Janusz Olejniczak

Janusz-OlejniczakPLAYBOY nr 03, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

W muzyce wiele zależy od samopoczucia wykonawcy. Jak się pan dziś czuje?

Jestem śpiący jak jasna cholera. Mogę być zbyt sentymentalny.

A ile powinien spać pianista?

Ile się da (śmiech). Niektórym się wydaje, że ćwiczenie w nocy jest bardzo przyjemne, bo człowiek może się wyciszyć i jest bardziej skoncentrowany. Ale tak naprawdę najlepiej ćwiczyć między 9 a 12 rano. W nocy można grać tylko dla przyjemności.

Dziś w nocy pan grał?

Nie, i nie pamiętam, kiedy ostatnio grałem dla przyjaciół całą noc. Ale od czasu do czasu zdarza się. Nigdy jednak na zamówienie. Nie znoszę próśb w rodzaju: „Mamy tu fortepian. Niech pan coś zagra”. Od razu wszystko się we mnie gotuje. Wolę grać pod wpływem chwili, dobrego nastroju. Wówczas znajomi się bawią, a ja akompaniuję do samego świtu.

W Paryżu za młodu grał pan pewnie co noc.

Drodzy panowie, tam to ja się przede wszystkim doskonale bawiłem. Po Konkursie Chopinowskim dostałem stypendium, a miałem wtedy naprawdę dużo zdrowia… To były klimatyczne, posthipisowskie czasy – moje najlepsze lata. Nigdy potem już tak wspaniale się nie szwendałem. Czasami dobrą zabawę zaczynałem o 5 rano. W Paryżu widziałem pierwszego w swoim życiu PLAYBOYA. Od razu po przyjeździe sprawdziłem w czym rzecz. Nie powiem jednak wiele o jego zawartości literackiej, bo bardziej interesowały mnie zdjęcia.

Powrót do Polski musiał być bolesny.

Nie, bo nigdy nie traktowałem Zachodu jako czegoś lepszego. Po prostu uważałem Paryż za inną planetę, na której były inne kolory. Kiedy tam w telewizji leciały głupkowate seriale i teleturnieje, w Polsce oglądało się Holoubka i Zapasiewicza. Każda planeta miała swoje plusy i minusy. W Warszawie też się bawiłem, tyle że w trzech miejscach na krzyż. Kondycję jednak miałem już znacznie gorszą niż we Francji. Ale za to możliwości finansowe większe. Zagranie dobrych trzech, czterech koncertów na Zachodzie starczało mi na rok życia w Polsce. Wszystko polegało na zarabianiu tam, a wydawaniu tutaj.

Sodówka nie uderzyła?

Na szczęście miałem świetnych przedwojennych wychowawców. Od początku impregnowali mnie na tak zwany przerost świadomości. Myślę, że skutecznie. W życiu jednak lżej z tym nie jest. Zdecydowanie łatwiej mają ci z zawyżoną samooceną i nadmiernie pewni siebie. Szczególnie w tym zawodzie.

Spotkał pan pianistów z gigantycznymi przerostami świadomości?

Mogę panów zapewnić, że z wiekiem niektórym się to pogłębia (śmiech).

Czy wirtuozi płacą za karierę samotnością?

Nie da się ukryć, stworzenie modelowej rodziny w naszym środowisku jest niezmiernie trudne, ale nie mogę powiedzieć, żebym czuł się samotny. Nie przesadzajmy.

Danuta Szaflarska, której mężem był Jan Ekier (pianista, pedagog, kompozytor, wielokrotny juror Konkursów Chopinowskich – przyp. red.) powiedziała kiedyś: „Pianista musi mieć żonę, która się nim opiekuje i dba o niego”.

Fajnie by było (śmiech). Wszystkie kobiety mnie rzucały. Żalu nie mam.

Jak często podrywa pan na, nomen omen, swój instrument?

