Janusz Weiss

PLAYBOY nr 2, 2005 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Rafał Sławoń

fot. Andrzej Georgiew


Przepraszam chłopaki, ale zanim zaczniemy, muszę zamówić kawę, bo senny jestem jakoś…

A o której dzisiaj wstałeś?

Mam budzik w komórce ustawiony na godzinę 9, ale prawda jest taka i mam to od lat wczesnej młodości: każde wstawanie to dla mnie męka, a przedłużanie nocy jest miłe i radosne.

No, ale wczoraj co robiłeś?

Czytałem niedobrą książkę, na którą namówił mnie Sławoń i słuchałem muzyki.

Jakiej?

Jazzu, bo mam dużo nowych płyt, które kupiłem, a których nie zdążyłem przesłuchać.

Dlaczego ty tego słuchasz? Tego jazzu…

Gdy byłem młodym człowiekiem i istotnie interesowały mnie sprawy muzyki, fascynowałem się zespołem The Beatles i TheRolling Stones. Natomiast w 10. klasie dostałem od Andrzeja Woyciechowskiego, który był tłumaczem przy Jazz Jamboree, wejściówkę do piwnicy Wandy Warskiej. Jego jazz nie interesował, mnie też nie, ale poszedłem tam z czystego snobizmu, bo było to trudno dostępne miejsce na Rynku Starego Miasta. Jakoś potem weszło mi to w krew. Spodobała mi się ta muzyka i teraz już szczerze i bez snobizmu jej słucham. Ale nie po to, żeby zapamiętywać, w którym roku została nagrana płyta albo w jakim składzie. Słucham jej dla przyjemności.

A jaki jest stosunek żony do tej dewiacji, jaką jest słuchanie jazzu po nocy?

Moja żona nie lubi jazzu. Nawet bardzo. Twierdzi, posiłkując się określeniem mojej mamy, że to jest taka muzyka, jakby się dwóch po mordach biło.

Słuchasz płyt i Radia Zet?

Słuchałbym, oczywiście, radia, gdybym je miał. Niestety, tak się złożyło, że mi łobuziak jakiś wziął i zapierdolił radio z samochodu!

Z domu też ci zapierdolił? Nie masz radia w domu?

Mam, ale to moja żona je okupuje, ponieważ bardzo lubi, żeby coś grało. Tylko że ona słucha innego radia…

To bardzo dyplomatyczna wypowiedź.

Słucham Radia Zet, ale ponieważ nie mogę tego robić w samochodzie ani w domu, to słucham go w kiblu w Radiu Zet. Jest to miejsce wspaniale nagłośnione, gdzie na ogół jest cicho i jest dobra akustyka. Myślę, że jednak kupię radio do samochodu, bo niezmiennie lubię słuchać dzienników w Radiu Zet. Ale, a propos toalet. Nigdy was nie zastanawiało, panowie, czy w damskich toaletach są też takie napisy jak w męskich?

Bardzo nas to zastanawiało i pytaliśmy nawet kobiety, które zgodnie utrzymywały, że nie ma.

Właśnie, jest to jeszcze jeden dowód na to, jak mężczyźni różnią się od kobiet.

Może są bardziej twórczy?

Może…

A czytasz te napisy?

Jak mogę, to czytam. W ogóle lubię czytać. Nie mogę się powstrzymać przed czytaniem instrukcji obsługi, metek itd. i dlatego czytam także napisy w kiblu. Ale w męskich toaletach pojawiają się nie tylko napisy, ale i rysunki, na których uwzględniono pewne detale anatomiczne. Jako młody człowiek w wygódkach właśnie wpatrywałem się w ten charakterystyczny rysunek przypominający słoneczko, a ilustrujący pewien damski organ. Wpatrywałem się i starałem się umiejscowić to na ciele szkolnych koleżanek. Nijak nie chciało mi się zgodzić, gdzie one to mają?

Ale teraz już ci się zgadza?

Teraz tak.

Skoro doszliśmy do kobiet, to czy Redaktor woli kobiety naturalne, czy dopuszcza interwencje chirurgiczne?

Jeżeli mówimy o ślepej kiszce albo kamicy nerkowej, to oczywiście dopuszczam.

A interwencje mające na celu poprawianie urody?

Jeżeli nie widać szwów, to czemu nie?

Do szkoły chodziłeś z całym naszym establishmentem politycznym i kulturalnym…

Jak dziś wiadomo, bo wtedy nie było jasne, co z kogo wyrośnie.

