Jerzy Owsiak

Owsiak 01-2009

PLAYBOY nr 1, 2009

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Wiktor


Zaczniemy klasycznie: twoje typy na naszą rozkładówkę…

O rany! Aleście mnie zaskoczyli.

Nie spodziewałeś się?

Zupełnie. Ale powiem wam, że kiedy montujemy materiały z Przystanku Woodstock, to za każdym razem szczęki nam opadają, bo przyjeżdżają tam dziewczyny tak piękne, że mowę odbiera. Rozkładówka u was mogłaby być fajną propozycją dla nich.

Jesteśmy za! Organizujemy sesję w przyszłym roku?

Dlaczego nie? Błoto jest bardzo fotogeniczne, bo wyciąga seks. Poza tym zwróćcie uwagę, jak młodzież się zmieniła. Jacy oni dzisiaj są ładni. Porównując koncertową społeczność jarocińską i tę dzisiejszą – przystankową, widać kolosalną zmianę. Jarocin to znoszone trampki, spodnie przeróbki, wreszcie, cholera, zaniedbania zdrowotne – choćby brak opieki stomatologicznej. Nie ma co się oszukiwać. Tak było. Dzisiaj młodzi są zadbani. I nie chodzi o to, że szpanują ciuchami.

Nastały lepsze czasy dla młodych?

Trudno powiedzieć. Rozmawiałem kiedyś ze starszą panią, która powiedziała: „za moich czasów – a były to czasy przedwojenne – mówiło się o polskiej młodzieży najgorsze rzeczy. Że jesteśmy źli, niesforni, że nie czujemy, co to znaczy niepodległość. Po wojnie za to opowiadało się historie o wspaniałej przedwojennej młodzieży. Powiem panu, że z dzisiejszą młodzieżą jest tak samo. Ta historia ciągle się powtarza”.

Twoja historia zaczęła się na trójmiejskim podwórku. Ale chyba nie na podwórku pana premiera?

Nie mam pojęcia, gdzie mieszkali Tuskowie. Ja na Kartuskiej. Dwa przystanki tramwajowe dalej jest szpital, w którym się urodziłem. Dwa tygodnie temu otwieraliśmy tam kardiochirurgię dziecięcą. Jedna ze starszych położnych pokazała mi miejsce, w którym był oddział położniczy i gdzie przyszedłem na świat. Mówię wam – totalna abstrakcja. Na Kartuskiej były dwa nie otynkowane bloki i dwa podwórka tłukące się między sobą. Za blokami kocie łby i tabory cygańskie. Za każdym razem, gdy jestem w Gdańsku, prowadzę znajomych na Kartuską. Strasznie lubię tam jeździć. Któregoś razu pokazuję: „Tu były nasze okna” i w tym momencie wychyla się z okna pani Marczewska: „Juruś, co tam słychać u ciebie?”. Normalnie, jakbym miał siedem lat! Więc odpowiadam: „A po staremu, pani Marczewska, nie narzekam”. „No, widzimy cię tam w tej telewizji. Chodź Zygmunt, Jurek przyjechał…”. Zszokowani znajomi pytają, kiedy się z nimi ostatni raz widziałem. A ja, że 40 lat temu (śmiech).

Dobrze ci tam było?

Miałem zachwycające dzieciństwo. Na Kartuskiej działy się rzeczy nieprawdopodobne. Przynoszenie granatów do domu, a nawet do szkoły, było chlebem powszednim. Któregoś razu wnieśliśmy na podwórko wielką morską minę. Cud, że nas nie pozabijało. Za kinem „Wrzos” był klub sportowy, do którego chodziliśmy z ojcem na boks. Jakież były tłumy! Nabite ludźmi. Wszyscy w tych płaszczach – jesionkach – jak na jakichś starych fotografiach.

Jak zniosłeś przeprowadzkę do Warszawy?

W stolicy było inaczej. Wychowywałem się na Czerniakowie. Oj, wielu kumpli z tamtych lat już nie ma. Za mocne życie prowadzili. Byli też tacy, których swego czasu poważała cała okolica. Kończyli tak, że zaczepiali mnie pod klatką: „Jureczku, dwa złote chociaż”. Zawsze znajdywałem… Jak byłem gówniarzem, to chodziłem nad Wisłę do ośrodka Maristo. Teraz wszystko zarosło tam krzakami. A wtedy był pawilon z piwem, sardynkami i bilardem. Przesiadywali tam mężczyźni z Czerniakowskiej i piękne kobiety. Rządziło tym interesem dwóch kolesi. Opaleni na maksa – po prostu królowie życia. Panny kładły na ich ladę cycki powiązane w skąpe biustonosze. Patrzyliśmy na to z kumplami jak na raj. Jednego z „bossów” spotkałem przypadkiem jakieś dwa lata temu. Obraz nędzy i rozpaczy… A kiedyś tak mu zazdrościłem.

Nosiłeś wtedy długie włosy. Tata, milicjant, chyba nie był zadowolony?

