Jacek Poniedziałek

Jacek-PoniedzialekPRZEKRÓJ nr 23, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Radek Pasterski

Jak zarobiłeś pierwsze pieniądze?

Mieszkałem w Krakowie przy ulicy Gdańskiej. Właściwie to centrum miasta, ale nasza ulica była nieutwardzona. Po drugiej stronie żyła rodzina Banachowiczów, która prowadziła gospodarstwo rolne. Mieli beczki z ogórkami kiszonymi i silosy z kapustą kiszoną, której zapach roznosił się po całej okolicy. Władza mówiła na takich: „prywaciarze” albo „kułaki”. Przyjaźniłem się z ich synem Piotrkiem i chyba już od 11. roku życia regularnie u nich pracowałem. Jeśli nie przy kapuście i ogórkach, to przy zbiorach rabarbaru. Wiązaliśmy go w pęczki i sprzedawaliśmy z ciężarówki na placu Imbramowskim. Do dzisiaj uwielbiam smak świeżego rabarbaru.

Dało się zarobić?

Banachowicze płacili zajebiście. Naprawdę. Zarabiałem chyba więcej niż mama. Zresztą wszystkie pieniądze i tak jej oddawałem. W domu się nie przelewało.

Truskawki też zbierałeś u Banachowiczów?

Nie. Ale także po sąsiedzku. Truskawki i maliny rosły w ogródku pana Aleksandrowa, którego uwielbiałem. Był człowiekiem wielu talentów. Miał w piwnicy zakład ślusarsko-stolarski i wydawało mi się, że umiał zrobić i naprawić wszystko. Do tego grał na skrzypcach i akordeonie. Pan Aleksandrow był inwalidą i dostał z przydziału pokryty brezentem trójkołowiec, tak zwany velorex. Jeździliśmy tym pojazdem na łąkę przed znanym w naszej dzielnicy barem Meteor i zbieraliśmy tam krowie placki. Dolewaliśmy do nich wody i podlewaliśmy tym truskawki. Rosły ogromne i były najlepsze na świecie.

Całość do przeczytania w PRZEKROJU

 

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*