<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Tue, 07 Sep 2010 10:07:22 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Andrzej Grabowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/andrzej-grabowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/andrzej-grabowski/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 07 Sep 2010 09:00:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Grabowski Andrzej]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2757</guid>
		<description><![CDATA[
PLAYBOY nr 8, 2010 rok
TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
fot. Robert Laska
&#8211;
Jak urzędnicy podglądają prostytutki?
 
Wiem, że mam taką rolę w swojej filmografii, ale naprawdę nie pamiętam, żebym coś takiego grał.
Czy tego typu pytanie to „pieprzenie w bambus”?
 
Klasyczne! Pieprzenie w bambus jest dzisiaj domeną polityki. Ale też w ogóle czasów współczesnych. Wywiady świetnie się w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Andrzej-Grabowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2762" title="Andrzej-Grabowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Andrzej-Grabowski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a></strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 8, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.robertlaska.com/ ">fot. Robert Laska</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jak urzędnicy podglądają prostytutki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wiem, że mam taką rolę w swojej filmografii, ale naprawdę nie pamiętam, żebym coś takiego grał.</p>
<p><strong>Czy tego typu pytanie to „pieprzenie w bambus”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Klasyczne! Pieprzenie w bambus jest dzisiaj domeną polityki. Ale też w ogóle czasów współczesnych. Wywiady świetnie się w to wpisują. Popieprzymy więc, ile się da.</p>
<p><strong>Oby tylko czytelnicy mieli z tego przyjemność. </strong></p>
<p>Ludzie zwykle mają radość z pieprzenia&#8230; Niektórym z czasem to przechodzi, ale i tak nikt się do  tego nie przyznaje.</p>
<p><strong>Przyjemność z patrzenia nie przechodzi nigdy. Czy wobec tego wesprze nas pan w staraniach o sesję Zuzi Grabowskiej?</strong></p>
<p>O, nie ma mowy! To znaczy, nie odmawiam oczywiście w jej imieniu. Jeśli dostanie propozycję, to zrobi, jak uważa. Ale ja nie będę was wspierał. Znając jednak Zuzię, nie sądzę, żeby się zgodziła&#8230; Albo się mylę.</p>
<p><strong>A jak się pan pomyli, to co pomyśli?</strong></p>
<p>Nic nie pomyślę. Albo obejrzę, albo nie obejrzę. Po gombrowiczowsku. Może bym nie chciał oglądać? Ale to nie kwestia pruderii. Po prostu byłoby to dla mnie dziwne. Co nie oznacza, że nie oglądam u was innych dziewcząt. Z przyjemnością zresztą.</p>
<p><strong>Czy Zuzia zadzwoniłaby do pana, by spytać, co pan myśli o takiej propozycji?</strong></p>
<p>Pewnie tak, ale niczego bym jej nie doradził. Pan Bóg obdarzył nas rozumem i wolną wolą. Należy z tego korzystać.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Córka jest wstydliwa?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Na pewno była. W dzieciństwie Zuzia okazywała się bardziej wstydliwa nawet ode mnie. W 1989 roku dostałem główną rolę w pewnym niemieckim filmie. 6-letnia wówczas Zuzia miała zagrać epizodzik, dosłownie jedną kwestię. Kłopotów było z nią co niemiara. Nigdy nie pomyślałbym, że zostanie aktorką. A tymczasem moja druga córka wybiera się do szkoły teatralnej&#8230;</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że w dzieciństwie był pan tak wstydliwy, że nie brał udziału w przedstawieniach, które wystawiał pański ojciec.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tata dorabiał sobie na studiach, statystując w Teatrze Słowackiego. Przez całe życie powtarzał, że grał z Osterwą. Tak naprawdę ojciec stał na scenie, na której grał Osterwa (<em>śmiech</em>). Miłość do teatru jednak mu pozostała i w naszej rodzinnej Alwerni wystawiał amatorskie przedstawienia. Zostałem w nich obsadzony tylko raz – miałem grać chłopca bez ręki. Ale tak się bałem, że mi ją utną, że zrezygnowałem. Ojciec z wujkami &#8211; braćmi mamy, wystawiał też jasełka w Boże Narodzenie. Z kuzynem robiliśmy w nich za tak zwanych palantów. Nasza rola polegała na trzymaniu w górze nogi mojego wuja Koli, który grając Heroda w pewnym momencie siadał na tronie. Nie wiem do dzisiaj, czemu to miało służyć. W każdym razie im dalej w las, tym było weselej, bo w każdym domu częstowano&#8230; Ojciec występował też jako Sołtys Kierdziołek na akademiach w Zakładach Chemicznych, w których był kierownikiem zaopatrzenia. Strasznie mi zawsze było wstyd, gdy występował na scenie, mimo że robił to dobrze.</p>
<p><strong>Kim byli pana rodzice?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mama kierowniczką banku społecznego, jedynego w Alwerni rzecz jasna. Tata przed wojną studiował na Wydziale Historii UJ specjalizację, która nazywała się bodajże „kształcenie dyplomatów”. Z takim wykształceniem po wojnie nie miał oczywiście czego szukać. Zaczepił się więc w Zakładach Chemicznych. Pamiętam, że potem zaocznie studiował matematykę. Poza tym zawsze „rzępolił” na skrzypcach. Nie grał jak wirtuoz, ale szalenie to lubił. Mam te skrzypce do dziś.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tata musiał być bardzo dumny z tego, że dwóch synów dostało się do szkoły teatralnej.</strong></p>
<p>Przeciwnie. Przecież to nie był  poważny zawód. Aktorstwo mogło być przyjemnym hobby, ale nie prawdziwym zajęciem. Mikołaj musiał toczyć z rodzicami prawdziwe boje, żeby mu pozwolili zdawać na takie studia. Mnie było już łatwiej, brat przetarł szlak.</p>
<p><strong>Pobił pan rekord polski, jeśli chodzi o najmłodszego studenta PWST. </strong></p>
<p>Miałem 17 lat, kiedy dostałem się do szkoły aktorskiej. Nie wiem, czy komuś przydarzyło się to w młodszym wieku. W każdym razie na roku był ze mną o pięć lat starszy Jurek Stuhr. On prawie dorosły, ja &#8211; właściwie dziecko.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A wszystko przez ciotki, które za wcześnie nauczyły pana pisać. </strong></p>
<p>Poszedłem do szkoły w wieku 6 lat, a do tego załapałem się na ostatni rok szkoły siedmioklasowej. W ten sposób wyprzedziłem swoich rówieśników o dwa lata. W Chrzanowie, gdzie chodziłem do liceum, byłem jedynym dojeżdżającym z Alwerni. Jako najmłodszy nie byłem w elicie klasowej. Ale z wiekiem się wysforowałem.</p>
<p><strong>Jak dużą rolę w pana wychowaniu odegrały ciotki?</strong></p>
<p>Bardzo dużą. Wychowały mnie przede wszystkim dwie ciotki: przyszywana, Namysłowska z domu, i siostra mojej mamy. Wówczas mówiło się, że była starą panną, dziś nazwalibyśmy ją singielką. Ciekawe, jakby zareagowała na takie określenie&#8230; Była profesorką rysunku i co niedzielę przyjeżdżała do nas z Sosnowca. Czekałem na nią z utęsknieniem, bo opowiadała mi filmy.</p>
<p><strong>Mógł je pan oglądać w Alwerni?</strong></p>
<p>W moim dzieciństwie w zasadzie był tylko rynek. Ni to wieś, ni miasto. Jeden obywatel miał konia, który zresztą pasł się na rynku, jak na łące. Teraz jest tam park: ładny, uporządkowany. Wolałem tamten&#8230; Ale mi się zebrało na sentymenty. O czym mówiliśmy?</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>O kinie.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>No właśnie. Filmy „szły na prześcieradle”. Kino objazdowe. Wielkie wrażenie zrobiły wtedy na mnie <em>Rzymskie wakacje </em>z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem. Była tam taka scena na barce zacumowanej przy Zamku Św. Anioła, pod Mostem Aniołów, koło Watykanu. Byłem zszokowany, że ludzie bawią się tam w normalny dzień. Patrzyłem na ten zamek, który wydawał mi się czymś nadzwyczajnym. Nawet nie marzyłem, że kiedyś tam będę. To było tak, jakbym dzisiaj marzył o tym, że zamieszkam na Marsie. W latach 50. jedynym kontaktem z wielkim światem był szlagier Gniatkowskiego: <em>Piosenka kubańska</em> (<em>śmiech</em>). Po kilkudziesięciu latach, dokładnie w 1997 r., grałem jedną z głównych ról we włoskim filmie <em>Ballada o czyścicielach szyb</em> i los chciał, że ostatnia scena z moim udziałem, kiedy gołego goni mnie świnia, była nagrywana właśnie przy Zamku Św. Anioła, dokładnie w tym samym miejscu. Doszedłem wtedy do wniosku, że może nie wyglądam jak Gregory Peck, a moją partnerką nie jest przepiękna Audrey Hepburn tylko zwykła świnia, ale nie tylko jestem, ale gram w tym miejscu, o którym w dzieciństwie nie mogłem nawet marzyć.</p>
<p><strong>Zwykle w dzieciństwie marzy się o tym, żeby zostać sportowcem. Pan tak miał?</strong></p>
<p>Nie mogłem mieć, bo zawsze stawiano mnie na bramce. Nie dlatego, że byłem najmłodszy. Po prostu byłem najgorszy. Grało się do jednej bramki, bo na rynku nie było miejsca na dwie. Co strzał to bramka – ja tam tylko stałem. Znacznie lepiej szło mi na rowerze. Ale chyba tylko dlatego, że jako pierwszy miałem rower. Nazywał się „Szarotka”. Pamiętam, że Władysław Bozowski, znany potem obywatel Alwerni, za cholerę nie mógł tego rozszyfrować i czytał „Szczotka”. Nie mógł dojść, dlaczego „szczotka”. Ja nie umiałem mu wytłumaczyć.</p>
<p><strong>Dlaczego pan Władysław był taki znany?</strong></p>
<p>W studni na rynku popsuła się pompa. Studnia miała 70 metrów głębokości, dlatego też nie było chętnego do naprawy. W końcu pan Władysław powiedział, że zjedzie. Zbudowali rusztowanie i spuścili go na dół. Siedział tam kilka godzin. Aż niektórzy się podpili winem jabłkowym i zaczęli się martwić. Nawet nie tyle o niego, co o to, ile on do tej studni napluje (<em>śmiech</em>). Bo pan Władysław cały czas pluł. Ze środka studni echem ciągle wracały jego splunięcia. W ogóle w tamtych czasach w każdej knajpie stała spluwaczka. Co się z nimi stało? Dlaczego dziś ludzie nie plują? Wtedy wręcz musieli. Dzisiaj nie muszą. Dziwne.</p>
<p><strong>Niezależnie od czasów, młodzi ludzie lubią, a czasem muszą się bić. Jak było z panem?</strong></p>
<p>Starałem się nie bić. Byłem ministrantem i chciałem być księdzem – nie wypadało się tłuc. Później, już na studiach, tę grzeczność sobie odbiłem z nawiązką.</p>
<p><strong>Zwędził pan coś kiedyś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie chcę kreować się na ideał, ale nigdy niczego nikomu nie ukradłem. Byłem bardzo grzecznym chłopcem, nie miałem powodów, a przede wszystkim nie miałem czego zwijać. Pamiętam, że kiedyś z moją dziewczyną z Częstochowy byłem na Jasnej Górze. Na jednym z kramów dziewczyna zwinęła święty obrazek i dała mi go jako prezent. Byłem tym tak przerażony, że oddałem go mojej ciotce. Do końca jej życia miałem straszne wyrzuty sumienia. No, ale to nie ja ukradłem.</p>
<p><strong>Pytamy, bo potem podobno zdarzało się panu ukraść mleko.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale to już w dorosłym życiu! Mleko pod drzwiami nagminnie było wypijane na kaca. Albo po prostu zwyczajnie podprowadzane. Mnie również się to zdarzało. Było to normalne i nikt nie traktował tego jako złodziejstwa, tylko zwykłą&#8230; potrzebę.</p>
<p><strong>Czy p</strong><strong>ierwsze randki spędzał pan nad Regulanką?</strong></p>
<p>Nie, bo w Alwerni nie miałem powodzenia. Byłem zawsze najmłodszy, dlatego nikt mnie nie chciał. Czym mogłem imponować? Rowerem? Chłopaki mieli już motocykle. To byli playboye tamtych czasów.</p>
<p><strong>Prawdziwym playboyem tamtych czasów był Jan Nowicki, który przepowiedział panu aktorstwo. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Po 10. klasie, mając 16 lat, spędzałem wakacje na rynku w Alwerni, grając „w noża” albo „w durnia” &#8211; „ciemnego” lub „jasnego”. Pewnego razu Mikołaj zadzwonił do domu z pytaniem, czy bym do niego nie przyjechał na obóz żeglarski szkoły teatralnej do Giżycka. Więc pojechałem. Traf chciał, że pojawił się tam wówczas Jasiek Nowicki. Miał wtedy 29 lat &#8211; młodzian, ale już bardzo znany. Janek wizytował w akademiku i godzinami opowiadał. Pewnej nocy, trwającej do rana, kiedy już wszystkim słuchaczom się znudziło i zasnęli, zostałem tylko ja. Wtedy Halinka Wyrodek powiedziała: „Po co ty do niego gadasz? To brat Mikołaja. Zwykły licealista. Nie jest studentem!”. A Janek, chcąc się pewnie jakoś ratować i wyjść z twarzą, krzyknął: „Ale będzie!”. To był pierwszy moment, kiedy o tym pomyślałem.</p>
<p><strong>I dostał się pan z marszu.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To nie było takie proste. Owszem, egzamin praktyczny zdałem bardzo dobrze. I wszystko byłoby OK, gdyby Mikołaj na tydzień przed egzaminem nie powiedział mi, że prawdopodobnie będzie pytanie: „Jaką rolę chciałbyś zagrać i dlaczego?”. A ja nie chciałem nic grać, tylko do szkoły teatralnej się dostać (<em>śmiech</em>). Mikołaj stwierdził, że on chciałby zagrać Figara w <em>Weselu Figara</em> Pierre&#8217;a Beaumarchais i powiedział dlaczego. Ja to niestety zapamiętałem, ale niedokładnie. Nic mi to zresztą nie mówiło, ale spodobało się, bo oba nazwiska wydawały się śmieszne. Pech chciał, że Mikołaj zdążył jeszcze bąknąć: „Ale wiesz, może tego jednak nie będzie”. Więc sobie odpuściłem. Pierwsze pytanie miałem o Wyspiańskiego. Super, bo byłem obcykany. A drugie? „Jaką rolę chciałbyś zagrać i dlaczego?”. Ja idiota, zamiast pisać dalej o Wyspiańskim, zacząłem bzdurzyć o <em>Weselu Figara.</em> Spadłem tak, że byłem pierwszy pod kreską. Przyjąłem się więc do pracy w Gazobudowie, do kopania rowów. Bardzo mi się tam spodobało.</p>
<p><strong>Perspektywa drastycznie odmienna od szkoły teatralnej. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale jaka przyjemna. Zarabiałem tyle, co moi rodzice razem wzięci. Koledzy mi imponowali, bo byli niewykształceni. Ukrywałem przed nimi ze wstydem, że zdałem maturę. Gdyby nie informacja, że jednak przyjmą mnie do szkoły na tak zwane miejsca rektorskie, to pewnie skończyłbym na dobre w tej Gazobudowie. Czułem się tam panem świata. Kupa forsy, a do tego darmowy dach nad głową, wyżywienie i czasem alkohol, bo przecież ludzie się odwdzięczali (<em>śmiech</em>). Naprawdę nie wiedziałem, czy się cieszyć. Ale z drugiej strony, to w szkole teatralnej były tak fantastyczne dziewczyny, że nawet Gazobudowa nie miała z nimi szans .</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>W ten sposób dowiedzieliśmy się, kiedy pan zaczął mieć „branie”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Miałem 17 lat i wyznawałem zasadę „hulaj dusza, piekła nie ma”. Nie byłem pełnoletni, ale na  legitymację szkoły teatralnej mogłem wejść do każdego nocnego lokalu w Krakowie. W szkole jednak i tak byłem traktowany jak najmłodszy. Kto poleci po wódkę? Wiadomo, że Andrzej. Dlatego znałem wszystkie meliny w mieście. Raz nawet spadłem z pierwszego piętra, kiedy mnie koledzy spuszczali na pasku z okna. Nie mogłem wtedy wychodzić po 23. z akademika. Ale kolega przekonał mnie, że ma amerykański pasek, który nigdy nie pęknie. Niestety pękł i spadłem na dupę. Na szczęście uderzyłem w metalową klapę, przykrywającą wejście do piwnicy. Klapa się ugięła i zamortyzowała upadek. Huk jak cholera, wyleciała portierka i pyta: „Co pan robi?”. A ja, już na nogach, mówię, że wracam do akademika. „Przecież pan wrócił godzinę temu!” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Dlaczego rozbił pan 30 butelek o ścianę akademika?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo przyszło mi to do głowy.</p>
<p><strong>Były puste?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Panowie, jak możecie? Czy ja wyglądam na szaleńca gotowego rozbijać pełne butelki?</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Raczej wygląda pan na kogoś, kto doskonale p</strong><strong>amięta, które koleżanki starszego brata nie dawały spać po nocach.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O, to prawda! Dziś to już poważne panie. Pamiętam, że podkochiwałem się w Halince Wyrodek, niestety już nieżyjącej. Ula Popiel mi się podobała. No i jeszcze Baśka Sokołowska – przepiękna dziewczyna.</p>
<p><strong>Koleżanki brata uratowały pana dla sztuki. A kto uratował pana przed wstąpieniem do zakonu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Och, dużo ich było (<em>śmiech</em>). Kryśka, Wanda… Gdyby nie one, to kto wie. Byłem ministrantem i taka droga wydawała mi się naturalna. Zawsze, jak przyjeżdżam do Alwerni, to odwiedzam przyjaciela zakonnika. Uwielbiam tam przebywać, zażyć tego spokoju, porozmawiać.</p>
<p><strong>A pamięta pan swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Jasne. Jako student we wczesnych latach 70. miałem jeden plakat z dziewczyną na rozkładówce. Pamiętam, że zupełnie nie interesowało mnie jej nazwisko ani kraj pochodzenia. Intrygowała mnie raczej poza. Powiesiłem tę rozkładówkę na szafie w nogach łóżka w akademiku. To był bardzo przyjemny kącik, zasłonięty kocem. Mieszkałem tam przez pół roku z dziewczyną. Bardzo mile wspominam tamte czasy. Nie ze względu na rozkładówkę, rzecz jasna.</p>
<p><strong>Tak bardzo się lubiliście, czy znajoma nie miała gdzie mieszkać?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Jedno i drugie. Piękna dziewczyna. Miss Krakowa. Wyrzucono ją ze szkoły teatralnej po pierwszym semestrze i chyba bała się wracać do rodziców. W końcu jej losy potoczyły się tak, że wyjechała do Ameryki i wyszła bogato za mąż. Spotkałem ją parę lat temu, w jej miejscowości rodzinnej, kiedy była na wakacjach. Nadal jest bardzo piękna, choć już w stylu lalki Barbie. Lata robią swoje.</p>
<p><strong>Co pan poczuł?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Cytując Juliusza Kaden-Bandrowskiego: „Radość z odzyskanego śmietnika”.</p>
<p><strong>Piękną koleżankę wyrzucono ze szkoły po pierwszym semestrze, a pana na trzecim roku. Musiał pan powtarzać. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ciężko to przeżyłem. Kiedy poszedłem z indeksem do Jerzego Jarockiego, żeby wpisał mi dwóję, ten powiedział zdanie, w które w tamtej chwili nie uwierzyłem, ale wziąłem sobie do serca. Powiedział: „Wpisuję panu dwóję, nie dlatego, że pan nie będzie aktorem, bo pan nim będzie. Wpisuję panu dwóję, bo pan jest za głupi na to, żeby być aktorem”. Miał rację, bo dla mnie była to zabawa. Każą wejść na scenę i się powygłupiać, to wejdę. Każą zaśpiewać, zaśpiewam. Ale żeby to traktować poważnie? Przecież jak się aktorstwo traktuje za poważnie, to się jest Krzyśkiem Majchrzakiem. Wracając do rzeczy, najwięcej do myślenia dała mi wówczas postawa rodziców. Kiedy dowiedzieli się, że będę powtarzał rok, byli załamani. Mieli po prostu nadzieję, że za rok zacznę już zarabiać. Przykro mi się zrobiło, bo pierwszy raz dotarło do mnie, że jestem na ich utrzymaniu już tyle lat. Ten dodatkowy rok miał dla nich znaczenie. Poczułem, że zawiodłem.</p>
<p><strong>Z Krzysztofem Majchrzakiem chałturzyliście razem na studiach. </strong></p>
<p>Był na tym samym roku co ja, tyle że w Warszawie. Do <em>Nocy i dni </em>zgłosiliśmy się razem jako „jeźdźcy”. A ja nigdy wcześniej na koniu nie siedziałem (<em>śmiech</em>). Wydawało mi się, że to żaden problem. Wsadzili mnie na ogiera i dali jeszcze luzaka, żebym go przeprowadził przez cały Kraków. Koń pode mną od razu poszedł w galop. Luzaka puściłem i uczepiłem się z całych sił grzywy, byle tylko nie zlecieć. Krzysiek był nieco lepszy ode mnie, no i bardziej ambitny, co mu zostało do dziś. Był tak ambitny, że szkapa pod nim zdechła. Ale nie był to najzdrowszy i najsilniejszy egzemplarz na planie.</p>
<p><strong>Będąc studentem, poznał pan Zdzisława Maklakiewicza, którego piosenkę <em>Małe piwko </em>niedawno pan przypomniał. </strong></p>
<p>Wspaniały facet. Opowiedział kiedyś świetną anegdotę: „Słuchaj, wychodzę z Teatru Starego, idę do Kameralnego, oglądam się odruchowo. Patrzę&#8230; idzie. No to przyspieszyłem kroku. Przechodzę przez rynek i staram się zgubić w Sukiennicach, ale oglądam się i widzę, że idzie. No to jeszcze bardziej przyspieszam kroku. Biegnę prawie. Idzie. Dochodzę do świateł, przebiegam na czerwonym, oglądam się, idzie. Wchodzę do Kameralnego. Idzie. Dasz wiarę? Tak dzisiaj za mną gorzała chodziła”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Łomnickiego też pan poznał?</strong></p>
<p>Tak, ale już po studiach. Bywał na naszych spektaklach, kiedy graliśmy Schaeffera. Pamiętam, że kiedyś pochwalił mnie w zaskakujący sposób. „Powiedziałbym ci komplement, ale wtedy przestałbyś być dobrym aktorem”. Tylko tyle. Nie wiem do dziś, co miał na myśli. Może to, czym kieruję się całe życie zawodowe: żeby nie przywiązywać zbyt wielkiej wagi do roli. Bo jeśli ktoś chce na scenie pokazać wszystko, to jest to nie do zniesienia. Napina się tak, że za chwilę kupę zrobi, bo dla sztuki gotów się wypruć. A prawdziwą sztuką jest po prostu być. Nie grać. Rozpłakać się na zawołanie potrafi każdy palant. Wystarczy sobie włożyć palec do oka. Każdy też potrafi być smutny albo wesoły. Każdego można nauczyć, żeby trząsł przeponą i rechotał lub ryczał z depresją na twarzy. Ale nie na tym polega aktorstwo. Dobry aktor gra tak, że tego nie widać. Najpierw trzeba być, a dopiero potem można grać. Myślę, że o to właśnie chodziło Łomnickiemu. Żebym nie miał za dużej świadomości, bo wtedy będę dupa, nie aktor. Dlatego też od jakiegoś czasu nie czytam scenariuszy<em> Kiepskich</em>. Gram w nich, ale nie wiem, o co chodzi, nie znam puent odcinków. Gdybym je znał, to podświadomie swoją grą dążyłbym do nich i na siłę robił wszystko, żeby było śmiesznie.</p>
<p><strong>Lubi pan aktorów bez wykształcenia?</strong></p>
<p>Ale tylko zdolnych (<em>śmiech</em>). Szkoła aktorska nigdy nie nauczy talentu i charyzmy. Do bycia aktorem predestynuje to coś, że ja na kogoś lubię patrzeć i że ktoś przyciąga moją uwagę. Dlatego czasami w teatrze słucham monologu aktora, a patrzę na kogoś innego, kogoś, kto tylko stoi i nic nie mówi. To właśnie on przyciąga moją uwagę, a nie ten, co pieprzy tak, że go słuchać nie można. I pokazuje, jak on potrafi grać, robi miny, gimnastykuje się, zniża głos, podwyższa głos. Małpy też tak potrafią. Na Himilsbacha można było patrzeć godzinami. On nawet nie miał świadomości, że jest taki ciekawy. W <em>Rejsie</em>,  gdy Maklakiewicz nadaje, że „w polskim filmie nic się nie dzieje”, przez cały czas patrzymy na Himilsbacha, który go słucha i nic z tego nie rozumie. Właściwie słucha, ale nie słucha&#8230; Napiszcie przy okazji, że nie mam nic do braci Mroczków. Oni bardzo się mnie boją. Zupełnie nie wiem, dlaczego.</p>
<p><strong>Czy rzeczywiście wyleciał pan z Teatru Starego za „gest Kozakiewicza”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Myślę, że był to powód zasadniczy. Grałem Jaśka w <em>Weselu</em> &#8211; zresztą za tę rolę dostałem nagrodę. W bardzo ciekawy sposób Wajda mnie tam obsadził. Nawet się go zapytałem, dlaczego, bo przecież Jasiek to młody chłopak, a ja wtedy miałem 40 lat. (<em>Tu nasz bohater zaczyna doskonałą parodię Andrzeja Wajdy. Marek Kondrat ma poważną konkurencję &#8211; przyp. aut.</em>) „Wie pan, widziałem pana i pomyślałem sobie, że pan już nie gra, że coś się stało, ale skoro jest pan na scenie, to jednak pan gra. Myślę sobie, że tak się nie gra. No, ale jak to się nie gra, jak pan tak gra. Nie powinno się tak grać, ale pan gra. I nie wiem, czy pan prywatnie jest na scenie, czy pan gra. I pomyślałem, że pan zagra Jaśka. Krysia zrobi scenografię, a pan jako Jasiek wejdzie na scenę, żeby publiczność sobie pomyślała, po co on tam wszedł. Że tak ładnie do tej pory grali, a tu wszedł pan, jak jakiś kot. Żeby taki niesmak się zrobił”.</p>
<p><strong>Grał pan z papierosem.</strong></p>
<p>Zawsze i wszędzie. Ale pewnego dnia było bardzo gorąco, dlatego pod sukmanę nie założyłem kurtki i nie miałem miejsca na papierosy. Śpiewałem o pawich piórach wyjątkowo bez peta w ustach. Jak go miałem, to na koniec dmuchałem gęstym dymem w stronę publiczności. Taki chamski gest. Bez papierosa brakowało mi chamstwa, więc pomyślałem, że gdy mówię „nakupię se pawich piór”, zrobię „gest Kozakiewicza”, potrącę jedną z aktorek i zniknę ze sceny. Tak też zrobiłem. W przerwie zostałem opieprzony za ten gest, ponieważ wśród publiczności byli jacyś niezmiernie ważni „goście z Warszawy”. Nie zrozumiałem zarzutu, nadąłem się, nikogo nie zamierzałem przepraszać i&#8230; wyleciałem.</p>
<p><strong>Ile razy był pan na scenie „pod wpływem”?</strong></p>
<p>Dwa razy. Ale tylko raz poniosłem konsekwencje. W 1979 r. graliśmy <em>W małym dworku</em> Witkacego. Na próbę reżyser przyniósł wódkę. Niestety ja kontynuowałem balangę. Obudzono mnie pięć minut przed spektaklem. Mieszkałem w teatrze, więc z dotarciem na scenę nie miałem problemów. Problemy zaczęły się, gdy miałem wypowiedzieć swoje kwestie. Zapomniałem tekstu! Wszyscy zeszli ze sceny, ja zresztą też, bo sam grać nie mogłem (<em>śmiech</em>). Wchodzę za kulisy i pytam: „Kto ma mówić?!” Aktorzy na to: „Ty!!”. W tym momencie przypomniał mi się tekst, wróciłem na scenę i wypowiedziałem wszystko do nikogo. Za mną wszedł jeden z aktorów, by przeprosić publiczność i powiedzieć, że spektakl jest odwołany. I że za chwilę przyjdzie dyrektor i wyjaśni, dlaczego. Dyrektor przyszedł i oznajmił, że „z powodu choroby aktora” i tak dalej&#8230;  Publiczność myślała, że wina leży po stronie tego aktora, który wyszedł, żeby przeprosić za odwołany spektakl. Nikt nie podejrzewał, że byłem pijany. Zresztą uważam, że mógłbym to okiełznać, ponieważ grałem Jęzorego Pasiukowskiego – w tym przypadku mogłem wyczyniać różne cuda.</p>
<p><strong>Jakie konsekwencje pana spotkały?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Miałem komisję dyscyplinarną i musiałem zapłacić za spektakl. Coś koło dwóch pensji. Ale granie pod wpływem zdarza się wielu aktorom. Uwierzcie mi. Byłem też podpity podczas swoich występów kabaretowych. Organizator spoił mnie okropnie, a ja się temu poddałem, bo czasami lubię to zrobić. Wyszedłem na scenę i nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Powalczyłem z materią i w końcu powiedziałem publiczności, że „kancerta nie budiet”. Na następny dzień wystąpiłem w ramach rekompensaty za darmo. Kazałem oplakatować całe miasto i zaprosić tych, którzy nie mogli mnie zobaczyć dzień wcześniej. Zacząłem występ od słów: „Wyrażam ubolewanie w związku z tym, co wczoraj zaprezentowałem&#8230;”. Wykonałem pretensjonalny gest &#8211; wyjąłem kamyczek z marynarki, rzuciłem przed publiczność i dokończyłem: „Jak jesteście bez winy, rzućcie we mnie kamieniem”. Dostałem brawa i rozległy się śmiechy. Przeprosiny zostały przyjęte. Ciężko żałować rzeczy, które się w życiu zrobiło. Nie ma ludzi złych i dobrych, tylko ludzie, którzy raz robią źle, a raz dobrze. Ja nikogo nie zabiłem, a świat się przez to nie zmienił.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Dla niektórych zmienił się za to świat teatru, kiedy pstryknął pan palcami na sztuce Wojtyły. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To było bardzo śmieszne. Skuszanka robiła <em>Brata naszego Boga</em>, w którym grałem ojca Witkacego. Zaczynałem ten spektakl zaraz po podniesieniu kurtyny. Raz rozpocząłem swoją kwestię od pstryknięcia. Zostałem wezwany na rozmowę, ale nie wiedziałem, o co chodzi. „Panie Andrzeju, sztukę papieża zaczyna pan od pstryknięcia? Skandal!”. W konsekwencji przestałem pstrykać (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Aktorzy znali pana od tej strony? Wiedzieli, że od czasu do czasu pan improwizuje?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oczywiście, ale i tak często udawało mi się ich zaskakiwać. Codziennie grałem inaczej, zawsze starałem się coś zmieniać. Teraz już raczej tego nie robię, bo mi się nie chce.</p>
<p><strong>Pan chyba z natury jest leniwy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Prześwietliliście mnie (<em>śmiech</em>). Myślę, że nazwałbym siebie leniwym pracoholikiem. Kiedyś spotkałem się z moim kolegą z roku w SPATiF-ie. On przyznał się, że jak słyszy, że będzie kręcony jakiś film, to robi wszystko, żeby w nim zagrać. Dziś kolega jest bardzo sławny, a ja nadal nie rozumiem takiej filozofii zawodowej.</p>
<p><strong>Nie myśli pan o rolach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Trochę myślę. Jak dostaję rolę do zagrania, próbuję wyświetlić w swoim własnym mózgu siebie w tej roli. Jeżeli  się sobie podobam, wchodzę w to, a jeżeli nie, to zamiast siebie podkładam Gene&#8217;a Hackmana. I obserwuję, jak on to gra. Jeżeli mi się podoba, staram się mu dorównać. Czasami też podkładam Łomnickiego. Ale nie każdy przechodzi moje „zdjęcia próbne” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>W prawie każdym wywiadzie mówi pan o Hackmanie.</strong></p>
<p>Nie znam go, on zresztą też mnie nie zna. Wobec tego można powiedzieć, że się nie znamy. Ale z chęcią posiedziałbym z nim przy kieliszku. Jego gra i postępowanie są mi bardzo bliskie. To filozofia „jak mnie chcecie, to mnie macie, a jak nie, to nie”.</p>
<p><strong>Willem Dafoe ma podobnie. Jego już pan „zdeklasował”. Jakie to uczucie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Całkiem przyjemne. Graliśmy w <em>Bożych skrawkach,</em> staliśmy razem w przerwie, gadaliśmy i raptem pojawiła się grupka statystów. Byłem pewien, że idą do Willema, tymczasem oni jego na bok i do mnie walą po autografy. Dafoe się uśmiechnął i powiedział: „O, ty to dopiero musisz być znany”. Poleciłem mu <em>Kiepskich. </em>Obejrzał i stwierdził, że nic nie rozumie, ale jest okropnie śmiesznie. I dopóki był w Polsce, oglądał ten serial regularnie.</p>
<p><strong>Regularnie to pana rugano. Głównie w Krakowie. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie tylko w Krakowie. Z czystej frustracji. Tych, którzy siedzą w teatrach i z chęcią zagraliby w serialu, ale nikt im tego nie proponuje. Ostatnio spotkałem kolegę, który kiedyś mnie skrytykował i powiedział, że nigdy w serialu z podkładanym śmiechem by nie zagrał. A nie zagrałby, bo nigdy jeszcze takiej propozycji nie dostał. Tym razem zapytał się mnie ni z tego ni z owego, czym jeżdżę. Mówię mu, że Audi Q7. A on na to: „A ja nadal Daewoo Q-rwa Tico”. Oczywiście posiadanie konkretnego auta nie jest wymierne, ale wiadomo, o co chodzi. Tłumaczyć się już zresztą nie będę, bo robię to profesjonalnie od 12 lat. A znacie taki dowcip? Jest bardzo popularny w Krakowie: Kiedy kończy się kultura w Warszawie? Kiedy odchodzi ostatni ekspres do Krakowa.</p>
<p><strong>Doskonały, ale z brodą. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak, ale najlepsze jest w nim to, że jest śmieszny zarówno dla mieszkańców Krakowa, jak i Warszawy. Gdyby jednak zamienić w nim Kraków na Warszawę, byłby śmieszny tylko dla mieszkańców stolicy. I taka jest różnica między warszawiakami a krakowianami, dla których nie istnieje coś takiego jak warszawianin i krakowiak. Zresztą ta krakowska specyfika jest przepiękna. Oto przykład: ciotka mojej byłej żony była wdową po generale Rybaku, podkomendnym Piłsudskiego. Przed wojną była to bardzo bogata ukraińska rodzina. Potem musieli uciekać przed Rosjanami. Spakowali dobrodziejstwa i zamieszkali w Warszawie. Warszawa została zburzona i ciotka, mając jedynie parę pierścionków we włosach, znowu musiała uciekać. W ten sposób znalazła się w Krakowie. Poszła do swojej kuzynki i opowiada jej o tym, że straciła absolutnie wszystko. Kuzynka w tym swoim nienaruszonym, mieszczańskim mieszkaniu słucha jej, słucha i nagle mówi: „Wiesz co, Irenko? Mnie też się wielkie nieszczęście stało. Wczoraj cały karnisz mi zleciał”.</p>
<p><strong>Twierdzi pan, że poza aktorstwem nie umie nic.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Potrafię jeszcze gotować. Bardzo to lubię. Pewnie dlatego, że nie robię tego codziennie. Poza tym auto prowadzę od 40 lat. Więc potrafię też jeździć.</p>
<p><strong>Dużo pan jeździ?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bardzo. Dwa lata temu z Warszawy pojechałem do Wiednia, zagrałem kabaret i zrezygnowałem z hotelu po południowej stronie miasta, żeby rano nie przebijać się przez korki. Pomyślałem, że znajdę coś po drodze i tak dojechałem do Mikulova. Potem z rozpędu znalazłem się w Brnie. Nie chciało mi się wjeżdżać do miasta i o piątej rano byłem w&#8230; Krakowie.</p>
<p><strong>Pan w ogóle potrafi szybko się przemieszczać. Choćby na wielbłądzie – na górę Synaj.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Z góry Synaj pamiętam tylko tego wielbłąda, na którym się telepałem, pchły z beduińskiego koca i tyłek Rosjanki, która szła na tę górę przede mną. Piękniejsze wschody słońca widziałem na Mazurach. To było jedno wielkie rozczarowanie, bez uczuć metafizycznych.</p>
<p><strong>Jedyne?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mnie rozczarowują wszystkie cudy świata, które z reguły wyglądają o niebo lepiej na zdjęciach, ponieważ nie ma na nich ludzi i nie jest tak gorąco. Do dziś pamiętam, jak pociłem się na Akropolu. A widziałem z niego mój hotel, na którego dachu rozpościerał się błękitny basen&#8230; Żałowałem. Poza tym przy świątyni Hefajstosa facet robił dziewczynie zdjęcie. Ja byłem pośrodku. Dziewczyna krzyczy: „Róbże to zdjęcie!”. A facet na to: „Zrobiłbym, ale ten kutas stoi pośrodku!”. No to przeprosiłem i się odsunąłem. Zawsze tak jest. Takie właśnie mam skojarzenia z turystyką. Jak zobaczyłem <em>Pietę</em> Michała Anioła, to pomyślałem, że w kościele w Alwerni też takie są&#8230;</p>
<p><strong>To co w panu wzbudza emocje?</strong></p>
<p>Chyba tylko czytanie książek. Muszę je czytać w ilościach hurtowych, po trzy tygodniowo, ze względu na moje obowiązki współprowadzącego <em>Hurtowni książek</em>. Dzięki temu mogę poznać książki młodych, zdolnych autorów, po które nigdy sam z siebie bym nie sięgnął, na przykład <em>Toksymię</em> Małgorzaty Rejmer, <em>Dzidzię</em> Sylwii Chutnik, czy też opowiadania Łukasza Orbitowskiego.</p>
<p><strong>Myśleliśmy, że jeszcze muzyka potrafi pana zakręcić.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Trochę. Zresztą jesienią chcę wydać płytę. Mój solowy debiut. 10 piosenek już nagrałem. Rzygać mi się chce, jak je słyszę, ale to podobno normalne. Teksty i muzyka są super, gorzej z moim wykonaniem. Bo ja tam śpiewam, a właściwie nie śpiewam, tylko chrypię. Nad wszystkim pracowali Krzysiek Niedźwiecki, Marcin Lach, Janek Nowicki, Janek Wołek, Andrzej Poniedzielski i reszta młodych zdolnych. Myślę teraz nad tytułem. Może ułoży się z pierwszych słów trzech pierwszych utworów, czyli <em>Mam prawo&#8230; czasami&#8230; banalnie</em>.</p>
<p><strong>Zawartość będzie banalna?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mnie to oceniać, ale wiem jedno – w ogóle się nie starałem, by brzmiało rewelacyjnie. To płyta z gatunku „jak chcesz, to słuchaj, jak nie, to wyłącz – mam to gdzieś”. Nie zależy mi na sprzedaży, więc nie próbowałem przypodobać się publiczności. Tak sobie tylko podchrypuję między Tomem Waitsem a Cohenem&#8230;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Po co?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dla własnej przyjemności i żeby sprostać wyzwaniom, którym sprostać i tak nie dam rady (<em>śmiech</em>). Może ktoś zwróci uwagę na faceta, który nie potrafi śpiewać, a do tego nie ma głosu. Zupełnie jak kiedyś na Dylana&#8230;</p>
<p><strong>A może to spełnienie marzeń bycia frontmanem na scenie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, bo ja nie miałem żadnych marzeń. No, może poza tym, żeby mieć motorower Komar.</p>
<p><strong>A dziś?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A dziś chcę w końcu skończyć budowę domu. Dźgam go, dźgam, może wydźgam.</p>
<p><strong>Nigdy nie chciał pan być Niemenem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mogłem chcieć, bo nie potrafię śpiewać.</p>
<p><strong>Ale fragmenty <em>Toski</em>&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Czasami będąc „nadzwyczaj wesołym” śpiewam. I różne inne arie również. <em>Dziwny jest ten świat </em>też daję radę (<em>śpiew</em>).</p>
<p><strong>A woli pan KSU, z którym gościnnie zaśpiewał pan jeden utwór, czy Feela, w którego teledysku pan wystąpił?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Żeby nie robić przykrości Siczce, to powiem, że KSU.</p>
<p><strong>Proszę jeszcze podpowiedzieć nam, kogo mamy dla pana rozebrać. Wiemy, że gustuje pan w kobietach poniżej 175 cm. Ma pan jakieś propozycje?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mam. Taka jest moja propozycja.</p>
<p><strong>A skąd wzięła się ta wzrostowa granica? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie wiem, ale wszystkie moje partnerki życiowe były małe. Może nie kurduple i liliputy, ale małe. Pewnie dlatego, że sam jestem duży. Natomiast wiem, że mali faceci szukają wielkich babonów, których ja się osobiście boję.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Polaków też się pan boi? Twierdził pan, że mamy w sobie dużo niebezpiecznych cech.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To paradoks, ale wszystko co złe u Polaków jest jednocześnie ich dobrem oraz mocną stroną. Weźmy na przykład naszą kultową już gościnność. Ona występuje bezsprzecznie, ale jednocześnie ma to miejsce w jednym z najbardziej ksenofobicznych państw Europy. Józek z Koziej Wólki jest w stanie wyzywać od „jebanych murzynów”, ale jak już taki czarny by go odwiedził, to Józek wszystko by mu oddał. Poza tym niebywała jest nasza umiejętność skupiania się w sprawach ważnych, tragicznych i doniosłych dla narodu. A za parę dni rozpieprzenie wszystkiego i powrót do tego, co było (<em>śmiech</em>). Gombrowicz pisał w <em>Dziennikach</em>: „Ten naród bez filozofii, bez świadomej historii, intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród, który zdobył się tylko na sztukę „poczciwą” i „zacną”, rozlazły naród lirycznych wierszopisów, folkloru, pianistów, aktorów, w którym nawet Żydzi się rozpuszczali i tracili jad…”  Podpisuję się pod tym obiema rękami.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A co by pan sobie mógł zarzucić, gdyby obserwował siebie jako osoba postronna?</strong></p>
<p>I znowu wyjdzie na to, że się boję&#8230; Potrafię zachowywać się jak ostatni buc. Głównie na bankietach i tam, gdzie jest dużo ludzi. Jestem jak kabotyn, który ma minę „nie podchodźcie do mnie, bo przyp&#8230;”. Na ulicy mam podobnie. Myślę, że zachowuję się tak ze strachu, bo ja się trochę boję ludzi. Nie lubię, jak ktoś mnie klepie i gada: „Ferdek, cho no na browara”. Albo: „Powiedz coś jak Ferdek”. Wtedy robię minę Gebelsa z <em>Pitbulla</em>. Boję się, że nie będę miał z tymi ludźmi o czym rozmawiać i że będą się mnie pytać o jakieś pierdoły. Wychodzi ze mnie zahukany chłopiec z Alwerni. Myślę, że podobnie zachowuje się Janusz Gajos, który, jak się go dobrze zna, jest otwartym, fantastycznym facetem. Ale, żeby się otworzyć, musi temu komuś najpierw zaufać. Mam to samo. Dlatego nie spoufalam się z ekipami filmowymi. Nie chodzi o to, że czuję, że jestem wyżej w hierarchii, tylko boję się, że po dwóch tygodniach takiej „przyjaźni”, zaczną wołać: „Grabowski, wołają cię. No chodźże, kurwa!”. Dlatego lubię mieć w kontrakcie zapisane, że na obiad idę do barobusu bez kolejki. Ze strachu. Po prostu.</p>
<p><strong>Czy 5 lat temu głosował pan na brata w wyborach do Senatu?</strong></p>
<p>Nie miałem takiej sposobności, bo nie startował w moim okręgu wyborczym.<strong> </strong></p>
<p><strong>Nadal jest pan bratem Mikołaja, czy też to Mikołaj Grabowski został w końcu bratem Andrzeja?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>On się z tego śmieje i twierdzi, że może tak być. Wcale mu tego nie życzę. To niezbyt przyjemne zawsze być „czyimś bratem”. W Warszawie to on jest moim bratem, a w Krakowie to nadal ja jestem jego bratem. Pamiętajcie, że bycie dyrektorem Teatru Starego to więcej niż <em>Kiepscy</em>, a nawet więcej niż dyrektorowanie jakiemuś tam warszawskiemu Teatrowi Narodowemu (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na koniec mała zagadka: o co się pana nie pytaliśmy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>O byłą i obecną żonę oraz w jakim wieku mężczyźnie ustaje erekcja. I bardzo dobrze, że się o to nie pytaliście. Myślę, że porządnie wykorzystaliście te&#8230; cztery godziny.</p>
<p><strong>Nie pytaliśmy się o <em>Kiepskich</em>.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>I bardzo dobrze.</p>
<p><strong>Jest pan dziś bardziej Grabowski niż Kiepski?</strong></p>
<p>Zdecydowanie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Ludzie na ulicy często zadają mi pytanie: „Czy pan to pan?”. Odpowiadam, że nie. Albo: „Czy dobrze poznaję?”. Wtedy mówię, że nie wiem. I jeszcze: „Skąd ja pana znam?”. Odpowiadam, że pizzę roznoszę.</p>
<p><strong>To działa?</strong></p>
<p>Zwykle tak, ale niedawno na stacji benzynowej rzuciła się na mnie jakaś kobieta. Odciągnęła mnie na siłę z kolejki i krzyczała, że musi mieć ze mną zdjęcie. Nie wytrzymałem i zacząłem ciągnąć ją w drugą stronę. Dosyć mocno. Zapytałem się, czy jest jej przyjemnie. Powiedziała, że nie i że nie zdawała sobie z tego sprawy. Zaczerwieniła się, przeprosiła i poszła.</p>
<p><strong>Fani „pod wpływem” też przepraszają?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Takim zwykle daję piątkę, żeby mieć święty spokój.</p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Kiedyś wypadłem z malucha, bo podłoga się pode mną zawaliła. Wylądowałem tyłkiem na torach kolejowych.</p>
<p>Ktoś wymyślił, że ja, Gajos albo Rewiński możemy zagrać Leppera. Scenariusz filmu napisał jeden z członków Samoobrony. Oczywiście nikt z nas się nie zgodził, a Lepper wywalając faceta z partii stwierdził, żeby lepiej buroki i ziemnioki sadził niż scenariusze pisał.</p>
<p>Nie potrafiłbym z córką zagrać scen erotycznych.</p>
<p>Przy <em>Kiepskich</em> granie w <em>Pitbullu</em> było pestką.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/andrzej-grabowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Michael Palin</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/michael-palin/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/michael-palin/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 07 Sep 2010 08:48:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Palin Michael]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2790</guid>
		<description><![CDATA[
 
