Katarzyna Nosowska

Katarzyna-Nosowska

PLAYBOY nr 1, 2006

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Igor Omulecki


Mamy nadzieję, że podaliśmy dłonie jak trzeba. Bo „flaków” ani „śledzi” nie znosisz.

A ja myślałam, że to naturalne! (śmiech). Rzeczywiście, kiedy ktoś podaje mi mdlejącą dłoń, czuję się, delikatnie mówiąc, zniesmaczona. Jest w tym geście coś, co pozwala przypuszczać, że kontakt będzie w równym stopniu wątły i niemiły.

A propos śledzia. Co ostatnio złowiłaś?

W zeszłym roku niestety ani razu nie zarzuciłam wędki. Ale dwa lata temu złapałam wielką krasnopiórę.

Na co?

Na spławik. Normalnie spinninguję, ale brak jakichkolwiek efektów spowodował moją rozpacz. Byłam o krok od podjęcia decyzji, że już nigdy nie będę łowić. Wtedy narzeczony namówił mnie na spławik. Ta krasnopióra zapłodniła mnie nadzieją na tyle, że przez następne dwa lata mogę łowić bezproduktywnie, a i tak będzie mi to sprawiało wielką przyjemność.

A węgorza kiedyś złowiłaś?

Nie. Węgorz jest ohydny. Odkąd się dowiedziałam, że to ryby padlinożerne, trzymam się od nich z daleka. Myślałam, że tylko dziwnie wyglądają, a one przez oko wyżerają na przykład wrzucony do rzeki łeb barana. Bleeee.

Masz wodery i specjalny kapelusik z haczykami naokoło?

Nie, ale mam specjalistyczną skrzyneczkę, którą dostałam na urodziny od kolegi z zespołu. Specjalnie z niej nie korzystam, a gumeczki, które są w środku, wolę miętolić i wąchać niż ich używać. Poza tym mam dwie wędki.

A nie brzydzisz się robaków?

Przynętę musi mi ktoś założyć, bo sama nie jestem w stanie. Chyba że jest to kukurydza. Robaka próbowałam założyć, gdyż jestem bardzo ambitna, niestety w dość charakterystyczny sposób sztywnieje w chwili zetknięcia się z haczykiem, co wywołuje u mnie silny wstręt.

Kolejna męska rzecz w twoim życiu to piłka nożna. Jaki był wynik ostatniego meczu Legii?

Oj, niestety zarzuciłam ostatnio piłkę. Sercem jestem jednak nadal przy drużynie i twierdzę, że to prawdziwa miłość. Bardzo dawno nie byłam na stadionie, nie miałam czasu. Żałuję, bo nie przepadam za oglądaniem meczów w telewizji. Myślę, że kobiety nie lubią piłki, bo traktują ją jako konkurencję dla serialu. Po prostu nie chcą się dzielić sprzętem audiowizualnym. Mecz na stadionie to co innego. Można się zakochać.

Dlaczego kibicujesz akurat Legii?

Tak się złożyło. Komu miałam kibicować? Ze Szczecina jestem (śmiech). Tylko ta warszawska drużyna pozostaje w dobrym kontakcie z Pogonią.

Chodzisz na „żyletę” (sektor dla najbardziej radykalnych kibiców na stadionie Legii Warszawa – przyp. red.) czy na krytą?

Marzę o „żylecie”! Ale nikt ze mną nie chce iść. Pamiętam mecz, w trakcie którego zarządzono minutę ciszy, bo zmarł wieloletni bywalec „żylety”. Pomyślałam wtedy, że wolę, żeby moją pamięć uczczono na stadionie niż żeby pojawiła się wzmianka o mnie w Teleexpressie. Muszę jednak dodać, że moje kibicowanie jest delikatne i kobiece, pozbawione cienia agresji i chamstwa, które potępiam u pseudokibiców.

A pomysł oddania twoich prochów w konkursie radiowym już nie jest aktualny?

Eee, tam. Kto by chciał? Mam nadzieję, że nikt.

Może by to jakoś połączyć z minutą ciszy na stadionie…

…i rozsypać prochy na murawie! No, to już by mi się bardziej podobało (śmiech).

Kto jest przystojniejszy: Wdowczyk czy Janas?

Zdecydowanie Janas. Chociaż to nie jest do końca mój typ.

A jaki jest twój typ?

Maciej Szczęsny. I nigdy się to nie zmieni. Piłkarze poza nim nie robią na mnie wrażenia.

Dlaczego przeniosłaś się z Ochoty na Gocław?

Bo ulegliśmy modzie na kupowanie rzeczy, na które nas nie stać. W ten sposób mamy mieszkanie na kredyt (śmiech). Oczywiście wolałabym mieszkać w pięknym, wypasionym 120-metrowym mieszkaniu na Ochocie, ale aż tak dużego kredytu byśmy nie dostali, więc mieszkamy w 120-metrowym na Gocławiu.

Jak muzycy biorą kredyt?

Idzie się do banku po prośbie. To kwestia tego czy pani lubi Heya, czy nie (śmiech).

Podoba ci się po tej stronie Wisły?

Pewnie. Nie jest tu niebezpieczniej niż gdziekolwiek indziej w Warszawie. Jeśli masz pisane starcie z kimś nieprzyjemnym, to może mieć ono miejsce nawet pod Sejmem.

Czy twoje mieszkanie jest urządzone zgodnie z zasadami feng shui?

Wręcz przeciwnie. Dodatkowo mam lustro naprzeciwko drzwi wejściowych. Podobno to największy błąd. Teraz już wiem, dlaczego ocieram się o tak wielką liczbę małych nieszczęść. To wina tego lustra. Dużo Polaków wiesza lustra naprzeciw drzwi i pewnie dlatego to naród głęboko nieszczęśliwy (śmiech).

Kiedyś miałaś hopla na punkcie feng shui.

Urządziłam tak swoją kartonową posiadłość, czyli kanadyjczyka na wsi. Byłam przekonana, że jeżeli nie ustawię mebli w jakąś sensowną całość, moje życie się rozpadnie. Przyszła do mnie jedna pani, wzięła parę ładnych stówek i stwierdziła, że wszyscy domownicy żyją w dobrych sektorach, ale ja swój sektor mam w garażu (śmiech).

Zgodziłabyś się na sesję w PLAYBOYU?

Na nagusa? No, gdzie no? Trzeba by zmienić profil pisma na „fotki z życia wzięte”. Obleśne i słabe zdjęcia, i tacy sami modele. Nie można wymagać od czytelnika aż takiej tolerancji. Tak naprawdę, zanim podejmę jakąś decyzję, muszę znaleźć odpowiedź na proste pytanie „po co?”. W tym przypadku pytanie rozbrzmiewa echem, a odpowiedź nie przybywa. Ale nie mam nic przeciwko PLAYBOYOWI. Uważam, że jest rzetelny, elegancki i ładny. Bardzo mi miło.

Nam też miło. Ale gdybyś się dla nas rozebrała, najbardziej zadowolony byłby Muniek Staszczyk, który stwierdził, że go kręcisz, masz bardzo ładną twarz i w ogóle.

Ale Muniek to specyficzny typ.

Robił jakieś podjazdy?