Panowie, i tak wszystko zależy od kobiet. To one wybierają nas. Gdyby było inaczej, świat byłby bez sensu. Ja jednak z pełną premedytacją nie podrywam na fortepian. Nie udaję przed wami świętoszka, tak już mam. Jeżeli widzę, że moja gra wpływa na postrzeganie mnie przez kobiety, jestem zaskoczony. Naprawdę. Poza tym w moim środowisku nie mam za dużej konkurencji, jeżeli wiedzą panowie, o czym mówię. Jestem samotnym białym żaglem. Daję sobie radę.

Prawdziwych playboyów wśród was już nie ma?

Nie mamy na to czasu (śmiech). Kiedyś na miano playboya zasługiwał Witold Małcużyński (pianista, 1914-1977 – przyp.red.). Dziś nie widzę godnego następcy. Nikt też już nie zachowuje się jak Franciszek Liszt. On miał czas na wszystko.

Tomasz Stańko powiedział nam, że jeśli na koncerty przestają przychodzić ładne dziewczyny, to znaczy, że muzyk się skończył.

Większość melomanów to i tak kobiety. Wynika to pewnie z ich wrażliwości. Na pewno w tym, co Tomek powiedział, trochę prawdy jest. Pamiętajmy jednak, że inni ludzie przychodzą na koncerty rockowe i jazzowe, a inni na klasyczne. Ale choć nie jestem Johnem Lennonem, to i ja dostaję listy od fanek. Czasami z numerami telefonów. Jak byłem młodszy, zdarzały się częściej (śmiech). Wracając do słów Tomka… On zwykle stoi frontem do publiczności, a do tego ma ją bliżej. Jest więc w nieporównywalnie lepszej sytuacji niż muzycy klasyczni, jeśli chodzi o przyglądanie się swoim wielbicielkom. Co ciekawe Miles Davis często stawał na scenie tyłem i miał w nosie publiczność. On akurat mógł sobie na to pozwolić.

Jest pan pracoholikiem?

Nie, ale powinienem być. Muszę mieć nieustannie bat nad głową, czyli terminy. Dlatego, co niektórych dziwi, bardzo lubię życie na walizkach. Dzięki nim wszystko jest uporządkowane i usystematyzowane.

A hipochondrykiem?

Część mojej rodziny na pewno uważa mnie za hipochondryka. Ja twierdzę, że miewam tylko stany podgorączkowe (śmiech). Gdybym był prawdziwym hipochondrykiem, już dawno rzuciłbym papierosy. Ale i tak cieszę się, że w restauracjach nie można palić. Gdyby było inaczej, byłbym już po drugiej paczce. Generalnie mój zawód jest daleki od normalności. Przeżywamy wielkie stresy, nieustannie ćwiczymy, na ogół w samotności, i zdecydowanie za dużo pracujemy. Będąc pianistą można odjechać od normalności. Weźmy na przykład dłonie. Każdy mój ruch palcem – nawet w tej chwili – nie jest ruchem w próżni. To zawsze jest dźwięk. Poza tym w głowie cały czas gra mi radio. Można od tego zwariować. To nie jest wesołe. Żeby je wyłączyć, włączam czasem prawdziwe radio, które zagłusza dźwięki w głowie.

Zna pan pianistów, którzy w sposób ekstremalny odjechali?

Dziś wszystko jest wymyślane, „robione”. Jak widzicie panowie pianistę szaleńca, na bank jest to wyreżyserowane. Kwestia komercji. Trzeba się wyróżniać na tle konkurencji. Takie czasy. Autentycznych muzyków wariatów można oczywiście spotkać, ale to naprawdę margines.

Czy porównywanie Konkursów Chopinowskich z pana czasów i tych dzisiejszych ma w ogóle sens?