PLAYBOY nr 8, 2010 rok
TEKST: Maciej Łubieński
fot. Mikołaj Długosz

&#8211;

W redakcji powiedzieli: „Jesteś zabawny, więc, zrób ten wywiad.”
Cóż, ja nie jestem zabawny. Mamy więc problem. Ja nie opowiadam dowcipów.
To właśnie moje pierwsze pytanie: Czy Monty Python jest ciężarem, kiedy wszyscy oczekują od pana opowiadania dowcipów?
Monty Pythona robiliśmy dawno temu. Czas sprawił, że należymy do komediowej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/09/Michael-Palin.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2796" title="Michael-Palin" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/09/Michael-Palin.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a></strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 8, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Maciej Łubieński</strong></p>
<p><a href="http://www.mikolajdlugosz.com/ ">fot. Mikołaj Długosz</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>W redakcji powiedzieli: „Jesteś zabawny, więc, zrób ten wywiad.”</strong></p>
<p>Cóż, ja nie jestem zabawny. Mamy więc problem. Ja nie opowiadam dowcipów.</p>
<p><strong>To właśnie moje pierwsze pytanie: Czy Monty Python jest ciężarem, kiedy wszyscy oczekują od pana opowiadania dowcipów?</strong></p>
<p>Monty Pythona robiliśmy dawno temu. Czas sprawił, że należymy do komediowej starszyzny. Już nie musimy robić nic zabawnego. Gdy tylko się pojawiamy, wszyscy się śmieją. Powiem „Ni!” i to wystarczy (nawiązanie do filmu <em>Monty Python i Święty Graal</em>). Nie muszę robić głupich kroków ani śpiewać <em>Lumberjack&#8217;s song</em>. Ludzie wciąż uwielbiają Monty Pythona. To miłe, a mnie to nie nudzi. Dostrzegam komediowy potencjał w tym co mnie otacza. Po prostu już tego nie wykorzystuję i nie nawiązuję do czasów Monty Pythona, ale nie mam nic przeciwko temu, jeśli inni to robią.</p>
<p><strong>Czy teraz chce pan być Michaelem Palinem podróżnikiem, pisarzem, czy Michaelem Palinem z Monty Pythona?</strong></p>
<p>Po prostu Michaelem Palinem. Człowiekiem składającym się z wielu elementów, człowiekiem robiącym wiele różnych rzeczy. Człowiekiem, który wciąż szuka tego, co naprawdę chciałby robić i co przekazać. Chcę być sobą. Myślę, że w Monty Pythonie byłem sobą i w programach podróżniczych też jestem sobą.</p>
<p><strong>Jest pan też dziadkiem&#8230;</strong></p>
<p>O tak, bardzo szczęśliwym. Czasem myślę, że może powinienem rzucić wszystko i spędzić resztę życia bawiąc się z moimi wnukami, zabrać je w podróż dookoła świata. Ale wiem, że bym tego nie potrafił. Muszę coś tworzyć, zwłaszcza pisanie jest dla mnie bardzo ważne. Myślę, że nawet ważniejsze niż występowanie. Właśnie piszę powieść, co jest dla mnie pasjonującym doświadczeniem – pisanie i poprawianie. Zabiera to dużo czasu, ale to coś nowego i świeżego.</p>
<p><strong>Pisze pan też pamiętniki&#8230;</strong></p>
<p>Dziennik. Piszę go codziennie. Mam dzienniki od 1969 roku, zacząłem pisać tuż przed powstaniem Monty Pythona. Wiele osób namawiało mnie na napisanie autobiografii. Myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że i tak głównym źródłem byłyby moje dzienniki, czemu nie wydać ich w przeredagowanej formie. Ukazały się dwa tomy, kończące się na 1988 roku. [Michael Palin <em>Diaries 1969-1979: The Python Years</em> i <em>1980-88: Halfway to Hollywood</em>].</p>
<p><strong>Pisze pan też książki podróżnicze, jak <em>W 80 dni dookoła świata</em>.  Zaskoczyło mnie też, że niemal przegrał pan z Fileasem Foggiem. Niewiele brakowało, by nie objechał pan świata w 80 dni.</strong></p>
<p>To prawda. Cóż&#8230; Na pomysł podróży dookoła świata śladami Fileasa Fogga wpadł producent BBC. Powiedział: „Zobaczmy, czy po 100 latach sposób podróżowania zmienił się tak bardzo, że możemy okrążyć świat w 30 albo 20 dni”. Okazało się, że jeśli nie wykorzystuje się samolotów, podróże tak bardzo się nie zmieniły. Pociągi jeżdżą jak w 1888 r., rejs statkiem zabiera prawie tyle samo czasu – są co prawda szybsze, ale jest ich mniej.</p>
<p><strong>Pan objechał świat 20 lat temu. Teraz z pewnością porwaliby was somalijscy piraci.</strong></p>
<p>No, tak. Mieliśmy nadzieję, że coś takiego nam się przytrafi. To by było doskonałe dla telewizji (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Fogg – w pewnym sensie – miał łatwiej niż pan, bo cały czas podróżował przez Imperium Brytyjskie. Nie miał kłopotów z paszportami, wizami, celnikami.</strong></p>
<p>Tak. Miał za to listy polecające.Wręczało się je ludziom na całym świecie, a oni już dbali o to, by zapewnić mu nocleg i opiekę. To były dobre czasy dla uprzywilejowanych. Ale podróże to nadal przywilej tych, którzy mają pieniądze. Oni nie latają zwykłymi samolotami – mają własne odrzutowce. Są współczesnymi odpowiednikami Fileasa Fogga.</p>
<p><strong>Efekt Palina. Czy to miejska legenda czy prawda?</strong></p>
<p>Nie jestem pewien. Termin ukuli ludzie z brytyjskich biur podróży. To stało się chyba po <em>Himalajach</em> albo&#8230;, tak, to było po <em>Saharze.</em> Chodziło o to, że bardzo odległe rejony świata wcześniej nie odwiedzane przez turystów – jak północny Pakistan czy Sahara – pojawiały się w moich programach. I nagle rezerwacje w te rejony wzrosły o 250 procent. To nazwano efektem Palina.</p>
<p><strong>Zacząłem czytać pańską książkę <em>Himalaje</em>. Moje pierwsze wrażenie to, że miał pan wiele szczęścia, że pan tam dotarł. Teraz Peszawar nie jest miejscem, które można odwiedzać.</strong></p>
<p>Hotel w Peszawarze, w którym się zatrzymaliśmy, później wyleciał w powietrze, hotel w Islamabadzie, w którym nocowaliśmy – też wysadzony.</p>
<p><strong>To kolejny efekt Palina.</strong></p>
<p>Tak! (<em>śmiech</em>). Ale to nie ja podkładałem ładunki wybuchowe&#8230;</p>
<p><strong>Co pana martwiło przed wyjazdem, a co panu przeszkadzało podczas podróży?</strong></p>
<p>Opowiem ciekawą z mojego punktu widzenia historię. Program <em>W 80 dni dookoła świata </em>to miała być tylko jedna seria, po której miałem wrócić do aktorstwa i do pisania. Ostatecznie  zrobiliśmy 7 serii. Tego się nie spodziewałem. Nie było żadnych wytycznych, żadnego scenariusza. Po prostu byłem ja i ekipa z kamerą. Okazało się że moje rozmowy, spotkania – to chwyciło. Kiedy rozpoczynałem podróż, chciałem być Fileasem Foggiem. Grałem tę postać. Myślałem, że to ważne, że muszę być Foggiem. Dotarliśmy do Dubaju i szybko wszystkie nasze plany wzięły w łeb. Musieliśmy wyruszyć do Dehli z portu, którego wcześniej nie sprawdziliśmy. Wylądowaliśmy na łodzi bez radaru, bez radia&#8230;</p>
<p><strong>Bez toalety&#8230;</strong></p>
<p>Na pokładzie nie było toalety, ale jedna znajdowała się w pobliżu statku (<em>śmiech</em>) – drewniana obręcz przywiązana linami za burtą. Załogę stanowili żeglarze z Gujarat z północno-wschodnich Indii, ubodzy ludzie, którzy nie mówili po angielsku. Na pokład ich statku wsiadłem jako Fileas Fogg, a po 7 dniach zszedłem z pokładu jako Michael Palin. W takich warunkach bycie Foggiem nie miało sensu. Którejś nocy rozchorowałem się i musiałem opowiadać do kamery jak strasznie się czuję. Próbując porozumieć się z indyjską załogą też byłem sobą, nie Foggiem. Podróż była ciężka, płynęliśmy bardzo wolno. Nie było żadnego nowoczesnego wyposażenia, byliśmy całkowicie zdani na łaskę tych ludzi. Ale było świetnie. Na pokładzie był starszy człowiek Kasim, który chciał sprawdzić, czego słucham przez słuchawki. „Naprawdę chcesz posłuchać?” &#8211; spytałem. Miałem album Bruce&#8217;a Springsteena. Kasim założył słuchawki i poprosił: „Głośniej, zrób głośniej”. Springsteena, jeszcze głośniej? Prawie rozerwało mu głowę. Przez takie drobiazgi odkrywałem, że mogę zaprzyjaźnić się z ludźmi tak odmiennymi ode mnie. Na pożegnanie serdecznie ich wyściskałem, a w zasadzie to oni wyściskali mnie. Gdy zszedłem na ląd byłem już Michaelem Palinem. Zrozumiałem, że nie muszę grać żadnej roli. Mogłem być sobą i moje reakcje byłe prawdziwe, więc najciekawsze.</p>
<p><strong>Gdy ruszał pan w podróż, nie był już pan młody. Obawiał się pan o swoje zdrowie, o bezpieczeństwo w takich miejscach jak Sahara?</strong></p>
<p>O tak, ale jestem optymistą, czułem, że wszystko będzie w porządku.</p>
<p><strong>Jest pan optymistą, czy jest pan odważny?</strong></p>
<p>Nie wiem, czy jestem odważny. Nigdy nie znalazłem się w sytuacji, kiedy  musiałbym skakać z klifu do wzburzonej wody, by ratować komuś życie. Lubię wyzwania, lubię próbować nowych rzeczy. Nie wszystkiego. Nie skakałbym na bungee przed kamerą. Ale inne rzeczy chętnie robiłem.  Dzięki podróżom spotyka mnie wciąż coś nowego, coś innego od Monty Pythona czy grania w filmach jak <em>Rybka zwana Wandą</em>, <em>Bandyci czasu</em> czy <em>Brazil.</em> To co mi się podobało, to poczucie wolności. Ludziom się wydaje, że jeśli jesteś gwiazdą filmową, musisz być najbardziej uprzywilejowaną i najszczęśliwszą osobą na świecie. Nie jesteś. Jesteś niewolnikiem, nawet jeśli zgarniasz dużą kasę. Przyjeżdża po ciebie limuzyna, zabiera do studia. Siadasz tam i czekasz cały dzień, podczas gdy ekipa sprawdza ustawienia kamery. I pod koniec dnia mówią: „Niestety, dziś nie damy rady” i odsyłają cię limuzyną z powrotem. Dla mnie to jak więzienie. A podróż, nawet na grzbietach wielbłądów, daje poczucie wolności. Robiliśmy to, co sami zaplanowaliśmy. Doskonale dogadywałem się z ekipą i miałem pewność, że nakręcą świetny materiał. Więc tu nie chodzi o to, czy ktoś jest odważny, ale czy fascynuje go to co robi. Były momenty kiedy myślałem „Nie powinienem tego robić, to za duże ryzyko”, ale one szybko mijały.</p>
<p><strong>Czy wyobrażał pan sobie swoich przyjaciół z Monty Pythona w takich sytuacjach?</strong></p>
<p>Wszyscy z Monty Pythona byliby doskonałymi prowadzącymi programów podróżniczych. John Cleese nakręcił dokument na Madagaskarze o lemurach. To było świetne, cudowne, bo to był cały John – narzekał na błoto (<em>śmiech</em>). „To obrzydliwe, a pogoda jest okropna”. Na miłość boską, to było w samym sercu dżungli. Ale on uwielbia lemury, więc trzeba docenić prawdziwe uczucie. Jest też bardzo inteligentny, więc potrafi dobrze opowiadać. Terry Gilliam byłby świetnym podróżnikiem, bo fascynuje go sztuka i architektura. Nigdy nie przestaje gadać. Terry Jones już nakręcił dokumenty historyczne. Ja sugerowałem kiedyś, żeby Monthy Pythoni zrobili serię filmów dokumentalnych – każdy odbyłby jedną część podróży.</p>
<p><strong>Na łodzi John Cleese by narzekał.</strong></p>
<p>O tak. Nie mógłby usiąść na toalecie, bo była dla niego za mała.</p>
<p><strong>Umarłby&#8230;</strong></p>
<p>(<em>śmiech</em>) &#8230;z powodu zaparcia.</p>
<p><strong>A Terry Jones?</strong></p>
<p>Z Terry&#8217;m Jonesem to ciekawa sprawa. Jest moim bliskim przyjacielem. Znamy się jeszcze z czasów przed Monty Pythonem. On zawsze powtarza: „Nie rozumiem jak ty to robisz, nie rozumiem po co tam jeździsz”. Odpowiadam: „Przecież ty nakręciłeś serię o wyprawach krzyżowych, skakałeś z klifu, brodziłeś w wodzie w zbroi, by pokazać jak krzyżowcy dobijali do brzegu”. Terry był pierwszym kaskaderem w Pythonach, mówił „Chcę to zrobić sam, bo zrobię to lepiej”. Widziałem więc jak robił naprawdę szalone rzeczy. Ale z jakiegoś powodu uważa, że to ja jestem odważny. Może to dlatego, że Terry ma bardzo analityczny umysł. Wszędzie szuka sensu. „Dlaczego podróżujesz dookoła świata?” (<em>śmiech</em>). Mówię: „Nie wiem, Terry, po prostu chcę zobaczyć świat”. „No tak, ale dlaczego?”. Czasem sam nie umiem wyjaśnić, dlaczego to robię. Ale chyba po prostu kocham podróżować. Świetnie się wtedy czuję. Poza tym podczas podróży człowiek pozbywa się uprzedzeń. Myślę, że dawniej bardziej byłem uprzedzony do cudzoziemców, ich kuchni i tego co robią. Odkąd podróżuję zrozumiałem, że różnice między ludźmi to nie jest coś czego trzeba się bać, ale coś co należy cenić. Ja rzucałem się w wir szalonych tańców plemiennych, jadłem penisy byków i robiłem tego typu rzeczy.</p>
<p><strong>(<em>Chichot</em>).</strong></p>
<p>Bez obawy, byk był żywy (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Jadł pan bycze penisy?</strong></p>
<p>Cóż, w zasadzie jednego (<em>śmiech</em>). Kiedy go jadłem, nie wiedziałem, że to penis byka.</p>
<p><strong>To dobry moment, by zapytać czy istnieje angielskie poczucie humoru?</strong></p>
<p>Angielski humor jest wyszukany, różnorodny, ale nie wulgarny. Przenika wszystkie warstwy społeczne. Wydaje mi się, że dla Brytyjczyków zabawna jest gra słów, dowcipy o płci, seksie, mężczyznach przebierających się za kobiety. Ale myślę że brytyjskie poczucie humoru polega głównie na śmianiu się z samych siebie. Jest więc coś takiego jak brytyjskie poczucie humoru, ale czy różni się od innych – nie mam pojęcia.</p>
<p><strong>A jaki jest humor w USA lub w Indiach?</strong></p>
<p>Hinduski humor jest ciekawy. Bardzo werbalny. Hindusi posługują się językiem angielskim doskonale. Uwielbiam napisane przez nich po angielsku książki. Są zabawni i również lubią grę słów. W Ameryce humor – jak wszystko – doprowadzony jest do perfekcji, przez co staje się przedmiotem marketingu jak produkt. Jest krową, którą można doić. Tyle, że według mnie humor ma w sobie coś z przypadkowości. Nie chodzi o to by powiedzieć: „będziemy zabawni”, to raczej: „bądźmy bardzo bardzo poważni”. Moje pierwsze wspomnienia niekontrolowanego śmiechu pochodzą ze szkolnych czasów, kiedy coś wydawało nam się zabawne, a nie wolno nam było się śmiać.</p>
<p><strong>W Polsce narzeka się, że najlepsze dowcipy powstawały w czasach komunizmu&#8230;</strong></p>
<p>Wiem do czego pan zmierza. Niech pan spojrzy na dowcipy żydowskie. Wiele historii, które opowiadają są doskonałe. Byli gnębieni przez najróżniejszych ludzi i dlatego rozwinęli mechanizm obronny, którym jest śmianie się z tego, co się im przytrafia. W pewnym sensie Brytyjczycy też tak robią, z tą różnicą, że nie byli gnębieni.</p>
<p><strong>Byliście panami świata!</strong></p>
<p>Niektórzy z nas byli. Ci z samego szczytu społeczeństwa. Ci z niższych warstw nienawidzili klas wyższych i robili o nich dowcipy.</p>
<p><strong>Czy podczas podróży porównuje pan różne kultury, obserwując, że ta ma wspaniałe poczucie humoru,  a inna jest poważna?</strong></p>
<p>Nie prowadzę badań nad poczuciem humoru na świecie, raczej wykorzystuję go do poznawania nowych ludzi. I gdziekolwiek jestem, zwłaszcza jeśli nie znam języka, staram się ocieplić atmosferę uśmiechem albo jakimś żartem. Więc gdy rozlał pan kawę [od tego rozpoczęła się rozmowa] śmialiśmy się. Pod tym względem niektóre grupy reagują lepiej inne gorzej. Mówiąc konkretnie, np. Czesi od razu wiedzą z czego się śmieję i natychmiast to podłapują. Niemcom zajmuje to nieco dłużej (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy istnieje uniwersalne poczucie humoru? Czy są dowcipy z których śmieją się wszyscy?</strong></p>
<p>Kiedy kopnie pan kogoś w tyłek, wszyscy się śmieją.</p>
<p><strong>Tak. Kiedy przewrócisz się na skórce od banana też wszyscy się śmieją. Oprócz ciebie.</strong></p>
<p>To dość uniwersalne. Ugodzona ludzka godność – to działa niemal wszędzie, chyba że osoba, która  to robi ma pistolet lub jest w mundurze. Nie ma dowcipów o straży granicznej ani o urzędnikach paszportowych.</p>
<p><strong>No właśnie. Jakie są granice humoru. Z moralnego punktu widzenia, z pewnych spraw nie powinno się śmiać, np. z cierpiących lub głodujących ludzi.</strong></p>
<p>Ufff. Myślę, że trudno jest wyznaczyć granicę, bo humor i śmiech są czymś instynktownym. Czasem to sposób w jak radzimy sobie z cierpieniem. Mam 67 lat i wielu moich przyjaciół, nawet młodszych ode mnie już nie żyje. To straszne tracić bliskich ludzi. Zostałem tak wychowany, że uroczystości pogrzebowe postrzegam jako coś bardzo smutnego i przygnębiającego. Byłem na wielu pogrzebach moich przyjaciół. Gdy żegnaliśmy Grahama Chapmana <em>(członek Monty Pythona, zmarł w 1989 r. na raka)</em>, zrozumiałem, że taka przygnębiająca ceremonia byłaby nie fair w stosunku do niego, gdyż był pełnym humoru, otwartym, zabawnym facetem. Podczas mowy pogrzebowej John Cleese stwierdził, że zastanawiał się co Graham chciałby usłyszeć w tym momencie. Powiedział: „Przemyślałem to bardzo wnikliwie, i myślę, że sprawiłbym Grahamowi największą przyjemność, gdybym był pierwszą osobą, która powiedziała FUCK na pogrzebie”. ( <em>Na YouTube można wpisać „Pożegnanie Grahama Chapmana”</em>) To było absolutnie genialne. Nawet w tak smutnych chwilach trzeba pamiętać, że nie możemy tylko rozpaczać. Humor jest nam potrzebny w każdej sytuacji. A czy istnieje granica? Jeśli coś jest w złym smaku, nie śmieszy nas.</p>
<p><strong>Patrząc na angielskojęzyczny świat komediowy, kogo pan lubi, a kogo nie?</strong></p>
<p>Nie jestem za bardzo w temacie. Lubię Eddiego Izzarda. Jest komikiem pełnym dziwacznych pomysłów. To zaskakujące połączenia, strumień świadomości – trochę jak Monty Python. Jest bardzo bardzo zabawny.</p>
<p><strong>A Sasha Baron Cohen.</strong></p>
<p>Nie znam jego twórczości za dobrze. Wiem, że jest bardzo bystry. Zabawni są jeszcze dwaj chłopcy z Nowej Zelandii, tworzący program <em>a</em> <em>Flight of the Conchords</em> (<em>do obejrzenia na YouTube</em>). Lubię taki delikatny wyrafinowany humor. Nie przepadam za żartami subtelnymi jak uderzenia młota. Nie oglądałem <em>Borata</em>, czytałem tylko kilka recenzji. Czy on żartuje z obcokrajowców? Ja po podróżach dookoła świata przestałem to robić. Żarty z samych siebie – proszę bardzo, ale z cudzoziemców? To w jakiś sposób ograniczone. To jakby spłycać swoich rodaków do stereotypów i nie chcę tego robić. Drażni mnie mówienie: „My jesteśmy OK, a oni są głupi”.</p>
<p><strong>Co pan myśli o <em>Małej Brytanii</em>?</strong></p>
<p>Robią świetne rzeczy, ale czasami jest to zbyt ostre. Czasami wydaje mi się, że ich postaci są tak podobne do zwykłych ludzi, że to raczej nabijanie się z innych niż z samych siebie. Mądrzy ludzie wyśmiewają głupich. Nie do końca jestem przekonany, czy mnie to bawi.</p>
<p><strong><em>Biuro</em> (<em>The Office</em>)?</strong></p>
<p>Bardzo ciekawe. To obszar, w który komedia zawędrowała od czasów Monty Pythona. Biuro to komedia obserwacyjna. Jest też bardzo dobra angielska seria <em>The Thick of It</em> pokazująca jak funkcjonuje rząd. To doskonałe obserwacje, ale drażniące&#8230;</p>
<p><strong>Co pana drażni w <em>Biurze</em>?</strong></p>
<p>Jest jak <em>Hotel Zacisze</em> (<em>serial z Johnem Cleese&#8217;em jako kierownikiem hotelu</em>). Śmieję się, ale pod koniec jestem wykończony. Myślę: „Boże, czy on nie mógłby zrobić choć jednej rzeczy jak należy? Czemu musi wszystko spieprzyć?” I ta frustracja tylko narasta. W końcu masz już dość, ale wyjesz ze śmiechu. Pod koniec chciałbym już odpocząć i obejrzeć coś spokojnego. I to samo jest z <em>Biurem,</em> bo David Brent wprawia wszystkich w zażenowanie, robi z siebie głupka, aż chce się powiedzieć „stop, przestań”. A tacy ludzie naprawdę istnieją. Ten humor nie daje ci chwili wytchnienia. Wpycha ci nóż w brzuch jednocześnie zmuszając do śmiechu. Z Monty Pythonem było inaczej. Ponieważ było nas tylu, a każdy wprowadzał inny rodzaj humoru, pod koniec programu człowiek był zadowolony, bo widział wielu szalonych, ale szczęśliwych ludzi. I tym się różniliśmy od <em>Hotelu Zacisze</em> i <em>Biura</em>, gdzie czujesz, że jesteś w klaustrofobicznym świecie, w którym postacie są uwięzione.</p>
<p>[<em>Fotograf zaczyna robić Palinowi zdjęcia</em>]</p>
<p><strong>Będzie pan miał ładne fotografie do paszportu.</strong></p>
<p>Dokładnie. Chociaż nie wiem, czy istnieje coś takiego jak „ładne paszportowe zdjęcie”. Zawsze robią takie, że wyglądasz jak międzynarodowy terrorysta. Nie wolno się uśmiechać, więc każdy wygląda na złego i niebezpiecznego.</p>
<p><strong>Czy nadal powinniśmy spodziewać się hiszpańskiej inkwizycji?<br />
</strong></p>
<p>Cóż (<em>duży uśmiech</em>). Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji (<em>śmiech</em>). Spodziewajcie się czegoś innego. Humor, który za tym się kryje, to sposób w jaki ludzie sami się prezentują. <em>Hiszpańska inkwizycja </em>to skecz o politykach, którzy mówią: „Są trzy najistotniejsze rzeczy dla naszego kraju – wojsko, Kościół, edukacja i&#8230; aha, cztery, są cztery najważniejsze rzeczy&#8230;”</p>
<p><strong>Patrząc z perspektywy producenta dowcipów – to ciężka praca? Bolesna?</strong></p>
<p>Nie. Dobra sesja pisania dowcipów powinna być zabawą i tak było, gdy robiliśmy Monty Pythona. Mieliśmy absolutną swobodę w wymyślaniu żartów. Nie potrzebowaliśmy początku, środka ani zakończenia. Wystarczyło kilka zwariowanych pomysłów i Terry Gilliam łączył je swoją animacją z kolejnymi szalonymi skeczami. To był strumień świadomości. Siadaliśmy, rozmawialiśmy i wszystko, co wydawało nam się zabawne zapisywaliśmy. Na szczęście w Monty Pythonie było 6 autorów, którzy mogli sami odegrać skecze. Byliśmy producentami dowcipów – jeśli chce pan używać tego określenia – i aktorami. Nie musieliśmy pisać dla kogoś, kto później mówiłby, że nie rozumie, o co w tym chodzi. To było bardzo ekonomiczne, a dowcip nie rozmywał się. Co więcej, nawet się wyostrzał, bo gdy np. kiedy Terry Jones i ja wychodziliśmy z jakimś pomysłem, a po spisaniu jednej strony uchodziła z nas para, John Cleese i Graham Chapman mówili: „Podoba nam się ten pomysł, chyba możemy go dokończyć”.</p>
<p><strong>Zaw</strong><strong>sze pracowaliście w takich małych grupkach?</strong></p>
<p>Tak. Ja pracowałem z Terrym, a John z Grahamem. Eric Idle tworzył sam i Terry Gilliam sam robił animacje. Ale czasami kończyliśmy materiał zamiast kogoś albo oddawaliśmy komuś swoje skecze, by dokończył. Czasami siadaliśmy wokół stołu i wszyscy rzucali pomysły. To były piękne dni, kiedy śmialiśmy się bez ustanku. Ale jeśli wyszedłeś na chwilę zrobić kawę, traciłeś najlepsze dowcipy.</p>
<p><strong>Teraz byłoby wam trudniej. Wszystkim rządzi marketing. Gdybyście pojawili się w stacji telewizyjnej i wyjaśnili co chcecie robić, ludzie patrzyliby na was jak na&#8230;</strong></p>
<p>Ale dokładnie tak było kiedy w 1969 roku przyszliśmy do BBC z pomysłem na program. Szef działu komedii w BBC powiedział: „Opowiedzcie mi o waszym show. Jak będzie się nazywało?” „Eee, no, jeszcze nie mamy nazwy”. „Będą gościnne występy artystów?” „Yyy, no, nie”. „Czy będzie muzyka?” „Muzyka? No, yyy, my nie&#8230;”. To było naprawdę najgorsze przesłuchane w sprawie o pracę. W końcu on spojrzał na nas i mówi: „Dam wam 13 odcinków, ale nie więcej!”. To było cudowne. Wtedy BBC rządziło w mediach. Były dwa kanały BBC i jeden ITV – mogli robić co chcieli. Jeśli chcieli puścić głupi program nazwany <em>Latający cyrk Monty Pythona</em> w sobotni wieczór – mówili: „Cóż, koszty jego produkcji nie są wysokie, dajmy to, chwyci albo nie chwyci”. Teraz najważniejszy jest marketing. Są setki kanałów, a BBC nie jest jedynym producentem komedii. Są wskaźniki oglądalności, a Monty Python nigdy nie miał ich wysokich. Nigdy nie byliśmy w pierwszej dziesiątce ani nawet dwudziestce. Nie mieliśmy wielkiej oglądalności, ale program stał się kultowy. Amerykę chcieliśmy wziąć z marszu robiąc film z najlepszych naszych skeczy, ale to nie chwyciło. Tłumaczyliśmy sobie „To zbyt brytyjskie, humor nie przebędzie Atlantyku.” „Dwa kraje podzielone wspólnym językiem” – cytując Oscara Wilde&#8217;a (<em>co ciekawe, według wielu źródeł to cytat z George&#8217;a Bernarda Shawa; jest skecz Monty Pythona, w którym obie historyczne postaci nie szczędzą sobie złośliwości – przyp. red.</em>) I nagle w 1974 r. doradca programowy z telewizji w Dallas w Teksasie znajduje nasze programy z BBC. Pokazuje je kolegom, a oni tarzają się ze śmiechu. Dzwoni do BBC i pyta: „Macie tego więcej?”. BBC przeszukuje swoje lochy, zardzewiałym kluczem otwierają wielką skrzynię: „Mamy jeszcze 44 odcinki. Mamy je wszystkie!” I w Dallas puszczają Monty Python non-stop w ciągu jednego weekendu. Rozpoczyna się marsz przez Amerykę. To były telewizje publiczne, puszczano program bez reklam, bez cięć. Nie wszyscy naraz – różne stacje brały nasz materiał w różnym czasie. Pojawiła się wierna publiczność – niezbyt liczna, ale naprawdę oddana: studenci, uczniowie. Monty Python zawsze tak oddziaływał. Nie mieliśmy ogromnej oglądalności, ale trwaliśmy i przetrwaliśmy.</p>
<p><strong>Czy w obecnym świecie terroryzowanym przez słupki oglądalności, komedie nadal są tak dobre jak w czasach Monty Pythona?</strong></p>
<p>Oczywiście nadal się śmieję gdy coś oglądam, ale nie jest to już śmiech spowodowany szokiem, zaskoczeniem i radością, że słyszę coś całkowicie nowego i innego. Teraz nie ma niczego co można nazwać by przełomem. To chyba kwestia zgrania w czasie. Monty Python pojawił się pod koniec lat 60., kiedy nagle zaczęto kwestionować konwencjonalny model życia. The Beatles przynieśli nową muzyką rozrywkową, moda w Londynie nagle stała się ciekawa. Ludzie robili coś nowego i innego. Monty Python wpisał się w to doskonale. Prawdopodobnie zrobiliśmy dla humoru to, co Mary Quant (<em>brytyjska designerka – przyp.red.</em>) dla spódniczek mini, a Beatlesi dla muzyki rozrywkowej. To było naprawdę świeże podejście. Wcześniej z wielu spraw ludzie się nie śmiali, politycy, premier byli nietykalni, a Monty Python śmiał się z niemal wszystkiego. To był szok i chyba za to ludzie nas polubili.</p>
<p><strong>Czy dostrzega pan jakieś kamienie milowe humoru od czasów Monty Pythona?</strong></p>
<p>Oh, hmmm&#8230; Nieszczególnie. To co widzę, to pojawienie się dobrej komedii paradokumentalnej. Pierwszym tego rodzaju filmem, który mi się spodobał, był <em>This is Spinal Tap</em> o grupie rockowej będącej w trasie koncertowej po Ameryce. Myślę, że to było świeże.</p>
<p><strong>Sasha Baron Cohen robi coś takiego.</strong></p>
<p>I <em>Biuro</em> – filmy udające dokumenty. I chyba to jest obszar, w którym pojawił się najnowszy i najświeższy rodzaj humoru &#8230; [<em>Patrząc na zegarek]</em> Mamy jeszcze&#8230; och, 10 minut&#8230;</p>
<p><strong>No, nie chciałbym, żeby czuł się pan jak przesłuchiwany przez hiszpańską inkwizycję.</strong></p>
<p>(<em>śmiech</em>) Każdy wywiad to hiszpańska inkwizycja.</p>
<p><strong>Najgorsze pytanie zostawiłem na koniec. Jaki jest ulubiony żart Michaela Palina?</strong></p>
<p>Bardzo trudni na to odpowiedzieć. Nie pamiętam dowcipów zbyt długo. Taniec z policzkowaniem rybami to mój ulubiony skecz Mony Pythona. Zrobiłem go z Johnem (Cleese&#8217;em). Nic mnie tak nie rozśmiesza. Lubię dowcipy, ale nie jestem dobry w ich opowiadaniu. Gdy ktoś opowie dobry kawał, śmieję się, ale po dwóch dniach go zapominam. Moja żona opowiedziała mi przed wyjazdem bardzo śmieszny dowcip. To było&#8230; nie pamiętam.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/michael-palin/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Agnieszka Grochowska</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/agnieszka-grochowska/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/agnieszka-grochowska/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 30 Aug 2010 10:18:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Grochowska Agnieszka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2772</guid>
		<description><![CDATA[
PLAYBOY nr 8, 2010 rok
TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
&#8211;
Panowie, poproszę tylko o jeden kieliszek wina, bo mam słabą głowę. Mogłabym jakieś głupoty gadać albo zacząć puszczać wam moje nagrania z lekcji gry na pianinie&#8230;
Lubimy ciekawe początki. Powiesz coś więcej?
Moja bohaterka w nowym filmie Jana Jakuba Kolskiego - Wenecja gra dwa walce Chopina. Miałam wybór: albo [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Agnieszka-Grochowska.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2778" title="Agnieszka-Grochowska" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Agnieszka-Grochowska.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 8, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p>Panowie, poproszę tylko o jeden kieliszek wina, bo mam słabą głowę. Mogłabym jakieś głupoty gadać albo zacząć puszczać wam moje nagrania z lekcji gry na pianinie&#8230;</p>
<p><strong>Lubimy ciekawe początki. Powiesz coś więcej?</strong></p>
<p>Moja bohaterka w nowym filmie Jana Jakuba Kolskiego -<em> Wenecja</em> gra dwa walce Chopina. Miałam wybór: albo grać „na małpę” albo nauczyć się nut. Wybrałam to drugie. Tym bardziej, że moja nauczycielka twierdziła, że do nauki gry na pianinie nie trzeba mieć słuchu, potrzebna jest tylko inteligencja (<em>śmiech</em>). Kiedyś miałabym na to tydzień, teraz miałam dwa miesiące. Ćwiczyłam codziennie.</p>
<p><strong>Kogo grasz?</strong></p>
<p>W tym bardzo kobiecym filmie będę siostrą Magdy Cieleckiej, Grażyny Błęckiej-Kolskiej i Julki Kijowskiej. Moją mamą za to będzie Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Przyznacie, że bardzo miły skład?</p>
<p><strong>No, ba! Wspaniały. Co jednak z tą próbką gry? Nie możemy się doczekać.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Spokojnie. Dopiero upiłam jeden łyk.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>To pewnie twój tata, były dziennikarz, doradził ci nie przekraczać jednego kieliszka wina w trakcie spotkań z dziennikarzami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tata, jako wojskowy, pracował w gazecie mundurowej. Jedyna jego rada z zakresu kontaktów z dziennikarzami, to żeby za dużo nie mówić. Chyba nie do końca zawsze się udaje, ale na pewno jakiś poziom samokontroli mam.</p>
<p><strong>Po przeczytaniu twoich wcześniejszych wywiadów musimy przyznać, że słowa taty wzięłaś sobie do serca. </strong></p>
<p>Język mówiony różni się od pisanego i znaczy zupełnie co innego. Coś zabawnego w mowie może być czymś wulgarnym w piśmie. W gazecie poza tym nie widać ekspresji, nie ma języka ciała, nie ma kontekstu, nie ma niczego. Ale uważacie, że to aż takie nudy? Jest bardzo źle?</p>
<p><strong>Bardzo nie (<em>śmiech</em>).</strong></p>
<p>Generalnie mam problem ze sprostaniem wymogowi bycia interesującą. Nie ma we mnie nic kontrowersyjnego. Ja po prostu taka jestem. A w ogóle, to dlaczego was jest aż dwóch? Po raz pierwszy znalazłam się w takiej sytuacji i trochę mnie stresujecie.</p>
<p><strong>Ty też nas trochę stresujesz tym sierżantem w głosie. Masz go po tacie? </strong></p>
<p>Nie wiem, nie zastanawiałam się. Ale właściwie dlaczego tylko sierżant?</p>
<p><strong>Bo sierżant zajmuje się dyscyplinowaniem.</strong></p>
<p>I że niby ja jestem taka ostra? Czy taka miała być teza tej rozmowy? „Zróbmy z Grochowskiej sierżanta”?</p>
<p><strong>(<em>Śmiech</em>). To akurat była improwizacja.</strong></p>
<p>Chyba jednak zaczyna mi się podobać, że jest was dwóch. To  bardziej przypomina prawdziwą rozmowę.</p>
<p><strong>Gdybyś nie dostała się do szkoły aktorskiej, dzisiaj pewnie też robiłabyś wywiady.</strong></p>
<p>Taki był plan B – studiowanie dziennikarstwa. Nie wyszło, bo powiódł się plan A.</p>
<p><strong>Chyba nie żałujesz. Kto ma lepszą pracę: my czy ty?</strong></p>
<p>Oczywiście, że wy (<em>śmiech</em>). Ale tak na serio, to mój zawód jest super  pod jednym warunkiem: gdy można go wykonywać. Dziś nie narzekam. Jak będzie za parę lat, zobaczymy.</p>
<p><strong>W liceum rokowałaś już jako przyszła aktorka?</strong></p>
<p>Absolutnie nie. Miałam duży opór. Nienawidziłam mówić wierszy i śpiewać piosenek. Na akademii wystąpiłam tylko raz. To był koszmar.<strong> </strong>Potem uczęszczałam do ogniska artystycznego u państwa Machulskich. Jednym z moich obowiązków było występowanie w konkursach recytatorskich. Wspominam to nie najlepiej.</p>
<p><strong>Tak świetnie grasz przed nami tę komedię, że na pewno byśmy w to wszystko uwierzyli, gdyby nie jeden szczegół&#8230; Wiemy, że występowałaś w przedstawieniach na zimowiskach.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale to było tylko raz! Do dziś nie rozumiem, jak się to mogło stać! Miałam wtedy 12 lat, byłam bardzo wstydliwa, a i tak zrobiłam samotnie dwa przedstawienia: wymyśliłam i zagrałam. Wystąpiłam przed 18-latkami! Nikt mnie nawet nie wyśmiał. Wydaje mi się, że musiałam wtedy zachorować na jakąś górską chorobę.</p>
<p><strong>Na zimowiska jeździłaś pewnie razem ze swoją siostrą, z którą mieszkałaś 20 lat w jednym pokoju. Miałyście tych samych chłopaków albo przynajmniej podobne gusty?</strong></p>
<p>Nie przypominam sobie. Dla mnie w ogóle nie istnieje pojęcie męskiej urody. Nie mam kanonów ani wzorców. Po prostu albo ktoś mi się podoba albo nie. Albo ma to coś albo nie. Przyznacie, że rozmyślania o idealnym  kolorze włosów i wzroście nie bardzo mają sens.<strong> </strong>Na przykład nigdy nie wieszałam nad łóżkiem plakatów ze znanymi aktorami i piosenkarzami.</p>
<p><strong>Nawet jednego plakaciku?</strong></p>
<p>No może kiedyś, jak miałam 7 lat. Roxette. Niezła żenada, co?</p>
<p><strong><em>Dressed for success</em>. Wszystko jasne. Ale Roxette to był duet damsko-męski.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>No właśnie. Zdecydowanie bardziej wolę doceniać kobiecą urodę niż męską.</p>
<p><strong>To może nam podpowiesz, kogo mamy pokazać czytelnikom PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Wasze rozkładówki akurat za bardzo mnie nie kręcą. Musicie sobie poradzić sami.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie mamy wyjścia, chociaż ty nie zawsze sobie sama radziłaś. To mama nauczyła cię chodzić po drzewach.</strong></p>
<p>Kiedyś nad Wisłą mama prezentowała wspinaczkę, a my z Miką <em>(siostra Agnieszki – przyp. aut</em>.) patrzyłyśmy na nią z dołu z podziwem. Niedaleko nas przechodził mężczyzna. Ukłonił się, wziął torebkę mamy, leżącą na deskorolce siostry i pobiegł. Potem odwrócił się, pokazał, że zostawia torebkę w tataraku, wziął kasę i uciekł. Pełna kultura.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie chciałaś trenować akrobatyki wodnej, tak jak mama?</strong></p>
<p>Zawsze byłam za mało wygimnastykowana. Już na rozgrzewkach wymiękałam. Wolałam biegać niż wsadzać sobie nogę za ucho albo robić szpagaty. Jestem raczej sprinterką, a nie dziewczyną-gumą.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ty nam w ogóle wyglądasz na byłą chłopczycę.</strong></p>
<p>Niektórzy tak utrzymują, ale to nieprawda. Nie da się jednak ukryć, że w czasach mundiali, jak byłyśmy na wakacjach u babci w Puławach, ostro grałam z siostrą w piłkę. Byłam Maradoną i non stop miałam porozbijane kolana i łokcie. Do dzisiaj mi to zresztą zostało. Parę dni temu, jadąc na rowerze, prawie wpadłam przez szybę do restauracji. Mam teraz kolana całe w strupach, jak pięciolatka.</p>
<p><strong>To twoja specjalność: bliskie spotkania ze szkłem wystawowym.</strong></p>
<p>Obijam się o nie nosem, łokciami, biodrami, kolanami, czym się da. Chyba za szybko chodzę. Dodatkowo w tym roku planuję rozpocząć przygodę z nartami biegowymi. Myślę, że to będzie przebój w moim wykonaniu.</p>
<p><strong>W jednym z wywiadów widzieliśmy twoje zdjęcia z nauki jazdy na łyżwach. Już umiesz?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Byłam wtedy chyba pierwszy i ostatni raz na łyżwach, od dzieciństwa. Ale znając moją ambicję, gdybym dostała rolę łyżwiarki, trenowałabym codziennie. Mam taki rodzaj kujonizmu, że byłam w stanie pięć godzin dziennie uczyć się gry na pianinie. Nie wychodziło mi, ale się nie zniechęcałam. To było jak medytacja. Pewnego dnia bardzo bolała mnie ręka. Pomyślałam sobie: „Boże, gram już pięć godzin i tak mnie boli. Jak zawodowcy mogą grać dłużej?” Okazało się, że dzień wcześniej szczepiłam się przeciw kleszczom i stąd ten ból (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na początku coś nam obiecałaś&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ale jesteście pamiętliwi&#8230; (<em>w tym momencie Agnieszka wyjmuje komórkę i po chwili w skupieniu słuchamy Walca Es-dur</em>).</p>
<p><strong>Blechaczem to ty nie jesteś, no i da się wyczuć drobne problemy z tempem, ogólnie jednak bardzo ci zazdrościmy. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ja sobie też zazdroszczę. Już się zastanawiam, czy kupić do domu pianino, czy jednak jest za duże i trzeba poszukać mniejszego zastępstwa.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Masz jakieś marzenie aktorskie związane nie z rolą, a z umiejętnością, którą nabędziesz dzięki roli?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chciałabym latać.</p>
<p><strong>Pilotka czy paralotniarka?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ta druga. Przynajmniej chciałabym spróbować. Możecie załatwić coś takiego?</p>
<p><strong>Panie reżyserki, panowie reżyserzy! Agnieszka chce trochę polatać!</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Konno też chciałabym pojeździć. Bardzo lubię.</p>
<p><strong>Ostatnio miałaś okazję. </strong></p>
<p>Ale chciałabym jeszcze. W belgijskim filmie <em>Stepy</em> gram żonę polskiego oficera, wywiezioną do Kazachstanu. Pracowaliśmy w tym kraju prawie dwa miesiące. Było niesamowicie, nie musiałam sobie niczego wyobrażać. Jeżeli miałam grać kobietę siedzącą w jurcie z Kazachami, to po prostu w niej siedziałam. A kiedy jadący ze mną na koniu Kazach pytał: „Bystriej?”, odpowiadałam „bystriej” i po chwili pędziliśmy na złamanie karku. Za granicą gra mi się łatwiej, bo nikt nie wie, czego się po mnie spodziewać. Nie jestem w żadnej szufladce i w związku z tym czuję się, jakbym pierwszy raz grała w filmie.</p>
<p><strong>Czy to prawda, że na początku studiów byłaś kelnerką?</strong></p>
<p>Oczywiście i do dziś nie wiem, jak sobie z tym wszystkim dawałam radę. W moich czasach siedziało się w szkole aktorskiej codziennie do późnej nocy. Dzisiaj jest podobno inaczej. Może prąd podrożał i dlatego. Kiedyś nikt nam nie mówił, żeby gasić światło po 22. Paradoksem było to, że przez całą szkołę nie miałam kiedy czytać – tak dużo było zajęć. W ogóle moje studiowanie wspominam jak pobyt w więzieniu. Bardzo miłym więzieniu. Mimo to już na pierwszym roku studiów byłam kelnerką w restauracji Qchnia Artystyczna w Zamku Ujazdowskim. Przychodzili tam wtedy bardzo dziwni, nadęci ludzie. Pamiętam sporo aroganckich akcji. W tym samym czasie  uczyłam się roli Julii (<em>w sztuce „Romeo i Julia” &#8211; przyp. aut.</em>) po niemiecku. Tuż po zakończeniu mojej kariery restauracyjnej grałam trzygodzinne spektakle w przygranicznym niemieckim teatrze. Właśnie wtedy jedyny raz w życiu, prawdopodobnie ze stresu przed premierą, straciłam głos.</p>
<p><strong>Kompletnie?</strong></p>
<p>Zero. Nic. Musieli mi dać takie specjalne wlewki. Z trudem, bo z trudem, ale zagrałam. Dobrze, że nie trzeba było śpiewać (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Wciąż nie lubisz śpiewać?</strong></p>
<p>Uwielbiam, ale tylko pod prysznicem i w samochodzie. Na tym koniec. W zeszłym roku ktoś zaprosił mnie na przegląd piosenki aktorskiej we Wrocławiu i autentycznie się przestraszyłam. Pani chyba musiała to wyczuć, bo już więcej nie zadzwoniła. Potem trochę żałowałam, bo po pierwsze ktoś miał specjalnie dla mnie napisać piosenkę, a po drugie, fajnie jest czasem się przełamać. Ale obiektywnie na to patrząc, wydaje mi się, że byłaby to masakra.</p>
<p><strong>Nie dzwonili jeszcze z tańca na lodzie i wodzie?</strong></p>
<p>Nie. Chyba wiedzą, że mnie to nie interesuje. Wystarczy kilka razy odmówić i ma się potem spokój.</p>
<p><strong>Czy to znaczy, że nie masz kłopotów z papparazzimi?</strong></p>
<p>Nie mam. Żeby kogoś fotografować, trzeba mieć jakiś powód. Jakie zdjęcie mogą mi zrobić? Że mam nowego chłopaka? Że zdradzam męża? Przecież wiadomo, że tak nie jest. A teraz, kiedy gram za granicą, to już w ogóle mam totalny spokój. Nie ma mnie w telewizji i nie jestem rozpoznawalna. Wiele jest takich sytuacji, że ludzie poznają mnie dopiero po głosie. Ostatnio kelnerka zapytała, czy grałam w <em>Tylko mnie kochaj,</em> bo nie była pewna, dopóki nie usłyszała, jak mówię.</p>
<p><strong>Nie jesteś z nikim mylona?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Raczej nie. Raz, w czasie Berlinale, gdzie byłam z okazji wręczania nagród Shooting Stars, podszedł do mnie przedstawiciel polskiego ministerstwa kultury i zapytał: „Małgorzata Grochowska? Nie mylę się?” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Janusz Głowacki powiedział o tobie, że jesteś brzydka-ładna. My też tak uważamy. Dla ciebie to komplement?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>No jasne. Panu Januszowi byłam bardzo wdzięczna. Mam krzywy nos i kompletnie różne profile. Dlatego bardzo różnie się fotografuję. Mogę być brzydka i ładna. Lubię to. Dla aktorki to duży komplement. Chciałabym, żeby przekładało się to na role. Zresztą powoli jest z tym coraz lepiej.</p>
<p><strong>Nam przypominasz trochę Cate Blanchett. Ona potrafi być w każdym filmie zupełnie inna. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Uwielbiam ją. Widzieliście jak genialnie gra Boba Dylana? Ona nim jest! Moim zdaniem dostaje najciekawsze role na świecie.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tego ci właśnie życzymy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Dziękuję. Zrobiłam teraz kilka filmów za granicą. Mam wielką satysfakcję z tego, że mogę skupiać się na konkretnych, wartościowych rzeczach. Nie muszę podejmować decyzji typu zagram w tym, bo muszę. I niekoniecznie chodzi mi o wymiar dywanu w Cannes. Zresztą łatwiej mi realizować się w pracy z fajnymi ludźmi, niż być w sytuacji totalnie publicznej &#8211; być na świeczniku.</p>
<p><strong>A propos sytuacji totalnie publicznej. Dostałaś kiedyś od nas propozycję sesji, ale odmówiłaś&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo nie wiedziałam, co miałoby z tego wynikać. Ale gdybym miała na przykład wystąpić ubrana od góry do dołu, w zakrywającym szyję golfie, to prawdopodobnie uznałabym to za dowcipne i się „rozebrała” (<em>śmiech</em>).</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong>O szkole aktorskiej:</strong></p>
<p>Przez pierwszy semestr zajmowałam się tym, jak należy wejść do pokoju.</p>
<p><strong>O Warszawie: </strong></p>
<p>Najdziwniej czułam się zawsze przy Wedlu. A wszystko przez tabliczkę z nazwą ulicy.</p>
<p><strong>O siostrze:</strong></p>
<p>Mika potrafi jechać całą noc rosyjskim pociągiem pełnym recydywistów i zawsze spada na cztery łapy. Ja mam dużo, dużo, dużo bardziej rozwinięty instynkt samozachowawczy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/agnieszka-grochowska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wojciech Mecwaldowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/wojciech-mecwaldowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/wojciech-mecwaldowski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Aug 2010 09:45:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Mecwaldowski Wojciech]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2717</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2010 rok
TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
fot. Krzysztof Gajewski i Maciej Szal
&#8211;

