<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Sun, 29 Apr 2012 20:39:32 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
		<item>
		<title>Marcin Wyrostek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/marcin-wyrostek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/marcin-wyrostek/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 29 Apr 2012 19:45:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Wyrostek Marcin]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3407</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 04, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Marcin Klaban &#8211; Jak się podrywa na akordeon? Dajcie spokój. Wszyscy koledzy ze szkoły muzycznej mieli problem, żeby przed dziewczynami w ogóle przyznać się do akordeonu. To naprawdę było obciachowe. Mam nadzieję, że podejście do tego instrumentu powoli się zmienia. Chciałbym, żeby zniknęła biesiadna [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3412"><img class="alignleft size-full wp-image-3412" title="Marcin-Wyrostek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/04/Marcin-Wyrostek.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 04, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Marcin Klaban</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jak się podrywa na akordeon?</strong></p>
<p>Dajcie spokój.<strong> </strong>Wszyscy koledzy ze szkoły muzycznej mieli problem, żeby przed dziewczynami w ogóle przyznać się do akordeonu. To naprawdę było obciachowe. Mam nadzieję, że podejście do tego instrumentu powoli się zmienia. Chciałbym, żeby zniknęła biesiadna łatka, którą ma akordeon. To fantastyczny instrument koncertowy.</p>
<p><strong>Czułeś się kiedykolwiek obciachowo, grając na nim?</strong></p>
<p>Był taki moment w liceum. Wyjazdy, koncerty, ludzie z branży, wszystko spoko, ale jak przychodziła konfrontacja z rówieśnikami, którzy wymiatali na gitarach, to czułem się nieswojo. Tym bardziej, że zawsze brakowało pomysłu na nagłośnienie, oświetlenie i repertuar. Dziś uważam, że przy odpowiedniej oprawie, akordeon nie ustępuje widowiskowością gitarze.</p>
<p><strong>A widziałeś kiedyś</strong> <strong>akordeonistę z widowiskową, długą brodą?</strong></p>
<p>Nie i chyba nigdy nie zobaczę. Brodaty akordeonista miałby duże problemy z regestrami. Poza tym pozostaje jeszcze kwestia kominów pod brodą.</p>
<p><strong>Czego?</strong></p>
<p>Widzicie, jaką mam krzywą brodę? (<em>Faktycznie, prawa strona kości brody Marcina jest wklęśnięta – przyp. aut.</em>). Zwróćcie uwagę, że akordeoniści często przykładają brodę do instrumentu. Jednak nie po to, żeby go przytrzymać, tylko aby włączyć inną barwę brzmienia. Chyba, że są dziećmi i walczą z za dużym instrumentem. W dzieciństwie używałem brody jako dodatkowego stabilizatora. Nie miałem wyjścia. Gdybym nie opierał brody o instrument, nie widziałbym palców. Ta krzywizna to pamiątka po tamtych czasach. Bardzo długo w ogóle nie miałem zarostu w tym miejscu i świeciłem wyślizganym plackiem. Dopiero na studiach nabrałem wystarczającej krzepy i godzinami trzymałem akordeon bez pomocy brody. Zarost z czasem się pojawił.</p>
<p><strong>A co z włosami na klacie i udach?</strong></p>
<p>Nie rozumiem.</p>
<p><strong>Od Czesława Mozila wiemy, że każdego szanującego się akordeonistę można poznać po wydepilowanych od instrumentu klacie i udach.</strong></p>
<p>Jeśli ktoś ćwiczy nago, to może i tak (<em>śmiech</em>). Zresztą ja gram głównie na stojąco, więc wycieranie włosów na udach odpada w przedbiegach. Siadam tylko, jak ćwiczę, ale po chwili i tak wstaję, nawet kiedy gram po ciemku.<strong></strong></p>
<p><strong>Po ciemku? Wstydzisz się?</strong></p>
<p>Pewnie, w końcu gram na wstydzie (<em>śmiech</em>). Często zaciemniam pokój i gaszę światło. Odcinając jeden zmysł, wyostrzam pozostałe. To bardzo pomaga. Podobnie jak stanie przy ścianie. Kiedy dźwięk odbija się od muru, lepiej go słychać. <strong></strong></p>
<p><strong>Problemy z kręgosłupem?</strong></p>
<p>Nie ma przebacz. Odcinek lędźwiowy daje o sobie znać. Ale też nie ma tragedii. Od dawna stosuję system podwójnych pasów. To mój własny patent, żeby było lżej i wygodniej.</p>
<p><strong>Powinieneś oficjalnie opatentować ten pomysł i sprzedawać go producentom akordeonów.</strong></p>
<p>Z taką ofertą będę musiał pojechać pewnie do Włoch. Większość najlepszych akordeonów na świecie powstaje w jednym miejscu &#8211; we włoskiej miejscowości Castelfidardo. Tam swoje manufaktury mają takie marki jak Paolo Soprani, Victoria, Scandalli, Guerrini, Excelsior, Dino Baffetti, Gabbanelli, Pigini a także Ballone Burini. Nigdy tam nie byłem, ale wyobrażam sobie, że musi to być niesamowite miejsce: każda para rąk pracuje nad jakimś akordeonem.</p>
<p><strong>A jak twoje ręce? Nie mdleją po kilku koncertach dziennie?</strong></p>
<p>Nie ma takiej możliwości. Ale kiedyś pozwoliłem sobie wypić dwa Red Bulle między koncertami. Efekt był tragiczny. Podczas występu zaczęły mnie łapać skurcze. Potworna walka z materią. Nie byłem w stanie rozciągnąć miecha. Wbrew pozorom gra na akordeonie wymaga dużo siły.</p>
<p><strong>Czyli nie jest to instrument dla słabeuszy?</strong></p>
<p>Zdecydowanie nie. Prawdopodobnie dlatego w mojej branży jest dosyć mało zawodowych akordeonistek.</p>
<p><strong>Nie znalazłbyś choćby jednej na naszą rozkładówkę?</strong></p>
<p>Szkoda, że moja żona nie gra (<em>śmiech</em>). A tak na poważnie, to byłby problem. Dziewczyny są zwykle za wątłe do dużego, 15-kilogramowego instrumentu.</p>
<p><strong>Wiadomo – im większy, tym lepszy&#8230;</strong></p>
<p>Brzmi może dwuznacznie, ale prawdziwie. Im większe pudło rezonansowe, tym lepsze brzmienie oraz większa skala dźwięku. A im instrument większy, tym cięższy i bardziej niewygodny – szczególnie dla kobiet. Przecież to 15-kilogramowe pudło przygniata klatkę piersiową.</p>
<p><strong>Coś sugerujesz?</strong></p>
<p>Na pewno znajdziecie wspaniałe akordeonistki-amatorki. Ja jednak na rozkładówce PLAYBOYA wolałbym oglądać Jennifer Lopez.</p>
<p><strong>Jesteśmy za, ale Lopez ma prawie 43 lata&#8230; Czy im starszy akordeon, tym lepszy?</strong></p>
<p>To nie skrzypce. Mówiąc kolokwialnie &#8211; akordeony się rozgrywają. Z czasem przestają trzymać szczelność, wosk kruszeje&#8230;</p>
<p><strong>Wosk?!</strong></p>
<p>W środku każdego akordeonu jest głośnia, czyli mówiąc w olbrzymim uproszczeniu, taka harmonijka ustna ze stroikami. Bo nie wiem, czy wiecie, że akordeon i harmonijka to ta sama rodzina instrumentów harmonicznych&#8230; Ale wracając do pytania – miejsca w głośni pomiędzy stroikami zalewane są właśnie woskiem.</p>
<p><strong>Na jakim najstarszym akordeonie grałeś?</strong></p>
<p>Na tym od mojego taty, który wisi w domu rodziców na honorowym miejscu.</p>
<p><strong>Czy to ten instrument, który dziadek kupił za pieniądze ze sprzedaży krowy?</strong></p>
<p>Właśnie ten. Wciąż w rodzinie. Przechodzi z ojca na syna. Gdyby nie dziadek, który porwał się na takie „szaleństwo”, żeby synowi zafundować porządny instrument, jego wnuk nie byłby akordeonistą. Tata jednak zdradził akordeon i zaczął szkołę muzyczną na klarnecie. Potem dziadek miał wypadek i ojciec, jako najstarszy z rodzeństwa, musiał zacząć normalnie pracować. Szkołę przerwał. Samo życie.</p>
<p><strong>Krowa na wsi to był kiedyś majątek.</strong></p>
<p>Dzisiaj instrument tej klasy, co polska „Wiktoria”, którą nabył dziadek, kosztuje ok. 8 tys. zł. Nawet teraz wydaje się, że to bardzo dużo. Ale w tamtych czasach wartość nabywcza krowy była znacznie wyższa.</p>
<p><strong>Niestety krowy bardzo się zdewaluowały. Dziś trzeba sprzedać cztery, żeby starczyło na jeden, średniej jakości, akordeon.</strong></p>
<p>I co to mówi o naszych czasach? Krowy po prostu zeszły na psy.</p>
<p><strong>Nie chciałeś nigdy rzucić akordeonu na rzecz innego instrumentu?</strong></p>
<p>Przez chwilę myślałem o trąbce. Nie miałem jednak czasu na zmiany, bo bardziej zajmowała mnie wtedy mechanika samochodowa i agresywna jazda na rolkach. Ubierałem się w czarne lenary z białymi szwami na wierzchu. Pamiętacie te spodnie. Był szacun (<em>śmiech</em>). <strong></strong></p>
<p><strong>Jakie plakaty wieszałeś wtedy nad łóżkiem?</strong></p>
<p>Pamiętam przede wszystkim obrazki z BMW i Guns’n’Roses. Potrafiłem wtedy z kumplem wystawić kolumny na balkon i na całą dzielnicę puszczać <em>November Rain.</em> Co za czasy&#8230; Nie wiem, jak mogłem znaleźć wolną chwilę na cokolwiek. Ćwiczyłem całymi godzinami i wciąż koncertowałem. W domach starców, domach dziecka, domach kultury, przedszkolach albo kościołach.</p>
<p><strong>Kto był twoim „menedżerem”?</strong></p>
<p>Głównie mój nauczyciel, a także ojciec. Ale jeszcze w czasach przedszkolnych nietuzinkowymi umiejętnościami popisywała się moja starsza siostra. Kiedyś zaszliśmy po coś do sklepu, w którym sprzedawca poprosił, żebym coś zagrał. W nagrodę dostałem cukierki. Wyszliśmy ze sklepu, a za parę metrów siora złapała mnie za fraki i wrzuciła do kolejnego. W ten sposób obeszliśmy połowę sklepów w Jeleniej Górze. Był z niej prawdziwy rekin biznesu.</p>
<p><strong>Ty za to byłeś rekinem uwodzenia. Swoją żonę poderwałeś już w podstawówce.</strong></p>
<p>To ona mnie wypatrzyła! Na jakimś apelu, na którym &#8222;cisłem&#8221; różne etiudy i ćwiczenia. Opowiadała mi później, że miałem marynarkę w kratę i ogólnie robiłem dobre wrażenie. Ale tak naprawdę to zainteresowaliśmy się sobą dopiero w liceum. Pamiętam, że zaiskrzyło w Lany Poniedziałek. Alicja szła sobie do kościoła. Sucha nitka na niej nie została. Tak to się zaczęło (<em>śmiech</em>). Miała farta, bo z chłopakami zwykle zasadzaliśmy się nad Kamienną i wszystkie przechodzące dziewczyny wrzucaliśmy do rzeki.</p>
<p><strong>Czy żona potrafi grać na akordeonie?</strong></p>
<p>Nie bardzo. Na szczęście jest normalna, dzięki czemu w rodzinie panuje równowaga. U mnie w domu grałem ja, grała siostra i grał ojciec. Tylko mama była normalna. Zresztą też Alicja. Tata nigdy nie rozstał się z muzyką. Grał w każdej wolnej chwili. Nawet jak był w szpitalu to grał. Podobnie jak ja. Ojciec to pracoholik. Mam to po nim. Tak samo jak smykałkę do prac technicznych. Tata pracował, montując instalacje sanitarne, ale też własnoręcznie zbudował nasz dom, łącznie z wylewaniem betonowych bloczków. Poza tym lubił naprawiać samochody. To też od niego przejąłem. Miałem 20-letniego malucha, który wciąż się psuł. Nie można było nim odjechać od Jeleniej Góry dalej niż 20 kilometrów. Kupiłem więc książkę <em>Sam naprawiam</em> i po pewnym czasie sprawnie rozbierałem skrzynię biegów, a nawet głowicę, o wymianie zawieszenia nie wspominając. <strong></strong></p>
<p><strong>Wspomniałeś o szpitalu&#8230;</strong></p>
<p>A wiecie, że tacie kiedyś o mało nie wycięli przez pomyłkę wyrostka? Przyszedł do szpitala i przedstawił się. To wystarczyło. Po paru minutach wieźli go na salę operacyjną <em>(śmiech).</em></p>
<p><strong>A co z twoim szpitalem?</strong></p>
<p>Nie miałem dla siebie litości. Ćwiczyłem, wykładałem na uczelni, grałem koncerty. Ze zmęczenia podpierałem się nosem. Jeździłem wszędzie tam, gdzie chcieli mnie słuchać, do każdego nawet najmniejszego domu kultury. Nigdy nie odpuszczałem. Potrafiłem jechać w trasę z silnym zapaleniem okostnej, codziennie – własnoręcznie – drenując chory ząb. Lata jedzenia w biegu byle czego dały o sobie znać. Diagnoza &#8211; ostre zapalenie trzustki. Dwunastokrotnie przekroczyłem normę amylazy. Lekarze przecierali oczy ze zdumienia. Kiedy już położyli mnie w szpitalu, to i tak ćwiczyłem na sali aż miło. Pozostałym pacjentom bardzo się podobało.</p>
<p><strong>Wyleczyłeś się chociaż?</strong></p>
<p>Z pracoholizmu czy zapalenia trzustki? Jakoś się wylizałem, ale przez cztery miesiące miałem bardzo surową dietę. Chude mięso i warzywa na parze, ryż i makaron. To wszystko popijałem tylko wodą. Na koncerty w Niemczech zabrałem ze sobą dwadzieścia słoików z „moim” jedzeniem. Inaczej chyba bym się przekręcił.</p>
<p><strong>Grałeś kiedyś na weselach?</strong></p>
<p>Tak. Razem z tatą, który miał swój zespół. To była genialna nauka grania ze słuchu. Spisywałem sobie z radia hity i miałem gotowe nuty. Potem tylko aranż i gotowe. Uważam, że epizod weselny był dobrym uzupełnieniem klasycznego wykształcenia muzycznego.</p>
<p><strong>Zarabiałeś na graniu?</strong></p>
<p>Niewiele, ale jednak. W ogóle od najmłodszych lat chwytałem się rożnych robót. Przepisywałem na przykład rękopisy na komputerze. Zarywałem całe noce, bo w ciągu dnia nie miałem czasu. Motywację do zarabiania, nawet małych sum, zaszczepił mi ojciec, który wprowadził bardzo prosty system. Mówił: „Jeśli chcesz cokolwiek kupić, to zarób połowę, a ja zawsze dołożę ci drugą”. Nie zawsze się jednak udawało. Kiedyś próbowałem sprzedawać bez na bazarku pod cmentarzem. Nic nie zarobiłem, a dodatkowo zniszczyłem mamie wiaderko.</p>
<p><strong>A gdzie dorabiałeś jako student?</strong></p>
<p>Na przykład na ulicy w Niemczech. Brałem krzesełko, akordeon, szukałem rynku i grałem. Zbierałem w ten sposób na nowy instrument, bo mój nie nadawał się już do niczego. Wciąż odpadały guziki, które z uporem maniaka przyklejałem na superglue. Bywało tak, że otwierałem futerał, a w nim leżała luzem połowa guzików. Występowałem w teatrach, uczyłem w szkołach, starałem się być wszędzie, gdzie tylko się dało. Setki razy próbowałem wyjść z akordeonem do ludzi. Byłem własnym menedżerem. Wysyłałem propozycje recitali do polskich konsulatów za granicą. Jak już ktoś był zainteresowany, to nigdy nie pytałem, za ile chce mnie wynająć. Po prostu wsiadałem w auto i prułem do Monachium. Kiedyś zgłosiłem się nawet do programu „Jaka to melodia?”. Gratulowano mi świetnego castingu, ale do programu się nie dostałem. Widocznie nie potrzebowali akordeonisty. <strong></strong></p>
<p><strong>Czy dziś masz jeszcze ochotę rywalizować z innymi wirtuozami podczas konkursów?</strong></p>
<p><strong></strong>Ochotę mam, gorzej z czasem. Kiedyś miesiąc przed konkursem potrafiłem spędzać wszystkie weekendy w szkole. Nawet w Wielkanoc ćwiczyłem. Do dziś jestem perfekcjonistą i lubię się sprawdzać z najlepszymi. To wyzwanie prawie sportowe. Nakręca mnie ten typ rywalizacji. Zawsze tak miałem.</p>
<p><strong>Wszyscy akordeoniści tak mają?</strong></p>
<p>Nie. Wielu po studiach usuwa się w cień. Wolą spokojnie uczyć zamiast się szarpać. Ja postawiłem sprawę va banque. To brzmi absurdalnie, ale postanowiłem zostać przy akordeonie. Grałem, jeździłem, grałem, jeździłem i kroczek po kroczku się rozwijałem. Dodatkowo spotykałem na swojej drodze wiele fascynujących postaci. Widziałem na przykład Maorysa, który przed występem odtańczył na scenie szalony taniec wojownika. Darł się i konwulsyjnie rzucał. Dopiero po paru minutach zaczął grać na instrumencie.</p>
<p><strong>Nigdy nie miałeś chwili zwątpienia?</strong></p>
<p>Dopiero<strong> </strong>po ślubie zacząłem się zastanawiać, czy akordeon nie jest jakąś fanaberią. Nic z niego nie miałem, poza własną, egoistyczną radością. Myślałem intensywnie, czy nie przyszedł moment, żeby zająć się poważnym życiem. Trzydziestka na karku, a ja dalej rozciągam ten miech&#8230; W końcu zdecydowałem, że jak w 2009 r. nic się nie zmieni, to od nowego roku zacznę nowe życie. Nie wiedziałem, co będę robić, ale planowałem rewolucję. Traf chciał, że pod koniec roku wygrałem „Mam talent”. Dzięki temu nadal mogę celebrować ten swój absurdalny sposób na życie. Dziś mam kierowcę i od czasu do czasu mogę spać nawet 8 godzin na dobę! W tej chwili gram wielką trasę koncertową promującą moją nową płytę <em>Marcin Wyrostek &amp; COLORIAGE</em>,  która pokryła się już platyną! Dzięki owocnej współpracy z wytwórnią KAYAX w marcu i kwietniu odwiedzimy aż 18 miast w Polsce – wszelkie szczegóły można znaleźć na mojej stronie internetowej. Będzie to taka muzyczna eksplozja muzyki bałkańskiej, jazzowej oraz latynoamerykańskiej. Serdecznie zapraszam wszystkich czytelników na nasze koncerty! Propozycje współpracy składają mi nawet metalowcy i hiphopowcy. Żyć, nie umierać.</p>
<p><strong>Na bank wzrosło też twoje powodzenie u kobiet.</strong></p>
<p>Zawsze byłem ciemny w relacjach z kobietami. Nigdy niczego nie widziałem. Jak kumple mówili, że jakaś dziewczyna się na mnie patrzy, to dziwiłem się, jak oni to zauważyli. Niczego nie dostrzegałem. Wszystko było gdzieś obok. Zawsze byłem w biegu i nie miałem czasu na pierdoły (<em>śmiech)</em>. Dziś również tego nie zauważam. Jedyne co się we mnie zmieniło to to, że bez krępacji mogę podejść nawet do najpiękniejszej laski na świecie.</p>
<p><strong>Pewnie i tak to do ciebie raczej podchodzą. Jesteś rozpoznawalny?</strong></p>
<p>Bywam. Ludzie mnie znają, ale nie wiedzą skąd. Chyba, że mam przy sobie akordeon. Wtedy szybko kojarzą fakty. Poza tym nagminnie jestem brany za Marcina Rozynka. Nie wiem dlaczego.</p>
<p><strong>Wynotowaliśmy sobie różne określenia akordeonu. Zmarszczka, wstyd, kasta, świnia, kaloryfer, cyja, przegubowiec, ciąża, muł&#8230; Dorzucisz coś?</strong></p>
<p>W Akademii Muzycznej pierwszoroczniaków nazywa się ikarusami. Dopiero po pewnym czasie można ich pasować na akordeonistów. Odbywa się wtedy gala obrywania miechów. Stoi się z takim miechem, uwiązanym na nitce do szyi i śpiewa się hymn akordeonistów: <em>Niechaj żyje akordeon / kasta, ciąża, świnia, muł / Rączka lewa w prawo, w lewo / rączka prawa w górę, w dół / Niechaj żyją nam cyiści / chociaż hańba to i wstyd / bo na takim instrumencie / nie powinien grać już nikt / Trochę skóry i tektury / trochę desek, trochę szmat / czy to nowy czy też stary / pełen jest ukrytych wad / Plastikowa obudowa / szelki dwie, dziurawy miech / Grać na takim instrumencie /to nie grzech, to zwykły pech. </em>Całość jest oczywiście dłuższa.<em> </em>I nie dość, że trzeba się tego nauczyć, to jeszcze dodatkowo są różne zadania &#8211; na przykład granie na akordeonie odwróconym do góry nogami. Jest też „napój bogów” do wypicia, czyli wszystko co najgorsze, zlane do jednego kubka.</p>
<p><strong>Prawdziwa fala akordeonistów.</strong></p>
<p>Nikt nie narzeka. A jeśli chodzi o nazwy dla akordeonu, to jedną ze śmieszniejszych jest syntezator marszczony. Zresztą jest całkiem sensowna. Mam w domu akordeon elektroniczny midi, który działa jak syntezator – można nastawić na nim różne brzmienia i udawać gitarę, harmonijkę, trąbkę, czego dusza zapragnie.</p>
<p><strong>Powiedz nam jeszcze, czy tak jak Czesław pokazujesz studentkom jak grać, wybijając rytm na ich udach?</strong></p>
<p>Niestety nie mam żadnej studentki. A studentów uderzam palcami w ramię lub bark. Nuda, co.</p>
<p><strong>Straszna. A czy akordeoniści mają groupies?</strong></p>
<p>Nie zauważyłem&#8230; Moimi najwierniejszymi fankami były zawsze ciocie, babcie i mamy kolegów.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/marcin-wyrostek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tomasz Frankowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/tomasz-frankowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/tomasz-frankowski/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 28 Apr 2012 21:08:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Frankowski Tomasz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3390</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 04, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Kuba Dąbrowski &#8211; Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA? To musiało być we Francji. Mieszkałem tam od 1993 roku. PLAYBOYA bardziej oglądałem niż czytałem. Oczywiście tylko dlatego, że moja znajomość francuskiego była wtedy jeszcze niedostateczna&#8230; Niestety nie powiem wam, kto był na okładce. To było tak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3396"><img class="alignleft size-full wp-image-3396" title="Tomasz-Frankowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/04/Tomasz-Frankowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 04, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Kuba Dąbrowski</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>To musiało być we Francji. Mieszkałem tam od 1993 roku. PLAYBOYA bardziej oglądałem niż czytałem. Oczywiście tylko dlatego, że moja znajomość francuskiego była wtedy jeszcze niedostateczna&#8230; Niestety nie powiem wam, kto był na okładce. To było tak dawno temu, że równie dobrze mogła to być Catherine Deneuve albo Brigitte Bardot (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Francja dla 18-latka, wychowanego w PRL-u, musiała być szokująca.</strong></p>
<p>Bardzo. Ale pierwszego szoku doznałem już na lotnisku we Frankfurcie. Wcześniej, gdy podróżowałem z reprezentacją Polski do lat 16 i 18, zawsze szedłem w grupie, za przewodnikiem. Tym razem byłem zupełnie sam. Stres, chaos, niepewność, bo to przecież największe lotnisko w Europie. Francję zacząłem poznawać od McDonalda, który był dla mnie wówczas restauracją, a nie fast foodem. Koledzy z nowego klubu w Strasburgu uświadomili mi jednak, że to jedzenie nie jest dla piłkarza. Musiałem skończyć z białostockim amatorstwem i przejść na zawodowstwo. Bardzo się zmieniłem po pierwszym roku pracy za granicą.</p>
<p><strong>Jakim cudem znalazłeś się w RC Strasbourg?</strong></p>
<p><strong></strong>Graliśmy mecz z francuskimi rówieśnikami i zostałem wypatrzony. Nie zdążyłem wrócić autokarem do Białegostoku, a w domu już czekał telegram z informacją, że powinienem się tylko przepakować i jechać z powrotem do Francji. Mama się zgodziła, Jagiellonia również, więc wyjechałem. W czasach kiedy nie było internetu, skype&#8217;a i telefonów komórkowych. Nie byłem ciepłą kluchą, ale rozstanie z rodziną i Edytą, wtedy dziewczyną, a dzisiaj żoną, było trudne. Przerwałem też naukę w maturalnej klasie. Nie przypuszczałem, że we Francji będę grał przez następnych pięć lat.</p>
<p><strong>Francuscy rówieśnicy nabijali się z prowincjusza?</strong></p>
<p>Może trochę. Mieli ubaw, bo chodziłem w dżinsach i adidasach. Dla nich to był  obciach. Jak na  Francuzów przystało, byli wyczuleni na modę. Wytłumaczyli mi, że klasowy piłkarz zakłada do dżinsów mokasyny, a mój sportowy sznyt kojarzy się z prowincjonalnymi boiskami. Na miejscu pod skrzydła wziął mnie syn słynnego czeskiego piłkarza Zdenka Nehody, który trenował tam od paru dobrych miesięcy. Bardzo mi pomógł. Dzięki niemu przeszedłem na przykład przyspieszony kurs obsługi książeczki czekowej, a także dowiedziałem się, czym jest kwota brutto. Kiedy dostałem pierwszy czek, to mocno się zaniepokoiłem. Suma na nim nie zgadzała się z podpisanym kontraktem (<em>śmiech</em>). Nehoda wytłumaczył mi, że dostałem kwotę netto.</p>
<p><strong>Dziś pewnie to ty opiekujesz się młodymi piłkarzami Jagiellonii.</strong></p>
<p><strong></strong>Co nieco. Poznałem kilka języków, więc nie mam kłopotów z przekazaniem wszelkich niuansów młodszym kolegom.</p>
<p><strong>Widzisz w nich dawnego siebie?</strong></p>
<p><strong></strong>Tak źle to ze mną chyba nie było. Któregoś razu, gdy w trakcie obozu mieszkałem w pokoju z 19-letnim Kolumbijczykiem, który przyjechał do Białegostoku, zauważyłem, że chłopak nie spuszczał wody w toalecie. Trzy razy przycisnąłem za niego. Wreszcie, rozumiejąc, że to nie przypadek, pokazałem mu, jak obsługiwać przycisk. Pomogło.</p>
<p><strong>Z Francji na chwilę poleciałeś do Japonii. W Nagoi wylądowałeś w składzie obok Dragana Stojkovicia. </strong></p>
<p><strong></strong>Czasem nawet u niego nocowałem. Jedliśmy sushi  i oglądaliśmy Mistrzostwa Europy. Fajny, pogodny facet, choć trochę zmanierowany. Z drugiej strony trudno się dziwić. Jego gwiazda tam ponownie rozbłysła, dwukrotnie był piłkarzem roku, do dziś jest bohaterem w Nagoi, bo wrócił tam jako trener i od razu zdobył z nimi mistrzostwo. Słynął z tego, że nie rozdawał autografów. To było dziwne, tym bardziej, że 80 proc. kibiców stanowiły piskliwe fanki.</p>
<p><strong>W Japonii trenował cię, wówczas jeszcze nie tak znany, Arsene Wenger.</strong></p>
<p><strong></strong>On mnie tam ściągnął. Od razu było widać, że to dobry trener, ale nikt nie spodziewał się, że aż tak dobry (<em>śmiech</em>). Szkoda, że nie przypomniał sobie o mnie w Arsenalu.</p>
<p><strong>Po latach, przy okazji meczu Polska-Francja, powiedział ci, że gdybyś był mocniejszy fizycznie, to by cię zabrał do Londynu.</strong></p>
<p><strong></strong>Czysta kurtuazja. Gdybym był masywniejszy, zatraciłbym prawdopodobnie swoje piłkarskie walory, czyli spryt, szybkość i grę na jeden kontakt. Zawsze grałem szybko, nie lubiłem wozić piłki ze sobą, jak Marek Citko czy Mariusz Piekarski, którzy wprost uwielbiali robić kółeczka, za przyzwoleniem trenera juniorów. Ja wyznaję zasadę, że nikt nie jest szybszy od piłki.</p>
<p><strong>Wenger miał rację?</strong></p>
<p>Po latach okazało się, że tak. Kiedy na własną prośbę przeszedłem z hiszpańskiego Elche do angielskiego Wolverhampton, moje piłkarskie walory zgasły. Nie odpaliłem. Nie miałem wystarczającej siły, żeby walczyć z rosłymi piłkarzami. Spryt i inteligencja w starciu z drwalami poległy. Polscy obrońcy są jacyś mniejsi w porównaniu z angielskimi, albo to tylko złudzenie. Tomek Hajto opowiadał mi ostatnio, że jak grał w Southampton, to w polu karnym, w którym do główki szykowało się ośmiu zawodników, był najniższy, a ma 192 cm wzrostu. Wyspy to trochę inny świat. Nawet treningi w Anglii różnią się od tych na kontynencie. W Wolverhampton w okresie przygotowawczym sporo jeździliśmy na rowerach, głównie przełaje. Mieliśmy też zajęcia na basenie. A u mnie z pływaniem cieniutko. Jak mam ręce do kraula, to nogi do żabki. Nigdy nie mogłem tego opanować. Trener zarządzał wyścigi, łowienie odważników oraz grę w waterpolo. Chyba równie słabo szedł mi tylko boks&#8230;</p>
<p><strong>Boks?!</strong></p>
<p><strong></strong>Jak się okazało, to także część futbolowego rzemiosła na Wyspach. Prawdziwy trening bokserski jest bardzo ciężki. Robienie brzucha przez cztery minuty bez przerwy było dla mnie nieosiągalne, podobnie jak i dla reszty kolegów. Inne ćwiczenia również trwały pięć razy dłużej niż podczas zwykłego treningu piłkarskiego. Trenujący nas bokser miał niezły ubaw, widząc jak się męczymy.</p>
<p><strong>A jak było w ringu?</strong></p>
<p>Jako kogucik chciałem coś tamtemu facetowi udowodnić. Dostałem parę kontr i miałem dość.  Bycie piłkarzem w Anglii to ciężki kawałek chleba. Dlatego mam dla nich ogromny szacunek.</p>
<p><strong>Pamiętasz swoją pierwszą bójkę?</strong></p>
<p><strong></strong>I zarazem ostatnią. To nawet nie była bójka, tylko jeden strzał. W podstawówce zginęła mi plakietka, po dwóch miesiącach zobaczyłem ją na piórniku kolegi. Uznałem, że to on jest sprawcą mojego nieszczęścia. Przeciwnik poległ, bo trochę go zaskoczyłem. Lewym sierpowym. Leczył się potem lodem. Kolegujemy się mimo to nadal poprzez Naszą Klasę. Jeżeli to nie byłeś ty, Robert, to sorry&#8230;</p>
<p><strong>Jesteś leworęczny?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie, ale w lewej ręce czuję moc. To ciekawe, bo gdybym miał strzelać z przewrotki, to też strzelałbym z lewej nogi. Dziwne, bo jestem prawonożny. Aha, widzę też lepiej lewym okiem i karty rozdaję lewą. Nie wiem, czym jest to uwarunkowane.</p>
<p><strong>Jak bardzo przewyższałeś piłkarskimi umiejętnościami rówieśników na podwórku?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie lubię się chwalić, ale dobra, powiem &#8211; sam wygrywałem mecze. Chłopaki mieli mnie dość, a ja tego nie rozumiałem. Z reguły były dwie drużyny – w jednej grałem ja, a w drugiej pięciu moich kolegów, którzy z upływem czasu się wykruszali i chodzili zbierać jabłka. Bardzo mnie to irytowało.</p>
<p><strong>Czy twój styl gry zmienił się przez te wszystkie lata?</strong></p>
<p>Teraz już nie drybluję, bo mam lepszych partnerów w drużynie. O styl gry trzeba by spytać pierwszych trenerów, którzy mówili na mnie „kotek”, „tygrysek” albo „lisek”. Tylko dla kolegów z podwórka od zawsze byłem „Frankiem”.</p>
<p><strong>I zawsze w napadzie?</strong></p>
<p>Nuda, co? Od małego aż do występów w Chicago Fire nie zagrałem nawet minuty na innej pozycji. Dopiero kostarykański trener „Strażaków” zauważył we mnie świetnego prawego pomocnika. Miałem wtedy 34 lata, więc i dla mnie było to ciekawe odkrycie. Rzecz jasna, była to bzdura. Ja się tam nie nagrałem, a ten trener szkoli dziś dziewczyny na uniwersytecie.</p>
<p><strong>A propos. Masz powodzenie u kobiet?</strong></p>
<p>Nie wydaje mi się. Nie spotykam się ze specjalną atencją ze strony kobiet. Ja nie Ronaldo, a Białystok to nie Madryt.</p>
<p><strong>Kokietujesz za to jako piłkarz. Odpowiadając na pytanie o najważniejsze cechy napastnika, powiedziałeś kiedyś: „pazerność na bramki, szybkość, dobry drybling”, a zaraz potem dodałeś: „szkoda, że ich nie mam”. </strong></p>
<p>Wszystko się przecież zgadza. Może poza pazernością, bo jak strzelam pierwszą bramkę, to już myślę o drugiej. Kiedy mnie chwalą, że zdobyłem dwie bramki w meczu, ja się gryzę, że nie wykorzystałem trzeciej sytuacji. Taki mam charakter. Z wiekiem to się nie zmieniło. To samo widzę u Cristiano Ronaldo. Jest tak pazerny na bramki, że choćby strzelił kilka, to i tak kolejna zmarnowana sytuacja wywołuje w nim złość. Podoba mi się też Inzaghi &#8211; każdą strzeloną dziś bramkę traktuje, jakby była jego pierwszą. Wracając do pytania &#8211; dryblingu nie mam od lat.<strong></strong></p>
<p><strong>I kto to mówi? Człowiek, który mija przeciwników jednym zwodem ciała?</strong></p>
<p>Ale to jest balans, a nie drybling (<em>śmiech)</em>. Może wy jako kibice odbieracie to inaczej.</p>
<p><strong>Ile hat-tricków w karierze zaliczyłeś?<br />
</strong><br />
Nie pamiętam. Wiem natomiast, że w ekstraklasie dla Jagiellonii nie strzeliłem żadnego. I będzie mi ciężko, bo w meczach Jagi trudno o trzy dobre sytuacje.</p>
<p><strong>Życzymy ci zatem dwóch, a potem karnego. W końcu jesteś specjalistą od jedenastek.</strong></p>
<p>Ja specjalistą?! Za dużo zmarnowałem. Ze strzelanych w naszej ekstraklasie około 30, trafiłem góra 25. Statystyka dobra, ale nie bardzo dobra. Ekspertem od karnych jest Ronaldo. Z ostatnich 24 karnych, strzelił 23. To dopiero wynik godny specjalisty. <strong></strong></p>
<p><strong>Karny to duży stres?</strong></p>
<p>Ogromny. Za trafienie nikt cię nie pochwali. A jak spudłujesz, koledzy i kibice mają pretensje. Ale ja nigdy nie bałem się odpowiedzialności.</p>
<p><strong>Jak strzelać karne Wojtkowi Szczęsnemu?</strong></p>
<p>Poziom bramkarza raczej nie ma znaczenia, bo i tak najwięcej zależy od strzelającego. Zdarzało mi się pokonywać świetnych bramkarzy, ale i przeciętni bronili moje strzały.<br />
<strong><br />
A masz może na swoim koncie jakiegoś samobója?</strong></p>
<p>Wciąż nie mam. Może dlatego, że od jakichś 15 lat nie byłem w swoim polu karnym (<em>śmiech).</em></p>
<p><strong>Twoja najważniejsza bramka?</strong></p>
<p>Nie raz się zastanawiałem. Myślę, że w oczach kibiców najważniejsze są te, które nic nie dały, czyli na przykład z Anglią na Old Trafford, czy w barwach Wisły przeciw Barcelonie. Moim zdaniem naprawdę istotne były te, które strzelałem w eliminacjach, odmieniając losy meczu, na przykład z Walią. Bez tego gola mogło nas nie być w turnieju. Szkoda tylko, że na nim nie zabłysnęliśmy.</p>
<p><strong>Masz żal do Pawła Janasa, że cię nie zabrał na Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Do moich warunków fizycznych mieli zastrzeżenia wszyscy trenerzy reprezentacji – i Wójcik, i Engel, i Janas – mimo, że byłem najskuteczniejszym zawodnikiem ligi. Do kadry Janasa załapałem się dopiero po mocnej interwencji prasy. Mam wrażenie, że pomogłem drużynie zakwalifikować się na Mistrzostwa, ale potem na własne życzenie utknąłem w Anglii, gdzie mi po prostu nie szło. Paweł Janas miał pełne prawo, żeby zawodnika w teoretycznie słabej formie nie zabrać na turniej. Mógł jednak wyciągnąć pomocną dłoń. Nie zrobił tego. Zabolało mnie, nie powiem. Ale chyba jeszcze bardziej zabolało kibiców.</p>
<p><strong>Który tytuł króla strzelców smakował ci najbardziej?</strong></p>
<p>Pierwszy w Wiśle i pierwszy w Jagiellonii. Zresztą nie sądziłem, że w Jadze coś takiego będzie w ogóle możliwe. I do dziś się dziwię.</p>
<p><strong>Życzymy ci wejścia na podium w klubie stu. Trzecie miejsce jest w zasięgu (<em>Gerard Cieślik ma na swoim koncie 167 bramek. Tomkowi brakuje jeszcze 11 goli – przyp. aut.</em>).</strong></p>
<p>Nie chcę o tym myśleć w kategoriach powinności. Zbytnia pazerność na bramki może zabrać przyjemność z gry. A dla mnie to istota tej dyscypliny. Chciałbym, żeby to półrocze było ukoronowaniem mojej kariery. Jeśli przy okazji zacznę gonić Gerarda Cieślika, będzie wspaniale.</p>
<p><strong>Masz jakieś piłkarskie przesądy?</strong></p>