Zmieniło się wszystko, ale nie ranga tego konkursu. Mimo, że dziś mówi się o nim zdecydowanie mniej. Przypominam, że za moich czasów w Polsce Ludowej były trzy gazety na krzyż, a wszystkie wydarzenia miały znaczenie ogólnonarodowe, od Wyścigu Pokoju zaczynając na Konkursie Chopinowskim kończąc. Rywalizacją pianistów żył wtedy cały kraj. Zdecydowanie łatwiej było zaistnieć w świadomości społecznej. Rafał Blechacz wygrał konkurs, podobnie jak Krystian Zimerman. Odbiór społeczny jednak był już słabszy. Sukces Rafała nieco rozmył się wśród innych wydarzeń.

Co pan pomyślał po jego zwycięstwie?

Czułem radość i dumę, ale też miałem świadomość, że będzie mu trudniej niż pianistom z mojego pokolenia. Dziś młodzi muzycy skupiają się głównie na technice. Konsekwencją tego są bardzo podobne wykonania i identyczne wręcz interpretacje. Dziś wszyscy mogą słuchać wszystkich – nie jest łatwo grać po swojemu, jeżeli w głowie wciąż grają inni.

Paszport laureata Konkursu Chopinowskiego był dla pana gwarancją dożywotniej emerytury. Czy Blechacz również ma taką gwarancję?

W pewnym sensie tak. Oczywiście z biegiem lat trzeba bronić swoich nagród. Udowadniać, że jest się coraz lepszym. Z takim paszportem można spokojniej iść przez życie zawodowe. Ale jest też pewien paradoks: dla polskiego pianisty, który nie osiągnie żadnego sukcesu w tym konkursie, pojawia się poważny problem. Bardzo trudno mu potem zaistnieć w świadomości polskiej publiczności.

Koniec kariery?

Niestety, często tak bywa. Co jest oczywiście niesprawiedliwe. Nie ma jednak lepszego pomysłu na promowanie młodych talentów niż konkursy. Może gdyby było więcej wybitnych dyrygentów, którzy nie boją się ryzykować i sami kreują gwiazdy, sytuacja byłaby nieco inna. Na przykład Jerzy Maksymiuk często angażuje młodych solistów, opierając się tylko na własnej intuicji. Jego wybór, jego odpowiedzialność. Ale proszę mi wierzyć, że zwykle są to trafne decyzje.

Czy wśród pianistów, tak jak wśród sportowców, zdarzają się „mistrzowie treningów”?

Całe mnóstwo. Świetnie się uczą, pięknie ćwiczą, doskonale zdają egzaminy. Przychodzi koncert, publiczność, trema i… klapa. Nie da się z tym nic zrobić. Praca z psychologiem nie pomoże. Paraliżująca trema to jedna z najgorszych rzeczy dla młodych talentów. Niestety albo „stety” jest bardzo szybko wykrywana. Najczęściej tacy pianiści są potem świetnymi pedagogami.

A potraficie być przyjaciółmi?

Rzadko, bo zwykle ze sobą nie przebywamy. Dzięki temu też nie ma wśród nas wielkiej zawiści i nienawiści. Gramy w samotności, a potem pracujemy na scenie. Jeżeli ktoś akurat nie gra, zawsze gra ktoś inny. Umówienie się na wódkę jest niemożliwe. Moimi przyjaciółmi są osoby z innych środowisk.

Na przykład ze środowiska filmowego. Czy gdyby nie fortepian, byłby pan aktorem?

Nie sądzę. Błękitna nuta (film Andrzeja Żuławskiego, w którym Janusz Olejniczak wcielił się w postać Chopina – przyp. red.) paradoksalnie pozwoliła mi być lepszym pianistą. Odblokowała sporo zahamowań w przekazywaniu emocji, pomogła w moich przyszłych kontaktach międzyludzkich, zmieniła sposób bycia na scenie.

Mówił pan, że Żuławski musiał niemal pana zgwałcić, żeby przekonać do tej roli.