Złapaliście mnie w doskonałym momencie. Jestem świeżo po obejrzeniu projektu artystycznego mojej koleżanki, która zrobiła zdjęcia kilkudziesięciu wagin. Większość, które oglądałem, była natural, bez depilacji. To akurat tragedia. Słyszałem zresztą, że w Berlinie zaczyna się moda na zapuszczanie włosów pod pachami. Dramat.
Dobry [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Wojciech-Mecwaldowski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2724" title="Wojciech-Mecwaldowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Wojciech-Mecwaldowski.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 7, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.3dphoto.com.pl">fot. Krzysztof Gajewski i Maciej Szal</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>Złapaliście mnie w doskonałym momencie. Jestem świeżo po obejrzeniu projektu artystycznego mojej koleżanki, która zrobiła zdjęcia kilkudziesięciu wagin. Większość, które oglądałem, była natural, bez depilacji. To akurat tragedia. Słyszałem zresztą, że w Berlinie zaczyna się moda na zapuszczanie włosów pod pachami. Dramat.</p>
<p><strong>Dobry początek. Sami lepiej tego byśmy nie wymyślili. </strong></p>
<p>No jakoś musiałem zagadać, bo jestem potwornie zestresowany. Rozmowa dla PLAYBOYA! Jak zadzwoniliście, to pomyślałem: „Ja pierdolę, kurwa nie wierzę!”. Co za zaszczyt!</p>
<p><strong>Dla nas to na pewno większy zaszczyt.</strong></p>
<p>Nie sądzę. Zbieram PLAYBOYE. Nie mogę uwierzyć, że z wami gadam. To chyba sen. Jak miałem 8 lat, na werandzie znalazłem gazetę typu PLAYBOY, w której zobaczyłem pięknie zbudowaną, nagą kobietę w dżungli. Nie mogłem wyjść z podziwu. Nagle na werandę wszedł mój tato i usiadł przy mnie. Wziął bez słowa pismo, położył na swoim lewym kolanie i zaczął w ciszy ze mną oglądać. Każda przerzucana przez niego strona jak cegła uderzała w moje prawe kolano. Myślałem, że się posram ze strachu. W połowie oglądania powiedział: „Podziwiaj synu piękno kobiety”. Obejrzeliśmy w ciszy do końca, zamknął i wyszedł.</p>
<p><strong>A ty?</strong></p>
<p>A ja już wiedziałem, o co chodzi (<em>śmiech</em>). Kiedy miałem 12 lat, skołowałem od kumpla pierwszego polskiego PLAYBOYA. Dziś mam ich setki, prawie wszystkie polskie i wiele zagranicznych. Zajmują bardzo dużo miejsca. Do tego wszystkie płyty DVD z blondynkami i brunetkami&#8230; Oj, panowie, radość ma ogromna, że tu z Wami siedzę.</p>
<p><strong>Która sesja w historii PLAYBOYA zrobiła na tobie największe wrażenie?</strong></p>
<p>Nie pamiętam, jej nazwiska. Blondynka. Amerykanka. Brała prysznic. Zdjęcie z profilu. Piękna buźka, piękne, trochę sztuczne piersi. Cudowne, chyba naturalne usta. Okrągła pupa. I ten układ nóg. Zapamiętałem głównie ten perfekcyjny układ nóg! Zdjęcie z 2003 lub 2004 roku.</p>
<p><strong>A zapamiętałeś jakieś sesje polskich dziewczyn?</strong></p>
<p>Pamiętam Liszowską, Książkiewicz, Łukomską i Anię Przybylską.</p>
<p><strong>Fajnie. Bo wywiad z Anią będzie w tym samym numerze. </strong></p>
<p>Piękna kobieta. Ma specyficzne, żenujące poczucie humoru, które uwielbiam.</p>
<p><strong>A chciałbyś dla nas zrobić jej trzecią rozbieraną sesję? Słyszeliśmy, że świetnie fotografujesz.</strong></p>
<p>Z wielką przyjemnością (<em>śmiech</em>). Tylko zrobiłbym to na swój sposób. W pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnej – pod wodą w 3D. Lub na krześle. Na razie robię portrety komórką. Głównie ludzi z show-biznesu. Mam nadzieję, że w tym roku wydam album. Fotografia komórkowa jest świetna. Zresztą mam to w genach. Po dziadku, babci i ojcu, którzy byli fotografami. Dziadek zresztą fotografował panie również <em>saute</em>. Wiem, bo na strychu znalazłem ponad sto tysięcy jego negatywów!</p>
<p><strong>Sto tysięcy?!</strong></p>
<p>Dziadek miał w Kłodzku zakład  „Foto Mecwaldowski”, który działał od 1945 do 2000  roku. Tato od razu po szkole zaczął pracować u swojego ojca. Pracowała tam też babcia – retuszowała zdjęcia.</p>
<p><strong>Co się stało z tym zakładem?</strong></p>
<p>Jest tam teraz mieszkanie. Mamy fajnych sąsiadów.</p>
<p><strong>Czyli całe dzieciństwo mieszkałeś drzwi w drzwi z pracownią fotograficzną?</strong></p>
<p>Tak. Kiedy dziadek fotografował fajne laski, to zawsze mnie wołał. Niby do pomocy. Ale tak naprawdę po to, żebym sobie popatrzył (<em>śmiech</em>). Robił piękne zdjęcia. Pasję przejęła po nim moja młodsza, przezdolna, siostra. Ma 22 lata i już jej zaproponowali pracę w Londynie.</p>
<p><strong>Jednym słowem – wyłamałeś się z tradycji rodzinnej.</strong></p>
<p>Za bardzo mnie nosi, mam klasyczne ADHD. Jak zobaczyłem Louisa de Funesa, wiedziałem, że nie mogę robić nic innego. On, wraz z Kaczorem Donaldem i Chaplinem są najwięksi. Od zawsze chciałem być aktorem. Jako dzieciak uczyłem się płakać na zawołanie. Albo w łazience, trzymając w ręce szampon mamy, udawałem, że właśnie odbieram jakąś nagrodę – niekoniecznie Oscara. Często po obejrzeniu filmu szedłem do kibla, żeby odegrać scenę, która mi się spodobała. Po pewnym czasie nauczyłem się nie tylko płakać na zawołanie, ale też i wymiotować. Któregoś razu na planie etiudy filmowej kumpel reżyser spytał mnie, jak zareaguję na to, że mnie postrzelili i mam dziurę w brzuchu, flaki te sprawy. Powiedziałem, że pewnie bym puścił pawia „Tak po prostu?”. „No, tak” &#8211; i puściłem pawia. Strasznie się podjarał. „Kamera, kurwa, kamera&#8230;, kręcimy”. Dali mi kubek pomidorowej chińskiej dla lepszego efektu. I jeszcze bezy. Cały gotowy stoję i czekam na „akcja”. Kamera ruszyła i&#8230; nie mogę. Próbuję, próbuję i nic. Nagle słyszą zza kamery &#8220;błagam, rzygaj… kurwa Stop!”, bo szkoda taśmy. I oczywiście w tym momencie pooooooszło. Walnąłem pięknego bełta z chińskiej pomidorowej i bezy. Filmowego po prostu (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Co jeszcze robisz na zawołanie?</strong></p>
<p>Mam sztuczki w genach. Mój wujek – Jurek,  jest jednym z najsłynniejszym iluzjonistów w Polsce. Ma pseudonim „Caroni”. Ale wracając do aktorstwa&#8230; Wiecie, kiedy moje dziecięce pojęcie o tym zawodzie legło w gruzach? W trakcie próby do mojego debiutu teatralnego, w spektaklu Krystiana Lupy <em>Azyl </em>w Teatrze Polskim. W pierwszym akcie miałem tam tylko spać. I akurat byłem tak cholernie zmęczony, że autentycznie zasnąłem. Obudziło mnie szarpnięcie za ramię. Słów Lupy nie zapomnę do końca życia: „Bardzo dobrze, tylko prawdziwiej śpij&#8230;”. Naprawdę, otworzyło mi to oczy na ten zawód. W teatrze nie wystarczy być. Nawet śpiąc, trzeba zagrać spanie. W kinie co innego.</p>
<p><strong>Ustalmy jedną rzecz, bo różni ludzie różnie twierdzą. Jesteś z Kłodzka czy z Wrocławia?</strong></p>
<p>Urodziłem się w Dusznikach, a wychowywałem w Kłodzku. Mieszkam we Wrocławiu i Warszawie. Od razu chciałbym też sprostować, że nie urodziłem się 1 stycznia, jak jest napisane w Wikipedii tylko 5 kwietnia. W tak zwanej wczesnej młodości obracałem się w kłodzkim towarzystwie sportowym, czyli dresiarskim (<em>śmiech</em>). Nosiłem niemiecki dres, a zeszyty kładłem do reklamówek Big Stara i Mustanga. Pamiętam, że im nowsze reklamówki, tym większy był szacun w szkole. Dawałem radę, bo miałem kuzynkę w Big Starze.</p>
<p><strong>Do jakiej szkoły wtedy chodziłeś?</strong></p>
<p>Do czteroletniego liceum konserwacji i renowacji zabytków architektury. Właściwie to był dział sztukatorski przy budowlance. Od czasu do czasu siedziałem w dziwnych miejscach i wystukiwałem młoteczkiem skrzydełka, oczki i uszki kościelnym aniołkom. Miałem wykłady z odlewów. Zdarzały się też praktyki na budowach, które ze sztukaterią nie miały nic wspólnego. Kiedyś woła mnie facet: „Mecifoski&#8221;. Ja mówię: &#8220;Mecwaldowski&#8221;, a on na to: &#8221; Jeden chuj! Słuchaj: sześć metrów na metr i głębokość na metr. Rów”. Patrzę się i nie wierzę: „Ale to jest beton”. „Tak, Mecifoski, to jest beton”. I poszedł. Ryłem kilofem i młotem pneumatycznym. To był jeden z najcięższych dni w moim życiu.</p>
<p><strong>Czego słuchałeś jako dresiarz?</strong></p>
<p>Głównie techno, ale ponieważ trzeba było jakoś imponować dziewczynom, udawałem, że jestem fanem New Kids on the Block. Miałem ich naklejki na deskorolce. Szukałem też ultraszpanerskich dresów na zatrzaski – były praktycznie nie do zdobycia. Nażelowane włosy zaczesywałem do przodu, a potem robiłem przedziałek. Wszystko po to, żeby na głowie mieć zawodową „mewę”. Do tego srebrny kolczyk i koniecznie złoty łańcuszek, wyłożony na obcisłej koszulce. W krótkim filmie <em>Dresiarskie walentynki</em> (<em>do obejrzenia na YouTube – przyp. aut.</em>) zagrały moje prywatne dresy. W ogóle wprowadziłem tam dużo własnych doświadczeń.</p>
<p><strong>Kiedy zrzuciłeś dres?</strong></p>
<p>Jakoś w trakcie liceum. Wcześniej nie wypadało, bo przez 10 lat grałem w amatorskich ligach koszykarskich. Chciałem być Scottiem Pippenem i grać dla Chicago Bulls. Łapałem za obręcze, szalałem. Wypadek na parkiecie spowodował, że przestałem rokować. Wygięło mi nogę, skręcenie stawu kolanowego, naderwane więzadła, urwana łękotka, kolano nadawało się pod nóż. Masakra, ale dzięki temu miałem przynajmniej wojsko z głowy. Pamiętam, że bałem się, że w trakcie operacji obetną mi jaja. Kumpel nastraszył mnie, że to się zdarza. Jak na sali operacyjnej lekarz kazał mi ściągać majtki, krzyczałem, że chodzi o kolano. „Wiem, ale takie są procedury”. Zasłoniłem ptaka rękami i czekam. Raptem wchodzą cztery praktykantki. Wszystkie jakby wyjęte z niemieckich pornosów. Poprosiły mnie, żebym dał jedną rękę do kroplówki, a drugą pod ten czytnik na puls. Byłem przerażony. Dostałem blokadę w kręgosłup i nic nie czułem. Na sali  pooperacyjnej przypomniałem sobie, co mówił kumpel, zacząłem sprawdzać, czy wszystko mam na miejscu. Ściskałem, ściskałem i nic. Nie miałem czucia. Wreszcie podniosłem się na rękach i zobaczyłem, że wszystko ok. Uff&#8230; Ale żebyście wiedzieli, jak potem bolały mnie jądra!</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czyli kariera koszykarska skończyła się brutalnie.</strong></p>
<p>Byłem za mały na koszykarza i nie na tyle dobry. Ale wiecie co? Zazdroszczę takim prawdziwym dresiarzom&#8230;</p>
<p><strong>Czego?</strong></p>
<p>Łatwości wyborów. Dla nich wszystko jest proste: albo białe, albo czarne. Nie pierdolą się, nie rozkminiają. „Będę, ręczę”. I o to chodzi. Albo jesteś, albo cię nie ma. Duży szacun.</p>
<p><strong>Ty w „czasach dresiarskich” też łatwo wybierałeś?</strong></p>
<p>Tak, a do tego ryzykownie i głupio. Kiedyś na przykład miałem nieprzyjemną sytuację na dyskotece. W jakiś nachalny sposób próbowałem rękami wyjaśnić kelnerce, co chcę zamówić. Byłem po swoim pierwszym joincie w życiu. Zrzuciłem jakąś reklamę piwa. Nagle poczułem ciężką rękę na ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem dwumetrowego, ważącego z dwieście kilo bramkarza. Facet miał tylko jedno oko i był prawdziwym postrachem okolicy. Spojrzałem mu prosto w twarz i krzyknąłem: „Cyklop?!”. Gość nie wiedział, co ze mną zrobić. Kumple błyskawicznie wyprowadzili mnie z klubu. Prawdopodobnie tylko dzięki nim możemy dziś rozmawiać.</p>
<p><strong>Jak zarabiałeś pierwsze pieniądze?</strong></p>
<p>Na budowach. Handlowałem też antykami. A wcześniej, jeszcze w liceum, łaziłem po centrum handlowym i namawiałem ludzi na kupno papierosów. Rozdawałem limitowane zapalniczki i pytałem wszystkich, czy palą. Pewnego dnia podeszła do mnie 50-letnia kobieta w futrze. „O której kończysz pracę?”. „O 22”. „To przyjadę po ciebie”. I faktycznie podjechała wypasioną furą. Pytam się jej, o co chodzi. „U mnie w domu zarobisz więcej niż tu przez jeden dzień”. „No, ale&#8230; ten, no&#8230; ja&#8230;”. I uciekłem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Opowiadałeś o tym kolegom?</strong></p>
<p>Tego samego wieczoru. Wylądowałem u kumpla, u którego siedział jakiś koleś – wielki kark. Po mojej opowieści, jak mnie już wyśmiali, kark westchnął i stwierdził: „Przesadziłem”. „Ale z czym?”. „Oglądacie pornusy? Miałem taką sytuację. Jadę z moją kobietą od tyłu no i przesadziłem&#8230;”. „Ale co zrobiłeś?” .„Chciałem jej klapsa jak w pornusach sprzedać i zajebałem jej z łokcia w kręgosłup, padła jak meduza. Jak się ocknęła, to powiedziała, że jestem pojebany i wyszła&#8221;. Autentyk!</p>
<p><strong>Twoje opowieści są genialne. Myślałeś kiedyś o „one man show”?</strong></p>
<p>Nie nadaję się do tego. Dlatego też odmawiam prowadzenia wszelkich imprez. Wolę występować z Tomkiem Kotem. Uwielbiam go.</p>
<p><strong>Słyszałeś już plotki, że jesteście gejami?</strong></p>
<p>Jeszcze nie i raczej się na to nie zapowiada. Wolimy kobiety. Ale gdybyście znali moją przygodę z dzieciństwa, na pewno pomyślelibyście, że jestem gejem.</p>
<p><strong>Dawaj. </strong></p>
<p>Byłem z dwoma kumplami pod namiotem. Jeden z nich do dziś jest bardzo malutki. Wyszły jakieś laski. Zaczęliśmy je zaczepiać, zapraszać na tańce, bajerować. Były chętne. Nagle jedna z nich zapytała: „Co to za kurdupel? On nie idzie”. Ja na to: „Nie mów tak o moim kumplu”. Na co ona: „Co to za pigmej? Zaraz mu zajebię!”. „Jak chcesz mu zajebać, to zajeb lepiej mi”. No i zajebała. Z kopa w jaja. Straciłem przytomność. Obudziło mnie drapanie po mosznie. Mój przyjaciel sprawdzał, czy wszystko w porządku: „Raz&#8230; dwa&#8230; OK, są dwa, wszystko gra Mecek”. To się nazywa prawdziwa, męska przyjaźń.</p>
<p><strong>Każda twoja anegdota to bomba. Dużo masz tego w zanadrzu?</strong></p>
<p>Niedawno jechałem warsem. Poprosiłem panią o szklankę wyciśniętych cytryn, bo czułem, że się rozkładam. Po paru minutach dostałem talerz z 4 cytrynami. Każda była podzielona na 4 kawałki. Do tego maluteńką, wąską szklaneczkę. „Musi pan sobie sam wycisnąć, nie mamy wyciskarki”. Czułem się jak w <em>Misiu</em>. Siedziałem miedzy ludźmi i ręcznie wyciskałem 16 cytrynowych kawałków.</p>
<p><strong>Tobie nie trzeba zadawać pytań! Dawaj więcej! </strong></p>
<p>Mojego kumpla koleżanka jest nianią. Między innymi opiekowała się kiedyś wielkim chłopiskiem z zespołem Downa. Pewnego dnia ten olbrzym do niej dzwoni i krzyczy: „Kałama, kałama, kałama!”. Ona tłumaczy, że jest w pracy, że nie może wyjść, że przyjdzie niedługo, a on tylko: „kałama, kałama”. W końcu musiała się zwolnić, bo się przestraszyła. Wpada do mieszkania, a on prowadzi ją do kibla. Tam siedzi skulony listonosz karzeł. Chłopak jak go tylko zobaczył, wydarł się „kałama!”, capnął go, zabrał torbę, wsadził do łazienki i zamknął. Przerażony listonosz siedział tam po ciemku z parę godzin.</p>
<p><strong>Wymyślasz to wszystko na poczekaniu?</strong></p>
<p>Dziwny jestem od dziecka. Ale to wszystko prawda. Mnie się dziwaczne historie przydarzają non stop. Na przykład nie tak dawno szliśmy po  wrocławskim rynku z Więckiewiczem. Podszedł do niego gość. „Jestem pana idolem! Pana rola w <em>Długu</em> była wyśmienita. Czy mogę autograf?”. Trochę się zdziwiliśmy, bo Więcol &#8211; jak wiadomo &#8211; w <em>Długu</em> nie grał. Ale luz, facet dostał autograf, odszedł parę kroków i krzyknął w naszym kierunku: „Tak trzymać, panie Pawle!”. Czasami naprawdę nie wiadomo, o co ludziom chodzi. Przecież Gonera nie ma na imię Paweł.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A ty z kim jesteś mylony?</strong></p>
<p>Z Darkiem Basińskim z Mumio. „Co tam, panie Darku? Kiedy gracie kabaret?”. Kiedyś z Tomkiem Karolakiem siedzieliśmy na placu Solnym we Wrocławiu. Podeszła do niego pani, żeby wziąć autograf. Tomek wyjaśnił jej, że gramy razem w filmie i że ode mnie też mogłaby wziąć podpis. Na co ona: „Nie. Od pana Szyca to ja już mam”. Albo jeszcze inna akcja &#8211; podchodzi na imprezie zawiany koleś i pyta sepleniąc: „Wiesz, za co cię cienię?”. „Za co?”. „Że jesteś sobą, wiesz. Że jesteś taki znany, a jesteś sobą, wiesz”. „Nie jestem aż taki znany, nie przesadzaj”. „Nie jesteś znany, tak? Nie jesteś znany? Wiesz gościu, znany to nie jest Gustaw Holoubek, wiesz&#8230;”. Totalna abstrakcja.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Dostajesz propozycje z programów typu „Taniec z gwiazdami”?</strong></p>
<p>Chyba już wszyscy dzwonili. Ale powiedziałem sobie, że nie zatańczę nawet za milion złotych i tego się trzymam. Nie chodzi o to, że potępiam takie programy. Po prostu ja się do takich spraw nie nadaje. Mogę robić inne rzeczy, jak nie będę miał roboty. Mój najbliższy przyjaciel powiedział mi kiedyś, że jeśli zobaczy, że z powodu popularności odwaliła mi palma, że mówię inaczej, że zachowuję się inaczej, i że patrzę na ludzi inaczej, to tak mi pierdolnie, że nakryję się nogami. A jak wstanę, to poprawi jeszcze raz.</p>
<p><strong>Popularność cię jeszcze nie męczy?</strong></p>
<p>Nie. Męczy mnie to, że ostatnio mam za mało czasu dla siebie. Nie, żebym się skarżył, ale do końca roku mam tak napięty kalendarz, że będę miał tylko parę wolnych dni. To za mało nawet na poustawianie jajek niespodzianek w łazience. Wiecie, że mam kolekcję?</p>
<p><strong>Już wiemy. </strong></p>
<p>Ponad sześćset zabawek z jajek niespodzianek. Najstarsze mają ponad 20 lat. Wszystkie odkurzone i poukładane seriami. Najgorsze jest ich sprzątanie. Trzeba wszystkie zdjąć, odkurzyć i poustawiać na nowo. Cztery godziny roboty! A kolekcja rośnie. Znajomi przynoszą nowe na każdą imprezę. Mam już nawet dużo zagranicznych. Nie wyobrażacie sobie nawet, jaką furorę robią jajka niespodzianki na imprezach.</p>
<p><strong>Co jeszcze zbierasz oprócz Playboyów i jajek niespodzianek?</strong></p>
<p>Bilety PKP. Chcę sobie nimi wytapetować strych w Kłodzku. Zbieram je od 9 lat. Mam prawie wszystkie bilety, które kupiłem przez ten czas. Naprawdę jest tego dużo, możecie mi wierzyć. Siądę sobie kiedyś pod tym sufitem, na którym będzie przyklejona moja przeszłość i pomyślę – to właśnie mój świat.</p>
<p><strong>Twój świat chyba mocno się zmienił, kiedy dostałeś się do szkoły teatralnej.</strong></p>
<p>Na pierwszym roku byłem kompletnie zielony. Pamiętam zajęcia, na których mieliśmy omawiać postać Daria Fo. Ucieszyłem się i mówię do koleżanki, że znam gościa. Ona zdziwiona. Pyta, jak to możliwe. A ja, że normalnie, grał kiedyś, taki DJ (<em>śmiech</em>). Mówię wam, nic nie kumałem. Padało hasło „teatr Grotowskiego”, a ja się pytałem kumpli, kto to jest. Nie wierzyli, że nie wiem. Myśleli, że się zgrywam. Mimo, że wiedzieli, że jestem po budowlance i przed szkołą nawet w teatrze nie byłem. Poza tym w szkole aktorskiej wszedłem w życie, które diametralnie różniło się od kumpelskich czasów liceum. Jak dostałem rolę u Lupy, to zniszczyli mi szafkę jakąś siekierą, pozrywali zdjęcia i pamiątki. Powaga. I wiem, kto to zrobił. On jednak wciąż myśli, że nie wiem. W każdym razie facet teraz raczej nie gra dużo. Ostatnio go spotkałem na ulicy. Podchodzi i mówi: „Mecuś, co tam porabiasz?”. A ja na to: „Zapierdalam stary, film za filmem, serial za serialem&#8221;. Poklepałem go po plecach i poszedłem. Taka mała zemsta.</p>
<p><strong>Czy to prawda, że nie masz prawa jazdy?</strong></p>
<p>Straciłem przez to parę ról, ale jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do samochodu. Kiedyś może zrobię ale chyba jestem za  nerwowy. Jak widzę, co ludzie wyprawiają na ulicach, to wolę nie brać w tym udziału.</p>
<p><strong>Ale w <em>Dresiarskich Walentynkach</em> jeździsz dresiarskim Golfem.</strong></p>
<p>Trzeci raz w życiu prowadziłem wtedy samochód. Ruszyłem z takim piskiem, że cała ekipa krzyknęła z wrażenia. Potem był niestety problem przy hamowaniu. Nie wiedziałem, który pedał wcisnąć. Na szczęście na strachu się skończyło.</p>
<p><strong>Czyli na planie, jak trzeba, to prowadzisz i brak prawka ci nie przeszkadza?</strong></p>
<p>Przeszkadza producentom, którzy nie chcą ryzykować, bo w razie czego ubezpieczenie nie zadziała. Kończyło się to tak, że chłopaki z ekipy raz musieli ciągnąć mnie na linie. Przyznaję, to było żenujące (<em>śmiech</em>). Na szczęście nie jestem sam. Przez długi czas Tomek Kot też nie miał prawka. I jego też ciągali (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wolisz Wrocław czy Warszawę?</strong></p>
<p>Zdecydowanie Wrocław. Bo tam ludzie zapraszają na piwo, a nie na sushi. Za bardzo kocham Wrocław, żeby w nim nie mieszkać. A zdjęcia zwykle mam w Warszawie. W zeszłym roku chyba z kilkadziesiąt razy leciałem samolotem na tej trasie.</p>
<p><strong>Nie męczy cię to? Niczego nie sugerujemy, ale ty nie wyglądasz na swoje młode lata. Na pierwszy rzut oka wydajesz się starszy niż jesteś.</strong></p>
<p>Ostatnio właśnie z tego powodu straciłem rolę w świetnej produkcji polsko-niemieckiej. Miałem grać dwadzieścia kilo cięższego, upośledzonego umysłowo faceta. Zacząłem spotykać się z takimi ludźmi, zacząłem tyć, a producent w końcu stwierdził, że wiekowo wyglądam jak Zamachowski.</p>
<p><strong>Ile przytyłeś?</strong></p>
<p>Ponad 10 kilo. I wszystko na nic. A tyle wszędzie i wszystkim o tym filmie gadałem. To dla mnie nauczka. A wracając do poprzedniego pytania &#8211; myślę, że to jak wyglądam rzeczywiście wynika z trybu życia. Ja po prostu o wiele za mało śpię. Ale niedawno skończyłem 30 lat i postanowiłem się uspokoić. Koniec z tym! Zwolniłem ze swojego życia parę osób i mam nadzieję, że wkrótce to zaprocentuje.</p>
<p><strong>Kogo zwolniłeś?</strong></p>
<p>Siebie. W różnych wcieleniach.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>PLAYBOYOWO:</p>
<p>PLAYBOY pokazuje facetom to, co ich interesuje. Konkretne miejsca, konkretne kobiety i konkretne żarcie.</p>
<p>FILMOWO:</p>
<p>Nakręciłem już ponad 1000 filmów swoją komórką. Zagrałem w kilkudziesięciu etiudach. Do tego dochodzą filmy offowe. W sumie najmniej gram w kinie oficjalnym (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Mam zamiar wyreżyserować swój debiut w przyszłym roku. Część aktorów już się zgodziła, między innymi Simlat, Kot i Wilczak. Plus dziesięć aktorek filmów porno. Na pewno nie polskich. To będzie trzydniowy wieczór kawalerski na południu Francji. Na ten pomysł wpadła moja siostra, gdy razem spędzaliśmy tam wakacje. To będą pełne trzy dni kręcone z różnych kamer, skrócone do półtorej godziny. Film będzie o tym, że faceci znaleźli się w tzw. raju, ale&#8230; nie są w stanie sobie z tym poradzić. Scenariusz mam już właściwie gotowy. Mam również wstępnie zainteresowanych producentów.</p>
<p><em>Stacja</em> była w stu procentach improwizowana.</p>
<p>DZIECIĘCO:</p>
<p>Za komuny zdarzało mi się wsadzać do magnetowidu kasetę z <em>Łowcą jeleni</em>, na której były nagrane niemieckie pornole. To był jednak piękny ustrój.</p>
<p>Całą młodość kochałem się w Hannie Banaszak.</p>
<p>Miałem ksywki Mecek, Mecwald i Pędzel. Skąd się wzięła ta ostatnia, doprawdy nie wiem.</p>
<p>KOBIECO:</p>
<p>Klasa kobiety czai się w oczach. To coś to dostojność.</p>
<p>PRZYSZŁOŚCIOWO:</p>
<p>Chcę kupić dom i ziemię na Jamajce. Moi Przyjaciele będą tam mieszkać i pilnować, a ja zawsze będę miał tam swoje miejsce.</p>
<p>Chciałbyś mieć zawsze czas na kręcenie kolejnych odcinków <em>Czatersów</em> (<em>do obejrzenia na YouTube.com – przyp. aut</em>.).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/wojciech-mecwaldowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Anna Przybylska</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/anna-przybylska/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/anna-przybylska/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 09 Aug 2010 14:20:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Przybylska Anna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2735</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2010 rok
TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
fot. Krzysztof Gajewski i Maciej Szal
&#8211;
Cieszymy się, że twoja sesja jest w 3D. Ale dlaczego w ubraniu? Tym bardziej, że jeszcze niedawno mówiłaś o swojej trzeciej, potencjalnej sesji w PLAYBOYU &#8211; „niewykluczona”.
 