<p>Tylko jeden: na boisko zawsze wchodzę lewą nogą, a żegnam się prawą ręką. Kiedyś już mówiłem, że jestem ekonomiczny. Staram się nie wykonywać zbędnych ruchów. Nawet kiedy trzeba wejść na pierwsze piętro, a jest winda, to jadę windą. Może dlatego wciąż mam siłę do grania. Ostatnio zaniepokoił mnie Irek Jeleń, który przez ponad pół godziny stał i rozmawiał z kolegą przed wyjazdem na mecz z Portugalią. Z torbą na ramieniu! Musiałem mu w końcu zwrócić uwagę. Mam nadzieję, że nie ten detal zdecydował o nie wykorzystaniu stuprocentowej sytuacji, którą miał w tym meczu. Ale możecie mi wierzyć, że w dzisiejszym futbolu o zwycięstwach decydują detale.</p>
<p><strong>Od małego chciałeś być piłkarzem? </strong></p>
<p>Tylko i wyłącznie. Wystarczyło wejść do mojego pokoju, żeby się o tym przekonać. Na ścianach królował Marco van Basten. Uwielbiałem go. Ale miałem też plakat Tottenhamu. To był jedyny klub, który odpowiedział na moje listy z prośbą o przysłanie jakichkolwiek gadżetów. Jestem stały w uczuciach, dlatego do dziś kibicuję Kogutom.</p>
<p><strong>Uczyłeś się wtedy w technikum budowlano-geodezyjnym.</strong> <strong>Rokowałeś?</strong></p>
<p>Wyróżniałem się tylko ładnym charakterem pisma. Dlatego też zostałem sekretarzem klasy. Po pierwszym roku jednak mnie sczyścili. Co to za sekretarz, którego w kółko nie było! Między 14. a 17. rokiem życia sporo wagarowałem. Mieliśmy z kolegami dostęp do oficjalnych druczków z Jagiellonii, zwalniających z lekcji. Wpisywaliśmy sobie dwa tygodnie wolnego pod tytułem „Wyjazd na zgrupowanie reprezentacji Jagiellonii”. I dwa tygodnie byliśmy out &#8211; „na zgrupowaniu”.</p>
<p><strong>Tak łatwo było to podrobić?</strong></p>
<p>Do naszej klasy chodził syn działacza klubu, który kiedyś podwędził ojcu oryginalną pieczątkę. Naszym zadaniem było tylko podrobienie podpisu. Gdyby dziś zrobił coś takiego mój syn, to byśmy musieli odbyć męską rozmowę.</p>
<p><strong>Jak wspominasz praktyki zawodowe?</strong></p>
<p>Fajnie. Zawsze jak wjeżdżam do Białegostoku, to widzę po prawej stronie ulicę Sikorskiego i podziwiam swoją robotę. Kładliśmy tam w ramach zajęć krawężniki. Godzinami wyrabialiśmy cement, żeby połączyć poszczególne elementy. Wstawialiśmy też słupki odblaskowe na wylotówce z Białegostoku. Spoko robota, tirówek przy drodze jeszcze wówczas nie było, więc nikt nas nie zaczepiał. Zliczałem także samochody, przejeżdżające główną arterią miasta. Kółko, krzyżyk, kwadrat –  autobusy, osobówki i tiry. To była norma na specjalizacji: drogi i mosty kołowe.</p>
<p><strong>Mniej więcej w tym czasie umarł twój tata. Nie doczekał twoich sukcesów.</strong></p>
<p>Niestety. Dziś odczuwam to szczególnie, kiedy patrzę na Fabiana. Na razie mamy ze sobą świetny kontakt &#8211; okres buntu dopiero przed nim. Ja straciłem tatę i nagle musiałem sobie radzić sam. Oczywiście to mama nas wychowywała, ale miała tak dużo spraw na głowie, że wiele obowiązków, łącznie z opieką nad młodszym bratem, spadało na mnie. <strong></strong></p>
<p><strong>Ojciec widział twoje bramki?</strong></p>
<p>Nie był fanem piłki, ale podwoził mnie na treningi. Był taksówkarzem, więc zawsze przywoził mnie do klubu i odbierał. Zacząłem grać w 1984 r., a tata zachorował dwa lata później. Pewnie widział parę moich goli, ale nie miały one znaczenia. Niestety nie doczekał żadnego ważnego trafienia. Mam nadzieję, że tam na górze mają swoją kablówkę.</p>
<p><strong>Twój młodszy brat nie miał smykałki do piłki?</strong></p>
<p>Zupełnie. Prawda jest taka, że nie jesteśmy do siebie podobni. Kiedy ja wsiąkałem w piłkę, on w motoryzację, poprzez cartingi i gokarty. Dziś jest właścicielem komisu samochodowego i dlatego nie kupiłem jeszcze żadnego auta w salonie. Choć korci mnie coraz bardziej.</p>
<p><strong>Zarabiałeś jakieś pieniądze przed zawodową piłką?</strong></p>
<p>Na koloniach zbierałem butelki i sprzedawałem je w skupie. A jak miałem 10 lat, to kolędowałem z kolegami. Chodziliśmy po domach z profesjonalnie zrobioną szopką, śpiewaliśmy, graliśmy na fletach i tańczyliśmy. Były też małe dochody z przemytu (<em>śmiech</em>). Jako zawodnicy Jagiellonii jeździliśmy na zgrupowania do Związku Radzieckiego. Czasem nawet pięć razy w roku. Działacze Jagi mieli „swojego” naczelnika granicy. Kiedy wracaliśmy ze zgrupowania, z dzisiejszej Litwy lub Łotwy, to jakimś cudem celnicy nie dostrzegali motocykla w środku autobusu. <strong></strong></p>
<p><strong>Jak to w środku?</strong></p>
<p>Zwyczajnie, to były przecież inne czasy. Budzimy się rano w dzień wyjazdu i po śniadaniu schodzimy z torbami do autokaru, ale okazuje się, że nie można wrzucić bagaży do luków, bo stoją już tam kanistry pełne benzyny. No to niesiemy torby do środka. A tam w korytarzyku między siedzeniami stoi Jawa. Ale to nie wszystko. Były też dwa rowery i kilka telewizorów.</p>
<p><strong>Podobno woziło się też alkomaty.</strong></p>
<p>Tak, ale w drugą stronę. Alkomaty, gumy Donald i dekatyzowane dżinsy Maviny. W zamian przywoziliśmy inne dobra. Ja zwykle to, co zarobiłem, wydawałem na miejscu. Nie byłem dobry w te klocki. Absolutnym mistrzem za to był kumpel z ataku, Marek Citko. Nie dziwne, że został agentem piłkarskim. My wieźliśmy wiele pierdół, a on tylko jedną dekatyzowaną kurtkę nabijaną znaczkami z Modern Talking albo Europe. Sprzedawał ją na pniu za 300 rubli. My przez kilka kolejnych dni musieliśmy się wozić z alkomatami po 3 ruble od sztuki&#8230;</p>
<p><strong>Czy piłkarze nie zarabiają dziś trochę za dużo?</strong></p>
<p>Nie ważne ile zarobisz, ważne ile wydasz. Tak jest w piłce. Piłkarze dobrze zarabiają, ale też dużo wydają. I niektórzy mają problem z organizacją życia po piłce, bo skarpety nie są wystarczająco pełne.</p>
<p><strong>Ty powoli przygotowujesz się do życia po piłce.</strong> <strong>Jesteśmy pełni podziwu, że zebrałeś się w sobie i w zeszłym roku zdałeś maturę.</strong></p>
<p>Podobno jeden uczeń na czterech nie zdał, więc łatwo nie było. Zrobiłem maturę, żeby móc myśleć o ścieżce trenerskiej, jeśli przyjdzie na to chęć. A kupować dyplomu na bazarze nie chciałem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na poważnie przymierzasz się do trenerki?</strong></p>
<p>Na razie to tylko opcja rezerwowa, bo nie chcę zabierać pracy trenerowi Smudzie (<em>śmiech</em>). Poza tym nie mam ochoty przenosić się z całą rodziną co pół roku do innego miasta, bo taki jest średni czas pracy trenera w naszej ekstraklasie. Tym bardziej, że wkrótce  po raz trzeci zostanę tatusiem.</p>
<p><strong>Gratulujemy! Chłopak czy dziewczyna?</strong></p>
<p>Lekarz twierdzi, że będzie chłopczyk. Szykuje się więc gorący okres. Wszystko po kolei: najpierw medal na Euro, potem poród (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Powiedz nam, czy twój pierworodny &#8211; Fabian będzie bramkarzem?</strong></p>
<p>Próbuje nim być, bo bardzo mu się podobają pady. Wcześniej próbował być jak tata napastnikiem. Na razie ma 11 lat. Być może za parę lat zostanie matematykiem albo muzykiem. Jego wybór.</p>
<p><strong>Co dzisiaj wybiera twoja córka?</strong></p>
<p>Wybiera zwykle to, na co ma ochotę. To silna indywidualistka. Na razie jej największa pasją jest jazda konna, której uczy się od trzeciego roku życia. Każdą wolną chwilę chciałaby spędzać w stajni.</p>
<p><strong>Czy żona interesuje się futbolem?</strong></p>
<p>Liga Mistrzów, czy mecze międzypaństwowe bez udziału Polski jej nie interesują. Te, w których uczestniczę ja, jak najbardziej. Kibicuje z zapałem i &#8211; o ile to możliwe &#8211; na żywo. Zdarza się nawet, że bywa na wyjazdowych meczach.</p>
<p><strong>Chwali cię za dobrą grę?</strong></p>
<p>Nigdy. Przyzwyczaiłem ją do dobrej dyspozycji, więc to dla niej naturalne, że jestem skuteczny. Za urodę zresztą też nie chwali, ale to chyba z innego powodu&#8230;</p>
<p><strong>A wie, na czym polega spalony?</strong></p>
<p><strong></strong>Palca sobie uciąć nie dam, ale przypuszczam, że wie.</p>
<p><strong>Prosimy zatem o twoją definicję spalonego, specjalnie dla czytelniczek. Na Euro 2012 jak znalazł.</strong></p>
<p><strong></strong>W momencie podania piłki zawodnik, do którego jest kierowana, musi znajdować się przed ostatnim graczem drużyny przeciwnej, będącym najbliżej swojego bramkarza. Nie wiem, czy zrozumieją. Sam mam z tym kłopot po takim wyjaśnieniu&#8230; Przydałaby się jeszcze grafika. I Jacek Gmoch (<em>śmiech</em>).<br />
<strong><br />
Co myślisz o projekcie likwidacji spalonego?</strong></p>
<p><strong></strong>Dla mnie bomba. Bez spalonego mógłbym grać do pięćdziesiątki <em>(śmiech</em>). Nikt i nic nie zmuszałoby mnie do biegania od pola karnego do pola karnego. Gra jednak straciłaby sens.</p>
<p><strong>Doświadczyłeś korupcji w polskiej piłce?</strong></p>
<p>Raz złożono mi propozycję remisu w Krakowie. Nam ten mecz nic nie zabierał, natomiast drużynę przeciwną znacznie przybliżał do utrzymania w ekstraklasie. Rozmowa trwała góra minutę i się rozłączyłem. Dzwonił naiwny piłkarz, na polecenie swojego trenera. Mecz wygraliśmy 4-0, prowadząc po 30 minutach 3-0. Mam nadzieję, że nie brałem udziału w drukowanych meczach. W szatniach czasem słyszało się, że ci się dogadali z tymi i wynik będzie taki, a nie inny. Na ogół dwie kolejki przed końcem sezonu. Kiedyś nawet zadzwoniłem do brata i kazałem mu obstawiać trzy mecze w pakiecie, bo słyszałem, jak się skończą. Brat wydał 100 złotych. Tylko jeden wynik się sprawdził. W polskim futbolu jest od groma plotek i nie ma życzliwości.</p>
<p><strong>Grając, nigdy nie myślałeś, że coś jest nie tak z kolegami z boiska?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie, ale parę razy w meczach, w których wylewałem ostatnie poty, sędzia okazał się być opłacony. Nic dziwnego, że nie mogliśmy wygrać. Potem  te mecze „odkryto” w trakcie śledztwa antykorupcyjnego.</p>
<p><strong>Czyli nie masz świadomości, że twoi koledzy mogli podkładać się w meczach, w których grałeś?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mam i nie chcę mieć. Wierzę, że w Wiśle nie było miejsca na takie praktyki. Nikt z nas nie umoczył i dlatego możemy sobie spoglądać w oczy. Gdyby było inaczej, pozostałby nieprzyjemny smrodek. Choćby taki, jaki był w Jagiellonii tuż przed moim wyjazdem do Francji. Niektórzy piłkarze byli opłaceni, ale nie wszyscy o tym wiedzieli. Jaga przegrała, bo kolega specjalnie sfaulował w polu karnym, a bramkarz nawet nie próbował bronić. A potem siedzi się z takimi ludźmi, je się z nimi obiad i rozmawia. O drodze powrotnej do Białegostoku nie wspominając.  Wtedy jednak byłem za młody, a dziś już za stary, żeby komukolwiek coś na ten temat powiedzieć.</p>
<p><strong>To powiedz nam, czy Łukasz Piszczek powinien grać w kadrze.</strong></p>
<p><strong></strong>Ja bym mu wybaczył. Miał problem z etycznym zachowaniem tylko w młodości. Uczestniczył w korupcji jeden raz, był jednym z najmłodszych w grupie, na tak zwanym dorobku. Zgodził się na wszystko, stając przed dylematem młodego, niezbyt wtedy rozgarniętego, człowieka, wchodzącego w dorosłe życie. Też kiedyś miałem taką sytuację. Żadnych list jednak nie podpisałem i głośno oświadczyłem, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Łukasz zrobił inaczej, zrobił jak chciała grupa. Jest ofiarą, która poniosła już karę. Według niektórych niezbyt dotkliwą. Według mnie – odpowiednią do czynu. Umówmy się, takich piłkarzy jest trzystu i nikt nie zwraca na nich uwagi. Czapki im z głów nie spadły. Dlaczego? Bo reprezentacja jest dla nich poza zasięgiem.</p>
<p><strong>Tomasz Hajto – twój trener w Jagiellonii chciałby najwyraźniej, żeby i dla ciebie była poza zasięgiem. Przeszkadza mu, że co jakiś czas opuszczasz klub. Śmiał się ostatnio, że trener Smuda lubi spędzać z tobą wieczory.</strong></p>
<p>Lubi, ale na pewno nie tak, jak ze swoją żoną. Mówiąc serio – trener kadry sam nie ustali składu. Potrzebuje potwierdzenia lub zaprzeczenia swoich ocen. To jest normalne. Pracę dla reprezentacji omówiłem wcześniej z PZPN-em i ze swoim klubem. Trener Hajto ma odmienne zdanie i ja je respektuję. Uważam tylko, że lepiej nie załatwiać tej sprawy przez media. Nie będę z Tomkiem wszczynał konfliktów, bo jak dotąd żyjemy w dobrej komitywie.</p>
<p><strong>Na czym polega praca trenera napastników?</strong></p>
<p>Wbrew temu co się myśli, nie trenuję tylko z Robertem Lewandowskim, Irkiem Jeleniem i Pawłem Brożkiem. Zajmuję się całą ofensywą, czyli także pomocnikami i skrzydłowymi. Jacek Zieliński opiekuje się defensywą, a ja pozostałymi &#8211; oczywiście w pewnych fragmentach treningu.</p>
<p><strong>Wszyscy wiedzą, jakie walory prezentuje Robert Lewandowski. Powiedz nam zatem, jakie ma braki.</strong></p>
<p>Nie powinienem tego mówić, bo sam nigdy mistrzem ambicji nie byłem, ale wydaje mi się, że Robert jest ciut za leniwy. Tak to wygląda podczas treningów kadry. Z drugiej strony na początku kariery ktoś mi powiedział: „Młody, nie angażuj się tak w każdą akcję. Nadmierna ambicja jest gorsza od faszyzmu”. Kto wie? Może gdyby Robert zaczął się spinać i skupiać na codziennej pracy w stu procentach, to wcale nie musiałoby to wyjść mu na dobre? Mógłby zacząć łapać kontuzje i nie osiągnąć tyle, co do tej pory. Ja właśnie tak dorobiłem się urazu. Prawdę mówiąc, widzę w nim siebie sprzed lat i zastanawiam się, czy ten jego naturalny luz nie jest przyczyną tego, że dziś walczy o króla strzelców Bundesligi.</p>
<p><strong>Trochę żałujemy, że na Euro 2012 nie będziesz grającym trenerem.</strong></p>
<p>Nie ukrywam, w kadrze jest kłopot z napastnikami. Nie mamy wystarczającego wyboru. Lewandowski obecnie jest wyśmienity, a tuż za nim plasują się Jeleń, Brożek, Sobiech, którzy niestety w swoich klubach prawie nie podnoszą się z ławki rezerwowych. Młody narybek jest obiecujący, ale to na razie za mało.</p>
<p><strong>Jakbyś wyjaśnił fenomen Smudy?</strong></p>
<p>Podam przykład. Pod koniec treningu przed meczem z Białorusią podczas strzałów świetnie prezentował się Paweł Brożek. Robert Lewandowski strzelał niechlujnie, wyglądał po prostu gorzej. Zgodnie z własnym sumieniem i zdrowym rozsądkiem do pierwszego składu zarekomendowałem Pawła. Co się okazało? Przez 60 minut meczu Brożek tracił piłki, był apatyczny, grał słabo. Kiedy zmienił go Robert, od razu zdobył bramkę. I rozruszał atak. Jako doświadczony piłkarz, ale początkujący trener, nie potrafiłem zadziałać wbrew rozsądkowi i postawić na Lewandowskiego. Tym się różni ode mnie Franciszek Smuda &#8211; ma doświadczenie i nieprawdopodobnego trenerskiego nosa. Słabsza dyspozycja na treningach nie jest dla niego wyznacznikiem potencjału piłkarza w dniu meczu. <strong></strong></p>
<p><strong>Po pięciu latach wróciłeś z Francji do Polski. Niejako na „zamówienie” Smudy.</strong></p>
<p>Sprowadził mnie, bo byłem z tej samej białostockiej ekipy, co Bogusz i Citko. Bogusz zachwalał, że jestem jeszcze lepszy od Marka. Franz powiedział, że musi mnie tylko dotknąć i po pięciu minutach będzie wiedział, czy nadaję się na ekstraklasę. Dotknął i przez siedem lat grałem w Wiśle. Trener Smuda twierdzi, że potrafi ocenić zawodnika po tym, jak wchodzi po schodach. Też bym tak chciał, chociaż wiem, że to żart. Czasami tydzień obserwuję chłopaka na treningach i wciąż nie wiem, czy on da radę.<br />
<strong><br />
Ty na treningach nie należysz do nadgorliwych.</strong></p>
<p>Na początku bardzo się przykładałem. Ale odkąd zaczęły się problemy z kontuzjami, zacząłem trenować na mniej więcej 90 proc. Efekt – przez ostatnie kilka lat nie miałem żadnych urazów. A coraz młodszy nie jestem. To jest zastanawiające. Wielu moich kolegów, sumiennie zapierniczających na treningach, pokończyło już kariery. Zupełnie nie wiem, w czym rzecz.</p>
<p><strong>A może gdybyś trenował na 120 proc., zrobiłbyś wielką karierę za granicą?</strong></p>
<p><strong></strong>Niewykluczone, ale od paru lat miałbym buty przybite na kołku. Mógłbym tylko na nie popatrzeć.</p>
<p><strong>Niebawem będziemy rozmawiać z dwoma piłkarzami, którzy robią kariery na Zachodzie – z Robertem Lewandowskim i Wojtkiem Szczęsnym. Jakie pytania zadałbyś im na naszym miejscu?</strong></p>
<p>Roberta spytałbym, czy zawczasu wpisał sobie w kontrakt premię za tytuł króla strzelców Bundesligi. Bo jak znam życie, to nawet o tym nie pomyślał. A Wojtka, czy gdyby stracił miejsce w pierwszym składzie i pojawiła się oferta Tottenhamu, to pokazałby kozaka i wyszedł wyzwaniu naprzeciw.</p>
<p><strong>A my wyjdziemy? Z grupy?</strong></p>
<p>Wyjdziemy. Po mękach. Nie tylko umiejętności będą się liczyć, ale też kibice i fart. A trener Smuda go ma. Chyba&#8230;</p>
<p><strong>Kto wygra cały turniej?</strong></p>
<p>Obawiam się, że ktoś z grupy śmierci: Portugalia, Holandia, Niemcy.</p>
<p><strong>Dlaczego się obawiasz?</strong></p>
<p>No bo nie my.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/tomasz-frankowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Borys Szyc</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc-3/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc-3/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 02 Apr 2012 20:13:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Szyc Borys]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3369</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 03, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke &#8211; Niezłą Vespą przyjechałeś. Czy miłość do niej to efekt utraty prawa jazdy? Trochę tak. Wszystko się połączyło. W dzieciństwie dosiadałem motorynki, jak więc na starość miałbym nie kochać małych motocykli? Kupiłem niedawno kolejną Vespę. Rocznik 66. Piękna, biało-czerwona &#8211; „teraz Polska”. Skuter jest świetny [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3374"><img class="alignleft size-full wp-image-3374" title="Borys-Szyc-3" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/04/Borys-Szyc-3.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 03, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Niezłą Vespą przyjechałeś. Czy miłość do niej to efekt utraty prawa jazdy?</strong></p>
<p><strong></strong>Trochę tak. Wszystko się połączyło. W dzieciństwie dosiadałem motorynki, jak więc na starość miałbym nie kochać małych motocykli? Kupiłem niedawno kolejną Vespę. Rocznik 66. Piękna, biało-czerwona &#8211; „teraz Polska”. Skuter jest świetny do jeżdżenia po mieście. I &#8211; jak sprytnie zauważyliście &#8211; nie trzeba na niego prawa jazdy.</p>
<p><strong>Kiedy ponownie zdajesz egzaminy?</strong></p>
<p>Człowiek to takie zwierzę, które momentalnie przyzwyczaja się do luksusu. Uwierzcie, że jeżdżenie z kierowcą bardzo rozleniwia. Poza tym jak myślę o ponownym zdawaniu teorii, to robi mi się niedobrze.</p>
<p><strong>Zastanawiamy się, czy po pięciu latach karabin trochę ci nie zardzewiał. W poprzedniej rozmowie strzelałeś odpowiedziami aż miło.</strong></p>
<p><strong></strong>Spokojnie. Często oliwiony. Ale jeśli pozwolicie, to zagram dzisiaj snajperkę, a nie maszynowy. Spotkaliśmy się pięć lat temu? Niesłychane, jak ten czas leci.</p>
<p><strong>Powiedziałeś nam wtedy, że jako naczelny PLAYBOYA bawiłbyś się cztery razy mocniej niż Meller. Jak by było dzisiaj? </strong></p>
<p>Byłbym bardziej rozważny. Ale na pewno i tak sporo do przodu przed waszym naczelnym. Zresztą mam wrażenie, że to się nigdy nie zmieni. Nawet jeśli zbliżę się do jego stateczności, to on i tak będzie się już oddalał w ultra stateczność. Marcin powinien korzystać z przebogatej tradycji waszego mentora. W Mansion Hugh Hefnera dziewczyny zmieniają się jak rękawiczki. A w Mansion Mellera zamieszkała tylko jedna blondynka. Codziennie kluski śląskie i cicho siedzieć. Jaki kraj, taki Hefner (<em>wybuch śmiechu</em>).</p>
<p><strong>Rzeczywiście nie zardzewiałeś.</strong></p>
<p>A widzicie we mnie w ogóle jakieś zmiany?</p>
<p><strong>Zmężniałeś.</strong></p>
<p>Biorę to za komplement. To zasługa treningu do <em>Wojny polsko-ruskiej.</em> Nawet jak się otłuszczę, to wciąż widać, że nie jest źle.</p>
<p><strong>Wydoroślałeś.</strong></p>
<p>Bo córka poszła do pierwszej klasy. To dla mnie najważniejsze przeżycie w ostatnich miesiącach.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że Sonia ćwiczy grę na skrzypcach. Ty obiecywałeś u nas powrót do lekcji gry na fortepianie&#8230;</strong></p>
<p>I dupa. Chociaż w mojej głowie ta obietnica rozbrzmiewa jakby z wczoraj. Chciałem zrealizować tę potrzebę w dziecku, ale mała kilka razy uderzyła w klawisze i stwierdziła, że już wszystko umie. Dlatego wybrała skrzypce.</p>
<p><strong>Po prostu pociągają ją trudniejsze wyzwania niż tatę. </strong></p>
<p>Polecam wam skrzypcowy koncert sześciolatków. To jest dopiero wyzwanie. Bez silnego znieczulenia ciężko to przeżyć.</p>
<p><strong>Wiemy, że reżyserujesz córkę.</strong></p>
<p>Robię z nią krótkie filmiki. Tylko dla niej i dla mnie.</p>
<p><strong>Zaczniesz kiedyś reżyserować dla szerszej publiczności?</strong></p>
<p><strong></strong>Zawsze pewniej będę się czuł przed kamerą. Żeby stanąć po drugiej stronie, trzeba być dwa razy mądrzejszym. A przede wszystkim brać na siebie o wiele więcej odpowiedzialności.</p>
<p><strong>Obawiamy się, że masz tyle talentów, że i reżyseria dobrze by ci wyszła.</strong></p>
<p><strong></strong>Wtedy, jako malowanego ptaka, zadziobaliby mnie na śmierć.</p>
<p><strong>To byłby casus Bogusława Lindy, który kręci dobre filmy, ale krytycy je zadziobują. </strong></p>
<p><strong></strong>Bo my z Bogusiem w ogóle mamy sporo wspólnych cech, przede wszystkim ciekawość świata i uwielbienie dla planety. Ja jednak nie uczestniczę w polowaniach, szczególnie na słonie. Nie podołałbym. Za ciężkie bydlaki.</p>
<p><strong>Do Bogusława Lindy jeszcze wrócimy. Najpierw jednak pogrzebiemy w twoim dzieciństwie. Jakie plakaty wisiały nad łóżkiem małego Borysa?</strong></p>
<p><strong></strong>Zamiast Rachmaninowa i Czechowa, na ścianach niepodzielnie panował Michael Jackson. Poza tym wisiało sporo ładnych kobiet, na przykład Heather Locklear.</p>
<p><strong>Przy Sabrinie Locklear wyglądała jak Rachmaninow. </strong></p>
<p><strong></strong>Teraz już wiecie, jaki mam wysublimowany gust. Wszystkie zdjęcia i plakaty pochodziły z „Brava”, „Razem” i „Żołnierza polskiego”, który na ostatniej stronie zawsze miał gołą babę. Zresztą właśnie przez tę stronę dostałem uwagę na lekcji plastyki. Ławki wykładało się wtedy gazetami, żeby niczego nie pomalować. Ja również wyłożyłem, ale zamiast malować, wycinałem babki, niszcząc w ten sposób podkład pod prawdziwą sztukę.</p>
<p><strong>Nadal potrafisz udawać króla popu?</strong></p>
<p>Oczywiście. Ostatnio z gracją wykonałem „moonwalka” na densflorze w Kuala Lumpur. Czasami odzywa się we mnie szczeniacki dryg do rywalizacji. Pewien facet próbował tam udawać Michaela i robił to na tyle nieudolnie, że nie wytrzymałem. Leciało <em>Billie Jean</em>, więc sami rozumiecie &#8211; nie miałem wyjścia i musiałem wkroczyć na parkiet. Dostałem oklaski.</p>
<p><strong>Koledzy z dawnych lat nazywają cię Szycem, czy Michalakiem?</strong></p>
<p><strong></strong>Lubią mówić do mnie Michalak, co pewnie w ich mniemaniu zaznacza moją łódzką, ziomalską przeszłość. Na zasadzie: „my wiemy, kim ty tak naprawdę jesteś”. W dowodzie mam Szyc-Michalak, ale wolę Szyca. Jest krótszy, dosadniejszy, a także bardziej medialny. Choć w krajach anglojęzycznych mówią o mnie bardzo brzydko, czyli Borys Shits. W związku z tym czasami staram się być jednak Schützem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jak dziś patrzą na ciebie kumple z Łodzi?</strong></p>
<p><strong></strong>Niektórzy z wielkim dystansem. Jeden nawet twierdził, że nie wie, czy można ze mną w ogóle normalnie porozmawiać. Był tak uniżony, że aż wkurwiający. Ustawił mnie „w innym świecie”. To smutne, dziwne, trochę śmieszne i niestety bardzo polskie. Takie słodko-gorzkie.</p>
<p><strong>Tą zgrabną klamrą wracamy do Bogusława Lindy. Na planie <em>Słodko-gorzkiego</em> po raz pierwszy w życiu statystowałeś.</strong></p>
<p>Byłem wtedy głodnym wrażeń licealistą. Razem ze swoją przyjaciółką przemazaliśmy się na drugim planie, tańcząc w dyskotece. To był ewidentnie czas Bogusia. Do dziś pamiętam, jak któryś ze statystów krzyknął, że zaraz przyjedzie Linda. Zrobiła się gorąca atmosfera, wszyscy siedzieli jak na szpilkach. I nagle pojawił się! Dziewczyny zamruczały: „Ehhhhhhhhh”. To było takie  połączenie orgazmu i gruźliczego, zachłannego wciągnięcia świeżego powietrza. Ja również nagle poczułem przemożną chęć znalezienia się obok Niego. Zwierzęcy instynkt popchnął mnie w jego kierunku. No i postałem sobie w sąsiedztwie z dwie minuty. Byłem blisko, bo słyszałem, jak mówi, widziałem, jak jest ubrany i czułem jego perfumy&#8230; Ogrzałem się trochę w tym ciepełku.</p>
<p><strong>Ale zanim zostałeś kolejnym bożyszczem współczesnych fanek kina, musiałeś trochę popracować. Gdzie i za ile?</strong></p>
<p><strong></strong>Na przykład przy okulizacji róż w Rzgowie pod Łodzią. Chodziło się tam przez pola w zespołach składających się z: dziabarza, okulizatora i zakręcacza. Dziabarz miał dziabę, szedł i poddziabywał krzaki; okulizator nacinał gałązki i wsadzał w nie zalążki szlachetnych odmian róż, dodając w ten sposób ilość pączków, które się potem na krzaku pojawiały, a zakręcacz niósł plastikowe, przezroczyste paski, którymi okręcał wsadzone zalążki, tak aby się dobrze trzymały i nie wypadły. Na początku byłem zwykłym dziabarzem, ale już na końcu okulizatorem pełną gębą. Płacili słabo, ale na wakacje starczało.</p>
<p><strong>Czym jeszcze się zajmowałeś?</strong></p>
<p>Zbijałem palety u mojego chrzestnego. Zdzierałem też stare farby z drzwi i ścian na różnych budowach. A potem już na studiach, wraz z kolegami z roku, czyli Andrzejewskim i Borkowskim, używaliśmy swoich paraartystycznych zdolności, pracując dla firmy L&amp;M. Jeździliśmy amerykańskim, srebrnym autobusem w ramach „L&amp;M Road Party”. Przez całe wakacje co dwa dni byliśmy w innym mieście na polskim wybrzeżu i prowadziliśmy imprezy dla paru tysięcy osób. Mieliśmy pięć układów tanecznych, między innymi pod <em>Pump Up the Jam</em> Technotronic i <em>Gypsy Woman</em> Crystal Waters. Przede wszystkim jednak rozdawaliśmy ludziom świecące na cztery kolory światełka. Ten gadżet był absolutnym szałem, a my z racji tego, że nim dysponowaliśmy, byliśmy bogami. Poznaliśmy wiele dziewcząt, a nawet dochowaliśmy się swoich L&amp;M groupies, tzw. elemek, które jeździły za nami po wybrzeżu.</p>
<p><strong>Dziś studenci aktorstwa tak nie dorabiają.</strong></p>
<p><strong></strong>Bo teraz można grać w serialach i nie trzeba prowadzić imprez dla browarów oraz kotłów grzewczych. Dla mnie jednak te chałturki były kopalnią humoru, dobrej zabawy i ogromnej ilości anegdot. Właśnie mi się przypomniało, że mniej więcej wtedy nagrałem reklamówkę w stroju świętego Mikołaja. Reklamowałem piętrowy parking dla Matchboksów. Na szczęście nikt tego nie widział.</p>
<p><strong>A szkoda. Pewnie można boki zrywać, a nawet się popłakać. Zdarza ci się płakać w kinie?</strong></p>
<p><strong></strong><em>Porozmawiaj z nią</em> widziałem ze dwadzieścia razy i prawie zawsze płakałem. Uwielbiam Almodovara. Jest mi bardzo bliski w postrzeganiu świata, we wrażliwości, wyobraźni, kolorach&#8230;</p>
<p><strong>Nigdy nie zagrałeś w jego stylu.</strong></p>
<p><strong></strong>Może dlatego, że nie ma u nas Almodovara. Wyobrażacie sobie, że w Polsce ktoś kręci film o lekarzu, który łapie gwałciciela swojej córki, zmienia mu płeć, a później się w nim/niej zakochuje?</p>
<p><strong>Konrad Niewolski?</strong></p>
<p>Myślę, że ta historia u Konrada potoczyłaby się zupełnie inaczej (<em>śmiech</em>). Z tego co wiem jest teraz ortodoksyjnym Żydem, hodowcą psów i mieszka w lesie. Trudno przyzwyczaić się do jego nowego wcielenia, ale myślę, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Konrad przewidział koniec świata w tym roku, tak więc poczekajcie z drukiem, aż będzie to pewne. Gazeciarze, przebrani za króliczki, będą latać po mieście, krzycząc: „Ostatni numer PLAYBOYA!”. Pójdzie jak ciepłe bułeczki.</p>
<p><strong>I tak pójdzie. Wystarczy, że odpowiesz na pytanie, kiedy zobaczymy cię „z gołym fiutkiem na scenie”. Niedawno mówiłeś, że masz na to jeszcze czas.</strong></p>
<p>Wciąż czekam na propozycje. Jeszcze nigdy nie dostałem takiego scenariusza albo sztuki do przeczytania. Niestety, jestem pomijany w tych sprawach. Nagminnie. Bardzo żałuję.</p>
<p><strong>Za to internautki nie pomijają cię nigdy &#8211; „Borys, kocham cię za tę twoją dziurkę”.</strong></p>
<p><strong></strong>Na czole, tę po ospie? I co ja mogę na to rzec? Też was kocham dziewczyny. Za wasze dziurki. Zmieńmy może temat, bo zrobiło się jakoś tak kontrowersyjnie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Mówisz masz. Mało kto w dzisiejszych czasach miał szansę porównać wrażenia z szarży konnej XX-wiecznej kawalerii i XVII-wiecznej husarii. Oświeć nas trochę. </strong></p>
<p><strong></strong>Kawaleria z <em>Bitwy Warszawskiej</em> to zupełnie inna bajka. Trzysta lat różnicy robi swoje. Postęp jednak istnieje (<em>śmiech</em>). To, ile ciężaru wkładali na siebie husarze, jest nieprawdopodobne. Wystarczył sam płaszcz, który ważył jakieś 20 kg, żeby człowiekowi zrobiło się ciepło. A do tego jeszcze zbroja. Na szczęście ta filmowa była plastikowa. Sceny do <em>September Eleven 1683</em> (<em>Sobieskiego w tym filmie gra Jerzy Skolimowski – przyp. aut.</em>), kręciliśmy pod Bukaresztem w 30-stopniowym upale. Momentalnie zrozumiałem Roberta Kubicę, siedzącego w bolidzie.</p>
<p><strong>Niedawno</strong> <strong>byłeś też w Stanach w związku z filmem <em>Criminal Empire of Dummy&#8217;s</em> (<em>Borys</em><em> ma wystąpić obok Gary’ego Oldmana – przyp. red.</em>). Wszystko już dogadane?</strong></p>
<p><strong></strong>Zaczęło się od tego, że poleciałem do Kalifornii kręcić reklamę Axe, tę z „klikerem”. Już to było dla mnie wielkim przeżyciem. Robiłem tam dokładnie to samo, co Ben Affleck, tylko że dla polskiej publiczności. Można powiedzieć, że byłem nim.</p>
<p><strong>Lepszym nim. </strong></p>
<p>Tak mnie przynajmniej zapewniali. Szkoda, że nie przełożyło się to na czek.</p>
<p><strong>„Forbes” wycenił twoją gażę na prawie pół miliona.</strong></p>
<p><strong></strong>Nie wiem dlaczego aż tak bardzo zaniżyli (<em>śmiech</em>). Ale może to i dobrze, zawsze można liczyć na mniejszą zawiść. Wracając do filmu&#8230; Prosto z Los Angeles miałem lecieć do Nowego Orleanu na zdjęcia. Właśnie wtedy zdarzył się ten nieszczęsny wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej, a jeden z producentów umoczył na tym grubą kasę i z dnia na dzień wycofał się z filmu, zabierając swój kilkumilionowy wkład. W ciągu dwóch lat większość udziałów przejął Grzesiek Hajdarowicz i to on będzie teraz producentem. Z tego co wiem, mamy kręcić ten film w Brazylii.</p>
<p><strong>Na tej słynnej farmie kokosów, tuż przy plaży, nad oceanem?</strong></p>
<p><strong></strong>Ciepło. Na jednej z palm wyryty jest już napis „Borys Szyc area” (<em>śmiech</em>). Bardzo mi to poprawiło humor. Zrezygnowałem z gaży w zamian za skromny hektar tej ziemi.</p>
<p><strong>Kiedy ruszają zdjęcia?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mam pojęcia. Wiem, że kompletnie zmieniła się ekipa – nowy reżyser, operator, kilku nowych aktorów. Jest też dużo skomplikowanych prawnych kwestii do dogrania. Czekam w blokach. Poza tym uczę się pływać na „kajcie”. Muszę.</p>
<p><strong>Jak to musisz?</strong></p>
<p><strong></strong>Bo kolejny pomysł Grześka to film o kitesurferach. Trochę w nawiązaniu do słynnego<em> Na fali</em>  z Patrickiem Swayze’em i Keanu Reevesem. Ma tam być pięciu chłopaków z rożnych stron świata. Ja będę reprezentował Polskę. Nie mogę dać ciała.</p>
<p><strong>Trzymamy kciuki. Szczerze i bez zawiści. W końcu nie robimy w tym samym biznesie.</strong></p>
<p><strong></strong>Żywię podobne uczucia do moich kolegów po fachu, którym tak zwyczajnie po ludzku kibicuję i życzę sukcesów. Absolutnie nie zazdroszczę. No może trochę, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie ma to niczego wspólnego z zawiścią&#8230; kurrrwa (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Gdzie jeszcze będziemy mogli cię obejrzeć?</strong></p>
<p>Przede wszystkim w<em> Sztosie 2</em>. Na planie u Lubaszenki bezustannie się śmiałem. Zestaw aktorski w połączeniu z Zakopanem i Sopotem, gdzie mieliśmy zdjęcia, był mieszanką wybuchową. Zapewniam was &#8211; ten film to jeden wielki brecht.</p>
<p><strong>A po <em>Sztosie 2</em>?</strong></p>
<p>Jestem po słowie z Andrzejem Saramonowiczem i Maćkiem Pisarkiem. Mam zagrać w ich nowych produkcjach. Poza tym w <em>All Inclusive</em> &#8211; filmie kręconym na Teneryfie. Jest też wielka szansa na powstanie <em>Balladyny</em> Trelińskiego z moim skromnym udziałem. Film miał być kręcony już 10 lat temu, jeszcze z Ostaszewską i Cielecką. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Dla mnie to bardzo ciekawa propozycja. Być może będę też występował w ekranizacji <em>Złego</em>. Prawa do książki są nabyte, więc kto wie. Gdyby reżyserował to Ksawery Żuławski, mógłby wyjść kozacki film.</p>
