Jędrzej Kodymowski

PLAYBOY nr 10, 2007 rok

TEKST: Rafał Księżyk

fot. Waciak


Jako chłopak z Gdyni, jak skomentowałbyś porzekadło: nie zna życia, kto nie służył w marynarce?

Do marynarki mam zupełnie subiektywne podejście. Bo ja miałem bilet na łódź podwodną. Chcieli mnie brać na 3-miesięczne przeszkolenie w Ustce. Ukrywałem się do 24. roku życia. Kiedy pukała do drzwi żenada wiejska, odpowiadałem damskim głosem: Jędrzej? Tu taki nie mieszka. Co prawda pamiętam do dziś, że serce mi do gardła podchodziło, jak widziałem przez judasza te marynarskie kołnierze i opaski ŻW.

A może: nie zna życia kto nie grał w Aptece?

Apteka to szansa na ucieczkę odbycia spętanym w sidła.

Czy wraz z końcem lata ogarnia cię nostalgia patriotyczna? Przecież twoja matka brała udział w Powstaniu Warszawskim.

Tak. Mama jest rocznik 28. Była sanitariuszką. Miała przydział do szpitala gruźliczego na Woli.

W domu miałeś patriotyczny klimat?

Miałem, miałem. Ojca matki zabili na jej oczach w Powstaniu. Drugi dziadek zginął w Katyniu. Ojciec od ’45 do pierwszej amnestii siedział w więzieniu za nielegalne posiadanie broni i konspirację. Zamknęli go na Kurkowej w Gdańsku. W wodzie po kolana, razem z esesmanami. Stary przeżył, ale stryj umarł na tyfus. I babcia dostała hopla, bo był jej oczkiem w głowie.

Ale chyba większe wrażenie niż narodowa martyrologia wywarł na tobie fakt, że ze ściany w domu łypały obrazy Witkacego.

W domu Witkacy był pełny idol. Tato mówił, że był jedynym kozakiem, wolnym myślicielem. Na ścianie wisiały dwa pastele. Portret Beckowej i taki niedokończony – jak on tam pisze – z „przyczyn obiektywnych”. No i do tego jest wypisana cała tablica Mendelejewa uzasadniająca, dlaczego mu się nie udało skończyć. Zaczęło się Kongo.

A ty szybko rozszyfrowałeś, jakie substancje się kryły w tej tablicy Mendelejewa?

Taaa. Witkacy parę razy opisywał, co znaczy jaki skrót: tytoń, alkohol, peyotl.

Rodzice byli prawnikami. To, że wybrałeś muzykę, było buntem przeciwko nim?

Co ty. Mogę być wdzięczny tacie. Powtarzał, że gdyby żył w innych czasach, to by się w tę stronę nie ukłonił. Dawał mi wolną rękę. W ciągu roku zamienialiśmy z dziesięć zdań. Tato sobie zawsze czytał czy tam słuchał Cześka Niemena.

Dlaczego dyrektor elitarnego 3 LO w Gdyni mawiała „ten potwór Kodymowski”?

No nie wiem dlaczego. Gdybyś zobaczył ją i mnie, to w gruncie rzeczy ten epitet potworowski powinien przynależeć jej. Bo to ona ważyła ze 110 kilo i zanim weszła do swojego gabinetu, to się nieźle zasapała i – szczególnie w lecie – to było czuć. W trzeciej klasie miałem na półrocze 9 pizd, ale je poprawiłem. Z wyjątkiem matematyki. Nie zdałem, ale dzięki temu założyłem Aptekę, bo trafiłem do klasy, gdzie byli kumple do grania.

I powstała słynna Trójmiejska Scena Alternatywna, o której dziś przypomina tylko Apteka, choć ty od lat w Gdyni nie mieszkasz…

W czasach żelaznej kurtyny Trójmiasto było szczególne przez to, że był port i rzeczywiście istniały Polskie Linie Oceaniczne. No bo na statku pierdolca z nudów można dostać. Albo jest się alkoholikiem, albo zaleczonym alkoholikiem, który skleja statki w butelkach, lub ewentualnie kupuje się płyty czy krzyżówki. No i za pośrednictwem marynarzy Trójmiasto było muzycznie do przodu. Ale to się już zatarło. Teraz Trójmiasto to mi się kojarzy: Rumia, Reda, Wejherowo.

Apteka zagrała niedawno triumfalny koncert na Open’er Festival. Ludzie śpiewali zwami te najostrzejsze teksty w rodzaju „ta co przyjechała w fiacie lubi kloca mieć na klacie”. Nie czułeś się dziwnie?

Nie, fajnie się czułem. Oto chodzi. To jest ten moment, kiedy wiem, że jest jednak pewna elita, margines nieskalany przez zjawiska typu Budka Suflera.

Skąd się biorą takie teksty? Niektóre weszły do potocznego języka: „Wiesz? Rozumiesz?”, „Poloneza Caro kupi tylko ktoś naprawdę głupi”. Wpadają ci w ucho czy mocno kombinujesz, aby nadać im taki kształt?