Kiedyś na uszko powiedział mi, że fajnie by było, gdybym spinała włosy w kucyk. Jeśli to był podjazd, to bardzo Muńkowy. Są tacy specyficzni mężczyźni, którzy uważają, że jestem ładna. I nie są to fani. Ci bywają okrutni. Ostatnio weszłam na forum naszego zespołu i przeczytałam, że wyglądam starzej niż własna babcia. Poryczałam się. Mam 34 lata, syna, prowadzę dom, świetnie gotuję i nagle ktoś pisze o mnie coś tak głupiego? Nigdy nie starałam się funkcjonować jako tzw. laska. Totalnie się załamałam.

Którą Polkę z chęcią obejrzałabyś na naszej rozkładówce? Pewnie tak jak połowa naszych rozmówców – Kożuchowską?

Generalnie wolę poznać osobę niż zobaczyć jej cycki. Ale z chęcią zobaczyłabym aktorkę Kasię Herman. Dla mnie jest przepiękna. Gosia? Nie mój typ.

Kobietom nie ufasz, jesteś nimi zażenowana i czasem ci wstyd, że przynależysz do tej płci. To twoje słowa. Wolisz mężczyzn?

Raczej nie. Nawiązanie pełnego kontaktu z facetem jest za trudne. Nie wiem, czy starczy na to życia. Szkoda chyba czasu, bo jesteśmy totalnie różni. Możemy tylko próbować. Kobiety są dziwne. Z jednej strony uważam, że to fajne, że jesteśmy takie pokomplikowane, babramy się w niuansach i wczytujemy w podteksty, badamy piętnaste dno. Z drugiej strony to przeszkadza. Nic nie jest po prostu i za dużo w tym nikomu niepotrzebnych gierek. Kobiety są fajne, jak są same. Ale gdy w nawet najfajniejszym gronie pojawi się jeden kuternóżka – facet choćby totalne nieporozumienie – od razu robi się problem. Nie wiem, skąd bierze się ta nieprawdopodobnie niezrozumiała dla mnie potrzeba walki o samca w każdych okolicznościach. Faceci potrafią się sfokusować, gdy gadają o piłce czy polityce, skupiają się przez moment tylko na tym. U kobiet, gdy pojawia się obok jakiś mężczyzna, zaczyna się zerkanie na bok, rozproszony wzrok i dezorientacja. Wkurza mnie to.

Feministki tak nie robią.

Nie lubię skrajności. Nie lubię lata w pełni ani mroźnej zimy. Prawdopodobnie moja wiedza na temat feminizmu jest dość powierzchowna, ale mam wrażenie, że miejscami ciut za dużo tu egzaltacji, która mnie przeraża.

Przeraża cię Kazimiera Szczuka?

Nie, uważam, że jest szalenie błyskotliwa. Lubię jej słuchać. Myślę, że należy do grona feministek, które zajmują się kwestiami najistotniejszymi, operują poważnymi argumentami. Bardziej chodziło mi o stereotypowy obraz feministki będącej agresywnym, walczącym z własną kobiecością typem, nie mającym pojęcia o historii i celach ruchu, a także o kobiety, dla których feminizm ogranicza się do odmówienia chłopu obiadu. Ja kocham gotować.

A pić?

Jak byłam młoda, nie wypadało mi przyznać się, że nie lubię piwa. Więc piłam, ale nigdy mi nie smakowało. Dziś przyznaję z odwagą – nie lubię piwa i proszę mnie na piwko nie zapraszać.

Za co cenisz Dodę?

Cenię Lecha Janerkę, a Doda mi nie przeszkadza. Jest ładna w naturalny sposób i niepotrzebnie zamydla tę urodę. Niby ma głos, ale nie kręci mnie jego barwa, niby jest inteligentna, ale ja tego nie widzę lub ten rodzaj inteligencji mi nie pasuje. Ale nie mam nic przeciwko niej.

A co myślisz o Mandarynie?

Też jest ładna, też mi nie przeszkadza, a nawet czasem jest mi jej szkoda. Obydwie są atrakcyjne w typowy sposób, ja wolę inne typy urody. Mandaryna wie, że nie jest wytrawną wokalistką. Ma jakiś zalążek głosu, który wystarcza do studyjnej obróbki i dzięki temu powstaje gotowy produkt – hit muzyki dance. A na żywo mało kto potrafi dobrze wypaść. Nie takim artystkom zdarzało się na koncercie pozostawać w przykrej opozycji do właściwego dźwięku.

No tak, ale i Mandaryna, i ty jesteście wokalistkami. Nie irytuje cię to?

Jeżeli przyjąć, że prawo do funkcjonowania w show-biznesie ma ktoś, kto sprzedaje dużo płyt, wychodzi na to, że ona ma większe prawa niż ja. Koniec kropka.

Czy występuje w Polsce zjawisko męskich groupies?

Ja ich nie mam, ale koleżanki opowiadały, że tacy są (śmiech). Anja Orthodox mówiła, że podczas koncertów wyławiała sobie czasem takiego, który się jej podobał. Osobiście nigdy tego nie doświadczyłam. Jestem raczej Naszą Kasią Kochaną – porady sercowe, te sprawy.

Jesteś bardzo tolerancyjna. Nie wierzymy, że coś lub ktoś nie działa ci na nerwy. Co cię wkurza, Kasiu?

Miałkość kontaktów międzyludzkich. Ludzie gadają ze sobą w taki sposób, że uważam to za kolosalną i przegiętą stratę czasu. Co tam? Jak tam? Zajebiście? Tylko tyle. Ja jak już gadam, to potem chciałabym o tym pomyśleć. Chciałabym, żeby wszystko było na maksa i takie prawdziwe. Może jakaś głupia jestem? Dlatego siedzę głównie w domu.

To chyba normalne. Starzejemy się i siedzimy w chatach.

Tak? Moja mama ma 58 lat i cały czas onieśmiela mnie jej apetyt na życie. Lubi się bawić, chłonąć wrażenia całą sobą.

To chyba nie wdałaś się w mamę?

Chyba nie. Kiedyś poszliśmy do młodzieżowego technoklubu. My, czyli Hey zasiedliśmy na sofach, wzięliśmy drinki, a mama z dwiema przyjaciółkami na parkiet! Powiedziała mi tylko: „Kasia, popilnuj torebek, my z ciocią idziemy się pokręcić”. Chłopcy z zespołu oszaleli. To jest dopiero młodość. Ja raczej taka nie będę.

Nie dopuszczono cię terminowo do pierwszej komunii. Nie żal ci było zegarka z melodyjkami?

Rok później dostałam nieprzyjemnie wyglądający złoty zegarek wskazówkowy ze Wschodu. A za to, że mnie nie dopuścili, było porządne lanie. Dodatkowo musiałam klęczeć.

Na grochu?

Na wykładzinie, ale tak długo, że i tak bolało. To było straszne.

A co twój syn dostał na komunię?

Chciał komputer, ale uważam, że jest za wcześnie. Może korzystać z naszego komputera, pod kontrolą. Odpadła też komórka. Uważam, że to przegięcie, że jego koledzy mają swoje telefony. Dostał chyba dwie maski Spidermana z walkie-talkie (śmiech) i mnóstwo drobiazgów stosownych do wieku.

Czego słucha Mikołaj?