<p><strong>Czy pojawiła się w twoim prywatnym rankingu jakaś nowa, świeża krew, jeżeli chodzi o naszą rozkładówkę?</strong></p>
<p>Natasza Urbańska.</p>
<p><strong>Spróbujemy, ale musisz nas poprzeć.</strong></p>
<p>Mogę was poprzeć, ale jest jeszcze Janusz (<em>Józefowicz – przyp. red.</em>). Może zaproponujcie jej jakąś ładną sesję z choreografią męża.</p>
<p><strong>Zawsze wybierasz nam takie kandydatki, których nie sposób rozebrać. A to Gruszka, a to Grochowska, a to Cielecka&#8230; A teraz kolejna „trudna dziewczyna”.</strong></p>
<p><strong></strong>Panowie, nie chcę was wkurzać, ale poza Nataszą wszystkie widziałem nago.</p>
<p><strong>Zazdrościmy. Bez zawiści rzecz jasna. </strong></p>
<p><strong></strong>Powiedzieliśmy coś mądrego w tej rozmowie?</p>
<p><strong>Niewiele, ale za to było rozrywkowo. Powiedz lepiej, kiedy widzimy się po raz kolejny? Może wtedy będzie mądrzej.</strong></p>
<p><strong></strong>Zapraszam do Brazylii w 2016 r., o ile wcześniej nie będzie końca świata. Szybko znajdziemy brazylijską playmate, popływamy katamaranem i wypijemy parę drinków. Mieszkanie będziecie mieli za friko.</p>
<p><strong>Dla redakcji to zawsze jakaś oszczędność. Ale wyjaśnijmy sobie publicznie, że nie zamierzamy ogrzewać się w twoim cieple.</strong></p>
<p><strong></strong>W takim razie zostanie wam tylko ciepło oceanu.</p>
<p><strong>Szkoda, że za cztery lata ty będziesz jeszcze przed czterdziestką, a my już po.</strong></p>
<p><strong></strong>Ale będę was wspierał chłopaki. Zastanówcie się jeszcze &#8211; może jednak warto ogrzać się od młodszego i przystojniejszego?</p>
<p><strong>Jeszcze to przemyślimy, ale właśnie w tym momencie dotarło do nas, czego w tej rozmowie było mniej niż w poprzednich. Przekleństw.</strong></p>
<p><strong></strong>Wszyscy się, kurwa, starzejemy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/borys-szyc-3/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czesław Mozil</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil-2/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil-2/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 30 Mar 2012 20:39:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Mozil Czesław]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3349</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 03, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Marcin Klaban &#8211; Przykro nam, że miałeś nieprzyjemną podróż. Aż na Facebooku zawrzało. Po trzydniowym balecie spałem tylko godzinę. Byliśmy jednak umówieni, więc grzecznie wsiadłem do pociągu w Krakowie o 6:45. Wchodzę do przedziału, w którym siedzą trzy krawaty. Na głowie mam kapturek, ale [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3355"><img class="alignleft size-full wp-image-3355" title="Czesław-Mozil-2" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/03/Czesław-Mozil-2.jpg" alt="" width="350" height="244" /></a>PLAYBOY nr 03, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Marcin Klaban</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Przykro nam, że miałeś nieprzyjemną podróż. Aż na Facebooku zawrzało.</strong></p>
<p><strong></strong>Po trzydniowym balecie spałem tylko godzinę. Byliśmy jednak umówieni, więc grzecznie wsiadłem do pociągu w Krakowie o 6:45. Wchodzę do przedziału, w którym siedzą trzy krawaty. Na głowie mam kapturek, ale nie wyglądam źle. Mimo kaca nie śmierdzę alkoholem. Wrzucam walizkę na półkę i co słyszę? „Pan wie, że to jest pierwsza klasa?”. Załamka. Co mogłem odpowiedzieć? „Tak, dlatego tutaj jestem, proszę pana”. Dałem wpis na Facebooku i poszedłem spać.</p>
<p><strong>Trochę nam ulżyło. Że ten afront to w Krakowie, a nie u nas. </strong></p>
<p><strong></strong>Poniedziałek, skoro świt. Cały pociąg załadowany krakowskimi krawaciarzami, którzy w weekendy obgadują dupy warszawiakom, a potem wbijają się w garnitury i przyjeżdżają zarabiać tu pieniądze.</p>
<p><strong>Ostatnio twoja miłość do Krakowa chyba słabnie.</strong></p>
<p><strong></strong>Kocham Kraków, ale żeby cokolwiek zrobić, żeby popracować, muszę przyjechać do Warszawy. Kraków to miasto, w którym lubię się niszczyć. Czasami po balu, który trwa 38 godzin czuję się oczyszczony. Jak po spowiedzi w kościele. To idealne miejsce na imprezowe katharsis. Tam każdy jest artystą, prawie zawsze niespełnionym. Siedzą w Alchemiach, Psach, Zwisach i opowiadają, jakie to napiszą książki, nakręcą filmy i nagrają płyty. Dzień po dniu, noc po nocy &#8211; wciąż to samo. Czasem robią sobie przerwę, żeby zaczepić Czesia albo innego „co się sprzedał” i okazać im swoją wyższość. W co drugiej krakowskiej knajpie ktoś mi oświadcza, że jestem niezdolny, głupi i sprzedałem się jak dziwka. W Warszawie nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Tutaj jest mniejsza napinka.</p>
<p><strong>Dlatego założyłeś drugą bazę w stolicy?</strong></p>
<p>Kiedyś policzyłem sobie, że więcej czasu spędzam w warszawskich hotelach niż w swoim krakowskim mieszkaniu. Wziąłem kredyt i kupiłem sobie mieszkanie na Pradze. Jedynym miejscem w stolicy, które dobrze znałem, był Łysy Pingwin przy Ząbkowskiej. Musiałem osiedlić się w tych okolicach.</p>
<p><strong>Jesteś już praskim lokalsem?</strong></p>
<p>Jeśli pytacie, czy dostałem wpierdol, to jeszcze nie (<em>śmiech</em>). Jest bardzo OK. Dopasowałem się do krajobrazu.</p>
<p><strong>Podobno przymierzasz się do trzeciej bazy. </strong></p>
<p>Chcę kupić małe mieszkanko w Szczecinie. To tylko 6 godzin od Kopenhagi. Mógłbym się tam spotykać z rodzicami, dla których dłuższe podróże nie są już przyjemnością. Nie da się ukryć, moi rodzice nie młodnieją i cały czas czekają aż wydorośleję. Mam nadzieję, że kawalerka w Szczecinie będzie pierwszym sygnałem mojej głębokiej przemiany i dojrzewania (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czwartej bazy, w rodzinnym Zabrzu, już chyba nie założysz?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie, chociaż mam duży sentyment do tego miasta. Ostatnio robiłem castingi do X-Factora w Domu Muzyki i Tańca. Okazało się, że w tej samej sali 33 lata temu moja mama była na Andrzeju Rosiewiczu. I po godzinie występu zaczęła mnie rodzić! Życie jest absurdalne. A żeby było jeszcze zabawniej facet, który organizował amerykańskie tournee Rosiewicza 20 lat temu, wkrótce będzie mi pomagał w dwutygodniowej trasie po Stanach. Rozpierdol!</p>
<p><strong>Rozmawialiśmy z tobą dla PLAYBOYA ponad dwa lata temu. Nikt wtedy nie spodziewał się, że wkrótce tak mocno wystrzelisz w rankingach popularności.</strong></p>
<p><strong></strong>Tak samo nikt się nie spodziewał, że przyjmę robotę w X-Factorze. Tym bardziej, że kiedyś, po obejrzeniu zajawki, odmówiłem udziału w Bitwie na głosy. A jednak złamałem zasady świętej biblii polskiego showbiznesu pod tytułem: „Co muzyk robić powinien, a czego robić nie może”. Teraz i tak nikt nie wierzy, że mam realny wpływ na program, że mogę przewalczyć miejsce w dalszej części dla tych, na których mi zależy. Wszyscy uważają, że całość jest z góry ustawiona. Polacy mają w sobie taki rys, że zamiast prawdy i talentu szukają wszędzie ściemy i układów.</p>
<p><strong>Ty z kolei miałeś w sobie rys hazardzisty. Nadal jesteś w szponach?</strong></p>
<p>Trochę mniej. Oczywiście wciąż mam skłonności do różnych uzależnień, ale staram się to kontrolować. W hazard ostro wchodzę zazwyczaj wtedy, gdy mam za dużo pracy. W tej chwili mam jej dużo, a nie za dużo, więc hazardowy wskaźnik jest w pozycji „off”.</p>
<p><strong>A wskaźnik powodzenia wśród kobiet?</strong></p>
<p><strong></strong>A to się w ogóle da wyłączyć?</p>
<p><strong>Święta racja. Cofamy głupie pytanie. W końcu rozmawiamy z facetem, który sam wymyślił sesję do tego wywiadu. I wiemy, że jedna dziewczyna to było za mało&#8230;</strong></p>
<p>Z całym szacunkiem, ale jestem dorosłym chłopczykiem i uprawiam seks. Więc jak PLAYBOY, to do cholery niech to będzie z rozmachem. Pomyślałem: „Jestem przecież nauczycielem gry na akordeonie&#8230;”. Trzy uczennice były w sam raz.</p>
<p><strong>Jak szła nauka?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie wiem, czy wiecie, że akordeoniści mają taki trik – studentkom pokazuje się jak grać, stukając palcami w ich uda. Czy może być coś piękniejszego? Zresztą w trakcie sesji był taki moment, że chciałem poprosić o wyjście ekipy z sali. Pojawiły się dziwne, włochate myśli. Miałem wrażenie, że dziewczyny chętnie by się pouczyły na osobności. Zresztą jednej – Malwinie – szło naprawdę wyśmienicie. Mam wrażenie, że ma duży talent. Powinniśmy kontynuować&#8230;</p>
<p><strong>Wziąłeś numer telefonu?</strong></p>
<p><strong></strong>To by było za banalne. Od czego jest Facebook? Dziewczyna jest, kurde, no&#8230; wspaniała. Ale nie wiem, czy mam jaja na taki podryw. Nigdy nie byłem podrywaczem.</p>
<p><strong>I kto to mówi? W filmie Wojtka Kusia <em>W moim malutkim świecie</em> dziewczyny kleją się do Czesława pęczkami. </strong></p>
<p>Paradoksalnie moje powodzenie u dziewczyn wzrosło dopiero po tym, jak na pytanie dziennikarki, ile miałem kobiet, odpowiedziałem, że wynik jest trzycyfrowy. Na zdrowy rozum takie wyznanie powinno mi zaszkodzić. Nagle jednak okazało się, że dziewczyny bardzo chcą być tą sto pierwszą, sto drugą, sto trzecią&#8230; Same mają podobne osiągi i nie idą ze mną do domu, by obejrzeć kolekcję znaczków. Zresztą nie jestem żadnym Casanovą. Straciłem dziewictwo 16 lat temu. 100 podzielić na 16 to jest raptem 6 z haczykiem. Czy zapoznanie sześciu dziewczyn w ciągu roku to jest dużo? Ludziom życie układa się różnie. Na przykład moja siostra Irenka wychodzi teraz ze swojego chłopaka Konrada. Poznali się, kiedy on miał 18 lat. Wytatuował sobie wtedy na plecach jej imię. Nie mogłem tego ogarnąć. A oni już są razem od 9 lat. I byli tylko ze sobą. To jest piękne. Wspaniałe.</p>
<p><strong>W podobnych słowach niektóre fanki wyrażały się o twoim ptaszku, którym przez ułamek sekundy wachlujesz w pierwszej scenie filmu. </strong></p>
<p>Były też przeciwne zdania. Że taki mały, że jakiś obkulony (<em>śmiech</em>). Czytałem też komentarze, że strasznie się w tym filmie poniżyłem. Pomyślałem sobie: „Aha, nic nie zrozumieli. Tylko dowalić chcą”. Żyjemy przecież w Polsce. Tutaj tak jest.</p>
<p><strong>Film jest raczej smutny, a nie wesoły. Pokazuje bardzo samotnego, miotającego się i często źle rozumianego artystę. </strong></p>
<p>Wojtek miał od początku koncepcję, żeby pokazać moje życie bardzo intymnie. Zajrzeć, co tam się dzieje głębiej. I chyba się udało. W pewnym momencie miałem serdecznie dość kamery. Kląłem na Wojtka w najgorszy sposób. Gdyby nie był moim przyjacielem z dawnych lat, to pewnie nic by z tego nie wyszło. Dzięki temu, że dobrze się znamy, wytrzymałem i uważam, że było warto. A jeśli ktoś sądzi, że się poniżyłem, to nie mój problem. Nie wiem, ilu polskich muzyków stać by było na taką otwartość.</p>
<p><strong>A propos otwartości&#8230; </strong><strong>Poprzednim razem postulowałeś, żeby na naszej rozkładówce znalazły się Monika Brodka, Sonia Bohosiewicz, Edyta Herbuś i dziewczyny z Kapeli Ze Wsi Warszawa. Czy coś się zmieniło?</strong></p>
<p><strong></strong>Kurde, te dziewczyny wciąż są super! Tej listy nie trzeba zmieniać, tylko ją wydłużyć. Ewa Farna byłaby fajna. Mam dla niej szacunek. Świetny wokal. Szykuje się prawdziwa diva. Musicie ją cały czas namawiać. I jeszcze siostra Soni &#8211; Maja Bohosiewicz. Jest cudowna, mimo że dwa razy dała mi kosza. Olała Czesia. Bardzo nieładnie. Kiedy kręciliśmy teledysk do <em>Wszystko, co dobre jest niedobre</em> Jana Niezbendnego (<em>feat. Sztefan Wons, czyli alter ego Czesława – przyp. aut</em>), to mieliśmy z Mają taką małą intymną scenkę. To było tak bardzo miłe, że&#8230; ach.</p>
<p><strong>Mamy dwie nowe dziewczyny. Przydałaby się i trzecia.</strong></p>
<p><strong></strong>Tatiana Okupnik. Co to za dziewczyna! To wielka frajda wreszcie siedzieć w jury obok kobiety, z którą można normalnie pogadać, pośmiać się i poflirtować. Jest tak śliczna, że na planie X-Factora każdy o tym gada. Obłęd. Nie zdradzę żadnej tajemnicy jak powiem, że Tatiana ma najlepszy tyłek w polskim show-biznesie.</p>
<p><strong>Miałeś wpływ na wybór nowej jurorki?</strong></p>
<p><strong></strong>Żadnego. Dowiedziałem się z Pudelka (<em>śmiech</em>). Cholernie się ucieszyłem. Od razu wiedziałem, że będzie super. Mamy teraz non stop ubaw na planie.</p>
<p><strong>Jak twoja rozpoznawalność przekłada się na sprzedaż nowych płyt?</strong></p>
<p><strong></strong><em>Czesław Śpiewa Miłosza</em> sprzedaje się średnio, ale za to nigdy wcześniej nie miałem aż tak dobrych recenzji. Podsumowując, mam teraz swój czas na lepszy lans (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kogo Czesław wkurza swoim lansem najbardziej?</strong></p>
<p>Podobno Stachursky i Mandaryna ciągle mnie obgadują, twierdząc, że jestem mitomanem, a to co robię jest obciachowe.</p>
<p><strong>Trzeba liczyć się ze zdaniem tak uznanych krytyków.</strong></p>
<p><strong></strong>Prawda? To akurat bardzo mnie cieszy. Ale są też i złe strony popularności. Po pierwszym X-Factorze dostawałem masę bardzo odważnych maili. Nawet 13-latki przysyłały swoje zdjęcia w szokujących sesjach. Aż strach. Jestem w szoku, że gimnazjalistki mogą sobie robić takie foty i pisać takie rzeczy. Poza tym zaczynają się pode mnie podszywać inni ludzie. Ostatnio Anna Mucha zapytała, dlaczego napisałem do niej tak obscenicznego maila. To jest chore i nie wiadomo, jak z tym walczyć (<em>w tym momencie Czesław </em><em>raptem dotyka lewego ucha</em>). Oj, chyba słuch mi wraca.</p>
<p><strong>Straciłeś?!</strong></p>
<p>W pewnym warszawskim klubie dostałem łomot od ochroniarza. Nawet nie pamiętam za co. Wyjechał mi z otwartej w ucho. Pękł bębenek. Pani laryngolog zajrzała do środka i powiedziała, że nie ma tragedii, bo po kuracji mogę słyszeć nawet lepiej. Grzecznie brałem penicylinę i proszę&#8230; chyba faktycznie jest poprawa. Muszę podziękować panu ochroniarzowi.</p>
<p><strong>Często masz takie przygody?</strong></p>
<p><strong></strong>Zdarza się. Największym wrogiem jest mocny alkohol. Po piwie i winie jestem aniołkiem, ale wóda to zło. W jednym z warszawskich hoteli nadepnąłem na odcisk ukraińskiej mafii. Jak mnie jeden pan popchnął, to pofrunąłem z 50 metrów. A w Elblągu miałem ścięcie z jakimś dresiarzem, który się nieładnie zachowywał. Uratował mnie aktor &#8211; Krzysztof Banaszyk. Dobrze, że jest duży. Przeżyłem.</p>
<p><strong>A czy </strong><strong>Elbląg się chociaż zrehabilitował? Chodzi nam o scenę z filmu, kiedy mówisz z wyrzutem, że „Elbląg nie dał rady”.</strong></p>
<p><strong></strong>Nie zapoznałem tamtego wieczora ani jednej miłej koleżanki i było mi smutno. A to, że powiedziałem tak w filmie, wywołało potem burzę w lokalnych mediach. Dzwonili do mnie dziennikarze i pytali, co to miało znaczyć. W internecie pojawiły się wpisy w rodzaju: „I bardzo dobrze. Trzymajcie się dziewczyny” (<em>śmiech</em>). Elbląg zawsze był w porządku. Byłem tam chyba z sześć razy. Kocham Elbląg. Mam świetny kontakt z panią Bożenką, dyrektorką kameralnej orkiestry elbląskiej. Będziemy niedługo z nią grali. Przy okazji gorąco pozdrawiam.</p>
<p><strong>Ostatnio jak się spotkaliśmy, miałeś zwichniętą nogę. Minęły dwa lata i wciąż lekko utykasz. </strong></p>
<p><strong></strong>Bo zwichnąłem drugą. Wtedy skakałem z dachu, a teraz z samochodu. Bardzo bolało, ale dopiero następnego dnia wieczorem. Sprawdziłem, że w pewnej prywatnej klinice w Warszawie można zrobić prześwietlenie do północy. Pojechałem taksówką. Przyjął mnie czarnoskóry lekarz, skasował  220 złotych i powiedział, żebym rano przyjechał na rentgen. Po prostu paranoja. Wkurwiłem się i napisałem dwa posty na Facebooku. Następnego dnia rano do mojej menedżerki odezwał się rzecznik prasowy tejże placówki, że niby trzeba było powiedzieć, że ja jestem „ten Czesław”. Wtedy prześwietlenie na pewno byłoby wykonane. Co to kurwa jest? VIP treatment (<em>specjalne traktowanie bardzo ważnych osób – przyp. red.</em>)? Zwykłemu człowiekowi każą zapłacić i pocałować klamkę. Masakra. A wiecie, co w tym jest najgorsze?</p>
<p><strong>Chętnie się dowiemy.</strong></p>
<p>Nie chciałem sprawy nagłaśniać, bo lekarz był czarny. W Danii nie zauważam kolorów skóry i nie miałbym z tym żadnego problemu. Zwyczajnie wkurwia mnie, gdy człowiek zachowuje się nieodpowiednio. I już. Widocznie jednak przesiąkłem Polską i chciałem uniknąć nagonki, że Czesław jest niby rasistą. Podkuliłem ogon.</p>
<p><strong>A co z nogą?</strong></p>
<p><strong></strong>Na szczęście nie złamana. Poboli i przestanie. Poza tym schudłem do drugiej edycji X-Factora, więc mam mniej do dźwigania. W ogóle czuję się znakomicie. To znaczy teraz jestem niewyspany i mam kaca po balu w Krakowie, ale ogólnie jest super. Prowadzę kolorowe życie. W ogóle powiem wam, że Pudelek postępuje ze mną po amatorsku. Gdyby mnie dobrze śledzili, nie wymyślaliby jakichś nudnych pierdół.</p>
<p><strong>Może zorganizujesz jakąś dobrą „ustawkę”?</strong></p>
<p><strong></strong>Mam taki pomysł. Zrobić Pudelka w bambuko i zagrać coś specjalnie dla nich. Ostatnio byłem  bliski, choć całkiem przypadkowo. Nakręciłem z koleżanką zajebiste POV (<em>z angielskiego Point Of View -  filmowanie z perspektywy uczestnika zdarzenia – przyp. red.</em>).</p>
<p><strong>Zamieniamy się w słuch. Koleżanka chyba też. </strong></p>
<p>To niezła historia. Zgubiłem iPhone’a z tym filmem! Przez dwa tygodnie trwały poszukiwania. W końcu skontaktował się ze mną miły taksówkarz i oświadczył, że znalazł telefon. Nie wiem, czy obejrzał mojego pornola, ale jest pewne, że w iPhonie ktoś grzebał. Film jednak jeszcze nie wyciekł do sieci.</p>
<p><strong>Ile trwa?</strong></p>
<p><strong></strong>Całe sześć minut. Jestem z niego dumny. Uważam, że Polska potrzebuje dobrej sex-tape. Dla przewietrzenia atmosfery. Tymczasem Pudelek mnie nie namierzył i się zbłaźnił. Nudziarze i amatorzy.  Kompletny brak polotu. Tylko smęcić potrafią.</p>
<p><strong>Ty z kolei podobno długo nie potrafiłeś podrywać młodych dziewczyn. Jakoś nie chce się nam wierzyć. </strong></p>
<p>Do niedawna uważałem, że trzydziestolatek nie powinien spotykać się z młodszymi dziewczynami. Pamiętałem, że jak koleżanka z liceum spotykała się z o parę lat starszym chłopakiem, to nas &#8211; jej równolatków – strasznie to wkurwiało. Któregoś Sylwestra siedziałem sobie w Alchemii razem z jej współwłaścicielem i zwierzyłem mu się z tego kompleksu. A on na to: „Co ty pierdolisz, chłopaku! Jak one chcą, to bierz i żyj”. To był przełom. Uwierzcie. Zrozumiałem, że dojrzałość polega na tym, żeby, mając ponad 30 lat, iść po ulicy z 19-letnią dziewczyną i być z tego dumnym. Ale, żeby nie było. Kocham też starsze kobiety&#8230; Ostatnio gadałem o tym z CeZikiem. No właśnie, dlaczego jeszcze nie zrobiliście z nim wywiadu?</p>
<p><strong>Od dawna staramy się przekonać redakcję.</strong></p>
<p><strong></strong>To trzeba przekonywać?! CeZiK sześć dni temu wrzucił nowy klip na YouTube&#8217;a i już ma ponad 3 miliony wejść. W sześć dni! Moja <em>Maszynka do świerkania</em> zebrała ponad 10 milionów, ale to trwało trzy lata. Gdyby teraz CeZiK ruszył w trasę, miałby pełne sale. To jest fenomen. Prawdziwy bóg internetu.</p>
<p><strong>Nie bądź taki skromny. Słaby nie jesteś. Wiesz, o ile więcej „lajków” na Facebooku masz od naszego naczelnego?</strong></p>
<p><strong></strong>On ma chyba więcej.</p>
<p><strong>Ty. O trzysta tysięcy. </strong></p>
<p><strong></strong>Staram się. Dziwi mnie tylko, że to się nie przekłada na propozycje. Wszędzie trąbię o Sharanie, którym jeżdżę. To znakomite auto. Ponad trzysta tysięcy przebiegu i zero awarii. Już dawno powinienem być twarzą Volkswagena. Dlaczego oni jeszcze się do mnie nie odezwali? Co to za celebryta, któremu nawet używanego samochodu nie dadzą w prezencie (<em>śmiech</em>). Albo dlaczego nikt się nie zgłosił, żebym zrobił dubbing do kreskówki? Nie muszę być od razu głównym bohaterem. Jakąś drugoplanową rolę też chętnie zagram.</p>
<p><strong>Dwa lata temu chciałeś być na Pudelku. Jesteś. Zanim dojdzie do naszego trzeciego spotkania będziesz już twarzą marki samochodowej, uznanym aktorem dubbingowym, a może nawet zagrasz w fabule.</strong></p>
<p><strong></strong>W reklamę wątpię. Jestem za ryzykowny, zbyt nieprzewidywalny. Co do filmu, to niedawno zadzwonił Iwan Wyrypajew z fajną propozycją. Spotkałem się z nim i z Karoliną Gruszką, ale chyba ich wystraszyłem &#8211; przez trzy godziny non stop mówiłem. To był mój monodramat. Wydaje mi się, że nie dałem im dojść do słowa. Pogrzebałem ciekawą rolę.</p>
<p><strong>Często tak masz, że odstraszasz ludzi?</strong></p>
<p>Na ogół jest na odwrót. Wszyscy chcą się szybko i za bardzo spoufalić. Nie lubię na przykład, jak ktoś mnie poznaje i mówi od razu per Czesio. Szczególnie mają tak dziewczyny. Ja jestem Czesław. Na Cześka to trzeba sobie zasłużyć (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A gdyby się nagle okazało, że jesteś ojcem?</strong></p>
<p>Nie chciałbym. Ale na pewno ucieszyłoby to moich rodziców. Mama niedawno powiedziała: „Nie ważne z kim i jak, wreszcie chcemy być dziadkami”. Kocham dzieci, ale z tego co wiem, nadal ich nie mam.</p>
<p><strong>Odpowiedź jak na prawdziwego playboya przystało.</strong></p>
<p>Ja playboyem? Nie. Wydaje mi się, że&#8230; nie krzywdzę.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Z kolegą Sebastianem byliśmy ministrantami. Nasza „służba” polegała głównie na tym, że laliśmy z księdza śpiewającego po łacinie albo z tego, że ciągnie za sobą sznurek, bo zapomniał zasznurować sutannę. Takie głupawko-brechty. Wspominam to z rozrzewnieniem.</p>
<p>Mam nadzieję, że po tej sesji wszyscy akordeoniści będą ze mnie dumni. Marcin Wyrostek także.</p>
<p>Chciałbym niedługo wydać koncertową płytę Miłoszową. Poza tym chciałbym nagrać dwie płyty z coverami: jedną <em>Czesław Śpiewa i odcina</em> <em>kupony</em> i drugą – <em>Czesław Śpiewa piosenki, których nie znał</em>, na której byłyby numery m.in. Lecha Janerki i inne nagrania, które poznałem dopiero niedawno, nie tak jak Polacy, mieszkający w Polsce.</p>
<p>Po duńsku się nie przeklina. To nie brzmi tak dobrze, jak polskie przekleństwa. „Ja pierdolę”, „kurwa mać” – to jest takie piękne. Duńskie przekleństwa są nudne.</p>
<p>Wiem, że wkurwiam przede wszystkim kolesiów. I czasami nie dziwię się, że ktoś chce mi wpierdolić. Mam 169 cm wzrostu, a do tego chwalę się, że byłem z wieloma kobietami.</p>
<p><em>Słownik polsko-polski według Czesława – część druga</em></p>
<p><em></em>w skacowaniu – na kacu</p>
<p>profesorat &#8211; profesura</p>
<p>osoba ciemnoskórna – osoba ciemnoskóra</p>
<p>obserwant &#8211; obserwator</p>
<p>ubawa &#8211; ubaw</p>
<p>piosenka, która była miesiąc stara</p>
<p>pozytywnie przeraziła</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/czeslaw-mozil-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wojciech Smarzowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/wojciech-smarzowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/wojciech-smarzowski/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 01 Mar 2012 15:55:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[FILMOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Smarzowski Wojciech]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3331</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 02, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Świetlik &#8211; Nienawidzę wywiadów. Dobrze pan zaczął. Spójrzcie na to z mojej strony. Czy dzięki rozmowom z dziennikarzami nakręcę więcej filmów? Albo lepsze? Po co mi wywiady? Tym bardziej, że nie mam nic do powiedzenia. O czym boleśnie przekonują się dziennikarze na pańskich [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3337"><img class="alignleft size-full wp-image-3337" title="Wojciech-Smarzowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/03/Wojciech-Smarzowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a><strong><strong><strong><strong>PLAYBOY nr 02, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.andrzejswietlik.pl/">fot. Andrzej Świetlik </a></p>
<p>&#8211;</p>
<p>Nienawidzę wywiadów.</p>
<p><strong>Dobrze pan zaczął.</strong></p>
<p>Spójrzcie na to z mojej strony. Czy dzięki rozmowom z dziennikarzami nakręcę więcej filmów? Albo lepsze? Po co mi wywiady? Tym bardziej, że nie mam nic do powiedzenia.</p>
<p><strong>O czym boleśnie przekonują się dziennikarze na pańskich konferencjach prasowych.</strong></p>
<p>Jakie pytania, takie odpowiedzi. Możemy na „ty”?</p>
<p><strong>Czujemy się zaszczyceni. To, że nienawidzisz wywiadów traktujemy jak wyzwanie. Mamy ambicję, żeby cię do czegoś zainspirować. W każdym twoim filmie pojawia się siekiera. A czy myślałeś kiedyś, żeby zastąpić ją siekiero-młotem? To taka ciężka, dwuręczna siekiera z dużym obuchem&#8230;</strong></p>
<p>…do rozłupywania drewna. Jestem fanem siekier. Dobra, załatwione. Umawiamy się na siekiero-młot. Być może zobaczycie go w <em>Drogówce</em>. Albo w <em>Klarze</em>, na podstawie powieści Izy Kuny.</p>
<p><strong>W ten sposób zapiszemy się w historii kina. Znowu czujemy się zaszczyceni. Powiedz jeszcze, kiedy usłyszymy Siekierę w twoim filmie?</strong></p>
<p>„Czy tu się głowy ścina, czy zjedli tu murzyna, czy leży tu Madonna, czy tu jest jazda konna?” (<em>pierwsza zwrotka utworu</em> Siekiera<em> grupy Siekiera – przyp. red.</em>). Nie tak dawno mój syn zapakował taki wierszyk pani w przedszkolu. Nie uczyłem go. Przyjął z tylnego siedzenia samochodu (<em>śmiech</em>). Jeśli uznam, że w <em>Drogówce</em> jest miejsce na ten utwór, to skontaktuję się z zespołem. <strong></strong></p>
<p><strong>W <em>Domu złym</em> Dezerter, niebawem Siekiera&#8230; Byłeś punkowcem?</strong></p>
<p>Cały czas jestem, mimo że tego nie widać. Działam w konspiracji. Nie mam i nigdy nie miałem subkulturowych atrybutów.<br />
<strong></strong></p>
<p><strong>A jakieś inne?</strong></p>
<p>Nad łóżkiem wisiał niepunkowy plakat Ritchiego Blackmore’a z Deep Purple. Kompletnie tego dziś nie kumam. Pamiętam też, że dostałem list z autografami od Queenów, czyli musiałem do nich wcześniej napisać. Również tego nie rozumiem. A poza tym wieszałem sobie na ścianach piłkarzy. Miałem zdjęcia i autografy każdej reprezentacji Polski od 1974 do 1982 roku.</p>
<p><strong>Pierwsze randki spędzałeś wtedy nad Jesiołką (<em>rzeka, nad którą leżą Jedlicze, rodzinna miejscowość Wojciecha Smarzowskiego – przyp. red.)?</em></strong></p>
<p>Nie będziemy o tym rozmawiać.</p>
<p><strong>Porozmawiajmy zatem o twoich rodzinnych stronach w sposób filmowy. Nie korci cię, żeby nakręcić film o Jakubie Szeli?</strong></p>
<p>Wieś Smarżowa (<em>rodzinna miejscowość Jakuba Szeli – przyp. red</em>.). Już wiem, co wam chodzi po głowie. Nie, nigdy nie miałem takiego pomysłu. A po <em>Róży</em> mam dość filmów historycznych.</p>
<p><strong>Szkoda. Bo chodzi nam też po głowie film o początkach przemysłu naftowego w Polsce.</strong></p>
<p>Nie pociąga mnie ten temat. Chodziłem do liceum, które mieści się w dawnym Pałacu Stawiarskich (<em>znana rodzina przemysłowców naftowych  – przyp. red.). </em>Pewnie za dużo się o tym mówiło w szkole.</p>
<p><strong>Rozmawiało się także o Nafcie Jedlicze?</strong></p>
<p>W Nafcie się grało. Byłem jej piłkarzem. Mało zdolnym zresztą. Pod koniec podstawówki i przez liceum grałem na lewej obronie lub, w zależności od roszad w składzie, na środku albo lewej pomocy.</p>
<p><strong>Nie rokowałeś?</strong></p>
<p>To były czasy, w których się grało, a nie zastanawiało nad przyszłością. A na treningach wszyscy mieliśmy takie same obciążenia. Czy ważyłeś 50 czy 80 kg, dostawałeś ten sam ołowiany pas i do lasu. Tak było w Nafcie i pewnie tak samo było w reprezentacji. Ci, którzy nie dawali rady z ołowiem, odpadali. Naturalna selekcja. Ale Polska była światową potęgą w piłce nożnej. Dla mnie to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem.</p>
<p><strong>Kiedy przyszło pierwsze rozczarowanie?</strong></p>
<p>Na meczu Stali Mielec z Realem Madryt w 1976 r. Podobno chłopaki z Realu zostali zakwaterowani w hotelu robotniczym, po czterech w jednym pokoju. Ale i tak wygrali 2:1. Widziałem ten mecz i byłem załamany. Byliśmy trzecią drużyną świata, a tu mistrz Polski przegrywa z jakąś hiszpańską drużyną u siebie! Trochę mi was szkoda, bo nie przeżywaliście takich euforii, kiedy Polacy byli na szczycie.</p>
<p><strong>Dla nas Mundial&#8217;82 był największym sukcesem, a Meksyk&#8217;86 całkiem udanym występem.</strong></p>
<p>Dla mnie Hiszpania była normalką, a rok 1986 totalną klapą (<em>śmiech</em>). Z dzisiejszej perspektywy jednak zaczynam doceniać tamten wynik.</p>
<p><strong>Podobno do dziś potrafisz uronić łzę na meczu.</strong></p>
<p>Teraz to częściej ze śmiechu niż ze wzruszenia… (<em>śmiech</em>). No dobra, zdarza mi się wzruszać po czymś tak spektakularnym jak „Dudek dance”. A pierwszym meczem, który mnie rozłożył, było Wembley. Wtedy, jako dzieciak, byłem przekonany, że ten remis nam się należał, że to był sprawiedliwy wynik. Ale niedawno zobaczyłem sobie jeszcze raz ten mecz. Równie dobrze mogło być 16:1 dla Anglików. Stali na piątce i ładowali.</p>
<p><strong>Grasz jeszcze?</strong></p>
<p>A widać po mnie? Wciąż tylko siedzę w samochodzie albo przed komputerem. Dziesiątka nadwagi. Jedyny ruch to od czasu do czasu pingiel z Arkiem Jakubikiem.</p>
<p><strong>Kiedyś obiło się nam o uszy, że pracujesz nad scenariuszem do filmu futbolowego.</strong></p>
<p>Odłożyłem go na półkę, bo przez ostatnie dwa lata już wszyscy napisali scenariusze o piłce. Jak kurz po Euro opadnie, to może przyjdzie czas na powrót do tego projektu. Akcja filmu będzie trwać tyle co mecz. Jeden do jednego. Rozgrzewka, pierwsza połowa, przerwa, druga połowa i to, co doliczy sędzia.</p>
<p><strong>Jakby tak policzyć projekty filmowe, o których wspominałeś w ostatnich latach, to wyszłoby z dziesięć.</strong></p>
<p>Jestem zarobiony do Euro 2016 we Francji. A wy pewnie zaraz mi udowodnicie, że nawet dłużej.</p>
<p><strong>Postaramy się. Projekt piłkarski – raz. <em>Klara</em> &#8211; dwa. Teraz robisz <em>Drogówkę</em> &#8211; to trzy&#8230;</strong></p>
<p>Siedmiu gliniarzy, siedem dni i nocy, siedem grzechów głównych. Moją ambicją jest uczynienie z miasta ósmego bohatera filmu. Chciałbym sportretować Warszawę, zachowując ducha <em>Złego</em>.</p>
<p><strong>Miałeś go kręcić.</strong></p>
<p>Czytałem kilka scenariuszy na podstawie Tyrmanda. Zrobiłem szczegółową analizę powieści. Ale kiedy rzecz miała się finalizować, byłem już w <em>Róży</em> i nie miałem czasu. Skończyło się tym, że <em>Złego</em> ma kręcić Ksawery Żuławski. Uważam, że to idealny reżyser do tego projektu.</p>
<p><strong>Zgadzamy się z przedmówcą i liczymy dalej: film o UPA – cztery.</strong></p>
<p>Na razie tylko czytam o akcji Wisła, o Wołyniu. Zbieram materiały, ładuję dysk… Ale jak już powiedziałem, póki co mam dość filmów historycznych.</p>
<p><strong>Pięć &#8211; <em>Toksymia</em> na podstawie powieści Małgorzaty Rejmer. Sześć &#8211; <em>Pod mocnym aniołem</em> Jerzego Pilcha.</strong></p>
<p>Prawdopodobnie po <em>Drogówce</em> będę robił <em>Anioła</em>. Ale pieniędzy w wersalce jeszcze nie mamy. Pozornie powieść Pilcha wydaje się niefilmowa, ale znalazłem do niej klucz. Mam nadzieję, że główną rolę w tym filmie zagra Robert Więckiewicz.</p>
<p><strong>GROM – numer siedem na liście projektów.</strong></p>
<p>Początkowo to miał być serial. Dostałem zlecenie na 13 odcinków. Jako wzór stawiałem sobie <em>Kompanię braci</em>, czyli najlepszą rzecz w tej dziedzinie. Amerykanie zrobili 10 odcinków. Pomyślałem sobie, że skoro oni nie dźwignęli więcej, to tym bardziej my sobie nie poradzimy. Zdecydowaliśmy, że musi to być film fabularny. Napisałem scenariusz, ale w Polsce nie ma pieniędzy, żeby zrobić to tak, jak ja bym chciał.</p>
<p><strong>Podobno masz pomysły na dwa inne seriale. Osiem i dziewięć.</strong></p>
<p>Serial kryminalny jest w trakcie pisania. Każdy odcinek dzieje się gdzie indziej, także za granicą. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jednak nie wejdę w niego, jeżeli potencjalny producent będzie chciał potraktować go jak produkcję kiełbasy &#8211; czyli zwyczajowe 5 czy 6 dni na odcinek, bez względu na ilość scen akcji i przerzutów między obiektami. Drugi projekt serialowy uznaję za tajny.</p>
<p><strong>I numer dziesięć – film na podstawie <em>Warunku</em> Eustachego Rylskiego.</strong></p>