Nic nie kombinuję. System nagrywania pozostał niezmienny. Wiąże się z tym paranoja tych, którzy ze mną nagrywają: Jak to, ty jeszcze nic nie przygotowałeś? Stary, amatorka! Ja najpierw szykuję ślady dźwiękowe, a potem, z wokalami, wszystko dzieje się w tym momencie, kiedy jest nagrywane.

Gramy, filozofujemy, a czasami jesteśmy przesłuchiwani – współtwórca Apteki Maciej Wanat dał w tych słowach historię zespołu z lat 80. Były jakieś szczególnie pamiętne przesłuchania?

Było ich tyle, że człowiek się pogubił. Takich stalinowskich z przypalaniem prętem czy wkładaniem wora do szuflady to nie było. Ale byliśmy kiedyś przesłuchiwani na słynnej Łubiance.

Jak Apteka trafiła do jaskini KGB?

Zrządzenie losu. Ja i Wanat mieliśmy polecieć na dwa koncerty w Rostowie nad Donem. Tranzytem przez Moskwę. To była Wigilia, masa śniegu, loty opóźnione. Do Moskwy dotarliśmy już w poważnym alkoholowym amoku. Umyślny z Rostowa zabrał nas na Prospekt Gorkiego, żebyśmy sobie jeszcze popili. I tam poznaliśmy takiego typa, który nazywał się Romas Maksakowas i okazał się organizatorem trasy dalekowschodniej. My do niego: zabierz nas. Nie ma problemu. Odpuściliśmy Rostów i za trzy dni wylądowaliśmy na Syberii w Chabarowsku. W programie pod nazwą Disco Show Variete występowało 36 artystów – aktorzy, satyryk, Walery Sylkisian – król moskiewskich dyskotek, ci freestylerzy od przeboju Biełyje rozy, no i my. Wszystkie koncerty z playbacku. Graliśmy tylko w gmachach filharmonii albo cyrkach. We Władywostoku tuż przed nami schodziły z areny słonie.

Ale skąd ta Łubianka?

Wszystko skończyło się aferą. Bo po każdej imprezie był raut z oficjelami. Okazało się, że ten Maksakowas, jak już się napili, podpisywał z nimi kontrakty. Na co się dało: od wiercenia studni głębinowej po sprowadzenie śmigłowców. Podsumowali go, że pobrał zaliczki na jakieś półtora miliona rubli. No i zniknął, a my jako jedyni innastrańcy byliśmy podejrzewani o to, że załatwiliśmy mu fałszywy polski paszport. Zawieźli nas wtedy na Łubiankę. Było kulturalnie, chociaż lekkie ciśnionko wyskoczyło. Sprawa się wyjaśniła, a dzięki temu, że interesowała się nami służba bezpieczeństwa, odesłali nas do kraju pocztą dyplomatyczną.

Twoja wyprawa do Ameryki Południowej była równie barwna?

A to ja już sobie sam, prywatnie pojechałem. Siedziałem tam pół roku. Raj na ziemi. Chociaż odkąd się pojawiły przywiezione przez Kolumba paciorki, ci biedni Indianie są cały czas wypierdalani na tym samym patencie. Znajomi Francuzi zabrali mnie do takiej wioski, gdzie w każdym gospodarstwie był szaman. I codziennie każdy szaman miał trzy sesje z jedzeniem peyotl za 25 papiera. Tylko, że ja akurat wtedy naftę piłem, więc szaman się troszeczkę zawiódł.

Masz zamiłowanie do dowcipów więziennych…

No nie, przesada. Ja nie siedziałem. Nie miałem przykrych sytuacji, żeby mi pierdziak przelecieli. Jednym z moich ulubionych filmów jest Przepraszam czy tu biją, a z ostatniego rzutu bardzo podoba mi się Symetria. A to dlatego, że jest to praktyczne wykorzystywanie filozofii środowiska patologicznego. Polska grypserka ma specyficzne traktowanie rzeczy, wszechrzeczy. Można się pośmiać.

A filozofowanie Apteki?

Nasza filozofia jest taka, że bierzemy instrumenty i zespół wypowiada się na scenie. Wywiady i takie rzeczy to choroba naszych czasów. Potem ludzie przychodzą na koncert, nie żeby słuchać muzyki, tylko dlatego, że kolega zakochał się w wokaliście albo imponuje mu, że gra jedyny chłopak z ich dzielnicy, który jeździ dużym fiatem.

Na koncertach Apteki bywało, że dziewczyny pytały: no to kiedy będą rozdawać ekstazki.

Ja nie słyszałem. Zaskakujesz mnie. Była taka sytuacja, gdy miałem 30. urodziny. Odbyły się w stacji pomp w Gdyni, grało ze 12 zespołów. Lekka megalomania. I przyszedł tam znajomy diler. Chodził z torbą i rozdawał ekstazki, w moim imieniu, chociaż ja go do tego nie upoważniałem ani w dodatku za to nie płaciłem.