Trochę się opierałem, nie da się ukryć. Najbardziej broniłem się przed graniem na instrumentach z epoki. Poza tym miałem wielki szacunek dla zawodowych aktorów – moją żoną była wtedy Sławka Łozińska, a przyjaciółmi – Daniel Olbrychski i Roman Wilhelmi. I jak ja – amator – miałem stanąć obok Sophie Marceau?! Rodzina i przyjaciele namawiali mnie do tego gorąco. Andrzej natomiast jest artystą i wiedział, jak ze mną postępować. Przekonał mnie w sposób wręcz uwodzicielski. Bardzo mu za to dziękuję, bo było to jedno z najważniejszych artystycznie doświadczeń w moim życiu. Do dziś uwielbiam całe to filmowe wariactwo: aktorów, charakteryzatorów, kostiumologów, ludzi żyjących w filmie i dla filmu.

Co pan poczuł, jak zobaczył się na ekranie?

Na premierze się nie pojawiłem. Ze strachu. Film obejrzałem w kinie w Paryżu. Myślałem, że robimy słodki, hollywoodzki przebój z długimi scenami i piękną muzyką w tle. Tak to kręciliśmy. Nie wiedziałem, co można potem zrobić na stole montażowym. Byłem zszokowany.

Odchorował pan swój występ?

Cały czas czułem się chory. Nie mogło być inaczej. Grałem w końcu umierającego Chopina, który mdlał, miał ataki choroby i pluł krwią przy 40-stopniowej gorączce. Nie miałem wyboru, musiałem zachorować. Tym bardziej, że Andrzej nie znosi jakiegokolwiek fałszu. Musiało minąć parę miesięcy, zanim doszedłem do siebie.

Ciekawi nas, co by pomyślał Chopin, gdyby zobaczył pana na osiołku.

To był koszmar. 40 stopni na dworze, ja w kostiumie z epoki, cały czas dialogi po francusku… Nie wiedziałem, na czym mam się skupić – na tekście, czy na tym, żeby z tego osła nie zlecieć. A ponieważ Sara – bo tak się nazywała oślica – co 10 metrów mocno się kiwała, zapominałem na śmierć moje kwestie. Kręciliśmy to cały dzień. Powtarzam – to był koszmar. W przeciwieństwie do tego, co mnie spotkało trzy lata temu w Japonii. Postanowiłem kupić tam Błękitną nutę na DVD. Szukam, szukam – nigdzie nie ma. Było to dziwne, bo w Japonii Chopin jest Bogiem. W końcu znalazłem. W dziale filmów pornograficznych! Tytuł brzmiał Z tajemniczego dziennika Solange, a na różowej okładce widniała Sophie z lekko obnażoną piersią. Klasyczne soft porno. Co ten Żuławski ze mną zrobił? Zagrałem w pornosie, nawet o tym nie wiedząc…

Dlaczego Japończycy mają takiego hopla na punkcie Chopina? Pan sam powiedział kiedyś – „cholera ich wie”.

Podtrzymuję te słowa. Po premierze filmu stałem się w Japonii gwiazdą. Moja podobizna była nawet na kartach telefonicznych. Do dziś zresztą mam tam najwięcej fanek. Mogę nawet użyć sformułowania – od cholery. Po każdym koncercie rozdaję autografy dla 300, 400 Japonek. W Tokio nie ma dnia bez koncertu Chopina. Chyba chodzi o to, że Japończycy kochają melodię, melancholię. „Biorą” ich nokturny, mazurki. Nie czują natomiast dramatyzmu Chopina. Etiuda rewolucyjna jest dla nich obca. Grają ją perfekcyjnie technicznie, ale nic z niej nie rozumieją. Dlatego też nigdy nie wygrali Konkursu Chopinowskiego. Jeżeli kiedyś to się zdarzy, to zwycięzca będzie w Japonii drugą osobą po cesarzu.

Jaka jest japońska publiczność?

Fantastyczna i dziwna jednocześnie. Na sali większość ludzi siedzi z nutami na kolanach. Pamiętam, że za pierwszym razem byłem tym niesamowicie zaskoczony, a nawet trochę wkurzony. Wydawało mi się to nieprzyjemne, ograniczające moją wolność na scenie. Kojarzyło się z egzaminem. Szybko jednak się przyzwyczaiłem.