<p>Książką zaraził mnie Jacek Braciak. Postać Hoszowskiego (<em>jeden z głównych bohaterów powieści – przyp. red.)</em> jest napisana idealnie dla niego. Z panem Eustachym odbyłem bardzo fajną, krótką rozmowę. Powiedział mi, że próbował przerobić powieść na scenariusz. Nie dało się, więc powieść nie nadaje się do sfilmowania. Dziękuję. Do widzenia. Koniec rozmowy.</p>
<p><strong>Poczułeś się pewnie tak, jak niektórzy po rozmowie z tobą.</strong></p>
<p>Pan Eustachy sczyścił mnie zawodowo.</p>
<p><strong>Dawno temu sczyściłeś tak jednego z nas po projekcji <em>Małżowiny</em> w warszawskim kinie Kultura.</strong></p>
<p>Pewnie byłem w stresie, bo miałem wyjść przed ludzi. To było pierwsze takie doświadczenie w moim życiu. Nie chciałem pokazywać się tylko przed projekcją, jak to było ogólnie wtedy przyjęte, ale stanąć przed widzami po. I nie spodziewałem się, że mierzenie się z najróżniejszymi interpretacjami to taka odpowiedzialność. Przyjąłem tam na klatę mnóstwo dziwnych pytań i chyba jedyne czego chciałem, to jak najszybciej wyjść z kina po tym spotkaniu. Prawdopodobnie coś tam ci odburknąłem. Dobrze, że dzisiaj mam okazję przeprosić.</p>
<p><strong>Przeprosiny przyjęte. Co dziś myślisz o <em>Małżowinie</em>?</strong></p>
<p>To była moja szkoła filmowa. Opowiedzieliśmy tę historię w osiem dni w ramach budżetu Teatru Telewizji. W połowie zdjęć zrozumiałem, że muszę zajmować się Marcinem Świetlickim, a nie kadrowaniem. To wtedy w przyspieszonym tempie odbyłem drogę od operatora do reżysera. Jeszcze do <em>Małżowiny</em> myślałem, że można robić jedno i drugie. A dzisiaj robienie zdjęć mnie kompletnie nie interesuje, a w trakcie pracy nigdy nie wtrącam się w robotę operatora.</p>
<p><strong>Przed<em> Weselem</em> jednak zgłębiałeś „tajniki” tej roboty.</strong></p>
<p>Owszem, oglądałem wiele filmów z prawdziwych wesel. Nawet znalazłem gościa, który twierdził, że umie tak skamerować wesele, że potem nie trzeba go montować. Rzeczywiście miał na to patent: kręcił wesela z czterech kątów głównej sali. Trzymał jeden kadr, czasem tylko czułem, jak przechyla lufę, bo pokazywał więcej sufitu, no i mikrofon ściągał przełykanie. W kącie stał około piętnastu minut, a w tym czasie weselnicy tańczyli, chodzili, jedli, zmieniali swoje miejsca. I zawsze ktoś był bliżej kamery, a ktoś dalej. Każdy z gości jakoś się tam na tym filmie prędzej czy później musiał znaleźć. A potem zmiana rogu sali i znowu… Chyba nazywał się Jim Jarmusch (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Byłeś kiedyś weselnym operatorem?</strong></p>
<p>Tylko raz, kiedy metodą prania po gębie nie udało się ocucić kompletnie zalanego faceta, odpowiedzialnego za zdjęcia i filmowanie. Przyszła do mnie wtedy delegacja gości weselnych. Wiedzieli, że studiuję w szkole filmowej. Wziąłem sprzęt i zacząłem krążyć od stolika do stolika. Wiadomo, na filmie musieli być wszyscy. Z wszystkimi też trzeba się było napić. Po trzech stolikach i trzech dużych bombach przestraszyłem się, że za parę minut to mnie będą lać po gębie w wychodku. Jakoś jednak dałem radę.</p>
<p><strong>Na ilu weselach dobrze się bawiłeś?</strong></p>
<p>Chyba na jednym&#8230; Nieźle wybrnąłem wobec rodziny, przyjaciół i znajomych, co? Bo teraz każdy będzie myślał, że to właśnie na TYM weselu świetnie się bawiłem.</p>
<p><strong>Wódka według ciebie przyspiesza akcję filmu. Jaką rolę w takim razie mogą w nim pełnić inne używki?</strong></p>
<p>Zakłócenie ciągłości czasu? Ale ja jestem wychowany na wódce, na narkotykach się nie znam. Być może jeszcze dorosnę. I wtedy wszystko wam opowiem.</p>
<p><strong>To zabawne, że niektórzy nie wierzą, że robisz filmy z trzeźwymi ekipami.</strong></p>
<p>Wiecie, z ekipami to pewnie jest różnie. Ale aktorzy na planie są trzeźwi. A ponieważ są dodatkowo znawcami tematu, wiedzą, jak grać wiarygodnie. Na przykład Robert Więckiewicz potrafił do <em>Domu złego</em> spuchnąć. Szacunek.</p>
<p><strong>Mówiłeś, że w Polsce za komuny chlało się, a dziś już się tylko pije. Chlałeś kiedyś?</strong></p>
<p>Nie. Piję tak samo od przedszkola. Ani więcej, ani mniej. Pełen alkoholowy constans. Zmieniło się tylko moje postrzeganie osób nietrzeźwych. Za komuny ich nie rejestrowałem, a dziś zwracają moją uwagę. Szczególnie ci agresywni. Nie lubię agresji po alkoholu. Nie rozumiem jej. Ja po degustacji jestem delikatny i wrażliwy (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A wszelkie zło wyczuwasz intuicyjnie.</strong></p>
<p>Myślę o nim, gdy patrzę na moich synów. Zastanawiam się, w co mogę ich wyposażyć, żeby życie ich nie zjadło. Zaczynam od języka angielskiego, ale potem są: granaty, broń palna, karate, kung-fu, siekiero-młot i tak dalej. Podstawowe umiejętności i rzeczy potrzebne po to, żeby bezpiecznie wyjść na ulicę.</p>
<p><strong>„Moje dzieci mnie uzasadniają”. W jaki sposób?</strong></p>
<p>Chociażby w taki, że jeśli nie uda mi się film, to nie popadnę w depresję, bo robienie filmów nie jest dla mnie najważniejsze na świecie. Przychodzę do domu i widzę ważniejsze rzeczy. Nie przychodzę i też je widzę.</p>
<p><strong>Czy synowie (<em>jeden ma sześć, a drugi dziewięć lat – przyp. aut.</em>) mogą oglądać twoje filmy?</strong></p>
<p>A jak myślicie? (<em>śmiech</em>). Oni mają to gdzieś. Mają ważniejsze tematy: Wojny Klonów, Bionicle i Transformersy. Niedawno jeden z nich na pytanie, kim jest tata, odpowiedział, że  „oficerem”, bo to podobne słowo do „reżyserem”.</p>
<p><strong>Może intuicyjnie wyczuwają, że jesteś reżyserem specyficznym. Lubisz łamać filmowe reguły. Twoi bohaterowie są niezłomni, a ich postawy nie ewoluują, nawet w obliczu najbardziej dramatycznych konfliktów.</strong></p>
<p>W przypadku <em>Róży</em> i bohatera kreowanego przez Marcina Dorocińskiego chyba rzeczywiście tak jest.</p>
<p><strong>Ten schemat widać także w poprzednich twoich filmach. Stawiasz pośrodku bohatera, który dla reszty postaci jest jak słońce. Planety wciąż zmieniają swoje położenie, a nawet się zderzają. Ale główny bohater do końca pozostaje taki sam.</strong></p>
<p>W ten sposób postrzegacie też Wojnara z <em>Wesela</em> i Środonia z <em>Domu złego</em>? Ciekawe. Nigdy tak nie myślałem. Wbrew pozorom staram się przestrzegać reguł sztuki. Pisząc scenariusz zwracam uwagę na mocne punkty i staram się, aby te zdarzenia zmieniały coś w postaciach. Nie podchodzę jednak do tego po niemiecku &#8211; że tak być musi i koniec. Działam intuicyjnie. Niewykluczone więc, że macie rację.</p>
<p><strong>W<em> Róży</em> centralnym punktem odniesienia jest bohater, ale także miejsce akcji.</strong></p>
<p>Od początku wyobrażałem sobie, że będziemy kręcić w starym mazurskim domu, położonym nad wodą. Nie udało się takiego znaleźć. Kiedy już musieliśmy zrezygnować z kręcenia nad samym jeziorem, wyszukaliśmy obejście składające się z czterech, ustawionych prostopadle, budynków. Ten obiekt właściwie wymusił na nas myślenie o gospodarstwie Róży jako o arenie.</p>
<p><strong>Na której wciąż pojawiają się nowi gladiatorzy i co i rusz rozgrywa się walka o życie.</strong></p>
<p>Czyli jednak udało się nakręcić kino rozrywkowe (śmiech).</p>
<p><strong>Tak rozrywkowe, że aż dziąsła bolą.</strong></p>
<p>Bardzo mi miło.</p>
<p><strong>Czy od samego początku zamierzałeś w finale <em>Róży</em> pokazać Marcina Dorocińskiego jako Jezusa Chrystusa?</strong></p>
<p>Prawda jest taka, że każdy może interpretować film, jak chce. Wy również. Marcin powiedział, że czuł się jak Mojżesz. Taka interpretacja podoba mi się bardziej.</p>
<p><strong>Zawsze pojawiasz się w swoich filmach. W <em>Róży</em> cię jednak nie dostrzegliśmy.</strong></p>
<p>Musicie obejrzeć jeszcze raz.</p>
<p><strong>Miałeś kiedyś kontakt ze szpitalem psychiatrycznym?</strong></p>
<p>Tylko dokumentacyjnie. Przy okazji <em>Kuracji</em> (<em>telewizyjny spektakl sprzed 10 lat – przyp. red.</em>). A co? Wyglądam na świra?</p>
<p><strong>Nie, ale w jednym z wywiadów stwierdziłeś, że po <em>Róży k</em>orzystałeś z pomocy psychiatry.</strong></p>
<p>Ściemniam tak po każdym filmie. Brzmi poważnie i artystycznie (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kiedyś wątpiłeś w swoją artystyczną drogę. Nawet wyjechałeś z Polski, żeby pracować fizycznie.</strong></p>
<p>Przez pół roku pracowałem na campingu w Niemczech. To były ważne wakacje dla mojej głowy. Za dużo nie kombinujesz, nie zadręczasz się myśleniem nad scenariuszem, szuflujesz łopatą, a po fajrancie możesz robić cokolwiek. Malowałem tam krasnoludy z drewna, byłem barmanem, kierowcą busa-ogórka oraz kładłem papę z mordercą Zoranem.</p>
<p><strong>Na szczęście jakoś przeżyłeś.</strong></p>
<p>Pewnego dnia, kiedy kładliśmy tę papę, na camping przyjechała policja. Właściciele błyskawicznie schowali nas do małej komórki. Przez szpary między deskami patrzyliśmy, jak policjanci przeszukują teren. Zoran, Serb z twarzą jak pogięte wiadro, niemiłosiernie pocił się ze strachu. Nie mogłem zakumać, dlaczego on się boi bardziej ode mnie, bo to ja tam pracowałem na czarno, a nie on. Później się dowiedziałem, że gliniarze nie szukali nielegalnych pracowników, tylko właśnie Zorana, bo kogoś zarżnął. Tego dnia go jednak nie złapali, więc mogliśmy dokończyć papę.</p>
<p><strong>Kiedy to było?</strong></p>
<p>Niedługo po szkole filmowej. Wróciłem z „dojczemarkami”, żeby wynająć mieszkanie w nietanim mieście Warszawa. Dałem sobie czas, żeby poszukać pracy. Łatwo nie było, ale w końcu zacząłem się utrzymywać jako operator. Kręciłem teledyski i próbowałem zadebiutować, ale w tamtym czasie cały budżet na kinematografię pochłaniały Gulczasy i Wiedźminy. Zrobiłem <em>Małżowinę</em> i <em>Kurację</em> dla Teatru Telewizji, dostałem kilka nagród i przestałem być anonimowy dla decydentów. Zmieniły się też trochę czasy. Ktoś się wreszcie zorientował, że dawanie państwowych pieniędzy wyłącznie na gówniane superprodukcje, to ślepa uliczka dla polskiego kina. Pojawiły się pierwsze możliwości.</p>
<p><strong>Teraz już chyba nie masz problemów z szukaniem pieniędzy na filmy?</strong></p>
<p>Nie chcę narzekać, bo jest łatwiej. Mimo to, wciąż nie mam komfortu pracy. Każdy projekt to walka z brakiem pieniędzy.</p>
<p><strong>Zawiesiłeś poprzeczkę bardzo wysoko. Nie boisz się obniżki formy?</strong></p>
<p>Jestem psychicznie przygotowany na porażkę. Przynajmniej tak mi się wydaje. To naturalne, że kiedyś się potknę.</p>
<p><strong>Niektórzy już pewnie zacierają ręce.</strong></p>
<p>Nie myślę o tym i z nikim się nie ścigam. To nie sport. Chcę tylko, by moje filmy kogoś obchodziły. Jeżeli ludzie głosują nogami, jestem zadowolony. Nagrody na festiwalach interesują mnie znacznie mniej. Zresztą może tak mówię, bo je mam? Podobnie jest ze szkołą filmową. Twierdzę, że niewiele mi dała, bo ją skończyłem. Być może, gdy zrobię film, którego nikt nie zauważy, wszystko będę musiał przewartościować.</p>
<p><strong>Zastanawiamy się, jak przewartościowałbyś sesję w PLAYBOYU.</strong></p>
<p>Przede wszystkim to ja musiałbym wybierać modelki. Jakieś perwersyjne owce, dzikie kozy, rozwalona niedbale krowa&#8230; Szukałbym raczej w takich rejonach. Ale szczerze mówiąc nie interesują mnie takie propozycje. Nie mam czasu, ochoty, a finansowo raczej bym się nie nachapał (<em>śmiech)</em>. Wolę poczytać książkę. Chociaż ostatnio mam problem &#8211; czego nie wezmę, to prędzej czy później, szufladkuję jako pomysł na film. Kończy się czytanie dla przyjemności, a zaczyna się praca.</p>
<p><strong>Powiedziałeś kiedyś, że starasz się być ateistą, co jest bardzo trudne.</strong></p>
<p>I że ze wszystkich sił próbuję wierzyć w wielki wybuch i ewolucję. Jak zacznę ten wątek rozwijać, stanie się nijaki. Nazwane, nie istnieje. A jeżeli chodzi o pośredników, to oczywiście mam w sobie antyklerykalny ładunek i wkurzają mnie krzyże w szkołach. I nie rozumiem, dlaczego ksiądz, który zgwałcił dziecko, nie idzie do pierdla, tylko jest wysyłany na placówkę do Afryki. Jednak to nie z tych powodów staram się być ateistą.</p>
<p><strong>I jak ci idzie?</strong></p>
<p>Wciąż tak samo.</p>
<p><strong>Ty w ogóle lubisz constans.</strong></p>
<p>Zgadza się. Moje życie jest punktualne.</p>
<p><strong>I anonimowe. Czy jesteś chociaż mylony z kimś znanym?</strong></p>
<p>(<em>Wojtek na chwilę zdejmuje czapkę baseballówkę</em>). Parę lat temu z Fabienem Barthezem (<em>śmiech</em>). A tak na poważnie, to odpowiada mi sytuacja, że jestem po tej drugiej stronie kamery, że nikt nie wie, kim jestem. Chociaż jeszcze jeden, dwa takie wywiady i się skończy.</p>
<p><strong>Nikt też nie wie, które reklamy wyszły spod twojej ręki. Co, poza anonimową kasą, daje ci ta praca?</strong></p>
<p>Możliwość obcowania z nowinkami technologicznymi. Sprawdzam nowe kamery, filtry, przyglądam się efektom specjalnym. Wszystko pod kątem swoich autorskich projektów. Poza tym mam kontakt z białym człowiekiem. Naprawdę nie robię reklam za karę.</p>
<p><strong>Twoja ulubiona reklama?</strong></p>
<p>Ostatnio Old Spice &#8211; „siedzę na koniu”. Niezła. I niestety nie moja.</p>
<p><strong>A co ci dały seriale?</strong></p>
<p>Tylko i wyłącznie poczucie, że można nakręcić 19 scen dziennie. Oskara raczej za nie nie będzie, ale można. Seriale zajmują zbyt dużo czasu. Dlatego przerzuciłem się na reklamy. Praca jest intensywniejsza, ale za to krótsza. Zupełnie jak nasza rozmowa.</p>
<p><strong>Rozumiemy, że czas kończyć.</strong></p>
<p>To zadziwiające, ale jakoś was przeżyłem. A przecież&#8230; nienawidzę wywiadów (<em>śmiech).</em></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Szmacenie się jest ponadczasowe. Zmieniły się tylko możliwości i mechanizmy. W końcu dziś mamy PZPN.</p>
<p>Zastanawiam się, czy jest na rynku miejsce dla filmów pogrzebowych. Z drugiej strony nie ma w nich na pewno takiego wypierdu jak w ślubnych.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/wojciech-smarzowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Olaf Lubaszenko</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 31 Jan 2012 19:06:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Lubaszenko Olaf]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3316</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 01, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Georgiew &#8211; Z góry ostrzegam. Cierpię na konieczność dygresji. Kiedyś słynął pan raczej z krótkich i dosadnych wypowiedzi. Niestety w moim przekonaniu były nie tylko krótkie i dosadne, ale także błyskotliwe. Na szczęście zupełnie z tego zrezygnowałem. Teraz zwykle czuję przemożną potrzebę odejścia [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3322"><img class="alignleft size-full wp-image-3322" title="Olaf-Lubaszenko" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/01/Olaf-Lubaszenko.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 01, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Z góry ostrzegam. Cierpię na konieczność dygresji.</p>
<p><strong>Kiedyś słynął pan raczej z krótkich i dosadnych wypowiedzi.</strong></p>
<p>Niestety w moim przekonaniu były nie tylko krótkie i dosadne, ale także błyskotliwe. Na szczęście zupełnie z tego zrezygnowałem. Teraz zwykle czuję przemożną potrzebę odejścia od tematu. Wniosek jest taki, że albo wtedy nie byłem sobą, albo nie jestem sobą dzisiaj.</p>
<p><strong>Którego siebie pan woli?</strong></p>
<p>Zachowałbym fizyczność sprzed lat, ale osobowość wolę dzisiejszą. Z takiego połączenia prawdopodobnie powstałby Frankenstein. A tak na poważnie, to dziś jestem kompletnie innym człowiekiem. Siebie młodego postrzegam jako zupełnie obcą osobę.</p>
<p><strong>Pańska ulubiona powieść to <em>Idiota</em> Dostojewskiego. Z którym bohaterem utożsamiał się pan, czytając ją jako zupełnie inna osoba, a z którą utożsamia się teraz?</strong></p>
<p>Ciekawe pytanie. Myślę jednak, że genialność tej książki polega na tym, że książę Myszkin i Rogożyn to dwie połówki tego samego człowieka. Każdy z nas nosi ich w sobie. Każdy jest czasem bardziej jednym, a kiedy indziej bardziej drugim. Z pozoru oczywiście lepiej być Myszkinem, ale to wcale nie jest łatwy wybór. Istotą wielkiej literatury jest to, że ona nie daje odpowiedzi, tylko stawia pytania.</p>
<p><strong>Marzył pan o nakręceniu <em>Idioty</em>. Stawiamy więc pytanie – kiedy?</strong></p>
<p>Trzeba mieć nie lada mózg i być pewnym swojej mądrości, żeby podjąć się takiego wyzwania. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę na tyle pewny siebie. Na razie na głowie mam <em>Sztos 2.</em></p>
<p><strong>Do zagrania w nim epizodu zatrudnił pan naszego naczelnego. Jakim jest aktorem?</strong></p>
<p>Zaskakująco sprawnym. Oczywiście między umiejętnościami waszego naczelnego a zawodowym aktorstwem jest przepaść. Niemniej jednak jego kapitałem jest intelekt i pewne dziedzictwo kulturowe. W aktorstwie to sprawy nie bez znaczenia.</p>
<p><strong>Zaskoczył nas pan. Marcin wydaje się nam co nieco drewniany.</strong></p>
<p>Zawsze ceniłem w aktorach osobowość, nawet jeśli jest trochę drewniana (<em>śmiech</em>). Kamera ma to do siebie, że bezlitośnie odsłania pustkę w oczach. A Marcin nie ma tam pustki. Dlatego, moim zdaniem, dobrze wywiązał się z zadania. Także z zadania castingowego, które mu powierzyłem. Dobrał sobie za kompanów &#8211; więźniów politycznych – redaktorów: Andrzeja Morozowskiego i Jana Wróbla. Przyznam, że bardzo trafnie.</p>
<p><strong>Czy epizodyczną rolę gra też jakiś mafioso (<em>w </em>Sztosie<em> pojawia się na chwilę, nieżyjący już, gangster Nikoś – przyp. red.</em>)?</strong></p>
<p>To dla mnie bolesny temat. Miałem później trudne rozmowy z samym sobą. Na swoje usprawiedliwienie mogę mieć tylko to, że w tamtych czasach nie mieliśmy takiej świadomości jak dzisiaj, umiejętności oceny, co jest dobre, a co złe. Nie chcę się jednak tanio tłumaczyć. To było głupie. Mój błąd, chociaż pomysł nie mój.</p>
<p><strong>Pierwszy <em>Sztos</em> w zamyśle był nostalgiczną opowieścią o latach 70., a wyszła komedia. Czym jest drugi <em>Sztos</em> w zamyśle, a czym się okaże?</strong></p>
<p>Trudno z nostalgią wracać do stanu wojennego. A to właśnie w tych latach rozgrywa się akcja. Oczywiście przed komediowością nie chciałbym uciec, mam jednak nadzieję, że udało się także ocalić poważny ton opowiadania o tamtych czasach. Chciałbym, żeby ten film był dla młodych ludzi swego rodzaju obrazem historycznym.</p>
<p><strong>W „dwójce” podobno mniej przeklinacie. Niektórzy będą zawiedzeni.</strong></p>
<p>To prawda, z ekranu nie leci już takie mięcho. A propos tego tematu, muszę wam coś opowiedzieć. W jednej z pierwszych scen<em> Sztosu</em> jest długie ujęcie, kiedy kamera przejeżdża przez bar, panoramuje cały lokal, pokazuje parkiet – dziś powiedziałoby się dancefloor -  i wreszcie dojeżdża do stolika, przy którym siedzi Janek Nowicki. Robiliśmy to w takiej technologii, że nie miałem odsłuchu, a jedynie podgląd – co jest istotne dla tej opowieści. Jeden z występujących w tej scenie kolegów miał przy barze stać z kobietą i przed ujęciem zapytał mnie, co ma właściwie robić. Na co ja odparłem, że może być na nią lekko zdenerwowany, ale generalnie mają prowadzić neutralną, partnerską rozmowę. Po dwóch miesiącach, na pierwszej projekcji z dźwiękiem, oglądam przejazd kamery przez lokal i słyszę, jak kolega prowadzi neutralną rozmowę z kobietą, wrzeszcząc na całe gardło: „Wyjebać ci w kły?!”. Skamieniałem. Było już zdecydowanie za późno, żeby cokolwiek z tym zrobić. Ten tekst ustawił odbiór filmu (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Myśli pan już o „trójce”?</strong></p>
<p>Nie nazywam tego w ten sposób, ale uważam, że taki film jest potrzebny&#8230; (<em>Nagle dzwoni komórka jednego z gości w restauracji. Sygnałem jest motyw muzyczny z </em>Ojca chrzestnego<em>)</em> Właśnie o tym chciałbym opowiedzieć.</p>
<p><strong>O prawdziwej polskiej mafii?</strong></p>
<p>Nie wiem, czy u nas taka w ogóle była. Czy prawdziwa mafia miała szansę zaistnieć. Pominęliśmy kilka etapów historycznych. W Ameryce mafia kształtowała się przez dziesięciolecia. U nas amerykańskie lata 20. i 30. odbyły się w ekspresowym tempie – dwóch, może trzech lat. I właśnie o tym czasie chciałbym nakręcić film. „Jedynka” opowiadała o latach 70., „dwójka” jest o stanie wojennym, a „trójka” powinna być o przełomie ustrojowym, czyli mniej więcej o latach 1989-1991. W ten sposób powstałaby trylogia. Mam poczucie, że zrobienie takiego filmu jest dziejową koniecznością. Perspektywa 20 lat to dobry dystans, żeby obiektywnie spojrzeć na tamte czasy.</p>
<p><em><strong>Chłopcy z ferajny?</strong></em></p>
<p>Ale po naszemu i jak najdalej od stylistyki tamtego filmu. Bo <em>Chłopcy z ferajny</em> nie sprawdzą się w przaśnym świecie podwarszawskich miejscowości. Robiąc <em>Ojca Chrzestnego</em> w Milanówku, Grodzisku czy Brwinowie można się tylko wygłupić. Trzeba stosować odpowiednie narzędzia, pasujące do miejsca i epoki.</p>
<p><strong>Czytał pan już recenzje „trójki”?</strong></p>
<p>Na razie tylko „dwójki”. Żyjemy w Polsce, więc jeszcze przed premierą wiadomo, że film jest do niczego (<em>rozmawialiśmy prawie dwa miesiące przed premierą – przyp. aut.</em>). Myślę, że po naszej rozmowie pojawią się i recenzje „trójki”. Tradycyjnie nie należy się spodziewać niczego dobrego.</p>
<p><strong>Już się pan uodpornił?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć. Najbardziej jednak żałuję, że nie ma u nas recenzji na poziomie merytorycznym, w stylu „New York Times’a”. Pisanych przez fachowców, którzy zgłaszają konkretne zastrzeżenia. W Polsce recenzje filmowe sprowadzają się do dwóch modeli. Albo jest to niczym nieuzasadniona pochwała, zostawiająca cień podejrzenia, że stoi za tym umowa między korporacją medialną a dystrybutorami filmu, albo jest to pełna pogardy dezaprobata, bez żadnych wyjaśnień. Na zasadzie „chujowe, bo chujowe” albo jeszcze lepiej &#8211; „chujowe, bo to chuj reżyserował”. To boli, bo wkładamy w naszą pracę tyle samo serca i wysiłku, co twórcy ambitnego kina festiwalowego.</p>
<p><strong>Za pańskim filmem nie stoi żadna telewizja.</strong></p>
<p>W ten sposób dotykamy zagadnienia wąskiego kręgu celebrytów i ich powiązań korporacyjnych. Każda korporacja medialna ma dzisiaj swoje gwiazdy i zajmuje się wyłącznie ich promocją. W ten sposób powstaje zamknięty układ pokarmowy. Dlaczego o tym głośno mówię? Bo jestem outsiderem. Wybrałem trudną drogę &#8211; drogę samuraja. Nigdy nie potrafiłem zadbać o odpowiednie nagłośnienie własnych sukcesów. Było to dla mnie czymś zawstydzającym. A mówienie o tym uważałem za absolutnie niedopuszczalne, sprzeczne z prywatnym kodeksem postępowania. Taka postawa z pewnością nie pomaga w tak zwanej karierze. Jednak nie byłem i nie będę własnym PR-owcem. Nie pociąga mnie bycie na pierwszym planie, w świetle fleszy. Myślę, że jestem stuprocentową antygwiazdą.</p>
<p><strong>A może jest pan po prostu za dobrze wychowany?</strong></p>
<p>A można tak? Nie wiedziałem (<em>śmiech</em>). Ale faktycznie chyba jestem za grzeczny. W myśleniu, tworzeniu, we wszystkim. Jakoś zawsze bliżej mi było do klasyki niż do koloru i krzyku. Ale przede wszystkim najbardziej cenię sobie niezależność. Warto zaapelować do widzów, którzy to szanują. Jestem dumny ze swojej niezależności, choć to niełatwe i nie przysparza materialnych korzyści.</p>
<p><strong>Porozmawiajmy więc o korzyściach duchowych. Pamięta pan swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Oczywiście. Na rozkładówce była Erika Eleniak (<em>amerykańska aktorka znana m. in. ze </em>Słonecznego patrolu<em> &#8211; przyp. red.</em>). O dziwo, znalazłem ten numer w mieszkaniu moich dziadków. Co tam robił, nie mam pojęcia. Pamiętam, że spędziliśmy z Eriką kilka miłych wieczorów. Nie wiem jednak, co dzisiaj u niej słychać. Nie dzwoni, nie pisze. Straciliśmy kontakt.</p>
<p><strong>Jak by pan zareagował, gdybyśmy zaproponowali sesję pańskiej córce?</strong></p>
<p>Robi się coraz ciekawiej&#8230; (<em>odchrząknięcie, potem dłuższa pauza, po której następuje trawestacja cytatu z </em>Misia). Rozkładówka w PLAYBOYU może i ma swoje plusy. Ale chodzi zasadniczo o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów (<em>śmiech</em>). Marianna jest już pełnoletnia i podejmuje decyzje samodzielnie. Gdybym jednak mógł jej coś doradzić, to powiedziałbym, że to nie jest rzecz dla bardzo, bardzo młodych kobiet. Warto najpierw nieco okrzepnąć w życiu, w swoim zawodzie, w miłości. Chodzi mi o to, że mając lat dwadzieścia parę, a nie naście, można taką decyzję podjąć bardziej świadomie.</p>
<p><strong>Czy Marianna będzie aktorką?</strong></p>
<p>Zobaczymy. Nie mam zamiaru zachęcać jej do wykonywania tego zawodu. Cena za uprawianie aktorstwa jest ogromna &#8211; możecie mi wierzyć na słowo. Trudno ją opisać. To są koszty psychiczne, których nie da się zmierzyć.</p>
<p><strong>Pańskie pobyty w klasztorze w Tyńcu związane są właśnie z tymi kosztami?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć. Moje życie bywa bardzo chaotyczne. W celi klasztornej intensywnie poszukiwałem porządku. Bo bez porządku nie da się osiągnąć harmonii. Z mojego punktu widzenia siłą najbardziej destrukcyjną w życiu jest chaos. On zabija powoli, niezauważalnie, ale bardzo skutecznie. Z chaosem trzeba walczyć. Ja tę walkę kilka razy podjąłem w klasztornym rygorze: pobudka zawsze o piątej rano, kolacja zawsze o 17.45. W  tym rytmie opactwo żyje od 800 lat. Już sama świadomość tego wpływa na człowieka kojąco. Te same godziny posiłków i nabożeństw. A do tego praca fizyczna.</p>
<p><strong>Co panu przypada w udziale?</strong></p>
<p>Na ogół kuchnia, np. rozlewanie konfitur do słoików. Bardzo przyjemna praca.</p>
<p><strong>W coraz popularniejszym miejscu. Wielu aktorów odwiedza Tyniec.</strong></p>
<p>I to jest pewien problem. Życzę ojcom Benedyktynom, żeby znaleźli właściwe proporcje między uzasadnioną komercją a spokojem.</p>
<p><strong>Pan nie miał spokoju od dziecka. Jakim cudem, mając 13 lat, znalazł się pan w obsadzie <em>Życia Kamila Kuranta</em>?</strong></p>
<p>Byłem zwycięzcą jednego z konkursów recytatorskich. Dzięki temu dostałem się na casting, który wygrałem. Mama była raczej niechętna, a ojciec dowiedział się o moim debiucie, dopiero gdy zobaczył mnie w telewizji. Wbrew obiegowym opiniom, mój aktorski start był przypadkowy i nie miał związku ze środowiskowymi koneksjami. Mam mieszane uczucia w tej sprawie. Powstał piękny serial, ale i tak wspominam to jako smutną decyzję, która za bardzo wpłynęła na moje przyszłe życie. Pewnie gdybym wtedy nie zagrał, nie zostałbym aktorem.</p>
<p><strong>I nikt nie mówiłby o panu &#8211; „chłopiec o pięknym, niskim głosie”.</strong></p>
<p>Walczyłem z tym zajadle. Uczyłem się mówić wyżej, ponieważ wydawało mi się, że niski głos jest manieryczny i narcystyczny, po prostu zbyt aktorski. Wykonałem dużą pracę, żeby wydawać wyższe dźwięki.</p>
<p><strong>Chłopiec z rodziny aktorskiej nie miał żadnych, mówiących teatralnym basem, autorytetów?</strong></p>
<p>Aktorskich żadnych. Wychowałem się wśród aktorów i nikt nie robił na mnie wrażenia. Wolałem Marka Knopflera, Darka Dziekanowskiego i piłkarską reprezentację Danii z czasów ich Mistrzostwa Europy.</p>
<p><strong>Skoro pan zaczął&#8230; Kto wygra „nasze” Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Czuję, że Niemcy. Z radością zdobędą tytuł Mistrza Europy na polskiej ziemi.</p>
<p><strong>Cztery lata – między rokiem 1983 a 1987 &#8211; grał pan w piłkę w  juniorach Legii. Co się stało z tą karierą?</strong></p>
<p>Grałem to za dużo powiedziane. Raczej kopałem się w czoło. Mam legitymację klubową, więc jest i dowód. Z tamtego młodzieżowego składu nikt się nie przebił do seniorów. Ja również. Byłem zawsze na środku napaści albo na mózgu, czyli w środku pomocy. Niestety miałem „słabe widzenie pola” i marne predyspozycje fizyczne: ani wydolności, ani szybkości. Nogi nawet były w porządku, ale nic poza tym. I jeszcze czegoś nie miałem – sportowej inteligencji. To naprawdę wyjątkowa umiejętność, której nie da się nauczyć.</p>
<p><strong>Ale trenerki już można. To ponoć jedno z pańskich marzeń – zostać trenerem piłkarskim.</strong></p>
<p>Całe życie mam wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu. A na stadionie, treningu, czy w studiu pomeczowym, generalnie w środowisku piłkarskim, czuję się znakomicie, pewnie i spokojnie. Szczęśliwie mam maturę, więc mogę podjąć naukę na kierunku trenerskim. I naprawdę zamierzam to zrobić. Dwa lata pasjonujących studiów, a potem ile radości. Myślę, że wezmę się za to po Mistrzostwach Europy.</p>
<p><strong>Polski Mourinho?</strong></p>
<p>Mam te same, zresztą niezmiernie rzadkie, inicjały co Orest Lenczyk. Mourinho to doskonały trener, ale irytuje mnie jego dbałość o wizerunek. Nie lubię takiego podejścia, choć chciałbym dobitnie zaznaczyć, że do Walerego Łobanowskiego również jest mi niezmiernie daleko. Najbardziej chyba cenię Guusa Hiddinka.</p>
<p><strong>Kogo pan chciałby trenować?</strong></p>
<p>Młodzież w Legii, a jak Bóg da, to potem pewnie Zagłębie Sosnowiec, albo Pogoń Szczecin. Inne kluby z racji tego, że nie przyjaźnią się specjalnie z Legią, raczej nie wchodzą w grę. To tak na początek mojej wielkiej kariery trenerskiej (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A co z pana wielką karierą komentatorską?</strong></p>
<p>Musicie to przypominać? To był koszmar. Jakieś 15 lat temu w TVP 2 komentowałem mecz Amica Wronki &#8211; Legia Warszawa. Miałem być sam, ale gdy wyczułem, że wszystko zaczyna się wymykać z rąk, poprosiłem o pomoc Jacka Laskowskiego. Bycie odpowiedzialnym za to, żeby w trakcie meczu nie było ciszy w komentarzu, jest bardzo stresujące. Trzeba mieć wielką odporność psychiczną, żeby nie wpaść w panikę. Ja w nią wpadłem i natychmiast zacząłem się plątać. Dodatkowo moją ambicją było to, żeby nie komentować, tak jak Szpakowski, bo ten rodzaj komentarza wydawał mi się okropny. Po pięciu minutach zacząłem mówić tak jak on, używałem tych samych zdań i formułek, tyle, że trzy razy gorzej, wolniej i nie wtedy, kiedy trzeba. Nabrałem trwałej pokory i szacunku dla tej profesji.</p>
<p><strong>Pamięta pan swój pierwszy kontakt z piłką?</strong></p>
<p>To obrazek z Mistrzostw Świata w Argentynie: świętej pamięci Kazimierz Deyna nie strzela gospodarzom rzutu karnego. To mnie naznaczyło na resztę życia. Kiedy sam mam strzelać karnego, to jestem zlany zimnym potem. Kiedy oglądam karnego drużyny narodowej, jestem pełen jak najgorszych obaw. Nie potrafię się tego pozbyć. A Kazimierza Deynę wielbię do dziś. To jedna z najciekawszych postaci futbolu. Z opowieści ludzi, którzy go dobrze znali, wynika, że Deyna był naturalnym liderem, całkowicie jednak pozbawionym klasycznych cech przywódczych. Czyli musiał mieć jakieś inne cechy, które przyciągały do niego ludzi. Andrzej Strejlau opowiadał mi, jak grę Deyny obserwowało się z ławki. Często trenerzy wściekali się na niego i dopiero kiedy zagrywał piłkę, rozumieli, jaki był jego pierwotny zamysł i dostrzegali ten geniusz. Deyna postępował zupełnie nieszablonowo. W jego tragicznej historii jest ogromny potencjał, może z tego powstać naprawdę duży film.</p>
<p><strong>Pan powinien być jego reżyserem.</strong></p>
<p>Z wielką chęcią. Proszę ogłosić, że czekam na scenariusze. Problemem może być tylko termin realizacji. Sam się dziwię, ile rzeczy zrobiłem w trakcie swojego krótkiego życia, bo dobrze znam siebie i wiem, jak trudno mi się przełamać, żeby zacząć coś nowego. Ciężko się zbieram, długo się rozpędzam. Popatrzcie na mnie. Jestem Jumbo Jetem i potrzebuję dłuższego pasa startowego niż mały samolocik.</p>
<p><strong>No właśnie, a jeszcze parę lat temu nie był pan nawet Embraerem.</strong></p>
<p>Więcej się nas zrobiło, Polaków. Nie da się ukryć. Stało się to nagle, z dnia na dzień. Położyłem się spać szczupły, a wstałem otłuszczony.</p>
<p><strong>Prawie jak u Kafki.</strong></p>
<p>To dobre porównanie, choć komentarze a propos mojej sylwetki powodują, że czuję się raczej jak bohater <em>Procesu</em>, a nie <em>Przemiany</em>. Uważam, że wypowiadanie się na temat czyjejś tuszy, wagi lub urody jest nietaktowne i chamskie. W Wielkiej Brytanii, na której w paru kwestiach powinniśmy się wzorować, jest to nie do pomyślenia.</p>
<p><strong>Z czego wynikają takie komentarze?</strong></p>
<p>Z braku refleksji, który jest bliskim krewnym braku empatii. Innymi słowy z niewrażliwości, a tego nie poważam i nie lubię.</p>
<p><strong>A swoje imiona – Olaf i Sergiusz pan lubi?</strong></p>
<p>Przyzwyczaiłem się. Ale nadal uważam, że są wydumane. Dla dziecka były obciążające. Z Olafa na przykład dzieciaki się śmiały. Byłem obiektem drwin i szyderstw. Ale tylko do 1982 roku, kiedy Olaf Ludwig wygrał Wyścig Pokoju. Wstyd się przyznać, ale przez pewien czas musiałem kibicować enerdowskiemu kolarzowi.</p>
<p><strong>Nie miał pan żadnych ksywek?</strong></p>
<p>Olaf brzmiał jak ksywka. Czasem pojawiał się Lubaszka. A już w późniejszych czasach powstał Olo.</p>
