<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wywiady</title>
	<atom:link href="http://wywiadowcy.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wywiadowcy.pl</link>
	<description>tu jest opis bloga</description>
	<lastBuildDate>Tue, 31 Jan 2012 20:49:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>Olaf Lubaszenko</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 31 Jan 2012 19:06:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Lubaszenko Olaf]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3316</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 01, 2012 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Georgiew &#8211; Z góry ostrzegam. Cierpię na konieczność dygresji. Kiedyś słynął pan raczej z krótkich i dosadnych wypowiedzi. Niestety w moim przekonaniu były nie tylko krótkie i dosadne, ale także błyskotliwe. Na szczęście zupełnie z tego zrezygnowałem. Teraz zwykle czuję przemożną potrzebę odejścia [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3322"><img class="alignleft size-full wp-image-3322" title="Olaf-Lubaszenko" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/01/Olaf-Lubaszenko.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 01, 2012 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Z góry ostrzegam. Cierpię na konieczność dygresji.</p>
<p><strong>Kiedyś słynął pan raczej z krótkich i dosadnych wypowiedzi.</strong></p>
<p>Niestety w moim przekonaniu były nie tylko krótkie i dosadne, ale także błyskotliwe. Na szczęście zupełnie z tego zrezygnowałem. Teraz zwykle czuję przemożną potrzebę odejścia od tematu. Wniosek jest taki, że albo wtedy nie byłem sobą, albo nie jestem sobą dzisiaj.</p>
<p><strong>Którego siebie pan woli?</strong></p>
<p>Zachowałbym fizyczność sprzed lat, ale osobowość wolę dzisiejszą. Z takiego połączenia prawdopodobnie powstałby Frankenstein. A tak na poważnie, to dziś jestem kompletnie innym człowiekiem. Siebie młodego postrzegam jako zupełnie obcą osobę.</p>
<p><strong>Pańska ulubiona powieść to <em>Idiota</em> Dostojewskiego. Z którym bohaterem utożsamiał się pan, czytając ją jako zupełnie inna osoba, a z którą utożsamia się teraz?</strong></p>
<p>Ciekawe pytanie. Myślę jednak, że genialność tej książki polega na tym, że książę Myszkin i Rogożyn to dwie połówki tego samego człowieka. Każdy z nas nosi ich w sobie. Każdy jest czasem bardziej jednym, a kiedy indziej bardziej drugim. Z pozoru oczywiście lepiej być Myszkinem, ale to wcale nie jest łatwy wybór. Istotą wielkiej literatury jest to, że ona nie daje odpowiedzi, tylko stawia pytania.</p>
<p><strong>Marzył pan o nakręceniu <em>Idioty</em>. Stawiamy więc pytanie – kiedy?</strong></p>
<p>Trzeba mieć nie lada mózg i być pewnym swojej mądrości, żeby podjąć się takiego wyzwania. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę na tyle pewny siebie. Na razie na głowie mam <em>Sztos 2.</em></p>
<p><strong>Do zagrania w nim epizodu zatrudnił pan naszego naczelnego. Jakim jest aktorem?</strong></p>
<p>Zaskakująco sprawnym. Oczywiście między umiejętnościami waszego naczelnego a zawodowym aktorstwem jest przepaść. Niemniej jednak jego kapitałem jest intelekt i pewne dziedzictwo kulturowe. W aktorstwie to sprawy nie bez znaczenia.</p>
<p><strong>Zaskoczył nas pan. Marcin wydaje się nam co nieco drewniany.</strong></p>
<p>Zawsze ceniłem w aktorach osobowość, nawet jeśli jest trochę drewniana (<em>śmiech</em>). Kamera ma to do siebie, że bezlitośnie odsłania pustkę w oczach. A Marcin nie ma tam pustki. Dlatego, moim zdaniem, dobrze wywiązał się z zadania. Także z zadania castingowego, które mu powierzyłem. Dobrał sobie za kompanów &#8211; więźniów politycznych – redaktorów: Andrzeja Morozowskiego i Jana Wróbla. Przyznam, że bardzo trafnie.</p>
<p><strong>Czy epizodyczną rolę gra też jakiś mafioso (<em>w </em>Sztosie<em> pojawia się na chwilę, nieżyjący już, gangster Nikoś – przyp. red.</em>)?</strong></p>
<p>To dla mnie bolesny temat. Miałem później trudne rozmowy z samym sobą. Na swoje usprawiedliwienie mogę mieć tylko to, że w tamtych czasach nie mieliśmy takiej świadomości jak dzisiaj, umiejętności oceny, co jest dobre, a co złe. Nie chcę się jednak tanio tłumaczyć. To było głupie. Mój błąd, chociaż pomysł nie mój.</p>
<p><strong>Pierwszy <em>Sztos</em> w zamyśle był nostalgiczną opowieścią o latach 70., a wyszła komedia. Czym jest drugi <em>Sztos</em> w zamyśle, a czym się okaże?</strong></p>
<p>Trudno z nostalgią wracać do stanu wojennego. A to właśnie w tych latach rozgrywa się akcja. Oczywiście przed komediowością nie chciałbym uciec, mam jednak nadzieję, że udało się także ocalić poważny ton opowiadania o tamtych czasach. Chciałbym, żeby ten film był dla młodych ludzi swego rodzaju obrazem historycznym.</p>
<p><strong>W „dwójce” podobno mniej przeklinacie. Niektórzy będą zawiedzeni.</strong></p>
<p>To prawda, z ekranu nie leci już takie mięcho. A propos tego tematu, muszę wam coś opowiedzieć. W jednej z pierwszych scen<em> Sztosu</em> jest długie ujęcie, kiedy kamera przejeżdża przez bar, panoramuje cały lokal, pokazuje parkiet – dziś powiedziałoby się dancefloor -  i wreszcie dojeżdża do stolika, przy którym siedzi Janek Nowicki. Robiliśmy to w takiej technologii, że nie miałem odsłuchu, a jedynie podgląd – co jest istotne dla tej opowieści. Jeden z występujących w tej scenie kolegów miał przy barze stać z kobietą i przed ujęciem zapytał mnie, co ma właściwie robić. Na co ja odparłem, że może być na nią lekko zdenerwowany, ale generalnie mają prowadzić neutralną, partnerską rozmowę. Po dwóch miesiącach, na pierwszej projekcji z dźwiękiem, oglądam przejazd kamery przez lokal i słyszę, jak kolega prowadzi neutralną rozmowę z kobietą, wrzeszcząc na całe gardło: „Wyjebać ci w kły?!”. Skamieniałem. Było już zdecydowanie za późno, żeby cokolwiek z tym zrobić. Ten tekst ustawił odbiór filmu (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Myśli pan już o „trójce”?</strong></p>
<p>Nie nazywam tego w ten sposób, ale uważam, że taki film jest potrzebny&#8230; (<em>Nagle dzwoni komórka jednego z gości w restauracji. Sygnałem jest motyw muzyczny z </em>Ojca chrzestnego<em>)</em> Właśnie o tym chciałbym opowiedzieć.</p>
<p><strong>O prawdziwej polskiej mafii?</strong></p>
<p>Nie wiem, czy u nas taka w ogóle była. Czy prawdziwa mafia miała szansę zaistnieć. Pominęliśmy kilka etapów historycznych. W Ameryce mafia kształtowała się przez dziesięciolecia. U nas amerykańskie lata 20. i 30. odbyły się w ekspresowym tempie – dwóch, może trzech lat. I właśnie o tym czasie chciałbym nakręcić film. „Jedynka” opowiadała o latach 70., „dwójka” jest o stanie wojennym, a „trójka” powinna być o przełomie ustrojowym, czyli mniej więcej o latach 1989-1991. W ten sposób powstałaby trylogia. Mam poczucie, że zrobienie takiego filmu jest dziejową koniecznością. Perspektywa 20 lat to dobry dystans, żeby obiektywnie spojrzeć na tamte czasy.</p>
<p><em><strong>Chłopcy z ferajny?</strong></em></p>
<p>Ale po naszemu i jak najdalej od stylistyki tamtego filmu. Bo <em>Chłopcy z ferajny</em> nie sprawdzą się w przaśnym świecie podwarszawskich miejscowości. Robiąc <em>Ojca Chrzestnego</em> w Milanówku, Grodzisku czy Brwinowie można się tylko wygłupić. Trzeba stosować odpowiednie narzędzia, pasujące do miejsca i epoki.</p>
<p><strong>Czytał pan już recenzje „trójki”?</strong></p>
<p>Na razie tylko „dwójki”. Żyjemy w Polsce, więc jeszcze przed premierą wiadomo, że film jest do niczego (<em>rozmawialiśmy prawie dwa miesiące przed premierą – przyp. aut.</em>). Myślę, że po naszej rozmowie pojawią się i recenzje „trójki”. Tradycyjnie nie należy się spodziewać niczego dobrego.</p>
<p><strong>Już się pan uodpornił?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć. Najbardziej jednak żałuję, że nie ma u nas recenzji na poziomie merytorycznym, w stylu „New York Times’a”. Pisanych przez fachowców, którzy zgłaszają konkretne zastrzeżenia. W Polsce recenzje filmowe sprowadzają się do dwóch modeli. Albo jest to niczym nieuzasadniona pochwała, zostawiająca cień podejrzenia, że stoi za tym umowa między korporacją medialną a dystrybutorami filmu, albo jest to pełna pogardy dezaprobata, bez żadnych wyjaśnień. Na zasadzie „chujowe, bo chujowe” albo jeszcze lepiej &#8211; „chujowe, bo to chuj reżyserował”. To boli, bo wkładamy w naszą pracę tyle samo serca i wysiłku, co twórcy ambitnego kina festiwalowego.</p>
<p><strong>Za pańskim filmem nie stoi żadna telewizja.</strong></p>
<p>W ten sposób dotykamy zagadnienia wąskiego kręgu celebrytów i ich powiązań korporacyjnych. Każda korporacja medialna ma dzisiaj swoje gwiazdy i zajmuje się wyłącznie ich promocją. W ten sposób powstaje zamknięty układ pokarmowy. Dlaczego o tym głośno mówię? Bo jestem outsiderem. Wybrałem trudną drogę &#8211; drogę samuraja. Nigdy nie potrafiłem zadbać o odpowiednie nagłośnienie własnych sukcesów. Było to dla mnie czymś zawstydzającym. A mówienie o tym uważałem za absolutnie niedopuszczalne, sprzeczne z prywatnym kodeksem postępowania. Taka postawa z pewnością nie pomaga w tak zwanej karierze. Jednak nie byłem i nie będę własnym PR-owcem. Nie pociąga mnie bycie na pierwszym planie, w świetle fleszy. Myślę, że jestem stuprocentową antygwiazdą.</p>
<p><strong>A może jest pan po prostu za dobrze wychowany?</strong></p>
<p>A można tak? Nie wiedziałem (<em>śmiech</em>). Ale faktycznie chyba jestem za grzeczny. W myśleniu, tworzeniu, we wszystkim. Jakoś zawsze bliżej mi było do klasyki niż do koloru i krzyku. Ale przede wszystkim najbardziej cenię sobie niezależność. Warto zaapelować do widzów, którzy to szanują. Jestem dumny ze swojej niezależności, choć to niełatwe i nie przysparza materialnych korzyści.</p>
<p><strong>Porozmawiajmy więc o korzyściach duchowych. Pamięta pan swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Oczywiście. Na rozkładówce była Erika Eleniak (<em>amerykańska aktorka znana m. in. ze </em>Słonecznego patrolu<em> &#8211; przyp. red.</em>). O dziwo, znalazłem ten numer w mieszkaniu moich dziadków. Co tam robił, nie mam pojęcia. Pamiętam, że spędziliśmy z Eriką kilka miłych wieczorów. Nie wiem jednak, co dzisiaj u niej słychać. Nie dzwoni, nie pisze. Straciliśmy kontakt.</p>
<p><strong>Jak by pan zareagował, gdybyśmy zaproponowali sesję pańskiej córce?</strong></p>
<p>Robi się coraz ciekawiej&#8230; (<em>odchrząknięcie, potem dłuższa pauza, po której następuje trawestacja cytatu z </em>Misia). Rozkładówka w PLAYBOYU może i ma swoje plusy. Ale chodzi zasadniczo o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów (<em>śmiech</em>). Marianna jest już pełnoletnia i podejmuje decyzje samodzielnie. Gdybym jednak mógł jej coś doradzić, to powiedziałbym, że to nie jest rzecz dla bardzo, bardzo młodych kobiet. Warto najpierw nieco okrzepnąć w życiu, w swoim zawodzie, w miłości. Chodzi mi o to, że mając lat dwadzieścia parę, a nie naście, można taką decyzję podjąć bardziej świadomie.</p>
<p><strong>Czy Marianna będzie aktorką?</strong></p>
<p>Zobaczymy. Nie mam zamiaru zachęcać jej do wykonywania tego zawodu. Cena za uprawianie aktorstwa jest ogromna &#8211; możecie mi wierzyć na słowo. Trudno ją opisać. To są koszty psychiczne, których nie da się zmierzyć.</p>
<p><strong>Pańskie pobyty w klasztorze w Tyńcu związane są właśnie z tymi kosztami?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć. Moje życie bywa bardzo chaotyczne. W celi klasztornej intensywnie poszukiwałem porządku. Bo bez porządku nie da się osiągnąć harmonii. Z mojego punktu widzenia siłą najbardziej destrukcyjną w życiu jest chaos. On zabija powoli, niezauważalnie, ale bardzo skutecznie. Z chaosem trzeba walczyć. Ja tę walkę kilka razy podjąłem w klasztornym rygorze: pobudka zawsze o piątej rano, kolacja zawsze o 17.45. W  tym rytmie opactwo żyje od 800 lat. Już sama świadomość tego wpływa na człowieka kojąco. Te same godziny posiłków i nabożeństw. A do tego praca fizyczna.</p>
<p><strong>Co panu przypada w udziale?</strong></p>
<p>Na ogół kuchnia, np. rozlewanie konfitur do słoików. Bardzo przyjemna praca.</p>
<p><strong>W coraz popularniejszym miejscu. Wielu aktorów odwiedza Tyniec.</strong></p>
<p>I to jest pewien problem. Życzę ojcom Benedyktynom, żeby znaleźli właściwe proporcje między uzasadnioną komercją a spokojem.</p>
<p><strong>Pan nie miał spokoju od dziecka. Jakim cudem, mając 13 lat, znalazł się pan w obsadzie <em>Życia Kamila Kuranta</em>?</strong></p>
<p>Byłem zwycięzcą jednego z konkursów recytatorskich. Dzięki temu dostałem się na casting, który wygrałem. Mama była raczej niechętna, a ojciec dowiedział się o moim debiucie, dopiero gdy zobaczył mnie w telewizji. Wbrew obiegowym opiniom, mój aktorski start był przypadkowy i nie miał związku ze środowiskowymi koneksjami. Mam mieszane uczucia w tej sprawie. Powstał piękny serial, ale i tak wspominam to jako smutną decyzję, która za bardzo wpłynęła na moje przyszłe życie. Pewnie gdybym wtedy nie zagrał, nie zostałbym aktorem.</p>
<p><strong>I nikt nie mówiłby o panu &#8211; „chłopiec o pięknym, niskim głosie”.</strong></p>
<p>Walczyłem z tym zajadle. Uczyłem się mówić wyżej, ponieważ wydawało mi się, że niski głos jest manieryczny i narcystyczny, po prostu zbyt aktorski. Wykonałem dużą pracę, żeby wydawać wyższe dźwięki.</p>