Głupio mi to mówić, ale nowego Heya na przemian z Dezerterem. Niestety również polskiego hip-hopu. Miło mi, że wreszcie przekonał się do mojej twórczości. Ostatnia płyta jest ostrzejsza, a on jest 9-letnim punkowcem, więc pewnie dlatego.

Twoja mama powiedziała „Gazecie Wyborczej”, że mówiłaś jej, że będziesz sławna…

Nie pamiętam, kiedy tak mówiłam. Pewnie dopiero wtedy, kiedy zaczęłam śpiewać w zespołach. Wcześniej na pewno nie…

Według mamy, jakbyś nie została piosenkarką, to na pewno aktorką. I byłabyś w teatrze jeszcze lepsza niż w śpiewaniu.

O, na pewno nie. Jestem niecierpliwa. A aktorzy głównie siedzą, czekają aż wszystko będzie przygotowane na to, żeby ułamek sekundy ich gry zarejestrować na taśmie. Nie zniosłabym tego bezruchu. Poza tym ja się wstydzę.

Ale chciałaś być aktorką.

Niby tak. To dlatego, że nie wyobrażałam sobie, co w ogóle innego mogłabym robić w życiu. Koleżanka składała papiery do szkoły teatralnej w Warszawie, to i ja.

A pamiętasz, co zrobiłaś po wyjściu z egzaminu? Jak odreagowałaś tę traumę? Bo wszystko skończyło się raczej małym blamażem…

Nie było chyba tak strasznie, bo nie pamiętam, co zrobiłam. Przerażające było to, że ojciec powiedział, że jak się nie dostanę na studia, to nie będzie przeczekiwania w domu na lepsze czasy. Czułam, że będę pracować w miejscu, którego nie będę lubiła. Że nie nadaję się do pracy od jakiejś godziny do jakiejś. Że muszę mieć choć odrobinę wolności. Rzeczywiście trafiłam do takiego miejsca, że płakałam każdego dnia przed wyjściem do pracy

Wpisywałaś dane do komputera…

Typu Odra. Straszne!

A gdybyś nie została ani piosenkarką, ani aktorką?

To bym gotowała. Byłabym jak ta Nigella z telewizji (Nigella Lawson, popularna dziennikarka brytyjska, autorka kilku książek i programów telewizyjnych o gotowaniu – przyp. red.). O, ją bym chciała zobaczyć w negliżu. Jest taka piękna i naturalna. Byłabym nią. Mówię wam, ja tak dobrze gotuję!

A w czym jesteś najlepsza?

We wszystkim, oprócz deserów. I wiecie, nigdy nie gotuję z przepisów. Głupio mi trochę się tak chwalić, ale jeśli chodzi o gotowanie, to skromność byłaby bardzo nieszczera.

Kiedyś powiedziałaś, że sens życiu nadaje rodzina. Głosujesz na LPR?

To tak jak z upalnym latem. Wierzę w rodzinę, ale nie taką na wieki, że do śmierci jest to ten sam zestaw ludzki. Wierzę w rodzinę składającą się z matki i dziecka. Reszta to oboczności. Od wieków nikt nie przygotowuje nas do wolności w rodzinie. Dzięki temu większość rodzin i domów jest nieszczęśliwa.

Nasze pytanie było ohydną prowokacją. Bo Giertych wydaje się nam podobny do…

Do mnie?

Nie. Chodzi nam o pewien typ męskiej urody. Giertych, Szczęsny, Janas…

No nie! W życiu! Ci są supermęscy. A Giertych ma w sobie coś takiego, nie wiem… jakby przez pomyłkę.

A jak ci się podoba na przykład Mariusz Pudzianowski?

No, ja wiem, że to być może jedyny facet, który byłby mnie w stanie przenieść przez próg, i to jedną ręką, ale nie. Za duży jest. I na pewno na jakiejś specjalnej diecie. Nie mogłabym się spełniać przy nim kulinarnie (śmiech).

Opowiadałaś kiedyś, że zakochałaś się w muzyce i nie tylko w muzyce podczas wyjazdu na zbieranie jabłek w NRD. Była to dla ciebie już poważna zagranica?

No pewnie. Wystarczyło oddalić się kilka zaledwie kilometrów od Szczecina, by mieć poczucie istnienia lepszego świata.

To był twój pierwszy zagraniczny wyjazd?

Nie. Tata był marynarzem. Jako 9-latka popłynęłam w rejs: od Hamburga, przez kanał La Manche i prosto do Ameryki.

Fiu, fiu… Na początku lat 80. takie wycieczki!

Ja przez to też cierpiałam. Nędza w kraju, a tata przywoził pomarańcze i napoje w kartonikach. Każdego dnia, aż do wyczerpania zapasu dostawałam jeden do tornistra. Strasznie się wstydziłam. Za mało, żeby się dzielić. Wracałam do domu i dopiero wypijałam.

Chodzisz jeszcze czasami w parce?

Nie mam. Pozbyłam się swojego ja (śmiech). Ortopedycznych butów też już nie noszę. Potrzebuję teraz wywyższenia, więc chodzę w butach na obcasie (śmiech).

W szpilkach?

Nie, to ponad moje siły. Na obcasie – solidnej kolumnie.

A co cię denerwuje w dzisiejszej modzie damskiej?

To, że tak szybko przemija. Dziewczyny uzależnione od trendów popadają pewnie w niezłe tarapaty finansowe. Modne są fiolety, to niech chociaż przez trzy sezony ten fioletowy sweterek ma sens. Nie! Zaraz jakiś mądrala z telewizji powie, że fioletowy już jest niemodny. Ci tak zwani styliści! Co to jest za zawód? Idzie taki do sklepu, wypożycza pięć szmat, bierze za to ciężkie pieniądze, a ten kogo stylizuje, wygląda po prostu źle. Wkurza mnie to.

A nie denerwują cię dżinsy wpuszczane w kozaczki na szpilkach?

Och, nie lubię (krzywi się). Tak samo jak tych bluzek a` la kimono, z jednym ramieniem spuszczonym. Jakbym była bardzo chuda, to ubierałabym się prosto, ascetycznie. Nie interesuje mnie ekstrawagancja w modzie.

Mama coś ci sugeruje?

Żebym nosiła sukienki. Ale ja do tej pory jeszcze nie wyszłam ze spodni.

To kiedy przyjdzie czas na sukienki?

Za 15 kilo w dół.

Uuu… to chyba trochę za dużo.

Żadne za dużo. W sam raz, żeby w końcu można się było najeść, tak na maksa i bez wyrzutów sumienia (śmiech). Kocham jeść.

Jak schudniesz, to się poddasz dyktatowi stylistów?

Nie, nie. Ja chcę sama dla siebie. Naprawdę. Mam tyle fajnych bluzeczek w szafie i nigdy ich nie włożyłam.

A suknię ślubną też masz już w szafie? Co ze ślubem?

Nie mamy czasu. Poza tym nie jest to pierwsze i najpilniejsze z listy marzeń.

Jaką dietę stosujesz?

Żadnej. Kiedy jestem na diecie, robię się nieszczęśliwa. Ale wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Fajnej figury też.

I co, chcesz wyglądać jak Kate Moss?

Nie, no bez przesady. Ale słyszałam, że ona ma akurat ciekawą dietę. Je nosem.