Ojciec miał jasną wizję – długie włosy noszą narkomani. Ciągle sprawdzał, czy nie mam rozbieganych oczu. Albo pytał: „A dlaczego jesteś taki mało skupiony?”, „dlaczego pijesz mocną herbatę?” (śmiech). O takich wyskokach jak zadyma na Krakowskim Przedmieściu w 1968 roku nie mógł się dowiedzieć. Mama mnie kryła: „Szybko do pokoju, przebieraj się i ani słowem ojcu, gdzie byłeś!”. Największy konflikt z tatą wybuchł w momencie, kiedy byłem w szkole średniej. Chodziło o Katyń i tego typu historie. Ojciec nie potrafił zaakceptować faktu, że mogli to zrobić Sowieci.

Nie dochodziły do niego historie, o tym jak cię zatrzymywali, jak dostawałeś łomot od milicji?

Raz byłem na tyle głupi, przyszpanowałem i powiedziałem: „Zadzwońcie do mojego ojca”. I faktycznie – szybko mnie wypuścili. A na odchodnym wypałowali mnie po nogach. I to jak! W domu dowiedziałem się od taty, że kazał mi wlepić tyle, ile się należało. Od tamtej pory wyleczyłem się z powoływania na ojca.

Od początku rozmowy obserwujemy twoje ręce i jakoś nie możemy dostrzec tych szatańskich znaków, które ponoć nieustannie kreślisz w powietrzu…

(Wybuch śmiechu). Dajcie temu człowiekowi już spokój. On regularnie do mnie dzwoni i pisze maile. „Panie Jerzy, błagam, niech pan wytłumaczy dziennikarzom, że ja nic do pana nie mam…”. Ten – chyba samozwańczy – specjalista od sekt i klimatów szatańskich kiedyś coś takiego powiedział o moich rękach. Od tamtej pory, gdzie się nie pokaże, to ludzie go pytają: „A co pan ma do Owsiaka? Jaki to niby szatan?”. Facet ma ciężkie życie, ciągle dostaje od ludzi z laczka (śmiech). Dlatego teraz w PLAYBOYU oficjalnie wszystkich informuję – pan Nowak, bodajże Ryszard, specjalista od sekt wszelakich, wielokrotnie mnie zapewniał, że nic do mnie nie ma!

Ale słyszeliśmy, że w wolnych chwilach zbierasz szatańską krew…

To już poważna sprawa. Lekarka, doktor Hanna Wujkowska – doradca pana Giertycha, gdy ten był ministrem, wydała w pewnym momencie opinię, że krew pobierana na Przystanku Woodstock jest satanistyczna. Po prostu paranoja! Robimy świetną robotę, zbieramy 700 litrów krwi, która jest pobierana w ambulansach zgodnie ze wszystkimi zasadami i normami, a tu jakaś lekarka wyskakuje i opowiada takie historie! Co robić? Zacząć się tłumaczyć? A nawet jeśli, to jak tłumaczyć komuś, kto najwyraźniej jest niespełna rozumu? Zareagowaliśmy inaczej. Po pierwsze od razu zrobiliśmy koszulki z hasłem: „Mam Woodstock we krwi”. Po drugie oznajmiliśmy tej pani, że z szatanem nie ma bólu. Po 12 godzinach bezpowrotnie znika z każdej kropli krwi.

(Wybuch śmiechu). Jaką najbardziej idiotyczną plotkę o sobie słyszałeś?

Kiedyś wracałem taksówką do domu na Kabatach. Taksówkarz jechał przez willową część Wilanowa i w pewnym momencie mówi: „O, patrz pan. Tu se Owsiak pobudował”. A ja od razu: „Gdzie?”. „A tu, widzisz pan to luksusowe osiedle?”. Dojechaliśmy wreszcie pod nasze mieszkanie i wtedy mówię do niego: „Nazywam się Jurek Owsiak. Dziękuję, że mnie pan podwiózł do domu”. A on jak oparzony: „O kurwa! Wiedziałem, że znam skądś ten głos. Panie Jureczku, przepraszam, pan nie bierze do siebie, tak mi powiedzieli. No, na rany Chrystusa, tak mi powiedzieli…”.

A kto zarzucał ci, że jesteś masonem?

Cholera, taka tajemnicza grupa… Ucieszyłbym się, gdyby przyszło czterech panów i przyciszonym głosem powiedziało: „Zapraszamy we czwartek wieczorem”. Pewnie bym i poszedł, bo jestem bardzo ciekawy świata. Niestety nigdy nie miałem czasu, by pochylić się nad historią wolnomularzy. A masona zrobił ze mnie chyba dziennikarz „Dziennika Polskiego”. Ale mason był tylko w tle, bo głównie było o tym, że świadomie rozpijamy i świadomie demoralizujemy. Zresztą wszystko już o sobie słyszałem. Że jestem Żydem, komunistą, że przywieziony w teczce, że syn ubeka.

Boli cię to ostatnie?

Nie, bo ojciec zajmował się przestępstwami gospodarczymi. Ale kto wie, co jest w jego teczkach? Może przyjdzie mi dowiedzieć się czegoś bolesnego. Po dzień dzisiejszy nic mi jednak nie wiadomo. Wydaje mi się, że gdyby były tam jakieś kompromitujące materiały, to „życzliwi” już dawno by je wyciągnęli na światło dzienne. Natomiast, co do obelg, to ja jestem przyzwyczajony. Gorzej czułem się, gdy ktoś zarzucił naszej Fundacji, że kupiliśmy stary, zeszmelcowany sprzęt z zachodu. Pamiętam, że wtedy niemiłosiernie się wkurwiłem. Przecież odpowiadamy za publiczne pieniądze. Ludzie nam zaufali. I gdy ktoś opowiada takie brednie, to od razu reagujemy. Piszemy sprostowania, a w szczególnie drastycznych przypadkach kierujemy sprawę do sądu. I oczywiście wygrywamy.

