Jan Englert

Jan-EnglertPLAYBOY nr 05, 2016 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

Nudzę się sobą, ile można o sobie ględzić? W wywiadach człowiek zawsze układa jakąś laurkę, połowę buja, konfabuluje. A szczerość? Jest dowodem idiotyzmu.

To jak bardzo będzie pan lukrował?

Zacznijmy od tego, że ja nie kłamię. To znaczy staram się nie kłamać, bo to jest komfort. Życie w kłamstwie potwornie męczy. Sprawdziłem. Nie polecam. Jak człowiek porządnie pogrzeszy, to dopiero wtedy wie, jak przyjemnie jest nie grzeszyć. Natomiast oczywiście nie widzę powodów, aby nie hołdować żeńskiej definicji kłamstwa. To znaczy nie mówić całej prawdy…

Tym bardziej w wywiadach.

Właśnie. Ale w życiu też nie jest to za mądre.

Choć powołując się na Gustawa Holoubka, może pan już podobno mówić co tylko zechce.

Rzeczywiście tak powiedział: „Jasiu jak skończysz 70 lat, możesz mówić co chcesz”. Bo to i tak bez znaczenia… Ale nie do końca tak jest. Jedźmy. Jakie macie panowie pierwsze pytanie?

Jak to jest tarzać się po podłodze ze studentkami?

Już dawno się nie tarzam, bo mam kłopoty ze wstawaniem.

Mamy inne informacje, a pan przecież nie kłamie…

Czasem zdarza mi się coś zademonstrować, ale nie ze studentkami tylko obok studentek. A to zasadnicza różnica. Zresztą nigdy, nawet jak byłem w pełnym wieku produkcyjnym, ze studentkami po podłodze się nie tarzałem. A przynajmniej ja tego nie pamiętam. Studentki może tak. Oczywiście rozumiem żart i o co naprawdę chodzi. Można to zamknąć jednym zdaniem – faktycznie wolę reżyserować kobiety niż mężczyzn. I to jest właściwa odpowiedź na to pytanie.

Kiedyś rozmawialiśmy ze Sławomirem Mrożkiem powiedział nam, że mężczyźni to gorszy gatunek człowieka.

Nie wiem czy gorszy, natomiast na pewno mniej ciekawy. Co do tego nie ma wątpliwości. My jesteśmy zbudowani z linii prostych, kobiety niekoniecznie. Ich linie nie są przewidywalne, często płynne lub poszarpane, a przez to bogatsze, dające więcej możliwości – nie tylko graficznych. Kobiety są bardziej sensualne. Przynajmniej kiedyś były. Teraz wszystko zaczyna się mieszać. Dzisiaj to raczej kobiety częściej przewracają na łóżko niż mężczyźni.

Bo jesteśmy coraz bardziej leniwi?

To na pewno. Odpowiada nam rola trutnia. Po cholerę się męczyć, jeśli nie trzeba? Żadnej odpowiedzialności… Tyle że się krócej żyje. Truteń tylko po to jest potrzebny, żeby raz sfrunąć do królowej matki. Potem do widzenia.

Czyli trutniejemy?

Mężczyźni trutnieją, na pewno…

Studentki wręcz przeciwnie. Czy wszystkie poprawiają sobie przy panu włosy?

Widzę, że macie jakieś wtyczki w Akademii Teatralnej. Kiedy kobieta chce się podobać, prędzej czy później w rozmowie z mężczyzną poprawi sobie włosy. Ja tego nie odkryłem. To psychologia. Mówię o tym studentom w ramach uwagi aktorskiej, nie życiowej.

Wcześnie się pan zorientował, że podoba się kobietom?

Nigdy nie miałem tej świadomości. Nie zauważam tego. Możecie mi wierzyć. Jestem tak wychowany i skonstruowany, że zawsze wolałem być szanowny niż kochany. To u mnie wręcz chorobliwe. Nigdy nie zależało mi na tym, aby być lubianym, nawet przez publiczność. Powiem więcej, kiedy czasem zdarzy mi się usłyszeć od kobiety „Jak pan świetnie wygląda…”, momentalnie robi mi się głupio. Mam na to zawsze gotową odpowiedź: „Szkoda, że nie widziała mnie pani w poniedziałek”. Uciekam w żart.