<p><strong>Chłopiec z rodziny aktorskiej nie miał żadnych, mówiących teatralnym basem, autorytetów?</strong></p>
<p>Aktorskich żadnych. Wychowałem się wśród aktorów i nikt nie robił na mnie wrażenia. Wolałem Marka Knopflera, Darka Dziekanowskiego i piłkarską reprezentację Danii z czasów ich Mistrzostwa Europy.</p>
<p><strong>Skoro pan zaczął&#8230; Kto wygra „nasze” Mistrzostwa?</strong></p>
<p>Czuję, że Niemcy. Z radością zdobędą tytuł Mistrza Europy na polskiej ziemi.</p>
<p><strong>Cztery lata – między rokiem 1983 a 1987 &#8211; grał pan w piłkę w  juniorach Legii. Co się stało z tą karierą?</strong></p>
<p>Grałem to za dużo powiedziane. Raczej kopałem się w czoło. Mam legitymację klubową, więc jest i dowód. Z tamtego młodzieżowego składu nikt się nie przebił do seniorów. Ja również. Byłem zawsze na środku napaści albo na mózgu, czyli w środku pomocy. Niestety miałem „słabe widzenie pola” i marne predyspozycje fizyczne: ani wydolności, ani szybkości. Nogi nawet były w porządku, ale nic poza tym. I jeszcze czegoś nie miałem – sportowej inteligencji. To naprawdę wyjątkowa umiejętność, której nie da się nauczyć.</p>
<p><strong>Ale trenerki już można. To ponoć jedno z pańskich marzeń – zostać trenerem piłkarskim.</strong></p>
<p>Całe życie mam wrażenie, że jestem w niewłaściwym miejscu. A na stadionie, treningu, czy w studiu pomeczowym, generalnie w środowisku piłkarskim, czuję się znakomicie, pewnie i spokojnie. Szczęśliwie mam maturę, więc mogę podjąć naukę na kierunku trenerskim. I naprawdę zamierzam to zrobić. Dwa lata pasjonujących studiów, a potem ile radości. Myślę, że wezmę się za to po Mistrzostwach Europy.</p>
<p><strong>Polski Mourinho?</strong></p>
<p>Mam te same, zresztą niezmiernie rzadkie, inicjały co Orest Lenczyk. Mourinho to doskonały trener, ale irytuje mnie jego dbałość o wizerunek. Nie lubię takiego podejścia, choć chciałbym dobitnie zaznaczyć, że do Walerego Łobanowskiego również jest mi niezmiernie daleko. Najbardziej chyba cenię Guusa Hiddinka.</p>
<p><strong>Kogo pan chciałby trenować?</strong></p>
<p>Młodzież w Legii, a jak Bóg da, to potem pewnie Zagłębie Sosnowiec, albo Pogoń Szczecin. Inne kluby z racji tego, że nie przyjaźnią się specjalnie z Legią, raczej nie wchodzą w grę. To tak na początek mojej wielkiej kariery trenerskiej (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A co z pana wielką karierą komentatorską?</strong></p>
<p>Musicie to przypominać? To był koszmar. Jakieś 15 lat temu w TVP 2 komentowałem mecz Amica Wronki &#8211; Legia Warszawa. Miałem być sam, ale gdy wyczułem, że wszystko zaczyna się wymykać z rąk, poprosiłem o pomoc Jacka Laskowskiego. Bycie odpowiedzialnym za to, żeby w trakcie meczu nie było ciszy w komentarzu, jest bardzo stresujące. Trzeba mieć wielką odporność psychiczną, żeby nie wpaść w panikę. Ja w nią wpadłem i natychmiast zacząłem się plątać. Dodatkowo moją ambicją było to, żeby nie komentować, tak jak Szpakowski, bo ten rodzaj komentarza wydawał mi się okropny. Po pięciu minutach zacząłem mówić tak jak on, używałem tych samych zdań i formułek, tyle, że trzy razy gorzej, wolniej i nie wtedy, kiedy trzeba. Nabrałem trwałej pokory i szacunku dla tej profesji.</p>
<p><strong>Pamięta pan swój pierwszy kontakt z piłką?</strong></p>
<p>To obrazek z Mistrzostw Świata w Argentynie: świętej pamięci Kazimierz Deyna nie strzela gospodarzom rzutu karnego. To mnie naznaczyło na resztę życia. Kiedy sam mam strzelać karnego, to jestem zlany zimnym potem. Kiedy oglądam karnego drużyny narodowej, jestem pełen jak najgorszych obaw. Nie potrafię się tego pozbyć. A Kazimierza Deynę wielbię do dziś. To jedna z najciekawszych postaci futbolu. Z opowieści ludzi, którzy go dobrze znali, wynika, że Deyna był naturalnym liderem, całkowicie jednak pozbawionym klasycznych cech przywódczych. Czyli musiał mieć jakieś inne cechy, które przyciągały do niego ludzi. Andrzej Strejlau opowiadał mi, jak grę Deyny obserwowało się z ławki. Często trenerzy wściekali się na niego i dopiero kiedy zagrywał piłkę, rozumieli, jaki był jego pierwotny zamysł i dostrzegali ten geniusz. Deyna postępował zupełnie nieszablonowo. W jego tragicznej historii jest ogromny potencjał, może z tego powstać naprawdę duży film.</p>
<p><strong>Pan powinien być jego reżyserem.</strong></p>
<p>Z wielką chęcią. Proszę ogłosić, że czekam na scenariusze. Problemem może być tylko termin realizacji. Sam się dziwię, ile rzeczy zrobiłem w trakcie swojego krótkiego życia, bo dobrze znam siebie i wiem, jak trudno mi się przełamać, żeby zacząć coś nowego. Ciężko się zbieram, długo się rozpędzam. Popatrzcie na mnie. Jestem Jumbo Jetem i potrzebuję dłuższego pasa startowego niż mały samolocik.</p>
<p><strong>No właśnie, a jeszcze parę lat temu nie był pan nawet Embraerem.</strong></p>
<p>Więcej się nas zrobiło, Polaków. Nie da się ukryć. Stało się to nagle, z dnia na dzień. Położyłem się spać szczupły, a wstałem otłuszczony.</p>
<p><strong>Prawie jak u Kafki.</strong></p>
<p>To dobre porównanie, choć komentarze a propos mojej sylwetki powodują, że czuję się raczej jak bohater <em>Procesu</em>, a nie <em>Przemiany</em>. Uważam, że wypowiadanie się na temat czyjejś tuszy, wagi lub urody jest nietaktowne i chamskie. W Wielkiej Brytanii, na której w paru kwestiach powinniśmy się wzorować, jest to nie do pomyślenia.</p>
<p><strong>Z czego wynikają takie komentarze?</strong></p>
<p>Z braku refleksji, który jest bliskim krewnym braku empatii. Innymi słowy z niewrażliwości, a tego nie poważam i nie lubię.</p>
<p><strong>A swoje imiona – Olaf i Sergiusz pan lubi?</strong></p>
<p>Przyzwyczaiłem się. Ale nadal uważam, że są wydumane. Dla dziecka były obciążające. Z Olafa na przykład dzieciaki się śmiały. Byłem obiektem drwin i szyderstw. Ale tylko do 1982 roku, kiedy Olaf Ludwig wygrał Wyścig Pokoju. Wstyd się przyznać, ale przez pewien czas musiałem kibicować enerdowskiemu kolarzowi.</p>
<p><strong>Nie miał pan żadnych ksywek?</strong></p>
<p>Olaf brzmiał jak ksywka. Czasem pojawiał się Lubaszka. A już w późniejszych czasach powstał Olo.</p>
<p><strong>Urodził się pan we Wrocławiu&#8230;</strong></p>
<p>Mieszkaliśmy tam sześć lat. Ale jedyne, co pamiętam to szpital. Byłem tak zwanym chorowitym dzieckiem. Następnie mieszkaliśmy pół roku w Jeleniej Górze i rok w Białymstoku. Potem była już Warszawa. I tak jest do dziś.</p>
<p><strong>Czyli poważne randki zaliczył pan dopiero w stolicy.</strong></p>
<p>Pierwszy raz trzymałem za cycki na Targówku. Piersi na pewno były piękniejsze od dzielnicy, w której mi się ukazały. Biust ładny, tyle że alkohol podły – półsłodkie winko patykiem pisane. Słuchaliśmy Perfectu, a dokładnie utworu o wiele znaczącym i determinującym stosunki damsko-męskie tytule: <em>Niewiele ci mogę dać.</em> Moje pierwsze doświadczenia seksualne upływały pod auspicjami tego nagrania. Jeszcze raz chciałbym jednak dobitnie zaznaczyć – mimo kryzysu i komuny PIERSI BYŁY NAPRAWDĘ WIĘCEJ NIŻ W PORZĄDKU.</p>
<p><strong>Damy tę sentencję kapitalikami.</strong></p>
<p>Bardzo dziękuję. Te czasy pod kątem estetyczno-dietetycznym nie były ciekawe. Miałem wtedy najwięcej zdrowia i zapału do picia wódki. Szkoda tylko, że ta wódka była najgorsza w dziejach Polski. Bałtycka, Vistula&#8230; aż mi się cofa. Hardcorowe doświadczenia dla żołądka. Znacie ten smutny, desperacki żart z tamtych czasów? Jeden facet mówi do drugiego: „Piję tylko Vistulę”. „Dlaczego?”. „Bo ma, kurwa, dużo mikroelementów”. Jest mi bardzo przykro, że teraz kiedy są tak wspaniałe alkohole i tak wspaniałe lokale, zdrowie już nie pozwala na ucztowanie jak kiedyś. To trochę jak w tej słynnej anegdocie Jana Nowickiego, jednego z moich mistrzów: „Zobaczcie, teraz kiedy jestem w takim momencie mojej kariery aktorskiej, kiedy mam wszystko poukładane w głowie, mam taką technikę i wiedzę, że mogę zagrać każdą rolę bez przygotowania, po prostu z kartek, &#8230;to już nie te oczy”. Ja tak mam z piciem wódki. Wiem, jak to się robi, wiem co należy jeść i w jakiej kolejności. Co z tego, kiedy zdrowie już nie to. Za komuny królowała niestety ciepła wódka z ciepłą cytronetą, a w sytuacjach ekskluzywnych zamiast cytronety pojawiał się Ptyś. Do tego ciepłe piwo. Wszystko musiało być ciepłe. Poza tym nieświeże jedzenie. Ohyda.</p>
<p><strong>Czasami jednak można było zaszaleć w Peweksie.</strong></p>
<p>Szaleliśmy. Kupowaliśmy brandy Napoleon za dolara i trzydzieści pięć centów. Nie byliśmy specjalnie wyedukowani, więc piliśmy go wymieszanego z&#8230; cytronetą. Chryste Panie, aż mi się słabo zrobiło&#8230; Ale za to ludzie byli bliżej siebie. Coś za coś. Sposób integracji, sposób skupienia się na rozmowie był zupełnie inny niż dzisiaj. Dziś ludzie już nawet nie biegają, tylko latają. Nie mają czasu na rozmowy.</p>
<p><strong>Aktorzy balangowali mocniej niż lud pracujący?</strong></p>
<p>Zwykle to była jazda po bandzie z częstymi wizytami na komisariatach. Pozowaliśmy na szaloną bohemę. Po każdym dniu zdjęciowym rozpoczynaliśmy balangi. Od 5 do 6 rano drzemka i znowu do pracy. Albo i bez drzemki. W tych „złotych” czasach przez trzy lata mieszkałem w łódzkich hotelach. W wieku 18 lat miałem nawet oficjalny zakaz meldowania się w hotelu Światowit. Byłem najmłodszym w historii Łodzi facetem z takim zakazem.</p>
<p><strong>Rekordzista!</strong></p>
<p>Jam tu nie winien. Pewien wybitny operator przyszedł do mnie do pokoju w odwiedziny. Mieliśmy tylko butelkę czerwonego wina. Bez korkociągu. Wybitny operator, trochę jąkała, zacinając się, powiedział: „Kukukurwa, stary, jaaaa to zarrraz oootworzę”. Wziął ręcznik, owinął nim butelkę i zaczął walić w ścianę. Korek nie puścił, puściło denko. Żółty pokój stał się żółtym pokojem w czerwone kropeczki. Operator stwierdził: „No widzisz, stastary, nienie zawsze się uuudaje”. I wyszedł. Dwa dni później zaczynały się targi Interfashion, sztandarowa impreza łódzkiego przemysłu dziewiarskiego. Jak się okazało hotel Światowit był na tę okazję świeżo wyremontowany. Rano wyszedłem na zdjęcia, a wieczorem czekały na mnie bagaże w recepcji oraz pismo dyrektora hotelu w stylu „temu panu już dziękujemy”.</p>
<p><strong>Kiedy zaczął pan żyć nieco stateczniej?</strong></p>
<p>Jakoś dopiero w 1994 r. Po komunie długo krzepłem. Miałem swoje przyzwyczajenia, z których ciężko było zrezygnować. Dobrze, że nie wpadłem wtedy w narkotyki. Byłem wierny klasycznym zbożowo-ziemniaczanym aktom słowiańskiej produkcji fermentacyjnej i na szczęście nie korzystałem z dobrej polskiej heroiny ze wspólnego kociołka. Po kilku latach wolności doszedłem do wniosku, że nie umiem nic i w zawodzie aktora nic jeszcze nie osiągnąłem. To przekonanie było dla mnie ozdrowieńcze. Znalazłem motywację do pracy, z którą wcześniej miałem duże problemy. A wszystko przez zbyt wczesny start w zawodzie.</p>
<p><strong>Czy pan w ogóle pracował nieartystycznie?</strong></p>
<p>W 1989 r. przez parę miesięcy byłem sekretarką w Fundacji Batorego. Prowadziłem biuro, a raczej próbowałem to robić. W tej komicznej sytuacji jest też coś tragicznego. Otóż przez dwa tygodnie uczyłem się obsługi teleksu. A jak już się nauczyłem, to wycofano teleksy i zostałem z tą wiedzą, jak ten chuj z angielskim, by zacytować mistrza Himilsbacha. Tyle, że angielski do czegoś może się jeszcze przydać. Mam poczucie bezpowrotnie straconego czasu.</p>
<p><strong>Jakim cudem, jako znany już aktor, został pan sekretarką?</strong></p>
<p>Zwyczajnie. Przez znajomych znajomych. Nie miałem wtedy co robić, a w kinie nie działo się nic. Na swoim koncie jako pracownik Fundacji mam na przykład zjazd ekologów w Serocku. Pamiętam, że z kolegą przez całą noc wycinaliśmy dla pięciuset uczestników tego zjazdu paski z papieru, na których było imię i nazwisko. Paski wkładało się potem do identyfikatorów. Położyłem się spać o 5 rano, a o 5.15 wpadł mój szef i oświadczył, że muszę jechać na dworzec po jakichś ekologów z Pragi. W ten sposób moje drogi z Fundacją się rozeszły. Nie wytrzymałem nerwowo i wróciłem do łóżka &#8211; jak na człowieka honoru przystało (<em>śmiech</em>). Potem byłem jeszcze kaowcem w solidarnościowej kawiarni Niespodzianka. Zdążyłem nawet zorganizować spotkanie z Januszem Szpotańskim (<em>poeta, krytyk, prześmiewca PRL, autor m. in. poematu </em>Cisi i gęgacze<em>, pamfletu przeciwko rządom Gomułki &#8211; przyp. red.</em>). Pewnego dnia do kawiarni przypadkowo wpadł Boguś Linda. Można powiedzieć, że porwał mnie do teatru na próby do musicalu <em>Metro</em>. W ten sposób zakończyła się krótka historia prac nieartystycznych, a rozpoczęła dziesięcioletnia historia pracy z Januszem Józefowiczem.</p>
<p><strong>Bogusław Linda spełnił więc w pańskim życiu rolę – nomen omen – brzemiennego w skutki przypadku.</strong></p>
<p>Skoro jesteśmy przy <em>Przypadku</em>, to posłuchajcie tego&#8230; Mając 20 lat zostałem asystentem Krzysztofa Kieślowskiego przy <em>Dekalogu</em>. Skończyłem właśnie grać w <em>Krótkim filmie o miłości.</em>  Zadzwonił do mnie z głupia frant drugi reżyser Darek Jabłoński z pytaniem, czy nie znam kogoś, kto chciałby być asystentem reżysera. Powiedziałem, że znam. Siebie. Nigdy potem nie byłem już tak zarozumiały i butny.</p>
<p><strong>Nie ma się czego wstydzić. Załatwił pan sobie świetną robotę.</strong></p>