Kto tam z tobą uczęszczał?

Wszystkich nie pamiętam, ale np. z byłym posłem Lityńskim Janem, z obecnym posłem Borowskim, z Heleną Łuczywo, Wandą Rapaczyńską, z ministrem Michałem Kleiberem, z posłem Iwińskim i Adamem „chujom precz” Halberem.

Podrywałeś Wandę Rapaczyńską?

Ona była ciekawym obiektem na korytarzach w czasie długich przerw, ale gdzie mi tam do niej. Starsze koleżanki ze szkoły z lekceważeniem patrzyły na młodszych kolegów.

Jesteś lepszym chemikiem czy polonistą?

Obawiam się, że ani jednym, ani drugim. Z chemią to był taki pomysł romantyczny. Przed maturą zacząłem się zajmować eksperymentami chemicznymi. Miałem w mieszkaniu taką kanciapę, w której prowadziłem badania. Spreparowałem wtedy zapałki, sztuczne ognie itd. Myślałem, że na studiach będzie tak samo, ale szybko się rozczarowałem, bo okazało się, że tam wymagają rzetelnego uczenia się.

Na polonistyce nie wymagali rzetelnego uczenia się?

Na chemii trudniej było bajerować, natomiast na polonistyce można było mieć swoje zdanie…

Ale Pana Tadeusza przeczytałeś?

Jeszcze w szkole, moi drodzy.

Kiedy odkryłeś w sobie potrzebę występowania przed ludźmi?

Był taki zwyczaj w szkole, żeby na setną lekcję polskiego przygotować coś, co oczaruje albo rozbawi nauczycielkę. Potem na studniówce robiło się jakieś zabawne kupleciki na nauczycieli i ja w tym brałem udział.

Nie miał kolega wstydu, tak przed ludźmi?

Wtedy nie miałem i przez lata nie miałem. Teraz mam.

Jak się nazywał pierwszy poważniejszy kabaret kolegi?

Najpierw to się nazywało Abakus i byli tam Magda Umer, Andrzej Woyciechowski i Krzysztof Knittel. Zaczynaliśmy na Wydziale Architektury PW, potem przyjęła nas Stodoła, która rozpadła się po 68 roku, także dlatego, że paru członków istniejącego kabaretu wyemigrowało.

A ty w 68 roku myślałeś o emigracji? Czy był jakiś powód, dla którego nie zdecydowałeś się emigrować?

Tak. Nieznajomość języków obcych. Słowo daję. Ja po prostu miałem od zawsze kłopot z językami i pomyślałem, że nigdy w życiu nie będę mógł przebywać w kraju, w którym nie dorastałem. Nawet jeżeli nauczyłbym się języka, to gdzie poznałbym wyliczankę dziecięcą „ene, due, like, fake…”? Moim zdaniem swobodne poruszanie się w materii języka wymaga znajomości i takich rzeczy. Był jeszcze jeden powód. Otóż mój najbliższy przyjaciel powiedział, że nie wyjeżdża. I jeszcze coś. Lękałem się rozłąki z rodziną. Rodzice powiedzieli, że zostają, że oczywiście jeśli będę chciał, to mi pomogą, ale to ja mam podjąć tę decyzję.

Spotykały cię jakieś nieprzyjemności z tego powodu, że zostałeś w Polsce?

Nie mogę powiedzieć, że byłem w jakiś sposób represjonowany, szykanowany itd., itd.

Ale twoja rodzina była?

Ojciec tak. Był dyplomowanym oficerem Wojska Polskiego i w 67 został z wojska wydalony, bo, o czym nie wszyscy wiedzą, rok 68 dla ludzi z armii rozpoczął się wcześniej. Po wojnie 7-dniowej. Wtedy zaczęto szukać piątej kolumny, zaczęła się nieufność w stosunku do ludzi pochodzenia żydowskiego. Wtedy robiono to jeszcze w rękawiczkach. Dawano ordery i odprawy. Ale robiono to po wojskowemu: systematycznie, dokładnie i precyzyjnie. Wiązały się z tym różne tragedie. Podsłuchałem raz, jak znajomy ojca opowiadał mu o oficerze, który zastrzelił się w gabinecie swojego dowódcy na wieść o tym, że ma być zwolniony ze służby. Mój ojciec po zwolnieniu znalazł zajęcie jedynie w Spółdzielni Żydowskiej. Mężczyzna w pełni sił siedział i robił portmonetki, takimi metalowymi szczypcami. I tak godzinami, torebeczka po torebeczce. Ojciec wtedy skapcaniał, posiwiał.