Jak skończył ten szaleniec, który wylicytował serduszko, a potem okazało się, że nie miał pieniędzy?

No właśnie – skierowaliśmy sprawę do sądu. Cały czas się toczy. Jego mieszkanie zostało zajęte. Jesteśmy jedynymi z wierzycieli. Już nawet nie chodzi o to, czy te pieniądze uda się odzyskać czy nie. Ważne są zasady.

A czasem dla zasady można ocenzurować darczyńcę …

Zdarzyło się to tylko dwa razy. Raz dzwonił do nas senator Gawronik i mówił, że ma dla Orkiestry kupę pieniędzy. Jest tylko jeden warunek: chce się spotkać z Jurkiem Owsiakiem w cztery oczy na piętnaście minut, bo ma do niego jakiś biznes. Powiedziałem: „Nie wchodzi w rachubę”. Druga osoba to słynny swego czasu przepowiadacz przyszłości, pan S. z Olsztyna, który wsławił się tym, że na początku lat 90. jeździł Rolls-Roycem. Pamiętam, że podczas któregoś finału chciał licytować serduszko. Powiedziałem wtedy do Waltera Chełstowskiego: „Słyszałem tego faceta. To jest oszołom. Wypędź go stąd i nie pozwól licytować”.

Tak nam się skojarzyło z oszołomstwem… Czy partie polityczne proponowały ci członkostwo?

Zdarzało się. Dostawałem eleganckie listy, ale nie reagowałem i po pewnym czasie się skończyło.

Ale popularność bez wątpienia mógłbyś przekuć w sukces polityczny.

Pewnie tak. Tylko, że ja wolę spojrzeć na to z praktycznego punktu widzenia. Co tak naprawdę mógłbym zmienić jako polityk? Wydaje mi się, że niewiele. Z Fundacją Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z pewnością robimy więcej dla odbudowy więzi społecznych w naszym kraju niż wszyscy politycy razem wzięci.

Kiedyś na pytanie, kim chciałbyś być, gdybyś nie był – kim jesteś, odpowiedziałeś – psem. My pytamy – jakiej rasy?

Miałem jamnika. Był pocieszny. Ale nie chciałbym nim być. Jamniki są schorowane i mają ciężko. Wolałbym być labradorem. To przemiłe, przyjazne psy, a jak ugryzą, to też zaboli. W ogóle jak być psem, to tylko takim przy ludziach. Ale nie w bloku! Najlepiej być psem, który ma swobodę. My mieliśmy dużo psów, ale od kiedy zrobiło się tak, że w kółko musiały na nas czekać w domu, to już nie mamy żadnego. Nie ma nic smutniejszego niż czekający pies.

Przyjdą jeszcze czasy, że znowu będziecie mieć psy?

Jak zmienię tryb życia. Ostatnio mój znajomy pojechał do Niemiec i kupił barkę, na której można mieszkać. Powiedziałem mu: „Tomek, zrobiłeś najpiękniejszą rzecz, jaką mogłem sobie wyobrazić”. W pływających domach zakochałem się dawno temu w Amsterdamie, kiedy z kumplem pojechaliśmy z głupia frant i mieszkaliśmy na squotach. Jak przeprowadzę się na taką barkę, to zwierzyniec jak najbardziej.

Arka Owsiaka?

(Śmiech). Tak, ale za szybko mi to nie grozi. Na razie jedyną przyjemnością, na jaką mam czas, jest perkusja. Żona zrobiła mi olbrzymią niespodziankę na poprzednią Gwiazdkę. Gram w piwnicy. Rozbudowałem już tę perkusję do granic możliwości. Wreszcie mam coś tylko dla siebie. Kupuję sobie ekstra talerze, naciągi – po prostu się tym bawię. Mało tego, dokupiłem drugą perkusję. Dzidzia się pyta: „To Yamaha ode mnie ci nie wystarcza?”. A ja, że wystarcza, ale ten Mapex to niemal ręczna robota!

Grałeś kiedyś w jakiejś kapeli?

W życiu. Rąbałem na perkusji sola w ramach terapii zajęciowej, którą prowadziłem z pacjentami. To byli ludzie, którzy wyszli ze szpitala psychiatrycznego i potrzebowali terapii, żeby dojść do siebie bez leków. Mówię wam, jak w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Cała grupa siedziała, a ja bębniłem. Cholernie się im podobało.

Zawsze będziesz bębniarzem solowym?

Nie wiem. Na razie nie mam śmiałości, chociaż Wagiel mówi: „Jurek, zagraj w końcu z nami”. Kto wie, może kiedyś trzeba będzie…

Podobno cztery razy zdawałeś na Akademię Sztuk Pięknych.

Studiowanie na ASP było moim marzeniem. Tam wtedy kipiało. Byłem parę razy na otrzęsinach. Obłęd po prostu. Na piąty egzamin już nie miałem sił. To były czasy, kiedy co najmniej połowa studentów dostawała się na ASP dzięki koneksjom.