Kiedy pytałem twoich znajomych, jaki jest „Kodym” na imprezach, mówili, że jak diabeł – kusi.

Czym ja mogę teraz kusić? Ja wódki nie piję. Narkotyków nie biorę. Dupy nie daję.

Jesteś ponoć osobą o wydolności porównywalnej do Iggy Popa i Keitha Richardsa – szybkie życie jakby ci nie szkodziło…

No jak nie szkodzi. Przecież Richards to chodzący kościotrup. W Warszawie wszystko grał za niego dubler. On tylko rączką ruszał jak król Maciuś albo porcelanowa laleczka. Iggy’ego, jak miał koncert w Warszawie, to zaprosiliśmy na imprezę. Cały zespół dotarł, a on miał jakieś czarne wizje i spierdolił. Psychika mu dawno puściła. A zespół też odjechał. Bo imprezę robił nasz kumpel zwany Królem Bieszczad, amator przetworów mięsnych, który miał swoją masarnię. Rolada boczkowa to był jego konik. A ci kolesie od Popa to bardziej generacja momo, wszyscy wegetarianie. I tu wchodzi dwóch pociętych Ukraińców i z drzwi wyciągniętych z futryny sypie na stół roladę boczkową. Azja w spotkaniu z Zachodem. I chociaż chłopaki byli weganami, musieli tych rolad próbować, bo gospodarz pytał czy go szanują…

Ale co z twoim organizmem? Ratują cię geny czy instynkt przetrwania?

To zakrawa na tworzenie mitu. Wszystkie organizmy są podobne.

Przecież Apteka miała opinię „najlepszego zespołu narkomańskiego”…

Myślę, że tutaj Rysiek Riedel wyprzedził nas o głowę. Zapierdalał konkretnie. I na dzień dzisiejszy jest festiwal jego imienia.

Nie czujesz się wcieleniem hasła sex, drugs & rock’n’roll?

Nie! Ja się z tym nie utożsamiam. Słowo rock&roll to dla mnie taki obciach, że aż dreszcz żenada zapierdala po plecach. Zespół gra muzykę, po prostu. Apteka to normalny zespół muzyczny. Raczej margines niż alternatywa.

A seks? Ponoć dzięki bezpośredniości wiele zyskujesz u kobiet?

Ja mam jedną narzeczoną i poza to nie wychodzę. Z żoną byłem przez 16 lat.

Wasza córka Ksenia robi karierę w reklamie Playa…

Ma 19 lat i kończy teraz liceum plastyczne, a to traktuje jako dorabianie do kieszonkowego.

A gdyby po Playu chciała zostać playmate?

To jej sprawa. Jest dorosła.

Skąd twoja jazda na gejów? Choćby numer Tranfescyta i inne cioty z nowej płyty Apteka?

Na pedałów? No, jeżeli można się z czegoś pośmiać to z nich na pewno. Tranfescyta ma działanie dydaktyczne. Chociaż, ja ci powiem, pedały też się pod to pałują.

A jeśli Giertych przyzna ci order za taką dydaktykę?

Nie przypuszczam, my nie jesteśmy jednak z tej samej bajki. On jest bardziej Nosferatu.

Na płycie Apteka, kpiąc z gejów i chwaląc terrorystów, drażnisz wszystkich. W życiu też taki jesteś?

Ja wiem czy drażnię? Staram się szczerze wypowiadać, rozszerzać horyzonty. Szczerość to recepta żeby grać.

Co cię trzyma przy muzyce? W przyszłym roku stuknie ćwierć wieku Apteki…

Nic innego mnie nie zadowala. Robiłem dużo rzeczy. Miałem delikatesy, organizowałem sympozja. Nie o to chodzi, że nie potrafię robić nic innego. Ja jestem konsekwentny. I będę się starał być.

Co robisz, kiedy nie grasz?

Spędzam czas z narzeczoną albo z córką. Tak jak kiedyś 24 godziny na dobę chodziłem po knajpach, tak teraz nie chodzę w ogóle.

Z czego żyjesz?

Z miłości.

Mówią o tobie: człowiek enigma, nieprzenikniony, nieznane motywy.

(śmiech) Tak jak Hitler.

Ty po prostu żyjesz we własnym świecie czy starasz się otaczać tajemnicą?

Każdy żyje we własnym świecie. Nie mnie to oceniać.

Skoro żyjesz bez używek, to czy zerwanie z dragami i alkoholem było wynikiem jakiegoś przełomu?

Alkohol jest dobry dla komuchów, nie każdy jednak chce być kefiącym kozłem. Narkotyki nie są już tym, czym były. Są powszechne jak dziadziusiowy syropik na gardełko. Tak, że rezygnuję z tego, co pochodzi od pseudoelity, gnoi żerujących na ludzkim nieszczęściu.

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. Ten koleś ma swoją jazde i jest to andergrand

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*