Łukasz Klinke: Kiedy przy świątecznym stole powiedziałem, że niedługo będę rozmawiał z Janem Englertem, nagle zapadła cisza. Po chwili teściowa ze wzrokiem wpatrzonym w nieskończoność szepnęła: „Najprzystojniejszy mężczyzna na świecie. Na zawsze”.

(Śmiech). Co mogę panu odpowiedzieć? Naprawdę myślę, że wcale nie chodziło o mnie, raczej o sposób mojego funkcjonowania w przestrzeni publicznej. Role, które grałem, parę wywiadów, które sprokurowałem na rzecz budowania własnego ołtarzyka, funkcje, które sprawowałem i wciąż sprawuję. To nie jest sprawa przystojności czy nieprzystojności. Jestem pewną marką, firmą. I to raczej ta marka się podoba. Tak mi się ułożyło życie, że jestem firmą. I to nie taką z ograniczoną odpowiedzialnością, tylko właśnie z odpowiedzialnością. Żadne Amber Gold. Jeśli coś mi się w życiu udało, to właśnie dzięki temu.

W jakim wieku założył pan tę firmę?

Tak naprawdę dopiero około 50-ki. Chociaż wydawało mi się, że dużo wcześniej. Całe życie staram się budować równowagę. Do pewnych rzeczy dorasta się jednak latami. Dziś jedyna rzecz, jaka może mnie wysadzić z siodła, to gdy ktoś zarzuci mi oszustwo. Szczególnie wtedy, kiedy go nie ma. Wtedy wybucham. Ten jeden element nie został przeze mnie opanowany.

Bo najważniejsze jest fair play?

Tak. To rzecz podstawowa. Uważam, że nawet wtedy kiedy byłem „gamblerem” (graczem, hazardzistą – przyp. red.) , człowiekiem bardzo żrącym życie i nie zachowywałem się zawsze OK, to i tak starałem się być fair. Może nie do końca w porządku, ale zawsze fair.

To możliwe?

Tak. Nigdy nie miałem pretensji, jeśli kogoś oszukałem, a on oszukał mnie. Sprawiedliwość karciarza. Nie miałem alibi na własne grzechy, ale też nie starałem się o fałszywe alibi. Jeśli postępowałem wbrew zasadom, potrafiłem się do tego przyznać. Przynajmniej sam przed sobą. W sporcie podobnie. Nie kibicuję swojej drużynie wbrew okolicznościom. Jeśli zawodnik z naszej drużyny podstawia nogę przeciwnikowi, to ja tego nie toleruję. W Teatrze Współczesnym, gdzie razem oglądało się mecze, koledzy wyganiali mnie sprzed telewizora. Podobno nie dało się ze mną oglądać.

Który z naszych reprezentacyjnych piłkarzy gra jak kuń?

Skąd wy tyle o mnie wiecie!? Był kiedyś taki prawoskrzydłowy na Legii, o którym mówili „szybki jak kuń, ale bez łba”. W naszej reprezentacji jest kilku szybkich, których nogi wyprzedzają myśli, ale z pewnością nie będziemy się tutaj bawić w konkretne porównania. Ja też na boisku byłem szybki, nawet bardzo. Dlatego „kuń” do mnie pasowało. Ale niestety ja byłem kuniem z łbem. Tyle że ten łeb posłużył mi do czego innego. Myślę, że nie zostałem zawodowym piłkarzem, bo na horyzoncie pojawiła się inna kariera. Poza tym koledzy z drużyny mnie nie lubili… bo z nimi nie piłem. Z trenerem zresztą też nie. To wytwarzało dystans. W tym towarzystwie byłem jedynym licealistą. Do tego zarozumiałym. W czasie meczu wszystko między nami było OK. Ale już po, nie bardzo.

Piłkarz – intelektualista.

Nie przesadzajmy. Powiedzmy, że aspirujący… Zwłaszcza, że ja wtedy byłem już po roli w Kanale Wajdy. Jako 13-latek zagrałem w filmie. Dla moich kolegów z drużyny już samo to było podejrzane. Tymczasem mi szalenie imponowało, że Kazimierz Kutz, który w Kanale był drugim reżyserem, traktował mnie na planie jak dorosłego, jak mężczyznę. Nawet zaprosił na swoje wesele.

Co pan zapamiętał z tego wesela?

