Jan Nowicki

Jan-Nowicki

PLAYBOY nr 03, 2005

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Georgiew


(Przestronne krakowskie mieszkanie, za oknami śnieg, w wazonach cięte kwiaty, w kuchni piękna kobieta przygotowuje obiad. Wygodne, miękkie fotele. Lampka tego i owego. Telewizor z wyłączonym głosem. W oczekiwaniu na skok Małysza. Rozmowa. Wesoło. Mądrze. I głupio. Przyjemnie. Panie Janie, mamy nadzieję na powtórkę…)

To o czym będziemy rozmawiać? Oby nie o kobietach (śmiech).

Kobiety zostawmy na deser. Najpierw zagadka. Kto to powiedział? „Nieudzielanie odpowiedzi na pytania nie świadczy o klasie, jest raczej przejawem tchórzostwa”.

To pachnie mną. Wiecie jak to jest, nieważne są szczere odpowiedzi, ważna jest rozmowa, a w rozmowie kontrowersja. Gdy Piotr Skrzynecki wpadał do mnie na wódeczkę i zaczynał mówić źle o Wajdzie, to ja od razu mówiłem dobrze. A kiedy Wajdę chwalił, to ja mieszałem go z błotem. Piotra krew zalewała, kiedy mieliśmy to samo zdanie. W ten sposób się rozmawiało. A dzisiaj się nie rozmawia. Rozmowy przestały być kształcące. No to, co chcecie wiedzieć?

Uszył pan choć jedną parę trzewików?

Nie uszyłem, chociaż można powiedzieć, że było to moją rodzinną powinnością. Ojciec był szewcem, ale buty szył mi wujek. Jedną parę na cztery lata, a jeśli zdarłem zelówki, dostawałem w mordę. Buty były wtedy nieprawdopodobnym skarbem. Potem nastały radzieckie pionierki, nie do zniszczenia i nie do noszenia. Tak jak opony radzieckie, nie do zdarcia, ale też nie do hamowania.

A dzisiaj gustuje pan w eleganckich butach?

Nie za bardzo. Mam jedne, których nie noszę. Kiedyś, jeszcze za komuny, jak wróciłem z zagranicy z jakimś groszem przy duszy, kupiłem sobie buty jak Rogożyn (postać z Idioty Dostojewskiego – przyp. red.). W eleganckim sklepie obsługiwała mnie pani o wyglądzie królowej belgijskiej. Walnąłem sobie przepiękne mokasyny w stylu Ala Capone za roczną pensję mojego ojczyma. To się zemściło, bo od razu mnie france zaczęły piec. Z czasem doprowadziłem je do porządku denaturatem. Do dziś stoją w szafie. Prawdę mówiąc, mam gdzieś buty. Interesuje mnie tylko, żeby były wygodne i czyste. Kiedyś wnikliwie zajmowałem się bielizną, a raczej jej zdejmowaniem. Ale mi przeszło. Spotykacie mnie na tym etapie, że już raczej powinienem się zajmować krojem całunów, a nie majtek.

Gdyby nie trzy teatry amatorskie: strażacki, nauczycielski i dziecięcy, które stale działały w pańskim rodzinnym Kowalu, byłby pan w ogóle aktorem?

Nie wiem. Z oporami mówię o czymś takim jak powołanie. Bardziej zastanawia mnie przypadek, jakaś siła, która podpowiada nam różne rzeczy. Nie lubię rozprawiania o jakimś moim szczególnym losie. Zwłaszcza teraz, gdy przeszedłem na emeryturę i w dwóch gazetach publikuję „wspomnienia starca”. To nic nadzwyczajnego, że ktoś był aktorem albo sprzątaczką. Że ktoś się postarzał, a ktoś jest młody. Jedna moja koleżanka ma 27 lat i jest stara jak dąb Bartek. Nie lubię ceregieli wokół wieku. Te wszystkie rocznice są raczej ohydne. Te listy, „gratulujemy panu, że skończył pan 60 lat”. Czego tu gratulować?

Dużo tych listów?

Masa. Ciągle się je dostaje. Oni tam mają takiego specjalnego człowieka od tego, jakiegoś garbusa, który siedzi i wysyła.

Jacy oni?