Ciągnie cię dzisiaj do kabaretu?

Wiele osób mnie o to pyta. Wydaje mi się, że różne rodzaje ekspresji związane są z różnymi etapami życia człowieka. W naszym wypadku to nie było takie naturalne, że uznaliśmy, iż wyczerpały się nam środki artystycznego wyrazu, że przestajemy robić kabaret. Nie, nam zabroniono robić kabaret. Więc nie wiem, co by było, gdyby Salon Niezależnych nie skończył się w ten sposób. Ale jak patrzę na ludzi, którzy się starzeją i ciągle są jajcarzami, to myślę, że może lepiej się stało.

A odnalazłbyś jakiegoś – za przeproszeniem – duchowego spadkobiercę swojej kabaretowej działalności?

Może się zdziwicie, ale powiem wam, że wiele cech pewnego typu poczucia humoru, szczególnego postrzegania rzeczywistości, w czym celuje wciąż Jacek Kleyff, ma Szymon Majewski.

Rzeczywiście się zdziwiliśmy. A ty czym wyróżniałeś się w Salonie?

Właściwie moja rola była dość szczególna. Jacek to gwiazda, żywioł, erupcja pomysłów. Michał Tarkowski – zwierzę aktorskie. Przypomnę, że zagrał w wielu słynnych filmach np. w Człowieku z marmuru Wajdy. Natomiast ja byłem, jeśli mogę to powiedzieć, strażnikiem sensu. Wszyscy robili tak zwane składanki: piosenka, skecz, piosenka. Ja chciałem, żeby zaistniał spektakl, który ma nadrzędny cel, który uważnemu obserwatorowi pozwalał złapać drugie, trzecie dno. Nad tym pracowałem usilnie, bardzo tego pilnowałem i sobie przypisuję rolę w układaniu tych nadrzędnych sensów naszych przedstawień.

Zastanawiałeś się co by było, gdyby jednak Salon się nie zlikwidował?

Tak bardzo to się nie zastanawiałem, bo nie chciałem sobie psuć humoru. Kurwa mać! Myśmy naprawdę nie tylko w swojej opinii, ale i znajomych, i krytyków, byli w najlepszym momencie. Absolutnie. To nie był schyłek w żadnym razie. Szykowaliśmy, jak już mówiłem, pełny spektakl z fragmentami slapstickowych filmów, z wciąganiem publiczności w grę. Uważam, że to było świetne. I gdybyśmy mogli, to byśmy takie wielkie rzeczy robili dalej. Mnie to bardzo pociągało.

Zdobyłbyś się, żeby dzisiaj zrobić taką rzecz?

Cholera wie. Lubię takie wyzwania…

Kto dzisiaj rozśmiesza cię na scenie kabaretowej?

Do łez niemal doprowadził mnie kabaret Mumio. To jest kryształ, zdrój przejrzysty. Bez aluzji politycznych, bez naigrawania się z posła, z ministra-śministra itd. Widziałem rzeczy lepsze i gorsze, ale to było super.

Po rozwiązaniu Salonu imałeś się różnych zajęć. Byłeś m.in. konferansjerem. To było dobre pole do obserwacji obyczajowości na terenach polskich.

Dobra, to wam powiem. W drugiej połowie lat 70. towarzyszyłem znanym gwiazdom polskiej estrady. A znane i dobre gwiazdy oznaczały dobre hotele. Dobry hotel z kolei to dobre kurwy. Koledzy niekiedy korzystali z usług owych dam lekkich obyczajów. Czasami zresztą tylko za obietnicę wejściówki na koncert, a nie forsę. Pewnego razu po nocy dzwoni do mnie – i tu nie powiem kto, bo byłyby jaja – kolega i mówi: „słuchaj, weź ty jej powiedz, że po francusku to nie jest od tyłu, tylko do paszczy!”.

Wytłumaczyłeś?