Głownie Romana Polańskiego. Miał nagrane na taśmę szczekające psy, których „hau, hau, hau” układały się w jakąś melodię. Wszystkim chciał to nagranie puszczać, ale nikt go nie chciał słuchać. Padło więc na mnie. Puszczał mi to na okrągło z magnetofonu szpulowego.

A w tym czasie pańska mama mokła na zewnątrz.

Skąd wy takie rzeczy wiecie? To jest przerażające, co człowiek w wywiadach wygaduje. Rzeczywiście tak było. W trakcie wesela mama stała na zewnątrz, bo nie została wcześniej zaproszona i nie zgodziła się wejść. Była bardzo ambitna. Mam to po niej. Niezwykła osoba. Nie na wynos, nie na pokaz. Mnie wtedy w ogóle nawet przez głowę nie przeszło, że coś jest nie w porządku. Ja się świetnie bawiłem. Byłem z dorosłymi, z gwiazdami przy jednym stole. Z Wajdą… Chociaż akurat obecność Wajdy nie miała wtedy dla mnie specjalnego znaczenia. Iżewska podobała mi się bardziej (śmiech).

Pan się już oglądał za dziewczynami, miał się za dorosłego, a mama czekała w deszczu.

Niestety. Wesele było w Łodzi, musieliśmy dojechać z Warszawy. Nie było takiej możliwości, żeby puściła 13-latka samego. Na plan za miastem też mnie odprowadzała. Jedynie na zdjęcia w Warszawie, na Dolną docierałem sam.

Z drugiej strony można się było spokojnie bawić na rusztowaniach, na odbudowywanym po wojennych zniszczeniach Starym Mieście.

To było trochę wcześniej. Ale faktycznie dzieci ganiały się po dachach. Bawiliśmy w berka na rusztowaniach. To były inne czasy. Priorytety były inne. Gdybym dzisiaj zobaczył moje dziecko jak robi, to co myśmy robili, to pewnie bym umarł na zawał. Tym bardziej, że jestem już stary dziad. Natomiast muszę powiedzieć, że z przerażeniem patrzę na rozrywki młodych ludzi, a nawet dzieci. Na ten cały wirtualny świat. To jest niezwykły wymysł szatana. Dzisiaj telefon podłączony do internetu, daje ludziom poczucie wolności. Kompletnie fałszywe. Bo tak naprawdę to jest manipulacja.

Czyli nie będzie miał pan swojego konta na Facebooku?

Powiem więcej. Jestem dyrektorem artystycznym Teatru Narodowego i nie mam nawet maila. Cała korespondencja przychodzi na kancelarię. Ja się tego rzecz jasna przed studentami wstydzę, ale z drugiej strony mam poczucie, że to jest początek jakiegoś końca.
I ja w tym nie chcę uczestniczyć. Proszę sobie wyobrazić, że nawet wiem, co to jest Snapchat. I właśnie dlatego, że wiem, dostrzegam w tym kres bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, kres humanizmu. Wczoraj czytałem artykuł, omawiający ankietę, w której zapytano młodych Anglików, co byłoby dla nich największą stratą. Na pierwszym miejscy była utrata dostępu do internetu, na drugim ograniczenie wolności słowa, a dopiero na trzecim… brak słońca. Powstaje jakiś fałszywy duch, internet staje się formą nowej religii. Tyle że to nie ma nic wspólnego z prawdziwą duchowością. Wiem to na pewno i dlatego świadomie odcinam się od wszelkich urządzeń z internetem.

A nie przypadkiem dlatego, że telefony tracą przy panu moc? Ponoć zawodowo wysysa pan energię ze wszystkich urządzeń elektronicznych…

Są tylko dwa wyjścia. Albo jestem przerażającym gadułą, albo zostałem osaczony. Wyciągacie rzeczy, o których nigdy publicznie nie mówiłem. Jakieś anegdoty, sytuacje z życia… Radzę od razu się przyznać, która z moich studentek jest waszą znajomą.

Będziemy chronić źródła za wszelką cenę.

Moją tarczą jest ironia. Chociaż ironia to może złe słowo. Raczej kpina i autokpina. Ja się w ten sposób bronię. Także przed technologią. Po co miałbym używać smartphone’a, jeśli się przy mnie od razu rozładowuje każda bateria? Studenci dość długo się ze mną oswajają, ale potem już czekają na moje kpiny. Kpię z siebie samego lub z sytuacji. Nigdy ze studentów, tego się wystrzegam.