No oni, kurwa (śmiech). Cały ten świat. W komputerach to trzymają. Wysyłają zaproszenia na festiwale, przyjęcia, wzdęcia. To nie znaczy, że cię kochają. Tak jak automatycznie mi to wysyłają, tak ja automatycznie na to nie chodzę. Ostatnio dostałem zaproszenie zaadresowane: „dyrektor Starego Teatru – Jan Nowicki”. Zapomnieli wymazać z komputera. Jak szedł kiedyś Grabowski (dyr. Starego Teatru – przyp. red.) ulicą, to go zaczepiłem i mówię: „Oj Mikołaju, kiepsko z tobą”.

Od lat zapowiada pan, że wyniesie się z Krakowa na wieś, do Krzewentu pod Kowalem. Kiedy ta przeprowadzka?

Dom już czeka. Wybudowała mi go siostra. Hania jest cudem absolutnym. Padrino naszej rodziny. Mówiłem, że nie mam pieniędzy na dom. A ona: „Masz, masz, tylko o tym nie wiesz. Wysyłaj mi połowę tego, co zarabiasz i zobaczysz”. I jak zwykle miała rację. Ja te pieniądze bym najzwyczajniej w świecie rozpuścił. Do przeprowadzki wszystko gotowe, ale to jest trochę jak z zakończeniem uprawiania tego zawodu. Kiedyś powiedziałem, że będę aktorem do czterdziestki. Ale się okazało, że nie mogę przestać, bo nie mam z czego żyć. Niedawno jakaś pani z działu kadr wysokim głosem poprosiła mnie o PESEL i adres mojego syna na wypadek, gdyby coś się ze mną stało. Tak urzędowo skończyło się moje życie. Jakiż byłby to piękny, dramatyczny koniec, gdyby rzeczywiście mógł nim być. Mam odpowiednio dużo na koncie, przenoszę się na wieś i udaję, że na stare lata zostałem pisarzem, bo teraz wszyscy aktorzy udają, że potrafią pisać. Zająłbym się jeszcze pedagogiką, sierotkami. Popracowałbym nad wieczną szczęśliwością. Pięknie, ale skąd wziąć na benzynę, na konia, który lubi owies, na kwiaty, bo uwielbiam cięte kwiaty przez okrągły rok? Skąd wziąć na dobre papierosy, alkohol? No więc gram, a mój koniec nastąpi, kiedy przeczytacie nekrolog w gazecie. Dowiecie się z takiego małego kwadracika, gdzieś na dole strony, że padłem w pociągu jadąc na drugi koniec Polski, żeby zarobić 1250 zł brutto.

Całuny, nekrologi, śmierć urzędowa…

A pewnie. Nie ma nic złego w tym, żeby sobie o śmierci pogadać. Wiecie, co mnie najbardziej denerwuje? Ci staruszkowie, co biegają po zdrowie. Czasem przemknie mi pod oknami wspaniały Robert Korzeniowski i aż miło popatrzeć. A potem człapią ci starcy i to jest oburzające. Starzec powinien kaszleć, siedzieć w domu przykryty pledem, zrzędzić i głupoty gadać o polityce, a nie chodzić do solarium. Opalony staruszek to jest dla mnie wyjątkowe obrzydlistwo. Starzeć się i umierać też można umieć. W napisanym przeze mnie hymnie Kowala jest zdanie, które chciałbym, żeby wyryto mi na mogile: „żyć możesz wszędzie, umieraj gdzie dom”. Bo umierać trzeba tam, gdzie są kumple. Ktoś wstąpi, kielicha wypije. W moich rodzinnych stronach na Kujawach umieranie ma jeszcze swój sens. Nie wyjeżdża się ze szpitala w jakiejś puszce, jak sardynka. U nas leży się w trumnie, orkiestra strażacka rżnie, ludzie jedzą ciasto, piją herbatę, wódeczkę. To jest życie po życiu.

Mamy jednak nadzieję, że jeszcze w tym życiu zdąży pan popracować nad wieczną szczęśliwością w Krzewencie.