<p><strong>Urodził się pan we Wrocławiu&#8230;</strong></p>
<p>Mieszkaliśmy tam sześć lat. Ale jedyne, co pamiętam to szpital. Byłem tak zwanym chorowitym dzieckiem. Następnie mieszkaliśmy pół roku w Jeleniej Górze i rok w Białymstoku. Potem była już Warszawa. I tak jest do dziś.</p>
<p><strong>Czyli poważne randki zaliczył pan dopiero w stolicy.</strong></p>
<p>Pierwszy raz trzymałem za cycki na Targówku. Piersi na pewno były piękniejsze od dzielnicy, w której mi się ukazały. Biust ładny, tyle że alkohol podły – półsłodkie winko patykiem pisane. Słuchaliśmy Perfectu, a dokładnie utworu o wiele znaczącym i determinującym stosunki damsko-męskie tytule: <em>Niewiele ci mogę dać.</em> Moje pierwsze doświadczenia seksualne upływały pod auspicjami tego nagrania. Jeszcze raz chciałbym jednak dobitnie zaznaczyć – mimo kryzysu i komuny PIERSI BYŁY NAPRAWDĘ WIĘCEJ NIŻ W PORZĄDKU.</p>
<p><strong>Damy tę sentencję kapitalikami.</strong></p>
<p>Bardzo dziękuję. Te czasy pod kątem estetyczno-dietetycznym nie były ciekawe. Miałem wtedy najwięcej zdrowia i zapału do picia wódki. Szkoda tylko, że ta wódka była najgorsza w dziejach Polski. Bałtycka, Vistula&#8230; aż mi się cofa. Hardcorowe doświadczenia dla żołądka. Znacie ten smutny, desperacki żart z tamtych czasów? Jeden facet mówi do drugiego: „Piję tylko Vistulę”. „Dlaczego?”. „Bo ma, kurwa, dużo mikroelementów”. Jest mi bardzo przykro, że teraz kiedy są tak wspaniałe alkohole i tak wspaniałe lokale, zdrowie już nie pozwala na ucztowanie jak kiedyś. To trochę jak w tej słynnej anegdocie Jana Nowickiego, jednego z moich mistrzów: „Zobaczcie, teraz kiedy jestem w takim momencie mojej kariery aktorskiej, kiedy mam wszystko poukładane w głowie, mam taką technikę i wiedzę, że mogę zagrać każdą rolę bez przygotowania, po prostu z kartek, &#8230;to już nie te oczy”. Ja tak mam z piciem wódki. Wiem, jak to się robi, wiem co należy jeść i w jakiej kolejności. Co z tego, kiedy zdrowie już nie to. Za komuny królowała niestety ciepła wódka z ciepłą cytronetą, a w sytuacjach ekskluzywnych zamiast cytronety pojawiał się Ptyś. Do tego ciepłe piwo. Wszystko musiało być ciepłe. Poza tym nieświeże jedzenie. Ohyda.</p>
<p><strong>Czasami jednak można było zaszaleć w Peweksie.</strong></p>
<p>Szaleliśmy. Kupowaliśmy brandy Napoleon za dolara i trzydzieści pięć centów. Nie byliśmy specjalnie wyedukowani, więc piliśmy go wymieszanego z&#8230; cytronetą. Chryste Panie, aż mi się słabo zrobiło&#8230; Ale za to ludzie byli bliżej siebie. Coś za coś. Sposób integracji, sposób skupienia się na rozmowie był zupełnie inny niż dzisiaj. Dziś ludzie już nawet nie biegają, tylko latają. Nie mają czasu na rozmowy.</p>
<p><strong>Aktorzy balangowali mocniej niż lud pracujący?</strong></p>
<p>Zwykle to była jazda po bandzie z częstymi wizytami na komisariatach. Pozowaliśmy na szaloną bohemę. Po każdym dniu zdjęciowym rozpoczynaliśmy balangi. Od 5 do 6 rano drzemka i znowu do pracy. Albo i bez drzemki. W tych „złotych” czasach przez trzy lata mieszkałem w łódzkich hotelach. W wieku 18 lat miałem nawet oficjalny zakaz meldowania się w hotelu Światowit. Byłem najmłodszym w historii Łodzi facetem z takim zakazem.</p>
<p><strong>Rekordzista!</strong></p>
<p>Jam tu nie winien. Pewien wybitny operator przyszedł do mnie do pokoju w odwiedziny. Mieliśmy tylko butelkę czerwonego wina. Bez korkociągu. Wybitny operator, trochę jąkała, zacinając się, powiedział: „Kukukurwa, stary, jaaaa to zarrraz oootworzę”. Wziął ręcznik, owinął nim butelkę i zaczął walić w ścianę. Korek nie puścił, puściło denko. Żółty pokój stał się żółtym pokojem w czerwone kropeczki. Operator stwierdził: „No widzisz, stastary, nienie zawsze się uuudaje”. I wyszedł. Dwa dni później zaczynały się targi Interfashion, sztandarowa impreza łódzkiego przemysłu dziewiarskiego. Jak się okazało hotel Światowit był na tę okazję świeżo wyremontowany. Rano wyszedłem na zdjęcia, a wieczorem czekały na mnie bagaże w recepcji oraz pismo dyrektora hotelu w stylu „temu panu już dziękujemy”.</p>
<p><strong>Kiedy zaczął pan żyć nieco stateczniej?</strong></p>
<p>Jakoś dopiero w 1994 r. Po komunie długo krzepłem. Miałem swoje przyzwyczajenia, z których ciężko było zrezygnować. Dobrze, że nie wpadłem wtedy w narkotyki. Byłem wierny klasycznym zbożowo-ziemniaczanym aktom słowiańskiej produkcji fermentacyjnej i na szczęście nie korzystałem z dobrej polskiej heroiny ze wspólnego kociołka. Po kilku latach wolności doszedłem do wniosku, że nie umiem nic i w zawodzie aktora nic jeszcze nie osiągnąłem. To przekonanie było dla mnie ozdrowieńcze. Znalazłem motywację do pracy, z którą wcześniej miałem duże problemy. A wszystko przez zbyt wczesny start w zawodzie.</p>
<p><strong>Czy pan w ogóle pracował nieartystycznie?</strong></p>
<p>W 1989 r. przez parę miesięcy byłem sekretarką w Fundacji Batorego. Prowadziłem biuro, a raczej próbowałem to robić. W tej komicznej sytuacji jest też coś tragicznego. Otóż przez dwa tygodnie uczyłem się obsługi teleksu. A jak już się nauczyłem, to wycofano teleksy i zostałem z tą wiedzą, jak ten chuj z angielskim, by zacytować mistrza Himilsbacha. Tyle, że angielski do czegoś może się jeszcze przydać. Mam poczucie bezpowrotnie straconego czasu.</p>
<p><strong>Jakim cudem, jako znany już aktor, został pan sekretarką?</strong></p>
<p>Zwyczajnie. Przez znajomych znajomych. Nie miałem wtedy co robić, a w kinie nie działo się nic. Na swoim koncie jako pracownik Fundacji mam na przykład zjazd ekologów w Serocku. Pamiętam, że z kolegą przez całą noc wycinaliśmy dla pięciuset uczestników tego zjazdu paski z papieru, na których było imię i nazwisko. Paski wkładało się potem do identyfikatorów. Położyłem się spać o 5 rano, a o 5.15 wpadł mój szef i oświadczył, że muszę jechać na dworzec po jakichś ekologów z Pragi. W ten sposób moje drogi z Fundacją się rozeszły. Nie wytrzymałem nerwowo i wróciłem do łóżka &#8211; jak na człowieka honoru przystało (<em>śmiech</em>). Potem byłem jeszcze kaowcem w solidarnościowej kawiarni Niespodzianka. Zdążyłem nawet zorganizować spotkanie z Januszem Szpotańskim (<em>poeta, krytyk, prześmiewca PRL, autor m. in. poematu </em>Cisi i gęgacze<em>, pamfletu przeciwko rządom Gomułki &#8211; przyp. red.</em>). Pewnego dnia do kawiarni przypadkowo wpadł Boguś Linda. Można powiedzieć, że porwał mnie do teatru na próby do musicalu <em>Metro</em>. W ten sposób zakończyła się krótka historia prac nieartystycznych, a rozpoczęła dziesięcioletnia historia pracy z Januszem Józefowiczem.</p>
<p><strong>Bogusław Linda spełnił więc w pańskim życiu rolę – nomen omen – brzemiennego w skutki przypadku.</strong></p>
<p>Skoro jesteśmy przy <em>Przypadku</em>, to posłuchajcie tego&#8230; Mając 20 lat zostałem asystentem Krzysztofa Kieślowskiego przy <em>Dekalogu</em>. Skończyłem właśnie grać w <em>Krótkim filmie o miłości.</em>  Zadzwonił do mnie z głupia frant drugi reżyser Darek Jabłoński z pytaniem, czy nie znam kogoś, kto chciałby być asystentem reżysera. Powiedziałem, że znam. Siebie. Nigdy potem nie byłem już tak zarozumiały i butny.</p>
<p><strong>Nie ma się czego wstydzić. Załatwił pan sobie świetną robotę.</strong></p>
<p>Chciałoby się też powiedzieć, że dobrze płatną, ale pół etatu w Studiu Filmowym TOR na stanowisku „asystent reżysera drugiej kategorii” nie należało do dobrze opłacanych. Zarabiałem wtedy równowartość czternastu dolarów. Kwota jednak nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Były inne, niewymierne korzyści. Poza tym czułem się dumny. Brałem udział w czymś, co nazywa się  &#8211; dziedzictwo kulturalne. Potem już nigdy nie miałem takiego poczucia.</p>
<p><strong>Przecież asystował pan jeszcze Andrzejowi Wajdzie.</strong></p>
<p>Żałuję, że nie wykorzystałem tego, jak należy. Nie byłem odpowiednio skoncentrowany na tym, co się wokół mnie działo. Interesowały mnie inne rzeczy. Panowie, ale kto w wieku dwudziestu lat nie jest idiotą?</p>
<p><strong>Nie ma takich. Ale nie ma też ludzi, którzy przed 20-tką ogrzewali się w cieple Beaty Późniak, Joanny Pacuły, Grażyny Szapołowskiej, Grażyny Treli czy Anny Majcher. Panie Olafie, litości&#8230;</strong></p>
<p>Wy zazdrościcie, a ja muszę z tym żyć. Chyba nie do końca zdawałem sobie sprawę, z kim gram i co ja tam w ogóle robię. Dziękować Bogu, że wtedy nie istniały takie wolnościowe wydzieliny, jak dzisiejsze media. Zjadłyby mnie żywcem. Dziś staram się funkcjonować poza światem Pudelka. Czasem mnie zahaczają, że jestem za gruby albo wziąłem ślub, ale na tyle rzadko, że mam to gdzieś. Żałuję tylko, że czas mojej największej popularności aktorskiej nie wiązał się z sukcesem finansowym.</p>
<p><strong>Jak pan radził sobie wtedy z aktorską intensywnością? Naokoło sami dojrzali aktorzy, o dojrzałości aktorek nie wspominając, a pan taki trochę naturszczyk z mlekiem pod nosem.</strong></p>
<p>Nie radziłem sobie. Wiem to dopiero dzisiaj. Żałuję, bo człowiek, który w młodości żyje tak intensywnie, potem ma dużo problemów, wynikających z przekonania, że już się wszystko widziało i wszystko się przeżyło. To przekonanie jest pochodną życia towarzyskiego oraz wielu eksperymentów dietetyczno-alkoholowych.</p>
<p><strong>Mieliśmy teorię, że dzięki pięknym aktorkom nie mógł się pan skupić na nauce.</strong></p>
<p>Walczyłem z przeznaczeniem, próbując studiować wszystko, tylko nie aktorstwo. Moje braki w wykształceniu to zresztą nie powód do przechwałek. To raczej bolesna, krwawiąca rana w życiorysie. Trzy miesiące studiowałem socjologię na uniwerku, byłem też przyjęty na filologię słowiańską i bohemistykę w Krakowie. Nawet pojechałem tam po indeks, ale potem już nie dotarłem na żadne zajęcia. Studiowałem też przez chwilkę na Wydziale Teologii Prawosławnej w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej.</p>
<p><strong>Który z tych kierunków wynikał z ciekawości, a który był podyktowany strachem przed wojskiem?</strong></p>
<p>Żaden nie wynikał z moich zainteresowań, wszystkie miały związek z unikaniem kamaszy. Byłem skazany na edukacyjne niepowodzenie. Dodatkowo irytowała mnie instytucjonalność uczelni, ich sztywny gorset terminarzy i regulaminów. Do dziś mam problem z formalnymi etykietami. Nie przepadam za nimi. Poza tym moje edukacyjne przygody były też spowodowane młodzieńczym buntem.</p>
<p><strong>Przeciwko rodzicom aktorom?</strong></p>
<p>Pewnie tak, choć z ojcem nie mieliśmy bliskich kontaktów. Dzieliły nas miejsca zamieszkania. Ale dzisiaj paradoksalnie trochę żałuję, że nie studiowałem aktorstwa. Od czasu do czasu próbuję to nadrabiać w teatrze. To miejsce niezbędne do tego, żeby poczuć się prawdziwym aktorem. Owszem aktorstwo filmowe na najwyższym poziomie jest bardzo trudne. Ale na średnim poziomie prawie każdy może być aktorem. Młodzi wykonawcy serialowi też zwą się aktorami. Teoretycznie należą do tej samej grupy co Holoubek czy Łomnicki. Fascynujące, prawda?</p>
<p><strong>Skoro jesteśmy przy serialach, to proszę nam powiedzieć, dlaczego pańska śmierć nie wywołała medialnej burzy, tak jak śmierć Hanki Mostowiak?</strong></p>
<p>Bo ja odchodzę po cichu, taktownie, nie robiąc szumu. Za moją śmiercią nie stoi sztab PR-owców (<em>śmiech</em>). Proszę jednak mnie źle nie zrozumieć. Czas w serialu (Barwy szczęścia<em> – przyp. red.)</em> wspominam bardzo miło. Jednak, gdy moja rola poszła w kierunku zdrad małżeńskich, to jakoś przestała mnie kręcić. Kiedy mój bohater przestał być bohaterem pozytywnym, poprosiłem Ilonę Łepkowską o najwyższy wymiar kary i uzyskałem go. W ładnych okolicznościach i z przytupem, za co dziękuję.</p>
<p><strong>Parę lat wcześniej mówił pan, że zagra w serialu, tylko wtedy, kiedy znajdzie się w „trudnej sytuacji”.</strong></p>
<p>I tak właśnie było. Wziąłem tę rolę, bo chciałem coś robić. Jestem dumny z mojej odpowiedzi. Mogłem przecież powiedzieć, że nigdy w życiu. Teraz moglibyście mi to wypominać.</p>
<p><strong>Możemy się tylko dopytać, czy nadal cieszy się pan „zasłużenie fatalną opinią”.</strong></p>
<p>Wśród kobiet?</p>
<p><strong>Tego nie wiemy. Nie doprecyzował pan.</strong></p>
<p>To rzecz na poważną dysertację. Myślę, że chodziło o kobiety i ich rodziny. Tylko, że to było tak dawno temu, że aż trudno mi się dziś do tego odnieść. Jak już mówiłem, jestem kompletnie innym człowiekiem niż dwadzieścia parę lat temu. Trochę jak Dr. Jekyll i Mr. Hyde. Albo Zbigniew Boniek i Jan Tomaszewski (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na zdjęciu do naszego wywiadu Jan Tomaszewski strzelał do piłki z pistoletu. Trzeba uważać.</strong></p>
<p>Dziękuję za radę. Kiedyś w klubie Scena przystawiono mi prawdziwy pistolet do głowy. W tym samym lokalu, tydzień później, przystawiono mi nóż do gardła. Niby taka zabawa. Nie wiadomo do końca, o co chodziło. Dlatego przestałem chodzić do klubów. Pomogło. Mam dziś święty spokój.</p>
<p><strong>I nawet za geja pana nie biorą?</strong></p>
<p>Niestety nigdy się to nie zdarzyło. Przykro mi z tego powodu. Może winna jest temu moja postura? Czuję się zepchnięty na boczny tor. Znowu poza mainstreamem <em>(śmiech</em>). Proszę mnie podejrzewać, bo jestem otwarty i chętnie się z tym podejrzeniem zmierzę.</p>
<p><strong>A jest pan chociaż z kimś mylony?</strong></p>
<p>Z Kazikiem Staszewskim. Bardzo mnie to dziwi, ale rzecz powtórzyła się parę razy. Nawet kiedyś policjant z drogówki powiedział, że mnie puści, bo zaśpiewałem Wałęsie, żeby oddał sto milionów. Nie sprostowałem. Podziękowałem i zadowolony szybko oddaliłem się z miejsca zdarzenia. Zresztą z wami muszę zrobić to samo. Nie jestem przyzwyczajony do tak długich rozmów z dziennikarzami. Mocno żeście mnie przeorali. Mam siły na 90 minut plus to, co doliczy arbiter. A my tu chyba zagraliśmy cały turniej.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Ministrantem byłem nielegalnie. Jestem ochrzczony w cerkwi, a służyłem do mszy w kościele katolickim.</p>
<p>Jestem rozkminiaczem-talmudystą. Takie postępowanie spowalnia marsz, ale za to znacznie poprawia jego jakość.</p>
<p>Zachodni aktorzy są bardzo sympatyczni. Zauważyłem, że stopień ich sympatii jest wprost proporcjonalny do wysokości honorariów. Jak występowałem w reklamie też byłem sympatyczny.</p>
<p>Kiedyś jeden z decydentów telewizyjnych powiedział mi, żebym się tak nie starał, żebym nie próbował reżyserować  za dobrze, bo widz może tego nie łyknąć. Myślałem, że to żart, ale niestety facet mówił śmiertelnie poważnie.</p>
<p>Bycie gejem w szatni piłkarskiej musi graniczyć z heroizmem.</p>
<p>Kiedyś spacerowałem z babcią po Starym Mieście. Nagle dostrzegłem Mirosława Hermaszewskiego i jego kosmicznego partnera Piotra Klimuka. Jak to dziś brzmi – kosmiczny partner (<em>śmiech</em>). Siedzieli sobie w ogródku jakiejś restauracji, pijąc kawę. Podszedłem do nich stremowany i dostałem dwa autografy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jerzy Gruza</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jerzy-gruza/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jerzy-gruza/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 27 Jan 2012 11:59:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[FILMOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Gruza Jerzy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3287</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Georgiew &#8211; Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby ze mną rozmawiać? Nie macie już prawdziwych celebrytów na celowniku? Nie poczuwa się pan? Widzę, że rozśmieszanie bierzecie na siebie. To dobrze, bo ja mogę dzisiaj być mało dowcipny. Kryzys formy? Boli mnie brzuch. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3298"><img class="alignleft size-full wp-image-3298" title="Jerzy-Gruza" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/01/Jerzy-Gruza.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 12, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby ze mną rozmawiać? Nie macie już prawdziwych celebrytów na celowniku?</p>
<p><strong>Nie poczuwa się pan?</strong></p>
<p>Widzę, że rozśmieszanie bierzecie na siebie. To dobrze, bo ja mogę dzisiaj być mało dowcipny.</p>
<p><strong>Kryzys formy?</strong></p>
<p>Boli mnie brzuch. Mam tak za każdym razem, kiedy zapraszają mnie na darmową kolację. Jak się dowiedziałem, że PLAYBOY stawia, to nie jadłem cały dzień w obawie, że wieczorem nie dam rady pochłonąć wszystkiego. Dlatego mam skurcze. Coś okropnego.</p>
<p><strong>To na początek proponujemy kieliszek Fernet Branca. A zaraz potem poprawimy tatarem.</strong></p>
<p>Świetny wybór. Mam doskonałą anegdotę a propos tatara. Otóż lata temu z Jackiem Bromskim zrobiliśmy film <em>Alicja</em> (<em>w 1980 roku – przyp. red.), </em>na którym producent stracił fortunę. Pod koniec zdjęć był już niewypłacalny. Dlatego w Londynie nocował nas w luksusowym hotelu The Churchill, tuż obok Marble Arch. Dlaczego? Bo tylko tam nie zażądali od niego przedpłaty lub karty kredytowej. Facet zamówił pokoje przez teleks. Siedzieliśmy z Jackiem w luksusie, sami, otoczeni szejkami, bez grosza przy duszy. Jeść jednak musieliśmy. W menu hotelowym nie było cen. Zaczęliśmy więc szukać czegoś małego, w domyśle &#8211; taniego. Kiedy zobaczyłem słowo „tartare”, od razu przypomniał mi się tatar ze SPATiFu: trochę mielonego mięsa, na to jajeczko, troszeczkę cebulki, sól i pieprz. To nie mogło być drogie. Zamówiliśmy. Czekamy. Nagle otwierają się drzwi i wjeżdża czterech kelnerów ze swoim szefem oraz ogromnym stołem. A na nim pół wołu. Na naszych oczach zaczęli to kroić, siekać, mieszać i przyprawiać. Przez pół godziny! My całkowicie załamani. Kurwa jego mać, co to były za porcje! Do tego kosztowały fortunę.</p>
<p><strong>Skoro sam pan wspomniał o musicalu <em>Alicja,</em> to chętnie już teraz podpytamy o ten film.</strong></p>
<p>Myślałem, że wszyscy już o tym zapomnieli. Motorem projektu był Jacek. To on wynalazł jakiegoś Belga, który wyłożył na potrzeby tej produkcji cały swój majątek. Sprzedał nawet rodzinny pałac. Na koniec jeszcze rozwiódł się z żoną i stracił kontakt z dziećmi. Facet dosłownie poszedł z torbami. Dziś jest chyba jakimś urzędnikiem. Nie mam pojęcia, dlaczego zainwestował w film kręcony w komunistycznej Polsce z zachodnimi aktorami. W każdym razie to zderzenie wschodu z zachodem było niebywałe. Nie wyobrażacie sobie, jakie towarzyszyły nam nerwy. Na przykład kręcimy scenę za sto tysięcy dolarów w pałacyku w Jabłonnie. Na planie gwiazdy: Susannah York, Jean-Pierre Cassel, Sophie Barjac. Tymczasem podchodzi do mnie ktoś z obsługi technicznej i mówi szeptem, że nie możemy kręcić, bo skończyła się ropa do agregatu prądotwórczego. Jest sobota wieczór, wszystko pozamykane. A paliwo to przecież w PRL-u towar deficytowy. Aktorzy w kostiumach czekają, my zagadujemy ich, jak tylko umiemy. Wreszcie ktoś zdobył pięć litrów ropy, ale nie wiem skąd, pewnie ściągnął wężykiem z jakiegoś baku, po prostu wyczarował. Scena za sto tysięcy zielonych uratowana.</p>
<p><strong>Podobno Szczecin udawał w <em>Alicji</em> Paryż.</strong></p>
<p>Tak, ale zrobiło się cholernie zimno, a my potrzebowaliśmy słońca. Producent wyszedł z siebie i całą ekipę wysłał do Marsylii. A tam spadł&#8230; śnieg. Od trzydziestu lat nie widziano tam śniegu! Cyrk po prostu. I tak było w kółko. Na każdym kroku przeżywaliśmy horror.</p>
<p><strong>Dziś brzmi to zabawnie.</strong></p>
<p>Najweselej mieli zachodni aktorzy, którzy w Polsce bawili się znakomicie. W naszej ekipie był Andrzej Wasilewicz, który na planie poznał się z Susanną York i wkładając sobie chusteczki do ust udawał świetnie Marlona Brando, z którym ona była wtedy związana. Andrzej ponadto zamawiał dla niej całe skrzynki szampana. Na zachodniej ekipie robiło to kolosalne wrażenie. Przecież nikt z nich nie miał pojęcia, że to Russkoje Szampanskoje po 6 zł od butelki. Smakowało wszystkim jak oryginalny francuski szampan. Andrzej był nie tylko aktorem, ale też judoką, facetem silnym jak tur. Któregoś razu wziął Susannę do tańca, w pewnym momencie przewrócił ją do góry nogami i tańczył dalej. Pokazały się jej gacie, a dupa oczarowała wszystkich. Susannah piszczała z radości.</p>
<p><strong>Wiedzieliśmy, że można na pana liczyć, jeśli chodzi o playboyowe historie.</strong></p>
<p>A wiecie, że napisałem dla PLAYBOYA pewną historię?</p>
<p><strong>Opowiadanie <em>Bażant.</em> Pański debiut literacki. Mieliśmy nawet zapytać, czy czuł się pan kiedyś bażantem.</strong></p>
<p>Tak, ale było to bardzo dawno temu. W czasach, kiedy się jeszcze stroiłem. Byłem klasycznym bikiniarzem: kapelusz, szaliczki, kolorowe płaszcze, buty. Wyglądałem jak rasowy bażant. Z tego opowiadania powstał nawet film. Nie mój, tylko mojego asystenta &#8211; Andrzeja Chrzanowskiego, który zrobił bardzo dobrą studencką etiudę. Przekaz treści nie zmienił się do dziś &#8211; obrona mężczyzn stłamszonych przez zbyt nachalne, mieszczańskie kobiety, które najpierw facetów łapią w swoje sidła, a potem porzucają ich na pastwę losu (<em>śmiech</em>). Opowiadanie dołączyłem do książki <em>Najpiękniejsza. Opowiadania z nieoczekiwanym zakończeniem</em>, w której pozbierałem moje krótkie nowele do kupy. Każda z tych historyjek nadaje się do PLAYBOYA, „New Yorkera” i innych zacnych periodyków. To teksty z gruntu niepolskie, ponieważ ich szczegóły i znaczenia są tak uniwersalne, że mogą być czytane na całym świecie. Zresztą mój znajomy stwierdził: „Myślałem, że to jakiś Amerykanin napisał”. W Polsce pisze się wiele fantastycznych rzeczy, ale większość z nich jest skażona specyficznym lokalnym szczegółem, nie wszędzie zrozumiałym. A u mnie można poczytać na przykład o kobiecie, która startując w konkursach piękności, doprowadziła się do upadku. Show bizness na całym świecie jest taki sam.</p>
<p><strong>Miał pan kogoś konkretnego na myśli?</strong></p>
<p>Spotykałem takie wariatki. Latały z jednego konkursu na drugi, nie zajmując w nich żadnych dobrych miejsc. Miały obsesję, że krzywdzą je jurorzy, którzy żyją w zmowie przeciwko nim. Zresztą nieważne&#8230; Jeżeli nie wydrukujecie chociaż jednego mojego opowiadania, nasz wywiad będzie nieważny.</p>
<p><strong>Zrobimy co w naszej mocy. Proszę nam tylko powiedzieć, czy pana książki są komentowane przy stoliku w Czytelniku (<em>miejsce, w którym spotykają się m.in. Jerzy Gruza, Kazimierz Kutz, Henryk Bereza, Janusz Głowacki – przyp. red.)?</em></strong></p>
<p>Tam wszyscy mają swoich idoli i czytają tylko ich książki. Moich raczej nie czytają i nie analizują. Tylko Głowa czasem mnie klepnie i powie, że coś tam śmiesznego wyprodukowałem. Cała reszta zajmuje się sztuką wyższą.</p>
<p><strong>Między innymi Henryk Bereza, którego opisał pan w sposób co najmniej ryzykowny, żeby nie powiedzieć okrutny.</strong></p>
<p>Bo go bardzo lubię. Nie dowcipkuję nigdy na temat ludzi, których nie lubię. Nie chciałem wyrządzić mu krzywdy. Henio się jednak obraził, lekceważy mnie i daje do zrozumienia, że jestem beznadziejny. A mnie z kolei bardzo to wkurza. Muszę w ogóle zaprzestać chodzenia do Czytelnika. Strata czasu. Po co bezustannie międlić o czymś, co było 40 lat temu. Kiedyś chciało się kogoś wysłuchać, a dziś chce się, żeby to mnie słuchano. Tak więc wypisuję się.</p>
<p><strong>Kto pana dziś chce słuchać?</strong></p>
<p>Jeszcze kobiety. Kończę z każdą w momencie, gdy jej wszystko opowiem. Podobnie będzie z wami.</p>
<p><strong>A czy my aby nie jesteśmy dla pana za młodzi? Bo młodzi pana irytują.</strong></p>
<p>Wy tylko gracie młodych&#8230; Ostatnio drażni mnie wszystko. Wy też. Ale powiedzmy sobie szczerze, młody to jestem ja. Przynajmniej w sensie samopoczucia i reakcji. Tylko fizycznie jestem stary, bo mam już swoje lata. Wyglądacie mi na wyluzowanych i otwartych. To lubię, bo jakbyście byli spięci i napuszeni, to od razu bym zrejterował.</p>
<p><strong>Cieszymy się, że jeszcze nas pan nie znienawidził.</strong></p>
<p>Nienawidzę głownie seriali, w których bohater stoi przy zlewozmywaku i przez 10 minut prawi kazania o świecie współczesnym. Dziś po latach nie lubię też przymiotników. „Zgrabna”? Co to znaczy „sexy” albo „mądry”? „Wysoki”, „niski”, „bogaty”, „stary”, „biedny”&#8230; Te słowa nic nie znaczą, spływają po mnie jak po kaczce. Dawniej miały znaczenie, dziś nie mają żadnego. Mam teraz w ogóle okres nielubienia wszelkich przymiotników, obrazków i obrazowania świata jako takiego.</p>
<p><strong>My jednak musimy spróbować choć trochę zobrazować pana. Dla naszych czytelników. Proszę powiedzieć, czy jest, bądź był pan playboyem?</strong></p>
<p>„Dziękuję za bardzo ciekawe pytanie” – tak mawiał profesor Kotarbiński do najgłupszego ucznia.</p>
<p><strong>Cała przyjemność po naszej stronie.</strong></p>
<p>Kiedyś myślałem, że jestem playboyem. Do czasu, kiedy w skomputeryzowanym archiwum telewizji publicznej kliknąłem nazwisko „Gruza”. Wówczas z drukarki wyszło wszystko, co dla nich zrobiłem &#8211; ogromna sterta. Dało mi to do myślenia. Przecież playboy nie może tyle pracować! Owszem, mam specyficzny typ luzu, lubię się bawić, inaczej niż inni patrzę na rzeczywistość, kocham się śmiać i ironizować, ale do cholery, za dużo rzeczy zrobiłem, jak na playboya. To się musiało dziać kosztem czegoś. Playboy to nie ja.</p>
<p><strong>Dla wielu Polaków jednak jest pan jego definicją.</strong></p>
<p>Ten stereotyp, bardzo zresztą jednostronny, jest winą kilku dziennikarzy, dla których pierdolenie jest najważniejsze. Uważam, że istnieje wiele dziedzin o wiele bardziej interesujących. Dzięki takim opiniom jest mi niezmiernie ciężko się przebranżowić. Bo jak tu zamienić sex shop na antykwariat?</p>
<p><strong>A może nie trzeba z tym walczyć?</strong></p>
<p>Nie walczę, tylko cały czas się dziwię. Playboy nie może być zakochany. A ja byłem zakochany wielokrotnie, często bardzo przez to cierpiałem. Bywałem nawet zazdrosny jak skurwysyn. Niedługo wydam tomik zatytułowany „Trzy”.</p>
<p><strong>Kobiety?</strong></p>
<p>Tak. W moim życiu najważniejsze. Występowały prawie równolegle. Niektórzy biorą mnie za playboya, bo zawsze interesowałem się płcią przeciwną. Owszem, często oglądałem się za kobietami. Zresztą zwykle po moim spojrzeniu, potykały się. Przeżyłem to wielokrotnie, ale nie chcę wyjść na starego samochwałę. Dla równowagi mogę stwierdzić, że z biegiem czasu przestały się potykać. A szkoda, bo dziś kobiety są wspaniałe. Zazdroszczę wam tego. Jesteście szczęśliwym pokoleniem, w czepku urodzonym. Za komuny, jak Nowym Światem szły dwie ładne dziewczyny, to ciągnęła się za nimi wataha walczących o ich względy absztyfikantów. Dziś jest na odwrót. Nie mam słów opisujących współczesne kobiety. Są piękne, perwersyjne, cudownie ubrane. Na przykład taki zestaw: goła noga, botek za kostkę, krótka spódniczka&#8230; Od razu widać, co tam się pod spodem dzieje. Kiedyś było to nie do pomyślenia. O coś takiego walczyliśmy w Solidarności! Dla was!</p>
<p><strong>Bardzo za to dziękujemy. Ale za komuny w kwestii kobiecej nie było aż tak źle.</strong></p>
<p>Tak źle to nie, było nawet bardzo źle. Dziś macie lokale, restauracje, wszystko. Jak w tych siermiężnych czasach wyjeżdżałem za granicę, to byłem zdziwiony, że nie ma tam aż takiego napięcia erotycznego jak w komunistycznej Polsce. U nas były starania, podejścia i często bardzo nieprzystojne chwyty. Jeden literat na przykład stosował wobec pań tzw. koktajl zgłuszka &#8211; wermut, parę innych alkoholi oraz odrobina denaturatu. Jak dziewczyna to wypiła, od razu padała i była do&#8230; dyspozycji.</p>
<p><strong>Dziś takie koktajle zastąpiono specjalnymi pigułkami.</strong></p>
<p>Boję się, że coś takiego mi wrzuciliście, bo chyba za dużo gadam. Poza tym przestał mnie boleć żołądek.</p>
<p><strong>To dobry moment, żeby podpytać pana o współczesne kandydatki na rozkładówki.</strong></p>
<p>Nie lubię kłamstwa w reżyserii, aktorstwie i mowie. Z miejsca je wyczuwam i mierzi mnie to. Podobnie jest z waszymi zdjęciami. Wyczuwam w nich fałsz, nieprawdę, sztuczność. Poza tym nie interesują mnie znane kobiety. Znajdźcie jakąś szczerą, nieznaną i dobrze zbudowaną dziewczynę-sierotkę.</p>
<p><strong>Poszukamy, zobaczymy. Tymczasem proszę się przyznać, czy brano pana za homoseksualistę?</strong></p>
<p>Pewnie tak, bo istnieje teoria, że każdy facet, który dba o siebie, ma czyste paznokcie i myśli o tym, jak wygląda, jest gejem. Uważam zresztą, że to wspaniała teoria, bo homoseksualiści są nakierowani głównie na siebie. Gdybym mógł tak bardzo nakierować się na siebie, byłbym szczęśliwym homoseksualistą. W sumie odpowiadałaby mi taka separacja od świata. Wtedy zmarszczka byłaby ważniejsza od prezydenta, a muskulatura od wyborów. Dlatego uważam, że idealnym miejscem na sen jest alkowa. Po pierwsze jest erogeniczna, a po drugie nie widać, co się w niej dzieje. Lubię takie jamy, potrzebuję ich. A poza tym dobrze mi się w nich śpi.</p>
<p><strong>Zawsze twierdził pan, że ma problem z zasypianiem.</strong></p>
<p>Cierpię na bezsenność. Dzisiaj w nocy, żeby zasnąć, czytałem zagadki matematyczne, pamiętniki Gomułki oraz wspomnienia Iwaszkiewicza, jak przyjechał pierwszy raz do Warszawy. Niezły rozrzut, co?</p>
<p><strong>Jesteśmy pod wrażeniem. Ale pewnie nie wszyscy będą. Jak pan znosi krytykę?</strong></p>
<p>Są dwa rodzaje wykluczenia: krytyka negatywna albo przemilczenie. Ja na ogół jestem przemilczany.</p>
<p><strong>A jak pan w takim razie znosi krytykę konstruktywną?</strong></p>
<p>Jak mnie chwalą, to bardzo dobrze.</p>
<p><strong>My niestety musimy pana skrytykować: w swoich książkach nie odróżnia pan cyfr od liczb.</strong></p>
<p>Pewnie dlatego, że studiuję matematykę na wyższym poziomie niż panowie. Ale przyznaję, Wittgensteinem nie jestem.</p>
<p><strong>A jest pan z kimś mylony?</strong></p>
<p>Często mówią do mnie „panie Andrzeju”. Nie wiem, co na to Wajda, ale nigdy nie prostuję tej pomyłki.</p>
<p><strong>Bo w przeciwieństwie do wspomnianego Wittgensteina nie interesuje pana poszukiwanie prawdy?</strong></p>
<p>Prawda to najgorsza rzecz, jaka może być. Zabija siłę opowiadania. Jak mawiał Nietzsche &#8211; Grecy byli silni, bo ślizgali się po powierzchni zdarzeń. Prawda to cecha młodości. Was może jeszcze ona interesuje. Ale zapewniam, że życie komplikuje wszelkie prawdy. Zdradzę wam też mały sekret – prawda z wiekiem staje się coraz bardziej labilna.</p>
<p><strong>Kiedyś był pan mocniej przywiązany do faktów?</strong></p>
<p>Ja nie, ale moje otoczenie tak. Koledzy w szkole uważali, że jestem kłamcą, konfabulantem. Miałem nawet z tego powodu kompleksy. Ale i tak nie przeszkadzało mi to w ciągłym sklejaniu różnych opowiastek do kupy. Od małego tworzyłem skecze.</p>
<p><strong>W Łodzi chodził pan do liceum z Jerzym Kosińskim, także konfabulantem.</strong></p>
<p>Ale nie do tej samej klasy. To było liceum z tradycjami, z warszawskimi nauczycielami, którzy uciekli ze stolicy po powstaniu.</p>
<p><strong>Podobnie jak pan. Do Łodzi pana rodzina dojechała przez Katowice.</strong></p>
<p>Tak było, ale nie lubię wspominek. Nie namówicie mnie na to. Trzeba być tu i teraz.</p>
<p><strong>Wielka szkoda, bo historie z dzieciństwa to zdecydowanie najlepsze fragmenty pańskich książek. Z chęcią przeczytalibyśmy powieść splecioną z pańskich wspomnień.</strong></p>
<p>Mówicie i macie. Na waszą prośbę napiszę prozę o dzieciństwie. Koniec pisarstwa plotkarskiego. Za miałkie to i tyle. Mam jeszcze w planie wydanie książki <em>Głową o stolik</em>. Będzie to ostatnia pozycja zajmująca się opowiadaniem o kimś innym. Najwyższa pora zająć się sobą.</p>
<p><strong>A propos głowy. Czego lub kogo najbardziej zazdrości pan Januszowi Głowackiemu?</strong></p>
<p>Wciąż mu powtarzam, że najchętniej poznałbym go przez wdowę. Cały czas pytam się go, co mu dolega, ale nie chce puścić farby. Gra mi na nerwach twierdząc, że jest całkowicie zdrowy.</p>
<p><strong>Kiedy zobaczymy nowy film Gruzy?</strong></p>
<p>Piszę, bo nie mam szans na filmowanie. Robić coś muszę, choć stawianie znaczków jest bardzo męczące. Ale nie mam ochoty zabiegać o jakąś dupną akceptację, czy modlić się o pieniądze na film.</p>
<p><strong>Ma pan gotowy scenariusz nowej wersji <em>Przeprowadzki</em> &#8211; naszym zdaniem pańskiego najlepszego filmu.</strong></p>
<p>Napisałem go wspólnie z Wojtkiem Pszoniakiem, który grał wtedy główną rolę. To rzecz niebywała, bo jest szansa, żeby ten sam aktor zagrał tę samą postać po 40 latach! Teraz pokazalibyśmy tamtego inżynierka w momencie, gdy dorobił się milionów i ma rezydencję w Konstancinie. Pewnego dnia zamawia firmę przeprowadzkową i wychodzi ze swojej willi z małą walizką. Nowa żona, sąsiedzi oraz rodzina tłumaczą, błagają i grożą. Wszystko na nic. Facet się wyprowadza.</p>
<p><strong>Brzmi obiecująco.</strong></p>
<p>I co z tego? Nikt się tym nie zainteresował. A mi się nie chce chodzić po korytarzach, błagać, prosić. Raz, że mi nie wypada. Dwa, że to pierdolę.</p>