Skoro już jesteśmy przy pańskich podopiecznych, czy doradzałby pan swoim studentkom, aby rozbierały się dla PLAYBOYA?

W takich sprawach nie wolno personalnie nikomu doradzać. To jest rzecz indywidualnego wyboru, umiejętności ułożenia sobie pewnej hierarchii, co jest ważne, a co nie. To zawsze zależy od charakteru, od możliwości. Nie czuję się powołany do tego, aby mówić komuś co ma robić, także swoim studentom. Natomiast pozwalając sobie na pewne uogólnienie, powiedziałbym, że jeśli ktoś nie jest pewny swojego talentu, to czemu nie skorzystać z propozycji takiej sesji… To z pewnością nie zaszkodzi, a niewykluczone, że pomoże. Natomiast takiej osobie od razu bym także powiedział: „Uważaj. Łatwo zarobione pieniądze, demoralizują”. W niektórych szkołach aktorskich zabrania się studentom grania w serialach, w reklamach. Ja pozostawiam tutaj swobodę wyboru. Znam aktorów, którzy grają w serialach i nadal fantastycznie funkcjonują jako artyści. Znam też takich, którzy ról w serialach odmawiają, a artystami nie są z pewnością.

Coraz trudniej dokonywać wyborów w pańskim zawodzie?

Mnie nie. Ale młodym aktorom na pewno jest trudno. Nastały przecież czasy, w których jeśli nie masz Facebooka, to nie żyjesz, nie funkcjonujesz. Aktorów to się tyczy w sposób szczególny. Wiem, o tym doskonale. Młode pokolenie nie ma przecież pojęcia, kim jestem. Podczas ostatnich wakacji, właściciel lodziarni powiedział do swoich pracownic: „Dla tego pana lody gratis. Wiecie, kto to jest?”. Nie wiedziały. Podpowiedział więc, że aktor. Na co od razu padło pytanie: „A w jakim pan gra serialu?”. To jest oczywiście śmieszne z pozycji sytego. Ogromnie łatwo zdobyć się na tolerancję, kiedy nam samym się wiedzie. Aktorom zaczynającym karierę, nie byłoby do śmiechu. Ja naprawdę wiem, jak to jest trzymać halabardę… Sześć lat czekałem na swoje pięć minut.

Mąż swojej żony”.

(Śmiech). Właśnie taki tytuł nosił pierwszy wywiad, jakiego udzieliłem (żoną Jana Englerta była wówczas aktorka Barbara Sołtysik – przyp. red.). Możecie mi wierzyć, że w takich sytuacjach wątroba boli jak nigdy. Dlatego tym bardziej nie mam zamiaru oceniać zawodowych wyborów moich studentów.

Ostatnio niewiele pan gra. Szczególnie w filmie.

Trzeba zacząć od tego, że od jakiegoś czasu na scenie to ja jestem pracodawcą. To wiele wyjaśnia. Daję pracę aktorom, w związku z tym propozycje nie płyną do mnie. Jest też druga kwestia. Ja także reżyseruję. I spotykam się z tym, że inni reżyserzy niechętnie angażują mnie jako aktora do swoich spektakli. Nie dość, że reżyser, to jeszcze dyrektor. Po co mam im patrzeć na ręce – tak zapewne myślą. I to jest jak najbardziej zrozumiałe. Natomiast jeśli chodzi o kino, to sam nie wiem. Ciężko mi znaleźć powody, dla których nie gram w filmie. Jestem bardzo zajęty i to być może jest przyczyna. Reżyserzy lubią mieć aktorów dyspozycyjnych i nie chodzi tylko o czas, ale także o miłość do nich. Każdy lubi mieć swoją drużynę. A aktor kochający reżysera jest marzeniem każdego reżysera.

Coś pan o tym wie?

Staram się tego wystrzegać. Ale oczywiście wolę, kiedy aktor słucha mnie ze zdumieniem, niż kiedy neguje każde moje słowo. Z drugiej strony, wciąż namawiam studentów, żeby się buntowali, żeby mieli swoje zdanie, bo wtedy ja mogę nauczyć się czegoś od nich. I to działa. Czasem proponują coś, co mnie by do głowy nie przyszło. Frajda uczenia polega na tym, że człowiek jest nieustannie zmuszany do poszukiwań. Jako reżyser i aktor bardzo korzystam na kontakcie ze studentami. Oczywiście, jeśli są ciekawi. Było parę takich lat, że chodziłem do szkoły bez przyjemności.