<p>Chciałoby się też powiedzieć, że dobrze płatną, ale pół etatu w Studiu Filmowym TOR na stanowisku „asystent reżysera drugiej kategorii” nie należało do dobrze opłacanych. Zarabiałem wtedy równowartość czternastu dolarów. Kwota jednak nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Były inne, niewymierne korzyści. Poza tym czułem się dumny. Brałem udział w czymś, co nazywa się  &#8211; dziedzictwo kulturalne. Potem już nigdy nie miałem takiego poczucia.</p>
<p><strong>Przecież asystował pan jeszcze Andrzejowi Wajdzie.</strong></p>
<p>Żałuję, że nie wykorzystałem tego, jak należy. Nie byłem odpowiednio skoncentrowany na tym, co się wokół mnie działo. Interesowały mnie inne rzeczy. Panowie, ale kto w wieku dwudziestu lat nie jest idiotą?</p>
<p><strong>Nie ma takich. Ale nie ma też ludzi, którzy przed 20-tką ogrzewali się w cieple Beaty Późniak, Joanny Pacuły, Grażyny Szapołowskiej, Grażyny Treli czy Anny Majcher. Panie Olafie, litości&#8230;</strong></p>
<p>Wy zazdrościcie, a ja muszę z tym żyć. Chyba nie do końca zdawałem sobie sprawę, z kim gram i co ja tam w ogóle robię. Dziękować Bogu, że wtedy nie istniały takie wolnościowe wydzieliny, jak dzisiejsze media. Zjadłyby mnie żywcem. Dziś staram się funkcjonować poza światem Pudelka. Czasem mnie zahaczają, że jestem za gruby albo wziąłem ślub, ale na tyle rzadko, że mam to gdzieś. Żałuję tylko, że czas mojej największej popularności aktorskiej nie wiązał się z sukcesem finansowym.</p>
<p><strong>Jak pan radził sobie wtedy z aktorską intensywnością? Naokoło sami dojrzali aktorzy, o dojrzałości aktorek nie wspominając, a pan taki trochę naturszczyk z mlekiem pod nosem.</strong></p>
<p>Nie radziłem sobie. Wiem to dopiero dzisiaj. Żałuję, bo człowiek, który w młodości żyje tak intensywnie, potem ma dużo problemów, wynikających z przekonania, że już się wszystko widziało i wszystko się przeżyło. To przekonanie jest pochodną życia towarzyskiego oraz wielu eksperymentów dietetyczno-alkoholowych.</p>
<p><strong>Mieliśmy teorię, że dzięki pięknym aktorkom nie mógł się pan skupić na nauce.</strong></p>
<p>Walczyłem z przeznaczeniem, próbując studiować wszystko, tylko nie aktorstwo. Moje braki w wykształceniu to zresztą nie powód do przechwałek. To raczej bolesna, krwawiąca rana w życiorysie. Trzy miesiące studiowałem socjologię na uniwerku, byłem też przyjęty na filologię słowiańską i bohemistykę w Krakowie. Nawet pojechałem tam po indeks, ale potem już nie dotarłem na żadne zajęcia. Studiowałem też przez chwilkę na Wydziale Teologii Prawosławnej w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej.</p>
<p><strong>Który z tych kierunków wynikał z ciekawości, a który był podyktowany strachem przed wojskiem?</strong></p>
<p>Żaden nie wynikał z moich zainteresowań, wszystkie miały związek z unikaniem kamaszy. Byłem skazany na edukacyjne niepowodzenie. Dodatkowo irytowała mnie instytucjonalność uczelni, ich sztywny gorset terminarzy i regulaminów. Do dziś mam problem z formalnymi etykietami. Nie przepadam za nimi. Poza tym moje edukacyjne przygody były też spowodowane młodzieńczym buntem.</p>
<p><strong>Przeciwko rodzicom aktorom?</strong></p>
<p>Pewnie tak, choć z ojcem nie mieliśmy bliskich kontaktów. Dzieliły nas miejsca zamieszkania. Ale dzisiaj paradoksalnie trochę żałuję, że nie studiowałem aktorstwa. Od czasu do czasu próbuję to nadrabiać w teatrze. To miejsce niezbędne do tego, żeby poczuć się prawdziwym aktorem. Owszem aktorstwo filmowe na najwyższym poziomie jest bardzo trudne. Ale na średnim poziomie prawie każdy może być aktorem. Młodzi wykonawcy serialowi też zwą się aktorami. Teoretycznie należą do tej samej grupy co Holoubek czy Łomnicki. Fascynujące, prawda?</p>
<p><strong>Skoro jesteśmy przy serialach, to proszę nam powiedzieć, dlaczego pańska śmierć nie wywołała medialnej burzy, tak jak śmierć Hanki Mostowiak?</strong></p>
<p>Bo ja odchodzę po cichu, taktownie, nie robiąc szumu. Za moją śmiercią nie stoi sztab PR-owców (<em>śmiech</em>). Proszę jednak mnie źle nie zrozumieć. Czas w serialu (Barwy szczęścia<em> – przyp. red.)</em> wspominam bardzo miło. Jednak, gdy moja rola poszła w kierunku zdrad małżeńskich, to jakoś przestała mnie kręcić. Kiedy mój bohater przestał być bohaterem pozytywnym, poprosiłem Ilonę Łepkowską o najwyższy wymiar kary i uzyskałem go. W ładnych okolicznościach i z przytupem, za co dziękuję.</p>
<p><strong>Parę lat wcześniej mówił pan, że zagra w serialu, tylko wtedy, kiedy znajdzie się w „trudnej sytuacji”.</strong></p>
<p>I tak właśnie było. Wziąłem tę rolę, bo chciałem coś robić. Jestem dumny z mojej odpowiedzi. Mogłem przecież powiedzieć, że nigdy w życiu. Teraz moglibyście mi to wypominać.</p>
<p><strong>Możemy się tylko dopytać, czy nadal cieszy się pan „zasłużenie fatalną opinią”.</strong></p>
<p>Wśród kobiet?</p>
<p><strong>Tego nie wiemy. Nie doprecyzował pan.</strong></p>
<p>To rzecz na poważną dysertację. Myślę, że chodziło o kobiety i ich rodziny. Tylko, że to było tak dawno temu, że aż trudno mi się dziś do tego odnieść. Jak już mówiłem, jestem kompletnie innym człowiekiem niż dwadzieścia parę lat temu. Trochę jak Dr. Jekyll i Mr. Hyde. Albo Zbigniew Boniek i Jan Tomaszewski (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Na zdjęciu do naszego wywiadu Jan Tomaszewski strzelał do piłki z pistoletu. Trzeba uważać.</strong></p>
<p>Dziękuję za radę. Kiedyś w klubie Scena przystawiono mi prawdziwy pistolet do głowy. W tym samym lokalu, tydzień później, przystawiono mi nóż do gardła. Niby taka zabawa. Nie wiadomo do końca, o co chodziło. Dlatego przestałem chodzić do klubów. Pomogło. Mam dziś święty spokój.</p>
<p><strong>I nawet za geja pana nie biorą?</strong></p>
<p>Niestety nigdy się to nie zdarzyło. Przykro mi z tego powodu. Może winna jest temu moja postura? Czuję się zepchnięty na boczny tor. Znowu poza mainstreamem <em>(śmiech</em>). Proszę mnie podejrzewać, bo jestem otwarty i chętnie się z tym podejrzeniem zmierzę.</p>
<p><strong>A jest pan chociaż z kimś mylony?</strong></p>
<p>Z Kazikiem Staszewskim. Bardzo mnie to dziwi, ale rzecz powtórzyła się parę razy. Nawet kiedyś policjant z drogówki powiedział, że mnie puści, bo zaśpiewałem Wałęsie, żeby oddał sto milionów. Nie sprostowałem. Podziękowałem i zadowolony szybko oddaliłem się z miejsca zdarzenia. Zresztą z wami muszę zrobić to samo. Nie jestem przyzwyczajony do tak długich rozmów z dziennikarzami. Mocno żeście mnie przeorali. Mam siły na 90 minut plus to, co doliczy arbiter. A my tu chyba zagraliśmy cały turniej.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Ministrantem byłem nielegalnie. Jestem ochrzczony w cerkwi, a służyłem do mszy w kościele katolickim.</p>
<p>Jestem rozkminiaczem-talmudystą. Takie postępowanie spowalnia marsz, ale za to znacznie poprawia jego jakość.</p>
<p>Zachodni aktorzy są bardzo sympatyczni. Zauważyłem, że stopień ich sympatii jest wprost proporcjonalny do wysokości honorariów. Jak występowałem w reklamie też byłem sympatyczny.</p>
<p>Kiedyś jeden z decydentów telewizyjnych powiedział mi, żebym się tak nie starał, żebym nie próbował reżyserować  za dobrze, bo widz może tego nie łyknąć. Myślałem, że to żart, ale niestety facet mówił śmiertelnie poważnie.</p>
<p>Bycie gejem w szatni piłkarskiej musi graniczyć z heroizmem.</p>
<p>Kiedyś spacerowałem z babcią po Starym Mieście. Nagle dostrzegłem Mirosława Hermaszewskiego i jego kosmicznego partnera Piotra Klimuka. Jak to dziś brzmi – kosmiczny partner (<em>śmiech</em>). Siedzieli sobie w ogródku jakiejś restauracji, pijąc kawę. Podszedłem do nich stremowany i dostałem dwa autografy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/olaf-lubaszenko/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jerzy Gruza</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jerzy-gruza/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jerzy-gruza/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 27 Jan 2012 11:59:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[FILMOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Gruza Jerzy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3287</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Georgiew &#8211; Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby ze mną rozmawiać? Nie macie już prawdziwych celebrytów na celowniku? Nie poczuwa się pan? Widzę, że rozśmieszanie bierzecie na siebie. To dobrze, bo ja mogę dzisiaj być mało dowcipny. Kryzys formy? Boli mnie brzuch. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3298"><img class="alignleft size-full wp-image-3298" title="Jerzy-Gruza" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2012/01/Jerzy-Gruza.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 12, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Andrzej Georgiew</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby ze mną rozmawiać? Nie macie już prawdziwych celebrytów na celowniku?</p>
<p><strong>Nie poczuwa się pan?</strong></p>
<p>Widzę, że rozśmieszanie bierzecie na siebie. To dobrze, bo ja mogę dzisiaj być mało dowcipny.</p>
<p><strong>Kryzys formy?</strong></p>
<p>Boli mnie brzuch. Mam tak za każdym razem, kiedy zapraszają mnie na darmową kolację. Jak się dowiedziałem, że PLAYBOY stawia, to nie jadłem cały dzień w obawie, że wieczorem nie dam rady pochłonąć wszystkiego. Dlatego mam skurcze. Coś okropnego.</p>
<p><strong>To na początek proponujemy kieliszek Fernet Branca. A zaraz potem poprawimy tatarem.</strong></p>
<p>Świetny wybór. Mam doskonałą anegdotę a propos tatara. Otóż lata temu z Jackiem Bromskim zrobiliśmy film <em>Alicja</em> (<em>w 1980 roku – przyp. red.), </em>na którym producent stracił fortunę. Pod koniec zdjęć był już niewypłacalny. Dlatego w Londynie nocował nas w luksusowym hotelu The Churchill, tuż obok Marble Arch. Dlaczego? Bo tylko tam nie zażądali od niego przedpłaty lub karty kredytowej. Facet zamówił pokoje przez teleks. Siedzieliśmy z Jackiem w luksusie, sami, otoczeni szejkami, bez grosza przy duszy. Jeść jednak musieliśmy. W menu hotelowym nie było cen. Zaczęliśmy więc szukać czegoś małego, w domyśle &#8211; taniego. Kiedy zobaczyłem słowo „tartare”, od razu przypomniał mi się tatar ze SPATiFu: trochę mielonego mięsa, na to jajeczko, troszeczkę cebulki, sól i pieprz. To nie mogło być drogie. Zamówiliśmy. Czekamy. Nagle otwierają się drzwi i wjeżdża czterech kelnerów ze swoim szefem oraz ogromnym stołem. A na nim pół wołu. Na naszych oczach zaczęli to kroić, siekać, mieszać i przyprawiać. Przez pół godziny! My całkowicie załamani. Kurwa jego mać, co to były za porcje! Do tego kosztowały fortunę.</p>
<p><strong>Skoro sam pan wspomniał o musicalu <em>Alicja,</em> to chętnie już teraz podpytamy o ten film.</strong></p>
<p>Myślałem, że wszyscy już o tym zapomnieli. Motorem projektu był Jacek. To on wynalazł jakiegoś Belga, który wyłożył na potrzeby tej produkcji cały swój majątek. Sprzedał nawet rodzinny pałac. Na koniec jeszcze rozwiódł się z żoną i stracił kontakt z dziećmi. Facet dosłownie poszedł z torbami. Dziś jest chyba jakimś urzędnikiem. Nie mam pojęcia, dlaczego zainwestował w film kręcony w komunistycznej Polsce z zachodnimi aktorami. W każdym razie to zderzenie wschodu z zachodem było niebywałe. Nie wyobrażacie sobie, jakie towarzyszyły nam nerwy. Na przykład kręcimy scenę za sto tysięcy dolarów w pałacyku w Jabłonnie. Na planie gwiazdy: Susannah York, Jean-Pierre Cassel, Sophie Barjac. Tymczasem podchodzi do mnie ktoś z obsługi technicznej i mówi szeptem, że nie możemy kręcić, bo skończyła się ropa do agregatu prądotwórczego. Jest sobota wieczór, wszystko pozamykane. A paliwo to przecież w PRL-u towar deficytowy. Aktorzy w kostiumach czekają, my zagadujemy ich, jak tylko umiemy. Wreszcie ktoś zdobył pięć litrów ropy, ale nie wiem skąd, pewnie ściągnął wężykiem z jakiegoś baku, po prostu wyczarował. Scena za sto tysięcy zielonych uratowana.</p>
<p><strong>Podobno Szczecin udawał w <em>Alicji</em> Paryż.</strong></p>
<p>Tak, ale zrobiło się cholernie zimno, a my potrzebowaliśmy słońca. Producent wyszedł z siebie i całą ekipę wysłał do Marsylii. A tam spadł&#8230; śnieg. Od trzydziestu lat nie widziano tam śniegu! Cyrk po prostu. I tak było w kółko. Na każdym kroku przeżywaliśmy horror.</p>
<p><strong>Dziś brzmi to zabawnie.</strong></p>
<p>Najweselej mieli zachodni aktorzy, którzy w Polsce bawili się znakomicie. W naszej ekipie był Andrzej Wasilewicz, który na planie poznał się z Susanną York i wkładając sobie chusteczki do ust udawał świetnie Marlona Brando, z którym ona była wtedy związana. Andrzej ponadto zamawiał dla niej całe skrzynki szampana. Na zachodniej ekipie robiło to kolosalne wrażenie. Przecież nikt z nich nie miał pojęcia, że to Russkoje Szampanskoje po 6 zł od butelki. Smakowało wszystkim jak oryginalny francuski szampan. Andrzej był nie tylko aktorem, ale też judoką, facetem silnym jak tur. Któregoś razu wziął Susannę do tańca, w pewnym momencie przewrócił ją do góry nogami i tańczył dalej. Pokazały się jej gacie, a dupa oczarowała wszystkich. Susannah piszczała z radości.</p>
<p><strong>Wiedzieliśmy, że można na pana liczyć, jeśli chodzi o playboyowe historie.</strong></p>
<p>A wiecie, że napisałem dla PLAYBOYA pewną historię?</p>
<p><strong>Opowiadanie <em>Bażant.</em> Pański debiut literacki. Mieliśmy nawet zapytać, czy czuł się pan kiedyś bażantem.</strong></p>