Kupujesz może te wszystkie magiczne pasy i przyrządy z telewizji?

Nie. Za to rodzice w to wszystko wierzą. Po co, po co? Ciągle powtarzam, ale groch o ścianę. I rurki na brzuszki i plaster z prądem, do tego noże, krajalnice. Kiedyś oglądaliśmy razem jakąś reklamę o kremie, co to wystarczy na noc się posmarować i rano ma się cztery centymetry w talii mniej. Mówię: no, tu już przesadzili. Tata, że ha ha, rzeczywiście. Przyjeżdżam po miesiącu i co stoi w łazience? Nie musiałam pytać czy działa. Widziałam, że nie.

Ale przyrządy do ćwiczeń, nawet najgłupsze, muszą jakoś pomagać. Ćwiczysz?

Zapisałam się. Jeżdżę na rowerku w takiej kabinie z podciśnieniem czy nadciśnieniem – nie wiem dokładnie. Podobno spala się czterokrotnie więcej (śmiech).

Jeździsz na nartach? Mówiłaś kiedyś z szyderczym uśmieszkiem, że są towarzystwa, w których powiedzieć, że się nie jeździ, to obciach.

No… Chociaż nie wiem czy można powiedzieć, że jeżdżę. Potrzebuję specyficznych warunków. Długi zjazd, w ogóle nie stromy, idealna konsystencja śniegu i zero ludzi wokół. Wkurzają mnie wytrawni narciarze, co się tak popisują tymi skrętami, że mają taki luz w kolankach. On wie, że mi krzywdy nie zrobi, bo przecież świetnie jeździ. Ale ja mam wątpliwości, co do tej jego pewności. Bo jak sama nie wiem, w którą stronę skręcę, to skąd on ma wiedzieć. Piekielnie boję się zderzenia.

Na czym lepiej szyjesz? Na gitarze czy na maszynie?

Nie szyję na gitarze, choć próbowałam. A do maszyny może jeszcze wrócę, kto wie. Tata zawsze powtarzał, że cokolwiek by się działo na świecie, ludzie zawsze będą chcieli jeść i ubrać się. I dlatego korzystną opcją na życie jest matura plus tytuł technika odzieżowego. No więc mam tytuł technika. Ale maszyny nie mam.

Uszyłabyś coś, jakbyś musiała? Koszulę na przykład?

Żaden problem. Myślę, że potrafiłabym uszyć wszystko. Niektóre rzeczy mogłyby mi sprawić na początku trochę kłopotu. Spodnie albo marynarka z podszewką.

A poradziłabyś sobie w chórze?

Nie. To niesamowite, jak mi się głos obniżył. Miałam ultrawysoki, superostry. Został mi ponury alt. Naleciałość w postaci chrypki zupełnie mnie dyskwalifikuje.

To przez fajki?

Pewnie też. Życie po prostu. Z płyty na płytę śpiewam coraz niżej. Za 10 lat – Maciej Zembaty.

Nadal piszesz książkę?

Nie. Może kiedyś nabiorę odwagi, żeby to pokazać światu…

Powieść fabularna?

No… tym, którzy są bezkrytyczni wobec mnie, może by się spodobało. Ale ja uważam, że nie jest to wielkie. A ja, jeśli już, to chciałabym być wielka. Nie chcę być autorką, którą pochwalono w kobiecym piśmie. Bez sensu.

Powiedziałaś, że nie umiesz pisać, kiedy jesteś szczęśliwa. Może jesteś za szczęśliwa.

Ale to dotyczyło pisania tekstów piosenek. Jeśli chodzi o prozę, to chciałabym pisać jak Hermann Hesse.

Kumplujesz się z Marcinem Świetlickim?

Kolegowaliśmy się dwa lata. Rozmawialiśmy przez telefon regularnie. Jak byłam w Krakowie, to szliśmy na wódeczkę – on czystą, ja rozcieńczaną. Jak był w Warszawie, to pojawiał się u nas w domu. No, ale wszystko przemija.

Chciałabyś być kiedyś obrzydliwie bogata? I jak często grasz w totka?

Tylko jak są kumulacje. Pewnie, że chciałabym mieć kupę forsy. Milion mnie nie obchodzi, nawet trzy. Zaczynam grać dopiero od ośmiu w górę (śmiech).

Jakieś sukcesy?

Żadnych. Nawet dwójki nie umiem skreślić. Moja mama miewa czwórki, nawet piątki. A ja zero. Gdyby można było pobrać nagrodę za niewcelowanie w żadną, byłabym obrzydliwie bogata. Wyobrażam sobie, że mam tę kasę, ale nie kupuję tych wszystkich szmat od projektantów, nie zmieniam klamek na złote. Daję kumplowi z zespołu samochód za milion dolarów na urodziny. Normalnie z taką wielką kokardą na dachu, jak na romantycznych komediach, i mówię: „wszystkiego najlepszego”…

W 1993 r. wypowiedziałaś takie oto słowa do dziennikarza gazety „Popcorn”: „Wywiady i spotkania bardzo mnie peszą. Wątpię, żebym to kiedyś polubiła”. Coś się zmieniło?

Nie jest już tak strasznie jak kiedyś. Ale ciągle uważam, że to nie jest potrzebne.

Ale chyba nie było tragicznie?

Mnie się podobało.

Ponoć od razu widać na twojej twarzy czy lubisz dziennikarza, czy nie.

Ze mną jak z dzieckiem. Jak jest ciekawie i śmiesznie, to OK. A pytania: „a skąd tytuł płyty?” albo „a jak to się stało, że założyliście zespół?”, albo „zawsze chciałaś śpiewać?” doprowadzają mnie do szału. Myślę wtedy: Boże, Boże… mogłabym w tym czasie poczytać lub pogotować.

A pamiętasz najgłupsze pytanie?

Powiedziałam ładnej pani z telewizji podczas wywiadu, że śpiewam wiersz Stachury, a ona zapytała: „I co on na to?”.

(Rechot) I co on na to?

Z tego co mi wiadomo, jest bardzo zadowolony.

P.S. od Kasi: W wywiadach zwykle zapominam dodać, że do wszystkich słów, które wypowiedziałam należy koniecznie dodać datę i godzinę, bo moim niezbywalnym prawem jest zmiana zdania. (Rozmawialiśmy 15 listopada, od 16.05 do 18.35).

Słowo NOSOWSKA przed każdą odpowiedzią jest niestety do wywalenia L

KASIA NOSOWSKA

PLAYBOY, STYCZEŃ 2006

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

Mamy nadzieję, że podaliśmy dłonie jak trzeba. Bo „flaków” ani „śledzi” nie znosisz.

NOSOWSKA A ja myślałam, że to naturalne! (śmiech). Rzeczywiście, kiedy ktoś podaje mi mdlejącą dłoń, czuję się, delikatnie mówiąc, zniesmaczona. Jest w tym geście coś, co pozwala przypuszczać, że kontakt będzie w równym stopniu wątły i niemiły.

A propos śledzia. Co ostatnio złowiłaś?

NOSOWSKA W zeszłym roku niestety ani razu nie zarzuciłam wędki. Ale dwa lata temu złapałam wielką krasnopiórę.

Na co?