Nie dostałeś się na studia i wylądowałeś w kamaszach.

Wzięli mnie do wojska do Iławy. Ściąłem długie pióra i wsiadłem do pociągu, a tam już wszyscy najebani jak meserszmity. Później ten szary tłum poborowych cudem się dowlókł do jednostki. Tam zabrali nam ubrania i popakowali je w worki po cukrze. Dlaczego? Nie wiem do dziś. A ja, jak głupi, wysłałem ten worek dziewczynie, którą wtedy podrywałem. Wyobraźcie sobie miny jej starych, kiedy dostali taką przesyłkę. Z brudnymi gaciami, skarpetami, z wytartymi portkami i jesionką. Wiem, że były wrzaski w stylu: „Nie pozwalamy ci utrzymywać żadnych kontaktów z tym człowiekiem!” (śmiech).

Jak udało ci się wywinąć z wojska?

Na samym początku oświadczyłem, że chodziłem do psychiatry i mam chore zatoki. Prześwietlili. Wezwał mnie lekarz wojskowy i wrzasnął: „Masz kurewsko zdrowe te zatoki, więc nie pierdol i spierdalaj!”. W psychiatryku poszło lepiej. Zacząłem budować długą historię o tym, kto za mną chodzi i jak mnie śledzi. Posłali mnie na dalsze badania do Warszawy, a stamtąd do Choroszczy – do domu wariatów. Sala 60 osobowa, ja kompletnie przerażony. Wchodzę i widzę ludzi naprawdę chorych. Nie zmrużyłem oka. Okazało się oczywiście, że nie taki diabeł straszny. Sytuacja się unormowała, obczaiłem kto jest kto, zacząłem nawet malować obrazy. Szybko zleciało. Półtora miesiąca i do widzenia. Kiedy pojawiłem się w jednostce, żeby doczekać do wypiski, byłem już legendą (śmiech). Później przychodzili do mnie poborowi jak do wyroczni i pytali, co trzeba zrobić.

I na tym koniec problemów z wojskiem?

A gdzie tam?! To było odroczenie na rok. Musiałem kombinować dalej. Zgłosiłem się więc jako pacjent do grupy terapeutycznej Synapsis. Przyjął mnie Ryszard Praszkier, dziś potężna postać w środowisku psychologicznym. Po tygodniu zadał mi pytanie: „Świrujesz, czy naprawdę jest coś nie tak? Masz świetny kontakt z ludźmi, więc jeśli tylko świrujesz, to mógłbyś z nami popracować”. Przyznałem się od razu. Potem musiałem już tylko przejść przez ostatnią komisję wojskową.

Łatwo poszło?

Zalepiłem plastrem okulary, wysmarowałem smalcem włosy, ubrałem się tak, że kobieta ustąpiła mi miejsca w tramwaju. To mnie podbudowało. Pomyślałem sobie: „Cholera, powinno się udać”. Komisję zagadałem. Musieli mnie co chwila uciszać. Kiedy wreszcie dali za wygraną, chciałem podziękować, ale się zaciąłem. Siedzę więc w tych polepionych okularach, ze smalcem we włosach i się jąkam: „Dzię…, dzię…, dzię…”. I wtedy cała komisja chórem: „D z i ę k u j e m y! D o w i d z e n i a!”.

Wreszcie wolność. I co dalej?

Skończyłem jedne z pierwszych w kraju kursy psychoterapeutyczne prowadzone przez Jacka Santorskiego i Wojtka Eichelbergera. Przez tydzień byliśmy odseparowani od ludzi. Dzięki tym zajęciom pracowałem potem z Hansem Petersem na Brzeskiej. Prowadziliśmy ośrodek dla dzieciaków po wyrokach. Tam zresztą poznałem Andrzeja Samsona – bardzo dowcipnego, inteligentnego kolesia. Nigdy nie przypuszczałbym, że facet będzie miał jakieś dziwaczne zakręty życiowe.

Młode chłopaki po wyrokach. To chyba nie najłatwiejsze środowisko do pracy?

Pierwszego dnia wszedłem do dużego pokoju. Widzę, że siedzi dwudziestu „twarzowców”. Przywitałem się. Nagle ktoś zgasił światło. Usłyszałem: „Dawaj, w pierdol!”. Serce mi do gardła podcięło, chwyciłem pierwszego z brzegu i krzyknąłem: „Jak pierdolnę o ścianę…!”. Światło się zapaliło. Wszyscy stali z poduszkami. Nie powiem, od czasu do czasu trzeba było z laczka przyłożyć. Sprawiedliwość była wymierzana natychmiast, teraz i już. Nie twierdzę, że to dobra metoda, ale cieszę się, że trenowałem wtedy karate.

Jak długo wytrzymałeś?

Rok. Potem milicja zamknęła ośrodek i teatr, który przy okazji tej działalności uruchomiliśmy, uznając, że nasza działalność jest zbyt nowatorska i niebezpiecznie wybiegamy przed szereg. Nawet Grzegorz Skurski nakręcił o tym film („Klub pod bazarem” – przyp. red.). Niewiele to jednak dało, ośrodek został zamknięty, a ja zakończyłem pracę psychoterapeuty.

I wtedy zostałeś poganiaczem bydła?