<p>Tak, ale było to bardzo dawno temu. W czasach, kiedy się jeszcze stroiłem. Byłem klasycznym bikiniarzem: kapelusz, szaliczki, kolorowe płaszcze, buty. Wyglądałem jak rasowy bażant. Z tego opowiadania powstał nawet film. Nie mój, tylko mojego asystenta &#8211; Andrzeja Chrzanowskiego, który zrobił bardzo dobrą studencką etiudę. Przekaz treści nie zmienił się do dziś &#8211; obrona mężczyzn stłamszonych przez zbyt nachalne, mieszczańskie kobiety, które najpierw facetów łapią w swoje sidła, a potem porzucają ich na pastwę losu (<em>śmiech</em>). Opowiadanie dołączyłem do książki <em>Najpiękniejsza. Opowiadania z nieoczekiwanym zakończeniem</em>, w której pozbierałem moje krótkie nowele do kupy. Każda z tych historyjek nadaje się do PLAYBOYA, „New Yorkera” i innych zacnych periodyków. To teksty z gruntu niepolskie, ponieważ ich szczegóły i znaczenia są tak uniwersalne, że mogą być czytane na całym świecie. Zresztą mój znajomy stwierdził: „Myślałem, że to jakiś Amerykanin napisał”. W Polsce pisze się wiele fantastycznych rzeczy, ale większość z nich jest skażona specyficznym lokalnym szczegółem, nie wszędzie zrozumiałym. A u mnie można poczytać na przykład o kobiecie, która startując w konkursach piękności, doprowadziła się do upadku. Show bizness na całym świecie jest taki sam.</p>
<p><strong>Miał pan kogoś konkretnego na myśli?</strong></p>
<p>Spotykałem takie wariatki. Latały z jednego konkursu na drugi, nie zajmując w nich żadnych dobrych miejsc. Miały obsesję, że krzywdzą je jurorzy, którzy żyją w zmowie przeciwko nim. Zresztą nieważne&#8230; Jeżeli nie wydrukujecie chociaż jednego mojego opowiadania, nasz wywiad będzie nieważny.</p>
<p><strong>Zrobimy co w naszej mocy. Proszę nam tylko powiedzieć, czy pana książki są komentowane przy stoliku w Czytelniku (<em>miejsce, w którym spotykają się m.in. Jerzy Gruza, Kazimierz Kutz, Henryk Bereza, Janusz Głowacki – przyp. red.)?</em></strong></p>
<p>Tam wszyscy mają swoich idoli i czytają tylko ich książki. Moich raczej nie czytają i nie analizują. Tylko Głowa czasem mnie klepnie i powie, że coś tam śmiesznego wyprodukowałem. Cała reszta zajmuje się sztuką wyższą.</p>
<p><strong>Między innymi Henryk Bereza, którego opisał pan w sposób co najmniej ryzykowny, żeby nie powiedzieć okrutny.</strong></p>
<p>Bo go bardzo lubię. Nie dowcipkuję nigdy na temat ludzi, których nie lubię. Nie chciałem wyrządzić mu krzywdy. Henio się jednak obraził, lekceważy mnie i daje do zrozumienia, że jestem beznadziejny. A mnie z kolei bardzo to wkurza. Muszę w ogóle zaprzestać chodzenia do Czytelnika. Strata czasu. Po co bezustannie międlić o czymś, co było 40 lat temu. Kiedyś chciało się kogoś wysłuchać, a dziś chce się, żeby to mnie słuchano. Tak więc wypisuję się.</p>
<p><strong>Kto pana dziś chce słuchać?</strong></p>
<p>Jeszcze kobiety. Kończę z każdą w momencie, gdy jej wszystko opowiem. Podobnie będzie z wami.</p>
<p><strong>A czy my aby nie jesteśmy dla pana za młodzi? Bo młodzi pana irytują.</strong></p>
<p>Wy tylko gracie młodych&#8230; Ostatnio drażni mnie wszystko. Wy też. Ale powiedzmy sobie szczerze, młody to jestem ja. Przynajmniej w sensie samopoczucia i reakcji. Tylko fizycznie jestem stary, bo mam już swoje lata. Wyglądacie mi na wyluzowanych i otwartych. To lubię, bo jakbyście byli spięci i napuszeni, to od razu bym zrejterował.</p>
<p><strong>Cieszymy się, że jeszcze nas pan nie znienawidził.</strong></p>
<p>Nienawidzę głownie seriali, w których bohater stoi przy zlewozmywaku i przez 10 minut prawi kazania o świecie współczesnym. Dziś po latach nie lubię też przymiotników. „Zgrabna”? Co to znaczy „sexy” albo „mądry”? „Wysoki”, „niski”, „bogaty”, „stary”, „biedny”&#8230; Te słowa nic nie znaczą, spływają po mnie jak po kaczce. Dawniej miały znaczenie, dziś nie mają żadnego. Mam teraz w ogóle okres nielubienia wszelkich przymiotników, obrazków i obrazowania świata jako takiego.</p>
<p><strong>My jednak musimy spróbować choć trochę zobrazować pana. Dla naszych czytelników. Proszę powiedzieć, czy jest, bądź był pan playboyem?</strong></p>
<p>„Dziękuję za bardzo ciekawe pytanie” – tak mawiał profesor Kotarbiński do najgłupszego ucznia.</p>
<p><strong>Cała przyjemność po naszej stronie.</strong></p>
<p>Kiedyś myślałem, że jestem playboyem. Do czasu, kiedy w skomputeryzowanym archiwum telewizji publicznej kliknąłem nazwisko „Gruza”. Wówczas z drukarki wyszło wszystko, co dla nich zrobiłem &#8211; ogromna sterta. Dało mi to do myślenia. Przecież playboy nie może tyle pracować! Owszem, mam specyficzny typ luzu, lubię się bawić, inaczej niż inni patrzę na rzeczywistość, kocham się śmiać i ironizować, ale do cholery, za dużo rzeczy zrobiłem, jak na playboya. To się musiało dziać kosztem czegoś. Playboy to nie ja.</p>
<p><strong>Dla wielu Polaków jednak jest pan jego definicją.</strong></p>
<p>Ten stereotyp, bardzo zresztą jednostronny, jest winą kilku dziennikarzy, dla których pierdolenie jest najważniejsze. Uważam, że istnieje wiele dziedzin o wiele bardziej interesujących. Dzięki takim opiniom jest mi niezmiernie ciężko się przebranżowić. Bo jak tu zamienić sex shop na antykwariat?</p>
<p><strong>A może nie trzeba z tym walczyć?</strong></p>
<p>Nie walczę, tylko cały czas się dziwię. Playboy nie może być zakochany. A ja byłem zakochany wielokrotnie, często bardzo przez to cierpiałem. Bywałem nawet zazdrosny jak skurwysyn. Niedługo wydam tomik zatytułowany „Trzy”.</p>
<p><strong>Kobiety?</strong></p>
<p>Tak. W moim życiu najważniejsze. Występowały prawie równolegle. Niektórzy biorą mnie za playboya, bo zawsze interesowałem się płcią przeciwną. Owszem, często oglądałem się za kobietami. Zresztą zwykle po moim spojrzeniu, potykały się. Przeżyłem to wielokrotnie, ale nie chcę wyjść na starego samochwałę. Dla równowagi mogę stwierdzić, że z biegiem czasu przestały się potykać. A szkoda, bo dziś kobiety są wspaniałe. Zazdroszczę wam tego. Jesteście szczęśliwym pokoleniem, w czepku urodzonym. Za komuny, jak Nowym Światem szły dwie ładne dziewczyny, to ciągnęła się za nimi wataha walczących o ich względy absztyfikantów. Dziś jest na odwrót. Nie mam słów opisujących współczesne kobiety. Są piękne, perwersyjne, cudownie ubrane. Na przykład taki zestaw: goła noga, botek za kostkę, krótka spódniczka&#8230; Od razu widać, co tam się pod spodem dzieje. Kiedyś było to nie do pomyślenia. O coś takiego walczyliśmy w Solidarności! Dla was!</p>
<p><strong>Bardzo za to dziękujemy. Ale za komuny w kwestii kobiecej nie było aż tak źle.</strong></p>
<p>Tak źle to nie, było nawet bardzo źle. Dziś macie lokale, restauracje, wszystko. Jak w tych siermiężnych czasach wyjeżdżałem za granicę, to byłem zdziwiony, że nie ma tam aż takiego napięcia erotycznego jak w komunistycznej Polsce. U nas były starania, podejścia i często bardzo nieprzystojne chwyty. Jeden literat na przykład stosował wobec pań tzw. koktajl zgłuszka &#8211; wermut, parę innych alkoholi oraz odrobina denaturatu. Jak dziewczyna to wypiła, od razu padała i była do&#8230; dyspozycji.</p>
<p><strong>Dziś takie koktajle zastąpiono specjalnymi pigułkami.</strong></p>
<p>Boję się, że coś takiego mi wrzuciliście, bo chyba za dużo gadam. Poza tym przestał mnie boleć żołądek.</p>
<p><strong>To dobry moment, żeby podpytać pana o współczesne kandydatki na rozkładówki.</strong></p>
<p>Nie lubię kłamstwa w reżyserii, aktorstwie i mowie. Z miejsca je wyczuwam i mierzi mnie to. Podobnie jest z waszymi zdjęciami. Wyczuwam w nich fałsz, nieprawdę, sztuczność. Poza tym nie interesują mnie znane kobiety. Znajdźcie jakąś szczerą, nieznaną i dobrze zbudowaną dziewczynę-sierotkę.</p>
<p><strong>Poszukamy, zobaczymy. Tymczasem proszę się przyznać, czy brano pana za homoseksualistę?</strong></p>
<p>Pewnie tak, bo istnieje teoria, że każdy facet, który dba o siebie, ma czyste paznokcie i myśli o tym, jak wygląda, jest gejem. Uważam zresztą, że to wspaniała teoria, bo homoseksualiści są nakierowani głównie na siebie. Gdybym mógł tak bardzo nakierować się na siebie, byłbym szczęśliwym homoseksualistą. W sumie odpowiadałaby mi taka separacja od świata. Wtedy zmarszczka byłaby ważniejsza od prezydenta, a muskulatura od wyborów. Dlatego uważam, że idealnym miejscem na sen jest alkowa. Po pierwsze jest erogeniczna, a po drugie nie widać, co się w niej dzieje. Lubię takie jamy, potrzebuję ich. A poza tym dobrze mi się w nich śpi.</p>
<p><strong>Zawsze twierdził pan, że ma problem z zasypianiem.</strong></p>
<p>Cierpię na bezsenność. Dzisiaj w nocy, żeby zasnąć, czytałem zagadki matematyczne, pamiętniki Gomułki oraz wspomnienia Iwaszkiewicza, jak przyjechał pierwszy raz do Warszawy. Niezły rozrzut, co?</p>
<p><strong>Jesteśmy pod wrażeniem. Ale pewnie nie wszyscy będą. Jak pan znosi krytykę?</strong></p>
<p>Są dwa rodzaje wykluczenia: krytyka negatywna albo przemilczenie. Ja na ogół jestem przemilczany.</p>
<p><strong>A jak pan w takim razie znosi krytykę konstruktywną?</strong></p>
<p>Jak mnie chwalą, to bardzo dobrze.</p>
<p><strong>My niestety musimy pana skrytykować: w swoich książkach nie odróżnia pan cyfr od liczb.</strong></p>
<p>Pewnie dlatego, że studiuję matematykę na wyższym poziomie niż panowie. Ale przyznaję, Wittgensteinem nie jestem.</p>
<p><strong>A jest pan z kimś mylony?</strong></p>
<p>Często mówią do mnie „panie Andrzeju”. Nie wiem, co na to Wajda, ale nigdy nie prostuję tej pomyłki.</p>
<p><strong>Bo w przeciwieństwie do wspomnianego Wittgensteina nie interesuje pana poszukiwanie prawdy?</strong></p>
<p>Prawda to najgorsza rzecz, jaka może być. Zabija siłę opowiadania. Jak mawiał Nietzsche &#8211; Grecy byli silni, bo ślizgali się po powierzchni zdarzeń. Prawda to cecha młodości. Was może jeszcze ona interesuje. Ale zapewniam, że życie komplikuje wszelkie prawdy. Zdradzę wam też mały sekret – prawda z wiekiem staje się coraz bardziej labilna.</p>
<p><strong>Kiedyś był pan mocniej przywiązany do faktów?</strong></p>
<p>Ja nie, ale moje otoczenie tak. Koledzy w szkole uważali, że jestem kłamcą, konfabulantem. Miałem nawet z tego powodu kompleksy. Ale i tak nie przeszkadzało mi to w ciągłym sklejaniu różnych opowiastek do kupy. Od małego tworzyłem skecze.</p>
<p><strong>W Łodzi chodził pan do liceum z Jerzym Kosińskim, także konfabulantem.</strong></p>
<p>Ale nie do tej samej klasy. To było liceum z tradycjami, z warszawskimi nauczycielami, którzy uciekli ze stolicy po powstaniu.</p>
<p><strong>Podobnie jak pan. Do Łodzi pana rodzina dojechała przez Katowice.</strong></p>
<p>Tak było, ale nie lubię wspominek. Nie namówicie mnie na to. Trzeba być tu i teraz.</p>
<p><strong>Wielka szkoda, bo historie z dzieciństwa to zdecydowanie najlepsze fragmenty pańskich książek. Z chęcią przeczytalibyśmy powieść splecioną z pańskich wspomnień.</strong></p>
<p>Mówicie i macie. Na waszą prośbę napiszę prozę o dzieciństwie. Koniec pisarstwa plotkarskiego. Za miałkie to i tyle. Mam jeszcze w planie wydanie książki <em>Głową o stolik</em>. Będzie to ostatnia pozycja zajmująca się opowiadaniem o kimś innym. Najwyższa pora zająć się sobą.</p>
<p><strong>A propos głowy. Czego lub kogo najbardziej zazdrości pan Januszowi Głowackiemu?</strong></p>
<p>Wciąż mu powtarzam, że najchętniej poznałbym go przez wdowę. Cały czas pytam się go, co mu dolega, ale nie chce puścić farby. Gra mi na nerwach twierdząc, że jest całkowicie zdrowy.</p>
<p><strong>Kiedy zobaczymy nowy film Gruzy?</strong></p>
<p>Piszę, bo nie mam szans na filmowanie. Robić coś muszę, choć stawianie znaczków jest bardzo męczące. Ale nie mam ochoty zabiegać o jakąś dupną akceptację, czy modlić się o pieniądze na film.</p>
<p><strong>Ma pan gotowy scenariusz nowej wersji <em>Przeprowadzki</em> &#8211; naszym zdaniem pańskiego najlepszego filmu.</strong></p>
<p>Napisałem go wspólnie z Wojtkiem Pszoniakiem, który grał wtedy główną rolę. To rzecz niebywała, bo jest szansa, żeby ten sam aktor zagrał tę samą postać po 40 latach! Teraz pokazalibyśmy tamtego inżynierka w momencie, gdy dorobił się milionów i ma rezydencję w Konstancinie. Pewnego dnia zamawia firmę przeprowadzkową i wychodzi ze swojej willi z małą walizką. Nowa żona, sąsiedzi oraz rodzina tłumaczą, błagają i grożą. Wszystko na nic. Facet się wyprowadza.</p>
<p><strong>Brzmi obiecująco.</strong></p>
<p>I co z tego? Nikt się tym nie zainteresował. A mi się nie chce chodzić po korytarzach, błagać, prosić. Raz, że mi nie wypada. Dwa, że to pierdolę.</p>
<p><strong>Mocne słowa.</strong></p>
<p>Bo takie są fakty. Szlag może człowieka trafić. Temat jest współczesny i cholernie ciekawy. Pomieszkuję czasem w domu ZAiKS-u w Konstancinie i jeżdżę po okolicy rowerem. Oglądam sobie te rezydencje. I wiecie, jaką mam refleksję? Że z tych ciemnych okien bije straszny smutek. Gdzieś tam jedno światełko się pali, pewnie siedzi w kuchni jakieś znudzone sobą małżeństwo, nikomu niepotrzebne. W całej reszcie pałacu straszy. I o tym byłby ten film. O pustce luksusowego istnienia. Mój bohater tego nie wytrzymuje. Tak jak kiedyś, nie wytrzymał życia w Nowej Hucie.</p>
<p><strong>Polska nie może wytrzymać bez kolejnej części <em>Czterdziestolatka</em>. Nakręci pan wreszcie trzecią część?</strong></p>