NOSOWSKA Na spławik. Normalnie spinninguję, ale brak jakichkolwiek efektów spowodował moją rozpacz. Byłam o krok od podjęcia decyzji, że już nigdy nie będę łowić. Wtedy narzeczony namówił mnie na spławik. Ta krasnopióra zapłodniła mnie nadzieją na tyle, że przez następne dwa lata mogę łowić bezproduktywnie, a i tak będzie mi to sprawiało wielką przyjemność.

A węgorza kiedyś złowiłaś?

NOSOWSKA Nie. Węgorz jest ohydny. Odkąd się dowiedziałam, że to ryby padlinożerne, trzymam się od nich z daleka. Myślałam, że tylko dziwnie wyglądają, a one przez oko wyżerają na przykład wrzucony do rzeki łeb barana. Bleeee.

Masz wodery i specjalny kapelusik z haczykami naokoło?

NOSOWSKA Nie, ale mam specjalistyczną skrzyneczkę, którą dostałam na urodziny od kolegi z zespołu. Specjalnie z niej nie korzystam, a gumeczki, które są w środku, wolę miętolić i wąchać niż ich używać. Poza tym mam dwie wędki.

A nie brzydzisz się robaków?

NOSOWSKA Przynętę musi mi ktoś założyć, bo sama nie jestem w stanie. Chyba że jest to kukurydza. Robaka próbowałam założyć, gdyż jestem bardzo ambitna, niestety w dość charakterystyczny sposób sztywnieje w chwili zetknięcia się z haczykiem, co wywołuje u mnie silny wstręt.

Kolejna męska rzecz w twoim życiu to piłka nożna. Jaki był wynik ostatniego meczu Legii?

NOSOWSKA Oj, niestety zarzuciłam ostatnio piłkę. Sercem jestem jednak nadal przy drużynie i twierdzę, że to prawdziwa miłość. Bardzo dawno nie byłam na stadionie, nie miałam czasu. Żałuję, bo nie przepadam za oglądaniem meczów w telewizji. Myślę, że kobiety nie lubią piłki, bo traktują ją jako konkurencję dla serialu. Po prostu nie chcą się dzielić sprzętem audiowizualnym. Mecz na stadionie to co innego. Można się zakochać.

Dlaczego kibicujesz akurat Legii?

NOSOWSKA Tak się złożyło. Komu miałam kibicować? Ze Szczecina jestem (śmiech). Tylko ta warszawska drużyna pozostaje w dobrym kontakcie z Pogonią.

Chodzisz na „żyletę” (sektor dla najbardziej radykalnych kibiców na stadionie Legii Warszawa – przyp. red.) czy na krytą?

NOSOWSKA Marzę o „żylecie”! Ale nikt ze mną nie chce iść. Pamiętam mecz, w trakcie którego zarządzono minutę ciszy, bo zmarł wieloletni bywalec „żylety”. Pomyślałam wtedy, że wolę, żeby moją pamięć uczczono na stadionie niż żeby pojawiła się wzmianka o mnie w Teleexpressie. Muszę jednak dodać, że moje kibicowanie jest delikatne i kobiece, pozbawione cienia agresji i chamstwa, które potępiam u pseudokibiców.

A pomysł oddania twoich prochów w konkursie radiowym już nie jest aktualny?

NOSOWSKA Eee, tam. Kto by chciał? Mam nadzieję, że nikt.

Może by to jakoś połączyć z minutą ciszy na stadionie…

NOSOWSKA …i rozsypać prochy na murawie! No, to już by mi się bardziej podobało (śmiech).

Kto jest przystojniejszy: Wdowczyk czy Janas?

NOSOWSKA Zdecydowanie Janas. Chociaż to nie jest do końca mój typ.

A jaki jest twój typ?

NOSOWSKA Maciej Szczęsny. I nigdy się to nie zmieni. Piłkarze poza nim nie robią na mnie wrażenia.

Dlaczego przeniosłaś się z Ochoty na Gocław?

NOSOWSKA Bo ulegliśmy modzie na kupowanie rzeczy, na które nas nie stać. W ten sposób mamy mieszkanie na kredyt (śmiech). Oczywiście wolałabym mieszkać w pięknym, wypasionym 120-metrowym mieszkaniu na Ochocie, ale aż tak dużego kredytu byśmy nie dostali, więc mieszkamy w 120-metrowym na Gocławiu.

Jak muzycy biorą kredyt?

NOSOWSKA Idzie się do banku po prośbie. To kwestia tego czy pani lubi Heya, czy nie (śmiech).

Podoba ci się po tej stronie Wisły?

NOSOWSKA Pewnie. Nie jest tu niebezpieczniej niż gdziekolwiek indziej w Warszawie. Jeśli masz pisane starcie z kimś nieprzyjemnym, to może mieć ono miejsce nawet pod Sejmem.

Czy twoje mieszkanie jest urządzone zgodnie z zasadami feng shui?

NOSOWSKA Wręcz przeciwnie. Dodatkowo mam lustro naprzeciwko drzwi wejściowych. Podobno to największy błąd. Teraz już wiem, dlaczego ocieram się o tak wielką liczbę małych nieszczęść. To wina tego lustra. Dużo Polaków wiesza lustra naprzeciw drzwi i pewnie dlatego to naród głęboko nieszczęśliwy (śmiech).

Kiedyś miałaś hopla na punkcie feng shui.

NOSOWSKA Urządziłam tak swoją kartonową posiadłość, czyli kanadyjczyka na wsi. Byłam przekonana, że jeżeli nie ustawię mebli w jakąś sensowną całość, moje życie się rozpadnie. Przyszła do mnie jedna pani, wzięła parę ładnych stówek i stwierdziła, że wszyscy domownicy żyją w dobrych sektorach, ale ja swój sektor mam w garażu (śmiech).

Zgodziłabyś się na sesję w PLAYBOYU?

NOSOWSKA Na nagusa? No, gdzie no? Trzeba by zmienić profil pisma na „fotki z życia wzięte”. Obleśne i słabe zdjęcia, i tacy sami modele. Nie można wymagać od czytelnika aż takiej tolerancji. Tak naprawdę, zanim podejmę jakąś decyzję, muszę znaleźć odpowiedź na proste pytanie „po co?”. W tym przypadku pytanie rozbrzmiewa echem, a odpowiedź nie przybywa. Ale nie mam nic przeciwko PLAYBOYOWI. Uważam, że jest rzetelny, elegancki i ładny. Bardzo mi miło.

Nam też miło. Ale gdybyś się dla nas rozebrała, najbardziej zadowolony byłby Muniek Staszczyk, który stwierdził, że go kręcisz, masz bardzo ładną twarz i w ogóle.

NOSOWSKA Ale Muniek to specyficzny typ.

Robił jakieś podjazdy?

NOSOWSKA Kiedyś na uszko powiedział mi, że fajnie by było, gdybym spinała włosy w kucyk. Jeśli to był podjazd, to bardzo Muńkowy. Są tacy specyficzni mężczyźni, którzy uważają, że jestem ładna. I nie są to fani. Ci bywają okrutni. Ostatnio weszłam na forum naszego zespołu i przeczytałam, że wyglądam starzej niż własna babcia. Poryczałam się. Mam 34 lata, syna, prowadzę dom, świetnie gotuję i nagle ktoś pisze o mnie coś tak głupiego? Nigdy nie starałam się funkcjonować jako tzw. laska. Totalnie się załamałam.