A przyzwyczaił się pan do ludzi nie mających za grosz słuchu? Potrafi pan to pojąć?

Nie wyobrażam sobie tego, ale potrafię zrozumieć, bo sam jestem kompletnie niewrażliwy na sztuki wizualne. Nie potrafię się wzruszyć obrazem. Dlatego współczuję ludziom, którzy nie mają słuchu. Co ciekawe sam przekonałem się, że z biegiem czasu pewne rzeczy słyszę inaczej. Wydaje mi się, że nawet lepiej. Z drugiej strony są utwory, które wykonywałem od dziecka i dziś powinienem je grać ciekawiej. A jednak świeżość pierwszego odczytania bywa niedościgniona. Często naiwne, pierwsze granie jest naturalne i lepsze.

Czy jest kompozytor, który panu „nie leży”? My musimy się przyznać, że mamy problem ze słuchaniem klasycznej muzyki współczesnej.

Nie jesteście panowie osamotnieni. Też mam ten problem. Jakiś czas temu kompozytorzy nowocześni stracili kontakt z rzeczywistością i ze słuchaczami. To nie przypadek, że Penderecki zatoczył krąg i wrócił do korzeni. Paradoksem jest to, że często przyjemniej wykonuje się utwory współczesne, niż ich słucha.

Lubi pan grać wszystko, jak leci?

Gdyby tak było, byłbym szaleńcem. Nie chciałoby mi się uczyć utworów Grażyny Bacewicz. Nogi nie rwą się do tańca (śmiech). Słyszałem jej kompozycje w wykonaniu Krystiana Zimermana i nadal mnie nie poruszały. Zawsze też miałem problem z Brahmsem. Bałem się go w dzieciństwie, kiedy widziałem jego fotografie. Od małego słyszałem, że żeby go dobrze grać, trzeba mieć predyspozycje fizyczne, posturę, że to nie jest kompozytor dla szczupłych mężczyzn. Z drugiej strony małe Japoneczki zasuwają go aż miło. Oczywiście wszystko można wyćwiczyć, ale to nie naturalne. Brahms nie leży mi do dziś. Nie ta kategoria wagowa. Ja jestem w półśredniej i o ciężkiej nawet nie marzę (śmiech).

Wśród bokserów panuje przesąd, że nie można uprawiać seksu przed walką. Jak z tym radzą sobie muzycy?

Ograniczę się do pianistów. Znam takich, którzy w przerwie swoich recitali potrafili się nieźle zabawić. Tak więc pianiści mają lepiej niż bokserzy. Poza tym mogą dłużej pracować rękami (śmiech).

Pamięta pan swoją ostatnią bójkę?

W szkołach muzycznych panowało niepisane prawo zabraniające robienia sobie krzywdy. W konsekwencji tego każda bójka wyglądała dość komicznie. To były takie przepychanki i to też na pół gwizdka. Bardziej słowne niż cielesne. Podsumowując, nigdy nie dostałem w mordę i nikomu nie dałem.

Jak w ogóle wspomina pan edukację w socjalistycznej Polsce?

Nie chcę nudzić, więc odpowiem na panów pytanie anegdotą. Otóż w Wyższej Szkole Muzycznej najtrudniej było zdać filozofię marksistowską. Wykładała ją słynna Bożena Krzywobłocka, zatwardziała komunistka. W trakcie końcowego egzaminu powiedziała do mnie: „Co wy, muzycy, laureaci konkursów, w ogóle wiecie? Jeździcie po świecie, jak te ślepe szczenięta i nic z tego wszystkiego nie rozumiecie. Nie zaliczam panu. Dwa”. Ocalił mnie wtedy błysk geniuszu. Jeden z nielicznych w moim życiu. Odpowiedziałem jej: „Pani profesor, słabo to wypadło. Ale mam szansę za dwa tygodnie wyjechać na stypendium do Moskwy. Bez absolutorium ani rusz”. Twarz się jej zmieniła: „Do Moskwy, mówi pan? Dobrze, tam w końcu pana wszystkiego nauczą” (śmiech).