<p>W telewizji nie, bo jeden z dyrektorów od filmu i seriali, oznajmił, że nie wyłoży pieniędzy na serial, w którym grają aktorzy stojący nad grobem. W związku z tym robię z tego powieść radiową w Polskim Radiu. Każdy odcinek będzie trwał siedem minut. Nagrywamy to z piątką aktorów. Wszyscy bohaterowie będą studentami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Kłosowski, czyli Maliniak, będzie studiował iberystykę i stał pod Sejmem z tablicą „jestem inwigilowany”. Zagrają także Kopiczyński, Seniuk, Zosia Czerwińska i Wiliński, jako jej mąż. Wreszcie dokończę ten projekt – moje ukochane dziecko. Mam nadzieję, że będzie wesoło. Zresztą ostatnio śmiałem się właśnie na <em>Czterdziestolatku</em>. Dziś śmieję się niezmiernie rzadko. Gdyby nie Allen nie śmiałbym się w ogóle.</p>
<p><strong>Czy Grażyna Lisiewska &#8211; serialowa Mariolka, wciąż jest pańską żoną?</strong></p>
<p>Tak, ale nie mieszkamy razem. Mam z nią syna &#8211; dwumetrowego chłopa.</p>
<p><strong>Dlaczego pani Grażyna nie zagrała w innych filmach?</strong></p>
<p>Bo nie jest aktorką. Trafiła tylko na swoją rolę i na tym koniec. Tak bywa&#8230; Co tam do mnie jeszcze macie?</p>
<p><strong>Bardzo nas interesuje, jak rodzice reagowali na pana pierwsze reżyserskie sukcesy.</strong></p>
<p>A wy znowu swoje. Już mówiłem, że nie lubię wspominek. Rodzice w ogóle nie reagowali. Nie doceniali tego. Zresztą reżyserem zostałem trochę przez przypadek. Któregoś razu spotkałem na ulicy kolegę &#8211; operatora Jurka Wójcika. Zapytał: „Co robisz?”. A ja, że właściwie to nic. Na co on: „To zdawaj do szkoły filmowej”. Pytam: „Po co? Będę nosił akumulatory?”. Cały ten filmowy światek znałem od drugiej strony. Dzięki tacie.</p>
<p><strong>Nosił akumulatory?</strong></p>
<p>Nie. Był optykiem. Pracował w Wytwórni Filmów Fabularnych. Zajmował się obiektywami i przerabiał stare niemieckie kamery na bardziej współczesne.</p>
<p><strong>Mimo wszystko, postanowił pan zdawać?</strong></p>
<p>Wójcik mi wtedy odpowiedział: „Trochę ponosisz, a potem za ciebie będą nosić”. W przeddzień egzaminu poszedłem do kina na <em>Bitwę o szyny</em> w reżyserii René Clémenta. Na egzaminie opowiadałem tylko o tym filmie. Dostałem się za pierwszym razem.</p>
<p><strong>Rodzice się nie ucieszyli?</strong></p>
<p>Wręcz przeciwnie. Mieli bardzo negatywne nastawienie do środowiska filmowego. Bo kto to jest &#8211; reżyser? Nikt. Oboje mieli inne hierarchie. Zresztą ja też nie chciałem być filmowcem, tylko rzeźbiarzem.</p>
<p><strong>A to niespodzianka.</strong></p>
<p>Miałem narzeczoną, która pracowała w filmie jako dekoratorka w dziale sztukaterii. W tamtych czasach przemysł filmowy zatrudniał masę plastyków i stolarzy. Nie kręcono w oryginalnych wnętrzach, więc zatrudniano tak zwanych charakteryzatorów wnętrz. Ona była w takim właśnie dziale dupereli i załatwiła mi angaż na rzeźbiarza. Musiałem tylko jej szefowi – facetowi bez brody – pokazać jakąś swoją pracę.</p>
<p><strong>Jak to &#8211; bez brody?</strong></p>
<p>Bez, bo mu ją urwało w powstaniu warszawskim. Żeby zamaskować ten defekt, facet nosił długi zarost. Zresztą można go zobaczyć w filmie <em>Ssaki</em> Romka Polańskiego i Andrzeja Kondratiuka&#8230; Tak więc wyrzeźbiłem w glinie głowę chłopca. Gość umówił się ze mną w Dyrekcji Filmu Polskiego. Opatuliłem glinianą głowę mokrymi szmatami i stoję pod drzwiami. Mija godzina, nic. Biegnę do łazienki i moczę szmaty, żeby glina nie popękała. Mija druga godzina. Znowu moczę. I tak w kółko. Po dłuższym czasie otwierają się drzwi. Facet wychodzi. Ja do niego: „Proszę pana, mam tę głowę chłopca”. Na co on: „Odpierdol się. Właśnie mnie wyrzucili z roboty. Chuja ci załatwię”. Zostałem sam na korytarzu z głową chłopca pod pachą. W ten sposób skończyła się moja kariera rzeźbiarza.</p>
<p><strong>A próbował pan kiedyś kariery sportowej?</strong></p>
<p>Oczywiście. Zapisałem się nawet do klubu pływackiego „Filmowiec”, dzięki czemu dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak film polski. Pływałem głównie motylkiem. Wspominam to jako straszną męczarnię. Okropny sport. Prawdziwa gehenna. Tyle godzin w wodzie&#8230;</p>
<p><strong>Niespełniony rzeźbiarz i pływak od razu stał się filmowcem?</strong></p>
<p>Nie. Znowu pomogła mi tamta dziewczyna. Jej matka pracowała w Centrali Tekstylnej Importu Surowców Włókienniczych. UB aresztowało tam wielu specjalistów, dzięki czemu mieli masę wakatów. Dziewczyna zaprowadziła mnie do matki, a ta od razu zrobiła ze mnie referenta w dziale wełny. Byłem kompletnie zielony, a pracowałem tylko z jednym facetem &#8211; kierownikiem. On łeb jak sklep, fachowiec od włókiennictwa, a do tego piekielnie zdolny lingwista. Ja może i tępy, ale za to bystry. Zacząłem wtedy czytać najlepsze na świecie pismo o wełnie, australijskie „Wool Digest”. Wdrażałem się. Wełna była wtedy surowcem strategicznym i szła przez Polskę do Związku Radzieckiego. Byliśmy wtedy największym importerem wełny na świecie.</p>
<p><strong>Również i tę piękną karierę pan zaprzepaścił.</strong></p>
<p>Nie ma się co śmiać. Kiedy już zdałem do filmówki, moja ówczesna szefowa wzięła mnie na rozmowę. „Chcecie być reżyserem, kolego? Dobrze, ale pamiętajcie, że w sztuce trzeba być albo pierwszym, albo nikim. A jak zostaniecie u nas, to wystarczy jedno słowo. Niech pan powie nazwę kraju, a ja pana zrobię tam attache handlowym. Poślemy was na kurs, skończycie i polecicie”.</p>
<p><strong>Mógł pan być królem wełny.</strong></p>
<p>Może byłbym dziś mniej zgorzkniały? Kto wie? Reżyseria jednak była dla mnie jedynym sensownym wyborem. Telewizja z kolei okazała się wybawieniem. Dzięki niej miałem bardzo szerokie możliwości. Nie mogę narzekać, chociaż lubię.</p>
<p><strong>Ciężko tego nie zauważyć.</strong></p>
<p>Taką mam naturę. Pozwólcie, że na koniec naszej rozmowy zacytuję Gore&#8217;a Vidala – „Za każdym razem, kiedy dowiaduję się o sukcesie kolegi, to tak jakby coś we mnie umarło”.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Refleksyjnie:</p>
<p>Nie lubię, jak ktoś ustępuje mi miejsca w tramwaju. Wiadomo, o czym to świadczy. Tragedia, ale widocznie dla niektórych wyglądam jak ktoś, kto bezustannie walczy z braćmi Kliczkami.</p>
<p>Jestem znudzony wszystkim, co mnie otacza. Te same miejsca, ci sami ludzie, te same kolory. Mam tego dosyć.</p>
<p>Ostatnio pracuję nad mięśniem przywodzicielem. Zawsze myli mi się on z odwodzicielem. A przy okazji zastanawiam się, gdzie jest mój&#8230; rozwodziciel.</p>
<p>Mężczyzna nie do końca wie, ile ma dzieci. Kobieta wie zawsze.</p>
<p>Doświadczeniowo:</p>
<p>Prawie 10 lat byłem współwłaścicielem dyskoteki „Scena”. To był świetny klub, bardzo demokratyczny. Bawili się tam: Niemczycki, Solorz, studenci, a nawet mafia. Równolegle prowadziłem restaurację „Maska” na Saskiej Kępie. Również około 10 lat. A potem miałem lokal przy Placu Zbawiciela. W sumie jestem bardzo doświadczonym restauratorem.</p>
<p>Z „Jesus Christ Superstar” pojechaliśmy na tournée do Związku Radzieckiego, konkretnie na Litwę. Za ruble kupowaliśmy tam złote obrączki. Kupiłem cały rulon i włożyłem w majtki. Na granicy przychodzą do mnie i mówią, że woła mnie komendant. Idę z tym złotem w gaciach, cały w strachu. A ten wódeczkę na stół. Przewiozłem więc obrączki do Gdyni. Ale co z nimi zrobić? Wcisnąłem je w końcu do starych butów. Puenta jest taka: z Warszawy przyjeżdża moja żona z dzieckiem. Po paru dniach buty znikają. Dlaczego? „Jurek, wyrzuciłam te stare kapcie”. Łatwo przyszło, łatwo poszło.</p>
<p>Anegdotycznie:</p>
<p>Pewien facet, w trakcie nieobecności małżonki, zaprosił do domu swoją znajomą. W czasie ich erotycznego tete-a-tete pies pożarł rajstopy kochanki. Po jakimś czasie przyjeżdża żona i widzi, że jej ukochany piesek wymiotuje. Rajstopami.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jerzy-gruza/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mamed Chalidow</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 30 Dec 2011 10:36:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[SPORTOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Chalidow Mamed]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3267</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 12, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Bartek Wardziak &#8211; Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA? Będę z wami szczery. Nigdy go nawet nie przeglądałem. Wychodzi na to, że moim pierwszym PLAYBOYEM będzie ten z tym wywiadem. Ale ostrzegam: na sesję mnie nie namówicie! Jestem za bardzo owłosiony&#8230; Może w takim razie mógłbyś [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3279"><img class="alignleft size-full wp-image-3279" title="Mamed-Chalidow" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/12/Mamed-Chalidow.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 12, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Bartek Wardziak</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Pamiętasz swojego pierwszego PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Będę z wami szczery. Nigdy go nawet nie przeglądałem. Wychodzi na to, że moim pierwszym PLAYBOYEM będzie ten z tym wywiadem. Ale ostrzegam: na sesję mnie nie namówicie! Jestem za bardzo owłosiony&#8230;</p>
<p><strong>Może w takim razie mógłbyś nam polecić kogoś mniej owłosionego?</strong></p>
<p>Ginę Carrano. Byłą mistrzynię federacji Strikeforce, a do tego bardzo ładną kobietę.</p>
<p><strong>Mogłaby być twoją drugą żoną?</strong></p>
<p>Nie ma tematu. Ewa od razu skróciłaby mnie o głowę.</p>
<p><strong>Od ilu lat nie jesteś kawalerem?</strong></p>
<p>Teraz to pojechaliście po całości&#8230; Muszę zadzwonić, żeby nie było plamy. (<em>Dzwoni</em>) „Hej, słuchaj, jest pytanie bardzo ważne&#8230; Jak długo jesteśmy po ślubie? No wiem, że sześć lat, ale tak tylko sprawdzam&#8230; Dobra. Dzięki&#8230; Pa&#8230;”.</p>
<p><strong>Poznaliście się na studiach?</strong></p>
<p>Raczej przy stole bilardowym. O dziwo, nagle bardzo spodobała mi się ta gra i zacząłem grać regularnie.</p>
<p><strong>Ewa była wtedy katoliczką?</strong></p>
<p>Teraz też jest. Nie-muzułmanka może poślubić muzułmanina, zostając przy swojej wierze. Musi tylko pochodzić z Ludu Księgi<em>, </em>czyli być wyznania mojżeszowego lub chrześcijańskiego.</p>
<p><strong>Twój czteroletni syn musi jednak być wychowany w islamie.</strong></p>
<p>Taka jest zasada. Moim obowiązkiem jest tego dopilnować.</p>
<p><strong>Jaka jest jego ulubiona technika?</strong></p>
<p>Najpierw robił balachę na rękę, czyli dźwignię na staw łokciowy. Teraz nauczył się jeszcze gilotyny i mata leo – duszenia zza pleców. W ogóle niezły z niego rozrabiaka. Dobrze, że może upuścić trochę energii na macie, w przeciwnym wypadku rozniósłby dom.</p>
<p><strong>W przedszkolu rozstawia wszystkich po kątach?</strong></p>
<p>Jak wraca, to mówi, że przytula tylko Olę. Romans trwa.</p>
<p><strong>Chciałbyś, żeby poszedł w twoje ślady?</strong></p>
<p>Nie chciałbym schematu – jaki ojciec, taki syn. Wolałbym, żeby Abdul Kerim uniknął losu kolejnych potomków rodziny Gracie, którzy teraz seryjnie zaliczają ciężkie nokauty (<em>rodzina, która rozpropagowała brazylijskie jiu-jitsu. Royce Gracie, na początku lat 90., kiedy MMA kształtowało się jako nowy sport, wygrał 11 z 12 walk, zmuszając przeciwników, często większych od siebie, do poddania. Wielu członków rodziny Gracie walczy do tej pory ze zmiennym szczęściem – przyp. red.</em>). Do uprawiania sportów walki trzeba mieć silne, wewnętrzne przekonanie. To nie może być tylko naśladownictwo. Nie ma po co tracić zdrowia.</p>
<p><strong>Ty najwyraźniej nie chciałeś naśladować dziadka i ojca. Nie zostałeś młynarzem.</strong></p>
<p>Bo dla mnie numerem jeden był zawsze Bruce Lee (<em>śmiech)</em>. Pierwszy młyn dziadek wybudował jeszcze w Kazachstanie. W 1944 r. Stalin wysiedlił około pół miliona Czeczenów i Inguszów, a większość trafiła właśnie do Kazachstanu. Po powrocie dziadek zainwestował w nowy młyn i fabrykę oleju roślinnego na granicy Rosji i Czeczenii. W 1994 r. serce dziadka nie wytrzymało bombardowania naszej rodzinnej wioski. Tata po jego śmierci przejął interes i wybudował kolejny młyn. Czasy świetności tego biznesu dawno już minęły. Dziś jest wielka konkurencja. Ojciec wciąż prowadzi młyn, ale nie przynosi on wysokich dochodów.</p>
<p><strong>Chcesz ściągnąć rodziców do Polski?</strong></p>
<p>Taki mam plan. Kiedyś byli temu przeciwni, ale z upływem czasu chyba przywykli do myśli, żeby mieszkać bliżej mnie. W Czeczenii gospodarczo nie dzieje się za dobrze, nie jest też bezpiecznie. A poza tym panuje tam okropny klimat. Organizm mojej mamy coraz gorzej radzi sobie z letnimi upałami. To nie jest kraj dla starszych ludzi.</p>
<p><strong>W Olsztynie lepiej?</strong></p>
<p>Klimat jest tu fantastyczny. Rodzice jeszcze nie widzieli Polski, ale jestem pewien, że się w niej zakochają, tak jak ja. Tata jest jednak bardzo przywiązany do swojego biznesu i ciężko mu wszystko zostawić.</p>
<p><strong>A mama?</strong></p>
<p>Kiedyś była nauczycielką języka rosyjskiego i literatury rosyjskiej w szkole średniej. Potem urodziliśmy się my i zajęła się domem. Było nas czworo: dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Mój starszy brat niestety utonął, kiedy miał dwa latka. Mamed to imię po nim.</p>
<p><strong>Nie masz brata rodzonego, ale za to wielu braci ciotecznych i stryjecznych.</strong></p>
<p>To kaukaska specjalność. W miarę możliwości trzymamy się razem. Moim kuzynem jest choćby Asłambek Saidow (<em>mieszkający w Polsce zawodnik MMA – przyp. red.</em>). Jego babcia była siostrą mojego dziadka.</p>