Którą Polkę z chęcią obejrzałabyś na naszej rozkładówce? Pewnie tak jak połowa naszych rozmówców – Kożuchowską?

NOSOWSKA Generalnie wolę poznać osobę niż zobaczyć jej cycki. Ale z chęcią zobaczyłabym aktorkę Kasię Herman. Dla mnie jest przepiękna. Gosia? Nie mój typ.

Kobietom nie ufasz, jesteś nimi zażenowana i czasem ci wstyd, że przynależysz do tej płci. To twoje słowa. Wolisz mężczyzn?

NOSOWSKA Raczej nie. Nawiązanie pełnego kontaktu z facetem jest za trudne. Nie wiem, czy starczy na to życia. Szkoda chyba czasu, bo jesteśmy totalnie różni. Możemy tylko próbować. Kobiety są dziwne. Z jednej strony uważam, że to fajne, że jesteśmy takie pokomplikowane, babramy się w niuansach i wczytujemy w podteksty, badamy piętnaste dno. Z drugiej strony to przeszkadza. Nic nie jest po prostu i za dużo w tym nikomu niepotrzebnych gierek. Kobiety są fajne, jak są same. Ale gdy w nawet najfajniejszym gronie pojawi się jeden kuternóżka – facet choćby totalne nieporozumienie – od razu robi się problem. Nie wiem, skąd bierze się ta nieprawdopodobnie niezrozumiała dla mnie potrzeba walki o samca w każdych okolicznościach. Faceci potrafią się sfokusować, gdy gadają o piłce czy polityce, skupiają się przez moment tylko na tym. U kobiet, gdy pojawia się obok jakiś mężczyzna, zaczyna się zerkanie na bok, rozproszony wzrok i dezorientacja. Wkurza mnie to.

Feministki tak nie robią.

NOSOWSKA Nie lubię skrajności. Nie lubię lata w pełni ani mroźnej zimy. Prawdopodobnie moja wiedza na temat feminizmu jest dość powierzchowna, ale mam wrażenie, że miejscami ciut za dużo tu egzaltacji, która mnie przeraża.

Przeraża cię Kazimiera Szczuka?

NOSOWSKA Nie, uważam, że jest szalenie błyskotliwa. Lubię jej słuchać. Myślę, że należy do grona feministek, które zajmują się kwestiami najistotniejszymi, operują poważnymi argumentami. Bardziej chodziło mi o stereotypowy obraz feministki będącej agresywnym, walczącym z własną kobiecością typem, nie mającym pojęcia o historii i celach ruchu, a także o kobiety, dla których feminizm ogranicza się do odmówienia chłopu obiadu. Ja kocham gotować.

A pić?

NOSOWSKA Jak byłam młoda, nie wypadało mi przyznać się, że nie lubię piwa. Więc piłam, ale nigdy mi nie smakowało. Dziś przyznaję z odwagą – nie lubię piwa i proszę mnie na piwko nie zapraszać.

Za co cenisz Dodę?

NOSOWSKA Cenię Lecha Janerkę, a Doda mi nie przeszkadza. Jest ładna w naturalny sposób i niepotrzebnie zamydla tę urodę. Niby ma głos, ale nie kręci mnie jego barwa, niby jest inteligentna, ale ja tego nie widzę lub ten rodzaj inteligencji mi nie pasuje. Ale nie mam nic przeciwko niej.

A co myślisz o Mandarynie?

NOSOWSKA Też jest ładna, też mi nie przeszkadza, a nawet czasem jest mi jej szkoda. Obydwie są atrakcyjne w typowy sposób, ja wolę inne typy urody. Mandaryna wie, że nie jest wytrawną wokalistką. Ma jakiś zalążek głosu, który wystarcza do studyjnej obróbki i dzięki temu powstaje gotowy produkt – hit muzyki dance. A na żywo mało kto potrafi dobrze wypaść. Nie takim artystkom zdarzało się na koncercie pozostawać w przykrej opozycji do właściwego dźwięku.

No tak, ale i Mandaryna, i ty jesteście wokalistkami. Nie irytuje cię to?

NOSOWSKA Jeżeli przyjąć, że prawo do funkcjonowania w show-biznesie ma ktoś, kto sprzedaje dużo płyt, wychodzi na to, że ona ma większe prawa niż ja. Koniec kropka.

Czy występuje w Polsce zjawisko męskich groupies?

NOSOWSKA Ja ich nie mam, ale koleżanki opowiadały, że tacy są (śmiech). Anja Orthodox mówiła, że podczas koncertów wyławiała sobie czasem takiego, który się jej podobał. Osobiście nigdy tego nie doświadczyłam. Jestem raczej Naszą Kasią Kochaną – porady sercowe, te sprawy.

Jesteś bardzo tolerancyjna. Nie wierzymy, że coś lub ktoś nie działa ci na nerwy. Co cię wkurza, Kasiu?

NOSOWSKA Miałkość kontaktów międzyludzkich. Ludzie gadają ze sobą w taki sposób, że uważam to za kolosalną i przegiętą stratę czasu. Co tam? Jak tam? Zajebiście? Tylko tyle. Ja jak już gadam, to potem chciałabym o tym pomyśleć. Chciałabym, żeby wszystko było na maksa i takie prawdziwe. Może jakaś głupia jestem? Dlatego siedzę głównie w domu.

To chyba normalne. Starzejemy się i siedzimy w chatach.

NOSOWSKA Tak? Moja mama ma 58 lat i cały czas onieśmiela mnie jej apetyt na życie. Lubi się bawić, chłonąć wrażenia całą sobą.

To chyba nie wdałaś się w mamę?

NOSOWSKA Chyba nie. Kiedyś poszliśmy do młodzieżowego technoklubu. My, czyli Hey zasiedliśmy na sofach, wzięliśmy drinki, a mama z dwiema przyjaciółkami na parkiet! Powiedziała mi tylko: „Kasia, popilnuj torebek, my z ciocią idziemy się pokręcić”. Chłopcy z zespołu oszaleli. To jest dopiero młodość. Ja raczej taka nie będę.

Nie dopuszczono cię terminowo do pierwszej komunii. Nie żal ci było zegarka z melodyjkami?

NOSOWSKA Rok później dostałam nieprzyjemnie wyglądający złoty zegarek wskazówkowy ze Wschodu. A za to, że mnie nie dopuścili, było porządne lanie. Dodatkowo musiałam klęczeć.

Na grochu?

NOSOWSKA Na wykładzinie, ale tak długo, że i tak bolało. To było straszne.

A co twój syn dostał na komunię?

NOSOWSKA Chciał komputer, ale uważam, że jest za wcześnie. Może korzystać z naszego komputera, pod kontrolą. Odpadła też komórka. Uważam, że to przegięcie, że jego koledzy mają swoje telefony. Dostał chyba dwie maski Spidermana z walkie-talkie (śmiech) i mnóstwo drobiazgów stosownych do wieku.

Czego słucha Mikołaj?

