Janusz Rewiński i Krzysztof Piasecki

PLAYBOY nr 4, 2005 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann


Dwa lata temu nie chciał pan z nami rozmawiać…

REWIŃSKI: Dalej nie chcę, ale teraz jestem z kolegą Piaseckim, a to już inna rozmowa. Nie będziemy dyskutować o indywidualnych problemach związanych z dziewczynami. Możemy pogadać o wesołości królików. Po pierwsze jestem hodowcą króliczków…

Wszystkie pana króliki to panie?

REWIŃSKI: Nie. A wiedzą panowie, jak się bada ich płeć?

Nie mamy pojęcia.

REWIŃSKI: Jest to skomplikowane badanie, dosyć nieprzyjemne dla króliczka.

PIASECKI: Poznajesz to po oczach?

REWIŃSKI: Nie da rady. Można je podpatrywać, kto na kogo ma ochotę. Najgorzej jak trafią się dwa samce…

PIASECKI: Mają na siebie ochotę?

REWIŃSKI: Czasami tak, ale psują się nawzajem i potem nie wiadomo, który jest czynny, a który nie. Ale o czym my rozmawiamy? Jestem rolnikiem, ale spotykamy się chyba, żeby pogadać o czymś innym.

Może o upływie czasu? Mieli panowie jakieś ksywki w młodości?

REWIŃSKI: Ja miałem „Bimbas”, po bracie, bo mój brat był „Stary Bimbas”, a młodszy brat był „Młody Bimbas”. Chyba najstarszy z nas po prostu lubił sobie bimbać. Potem w technikum byłem „Marabutem”, ale nie wiem dlaczego.

PIASECKI: Ja byłem najmniejszy w klasie, więc nazywali mnie „Mały”, a potem ktoś wymyślił „Piachu” i tak zostało.

Panie Krzysztofie, ponoć zaczął pan wymyślać kawały, żeby podrywać dziewczyny. Plotka głosi, że był pan nieprzystojny w młodości.

PIASECKI: No, kurdupel byłem, mały i nieśmiały. Mogłem tylko rozśmieszać. To mi się udawało.

A który z panów jest śmielszy?

REWIŃSKI: Nie robiliśmy wyścigów.

Może najwyższa pora?

PIASECKI: Wolnego, wolnego. Bo to się zaraz skończy zdejmowaniem majtek.

A w jaki sposób pan Rewiński został wielbicielem poezji wietnamskiej?

REWIŃSKI: Gdzie panowie to wygrzebali? Próbowaliśmy zarobić jakieś parę groszy. Nędza była, a my chcieliśmy mieć na carmeny. Jak studiowaliśmy, to popularne były piosenki z gatunku „pszenica pali się i ryż”. Zabieraliśmy się do zorganizowania wieczoru poezji wietnamskiej jak do chałtury, ale w końcu tego nie sfinalizowaliśmy. Przyszły jakieś nowe pomysły. Graliśmy po szkołach za sto pięćdziesiąt złotych od występu i uważaliśmy, żeby się nie dowiedzieli w rektoracie.

Dlaczego pan Piasecki jest najbardziej tajemniczym satyrykiem w kraju?

PIASECKI: Nie udzielam wywiadów na tematy osobiste. Nie bywam w kolorowych czasopismach, bo już parę razy im odmówiłem i przestali do mnie dzwonić. Nie bywam w talk-showach z tego samego powodu. Występuję na scenie i nie ma powodu, żeby ludzie wiedzieli, co robię poza nią. Z kim śpię i o kim marzę. To jest moja prywatna sprawa, która nie ma przełożenia na to, co robię zawodowo. Ci, co czytają te czasopisma, nie chodzą na koncerty. Przychodzą ci, którzy chcą mnie posłuchać.

Trochę informacji osobistych jednak przecieka… Pana syn jest podobno bardzo surowym krytykiem. Na czym polega ta surowość?

PIASECKI: On nie chce być synem znanego ojca. Denerwuje go, gdy przychodzi gdzieś i się przedstawia: Wojtek Piasecki, i wszyscy: „o, to syn tego Piaseckiego”. Chce zbierać swoje punkty i ma rację, dlatego udaje, że mojej twórczości nie ma. Kiedyś brał się za kabarety, ale szybko zrezygnował. Myślę jednak, że nie do końca. Dowcipny
jest. Nic na to nie poradzi (śmiech).