Jak w młodości wołali na pana koledzy?

Kiedy Marek i Wacek (duet fortepianowy Marka Tomaszewskiego i Wacława Kisielewskiego – przyp. red.) spotykali mnie w Paryżu i namawiali na zabawę, odpowiadałem im: „Ja muszę jutro rano wstać”. Wystarczyło. „Jamusz” przylgnął błyskawicznie. Niektórzy mówią tak do mnie do dzisiaj. Był też moment, że byłem „Tulipanem”, ale kompletnie nie wiem, dlaczego. A w dzieciństwie, co oczywiste, wszyscy mówili do mnie „Olej”.

Czego małego Oleja najlepiej nauczył jego wujek – cymbergaja, pianina, piłki nożnej czy tabliczki mnożenia?

Pokera, tabliczki mnożenia i… palenia. Pamiętam, że jak mnie bolał ząb, wujek powiedział, że pociągnięcie dymka dobrze mi zrobi. Miałem wtedy z 7 lat. Wujek to był kompletny luzak. Miał na mnie duży wpływ. W piłkę grał prawie zawodowo, w cymbergaja był prawdziwym mistrzem, a na Politechnice występował amatorsko w zespole jazzowym. To go różniło od mojego ojca, który grał tanga i przedwojenne pieśni. Wujek poszukiwał innych rytmów i grał jazz.

Pan też lubi jazz.

Kiedyś namiętnie chodziłem na Jazz Jamboree. Pamiętam Arethę Franklin i wielu genialnych muzyków, absolutnych wirtuozów. Pojawiłem się kilka razy w Kongresowej z moją profesorką fortepianu. Była chyba najstarszą kobietą na sali. Zachwycona.

Nie pograłby pan jazzu?

Nie wychodzi mi tak, jak bym chciał. Nie silę się na jazz. Na bis często gram Komedę. Gram go jednak jak Chopina. Daję głowę, że niektórzy są przekonani, że słyszą utwory kompozytora klasycznego. Wiecie panowie, każdy artysta jest na tyle głupi, by myśleć, że się będzie całe życie rozwijał. Ja również. Zagrałem kilka wspaniałych – we własnym przekonaniu – koncertów i wciąż mam pewność, że zagram jeszcze lepsze. Mało kto niestety zdaje sobie sprawę, że w życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy kończy się rozwijanie, a zaczyna zwijanie.

Nie wierzymy, że nie ma pan ambitnych planów.

Całe mnóstwo. Ale teraz nazywam je raczej ambitnymi marzeniami. W ramach odtrutki zagrałbym z Rodem Stewartem, Philem Collinsem lub Carlosem Santaną. Tego ostatniego wielbię. Trzy sekundy i każdy wie, że gra Santana. Podobnie jest z wielkimi pianistami początków XX wieku. Po paru chwilach wiem, że gra Friedman, Backhaus, Rubinstein… A wracając do planów, to chciałbym niedługo nagrać muzykę południowoamerykańską. Może uda się zaprosić do takiego projektu jakiegoś tamtejszego pianistę.

Który z pianistów jest pana największym idolem?

Jestem wierny Oscarowi Petersonowi. To największy pianista wszech czasów. A z młodych i obiecujących ostatnio zrobił na mnie duże wrażenie Marcin Masecki. Niezły model! Gra Beethovena z zatkanymi uszami, żeby poczuć, jak naprawdę grało się Ludwigowi. Widziałem też jak grał Bacha. Duży talent. Proszę mi wierzyć, że z żyjących pianistów jestem w stanie wymienić minimum 30, których uwielbiam i szanuję. Często wychodzę z ich recitali zachwycony. Gorzej, jeśli od początku koncertu skupiam się na sprawach technicznych. Jeżeli słyszę, że ktoś wpadł na jakiś „atrakcyjny” pomysł, tani greps, który wydaje mu się oryginalny, bolą mnie uszy. Te wszystkie szwy przecież słychać.