NOSOWSKA Głupio mi to mówić, ale nowego Heya na przemian z Dezerterem. Niestety również polskiego hip-hopu. Miło mi, że wreszcie przekonał się do mojej twórczości. Ostatnia płyta jest ostrzejsza, a on jest 9-letnim punkowcem, więc pewnie dlatego.

Twoja mama powiedziała „Gazecie Wyborczej”, że mówiłaś jej, że będziesz sławna…

NOSOWSKA Nie pamiętam, kiedy tak mówiłam. Pewnie dopiero wtedy, kiedy zaczęłam śpiewać w zespołach. Wcześniej na pewno nie…

Według mamy, jakbyś nie została piosenkarką, to na pewno aktorką. I byłabyś w teatrze jeszcze lepsza niż w śpiewaniu.

NOSOWSKA O, na pewno nie. Jestem niecierpliwa. A aktorzy głównie siedzą, czekają aż wszystko będzie przygotowane na to, żeby ułamek sekundy ich gry zarejestrować na taśmie. Nie zniosłabym tego bezruchu. Poza tym ja się wstydzę.

Ale chciałaś być aktorką.

NOSOWSKA Niby tak. To dlatego, że nie wyobrażałam sobie, co w ogóle innego mogłabym robić w życiu. Koleżanka składała papiery do szkoły teatralnej w Warszawie, to i ja.

A pamiętasz, co zrobiłaś po wyjściu z egzaminu? Jak odreagowałaś tę traumę? Bo wszystko skończyło się raczej małym blamażem…

NOSOWSKA Nie było chyba tak strasznie, bo nie pamiętam, co zrobiłam. Przerażające było to, że ojciec powiedział, że jak się nie dostanę na studia, to nie będzie przeczekiwania w domu na lepsze czasy. Czułam, że będę pracować w miejscu, którego nie będę lubiła. Że nie nadaję się do pracy od jakiejś godziny do jakiejś. Że muszę mieć choć odrobinę wolności. Rzeczywiście trafiłam do takiego miejsca, że płakałam każdego dnia przed wyjściem do pracy

Wpisywałaś dane do komputera…

NOSOWSKA Typu Odra. Straszne!

A gdybyś nie została ani piosenkarką, ani aktorką?

NOSOWSKA To bym gotowała. Byłabym jak ta Nigella z telewizji (Nigella Lawson, popularna dziennikarka brytyjska, autorka kilku książek i programów telewizyjnych o gotowaniu – przyp. red.). O, ją bym chciała zobaczyć w negliżu. Jest taka piękna i naturalna. Byłabym nią. Mówię wam, ja tak dobrze gotuję!

A w czym jesteś najlepsza?

NOSOWSKA We wszystkim, oprócz deserów. I wiecie, nigdy nie gotuję z przepisów. Głupio mi trochę się tak chwalić, ale jeśli chodzi o gotowanie, to skromność byłaby bardzo nieszczera.

Kiedyś powiedziałaś, że sens życiu nadaje rodzina. Głosujesz na LPR?

NOSOWSKA To tak jak z upalnym latem. Wierzę w rodzinę, ale nie taką na wieki, że do śmierci jest to ten sam zestaw ludzki. Wierzę w rodzinę składającą się z matki i dziecka. Reszta to oboczności. Od wieków nikt nie przygotowuje nas do wolności w rodzinie. Dzięki temu większość rodzin i domów jest nieszczęśliwa.

Nasze pytanie było ohydną prowokacją. Bo Giertych wydaje się nam podobny do…

NOSOWSKA Do mnie?

Nie. Chodzi nam o pewien typ męskiej urody. Giertych, Szczęsny, Janas…

NOSOWSKA No nie! W życiu! Ci są supermęscy. A Giertych ma w sobie coś takiego, nie wiem… jakby przez pomyłkę.

A jak ci się podoba na przykład Mariusz Pudzianowski?

NOSOWSKA No, ja wiem, że to być może jedyny facet, który byłby mnie w stanie przenieść przez próg, i to jedną ręką, ale nie. Za duży jest. I na pewno na jakiejś specjalnej diecie. Nie mogłabym się spełniać przy nim kulinarnie (śmiech).

Opowiadałaś kiedyś, że zakochałaś się w muzyce i nie tylko w muzyce podczas wyjazdu na zbieranie jabłek w NRD. Była to dla ciebie już poważna zagranica?

NOSOWSKA No pewnie. Wystarczyło oddalić się kilka zaledwie kilometrów od Szczecina, by mieć poczucie istnienia lepszego świata.

To był twój pierwszy zagraniczny wyjazd?

NOSOWSKA Nie. Tata był marynarzem. Jako 9-latka popłynęłam w rejs: od Hamburga, przez kanał La Manche i prosto do Ameryki.

Fiu, fiu… Na początku lat 80. takie wycieczki!

NOSOWSKA Ja przez to też cierpiałam. Nędza w kraju, a tata przywoził pomarańcze i napoje w kartonikach. Każdego dnia, aż do wyczerpania zapasu dostawałam jeden do tornistra. Strasznie się wstydziłam. Za mało, żeby się dzielić. Wracałam do domu i dopiero wypijałam.

Chodzisz jeszcze czasami w parce?

NOSOWSKA Nie mam. Pozbyłam się swojego ja (śmiech). Ortopedycznych butów też już nie noszę. Potrzebuję teraz wywyższenia, więc chodzę w butach na obcasie (śmiech).

W szpilkach?

NOSOWSKA Nie, to ponad moje siły. Na obcasie – solidnej kolumnie.

A co cię denerwuje w dzisiejszej modzie damskiej?

NOSOWSKA To, że tak szybko przemija. Dziewczyny uzależnione od trendów popadają pewnie w niezłe tarapaty finansowe. Modne są fiolety, to niech chociaż przez trzy sezony ten fioletowy sweterek ma sens. Nie! Zaraz jakiś mądrala z telewizji powie, że fioletowy już jest niemodny. Ci tak zwani styliści! Co to jest za zawód? Idzie taki do sklepu, wypożycza pięć szmat, bierze za to ciężkie pieniądze, a ten kogo stylizuje, wygląda po prostu źle. Wkurza mnie to.

A nie denerwują cię dżinsy wpuszczane w kozaczki na szpilkach?

NOSOWSKA Och, nie lubię (krzywi się). Tak samo jak tych bluzek a` la kimono, z jednym ramieniem spuszczonym. Jakbym była bardzo chuda, to ubierałabym się prosto, ascetycznie. Nie interesuje mnie ekstrawagancja w modzie.

Mama coś ci sugeruje?

NOSOWSKA Żebym nosiła sukienki. Ale ja do tej pory jeszcze nie wyszłam ze spodni.

To kiedy przyjdzie czas na sukienki?

NOSOWSKA Za 15 kilo w dół.

Uuu… to chyba trochę za dużo.

NOSOWSKA Żadne za dużo. W sam raz, żeby w końcu można się było najeść, tak na maksa i bez wyrzutów sumienia (śmiech). Kocham jeść.

Jak schudniesz, to się poddasz dyktatowi stylistów?

NOSOWSKA Nie, nie. Ja chcę sama dla siebie. Naprawdę. Mam tyle fajnych bluzeczek w szafie i nigdy ich nie włożyłam.

A suknię ślubną też masz już w szafie? Co ze ślubem?

