozumieją istoty chrześcijaństwa. Prawdopodobnie, gdyby Jezus zszedł na ziemię i chciał im wytłumaczyć, jak bardzo się mylą, to jego też by zabili.</p>
<p><strong>W tak katolickim kraju jak Polska <em>Żywot Briana</em> miał ogromne powodzenie. My, Polacy, uważamy, że też jesteśmy narodem wybranym. Jak wypadło pana zetknięcie z Polską i Polakami?</strong></p>
<p>Mój ojciec podziwiał to, co robili podczas II wojny światowej polscy lotnicy służący w armii brytyjskiej. A matka mówiła mi, że Polacy potrafią zrobić ponad tysiąc dań w oparciu tylko o kapustę i ziemniaki. Zrozumiałem, że musicie być narodem bardzo zdolnym i twórczym. Dlatego miałem dla Polaków uczucia bardzo ciepłe, z wyjątkiem 1973 r., kiedy na jakieś dwa tygodnie was znienawidziłem.</p>
<p><strong>Po meczu na Wembley?</strong></p>
<p>Tak, byłem wtedy na stadionie. Do dziś pamiętam bramkę, którą nam strzeliliście.</p>
<p><strong>To był Jan Domarski.</strong></p>
<p>Pamiętam jak dostał piłkę, uderzył ją bokiem stopy, a nasz bramkarz Peter Shilton widział lecącą piłkę, ale nie docenił tego strzału.</p>
<p><strong>Mecz odbył się 17 października, czyli nienawidził nas pan mniej więcej do końca miesiąca. </strong></p>
<p>Tak, a potem mi przeszło.</p>
<p><strong>I chciałby pan już mieć ciotkę w Pcimiu?</strong></p>
<p>Bardzo chciałbym. Zwłaszcza gdyby miała nie więcej niż 30 lat, 180 cm wzrostu i była szczupłą blondynką. Mógłbym z nią porozmawiać na temat ewentualnego kazirodztwa.</p>
<p><strong>Robi pan filmy z poradami dla menedżerów z wielkich korporacji. Co im pan radzi?</strong></p>
<p>Nie wiem nic o świecie finansów, więc przychodzi mi to dość łatwo. Mówiąc poważnie, chciałbym, żeby ludzie mogli efektywnie współpracować i byli przy tym szczęśliwi. Każdego dnia poświęcamy pracy tak wiele czasu, że powinniśmy wykonywać ją w możliwie najlepszych i przyjaznych warunkach. Dlatego próbuję propagować taki styl zarządzania, który wykorzystuje inteligencję tkwiącą w samej organizacji pracy, a nie tylko w pojedynczych ludziach. Kiedy widzę, że nie zna się na swojej pracy i wykonuje ją źle, winą za to obarczam przede wszystkim szefa, który nie potrafił wytłumaczyć swojemu pracownikowi, na czym polegają jego obowiązki.</p>
<p><strong>Powiedział pan: „Łatwo przychodzi mi portretować biznesmenów. Bycie uprzejmym, dość okrutnym i niekompetentnym jest u mnie naturalne”.</strong></p>
<p>Tak powiedziałem? Nie pamiętam, ale brzmi to tak, że mógłbym to powiedzieć. Czasami po prostu z rozpędu mówi się coś, co trzeba powiedzieć, żeby ludzi rozśmieszyć.</p>
<p><strong>I ci biznesmeni chcą panu jeszcze za to płacić?</strong></p>
<p>Myślę, że naprawdę wierzą, że jestem w stanie pomóc im w zwiększeniu sprzedaży i poprawieniu poziomu usług, które świadczą. Kontakty z biznesmenami przynoszą mi znacznie więcej pieniędzy niż jakakolwiek inna dziedzina mojej działalności.</p>
<p><strong>Napisał pan ze sławnym psychoterapeutą Robinem Skynnerem książki <em>Żyć w tym świecie i przetrwać </em>i <em>Żyć w rodzinie i przetrwać</em>. Proszę o jakąś jedną radę: Jak żyć?</strong></p>
<p>Nie wiązać się z alkoholikami. Bo oni zrobią wszystko, żeby drugiego człowieka unieszczęśliwić. Dotyczy to zresztą uzależnienia od wszelkich używek – także od pracy, pieniędzy, a nawet depresji. Uzależnienia powodują, że ludzie przestają być szczęśliwi. Także bogactwo.</p>
<p><strong>Jak sobie z tym radzić?</strong></p>