<p><strong>Mocne słowa.</strong></p>
<p>Bo takie są fakty. Szlag może człowieka trafić. Temat jest współczesny i cholernie ciekawy. Pomieszkuję czasem w domu ZAiKS-u w Konstancinie i jeżdżę po okolicy rowerem. Oglądam sobie te rezydencje. I wiecie, jaką mam refleksję? Że z tych ciemnych okien bije straszny smutek. Gdzieś tam jedno światełko się pali, pewnie siedzi w kuchni jakieś znudzone sobą małżeństwo, nikomu niepotrzebne. W całej reszcie pałacu straszy. I o tym byłby ten film. O pustce luksusowego istnienia. Mój bohater tego nie wytrzymuje. Tak jak kiedyś, nie wytrzymał życia w Nowej Hucie.</p>
<p><strong>Polska nie może wytrzymać bez kolejnej części <em>Czterdziestolatka</em>. Nakręci pan wreszcie trzecią część?</strong></p>
<p>W telewizji nie, bo jeden z dyrektorów od filmu i seriali, oznajmił, że nie wyłoży pieniędzy na serial, w którym grają aktorzy stojący nad grobem. W związku z tym robię z tego powieść radiową w Polskim Radiu. Każdy odcinek będzie trwał siedem minut. Nagrywamy to z piątką aktorów. Wszyscy bohaterowie będą studentami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Kłosowski, czyli Maliniak, będzie studiował iberystykę i stał pod Sejmem z tablicą „jestem inwigilowany”. Zagrają także Kopiczyński, Seniuk, Zosia Czerwińska i Wiliński, jako jej mąż. Wreszcie dokończę ten projekt – moje ukochane dziecko. Mam nadzieję, że będzie wesoło. Zresztą ostatnio śmiałem się właśnie na <em>Czterdziestolatku</em>. Dziś śmieję się niezmiernie rzadko. Gdyby nie Allen nie śmiałbym się w ogóle.</p>
<p><strong>Czy Grażyna Lisiewska &#8211; serialowa Mariolka, wciąż jest pańską żoną?</strong></p>
<p>Tak, ale nie mieszkamy razem. Mam z nią syna &#8211; dwumetrowego chłopa.</p>
<p><strong>Dlaczego pani Grażyna nie zagrała w innych filmach?</strong></p>
<p>Bo nie jest aktorką. Trafiła tylko na swoją rolę i na tym koniec. Tak bywa&#8230; Co tam do mnie jeszcze macie?</p>
<p><strong>Bardzo nas interesuje, jak rodzice reagowali na pana pierwsze reżyserskie sukcesy.</strong></p>
<p>A wy znowu swoje. Już mówiłem, że nie lubię wspominek. Rodzice w ogóle nie reagowali. Nie doceniali tego. Zresztą reżyserem zostałem trochę przez przypadek. Któregoś razu spotkałem na ulicy kolegę &#8211; operatora Jurka Wójcika. Zapytał: „Co robisz?”. A ja, że właściwie to nic. Na co on: „To zdawaj do szkoły filmowej”. Pytam: „Po co? Będę nosił akumulatory?”. Cały ten filmowy światek znałem od drugiej strony. Dzięki tacie.</p>
<p><strong>Nosił akumulatory?</strong></p>
<p>Nie. Był optykiem. Pracował w Wytwórni Filmów Fabularnych. Zajmował się obiektywami i przerabiał stare niemieckie kamery na bardziej współczesne.</p>
<p><strong>Mimo wszystko, postanowił pan zdawać?</strong></p>
<p>Wójcik mi wtedy odpowiedział: „Trochę ponosisz, a potem za ciebie będą nosić”. W przeddzień egzaminu poszedłem do kina na <em>Bitwę o szyny</em> w reżyserii René Clémenta. Na egzaminie opowiadałem tylko o tym filmie. Dostałem się za pierwszym razem.</p>
<p><strong>Rodzice się nie ucieszyli?</strong></p>
<p>Wręcz przeciwnie. Mieli bardzo negatywne nastawienie do środowiska filmowego. Bo kto to jest &#8211; reżyser? Nikt. Oboje mieli inne hierarchie. Zresztą ja też nie chciałem być filmowcem, tylko rzeźbiarzem.</p>
<p><strong>A to niespodzianka.</strong></p>
<p>Miałem narzeczoną, która pracowała w filmie jako dekoratorka w dziale sztukaterii. W tamtych czasach przemysł filmowy zatrudniał masę plastyków i stolarzy. Nie kręcono w oryginalnych wnętrzach, więc zatrudniano tak zwanych charakteryzatorów wnętrz. Ona była w takim właśnie dziale dupereli i załatwiła mi angaż na rzeźbiarza. Musiałem tylko jej szefowi – facetowi bez brody – pokazać jakąś swoją pracę.</p>
<p><strong>Jak to &#8211; bez brody?</strong></p>
<p>Bez, bo mu ją urwało w powstaniu warszawskim. Żeby zamaskować ten defekt, facet nosił długi zarost. Zresztą można go zobaczyć w filmie <em>Ssaki</em> Romka Polańskiego i Andrzeja Kondratiuka&#8230; Tak więc wyrzeźbiłem w glinie głowę chłopca. Gość umówił się ze mną w Dyrekcji Filmu Polskiego. Opatuliłem glinianą głowę mokrymi szmatami i stoję pod drzwiami. Mija godzina, nic. Biegnę do łazienki i moczę szmaty, żeby glina nie popękała. Mija druga godzina. Znowu moczę. I tak w kółko. Po dłuższym czasie otwierają się drzwi. Facet wychodzi. Ja do niego: „Proszę pana, mam tę głowę chłopca”. Na co on: „Odpierdol się. Właśnie mnie wyrzucili z roboty. Chuja ci załatwię”. Zostałem sam na korytarzu z głową chłopca pod pachą. W ten sposób skończyła się moja kariera rzeźbiarza.</p>
<p><strong>A próbował pan kiedyś kariery sportowej?</strong></p>
<p>Oczywiście. Zapisałem się nawet do klubu pływackiego „Filmowiec”, dzięki czemu dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak film polski. Pływałem głównie motylkiem. Wspominam to jako straszną męczarnię. Okropny sport. Prawdziwa gehenna. Tyle godzin w wodzie&#8230;</p>
<p><strong>Niespełniony rzeźbiarz i pływak od razu stał się filmowcem?</strong></p>
<p>Nie. Znowu pomogła mi tamta dziewczyna. Jej matka pracowała w Centrali Tekstylnej Importu Surowców Włókienniczych. UB aresztowało tam wielu specjalistów, dzięki czemu mieli masę wakatów. Dziewczyna zaprowadziła mnie do matki, a ta od razu zrobiła ze mnie referenta w dziale wełny. Byłem kompletnie zielony, a pracowałem tylko z jednym facetem &#8211; kierownikiem. On łeb jak sklep, fachowiec od włókiennictwa, a do tego piekielnie zdolny lingwista. Ja może i tępy, ale za to bystry. Zacząłem wtedy czytać najlepsze na świecie pismo o wełnie, australijskie „Wool Digest”. Wdrażałem się. Wełna była wtedy surowcem strategicznym i szła przez Polskę do Związku Radzieckiego. Byliśmy wtedy największym importerem wełny na świecie.</p>
<p><strong>Również i tę piękną karierę pan zaprzepaścił.</strong></p>
<p>Nie ma się co śmiać. Kiedy już zdałem do filmówki, moja ówczesna szefowa wzięła mnie na rozmowę. „Chcecie być reżyserem, kolego? Dobrze, ale pamiętajcie, że w sztuce trzeba być albo pierwszym, albo nikim. A jak zostaniecie u nas, to wystarczy jedno słowo. Niech pan powie nazwę kraju, a ja pana zrobię tam attache handlowym. Poślemy was na kurs, skończycie i polecicie”.</p>
<p><strong>Mógł pan być królem wełny.</strong></p>
<p>Może byłbym dziś mniej zgorzkniały? Kto wie? Reżyseria jednak była dla mnie jedynym sensownym wyborem. Telewizja z kolei okazała się wybawieniem. Dzięki niej miałem bardzo szerokie możliwości. Nie mogę narzekać, chociaż lubię.</p>
<p><strong>Ciężko tego nie zauważyć.</strong></p>
<p>Taką mam naturę. Pozwólcie, że na koniec naszej rozmowy zacytuję Gore&#8217;a Vidala – „Za każdym razem, kiedy dowiaduję się o sukcesie kolegi, to tak jakby coś we mnie umarło”.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Refleksyjnie:</p>
<p>Nie lubię, jak ktoś ustępuje mi miejsca w tramwaju. Wiadomo, o czym to świadczy. Tragedia, ale widocznie dla niektórych wyglądam jak ktoś, kto bezustannie walczy z braćmi Kliczkami.</p>
<p>Jestem znudzony wszystkim, co mnie otacza. Te same miejsca, ci sami ludzie, te same kolory. Mam tego dosyć.</p>
<p>Ostatnio pracuję nad mięśniem przywodzicielem. Zawsze myli mi się on z odwodzicielem. A przy okazji zastanawiam się, gdzie jest mój&#8230; rozwodziciel.</p>
<p>Mężczyzna nie do końca wie, ile ma dzieci. Kobieta wie zawsze.</p>
<p>Doświadczeniowo:</p>
<p>Prawie 10 lat byłem współwłaścicielem dyskoteki „Scena”. To był świetny klub, bardzo demokratyczny. Bawili się tam: Niemczycki, Solorz, studenci, a nawet mafia. Równolegle prowadziłem restaurację „Maska” na Saskiej Kępie. Również około 10 lat. A potem miałem lokal przy Placu Zbawiciela. W sumie jestem bardzo doświadczonym restauratorem.</p>
<p>Z „Jesus Christ Superstar” pojechaliśmy na tournée do Związku Radzieckiego, konkretnie na Litwę. Za ruble kupowaliśmy tam złote obrączki. Kupiłem cały rulon i włożyłem w majtki. Na granicy przychodzą do mnie i mówią, że woła mnie komendant. Idę z tym złotem w gaciach, cały w strachu. A ten wódeczkę na stół. Przewiozłem więc obrączki do Gdyni. Ale co z nimi zrobić? Wcisnąłem je w końcu do starych butów. Puenta jest taka: z Warszawy przyjeżdża moja żona z dzieckiem. Po paru dniach buty znikają. Dlaczego? „Jurek, wyrzuciłam te stare kapcie”. Łatwo przyszło, łatwo poszło.</p>
<p>Anegdotycznie:</p>
<p>Pewien facet, w trakcie nieobecności małżonki, zaprosił do domu swoją znajomą. W czasie ich erotycznego tete-a-tete pies pożarł rajstopy kochanki. Po jakimś czasie przyjeżdża żona i widzi, że jej ukochany piesek wymiotuje. Rajstopami.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jerzy-gruza/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mamed Chalidow</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 30 Dec 2011 10:36:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Chalidow Mamed]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3267</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Bartek Wardziak &#8211; Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA? Będę z wami szczery. Nigdy go nawet nie przeglądałem. Wychodzi na to, że moim pierwszym PLAYBOYEM będzie ten z tym wywiadem. Ale ostrzegam: na sesję mnie nie namówicie! Jestem za bardzo owłosiony&#8230; Może w takim razie mógłbyś [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3279"><img class="alignleft size-full wp-image-3279" title="Mamed-Chalidow" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/12/Mamed-Chalidow.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 12, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Bartek Wardziak</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Będę z wami szczery. Nigdy go nawet nie przeglądałem. Wychodzi na to, że moim pierwszym PLAYBOYEM będzie ten z tym wywiadem. Ale ostrzegam: na sesję mnie nie namówicie! Jestem za bardzo owłosiony&#8230;</p>
<p><strong>Może w takim razie mógłbyś nam polecić kogoś mniej owłosionego?</strong></p>
<p>Ginę Carrano. Byłą mistrzynię federacji Strikeforce, a do tego bardzo ładną kobietę.</p>
<p><strong>Mogłaby być twoją drugą żoną?</strong></p>
<p>Nie ma tematu. Ewa od razu skróciłaby mnie o głowę.</p>
<p><strong>Od ilu lat nie jesteś kawalerem?</strong></p>
<p>Teraz to pojechaliście po całości&#8230; Muszę zadzwonić, żeby nie było plamy. (<em>Dzwoni</em>) „Hej, słuchaj, jest pytanie bardzo ważne&#8230; Jak długo jesteśmy po ślubie? No wiem, że sześć lat, ale tak tylko sprawdzam&#8230; Dobra. Dzięki&#8230; Pa&#8230;”.</p>
<p><strong>Poznaliście się na studiach?</strong></p>
<p>Raczej przy stole bilardowym. O dziwo, nagle bardzo spodobała mi się ta gra i zacząłem grać regularnie.</p>
<p><strong>Ewa była wtedy katoliczką?</strong></p>
<p>Teraz też jest. Nie-muzułmanka może poślubić muzułmanina, zostając przy swojej wierze. Musi tylko pochodzić z Ludu Księgi<em>, </em>czyli być wyznania mojżeszowego lub chrześcijańskiego.</p>
<p><strong>Twój czteroletni syn musi jednak być wychowany w islamie.</strong></p>
<p>Taka jest zasada. Moim obowiązkiem jest tego dopilnować.</p>
<p><strong>Jaka jest jego ulubiona technika?</strong></p>
<p>Najpierw robił balachę na rękę, czyli dźwignię na staw łokciowy. Teraz nauczył się jeszcze gilotyny i mata leo – duszenia zza pleców. W ogóle niezły z niego rozrabiaka. Dobrze, że może upuścić trochę energii na macie, w przeciwnym wypadku rozniósłby dom.</p>
<p><strong>W przedszkolu rozstawia wszystkich po kątach?</strong></p>
<p>Jak wraca, to mówi, że przytula tylko Olę. Romans trwa.</p>
<p><strong>Chciałbyś, żeby poszedł w twoje ślady?</strong></p>
<p>Nie chciałbym schematu – jaki ojciec, taki syn. Wolałbym, żeby Abdul Kerim uniknął losu kolejnych potomków rodziny Gracie, którzy teraz seryjnie zaliczają ciężkie nokauty (<em>rodzina, która rozpropagowała brazylijskie jiu-jitsu. Royce Gracie, na początku lat 90., kiedy MMA kształtowało się jako nowy sport, wygrał 11 z 12 walk, zmuszając przeciwników, często większych od siebie, do poddania. Wielu członków rodziny Gracie walczy do tej pory ze zmiennym szczęściem – przyp. red.</em>). Do uprawiania sportów walki trzeba mieć silne, wewnętrzne przekonanie. To nie może być tylko naśladownictwo. Nie ma po co tracić zdrowia.</p>
<p><strong>Ty najwyraźniej nie chciałeś naśladować dziadka i ojca. Nie zostałeś młynarzem.</strong></p>
<p>Bo dla mnie numerem jeden był zawsze Bruce Lee (<em>śmiech)</em>. Pierwszy młyn dziadek wybudował jeszcze w Kazachstanie. W 1944 r. Stalin wysiedlił około pół miliona Czeczenów i Inguszów, a większość trafiła właśnie do Kazachstanu. Po powrocie dziadek zainwestował w nowy młyn i fabrykę oleju roślinnego na granicy Rosji i Czeczenii. W 1994 r. serce dziadka nie wytrzymało bombardowania naszej rodzinnej wioski. Tata po jego śmierci przejął interes i wybudował kolejny młyn. Czasy świetności tego biznesu dawno już minęły. Dziś jest wielka konkurencja. Ojciec wciąż prowadzi młyn, ale nie przynosi on wysokich dochodów.</p>
<p><strong>Chcesz ściągnąć rodziców do Polski?</strong></p>
<p>Taki mam plan. Kiedyś byli temu przeciwni, ale z upływem czasu chyba przywykli do myśli, żeby mieszkać bliżej mnie. W Czeczenii gospodarczo nie dzieje się za dobrze, nie jest też bezpiecznie. A poza tym panuje tam okropny klimat. Organizm mojej mamy coraz gorzej radzi sobie z letnimi upałami. To nie jest kraj dla starszych ludzi.</p>
<p><strong>W Olsztynie lepiej?</strong></p>
<p>Klimat jest tu fantastyczny. Rodzice jeszcze nie widzieli Polski, ale jestem pewien, że się w niej zakochają, tak jak ja. Tata jest jednak bardzo przywiązany do swojego biznesu i ciężko mu wszystko zostawić.</p>
<p><strong>A mama?</strong></p>
<p>Kiedyś była nauczycielką języka rosyjskiego i literatury rosyjskiej w szkole średniej. Potem urodziliśmy się my i zajęła się domem. Było nas czworo: dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Mój starszy brat niestety utonął, kiedy miał dwa latka. Mamed to imię po nim.</p>
<p><strong>Nie masz brata rodzonego, ale za to wielu braci ciotecznych i stryjecznych.</strong></p>
<p>To kaukaska specjalność. W miarę możliwości trzymamy się razem. Moim kuzynem jest choćby Asłambek Saidow (<em>mieszkający w Polsce zawodnik MMA – przyp. red.</em>). Jego babcia była siostrą mojego dziadka.</p>
<p><strong>W internecie można przeczytać, że to twój brat.</strong></p>
<p>Bo obaj jesteśmy ciemni i owłosieni? (<em>śmiech</em>). Bardzo często biorą go za mnie i na odwrót. Ile ja się autografów narozdawałem za Asłama&#8230; Mam też przyjaciela w Katowicach, którego wszyscy biorą za Chalidowa. Nawet mnie to nie dziwi, bo jesteśmy do siebie bardzo podobni, mimo że nie łączy nas żadne pokrewieństwo. Kumpel w kółko jest chwalony za ostatnie walki, ale nigdy nie zaprzecza i do końca gra Mameda.</p>
<p><strong>Czy siostry z rodzinami też chciałbyś ściągnąć do Polski?</strong></p>
<p>Nie. One mają swoje życie i to całkiem dobre. Jedna mieszka w naszej rodowej wsi Aczhoj-Martan, a druga w Groznym.</p>
<p><strong>Co działo się z twoją rodziną w czasie pierwszej wojny (<em>od 1994 do 1996 roku – przyp. red</em>.)?</strong></p>
<p>Dziadek zdecydował, że kobiety z dziećmi mają uciekać. Wyrwaliśmy się więc z Groznego pod ostrzałem, przekroczyliśmy granicę i zamieszkaliśmy na rosyjskiej wsi. Poza nami było tam kilka czeczeńskich rodzin. Jak przystało na ówczesnych „wrogów”, nie byliśmy lubiani. Kiedy z chłopakami wychodziłem wieczorem, zwykle kończyło się to narodowymi nieporozumieniami. Często zresztą ich powodem były Rosjanki, które tam poznaliśmy. Miałem wtedy 15 lat. Ten okres nie kojarzy mi się zbyt dobrze. Za dużo nieprzyjemności i za dużo bójek. Nie było jednak wyjścia – musiałem się bronić. Nie mogłem przecież odchodzić ze spuszczoną głową. Nie wywoływałem awantur, byłem zawsze tym, którego atakowano. Jak ktoś się napił i zauważył kogoś z Kaukazu, to od razu była lipa. Zwykle tłukłem się z chłopakami o 10 lat starszymi. W ten sposób zdobyłem trochę praktyki. Zawsze jednak to ja byłem górą.</p>
<p><strong>Jak dziś patrzysz na Rosjan?</strong></p>
<p>Z sympatią. Jak na każdego człowieka. Nie jestem do nich źle nastawiony. Szczególnie do tych myślących.</p>
<p><strong>Jesteś zapraszany na antyrosyjskie demonstracje?</strong></p>
<p>Tak, ale ja się w politykę nie mieszam. To niemądre manifestować przeciwko Rosjanom. Trzeba pamiętać, że to nie Rosjanie chcą zająć Czeczenię, tylko rosyjscy politycy, a to duża różnica. Polityka to biznes. Zwykli ludzie nie mają z tym nic wspólnego. Ich się tylko okłamuje. Trzeba być bardzo naiwnym, żeby wierzyć we wszystko, co pokazują w telewizji. Dlatego nie podoba mi się  medialny obraz złego Czeczena &#8211; terrorysty i bandyty. Dopiero w Polsce przekonałem się, że nie wszyscy tak na nas patrzą. Byłem szczerze zdziwiony, że jestem lubiany, wręcz noszony na rękach. Poza tym Polacy ze mną rozmawiali i w kółko o coś się pytali. Nie mogłem wyjść z podziwu. Nie musiałem się napinać. W Polsce po prostu odżyłem.</p>
<p><strong>Jak ty właściwie do nas trafiłeś?</strong></p>
<p>Po pierwszej wojnie czeczeńskiej nie było nawet krzeseł w szkołach. Bieda, zniszczenia, zero warunków do nauki. Prezydentem został wtedy Asłan Maschadow i wszyscy mieli nadzieję na odbudowę kraju. Niektórzy uczniowie byli wysyłani na zagraniczne studia. Chodziło o wykształcenie przyszłej czeczeńskiej elity. Wśród szczęśliwców znalazłem się i ja. Przez kuzyna kuzyna i znajomego znajomego dostałem szansę wyjazdu, a nie każdy ją miał, czego jestem świadomy. Mogłem jechać do Egiptu, Włoch lub Polski. Ta ostatnia była najbliżej, więc wybór był prosty. Zresztą wszystkim kierował ktoś na górze. Wierzę, że co bym nie robił i tak znalazłbym się w Polsce.</p>
<p><strong>Po studiach miałeś wrócić.</strong></p>
<p>Jak najbardziej. Ale znacie historię. Wybuchła druga wojna (<em>w latach 1999 – 2003 – przyp. red.</em>) i wszystko zaczęło się walić. Kraj  znowu został zrujnowany i to jeszcze dotkliwiej. Mimo to, kiedy sytuacja trochę się uspokoiła, tak jak większość moich przyjaciół, chciałem na stałe wrócić do Czeczenii i zamieszkać w Groznym. Pojechałem, pokręciłem się na miejscu dwa miesiące i wróciłem do Olsztyna. Nie mogłem się przestawić, nie mogłem się tam odnaleźć, po prostu za bardzo już się spolszczyłem.</p>
<p><strong>Miałeś być inżynierem?</strong></p>
<p>Tak, bo chciałem studiować na Politechnice. Jednak po oblaniu paru matematycznych testów szybko mi przeszło. Wybrałem Zarządzanie i Administrację. Ale zanim trafiłem na uczelnię do Olsztyna, przez rok we Wrocławiu uczyłem się języka polskiego. Moje pierwsze wrażenie było takie, że mówicie w sposób, w jaki na skali stroi się radio: „Pszsz, tszy, brz&#8230;”. Byłem pewien, że  nie da się tego nauczyć.</p>
<p><strong>Poznałeś wszystkie łamańce językowe?</strong></p>
<p>„Chrząszcz brzmi w trzcinie” wychodzi mi bardzo dobrze. Ale zawsze najgorszy był „stół z powyłamywanymi nogami” (<em>Mamed wypowiedział tę sentencję bez zająknięcia! &#8211; przyp. aut.).</em></p>
<p><strong>Brawo! Według nas język czeczeński jest znacznie trudniejszy.</strong></p>
<p>Jak opanujecie gardłowe głoski, wszystko będzie już tylko prostsze. Mogę was nauczyć „dzień dobry”, „jak się masz” i „do widzenia”.</p>
<p><strong>Możesz próbować, ale na bank nie mamy takich zdolności językowych jak ty.</strong></p>
<p>„Dzień dobry” to DE DIK CHYL, „jak się masz” to MUH WU HO, a „do widzenia” to ADIK JOJL. Prawda, że proste?</p>
<p><strong>Nie będziemy dyskutować z mistrzem&#8230; Po roku wylądowałeś w Olsztynie.</strong></p>
<p>W pięknym Olsztynie. Jak mówimy o tym mieście, to zawsze wcześniej używajmy słowa „piękny” (<em>śmiech</em>). Zacząłem na poważnie studiować, trenować i pracować. Obroniłem pracę magisterską <em>Islam a terror</em>, chcąc odczernić islam i zmazać z niego terrorystyczny stereotyp. Poza tym były boks, zapasy i taekwondo. Raz, dwa razy w tygodniu. Tylko dla siebie. Nie myślałem o żadnych zawodach, a MMA był to sport, który mnie zawsze ciekawił z racji swojej wszechstronności. Pod koniec 2003 r. pojawiła się okazja do trenowania, gdy otworzył się klub MMA Arrachion Olsztyn i najzwyczajniej w świecie z niej skorzystałem. Absolutnie nie miał to być mój sposób na życie.</p>
<p><strong>Z czego wtedy żyłeś?</strong></p>
<p>Finansowo wspierał mnie ojciec. Do tego prawie pięć lat pracowałem na bramce w dyskotece. Pieniądze, które zarabiałem na swoich pierwszych walkach były śmieszne. Ledwo starczało na treningi i odżywki. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że praca na bramce przeszkadza w treningach, bo ciągle byłem niewyspany. Trzeba było podjąć trudną decyzję &#8211; zrezygnowałem z pracy na rzecz sportu. Ewa była wtedy ekspedientką w sklepie z ciuchami i przez ponad rok żyliśmy tylko z jej pensji. Strasznie to przeżywałem, ale Ewa bardzo mnie wspierała. Podobnie jak teściowa, z którą przez jakiś czas mieszkaliśmy. Nie wiem, skąd się wzięły te wszystkie anegdoty o teściowych jędzach. Moja jest super.</p>
<p><strong>Jak dzisiaj oceniasz swoje pierwsze, przegrane walki?</strong></p>
<p>Miałem potworne problemy z wydolnością. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w zawodach sportowych. Inni zawodnicy wywodzili się z zapasów, judo, boksu i mieli w młodości treningi kondycyjne. Ja przez to nie przeszedłem, trenowałem sam dla siebie, a mój organizm był kompletnie nieprzygotowany do takiego wysiłku. Potem było już coraz lepiej, ale pierwsze pięć lat zawodowych treningów pod kątem budowania wytrzymałości było katorgą. Na szczęście teraz nie mam problemów z wydolnością.</p>
<p><strong>Twoja najdłuższa walka to pięć rund z Jorge Santiago (<em>o pas mistrzowski federacji Sengoku w wadze średniej. Mamed wcześniej pokonał Santiago w walce nie o pas. W rewanżu sędziowie orzekli porażkę Chalidowa na punkty – przyp. red.</em>). I niestety w jej trakcie było po tobie widać problemy wydolnościowe.</strong></p>
<p>Złożyło się na nie wiele czynników. Japończycy wykupili nam bilety lotnicze tak, że przylecieliśmy trzy dni przed walką. To stanowczo za mało na aklimatyzację w innej strefie czasowej. Do tego razem z moim sztabem popełniliśmy błąd w treningach i byłem ewidentnie przemęczony. A w nocy, przed samą walką, udało mi się przespać tylko dwie godziny. Wychodząc na ring czułem, że nie jestem sobą. Nie miałem swojego zrywu. Przewalczyłem pięć rund tylko po to, żeby przetrwać.</p>
<p><strong>Mimo to uważamy, jak wielu fachowców, że wygrałeś, a już na pewno zremisowałeś.</strong></p>
<p>Zostawmy to. Marzę o trzeciej walce z Santiago, żeby wyrównać rachunki.</p>
<p><strong>Teraz, kiedy wyleciał z UFC (<em>Ultimate Fighting Championship – amerykańska organizacja MMA, największa i najlepsza na świecie – przyp. red.), </em>masz szansę. Bo ty r<em>acz</em>ej nie planujesz swojej kariery za oceanem. Dlaczego?</strong></p>
<p>Odpowiem pytaniem na pytanie: a dlaczego nie budować czegoś pozytywnego w Polsce? Dlaczego nie poświęcić się dalszemu rozwojowi MMA tutaj? Oczywiście nie ukrywam, że chciałbym kiedyś sprawdzić się w UFC, by zobaczyć, na ile mnie stać. Ale wiąże się to z koniecznością zrezygnowania ze wszystkich innych organizacji. A mi zależy na tym, żeby walczyć w Polsce. Czy to źle? Uważam, że warto budować silną organizację MMA właśnie tutaj. Zwróćcie uwagę, że już teraz KSW (<em>Konfrontacja Sztuk Walki, największa polska organizacja MMA – przyp. red</em>.) ma najlepiej organizowane gale w całej Europie. Na Ameryce świat się nie kończy.</p>
<p><strong>Racja. Ale twoim problemem w naszym kraju jest brak przeciwników z najwyższej półki.</strong></p>
<p>Wcale tak nie uważam. Są dobrzy zawodnicy w Europie i za oceanem, którzy mogą przyjeżdżać do Polski. Sporo dobrego dzieje się u nas wokół tego sportu. Moim zdaniem warto poświęcić się rozwojowi nowej dyscypliny w Polsce, a nie szukać szczęścia w Ameryce.</p>
<p><strong>Mariusz Pudzianowski szukał i dostał ostre baty (<em>najsilniejszy człowiek świata przegrał w słabym stylu swoją pierwszą walkę za oceanem – przyp. red.).</em></strong></p>
<p>Możemy ominąć temat Mariusza?</p>
<p><strong>Nie możemy. Kiedyś powiedziałeś, że gdyby padła propozycja, to mimo dużej różnicy wagowej, zgodziłbyś się na walkę z Pudzianem.</strong></p>
<p>Pytanie dziennikarza o walkę z Mariuszem było może i na serio, ale ja odpowiedziałem w formie żartu. Słów jednak nie zmieniam, bo nie boję się walczyć z nikim. Ale oczywiście nie ma po co ryzykować zdrowiem. Zawodników, którzy ważą ponad 100 kilogramów raczej wolałbym unikać. Przy tak dużej różnicy wagowej łatwo o kontuzję. Mógłbym z Mariuszem wygrać, ale krzywdy bym mu nie zrobił. On też mógłby wygrać, ale konsekwencje dla mnie mogłyby być przykre.</p>
<p><strong>Biłeś się kiedyś z zawodnikiem nasmarowanym wazeliną?</strong></p>
<p>Ale gdzie nasmarowanym? (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wszędzie, ale nie tam, gdzie myślisz.</strong></p>
<p>Biłem się. Facet twierdził później, że to nieprawda, ale ja wiem swoje. To bardzo niesportowe zachowanie, bo jak gość nasmaruje się czymś śliskim, to nie sposób skutecznie założyć mu  dźwigni. Sędziowie powinni sprawdzać takie rzeczy. Na szczęście, od kiedy walczę w KSW, takich wtop już nie ma.</p>
<p><strong>Jak oceniasz walkę na zasadach MMA dwóch naszych mistrzów olimpijskich: Pawła Nastuli i Andrzeja Wrońskiego <em>(ten drugi przegrał przez nokaut – przyp. red.).</em></strong></p>
<p>Co tu oceniać? Sami widzieliście. Dla mnie Paweł Nastula to najlepszy polski zawodnik wagi ciężkiej. W swoich pierwszych pojedynkach w japońskiej organizacji PRIDE walczył z najlepszymi na świecie, z prawdziwymi legendami tego sportu. Co prawda przegrywał, ale po bardzo ciężkich i bardzo dobrych walkach. Trzeba to docenić. Żałuję tylko, że od dłuższego czasu Paweł nie mierzy się z zawodnikami na wysokim poziomie. Zasługuje na dużo więcej niż małe, marginalne gale, których nie transmituje telewizja. Według mnie Nastula powinien być największą gwiazdą MMA w Polsce. Andrzej Wroński natomiast jest znakomitym sportowcem i zapaśnikiem największego kalibru, ale trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że z Nastulą, który od lat jest w ciągłym treningu MMA, nie miał szans.</p>
<p><strong>Czy twój pseudonim „Kanibal” to ksywka z kluczem?</strong></p>
<p>Uspokójcie się. To był pomysł Amerykanów. Walczyłem tam raz i taki był wymóg. Musiałem mieć jakiś pseudonim. Na siłę przykleili do mnie tego nieszczęsnego „Kanibala”. Nie brzmi to za dobrze. Staram się omijać temat tego przydomka.</p>
<p><strong>Czujesz czasami, że masz niebezpieczne narzędzie w rękach?</strong></p>
<p>Staram się unikać sytuacji, w których konieczne byłoby użycie pięści. Ale, jak w życiu każdego mężczyzny, zdarzało się. Często biłem się, bo nie miałem innego wyjścia. Najwięcej w Rosji, o czym już mówiłem. Ale i w Polsce, szczególnie na początku mojego pobytu, było kilka takich sytuacji. Wyglądałem na małego, chudego i łatwego do okradzenia. Uciekać nie potrafię, więc co miałem robić? Na szczęście nikomu wielka krzywda się nie stała.</p>
<p><strong>Kiedy skończyły się te problemy?</strong></p>
<p>Gdy stałem się rozpoznawalny. Poza tym nie jestem już młodym studentem. Wiadomo, że wtedy człowiek jest bardziej narażony na takie sytuacje. Teraz nikt mnie nie zaczepia. A gdyby nawet, to chyba&#8230; dałbym się pobić (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Stojąc na bramce, często interweniowałeś?</strong></p>
<p>Bardzo rzadko, bo Olsztyn to małe miasto. Wszyscy się tu znają. Jeśli ktoś dymił, zwykle był to przyjezdny.</p>
<p><strong>A znasz takich, którzy dziś chwalą się, że Mamed wybił im zęby?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) Może tacy są, ale nigdy o nich nie słyszałem.</p>
<p><strong>W walce przeciwnik nigdy nie wyłączył ci światła. A poza ringiem?</strong></p>
<p>Tylko raz. Właśnie tam, na bramce, znokautowała mnie&#8230; woda gazowana. Wypiłem małą butelkę i zemdlałem.</p>
<p><strong>Od wody?</strong></p>
<p>Tak. Kelnerka przyniosła mi wodę z gazem, bo innej nie było. A nigdy wcześniej nie piłem gazowanej. Byłem cholernie spragniony. Wychyliłem na raz, dostałem czkawki, zabrakło mi powietrza i padłem. Walnąłem głową w ścianę. To mój jedyny raz, kiedy urwał mi się film.</p>
<p><strong>Nigdy się nie upiłeś?</strong></p>
<p>Nigdy. Uważam, że to bardzo zdrowe.</p>
<p><strong>Ale nie uwierzymy, że na studiach nie imprezowałeś.</strong></p>
<p>Życie studenckie wspominam fantastycznie, ale jako muzułmanin trzymałem się z daleka od alkoholu. Owszem imprezowałem z innymi studentami, tyle że bez picia. Szczerze mówiąc długo wydawało mi się, że totalne jazdy alkoholowe odchodzą tylko na rosyjskich wsiach. A tu pijany cały akademik!</p>
<p><strong>Dostałeś już propozycję z Tańca z gwiazdami?</strong></p>
<p>A dlaczego miałbym dostać? Nie sądzę, żebym kiedykolwiek musiał coś takiego rozważać.</p>
<p><strong>A my przeciwnie. Widzieliśmy twój taniec na YouTubie&#8230;</strong></p>
<p>O nie! (<em>Wybuch śmiechu</em>). Ten filmik mnie prześladuje. Wszyscy się nabijają.</p>
<p><strong>Jakoś nas to nie dziwi.</strong></p>
<p>Chcecie dostać po frontkicku?</p>
<p><strong>A umiesz?</strong></p>
<p>Zaraz się przekonacie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jacek Borcuch</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jacek-borcuch/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jacek-borcuch/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Dec 2011 20:55:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[FILMOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Borcuch Jacek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3251</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 11, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Świetlik &#8211; Czy twój następny film też będzie dla nas? A który był dla was? Wszystkie. To fajnie. Bo ja robię filmy dla siebie. Zaspokajam swoją wyobraźnie. Jeżeli waszą również, to bardzo mi miło. Możemy się spokojnie umówić, że robię kino dla nas [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3257"><img class="alignleft size-full wp-image-3257" title="Jacek-Borcuch" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/12/Jacek-Borcuch.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 11, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.andrzejswietlik.pl/">fot. Andrzej Świetlik</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Czy twój następny film też będzie dla nas?</strong></p>
<p><strong></strong>A który był dla was?</p>
<p><strong>Wszystkie.</strong></p>
<p><strong></strong>To fajnie. Bo ja robię filmy dla siebie. Zaspokajam swoją wyobraźnie. Jeżeli waszą również, to bardzo mi miło. Możemy się spokojnie umówić, że robię kino dla nas trzech <em>(śmiech</em>). Pytanie tylko, czy dalej będziemy mieli ochotę na to samo.</p>
<p><strong>Nie mamy wrażenia, że twoje filmy są takie same.</strong></p>
<p><strong></strong>Powiem wam, że po <em>Tulipanach</em> chciałem zrobić coś zupełnie innego. Ale się nie udało. <em>Wszystko, co kocham</em> jest przepełnione melancholią. Teraz robię historię na wskroś współczesną i mam nadzieję, że tym razem tego uniknę.</p>
<p><strong>No to nie gwarantujemy, że nam się spodoba&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>(<em>Śmiech</em>).<em> Tulipany</em> to jest marzenie o tym, żeby życie było piękne do końca. Żeby starość była wspaniała, bez chorób, bez niedołężności, z miłością, w blasku słońca. <em>Wszystko, co kocham</em> to skok w kulturową przeszłość. Ten film jest o tym, co się wydarzyło ze mną na koncercie Beastie Boys. Chłopaki zagrali w starym stylu, bardzo punkowo. I zdałem sobie sprawę, że nie mam już nawet w domu muzyki, której słuchałem będąc nastolatkiem. A to przecież była wtedy dla mnie najważniejsza rzecz na świecie. Utraciłem gdzieś swoją przeszłość. I dzięki Beastie Boys ją odzyskałem. Powróciły wspomnienia pierwszego wina, papierosa, pierwszego seksu&#8230; Zresztą, po co o tym opowiadać. Filmy więcej o mnie mówią, niż jestem w stanie powiedzieć w jakimkolwiek wywiadzie.</p>
<p><strong>A co powie o tobie nowy film?</strong></p>
<p>Powie o tym, co dzieje się w moim życiu teraz. Jako czterdziestolatek postanowiłem wreszcie zmierzyć się z rzeczywistością. Część zdjęć kręcimy w Polsce, a część w Hiszpanii.</p>
<p><strong>Javier Bardem dostał scenariusz?</strong></p>
<p>To byłoby zbyt banalne. Dlatego pomyślałem o jego bracie Carlosie, który jest mniej oczywisty i do tego bardzo ciekawy. W międzyczasie jednak udało się porozumieć z Angelą Moliną, która zgodziła się zagrać. Doszedłem do wniosku, że Molina i Bardem to trochę za dużo. Zatrudniłem więc innego, nieznanego, hiszpańskiego aktora.</p>