A jaki jest potomek Janusza Rewińskiego?

REWIŃSKI: Na pewno nie chce mnie naśladować. Studiuje prawo, czyli poważną dziedzinę życia. Może coś pisze, nie wiem. Nie sądzę, żeby chciał śmieszyć, tumanić, przestraszać. To jest silna osobowość: gotycki metal. Nie wiem, czy to panom coś mówi. Ciężka sprawa, nie ma żartów. Przepisuje moje teksty do komputera, więc jest na bieżąco. Pomaga czasem wymyślić tytuł albo rzuci jakieś ciekawe skojarzenie. Zwykle podobają mi się te jego skróty. Ale jest daleko. W środku internetu, komputerów… Ja staram się żyć bliżej natury.

Chodzą słuchy, że premier Bielecki zgolił brodę, bo mówili mu, że jest podobny do Piaseckiego…

PIASECKI: Często mnie mylono z premierem. Kiedyś Tusk opowiadał, że szedł po krakowskim Rynku z Bieleckim. Podszedł do nich facet i mówi: „panie Piasecki, pan taki do tego premiera podobny”.

Wykorzystał pan kiedyś świadomie to podobieństwo?

PIASECKI: Oczywiście, że tak. Zaprosiłem premiera nawet do programu Przychodzi Piachu do lekarza. Jak posadzi się nas obok siebie, to oprócz upierzenia w ogóle nie jesteśmy podobni.

REWIŃSKI: No, ale premier zgolił brodę dla pieniędzy, to jest wiadome. Do banku w Londynie tak nie mógł przychodzić. A jak teraz po wyborach „kaczory” dojdą do władzy, to liczę, że zaproponują panu Piaseckiemu jako sobowtórowi prezesa banku jakąś posadę. A ja się wtedy przy nim ogrzeję (śmiech).

A panowie kiedy zgolą brody?
PIASECKI: Przychodzi taki moment w życiu mężczyzny, kiedy próżność każe mu się odmłodzić. Czekam na ten moment.

REWIŃSKI: Mnie jest trudno wyobrazić sobie siebie bez brody.

Ale nie zawsze był pan zarośnięty?

REWIŃSKI: W młodości podobny byłem do Zygmunta Malanowicza z Noża w wodzie. Jak zdawałem do szkoły teatralnej, mówili do mnie: panie Tadziu, bo ponoć przypominałem Łomnickiego. Mam zdjęcia bez brody do dowodu osobistego z technikum.

„Na szczęście dla obu stron nie zostałem aktorem u Holoubka w Teatrze Dramatycznym”. To słowa pana Rewińskiego. Nie lubicie się?

PIASECKI: A co, miałeś być?

REWIŃSKI: Na szczęście dla obu stron… nie byłem. Zrozpaczony końcem układu z Teyem, po wyjeździe z Poznania, szukałem dla siebie miejsca. Wtedy od pięciu lat nie miałem już kontaktu z teatrem. Moim profesorem był Marek Walczewski, który pracował u Holoubka. Załatwił mi spotkanie z Mistrzem. Wszedłem do jego zaczarowanego gabinetu. Mistrz siedział, ja usiadłem i po pięciu sekundach zorientowałem się, że mówię tak samo
cicho jak on. Poszeptaliśmy i w końcu Holoubek powiedział, że będzie myślał.

Był pan po prostu skazany na kolegę Piaseckiego. Razem pracujecie. Przyjaźnicie się? Zapraszacie na imieniny?

REWIŃSKI: Byłem u niego ostatnio w domu, ale go nie było. Posiedziałem i pojechałem.

PIASECKI: Mieszkamy w różnych miastach, więc się nie odwiedzamy. Ale przez sześć lat spotykaliśmy się raz w tygodniu. Mamy podobne poczucie humoru i, że tak się górnolotnie wyrażę, rodzaj inteligencji. Kiedyś byliśmy
razem na wakacjach.

REWIŃSKI: W Grecji. Z żonami i dziećmi. Nasi synowie raz w życiu widzieli się właśnie wtedy.

PIASECKI: Janusz jechał wtedy golfem, a ja maluchem.