Publiczność nie ma aż tak wyrobionego słuchu i z pewnością daje się nabierać na pianistyczne grepsy.

Z doświadczenia wiem, że istnieje coś takiego jak zbiorowa mądrość publiczności. Powiedzmy, że na sali są 3 tysiące ludzi, z czego góra 50 osób wie, o co tak naprawdę chodzi. Niemniej jednak na skutek jakiegoś niewyjaśnionego fenomenu te 3 tysiące w swojej masie potrafią docenić wspaniałe wykonanie i nie zachwycić się słabym. Po nadzwyczajnych koncertach w powietrzu pozostaje ich aura, która trwa miesiącami, a nawet latami. Tylko o takich koncertach się mówi.

A o jakich muzykach klasycznych się mówi? Czy powszechny dyktat piękna i młodości dotyka również pańskiego środowiska?

Coś w tym jest. Na przykład kobiety mają dzisiaj zdecydowanie trudniej. Nie dość, że muszą być perfekcyjne technicznie, to jeszcze powinny dobrze wyglądać. Bez tego ani rusz. Konkurencja jest tak ogromna, że wybierając śpiewaczkę operową do przedstawienia, reżyser decyduje się na tę, która nie tylko wspaniale śpiewa, ale też wygląda lepiej od swoich koleżanek. Taki model myślenia dotyka również mężczyzn. Nie w takiej skali, ale jednak.

Skupmy się na paniach. Prosimy o wytypowanie pianistki na rozkładówkę PLAYBOYA.

Ani pani ani pana nie wytypuję –  ale życzę powodzenia.

Na skróty:

Po sąsiedzku

Rubinstein, mając 11 lat, grał doskonale. Sam jednak twierdził, że na poważnie zaczął ćwiczyć od 50. roku życia.

Mój kolega Jean Marc Luisada wchodził na scenę ze swoim labradorem. Piesek kładł się koło fortepianu i słuchał. Publiczność przez 10 minut zwracała uwagę na labradora, a nie na pianistę. Jean miał czas, żeby się rozgrzać. Mógł się poczuć jak u siebie w domu.

Po Konkursie Chopinowskim dostałem foksteriera, którego od razu musiałem oddać w dobre ręce. Wszędzie go było pełno. Jadł wszystko, od fortepianu zaczynając.

Najwięcej dowcipów opowiada się o altowiolistach.

Instrumentalnie

Nie wkładam do mojego instrumentu niczego. Kamienie, ręczniki i szczoteczki do zębów w strunach fortepianu nie mają sensu. Szczególnie, gdy gra się Chopina.

Naukowo

Poziom edukacji muzycznej w naszym kraju jest tragiczny. Nawet erudyci w teleturniejach od razu dają za wygraną, kiedy słyszą pytanie muzyczne.

Filozoficznie

Czuję się wykluczony. Nie mam, tak jak 80 procent moich znajomych, konta na Facebooku, dopiero od paru miesięcy mam własną stronę internetową i generalnie nie lubię internetu. Jestem z tych, którzy wolą się spotykać z ludźmi osobiście. Dosyć długo broniłem się też przed komórkami. Dziś cieszę się, że się nie obroniłem, chociaż wydaję na telefon majątek.

Podsumowująco

Cieszy mnie, że nie zapytaliście o to, kiedy zacząłem grać na fortepianie, jakich mam ulubionych kompozytorów i jakie są dla mnie najważniejsze koncerty w życiu. Od wielu lat to standardowy zestaw pytań. Czasami dla zabawy wymyślam, że poza fortepianem mam inne hobby, na przykład lubię pływać w basenie w jednym z warszawskich hoteli. Między 2 a 4 w nocy.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*