Zdążę albo nie. Chciałbym, bo czeka na mnie rodzina w Kowalu, przyjaciele ze wsi. Naprawdę bardzo mnie do nich ciągnie. Ale co robić, kiedy nagle pojawiają się dwie świetne propozycje? Ciekawa rola w Tulipanach i pod względem możliwości aktorskich właściwie życiowa rola w Niepochowanym (film żony Jana Nowickiego – Marty Mészáros traktujący o węgierskim zrywie niepodległościowym w 1956 r. – przyp. red.). No, co robić? Grać! I myślę nawet, że to jest dobry moment, bo nie mam już presji na sukces. Mogę się w stu procentach skoncentrować na roli. Po latach nabiera się pewności, że nadmierna ambicja jest równie żałosna jak, kurwa, brak ambicji… Chłopaki, powyrzucajcie te przekleństwa. Wy to lubicie zostawiać w wywiadach, bo to niby taka męska rozmowa. Więc albo powyrzucacie, albo zaczynam mówić: „do diaska”… No więc, gdy artysta wychodzi na scenę czy siada do pisania, musi mieć przekonanie, że jest najlepszy na świecie. Przecież widz nie może oglądać czyichś wątpliwości. Nie po to płaci za bilet. Ale kiedy kurtyna opada i słychać oklaski, trzeba już wierzyć, że jest się najgorszym. Megalomania i zwątpienie w siebie jest niezbędne. Trzeba lawirować między jednym i drugim. Ale lepiej przy tym uważać, bo łatwo od tego zwariować albo zostać artystą-bucem. O przepraszam, miało nie być przekleństw. Powiedzmy więc artystą-bylejakością.

Przejadło się już panu powiedzenie „aktor stu ról i Starego Teatru”?

To jest nonsens. Ktoś to wymyślił i tak zostało. Powtarzają to wszyscy dziennikarze. Ja tych ról filmowych zagrałem ponad 200. Nawet wymyśliłem dla siebie specjalny zawód: „rolorób”.

No to jest pan aktorem 200 ról i jednego teatru. A ilu kobiet?

Zwariowaliście? Chcecie, żebym wszystkie wymienił? Życzę wam, żebyście dożyli momentu, gdy przypadkiem spotkana dama na ulicy, spogląda w oczy i pyta: „Nie pamiętasz?”, a ty nie masz pojęcia, o co chodzi, czy znasz ją ze stołówki, czy z biblioteki. Okazuje się, że sto lat temu spędziłeś z nią upojną noc pod Laskowicami Pomorskimi. Tyle tego było. Pozapominałem. Już nie te lata. Kiedyś po spektaklu siedzimy z Jankiem Fryczem w garderobie, a za drzwiami chichot dziewcząt, które przyszły po autografy. Janek złapał łyczek gorzkiej żołądkowej i mówi: „Janek, wielbicielki do ciebie”. Ja na to: „Nie, do ciebie”. On: „Skąd wiesz?”. Odpowiadam: „Bo moje kaszlą”. Moje czasy minęły. Kiedyś były momenty popularności, owszem. Na przykład na Węgrzech. A raz dowiedziałem się od jednej Mulatki, że swego czasu, dzięki Anatomii miłości, byłem najpopularniejszym aktorem na Kubie. Wieszali mnie na matach nad łóżkiem (śmiech).

Czyli był pan wielką światową gwiazdą!

Bez przesady. Do kina odnoszę się z dystansem. Za komuny zwykle grało się faceta, który miał problemy z uszczelkami. Polskie kino na ogół było i jest głupie. Dlatego też żyłem w świecie wielkiej literatury, ciekawego teatru i brnąłem w głupocie polskiego kina. Choć nie zawsze – Ziemia obiecana, Popioły, Sanatorium pod klepsydrą, Rękopis znaleziony w Saragossie, Kutz, Konwicki…

Mawia pan, że do zagrania w filmie motywowały pana partnerki…

Nie można mówić o dupach w kontekście kina, bo ich szukało się wtedy wszędzie. Ale spójrzcie sobie na Lilkę Głąbczyńską w Krabie i Joannie. Lufa jak trzeba! Dopiero potem wychudziła się w Ameryce. Wbrew pozorom nie motywowała mnie Basia Brylska w Anatomii miłości… Ale dajcie spokój, nie będę wam opowiadał, którą miałem w jakim filmie!

Bardziej podobał się pan mężatkom czy pannom?

Miałem żelazną zasadę wyniesioną z podwórka. U nas w Kowalu biło się faceta, który podrywał dziewczynę kolegi. Więc odpadały mężatki, a te, o których nie wiedziałem, to co za różnica. Była taka bida, że tylko takie zabawy nam zostawały. Zresztą nie było wtedy AIDS. Dzieci kwiaty, wszyscy ze wszystkimi. Ale to nie było brudne, brało się z normalnej potrzeby organizmu. Do dziś uważam, że tamtym czasom towarzyszyła pewna niewinność. Nie myślało się o wiecznym potępieniu.