(Śmiech). Nie, to było wcześniej. Trochę szukałem swojego miejsca w życiu. Była połowa lat 70. Dochodziły różne informacje o tym, gdzie można zarobić pieniądze. Ktoś mówi, że jest praca przy kuciu łańcuchów, że płacą od jednego oczka. Inny, że dobrze można zarobić przy konwojowaniu bydła pociągami z Łochowa do Zebrzydowic. Rzeczywiście, za siedem dni płacili jakieś dwa tysiące złotych, prawie miesięczną pensję. Z kumplem, Andrzejem, który gdzieś na kanadyjskich rubieżach jest teraz psychologiem, postanowiliśmy spróbować. Poszliśmy do centrali w Warszawie, a tam pytają: „Bydło czy konie?”. My, że konie. „Ile wagonów bierzecie? Dacie radę trzy?”. „Co mamy nie dać!”. Słuchajcie, żaden z nas nie miał wcześniej do czynienia z końmi!

Samobójstwo.

Blisko. Jedziemy do tego Łochowa. Miejscowi od razu widzą, że jesteśmy pojebami z dużego miasta. I zaczynają się gadki: „Pamiętasz jak tego Mietka kopnął? Przecież go ledwo odratowali”. My zestrachani na maksa. Konie tak samo – wiadomo, jadą na rzeź. Pierwszy, którego dostaję, jest ogromny, jakby Mieszko na nim Ukrainę zdobywał. Wszedłem z nim do wagonu, doszedłem do końca i patrzę – ściana. Ja i koń, nie ma jak się wydostać. Przecież pod nim nie przejdę. I co zrobiłem? Ze strachu go wyprowadziłem. Na szczęście Andrzej okazał się ode mnie sprytniejszy. Jakoś, po wielkich bojach, zapakowaliśmy trzy wagony. A dalej było już tylko trudniej… Lato, upał, jedna duża beczka na wodę, siano i trzy wagony koni do napojenia i nakarmienia. Podróż trwa 7 dni. Beczka na wodę przecieka, wiadro ma urwane ucho. Konie na końcach wagonów mają najciężej, bo trzeba przejść między wszystkimi pozostałymi, żeby je napoić. Koszmar i horror. Mówię wam, dantejskie sceny.

Przykro słuchać, a co dopiero tam być.

Zasada jest taka, że w Zebrzydowicach koń musi stać. Co więc robią pociągowi kowboje? Tłuką je tak długo, aż wstaną. Na szczęście sprawą zajęło się Stowarzyszenie Klub Gaja. Nakręcili wstrząsające filmy, które – choć trochę – ruszyły opinię publiczną.

Długo wytrzymałeś w tej robocie?

Bardzo krótko. Powiedziałem: „Andrzej, chrzanić pieniądze…”. Z tymi ludźmi nie dało się wytrzymać. Chciało się ich co chwila walić z laczka, za to co robili i jak postępowali.

Na szczęście udało ci się „wkręcić” w witraże.

Zadzwonił Janek Kelus z informacją, że jest ciekawa robota w pracowni lichtarzy artystycznych. Okazało się, że źle usłyszałem. Nie chodziło o lichtarze, tylko o witraże (śmiech). Trafiłem do Teresy Marii Reklewskiej i od razu zostałem wrzucony na głęboką wodę: „Pan zrobi kopię św. Jerzego z kalendarza”. Zrobiłem ją fatalnie. Mam ten witraż do dzisiaj, bo pani Maria tak kazała: „Pan go trzyma. Zawsze będzie pan wiedział, w jakim jest pan momencie”.

Wreszcie mogłeś się poczuć jak student ASP.

I byłem na swoim miejscu. Lubiłem tę robotę. Należeliśmy wtedy do cechu szklarzy, ale wszem i wobec oznajmialiśmy, że my nie szklarze, tylko witrażyści. Znaczy się – artyści. Piękna robota, z fantastycznymi ludźmi i w cudownych miejscach. Robiliśmy wielkie kościelne witraże. Jechało się do Wrocławia do Dominikanów, do 600-letniego kościoła i mozolnie na drewnianych rusztowaniach wkładało się szybki, wymieniało części i kitowało. Od czasu do czasu ksiądz z dołu, w trakcie ceremonii ślubnej, krzyczał: „Teraz nie wiercić!”. Tam zobaczyłem wyryty kielnią napis – „1634”. Niesamowite przeżycie! W tym samym miejscu, ponad 300 lat temu, jakiś facio robił to samo! A my na słupkach witrażowych pisaliśmy – „Jaruzelski to sukinsyn, a Breżniew to chuj”. Dla potomnych (śmiech). Cały czas tam to jest, ale jak ktoś chce się przekonać, musi wejść pod samo sklepienie.

Schedę po tobie przejął brat.

I prowadzi pracownię witraży w Chyliczkach. Nieźle mu idzie.

Brat też zdawał na ASP?

Nie, on raczej jest typem mechanicznym. Bardzo staranny i precyzyjny typ, ale czasami ma kłopoty z kolorami (śmiech).

Dzięki witrażom poznałeś się z Maćkiem Malickim, z którym też mieliśmy wywiad.