<p><strong>W internecie można przeczytać, że to twój brat.</strong></p>
<p>Bo obaj jesteśmy ciemni i owłosieni? (<em>śmiech</em>). Bardzo często biorą go za mnie i na odwrót. Ile ja się autografów narozdawałem za Asłama&#8230; Mam też przyjaciela w Katowicach, którego wszyscy biorą za Chalidowa. Nawet mnie to nie dziwi, bo jesteśmy do siebie bardzo podobni, mimo że nie łączy nas żadne pokrewieństwo. Kumpel w kółko jest chwalony za ostatnie walki, ale nigdy nie zaprzecza i do końca gra Mameda.</p>
<p><strong>Czy siostry z rodzinami też chciałbyś ściągnąć do Polski?</strong></p>
<p>Nie. One mają swoje życie i to całkiem dobre. Jedna mieszka w naszej rodowej wsi Aczhoj-Martan, a druga w Groznym.</p>
<p><strong>Co działo się z twoją rodziną w czasie pierwszej wojny (<em>od 1994 do 1996 roku – przyp. red</em>.)?</strong></p>
<p>Dziadek zdecydował, że kobiety z dziećmi mają uciekać. Wyrwaliśmy się więc z Groznego pod ostrzałem, przekroczyliśmy granicę i zamieszkaliśmy na rosyjskiej wsi. Poza nami było tam kilka czeczeńskich rodzin. Jak przystało na ówczesnych „wrogów”, nie byliśmy lubiani. Kiedy z chłopakami wychodziłem wieczorem, zwykle kończyło się to narodowymi nieporozumieniami. Często zresztą ich powodem były Rosjanki, które tam poznaliśmy. Miałem wtedy 15 lat. Ten okres nie kojarzy mi się zbyt dobrze. Za dużo nieprzyjemności i za dużo bójek. Nie było jednak wyjścia – musiałem się bronić. Nie mogłem przecież odchodzić ze spuszczoną głową. Nie wywoływałem awantur, byłem zawsze tym, którego atakowano. Jak ktoś się napił i zauważył kogoś z Kaukazu, to od razu była lipa. Zwykle tłukłem się z chłopakami o 10 lat starszymi. W ten sposób zdobyłem trochę praktyki. Zawsze jednak to ja byłem górą.</p>
<p><strong>Jak dziś patrzysz na Rosjan?</strong></p>
<p>Z sympatią. Jak na każdego człowieka. Nie jestem do nich źle nastawiony. Szczególnie do tych myślących.</p>
<p><strong>Jesteś zapraszany na antyrosyjskie demonstracje?</strong></p>
<p>Tak, ale ja się w politykę nie mieszam. To niemądre manifestować przeciwko Rosjanom. Trzeba pamiętać, że to nie Rosjanie chcą zająć Czeczenię, tylko rosyjscy politycy, a to duża różnica. Polityka to biznes. Zwykli ludzie nie mają z tym nic wspólnego. Ich się tylko okłamuje. Trzeba być bardzo naiwnym, żeby wierzyć we wszystko, co pokazują w telewizji. Dlatego nie podoba mi się  medialny obraz złego Czeczena &#8211; terrorysty i bandyty. Dopiero w Polsce przekonałem się, że nie wszyscy tak na nas patrzą. Byłem szczerze zdziwiony, że jestem lubiany, wręcz noszony na rękach. Poza tym Polacy ze mną rozmawiali i w kółko o coś się pytali. Nie mogłem wyjść z podziwu. Nie musiałem się napinać. W Polsce po prostu odżyłem.</p>
<p><strong>Jak ty właściwie do nas trafiłeś?</strong></p>
<p>Po pierwszej wojnie czeczeńskiej nie było nawet krzeseł w szkołach. Bieda, zniszczenia, zero warunków do nauki. Prezydentem został wtedy Asłan Maschadow i wszyscy mieli nadzieję na odbudowę kraju. Niektórzy uczniowie byli wysyłani na zagraniczne studia. Chodziło o wykształcenie przyszłej czeczeńskiej elity. Wśród szczęśliwców znalazłem się i ja. Przez kuzyna kuzyna i znajomego znajomego dostałem szansę wyjazdu, a nie każdy ją miał, czego jestem świadomy. Mogłem jechać do Egiptu, Włoch lub Polski. Ta ostatnia była najbliżej, więc wybór był prosty. Zresztą wszystkim kierował ktoś na górze. Wierzę, że co bym nie robił i tak znalazłbym się w Polsce.</p>
<p><strong>Po studiach miałeś wrócić.</strong></p>
<p>Jak najbardziej. Ale znacie historię. Wybuchła druga wojna (<em>w latach 1999 – 2003 – przyp. red.</em>) i wszystko zaczęło się walić. Kraj  znowu został zrujnowany i to jeszcze dotkliwiej. Mimo to, kiedy sytuacja trochę się uspokoiła, tak jak większość moich przyjaciół, chciałem na stałe wrócić do Czeczenii i zamieszkać w Groznym. Pojechałem, pokręciłem się na miejscu dwa miesiące i wróciłem do Olsztyna. Nie mogłem się przestawić, nie mogłem się tam odnaleźć, po prostu za bardzo już się spolszczyłem.</p>
<p><strong>Miałeś być inżynierem?</strong></p>
<p>Tak, bo chciałem studiować na Politechnice. Jednak po oblaniu paru matematycznych testów szybko mi przeszło. Wybrałem Zarządzanie i Administrację. Ale zanim trafiłem na uczelnię do Olsztyna, przez rok we Wrocławiu uczyłem się języka polskiego. Moje pierwsze wrażenie było takie, że mówicie w sposób, w jaki na skali stroi się radio: „Pszsz, tszy, brz&#8230;”. Byłem pewien, że  nie da się tego nauczyć.</p>
<p><strong>Poznałeś wszystkie łamańce językowe?</strong></p>
<p>„Chrząszcz brzmi w trzcinie” wychodzi mi bardzo dobrze. Ale zawsze najgorszy był „stół z powyłamywanymi nogami” (<em>Mamed wypowiedział tę sentencję bez zająknięcia! &#8211; przyp. aut.).</em></p>
<p><strong>Brawo! Według nas język czeczeński jest znacznie trudniejszy.</strong></p>
<p>Jak opanujecie gardłowe głoski, wszystko będzie już tylko prostsze. Mogę was nauczyć „dzień dobry”, „jak się masz” i „do widzenia”.</p>
<p><strong>Możesz próbować, ale na bank nie mamy takich zdolności językowych jak ty.</strong></p>
<p>„Dzień dobry” to DE DIK CHYL, „jak się masz” to MUH WU HO, a „do widzenia” to ADIK JOJL. Prawda, że proste?</p>
<p><strong>Nie będziemy dyskutować z mistrzem&#8230; Po roku wylądowałeś w Olsztynie.</strong></p>
<p>W pięknym Olsztynie. Jak mówimy o tym mieście, to zawsze wcześniej używajmy słowa „piękny” (<em>śmiech</em>). Zacząłem na poważnie studiować, trenować i pracować. Obroniłem pracę magisterską <em>Islam a terror</em>, chcąc odczernić islam i zmazać z niego terrorystyczny stereotyp. Poza tym były boks, zapasy i taekwondo. Raz, dwa razy w tygodniu. Tylko dla siebie. Nie myślałem o żadnych zawodach, a MMA był to sport, który mnie zawsze ciekawił z racji swojej wszechstronności. Pod koniec 2003 r. pojawiła się okazja do trenowania, gdy otworzył się klub MMA Arrachion Olsztyn i najzwyczajniej w świecie z niej skorzystałem. Absolutnie nie miał to być mój sposób na życie.</p>
<p><strong>Z czego wtedy żyłeś?</strong></p>
<p>Finansowo wspierał mnie ojciec. Do tego prawie pięć lat pracowałem na bramce w dyskotece. Pieniądze, które zarabiałem na swoich pierwszych walkach były śmieszne. Ledwo starczało na treningi i odżywki. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że praca na bramce przeszkadza w treningach, bo ciągle byłem niewyspany. Trzeba było podjąć trudną decyzję &#8211; zrezygnowałem z pracy na rzecz sportu. Ewa była wtedy ekspedientką w sklepie z ciuchami i przez ponad rok żyliśmy tylko z jej pensji. Strasznie to przeżywałem, ale Ewa bardzo mnie wspierała. Podobnie jak teściowa, z którą przez jakiś czas mieszkaliśmy. Nie wiem, skąd się wzięły te wszystkie anegdoty o teściowych jędzach. Moja jest super.</p>
<p><strong>Jak dzisiaj oceniasz swoje pierwsze, przegrane walki?</strong></p>
<p>Miałem potworne problemy z wydolnością. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w zawodach sportowych. Inni zawodnicy wywodzili się z zapasów, judo, boksu i mieli w młodości treningi kondycyjne. Ja przez to nie przeszedłem, trenowałem sam dla siebie, a mój organizm był kompletnie nieprzygotowany do takiego wysiłku. Potem było już coraz lepiej, ale pierwsze pięć lat zawodowych treningów pod kątem budowania wytrzymałości było katorgą. Na szczęście teraz nie mam problemów z wydolnością.</p>
<p><strong>Twoja najdłuższa walka to pięć rund z Jorge Santiago (<em>o pas mistrzowski federacji Sengoku w wadze średniej. Mamed wcześniej pokonał Santiago w walce nie o pas. W rewanżu sędziowie orzekli porażkę Chalidowa na punkty – przyp. red.</em>). I niestety w jej trakcie było po tobie widać problemy wydolnościowe.</strong></p>
<p>Złożyło się na nie wiele czynników. Japończycy wykupili nam bilety lotnicze tak, że przylecieliśmy trzy dni przed walką. To stanowczo za mało na aklimatyzację w innej strefie czasowej. Do tego razem z moim sztabem popełniliśmy błąd w treningach i byłem ewidentnie przemęczony. A w nocy, przed samą walką, udało mi się przespać tylko dwie godziny. Wychodząc na ring czułem, że nie jestem sobą. Nie miałem swojego zrywu. Przewalczyłem pięć rund tylko po to, żeby przetrwać.</p>
<p><strong>Mimo to uważamy, jak wielu fachowców, że wygrałeś, a już na pewno zremisowałeś.</strong></p>
<p>Zostawmy to. Marzę o trzeciej walce z Santiago, żeby wyrównać rachunki.</p>
<p><strong>Teraz, kiedy wyleciał z UFC (<em>Ultimate Fighting Championship – amerykańska organizacja MMA, największa i najlepsza na świecie – przyp. red.), </em>masz szansę. Bo ty r<em>acz</em>ej nie planujesz swojej kariery za oceanem. Dlaczego?</strong></p>
<p>Odpowiem pytaniem na pytanie: a dlaczego nie budować czegoś pozytywnego w Polsce? Dlaczego nie poświęcić się dalszemu rozwojowi MMA tutaj? Oczywiście nie ukrywam, że chciałbym kiedyś sprawdzić się w UFC, by zobaczyć, na ile mnie stać. Ale wiąże się to z koniecznością zrezygnowania ze wszystkich innych organizacji. A mi zależy na tym, żeby walczyć w Polsce. Czy to źle? Uważam, że warto budować silną organizację MMA właśnie tutaj. Zwróćcie uwagę, że już teraz KSW (<em>Konfrontacja Sztuk Walki, największa polska organizacja MMA – przyp. red</em>.) ma najlepiej organizowane gale w całej Europie. Na Ameryce świat się nie kończy.</p>
<p><strong>Racja. Ale twoim problemem w naszym kraju jest brak przeciwników z najwyższej półki.</strong></p>
<p>Wcale tak nie uważam. Są dobrzy zawodnicy w Europie i za oceanem, którzy mogą przyjeżdżać do Polski. Sporo dobrego dzieje się u nas wokół tego sportu. Moim zdaniem warto poświęcić się rozwojowi nowej dyscypliny w Polsce, a nie szukać szczęścia w Ameryce.</p>
<p><strong>Mariusz Pudzianowski szukał i dostał ostre baty (<em>najsilniejszy człowiek świata przegrał w słabym stylu swoją pierwszą walkę za oceanem – przyp. red.).</em></strong></p>
<p>Możemy ominąć temat Mariusza?</p>
<p><strong>Nie możemy. Kiedyś powiedziałeś, że gdyby padła propozycja, to mimo dużej różnicy wagowej, zgodziłbyś się na walkę z Pudzianem.</strong></p>
<p>Pytanie dziennikarza o walkę z Mariuszem było może i na serio, ale ja odpowiedziałem w formie żartu. Słów jednak nie zmieniam, bo nie boję się walczyć z nikim. Ale oczywiście nie ma po co ryzykować zdrowiem. Zawodników, którzy ważą ponad 100 kilogramów raczej wolałbym unikać. Przy tak dużej różnicy wagowej łatwo o kontuzję. Mógłbym z Mariuszem wygrać, ale krzywdy bym mu nie zrobił. On też mógłby wygrać, ale konsekwencje dla mnie mogłyby być przykre.</p>
<p><strong>Biłeś się kiedyś z zawodnikiem nasmarowanym wazeliną?</strong></p>
<p>Ale gdzie nasmarowanym? (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Wszędzie, ale nie tam, gdzie myślisz.</strong></p>
<p>Biłem się. Facet twierdził później, że to nieprawda, ale ja wiem swoje. To bardzo niesportowe zachowanie, bo jak gość nasmaruje się czymś śliskim, to nie sposób skutecznie założyć mu  dźwigni. Sędziowie powinni sprawdzać takie rzeczy. Na szczęście, od kiedy walczę w KSW, takich wtop już nie ma.</p>
<p><strong>Jak oceniasz walkę na zasadach MMA dwóch naszych mistrzów olimpijskich: Pawła Nastuli i Andrzeja Wrońskiego <em>(ten drugi przegrał przez nokaut – przyp. red.).</em></strong></p>
<p>Co tu oceniać? Sami widzieliście. Dla mnie Paweł Nastula to najlepszy polski zawodnik wagi ciężkiej. W swoich pierwszych pojedynkach w japońskiej organizacji PRIDE walczył z najlepszymi na świecie, z prawdziwymi legendami tego sportu. Co prawda przegrywał, ale po bardzo ciężkich i bardzo dobrych walkach. Trzeba to docenić. Żałuję tylko, że od dłuższego czasu Paweł nie mierzy się z zawodnikami na wysokim poziomie. Zasługuje na dużo więcej niż małe, marginalne gale, których nie transmituje telewizja. Według mnie Nastula powinien być największą gwiazdą MMA w Polsce. Andrzej Wroński natomiast jest znakomitym sportowcem i zapaśnikiem największego kalibru, ale trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że z Nastulą, który od lat jest w ciągłym treningu MMA, nie miał szans.</p>
<p><strong>Czy twój pseudonim „Kanibal” to ksywka z kluczem?</strong></p>
<p>Uspokójcie się. To był pomysł Amerykanów. Walczyłem tam raz i taki był wymóg. Musiałem mieć jakiś pseudonim. Na siłę przykleili do mnie tego nieszczęsnego „Kanibala”. Nie brzmi to za dobrze. Staram się omijać temat tego przydomka.</p>
<p><strong>Czujesz czasami, że masz niebezpieczne narzędzie w rękach?</strong></p>
<p>Staram się unikać sytuacji, w których konieczne byłoby użycie pięści. Ale, jak w życiu każdego mężczyzny, zdarzało się. Często biłem się, bo nie miałem innego wyjścia. Najwięcej w Rosji, o czym już mówiłem. Ale i w Polsce, szczególnie na początku mojego pobytu, było kilka takich sytuacji. Wyglądałem na małego, chudego i łatwego do okradzenia. Uciekać nie potrafię, więc co miałem robić? Na szczęście nikomu wielka krzywda się nie stała.</p>
<p><strong>Kiedy skończyły się te problemy?</strong></p>
<p>Gdy stałem się rozpoznawalny. Poza tym nie jestem już młodym studentem. Wiadomo, że wtedy człowiek jest bardziej narażony na takie sytuacje. Teraz nikt mnie nie zaczepia. A gdyby nawet, to chyba&#8230; dałbym się pobić (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Stojąc na bramce, często interweniowałeś?</strong></p>
<p>Bardzo rzadko, bo Olsztyn to małe miasto. Wszyscy się tu znają. Jeśli ktoś dymił, zwykle był to przyjezdny.</p>