<p><strong>I Andrzeja Chyrę&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Za każdym razem mam plan, by go nie zatrudniać. I zawsze wychodzi, jak widzicie. Zaczynam od epizodu dla Chyry, kończę na roli głównej&#8230; Tym razem zamieniłem matkę bohaterki na ojca. Pomyślałem – co się będę wygłupiał z jakąś matką, skoro jest Chyra (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kiedy zrezygnowałeś ze szkoły aktorskiej, na prawie pół roku wyjechałeś do Hiszpanii. Rozumiemy, że film nawiązuje do tamtych wydarzeń.</strong></p>
<p>Nie. To zupełnie inna historia. Tamta jest gotową opowieścią na oddzielny film. Julek Machulski, który ją zna, powiedział mi, że to jest gotowy kinowy hit. Faktycznie całość składa się w idealny scenariusz. Nawet nie trzeba by go ubarwiać, bo prawda jest barwna aż nadto.</p>
<p><strong>No to musisz nam opowiedzieć.</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mogę. Nie mam pewności, że wszystkie sprawy już się przedawniły (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kilka na pewno. </strong></p>
<p><strong></strong>No dobra. Ale pamiętajcie, że miałem wtedy dwadzieścia parę lat. A to wiele wyjaśnia. Kiedy już z kumplem znaleźliśmy się w Hiszpanii, postanowiłem przedłużyć nam wizy z trzech miesięcy do sześciu. Wziąłem więc paszport i elegancko żyletką wydrapałem trójkę. Ale kiedy chciałem w to miejsce wpisać szóstkę, atrament z długopisu rozlał się w kleksa. O dziwo, nie zrażony niepowodzeniem, ten sam numer powtórzyłem z paszportem kumpla, który o niczym nie wiedział, bo w tym czasie spał. Kiedy się obudził, nie powiem, stracił nieco dobry humor. Ale już po chwili obydwa paszporty kąpaliśmy w wannie. Byliśmy tak zachwyceni naszą pomysłowością, że jeszcze tego samego wieczora przepiliśmy wszystkie pieniądze. I tu zaczyna się opowieść, której już nie mogę wam sprzedać&#8230;</p>
<p><strong>Trudno. W takim razie sprzedaj nam chociaż informację, czy pierwsze randki spędzałeś nad Liwą <em>(rzeka przepływająca przez Kwidzyn, rodzinne miasto Jacka Borcucha – przyp. red.)</em>. </strong></p>
<p>Ale pytanie! Chyba od czasów liceum nie wypowiedziałem słowa Liwa. Oczywiście, że randki i nie tylko randki spędzało się nad rzeką. Liwa już od marca gościła nas w swoich ramionach. To były czasy, w których kto wcześniej wskakiwał do wody, ten gość. W lipcu kąpały się jakieś mięczaki. W marcu ściskało jajka jak cholera, ale się wchodziło. Ja prowadzałem się po mieście z łobuzerką, więc musiałem nadrabiać i udawać twardszego niż jestem. Piliśmy tanie wina i wydawało się to genialnym pomysłem na życie. Dużo miłych wspomnień. Powiem wam, że Liwą zjednaliście moje serce.</p>
<p><strong>Bardzo nam miło. W rewanżu postaraj się sobie przypomnieć twojego pierwszego PLAYBOYA. </strong></p>
<p>To musiało być dopiero w liceum. Żyłem na wojskowym osiedlu, na którym prędzej można było znaleźć jakieś maski gazowe lub radiostacje niż PLAYBOYA. Zresztą mój ojciec – poważny wojskowy – skutecznie odcinał mnie od kapitalistycznych brzydkich rzeczy. Ale paradoksalnie pierwszego pornosa widziałem dzięki stryjowi. Całą młodość kręcił filmy na kamerze Super 8, miał też projektor &#8211; to na nim oglądałem pierwsze wygibasy. Bez dźwięku, tylko z charakterystycznym terkotaniem w tle. Do dziś odgłos projektora miło mi się kojarzy.</p>
<p><strong>A płonąca stodoła z czym ci się kojarzy?</strong></p>
<p><strong></strong>Ale to było dużo wcześniej. Miałem prawie 13 lat, a brat 11. To akurat miało znaczenie, bo do poprawczaka szło się wtedy od 12. roku życia. Czyli ja już się na paragrafy łapałem. Rzecz rozegrała się w Wielkanoc. Rozpaliliśmy z bratem w stodole dziadków malutkie ognisko, żeby potrenować przed śmigusem-dyngusem i zagasić je plastikowymi pisankami do pryskania. Ugasiliśmy ogień, zamknęliśmy stodołę i poszliśmy na wzgórze strugać łuki i dzidy. Po pewnym czasie zobaczyliśmy pożar. Wpadłem do domu i krzyczę: „Pali się!!”. Na co dziadek: „Ta, jasne, jasne&#8230; Jacuś, idźcie się pobawić”. Nikt nam nie wierzył, a po pół godzinie nie było co gasić. Spaliliśmy dziadkom piękną, poniemiecką, drewnianą stodołę. Przyjechała milicja i zaczęło się dochodzenie. Rodzice przestraszyli się, że za podpalenie wyląduję w poprawczaku. Dlatego wszystko zrzuciliśmy na brata, bo był młodszy i nic mu nie groziło. Daniel płakał, a ojciec tłumaczył: „Powiesz panom, że byłeś tam sam, a Jacka nie widziałeś” (<em>śmiech</em>). Do dziś spłacam dług wobec brata.</p>
<p><strong>Jakie w tamtych czasach wieszałeś plakaty nad łóżkiem?</strong></p>
<p>Śmierci Klinicznej, WC, UK Subs i Sex Pistols.</p>
<p><strong>A Dezertera?</strong></p>
<p><strong></strong>Oni byli dla mnie trochę za komercyjni. Ich nagrania wychodziły na winylach – pełna komercha (<em>śmiech</em>). Grali za bardzo na zachodnią modłę. Wolałem WC, które wtedy płyt nie wydawało.</p>
<p><strong>Twoje zespoły wydawały?</strong></p>
<p><strong></strong>Nagrania Zbitych Pisuarów i innych grup gdzieś tam się walają na strychu moich rodziców.  Dopiero RiPlAy, projekt punkowo-reggae’owy, wydał całą, w miarę profesjonalną kasetę, w 1984 r. w wydawnictwie OTK.</p>
<p><strong>Mieliście groupies?</strong></p>
<p><strong></strong>Raczej chcieliśmy mieć. Uchodziliśmy wtedy za dziwaków i nie budziliśmy zaufania. Koledzy, którzy wyglądali normalniej i nie zajmowali się muzyką, mieli większe powodzenie.</p>
<p><strong>A ty marzyłeś o romansie ze starszą sąsiadką&#8230;</strong></p>
<p>I nie byłem w tym odosobniony. Tak jak we <em>Wszystko, co kocham</em> sąsiadka wyglądała na odpowiednią nauczycielkę w tych kwestiach. Fajnie kręciła pupą, pachniała, zaczepiała nas i łapała słońce w kostiumie kąpielowym. W rzeczywistości była raczej podobna do Kate Jackson z <em>Aniołków</em> <em>Charliego</em>, niż do Katarzyny Herman, która gra ją w filmie. Myślę, że moja sąsiadka zrobiłaby furorę na rozkładówce PLAYBOYA. Ale lepiej zakończmy ten miły wątek. Niedawno mama mi przypomniała, że ta pani wciąż nazywa się Sokołowska.</p>
<p><strong>Społeczność kwidzyńska zareagowała jakoś na film?</strong></p>
<p><strong></strong>Akcja toczy się przecież na wybrzeżu, a nie w moim rodzinnym mieście. W Kwidzynie doszło chyba tylko do jednej spektakularnej „reakcji”. Pijany sąsiad zaczepił moją mamę słowami: „I co, kurwa, syneczek o was filmiki robi! Bohaterowie! Rewolucjoniści! Spierdalaj mi!” i splunął przez ogrodzenie. Mama się załamała. Gość potem próbował przepraszać, robił podjazdy z kwiatami, ale sytuacja chyba się nie wyprostowała.</p>
<p><strong>A film podobał się rodzicom?</strong></p>
<p>Po scenie, kiedy umiera babcia, ojciec miał łzy w oczach, więc chyba tak.</p>
<p><strong>Niektórzy po premierze zarzucali ci, że byłeś landrynkowym punkowcem&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Krytyka dotyczyła głównie wyglądu głównych bohaterów. Bo niby „prawdziwi” punkowcy tak nie wyglądali. Tymczasem my nie nosiliśmy pieszczoch, nie przekłuwaliśmy uszu w 10 miejscach, nie mieliśmy irokezów i nie robiliśmy sobie sznyt – takie insygnia były być może normą u punkowców z większych miastach. W Kwidzynie takie rzeczy kojarzyły się narkomanami i zwyczajnym menelstwem. My byliśmy poczochrani, zakładaliśmy stare garniturowe spodnie po ojcach, trampki, koszule i marynary.</p>
<p><strong>Jak na subkulturowe zachowania reagował ojciec wojskowy?</strong></p>
<p><strong></strong>Pierwszy raz coś w nim drgnęło, kiedy zobaczył dokument o Jarocinie. Usłyszał z telewizora, że „chuligani zdemolowali kolejny sklep z alkoholem” i że „agresja młodych ludzi godzi w polski socjalizm”. Spojrzał na mnie, porównał moje łachy i wygląd z tym, co widział w telewizji. Błyskawicznie skojarzył fakty, poszedł po nożyczki i obciął mi włosy. Potem przyniósł młotek i kowadło i na moich oczach dokonał egzekucji na moim własnoręcznie wykonanym znaczku anarchii. Na szczęście z czasem się kapnął, że nie wszyscy punkowcy to żule, narkomani i hołota.</p>
<p><strong>Co dziś robią twoi kumple punkowcy?</strong></p>
<p><strong></strong>Bloom to wiadomo<em> (Daniel Bloom, właściwie Daniel Borcuch, młodszy brat Jacka jest kompozytorem, instrumentalistą i producentem muzycznym – przyp. red.)</em>. Pozostali chyba dorośli i żyją jak pan Bóg przykazał. Sam nie pojmuję jakim cudem cały czas robię to, co wtedy na podwórku.</p>
<p><strong>Po miłości do punka, zapałałeś miłością do sportu.</strong></p>
<p>To się działo jednocześnie. Biegałem na setkę, na 110 przez płotki, skakałem w dal, a nawet próbowałem sił w trójskoku. Na Mistrzostwach Polski juniorów na 110 przez płotki byłem szósty. Pojechałem jako najlepszy junior województwa, ale na miejscu od razu się załamałem, kiedy zobaczyłem konkurencję – nie dość, że mieli o wiele dłuższe nogi, to jeszcze w wypasionych dresach i kolcach do biegania. Mój dres był powyciągany, miał odciśnięte pieczątki Polsportu i kwidzyńskiego klubu sportowego. To wszystko odebrało mi siły w trakcie finału. Po zawodach straciłem motywację. Ale gdybym tylko miał taki dresik Adiego&#8230; Do dziś pamiętam dzień, w którym zerwałem ze sportem. O 17 leciała wtedy <em>Stawka większa niż życie</em> – wiadomo, musiałem to zobaczyć. Wymyśliłem sobie, że będę chodził trenować dwie godziny wcześniej, żeby zdążyć do domu na serial. Tak zrobiłem. Przed 17 przyszedł trener i ucieszył się, że jestem ciut wcześniej, bo akurat tego dnia miała być jakaś wizytacja. Ale ja twardo, że już trening skończyłem, a teraz wychodzę, bo  mam pewne rzeczy do załatwienia. Próbował mnie przekonać, ale nie mogąc nic wskórać uciekł się do szantażu: „Wybieraj, albo dzisiaj zostajesz, albo koniec z treningami”. Wybrałem Klossa.</p>
<p><strong>A jak to się stało, że punk zamieniłeś na poezję śpiewaną?</strong></p>
<p><strong></strong>Bo to była taka punkowska poezja śpiewana (<em>śmiech</em>). Sam nie wiem. Po prostu zacząłem fascynować się Kaczmarskim i tekstami Stachury. Śpiewałem z kumplem w duecie. Jeździliśmy nawet po festiwalach i konkursach. Kariery jednak nie zrobiliśmy.</p>
<p><strong>Może dlatego, że dla odmiany postanowiłeś zostać śpiewakiem operowym?</strong></p>
<p><strong></strong>To naprawdę było moje marzenie. Pojechałem do Łodzi na Akademię Muzyczną na konsultacje, ale znajomy profesor odradził Łódź ze względu na klimat. Powiedział, że Studium Wokalno-Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni to dobra szkoła. Traktowałem śpiewanie bardzo poważnie. Przez dwa lata. Potem uznałem, że to bez sensu&#8230;</p>
<p><strong>I za pierwszym razem zdałeś do Szkoły Aktorskiej w Warszawie.</strong></p>
<p>Tylko, że tam wytrzymałem zaledwie parę tygodni. To wszystko wydawało się zbyt surrealistyczne. Ja już brałem udział w spektaklach, grałem główne role w Teatrze w Gdyni, a tutaj starsi studenci sadzili się na wielkich aktorów i mówili do mnie gardłowym głosem przez nos. Pomyślałem, ja pierdolę, co za żenada, szkoda życia. I z dnia na dzień przestałem przychodzić na zajęcia.</p>
<p><strong>Koledzy z roku w ogóle cię pamiętają?</strong></p>
<p>Raczej tak.  Byłem na roku m.in. z Piotrkiem Adamczykiem, Michałem Żebrowskim i Agnieszką Krukówną. Ale z dnia na dzień zniknąłem. Pamiętam, że kiedy po jakimś czasie przyjechałem do szkoły, żeby odebrać papiery, to w sekretariacie powiedzieli mi z wyrzutem: „Zajął pan miejsce komuś, kto marzył o tej szkole przez całe życie”. Nawet koledzy wygłaszali podobne teksty. Bo takie rzeczy się nie zdarzały. To były nowe czasy,  początek lat 90. Uwierzyłem w wolność i wyjechałem z kumplem do Hiszpanii.</p>
<p><strong>To nie było trochę tak, że pojechałeś do Hiszpanii za dziewczyną? Tą, z którą grałeś w musicalu <em>West Side Story</em> w Gdyni? Tą, którą można oglądać z tobą na próbie w filmiku na YouTube?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie tą. Ale blisko, bo chodziło o dziewczynę, która wcześniej grała tę rolę. Na YouTube jest jej zmienniczka. Zresztą to też ciekawa historia. Na scenie się całowaliśmy – jak to w <em>West Side Story</em>. Któregoś dnia ona przyszła z podbitym okiem. Wzięła mnie na bok i powiedziała, że nie możemy się całować, bo ma zazdrosnego chłopaka. Pomyślałem, jak jej podbił oko, to mnie po prostu zajebie. Ale przecież trzeba grać. I nie chciałem dać za wygraną. Tylko, że ona była sprytniejsza, od następnego spektaklu zaczęła faszerować się czosnkiem. Nie było rady. Jedyne, co mogłem z siebie wykrzesać to przytulenie. Dziwna sytuacja. Miałem wtedy 21 lat ona chyba 26. Kompletne <em>science fiction</em>.</p>
<p><strong>Wracając do Hiszpanii&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Faktycznie pojechałem tam trochę w pogoni za dziewczyną. Ciekawy czas. Daję słowo. Jak sobie przypomnę niektóre rzeczy&#8230; Już wam opowiadałem, że od razu pierwszej nocy kompletnie się spłukaliśmy. Cała knajpa bawiła się na nasz koszt. Wszystko dlatego, że jeden poznany tam koleś obiecał nam świetną robotę. Oczywiście następnego dnia okazało się, że nic z tego. I tak skończyliśmy bez grosza. A żeby było ciekawiej, rzecz działa się na Majorce. Nawet gdyby chcieć wracać do domu na piechotę, to nie da rady. Trzeba było skołować kasę choćby na prom. Oczywiście musieliśmy szukać pracy. Zatrudniłem się jako naganiacz do knajpy. Miałem zwabiać angielskich turystów. Ale ci nie chcieli nawet ze mną gadać. Nie dziwie im się, knajpa była beznadziejna. Po trzech godzinach, wylali mnie z roboty. Kumplowi nie poszło dużo lepiej. Tymczasem zrobiła się trzecia w nocy, a mieszkaliśmy 12 km dalej.</p>
<p><strong>No i z buta?</strong></p>
<p><strong></strong>Oczywiście. Skończyło się miasto i ciemno jak w dupie. Jedynie stopami starasz się wyczuć brzeg asfaltu. Nagle łup! Walnąłem w samochód. Stał porzucony na poboczu. Długo mi nie zajęło, żeby przekonać kumpla, że pożyczymy go jedynie na chwilę. Ale to tylko na filmach wygląda tak łatwo, że spod kierownicy wyjmujesz kabelki, łączysz i zapalasz silnik. Siedzimy więc już w środku, łapy sobie haratam, próbując wyrwać wiązkę kabli, aż tu nagle długie światła z tyłu. Gościu włącza kierunkowskaz i parkuje obok nas. Kumpel pyta: „Co robimy?”. A ja: „Spoko, powiemy, że chcieliśmy się tylko ogrzać w środku”. A jest środek lata na Majorce. Temperatura w nocy powyżej 25 stopni (<em>śmiech</em>). Wychodzimy więc z tego auta na drewnianych nogach, pewni że może zdarzyć się wszystko. I wtedy słyszymy: „<em>Do you need some help?</em>”. Powietrze z nas zeszło momentalnie. Po 10 minutach byliśmy w swoich łóżkach. Nic się niby nie stało&#8230;</p>
<p><strong>Równie dobrze w bagażniku mógł być trup.</strong></p>
<p><strong></strong>Albo coś gorszego (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A jak się zakończyła akcja z paszportami?</strong></p>
<p><strong></strong>W międzyczasie znieśli wizy.</p>
<p><strong>Jednak udało nam się wycisnąć z ciebie trochę hiszpańskich historii. </strong></p>
<p><strong></strong>Fakt. Ale to nawet nie jeden promil całości. I na więcej już na bank mnie nie namówicie.</p>
<p><strong>To wracamy do <em>West Side Story</em>. Dlaczego po pierwszych sukcesach porzuciłeś śpiewanie?</strong></p>
<p><strong></strong>Groziło mi zbyt higieniczne życie. Zero picia, palenia&#8230; A jak coś z dziewczyną, to następnego dnia zapomnij o śpiewaniu. Nie dasz rady. Nawet Pavarotti by nie podołał. Na dwa, trzy dni przed premierą zapomnij o seksie. Nie sięgniesz gór. Nie ma szans. To jest jakieś biologiczne uwarunkowanie. Zaraz po skończeniu szkoły w Gdyni miałem kilka propozycji. Ale na szczęście mam w sobie jakiś zmysł antydestrukcyjny. Widziałem starszych kolegów śpiewaków. I to wcale nie był przyjemny widok.</p>
<p><strong>Ale czasem coś pojedziesz przed lustrem? </strong></p>
<p><strong></strong>Śpiewam sobie. W końcu cztery lata śpiewu klasycznego zobowiązują (<em>śmiech</em>). Mam przerobionego całego Moniuszkę, Karłowicza. Bez jaj – muszę czasem pośpiewać.</p>
<p><strong>Czy ty nie masz przypadkiem za dużo talentów? Grasz, śpiewasz, reżyserujesz&#8230; może też malujesz?</strong></p>
<p><strong></strong>Wszystkie talenty oddałbym za umiejętność malowania.</p>
<p><strong>Jeszcze nic nie wiadomo. Po sukcesie na scenie rzuciłeś śpiewanie, po sukcesie <em>Długu</em> właściwie rzuciłeś granie. Strach się bać, że niedługo znudzi ci się reżyserowanie&#8230;</strong></p>
<p>Malarstwem się nie zajmę – to mogę wam zagwarantować. Grozi mi jedynie, że będę więcej pisał niż reżyserował. Pisanie jest najbliższe prawdziwych emocji, tego co naprawdę przeżywasz. Potem przekładanie tego na scenariusz obcina potencjał o jakieś kilkadziesiąt procent. Wreszcie kręcenie filmu na podstawie scenariusza to kolejny spadek energii. Jeśli udaje się zachować 60-50 procent tego pierwotnego potencjału, to już można mówić o sukcesie.</p>
<p><strong>To ile procent emocji udało się utrzymać pomiędzy inspiracją koncertem Beastie Boys, a premierą <em>Wszystko, co kocham.</em></strong></p>
<p><strong></strong>Mam wrażenie, że nieco ponad 50. Dlatego tak bardzo jestem z tego filmu zadowolony. Chociaż chciałem, żeby był bardziej bezwstydny. Nie starczyło mi chyba do końca siły, czegoś nie dopatrzyłem i rezultat jest jaki jest. Sceny miłosne są udane, ale w mojej głowie były o wiele bardziej niegrzeczne.</p>
<p><strong>Na przykład. </strong></p>
<p>Nie chodzi o konkrety. To akcenty, drobiazgi, a to jest przecież najważniejsze.</p>
<p><strong><em>Wszystko, co kocham</em> miał chyba większy światowy sukces niż polski?</strong></p>
<p><strong></strong>Został sprzedany do kilkudziesięciu krajów w Europie, Azji, Ameryce Południowej. We Francji film trafił do kin w kilkudziesięciu kopiach. Niedługo wchodzi do kin amerykańskich i brytyjskich. Z <em>Wszystko, co kocham</em> zjeździłem pół świata. A w Korei Płd. na festiwalu filmowym w Busan poczułem się jak menedżer  gwiazdy rocka. Nasz film był wyświetlany w letnim kinie, nad oceanem dla dwutysięcznej publiczności. Jak się skończył to rozległ się ryk. Dosłownie. Musieliśmy z Mateuszem <em>(Kościukiewiczem, odtwórcą głównej roli – przyp. red.) </em>chować się w samochodzie. Limuzyna wiozła nas wolno przez tłum. Fanki bujały samochodem, waliły w szyby i darły się do Mateusza filmowym imieniem: „Janek! Janek!”.</p>
<p><strong>W kurorcie narciarskim Sundance też was rozpoznawali?</strong></p>
<p>W Stanach panuje kult gwiazdy filmowej. I jak się okazuje dotyczy to także twórców kina niezależnego. Po kilku pokazach festiwalowych, jak szliśmy ulicą, to fani wołali naszych aktorów ich prawdziwymi imionami. „<em>Mateusz, you&#8217;re gorgeous</em>”. „<em>Olga, we love you</em>”. I tak dalej. To było niesamowite.</p>
<p><strong>Nie do uwierzenia. </strong></p>
<p>No właśnie. W ogóle z Sundance wywieźliśmy same dobre wspomnienia. Mieliśmy oczywiście opłacony hotel, ale pewien polski milioner zaprosił całą ekipę do swojej willi na stoku. Wychodziłeś tylnymi drzwiami, wpinałeś narty i byłeś na trasie, a potem wciągałeś się wyciągiem, zjeżdżałeś prosto do domu, zdejmowałeś ciuchy i hop do jacuzzi w śniegu. Dla mnie, 40-letniego faceta było to zadziwiające. A dla tych dzieciaków, po dwadzieścia parę lat? Zrobili pierwszy film&#8230;<strong></strong></p>
<p><strong>Hollywood cię nie wciągnęło?</strong></p>
<p><strong></strong>Po Sundance pojawiły się propozycje z telewizji Fox. Ale pomyślałem sobie, że przecież nie zostawię swojej córeczki, nie wyemigruję i nie będę udawał, że robię wielką karierę, a tak naprawdę będę pracował dla telewizji. Wolę robić autorskie kino w Europie. Chociaż lunch z Robertem Redfordem i  Billem Gatesem wspominam miło.</p>
<p><strong>Czyli Sundance otworzyło wiele drzwi?</strong></p>
<p><strong></strong>Dużo łatwiej udało się zebrać pieniądze na kolejny film. To nowe doświadczenie.</p>
<p><strong>Kiedyś na pytanie jak się pracowało w <em>Na dobre i na złe</em> odpowiedziałeś: „Tak samo jak w kopalni 50 metrów pod ziemią”&#8230;</strong></p>
<p>Oczywiście trochę przesadziłem nie doceniając pracy górników. Powinienem ich przeprosić. To było zaraz po <em>Długu</em>. Żyć z czegoś trzeba, a z robienia filmów się nie dało. Tymczasem w serialu pieniądze dawali za nic &#8211; przyjdź, powiedz parę kwestii do kamery. W związku z tym parę takich rzeczy zrobiłem. Wtedy też dopiero przekonałem się, co to znaczy popularność. Dzieci szarpały w sklepach mamy za spódnice, mówiąc: „Patrz, mamo, to ten pedał z <em>Na dobre i na złe</em>”. Pamiętajcie też, że to były dopiero początki seriali w Polsce. Nikt się jeszcze nie spodziewał, że to będzie aż taka kaszana.</p>
<p><strong>A tymczasem niedawno sam skończyłeś reżyserować serial <em>(</em>Bez tajemnic<em>, polska wersja serialu HBO </em>In Treatment<em> &#8211; przyp. red.)</em></strong></p>
<p><strong></strong>Byłbym idiotą, gdybym nie przyjął tej propozycji. Obejrzałem pierwszy sezon izraelskiej i amerykańskiej wersji i nie mogłem się oderwać. Ten projekt wydawał się na tyle ciekawy, że nie mogłem odmówić. A poza tym przecież to jest zupełnie inna liga. Wszyscy wiemy, jak wyglądają najlepsze amerykańskie seriale, a szczególnie te produkowane przez HBO. Nagle okazało się, że medium które przez długie lata przeżywało kryzys, teraz rozkwita. Fajnie, że wreszcie i u nas coś się rusza na tym rynku. Zastanawiam się dlaczego HBO wybrało akurat <em>In Treatment</em>. Być może dlatego, że w Ameryce ten serial wywołał szok. My jednak jesteśmy kompletnie innym społeczeństwem i ciekawe się jak w Polsce będzie przyjęty <em>Bez tajemnic.</em></p>
<p><strong>Na ile miałeś wolną rękę?</strong></p>
<p><strong></strong>To jest sprawdzony format i HBO nie chciało, żeby go zmieniać. Mieliśmy wprawdzie zakusy  żeby to robić trochę bardziej ekscentrycznie, ale już na początku dość precyzyjnie zostało wszystko ustalone.</p>
<p><strong>W <em>Bez tajemnic</em> gra twoja żona, Ilona Ostrowska, a jej serialowy mąż ma na imię&#8230; Jacek. Przypadek?</strong></p>
<p><strong></strong>Wiecie jak to jest z przypadkami. Czasem trzeba im pomóc. Ale akurat tym razem tak nie było. Kiedy dostałem scenariusz imiona bohaterów były już wymyślone. Potem okazało się, że długo nie można było znaleźć partnerki dla Łukasza Simlata. Wreszcie zadzwoniła do mnie Ilona z pytaniem, czy to moja robota, że zaprosili ją na zdjęcia próbne. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że nie. Oczywiście była najlepsza. Wtedy z kolei producenci zadzwonili do mnie z pytaniem, czy mi to nie przeszkadza i znowu zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. Dość uczciwa sprawa, czysty przypadek.</p>
<p><strong>I serial nie będzie wiwisekcją waszego małżeństwa? </strong></p>
<p><strong></strong>Nie. Serialowa para ma zupełnie inne problemy.</p>
<p><strong>A trudno się prowadziło serialową parę psychoterapeutów?</strong></p>
<p><strong></strong>Staram się mięć dobry kontakt z aktorami. W przypadku Jerzego Radziwiłowicza i Krystyny Jandy dobrze zagrało to, że bardzo długo ze sobą nie pracowali, chyba od czasów <em>Człowieka z żelaza</em>, ale tego nie jestem pewien… Andrzej, główny bohater serialu i Barbara, jego tak zwana supervisorka, także nie widzieli się długie lata. Mam nadzieję, że udało nam się to wykorzystać.</p>
<p><strong>A czy ty korzystałeś kiedyś z pomocy psychoterapeuty?</strong></p>
<p>Tak. Pomyślałem, skoro Woody Allen chodzi, to może warto (<em>śmiech</em>). Ale nic mi to nie dało. Znam jednak ludzi, którym takie spotkania bardzo pomogły. Być może ja źle trafiłem.</p>
<p><strong>Który bohater <em>Bez tajemnic</em> jest ci najbliższy? Wiemy już, że nie Jacek.</strong></p>
<p><strong></strong>Zdecydowanie Andrzej. Jego praca polega na pomaganiu ludziom, a jak pokazuje rzeczywistość sam ma chyba największe problemy. I one wydają mi się najbliższe. Może trochę dopada mnie już kryzys wieku średniego. Coś umyka. Mam 41 lat.</p>
<p><strong>Ale wyglądasz na 36.</strong></p>
<p><strong></strong>(<em>Śmiech</em>). Was może oszukam, może nawet i pół świata, ale siebie nie. Ostatnio bardzo boleśnie sobie to uświadomiłem. Pomijam już fakt, że równo z przekroczeniem 40-tki popsuł mi się wzrok. Dużo gorzej, że umysł przestał idealnie współpracować z ciałem. W czasie kręcenia na Helu graliśmy mecz i operator Michał<em> (Englert – przyp. red.)</em> wypuścił mi idealną piłkę na dojście. Najlepsze podanie świata. Cudo. Pomyślałem „życie jest piękne” i zaraz miałem z całej pary kopnąć. Nie ważne, trafię w światło bramki, czy nie trafię. Nie ważne, bo liczy się tylko ten moment. I co?</p>
<p><strong>Nie dobiegłeś.</strong></p>
<p>Gorzej. Wyrżnąłem na ryj. Mózg się ucieszył, zrozumiał, obliczył, zareagował, a ciało odmówiło posłuszeństwa. 15 lat wcześniej doszedłbym na luzie. Całe życie byłem bardzo sprawny fizycznie. I to się bezpowrotnie skończyło. A niby wciąż mam poczucie, że nic się nie zmieniło, że ciągle jestem chłopakiem.</p>
<p><strong>Problemy egzystencjalne jak na studenta IV roku filozofii UW przystało. Dlaczego nie skończyłeś?</strong></p>
<p><strong></strong>Bo wtedy zacząłem kręcić <em>Tulipany</em> i musiałem wybrać. A ponieważ filozofia raczej mnie skrzywdziła niż coś dała, postanowiłem się z nią nie ceregielić. To po tych studiach popadłem w agnostycyzm, sceptycyzm i ogólne zwątpienie. Za dużo czytałem i to mogło się tylko źle skończyć. Bo jak wiadomo, nie ma odpowiedzi, tylko gorzej lub lepiej postawione pytania.</p>
<p><strong>Jesteś ofiarą studiów filozoficznych?</strong></p>
<p><strong></strong>Najczystszym przykładem. Jeśli raz zaczerpniesz z drzewa poznania, nie ma odwrotu. Tak jak pisze Emil Cioran <em>(rumuński filozof, teoretyk nihilizmu – przyp. red.) </em>– całe lata ogromnego wysiłku i wyrzeczeń, żeby poznać, a potem reszta życia, żeby zapomnieć. Uwielbiam Ciorana. To pesymizm podszyty niebywale inteligentnym poczuciem humoru. A ja mam zdecydowanie za duży dystans do życia. Czasami chciałbym się go uczepić trochę mocniej. I wtedy Cioran pomaga.</p>
<p><strong>Nadal jesteś agnostykiem?</strong></p>
<p>Gdybym w coś wierzył, na pewno byłoby lżej. A tak, wszystko co mam, jest tutaj i teraz.</p>
<p><strong> &#8211;</strong></p>
<p><strong>Na skróty:<br />
</strong></p>
<p><strong></strong>Borcuch to trudne nazwisko. Od dziecka byłem Boruchem. Wiadomo – nie ma druha, bo rucha. Ale też Borsukiem, Boreckim, Borowieckim, nawet na jakiejś filmowej liście płac jestem Boreuchem. Naprawdę dowolne kombinacje. W Izraelu, gdzie popularnym imieniem jest Baruch, mówiono mi, że pewnie dziadek coś kombinował z naszym nazwiskiem. Z tego co wiem Borcuch jest jednak nazwiskiem ukraińskim. Ale na tym moja wiedza się kończy. Nigdy nie badałem rodzinnych korzeni.</p>
<p>Kiedyś na festiwalu w Kazimierzu z nudów zacząłem podpalać Chyrze dupę zapalniczką. W tym momencie podszedł do nas Leszek Możdżer i powiedział coś w rodzaju: „Widzę, że podpalacie sobie dupy, to podejdę i się przedstawię, wreszcie jacyś normalni ludzie”.</p>
<p>Nigdy nie trafiłbym do obsady <em>Długu</em>, gdyby nie Joanna Kos-Krauze. Powiedziała: „ To jest chłopak, który mógłby dostać kredyt”. Razem z Krzysztofem wyciągnęli mnie jak królika z kapelusza.</p>
<p>Większość reżyserów robi castingi, na które aktorzy przychodzą zestresowani. Ja tego nie lubię. Wystarczyło mi zobaczyć Kościukiewicza i od razu wiedziałem, że zagra główną rolę we <em>Wszystko, co kocham</em>. Zanim zamieniliśmy słowo. Zwykle jednak rozmawiam z aktorem – to jest mój sposób na casting.</p>
<p>Kiedyś kochałem się w Milli Jovovich z okresu <em>Piątego elementu</em>. Moja córka ma na imię Miła.</p>
<p>Moim typem urody zawsze były Jankowska-Cieślak i Małgośka Braunek. Z wiekiem widzę jednak coraz wyraźniej, że tak naprawdę nie ma żadnych typów.</p>
<p>Bloom pisze muzykę do filmów taką, jaką dokładnie chcę, a nawet lepszą. Nikt nie zrozumie mnie lepiej niż on.</p>
<p><strong></strong>Przez chwilę pracowałem w agencji reklamowej McCann-Erickson jako copywriter i uczyłem się jak oszukiwać ludzi. Z rysownikiem Jankiem Kozą robiliśmy fajne rzeczy. Jednocześnie studiowałem filozofię i z pracy ogarniałem całą produkcję <em>Tulipanów</em>. W agencji płacili mi niezłą kasę. Tamta praca pomogła mi w życiu.</p>
<p><strong></strong>Ponad 10 lat temu napisałem scenariusz sci-fiction o miłości niemożliwej. Okazało się, że to niebywale drogi projekt. Potem najpierw Hiszpanie, a potem Amerykanie zrobili bardzo podobny film (Otwórz oczy<em> i </em>Vanilla Sky<em> – przyp. red.</em>). Pisałem też epicki scenariusz o rotmistrzu Pileckim. Do czasu, kiedy zobaczyłem o nim sztukę, którą dla Teatru Telewizji zrobił Ryszard Bugajski (Śmierć rotmistrza Pileckiego<em> – przyp. red.</em>). Dzwoniłem też do Lema, bo chciałem wyreżyserować nową wersję<em> Solaris</em>. Soderbergh „wyjął” ją elegancko. A ostatnio Lars von Trier zapierdolił mi tytuł filmu <em>Melancholia</em>. Trzy lata pisałem ten scenariusz i gdyby nie Beastie Boys, którzy na koncercie w Polsce nagle przypomnieli mi energię garażowego punka, byłbym pierwszy.</p>
<p>Bardzo mało filmów w Polsce dzieje się na plaży. Dlatego jakby się nie ustawiło kamery, i tak zawsze będzie to wyglądać jak <em>Ostatni dzień lata.</em> Konwicki był pierwszy i nikt mu tego nie zabierze.</p>
<p><strong></strong>Chciałbym powiedzieć, że Jerzy Skolimowski jest ziomem, ale mi nie wypada. To człowiek z krwi i kości, który zachował swobodę kontaktu. Mistrz, który pyta o zdanie młodszych, liczy się z ich opiniami i nie buduje ściany. Dla mnie to absolutny wampir, w dobrym tego słowa znaczeniu.</p>
<p>Kiedyś w Polsce grali męscy aktorzy: Malanowicz, Nowicki, Wilhelmi, Niemczyk, Janczar… Dziś jest trochę inaczej. Zakościelny, Wesołowski, Małaszyński… To trochę inna płeć.</p>
<p>Jestem pewien, że Linda zaliczy jeszcze wielki come back jak swego czasu Travolta u Tarantino.</p>
<p>Miałem szczęście, że zobaczyłem po raz pierwszy<em> Odyseję</em>&#8230; Kubricka,w wieku 34 lat. Wcześniej nic bym nie zrozumiał, a tak&#8230; zwariowałem.</p>
<p>Myślałem, że von Trier to manipulator. Facet, który obrazem za bardzo ingeruje w moje emocje. Po <em>Melancholii</em> zmieniłem zdanie. Emanuje z niej chęć zrobienia czegoś więcej niż film.</p>
<p>Myślę, że z perspektywy czasu mój ojciec żałuje, że nie byłem w wojsku. On do końca nie wie, kim ja jestem. Ja w sumie też nie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jacek-borcuch/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Michał Urbaniak</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 03 Nov 2011 18:06:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Urbaniak Michał]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3230</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Szymon Szcześniak &#8211; Wiecie, że pod koniec lat 90. udzielałem wywiadu polskiemu PLAYBOYOWI? Ciekawie się zaczyna. Nigdy się nie ukazał z powodu wyjątkowej niezgodności charakterów&#8230; Spotkałem się z panią, która w szkole na pewno miała same piątki. Uważała, że za bardzo rzucam mięsem. Poza [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3239"><img class="alignleft size-full wp-image-3239" title="Michal-Urbaniak" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/11/Michal-Urbaniak.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 10, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.szymonszczesniak.com/ ">fot. Szymon Szcześniak</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p>Wiecie, że pod koniec lat 90. udzielałem wywiadu polskiemu PLAYBOYOWI?</p>
<p><strong>Ciekawie się zaczyna.</strong></p>
<p>Nigdy się nie ukazał z powodu wyjątkowej niezgodności charakterów&#8230; Spotkałem się z panią, która w szkole na pewno miała same piątki. Uważała, że za bardzo rzucam mięsem. Poza tym powiedziałem jej, że kocha się tylko raz, a miałem wtedy trzecią żonę. Próbowałem jej wytłumaczyć, że to jest cały czas ta sama miłość. Najwyraźniej odezwała się w niej jakaś feministyczna nuta, bo odmówiła spisania rozmowy.</p>
<p><strong>My mięso lubimy, a do tego nie jesteśmy feministkami.</strong></p>
<p>I już mi się podoba. Ja, jak się przed kimś „rozbieram”, to nie robię liftingu i make-upu.</p>
<p><strong>Już nam się podoba. Może coś przekąsimy na dobry początek?</strong></p>
<p>Jestem na diecie, nie powinienem&#8230; Ale skoro to ma być męska rozmowa, to raz kozie śmierć. Wezmę carbonarę! Nie jesteście kobietami, a to one mnie głównie motywują. Kiedyś dla takiej jednej schudłem 30 kilo. Przez tydzień piłem tylko wodę. Potem pozwalałem sobie na owocowy shake trzy razy dziennie – wszystko po to, żeby nie przekroczyć 400 kalorii dziennie. I tak przez 6-7 tygodni, z przerwą na parę dni z wielkimi kanapkami z pastrami! Po tej kuracji czułem się znakomicie. Robiłem nawet pompki na jednej ręce. Odkąd pamiętam, to zawsze miałem problemy z wagą. Już w szkole wołali na mnie Kierda. Gruby byłem jak skurwysyn, bo mamusia ciągle robiła pyszne mielone kotleciki, które wcinałem zanim były gotowe. Mama miała za to awantury, a przybrany brat dostawał wciry od mojego ojczyma. Dziś muszę znowu schudnąć z 20 kilogramów. Mój organizm jest teraz w okresie przejściowym. Ja mam tak, że dopóki nie zjem, mogę nie jeść cały dzień, ale jak zacznę, to nie mogę przestać.</p>
<p><strong>Kiedyś mówiłeś tak o napojach wyskokowych. </strong></p>