Czy po śmierci Piotra Skrzyneckiego jest jeszcze w Krakowie ktoś, kto w środku nocy na cały głos krzyczy pod pańskimi oknami „m i e s z c z a n i n”?

Tak dobrze już nie ma. Ale w Krakowie zostało jeszcze trochę tego ducha. Wyszła niedawno książka dwóch fajnych dziewczyn – Stacja Kraków. Opisują kilka krakowskich postaci. Bo jeśli chcesz poznać to miasto, musisz znać takich ludzi jak „Biała Dama”, pani Zosia – kelnerka z Vis-a-Vis albo „Szajbus”, który wie o wszystkich wystawach i przedstawieniach w Krakowie. Jak „Szajbus” sobie popije, to ponosi go fantazja i krzyczy za mną na Rynku: „ty chuju Mészáros”. To prawie jak „mieszczanin” (śmiech). Faworyzuję Kraków. Wiem, że rzeczywistość jest bardziej szara, ale co mnie obchodzi rzeczywistość. Zresztą ona tutaj też jest inna. To jest piękne, że siedziałeś sobie w Vis-a-Vis i jeszcze do niedawna widziałeś jak po Rynku z siatką człapał Miłosz. Biegnie z gazetą pod pachą kardynał Macharski. Mrożek, Lem, Szymborska. A wyobrażasz sobie, że nagle przez MDM przebiega Glemp z kartoflami w reklamówce?

Cytuje pan często Wykę, który powiedział, że „Kraków to suka, która rodzi udane szczenięta”. A jaką suką jest Warszawa?

Warszawy nie ma, to duża mazowiecka wieś. Mnie fizycznie boli to, że mi się Warszawa nie podoba. To była perła architektoniczna, to były kabarety, dowcip warszawski, piękne warszawianki, nawet złodzieje mieli świetną renomę. I co się porobiło? Ta nowa architektura, te grzdyle ze szkła, co je stawiają w pół roku. Koszmar. Poza tym nie ma warszawiaków. Na ich miejsce przyszły świnie, które wyczuły koryto. Źle się czuję w Warszawie. Jest za duża, za brzydka. Przecież człowiek, który mieszka na Ursynowie, przy ulicy Rosoła zwłaszcza, powinien się zwyczajnie pochlastać. Ta okolica jest po prostu wstrętna. A któż to był ten Rosół? Nie mam nic przeciwko nazwisku, ale dać mu tak długą ulicę, to jakaż długa powinna być aleja kotleta schabowego?

À propos kotletów. Jaki jest, pańskim zdaniem, kicz numer jeden narodowej kinematografii ostatnich lat?

Wszystkie wielkie pseudoprodukcje są siebie warte. Większości tego badziewia nie oglądam, ale widziałem fragmenty Quo vadis. Przyjemnie popatrzeć jak Michał Bajor udaje Nerona. Podnosi rączkę z tymi krótkimi paluszkami, zadziera bródkę i do tego ma taką charakteryzację jak w remizie strażackiej na przedstawieniu. Cudo, mógłbym tę scenę oglądać na okrągło. Coś przerażającego, teatr telewizji kręcony za duże pieniądze w Tunezji. Pana Tadeusza nie widziałem, ale widziałem Zemstę.

I co?

I nic. Andrzej Wajda to człowiek, który będzie trwał na posterunku do końca. Dopóki rozliczał historię i pokazywał polskie losy, to była w tym siła. Dzięki cenzurze jego filmom rosły skrzydła. Po 1989 r. artystyczny zegar Andrzeja chyba przestał bić.

A może to wina pochlebców, którzy zasłaniają wieszczowi świat?

Marzy mi się taki obraz. Pomysł wpadł mi do głowy w czasie procesji Bożego Ciała w Kowalu. Idzie ksiądz z monstrancją, po lewej pan Zdzichu, komendant OSP, z prawej jakiś miejscowy notabl, podtrzymują mu ręce, z tyłu tłum. Chciałbym zobaczyć na tym obrazie Wajdę niosącego Oscara, od którego bije poświata, rozjaśniając wielkiemu twórcy twarz. Za łokcie podtrzymują Andrzeja – Krystyna Zachwatowicz i Agnieszka Holland. Obie łatwe do namalowania, bo w okularach. Za tą trójcą wdzięczny krakowski tłum… Po Hamlecie Wajdy na Wawelu, żeby nie musieć mówić, co myślę o Hamlecie ściągającym spodnie i pokazującym majtki, postanowiłem uciekać. Udało się, ale po drodze potknąłem się jeszcze o załzawionego gwiazdora z Warszawy, który szeptał: „Piękne, Andrzejku, piękne…”.