NOSOWSKA Nie mamy czasu. Poza tym nie jest to pierwsze i najpilniejsze z listy marzeń.

Jaką dietę stosujesz?

NOSOWSKA Żadnej. Kiedy jestem na diecie, robię się nieszczęśliwa. Ale wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Fajnej figury też.

I co, chcesz wyglądać jak Kate Moss?

NOSOWSKA Nie, no bez przesady. Ale słyszałam, że ona ma akurat ciekawą dietę. Je nosem.

Kupujesz może te wszystkie magiczne pasy i przyrządy z telewizji?

NOSOWSKA Nie. Za to rodzice w to wszystko wierzą. Po co, po co? Ciągle powtarzam, ale groch o ścianę. I rurki na brzuszki i plaster z prądem, do tego noże, krajalnice. Kiedyś oglądaliśmy razem jakąś reklamę o kremie, co to wystarczy na noc się posmarować i rano ma się cztery centymetry w talii mniej. Mówię: no, tu już przesadzili. Tata, że ha ha, rzeczywiście. Przyjeżdżam po miesiącu i co stoi w łazience? Nie musiałam pytać czy działa. Widziałam, że nie.

Ale przyrządy do ćwiczeń, nawet najgłupsze, muszą jakoś pomagać. Ćwiczysz?

NOSOWSKA Zapisałam się. Jeżdżę na rowerku w takiej kabinie z podciśnieniem czy nadciśnieniem – nie wiem dokładnie. Podobno spala się czterokrotnie więcej (śmiech).

Jeździsz na nartach? Mówiłaś kiedyś z szyderczym uśmieszkiem, że są towarzystwa, w których powiedzieć, że się nie jeździ, to obciach.

NOSOWSKA No… Chociaż nie wiem czy można powiedzieć, że jeżdżę. Potrzebuję specyficznych warunków. Długi zjazd, w ogóle nie stromy, idealna konsystencja śniegu i zero ludzi wokół. Wkurzają mnie wytrawni narciarze, co się tak popisują tymi skrętami, że mają taki luz w kolankach. On wie, że mi krzywdy nie zrobi, bo przecież świetnie jeździ. Ale ja mam wątpliwości, co do tej jego pewności. Bo jak sama nie wiem, w którą stronę skręcę, to skąd on ma wiedzieć. Piekielnie boję się zderzenia.

Na czym lepiej szyjesz? Na gitarze czy na maszynie?

NOSOWSKA Nie szyję na gitarze, choć próbowałam. A do maszyny może jeszcze wrócę, kto wie. Tata zawsze powtarzał, że cokolwiek by się działo na świecie, ludzie zawsze będą chcieli jeść i ubrać się. I dlatego korzystną opcją na życie jest matura plus tytuł technika odzieżowego. No więc mam tytuł technika. Ale maszyny nie mam.

Uszyłabyś coś, jakbyś musiała? Koszulę na przykład?

NOSOWSKA Żaden problem. Myślę, że potrafiłabym uszyć wszystko. Niektóre rzeczy mogłyby mi sprawić na początku trochę kłopotu. Spodnie albo marynarka z podszewką.

A poradziłabyś sobie w chórze?

NOSOWSKA Nie. To niesamowite, jak mi się głos obniżył. Miałam ultrawysoki, superostry. Został mi ponury alt. Naleciałość w postaci chrypki zupełnie mnie dyskwalifikuje.

To przez fajki?

NOSOWSKA Pewnie też. Życie po prostu. Z płyty na płytę śpiewam coraz niżej. Za 10 lat – Maciej Zembaty.

Nadal piszesz książkę?

NOSOWSKA Nie. Może kiedyś nabiorę odwagi, żeby to pokazać światu…

Powieść fabularna?

NOSOWSKA No… tym, którzy są bezkrytyczni wobec mnie, może by się spodobało. Ale ja uważam, że nie jest to wielkie. A ja, jeśli już, to chciałabym być wielka. Nie chcę być autorką, którą pochwalono w kobiecym piśmie. Bez sensu.

Powiedziałaś, że nie umiesz pisać, kiedy jesteś szczęśliwa. Może jesteś za szczęśliwa.

NOSOWSKA Ale to dotyczyło pisania tekstów piosenek. Jeśli chodzi o prozę, to chciałabym

pisać jak Hermann Hesse.

Kumplujesz się z Marcinem Świetlickim?

NOSOWSKA Kolegowaliśmy się dwa lata. Rozmawialiśmy przez telefon regularnie. Jak byłam w Krakowie, to szliśmy na wódeczkę – on czystą, ja rozcieńczaną. Jak był w Warszawie, to pojawiał się u nas w domu. No, ale wszystko przemija.

Chciałabyś być kiedyś obrzydliwie bogata? I jak często grasz w totka?

NOSOWSKA Tylko jak są kumulacje. Pewnie, że chciałabym mieć kupę forsy. Milion mnie nie obchodzi, nawet trzy. Zaczynam grać dopiero od ośmiu w górę (śmiech).

Jakieś sukcesy?

NOSOWSKA Żadnych. Nawet dwójki nie umiem skreślić. Moja mama miewa czwórki, nawet piątki. A ja zero. Gdyby można było pobrać nagrodę za niewcelowanie w żadną, byłabym obrzydliwie bogata. Wyobrażam sobie, że mam tę kasę, ale nie kupuję tych wszystkich szmat od projektantów, nie zmieniam klamek na złote. Daję kumplowi z zespołu samochód za milion dolarów na urodziny. Normalnie z taką wielką kokardą na dachu, jak na romantycznych komediach, i mówię: „wszystkiego najlepszego”…

W 1993 r. wypowiedziałaś takie oto słowa do dziennikarza gazety „Popcorn”: „Wywiady i spotkania bardzo mnie peszą. Wątpię, żebym to kiedyś polubiła”. Coś się zmieniło?

NOSOWSKA Nie jest już tak strasznie jak kiedyś. Ale ciągle uważam, że to nie jest potrzebne.

Ale chyba nie było tragicznie?

NOSOWSKA Mnie się podobało.

Ponoć od razu widać na twojej twarzy czy lubisz dziennikarza, czy nie.

NOSOWSKA Ze mną jak z dzieckiem. Jak jest ciekawie i śmiesznie, to OK. A pytania: „a skąd tytuł płyty?” albo „a jak to się stało, że założyliście zespół?”, albo „zawsze chciałaś śpiewać?” doprowadzają mnie do szału. Myślę wtedy: Boże, Boże… mogłabym w tym czasie poczytać lub pogotować.

A pamiętasz najgłupsze pytanie?

NOSOWSKA Powiedziałam ładnej pani z telewizji podczas wywiadu, że śpiewam wiersz Stachury, a ona zapytała: „I co on na to?”.

(Rechot) I co on na to?

NOSOWSKA Z tego co mi wiadomo, jest bardzo zadowolony.

Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

P.S. do Kasi: W wywiadach zwykle zapominam dodać, że do wszystkich słów, które wypowiedziałam należy koniecznie dodać datę i godzinę, bo moim niezbywalnym prawem jest zmiana zdania. (Rozmawialiśmy 15listopada, od 16.05 do 18.35).

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. „Najgłupsze pytanie” jest świetne. Dlaczego ludzie są tacy głupi?

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*