Powiedziałam tak tylko dlatego, żeby się wam nie zrobiło smutno. Poza tym bardzo cenię PLAYBOYA. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Anna-Przybylska.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2742" title="Anna-Przybylska" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/08/Anna-Przybylska.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 7, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.3dphoto.com.pl">fot. Krzysztof Gajewski i Maciej Szal</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Cieszymy się, że twoja sesja jest w 3D. Ale dlaczego w ubraniu? Tym bardziej, że jeszcze niedawno mówiłaś o swojej trzeciej, potencjalnej sesji w PLAYBOYU &#8211; „niewykluczona”.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Powiedziałam tak tylko dlatego, żeby się wam nie zrobiło smutno. Poza tym bardzo cenię PLAYBOYA. Swego czasu zaczytywałam się nim w pociągach. Uważałam, że jestem cool. Wyobrażacie sobie w przedziale dziewczynkę, która czyta PLAYBOYA? Pamiętajcie, że mając 17 lat, wyglądałam na 11. Wtedy można było zobaczyć u was największe aktorki – to też robiło na mnie wrażenie.</p>
<p><strong>Skoro tak nas lubisz, to co stoi na przeszkodzie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Po co mi to? Nie przebiję już tamtych sesji. Ale wcale nie czuję się „za stara”. Zresztą zupełnie nie boję się o to, jak będzie się starzeć moje ciało. Boję się raczej starzenia mózgu. Nie chciałabym być  zrzędzącą pipą-aktorką, która rzuca kupą na przyjęciach. Moim największym kompleksem było zawsze to, że wyglądałam na małolatę. Dlatego wolę siebie dziś. Zresztą uważam, że im kobieta starsza, tym lepsza. Kto wie, może po 40-tce będę nawet miała wielokrotny orgazm?</p>
<p><strong>Tym bardziej warto się u nas pokazać. Przecież wiemy, że „w tych tematach” jesteś raczej wyluzowana.</strong></p>
<p>Nie do końca. Ostatnio zgłosił się do mnie miesięcznik, który zaproponował, żebym wzięła udział w dyskusji o opalaniu się topless. I oczywiście z góry założyli, że jestem za. Bardzo się zdziwili, bo jestem totalnie przeciwko. Po pierwsze są piersi i piersi. Gdyby wszystkie kobiety leżące na plaży wyglądały jak modelki PLAYBOYA po Photoshopie – no problem. Ale jak widzę cudowną Niemkę opalającą się na świński róż, z piersiami zwisającymi do kolan, z czterema fałdami pod każdą piersią, to robi mi się po prostu niedobrze. Poza tym uważam, że każda kobieta, idąc z plaży do toalety, do kramiku z lodami, czy do sklepiku z pamiątkami, powinna się nieco zasłonić. Naprawdę nie ma nic gorszego niż Niemka o budowie biedronki, w stringach, z odsłoniętymi piersioworkami, jedząca loda.</p>
<p><strong>A Niemiec?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Niemiec też (<em>śmiech</em>). Jeżeli ktoś się przy mnie rozbiera w garderobie, staram się nie patrzeć.  Ale nie dlatego, że ludzie, z którymi pracuję źle wyglądają, po prostu jest to dla mnie krępujące. W trakcie grania jest mi wszystko jedno, bo wyłączam zmysły estetyczne. Mam tylko nadzieję, że nie pachnie mi brzydko z ust.<strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>A co myślisz o facetach w Speedos? </strong></p>
<p>To samo co o skarpecie w sandałku. Znak rozpoznawczy Polaka na wakacjach. Wracając do manifestowania swojej nagości. Wy faceci wiedziecie prym. No bo kto bez skrępowania chodzi goły między saunami koedukacyjnymi? Nie ma znaczenia czy „ korek od wina”, czy „ psi ch…k”. Jesteście po prostu obleśni… Ja zawsze się zastanawiam z koleżankami, na czym polega fenomen waszego braku poczucia wstydu? Ble.</p>
<p><strong>Myślisz, że Colin Farell jest lepszy niż reszta facetów? Kiedyś mówiłaś: „Erotyk z Colinem Farrellem. O mój Boże!”</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Widzę, że odgrzebaliście bardzo stare wywiady. Hello, hello! Tak na poważnie, to poza urodą jestem fanką jego talentu. Ale pamiętajmy, że teraz Colina mamy w pakiecie z Alicją, a ona bardzo dobrze zna język polski i może przeczytać ten wywiad (<em>śmiech</em>). A podobno i sam Colin uczy się polskiego. Oboje sprawiają wrażenie bardzo mocno zakochanych. Alicja wygląda kwitnąco.</p>
<p><strong>To zupełnie jak ty. Wiesz, kto to powiedział? „Jeżeli ktoś nie ma warsztatu na Szekspira, a ma osobowość i jest sexy&#8230; Ania Przybylska. Seks w pełnej krasie, zgrabna, piękna, błyskotliwa, po aktorsku inteligentna&#8230;”</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Ania przerywa</em>) Żebrowski. Dla mnie to protekcjonalne, przykryte komplementami, hasło: „Pisarze do piór, a operatorzy do kamer”. Nie znam faceta, ale jak przeczytałam cały wywiad, w którym opluwa swoje środowisko, opowiada, że się izoluje i twierdzi, że nie gra w serialach, bo grać w nich nie potrafi, to ręce mi opadły. Zresztą nie tylko mi, bo czytaliśmy ten tekst na planie i cała ekipa była zażenowana. Dżentelmen nie mówi takich rzeczy o kobiecie. Kompleksy, po prostu, kompleksy&#8230; On jest chyba jedyną osobą w branży, która ma problem z aktorami bez szkoły aktorskiej.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nikt nie wypominał ci braku dyplomu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nigdy. Henryk Machalica pocałował mnie kiedyś w rękę i powiedział, że jestem wielką artystką, a szkoła aktorska mogłaby zabić we mnie to, co najlepsze. Wtórowali mu wielcy aktorzy i reżyserzy. I szczególnie ci drudzy odradzali mi szkołę. Grałam bardzo dużo i w międzyczasie założyłam rodzinę. Też bardzo szybko. Dalej wszyscy znają tę historię. Nie było czasu na szkołę. Nie pogodziłabym wszystkiego. Ale po 14 latach ciężkiej pracy wiele się nauczyłam. Przede wszystkim spotkałam wielu fajnych, mądrych, doświadczonych, zdystansowanych ludzi na tej drodze. Nad warsztatem aktorskim pracuje się do końca swoich dni.</p>
<p><strong>Zdążyłaś w ogóle „zwyczajnie” popracować, zanim zostałaś nastoletnią aktorką?</strong></p>
<p>W drugiej klasie liceum zgłosiłam się do agencji modelek. Bywałam hostessą, chodziłam też na pokazach Wiganny Papiny i Michała Starosta. Fotomodelowałam w różnych gazetkach modowych, na przykład prezentowałam zimowe ciuchy w środku lata. Grałam też w teledysku w reżyserii Lecha Nowickiego. Obawiam się, że to było&#8230; disco-polo <em>(śmiech</em>). Na modelkę jednak byłam za niska, mimo że do najniższych nie należę. Po niecałych dwóch latach w agencji zgłosiłam się na casting do <em>Ciemnej strony Wenus</em> i tak już zostało.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Byłaś wtedy niepełnoletnia.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Umowę podpisywała moja mama.</p>
<p><strong>Zgodziła się na sceny rozbierane?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie czytała scenariusza. Nie chciała. Podpisała od razu. Wiedziała, że aktorstwo jest moim największym marzeniem od dziecka, i że jeśli mi nie pozwoli, zrobi mi największą krzywdę. Przecież ja spędzałam po kilka godzin dziennie w kiblu -  „grając”. Dziesięć lat gadałam do siebie.</p>
<p><strong>Brzmi to trochę chorobowo&#8230;</strong></p>
<p>Zawsze uważałam aktorstwo za  lekki objaw choroby schizofrenicznej. Ten nieustający dialog, który odbywa się w mojej głowie – to chyba nie jest do końca normalne. To ciągłe gadanie o sobie w trzeciej osobie per „ona”. Jakoś muszę się stymulować do grania. A jeśli chodzi o te sceny, to uruchamiam w głowie plik pod tytułem Jenna Jameson.</p>
<p><strong>Czyli kiedy grasz sceny erotyczne z facetami, myślisz o porno-aktorkach?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Chyba tak, bo stymuluje mnie to, co tam robią. A faceci są na ogół obleśni. Lepiej jak w ogóle nie widać ich twarzy.</p>
<p><strong>Kiedyś, żartując, powiedziałaś, że jedyne, czego nie zagrasz, to scena seksu ze zwierzętami. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Tak? To wyobraźmy sobie, że dzwoni Ridley Scott i proponuje tytułową rolę w wielkiej produkcji pod tytułem „Caryca Katarzyna”. I co wtedy? Przecież bym nie odmówiła&#8230; Byłby koń, byłabym ja, głębokie spojrzenia w oczy, a po chwili wyciemnienie kadru (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>No właśnie. Z dobrze poinformowanych źródeł wiemy, że na planie lubisz poświntuszyć&#8230;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To fakt, świntuszę non stop. A do tego sporo przeklinam. Wiem, że nie wypada. Ale mnie to naprawdę odstresowuje. I uwielbiam rozbawiać ekipę.</p>
<p><strong>To zrób i na nas wrażenie. Opowiedz jakiś świński dowcip.</strong></p>
<p>Blondynka ubrała się na bal maskowy. Cała na biało: białe włosy, biała szminka, paznokcie, kiecka, buty, biały puder na buzi. Zgarnęła wszystkie nagrody. Wreszcie ją pytają: „Ty, blondynka! A za co się przebrałaś?”. „Jak to za co? Za ząb!”. (<em>Ania wskazuje dłonią poniżej pępka</em>) „A tu jest próchnica!” (<em>śmiech</em>). A znacie najlepsze spalenie dowcipu na świecie? To autentyk z planu. Znana aktorka opowiada kawał znanemu aktorowi. „Co to jest: Żyd wsadzony w drzwi?”. „Nie wiesz? Poddajesz się? Wizjer!”. Następuje jej rechot, a on nieśmiało pyta: „Chyba Judasz?”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>(<em>Wybuch śmiechu</em>). Wiemy na pewno, że tym aktorem nie był Wojtek Mecwaldowski. W tym numerze będziesz ty i on.</strong></p>
<p>Skoro to numer 3D i jestem w nim ja i Mecwal, to gdzie ta trzecia „D”? (<em>śmiech</em>). To jest wariat! . Ma tak genialne poczucie humoru, że zmiękcza mnie zupełnie. Grałam gościnnie w <em>39 i pół</em> i tam się poznaliśmy. Momentami myślę, że jest po prostu psychiczny. I cholernie mi się to podoba. Wojtek zrobi wszystko. Powiedzcie mu: „Zeskocz z tego wieżowca na golasa”, to on się rozbierze i skoczy. Mam słabość do takich facetów.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tak jak do Kubusia Puchatka? Powiedziałaś kiedyś, że mogłabyś pójść z nim do łóżka. Tylko czy wiedziałaś, że Kubuś to tak naprawdę dziewczynka &#8211; Winnie the Pooh.</strong></p>
<p>Nie mam z tym problemu. Uwielbiam kobiety i nie ukrywam, że bardzo mi się podobają. Ale biseksualna nie jestem. Jestem po prostu wrażliwa na piękno.</p>
<p><strong>A którą ze swoich koleżanek chciałabyś zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Ostatnio podoba mi się Ania Dereszowska. Uważam, że tworzyłybyśmy idealną parę. Ona jest bardzo kobieca, zmysłowa, a ja mam w sobie dużo pierwiastka męskiego.</p>
<p><strong>Podobnie ma Agnieszka Grochowska. </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Darek Gajewski, jej mąż, stwierdził, że mogłybyśmy zagrać siostry. Podobnie szybko mówimy, chodzimy, mamy taką samą energię. A do tego jesteśmy do siebie podobne.</p>
<p><strong>I obie jesteście chłopczycami.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Zgadza się. Zawsze taka byłam, dlatego nie mogę pojąć rankingów, w których wygrywam i jestem obwoływana seksbombą albo całkowicie wyjątkową boginią seksu! To do mnie nie pasuje, bo u nas w domu obowiązuje „szatniarska” bajera. Lubię piłkarskie poczucie humoru &#8211; ten rodzaj prymitywizmu, cynizmu i przaśności. Kocham żarty sięgające dna. Uwielbiam też parodiować piłkarzy. Jestem w tym naprawdę dobra. Znacie ten gest – „piłkarską przerzutkę”? (<em>W tym momencie Ania wstaje i „przerzuca” jądra z nogawki do nogawki, a my padamy ze śmiechu na podłogę – przyp. aut.</em>).</p>
<p><strong>Jakie są inne specyficzne cechy piłkarzy?</strong></p>
<p>Niektórzy piłkarze świszczą. Mówią, jakby nie otwierali ust . Znam tylko dwie świszczące grupy zawodowe – raperów i piłkarzy.</p>
<p><strong>Czy Jarek <em>(Bieniuk – piłkarz Widzewa, partner Ani – przyp. Red.)</em> nauczył cię chociaż, co to jest spalony?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oczywiście, ale on i tak twierdzi, że na ten rodzaj wiedzy jestem odporna. Wyżej nie podskoczę. Lubię oglądać polskie mecze, ale Reale, Barcelony i Intery już nie dla mnie. Grają za szybko i za dobrze – niczego nie łapię.</p>
<p><strong>W takim razie powiedz, kto jest dla ciebie Colinem Farrellem piłki nożnej.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kiedyś bardzo mi się podobał łysiunieńki Ljungberg. Ładny, uroczy i słodki jest Ebi Smolarek, taki „synuś”. Z chęcią powoziłabym go w wózku. Ale zawsze najnajnajlepszy będzie Zinedine Zidane. Bo jest rodzinny, pali papierosy i wyjechał z głowy Materazziemu. Zresztą mało brakowało, żebyśmy się poznali. Oboje mamy kontrakty reklamowe z tą samą firmą i był pomysł jakiejś akcji charytatywnej, w której mieli uczestniczyć on, ja, Isabella Rossellini i Matthew McConaughey.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Co myślisz o Dniach Cipki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Super! Ale jak je świętować? Raz w roku z gołą zofią paradować po Piotrkowskiej? Chyba zacznę namawiać wszystkie swoje koleżanki. Mogłybyśmy pokazać kilka zofii naraz. Obawiam się jednak, że to inicjatywa feministyczna.</p>
<p><strong>Intuicja cię nie zawodzi.</strong></p>
<p>Szkoda, że zawłaszczyły taką fajną nazwę. Ja się feministką nie czuję. Na przykład jeśli chodzi o parytet, to wiem, że jest potrzebny, ale wolę, żeby to inne walczyły o moje prawa. Wynika to pewnie z faktu, że dużo mi się w życiu udało. Poza tym męskie towarzystwo sprawia mi dużo radości. Uwielbiam władzę reżysera na planie. I mojego „Pana” w domu. Tę męską dominację (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>To opowiedz trochę o władzy reżyserskiej. Kto najlepiej tobą władał?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Chcielibyście wiedzieć, co? Kiedyś Bogusław Linda opieprzył mnie, gdy grałam w <em>Sezonie na leszcza</em>: „Po chuj robisz takie wielkie oczy? To nie jest kolejny odcinek <em>Złotopolskich</em>. Masz za duże gały, żeby się tak wyłupiać”. Lubię takie proste wskazówki. Wielkim autorytetem jest dla mnie Piwowarski, który mnie znakomicie stymuluje. Potrafi mi tak nawrzucać, tak obrazić albo takie świństwa mówić do ucha. To wariat, który zna życie. Umie nakręcić aktorki, jak nikt inny. Kiedy widzi, że jestem znudzona, to na maksa zaczyna komplementować Dereszowską. Na głos mówi, jak super wygląda i dobrze gra, a kątem oka patrzy, jak ja na to reaguję. Wie, że musi mnie to zmobilizować. Dla mnie on jest prawie jak ojciec. Pamiętam jak w naszym pierwszym filmie dał mi klapsa w tyłek. Graliśmy trudną scenę na placu Trzech Krzyży i cały czas zasłaniałam Agnieszkę Wagner w kadrze. Podszedł, włoił mi parę ostrych klapów i powiedział: „Jeszcze raz mi ją zasłonisz!”. Poryczałam się i chlipałam: „Nawet mój tata nigdy mnie tak nie zbił&#8230;”. Oczywiście potem przeprosił, kupił różyczkę i tak dalej. Niektórym by się to nie podobało, ale ja uważam, że sztuka przyciąga wariatów. I potrzebuje wariatów. Radek Piwowarski poza tym jest cudny, bardzo dowcipny i dobry. Nie umiem się na niego gniewać.</p>
<p><strong>Na ciebie też podobno ciężko się obrazić.</strong></p>
<p>Konrad Niewolski niedawno mi powiedział: „Anka, co byś nie zrobiła, ciebie i tak wszyscy będą lubić”.</p>
<p><strong>Czy sąsiedzi nadal wieszają ci chleb na klamce?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Już nie, ale to było piękne. Możliwe tylko w małej aglomeracji takiej jak Wronki. Bardzo lubiłam ten małomiasteczkowy klimat a la Ranczo Wilkowyje. Potrafiłam się tam odnaleźć.</p>
<p><strong>A jak mieszkało się w Antalyi?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bosko. Szkoda tylko, że nie daliśmy rady sobie pojeździć, pozwiedzać. Turcy są szurnięci na punkcie piłki, więc Jarek miał w klubie jak w koszarach: czteromiesięczne zgrupowania i totalny brak czasu wolnego. Między innymi dlatego nie przedłużył kontraktu. Kumplowaliśmy się z rodziną Oscara Cordoby (<em>kolumbijski bramkarz – przyp. aut.</em>) i z innymi sąsiadami z naszego osiedla – cudzoziemcami mieszkającymi w Antalyi z powodów zawodowych.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Obcowanie z turecką kulturą macho bywało uciążliwe?</strong></p>
<p>Nie rozumiałam, dlaczego wzbudzam sensację swoim porannym joggingiem. Małolaci na mój widok stawiali motocykle na jednym kole. Po pewnym czasie poszłam więc po rozum do głowy i zaczęłam zakładać biustonosz pod t-shirt. Ale to gorące, śródziemnomorskie słońce rozbudzi każdego. To normalne, że południowcy mają taka naturę.</p>
<p><strong>Dalej sobie powtarzacie z Jarkiem, że jest podrzędnym piłkarzyną, a ty marną aktorką?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Cały czas. To bardzo dobrze wpływa to na nasz związek. Oboje mamy podobne poczucie humoru i lubimy sobie dogryzać&#8230; Ale błagam, tylko nie kończcie tej rozmowy w taki sposób!</p>
<p><strong>Podpowiedz nam w takim razie, jak mamy skończyć.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Janek Frycz kiedyś powiedział do mnie: „Ty w ogóle nie masz wnętrza. Ty jesteś, kurwa, za ładna”. Uwielbiam go, nie tylko za to.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Jako nastolatka byłam zakochana w Michaelu Jacksonie. Potem był Van Damme, który okazał się za mały, a do tego kokainista. Na plakatach wisieli też Johnny Depp, Dolph Lundgren i Julia Roberts.</p>
<p>Po jednej lampce wina świetnie czyta mi się scenariusze.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Do dziś pamiętam swój „występek” w <em>Złotopolskich</em>. Któregoś razu, mając lat 20, zwyczajnie się upiłam. Na planie były czyjeś imieniny bądź urodziny – prawdziwa zmora dla tych, którzy chcą być trzeźwi. Grając z Piotrkiem Szwedesem i Piaskiem byłam tak totalnie rozluźniona, że wszyscy pękali ze śmiechu. Dziś wiem, że na nietrzeźwość mogą sobie pozwolić tylko wielcy aktorzy.</p>
<p>Nie lubię swojego głosu, a niektórzy się nim zachwycają. Może nie wiedzą, że jak się śmieję, to skrzeczę.</p>
<p>Tatuaże i piercingi mnie obrzydzają.</p>
<p>Lubię niegrzecznych chłopców i tak już zostanie.</p>
<p>Jechałam samochodem z dwuipółletnią córeczką. Dodatkowo byłam w ciąży. Na drodze totalny korek. Za mną stał Opel Kadett z polskimi Bobami Budowniczymi na pokładzie. Pewnie wracali z roboty z Niemiec. Z samochodu wysiadł facet w bardzo dekatyzowanej katanie i bardzo dekatyzowanych spodniach. Wysiadł, żeby się wysikać. Był wysuszony jak papieros. Widziałam go dokładnie w bocznym lusterku. I raptem! To, co się wysypało i zawisło w rejonach kolan po prostu mnie przeraziło. Zamarłam. Zaczęłam sobie wyobrażać, choć bardzo nie chciałam, jak to coś wygląda w zwodzie. Ten pan musiał wtedy tracić przytomność. Od razu zrobiło mi się żal wszystkich przydrożnych tirówek. Już do samego domu widziałam tylko tego dyndającego kutaska, który mówił do mnie: „Skręć w prawo” albo „Skręć w lewo” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/anna-przybylska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jerzy Pilch</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jerzy-pilch/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jerzy-pilch/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 04 Aug 2010 10:15:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Pilch Jerzy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=51</guid>
		<description><![CDATA[
PLAYBOY nr 6, 2006
TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
fot. Mikołaj Długosz
&#8211;

Miałem jechać na te Mistrzostwa…
I dlaczego pan nie jedzie? Strach pana obleciał?
Nie ma co ukrywać: za tym nie kryła się przesadna, desperacka odwaga. Nazwałbym to jednakże chłodnym racjonalizmem i rozwagą wynikającą z podeszłego wieku. Mój przyjaciel Bronek Maj kiedy się dowiedział, że swego czasu byłem  [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-253" title="Jerzy-Pilch" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2009/12/Jerzy-Pilch.jpg" alt="Jerzy-Pilch" width="350" height="234" /></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 6, 2006</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.mikolajdlugosz.com/">fot. Mikołaj Długosz</a></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p>Miałem jechać na te Mistrzostwa…</p>
<p><strong>I dlaczego pan nie jedzie? Strach pana obleciał?</strong></p>
<p>Nie ma co ukrywać: za tym nie kryła się przesadna, desperacka odwaga. Nazwałbym to jednakże chłodnym racjonalizmem i rozwagą wynikającą z podeszłego wieku. Mój przyjaciel Bronek Maj kiedy się dowiedział, że swego czasu byłem  jurorem w konkursie Miss Polonia, skomentował to w sposób następujący: „Jurku, przyszło. Ale przyszło późno”. Z Mistrzostwami Świata jest podobnie. Przyszły późno…</p>
<p><strong>Bez przesady. Przecież nie „za późno”. </strong></p>
<p>Kocham piłkę nożną. Ale jestem człowiekiem, który nie dość, że lubi podróżować i nie ma orientacji przestrzennej, to jeszcze jest słabo technologicznie przygotowany do życia. Ostatnio byłem w budynku TVN i wyszedłem z łazienki nie w tę stronę. Nic wielkiego, nie zgubiłem się przecież. Ale na niemieckim mundialu będzie, na każdym kroku, pięćset łazienek dziennie. Każdy stadion: labirynt nie do przejścia. Sektor, wejście, bilet, rząd, miejsce. Już nie mówię o pokonywaniu labiryntów wiodących do stadionu. Słowem, szereg wrogich okoliczności sprawił, że to co mogło być dla mnie spełnieniem marzeń, jakimś rodzajem ukoronowania &#8211; pamiętam przecież Konwickiego, który pojechał na Olimpiadę w ’72 i pisał świetne relacje, i ja też bym chętnie coś takiego napisał z Mundialu &#8211; ale jak powiadam: to co miałoby być spełnieniem marzeń, zwyczajnie zmieniłoby się w koszmar. Poza tym, z tego co się zorientowałem: jazda na te Mistrzostwa nie samochodem – to już jest fiasko; już – w zaraniu &#8211; można sobie dać spokój. A ja w ogóle nie prowadzę. Od lat. Mam oczywiście prawo jazdy, zrobione z faszystowsko-luterską zajadłością, ale pojeździłem krótko.</p>
<p><strong>Na pewno znalazłby się niejeden kibic, który z ochotą podwiózłby znanego pisarza…</strong></p>
<p>Wiecie, gdyby było tak, że wszystkie drużyny grają na jednym boisku, a obok tego boiska jest przytulny hotelik, to pojechałbym z przyjemnością. Ale szaleńcza jazda z meczu na mecz, kiedy większość spotkań zaczyna się o 21? Nie tylko po <em>Faktach</em>, ale nawet po <em>Panoramie</em>? Mnie wykończyły same przygotowania. Przecież ja sześć tygodni się przygotowywałem. Szereg dni strawiłem nad mapą Niemiec. Gdzie się ulokować na ten miesiąc? Dortmund, Berlin, Hanower? Tu gra Brazylia, tu nasi, tu Togo&#8230; Nieprzerwanie całymi dniami i nocami trzeba gnać z miasta do miasta. Siedzisz na meczu i myślisz jak się dostać na następny mecz i w rezultacie nie widzisz żadnego meczu.</p>
<p><strong>A nie mógł pan przyłączyć się do jakiejś większej dziennikarskiej grupy?</strong></p>
<p>Owszem wśród wariantów organizacyjnych był pomysł, żeby pojechać z jakąś perfekcyjnie przygotowaną ekipą&#8230; Ale tak między nami… Miesiąc z polskimi dziennikarzami sportowymi? Nawet serdecznie zaprzyjaźnionymi? Za bardzo cenię i podziwiam Stefana Szczepłka czy Darka Tuzimka, żebym ich skazywał na miesiąc obcowania ze mną. Panowie &#8211; to nie są przelewki (śmiech). A na szczycie tej piramidy &#8211; bo zawsze musi być przecież jakiś drobiazg, który przechyli szalę &#8211; była krótka informacja od organizatorów, że mianowicie przed każdym meczem muszę odebrać bilet dwie godziny wcześniej. Zadałem sobie fundamentalne pytanie: Co ja przez te dwie godziny będę – za każdym razem &#8211; robił? Za duże ryzyko obciążone elementarnymi pokusami&#8230;</p>
<p><strong>Pamięta pan szalik, uszyty na zamówienie redakcji Polityki na poprzednie Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Oczywiście. Mam taki w domu. Mam skromną kolekcję szalików. Między innymi Cracovii, Polonii, a w zeszłym roku w Rzymie dostałem szalik Romy, niezbyt ładny zresztą. Ale między nami, to przecież są kuriozalne przedmioty…</p>
<p><strong>Zgadzamy się. Ale z tym szalikiem kojarzą się nam pana świetne prognozy wyników w Korei i Japonii. Prosimy więc zawczasu poinformować czytelników Playboya, jak będzie na tych Mistrzostwach.</strong></p>
<p>Przecież wiadomo było, że Korea daleko zajdzie. Wystarczyło uważnie oglądać Olimpiadę w Seulu i widzieć, jak Koreańczycy się zachowują, jak walczą. Bokser, który przegrał, nie schodził z ringu przez 24 godziny. Nie szczycę się tamtym proroctwem. Teraz z kolei jest mi ciężko przewidywać, bo mam wewnętrzną obawę, że ponieważ nie jadę, to pan Bóg postanowi mnie dodatkowo ukarać i nasi daleko zajdą. „ Pilchu, &#8211; (tu rymowany epitet) &#8211;  mogłeś tam być!”.</p>
<p><strong>To co, nasi w finale?</strong></p>
<p>Samo wyrażenie jest  komiczne… Ale z drugiej strony, pamiętam, że wyjazd reprezentacji Górskiego w 1974 roku odbywał się, co tu kryć, w atmosferze co najmniej powściągliwej. Wszystkie sparingi słabe. Wyrażenie: „Grzegorz Lato &#8211; królem strzelców” było poza kategoriami. Znający się na piłce, świętej pamięci, Krzysztof Mętrak, znana postać warszawska, napisał felieton, w którym szydził z Laty, a o Kasperczaku wyraził się, że to zawodnik, którego nie należy odrywać od stron rodzinnych, czyli Mielca.</p>
<p><strong>Wyjdziemy z grupy?</strong></p>
<p>Na oko trudno nie wyjść z takiej grupy. Ale niech, nie daj Boże, będzie w pierwszym meczu  do przerwy  1:0 w  dla Ekwadoru,  zacznie się histeria  i szkoda gadać. Załóżmy jednak, że wychodzimy z grupy. I co?  Pora wygrać z Anglią? Szwecją? Mam przeczucie, że zawczasu za dużo wiemy o rozkładzie jazdy.</p>
<p><strong>A który z naszych może na przebieg tej jazdy znacząco wpłynąć?</strong></p>
<p>Bardzo dobry jest Jop. Świetny zawodnik, groźny, rewelacyjnie wygląda &#8211; jak płatny morderca. To jest dobre. Kiedyś na sam widok Adama Musiała spierniczali wszyscy w Europie. Tak powinno być. I Jop ten atut posiada.</p>
<p><strong>Lubi pan Janasa?</strong></p>
<p>To jest fenomen. Facet nieodgadniony. Bardziej nieodgadniony niż Waldemar Pawlak. Janas łączy w sobie rodzaj niebywałego fartu z osobliwą, dość na oko mulistą konsekwencją. Ten rodzaj uporu połączony z iskrą bożą może być bardzo niebezpieczną i skuteczną mieszanką.</p>
<p><strong>A kto będzie strzelał? Już wiadomo, że na pewno nie Grzegorz Piechna. Co pan myśli o „Kiełbasie”?</strong></p>
<p>Strzelać powinien Żurawski, to mogą być jego mistrzostwa, jak kiedyś Bońka. Do Piechny mam wielką sympatię. Ja z takimi chłopakami grałem w młodości. To taki typ, co kopie z tobą na podrzędnym boisku, ale mógłby śmiało grać w rezerwach pierwszoligowego zespołu. Ma wybitne predyspozycje – w najlepszym tego słowa znaczeniu &#8211; amatorskie. Dla kogoś, kto jak ja, jest z ludu, Piechna zawsze będzie wzruszającą postacią.</p>
<p><strong>Kogo obok Piechny Janas na pewno nie powinien zabierać na Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Nie chcę mówić, bo nie chcę wygłupić się jak Mętrak. Pojedzie później „Boazerio”, „Drewninio” czy inny „Delirio” na Mistrzostwa i zostanie królem strzelców. I jak ja będę wtedy wyglądał?</p>
<p><strong>A jak zostanie nim Mila?</strong></p>
<p>Nie należy stawiać tamy dobroci Pana Boga – może i Mila się przebudzi.</p>
<p><strong>Naszym zdaniem Mila świetnie poradziłby sobie w futbolu kobiecym. Na pewno by się tak często nie przewracał.</strong></p>
<p>Nie wiem. Są baby, które świetnie grają. W ogóle popieram damski futbol. One grają jak faceci za dawnych lat. Piłka nożna w sensie motoryki stała się – jak prawie cały sport – dość mordercza. Dzisiejsi piłkarze, nawet ci pośledniejsi, ganiają jak nakręceni przez 90 minut. Dlatego, powiadam, kobiecy futbol mnie oczarowuje, bo dziewczyny przypominają mi łagodność dawnej piłki, dawną Brazylię. Obejrzyjcie archiwalne nagrania: Pele idzie piechotą przez pole karne przeciwnika, drugi powolnym truchtem wychodzi mu na skrzydło. W tej chwili tamta Brazylia zostałaby rozbita przez Lubin. Nie przeszliby połowy.</p>
<p><strong>Jakiś czas temu w Internecie pojawiło się zdjęcie pod tytułem: „Marzenie polskiego kibica”. Facet siedzi w fotelu, jedna półnaga pani leje mu piwo do ust, druga nurkuje między nogami. Na ekranie telewizora: „Niemcy-Polska 0:5”. Chciałby pan tak?</strong></p>
<p>Wystarczy mi 0:1 (śmiech).</p>
<p><strong>Wie pan, co zrobi polski kibic, gdy nasza reprezentacja wyjdzie z grupy?</strong></p>
<p>Nie.</p>
<p><strong>Wyłączy Play Station.</strong></p>
<p>(Śmiech). Dobre.</p>
<p><strong>Zna pan jakiś dowcip piłkarski?</strong></p>
<p>Znam jeden. Ale to staroć. Broda jak stąd na stare Wembley. Na ogólnoafrykańskim zlocie szamanów, każdy opowiada o największych cudach, jakie widział w Europie. Po kolei wszyscy się wymądrzają, opowiadają o telewizorach, komputerach, komórkach, co tam jeszcze, aż na końcu odzywa się najstarszy szaman i mówi: „To wszystko pestka. Ja byłem w Anglii, zawieźli mnie tam na plac, wokół którego siedziało chyba sto tysięcy ludzi. Potem zrozumiałem, że nie dziwota: chyba  każdy by chciał zobaczyć, to co się zdarzyło. Siedzimy, czekamy. Napięcie rośnie. W końcu wchodzi jedenastu czerwonych, jedenastu niebieskich i ustawiają się na środku. Potem wchodzi trzech na czarno, dwóch małych i jeden duży. Też stanęli na środku. W zupełnym centrum. Zapadła chwila absolutnej ciszy. Wszyscy znieruchomieli. Ten duży czarny miał na szyi zawieszony gwizdek. Powoli włożył go do ust. Dalej nic. I nagle jak gwizdnął, to lunął taki sakramencki deszcz, jakiego w życiu nie widziałem”.</p>
<p><strong>Myśli pan, że na MŚ da o sobie znać chuligaństwo polskich kibiców?</strong></p>
<p>Nie wydaje mi się. Nasi kibice zachowują się za granicą dużo lepiej niż w Polsce. Nie zdaje mi się, żeby szalikowcy w ogóle zagranicę podróżowali. Jakieś małe oddziały, z którymi organizatorzy sobie poradzą. Myślę, że Niemcy są perfekcyjnie przygotowani na te Mistrzostwa pod względem bezpieczeństwa i wszelkie chuligańskie wybryki poskromią w zaraniu.</p>
<p><strong>A pan kiedyś oberwał na meczu?</strong></p>
<p>Bardzo mi przykro, ale aż takich temperatur nie wzbudzam. Poza tym każdy przytomny kibic, który idzie na mecz w celu elementarnym, czyli żeby obejrzeć zawody, wie gdzie siadać. Nikt normalny nie pcha się na „Żyletę”.</p>
<p><strong>Od lat kibicuje pan Brazylii i Niemcom. Dlaczego?</strong></p>
<p>Brazylii kibicuję, jak każdy. Niepodobna nie kibicować Brazylii. A z Niemcami, to sam nie do końca wiem, skąd się to u mnie wzięło. Ale mam pewne przypuszczenia. Otóż, jak wiadomo, kibicuję Cracovii. A to jest taki klub, co jak ma awansować, to nie awansuje, a jak ma spaść, to zawsze spadnie. Fatalizm powtarzalny od lat, dziedziczny &#8211; można powiedzieć. I prawdopodobnie ja &#8211; umęczony tą wielką klęską Cracovii &#8211; podświadomie chciałem mieć uciechę i przynajmniej w planie internacjonalistycznym trzymać z takimi, co jak mają wyrównać w ostatniej minucie, to zawsze wyrównają. Dawało mi to jakiś rodzaj spokoju. Do niedawna tak było w każdym razie.</p>
<p><strong>Jak jako kibic Cracovii i pośrednio Polonii może pan lubić Legię?!!</strong></p>
<p>To frajerstwo, wiem. Najstraszniejsze zdanie, jakie można wygłosić: „sympatyzuję z obu warszawskimi klubami”. Tak może przecież powiedzieć tylko osoba, która kompletnie nie zna się na piłce.</p>
<p><strong>Dlaczego na Mistrzostwach Świata nie będzie Grecji?</strong></p>
<p>Bo się rozleciała zaraz po Mistrzostwach Europy. Zgodnie z moimi przewidywaniami. To była katastrofa dla piłki nożnej, ale świetny przykład dla Janasa. Oni grali niebywale skutecznie choć oszczędnie. Podstawowy wynik 1: 0. Starczyło na wygranie turnieju. Nawiasem mówiąc, po tym jak wyeliminowali Czechów, napisałem felieton: Grecja musi być zburzona. I jakiś facet przysłał mi list z pytaniem, czy zdaję sobie sprawę, jaka tam jest architektura. Że przecież Akropol i tak dalej.</p>
<p><strong>Jak na Mistrzostwach wypadną, jak ich określił Jan Nowicki, włoskie pedały?</strong></p>
<p>Wczoraj oglądałem Milan i jestem pod wrażeniem. Ale w reprezentacji Włoch nie będzie Szewczenki. Zresztą Włosi nigdy mnie nie ożywiali. Jestem pełen podziwu dla tego ich cwaniactwa, wymuszania fauli i tak dalej. Kunsztu padania. Ale piłka nie polega na padaniu, a z kolei catenaccio nigdy mnie nie ruszało.</p>
<p><strong>A Szpakowski pana rusza?</strong></p>
<p>Do pewnego momentu, tak jak wszyscy, miałem bardzo sceptyczny i pełen ironii stosunek do komentatorów. Do dzisiaj niektórzy mnie drażnią. Niepodobna przecież, żeby nie drażnił facet, po którym po prostu widać, że nigdy w piłkę nie grał. Ale  mój pełen ironii stosunek do komentatorów trwał do momentu, aż sam &#8211; raz w życiu &#8211;  zostałem komentatorem. Działo się to na początku lat 90. Mecz między reprezentacją Tygodnika Powszechnego a reprezentacją TVP, w hali w Krakowie, pięciu na pięciu. Moim zadaniem było bawić publiczność komentarzem pełnym lekkości. Już w piątej minucie straciłem orientację, zacząłem się gubić, rzęzić coś od rzeczy. Bramka padła, nie zauważyłem. Kompromitacja. Od tego czasu, z o wiele większym dystansem, wypowiadam się w sprawie komentatorów. To jest wbrew pozorom potwornie trudny zawód. W Polsce dobrzy są ci, którzy komentują na Canale +. Cechuje ich spokojna fachowość bez natręctwa.</p>
<p><strong>Wiemy, że lubi pan „kosiarzy” – twardzieli boiskowych, którzy nie boją się faulować. Ma pan jakiegoś ulubionego?</strong></p>
<p>Z dawnych czasów – wspomnianego Adama Musiała. A dzisiaj&#8230;? Faulować potrafił Hajto. Poza tym lubię tego, o którym Szpakowski z uporem maniaka powtarza, że ma duszę wojownika – Gattuso.</p>
<p><strong>Gdyby był pan milionerem, jak Ptak albo Drzymała, zainwestowałby pan w futbol?</strong></p>
<p>Owszem. W każdym razie przypuszczam, że inwestowałbym raczej w piłkę nożną niż w literaturę. Kupiłbym klub piłkarski, a nie wydawnictwo.</p>
<p><strong>Zna pan jakąś, godną polecenia, biografię piłkarską?</strong></p>
<p>Zdarzyło mi się swego czasu z uwagą przeczytać książki Bońka i Gmocha. Zwłaszcza Gmoch jest ciekawy, do dziś zresztą bardzo cenię jego – rzekłbym: nieco szorstką w sensie komunikacyjnym fachowość.  Zwykle jednak do tego typu „bestsellerów” w ogóle nie zaglądam. Te biografie zresztą w bardzo ekscentrycznym sensie należą do piśmiennictwa. Owszem mają pozór książek, ale – niczego im nie ujmując &#8211; w o wiele większym stopniu należą do porządku futbolowych gadżetów jak szaliki czy flagi.</p>
<p><strong>Niestety z Pilchem-piłkarzem straciliśmy bezpowrotnie szansę na jedyną błyskotliwą autobiografię futbolisty. Od jak dawna pan już nie gra?</strong></p>
<p>Ostatni raz kopałem ze dwa lata temu, ale to już była rozpacz. Seria absolutnych upokorzeń. Przez cały mecz nie miałem jednej dobrej interwencji. Poza tym, ja wprawdzie nie mam niczym Oli zdumiewająco młodzieńczej metryki, ale mam równie kruche nogi i w kółko coś mi wysiadało. Przykra, fatalna końcówka. Jestem jak dinozaur – wiem, co mam zrobić z piłką, ale zanim mi ten impuls zejdzie do nogi, mija kilka minut. Niestety nie zszedłem z boiska w odpowiednim momencie&#8230;</p>
<p><strong>Ma pan swoje ulubione kiwki?</strong></p>
<p>Może kiedyś miałem; teraz pewnie szłoby, żeby na nogach ustać.</p>
<p><strong>Piotr Pytlakowski twierdzi, że jest pan boiskowym twardzielem. Rozciął mu pan łuk brwiowy.</strong></p>
<p>Pytlak zawsze grał lepiej ode mnie. Jest sprawniejszy. Gra w piłkę, ping-ponga, jeździ na nartach i ogląda sporty zimowe o nieznanych nazwach. Obaj zawsze byliśmy bardzo zajadli, przy czym on bardziej. Dlatego się go bałem. A Pytlak nie lubił grać ze mną w drużynie, bo &#8211; zdaje się &#8211; niezręcznie mu było mnie rugać, a rugać to on lubi. Tak więc idealnym rozwiązaniem była gra w przeciwnych zespołach. No i zderzyliśmy się pewnego razu głowami. On pojechał na zszywanie, mnie bolał łeb. Ale nie biorę odpowiedzialności za jego kontuzję. Bo to on mnie jebnął swoim łukiem brwiowym (śmiech).</p>
<p><strong>Podobno pana gra w meczach redakcyjnych Polityki była antidotum na mękę weekendowej nudy?</strong></p>
<p>Gra w piłkę to jest w ogóle antidotum na wszelką egzystencjalną mękę. Wiem, że zabrzmi to ryzykownie, ale nie ma uniesień dorównujących temu, gdy piłka siada na nodze i wchodzi pod poprzeczkę.</p>
<p><strong>Co dzisiaj zastępuje sobotni mecz?</strong></p>
<p>Lektura klasyków i słuchanie muzyki.</p>
<p><strong>Spotkał pan kiedyś piękną kibickę?</strong></p>
<p>Kibicki są z definicji piękne, w każdym razie piękniejsze od innych kobiet. Ja chyba rzadko, a może nawet w ogóle, miałem do czynienia z kobietami, które nie znały się na piłce nożnej. Moja była żona – nawiasem mówiąc – była córką prezesa Cracovii; nie mówię, że z tego powodu się w niej zakochałem, ale bez znaczenia to nie było.</p>
<p><strong>Zdarzyło się panu uprawiać seks w trakcie meczu?</strong></p>
<p>Nigdy w dogrywce (śmiech).</p>
<p><strong>A</strong><strong> jakie mecze są do tego najlepsze?</strong></p>
<p>Dobrych nie ma. A najgorsze są te, podczas których w telewizorze pokazują siedzącego na ławce Mourinho.</p>
<p><strong>Jaką kobietę chciałby pan zobaczyć na naszej rozkładówce? Oczywiście na golasa, na środku murawy.</strong></p>
<p>Ach oczywiście życzliwą czytelniczkę moich książek. Jak by przy tym była wysoka, szczupła, ciemnowłosa i o szarych oczach, to może nawet kibicować Wiśle Kraków. Moim zdaniem taka postać nie istnieje, ale jak Panowie znajdziecie &#8211; dajcie znać przed sesją. Wybiję jej z głowy pozowanie.</p>
<p><strong>I już naprawdę ostatnie pytanie. Kto wygra?</strong></p>
<p>W czwórce będą Niemcy (jak wyjdą z grupy), Brazylia, jakiś potentat typu Włochy i ktoś zupełnie nie do zgadnięcia. Wygra turniej drużyna, która obudzi się na turniej – może to być jakaś sensacja typu Grecja na ME. Ale w tym roku świat wróci do normy: wygrają Niemcy.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>TEZY O GŁUPOCIE, GRANIU I ŻYCIU:</p>
<p>O słynnym tańcu:</p>
<p>Dudek nie tyle bronił, co strzelcy go trafiali.</p>
<p>O nominacji:</p>
<p>Od Jacka Gmocha dostałem nominację do kategorii: najlepiej piszący o Jacku Gmochu.</p>
<p>O Dodzie:</p>
<p>Dobrze śpiewa, choć biustem od  śpiewu odwraca uwagę. Jak dojdzie do tego, że śpiewem odwróci uwagę od biustu – będzie wielka.</p>
<p>O kibickach</p>
<p>Powiem tak: jak człowiek ogląda z kobietą mecz to znaczy, że to piękna jest kobieta. Jak człowiek  z kobietą ogląda nie tylko mecz ale i rewanż, to znaczy, że to bardzo piękna jest kobieta. Ale jak człowiek zaczyna z kobietą oglądać cały &#8211; dajmy na to – mundial, to znaczy, że trzeba uważać.</p>
<p>O własnym zachowaniu:</p>
<p>Na meczach klnę tyle ile wszyscy.</p>
<p>O Olisadebe:</p>
<p>Ożywić go potrafił tylko Engel.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jerzy-pilch/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wojciech Jagielski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/wojciech-jagielski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/wojciech-jagielski/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 03 Aug 2010 10:35:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Jagielski Wojciech]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=1688</guid>
		<description><![CDATA[ 
 