Nie wstydzi się pan udziału w takich filmach jak Zostać miss i Młode wilki?

Chyba żartujecie! Po pierwsze w Polsce różnica między bardzo ważnym filmem a filmem kiepskim jest znikoma. Po drugie ja swoich filmów nie oglądam, więc wisi mi, czy są dobre czy nie. Po trzecie jak mawia mistrz Wajda: „Jan ma zwyczaj siedzenia w garderobie, palenia papierosa i wysyłania kogoś innego na plan”. Myślicie, że ja byłem na tym planie? Nauczyłem się tekstu i klepałem: „Dziewczęta, tak nie może być! Musimy się wszyscy skupić, bo sprawa konkursu jest rzeczą dla was nadrzędną” (śmiech). To mi nie bruździ, choć nie jestem idiotą, żeby nie przejmować się podchodzącymi na ulicy do mnie kobietami, które z zachwytem w oczach mówią: „Widziałam pana w Zostać miss”. Z Młodymi wilkami jest jeszcze gorzej. Siedzę na festiwalu w Gdyni, rozdaję autografy, podchodzi do mnie facet i konfidencjonalnie szepcze: „Gratuluję Chmielewskiego”. Kompletnie nie wiedziałem, o kim on mówi. Okazało się, że grałem tam jakiegoś Chmielewskiego (śmiech). Wstydzić to ja się mogę tego, że nakrzyczałem na matkę za to, że we francuskim szamponie, który kosztował pół mojej pensji, wyprała mi dżinsy. Tego będę się wstydził do śmierci.

Powiedział pan, że boi się wypić na festiwalu w Gdyni, bo mógłby pan komuś podgryźć gardło. Jest aż tak źle?

Pierwsze festiwale były w porządku, na poziomie. Potem było już tylko gorzej. Zresztą każdy festiwal filmowy to farsa. Byłem kiedyś w jury na festiwalu w Chicago. Sophia Loren przeżywała wtedy ostatni zryw bycia kobietą. Grała wtedy w filmie, w którym pokazała nawet kawałek cycka. Na festiwalu była także Matka – film Panfiłowa z Iriną Czurikową. Powiedziałem, że jeżeli bierzemy pod uwagę aktorstwo jako zjawisko, to nie wolno porównywać Loren do Czurikowej, bo inaczej wychodzę. W ten sposób boska Sophia nagrody nie dostała. W Locarno byłem, gdy Polskę reprezentował Pokój z widokiem na morze młodego Janusza Zaorskiego. Podchodzi do mnie Zurlini (Valerio…, włoski reżyser filmowy – przyp. red.), pijemy sobie wino, facet pyta mnie, czy Holoubkowi potrzebna jest nagroda, bo mogą dać albo aktorowi albo reżyserowi. Pomyślałem: „Wielki aktor, dyrektor teatru, poseł na Sejm, młoda żona, na cholerę mu nagroda. Zaorskiemu się przyda, będzie miał pieniądze na następny film”. I Janusz dostał Srebrnego Lamparta. Przed wręczeniem zapytałem go: „Gdybyś dostał nagrodę, skoczyłbyś w smokingu do basenu?”. „Natychmiast” – odparował. No i skoczył.

Żałował pan jakiejś odrzuconej roli?

Nigdy niczego nie żałowałem. Unikałem dużych ról, które traktowałem jako próbę zniewolenia mnie, a nie szansę. Jak była propozycja zagrania jakiegoś kanclerza, od razu sobie myślałem: „broda, wąsy, upał, posiedzenia rady, spotkania z królową, sceny batalistyczne, konie”, a dajcie mi święty spokój. Miałem zagrać główną rolę w Czarnych chmurach. Zagrał Pietraszak i to znakomicie. Potem miałem wystąpić w Modrzejewskiej, ale po wypiciu koniaku z Jankiem Łomnickim uciekłem. Aktora często nie poznaje się po tym, co zagrał, ale po tym, czego nie zagrał.

Nie lubi się pan z Janem Englertem?