Niesamowita postać! Wiele osób znał i w wielu miejscach bywał. To baśniopisarz. Maciek zawsze mówił: „Mam, jutro wam pokażę”. I nigdy nie pokazywał. Wystarczało mu samo opowiadanie. Zresztą dziś jest pisarzem. W tamtych czasach pracował w pracowni Skalskiego, którego my – od pani Reklewskiej – uznawaliśmy tylko za rzemieślnika. Przemiły Skalski o witrażach miał raczej małe pojęcie. Kiedyś proboszcz zwrócił mu uwagę: „Ten pana Jezus jakiś taki żydowski”. Na co Skalski: „Mogę zmienić” (śmiech).

Malicki nie tylko opowiadał. Czasem też coś realizował. Na przykład wydał o tobie książkę.

Jak mi opowiadał o samym projekcie, to nie wierzyłem, że to wypali. Znałem przecież Maćka. Ale wtedy mnie zaskoczył. Założył spółkę z kumplem Dobruckim i wydali „Listy do Owsiaka”. Bardzo się nad tym napracowali, skołowali jeszcze Dwurnika, który zrobił genialne rysunki. Wyszła świetna książka. Niestety przeholowali z nakładem. Od razu im mówiłem, że to za dużo. Ale uparli się i wydrukowali 80 tysięcy egzemplarzy. Aż połowa się rozeszła. Jak na dzisiejsze standardy, to był mega sukces. Drugą połowę odkupiłem ja, a oni zamknęli interes (śmiech). Nie da się ukryć – Maciek to nie biznesmen, tylko artysta. Facet od opowiadania najlepszych historii.

Zmienimy trochę temat, ale zostaniemy przy dobrych historiach. Słyszeliśmy niesamowite opowieści o tym, jak razem z Polską Akcją Humanitarną dostarczaliście pomoc do Albanii.

Z Janiną Ochojską zorganizowaliśmy koncert, zebraliśmy pieniądze i kupiliśmy masę lekarstw i odżywek. Mieliśmy je zawieźć tirami do potrzebujących. Bardzo to zdziwiło albańskich dziennikarzy. Wytłumaczyli nam, że albańskie drogi są na agrafkę i że tiry nie złamią się na pierwszym lepszym zakręcie. Wobec tego zmieniliśmy plany i zostaliśmy z całym tym bajzlem w porcie w Durres. A tam utknęliśmy na dobre otoczeni włoskimi i amerykańskimi żandarmami.

Czyli przynajmniej bezpiecznie.

Bardzo! W pewnym momencie ktoś krzyknął: „Czy to koło, które toczy ten koleś, to nie wasze?”. Okazało się, że Albańczycy odkręcili koło od tira i je sobie spokojnie toczyli. Poleciał grad kamieni. Uciekli. My od razu na skargę do włoskiego wojskowego z piórkiem w czapce, któremu na dzień dobry z karabinu wyleciał magazynek. Dał nam jedną radę: „Musicie się lepiej pilnować!” (śmiech).

Pilnowaliście się?

A jak! Przez pięć dni mieszkaliśmy na terenie największej albańskiej stoczni, która wyglądała jak po bombardowaniu. Do tego codziennie mijały nas auta z dziurami w okolicach klamek – wszystkie kradzione. Wreszcie zaczepiliśmy jednego z gości i zapytaliśmy się na migi, czy gdzieś można kupić alkohol. A on, że oczywiście. „Butelka kosztuje 10 dolarów”. Daliśmy mu 100 i czekamy. Facet przyjeżdża swoim kradzionym Mercem, a tyłem szoruje po asfalcie. Przywiózł 100 butelek wódki „Destilata Albanesa”! Na etykiecie był abstrakcyjny miś płynący na krze (śmiech). Ruszyliśmy z tym do boju, bo wszystkiego mieliśmy dosyć.

Dało się wypić?

Po takich pięciu dniach? Jasne! Pilnował nas strażnik, który bawił się bronią tak, że w pewnym momencie wystrzelił. Cud, że akurat celował w niebo. Do tego byliśmy otoczeni międzynarodowym wojskiem, non stop latały nad nami samoloty – czuliśmy się jak w Wietnamie. W końcu jednak zawieźliśmy wszystko za Tiranę, ale miałem serdecznie dość tego kraju. Kraju, w którym każdy cywil nosił przy sobie karabin, a milicja jeździła oficjalnie, podpierdolonymi wcześniej, samochodami CNN.

Uciekasz dzisiaj od tego typu pomocy humanitarnej?

Trzymam się od tego z daleka. Są lepsi – na przykład Janka Ochojska. Kiedyś jednak zmuszono Fundację, żeby pojechała do Sri Lanki. Po tym tragicznym tsunami Nina Terentiew stwierdziła, że musimy jakoś zareagować. Bo tam ludzie umierają, a my tu Orkiestrę gramy. Przeznaczyliśmy na tę pomoc milion złotych i pojechaliśmy. A na miejscu zobaczyliśmy jedną wielką ściemę. Największym cwaniakiem, prawdziwym lisem–Witalisem, był ich minister zdrowia. Regularny złodziej. Przez trzy tygodnie nie mogliśmy wyrwać z portu swoich kontenerów! Chcieli 10 tysięcy dolarów łapówki, żeby wpuścić do swojego kraju pomoc humanitarną. Gdyby nie ostra interwencja Daniela Rotfelda, wtedy naszego ministra spraw zagranicznych, zresztą świetnego gościa, to ten minister ze Sri Lanki zgarnąłby dla siebie wszystko. A tak, niczego nawet nie powąchał. Jak już daliśmy radę stamtąd uciec, to rozwieźliśmy lekarstwa oraz sprzęt do szpitali wewnątrz kraju, w tym do szpitala w strefie Tamilskich Tygrysów. Zresztą ciężko było to pomieszczenie nazwać szpitalem. Gołe dechy, gołe ściany – taka hurtownia z chorymi na korytarzu.