A teraz?

Od dwóch lat jest fantastycznie. Albo ja dojrzałem do nich, albo oni do mnie. Zawsze jestem ciekaw, co nowego wykombinowali. Uczę się dzięki nim, zmieniam się też pod ich wpływem. Nie ma przecież człowieka, który od startu do mety jest taki sam, albo ma ten sam światopogląd czy niezłomne zasady. Zmieniamy się i nawet o tym nie wiemy.

Kiedy miał pan 18 lat, to był pan, czy ktoś inny?

Oczywiście, że ja. Ale tamten Janek ma dziś ze mną niewiele wspólnego.

Ale kiedy tamten coś podpisywał, to jednak pan podpisywał?

Mówicie panowie o małżeństwie? Czy byłem sobą, kiedy jako 18-latek zdecydowałem się oświadczyć i wziąć ślub? Oczywiście, że byłem sobą. Mało tego, byłem z siebie dumny. A jednocześnie byłem taki trochę przegrany (śmiech). Mówię to rzecz jasna z dzisiejszej perspektywy. Nie sądzę, żebym się wtedy nad tym zastanawiał. Cała sytuacja nie była żartobliwa, ale okoliczności jak najbardziej. Ślub brałem w wojskowym mundurze, bo akurat tego dnia mieliśmy strzelanie w Rembertowie. Zwolniłem się na własny ślub, mówiąc, że babcia mi umarła. Nastolatek, któremu się wydawało, że wie wszystko o życiu.

Pytając o podpisywanie, chodziło nam o „tamtego” Jerzego Zelnika, który jako nastolatek miał powiązania z SB, ale jako dorosły już ich nie pamiętał, bo był innym człowiekiem.

Nie chciałbym na ten temat zabierać głosu, bo zbyt łatwo tu o efektowność. Powiem tylko tyle, że ja tak nie umiem. Selektywna pamięć jest wielką zaletą. Ja niestety jej nie posiadam. Pamiętam. Ale też niczego nie żałuję. Niczego się nie wypieram. Nie ma życiorysów nieskalanych. Po prostu nie ma. Ale to w żadnym razie nie zmienia faktu, że ja wręcz chorobliwie nie uznaję szukania sobie alibi. Wszystkie błędy biorę z całym ich ciężarem. Wiecie panowie, kiedy najbardziej siebie nienawidziłem? Kiedy stałem w kolejce do IPN, po tym jak na liście Wildsteina znalazło się dwóch Janów Englertów. Stałem, żeby sobie udowodnić, że nie byłem donosicielem, mimo że doskonale wiedziałem, że nim nie byłem. A mimo to stałem. Żeby udowodnić samemu sobie i innym. I za to siebie nienawidziłem. Fakt, że lustruję sam siebie, był żenujący. Piotrek Fronczewski nie poszedł i tym mnie zachwycił. Nie był co prawda dyrektorem teatru, ale i tak go podziwiałem. Ja nie spałem trzy noce. I naprawdę niewiele pomogło, kiedy IPN uznał mnie za pokrzywdzonego. Wielokrotnie zachęcali mnie, żebym przyszedł i zajrzał w swoje papiery, zobaczył kto na mnie donosił, kto zachował się nieuczciwie. Tyle że ja nie mam zamiaru tego czytać. Ta wiedza jest mi do niczego niepotrzebna. Mam swoją prywatną listę – Listę Englerta. Są na niej moi znajomi, przyjaciele, ludzie których lubię, z których zdaniem się liczę. Dlaczego ja mam wierzyć w coś, co ktoś być może o nich napisał w jakichś teczkach? Po co mi te informacje? Pytacie mnie o Jerzego Zelnika. Najchętniej w tej sprawie bym po prostu milczał. Nie mam zamiaru ani go bronić, ani atakować. Jakiej prawdzie historycznej służy wojna na teczki? Jej jedynym sensem jest gra polityczna. Nie dam się do niej ponownie wciągnąć. Nie dam się drugi raz nabrać.

Dlaczego ta wojna tak bardzo nas zajmuje?