REWIŃSKI: Pożyczonym golfem. Oddałem w zamian koledze w użytkowanie swojego malucha. Pruliśmy przez całą Europę. Ładowanie akumulatorów z jednego do drugiego samochodu, takie tam przygody, normalne w tamtych czasach. Wakacje fantastyczne…

PIASECKI: Pamiętam, że na granicy greckiej była kolejka na trzy kilometry. Całą noc stoimy, komary gryzą, dzieci śpią. No to idziemy się awanturować, dlaczego nas nie odprawiają, a cała kolejka na nas: „cicho, bo będą sprawdzać”. „A niech sprawdzają”. Po chwili do kolejki zbliża się celnik, pokazuje dwa nasze samochody i mówi: „jechać!”. Kazali tylko bagażniki otworzyć i fru.

REWIŃSKI: Tak jak w Rosji, jak mordę drze, to znaczy, że ma prawo. Ci się awanturują, znaczy: nic nie wiozą.

Co się wtedy woziło?

PIASECKI: Wszystko. Wiertarki, namioty, sprzęt turystyczny. Do paszportu wpisali mi nawet latarkę.

Panie Krzysztofie, przypomina pan sobie występ, kiedy był pan przekonany, że jest bardzo śmiesznie, a publika siedziała cicho?

REWIŃSKI: To się nazywa Węgrzy na sali.

PIASECKI: Tak. Wtedy człowiek przekonuje się, po co jest rowek wzdłuż kręgosłupa. Otóż, jest po to, żeby ściekał tamtędy pot. Koszmarne uczucie. Teraz jest łatwiej, bo jestem znany. Wychodzę, a ludzie już się śmieją. Ale stosunkowo późno osiągnąłem tę wysoką rozpoznawalność. Więc albo się udawało, albo nie.

Ale pana zdaniem w Polsce artystą przez duże A może być tylko ten, kto zasmuca, a nie ten, kto rozśmiesza.

PIASECKI: Bo taka jest u nas gradacja artystów. Wzrusza, łzy wyciska, znaczy: dobry. Rozśmiesza, znaczy: głupek albo błazen.

REWIŃSKI: Aniekdotczik…

Wasza piosenka Sukienka rozśmieszyła widzów, ale kierownictwo TVN-u zasmuciła. Podobno nie mogliście już źle mówić o Jolancie Kwaśniewskiej.

PIASECKI: Nie przesadzajmy. Nie mieliśmy przykazania, choć coś tam wyczuwaliśmy. W charakteryzatorni obywatel R. zapytał się pani Walterowej: „czy my czasem nie za bardzo tej Jolce przykładamy?”, a ona odpowiedziała: „za bardzo”. Szczęki nam opadły. Po co żeś się pytał? (śmiech). Poza tym nie mieliśmy żadnych wskazówek, a przecież stacja zwracała nam czasami uwagę, żeby nie czepiać się tych, bo coś tam.

Ale prezes Walter miał przez was kłopoty.

PIASECKI: Dzwonili politycy. Trzeba oddać AWS-owi, że przez pierwsze dwa lata rządów telefony były dosyć częste. Potem zauważyli, że traktujemy wszystkich równo i dali nam spokój. SLD, muszę przyznać, mniej dzwonił, ale psuł atmosferę.

REWIŃSKI: Mieliśmy też interwencję po utworze literackim Czerwone macki nad polską benzyną. Stacja musiała przesłać kasetę z naszym programem do KRRiTV, na co my już podczas następnego występu zareagowaliśmy utworem Nasze śpiewanie zainteresowało Danutę Waniek. Zarząd TVN-u tej piosenki nie puścił.

Jeden z posłów napisał donos, w którym – z waszego powodu – domagał się odebrania koncesji TVN-owi…

PIASECKI: Macierewicz i jego fani, czyli rodziny katolickie.

A jakie konsekwencje dosięgnęły panów, gdy obraził się na was były prezes TVP – baron Kwiatkowski?

REWIŃSKI: Sygnałem dla niego była piosenka ze słowami: Ich Troje przyjaciół z Opola – Waldek, Kamil i Jola, troje prezenterów z Jedynki w roli kretyna i kretynki. Śmialiśmy się z głupoty TVP, żeby poważnych dziennikarzy wysłać na opolski festiwal w roli konferansjerów. I to zagotowało tego młodego, wielce ambitnego menedżera z teczką od Kwaśniewskiego. Powstał bulgot, który nas usatysfakcjonował, bo jak ktoś denerwuje się żartem, to znaczy, że żart był celny. Mam jednak pewność, że nigdy nie przekroczyliśmy dobrego smaku w dowcipach z konkurencji.