Inne organizacje humanitarne tam nie docierały?

Spotkaliśmy wtedy masę ludzi z Francji, Anglii, i Stanów zajmujących się pomocą. Wszyscy mieszkali już rok, dwa lata w wypasionych hotelach. Nie wyglądało na to, żeby im się śpieszyło. Po co kończyć takie przyjemne wakacje? A nam wystarczyły trzy tygodnie, żeby dotrzeć z pomocą, gdzie trzeba. I powiem wam, że to były cholernie długie trzy tygodnie. Nie wiedziałem już, co ze sobą robić. Dlatego rzuciłem palenie (śmiech). Po prostu, żeby coś zrobić, jakoś wypełnić czas. Bo ciągle musieliśmy bezczynnie czekać i to nie wiadomo na co. W takiej Wenezueli czekanie może być przyjemne, bo z tubylcami pije się browara, a na Sri Lance towarzystwo niepijące i do tego niebezpieczne.

Powoli kończymy. Musimy cię jednak jeszcze zapytać o jąkanie…

Czy to wynik jakiejś traumy, tak? Nie, nie jestem męczennikiem mojej wady. Przyszła w podstawówce. Nagle i znienacka. Nie była spowodowana więzieniem, ciężkimi przeżyciami, czy stresami. Przyszła i już. Jest coś takiego jak dzień jąkania (22 października – przyp. red.). Tego dnia moja skrzynka mailowa paruje! Nie odpowiadam na nic – co za masakra!

Koledzy się śmiali?

Oczywiście! Próbowałem się nawet z tego wyleczyć. Chodziłem na zajęcia do pani foniatry – cudownej blondynki. Zresztą tylko dla niej tam przychodziłem. Żeby płonąć do tej dziewczyny i jak najmniej się przy niej jąkać. Aż pewnego dnia pani doktor powiedziała do mnie: „Jurku, zapnij rozporek”. To był koniec. „Obrzygałem się” na oczach najpiękniejszej kobiety na świecie. Cały czerwony wybiegłem z gabinetu i nigdy tam nie wróciłem.

„Oglądam telewizję, piję wódkę i mam na nogach kapcie”. Mówiłeś tak w 1992 roku. Czy coś się zmieniło?

Nic, poza tym, że siedzę na innej kanapie, mam trochę większy telewizor i noszę japonki, bo są wygodniejsze (śmiech).

Na skróty:

JURKA OWSIAKA OPOWIEŚCI KRÓTKIE

Za komuny z kumplem obkleiliśmy całą Targową plakatami z hasłem „pracuj jak żółw”. Wszystko przykleiliśmy do góry nogami. Bo pracowaliśmy jak żółwie.

Ciężko to sobie wyobrazić, ale Jasio Pospieszalski był eleganckim przystojniaczkiem z bujną plerezą.

W 1992 roku odbierałem w telewizji nagrodę za program „Róbta co chceta”. Czekałem na wejście do studia. Stanąłem przy jakimś facecie od świateł, ubranym w kraciastą, flanelową koszulę. Mówię: „Ale se zaraz dżampę zrobią”. A on na to: „No właśnie, towarzystwo malowane się zebrało! Dobra, idę, kurwa, nagrodę odebrać”. „Facetem od świateł” był Kazimierz Kutz.

W Błoniu dostałem legitymację członkowską Ochotniczej Straży Pożarnej. Upoważnia mnie ona do korzystania ze świetlicy zakładowej oraz do używania piły tarczowej między 14 a 16. Ostatnio dostałem od nich w prezencie samochodową gaśnicę, która w rzeczywistości była półlitrową flaszką wódki. Fajnie być strażakiem, co?

Gdyby Orkiestra 17 lat temu zaczęła zbierać na autostrady, to pewnie by już były.

JURKA OWSIAKA OPOWIEŚCI NIECO DŁUŻSZE

Kanister, którego nie było.