Starałem się, ale opór materii był wielki. To było w Rzeszowie. Może tam są jakieś odmiany regionalne. Ale to wulgarne jest…

A do tego śmieszne. Podobnie jak historia o tym nieszczęśniku, co sobie narobił…

A, to! Pewnego razu sztuka miała być grana w kinie. Tam nie było, rzecz jasna, garderoby. Jedyne miejsce do przebierania to była taka wąska przestrzeń między ekranem a ścianą pomalowaną na czarno. Występ miał się już zacząć, publiczność siedzi na sali, a tu nie ma perkusisty. Nikt nie wie, co się z nim stało, a tu już tupią, klaszczą… Trzeba zaczynać, nie ma rady. Wychodzę, witam, zaczynam nawijkę i nagle unoszę wzrok nad głowami, a po przeciwnej stronie zza kotary wystaje łeb perkusisty. Nie wiadomo, o co chodzi. Zespół zaczyna grać bez niego. Okazuje się, że tam jest kibel. Wysłany zostaje jakiś techniczny, a po chwili wraca wyjąc ze śmiechu. Okazało się, że perkusista nażarł się przed występem jakichś świństw, które bardzo mu zaszkodziły. Przebrany już w kostium poczuł, że nie może i pobiegł do sracza. Wiedział, że musi się śpieszyć. Po wszystkim pociągnął za sznurek od rezerwuaru, usłyszał szum spływającej wody i poczuł, że coś jest nie tak. Kibel, zdemolowany przez jakiegoś poprzednika, nie miał całego frontu, w związku z czym wszystko, co do muszli zrobił, poleciało mu w spodnie, które miał owinięte wokół kostek. Pośmialiśmy się trochę i techniczny zaniósł mu spodnie na zmianę. Potem była przerwa między jednym koncertem a drugim. Oczywiście, żartom nie było końca, historia opowiadana była do znudzenia. Już miał się zacząć drugi koncert, a perkusiście zachciało się lać. Tam była tylko umywalka przytwierdzona ni w pięć ni w dziewięć do tej czarnej ściany. Ten, niewiele myśląc, postanowił się do niej odlać, tylko znowu zaniepokoił go szum, który nie był szumem moczu spływającego do kolanka. Tym razem umywalka była cała, tyle że do niczego nie podłączona. A tuż pod nią stały jego buty… Tak oto jeden człowiek w jeden wieczór nasrał sobie w spodnie i naszczał w buty! (śmiech)

Miewasz dzisiaj propozycje poprowadzenia jakichś imprez jako konferansjer?

Miewam, ale jeszcze się nie złamałem.

Dlaczego? Ze względów finansowych?

Ze względów finansowych to się powinienem złamać, bo oni raczej chcą płacić i to bardzo dużo. Chodzi o co innego. Ja mam mocne poczucie obciachu i są takie sytuacje, które mnie bardzo krępują. Ci, którzy zapraszają mnie na taką imprezę, myślą sobie, że będę takim eleganckim gościem w garniturze i krawacie, co jest dowcipny, co przemówi do sali i będą jajca itd., a ja jestem kameralista. Konferansjerka już mi się przejadła. To był ciężki kawałek chleba. Ja tam pełniłem rolę służebną. Byłem tam po to, żeby zrobić wejście gwieździe, zrobić jej brawa i dać czas na wysikanie się i wypalenie fajki zespołowi. Ludzie nie przychodzili na mnie, tylko na występ gwiazdy. Starałem się nie dopuścić do tego, żeby krzyczeli „wypierdalaj”, chociaż zdarzały się momenty straszne. W trakcie trasy Ireny Jarockiej, na jednym z koncertów coś tam powiedziałem, poszedłem do garderoby i zacząłem czytać książkę. Wiedziałem, że mam sporo czasu. Nagle po kilku minutach wlatuje płacząca Jarocka, cisza na scenie, nie wiadomo co się dzieje. Okazało się, że podczas śpiewania wpadła jej do gardła mucha! Pani Irena się zakrztusiła i potwornie sfałszowała, a ponieważ jest kobietą bardzo delikatną, załamała się. Wpadłem na scenę, a jej nieobecność się przeciągała. Musiała odkrztusić, na nowo się umalować itd. Tragedia dla dziewczyny, a ja gadałem i gadałem. Zaczęły się tupania, gwizdy, byłem na krawędzi „wypierdalaj”, ale jakoś się udało. Jarocka wróciła uśmiechnięta i pełna werwy.

Jak wspominasz swoje pierwsze własne mieszkanie?