Tak naprawdę, przeciętny czytelnik gazety brukowej jest zadowolony, kiedy dowiaduje się, że ktoś znany miał wypadek, albo zachorował na raka. Niby się martwi, współczuje, bo człowiek umiera, ale w głębi duszy myśli sobie „dobrze skurwysynowi”. Coś takiego piekielnego w nas siedzi. Nazwijmy to prasłowiańską kiłą. Ta tysiącletnia kiła co i rusz wyłazi i nas atakuje. Polecam panom mojego Kordiana (spektakl w reżyserii Jana Englerta – przyp. red.). To jest o tym, że od kilkuset lat nic w nas się nie zmienia. Przygotowując się do pisania scenariusza, przeczytałem mowy słynnych Polaków, poczynając od Piotra Skargi. W pewnym momencie ze zdumieniem zdałem sobie sprawę, że oni wszyscy mówili o tym samym. Jedni zaczynali od „Obywatele”, drudzy od „Ukochani w Chrystusie”, a trzeci od „Towarzysze”, ale później przekaz był zawsze podobny. Wciąż chodziło o jedno: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Tyle, że wybierali sobie albo Boga, albo honor, albo ojczyznę. W naszej historii te hasła z jakiegoś powodu nie mogły być realizowane wspólnie. Nie umiemy konstruować wspólnoty. Od stuleci walczymy sami ze sobą jak dwa sąsiedzkie, wrogie plemiona. Profesor Janusz Tazbir miał taki wspaniały wykład w szkole teatralnej: „Mit, a historia”. Obalał kilka mitów historycznych, przy okazji mówiąc, że wcale nie ma potrzeby ich prostować. Bo historia i tak nigdy nie wygra z mitem.

A my wciąż próbujemy obalać mity.

Szczególnie kiedy nie ma takiej potrzeby – nawet w imię tak zwanej prawdy historycznej. Mówię to z pozycji człowieka, który całe życie starał się być niezależny. Nigdy nie należałem do żadnej organizacji, poza „Solidarnością” – w początkowym stadium. Nie namówili mnie ani do harcerstwa, ani do partii tej przed ’89 i tych po ’89. Z kolei z „Solidarności” uciekłem, jak tylko zaczęła się wojna o rząd dusz. Kto jest tam ważniejszy, kto więcej może. Przepychanki na górze. Mnie to zawsze denerwuje. Mam silną awersję do takich zachowań. Tak samo jak do zbiorowych uniesień. Uważam na przykład, że patriotyzm jest sumą intymnych zdarzeń, a nie tych grupowych i efektownych. Patriotyzm można w sobie mieć i wcale nie trzeba go na pokaz demonstrować. Kto najbardziej grzeszy, ten najgłośniej krzyczy, że jest niewinny.

Kiedy się pan ostatnio wzruszył?

Prywatne potrafię się popłakać z różnych powodów. Jak jestem sam ze sobą, to stać mnie na to, żeby odkręcić zawory bezpieczeństwa. Publicznie – nawet kiedy wszyscy dookoła ryczą – ja pozostaję niewzruszony. To sprawa wady charakteru. Nadmiernego obiektywizowania.

I nie ma wyjątków?

Są. Ostatnio potrafię się wzruszyć podczas egzaminów moich studentów. Grają, a ja sobie myślę „Cholera, to chyba moje…”. Wzruszenie ojca wobec własnych dzieci. Bardzo egoistyczne, ale co poradzić? Pamiętam jak któregoś razu podczas wigilii studenci wyszli i spontanicznie zaśpiewali kolędę na głosy. Byłem wtedy rektorem. Musiałem wyjść, lało się ze mnie. Oni byli tacy czyści w tym. I tak razem, tak bezinteresownie. Było w tym coś tak obrzydliwie czystego, że aż nie do wytrzymania. Jak widzicie, przy całym swoim chłodnym obiektywizmie, jestem sentymentalny. To się uwydatnia z wiekiem. Gustaw Holoubek, który mówił genialnie, układał fenomenalne myśli, w ostatnich dziesięciu latach swojego życia podczas gdy przemawiał, miał takie momenty, kiedy musiał się zatrzymać, zrobić pauzę, właśnie w obronie przed wzruszeniem. I ja to też zaczynam łapać. A to dowód na to, że uszczelka pod głowicą, już nie jest taka szczelna. W moim samochodzie lakier i blacha wciąż są w porządku, ale silnik, podzespoły, rura wydechowa już nie pracują jak dawniej. Coraz częściej łapię się na sentymentalizmie. A na dodatek to nie jest wcale takie nieprzyjemne. I to mnie denerwuje najbardziej (śmiech).