PIASECKI: Miałem parę kontraktów na występy kabaretowe i raptem ludzie, z którymi podpisywałem umowy, zaczęli się z nich wycofywać. Na kabaretonie w Mrągowie okazało się, że występuję w przerwie. Producenci,
którzy składali mi życzenia, przestali mi je składać. Telewizyjni notable stwierdzili, że reprezentujemy „strasznie niski poziom”.

REWIŃSKI: Dzięki temu nie wziąłem udziału w odgrzewaniu kabaretu Tey. Kiedy reżyser z Teya, który za socjalizmu był gnojony listami, że przekracza granice cenzury, dziś wycina mojego koleżkę z Mrągowa, postanowiłem, że ja takim ludziom podawać ręki nie będę. Nie musiałem się szczerzyć między Smoleniem, Rudim a Laskowikiem.

PIASECKI: Żeby było śmieszniej, prowadzimy z TVP negocjacje dotyczące naszego programu. Trwają rozmowy, media trąbią, a konkretów brak. Nawet w Singapurze odbierałem telefony, czy to prawda, że my już w TVP. Ale dopóki nas nie widać, to nas nie ma.

A dlaczego nie ma was w TVN?

PIASECKI: Bo Piotr Walter nie chciał, żeby ojciec mu się wtrącał w program. Ojciec jest człowiekiem telewizji, a Piotr jest biznesmenem. Taka jest między nimi różnica.

REWIŃSKI: W końcu zaczęli pracować na „wyciszenie”. To taka skuteczna technika zastosowana wcześniej wobec Olejnik i Lisa.

Czy istnieje polityk, z którego nigdy nie będziecie szydzić? Pan Rewiński kiedyś powiedział, że istnieje. Który to?

REWIŃSKI: Ja tak powiedziałem?

PIASECKI: Tłumacz się teraz. Pewnie chodziło o to, że nie można reklamować Leppera, bo mu się w ten sposób robi nazwisko.

REWIŃSKI: Poza tym ja zawsze muszę mieć jakiegoś idola. Może właśnie wtedy był jakiś polityk, który robił na mnie dobre wrażenie. Nie miałbym ochoty śmiać się z Nowaka-Jeziorańskiego.

PIASECKI: Bo nigdy nie dawałby do tego powodu. Bardzo cenimy Balcerowicza, ale jak mówił, że walczyły z nim dwie odpowiedzialności… (śmiech)

Jak nazywa się dzisiejszy idol pana Janusza?

REWIŃSKI: Nie nazywa się, bo go nie mam.

Myśleliśmy, że pan Piasecki…

REWIŃSKI: Wydrukujcie „śmiech”. (dzwoni telefon) Czy mogę odebrać telefon?

Oczywiście. A pan, panie Krzysztofie, chodzi na wybory?

PIASECKI: Pewnie, że tak. To mój obowiązek. Ci, którzy narzekają na polityków, nie chodząc na wybory, nie mają prawa głosu w dyskusji. Jak mówi Jaruzelski, trzeba wybierać mniejsze zło. Ale błędem satyryka jest manifestowanie swoich poglądów…

REWIŃSKI: Przepraszam, panie Krzysztofie, dzwoni pani Zuzanna z TVP i mówi, że po złożeniu kosztorysu dostała od dyrekcji odpowiedź, że mamy dostać po (głośne chrząknięcie) … tysięcy. Czy pan się na to zgadza?

PIASECKI: A pan?

REWIŃSKI: Ja nie.

PIASECKI: (śmiech) No i wszystko jasne!

REWIŃSKI: W takim razie nie zgadzamy się. Dziękuję, do widzenia! No i nie ma programu w TVP.

PIASECKI: Bidaki nie mają pieniędzy.

REWIŃSKI: Jesteście pierwszymi ludźmi, którzy się o tym dowiedzieli.

Czyli co? Został Polsat?

PIASECKI: Z tego co wiemy, Polsat nie jest zainteresowany.

REWIŃSKI: Nie będziemy teraz łazić po gabinetach, bo siedzą w nich ludzie, którzy powinni przyjść do nas.

Do pana często przychodzi Jerzy Gruza. Dlaczego wystąpił pan w takich gniotach jak Gulczas, a jak myślisz… i Yyyreek!!! Kosmiczna nominacja?