<p>Znaleźć pracę, która niekoniecznie będzie przynosić wielkie pieniądze, ale będzie dawać satysfakcję. Badania pokazują jednoznacznie, że wzrost dochodów powyżej pewnego poziomu wcale nie powoduje, że ludzie czują się szczęśliwsi. Amerykanie twierdzą wręcz, że każda dodatkowa kwota powyżej 15 tys. dol. rocznie nie wpływa na poziom ich satysfakcji.</p>
<p><strong>15 tys. dol.? To nawet w Polsce nie robi już wrażenia.</strong></p>
<p>Tak wynika z badań. Zejście poniżej tego poziomu wiąże się ze zbyt dużym stresem, a wspinanie się w górę rodzi problemy.</p>
<p><strong>Pieniądze być może nie czynią człowieka szczęśliwszym, ale znacznie to ułatwiają. Pan jest tego przykładem.</strong></p>
<p>Jestem szczęściarzem, bo chociaż mam tylko jeden talent, to jest to talent bardzo dobrze opłacany. Znam ludzi, którzy są znacznie bardziej inteligentni niż ja, mówią szesnastoma językami, grają na dziewięciu różnych instrumentach muzycznych, a nie zarabiają nawet części tego, co zarabiam ja. Wkurzają mnie tylko gwiazdy rocka, które zarabiają o wiele więcej niż ja. Ale widocznie im płaci się za robienie hałasu.</p>
<p><strong>P</strong><strong>rzekonuje pan w swoich książkach, że za wszystkie kłopoty, jakie mają ludzie, odpowiada „złoty wilk”, czyli nasz własny niczym nieuzasadniony strach. Jak go pokonać?</strong></p>
<p>Myślę, że stajemy się szczęśliwsi dopiero wtedy, gdy zaczynamy uwalniać się od naszych żądz i pragnień. Młodym ludziom podstawowym celem w życiu wydaje się zdobycie określonego statusu społecznego. Dopiero z upływem lat, kiedy ich ego nie jest już takie olbrzymie, zaczynają dostrzegać w życiu także inne wartości. Ale to dążenie do zdobywania coraz wyższego statusu wynika z tego, że nie czują się dobrze sami z sobą i dlatego nie mogą być szczęśliwi. Ci, którzy całe życie dążą do uzyskania władzy i to tylko po to, żeby po prostu mieć władzę, nigdy nie będą rządzić nami dobrze.</p>
<p><strong>Wyobraźmy sobie, że ma pan przez siedem dni władzę absolutną. Siódmego dnia pan odpoczywa, to już tradycja, ale co przez pierwszych sześć? Pamiętamy, że świat został już stworzony.</strong></p>
<p>Po pierwsze zakazałbym wszystkim mężczyznom noszenia tupecików. Mężczyznom w USA zakazałbym noszenia tych dziwnych workowatych szortów. Na osoby, które jedzą ser tofu, nałożyłbym krótkie wyroki więzienia. Na koniec wydałbym dekret, na mocy którego Uma Thurman zostałaby moją żoną.</p>
<p><strong>Jeden z pańskich cytatów brzmi: Zakazałbym szczekania wszystkim psom lub spowodowałbym, że mogłyby ujadać tylko w ściśle określonych porach. Co panu zawiniły psy?</strong></p>
<p>Naprawdę tak powiedziałem? Ale zgoda, mogłem tak powiedzieć&#8230;</p>
<p><strong>Woli pan koty?</strong></p>
<p>Znalazłem psa, który nie szczeka, i jest tak naprawdę kotem w ciele psa. Wygląda jak nieco bardziej umięśniony chart. To najmilszy pies na świecie i jest introwertykiem. Nie jest może zbyt posłuszny, ale chce ze mną współpracować. Szczekał tylko w jednym przypadku. Na mojego emu. Więc pozbyłem się emu.</p>
<p><strong>Na pogrzebie Grahama Chapmana powiedział pan, że nie wybaczyłby panu, gdyby właśnie pan, który jako pierwszy użył w brytyjskiej telewizji słowa shit, nie wypowiedział podczas ceremonii pogrzebowej słowa fuck. Jakiego słowa należy użyć w pożegnalnym przemówieniu dla pana?</strong></p>
<p>Cunt. Pizda. Ludzie się oburzają, gdy słyszą to słowo, a ono przecież bardzo ładnie brzmi. W odróżnieniu od takich słów jak dick (kutas) czy bitch (suka), bo one są jakby zduszone, sugerujące coś nieprzyjemnego. Pizda to dobre słowo na tę okazję. Ciepłe i przywodzące miłe skojarzenia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/john-cleese/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