Nie, raczej się lubimy. Zawsze miałem poczucie, być może nieskromne, że Janek ma do mnie pewną słabość, choć w tej chwili troszkę protekcjonalną. Traktowanie mnie z góry zupełnie mi nie przeszkadza.

Według Englerta „jako grafoman ma pan spore ambicje”.

Możliwe, że jestem grafomanem, nawet na pewno jestem. Ale cieszę się, że moja książka rozeszła się w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy, a do moich tekstów piszą muzykę Kanty Pawluśkiewicz, Preisner i Konieczny. Więc co mi z tego, że jestem grafomanem?

„Sybaryta, egocentryk, kłamca”. Kto tak pięknie o panu powiedział?

Ania Seniuk. Ale nikt tak świetnie mi nie przypierdolił jak Kutz. Powiedział o mnie, że jestem „wstydliwą pipką”. I nie minął się z prawdą. Wstydzę się wyjść na scenę, wstydzę się większej ilości ludzi, nie bywam na premierach, cały czas się wstydzę.

A jest pan tchórzem? Tak sam pan mówił o sobie.

Oczywiście. Każdy ma prawo do tego, żeby się bać, tak jak do tego, żeby być odważnym. Ja boję się ciemności, złych ludzi, odmowy, sukcesów i porażek, Leppera, Giertycha. Boję się ludzi, którzy mają jedną rację.

Skoro wspomniał pan polityków… Pańskim zdaniem to „istoty nadęte, pazerne i śmieszne”? Czy taki jest także Jan Rokita z miasta, w którym wszyscy się znają i lubią?

Jest mi zupełnie obojętny. Nie znam gościa, ale nie lubię łysych, którzy chodzą w kapeluszach. Mężczyzna, który nosi kapelusz, musi mieć choć trochę włosów.

Twierdzi pan, że polityków powinno się poznawać po twarzach.

Popatrzcie na Mazowieckiego. Twarz wykuta z kamienia, praca rzeźbiarza. Jakby Mazowiecki okazał się świnią, to ja publicznie podpalę się na Rynku. Do pewnego czasu człowiek żyje z talentu, potem z charakteru i z twarzy. Jak ktoś ma zły charakter, źle mu z gęby patrzy. Nikt nie ucieknie od swojej twarzy i nikt mi nie powie, że ma mnie reprezentować pan Witaszek (były poseł z ramienia Samoobrony, restaurator – przyp. red.). Na rany Chrystusa! Nie mam nic do grubych, ale z jakiegoś powodu ktoś jest aż tak gruby. Z jakiegoś powodu ktoś zachowuje się jak Giertych. To wszystko ma gdzieś uzasadnienie w charakterze, w życiorysie, w wykształceniu, w rodzinie. Świnie rozpoznaje się na pierwszy rzut oka. Zresztą nie tylko po twarzy. Moim marzeniem jest oglądanie posiedzeń Sejmu od stołu w dół. Skarpetki, fiuty, żylaki – wszystko to pozwoliłoby mi na znakomity osąd.

Także posłanek?

Pewnie. Ich w szczególności.

To na kogo głosować?

Nie wiem. Może na was, na młodych. Wy powinniście już być prezydentami, premierami (śmiech).

My byśmy nie głosowali na premierów w naszym wieku.

Może i racja. Byłem kiedyś na jakiejś imprezie u Kazimierza Górskiego i tam spotkałem dwóch gości, młodych warszawiaków, udanych ponad ludzką wytrzymałość. Próbowali prezentować luz, ale knajactwa nie ukryli. Jeden z nich przedstawił się jako sekretarz Oleksego, drugi podając rękę, powiedział: „Kowalski, międzynarodowy handel bronią”. Zatkało mnie, ale pan Bóg mnie natchnął, wyciągnąłem rękę i powiedziałem: „Jan Nowicki, lokalne zbrodnie” (śmiech).

Pana ponoć denerwuje dzisiejsza młodzież.

Tak, ale to nie dlatego, że jestem stary i umykają mi pewne szanse damsko-męskie. W kobietach są wystarczające pokłady samarytanizmu, żeby dawać sobie z tymi sprawami radę. Nie krytykuję młodzieży jako gorzki pan, który jest na aucie i sypie mu się łupież z włosów. Na wsi kupuję wódę, kiełbachę i zapraszam pół wsi na ognisko. Kto tańczy, pije, skacze przez ognisko? Staruchy. Młodzi siedzą i zamiast się bawić, zamiast rozmawiać, grzebią przy narządach rodnych. Coś wysyłają, coś odbierają. Też mam komórkę, ale tak nie wolno. Trzeba umieć się wygłupiać.