Pan górą cierpi, a dół ma trójskoczka” – powiedział kiedyś do pana Kazimierz Dejmek. Może sentymentalizm przynajmniej pomaga zmiękczyć nogi.

To była wspaniała uwaga reżyserska. Czysto techniczna, ale wtedy otworzyła mi świat. Pozwoliła bardzo wiele zrozumieć. Dejmek dostrzegł, że moje ciało kłamało. Rzeczywiście było tak, że cierpiąc na scenie, jednocześnie chodziłem na silnych nogach. Przez to moje cierpienie było nieprawdziwe. Coś temu cierpieniu przeszkadzało. Cierpiący facet, który chodzi na mocnych nogach, jest niewiarygodny. Dejmek to spostrzegł i opisał w jednym zdaniu. Dzisiaj ucząc czy reżyserując, staram się dawać jak najwięcej właśnie takich uwag.

Czy kiedykolwiek pomylono pana z innym aktorem?

Czasami za granicą zaczepią mnie ludzie i mówią, że jestem podobny do Daniela Craiga. Żeby było śmieszniej jedyna recenzja, którą sobie wyciąłem z gazety i zachowałem na pamiątkę ma związek właśnie z Craigem. Kiedy byliśmy z T.E.O.R.E.M.A.T.E.M w Nowej Zelandii (spektakl Grzegorza Jarzyny na podstawie twórczości Piera Paolo Pasoliniego – przyp. red.), po przedstawieniu w miejscowej prasie ukazała się recenzja. Jej autor napisał o mnie: „W głównej roli wystąpił aktor niezwykle przypominający ostatniego Bonda” i nawet nie pofatygował się, aby podać moje nazwisko (śmiech).

Do Craiga jest pan z pewnością o wiele bardziej podobny niż do Witolda Gombrowicza. W spektaklu Dowód na istnienie drugiego pan gra Gombrowicza, a Cezary Kosiński Sławomira Mrożka. Różnica wzrostu między wami jest odwrotna niż między pisarzami…

Mylicie się panowie. Gombrowicz był mojego wzrostu. Nie był wysoki. Z kolei Mrożek był szczupły i właśnie wysoki. Pamiętam go wyższego ode mnie o dobrych pięć, dziesięć centymetrów. Gombrowicza znacie ze zdjęć, Mrożka poznaliście w podeszłym wieku, kiedy już zmalał. Wyobraźnia kłamie. Daliście się zwieść pozorom. A spektakl bardzo polecam. Ten sceniczny pojedynek między dwoma pisarzami pokazuje, jak bardzo obaj są znowu aktualni.

Szczególnie dzisiaj.

Jak pisze Mrożek w Tangu, które jest w sam raz na dzisiejsze czasy – „bunt to kościół postępu”. A jak się nie ma przeciwko czemu buntować, to co się dzieje?

Stagnacja.

Gorzej. Wtedy pojawia się gnicie. Buntujmy się więc przeciwko temu gniciu. W imię postępu.

Jacek Poniedziałek powiedział nam kiedyś, że każdy aktor jest snobem, histerykiem, hipochondrykiem i babą.

Każdy z tych elementów da się przypisać dowolnemu aktorowi, ale pojedynczo, góra podwójnie. Wszystko razem, to tylko Jacek Poniedziałek (śmiech).

A pan?

Znajdźcie sobie we mnie, co chcecie. Macie wolną rękę. No chyba, że widzicie we mnie babę. Wtedy porozmawiamy na stronie.

Bardzo pan lukrował podczas naszego spotkania?

Trochę musiałem…


Na skróty:

Nic mnie tak nie wkurza u kobiet, jak to, że potrafią z leżącej na podłodze skarpetki zrobić grzech śmiertelny. I mówić o tym przez kolejne cztery godziny, przy okazji przypominając wszystkie inne popełnione grzechy.

Lubię sportowców, którzy grają fair. Dlatego uwielbiam Federera. Radwańską też, ale lubiłbym ją bardziej, gdyby czasem nie demonstrowała tak wyraziście auto-dezaprobaty.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*