 
 
PLAYBOY nr 5, 2008 rok
TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller
fot. Mikołaj Długosz

&#8211;

Zaczniemy z grubej rury, a co! Bardzo nas interesują tak zwane reporterki wojenne.
Kobiet jest naprawdę bardzo dużo w tym zawodzie. Ale to wyjątkowo aseksualne towarzystwo.
Aż tak brzydkie?
Nie. W pracy po prostu nie zwraca się na te sprawy uwagi. Jesteśmy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Wojciech-Jagielski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-1695" title="Wojciech-Jagielski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/03/Wojciech-Jagielski.jpg" alt="" width="350" height="230" /></a>PLAYBOY nr 5, 2008 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, Marcin Meller</strong></p>
<p><a href="http://www.mikolajdlugosz.com/ ">fot. Mikołaj Długosz</a><strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>Zaczniemy z grubej rury, a co!</strong> <strong>Bardzo nas interesują tak zwane reporterki wojenne.</strong></p>
<p>Kobiet jest naprawdę bardzo dużo w tym zawodzie. Ale to wyjątkowo aseksualne towarzystwo.</p>
<p><strong>Aż tak brzydkie?</strong></p>
<p>Nie. W pracy po prostu nie zwraca się na te sprawy uwagi. Jesteśmy wyłącznie reporterami czy fotoreporterami, pozbawionymi płci, a nierzadko i osobowości. Nawet wieczorne spotkania w barze hotelowym są pozbawione flirtu. Gada się o tym, co się widziało w ciągu dnia. Rozmowy są piekielnie powierzchowne. Z drugiej strony, nie uczestniczyłem w wielu stadnych wyjazdach, więc nie mam wielkiego doświadczenia.</p>
<p><strong>To przynajmniej podaj swoje typy dziennikarek na naszą rozkładówkę.</strong></p>
<p>Przecież to jest niebywale niebezpieczne. Z tego co wiem, Meller został za coś takiego oblany piwem. Jest taki stereotyp, że dziennikarki jeżdżące w gorące rejony świata nie grzeszą urodą. To oczywiście nie jest prawda. Wydaje mi się jednak, że wiem, skąd taki pogląd się bierze. Ostatnio na lotnisku w Nairobi widzieliśmy z Krzyśkiem (<em>Millerem – fotografem Gazety Wyborczej, z którym Wojtek współpracuje już kilkanaście lat – przyp. red.</em>) bardzo ładną, gustownie ubraną dziennikarkę, ale gdy potem spotkaliśmy ją kilka razy podczas pracy w Kenii, nie miała już w sobie nic z tej fajności. Była aseksualna. Dlaczego? Bo wyglądała, tak jak my. Biegała w bojówkach i ciężkich butach. Z przyciągającej uwagę dziewczyny zmieniła się w zwykłego reportera.</p>
<p><strong>Czy zdarzają się romanse między reporterami?</strong></p>
<p>Niewiele. Ale pamiętam przynajmniej jeden. Moja znajoma &#8211; Maria, włoska dziennikarka, zakochała się w pewnym Hiszpanie, też dziennikarzu. Zostawił dla niej żonę. W 2001 roku zginął razem z Marią w Afganistanie. Zabili ich talibowie na drodze pod Dżelalabadem. To była głośna sprawa.</p>
<p><strong>Musimy cię jeszcze spytać, jak oceniasz urodę mieszkanek krajów, w których pracujesz.</strong></p>
<p>Najbardziej podobają mi się Wietnamki &#8211; najpiękniejsze kobiety Azji. W Afryce prześliczne są Somalijki. O afgańskiej urodzie nie jestem w stanie powiedzieć nic albo bardzo niewiele. Na pewno jednak nie jest to mój typ. Trudno mi też mówić o kobietach z Czeczenii. Te, które spotykałem, nie znajdowały się w sytuacjach skłaniających do oceny urody. To są kobiety ciężko pracujące, zwykle wyglądające jak kuchty domowe. Spocone czoła, chustki na głowach… Tam kobiety pokazują się, kiedy mężczyźni wołają je do stołu, aby wypić ich zdrowie. Panie ładnie dziękują i za chwilę wracają do kuchni.</p>
<p><strong>Potrafiłbyś ocenić poczucie humoru poszczególnych nacji?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W skali od 1 do 10? Czeczenia i cały Kaukaz zdecydowanie 12. Czarny i absurdalny humor. Można powiedzieć, że w typie angielskim. Taki lubię najbardziej. Oni zawsze śmieją się z samych siebie. Pamiętam, że byłem w Gruzji podczas Olimpiady w Barcelonie. Pewnego razu gruziński gospodarz zapytał mnie, w jakich dyscyplinach zdobyliśmy medale. Powiedziałem mu. On na to machnął ręką i powiedział: „Gruzini też zdobyli trzy medale, wszystkie w sportach walki”. Ale potem zadumał się i dodał: „To dziwne, że nie zdobyliśmy nic w strzelectwie. Cały naród trzeci rok trenuje, a jednego medalu nie potrafiliśmy zdobyć”. Ormianie mają podobne, dla mnie fenomenalne, poczucie humoru.</p>
<p><strong>A poza Kaukazem?</strong></p>
<p>Nigdy nie widziałem Afgańczyka śmiejącego się z samego siebie. Nie stać ich na to. Są skrępowani powagą. Afrykanie z kolei mają ogromne poczucie humoru, choć pozbawione ciętej riposty. Czarnego humoru też raczej nie lubią. Ale generalnie są wesołkowaci. Zdarzają się jednak wyjątki &#8211; Kenijczycy to ponuraki. Kenię lubię, ale nigdzie w Afryce nie jest tak smutno. Nawet, jak gdzieś jest wojna domowa, to w hotelu zawsze coś się dzieje, zwykle słychać dużo śmiechów. Poza Kenią. W ogóle uważam, że mieszkańcy Afryki Zachodniej są pogodniejsi. Lepiej się bawią i są nieustannie skorzy do żartów.</p>
<p><strong>Dodatkowo lepiej grają w piłkę. Dlaczego?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie mam zielonego pojęcia. Jak byłem w Kenii, również o to pytałem. Bywałem tam na meczach, widziałem tłumy ludzi interesujących się futbolem, a nawet utrzymujących, że mają dobrych piłkarzy. Drużyny ze wschodu Afryki są jednak, poza Egiptem, strasznie słabe. Tanzania, Kenia, Mozambik, Etiopia, Uganda, Sudan. Mizeria. Ugandyjczycy i Kenijczycy mają świetnych biegaczy i bokserów. Piłkarzy &#8211; fatalnych, co dziwi, bo to przecież brytyjska strefa.</p>
<p><strong>Jak jest Puchar Narodów Afryki, siedzisz parę godzin przed telewizorem?</strong></p>
<p>Nie. To nie mistrzostwa Europy albo świata. Tak naprawdę to nie jest jeszcze dobra piłka, choć ja akurat uwielbiam piłkę nożną w każdym wydaniu. Mieszkam pod Piasecznem i często przejeżdżam obok krzywego boiska Sparty Jazgarzew. Za każdym razem aż mnie skręca, żeby zatrzymać się i popatrzeć choćby przez płot jak grają.</p>
<p><strong>Jak w piłkę gra Afganistan?</strong></p>
<p>Fatalnie. Po obaleniu talibów sformowali drużynę narodową i wystąpili w mistrzostwach kontynentu. Dostali łupnia od Nepalu, co było dla nich okropnym upokorzeniem. Potem mieli grać z Bhutanem, ale chyba nie pojechali na mecz. Najlepszy ich piłkarz marzył o kontrakcie w Iranie, bo nawet tamtejsza druga liga jest dla Afgańczyków prawdziwym Eldorado. Jak widać, każdy ma swoje Niemcy.</p>
<p><strong>A ty jako młodziak na jakiej pozycji grałeś?</strong></p>
<p>Głównie w ataku, na skrzydle. Zawsze chciałem mieć święty numer 18 &#8211; Robert Gadocha grał z 18. na mistrzostwach świata. Grać jak Gadocha &#8211; to było marzenie. Parę razy mi się udało. Kiedyś,  podczas wymiany studentów w Finlandii, trafiłem na mistrzostwa miejscowego uniwersytetu. Skaperowali mnie do drużyny wydziału nauk politycznych. Pierwszy raz zagrałem przy sztucznym świetle i strzeliłem dwie bramki w finale.</p>
<p><strong>W jakim najdziwniejszym miejscu na świecie oglądałeś transmisję meczu?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W Kabulu podczas Mistrzostw Świata w 2002 r. Mecz Senegal-Szwecja. Na tamtejszym stadionie piłkarskim ustawiono gigantyczny ekran, na którym puszczano bezpośrednie transmisje. Niewiele było widać, bo afgańskie słońce świeciło bardzo mocno. Na stadionie zebrały się tłumy ludzi. Dla Afgańczyków mistrzostwa były wydarzeniem szczególnym, bo mieli świadomość, że oglądają te same mecze w tym samym czasie co Europejczycy. Bardzo ich to motywowało. Rok wcześniej na tym samym stadionie dokonywano publicznych egzekucji. Ludzi wieszano na bramkach. Tu igrzyska, i tu igrzyska.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że ty też myślałeś o igrzyskach. Jako bokser.</strong></p>
<p>E, tam, marzenia. Kiedyś chciałem być dziennikarzem sportowym. Bardzo interesowałem się boksem i wymyśliłem sobie, że jak chcę pisać o boksie, to muszę przynajmniej zobaczyć jak to jest. Poszedłem na salkę treningową Polonii na Foksal. Łaziłem tam z rok. Wtedy dopiero zobaczyłem, że można mieć silne ręce, nogi, doskonałą technikę, ale jak się ktoś nie potrafi bić, to nie będzie z niego boksera. Podsumowując, dostałem niejednokrotnie po głowie.</p>
<p><strong>Czy zanim zostałeś dziennikarzem, zarabiałeś w jakiś inny sposób?</strong></p>
<p>W 1980 i 1981 r. pracowałem zmywając naczynia w knajpach w Anglii. Zawsze wyjeżdżałem z nastawieniem, że przy okazji będę się uczył angielskiego. Za pierwszym razem trafiłem do knajpy francuskiej, gdzie po angielsku mówił tylko szef kuchni. A za drugim razem trafiłem do Włochów i z całego personelu najlepszy z angielskiego byłem ja. W Polsce były wtedy strajki i przez media przewijało się nazwisko Mieczysława Jagielskiego (<em>członek Biura Politycznego, przewodniczący komisji rządowej prowadzącej negocjacje z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym w Gdańsku, w sierpniu 1980 r. – przyp. red.</em>). Wszyscy za granicą byli przekonani, że muszę być z nim spokrewniony. Zresztą w Polsce też miałem krzyż pański. Przez całe studia. Kiedyś pewien profesor zapytał mnie na egzaminie wprost, czy ja jestem z tych Jagielskich. Miałem takich pytań serdecznie dosyć i przytaknąłem. Egzamin poszedł mi bardzo marnie. Profesor jednak zdecydował się mnie przepuścić, wziął indeks, przejrzał i nagle się zdziwił „Tu jest napisane, że pana ojciec ma na imię Józef. A mówił pan, że jest z tych Jagielskich”. Ja na to: „A o jakich Jagielskich pan pytał?”. Strasznie się zdenerwował.</p>
<p><strong>Z innym Jagielskim muszą cię mylić jeszcze częściej. Nawet Leksykon PWN zrobił z was jedną osobę. </strong></p>
<p>Nawet nie wiedziałem. Powiem wam, że w PAP-ie byli przekonani, że Wojtek Jagielski z radia Zet to ja. Z kolei koledzy mojego syna mieli kiedyś do niego pretensje, że kiepską muzykę puszczam w radiu. A żeby było śmieszniej, jest jeszcze jeden Wojciech Jagielski, autor tekstów. To on napisał piosenkę o księżniczce Annie, która spadła z konia. Kiedyś, jak pracowałem w telewizji, zrobiono z nas jedną osobę, myląc numery kont i adresy. Pieniądze krążyły w tę i z powrotem. Któregoś razu z kolei, Wojtek Jagielski – dla porządku dodam &#8211; dziennikarz radiowy i telewizyjny &#8211; zaprosił nas obu do swojego programu. Było więc trzech Wojciechów Jagielskich. Niestety to nie pomogło. Pomyłki zdarzają się do tej pory i często działa to w dwie strony. Na przykład różni dobrzy ludzie współczują mamie Wojtka, że jej syn musi jeździć na te wszystkie straszne wojny.</p>
<p><strong>Twoja pierwsza poważna robota dziennikarska to PAP. Jakie masz wspomnienia?</strong></p>
<p>Fantastyczne! Pamiętam, że obowiązywała wtedy śmieszna terminologia. W Salwadorze byli partyzanci, bo lewicowi. Ale już w Nikaragui byli rebelianci, bo prawicowi. NATO miało helikoptery, Układ Warszawski – śmigłowce. Układ był układem, NATO – paktem, bo tak agresywniej brzmiało. Ale tak na poważnie to w PAP-ie wymagali fachowości, którą jestem zainfekowany do dzisiaj. Jak ktoś zajmował się Bliskim Wschodem, to musiał wiedzieć, co się jutro wydarzy w Jordanii. O dzisiejszej sytuacji w Kenii można napisać w sposób banalny, ale mnie ciekawi, skąd to się wzięło i dlaczego. I ja to wiem. Dla samego siebie. To mam dzięki PAP.</p>
<p><strong>Czy taka infekcja nie bywa zmorą?</strong></p>
<p>Prawie zawsze. Jeżeli chcę napisać o tej Kenii stronicowy tekst muszę, zanim się do tego zabiorę, przeczytać wszystkie depesze, które schodzą danego dnia. Muszę być pewny, że w 98. depeszy nie znajdę nic nowego. Gdybym nie czytał, nie miałbym takiej pewności. 90 procent mojego dziennikarstwa to czytanie i dowiadywanie się, że nie dowiedziałem się niczego nowego. Pod „moim panowaniem” jest około 70 krajów, więc to naprawdę ciężka przeprawa. kopiuję wszystkie depesze, a te którymi w danej chwili nie mam czasu się zająć i czekam na lepszy moment. O takich Sierra Leone czy Liberii  mam archiwum z depeszami z 10 lat. Chciałbym kiedyś to przekopać. Zwykle pisze się na jakiś temat raz. A napisać raz i zrobić to byle jak, to zmarnować okazję, to przestępstwo.</p>
<p><strong>Czyli jesteś perfekcjonistą. My to pochwalamy, ale musi to być męczące na dłuższą metę&#8230;</strong></p>
<p>Niestety, praca dziennikarska, którą sobie wymyśliłem, jest katorgą. Głównie dla rodziny. I nie wiem, czy to jest warte efektów tej pracy. W sumie jestem cały czas zajęty. Nawet jak nie piszę, to myślę o pisaniu albo przygotowuję się do niego. Za dużo czasu poświęcam swojej pracy, ale tak to jest, kiedy praca jest jednocześnie pasją. Wpada się w specyficzny egocentryzm i nie docenia się innych rzeczy &#8211; rodziny, znajomych, kumpli. Teraz piszę książkę, ale gdy skończę, będę próbował to zrównoważyć, bo wszystko trzeszczy w szwach. Dłużej tak żyć się nie da.</p>
<p><strong>No właśnie. Wkrótce twoja kolejna książka. Tym razem o Afryce.</strong></p>
<p>To nie będzie powieść ani reportaż. Raczej opowiadanie. Sporo czasu spędziłem w Ugandzie, przyglądając się tamtejszej Bożej Armii Oporu, jedynej na świecie armię, która składa się z porywanych dzieci. Ofiary są w niej jednocześnie oprawcami i od tej reguły nie ma prawie wyjątków. Chciałem o tym pisać, ale wyszło moje aroganckie, kretyńskie nastawienie dziennikarza – pojedziesz, poznasz kogoś i napiszesz. Oczywiście nie ma szans, żeby napisać prawdziwą książkę o tym, bo nie jestem dzieckiem, nie zostałem porwany i nigdy nie zaznałem takiego koszmaru. Wpadłem więc na inny pomysł &#8211; żeby opisać to, że czegoś nie mogłem nie napisać. Że dziennikarzenie jest w gruncie rzeczy naskórkowe i nie najważniejsze. Znam dziennikarzy, którzy po zetknięciu się z takimi dramatami porzucali zawód i zaczęli zajmować się działalnością humanitarną lub adopcją sierot afrykańskich.</p>
<p><strong>Kapuściński twierdził, że głównym bohaterem jego książek był on sam. Podobnie jest z tobą?</strong></p>
<p>Po pierwsze on był pisarzem, a wcześniej dziennikarzem. Ja wciąż jestem dziennikarzem, który w przyszłości może stanie się pisarzem. Uważam za karygodne, gdy głównym bohaterem opowieści dziennikarskiej dziennikarz czyni samego siebie. Mnie nie obchodzi, czy on się boi albo czy mu się coś  podoba. Stany fizjologiczne dziennikarza mnie nie interesują. Ale z książką jest inaczej. Nawet gdy nie pisze się w pierwszej osobie, to opowiada się od siebie i w gruncie rzeczy o sobie. <em>Cesarz</em> jest opowieścią Kapuścińskiego. Nikogo innego. Ja też staram się podążać tym tropem. To będzie spojrzenie na Ugandę moimi oczami. Nie jestem narcyzem, więc moja osoba jest potrzebna czytelnikowi tylko po to, żeby poprowadzić go za rękę i opisać mu świat, który obserwowałem.</p>
<p><strong>Wydaje się nam, że gdybyśmy chcieli z tobą porozmawiać o Kapuścińskim, rozmowa nie miałaby końca.</strong></p>
<p>Bo to był geniusz. Ale on harował sto razy bardziej niż inni. Ludzi z jego pokolenia z takim talentem, a może nawet większym, sam miałem okazję poznać. Giełżyński, Górnicki, który miał najlepsze pióro, jakie czytałem. Ale oni tak nie tyrali. Sam Giełżyński przyznał, że był w tym samym czasie co Kapuściński w Iranie i napisał zupełnie inną książkę. Jedni piszą po prostu o Iranie, inni mają pomysł na to, co przez ten Iran opisać. Talent nie poparty katorżniczą pracą nie przynosi efektów.</p>
<p><strong>Masz w takim razie predyspozycje. A co z twoją formą fizyczną?</strong></p>
<p>Kilka lat temu byliśmy z Krzyśkiem w Czeczenii. Spotkaliśmy się z partyzantami, którzy nabrali do nas takiego zaufania, że zaprosili do swojej górskiej bazy. Mieliśmy iść 25 kilometrów dziennie. Wydawało mi się to spokojnie do zrobienia. W końcu kiedyś przeszedłem na piechotę prawie cały Hindukusz! Nie mogliśmy jednak ruszyć z partyzantami już zaraz, umówiliśmy się na jesień. Nazajutrz pojechaliśmy do Inguszetii. Chciałem, żeby Krzysiek zrobił fotografie wież z kamienia, które miały być tytułem mojej książki. Stały na pagórkach, kilkaset metrów marszu pod górę. Obaj prawie wyzionęliśmy ducha &#8211; pocieszałem się, że Miller padł pierwszy. Dziękowaliśmy Bogu, że jednak nie wybraliśmy się z partyzantami w te góry. Musieliby nas chyba tam zanieść. Albo zostawiliby nas gdzieś na łące na pastwę Rosjan czy wilków. Wiem, że choćby z powodu wieku i słabszej kondycji niektórych rzeczy już w swoim zawodzie nie zrobię. I to takich, które parę lat wcześniej były w moim zasięgu. Są młodsi ode mnie. Niech robią. Co prawda niewiele wiedzą, ale są silni, chcą i pchają się, jak na prawdziwych wolnych strzelców przystało. Bez tego nic by nie napisali i niczego by nie sprzedali. Ja powoli ustępuję im miejsca. Raz, że jestem słabszy fizycznie, dwa, że nie mam o czym z nimi pogadać, bo jestem o połowę starszy. Dobrze, że jeżdżę z Millerem, który do młodziaków nie należy. Jesteśmy trochę jak tych dwóch starych szyderców z loży z Muppet Show. Naśmiewamy się z młodszych, komentujemy stroje, srogie miny „korespondentów wojennych”. Chyba nie mogą nas lubić.</p>
<p><strong>Z kim spędzasz więcej czasu: z żoną czy z nim?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W Warszawie w ogóle się nie spotykamy. Pracujemy na innych piętrach, dzwonimy do siebie, esemesujemy, ale piwo czy wódka raczej się nie zdarzają. Spotykamy się na lotniskach.</p>
<p><strong>W Warszawie nie, ale w takim Tadżykistanie…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>A i owszem. Pewnego razu wracaliśmy nocą z restauracji. Poszedłem za potrzebą w ustronne miejsce. Okazało się, że sikam na żywopłot okalający Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Wtem poczułem na ramieniu ciężką łapę wartownika, który oznajmił, że aresztuje mnie za bezczeszczenie symboli władz państwowych. Nazajutrz mieliśmy jechać do Afganistanu, czekał już helikopter. Miller bardzo się wtedy przydał. Krzysiek nie jest może mistrzem języków obcych, ale nie ma też żadnych problemów komunikacyjnych. Ze wszystkimi świetnie się dogaduje. Rzucił się na Tadżyka i krzyczał: „Brat, pacziemu? My waszu stranu zaszcziszczali!” (<em>Bracie, czemu? My broniliśmy waszego kraju!</em>). Strażnikowi opadła szczęka ze zdziwienia. Nic nie rozumiał. Jego kraj był przez cudzoziemców raczej podbijany, nie wiedział dlaczego więc jest winien nam wdzięczność. Ale uległ, puścił nas. Z Millerem uzupełniamy się: on jest dwa razy większy ode mnie, ja częściej odgrywam rolę tego złego, surowego kierownika. On wtedy gra tego dobrego, swojego chłopa, co to do rany przyłóż. Tej samej nocy, po przygodzie przy MSZ, Krzysiek postanowił wybrać się jeszcze na piwo do pobliskiej dyskoteki, gdzie głównie pojawiały się dziewczyny czekające na klientów. Ja zostałem w hotelu, bo miałem już dosyć przygód. Nie minęła jednak chwila, a Miller wrócił. Okazało się, że choć lokal świecił pustkami, przysiadło mu się do stolika trzech Tadżyków w skórzanych kurtkach. Krzysiek postanowił się śpieszyć, ale z tych nerwów wylał wódkę z sokiem pomidorowym na białe spodnie jednego z nowych znajomych. Tej nocy już nigdzie więcej z hotelu nie wychodził.</p>
<p><strong>Raz piwo uratowało ci podobno skórę.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kiedyś, też w Duszanbe, aresztowano mnie dwieście metrów przed hotelem. Nie miałem ze sobą paszportu. Policjanci oświadczyli, że wyglądam im na szpiega  i że jak mnie na 48 godzin zamkną, to zaraz się wyjaśni, co i jak. Na szczęście wracałem z zakupów i miałem ze sobą kilka piw. Oddałem je policjantom i mnie puścili. Od początku chodziło im tylko, żeby wyciągnąć ode mnie parę groszy, cokolwiek. Krzyśka aresztowali w Uzbekistanie za palenie papierosów w miejscu publicznym. W Azji środkowej takie sytuacje zdarzały się nam co krok.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Ale znajomości z ekstrawaganckimi książętami w Afganistanie chyba nie zdarzają się nagminnie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To nie był żaden książę! To jest problem Krzyśka – wszystko mu się myli. To było w 1992 r. Jadąc z Kabulu do Mazar e-Szarif zatrzymaliśmy się w miasteczku Pul e-Chumri. Przed hotel, w którym się rozłożyliśmy, niespodziewanie zajechali żołnierze. Pytali o cudzoziemców. Okazało się, że przysłał ich ich komendant Sajjed Dżaffar Nodeiri, syn przywódcy miejscowych ismailitów  (<em>odłam szyicki uznający jedynie 7 imamów – przyp. red.</em>). Dżaffar dostał właśnie awans, kolejną generalską gwiazdkę i postanowił to uczcić. Posłał żołnierzy w miasto, by wyłapali mu wszystkich cudzoziemców. Tak sobie zapraszał gości na przyjęcie. W latach 80. jego ojciec trafił do więzienia komunistów. Spodziewając się kłopotów, jeszcze przed aresztowaniem wysłał swoją rodzinę do Ameryki. Dżaffar mieszkał więc w Pensylwanii i żył jak Amerykanin. Robił frytki w McDonaldzie, przystał do Aniołów Piekieł, grał w kapeli heavy-metalowej. Kiedy mudżahedini obalili komunistów i przejęli władzę, ojciec kazał mu wracać. Dżaffar przyjechał i został wojskowym dowódcą ismailitów. Dla miejscowych był bogiem. Kiedy pojawiał się w mieście, ludzie podchodzili, żeby go dotknąć. Jak papieża w Polsce. Ze Stanów przywiózł Harleya, którym jeździł po całym Afganistanie. Miał długie włosy i czarny, skórzany długi płaszcz z napisem Hell&#8217;s Angels. Generalski awans chciał uczcić po dawnemu. Potrzebował więc nie tubylców, lecz cudzoziemców. Jego żołnierze złowili więc w mieście nas dwóch z Millerem, Marysię Wiernikowską jeszcze trzech brytyjskich saperów. Zabrał nas wszystkich do swojej siedziby, by podjąć, jak pan Bóg przykazał, ruską wódką i afgańskim haszyszem. Kiedy Marysia zażyczyła sobie w środku nocy mleko do kawy, Dżaffar posłał żołnierzy w góry, żeby wydoili krowy. Wieczorem, kiedy muezin z meczetu wzywał wszystkich pobożnych poddanych Dżaffara na modlitwę, on, mając już nieźle w czubie, wystawił na werandę kasetowy magnetofon i na cały głos puszczał <em>Highway to hell</em> AC/DC. Prosił nas, żebyśmy następnym razem mu przywieźli mu kasetę Nirvany, o której tylko słyszał.</p>
<p><strong>Co dzieje się z rodziną, która pomagała ci w Czeczenii?</strong></p>
<p>Isa wyjechał z Czeczenii mniej więcej rok po moim powrocie do Polski. Mówił, że przez to, że nas ukrywał, zadenuncjował go jakiś wróg i rodzina musiała uciekać. Najpierw wyjechał do Paryża jego starszy syn Asłan. Po jakimś czasie reszta rodziny stanęła na polskiej granicy. Isa zadzwonił, że jest w Terespolu. Dla świętego spokoju postanowiłem spróbować coś zrobić. Zadzwoniłem na granicę. Odebrał jakiś oficer. Przedstawiłem się i opowiedziałem swoją historię. Oficer ich przepuścił. Dla Isy był to dowód na to, że mogę załatwić absolutnie wszystko. Wymyślił sobie, że wszystko załatwię, od statusu uchodźcy poczynając. Miałem z nim krzyż pański, bo często chciał się spotykać, przychodzić w gości, a ja byłem bardzo zapracowany. Szczęśliwie, dla nich i dla mnie, wychodziłem im status uchodźcy i dzięki temu mogli wyjechać do Francji. Utrzymujemy kontakt do tej pory. Czasem dzwoni i zaprasza mnie na wakacje. Mówi: &#8220;Przyjedź do nas, do Paryża&#8221;. Urodziło mu się już sześcioro wnucząt. Pierwszemu dali na imię Mohammed-Alexandre. Mohammed od proroka, Alexandre &#8211; od Dumas, który podróżował po Kaukazie i którego książki czytałem uwięziony w mieszkaniu Isy w Cziri-Jurcie.</p>
<p><strong>Jak go poznałeś?</strong></p>
<p>Jechałem do Czeczenii na wywiad z Maschadowem, który przez pośredników umawiałem od dłuższego czasu. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Z Moskwy na Kaukaz byłem przekazywany z rąk do rąk, coraz bliżej Maschadowa. Ale w Inguszetii łańcuszek się urwał. Nikt z Czeczenii po mnie nie przyjechał. Po kilku dniach oczekiwania, znalazłem taksówkarza, któremu dałem list, z prośbą o doręczenie go mojemu kolejnemu kontaktowi. Okazało się jednak, że wyjechał za granicę, ale jego kuzyn – Isa – zaoferował mi pomoc. Wyglądał jak gangster z mafii. Wielki, zwalisty, ubrany na czarno, w dużym czarnym kapeluszu. Był takim starszym wsi, królem dzielnicy. Wziął organizację wywiadu na siebie. Trzymał nas (bo był tam również ze mną fotoreporter Robert Kowalewski) w swoim domu jakieś półtora miesiąca. Nic jednak z tego nie wynikało. Kolejni kurierzy od Maschadowa kazali czekać na następną wiadomość. Robert wyjechał, zabierając moje korespondencje, pisane w mieszkaniu Isy. Ja postanowiłem zostać, jeszcze poczekać. W końcu Isa stracił cierpliwość. Uznał chyba to moje czekanie za uszczerbek na swoim honorze, poczuł się odpowiedzialny za Maschadowa. Któregoś dnia wsadził mnie do samochodu i najzwyczajniej w świecie zawiózł do Maschadowa. Nie mam pojęcia, skąd się dowiedział, gdzie go znaleźć. Żołnierze Maschadowa mało nas tam nie rozstrzelali. Wzięli nas za szpiegów, a przynajmniej byli przekonani, że zaraz ściągniemy za sobą Rosjan. Maschadow skrzyczał nas i kazał się wynosić. Zabrał ode mnie tylko pytania, jakie zamierzałem mu zadać. Odpowiedzi nagrał na kasetę magnetofonową, którą odesłał mi przez kurierów do Moskwy. Miałem wtedy wiele szczęścia. Sprzyjało mi choćby dlatego, że jeszcze w Inguszetii zepsuł mi się telefon satelitarny, który zamierzałem zabrać do Czeczenii. Zepsuty zostawiłem w hotelu w Inguszetii. Gdyby się nie zepsuł i gdybym go zabrał, byłoby po mnie. Rosjanie mają monitoring telefonów satelitarnych w Czeczenii. Wtedy o tym nie wiedziałem. Wiedzą, ile telefonów jest w Czeczenii, nie wiedzą tylko do kogo należą. Wystarczyłoby, żebym uruchomił mój telefon, a dowiedzieliby się, że w Czeczenii pojawił się jakiś nowy. Wiedzieliby, gdzie jest i zapewne posłaliby żołnierzy, żeby sprawdzili, kto z niego dzwoni. Przebywałem w Czeczenii nielegalnie, uznaliby mnie za szpiega, terrorystę. W najlepszym razie wylądowałbym w więzieniu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Wtedy pomagali ci Czeczeni, dzisiaj to ty pomagasz im.</strong></p>
<p>Co pół roku dzwoni jakiś Ahmed lub jakiś Osman i mówi: „Pomóż”. W kółko ta sama historia. Byłem gdzieś, oni mi jakoś pomogli, i teraz chcą, żeby zaświadczyć kim są, co w ich przekonaniu uwiarygodni ich starania o azyl. Ciężko im odmawiać. A może to ja po prostu nie umiem odmawiać.</p>
<p><strong>My słyszeliśmy, że masz problem, bo tamte rejony już cię „nie kręcą”.</strong></p>
<p>Czuję, że na Kaukazie już wszystko zrobiłem co miałem do zrobienia i wszystko, co miałem do powiedzenia &#8211; powiedziałem. Napisałem książkę, która podsumowała tamten czas. W 1998 r. pojechaliśmy z Krzyśkiem Millerem do Azerbejdżanu, Armenii i Gruzji. Ze zdziwieniem zauważyłem, że zadając pytania wszystkim napotkanym ludziom, wiedziałem, co mi odpowiedzą, w ogóle nie byłem ciekaw co mówią. Wszystko mi spowszedniało. Oczywiście dalej będę się zajmował tymi rejonami jako dziennikarz, podobnie jak Afganistanem, ale już bez tej dawnej pasji i ciekawości. Poza tym nie lubię zbiegowisk i stadnego dziennikarstwa. Gdy ja jeździłem na Kaukaz, wszyscy jeździli na Bałkany i na Bliski Wschód. Bardzo mi to odpowiadało.  Podobnie z Afganistanem, do którego dzisiaj jeżdżą prawie wszyscy.</p>
<p><strong>Nawet Anna Mucha.</strong></p>
<p>Sami widzicie! W zeszłym roku w Afganistanie trafiliśmy na plan filmowy, gdzie nagrywano rozliczeniowy serial o mudżahedinach. Nazywał się <em>Prawo i sprawiedliwość.</em> Reżyser, Australijczyk, też się bardzo ucieszył, że spotkał Polaków. „Wiem, wiem &#8211; powtarzał &#8211; to u was rządzą bliźniacy i partia, co nazywa się tak samo jak mój film!<strong>”</strong><strong><strong> </strong></strong>Doszliśmy do wniosku, że skoro w Afganistanie kręcą już seriale, to znaczy, że niewiele przypomina nasz Afganistan mudżahedinów i talibów, do którego z takim uporem maniaka powracaliśmy. John Rambo, niedościgniony wzór wszystkich korespondentów wojennych, powiedziałby: to już nie jest mój Afganistan.</p>
<p><strong>Nie do końca lubisz dzisiejsze standardy dziennikarstwa.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Często słyszę, jak ktoś mówi, że dziennikarstwo to jego pasja. Ciekaw jestem, czy zgodziłby się pisać artykuły bez podpisywania ich swoim imieniem i nazwiskiem. Jeśli dziennikarstwo jest pasją, to powinno wystarczyć. Chyba że tak naprawdę pasją jest zostać sławnym. W PAP-ie podpisałem swój pierwszy tekst po trzech latach terminowania. Dzisiejsi stażyści piszą pod nazwiskiem już drugi, trzeci tekst i są wkurzeni, że ktoś im nie chce tego wydrukować. Czyli ich pasją jest chęć pokazania nazwiska, twarzy. Dzisiaj dziennikarstwo, poza rolą informacyjną, pełni też funkcję rozrywki. Telewizja wprowadziła do tego zawodu element rozrywki. Może jestem staromodny, ale nie odpowiada mi to. Nie mogę się z tym pogodzić, a co najważniejsze – nie nadaję się do tego. Dla mnie wtedy nie ma dziennikarstwa. Poza tym paranoją jest ten wyścig ze wszystkimi i o wszystko. Kiedy się goni, nie ma czasu na refleksję. Mamy więc zawody &#8211; kto pierwszy, ten lepszy &#8211; a w rezultacie byle jakie artykuły, byle jakie korespondencje. Byle jakie, ale błyskawiczne. I tylko u nas.</p>
<p><strong>Na początku lat 90., szczególnie w polskich mediach, tej paranoi nie było, bo być nie mogło. To technika ruszyła do przodu. </strong></p>
<p>Fakt, ale przed rewolucją techniczną, czyli komórkami, internetem itd. miało się możliwość fizycznego kontaktu z historią. Jak był pucz w Moskwie, to go widziałem. Dzisiaj niektórzy siedzą przed komputerem lub telewizorem w domu czy hotelu i piszą korespondencje nie wyściubiając nosa na zewnątrz. Kiedy Hongkong jednoczył się z Chinami, niewielu dziennikarzy zostało w mieście na noc. Większość oglądała tę noc w telewizorach, żeby nie przegapić żadnego słowa z wygłaszanych przemówień, nie uronić żadnego oświadczenia. Jakże mi było ich żal. Stracili taką noc! W środku nocy w trakcie zwijania flagi brytyjskiej zerwała się ulewa. Szkocka orkiestra grała ckliwie, Anglicy płakali. Potem, już nad ranem, popędziliśmy nad granicę z Chinami, żeby zobaczyć, jak w tej ulewie chińskie wojsko z łopoczącymi czerwonymi flagami przekraczało granicę. Tylko my pojechaliśmy na tę granicę. I warto było. Fizyczne obcowanie z historią to chyba największy przywilej i nagroda w tym całym dziennikarstwie.</p>
<p><strong>Czy są miejsca, do których bałbyś się teraz pojechać?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Oczywiście. Choćby Somalia. Dzisiaj jest stosunkowo łatwo wjechać do Mogadiszu, ale już bardzo trudno wyjechać. Rzecz jasna, dziennikarze jeżdżą, ale we mnie nie ma już tej dawnej naiwnej nieświadomości. Do Somalii jednak pojadę, wcześniej czy później. Bardzo chciałbym. Skończyły się natomiast moje wyjazdy do Czeczenii. Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałem za tymi wyjazdami. Zawsze miałem podskórne przeczucie, że spotka mnie tam coś złego.</p>
<p><strong>Ze strony Rosjan?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Raczej ze strony Czeczenów. Bałem się, że zostanę uprowadzony, sprzedany. Podczas pierwszej podróży, w styczniu 1992 r., pierwszym Czeczenem, którego spotkałem w Groznym, był podejrzany facet, który przedstawiał się jako minister ds. gospodarczych prezydenta Dżochara Dudajewa. Przestrzegał mnie, żebym dobrze napisał o prezydencie. I potem, niby od niechcenia, zapytał, czy wiem, gdzie jest ulica Mierosławskiego na Żoliborzu. Typowa mafijna pogróżka. Okazało się, że ten Rusłan miał biuro w Warszawie, w którym działy się najpewniej bardzo dziwne rzeczy. Po kilku latach dowiedziałem się, że zginął. Pojechał ze swoim bratem do Londynu, żeby drukować tam czeczeńskie pieniądze i paszporty. Zastrzelono obu. Ilekroć jechałem do Czeczenii, wynajmowałem straż przyboczną i karabiny na jej uzbrojenie. Potem, kiedy nocą wybierałem się do wychodka w podwórzu, odprowadzał mnie gówniarz z karabinem, kupionym za moje pieniądze. Niechcący miałem więc wkład w powstawanie dziecięcych armii. Czeczenia to kraj, w którym nigdy nie wiesz do końca, z kim rozmawiasz, kto czym się naprawdę zajmuje i czego możesz się po nim spodziewać.</p>
<p><strong>Pamiętamy, że pośrednio brałeś udział w negocjacjach dotyczących uwolnienia Polek, porwanych w 1999 r. O co chodziło?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W listopadzie 1999 r. zadzwonił do mnie mój znajomy z Czeczenii, u którego mieszkałem, gdy byłem tam we wrześniu i październiku. Rozmawialiśmy wtedy o porwanych w sierpniu Polkach, mówiłem mu, żeby się rozglądał, a jeśli się czegoś dowie &#8211; dzwonił. I oto zadzwonił. Powiedział, żebym przyjechał do Tbilisi i że nie pożałuję. Pojechałem. W Gruzji skontaktował się ze mną pewien Czeczen, który poprosił, żebym umożliwił mu spotkanie w tej sprawie z odpowiednimi ludźmi z Polski. Tak to się zaczęło. On mi mówił, co mam im powiedzieć, oni &#8211; co mam powiedzieć jemu. W pewnym momencie Said powiedział, że ci, którzy przetrzymują Polki, chcą je uwolnić, ale chcą mieć na to świadka, i że wybrali mnie. Skądś o mnie wiedzieli i uznali, że będę odpowiedni. Miałem w środku zimy jechać w góry, na granicę z Gruzją, żeby dać świadectwo. Jedni mówili: jedź, inni &#8211; to pułapka. Byłem skołowany. Już nie wiedziałem czy stół, przy którym siedziałem, to jeszcze stół. Facet mówi, że chce pomóc, ale przecież równie dobrze może być jednym z porywaczy. Zacząłem się zastanawiać, kto mną gra i w jakim celu. A gdybym tam pojechał i którejś z tych kobiet coś by się stało? Co wtedy? Sytuacja była obrzydliwa. Uratowało mnie to, że Said, który kazał już mi kupować w Tbilisi rękawiczki i ciepłe kalesony na drogę w góry, podczas kolejnego tajnego spotkania na zatłoczonej alei Rustawelego oznajmił, że ci, co mają Polki, wszystko odwołują. Wróciłem do Warszawy. Dalej dostawałem telefony, ale już tylko przekazywałem informacje i numery telefonów.</p>
<p><strong>Jak często wychodziłeś z różnych opresji dzięki fartowi?</strong></p>
<p>To, że żyję, zawdzięczam fartowi, zbiegom sprzyjających okoliczności. Szczęście sprzyjało mi zresztą nie tylko w chwilach zagrożenia. Wielokrotnie przyjeżdżaliśmy z Krzyśkiem Millerem w jakieś miejsce i za chwilę dochodziło do strzelaniny albo pojawiała się szansa na coś wyjątkowego, najważniejszego na świecie. Myślę, że to głównie z powodu Krzyśka. On po prostu przyciąga szczęście. Jest największym niepoprawnym optymistą, jakiego znam. Ostatnio w samolocie do Kampali mówi do mnie: „Słuchaj, jedźmy do jakiegoś dobrego hotelu, gdzie mieliby Canal+. Zobaczylibyśmy jak Legia grała z Odrą Wodzisław. Najpierw myślałem, że się wygłupia, ale on tak na serio. Kiedyś tłumaczyłem mu, że nie ma najmniejszych szans, żebyśmy w Ugandzie, Kongu czy Pakistanie oglądali polską ligę, ale on powiedział, żebym nie mówił, póki się nie przekonamy. Może tak powinno się myśleć? Dlaczego myśleć, że coś nie może się udać i rezygnować bez próby? Jestem w głębi duszy maksymalistą i pasuje mi ta dewiza Millera, że wszędzie na świecie, w wielkim mieście, dżungli, na pustyni czy w górach, jest jakaś, choćby najmniejsza szansa, żeby zobaczyć jak Legia gra z Odrą Wodzisław.</p>
<p><strong>Jakieś przykłady?</strong></p>
<p>Pociski, a raz nawet moździerzowe granaty, które w nas wystrzelono, nie trafiły, wyszliśmy żywi z dwóch katastrof samochodowych (w Afganistanie spadliśmy w przepaść, do rzeki Kokcza). Wyleciała w powietrze restauracja Luna Caprese w Islamabadzie, w której niedawno jadłem kolację z przyjaciółką z &#8220;Washington Post”. W lutym w Pakistanie kilka razy dziennie jeździliśmy ulicą Mall Road w Rawalpindi, otrząsając się z dziesiątków żebraków, oblegających samochody w nadziei na jałmużnę. Kiedy wyjechaliśmy z Rawalpindi do Peszawaru, z telewizji w hotelu dowiedziałem się, że tego dnia jeden z żebraków wysadził się w powietrze, zabijając kilkunastu ludzi. Pojechaliśmy do zakazanej dla cudzoziemców doliny Swat w orszaku weselnym, jako goście pana młodego. Wydawało się to nam bezpieczne. Tego samego dnia, kilkadziesiąt kilometrów dalej zamachowcy zaatakowali właśnie orszak weselny. Ale szczęście sprzyjało nam nie tylko w ratowaniu życia. O spotkanie z Ahmadem Szahem Massudem staraliśmy się kilka lat. Któregoś razu znów pojechaliśmy do Kabulu. Akurat kompletnie nic się nie działo, ale Krzysiek uparł się, żeby poszukać żołnierzy. Znaleźliśmy jakiegoś komendanta. Zapytał, co może dla nas zrobić. Więc ja, serdecznie już znudzony i zmęczony, mówię mu, że chcę zobaczyć Massuda, a kolega &#8211; pojechać na front, gdzie strzelają. I jeszcze chcielibyśmy się spotkać z pewnym rosyjskim żołnierzem, który dostał się do niewoli mudżahedinów, zdezerterował i przeszedł na ich stronę. Komendant podrapał się po głowie i mówi: „Da się zrobić”. Pyta, kiedy chcemy do Massuda, a kiedy na front. Byłem pewny, że blefuje, więc powiedziałem, że z Massudem to chciałbym porozmawiać już dziś, a na front możemy się wybrać nazajutrz. Pokiwał głową i spytał czy możemy na front jechać dziś, a do Massuda wybrać się następnego dnia. I tak właśnie się stało. A na koniec, kilka dni potem, o świcie obudziło nas walenie w drzwi w hotelu. „Zdrawstwujtie, ja Islamuddin” &#8211; powiedział brodaty mudżahedin, w poprzednim wcieleniu czerwonoarmista.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy próbują się z tobą kontaktować panowie ze służb specjalnych?</strong></p>
<p>Nie wiem czy próbują, ale wydaje mi się, że kilku ich spotkałem. Nie przedstawiali się. Wydaje mi się, że z jednym z nich przegadałem pół nocy o Afganistanie. Zresztą, bardzo mi imponowała jego wiedza. Jaki użytek zrobił z naszej rozmowy, nie wiem. Nie potrafię ich rozpoznawać, nie myślę o tym. Więc często zdarza się, że ciągnę za sobą „ogony” nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Kiedyś w Hawanie umówiłem się ze znajomą dziennikarką Anną Husarską w sławnym hotelu Nacional. Od razu zapytała: „Po coś ich ze sobą przyprowadził?”. A ja nawet nie miałem pojęcia, że ktoś za mną szedł, że śledzili mnie tajniacy.</p>
<p><strong>Prześladuje cię jakaś wpadka dziennikarska?</strong></p>
<p>Raczej nie popełniłem nigdy jakichś koszmarnych błędów. Pamiętam jednak, że kiedy w październiku 2001 r. wróciłem z Afganistanu, to napisałem, że nie będzie szturmu na Kabul. Przekonywali mnie o tym afgańscy komendanci, których znałem i którym ufałem, najwięksi z wielkich. Nie zdążyłem jeszcze na dobre rozpakować plecaka, kiedy szturm ruszył. Ledwo co dałem radę na czas wrócić do Afganistanu. Od tamtego czasu staram się unikać kategorycznych sądów.</p>
<p><strong>Jaki masz stosunek do przeszczepiania demokracji?</strong></p>
<p>Bardzo krytyczny. Podobnie jak do innych sztucznych i pośpiesznych przeszczepów, których celem jest wyłącznie dobre samopoczucie dawcy. Przynosi to więcej szkód niż pożytku. Przykładem patologii takiego przeszczepu jest dla mnie Rwanda. Przecież było wiadomo, że demokratyczne wybory w 1994 r. wygrają Hutu, bo było ich trzy razy więcej. I że Tutsi, którzy wydali Hutu partyzancką wojnę, nigdy się na to nie zgodzą. Podobnie jak Hutu nigdy nie zgodzą się na zakwestionowanie ich dominacji. Skończyło się katastrofą. Wymuszona demokracja zawsze wywołuje złe skutki i kompromituje szczytną ideę. Często próbuje się zaprowadzić demokratyczne porządki w rejonach, w których taki model funkcjonuje od bardzo dawna, tylko w innym wymiarze. Narady pod baobabem czy zuluskie indaby nie są wolną elekcją ani politycznymi partiami, ale są demokratyczne. Tak jak dzirgi, narady plemienne w Afganistanie czy Pakistanie. Uważam, że należy promować tradycyjne rodzaje demokracji, a nie narzucać metody, które często o setki lat wyprzedzają lokalną tradycję. Ale nie stać nas na cierpliwość, bo efekty naszego samarytanizmu pragniemy widzieć natychmiast, przynajmniej za naszej kadencji czy w najgorszym wypadku &#8211; naszego życia. Chcemy widzieć jak przechodzimy do historii. Chcemy to jeszcze zobaczyć w telewizji.</p>
<p><strong>Widzieliśmy cię na pewnym zdjęciu. Siedzisz gdzieś na bezdrożu z laptopem. Na sobie masz koszulkę z Che Guevarą…</strong></p>
<p>Miałem taką koszulkę, dostałem ją w prezencie w południowej Afryce. Leopold Unger napisał kiedyś, że Borys Jelcyn i Che, których obu znał,  mieli jedną wspólną cechę &#8211; lepiej wypadali na fotografiach niż w rzeczywistości. Przez lata Che Guevarra był dla mnie, i chyba wciąż jest, bardziej mitem niż rzeczywistością, przetworzoną artystycznie fotografią niż prawdziwym wizerunkiem prawdziwego człowieka. Che Guevarra, wbrew sobie i swojej prawdziwej historii, został przetworzony w postać heroicznego buntownika. I koszulkę z takim właśnie wizerunkiem buntownika nosiłem. Bo mit czystej rewolucji zawsze mnie pociągał. Jest coś pięknego w tej legendzie. Ale dziś bym już tej koszulki nie założył. Mam prawie 50 lat. Poza tym zgadzam się, że ocena rzeczywistego Che Guevarry nie może być jednoznaczna.</p>
<p><strong>My za to jednoznacznie możemy ocenić, że była to bardzo udana rozmowa.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Kapuściński mawiał jednak, że dobrych rozmów nie nagrywa się na magnetofon. Wtedy to jest wywiad, a nie rozmowa.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Dyskusja, który typ dziennikarstwa jest istotniejszy, przypomina dysputy na temat, kto jest ważniejszy: kardiochirurg czy dentysta. A przecież kiedy boli ząb nie dbamy o kłucie w sercu.</p>
<p>Reporter wojenny nie pęka. Nie chodzi, tylko się przedziera; nie jeździ, tylko dociera; nie wie nawet, tylko udaje mu się dowiedzieć. A sporządzone w końcu, w tak niesprzyjających warunkach korespondecje nadaje wyłącznie z „piekła Afganistanu, Kaszmiru czy Rwandy”.</p>
<p>Moim problemem jest to, że za dużo piszę, a za mało czytam. Nie mam czasu czytać, bo wciąż piszę.</p>
<p>Nie napisałem nawet pół tekstu o Polsce. Jedyny polski temat, jakim się zajmowałem, to historia Jakuba Walusia, który, chcąc wywołać rewolucję, na emigracji w RPA zabił prawdopodobnego następcę Nelsona Mandeli &#8211; Chrisa Haniego.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/wojciech-jagielski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Łukasz Palkowski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/lukasz-palkowski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/lukasz-palkowski/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 02 Aug 2010 11:00:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[FILMOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Palkowski Łukasz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=416</guid>
		<description><![CDATA[
PLAYBOY nr 1, 2008
TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
fot. Szymon Szcześniak
&#8211;
Znasz Palkowski Potok?
Dopiero niedawno dowiedziałem się, że coś takiego istnieje. Nie kąpałem się w nim, ani nawet do niego nie sikałem. Zamierzam niedługo jechać w Pieniny, by go odzyskać. To  przepiękna okolica, bo moja własna (śmiech).
Jesteś góralem?
Moja rodzina przeprowadziła się do Warszawy w XVII wieku. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-422" title="Lukasz-Palkowski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/01/Lukasz-Palkowski.jpg" alt="Lukasz-Palkowski" width="350" height="226" /></strong></p>
<p><strong>PLAYBOY nr 1, 2008</strong></p>