A pan nie wysyła sms-ów?

W ogóle. Marta ma manię kupowania elektroniki. Potem siedzi i czyta te instrukcje. Walczy. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Jest faks, z którego nigdy nie korzystam. Magnetowid, którego nigdy nie włączyłem. Telewizor, w którym nie mogę znaleźć Eurosportu. Sekretarka, która nie wiem, jak działa. Całymi latami broniłem się przed komórką. Sms-y odczytuje mi ktoś raz na pół roku. Latem odbieram bożonarodzeniowe życzenia.

Czym jest dla pana marnowanie czasu?

Rozkoszą. Człowiek, który marnuje czas, wie, że żyje. Trwonienie czasu i lenistwo jest świadectwem dynamiki życia. To jest cud.

To dlaczego uważa pan, że życie trwa za długo?

Jak byłem w waszym wieku, myślałem, że koniec będzie za chwilę. Dziś jestem od was dwa razy starszy, a to trwa i trwa. Gdybym nie palił, trzeba by mnie zastrzelić, bo wszystko we mnie świetnie funkcjonuje.

Zmiana tematu. Twierdzi pan, że dziennikarki nie nadają się do rozbierania. Są jakieś wyjątki?

Niektóre można by rozebrać do połowy, inne od połowy (śmiech).

Kogo by pan rozebrał w PLAYBOYU?

Otylię. Oczywiście pod warunkiem, żeby zgodził się na to jej tatuś.

A przed kim zamknąłby pan oczy?

Przed prezydentem Giertychem.

Najseksowniejsza aktorka, jaką pan widział…

Jane March. W Kochanku. Miała 17 lat…

Co miał pan na myśli, mówiąc, że lubi kobiety zmarłe?

Ludzie pięknieją w naszej tęsknocie. Kobiety szczególnie. Anastazja Filipowna z Idioty nie byłaby tak piękna, gdyby nie dialog między Rogożynem a Myszkinem. Kobieta piękna w sposób oczywisty przestaje reprezentować płeć. W waszych zdjęciach dąży się do doskonałości, która nie ma niczego wspólnego z erotyzmem. Namiętność mężczyzny odnajduje się w niekoniecznie najpiękniejszym kształcie. Sylvia Kristel, czyli Emmanuelle, skończona piękność, którą poznałem na plaży w Cannes, przypominała mi koński zad, laskę albo butelkę.

Zna pan jakąś feministkę?

Znam jedną, która jest najlepszą żoną świata, a była papieżem światowego feminizmu – Martę Mészáros. Moim zdaniem skrajny feminizm bierze się z tego, że niektóre kobiety nie mogą sobie znaleźć miejsca w życiu. Na przykład bogata Francuzka uwielbia martwić się tym, że w Azerbejdżanie kobiety „mają nierówno”. Nie podzieli się jednak z nimi swoimi pieniędzmi. Woli organizować protesty, konferencje i czuć się ważna.

Sprawia pan wrażenie, że największe szczęście przeżywa pan, gdy żony nie ma w domu. To jak to jest między wami?

Zapomnieliście dodać, że Marta jest starsza od Sukiennic. Tłumaczy, że nie kupuje nic w Desach, bo sama jest antykiem (śmiech). Jest to kobieta o niezwykłym poczuciu humoru, o wielkiej sile, ma mądrość starej kobiety i naiwność małej dziewczynki. Jest dostarczycielką takich sformułowań, że jestem często w stanie osłupienia.

A nie dziwi się temu, co pan mówi w wywiadach?

Zdziwiła się tylko raz. Po premierze jednego z filmów powiedziałem parę słów ostrej prawdy do „ważnych ludzi”. Wtedy Marta opieprzyła mnie, że miałem rację, ale gadałem za długo.

Twierdzi pan, że dzisiejsi mężczyźni nie posiadają tej klasy co kiedyś. A więc, czego nam brakuje?

Wam niczego (śmiech). Byliście punktualni, przyjechaliście we dwójkę, a nie jesteście pedałami, pijecie sok, a nie piwo i reprezentujecie pismo, o którym Marta mówi, że są w nim najlepsze wywiady.

Nie pytaliśmy o nas, ale o nasze pokolenie, pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków.