Wspaniale. Na warszawskich Jelonkach powstawało osiedle, które miało zostać zasiedlone ludźmi z Annopola – podwarszawskim proletariatem oraz pracownikami Zakładów im. Róży Luksemburg, Kasprzaka itd. Pomysł ministra był jednak taki, że wśród robotników powinni mieszkać artyści. I tak się stało. Na osiedlu ze mną mieszkali Kondratiukowie, rysownik Krauze, piosenkarz Andrzej Dąbrowski, jeden z członków zespołu 2+1, a także wielu reżyserów i operatorów filmowych. Jakieś dwa, trzy procent na blok stanowili artyści. Drzwi w drzwi mieszkał ze mną, podobno wybitny, tokarz precyzyjny. Wiedziałem, że pije, bije żonę, a czasem nawet wyrzuca trochę sprzętu z ósmego piętra. Któregoś razu patrzę, a on od wewnątrz przybija dyrektorską poduchę do drzwi. Kłaniam się i mówię: „Dzień dobry, widzę, że sąsiadowi hałas na korytarzu przeszkadza. Rzeczywiście ta młodzież takie rzeczy wyprawia, że aż uszy puchną”. A on na to: „Nie o to chodzi. Hałasy mi w ogóle nie przeszkadzają. Ja, proszę sąsiada, czasem lubię wypić i tak sobie pomyślałem, że wtedy hałasuję. Robię to, żeby sąsiadowi nie zakłócać spokoju” (śmiech). Facet mieszkał wcześniej w domu skleconym po 1945 r. własnymi rękami. Gdy zaczęto budować osiedle, dom mu rozwalili, a on zaczął chlać. Ludzka rzecz.

Czy Janusz Weiss zaklął kiedyś na antenie radiowej?

Raz. Prowadziłem konkurs, a słuchacze dzwonili do mnie i zgadywali. „Solniczka”, „nie solniczka”, „zapalniczka”, „nie, to nie jest zapalniczka”, w tym ferworze odbieram kolejny telefon i gadam: „dzień dobry, co to jest?” i słyszę: „spierdalaj!”. A ja na to: „sam spierdalaj!”. Po audycji nikt nawet się nie zająknął, zero reakcji – to mnie zaskoczyło.

A jak reagują słuchacze, którym twoje audycje nie przypadają do gustu?

Różnie. Bywa, że ubliżają mi raczej w mało wymyślny sposób. Jeżeli są to antysemickie inwektywy w rodzaju: „ty Żydu pierdolony, wyjeżdżaj do Izraela”, mam je gdzieś, ale gdy ktoś w sposób merytoryczny krytycznie ocenia moją audycję, to łapię doła.

A lubią cię organizatorzy „łańcuszka szczęścia” i przedstawiciele mafii taksówkowej?

Pierwsi grozili mi, że wiedzą, gdzie mieszkam i żebym sobie odpuścił temat. Od tych drugich o mało nie dostałem w ryj. Taksówkarze działali ostro i sprytnie. Jeden z kierowców nagrał mi się, informując, że podsłuchał rozmowę kolegów, którzy wynajęli na mnie jakiegoś Ruska. Następnego dnia dostałem już brutalne pogróżki. Okazało się, że był to jeden i ten sam głos. Pół roku później na lotnisku otoczyło mnie trzech drabów i zaczęły się gadki: „no i co? Dzieci pan nam straszy, synowie wracają ze szkoły i pytają się, czy my w mafii jesteśmy”, „i po co to panu było? Życie panu niemiłe?”. Do rękoczynów nie doszło. Dobrze, że był biały dzień (śmiech). Paradoksalnie bardziej przestraszyłem się tych od „łańcuszka”, może dlatego, że pracowała mi wyobraźnia. Chodziło w końcu o wielkie pieniądze.

A przestraszyłeś się, gdy ostro zaatakowałeś pewnego polityka?

(śmiech). Ale to nie ja dzwoniłem, tylko ten ktoś do mnie. Odbieram komórkę i słyszę: „Dzień dobry, tu XY, jestem ministrem”. Byłem świeżo po obiedzie, w trakcie którego ze znajomymi prześmiewczo komentowaliśmy rzeczywistość, a ponieważ znam upodobania Sławonia do robienia dowcipów, błyskotliwie odparowałem: „pierdol się, Sławoń!”. Zapanowała konsternacja, ale gdy wybrzmiewało „ń”, pomyślałem sobie, że to chyba nie głos mojego dowcipnego kolegi. Był to minister jednego z resortów siłowych (śmiech). Dalej rozmowa, po moich przeprosinach, toczyła się już normalnym trybem.

Czy dzięki swoim interwencjom wylądowałeś kiedyś w sali sądowej?

Nigdy nie dostałem żadnego pozwu.

A dostajesz prezenty od firm?