<p>Bo 15 lat piłem do oporu. Potem 17 lat nie piłem ani kropelki. Teraz sprawdzam, co jest dla mnie lepsze (<em>śmiech</em>). W młodości miałem ogromną tolerancję na alkohol i cholernie mocną głowę. Po tatusiu. Ludzie mówili, że talent też mam po nim, a po mamusi smykałkę organizacyjną.</p>
<p><strong>To prawda, że widziałeś ojca tylko dwa razy w życiu?</strong></p>
<p>Dwa razy go zapamiętałem. Zabierał mnie do szynkwasu. Knajpa nazywała się „U Denysa”. Sadzał mnie tam na barze i dawał piwko. Dzięki temu jako przedszkolak potrafiłem wypalić: „Chce zimne piwko, a nie mlecko”. Ojciec przed wojną był dużą figurą &#8211; przedstawicielem Forda na wschodnią Europę. W interesach kursował na linii Paryż-Berlin-Petersburg. Po wojnie zapił się na śmierć, miał podobno jakiś straszny wypadek, cały się połamał. Matka chroniła mnie przed tego typu informacjami. Nie chciała, żebym miał do czynienia z wiecznie pijanym ojcem. Jego marzeniem było, żeby syn mieszkał w Nowym Jorku. Mama powiedziała mi to, jak byłem już dorosły. Wcześniej bała się mnie stracić. W tamtym czasie jej podziemna fabryka rękawiczek szła pełną parą. Moim ojczymem został tkacz Marian Urbaniak, a jego syn Dzidek stał się moim bratem.</p>
<p><strong>Podziemna fabryka?</strong></p>
<p>Przecież to było za ciężkiej komuny. Mieszkaliśmy w dużym domu w Łodzi. W ogrodzie były pokopane tunele, którymi w razie kontroli uciekali pracownicy. Na towar i maszyny też były specjalne skrytki. Powodziło się nam aż za dobrze. Matka i ojczym zarabiali góry pieniędzy i właściwie nie wiadomo było, co z nimi robić. Kupowali między innymi złote 20-dolarówki. Pakowali je w słoiki i zakopywali. Pewnego razu z synem ojczyma wykopaliśmy słoik i złotymi 20-dolarówkami graliśmy w cymbergaja. Serio. Zresztą kiedyś wyciąłem jeszcze lepszy numer, bo podejrzałem, że ojczym chowa pięćsetki do grubej encyklopedii. To już była żywa polska waluta, za którą mogłem coś kupić, a nie tylko się bawić. W wieku czternastu lat byłem w szkole królem życia. Szastałem forsą na lewo i prawo.</p>
<p><strong>Jak udało się utrzymać taki interes?</strong></p>
<p>Ojczym w czasie wojny przeszedł przez Pawiak i to doświadczenie skołatało mu psychikę. Miał żółte papiery. Kiedy pod dom podjeżdżała kontrola, łapał za metalową rurę owiniętą w gazetę – to urządzenie zawsze stało w naszym domu na podorędziu – i wpadał w szał. Tłukł gdzie popadło, przypierdalał równo. Zanim udawało się go obezwładnić, maszyny i towar były pochowane. Funkcjonariusze, skarbówka, ORMO-wcy i inne mendy zyskiwali tylko tyle, że mogli go aresztować. Potem odwiedzaliśmy ojczyma za kratkami. Po kilku dniach albo tygodniach zawsze wracał. Po pierwsze, nie mogli skazać wariata. Po drugie, matka i tak przekupywała prokuratorów. A może też i sędziów. Kto ją tam wie&#8230;</p>
<p><strong>Jakich idoli wtedy miałeś?</strong></p>
<p>Pamiętam mój pierwszy plakat: Yehudi Menuhin. Jako młody talent, bardzo obiecujący skrzypek, zostałem nawet wprowadzony na jego koncert. Dostałem od guru autograf.</p>
<p><strong>Mimo to guru na ciebie nie zadziałał. Byłeś świetnym skrzypkiem, ale i tak postanowiłeś zostać saksofonistą.</strong></p>
<p>Jeszcze jako uczeń liceum muzycznego w Łodzi łączyłem z powodzeniem dwa tak odmienne instrumenty: koncerty klasyczne na skrzypcach i nocne granie w klubach jazzowych do białego rana. Piło się tęgo, a ja wtedy w ogóle nie wiedziałem, co to kac. Po prostu zarzynałem organizm. Tak też było potem w Warszawie, gdzie studiowałem klasykę u profesora Wrońskiego i jazz u genialnego Zbyszka Namysłowskiego w „Jazz Rockers”. Zapytany kiedyś przez jakiegoś dorosłego fana, co będzie na starość, odpowiedziałem: „Do czterdziechy radość, szczęście i zabawa, a potem czapa!”. Łatwo było wtedy tak gadać&#8230; Odwalałem naprawdę niezłe numery. Jako najmłodszy w zespole Krzyśka Komedy śmigałem po piwa przed koncertem. Kupowałem po dwa na głowę, zamykałem się w sraczu i po cichu przed kolegami do każdego dolewałem wódy. Bywało, że koncerty zakontraktowane na półtorej godziny, trwały po dwie i pół. Jeżeli ktoś by bardzo chciał mieć zawał w młodym wieku, to mam gotowy przepis.</p>
<p><strong>Picie piciem, ale czy saksofon nie pomógł trochę w twoim zawale?</strong></p>
<p>Oczywiście! Byłem samoukiem i nie potrafiłem grać idealnie technicznie. W Nowym Jorku usłyszał mnie bardzo znany saksofonista Phil Woods. Cholernie mu się spodobałem i na siłę dał mi numer do swojego nauczyciela, wybitnego eksperta. Nawet zapłacił za moją wizytę. Poszedłem i zagrałem przed tym specem, a w formie byłem jak skurwysyn. Facet wysłuchał, szczęka mu opadła i mówi: „W życiu czegoś takiego nie widziałem. Nie umiesz grać na saksofonie, a grasz przepięknie”. Pytam się, co jest źle. A on, że wszystko (<em>śmiech</em>). Okazało się, że nieprawidłowo wydobywałem dźwięki, a mimo to miałem znakomity ton, bo dostrajałem wysokie dźwięki ustami. Nie umiałem też porządnie oddychać. Ponieważ robiłem kardynalne błędy techniczne, granie kosztowało mnie ogromną ilość energii. Serce też pewnie pracowało mocniej niż powinno.</p>
<p><strong>Po rozwiązaniu zespołu Komedy, wyjechaliście z Urszulą Dudziak do Skandynawii&#8230;</strong></p>
<p>Mieliśmy tam być dwa lata, a byliśmy siedem. Zdecydowanie za długo. To była ślepa uliczka.</p>
<p><strong>Ula opowiadała nam, że byliście gotowi wracać do Polski, nawet pakowaliście walizki, ale tego samego dnia ukradli wam samochód.</strong></p>
<p>To był sportowy Opel. Odłożyłem na niego kupę szmalu. W Sztokholmie dwóch cwaniaków dmuchnęło go nam spod okna. Zobaczył ich Roman „Gucio” Dyląg, fantastyczny basista, facet znany z tego, że nie grał w klubach, w których było dużo dymu (<em>śmiech</em>). Krzyknął do nich: „Panowie! To nie wasze auto!”. Jak to usłyszałem, to myślałem, że się posikam ze śmiechu. Postanowiliśmy zostać i się odkuć. To były złote czasy klezmerstwa &#8211; wszędzie w knajpach grało się jazz. Ula śpiewała, ja akompaniowałem na fortepianie. Aż w końcu doczekaliśmy się na przyjazd Wojtka Karolaka i Andrzeja Dąbrowskiego (<em>znani muzycy jazzowi – przyp. red.</em>) i zaczęło się szaleństwo. A przecież Szwecja była najgorszym państwem na świecie, jeżeli chodzi o imprezowanie. Kto by pomyślał, że najwięcej wódki wypiję w kraju, w którym była ona najdroższa? Mieliśmy dużo zarobić, a tak naprawdę Ula pograła sobie ostro w ruletę, a resztę przepiliśmy. Jedyne co kupiliśmy, to wspaniałe organy dla Karolaka. Ważyły ze 250 kilo, a my, grając nieraz po trzy koncerty dziennie, wszędzie musieliśmy je sami nosić. Kocham te organy, jazz organowy i Karolaka do dziś, może dlatego, że w Szwecji takie coś kosztowało wtedy 15 tys. dolarów, a w Stanach 3 tys. Ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć?</p>
<p><strong>Widziałeś kiedyś Wojciecha Karolaka bez okularów?</strong></p>
<p>Tylko wtedy, kiedy robiliśmy sobie nawzajem zimne prysznice, żeby doprowadzić się do jako takiego stanu. A znacie anegdotę o cycatej blondynce?</p>
<p><strong>Zamieniamy się w słuch.</strong></p>
<p>Wojtek grał z nami również w Niemczech i w Szwajcarii. Długo go namawialiśmy na przyjazd. Był w depresji, tuż po rozstaniu z żoną. I kiedy wreszcie się pojawił, wyglądał jak lord Cox: skórzany płaszcz, buty lux, okular ekstra. Wszystko po to, żeby pracować w jakichś zapchlonych klubach. Wstydziliśmy się za niego i dla draki chcieliśmy mu kupić na stacji benzynowej strój mechanika samochodowego. W każdym razie był wtedy bardzo smutny i samotny. Opiekowaliśmy się nim jak dzieckiem. Było to tym śmieszniejsze, że po każdym koncercie czekał na niego rząd dup. Lord Cox poza tym, że dobrze wyglądał, to jeszcze znakomicie grał, więc dziewczyny leciały jak pszczoły do miodu. Mówimy mu: „Wojtek, zobacz jakie masz powodzenie. Zapomnij o żonie, trudno, zdarza się”. A on na to: „Nienawidzę tych wszystkich cycatych blondynek”. Po kilku latach znaleźliśmy się w Nowym Jorku. Zaczęło się nam cudownie układać. Ale pewnego dnia Wojtek oświadczył: „Stary, jak tu jest pięknie, wszystko mi się podoba. Szkoda, że muszę wracać”. „Jak to? Co ty pierdolisz?” „No, zakochałem się”. „W kim?”. „W cycatej blondynce”. Maria Czubaszek „wyjęła mi” Karolaka z koncertów z Hancockiem i Weather Report. Straciłem go. Potem odpadł Czesio Bartkowski, bo miał „trasę w jeleniogórskim”. Nie wierzyłem własnym uszom. Zostałem z Ulą sam na dobre i na złe.</p>
<p><strong>Wyskakujesz z Nowym Jorkiem, a my tymczasem mamy jeszcze do omówienia sprawy w Polsce&#8230; Jak w ogóle dostawałeś pozwolenia na wyjazdy? Armia nie ścigała?</strong></p>
<p>Byłem w wojsku tylko raz, przez dwa tygodnie, w czasie studiów. Przyszedł dzień, że wywieziono nas na zadanie bojowe – zdobywanie wzgórza. Z kumplem poszliśmy w najbliższe krzaki i przesiedzieliśmy w nich całe manewry, pijąc gorzałę (<em>śmiech</em>). Później grzecznie wróciliśmy na swoje miejsce. I co? Kapitan każe nam wystąpić i na cały głos ryczy: „Oto jedyna para, która wykonała poprawnie zadanie. Schowali się, bo ogień nieprzyjacielski był tak silny, że wzgórza nie dało się zdobyć. Należało czekać na posiłki”. Jak Boga kocham&#8230;</p>
<p><strong>A jak się wymigałeś?</strong></p>
<p>Dzięki mamie, jak zwykle. Kiedy przeniosłem się do Warszawy, to mama wynajęła pokój obok i tam robiła rękawiczki&#8230; Ale chcę powiedzieć o czymś innym. Jakieś trzy razy w życiu przydarzyły mi się ataki padaczki. Dla komisji wojskowej zdecydowanie za mało. Wobec tego mama co jakiś czas wyciągała tak zwany padaczkowy garnitur i wysyłała mnie w miasto.</p>
<p><strong>Jaki garnitur?!</strong></p>
<p>Padaczkowy, czyli taki, który można było pobrudzić. Udawałem w nim ataki padaczki, tarzałem się po brudnej ulicy i czekałem na karetkę. Zabierali mnie do szpitala i dawali proszki. A ja oczywiście wszystko wypluwałem. Historia choroby pęczniała i byłem pewien, że to wystarczy. W 1964 roku miałem jechać z Krzysztofem Komedą w zagraniczną trasę koncertową, a tutaj przychodzi wezwanie na komisję, na której mówią mi, że zostanę skierowany do jednostki w Żaganiu, bo mają tam świetnych specjalistów: neurologów i psychiatrów. Dramat. Horror. Koniec świata. Co robić? Zakładam garnitur padaczkowy i razem z dwoma kumplami idziemy w miasto. Walę trzy sety, kładę się w kałużę i robię pod siebie. Przyjeżdża pogotowie, wiozą mnie na Hożą i zostawiają w poczekalni. Myślę sobie – niedobrze. Żadnej atencji. Na wszelki wypadek dorobiłem jeszcze siku w spodnie. Nadal zero atencji. No to wtedy jadę już na ostro i zaczepiam innych pacjentów: „Po co pani przyprowadziła tutaj psa?!”. Kobita się drze, że wariat (<em>śmiech</em>). Szybko zabierają mnie na górę, do czteroosobowej sali, w której leżą&#8230; sami symulanci. Wszyscy chcą pójść wcześniej na emeryturę. W dzień są obłożnie chorzy, a w nocy z latarkami rżną w karty. Leżę więc sobie spokojnie, pewny zwycięstwa, ale niestety przychodzi wezwanie na komisję wojewódzką. Nie ma wyjścia, trzeba iść. Myślałem, że tam umrę. Do dziś słyszę te głosy, jak przez mgłę: „W myśl artykułu takiego a takiego, obywatel Urbaniak Michał zostaje uznany&#8230; niezdolnym do służby wojskowej”. Kategoria D. Wyszedłem stamtąd i obleciałem wszystkie bary w okolicy. Za tydzień byłem już w Kopenhadze z Komedą. Tamto tournee – jak już wiecie – przeciągnęło się o parę ładnych lat.</p>
<p><strong>Wróciłeś ze Szwecji do Polski, bo&#8230;</strong></p>
<p>Chciałem ochłonąć i wytrzeźwieć przed startem do Ameryki. W Skandynawii zbyt mocno poddałem się słowom mojego guru, z którym wówczas występowałem. Stanisław „Chała Stasin” Zwierzchowski, bo o nim mowa, mawiał: „najważniejsza jest ciągła konserwacja sprzętu”. Jako że byłem za dobrze „zakonserwowany”, postanowiłem z tym zerwać. Ale się nie dało. Na przykład w 1969 roku grałem podobno na Jazz Jamboree. Podobno, bo nic na ten temat nie wiem. Widziałem tylko zdjęcia (<em>śmiech</em>). Szczerze wam powiem, że stałem się wrakiem: nie mogłem zrobić przysiadu, miałem tych kilka ataków padaczki. Chcieli mi nawet zrobić trepanację czaszki! Gdyby nie mama, pewnie by mnie pokroili. W końcu jeden profesor stwierdził, że mam nerwicę i muszę codziennie z rana walić koniaczek, a potem, przez resztę dnia, prowadzić zdrowy, dorosły tryb życia. Jak pierdolnąłem ten pierwszy poranny koniaczek, to wróciłem do domu po miesiącu. Serce nie wytrzymało. Zawał w wieku 29 lat. Wylądowałem w szpitalu. Tam obiecałem sobie, że jeśli z tego wyjdę, to już nigdy nie tknę alkoholu.</p>
<p><strong>Dotrzymałeś słowa?</strong></p>
<p>Na 17 lat. Nawet cukierka z likierem nie spróbowałem! Żeby przetrzymać „pierwszy głód” przez pół roku nie wychodziłem z łóżka. Spędzałem czas głównie z kolegą chorym na raka jelit. Słuchaliśmy razem jazzu i było cudownie. Zażywałem przepisane przez lekarzy środki uspokajające i przestałem tęsknić za alkoholem. Brakowało mi tylko bankietów i baletów. Wziąłem więc sprawy w swoje ręce i zacząłem je organizować u nas na kwadracie. Widocznie byłem bardziej uzależniony od imprez niż od alkoholu. Ale ja w ogóle jestem typem nałogowca.</p>
<p><strong>Od czego jeszcze byłeś uzależniony?</strong></p>
<p>Kiedyś mogłem spać tylko po „piątce” valium. Z relanium też byłem po imieniu. Do dziś nie mogę funkcjonować bez Coca-Coli. Ale mój największy nałóg to ciężka praca. Na wakacjach nie byłem od czasów szkolnych.</p>
<p><strong>A używki chemiczne?</strong></p>
<p>Zawsze wolałem „po polsku”, od chemii trzymałem się z daleka. Nawet maryśkę paliłem góra pięć razy. Takie używki mnie nie bawiły, tym bardziej, że po nich zawsze lubiłem sobie wypić.</p>
<p><strong>Na emigracji w Stanach nie piłeś, ale i nie zrobiłeś błyskawicznej kariery&#8230;</strong></p>
<p>Pierwsze pieniądze zarabiałem na przepisywaniu nut. Było ciężko jak cholera. Ula chciała wracać chyba ze sto razy, ale ja byłem zdeterminowany. I dobrze, bo już po trzech miesiącach największa wtedy wytwórnia – Columbia &#8211; podpisała z nami kontrakt. Dało nam to na lata super trasy, koncerty, wiele płyt i prawdziwe nowojorskie życie. „Manhattan Man” dożył swoich marzeń! Gdybym miał możliwość cofnięcia się w czasie, to zmieniłbym tylko nazwisko. Smith, Jones, whatever, żeby było prosto i wpadało w ucho. Choć Urbaniak nie brzmi źle, to na przykład Mike Urb wygląda dużo lepiej. Kocham czarną muzykę pod każdą postacią, ale nie mogłem jej swobodnie kreować, mając image „Polish Fiddler”. Tak naprawdę to dopiero <em>Urbanator</em> nagrany w 1989 roku (<em>pierwsza płyta pod tym tytułem ukazała się w 1993 roku – przyp. red.</em>) pozwolił mi spełniać wszystkie marzenia i dążenia. Był strzałem w dziesiątkę. Wpadłem na tę nazwę, leżąc w wannie.</p>
<p><strong>Ale przełom nastąpił 20 lat wcześniej. Okazało się, że wznowienie w USA albumu <em>Super Constellation</em>, nagranego jeszcze w Niemczech, było wielkim sukcesem.</strong></p>
<p>Tą płytą wyprzedziliśmy swój czas. Kiedy wyszła w Stanach jako <em>Fusion,</em> Ameryka nas pokochała. W 1980 roku, już po wspaniałych sukcesach w USA i na świecie, miałem najlepszy zespół jazzowy, jaki w tamtych latach można było mieć – Marcus Miller, Lenny White, nieżyjący już Kenny Kirkland i Doc Powell. Pisali o nas: <em>&#8222;This may have been the best fusion band ever&#8221;</em>. Mimo to nie dostaliśmy kontraktu. Udało mi się zdobyć nędzne 8 tys. dolarów na nagranie. A wtedy normalną stawką było 60 tys. Mówię chłopakom, że mamy tylko tyle i czy damy radę? Marcus na to: „no problem”. Reszta za nim. Nagraliśmy materiał w jeden dzień. Potem rozesłałem 25 kaset do wszystkich wytwórni w Stanach. Po paru dniach Ula oznajmiła: „Dzwonili z Motown. Taśma jest genialna, a ty według nich jesteś geniuszem”. Opchnęliśmy im wszystko za 120 tys. Płytą <em>Serenade for the City</em> wyprzedziliśmy smoothjazz o parę ładnych lat.</p>
<p><strong>Która z okładek twoich płyt jest najbardziej playboyowa?</strong></p>
<p><em>Ecstasy</em> &#8211; dzieło Ryśka Horowitza.</p>
<p><strong>A kogo chciałbyś zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p>Bez dwóch zdań Esperanzę Spalding – czołową i najpiękniejszą kontrabasistkę świata. Dziewczyna również wspaniale śpiewa.</p>
<p><strong>Twoje córki także są bardzo utalentowane. Jak zareagowałbyś, gdybyśmy zapragnęli je rozebrać?</strong></p>
<p>Zero problemu. One są powołane do tego, żeby spełniać siebie. Jeśli sesja w Playboyu byłaby dla nich ważna, tylko bym przyklasnął. Podobnie byłoby, gdyby powiedziały, że tylko sprzedawanie znaczków na poczcie da im szczęście. Nasze dziewczyny zawsze miały dużą swobodę. Mam wielką satysfakcję, że nigdy córek do niczego nie popychałem. Mnie matka, co prawda, popychała, ale robiła to bardzo inteligentnie. Jej powiedzenie „Synku, weź skrzypeczki i im pokaż”, wyciągało mnie w życiu z najgorszych kłopotów. Uratowało mi też życie. Przecież, kiedy Moja Kobieta odeszła, chciałem skakać z okna. Straciłem najukochańszą kobietę i byłem na samym dnie.</p>
<p><strong>Jak sobie poradziłeś?</strong></p>
<p>Wariowałem i robiłem różne głupstwa. Raz w środku nocy zadzwoniłem do wszystkich przyjaciół z pytaniem: „<em>How to become black?</em>”. Większość mnie sklęła i posłała do diabła, część wyśmiała, a kilka osób tłumaczyło, że to niemożliwe (<em>śmiech</em>). Pamiętam, że George Benson (<em>gitarzysta, wokalista i kompozytor jazzowy – przyp. red.</em>) powiedział wtedy, że mnie kocha. Ten to był aparat. Chyba nikt nie mógł wychlać tyle, co on. Kiedy przydarzyła mi się tragedia i zostałem sam, Benson wziął mnie do siebie do domu na trzy doby. Non stop rżnęliśmy w ping-ponga i popijaliśmy rum z bentleya w garażu. W końcu Benson przypomniał mi o moim marzeniu, by zostać czarnym i powiedział, że zawiezie mnie w takie miejsce za Harlemem, do którego żaden biały nie ma wstępu. Tam, gdzie czarni grają jazz za darmo. Pojechaliśmy i usłyszałem tak genialnych organistów, że po prostu odpadłem. W jednej chwili zapomniałem, że chciałem skakać z wieżowca.</p>
<p><strong>Było aż tak źle?</strong></p>
<p>Gorzej. Przecież ja cały czas byłem z Ulą. Bez ani jednej zdrady. Nawet za dziewczynami się nie oglądałem. Czy to z rozsądku, czy to ze strachu. Na jedno wychodzi. A ona na wakacje zabrała dzieci do Szwecji i powiedziała, żebym do nich nie dzwonił. Siedziałem w mieszkaniu i płakałem. Gdybym wiedział, że koło 40-ki kobiety mają różne kryzysy, prawdopodobnie wziąłbym to na bary. Ale skąd miałem to wiedzieć? Nie mogłem w ogóle dojść do siebie, aż któregoś dnia w słuchawce swojego telefonu usłyszałem śliczny głosik Liliany Głąbczyńskiej (<em>aktorka – przyp. red.</em>). Dowiedziała się od znajomych, że często jeździmy do Szwecji i chciała dostać od nas namiar na wynajem jakiegoś mieszkania. Bardzo spodobał mi się jej głos. Zaproponowałem, że wyjdziemy na ulicę i jak się poznamy, to pójdziemy na kawę. Wyleciałem na dwór i w biegu zaczepiałem wszystkie dziewczyny: „<em>Are you Liliana? Are you Liliana?</em>”. W końcu zobaczyłem coś tak pięknego, że prawie padłem. To była ona. Skończyło się na ponad 20-godzinnym spacerze przez Manhattan. Kupiłem jej siedem róż, wpiłem się w usta i wylądowaliśmy w pięknym pałacu producenta filmowego Jacka Eisnera. Wtedy Lila znajdowała się w jego złotej klatce. Facet miał ją niby wkręcać do różnych produkcji, ale tego nie robił. Miała go dość, wobec czego meldowałem się w pałacu za każdym razem, kiedy Jack wyjeżdżał w interesach. Oczywiście jako jego gość, anonsowany jako „Mr. Johnson for Mr. Eisner”.</p>
<p><strong>A co z żoną i dziewczynkami?</strong></p>
<p>W międzyczasie Ula wybaczyła mi różne wariactwa i wróciła. Była skłonna spróbować jeszcze raz. Tylko dlaczego tak późno?! „Partyzantka” z Lilianą trwała półtora roku. Często na parę godzin wyjeżdżaliśmy do Connecticut albo New Jersey. Doszło do tego, że spotykałem się z nią trzy przecznice dalej, a Uli mówiłem, że lecę grać do Europy. W końcu nas namierzyła i wywaliła mnie na zbity pysk. Zresztą słusznie. Przez pół roku mieszkałem w hotelu.</p>
<p><strong>Potem był ślub?</strong></p>
<p>Tak, na dachu Empire State Building. Świadkami byli Janusz Głowacki i Lenny White. To była wielka, prawdziwa, namiętna miłość. Przeszkadzali nam tylko: ojciec Liliany, który mnie nie cierpiał oraz Joanna Pacuła (<em>aktorka &#8211; przyp. red.</em>), która Lilianie robiła szurum-burum w mózgu. Teściu mieszkał w Berlinie i dziwnie mówił po polsku: „Lyla, ty jesteś prrryncesa. Powinnaś mieć męża-mylionerra”. Byłem za biedny, więc nigdy mnie nie zaakceptował. Za co zresztą dostał od niej w dziób. Przy mnie. Co do Pacuły, to po każdym spotkaniu z nią dało się wyczuć niepokój w naszym domu. Joanna zresztą była od tego specjalistką: parę małżeństw dzięki niej nie przetrwało. My jakoś dawaliśmy radę, ale po siedmiu latach Liliana oświadczyła mi, że ma spotkanie z wielkim hollywoodzkim producentem i „niczego nie gwarantuje”.</p>
<p><strong>Ciekawe rozwiązanie. </strong></p>
<p>Prawda? W jednej chwili z niezazdrosnego luzaka stałem się zazdrosnym smutasem. Ona pojechała, a ja kupiłem litrową butelkę rumu. Gdy wróciła, niespecjalnie chciała mi opowiadać o tym spotkaniu. W związku z tym na jej oczach jednym łykiem walnąłem całą butlę i&#8230; wylądowałem w szpitalu. Zacząłem znowu popijać. Bez ekscesów, ale jednak. Niestety, połączenie jazzu i Hollywoodu nam nie wyszło. Wyjść zresztą nie mogło. Musieliśmy się rozstać.</p>
<p><strong>Wiemy, że planujesz kolejny ślub. </strong></p>
<p>Moja przyszła żona jest młodsza ode mnie tylko o 25 lat. Teściowa też jest ode mnie młodsza.</p>
<p><strong>To chyba twój rekord?</strong></p>
<p>Tak, ale powiem wam, dlaczego tak się dzieje. Kobiety odpowiednie wiekiem są zużyte, niewłaściwe lub zajęte. Trzeba sięgać głębiej. Mam jednak nadzieję, że sięgnąłem po raz ostatni. Starczy już! Moja Dosia doskonale wie, że potrafię być w porządku. Zna instrukcję obsługi Urbaniaka. Kocham przyszłą małżonkę, ale oczywiście doceniam wszystkie poprzednie. Na swój sposób też je kocham. Zresztą według polskiego prawa jestem kawalerem, bo wszystkie śluby brałem poza Polską i nigdy ich tutaj nie zalegalizowałem.</p>
<p><strong>A pamiętasz swoją pierwszą miłość?</strong></p>
<p>Była 13-letnią córką lekarza. Ja miałem wówczas lat 15. Dziewczyna musiała odgrywać utratę dziewictwa, bo jak się potem okazało, przede mną miała tam nieźle nawtykane.</p>
<p><strong>Co na kobiety działa bardziej: skrzypce czy saksofon?</strong></p>
<p>Dziewczyny na ogół nie lubią rzępolenia. Ja zresztą też nie lubię. Tak więc zdecydowanie trąbka i saksofon.</p>
<p><strong>Grałbyś jazz, gdyby nie one?</strong></p>
<p>Na pewno. Na samym początku ważniejsze były nuty. Byłem nadzwyczajnie muzykalnym i zakochanym w świecie dźwięków chłopakiem. Nie potrafiłem obronić się przed muzyką. Dopiero potem połączyłem przyjemne z pożytecznym. Tak naprawdę to zawsze bałem się prawdziwego zakochania, ale już mając 15 lat wiedziałem, że to musi być albo śpiewaczka, albo menedżerka.</p>
<p><strong>Jak się dzisiaj czujesz w Polsce?</strong></p>
<p>Prawie jak za komuny. Zawsze wiedziałem, że będę mieszkał w Nowym Jorku. Nie wiedziałem tylko kiedy i jak to zrobię. Nigdy też nie przewidywałem swojego powrotu do Polski. Dziś jestem nowojorczykiem z wyboru i Polakiem mimo woli. Mam nieszczęście prowadzić tu swoją fundację. Niech ich wszystkich krew zaleje! W Stanach raz w roku wypełnia się deklarację podatkową, a tutaj cały czas VATy, sraty, koszty, jakieś akcje z fakturami&#8230; Najważniejsze jest, kto komu wystawi pilnie, a nawet na wczoraj, fakturę i z jaką datą. Ja się w tym nie łapię. To jest kraj, którego jeszcze nie ma. Wspaniała przyszłość przed nim, ale trzeba na nią trochę poczekać.</p>
<p><strong>Jak to kraj, którego jeszcze nie ma?</strong></p>
<p>Chciałem powiedzieć, z typową dla mnie przesadą &#8211; naród, którego nie ma. Na Boga! Przecież w Poznaniu mieszkają Niemcy mówiący po polsku, w Warszawie Rosjanie, a w Krakowie Austriacy. Dlatego charakterologicznie jako masa jesteśmy fatalni. Jest jednak światełko w tunelu. Po pierwsze bardzo się cieszę, że należymy do Stanów Zjednoczonych Europy. Po drugie, wiecie, w kim pokładam największe nadzieje? W Palikocie. Ja kocham Palikota. Przekonuje mnie w stu procentach. Lubię też Niesiołowskiego, bo tak jak Palikot zawsze nazywa sprawy po imieniu.</p>
<p><strong>Kogoś z PiS-u też lubisz?</strong></p>
<p>Nie za bardzo, ale nie szkodzi. Zawsze jest przecież drugi Tupolew. Poza tym to tylko polityka.</p>
<p><strong>Ostro!</strong></p>
<p>To samo powiedziałem kiedyś w wywiadzie na żywo. Wszyscy mieli niezłe miny&#8230; Chociaż z tym PiS-em to nie do końca prawda. Bardzo polubiłem panią Kluzik-Rostkowską, która genialnie poprowadziła prezydencką kampanię Jarosława Kaczyńskiego. Poznałem ją potem na party u Krzysia Krauzego. Od razu podszedłem i wręczyłem jej wizytówkę mówiąc: „Gdyby kiedykolwiek chciała się pani zająć biznesem muzycznym, będę pierwszym artystą w pani portfolio”.</p>
<p><strong>Może Palikot i Kluzik-Rostkowska powinni połączyć swoje siły? </strong></p>
<p>Pewnie, że tak! Rozruszaliby to całe towarzystwo. Bo Polacy są cholernie skostniali. Ale nie ma się czym przejmować &#8211; Szwajcarzy są jeszcze gorsi. Szczególnie ci z kantonów niemieckich. Szkoda takiego pięknego kraju dla nich. Bez napalmu ani rusz. To państwo policyjne w najgorszym wydaniu. Poza tym faszyzm, nacjonalizm i największe kurewstwo na świecie.</p>
<p><strong>Kurewstwo?</strong></p>
<p>Kiedyś porwała mnie taka jedna szwajcarska kluseczka – miała na imię Mookie. Fajna, miła zwierzyna. Najpierw w wagonie restauracyjnym spędziliśmy całą podróż między Sycylią a Zurychem. Potem wylądowaliśmy w luksusowym hotelu, w którym dziewczyna oświadczyła, że woli ze mną jechać do swojego domu. Dotarliśmy na miejsce, a tam czekał na nią mąż, któremu wypaliła: „Widzisz, ja też potrafię!”. Nie wiedziałem, czy mam przez okno skakać, czy lecieć przez drzwi razem z futryną. W każdym razie spierdalałem, ile sił w nogach.</p>
<p><strong>Przed szwajcarską policją już nie uciekłeś.</strong></p>
<p>Faszyści oskarżyli mnie o podrobienie paszportu. Wiecie, Amerykanie mają luz, więc krzywo wstawili stempelek do mojego <em>residence permit</em>. Dla policjanta z Bazylei krzywa pieczątka była jednoznaczna – złapał fałszerza. Szybko mnie zwinęli, zrobili osobistą wraz z ginekologiem, wsadzili do passata bez klamek i zawieźli do ciupy pod miastem. Już z daleka było słychać krzyki, jakby odgłosy tortur. Byłem przerażony. Zrobili mi zdjęcia z każdego profilu, odbili zgryz u stomatologa, zabrali valium i wsadzili do celi. Na szczęście z oknem. Nie mogłem nawet zadzwonić do Szwecji &#8211; do Uli i dzieci. A jak poprosiłem o skrzypce, to mieli miny, jakbym się miał na strunach powiesić! Przesiedziałem w celi siedem godzin. Wreszcie okazało się, że paszport jest OK. Głównym zarzutem wobec mnie było „nieprawidłowe zachowanie”. Wierzcie mi, byłem tak miły i pokorny, że prawie po butach ich w tym areszcie całowałem. Ale i tak dostałem trzyletni zakaz przebywania w Szwajcarii. To był dramat dla całego zespołu, bo mieliśmy tam zaplanowaną masę koncertów. Dostawaliśmy więc jednorazowe pozwolenia na granie. Za każdym razem musiałem informować władze, gdzie i kiedy gramy, a także od której do której. Jeżeli coś by się obsunęło o godzinę, od razu poszedłbym do aresztu. W związku z tym przez trzy lata nie zagrałem ani jednego koncertu bez dwóch panów w długich płaszczach. Musiałem się im opowiadać jak małe dziecko.</p>
<p><strong>To twoja jedyna przygoda kryminalna?</strong></p>
<p>Wszystkie moje przygody są pięknie opisane przez Andrzeja Makowieckiego w książce <em>Ja, Urbanator</em>, która się właśnie ukazuje w Polsce. A do aresztu trafiłem jeszcze raz, już w Stanach. Za granie w piramidę finansową. W Ameryce nazywaliśmy to „samolotem”. Nie miałem pojęcia, że zabawa w coś takiego jest nielegalna. Udało mi się raz „wygrać”. Ale złapali jakiegoś młodego nieopierzeńca, który doniósł, że to ja zgarniałem całą kasę. Była to oczywiście bzdura. Znałem takich, którzy wygrywali w tę grę parę razy i nigdy nie mieli problemów z prawem. A mnie wsadzili na trochę za szybkę, zaczekali aż oddam pieniądze i wypuścili. Pełna kultura. Amerykanie wszystko robią w białych rękawiczkach. Jak chcą ci wsadzić palec w dupę, to przynajmniej naoliwiony. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że zwykle dostaję po łapach za niewinność, a jak coś przeskrobię, to uchodzi mi to płazem. Kiedyś na przykład przemyciliśmy Ulę&#8230;</p>
<p><strong>Co zrobiliście?!</strong></p>
<p>Byliśmy w Paryżu na koncercie. Następny występ miał być w Monachium. Na dworcu ktoś podpierdolił Uli torebkę z paszportem w środku. Co robić? Nie ma rady, musimy dostać się do Niemiec. Kupuję więc bilety na Orient Express &#8211; dla mnie i dla córek. Pierwsza klasa, sleeping. Mówię do Kasi: „Zagadaj z konduktorem, żeby poszedł w drugą stronę”. W tym czasie Ula wskakuje do naszego przedziału. A my wychodzimy i z uśmiechem pokazujemy bilety. Przez całą podróż Ula leżała przykryta kocem na łóżku Kasi, która kładła się obok niej. Bez problemu przejechaliśmy w taki sposób wszystkie kontrole graniczne: francuską, holenderską, belgijską i niemiecką.</p>
<p><strong>Czyli jak na prawdziwego obywatela świata przystało. A właściwie to, ile ty masz obywatelstw?</strong></p>
<p>W Stanach można mieć tylko dwa. Musiałem się więc zrzec szwedzkiego, żeby zostać przy polskim i amerykańskim. Nie żałuję, bo Szwecja to państwo policyjne numer dwa, zaraz po Szwajcarii. A jak się domyślacie, spokojny to ja nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę.</p>
<p><strong>Domyślamy się. Ale nie wiemy, po co ci aż tyle telefonów. Masz ich na szyi chyba z siedem&#8230;</strong></p>
<p>Jestem gadżeciarzem. Jak wychodzi coś nowego, to lubię to od razu mieć. Poza tym siedem jest szczęśliwą liczbą. Znacie historię o mojej wygranej w totka?</p>
<p><strong>Brzmi kosmicznie.</strong></p>
<p>Któregoś razu w Nowym Jorku dopadł nas kryzys. Odwołano kontrakt, a przelew nie przyszedł. Facet nie wypłacił nam 25 tys. dolarów – zresztą do dzisiaj. I raptem w centrum świata nie mamy prądu, telefonu i kasy na przeżycie. W tamtych czasach bardzo często grałem na te same numery w niemieckiego i szwajcarskiego totka. Przypomniałem sobie o tym i od razu poleciałem do budki telefonicznej. Dzwonię do Uli: „Proszę cię, sprawdź totolotka. Mam przeczucie”. I co? I bach! Kolektura w Bochum &#8211; 250 tys. marek. Paradoksalnie była to najmniejsza wygrana w historii. Normalnie płacili grubo ponad pół bańki. Ale i tak byliśmy ustawieni na cały rok.</p>
<p><strong>Czy ty się w ogóle czegoś boisz?</strong></p>
<p>Boję się siebie &#8211; Urbaniaka. Przysięgam na Boga. Dużo zależy u mnie od samopoczucia. Mam charakter destrukcyjny. Gdybym się nie hamował, to zostalibyśmy tu do wieczora i balowali do rana. A może i dłużej.</p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong>Tenisowo:</strong></p>
<p>Gdybym miał wybierać spośród dwóch muzyków o podobnych umiejętnościach, to na pewno zaangażowałbym tego, który gra w tenisa.</p>
<p>Z Ulą w deblu ogrywaliśmy nawet parę Fibaków.</p>
<p>Gra Fibaka polegała na inteligentnym rozpoznaniu przeciwnika i na bardzo inteligentnym psuciu mu gry. Kiedyś zadałem Wojtkowi pytanie: „Jak ty wygrasz z tym Noahem?”. A on na to: „Wygrać to ja z nim nie wygram, ale on może ze mną przegrać”.</p>
<p><strong>Osobiście:</strong></p>
<p>Psychologowie opierdalają mnie za to, że jestem skrajnym egoistą. Przejawem tego jest nadmierna chęć pomocy wszystkim, co jednocześnie jest formą dopieszczania samego siebie.</p>
<p>Jestem umiarkowanym, nieprzesadnym katolikiem. Byłem też buddystą – to fantastyczna religia, w której nie ma nakazów i zakazów. Odpowiada mi to, bo jestem totalnym wolnościowcem.</p>
<p>Mam za dużo pomysłów na różne projekty. Uważam, że człowiek za długo żyje. Stąd ten problem.</p>
<p>Nie dziwię się, że Stańko zarabia pieniądze, bo on ich po prostu nie wydaje. Ja mam dwie dziury w kieszeniach, kasa się mnie nie trzyma. Wydałem jej tyle, że mało kto na świecie tak dużo zarobił.</p>
<p>Nie umiem się niczego pozbyć. Przywiązuję się do rzeczy. Kiedyś Ula wyrzuciła 22 pary moich starych tenisówek. Wpadłem niemal w rozpacz, przecież one były takie piękne&#8230; Z samochodami mam tak samo. Teraz mam cztery. Przyzwyczajam się do nich jak do kobiet.</p>
<p><strong>Kulturalnie:</strong></p>
<p>Sławomira Petelickiego nazywam apaczem kulturalnym. Pamiętam, jak kiedyś jako attache oprowadzał po Nowym Jorku jakiegoś profesora. Nagle podszedł do nich czarny z nożem. Profesor się przestraszył i krzyknął do Sławka: „Czego on ode mnie chce?”. „Jak to czego? Pieniędzy”. „To proszę mu powiedzieć, że mam ściśle wyliczone diety”.</p>
<p><strong>Rozrywkowo:</strong></p>
<p>Gitarzysta Larry Coryell potrafił w ciągu jednego koncertu wydymać trzy dupy. Był niesamowity.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