<p><strong>TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.szymonszczesniak.com/">fot. Szymon Szcześniak</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Znasz Palkowski Potok?</strong></p>
<p>Dopiero niedawno dowiedziałem się, że coś takiego istnieje. Nie kąpałem się w nim, ani nawet do niego nie sikałem. Zamierzam niedługo jechać w Pieniny, by go odzyskać. To  przepiękna okolica, bo moja własna (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jesteś góralem?</strong></p>
<p>Moja rodzina przeprowadziła się do Warszawy w XVII wieku. Wcześniej funkcjonowała gdzieś pod Poznaniem. Mało we mnie z górala.</p>
<p><strong>Ale za to na pewno jesteś oszczędny.</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Nie jestem związany z „krainą podziemnych pomarańczy”. Kilkaset lat w stolycy zrobyło swoje.</p>
<p><strong>A pieniaczem jesteś?</strong></p>
<p>W odpowiednich okolicznościach na pewno.</p>
<p><strong>Podobno gdyby nie Waldemar Łysiak nie zająłbyś się filmem?</strong></p>
<p>Zdecydowanie. Kradłem jego książki z biblioteczek podczas pomieszkiwań w wynajmowanych mieszkaniach. Najpierw był <em>Cesarski poker</em>, a jakieś siedem lat temu przeczytałem <em>Dobrego</em> i się zaczęło. Pomyślałem sobie: „Ale byłby z tego zajebisty film. Na pewno ktoś to spierdoli. Trzeba zrobić samemu”.</p>
<p><strong>I co?</strong></p>
<p>Łysiak jest podobno obrażony na X muzę, chociaż patrząc na jego ostatnie publikacje, zauważam, że coraz częściej gada o filmie, więc może mój plan kiedyś wyjdzie. Najchętniej wziąłbym się za <em>Flet z Mandragory</em>, ale nie jestem jeszcze gotowy na tek trudny filmowo materiał.</p>
<p><strong>Na razie bierzesz się za serial <em>Rezerwat</em>, horror, film o twojej dzielnicy, czyli Woli, a na dokładkę podobno marzy ci się zrobienie czegoś o doliniarzach…</strong></p>
<p>Scenariusz serialu już właściwie napisałem, ale nie wiem, czy ktoś będzie chciał go wyemitować. Film o doliniarzach wymaga tak wielkiej kasy – przede wszystkim na dekoracje – że pozostaje w sferze marzeń. Horror może wypali, a Wola jest na razie na etapie wymyślania scen do scenariusza.</p>
<p><strong>Czy to będzie film oparty na twoich bogatych doświadczeniach alkoholowych? Kiedy najostrzej grzałeś?</strong></p>
<p>Między 16. a 20. rokiem życia. Na śniadanie ¾ na twarz i dopiero szliśmy w miasto. Tamte czasy minęły na dobre. A film o Woli&#8230; To nie będzie o mnie. Ma być o gangsterach a nie menelach&#8230;</p>
<p><strong>Podobno dzisiaj nie miewasz kaców. To prawda?</strong></p>
<p>Od mniej więcej ośmiu lat nie miałem. Ten ostatni raz pamiętam jak dziś. Napierdoliłem się z przyjaciółką, która po wszystkim znalazła jeszcze sto złotych w kieszeni i popłynęliśmy dalej. Po wszystkim miałem największego kaca w życiu (<em>śmiech</em>). A tak, jaram szlugi, mieszam wino, piwo, wódę, do woli… i nic. Chyba, że rum&#8230;</p>
<p><strong>Może powinieneś się zbadać?</strong></p>
<p>I opracować patent na nie manie? Ale ja nic nie robię, żeby nie mieć kaca. W zasadzie robię wszystko, żeby mieć (<em>śmiech</em>). Łeb może mnie boleć tylko po 0,7 rumu. Rum jest najgorszy. Nie ma opcji – kac murowany.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że ostatnio nieźle cię skroili po pijaku.</strong></p>
<p>Fatalna sprawa. Wracając z festiwalu filmowego w Janowie Lubelskim, gdzie była non stop wóda, nachlałem się jeszcze z chłopakami w Lublinie. W pewnym momencie urwał mi się film i obudziłem się w pociągu. Grzecznie, słuchaweczki na uszach, ale słyszę, że coś mi się przebija przez muzykę. Jakieś krzyki, wycie. Wychodzę więc na korytarz i drę mordę: „Cisza mi tam, zamknąć mordy, bo zajebię…”. No to przyszli do mnie. We trzech. „O, kozaczek się znalazł”. Od razu kosa na gardło i ogolili mnie ze wszystkiego. Wysiadłem na Centralnym i myślę sobie, co tu robić. Trzeba grzać do starych, trochę się przekimać. Pięć minut wolnym spacerkiem. Ale ponieważ byłem jeszcze dobrze podcięty, więc jak zobaczyłem menelików pijących pod moją starą podstawówką, to się podłączyłem. W kieszeni znalazłem jakimś cudem zmięte 40 złotych. Dałem chłopakom 20 na naftę i łoiliśmy do piątej rano. Nie pamiętam, jak zaszedłem do starszych.</p>
<p><strong>Z czego się teraz utrzymujesz?</strong></p>
<p>Żyję z nagród (<em>w tym momencie Łukasz poprawił fryzurę</em>).</p>
<p><strong>No to trzeba uważać z przyznawaniem ci kolejnych, bo się zapijesz na śmierć.</strong></p>
<p>Nie ma obawy. Już nie biorę gotówki. Wszystko idzie na konto (śmiech).</p>
<p><strong>Jak twój organizm reaguje na alpagi?</strong></p>
<p>Rzadko pijam, ale ostatnio z montażystą <em>Rezerwatu</em>, kiedy skończyliśmy pierwszą wersję filmu, przyjęliśmy po dwie sztuki na łebka. Film miał dobrego sponsora &#8211; Warkę. Dostaliśmy z czterdzieści skrzynek alpag. Trochę zostało, więc przyatakowaliśmy. Kaca nie miałem, ale brzusio pobolewał. Zwykle coś, co jest smaczne &#8211;  nie jest zdrowe.</p>
<p><strong>Chłopaki z Pragi o tym wiedzą?</strong></p>
<p>(<em>Wybuch śmiechu</em>). Mają to w dupie. Dzięki temu, że kręciliśmy w ich okolicy, tubylcy mieli dobre używanie. Do magazynu z towarem stały kolejki. Po prostu zadawaliśmy pytanie: „Czy za wystąpienie w filmie chcesz gotówkę, czy wino?”. Pytanie raczej retoryczne.</p>
<p><strong>Czyli wyszliście na tym biznesie idealnie.</strong></p>
<p>Kto wie, może właśnie dlatego przekroczyliśmy budżet tylko o dwa złote (<em>śmiech</em>). Chcieliśmy, żeby ten film był trochę pijany, stąd slogan – „komedia na bazie napojów winopodobnych”.</p>
<p><strong>Udało ci się zjednać taką charakterną okolicę, tylko dzięki alpagom? Nie musieliście opłacać „ochrony”?</strong></p>
<p>Mieliśmy przygotowaną pozycję w budżecie na „dogadanie się” z okolicą. Miało się to nazywać „Konsultant Merytoryczny”. Ale na szczęście obyło się bez tego. Konopacka i Stalowa okazały się spokojniejsze niż Mała. Mała to kraina latających noży. Słyszałem, że ekipa Polańskiego musiała dogadać się z kolesiem, który rządził wtedy ulicą, bo inaczej z dekoracji do <em>Pianisty</em> zostałyby strzępy.</p>
<p><strong>Nie zaczepiali cię na Prażce z powodu długich włosów? Nie krzyczeli: „Ej, pedale!”?</strong></p>
<p>Nie. W czasie kręcenia miałem taką, kurwa, długą brodę. Na pedała nie wyglądałem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Trzeba przyznać, że w <em>Rezerwacie</em> miks zawodowców i naturszczyków wyszedł ci znakomicie. Na pewno wszyscy pytają się ciebie, jak to zrobiłeś.</strong></p>
<p>I zawsze odpowiadam: „Nie wiem”. Nie ma na to sposobów. Tak się stało i już. Po prostu, jeśli powiesz aktorom, czego od nich potrzebujesz, sam wiesz, co chciałbyś osiągnąć, nie może się nie udać. Poza tym wykorzystywaliśmy wszystko, co nas otaczało. Na przykład przyszedł do nas na plan pan Tadeusz z harmoszką. Zobaczyliśmy go i już następnego dnia kręciliśmy z nim scenę. W finale również miał wystąpić, ale zwinęli go, zniknął na miesiąc i musiałem improwizować.</p>
<p><strong>A skąd wytrzasnąłeś olbrzyma z gitarą?</strong></p>
<p>Marek Roman Zakrzewski to kumpel mojego teścia. Bardzo majętny człowiek, który ma takie hobby – komponuje, gra i śpiewa. Często bardzo ostre kawałki (<em>śmiech</em>). A najśmieszniejsze, że on nawet nie jest z Pragi. Zresztą większość obsady to ludzie z Krakowa (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Tak jak Sonia Bohosiewicz. Podobno bardzo się polubiliście…</strong></p>
<p>Bardzo, bardzo, ale nie chodzimy z sobą do łóżka.</p>
<p><strong>Ale lubicie się na tyle, żebyś poprosił ją o rozebranie się dla PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Mogę spróbować, choć Teatr Stary takich akcji mógłby nie wybaczyć. Ale kto nie próbuje, ten nie ma.</p>
<p><strong>Jakie aktorki chciałbyś jeszcze zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p>Magdę Różczkę i Olę Kisio. Są super.</p>
<p><strong>Z zupełnie anonimowego faceta nagle stałeś się „panem reżyserem”. Czy zauważyłeś, że kobiety od tego czasu patrzą się na ciebie inaczej?</strong></p>
<p>O, tak! O, tak! (<em>Śmiech</em>). To wspaniały zawód! Istnieje coś takiego jak „filmówki”, czyli laski okołofilmowe. Są miłe i zawsze na miejscu. Cudowna instytucja. Nie wiem, skąd się biorą, ale na festiwalach ich pełno. Można je także spotkać w Łodzi. Słyszałem, że sporo facetów udaje studentów „Filmówki”, żeby trochę z nimi poszaleć. Te kobiety zrobiły dla polskiej kinematografii naprawdę dużo dobrego.</p>
<p><strong>Tak dużo jak Andrzej Wajda?</strong></p>
<p>Więcej (<em>śmiech</em>). To wielki mistrz, jeśli się cofniemy w czasie…</p>
<p><strong>A jeśli zatrzymamy się na <em>Katyniu</em>?</strong></p>
<p>Będę milczał&#8230; Mimo najszczerszych chęci i szlachetnego przesłania nie doszukałem się ręki Andrzeja Wajdy&#8230;</p>
<p><strong>A tobie jakie przesłanki przyświecają? Nie boisz się, że odbije ci palma?</strong></p>
<p>Może się tak zdarzyć, ale to krótka piłka: jak się kończy kasa, palma mija. Nie wiem, czy dostanę pierdolca, ale brak monety na bank mnie wyprostuje. A przesłanki? Ja chcę tylko opowiadać różne historie. Kiedy słyszysz coś, co cię fascynuje, chcesz się tym podzielić z innymi. I tyle. A jeśli można z tego żyć&#8230;</p>
<p><strong>Chyba nigdy nie narzekałeś na brak monety.</strong></p>
<p>Do czasu, aż zachciało mi się zostać reżyserem. Rzuciłem wtedy robotę, w której zarabiałem ładny grosz i poszedłem do szkoły. Ze znajomymi stworzyliśmy coś na kształt komuny filmowców (<em>śmiech</em>). Wynajęliśmy za pięćset dolarów kwadrat na Żytniej, takie 250-metrowe, na wypasie zrobione, poddasze z trzema łazienkami. Działy się tam niewiarygodne historie. Kimał u nas często, nikomu wtedy nieznany, zespół Pogodno. Non stop balanga! Wynajęliśmy to poddasze na jesieni i było super, ale w zimie okazało się, że trzeba podgrzewać się elektrycznie, co kosztowało nas 1500 złotych miesięcznie. W lecie natomiast dach tak się nagrzewał, że można było dostać kota. Zdarzyło mi się nie spać tydzień, bo było za gorąco. Piękne czasy… Mieliśmy kasę tylko na wynajem, na nic innego. Pamiętam, jak piliśmy pół litra bez popitki, bo nie było za co kupić. Zrobiliśmy po staropolsku – pod wąchanie chleba. Piło się super, aż do momentu, kiedy wpadł kumpel i bez słowa wszamał nam popitę (<em>śmiech</em>). W tamtych czasach powstał scenariusz do mojego krótkiego metrażu &#8211; <em>Naszej ulicy</em>. Wszyscy balowali, a ja &#8211; zamknięty w pokoju obok &#8211; pisałem. Oczywiście z myślą, że ja wam jeszcze wszystkim pokażę (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A co robiłeś zanim zostałeś „panem reżyserem”?</strong></p>
<p>Ciężko pracowałem od 16. roku życia. Zaczynałem na giełdzie komputerowej. Żeniłem gazetki, pirackie gierki, sprzęt, programiki. Pracowałem tylko w weekendy, ale zarabiałem więcej niż rodzice razem wzięci. Okazało się, że mam smykałkę do składania i naprawiania komputerów. Zaczęliśmy prowadzić sprzedaż hurtową. Z kolegami pojechałem do Sopotu, w którym mieliśmy zadanie bojowe: przejąć rynek komputerowy w Trójmieście. I to się udało. W końcu miałem dosyć i wymyśliłem sobie, że zostanę grafikiem komputerowym. Wróciłem do Warszawy i z miejsca dostałem pracę. A nie umiałem nic! Ledwo poznałem PhotoShopa, o Corelu i Quarku tylko słyszałem (<em>śmiech</em>). Zadebiutowałem jako projektant okładki do składanki <em>Dance Attack</em>, a potem już poszło. Na przykład robiłem okładki dla pisma kulturystycznego „Flex”. Kilka razy wstawiłem swoją twarz w zdjęcia jakichś napakowanych kolesi&#8230; (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czyli jesteś dzieckiem szczęścia. Wszystko ci zawsze wychodziło!</strong></p>
<p>Nie do końca. Nie potrafię jeździć samochodem i motorem.</p>
<p><strong>A prawdziwy filmowiec musi mieć samochód?</strong></p>
<p>Nie, ale rockendrollowiec na pewno (<em>śmiech</em>). Robię prawko i na motor i na samochód. Furę kupiłem, tylko nie mam papierka.</p>
<p><strong>Kiedy znudziło ci się bycie grafikiem?</strong></p>
<p>Jak przeczytałem <em>Dobrego</em>. Poza tym miałem już dosyć realizowania nie swoich pomysłów i tego, że wszystko musi być podobne do proszku do prania. Ale jeszcze parę agencyjnych epizodów w moim życiu się przewinęło. Jakoś trzeba było zarobić na kieliszek chleba.</p>
<p><strong>Zarobiłeś coś na pierwszym filmie?</strong></p>
<p>Tak. Jak sprzedałem <em>Naszą ulicę</em> TVP. Dostałem z osiem tysięcy. Wtedy miałem małe wymagania, więc starczyło na pół roku. Już wam mówiłem: poddasze na Żytniej, butelka wódki, kajzerka i szlugi.</p>
<p><strong>Nikt nigdy nie wyrzucał ci, że jesteś „niewykształciuchem”?</strong></p>
<p>Nie, ale tak zwane środowisko daje odczuć, że jestem outsiderem. I to nie jest miłe. Dystans jest wyczuwalny. Gdzieś siedzi mi to na łbie i czuję się niekomfortowo, ale nie da się ukryć, że po nagrodach za <em>Rezerwat </em>moje samopoczucie się poprawiło. W przeciwieństwie do samopoczucia paru osób, które te moje nagrody musiały dobrze wkurwić. Nie mam natury chrystusowej. Nie nadstawiam drugiego policzka, tylko ciągnę ze łba. To się nie podoba.</p>
<p><strong>Nie chcesz mieć dyplomu?</strong></p>
<p>Może w końcu uda mi się coś skończyć, bo jakiś papier by się przydał. Nie skończyłem żadnej szkoły filmowej, nawet AFiTu na Chełmskiej. Zabrakło mi kasy. Do Łodzi startowałem, ale się nie dostałem. Poszedłem na egzamin jak głupek, z ulicy. Byłem kompletnie nieprzygotowany, zielony&#8230; Gdybym się dostał, źle by to świadczyło o szkole.  Piękną rzecz usłyszałem na korytarzu. Jakiś chłopak mówił, że jakby przyszedł tu Polański z przyprawionymi wąsami, też by się nie dostał.</p>
<p><strong>Co o nim sądzisz?</strong></p>
<p>O wiele lepsza forma niż u Wajdy. I to nie tylko w robieniu filmów. Z tego co wiem Polański ciągle potrafi się dobrze zabawić (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Prezentujesz się jako luzaczek. Do tego wódeczka, imprezki, a tymczasem okazuje się, że ty pracowity jesteś!</strong></p>
<p>Jedno nie przeszkadza drugiemu! Czasem pomaga. Ale nie piję na zdjęciach. To byłby grzech śmiertelny. Za to podczas pisania&#8230; Jest w <em>Rezerwacie </em>kilka scen, których pisania kompletnie nie pamiętam. Najważniejsze, żeby pić w pracy (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Co to znaczy: „Lytera L w kiermany y zawijamy na obiekt”?</strong></p>
<p>Litera „L” to litr wódki. Kierman to kieszeń. A obiekt to miejsce, które sobie wyznaczymy do picia.</p>
<p><strong>Pytamy, bo chcieliśmy ci pogratulować występu w Teleexpresie, który robi furorę na youtube.com.</strong></p>
<p>Wszyscy myśleli, że byłem napierdolony, a prawda jest taka, że zanim weszliśmy na żywo, ćwiczyliśmy całą scenę z Maćkiem Orłosiem przez pół godziny. Przynajmniej nie wyszedłem na jakiegoś inteligencika.</p>
<p><strong>Czy z twojego młodszego brata wyrośnie aktor? Kamera go bardzo lubi.</strong></p>
<p>Na razie powiedział, że aktorstwo ma w dupie, bo jest głupie i trzeba się uczyć tekstu. Woli być reżyserem. Przecież reżyser tylko siedzi i nic nie robi (<em>śmiech</em>). To jest wymarzona fucha dla Grzesia.</p>
<p><strong>Na razie występuje we wszystkich twoich filmach.</strong></p>
<p>Nie zrobiłem nawet krótkiej etiudy, w której by nie grał.</p>
<p><strong>W <em>Rezerwacie</em> jest superłobuziakiem i wydaje się, że zagrał siebie.</strong></p>
<p>Mogę was zapewnić, że w filmie jest wyłagodzony. Na co dzień robi jeszcze lepsze numery. Na planie <em>Naszej ulicy</em> ciągle majstrował jakieś pułapki, kopał dołki, przykrywał trawą, cuda po prostu. Ludzie w to wpadali, poskręcane nogi, siniaki na kolanach…</p>
<p><strong>Jak ci się udaje tak świetnie go prowadzić?</strong></p>
<p>Nigdy mu nie mówię, że już kręcimy (<em>śmiech</em>). Na planie <em>Naszej ulicy</em> w pewnym momencie się wściekł i krzyczał, kiedy zaczynamy robić film, bo te ciągłe próby go strasznie nudzą. A my byliśmy już prawie po zdjęciach. Zawsze piszę pod niego. W tych postaciach jest wiele problemów Grzesia, jego lęki, rozczarowania. Garściami biorę z jego codzienności. Pewnie dlatego tak łatwo mu w to wchodzić.</p>
<p><strong>Na Grzesia rzucają się już filmówki?</strong></p>
<p>Może jeszcze nie, ale niedługo zaczną. Oby. Za chwilę osiągnie taki wiek, że będzie mu tego trzeba. Brat wcześnie zaczynał, to i on nie może być gorszy (<em>śmiech</em>)<em>.</em></p>
<p><strong>Dlaczego twój drugi brat nie zagrał w <em>Rezerwacie</em>?</strong></p>
<p>Nie mogłem go zatrudnić, był na obowiązkowych wczasach…</p>
<p><strong>Nie pytamy, za co…</strong></p>
<p>Słusznie&#8230; Teraz razem piszemy scenariusz, o którym wcześniej wspominałem. Ten o naszej dzielnicy, o Woli.</p>
<p><strong>Co myślisz o Konradzie Niewolskim? Trochę jesteście do siebie podobni.</strong></p>
<p>Dajcie spokój, ja nigdy nie siedziałem za nielegalne posiadanie broni (<em>śmiech</em>). Nie znamy się osobiście, ale dużo o nim słyszę&#8230; I chyba mam inne ambicje. Jak byłem mały, to myślałem, że kiedy pojawi się banknot o nominale miliona złotych, to ja na nim będę. Wyrosłem z tego. A Konrad podobno wciąż ma takie ambicje. Na razie zrobił jeden świetny film – <em>Symetrię</em>.</p>
<p><strong>Wiemy, o czym tak naprawdę kiedyś marzyłeś. O tym by być wielkim, sławnym, lepszym od innych i żeby laski obgryzały ci paznokcie u nóg. Obgryzają?</strong></p>
<p>Na razie jeszcze obcinam (<em>śmiech</em>).</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Mówię wam, to piękne uczucie. Siedzisz sobie w agencji reklamowej, napierdalasz jakieś tyfusy, a tu nagle: bach! Jest kasa na film. Od razu dzień wolny i bania.</p>
<p>Zawsze wydawało mi się, że debiut to pierwszy film. Okazało się, że drugi też potrafi być debiutem. A w Koszalinie pytano się mnie, czy w roku 2008 znowu przyjadę z debiutem (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Kwaśny (aktor grający główną rolę w <em>Rezerwacie</em> &#8211; przyp. aut.) parę miesięcy temu spadł z konia. Konika obleciały gzy i go poniósł. Kwaśny wpadł na zajebisty pomysł: „Sam się spierdolę z konia”. To dobry sposób, pod jednym warunkiem: trzeba być kaskaderem. Po upadku Marcin miał takie odwrotne heil hitler. Operacja, szpitale, gipsy… Po sześciu tygodniach miał być już luzik, ale tak żeśmy łoili na różnych festiwalach, że ręka w ogóle mu się nie zrosła. Miał jeszcze dwie operacje. Teraz podobno jest już lepiej. Marcin stara się nie pić. Może w końcu zdejmą mu ten gips.</p>
<p>Z młodego Damięckiego zrobili lamę. Niezasłużenie. Gdybym miał go obsadzić w roli skinheada, zrobiłbym to bez zmrużenia oka. Poradziłby sobie znakomicie.</p>
<div id="_mcePaste" style="overflow: hidden; position: absolute; left: -10000px; top: 0px; width: 1px; height: 1px;"><!--[if gte mso 9]><xml> <w:WordDocument> <w:View>Normal</w:View> <w:Zoom>0</w:Zoom> <w:HyphenationZone>21</w:HyphenationZone> <w:PunctuationKerning /> <w:ValidateAgainstSchemas /> <w:SaveIfXMLInvalid>false</w:SaveIfXMLInvalid> <w:IgnoreMixedContent>false</w:IgnoreMixedContent> <w:AlwaysShowPlaceholderText>false</w:AlwaysShowPlaceholderText> <w:Compatibility> <w:BreakWrappedTables /> <w:SnapToGridInCell /> <w:WrapTextWithPunct /> <w:UseAsianBreakRules /> <w:DontGrowAutofit /> </w:Compatibility> <w:BrowserLevel>MicrosoftInternetExplorer4</w:BrowserLevel> </w:WordDocument> </xml><![endif]--><!--[if gte mso 9]><xml> <w:LatentStyles DefLockedState="false" LatentStyleCount="156"> </w:LatentStyles> </xml><![endif]--><!--  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal 	{mso-style-parent:""; 	margin:0cm; 	margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:12.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} @page Section1 	{size:595.3pt 841.9pt; 	margin:18.0pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt; 	mso-header-margin:35.4pt; 	mso-footer-margin:35.4pt; 	mso-paper-source:0;} div.Section1 	{page:Section1;} --><!--[if gte mso 10]> <mce:style><!   /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable 	{mso-style-name:Standardowy; 	mso-tstyle-rowband-size:0; 	mso-tstyle-colband-size:0; 	mso-style-noshow:yes; 	mso-style-parent:""; 	mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; 	mso-para-margin:0cm; 	mso-para-margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:10.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-ansi-language:#0400; 	mso-fareast-language:#0400; 	mso-bidi-language:#0400;} --> <!--[endif]--></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Znasz Palkowski Potok?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Dopiero niedawno dowiedziałem się, że coś takiego istnieje. Nie kąpałem się w nim, ani nawet do niego nie sikałem. Zamierzam niedługo jechać w Pieniny, by go odzyskać. To<span> </span>przepiękna okolica, bo moja własna (śmiech).</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Jesteś góralem?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Moja rodzina przeprowadziła się do Warszawy w XVII wieku. Wcześniej funkcjonowała gdzieś pod Poznaniem. Mało we mnie z górala.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Ale za to na pewno jesteś oszczędny.</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">(<em>Śmiech</em>). Nie jestem związany z „krainą podziemnych pomarańczy”. Kilkaset lat w stolycy zrobyło swoje.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>A pieniaczem jesteś?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">W odpowiednich okolicznościach na pewno.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Podobno gdyby nie Waldemar Łysiak nie zająłbyś się filmem?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Zdecydowanie. Kradłem jego książki z biblioteczek podczas pomieszkiwań w wynajmowanych mieszkaniach. Najpierw był „Cesarski poker”, a jakieś siedem lat temu przeczytałem „Dobrego” i się zaczęło. Pomyślałem sobie: „Ale byłby z tego zajebisty film. Na pewno ktoś to spierdoli. Trzeba zrobić samemu”.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>I co?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Łysiak jest podobno obrażony na X muzę, chociaż patrząc na jego ostatnie publikacje, zauważam, że coraz częściej gada o filmie, więc może mój plan kiedyś wyjdzie. Najchętniej wziąłbym się za „Flet z Mandragory“, ale nie jestem jeszcze gotowy na tek trudny filmowo materiał.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Na razie bierzesz się za serial „Rezerwat”, horror, film o twojej dzielnicy, czyli Woli, a na dokładkę podobno marzy ci się zrobienie czegoś o doliniarzach…</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Scenariusz serialu już właściwie napisałem, ale nie wiem, czy ktoś będzie chciał go wyemitować. Film o doliniarzach wymaga tak wielkiej kasy – przede wszystkim na dekoracje – że pozostaje w sferze marzeń. Horror może wypali, a Wola jest na razie na etapie wymyślania scen do scenariusza.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Czy to będzie film oparty na twoich bogatych doświadczeniach alkoholowych? Kiedy najostrzej grzałeś?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal">Między 16. a 20. rokiem życia. Na śniadanie ¾ na twarz i dopiero szliśmy w miasto. Tamte czasy minęły na dobre. A film o Woli&#8230; To nie będzie o mnie. Ma być o gangsterach a nie menelach&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Podobno dzisiaj nie miewasz kaców. To prawda?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">Od mniej więcej ośmiu lat nie miałem. Ten ostatni raz pamiętam jak dziś. Napierdoliłem się z przyjaciółką, która po wszystkim znalazła jeszcze sto złotych w kieszeni i popłynęliśmy dalej. Po wszystkim miałem największego kaca w życiu (<em>śmiech</em>). A tak, jaram szlugi, mieszam wino, piwo, wódę, do woli… i nic. Chyba, że rum&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Może powinieneś się zbadać?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">I opracować patent na nie manie? Ale ja nic nie robię, żeby nie mieć kaca. W zasadzie robię wszystko, żeby mieć (<em>śmiech)</em>. Łeb może mnie boleć tylko po 0,7 rumu. Rum jest najgorszy. Nie ma opcji – kac murowany.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Słyszeliśmy, że ostatnio nieźle cię skroili po pijaku.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Fatalna sprawa. Wracając z festiwalu filmowego w Janowie Lubelskim, gdzie była non stop wóda, nachlałem się jeszcze z chłopakami w Lublinie. W pewnym momencie urwał mi się film i obudziłem się w pociągu. Grzecznie, słuchaweczki na uszach, ale słyszę, że coś mi się przebija przez muzykę. Jakieś krzyki, wycie. Wychodzę więc na korytarz i drę mordę: „Cisza mi tam, zamknąć mordy, bo zajebię…”. No to przyszli do mnie. We trzech. „O, kozaczek się znalazł”. Od razu kosa na gardło i ogolili mnie ze wszystkiego. Wysiadłem na Centralnym i myślę sobie, co tu robić. Trzeba grzać do starych, trochę się przekimać. Pięć minut wolnym spacerkiem. Ale ponieważ byłem jeszcze dobrze podcięty, więc jak zobaczyłem menelików pijących pod moją starą podstawówką, to się podłączyłem. W kieszeni znalazłem jakimś cudem zmięte 40 złotych. Dałem chłopakom 20 na naftę i łoiliśmy do piątej rano. Nie pamiętam, jak zaszedłem do starszych.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Z czego się teraz utrzymujesz? </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Żyję z nagród (<em>w tym momencie Łukasz poprawił fryzurę).</em></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong>No to trzeba uważać z przyznawaniem ci kolejnych, bo się zapijesz na śmierć. </strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Nie ma obawy. Już nie biorę gotówki. Wszystko idzie na konto (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Jak twój organizm reaguje na alpagi?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">Rzadko pijam, ale ostatnio z montażystą „Rezerwatu”, kiedy skończyliśmy pierwszą wersję filmu, przyjęliśmy po dwie sztuki na łebka. Film miał dobrego sponsora &#8211; Warkę. Dostaliśmy z czterdzieści skrzynek alpag. Trochę zostało, więc przyatakowaliśmy. Kaca nie miałem, ale brzusio pobolewał. Zwykle coś, co jest smaczne -<span> </span>nie jest zdrowe.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Chłopaki z Pragi o tym wiedzą?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">(<em>Wybuch śmiechu</em>). Mają to w dupie. Dzięki temu, że kręciliśmy w ich okolicy, tubylcy mieli dobre używanie. Do magazynu z towarem stały kolejki. Po prostu zadawaliśmy pytanie: „Czy za wystąpienie w filmie chcesz gotówkę, czy wino?”. Pytanie raczej retoryczne.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Czyli wyszliście na tym biznesie idealnie.</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">Kto wie, może właśnie dlatego przekroczyliśmy budżet tylko o dwa złote (<em>śmiech</em>). Chcieliśmy, żeby ten film był trochę pijany, stąd slogan – „komedia na bazie napojów winopodobnych”.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Udało ci się zjednać taką charakterną okolicę, tylko dzięki alpagom? Nie musieliście opłacać „ochrony”?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Mieliśmy przygotowaną pozycję w budżecie na „dogadanie się” z okolicą. Miało się to nazywać „Konsultant Merytoryczny”. Ale na szczęście obyło się bez tego. Konopacka i Stalowa okazały się spokojniejsze niż Mała. Mała to kraina latających noży. Słyszałem, że ekipa Polańskiego musiała dogadać się z kolesiem, który rządził wtedy ulicą, bo inaczej z dekoracji do „Pianisty” zostałyby strzępy.</p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong>Nie zaczepiali cię na Prażce z powodu długich włosów? Nie krzyczeli: „Ej, pedale!”?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Nie. W czasie kręcenia miałem taką, kurwa, długą brodę. Na pedała nie wyglądałem (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Trzeba przyznać, że w „Rezerwacie” miks zawodowców i naturszczyków wyszedł ci znakomicie. Na pewno wszyscy pytają się ciebie, jak to zrobiłeś.</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">I zawsze odpowiadam: „Nie wiem”. Nie ma na to sposobów. Tak się stało i już. Po prostu, jeśli powiesz aktorom, czego od nich potrzebujesz, sam wiesz, co chciałbyś osiągnąć, nie może się nie udać. Poza tym wykorzystywaliśmy wszystko, co nas otaczało. Na przykład przyszedł do nas na plan pan Tadeusz z harmoszką. Zobaczyliśmy go i już następnego dnia kręciliśmy z nim scenę. W finale również miał wystąpić, ale zwinęli go, zniknął na miesiąc i musiałem improwizować.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A skąd wytrzasnąłeś olbrzyma z gitarą?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">Marek Roman Zakrzewski to kumpel mojego teścia. Bardzo majętny człowiek, który ma takie hobby – komponuje, gra i śpiewa. Często bardzo ostre kawałki (<em>śmiech)</em>. A najśmieszniejsze, że on nawet nie jest z Pragi. Zresztą większość obsady to ludzie z Krakowa (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Tak jak Sonia Bohosiewicz. Podobno bardzo się polubiliście…</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Bardzo, bardzo, ale nie chodzimy z sobą do łóżka.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Ale lubicie się na tyle, żebyś poprosił ją o rozebranie się dla PLAYBOYA?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">Mogę spróbować, choć Teatr Stary takich akcji mógłby nie wybaczyć. Ale kto nie próbuje, ten nie ma.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Jakie aktorki chciałbyś jeszcze zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Magdę Różczkę i Olę Kisio. Są super.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Z zupełnie anonimowego faceta nagle stałeś się „panem reżyserem”. Czy zauważyłeś, że kobiety od tego czasu patrzą się na ciebie inaczej?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">O, tak! O, tak! (<em>Śmiech</em>). To wspaniały zawód! Istnieje coś takiego jak „filmówki”, czyli laski okołofilmowe. Są miłe i zawsze na miejscu. Cudowna instytucja. Nie wiem, skąd się biorą, ale na festiwalach ich pełno. Można je także spotkać w Łodzi. Słyszałem, że sporo facetów udaje studentów „Filmówki”, żeby trochę z nimi poszaleć. Te kobiety zrobiły dla polskiej kinematografii naprawdę dużo dobrego.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong><span> </span></strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong>Tak dużo jak Andrzej Wajda?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Więcej (<em>śmiech</em>). To wielki mistrz, jeśli się cofniemy w czasie…</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A jeśli zatrzymamy się na „Katyniu”?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Będę milczał&#8230; Mimo najszczerszych chęci i szklachetnego przesłania nie doszukałem się ręki Andrzeja Wajdy&#8230;</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>A tobie jakie przesłanki przyświecają? Nie boisz się, że odbije ci palma?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Może się tak zdarzyć, ale to krótka piłka: jak się kończy kasa, palma mija. Nie wiem, czy dostanę pierdolca, ale brak monety na bank mnie wyprostuje. A przesłanki? Ja chcę tylko opowiadać różne historie. Kiedy słyszysz coś, co cię fascynuje, chcesz się tym podzielić z innymi. I tyle. A jeśli można z tego żyć&#8230;</p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong>Chyba nigdy nie narzekałeś na brak monety.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Do czasu, aż zachciało mi się zostać reżyserem. Rzuciłem wtedy robotę, w której zarabiałem ładny grosz i poszedłem do szkoły. Ze znajomymi stworzyliśmy coś na kształt komuny filmowców (<em>śmiech</em>). Wynajęliśmy za pięćset dolarów kwadrat na Żytniej, takie 250-metrowe, na wypasie zrobione, poddasze z trzema łazienkami. Działy się tam niewiarygodne historie. Kimał u nas często, nikomu wtedy nieznany, zespół Pogodno. Non stop balanga! Wynajęliśmy to poddasze na jesieni i było super, ale w zimie okazało się, że trzeba podgrzewać się elektrycznie, co kosztowało nas 1500 złotych miesięcznie. W lecie natomiast dach tak się nagrzewał, że można było dostać kota. Zdarzyło mi się nie spać tydzień, bo było za gorąco. Piękne czasy… Mieliśmy kasę tylko na wynajem, na nic innego. Pamiętam, jak piliśmy pół litra bez popitki, bo nie było za co kupić. Zrobiliśmy po staropolsku – pod wąchanie chleba. Piło się super, aż do momentu, kiedy wpadł kumpel i bez słowa wszamał nam popitę (<em>śmiech</em>). W tamtych czasach powstał scenariusz do mojego krótkiego metrażu &#8211; „Naszej ulicy”. Wszyscy balowali, a ja &#8211; zamknięty w pokoju obok &#8211; pisałem. Oczywiście z myślą, że ja wam jeszcze wszystkim pokażę (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>A co robiłeś zanim zostałeś „panem reżyserem”?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Ciężko pracowałem od 16. roku życia. Zaczynałem na giełdzie komputerowej. Żeniłem gazetki, pirackie gierki, sprzęt, programiki. Pracowałem tylko w weekendy, ale zarabiałem więcej niż rodzice razem wzięci. Okazało się, że mam smykałkę do składania i naprawiania komputerów. Zaczęliśmy prowadzić sprzedaż hurtową. Z kolegami pojechałem do Sopotu, w którym mieliśmy zadanie bojowe: przejąć rynek komputerowy w Trójmieście. I to się udało. W końcu miałem dosyć i wymyśliłem sobie, że zostanę grafikiem komputerowym. Wróciłem do Warszawy i z miejsca dostałem pracę. A nie umiałem nic! Ledwo poznałem PhotoShopa, o Corelu i Quarku tylko słyszałem (<em>śmiech</em>). Zadebiutowałem jako projektant okładki do składanki „Dance Attack”, a potem już poszło. Na przykład robiłem okładki dla pisma kulturystycznego „Flex”. Kilka razy wstawiłem swoją twarz w zdjęcia jakichś napakowanych kolesi&#8230; (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Czyli jesteś dzieckiem szczęścia. Wszystko ci zawsze wychodziło!</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Nie do końca. Nie potrafię jeździć samochodem i motorem.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><span> </span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>A prawdziwy filmowiec musi mieć samochód?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Nie, ale rockendrollowiec na pewno (<em>śmiech</em>). Robię prawko i na motor i na samochód. Furę kupiłem, tylko nie mam papierka.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Kiedy znudziło ci się bycie grafikiem?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Jak przeczytałem „Dobrego”. Poza tym miałem już dosyć realizowania nie swoich pomysłów i tego, że wszystko musi być podobne do proszku do prania. Ale jeszcze parę agencyjnych epizodów w moim życiu się przewinęło. Jakoś trzeba było zarobić na kieliszek chleba.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Zarobiłeś coś na pierwszym filmie?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Tak. Jak sprzedałem „Naszą ulicę” TVP. Dostałem z osiem tysięcy. Wtedy miałem małe wymagania, więc starczyło na pół roku. Już wam mówiłem: poddasze na Żytniej, butelka wódki, kajzerka i szlugi.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Nikt nigdy nie wyrzucał ci, że jesteś „niewykształciuchem”?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Nie, ale tak zwane środowisko daje odczuć, że jestem outsiderem. I to nie jest miłe. Dystans jest wyczuwalny. Gdzieś siedzi mi to na łbie i czuję się niekomfortowo, ale nie da się ukryć, że po nagrodach za „Rezerwat” moje samopoczucie się poprawiło. W przeciwieństwie do samopoczucia paru osób, które te moje nagrody musiały dobrze wkurwić. Nie mam natury chrystusowej. Nie nadstawiam drugiego policzka, tylko ciągnę ze łba. To się nie podoba.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong>Nie chcesz mieć dyplomu?</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Może w końcu uda mi się coś skończyć, bo jakiś papier by się przydał. Nie skończyłem żadnej szkoły filmowej, nawet AFiTu na Chełmskiej. Zabrakło mi kasy. Do Łodzi startowałem, ale się nie dostałem. Poszedłem na egzamin jak głupek, z ulicy. Byłem kompletnie nieprzygotowany, zielony&#8230; Gdybym się dostał, źle by to świadczyło o szkole.<span> </span>Piękną rzecz usłyszałem na korytarzu. Jakiś chłopak mówił, że jakby przyszedł tu Polański z przyprawionymi wąsami, też by się nie dostał.</p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong>Co o nim sądzisz?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">O wiele lepsza forma niż u Wajdy. I to nie tylko w robieniu filmów. Z tego co wiem Polański ciągle potrafi się dobrze zabawić (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Prezentujesz się jako luzaczek. Do tego wódeczka, imprezki, a tymczasem okazuje się, że ty pracowity jesteś!</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Jedno nie przeszkadza drugiemu! Czasem pomaga. Ale nie piję na zdjęciach. To byłby grzech śmiertelny. Za to podczas pisania&#8230; Jest w „Rezerwacie“ kilka scen, których pisania kompletnie nie pamiętam. Najważniejsze, żeby pić w pracy (<em>śmiech</em>).<span> </span></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Co to znaczy: „Lytera L w kiermany y zawijamy na obiekt”?</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">Litera „L” to litr wódki. Kierman to kieszeń. A obiekt to miejsce, które sobie wyznaczymy do picia.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Pytamy, bo chcieliśmy ci pogratulować występu w Teleexpresie, który robi furorę na youtube.com.</strong></p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">Wszyscy myśleli, że byłem napierdolony, a prawda jest taka, że zanim weszliśmy na żywo, ćwiczyliśmy całą scenę z Maćkiem Orłosiem przez pół godziny. Przynajmniej nie wyszedłem na jakiegoś inteligencika.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Czy z twojego młodszego brata wyrośnie aktor? Kamera go bardzo lubi. </strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Na razie powiedział, że aktorstwo ma w dupie, bo jest głupie i trzeba się uczyć tekstu. Woli być reżyserem. Przecież reżyser tylko siedzi i nic nie robi (<em>śmiech</em>). To jest wymarzona fucha dla Grzesia.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Na razie występuje we wszystkich twoich filmach.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Nie zrobiłem nawet krótkiej etiudy, w której by nie grał.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>W „Rezerwacie” jest superłobuziakiem i wydaje się, że zagrał siebie. </strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Mogę was zapewnić, że w filmie jest wyłagodzony. Na co dzień robi jeszcze lepsze numery. Na planie „Naszej ulicy” ciągle majstrował jakieś pułapki, kopał dołki, przykrywał trawą, cuda po prostu. Ludzie w to wpadali, poskręcane nogi, siniaki na kolanach…</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Jak ci się udaje tak świetnie go prowadzić?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Nigdy mu nie mówię, że już kręcimy (<em>śmiech</em>). Na planie „Naszej ulicy” w pewnym momencie się wściekł i krzyczał, kiedy zaczynamy robić film, bo te ciągłe próby go strasznie nudzą. A my byliśmy już prawie po zdjęciach. Zawsze piszę pod niego. W tych postaciach jest wiele problemów Grzesia, jego lęki, rozczarowania. Garściami biorę z jego codzienności. Pewnie dlatego tak łatwo mu w to wchodzić.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Na Grzesia rzucają się już filmówki?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Może jeszcze nie, ale niedługo zaczną. Oby. Za chwilę osiągnie taki wiek, że będzie mu tego trzeba. Brat wcześnie zaczynał, to i on nie może być gorszy (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Dlaczego twój drugi brat nie zagrał w „Rezerwacie”?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Nie mogłem go zatrudnić, był na obowiązkowych wczasach…</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Nie pytamy, za co…</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Słusznie&#8230; Teraz razem piszemy scenariusz, o którym wcześniej wspominałem. Ten o naszej dzielnicy, o Woli.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Co myślisz o Konradzie Niewolskim? Trochę jesteście do siebie podobni.</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Dajcie spokój, ja nigdy nie siedziałem za nielegalne posiadanie broni (<em>śmiech</em>). Nie znamy się osobiście, ale dużo o nim słyszę&#8230; I chyba mam inne ambicje. Jak byłem mały, to myślałem, że kiedy pojawi się banknot o nominale miliona złotych, to ja na nim będę. Wyrosłem z tego. A Konrad podobno wciąż ma takie ambicje. Na razie zrobił jeden świetny film – „Symetrię”.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><strong>Wiemy, o czym tak naprawdę kiedyś marzyłeś. O tym by być wielkim, sławnym, lepszym od innych i żeby laski obgryzały ci paznokcie u nóg. Obgryzają?</strong></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Na razie jeszcze obcinam (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">RAMKI:</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Mówię wam, to piękne uczucie. Siedzisz sobie w agencji reklamowej, napierdalasz jakieś tyfusy, a tu nagle: bach! Jest kasa na film. Od razu dzień wolny i bania.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Zawsze wydawało mi się, że debiut to pierwszy film. Okazało się, że drugi też potrafi być debiutem. A w Koszalinie pytano się mnie, czy w roku 2008 znowu przyjadę z debiutem (<em>śmiech</em>).</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Kwaśny (aktor grający główną rolę w „Rezerwacie” &#8211; przyp. aut.) parę miesięcy temu spadł z konia. Konika obleciały gzy i go poniósł. Kwaśny wpadł na zajebisty pomysł: „Sam się spierdolę z konia”. To dobry sposób, pod jednym warunkiem: trzeba być kaskaderem. Po upadku Marcin miał takie odwrotne heil hitler. Operacja, szpitale, gipsy… Po sześciu tygodniach miał być już luzik, ale tak żeśmy łoili na różnych festiwalach, że ręka w ogóle mu się nie zrosła. Miał jeszcze dwie operacje. Teraz podobno jest już lepiej. Marcin stara się nie pić. Może w końcu zdejmą mu ten gips.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">Z młodego Damięckiego zrobili lamę. Niezasłużenie. Gdybym miał go obsadzić w roli skinheada, zrobiłbym to bez zmrużenia oka. Poradziłby sobie znakomicie.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/lukasz-palkowski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maciej i Wojciech Szczęśni</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maciej-i-wojciech-szczesni/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maciej-i-wojciech-szczesni/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 14 Jul 2010 12:00:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Szczęsny Maciej]]></category>
		<category><![CDATA[Szczęsny Wojciech]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2555</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2010 rok
TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
fot. Kuba Dąbrowski