REWIŃSKI: Wierność sprawie przegranej. Gruza jest ostatnim playboyem RP. Kiedy w Polsce nie było waszego pisma, playboy już był. To prawdziwe nieszczęście, ale jestem lojalnym kolegą. W Polsce już nie ma reżyserów i scenarzystów. Scenariusze wyrzucam po przeczytaniu dwóch pierwszych stron. Tak było m.in. ze Światem według Kiepskich. To nie jest moje poczucie humoru.

A jakie to uczucie, panie Januszu, być prezydentem?

REWIŃSKI: Byłem nim dla jaj. Dostałem nawet nagrodę od kolegów z kabaretu Elita – VIP dla jaj. Tak więc nie mam skali porównawczej, bo nie byłem prezydentem na poważnie. A nawet kandydatem, tak jak niektórzy dziennikarze, że się tak wyrażę. To zabawne, ale pijacy piwa zaczęli się zwracać do mnie „panie prezydencie”. Widziałem w ich oczach autentyczne, wiernopoddańcze przymrużenie.

Dlaczego pan Piasecki nie zapisał się do Polskiej Partii Przyjaciół Piwa?

PIASECKI: Byłem przy jej zakładaniu. Partia ta rodziła się na moich oczach, ale nie miałem wtedy chyba telefonu, bo nagle okazało się, że lista krajowa została utworzona, a do mnie nie zadzwonili. Tylko dlatego. Dzisiaj mam telefon, ale dzięki Bogu nie ma tej partii.

Pan Rewiński grał Papkina, więc nieobce mu jest zdanie: „a z powicia ślub wyniosłem, nigdy w życiu nie być posłem”.

REWIŃSKI: Po półtorarocznym stażu w ławach poselskich ta sentencja stała się moją dewizą życiową.

Czy coś pana w trakcie tego stażu zaskoczyło?

REWIŃSKI: Przede wszystkim fakt, że to polityka. Jako pierwszy dał mi o tym znać generał Jaruzelski, który zwrócił się do mnie: „to teraz będzie pan politykiem”. Nawet nie wiem, co mu odpowiedziałem.

PIASECKI: Pewnie nic mu nie powiedziałeś.

REWIŃSKI: Doświadczenie bycia posłem było brutalne i parszywe, wspominam ten okres bardzo źle i nie chcę, żeby się to kiedykolwiek powtórzyło.

Podobno kariera sejmowa PPPP sterowana była z zewnątrz. Przez kogo?

REWIŃSKI: Byliśmy sterowani od powstania tego pomysłu, ale dowiedziałem się o tym dopiero, jak przygoda się zakończyła. Byli to ludzie, którzy zauważyli w naszym żarcie szansę na to, żeby uniemożliwić dojście do władzy swoim przeciwnikom. Takie egzotyczne ugrupowania były idealne dla tych, którzy chcieli mieszać. Ale niestety nikt z poważnych polityków nie zwrócił mi na to uwagi. Nie jestem elektrykiem, myślę, że bym zrozumiał.

PIASECKI: Do naszej grupy, która traktowała PPPP jako zabawę, doszli ludzie, którzy udawali, że się bawią. W pewnym momencie zostaliśmy piłeczką, którą oni sobie zaczęli podbijać. Niestety, nie mieliśmy świadomości politycznej, tylko świadomość rozrywkową. Gdy spotykaliśmy ludzi, którzy garnęli się do tej partii, osłupienie nasze przechodziło wszelkie granice. To był beton, który się nie załapywał na nowe światłe lewice. Taki casus Tymińskiego. PPPP była partią, która zagospodarowała nieczynny elektorat. Do urn szli ludzie, którzy w ogóle
by nie głosowali, ale głosowali, bo lubili Janusza. Organizowaliśmy imprezy wyborcze, które były normalnym występem, bez jednego słowa poświęconego polityce. Przychodziły tłumy.

REWIŃSKI: Robiliśmy transparenty: „Witamy kandydata na prezydenta RP – Marka Piwowskiego”. Do Sejmu jednak weszło szesnastu posłów, których nie znałem.

PIASECKI: Nikt z polityków, do których wtedy mieliśmy zaufanie, nie zwrócił nam uwagi, że bawimy się granatem.

REWIŃSKI: Przeraziłem się już drugiego dnia, gdy jeden z „naszych” posłów został znaleziony na sejmowym trawniku narąbany jak stodoła. Zajrzeli mu w papiery i okazało się, że to alkoholik, dziennikarz i współpracownik SB. Z teczek Macierewicza wynikało, że największe nasycenie dziwnych jegomościów było w naszym klubie. Popatrzyłem na nazwiska i pomyślałem sobie: „to nie jest ziemia obiecana”!