<p><strong>A znasz takich, którzy dziś chwalą się, że Mamed wybił im zęby?</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>) Może tacy są, ale nigdy o nich nie słyszałem.</p>
<p><strong>W walce przeciwnik nigdy nie wyłączył ci światła. A poza ringiem?</strong></p>
<p>Tylko raz. Właśnie tam, na bramce, znokautowała mnie&#8230; woda gazowana. Wypiłem małą butelkę i zemdlałem.</p>
<p><strong>Od wody?</strong></p>
<p>Tak. Kelnerka przyniosła mi wodę z gazem, bo innej nie było. A nigdy wcześniej nie piłem gazowanej. Byłem cholernie spragniony. Wychyliłem na raz, dostałem czkawki, zabrakło mi powietrza i padłem. Walnąłem głową w ścianę. To mój jedyny raz, kiedy urwał mi się film.</p>
<p><strong>Nigdy się nie upiłeś?</strong></p>
<p>Nigdy. Uważam, że to bardzo zdrowe.</p>
<p><strong>Ale nie uwierzymy, że na studiach nie imprezowałeś.</strong></p>
<p>Życie studenckie wspominam fantastycznie, ale jako muzułmanin trzymałem się z daleka od alkoholu. Owszem imprezowałem z innymi studentami, tyle że bez picia. Szczerze mówiąc długo wydawało mi się, że totalne jazdy alkoholowe odchodzą tylko na rosyjskich wsiach. A tu pijany cały akademik!</p>
<p><strong>Dostałeś już propozycję z Tańca z gwiazdami?</strong></p>
<p>A dlaczego miałbym dostać? Nie sądzę, żebym kiedykolwiek musiał coś takiego rozważać.</p>
<p><strong>A my przeciwnie. Widzieliśmy twój taniec na YouTubie&#8230;</strong></p>
<p>O nie! (<em>Wybuch śmiechu</em>). Ten filmik mnie prześladuje. Wszyscy się nabijają.</p>
<p><strong>Jakoś nas to nie dziwi.</strong></p>
<p>Chcecie dostać po frontkicku?</p>
<p><strong>A umiesz?</strong></p>
<p>Zaraz się przekonacie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/mamed-chalidow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jacek Borcuch</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/jacek-borcuch/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/jacek-borcuch/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Dec 2011 20:55:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[FILMOWCY]]></category>
		<category><![CDATA[Borcuch Jacek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3251</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 11, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Świetlik &#8211; Czy twój następny film też będzie dla nas? A który był dla was? Wszystkie. To fajnie. Bo ja robię filmy dla siebie. Zaspokajam swoją wyobraźnie. Jeżeli waszą również, to bardzo mi miło. Możemy się spokojnie umówić, że robię kino dla nas [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3257"><img class="alignleft size-full wp-image-3257" title="Jacek-Borcuch" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/12/Jacek-Borcuch.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 11, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.andrzejswietlik.pl/">fot. Andrzej Świetlik</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Czy twój następny film też będzie dla nas?</strong></p>
<p><strong></strong>A który był dla was?</p>
<p><strong>Wszystkie.</strong></p>
<p><strong></strong>To fajnie. Bo ja robię filmy dla siebie. Zaspokajam swoją wyobraźnie. Jeżeli waszą również, to bardzo mi miło. Możemy się spokojnie umówić, że robię kino dla nas trzech <em>(śmiech</em>). Pytanie tylko, czy dalej będziemy mieli ochotę na to samo.</p>
<p><strong>Nie mamy wrażenia, że twoje filmy są takie same.</strong></p>
<p><strong></strong>Powiem wam, że po <em>Tulipanach</em> chciałem zrobić coś zupełnie innego. Ale się nie udało. <em>Wszystko, co kocham</em> jest przepełnione melancholią. Teraz robię historię na wskroś współczesną i mam nadzieję, że tym razem tego uniknę.</p>
<p><strong>No to nie gwarantujemy, że nam się spodoba&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>(<em>Śmiech</em>).<em> Tulipany</em> to jest marzenie o tym, żeby życie było piękne do końca. Żeby starość była wspaniała, bez chorób, bez niedołężności, z miłością, w blasku słońca. <em>Wszystko, co kocham</em> to skok w kulturową przeszłość. Ten film jest o tym, co się wydarzyło ze mną na koncercie Beastie Boys. Chłopaki zagrali w starym stylu, bardzo punkowo. I zdałem sobie sprawę, że nie mam już nawet w domu muzyki, której słuchałem będąc nastolatkiem. A to przecież była wtedy dla mnie najważniejsza rzecz na świecie. Utraciłem gdzieś swoją przeszłość. I dzięki Beastie Boys ją odzyskałem. Powróciły wspomnienia pierwszego wina, papierosa, pierwszego seksu&#8230; Zresztą, po co o tym opowiadać. Filmy więcej o mnie mówią, niż jestem w stanie powiedzieć w jakimkolwiek wywiadzie.</p>
<p><strong>A co powie o tobie nowy film?</strong></p>
<p>Powie o tym, co dzieje się w moim życiu teraz. Jako czterdziestolatek postanowiłem wreszcie zmierzyć się z rzeczywistością. Część zdjęć kręcimy w Polsce, a część w Hiszpanii.</p>
<p><strong>Javier Bardem dostał scenariusz?</strong></p>
<p>To byłoby zbyt banalne. Dlatego pomyślałem o jego bracie Carlosie, który jest mniej oczywisty i do tego bardzo ciekawy. W międzyczasie jednak udało się porozumieć z Angelą Moliną, która zgodziła się zagrać. Doszedłem do wniosku, że Molina i Bardem to trochę za dużo. Zatrudniłem więc innego, nieznanego, hiszpańskiego aktora.</p>
<p><strong>I Andrzeja Chyrę&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Za każdym razem mam plan, by go nie zatrudniać. I zawsze wychodzi, jak widzicie. Zaczynam od epizodu dla Chyry, kończę na roli głównej&#8230; Tym razem zamieniłem matkę bohaterki na ojca. Pomyślałem – co się będę wygłupiał z jakąś matką, skoro jest Chyra (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kiedy zrezygnowałeś ze szkoły aktorskiej, na prawie pół roku wyjechałeś do Hiszpanii. Rozumiemy, że film nawiązuje do tamtych wydarzeń.</strong></p>
<p>Nie. To zupełnie inna historia. Tamta jest gotową opowieścią na oddzielny film. Julek Machulski, który ją zna, powiedział mi, że to jest gotowy kinowy hit. Faktycznie całość składa się w idealny scenariusz. Nawet nie trzeba by go ubarwiać, bo prawda jest barwna aż nadto.</p>
<p><strong>No to musisz nam opowiedzieć.</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mogę. Nie mam pewności, że wszystkie sprawy już się przedawniły (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Kilka na pewno. </strong></p>
<p><strong></strong>No dobra. Ale pamiętajcie, że miałem wtedy dwadzieścia parę lat. A to wiele wyjaśnia. Kiedy już z kumplem znaleźliśmy się w Hiszpanii, postanowiłem przedłużyć nam wizy z trzech miesięcy do sześciu. Wziąłem więc paszport i elegancko żyletką wydrapałem trójkę. Ale kiedy chciałem w to miejsce wpisać szóstkę, atrament z długopisu rozlał się w kleksa. O dziwo, nie zrażony niepowodzeniem, ten sam numer powtórzyłem z paszportem kumpla, który o niczym nie wiedział, bo w tym czasie spał. Kiedy się obudził, nie powiem, stracił nieco dobry humor. Ale już po chwili obydwa paszporty kąpaliśmy w wannie. Byliśmy tak zachwyceni naszą pomysłowością, że jeszcze tego samego wieczora przepiliśmy wszystkie pieniądze. I tu zaczyna się opowieść, której już nie mogę wam sprzedać&#8230;</p>
<p><strong>Trudno. W takim razie sprzedaj nam chociaż informację, czy pierwsze randki spędzałeś nad Liwą <em>(rzeka przepływająca przez Kwidzyn, rodzinne miasto Jacka Borcucha – przyp. red.)</em>. </strong></p>
<p>Ale pytanie! Chyba od czasów liceum nie wypowiedziałem słowa Liwa. Oczywiście, że randki i nie tylko randki spędzało się nad rzeką. Liwa już od marca gościła nas w swoich ramionach. To były czasy, w których kto wcześniej wskakiwał do wody, ten gość. W lipcu kąpały się jakieś mięczaki. W marcu ściskało jajka jak cholera, ale się wchodziło. Ja prowadzałem się po mieście z łobuzerką, więc musiałem nadrabiać i udawać twardszego niż jestem. Piliśmy tanie wina i wydawało się to genialnym pomysłem na życie. Dużo miłych wspomnień. Powiem wam, że Liwą zjednaliście moje serce.</p>
<p><strong>Bardzo nam miło. W rewanżu postaraj się sobie przypomnieć twojego pierwszego PLAYBOYA. </strong></p>
<p>To musiało być dopiero w liceum. Żyłem na wojskowym osiedlu, na którym prędzej można było znaleźć jakieś maski gazowe lub radiostacje niż PLAYBOYA. Zresztą mój ojciec – poważny wojskowy – skutecznie odcinał mnie od kapitalistycznych brzydkich rzeczy. Ale paradoksalnie pierwszego pornosa widziałem dzięki stryjowi. Całą młodość kręcił filmy na kamerze Super 8, miał też projektor &#8211; to na nim oglądałem pierwsze wygibasy. Bez dźwięku, tylko z charakterystycznym terkotaniem w tle. Do dziś odgłos projektora miło mi się kojarzy.</p>
<p><strong>A płonąca stodoła z czym ci się kojarzy?</strong></p>
<p><strong></strong>Ale to było dużo wcześniej. Miałem prawie 13 lat, a brat 11. To akurat miało znaczenie, bo do poprawczaka szło się wtedy od 12. roku życia. Czyli ja już się na paragrafy łapałem. Rzecz rozegrała się w Wielkanoc. Rozpaliliśmy z bratem w stodole dziadków malutkie ognisko, żeby potrenować przed śmigusem-dyngusem i zagasić je plastikowymi pisankami do pryskania. Ugasiliśmy ogień, zamknęliśmy stodołę i poszliśmy na wzgórze strugać łuki i dzidy. Po pewnym czasie zobaczyliśmy pożar. Wpadłem do domu i krzyczę: „Pali się!!”. Na co dziadek: „Ta, jasne, jasne&#8230; Jacuś, idźcie się pobawić”. Nikt nam nie wierzył, a po pół godzinie nie było co gasić. Spaliliśmy dziadkom piękną, poniemiecką, drewnianą stodołę. Przyjechała milicja i zaczęło się dochodzenie. Rodzice przestraszyli się, że za podpalenie wyląduję w poprawczaku. Dlatego wszystko zrzuciliśmy na brata, bo był młodszy i nic mu nie groziło. Daniel płakał, a ojciec tłumaczył: „Powiesz panom, że byłeś tam sam, a Jacka nie widziałeś” (<em>śmiech</em>). Do dziś spłacam dług wobec brata.</p>
<p><strong>Jakie w tamtych czasach wieszałeś plakaty nad łóżkiem?</strong></p>
<p>Śmierci Klinicznej, WC, UK Subs i Sex Pistols.</p>
<p><strong>A Dezertera?</strong></p>
<p><strong></strong>Oni byli dla mnie trochę za komercyjni. Ich nagrania wychodziły na winylach – pełna komercha (<em>śmiech</em>). Grali za bardzo na zachodnią modłę. Wolałem WC, które wtedy płyt nie wydawało.</p>
<p><strong>Twoje zespoły wydawały?</strong></p>
<p><strong></strong>Nagrania Zbitych Pisuarów i innych grup gdzieś tam się walają na strychu moich rodziców.  Dopiero RiPlAy, projekt punkowo-reggae’owy, wydał całą, w miarę profesjonalną kasetę, w 1984 r. w wydawnictwie OTK.</p>
<p><strong>Mieliście groupies?</strong></p>
<p><strong></strong>Raczej chcieliśmy mieć. Uchodziliśmy wtedy za dziwaków i nie budziliśmy zaufania. Koledzy, którzy wyglądali normalniej i nie zajmowali się muzyką, mieli większe powodzenie.</p>
<p><strong>A ty marzyłeś o romansie ze starszą sąsiadką&#8230;</strong></p>
<p>I nie byłem w tym odosobniony. Tak jak we <em>Wszystko, co kocham</em> sąsiadka wyglądała na odpowiednią nauczycielkę w tych kwestiach. Fajnie kręciła pupą, pachniała, zaczepiała nas i łapała słońce w kostiumie kąpielowym. W rzeczywistości była raczej podobna do Kate Jackson z <em>Aniołków</em> <em>Charliego</em>, niż do Katarzyny Herman, która gra ją w filmie. Myślę, że moja sąsiadka zrobiłaby furorę na rozkładówce PLAYBOYA. Ale lepiej zakończmy ten miły wątek. Niedawno mama mi przypomniała, że ta pani wciąż nazywa się Sokołowska.</p>
<p><strong>Społeczność kwidzyńska zareagowała jakoś na film?</strong></p>
<p><strong></strong>Akcja toczy się przecież na wybrzeżu, a nie w moim rodzinnym mieście. W Kwidzynie doszło chyba tylko do jednej spektakularnej „reakcji”. Pijany sąsiad zaczepił moją mamę słowami: „I co, kurwa, syneczek o was filmiki robi! Bohaterowie! Rewolucjoniści! Spierdalaj mi!” i splunął przez ogrodzenie. Mama się załamała. Gość potem próbował przepraszać, robił podjazdy z kwiatami, ale sytuacja chyba się nie wyprostowała.</p>
<p><strong>A film podobał się rodzicom?</strong></p>
<p>Po scenie, kiedy umiera babcia, ojciec miał łzy w oczach, więc chyba tak.</p>
<p><strong>Niektórzy po premierze zarzucali ci, że byłeś landrynkowym punkowcem&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Krytyka dotyczyła głównie wyglądu głównych bohaterów. Bo niby „prawdziwi” punkowcy tak nie wyglądali. Tymczasem my nie nosiliśmy pieszczoch, nie przekłuwaliśmy uszu w 10 miejscach, nie mieliśmy irokezów i nie robiliśmy sobie sznyt – takie insygnia były być może normą u punkowców z większych miastach. W Kwidzynie takie rzeczy kojarzyły się narkomanami i zwyczajnym menelstwem. My byliśmy poczochrani, zakładaliśmy stare garniturowe spodnie po ojcach, trampki, koszule i marynary.</p>
<p><strong>Jak na subkulturowe zachowania reagował ojciec wojskowy?</strong></p>
<p><strong></strong>Pierwszy raz coś w nim drgnęło, kiedy zobaczył dokument o Jarocinie. Usłyszał z telewizora, że „chuligani zdemolowali kolejny sklep z alkoholem” i że „agresja młodych ludzi godzi w polski socjalizm”. Spojrzał na mnie, porównał moje łachy i wygląd z tym, co widział w telewizji. Błyskawicznie skojarzył fakty, poszedł po nożyczki i obciął mi włosy. Potem przyniósł młotek i kowadło i na moich oczach dokonał egzekucji na moim własnoręcznie wykonanym znaczku anarchii. Na szczęście z czasem się kapnął, że nie wszyscy punkowcy to żule, narkomani i hołota.</p>
<p><strong>Co dziś robią twoi kumple punkowcy?</strong></p>
<p><strong></strong>Bloom to wiadomo<em> (Daniel Bloom, właściwie Daniel Borcuch, młodszy brat Jacka jest kompozytorem, instrumentalistą i producentem muzycznym – przyp. red.)</em>. Pozostali chyba dorośli i żyją jak pan Bóg przykazał. Sam nie pojmuję jakim cudem cały czas robię to, co wtedy na podwórku.</p>