Było to tuż po stanie wojennym. Wszystkiego brakowało, a ja miałem wtedy mikrobusa. W zimie raczej go nie odpalałem, jak to za komuny. W środku auta leżał jednak pełny kanister. 20 litrów benzyny! Poza tym była tam torba z elfowskim, peweksowskim olejem. Samochód stał pod blokiem przy Okopowej. Pewnego dnia wracam z roboty, standardowo zerkam na mojego nieruchomego mikrobusa i widzę, że w środku nie ma ani kanistra, ani torby z olejem! Świat stanął mi w miejscu, zawirowało, w oczach pojawiły się ósemki. Krzyknąłem „kurwa mać” i dzida do domu. Poskarżyłem się żonie, potem zszedłem i zobaczyłem, że na parkingu w ciężarowym Mercedesie leży sobie moja siatka i kanister. Pobiegłem do pijanego sąsiada, który wszystkich znał, żeby mnie zaprowadził do właściciela Merca. Nie chciał, ale w końcu się zgodził. Pukam do drzwi. Za chwilę widzę szesnaście osób – dzieci, matki, żony, kochanki i ON. „Dzień dobry, przyszedłem po swój kanister. Proszę wyjąć go z szoferki i mi dać. Obejdzie się bez milicji”. „Ale dlaczego mam go panu dać?”. „Bo mi go pan ukradł”. „Ja?! Nigdy w życiu!”. „Proszę bez ceregieli. Schodzimy i po sprawie”. Zeszliśmy. Otwieramy drzwi Merca i widzę, że to nie moja siatka i nie mój kanister! „Wie co sąsiad? To nie jest moje. Ostatnio tak ciężko pracuję, że mam szumy w głowie i wszystko mi się pierniczy”. A on na to: „Mi się to też zdarza. Do widzenia”. Potem spotykam pijanego sąsiada: „No i co?”. „No co? Nie udowodnię, w zaparte idzie” (śmiech).

Wielkie zalewanie.

Kiedyś zalaliśmy z żoną sąsiada. Dokumentnie. Woda przelała się z wanny. Sąsiad przyszedł i krzyczy, że ma zalane mieszkanie. A ja na to: „Pan ma zalane? Pan spojrzy na moje!” Wpuściłem go do łazienki. Patrzy i pyta: „To skąd to leci?”. „Z góry leci” – ja na to. „To pan pójdzie ze mną, coś panu pokażę”. Żona lata ze ścierą i wyciera, a ja w szlafroku lezę do sąsiada. Od razu pojawiły się kanapeczki i pół litra saute. Sąsiad opowiedział mi historię swoich trzech zalań, mówił o wodzie cieknącej po ścianach, o wybrzuszonej terakocie i o pływającym telewizorze. Mówił i polewał. Moja żona wali w ścianę, żebym wracał, a ten od razu: „Słyszę, że żona się niecierpliwi. To może jakąś głośną muzyczkę puścimy, co?” (śmiech). Wypiliśmy pół litra na szybkiego. Nie było mnie pół godziny. Żona od razu atakuje: „Piłeś!”. „Piłem? Dzidzia, ty wiesz, jak sąsiada zalało? Woda płynęła mu po ścianach, terakota się wybrzuszyła – tragedia”.

Precz z komuną!

Spotkaliśmy się z Michałem Lorencem w kawiarni na starówce. Piliśmy wino. W pewnym momencie Michał wyciąga spod dupy gazetki. Wręcza mi je z tajemniczą miną. Plan był taki, że ja potem tę bibułę miałem komuś dać. Ale trochę popłynęliśmy, a ponieważ nie było w okolicy taryf, wzięliśmy dorożkę i zamówiliśmy kurs Za Żelazną Bramę. Okazało się, że dorożkarz też kompletnie nawalony. Jak śpiewał Jacek Kleyff, „przystawał, gdzie tylko było można na ćwierć litra z kiełbasą z rożna”. Zatrzymywał się i zasypiał. W kółko musieliśmy go budzić. Po pewnym czasie na nasze krzyki reagował tylko koń, który jechał dalej ze śpiącym dorożkarzem nad swoim łbem. Jak dojechaliśmy do Pałacu Mostowskich, to ten nagle się obudził, stanął na koźle i zaczął drzeć ryja: „Kurwa! Co wy mi robicie?! Kim wy jesteście?! Miiilicjaaaa! Miiilicjaaaa!”. Byliśmy przerażeni. Spod mojej dupy wystawała świeża bibuła, a dziesięć metrów od nas komenda główna. Daliśmy dyla. Ja na Pragę, Michał w kierunku Żelaznej Bramy. Tamtą bibułę mam do dzisiaj w domu.

Małe jest piękne?

Przy moich witrażach był warsztat samochodowy, który prowadzili dwaj bracia. Kiedyś gadamy sobie o życiu i nagle widzę, że jedno z urządzeń do prostowania blachy jest zgięte. Okazało się, że poległo na prostowaniu amerykańskiej stali. Pewien docent wyjechał do Ameryki. I zostawił swojego wielkiego, ważącego pięć ton, amerykańskiego krążownika koledze – drugiemu docentowi – sepleniącemu konusowi. Konus jechał z rodzinką krążownikiem. Ale nagle skończyła się benzyna. Byli na górce obok Dworca Gdańskiego. Wysiedli z auta i zaczęli pchać. Plan był taki, że docent-konus wsiądzie do rozpędzonego auta i skręci na stację, która była dwieście metrów dalej. Ale jak później opowiadał w warsztacie: „To kulestwo tak się lozpędziło, ze go nie dogoniłem. Jedzie z góly, jedzie, a ja się dziwię, po co ten tlabant daje mi znak światłami, jak widzi, ze nie ma kielowcy!”. Auto przejechało przez trabanta, przystanek autobusowy i jebnęło kantem w dom. I właśnie, gdy jeden z braci prostował ten zgięty zderzak, zgięło mu się urządzenie do prostowania. Chłopaki z warsztatu twierdzili, że nawet jakby docent w tym aucie wtedy siedział, to i tak by go nie było widać (śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*