Dostaję, gdy jakaś firma jest zadowolona i uważa, że zrobiłem jej reklamę. Tak było m.in. z samonakładającymi się prezerwatywami. Otrzymałem ich wielkie pudło, ale wszystkie rozdałem w radiu.

Jak byś miał przypomnieć sobie najgłupszą osobę, z którą rozmawiałeś przez telefon, był(a)by to…?

Nie jest łatwo przypomnieć sobie wszystkich. Dla higieny umysłu staram się ich z niego wyrzucać. Ale wolałbym, żebyście złagodzili pytanie i zastąpili głupotę naiwnością. Wtedy można opowiedzieć o tym, że przekonałem kiedyś kobietę, że Ziemia jest płaska. Chętnie bym w to sam uwierzył, no bo w sumie, co nam daje ta kulistość?

Kończąc wątek telefoniczny, chcielibyśmy dowiedzieć się, jakie rachunki nabijasz Radiu Zet?

Nie mam pojęcia, ale w dawnych czasach zadzwoniłem do polskiej ambasady w Australii, żeby spytać o pewne zjawisko fizyczne, zależące od obrotu Ziemi. Chciałem się dowiedzieć, w którą stronę robi się lejek przy spuszczaniu wody z wanny. Pani napełniała wannę, a ja czekałem. Trwało to naprawdę długo, ale okazało się, że w Polsce lejek kręci się w drugą stronę (śmiech).

Używasz marihuany i haszyszu?

Nie używam. Mnie marihuana po prostu znudziła. Ile razy dorosły człowiek może chodzić do wesołego miasteczka? Zostałem wtajemniczony w roku 74. Pamiętam te hodowle konopi indyjskich na klatkach schodowych, w różnych doniczkach… Pamiętam, że pewnego razu odwiedził nas w domu Jacek Kleyff, zagadaliśmy się, zrobiła się godzina policyjna, zaproponowałem więc, żeby Jacek został. Mieliśmy trochę marihuany… Wczesnym świtem żona mnie budzi i mówi, żebym wstawał, bo przyszła ubecja i mamy rewizję. To był tzw. wkrocz, w mieszkaniu pojawiło się czterech dżentelmenów i zaczęli przeszukanie. Moja pierwsza myśl była taka, że nie chcę, żeby w telewizji wymachiwali woreczkiem po tampaksach pełnym zielonego ziela i opowiadali, że opozycja to zwykli narkomani. U nas w domu składało się wtedy biuletyn informacyjny KOR-u. Wiedziałem, że to znajdą, bo nie potrafiłbym zjeść metra sześciennego papieru na oczach czterech ubeków. Myślałem tylko o marihuanie (śmiech). Udało mi się cisnąć workiem przez okno. Potem szukaliśmy go, ale bez skutku.

Skoro jesteśmy przy nałogach, to wytłumacz nam, skąd u ciebie taki wstręt do alkoholu?

Chyba mam to w genach. Procenty mi nie smakują. Ale nie krytykuję tych, którzy piją, bo wiem, że alkohol może smakować.

A kto nie pije, ten kabluje…

Wiele razy mi to zarzucano. Wiem, że Jacek Fedorowicz załatwił sobie kwitek od lekarza, że wypicie naparstka alkoholu grozi mu nagłą śmiercią. Pomagało mu to w wielu przypadkach. Ja często zdenerwowany namolnością propozycji, wypijałem nadmierne ilości, żeby mieć w końcu spokój. W czasach konferansjerki jeden z członków zespołu 2+1, wytrawny pijak, tak mnie namolnie namawiał, żebym się napił, że w końcu nie wytrzymałem i wykrzyczałem: „no to nalej!”. Miałem wszystkich dosyć, bo cały stół był pijany i tylko ja trzeźwy. Jest to trudne do zniesienia. Krótko mówiąc, na trzeźwo nie rzygam z pijanymi. Wszyscy ucichli. Ten, co nie pije, pije. Nalali mi wódki do szklanki po herbacie. Pełną szklankę. Grobowa cisza. Ująłem ją w dłoń, porozmawiałem ze swoim organizmem, bo wiedziałem, że pierwsze łyki są najgorsze, ale szósty już wchodzi jak w mydło. Udało się, piłem wódkę małymi łykami, jak pija się letnią herbatę. Najwytrawniejszy pijak w towarzystwie z wrażenia puścił pawia pod stół.

To co? Nie możemy liczyć na piwo z Redaktorem?

Ja mogę wam, panowie, piwo postawić… (zwraca się do kelnerki) Jeszcze dwa piwa dla panów…

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*