&#8211;

„Jest potwornie złośliwą mendą, ale dowcipną, więc wszystko uchodzi mu płazem”. Kto to powiedział i o kim?
Wojciech: (z lekkim przerażeniem w oczach): Ja? O tacie?
Maciej: Skoro przyszło ci to w ogóle do głowy, to świadczy o tym, jak szybko urosły ci rogi. To ja powiedziałem. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Szczesni.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2563" title="Szczesni" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/06/Szczesni.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 6, 2010 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Kuba Dąbrowski<strong><br />
</strong></p>
<p><strong>&#8211;<br />
</strong></p>
<p><strong>„Jest potwornie złośliwą mendą, ale dowcipną, więc wszystko uchodzi mu płazem”. Kto to powiedział i o kim?</strong></p>
<p>Wojciech: (<em>z lekkim przerażeniem w oczach</em>): Ja? O tacie?</p>
<p>Maciej: Skoro przyszło ci to w ogóle do głowy, to świadczy o tym, jak szybko urosły ci rogi. To ja powiedziałem. O tobie.</p>
<p>Wojciech: Kiedy?</p>
<p>Maciej: Sześć lat temu w wywiadzie dla PLAYBOYA. „Menda” była żartobliwie, a złośliwa, bo po prostu bystra. Złośliwość jest emanacją inteligencji. Był to więc komplement pod twoim adresem.</p>
<p><strong>Czy coś zmieniło się przez ostatnie sześć lat?</strong></p>
<p>Maciej: Nadal jest złośliwą mendą. A do tego wydaje mu się, że wszystko uchodzi mu płazem.</p>
<p>Wojciech: Rozumiem, że wciąż podobają ci się moje dowcipy?</p>
<p>Maciej: Tak, ale uważam, że w stosunku do bliskich, do ojca na przykład, mógłbyś być mniej „dowcipny”. Masz już dwadzieścia lat.</p>
<p><strong>A jak ty miałeś dwadzieścia lat, to kim byłeś?</strong></p>
<p>Maciej: Radosnym tatusiem. Niestety krótko, bo córka zginęła w wypadku. Szczęśliwie udało mi się zostać  tatusiem ponownie. Natomiast jeśli chodzi o życie zawodowe, to mając dwadzieścia lat absolutnie idealizowałem piłkę nożną. Najpierw boleśnie przekonałem się, że to po prostu biznes. O wiele bardziej bolesne było dla mnie to, że w Polsce jest to dodatkowo biznes szemrany. Gdy straciłem córeczkę, dotarło do mnie, że nigdy w życiu nie przydarzy mi się już nic gorszego, a w związku z tym nie ma co giąć karku przed byle kim. Dzięki temu, grając tyle lat w polskich klubach, udało mi się zachować czyste łapki.</p>
<p><strong>Marzyłeś w ogóle o grze za granicą?</strong></p>
<p>Maciej: Długo uważałem, że szczytem moich marzeń jest gra w Widzewie albo Legii. Ale kiedy udało mi się przyzwoicie zagrać w pucharach przeciwko Barcelonie na Camp Nou, zaświtało mi, że fajnie byłoby wyjechać. Czasy jednak – szczególnie w Polsce – były takie, że o zainteresowaniu mną przez klub zagraniczny dowiadywałem się rok po tym, kiedy miało to miejsce.</p>
<p><strong>Czasy się zmieniły. Wojtek dowiedział się, że jest na celowniku wielkich klubów, zanim doszło do jakichkolwiek rozmów.</strong></p>
<p>Wojciech: Zanim pierwsi skauci przyjechali mnie oglądać, już wiedziałem, że jadą.</p>
<p>Maciej: Tak ci się tylko wydaje. Jak usiadłem z wysłannikami czterech klubów do rozmów, dowiedziałem się, że obserwują cię od półtora roku. Powiedzieli mi wtedy, że od razu było wiadomo, że sportowo jest nieźle. Głównie patrzyli na stabilność formy i psychikę, czyli jak delikwent zachowuje się na przykład po puszczeniu paru bramek do sieci. I czy później poda rękę przeciwnikowi.</p>
<p>Wojciech: Nie wydaje mi się, żeby miało to jakieś znaczenie. To raczej nieważne, jak zawodnik zachowuje się przed albo po meczu.</p>
<p>Maciej: Raczej to się mylisz synku. Prosty przykład. Podczas wizyty w Londynie poznaliśmy pewnego Włocha,  młodszego od ciebie o rok.</p>
<p>Wojciech: Tego, który tak wymiotował?</p>
<p>Maciej: Dokładnie. Jechał z nami busikiem i rzygał. Potem w autokarze wymiotował ponownie. I co? Nie wpuszczono go nawet na murawę. Musiał oglądać mecz z trybun. Było mi go żal. Uważałem, że mógł się jeszcze zregenerować, bo miał czas. Podszedłem więc do menedżera młodzieżówki Arsenalu i próbowałem go przekonać, żeby dali młodemu szansę. Tym bardziej, że wszyscy mówili, że to genialny środkowy pomocnik, który nogami krawaty wiąże. Co usłyszałem? „Maciek, wiemy co robimy. Chłopak jest u nas trzeci raz i zawsze rzyga. Po prostu nie dźwiga presji. To nie jest żadna choroba lokomocyjna. Jeśli on nie panuje nad sobą przed meczem towarzyskim, to co zrobi, gdy za cztery lata przyjdzie mu strzelać karnego w półfinale Ligi Mistrzów? Zrzyga się. A może nawet umrze na serce. My tu nie prowadzimy ochronki. Takich jak on, znajdziemy sobie na świecie trzydziestu. Jeden telefon i przyjdą na kolanach. Tyle, że oni szybko z tych kolan wstaną. A ten Włoch będzie tylko dalej wiotczał”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy wybór Arsenalu był od początku oczywisty?</strong></p>
<p>Maciej: Wojtek miał wtedy 16 lat, więc wybór należał do mnie i jego mamy. Ale oczywiście to on sam miał zdanie decydujące. Sporów jednak nie było. Na pewno Bolton liczył na to, że wybierzemy ich klub, bo są mniejsi od Arsenalu, mają mniejsze aspiracje i z pewnością Wojtek miałby tam większe szanse na szybki awans do pierwszego składu. Różne są przecież motywacje.</p>
<p><strong>Szczególnie w czasach, kiedy 40-letni bramkarz, czyli van der Sar, jest wciąż w doskonałej formie. </strong></p>
<p>Wojciech: Tata cały czas twierdzi, że też jest dobry. Więc patrząc na niego, może trzeba uznać, że 45-letni bramkarz wciąż jest młody.</p>
<p>Maciej: Oj, teraz to zamieszałeś synku. Powiedziałeś, że tata twierdzi, że jest dobry. Ja tylko twierdzę, że cały czas jestem młody. A niezły po prostu jestem – to fakt, a nie twierdzenie.</p>
<p>Wojciech: Ale ja mówię o profesjonalnej piłce&#8230;</p>
<p>Maciej: Nie bój się. Jak patrzę na Nalepę (<em>Macieja – bramkarza Piasta Gliwice – przyp. aut.</em>), to jestem pewien, że dałbym radę. Żeby była równa konkurencja, musiałbym sobie jednak uciąć lewą nogę. Tak dalece się nie poświęcę.</p>
<p><strong>Po wyprowadzce do Londynu Wojtek od razu zamieszkał w willi jak na piłkarza Arsenalu przystało? </strong></p>
<p>Maciej: Żadnych willi, żadnych internatów ani hoteli, nic takiego. Wszyscy młodzieńcy mieszkają u rodzin zaprzyjaźnionych z klubem.</p>
<p>Wojciech: Ja tak żyłem przez mniej więcej trzy lata. Najpierw z rodzicami kolegi, który z nami trenował, a potem z pewną wdową. Uważam, że taki system jest w porządku. Może dlatego, bo fajnie trafiłem. Z opowieści innych chłopaków wiem, że rodziny trzymały ich bardzo krótko. O 22 mieli wyłączać telewizor, internet i iść spać. Ja zawsze miałem kompletny luzik.</p>
<p>Maciej: Bo pewnie nie dawałeś powodów do tego, żeby było inaczej. Gwarantuję ci, że gdybyś nawet kompletnie trzeźwy wrócił do domu trzy razy z rzędu o drugiej w nocy, to klub by się o tym dowiedział. Ja i twoja mama również&#8230;</p>
<p>Wojciech: Nawet nie pamiętam, czy kiedykolwiek tak wcześnie wróciłem (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Maciej: A nie mówiłem, że złośliwa menda?</p>
<p><strong>Pytaliśmy już Maćka, co robił, kiedy miał dwadzieścia lat. Pora się dowiedzieć, co Wojtek będzie robił za dwadzieścia pięć.</strong></p>
<p>Wojciech: Pewnie będę pracował jako komentator w telewizyjnej Jedynce (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Maciej: To się nazywa szybka piłka!</p>
<p>Wojciech: Na pewno też będę profesjonalnie opiekował się starymi rodzicami.</p>
<p>Maciej: Ciekawe, kto ci za to będzie płacił?</p>
<p>Wojciech: Zostanę wolontariuszem.</p>
<p>Maciej: Czyli nie będziesz oczekiwał profitów. To się chwali. Gdybyś jednak zdecydował się także dokładać do tego interesu, będziemy z mamą zobowiązani.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Zazdrościcie sobie czegoś nawzajem?</strong></p>
<p>Wojciech: (<em>dziwnie się uśmiecha</em>) On się do tego nie przyzna, ale na pewno chciałby mieć tak, jak ja.</p>
<p>Maciej: Absolutnie bym się tym nie zmartwił. Ale gdybym tak miał, to nie wiedziałbym, że można mieć gorzej, a poza tym zazdrość kojarzy mi się z uczuciem zawiści.</p>
<p>Wojciech: Tacie wszystko kojarzy się z zawiścią. Mi chodziło o zdrową, pozytywną zazdrość. Nie typową polską&#8230;</p>
<p>Maciej: Masz rację, w Polsce wszystko może się popierdolić. Nawet zazdrość. Oczywiście wolałbym zaczynać grę w piłkę w taki sposób jak Wojtek. Od razu na równych boiskach, w wygodnych butach, a przede wszystkim od razu z dobrymi trenerami. Możecie wierzyć lub nie, ale pierwsze naprawdę profesjonalne treningi bramkarskie miałem w wieku trzydziestu trzech lat. W Polonii Warszawa z Krzyśkiem Dowhaniem.</p>
<p>Wojciech: Ja ojcu zazdroszczę charakteru. Zawsze chciałem być taki na boisku. Chodziłem na mecze i nie ukrywam, że imponowały mi jego cechy przywódcze. Zazdroszczę mu też, jak potrafił wykorzystać szanse, które miał. Ja już na starcie dostałem możliwości o wiele większe od niego. Chciałbym je dobrze wykorzystać.</p>
<p><strong>Który mecz ojca wywołał u ciebie największe emocje?</strong></p>
<p>Wojciech: To może się wydać dziwne, ale najbardziej pamiętam mecz z GKS-em Katowice. Oglądaliśmy go z bratem (<em>Jankiem – przyp. aut.</em>) w telewizji, a mama była w kuchni. W pewnym momencie ojciec świetnie obronił groźny strzał. Zaczęliśmy krzyczeć: „Mama! Chodź! Chodź, tata super obronił!”. Po chwili krzyczeliśmy już co innego: „Mamo, chodź, tata nie żyje!”. Ojciec przywalił wtedy głową w słupek i stracił przytomność.</p>
<p>Maciej: Pamiętam. Naprawdę nieźle przydzwoniłem.</p>
<p><strong>Jak w tamtych czasach rówieśnicy traktowali Wojtka w szkole?</strong></p>
<p>Wojciech: Bywało ciężko. Tata często zmieniał barwy klubowe, a to się nie podobało. Tyle, że jak ojciec odszedł z Legii, to miałem lepiej od Janka, bo byłem młodszy. I dlatego mniej mi się dostawało. Jak dorosłem, to sprawy już trochę przycichły. Zresztą zawsze byłem wyższy od kolegów i potrafiłem się bronić.</p>
<p><strong>Wiedziałeś o wycieczce tatusia na Żyletę, kiedy postanowił w pojedynkę wyjaśnić sprawę przejścia do Widzewa z całą trybuną kibiców Legii?</strong></p>
<p>Wojciech: Dowiedziałem się o tym po latach i to z prasy (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Maciej: Nie uznałem za stosowne poinformować o tym rodziny, bo na pewno odwodziliby mnie od tego pomysłu. Zrobiłem to po swojemu, czyli dobrze.</p>
<p><strong>Pomogło?</strong></p>
<p>Maciej: Tak. Pojawiłem się tam mniej więcej po trzech miesiącach grania w Widzewie i prawie do końca sezonu miałem spokój. Prawie, bo gorąco zrobiło się po pamiętnym meczu Legia-Widzew 2:3. Kilku chłopców z BOR-u musiało spędzić noc pod oknami warszawskiego  mieszkania Szczęsnych. Zawdzięczam to ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych &#8211; Leszkowi Millerowi. Po meczu zadzwoniłem do Pawelca (<em>Andrzeja &#8211; ówczesnego prezesa Widzewa – przyp. aut.</em>) i powiedziałem, że chcę jechać z chłopakami do Łodzi, by świętować mistrzostwo Polski, ale kobita zostaje, a są sygnały, że paru debili chce wysadzić nasze mieszkanie w powietrze. Rozmowę usłyszał Leszek Miller i od razu powiedział: „Panie Maćku, pan się nie boi. Poproszę tylko o adres. I niech pan powie kobicie, żeby wpuściła czasem chłopaków na siusiu. A jak poczuje się bezpiecznie, to niech ich zwolni”. Przez następne dwie doby pojawiały się wycieczki krewkich legionistów. W końcu jednak odpuścili. Nikt nie zaryzykował starcia z Borowikami (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Uwierają cię ciągłe porównania do ojca?</strong></p>
<p>Wojciech: Uwierały. Nie tyle jednak same porównania, bo to jest naturalne, ale bardziej to, że mało ludzi wierzyło, że do wszystkiego doszedłem sam. Przejmowałem się tymi plotkami.</p>
<p>Maciej: Podobno załatwiłem ci nie tylko Arsenal, ale nawet grę w kadrze.</p>
<p>Wojciech: W oficjalnych wywiadach dostawałem pytania, czy ojciec dzwonił do trenera Smudy i nalegał, żeby mnie powołać do reprezentacji. Dzisiaj śmieję się z takiej głupoty, ale jak byłem młodszy, to brałem to śmiertelnie poważnie.</p>
<p><strong>Przejąłeś od taty sposób kierowania obroną?</strong></p>
<p>Wojciech: Raczej nie. Pierwsze podstawowe zwroty łapałem od bramkarza Legii, Andrzeja Krzyształowicza. Stałem za bramką i wszystko słyszałem. Ojca oglądałem z trybun, więc nie mogłem go dobrze słyszeć.</p>
<p><strong>W Londynie uczyłeś się bramkarskiego słownika od Jensa Lehmanna?</strong></p>
<p>Maciej: Raus&#8230; Raus&#8230; (<em>śmiech</em>). A na poważnie powiem wam, że to wyjątkowo miły facet. Świetnie  zachowywał się wobec nas, kiedy odwiedzaliśmy Wojtka w klubie.</p>
<p>Wojciech: Pierwsze angielskie zwroty bramkarskie łapałem na stażu w Boltonie. Reszta przyszła naturalnie.</p>
<p><strong>Który z was jest większym nerwusem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: My w ogóle jesteśmy z ojcem do siebie bardzo podobni, ale&#8230; w niewielu sprawach się zgadzamy.</p>
<p>Maciej: Na pewno to ja potrafię się bardziej wściec, ale Wojtek jest dużo bardziej kapryśny.</p>
<p>Wojciech: Pamiętajcie, że nie przyszło mi jeszcze do głowy bić zawodników w trakcie meczu. Szczególnie w europejskich pucharach (<em>w meczu Legii z Sampdorią Genua Maciek chciał poturbować Manciniego – przyp. aut.</em>)</p>
<p>Maciej: Na razie. Z Włochami mało grałeś. Poza tym zobaczymy, co będzie się działo, jak zagrasz przeciwko Manchesterowi City (<em>trenerem tego klubu jest Roberto Mancini – przyp. aut.</em>).</p>
<p>Wojciech: W Interze gra jego syn.</p>
<p>Maciej: W życiu bym nie przypuszczał, że on w ogóle może mieć dzieci.</p>
<p>Wojciech: Dotychczas dostałem trzy żółte kartki. Wszystkie za dyskusje z sędzią. Więc nie wiem, jak to jest z tymi nerwami.</p>
<p>Maciej: Właśnie przypomniała mi się moja niechlubna „przygoda” z enerdowskim sędzią. Facet polował na mnie przez cały mecz. Byłem nieco zdenerwowany. W końcu uśmiechnąłem się do niego, przytaknąłem, że się z nim zgadzam i w tym samym czasie po polsku wypaliłem: „Spierdalaj, ty chuju zasrany”.</p>
<p><strong>Twój ojciec znany był też z konfliktów z kolegami z zespołu. Odziedziczyłeś to po nim?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Dla mnie zdanie kolegów z drużyny jest często ważniejsze od zdania trenera. Jeżeli na przykład trener powiedziałby, że jestem kiepski, a chłopaki powiedzieliby, że gra się ze mną świetnie i jestem bardzo dobry, to uwierzyłbym im, a nie coachowi. Tak więc staram się być niekonfliktowy.</p>
<p>Maciej: To się akurat nie zmieniło. Koledzy zawsze wiedzą lepiej od trenera, bo to oni z kimś grają, a nie on.</p>
<p>Wojciech: Muszą wiedzieć, komu trudniej strzelić bramkę – to logiczne.</p>
<p>Maciej: Ale moi niektórzy koledzy, poza wiedzą sportową, sprzedawali mecze i przepijali moją przyszłość. Przeciwstawiałem się temu przez całe sportowe życie. Stąd ta moja „kultowa” konfliktowość.</p>
<p><strong>„Kultowo” rugałeś też trenerów.</strong></p>
<p>Maciej: Wypraszam sobie. Nikogo nie rugałem. No, może trochę Wójcika. Ale czy to w ogóle trener?</p>
<p>Wojciech: W Anglii ciężko postawić się bossowi. Ci, którzy próbują, zwykle nie grają w podstawowych składach. Nawet za niepodanie ręki po meczu są poważne konsekwencje. W Polsce można robić wszystko, w Anglii prawie nic.</p>
<p><strong>Sam stwierdziłeś, że łatwiej popyskować ojcu niż trenerowi. Opowiadałeś kiedyś o waszym wspólnym treningu&#8230;</strong></p>
<p>Wojciech: Oj, dostało mi się za to potem.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Za głupotę. Takich rzeczy publicznie się nie mówi. Poza tym nie pyskowałeś, tylko mędziłeś „to się nie da, to się nie da&#8230;, ty całe życie grasz w piłkę, a ja nie&#8230;”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Ojciec do wszystkiego podchodzi za bardzo emocjonalnie. Wtedy zebrałem duży opieprz.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: A ja uświadomiłem sobie, że uwielbiam pracować z dzieciakami, nawet bardzo mało utalentowanymi. Ale nie ze swoimi. Moje rozczarowanie faktem, że czegoś nie umieją i błyskawicznie nie potrafią się tego nauczyć, a mają talent, było nie do przewalczenia. Szybko przeradzało się w złość. Uważałem zawsze, że mają za mało dobrej woli albo im się nie chce. Bo w inteligencję i talent nigdy nie wątpiłem&#8230; „To się nie da, to się nie da&#8230;”</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Gdybyś mi dobrze wytłumaczył, to może by się dało.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Wtedy ojciec rzucił do syna: „Kariery to ty nie zrobisz. Palma ci odbiła”. Czy dzisiaj tata zmienił zdanie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Nie chcę go zdradzać, ale palma trwa.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Najważniejsze, że rodzina się jeszcze ode mnie nie odwróciła.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Póki zarabiasz (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>To był wasz ostatni wspólny trening?</strong></p>
<p>Razem: Tak.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Sześć lat temu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Tata cały czas cię instruuje?</strong></p>
<p>Wojciech: Trochę pograł, to ma prawo. Ale cały czas czekam, żeby mu powiedzieć: „Słuchaj, co ty wiesz? Ja wiem lepiej”. Szkoda, że na youtubie nie ma jego wpadek (<em>śmiech</em>).</p>
<p>Maciej: Zapraszam do domu. Wszystkie są na VHS-ie.</p>
<p><strong>Czy Maciek jest tak samo krytyczny wobec was jak wcześniej był wobec siebie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Tak. Baliśmy się ojca (<em>śmiech</em>). Pamiętasz, jaką rozróbę robiłeś, żebyśmy zakładali kapcie?</p>
<p>Maciej: Ale panowie o sport cię pytają.</p>
<p><strong>Do kapci jeszcze wrócimy.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Teraz tata częściej chwali niż krytykuje.</p>
<p><strong>Pochwaliłeś Janka po meczu z Olimpią Warszawa?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Chodzi wam o mecz, w którym przyjął 8 sztuk do siatki? Nawet, gdyby było 0-0, znalazłbym coś, do czego można się przyczepić. Tak już mam. Janek nie chciał o tym gadać. Ucałowałem go i pożegnałem. Jestem z niego tak samo dumny jak z Wojtka. I nie chodzi o dumę z sukcesów sportowych, ale z tego, jakimi są ludźmi.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Jakie macie największe osiągi w przyjmowaniu paru sztuk do siatki?</strong></p>
<p>Maciej: Sieben-drei mit Bayern München na Ł3.<strong> </strong> Lepiej było pójść na L4&#8230;  (<em>ul.Łazienkowska 3, 1988 rok, rewanż Pucharu UEFA – przyp. aut.</em>)</p>
<p>Wojciech: 0-4 z Holandią u siebie (<em>październik 2009, eliminacje mistrzostw Europy U-21 – przyp. aut.</em>) To było straszne.</p>
<p><strong>Czy narciarska kontuzja Janka pozbawiła go marzeń o karierze bramkarskiej?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Nie sądzę. Myślę, że Janek ma trochę mniejszy talent i słabsze warunki fizyczne. Poza tym jest z nas wszystkich najprzyzwoitszy, najlepszy i najbardziej godny zaufania.</p>
<p>Wojciech: Muszę to powtórzyć Jankowi, bo nie uwierzy.</p>
<p>Maciej: Nie jest to tylko moja opinia, ale też opinia bliższych i dalszych znajomych&#8230; króliczka. Uważam, że żeby bronić na odpowiednim poziomie, trzeba mieć w sobie trochę skurwysyna, którego on zwyczajnie nie ma. Wielkim sportowcem nie był, nie jest i nie będzie, ale za to ma sukcesy w innych dziedzinach życia, a do tego uprawia sport rekreacyjnie w Gwardii – i za to mu chwała. Podoba mi się, że mu się chce. Szanuję to, bo mi by się nie chciało.</p>
<p><strong>Wychodzi na to, że za dobre wychowanie nie pomaga w sporcie.</strong></p>
<p>Maciej: Czasami trzeba być bandytą. A Janek przeżywa każdą puszczoną bramkę. Nie to, że ja nie przeżywałem, ale z drugiej strony wiedziałem, że puszczanie szmat to immanentna cecha mojego zawodu. W nim smutek siedzi za długo i działa na niego destrukcyjnie.</p>
<p><strong>Ale za to nikt w waszej rodzinie nie tańczy tak znakomicie. Janek był nawet szósty na Mistrzostwach Polski. Wojtek też tańczył?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: A jakże!</p>
<p>Wojciech: „Uczęszczałem na zajęcia taneczne”.</p>
<p>Maciej: Wojtek w temacie bronienia zjada nas wszystkich z kopytami, ale w tańcu możemy czyścić buty Jankowi. Gdy on jest na parkiecie, siedzę w miejscu i się nie ruszam.</p>
<p>Wojciech: No niestety, zgrabnych ruchów nie mam. Po tatusiu.</p>
<p>Maciej: Do mojej gracji jeszcze ci daleko.</p>
<p><strong>Tata „cholernie lubił grać dla siebie”. A ty dla kogo grasz? Dla siebie, czy dla kibiców?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Dla siebie, ale to kibice powodują wzrost adrenaliny. Dzięki nim mogę dać z siebie więcej.</p>
<p>Maciej: Gra z kibicami to zupełnie inny poziom emocji.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Ja na przykład wolę grać na wyjazdach. Wtedy kibice chcą, żebyś puścił bramkę. U siebie, jak puścisz gola, kibice poklepią cię i powiedzą: „Nie przejmuj się”.</p>
<p>Maciej: A czy zmieniło się podejście na angielskich boiskach do bramkarzy? Jak grałem w Blackburn i Aberdeen, kibice wyli mi za plecami i modlili się o to, żebym skapitulował. Po meczu wszyscy na stojąco bili mi brawo i gratulowali, że zagrałem niezły mecz. To było wzruszające, motywujące i podbudowujące. Z drugiej strony zawsze wtedy myślałem: „Gdzie ja, kurwa, żyję?”. Tam kibice nie byli zawiedzeni, że ja obroniłem, tylko że ich zawodnik mi nie strzelił. W Polsce tak nie ma. Można nawet kamieniem dostać&#8230;</p>
<p>Wojciech: Podejście jest cały czas takie samo. Ale trafiła mi się kiedyś bardzo zabawna historia. Graliśmy mecz u siebie. Pierwszą połowę grałem z własnymi kibicami za bramką. W trakcie drugiej miałem za plecami kibiców gości. Gdy wszedłem do bramki, tuż przed gwizdkiem, widziałem, że wszyscy biją mi brawo i pokazują, że jestem zajebisty. Ucieszyłem się i skinąłem, że dziękuję. W tym momencie wszyscy jak jeden mąż wydali dźwięk: „Uuuuuuuuuuuuuu”. Zwyczajnie zrobili mnie w balona, a ja dałem się nabrać.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy młodzi Szczęśni mieli możliwość grania z ojcem na podwórku? </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Kiedy chłopcy pojawili się na świecie, nie miałem sił, a nawet pomysłu, żeby wyjść z nimi do parku i pograć w piłkę. Grałem codziennie po parę godzin. Wystarczyło. Ale zawsze doceniałem, że Wojtek mając 7 lat grał z 14-latkami. Robił to gorzej, ale z charakterem i zacięciem. Zapierdalał jak rasowy buldog.</p>
<p><strong>W czym jest dzisiaj od ciebie lepszy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Lepiej gra w golfa. Pewnie dlatego, że ja grałem tylko raz. Gdybym miał poświęcać pieniądze, cierpliwość i czas na wystrzeliwanie piłeczki w konkretne miejsce, tylko po to, żeby za nią zapierdalać – dostałbym szału. Zbyt wiele lat poświęciłem na to, żeby piłki przylatywały do mnie, a nie odlatywały ode mnie.</p>
<p>Wojciech: No właśnie tato. Do rzeczy, do rzeczy. Boisz się odpowiedzi?</p>
<p>Maciej: Jaki ojciec, taki syn&#8230; Wojtek na pewno gra dużo lepiej na przedpolu. Ja byłem z tych „zurück gehalten”, czyli najchętniej stałem w bramce i się nie ruszałem, a jak już ruszyłem, to demolowałem piłkarzy, również swoich &#8211; najczęściej Marka Jóźwiaka. Wojtek podobnie do mnie czyta grę, przewiduje, gdzie może zagrać przeciwnik. Łapiąc piłkę, wie już, gdzie ją wyekspediować – uwielbiam to słowo <em>(śmiech</em>). Ja też tak miałem. Zawsze uważałem, że była to moja bardzo mocna strona, niestety niedoceniana przez trenerów. Poza tym syn nieźle radzi sobie, grając nogami. Ja także nie należałem do ostatnich fajtłapów w tym punkcie. No i jest spokojny, luźny. To ważne.</p>
<p>Wojciech: Jak miałem 8 lat, dziennikarz zadał mi pytanie, jakie są słabe cechy taty-bramkarza. Odpowiedziałem, że karne.</p>
<p>Maciej: To fakt, mało broniłem. Ale, i tu w jednej jedynej sprawie zgadzam się z Tomaszewskim, uważam, że nie ma karnych obronionych. Są tylko źle strzelone.</p>
<p><strong>Macie jakieś wspólne skuchy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Myślę, że razem jesteśmy za bardzo podatni na samouspokojenie po dobrej interwencji. Traciłem w ten sposób sporo bramek. Najpierw parada, potem koledzy klepali mnie po plecach, a za chwilę piłka w siatce. Byłem rozprężony i nieskoncentrowany. Nie wiem, czy dobrze to odbieram, ale mam wrażenie, że jak Wojtek coś ładnie obroni, to spuszcza skromnie oczka i w duchu myśli: „Kurwa, niezły jestem gość”. A zaraz potem: „Nie mogę się po frajersku cieszyć, że to obroniłem, bo wyjdzie na to, że to dla mnie niespodzianka”.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Ha ha ha ha ha ha.</p>
<p>Maciej: Czyta się z twarzy, co? Znam tę minę, bo miałem taką samą. Jak ktoś mnie znał, to wiedział, kiedy najłatwiej strzelić mi bramkę.</p>
<p>Wojciech: Poza tą jedną skuchą jesteśmy całkiem idealni.</p>
<p><strong>Wróćmy do kapci&#8230;</strong></p>
<p>Wojciech: Zawsze z bratem chodziliśmy w samych skarpetach. Ojciec tego nienawidził. Jak mama słyszała domofon, krzyczała do nas: „Tata idzie! Zakładajcie klapki!”.</p>
<p>Maciej: Tak naprawdę nie świadczy to źle ani o mnie, ani o was, tylko o mamusi (<em>śmiech</em>). Choć Ala jako mama samotnie niańcząca dwóch ancymonów sprawiała się doskonale. Jak widać na załączonym obrazku – nie należeli oni do najprostszych w obsłudze.</p>
<p>Wojciech: Mama dbała o nasze zdrowie psychiczne. Dawała nam wolność wyboru!</p>
<p>Maciej: A mi chodziło wtedy o elementarny porządek. Tak samo nie lubię flejowatego szurania nogami  albo wystającej z jednej strony spodni koszuli, dzięki czemu nie wiadomo, czy ktoś chciał koszulę wyjąć, czy włożyć. Było chodzić cały czas w klapkach, albo cały czas w skarpetkach. Konsekwentnie.</p>
<p><strong>Ty po prostu dbałeś o bramkarskie stopy!</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Nigdy nie nadepnęliśmy na żadne klocki, nie zrobiliśmy sobie żadnej krzywdy.</p>
<p>Maciej: Na pewno dzięki tym chwilom, gdy byłem w domu i mieliście na nogach klapki. Ale pokłosiem naszych rozważań o konsekwencji był telefon 14-letniego Wojtka jadącego na zgrupowanie kadry: „Tatusiu, masz może rękawice w domu?”. „Nie mam, ale ty przecież jesteś bramkarzem! Dlaczego nie wziąłeś ich ze sobą?”. „Bo mi mama nie spakowała”.</p>
<p>Wojciech: Byłem wtedy pilnym uczniem. Za dużo miałem na głowie.</p>
<p><strong>Dzisiaj mama cię spakowała?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Wyrosłem z tego.</p>
<p>Maciej: Lepiej późno niż wcale.</p>
<p><strong>Jak szybko wycierają się piłkarskie rękawice?</strong></p>
<p>Wojciech: Kiedyś jedna para starczała mi na cały sezon. Dziś na dwa tygodnie. Ale kiedyś rękawice kupował mi tata, a że za kupowaniem nie przepadał, musiałem sobie jakoś radzić.</p>
<p>Maciej: Też cię lubię.</p>
<p><strong>Kiedy tata opieprzył cię najbardziej?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Jak z bratem chcieliśmy mamie wygrać Seata w Audiotele. Przez miesiąc codziennie dzwoniliśmy na 0-700. Przyszedł rachunek i ojciec dostał guli. Suma była zaskakująca.</p>
<p>Maciej: Niewiele niższa od wartości auta. To była czysta głupota, która może się zdarzyć każdemu dziecku.</p>
<p><strong>Czy nadal niektórzy uznają Wojtka za „zbyt pewnego siebie bufona”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Trzeba by się było ludzi zapytać, czy się już zmienili&#8230; Uważam, że pewnych siebie osobników inni zwyczajnie się boją. Dlatego wolę straszyć swoim charakterem niż unikać konfrontacji. Poza tym nazwisko zobowiązuje! Nasza rodzinna pewność siebie wynika ze szczerości, a nie z cynicznej gry.</p>
<p>Maciej: Jak ktoś jest krytyczny wobec siebie, a my jesteśmy, to ma prawo mówić głośno, co myśli o świecie.</p>
<p>Wojciech: Jeżeli uważam, że zagrałem świetny mecz, to dlaczego mam mówić, że jestem średnio zadowolony i że bywało lepiej. Nonsens.</p>
<p>Maciej: Zawsze możesz powiedzieć, przestrzegając tradycji wypowiedzi piłkarskich, że nieważne jak zagrałeś, bo liczy się wynik całego zespołu.</p>
<p>Wojciech: Do niedawna moja gra była ważniejsza niż wynik. Ostatnio trochę zmieniłem zdanie. Może dlatego, że gramy o punkty.</p>
<p>Maciej: Cóż za relatywizm.</p>
<p><strong>Jak angielscy kibice radzą sobie z twoim nazwiskiem?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Bez zmian. Z ogromnymi trudnościami. Od pewnego czasu mam ksywkę „Chess”, żeby wszystkim było łatwiej.</p>
<p><strong>A kto na tatę mówi „Wawrzyniec”?</strong></p>
<p>Maciej: Jak Olo Moskalewicz usłyszał, że na drugie mam Wawrzyniec, to prawie posikał się ze śmiechu. Ale tak mu się spodobało, że do dziś mówi do mnie – Wawrzek.</p>
<p>Wojciech: Ja na drugie mam Tomasz. To dopiero zadanie dla Anglików! Wojciech Tomasz Szczęsny (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Nadal jeździsz „na polskich blachach”?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Jestem konsekwentny. Dzisiaj kupiłem nowy samochód i on również będzie miał polskie numery. Niechęć niektórych mieszkańców Londynu do Polaków jak na razie kosztowała mnie wymianę jednej szyby i mycie samochodu po obrzuceniu jajkami.</p>
<p>Maciej: Teraz mój syn powinien na tylnej szybie nakleić wielkie białe jajo z literkami PL.</p>
<p>Wojciech: Zmieniłem parking. Nie jestem już tak widoczny. Myślę, że to wystarczy.</p>
<p><strong>Czy tata poręczał za syna w banku?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Nikt mnie tam o nic nie pytał, więc mam nadzieję, że nie. Wojtek nie może już jeździć dwuletnim złomem, bo koledzy się z niego śmieją. Wymienia swój park maszynowy. I tyle.</p>
<p><strong>Jesteś bogatszy od ojca?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Nie będę mu wstydu robił. Napiszcie, że nie wiem.</p>
<p><strong>Miłość do aut jest przypadłością rodzinną?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Maciej: Oj tak. Może nie jest to oczko w głowie, ale namiętność jak najbardziej.</p>
<p>Wojciech: Jesteśmy na innych etapach: tata stawia na komfort, ja na szpan.</p>
<p>Maciej: Komfort w Forresterze? Polemizowałbym. Ale za to wjadę wszędzie. Ty masz auto bardziej prestiżowe i luksusowe.</p>
<p>Wojciech: I nie wszędzie nim wjadę.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy dziewczyny, odkąd jesteś piłkarzem Arsenalu, inaczej się na ciebie patrzą?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Dziewczyny nigdy na mnie nie patrzyły i nigdy nie będą patrzeć. Jesteśmy brzydką rodziną.</p>
<p>Maciej: Nie wiedziałem, że mam tak zakompleksionego syna.</p>
<p>Wojciech: Poza tym dla mnie ważna jest tylko jedna dziewczyna. Inne się nie liczą.</p>
<p><strong>Przy okazji pozdrawiamy. A kogo widziałbyś na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Tylko tę jedną.</p>
<p>Maciej: Z tego co wiem, to dziecko jeszcze. Niedawno skończyła 16 lat, więc nie bierzmy jej pod uwagę. Nie ma praw wyborczych.</p>
<p>Wojciech: W takim razie powiedzmy, że Żmudę-Trzebiatowską.</p>
<p><strong>Jak poczułeś się, gdy zobaczyłeś tatę na billboardzie w reklamie perfum?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Fajnie. Wszyscy koledzy się ze mnie śmieją. Wreszcie widzę go na większym ekranie. Czuję się, jakbym kupił sobie plazmę.</p>
<p>Maciej: Pamiętaj, że ja też urosłem.</p>
<p><strong>To pytanie paść w końcu musiało: kto będzie bramkarzem mistrzostw? Tych mistrzostw.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Stawiam na Casillasa. Wygra Hiszpania, więc Iker automatycznie będzie najlepszy.</p>
<p>Maciej: Nie wydaje mi się. On gra ostatnio słabiej. Ale Hiszpania wygra na pewno. Gdyby jechał Van Der Sar, byłby najlepszy. Ale nie jedzie&#8230;</p>
<p>Wojciech: Może Hugo Lloris (<em>bramkarz Olympique Lyon – przyp. aut.</em>)?</p>
<p>Maciej: Nie rozumiem, dlaczego są nim tak zajarani na Wyspach. Dla mnie to wypierdek mamuta. Jeżeli Buffon będzie w dobrej formie, powinien się wykazać. Wbrew temu co się mówi, czyli że Włochom ciężko strzelić bramkę, myślę, że Buffon będzie miał dużo roboty.</p>
<p><strong>Jan Mucha?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Będzie miał roboty najwięcej.</p>
<p>Maciej: Janek ma szansę być w pierwszej trójce mistrzostw. Ale musi być w formie z jesieni. Pozycja Legii wynika tylko i wyłącznie z jego gry.</p>
<p><strong>„To prawdziwa loża szyderców. Prostych, prostszych i prostaków”. Kto to powiedział i o kim?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wojciech: Na pewno Maciek. Może o „Szybkiej piłce”? Albo o Żylecie?</p>
<p><strong>O piłkarzach.</strong></p>
<p>Maciej: Ciężko zaliczyć Małeckiego (<em>piłkarz krakowskiej Wisły – przyp. aut.)</em> do pierwszych dwóch grup. Facet wychodzi w Teatrze Polskim na scenę, żeby odebrać piłkarskiego Oscara za „odkrycie roku” i mówi: „Ta nagroda doda mi jeszcze więcej charyzmy”. Wymiękłem. Upiłem się tego wieczora do nieprzytomności.</p>
<p>Wojciech: Jak będę miał 45 lat, też pozwolę sobie na takie bon moty jak tata. Na razie uważam, że moi koledzy są świetni i darzę ich wielkim szacunkiem.</p>
<p>Maciej: Co za&#8230; złośliwa menda.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maciej-i-wojciech-szczesni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jan Tomaszewski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jan-tomaszewski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jan-tomaszewski/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 14 Jul 2010 11:51:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[WYWIADY GOŚCINNE]]></category>
		<category><![CDATA[Tomaszewski Jan]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=2695</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2003 rok
TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski

fot. Rafał Latoszek
&#8211;
Dlaczego piłkarze nie są zbyt wyrafinowanymi mówcami?
 
Bo muszą szybko gadać. Podłapują sporo boiskowej gwary. Winni są też dziennikarze. Przecież wszystko zależy od ich pytań. „Co pan czuł, jak pan strzelił bramkę?” No, kurwa, co czułem? Zamknąłem oczy, pierdolnąłem! I wpadła.
Pan jednak radzi sobie lepiej.
 [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Jan-Tomaszewski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-2701" title="Jan-Tomaszewski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2010/07/Jan-Tomaszewski.jpg" alt="" width="350" height="239" /></a>PLAYBOY nr 12, 2003 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Łukasz Klinke, Piotr Szygalski<br />
</strong></p>
<p>fot. Rafał Latoszek</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Dlaczego piłkarze nie są zbyt wyrafinowanymi mówcami?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Bo muszą szybko gadać. Podłapują sporo boiskowej gwary. Winni są też dziennikarze. Przecież wszystko zależy od ich pytań. „Co pan czuł, jak pan strzelił bramkę?” No, kurwa, co czułem? Zamknąłem oczy, pierdolnąłem! I wpadła.</p>
<p><strong>Pan jednak radzi sobie lepiej.</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Mnie nauczyła mówić moja pierwsza żona.. Poprawiała błędy. I dzięki niej nie używam już sformułowań w stylu: „ja rozumie”, „ja nie umie” itd. Poza tym większość bramkarzy to mówcy.</p>
<p><strong>No właśnie. Przenikliwie, choć kontrowersyjnie analizuje pan rodzimy futbol, ale czemu od lat zajmuje się pan nim tylko teoretycznie?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Porzuciłem mrzonki o tym, że będę trenerem. Mam propozycje, ale to już mnie nie interesuje. Zostałem publicystą i często mam swoje zdanie, z którym niestety sam się zgadzam (<em>śmiech</em>). Zresztą trenerka w Polsce robiona jest na wariackich papierach. Na Zachodzie trener martwi się tylko o jedną rzecz i za nią jest odpowiedzialny – jak przygotować faceta do wysiłku i wkomponować w zespół, a u nas… Przychodzi się na trening, i od razu słychać: „Kurwa jego mać, znowu pieniędzy nie wypłacili!”. Jest frustracja i tyle. Poza tym brakuje profesjonalnego podejścia zawodników. Co się dzieje w reprezentacji?! Tam jest dopiero patologia! Jakieś panienki na no przychodzą! Wizyty w agencjach towarzyskich itd.</p>
<p><strong>A w pana czasach sami grzeczni chłopcy grali w futbol? </strong></p>
<p>Zawsze jakieś czarne owce się zdarzają, ale było nie do pomyślenia, żebyśmy nie przyszli do pokoju na godzinę, którą wyznaczył Kazio (<em>Kazimierz Górski – przyp. aut.)</em>. Był porządek, a jak nie… W 74 r. po meczu z Włochami, który wygraliśmy, Kazio mówi: Macie wolne do 23. Adam Musiał wypił dwa piwka, zasiedział się i spóźnił dwadzieścia minut. Górski się wkurzył i chciał go wyrzucić z Mistrzostw Świata! Nie wystawił go na mecz ze Szwecją, który prawie byśmy przegrali, bo skład był przemeblowany. Kaziu niechcący wszystko popieprzył, bo Szymanowski grał przez to na lewej obronie i nie był tym samym Szymanowskim, a na prawej pojawił się nie bardzo kumaty debiutant Gut. Zagraliśmy najsłabszy mecz, ale Musiał miał szczęście, bo wygraliśmy, inaczej by wyleciał. Zresztą trudno byłoby o nas mówić, że byliśmy święci.</p>
<p><strong>Jak radził sobie z wami Górski?</strong></p>
<p>Mawiał: „Papierosy, wino i śpiew – wszystko jest dla ludzi. Trzeba wiedzieć, gdzie, z kim i ile”. Piliśmy nawet po meczach na mistrzostwach w 74 r. W hotelu witano nas lampką szampana, a o 2-3 w nocy spotykaliśmy się w saunie na piwku.</p>
<p><strong>Bardziej dbaliście o zdrowie niż dzisiejsi piłkarze?</strong></p>
<p>Absolutnie nie. Wszystko zmieniło się na lepsze. Piłkarze mniej palą. Za moich czasów w reprezentacji paliło z osiem osób.</p>
<p><strong>To w zasadzie na czym polega różnica między 1974 i 2003 r.?</strong></p>
<p>Wtedy był porządek, a teraz uosobienia profesjonalizmu z niemieckich drużyn, Schalke czy Herthy, przyjeżdżają na kadrę i, kurwa mać, „między Odrą, Bugiem a Nysą tylko my są!”. Jeśli zawodnik Hajto po meczu z Węgrami a przed San Marino wyjeżdża z Polski, a trener Janas o tym nie wie, choć później utrzymuje, że tak się umówili…</p>
<p><strong>Może naprawdę tak się umówili?</strong></p>
<p>Proszę nie żartować. Może jeszcze minuty będzie sobie wybierał, w której wejdzie, w której zejdzie? Jak można rozwalić coś, co się zdobyło po szesnastu latach?! Już zaczynaliśmy być dumni po wygranej z Norwegią… A w trakcie przygotowań do mistrzostw i potem aż do meczu z USA codziennie była rozmowa – Boniek, Listkiewicz kontra zawodnicy. Zupki reklamowe, szklanki itd.</p>
<p><strong>Wydaje się nam, że chce pan powiedzieć, kto jest temu winien.</strong></p>
<p>Do meczu z Norwegią, kiedy jeszcze nie awansowaliśmy, Jurek (<em>Jerzy Engel – przyp. aut.)</em> sam prowadził zespół, potem wpieprzył się Boniek z marketingiem i w jego interesie było gadanie, że jedziemy po mistrzostwo świata, a co najmniej po medal… A po Norwegii zaczął się pełen burdel i trwa do dzisiaj.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Mieliśmy być szczęśliwi, gdy uda nam się strzelić jedną bramkę?</strong></p>
<p>A jak panów zdaniem postępują profesjonaliści? Portugalczycy w wywiadach doceniali nas. Groźny zespół, pierwszy awansował w Europie, pokonał Norwegię, Ukrainę – tak mówili. A co na to nasi? Portugalczyki, to ich tam opierdolimy, kowboje nie umieją grać, z Koreańcami na pewno damy sobie radę. Jak byłbym trenerem Portugalii, Korei czy USA przetłumaczyłbym tylko wywiady polskich piłkarzy i trenerów. A nasi zagrali gorzej niż Górniak hymn zaśpiewała. No i jak jeszcze „profesjonaliści” traktowali dziennikarzy – przedstawicieli narodu? Wyzywali od pedałów i skurwysynów! A pan Boniek patrzy na to i się śmieje? W każdej normalnej ekipie w tej sytuacji kierownictwo samo podałoby się do dymisji. Tak byłoby na pewno w 74 r. Zresztą trener Anglii Glenn Hoddle kiedyś powiedział coś niefortunnego o niepełnosprawnych i następnego dnia już go nie było.</p>
<p><strong>Pan nie gryzie się w język.</strong></p>
<p>No gdybym był trenerem, to musiałbym się ugryźć, ale wtedy nie byłbym sobą. Zresztą nie każdy może i powinien być selekcjonerem. Janas, choćby, nie ma trzeźwego spojrzenia na futbol i wiadomo, o co chodzi. Na takim stanowisku nie może być ktoś, kto ma problemy z samym sobą. A Boniek? Ma tyle wspólnego z trenerką co ja, czyli niewiele. To jakby dać małpie brzytwę i żądać od niej, żeby bezkrwawo ogoliła frajerów, ale nikt mnie nie słuchał. Tomaszewski defetysta, persona non grata itd. Poza tym cały czas nie wyjaśniona jest sprawa, dlaczego Boniek zrezygnował. Kto podpisał umowę Canal+ na 100 milionów dolarów za transmisję ligowych meczów? Z jednej strony był to Boniek, z drugiej Rywin. I nikt nie wziął prowizji, czyli nikt nie pośredniczył.</p>
<p><strong>Czy coś pan sugeruje?</strong></p>
<p>Gdyby nie było afery Rywina, Boniek nadal byłby trenerem… Skojarzmy fakty: Boniek podał się do dymisji 2. grudnia. Grudzień, styczeń, luty – w piłce nic się nie dzieje, ale 50 tysięcy złotych można co miesiąc inkasować. Nie jest to dziwne, zrezygnować ze 150 tysięcy?</p>
<p><strong>Na biednego nie trafiło</strong>.</p>
<p>Z bogactwem Bońka to coś nie tak. Wiarygodni ludzie powiedzieli mi, że Boniek przyjechał do Polski bez grosza. Spłukany wrócił zarobić (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Chyba pana nie martwi to, że w PZPN-ie jest źle? Zawsze można kogoś skrytykować.</strong></p>
<p>Taak, ja Listkowi życzę, żeby był szefem PZPN-u dwadzieścia lat (<em>śmiech)</em>. O czym ja bym pisał, gdyby w PZPN-ie byli normalni ludzie? Gdyby nie było mumii nie mających żadnych propozycji dla kibiców? Kto by mnie wtedy czytał? Sytuacja w PZPN-ie do złudzenia przypomina tę w PZU i ZASP-ie. Był pan Wieczerzak, było bajecznie i kolorowo, przyszedł następca, zobaczył kwity – Wieczerzak siedzi. Był Kazio Kaczor, było bajecznie i kolorowo, przyszedł Olgierd Łukaszewicz, zobaczył kwity i jest akt oskarżenia.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>To pana zdaniem Listkiewicz będzie siedział?</strong></p>
<p>Na pewno, jak przyjdzie nowy prezes i odtajni akta, to Listkiewicz będzie wyjaśniał dużo spraw. Niegospodarność, przekręty, afery itd.</p>
<p><strong>Jakiś przykład?</strong></p>
<p>Chociażby zbiorowy gwałt w Finlandii w 2000 r. Czterech naszych juniorów było zaangażowanych, trzech gwałciło. Chłopcy zdobyli złote medale i poszli do dyskoteki z trenerem Wojtowiczem. Następnego dnia, w poniedziałek o ósmej rano mieli samolot, ale o szóstej zapukała policja. 15-letnia Finka zeznała, że Polacy ją spili i zgwałcili. W tej czwórce był m.in. Przemysław Kaźmierczak, zawodnik Piotrcovii, który nie gwałcił. Dziewczynie pokazana właśnie jego, a ona, że owszem – to jeden z nich. Dwanaście dni siedział w fińskim więzieniu. Drużyna wróciła i jakiś historie, że na testach w jakimś klubie został, u jakiejś ciotki… Zrobiono mu test DNA, no ale ten nic nie wykazał z oczywistych powodów, a sprawę zatuszował Listkiewicz i Boniek. Zero odszkodowań. Znam nazwiska całej czwórki, sprawę przekazałem do szefa komisji sejmowej Drzewieckiego (<em>Mirosław</em> <em>Drzewiecki, szef</em> <em>Komisji Kultury Fizycznej i Sportu – przyp. aut.)</em> oraz przez NIK do Polskiej Konfederacji Sportu. I nic. Sprawie ukręcili łeb, a ja mam wszystkie dokumenty.</p>
<p><strong>Spotkał pan tych chłopaków?</strong></p>
<p>Nie, ja tylko sprawę nagłośniłem, a PZPN na to, że nie chcieli chłopcu robić krzywdy. Listkiewicz powiedział, że tam się właściwie nic nie stało, bo to była jakaś bywalczyni dyskotek, pijaczka. 15-latka?</p>
<p><strong>A czy nie zdarzają się pod pana adresem jakieś pogróżki?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Nie, nigdy. Bałem się kiedyś tylko kominiarza. Jak wiem o jakimś draństwie, skurwysyństwie, nie popuszczę. Poza tym rywale naszych juniorów robią kariery, a nasi piją, ćpają i nie radzą sobie ze sobą.</p>
<p><strong>Skoro jesteśmy przy złym prowadzeniu się, którzy piłkarze pana zdaniem mają w tej dziedzinie największe osiągnięcia?</strong></p>
<p>O bramkarzach może nie będę mówił, żeby nie powiedzieli, że to na siebie powinienem wskazać. Mirosław Pękala, ze Śląska, Marciniak. Świetnie się zapowiadali, ale zmarnowali swoje talenty. Marciniak zresztą zmarł w tym roku. Gazza, choć trudno powiedzieć, że się w jakiś sposób nie spełnił. Swego czasu George Best. Gerd Muller, który pod koniec kariery miał odlot nieprawdopodobny – alkoholowo-narkotykowy. Koledzy z Bayernu – Rummenigge i Beckenbauer podali mu rękę i wytrzeźwiał. A świeższe przypadki to Maciej Terlecki – półtoraroczny odlot i Igor Sypniewski – roczny. Poszli w używki. Bardzo się cieszę, że wrócili do życia. Jurek Dudek grał słabo w Liverpoolu po zgrupowaniach drużyny narodowej. A na mistrzostwach po miesięcznych przygotowaniach był beznadziejny! Powinien szybko przejść do hiszpańskiej ligi. Najlepiej do Barcelony. Z nim w składzie, byłby to najlepszy klub na świecie. Dudek gra w tej chwili przeciwko całej Anglii, bo Kirkland, nie dość, że jest dobrym bramkarzem, to jest kandydatem numer jeden do stania w bramce reprezentacji, pupilkiem całej Anglii. Dudek gra do pierwszej szmaty. Potem będzie ława, z której nie wróci na boisko.</p>
<p><strong>Kto ma czy miał zły wpływ na drużynę Engela?</strong></p>
<p>Hajto i Świerczewski. W zły sposób zdominowali reprezentację. Trwają kłótnie na temat reklam, ja rozumiem, ale wreszcie trzeba było się opanować: Panowie, kurwa mać, teraz są mistrzostwa świata, po chuj wam te 20, 30 tysięcy?! Potrzebny był ktoś, kto powiedziałby: Jeszcze ktoś z was będzie rozmawiał na temat zupek z panem Bońkiem, to szybciutko, wypierdalaj!</p>
<p><strong>Skoro pańskie opinie tak często się potwierdzają, a pana prognozy sprawdzają, to czemu nie pomoże pan naszej piłce?</strong></p>
<p>Nie mam propozycji z PZPN-u, a nawet gdybym miał, to i tak bym jej nie przyjął. Będą zmiany – zgłaszam swój akces, nawet na rzecznika prasowego.</p>
<p><strong>A kto mógłby być nowym szefem Związku?</strong></p>
<p>Ktoś spoza układów. Wpływowy polityk. Bielecki, Szmajdziński, Tusk, Płażyński.</p>
<p><strong>A Lepper?</strong></p>
<p>Bez przesady, zresztą Leppera mamy teraz na tym stanowisku (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Tak pana określają, choćby w Internecie: „Lepper polskiej piłki nożnej”.</strong></p>
<p>Zaraz, zaraz. Ja zaczynałem pisać, kiedy Leppera jeszcze nie było, w każdym razie publicznie. Jeśli już, to odwrotnie: „Lepper Tomaszewskim polityki”. Poza tym Lepper ma spraw ok. 50, a ja jak na zbawienie czekam na tę jedną z Listkiewiczem. Lepper stworzył kult jednostki, a to już nie działa. Dlatego nie ma już połowy drużyny.</p>
<p><strong>A trenerem kadry narodowej kto powinien być? Ponoć Kasperczak miał propozycję, zanim został nim Janas?</strong></p>
<p>Nie było takiej propozycji. Teraz dla ogólnej zgody twierdzi, że była. Tak też twierdzi Listek, ale łże. Najlepszy dowód jest taki, że Listek mówi, że rozmawiał z Liczką, a Liczka na to: takiej rozmowy nie było. Pic na wodę. Narodową trzeba oprzeć na Wiśle, a powinni ją prowadzić Kasperczak z Engelem. Przynajmniej tak należałoby dokończyć eliminacje do Mistrzostw Europy.</p>
<p><strong>A jaki właściwie, pana zdaniem, jest poziom naszej narodowej reprezentacji?</strong></p>
<p>Poziom? Boski. Bóg jeden wie, jak ona zagra. Wygrywamy z Kazachstanem 3:0, niby dobrze – wygrana, ale w stylu, że rzygać się chce. Z dobrym trenerem jesteśmy na poziomie Norwegii, Szwecji, Turcji.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Turcji?! To trzecia drużyna świata!</strong></p>
<p>Nie, nie, nie. Dla mnie trzecią drużyną świata jest Hiszpania, Francja, Holandia. Turcja to taki przypadek jak Duńczycy, którzy z wczasów pojechali na Mistrzostwa Europy i wygrali je w 92 r.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Czy reprezentacja z pana czasów dałaby radę tej Engela?</strong></p>
<p>Nie, nasze organizmy nie były wykorzystane w stu procentach, tak jak teraz. Różnica jest taka, że kiedy my graliśmy, to byliśmy zawodnikami światowego formatu. Każdy z Orłów Górskiego klasyfikowany był w piątce albo co najmniej w dziesiątce najlepszych zawodników świata. A kto dzisiaj? Dudek przez moment.</p>
<p><strong>Proszę na zdradzić swoje największe marzenie.</strong></p>
<p>Zobaczyć sejf w PZPN-ie, wszystkie dokumenty i umowy sponsorskie, które są w środku. No i zarząd komisaryczny w tej instytucji.</p>
<p><strong>No, to wcale nas nie dziwi, że prezes Michał Listkiewicz zaproponował kiedyś załatwienie panu bezpłatnych badań medycznych. Ma pan chyba lekką obsesję na jego punkcie?</strong></p>
<p>Niestety nie zaoferował żadnego lekarza, a ja podziękowałem za troskę o moje zdrowie i powiedziałem, że odwdzięczę mu się paczką na widzeniu.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Nie ma pan wrażenia, że PZPN traktuje pana zupełnie niepoważnie?</strong></p>
<p>Ja wcale nie chcę, żeby traktowali mnie poważnie. Ja po prostu poważnie wykonuję swój zawód publicysty. Zresztą myślę, że traktują mnie coraz poważniej, tyle że nie ma politycznego przyzwolenia na rozpieprzenie PZPN-u.</p>
<p><strong>Czyjego?</strong></p>
<p>Andrzej Kraśnicki (prezes Polskiej Konfederacji Sportu – SLD), Mirosław Drzewiecki (PO), Krystyna Łybacka (minister edukacji i sportu – SLD) – twierdzą, że w polskiej piłce jest dobrze i będzie lepiej. Jeżeli oni kitują czterdziestomilionowy plebs, to świetnie, róbta tak sobie dalej.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Z tego wynika, że z każdej strony popierają PZPN i tylko pan jest przeciw.</strong></p>
<p>I bardzo dobrze! Reprezentacja gra fatalnie, każdego dnia są jakieś afery w polskiej piłce, a oni twierdzą, że wszystko jest dobrze! Ja będę miał tematy do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej, jak mówi Owsiak.</p>
<p><strong>Krytykuje pan głównie w prasie, w telewizji już pan nie pracuje…</strong></p>
<p>Tak. Po MŚ dostałem propozycję nie do odrzucenia, albo będę mówił dobrze o reprezentacji Bońka, albo odchodzę. Natychmiast wysłałem faks z rezygnacją, choć miałem podpisany kontrakt.</p>
<p><strong>A co z tym miał wspólnego Janusz Basałaj, szef redakcji sportowej TVP?</strong></p>
<p>Dużo. Jak były przymiarki Basałaja do telewizji, to już wtedy powiedział w „Wyborczej”, że Szpakowskiego, Tomaszewskiego i Lubańskiego wypieprzy z telewizji. Basałaj to przyjaciel Bońka – podpisywali umowę z Canal+.</p>
<p><strong>To kto pana wyrzucił z telewizji?</strong></p>
<p>Boniek, Boniek… A jak teraz słyszę Basałaja?! To Ezop polskiego mikrofonu, opowiada bajki, Jasina to samo. Wystąpiłem kiedyś w programie <em>Śpiewające fortepiany</em> i doszedłem do wniosku, że muzyka nie przeszkadza mi w śpiewaniu, a Basałajowi w opowiadaniu bajek nie przeszkadza mecz. Jak go słyszę, krew mnie zalewa. Ojcem chrzestnym Basałaja jest Kwiatkowski. Jak się zmieni prezes, to on pierwszy leci. Rozmawiam ze środowiskiem – nikt nie może tego słuchać, on po prostu pieprzy. A czy ja chciałbym wrócić do redakcji sportowej? Ależ oczywiście!</p>
<p><strong>W telewizji pan nie pracuje, można więcej czasu poświęcić własnemu hobby. Ma pan imponujący barek…</strong></p>
<p>Jestem dumny z tej kolekcji. Ze dwieście butelek. Kupowane przeze mnie, prezenty i – na przykład – wygrane w zakładach. Mam sake od Jurka Engela. Założyłem się z nim o wynik jego debiutu. Miał być remis, a ja mówię: „Jureczku, zaczynam liczyć od trzech”. Było 3:0 dla Hiszpanii. Mam tequilę ze skorpionem. Mam sporo butelek w kształcie piłek. Mam butelkę w kształcie szabli z ormiańskim koniakiem.</p>
<p><strong>Jak to się kolekcjonuje? Odkręca pan każdą i bierze łyczek?</strong></p>
<p>Nie. Wszystkie są zakręcone.</p>
<p><strong>A wieczorami, nie boi się pan takiego zestawu?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) Nie. Przerzuciłem się na winko.</p>
<p><strong>To kto to wypije i kiedy?</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>To nie do picia .To kolekcja.</p>
<p><strong>Łatwo w ten sposób skojarzyć Tomaszewskiego z butelkami…</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Sądzą panowie, że alkoholik miałby taką kolekcję?</p>
<p><strong>No wie pan, nie wiadomo…</strong></p>
<p>Jak ktoś zbiera broń, to kim jest? Potencjalnym zabójcą? A kolekcjoner etykiet z pudełek po zapałkach? Piromanem?</p>
<p><strong>A dlaczego w środowisku piłkarskim dużo się pije? Wystarczyło poczytać niedawno wspomnienia Wojtka Kowalczyka.</strong></p>
<p>Kowalczyk trochę koloryzował, ale picie piłkarzy ma swoje dobre strony. Chodzi o stres, presję. Kiedy zaczynałem karierę trenerską w ŁKS-ie jako asystent Jezierskiego, ustaliliśmy z zawodnikami – panowie, nie interesuje mnie co robicie po sobotnim meczu. Tylko nie daj Boże, jak traficie do izby wytrzeźwień. Od wtorku jesteście już sprawdzani po 22. Mogę zadzwonić, mogę was odwiedzić. Dlaczego tak? Żeby rozładować napięcie po meczu. Raz, bo to tani pijak wtedy jest, po wysiłku wypije dwie lufy i ma już dosyć, a dwa, bo zawodnicy rozluźnieni wyjaśnią sobie wszystkie nieporozumienia. Wiem to z własnego doświadczenia.</p>
<p><strong>A słyszał pan o paleniu trawki w latach 70.?</strong></p>
<p>Nie. Chociaż ja raz zapaliłem. Byliśmy za Kazia Górskiego w Iraku. Nawet nie wiedziałem co to jest, pykali sobie po prostu fajki wodne. Zapaliłem, ale jakoś niedobrze tylko mi się zrobiło. Dwa razy pociągnąłem przy wszystkich zawodnikach i przy Górskim. Mówię do niego: Kaziu, spróbuję, a on na to: Dobra, próbuj. Były tylko dwa sztachnięcia, a ja jestem przecież dwumetrowy facet.</p>
<p><strong>A co z seksem przed meczem?</strong></p>
<p>W ogóle nie szkodzi. Chociażby Kaziu Deyna. To był taki samotny wilk, lubił polować. Po prostu się urywał <em>(śmiech</em>). A skuteczność miał dużą, bo wiadomo, że w latach 70. byliśmy popularni.</p>
<p><strong>Polował tylko przed meczami towarzyskimi?</strong></p>
<p>Nie. Kaziu to wszędzie, choć nie wiem akurat czy na MŚ w 74 r. też. A np. Brazylijczycy jeździli wtedy do burdelu. My nie mieliśmy tego problemu, bo byliśmy zbyt oszołomieni całą imprezą.</p>
<p><strong>Nie żałuje pan, że w 82 r. wstąpił do PRON-u (<em>Patriotyczna Rada Ocalenia Narodowego – przyp. aut</em>.)?<em> </em></strong></p>
<p>Nie, broń Boże. W trakcie stanu wojennego byłem w Hiszpanii i widziałem te wszystkie mapki z Ruskimi. Poparłem stan wojenny, uważałem, że to nasza jedyna szansa. Alternatywa przed rzezią. Do PRON-u wstąpiłem świadomie wiedząc, że stracę na popularności. W PRON-ie byli też Piechnik (<em>Antoni Piechniczek – przyp. aut</em>.) i Szewińska. Dzięki socjalizmowi stałem się piłkarzem światowego formatu, więc nie mogłem powiedzieć: pieprzę socjalizm. Cały czas mi to wypominają, ale ja nigdy nie byłem w żadnej partii, ani w PZPR, ani w Solidarności.</p>
<p><strong>A jest pan zadowolony ze swojego życia prywatnego?</strong></p>
<p>No, trzy małżeństwa się nie udały. Ale nie mam do nikogo pretensji. Tylko do siebie. Dwa pierwsze, bo za często byłem poza domem, ostatnie chyba głównie dlatego, że z teściową nie mogłem się dogadać. Zresztą ostatnie małżeństwo trwa, żona mieszka w Warszawie. Taki stan zawieszenia. Kto wie jak to się skończy, ale mam teraz inne priorytety. Chociażby dwie córki.</p>
<p><strong>Jaką kasę robi teraz Jan Tomaszewski?</strong></p>
<p>Dużo kosztowały mnie moje małżeństwa, ale jestem niezależny finansowo.</p>
<p><strong>Kogo chciałby pan obejrzeć na rozkładówce PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Izę Scorupco po drugim dziecku. Ciekaw jestem, jak wygląda (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A kiedy zasłoniłby pan oczy?</strong></p>
<p>Przed kurwikami w oczach (<em>śmiech</em>).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jan-tomaszewski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