Czy przypadkiem dzisiejsza Samoobrona nie jest pokłosiem ówczesnej PPPP?

REWIŃSKI: Ależ oczywiście! Z nędzy do pieniędzy! Niektórzy jednak muszą wrócić do pługa. Wiecie panowie, jak ciężko wraca się z salonów na rolę? Tragedia. Ci, co próbowali sterować „piwoszami”, wzięli się za Samoobronę.

PIASECKI: Przecież Bubel też się tam pojawił. Zaczyna w naszej rozmowie wiać grozą…

REWIŃSKI: Bo zbliżamy się do faktu, że dzięki głosom PPPP premier o twojej posturze i ubarwieniu dostał absolutorium.

Pamięta pan słynne zdjęcie, na którym siedzi pan obok premiera Mazowieckiego i profesora Geremka?

REWIŃSKI: Oczywiście. To był 1992 r., Unia Demokratyczna potrzebowała naszych głosów do ratowania koalicji. Byłem wtedy świeżo po występach kabaretowych w Stanach, wiedziałem, że źle się dzieje i trzeba uciekać z polityki w stronę rozrywki.

Jakie są panów największe uzależnienia? Widzimy, że nie palicie. Może jesteście seksoholikami?

REWIŃSKI: Taki dowcip ostatnio słyszałem. Siedzi trzech facetów na bezludnej wyspie, nastolatek, trzydziestolatek i facet po pięćdziesiątce. Obok na drugiej wyspie zgraja modelek w bikini, więc ten najmłodszy się
wydziera: „Halo, dziewczyny, zaraz płynę do was…”. Trzydziestolatek go ucisza: „Po co się wydzierać? Same przypłyną”. A dziadek na to: „No co wy? Przecież stąd dobrze widać”. I my, co tu ukrywać, jesteśmy właśnie na podobnym etapie. Ja mam 55 lat. Piasecki chyba tyle samo. O namiętnościach, tych które nami szarpały w młodości, po dwudziestu paru latach małżeństwa, proszę panów, się pozapominało. Byłem na pewno bardzo
bliski tego, żeby się uzależnić od alkoholu, bo wszyscy artyści są na to skazani. Przeszedłem przez tę straszliwą socjalistyczną wódę, później byłem w tym piwie, miałem dostęp do browarów, wszędzie nas zapraszali, sami
dzwonili. Na szczęście udało się z tego wyjść. Paliłem papierosy, potem cygara, bardzo lubiłem, ale organizm powiedział „migotanie przedsionków” i się skończyło.

PIASECKI: Ja popijam whisky z dużą przyjemnością codziennie . Ale poważnie to jestem uzależniony od nart. Potrafiłem na nagranie gnać z Austrii tysiąc kilometrów do Warszawy i zaraz wracać. Raz nawet zachowałem się jak pełną gębą Europejczyk. Byłem we Włoszech na nartach, więc pojechałem samochodem do Wenecji, poleciałem samolotem do Warszawy i następnego dnia wróciłem do Wenecji. Ale nikt nie jest przecież przyzwyczajony do tego, że Polak może być Europejczykiem, więc już na lotnisku Okęcie zapytali mnie, czy mam kartę stałego pobytu we Włoszech. „Powinien pan mieć bilet powrotny”. „No przecież mam”, odpowiedziałem. „Do Wenecji”. „No właśnie,to jest problem”. Przyszła jakaś pani z obsługi: „przecież to pan Piasecki!”. Facet: „no, ja wiem”. Ona: „przecież on wróci”. Pomyślałem sobie „rany boskie, co się dzieje tej Polsce”. A tu na lotnisku w Amsterdamie – bo to było takie dziwne połączenie – to samo. Facet mnie pyta, czy na stałe mieszkam we Włoszech. Paranoja. Patrzy na mnie i się zastanawia, czy coś szmugluję. Nie wiem, czy moje honorarium w ogóle
pokryło koszty tego przelotu…. To pokazuje uzależnienie od nart.

REWIŃSKI: Sami widzicie panowie. I nawet takiego poświęcenia Piotr Walter nie docenił. Dlatego dzisiaj jesteśmy
właściwie bezrobotni, co nam przed chwilą przekazała pani Zuzanna z TVP.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*