30 lat temu trzydziestolatkowie niczego nie mieli. W związku z tym byli ciekawsi. Dzisiejsi albo już coś mają i stają się przez to przykrzy, albo zabiegają, żeby coś mieć, przez co stają się nieznośni. Mężczyzna nie jest już romantyczny i wojowniczy. Poza tym dzisiejsi trzydziestolatkowie są przekonani, że nie umrą, a to jest wada numer jeden. Ktoś, kto ma świadomość, że przeminie, automatycznie staje się lepszym człowiekiem.

Uważa pan kobiety za mądrzejsze od mężczyzn?

Jasne. Przekazałbym im kierowanie światem. One muszą być mądrzejsze od mężczyzn, bo uczestniczą w akcie, do którego my nigdy nie znajdziemy dostępu – w akcie urodzenia. Jestem przekonany, że matka jest kimś więcej niż ojciec. Ojcowie są bardziej predysponowani do tego, żeby umierać. Jak mówił Różewicz, matka odchodzi, a ojciec znika.

Pamięta pan, jak kopał grób dla Lazio (w 2003 roku Jan Nowicki pomagał przygotować płytę boiska Wisły Kraków do meczu z rzymskim zespołem – przyp. red.)?

To były nadmierne emocje. Odśnieżałem boisko na stadionie Wisły i na pytanie: „co pan robi?” odpowiedziałem: „Kopię grób dla Lazio”. Nie mogę sobie darować, że potem powiedziałem coś o włoskich pedałach. Przesadziłem, ale grób był w porządku.

Jest pan wariatem?

Oczywiście.

Najpiękniejszym na świecie? To pańskie słowa.

Proszę więc zaznaczyć, że ostatnio zbrzydłem.

Na skróty:

Jana Nowickiego prawdy o życiu:

O MŁODYCH AKTORACH:

Najlepsi są Frycz i Globisz (śmiech).

O SYNOWEJ (HALINA MLYNKOVA – przyp. aut.):

Ma się podobać synowi, nie mnie.

O NAGOŚCI:

Jakie wrażenie robi kobieta w bikini, a jakie na plaży nudystów? W pierwszym przypadku jest tajemnica, w drugim kawałek polędwicy.

O REINKARNACJI:

Gdybym mógł wybrać, w drugim życiu chciałbym być pisarzem. Pisanie jest ciekawszym zajęciem niż aktorstwo. Mniej intratnym, ale dającym większą wolność.

O PIENIĄDZACH:

Nic bardziej nie deprawuje jak skrajna bieda i skrajne bogactwo.

O FRYZURACH:

Kobiety nigdy nie idą się odlać. Zawsze idą się uczesać.

O PIERWSZYM RAZIE:

Byłem wtedy młody, piękny i groźny.

O POCIĄGACH POD SPECJALNYM NADZOREM:

W Pozwólcie nam do woli fruwać nad ogrodem Staszka Latałły była scena w pociągu. Bida jak jasna cholera, więc nie mogliśmy wynająć jadącego wagonu. Graliśmy na bocznicy udając, że pociąg jedzie (śmiech). Zwrotnica, przechylamy się gwałtownie, trzęsiemy się, podskakujemy… Posadźcie tam Dustina Hoffmana, zobaczymy, jak zagra jadący pociąg!

O JURKU BOGAJEWICZU:

Nie chodzę do kina, ale przez lata otrzymywałem zaproszenia na jego filmy. Zastanawiałem się, skąd on mnie zna i dopiero pół roku temu wpadłem na to, że grałem z nim u Staszka Latałły. Był wtedy związany z teatrem Grotowskiego, miał takie śmieszne okularki, buty na drewnie, jeżyka na głowie – zajebista awangarda. Muszę się z nim koniecznie spotkać.

4 komentarze
Skomentuj »

  1. Gdyby mi kiedyś było dane mieć przyjaciela,to chciałbym żeby był to ktoś taki jak Jan Nowicki.

  2. Dziękuję za ten wywiad. Wielu rzeczy uczę się od takich ludzi jak pan Jan Nowicki. Np. sztuki dystansu do siebie i otaczającej rzeczywistości, która pozwala nam przeżyć to życie rozsądnie, prawdziwie i z uśmiechem na ustach…

  3. Świetny wywiad, prawdziwy.

  4. trochę z Pana kabotyn, ale dobrze się czyta

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*