<p><strong>Po miłości do punka, zapałałeś miłością do sportu.</strong></p>
<p>To się działo jednocześnie. Biegałem na setkę, na 110 przez płotki, skakałem w dal, a nawet próbowałem sił w trójskoku. Na Mistrzostwach Polski juniorów na 110 przez płotki byłem szósty. Pojechałem jako najlepszy junior województwa, ale na miejscu od razu się załamałem, kiedy zobaczyłem konkurencję – nie dość, że mieli o wiele dłuższe nogi, to jeszcze w wypasionych dresach i kolcach do biegania. Mój dres był powyciągany, miał odciśnięte pieczątki Polsportu i kwidzyńskiego klubu sportowego. To wszystko odebrało mi siły w trakcie finału. Po zawodach straciłem motywację. Ale gdybym tylko miał taki dresik Adiego&#8230; Do dziś pamiętam dzień, w którym zerwałem ze sportem. O 17 leciała wtedy <em>Stawka większa niż życie</em> – wiadomo, musiałem to zobaczyć. Wymyśliłem sobie, że będę chodził trenować dwie godziny wcześniej, żeby zdążyć do domu na serial. Tak zrobiłem. Przed 17 przyszedł trener i ucieszył się, że jestem ciut wcześniej, bo akurat tego dnia miała być jakaś wizytacja. Ale ja twardo, że już trening skończyłem, a teraz wychodzę, bo  mam pewne rzeczy do załatwienia. Próbował mnie przekonać, ale nie mogąc nic wskórać uciekł się do szantażu: „Wybieraj, albo dzisiaj zostajesz, albo koniec z treningami”. Wybrałem Klossa.</p>
<p><strong>A jak to się stało, że punk zamieniłeś na poezję śpiewaną?</strong></p>
<p><strong></strong>Bo to była taka punkowska poezja śpiewana (<em>śmiech</em>). Sam nie wiem. Po prostu zacząłem fascynować się Kaczmarskim i tekstami Stachury. Śpiewałem z kumplem w duecie. Jeździliśmy nawet po festiwalach i konkursach. Kariery jednak nie zrobiliśmy.</p>
<p><strong>Może dlatego, że dla odmiany postanowiłeś zostać śpiewakiem operowym?</strong></p>
<p><strong></strong>To naprawdę było moje marzenie. Pojechałem do Łodzi na Akademię Muzyczną na konsultacje, ale znajomy profesor odradził Łódź ze względu na klimat. Powiedział, że Studium Wokalno-Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni to dobra szkoła. Traktowałem śpiewanie bardzo poważnie. Przez dwa lata. Potem uznałem, że to bez sensu&#8230;</p>
<p><strong>I za pierwszym razem zdałeś do Szkoły Aktorskiej w Warszawie.</strong></p>
<p>Tylko, że tam wytrzymałem zaledwie parę tygodni. To wszystko wydawało się zbyt surrealistyczne. Ja już brałem udział w spektaklach, grałem główne role w Teatrze w Gdyni, a tutaj starsi studenci sadzili się na wielkich aktorów i mówili do mnie gardłowym głosem przez nos. Pomyślałem, ja pierdolę, co za żenada, szkoda życia. I z dnia na dzień przestałem przychodzić na zajęcia.</p>
<p><strong>Koledzy z roku w ogóle cię pamiętają?</strong></p>
<p>Raczej tak.  Byłem na roku m.in. z Piotrkiem Adamczykiem, Michałem Żebrowskim i Agnieszką Krukówną. Ale z dnia na dzień zniknąłem. Pamiętam, że kiedy po jakimś czasie przyjechałem do szkoły, żeby odebrać papiery, to w sekretariacie powiedzieli mi z wyrzutem: „Zajął pan miejsce komuś, kto marzył o tej szkole przez całe życie”. Nawet koledzy wygłaszali podobne teksty. Bo takie rzeczy się nie zdarzały. To były nowe czasy,  początek lat 90. Uwierzyłem w wolność i wyjechałem z kumplem do Hiszpanii.</p>
<p><strong>To nie było trochę tak, że pojechałeś do Hiszpanii za dziewczyną? Tą, z którą grałeś w musicalu <em>West Side Story</em> w Gdyni? Tą, którą można oglądać z tobą na próbie w filmiku na YouTube?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie tą. Ale blisko, bo chodziło o dziewczynę, która wcześniej grała tę rolę. Na YouTube jest jej zmienniczka. Zresztą to też ciekawa historia. Na scenie się całowaliśmy – jak to w <em>West Side Story</em>. Któregoś dnia ona przyszła z podbitym okiem. Wzięła mnie na bok i powiedziała, że nie możemy się całować, bo ma zazdrosnego chłopaka. Pomyślałem, jak jej podbił oko, to mnie po prostu zajebie. Ale przecież trzeba grać. I nie chciałem dać za wygraną. Tylko, że ona była sprytniejsza, od następnego spektaklu zaczęła faszerować się czosnkiem. Nie było rady. Jedyne, co mogłem z siebie wykrzesać to przytulenie. Dziwna sytuacja. Miałem wtedy 21 lat ona chyba 26. Kompletne <em>science fiction</em>.</p>
<p><strong>Wracając do Hiszpanii&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Faktycznie pojechałem tam trochę w pogoni za dziewczyną. Ciekawy czas. Daję słowo. Jak sobie przypomnę niektóre rzeczy&#8230; Już wam opowiadałem, że od razu pierwszej nocy kompletnie się spłukaliśmy. Cała knajpa bawiła się na nasz koszt. Wszystko dlatego, że jeden poznany tam koleś obiecał nam świetną robotę. Oczywiście następnego dnia okazało się, że nic z tego. I tak skończyliśmy bez grosza. A żeby było ciekawiej, rzecz działa się na Majorce. Nawet gdyby chcieć wracać do domu na piechotę, to nie da rady. Trzeba było skołować kasę choćby na prom. Oczywiście musieliśmy szukać pracy. Zatrudniłem się jako naganiacz do knajpy. Miałem zwabiać angielskich turystów. Ale ci nie chcieli nawet ze mną gadać. Nie dziwie im się, knajpa była beznadziejna. Po trzech godzinach, wylali mnie z roboty. Kumplowi nie poszło dużo lepiej. Tymczasem zrobiła się trzecia w nocy, a mieszkaliśmy 12 km dalej.</p>
<p><strong>No i z buta?</strong></p>
<p><strong></strong>Oczywiście. Skończyło się miasto i ciemno jak w dupie. Jedynie stopami starasz się wyczuć brzeg asfaltu. Nagle łup! Walnąłem w samochód. Stał porzucony na poboczu. Długo mi nie zajęło, żeby przekonać kumpla, że pożyczymy go jedynie na chwilę. Ale to tylko na filmach wygląda tak łatwo, że spod kierownicy wyjmujesz kabelki, łączysz i zapalasz silnik. Siedzimy więc już w środku, łapy sobie haratam, próbując wyrwać wiązkę kabli, aż tu nagle długie światła z tyłu. Gościu włącza kierunkowskaz i parkuje obok nas. Kumpel pyta: „Co robimy?”. A ja: „Spoko, powiemy, że chcieliśmy się tylko ogrzać w środku”. A jest środek lata na Majorce. Temperatura w nocy powyżej 25 stopni (<em>śmiech</em>). Wychodzimy więc z tego auta na drewnianych nogach, pewni że może zdarzyć się wszystko. I wtedy słyszymy: „<em>Do you need some help?</em>”. Powietrze z nas zeszło momentalnie. Po 10 minutach byliśmy w swoich łóżkach. Nic się niby nie stało&#8230;</p>
<p><strong>Równie dobrze w bagażniku mógł być trup.</strong></p>
<p><strong></strong>Albo coś gorszego (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A jak się zakończyła akcja z paszportami?</strong></p>
<p><strong></strong>W międzyczasie znieśli wizy.</p>
<p><strong>Jednak udało nam się wycisnąć z ciebie trochę hiszpańskich historii. </strong></p>
<p><strong></strong>Fakt. Ale to nawet nie jeden promil całości. I na więcej już na bank mnie nie namówicie.</p>
<p><strong>To wracamy do <em>West Side Story</em>. Dlaczego po pierwszych sukcesach porzuciłeś śpiewanie?</strong></p>
<p><strong></strong>Groziło mi zbyt higieniczne życie. Zero picia, palenia&#8230; A jak coś z dziewczyną, to następnego dnia zapomnij o śpiewaniu. Nie dasz rady. Nawet Pavarotti by nie podołał. Na dwa, trzy dni przed premierą zapomnij o seksie. Nie sięgniesz gór. Nie ma szans. To jest jakieś biologiczne uwarunkowanie. Zaraz po skończeniu szkoły w Gdyni miałem kilka propozycji. Ale na szczęście mam w sobie jakiś zmysł antydestrukcyjny. Widziałem starszych kolegów śpiewaków. I to wcale nie był przyjemny widok.</p>
<p><strong>Ale czasem coś pojedziesz przed lustrem? </strong></p>
<p><strong></strong>Śpiewam sobie. W końcu cztery lata śpiewu klasycznego zobowiązują (<em>śmiech</em>). Mam przerobionego całego Moniuszkę, Karłowicza. Bez jaj – muszę czasem pośpiewać.</p>
<p><strong>Czy ty nie masz przypadkiem za dużo talentów? Grasz, śpiewasz, reżyserujesz&#8230; może też malujesz?</strong></p>
<p><strong></strong>Wszystkie talenty oddałbym za umiejętność malowania.</p>
<p><strong>Jeszcze nic nie wiadomo. Po sukcesie na scenie rzuciłeś śpiewanie, po sukcesie <em>Długu</em> właściwie rzuciłeś granie. Strach się bać, że niedługo znudzi ci się reżyserowanie&#8230;</strong></p>
<p>Malarstwem się nie zajmę – to mogę wam zagwarantować. Grozi mi jedynie, że będę więcej pisał niż reżyserował. Pisanie jest najbliższe prawdziwych emocji, tego co naprawdę przeżywasz. Potem przekładanie tego na scenariusz obcina potencjał o jakieś kilkadziesiąt procent. Wreszcie kręcenie filmu na podstawie scenariusza to kolejny spadek energii. Jeśli udaje się zachować 60-50 procent tego pierwotnego potencjału, to już można mówić o sukcesie.</p>
<p><strong>To ile procent emocji udało się utrzymać pomiędzy inspiracją koncertem Beastie Boys, a premierą <em>Wszystko, co kocham.</em></strong></p>
<p><strong></strong>Mam wrażenie, że nieco ponad 50. Dlatego tak bardzo jestem z tego filmu zadowolony. Chociaż chciałem, żeby był bardziej bezwstydny. Nie starczyło mi chyba do końca siły, czegoś nie dopatrzyłem i rezultat jest jaki jest. Sceny miłosne są udane, ale w mojej głowie były o wiele bardziej niegrzeczne.</p>
<p><strong>Na przykład. </strong></p>
<p>Nie chodzi o konkrety. To akcenty, drobiazgi, a to jest przecież najważniejsze.</p>
<p><strong><em>Wszystko, co kocham</em> miał chyba większy światowy sukces niż polski?</strong></p>
<p><strong></strong>Został sprzedany do kilkudziesięciu krajów w Europie, Azji, Ameryce Południowej. We Francji film trafił do kin w kilkudziesięciu kopiach. Niedługo wchodzi do kin amerykańskich i brytyjskich. Z <em>Wszystko, co kocham</em> zjeździłem pół świata. A w Korei Płd. na festiwalu filmowym w Busan poczułem się jak menedżer  gwiazdy rocka. Nasz film był wyświetlany w letnim kinie, nad oceanem dla dwutysięcznej publiczności. Jak się skończył to rozległ się ryk. Dosłownie. Musieliśmy z Mateuszem <em>(Kościukiewiczem, odtwórcą głównej roli – przyp. red.) </em>chować się w samochodzie. Limuzyna wiozła nas wolno przez tłum. Fanki bujały samochodem, waliły w szyby i darły się do Mateusza filmowym imieniem: „Janek! Janek!”.</p>
<p><strong>W kurorcie narciarskim Sundance też was rozpoznawali?</strong></p>
<p>W Stanach panuje kult gwiazdy filmowej. I jak się okazuje dotyczy to także twórców kina niezależnego. Po kilku pokazach festiwalowych, jak szliśmy ulicą, to fani wołali naszych aktorów ich prawdziwymi imionami. „<em>Mateusz, you&#8217;re gorgeous</em>”. „<em>Olga, we love you</em>”. I tak dalej. To było niesamowite.</p>
<p><strong>Nie do uwierzenia. </strong></p>
<p>No właśnie. W ogóle z Sundance wywieźliśmy same dobre wspomnienia. Mieliśmy oczywiście opłacony hotel, ale pewien polski milioner zaprosił całą ekipę do swojej willi na stoku. Wychodziłeś tylnymi drzwiami, wpinałeś narty i byłeś na trasie, a potem wciągałeś się wyciągiem, zjeżdżałeś prosto do domu, zdejmowałeś ciuchy i hop do jacuzzi w śniegu. Dla mnie, 40-letniego faceta było to zadziwiające. A dla tych dzieciaków, po dwadzieścia parę lat? Zrobili pierwszy film&#8230;<strong></strong></p>
<p><strong>Hollywood cię nie wciągnęło?</strong></p>
<p><strong></strong>Po Sundance pojawiły się propozycje z telewizji Fox. Ale pomyślałem sobie, że przecież nie zostawię swojej córeczki, nie wyemigruję i nie będę udawał, że robię wielką karierę, a tak naprawdę będę pracował dla telewizji. Wolę robić autorskie kino w Europie. Chociaż lunch z Robertem Redfordem i  Billem Gatesem wspominam miło.</p>
<p><strong>Czyli Sundance otworzyło wiele drzwi?</strong></p>
<p><strong></strong>Dużo łatwiej udało się zebrać pieniądze na kolejny film. To nowe doświadczenie.</p>
<p><strong>Kiedyś na pytanie jak się pracowało w <em>Na dobre i na złe</em> odpowiedziałeś: „Tak samo jak w kopalni 50 metrów pod ziemią”&#8230;</strong></p>
<p>Oczywiście trochę przesadziłem nie doceniając pracy górników. Powinienem ich przeprosić. To było zaraz po <em>Długu</em>. Żyć z czegoś trzeba, a z robienia filmów się nie dało. Tymczasem w serialu pieniądze dawali za nic &#8211; przyjdź, powiedz parę kwestii do kamery. W związku z tym parę takich rzeczy zrobiłem. Wtedy też dopiero przekonałem się, co to znaczy popularność. Dzieci szarpały w sklepach mamy za spódnice, mówiąc: „Patrz, mamo, to ten pedał z <em>Na dobre i na złe</em>”. Pamiętajcie też, że to były dopiero początki seriali w Polsce. Nikt się jeszcze nie spodziewał, że to będzie aż taka kaszana.</p>
<p><strong>A tymczasem niedawno sam skończyłeś reżyserować serial <em>(</em>Bez tajemnic<em>, polska wersja serialu HBO </em>In Treatment<em> &#8211; przyp. red.)</em></strong></p>
<p><strong></strong>Byłbym idiotą, gdybym nie przyjął tej propozycji. Obejrzałem pierwszy sezon izraelskiej i amerykańskiej wersji i nie mogłem się oderwać. Ten projekt wydawał się na tyle ciekawy, że nie mogłem odmówić. A poza tym przecież to jest zupełnie inna liga. Wszyscy wiemy, jak wyglądają najlepsze amerykańskie seriale, a szczególnie te produkowane przez HBO. Nagle okazało się, że medium które przez długie lata przeżywało kryzys, teraz rozkwita. Fajnie, że wreszcie i u nas coś się rusza na tym rynku. Zastanawiam się dlaczego HBO wybrało akurat <em>In Treatment</em>. Być może dlatego, że w Ameryce ten serial wywołał szok. My jednak jesteśmy kompletnie innym społeczeństwem i ciekawe się jak w Polsce będzie przyjęty <em>Bez tajemnic.</em></p>
<p><strong>Na ile miałeś wolną rękę?</strong></p>
<p><strong></strong>To jest sprawdzony format i HBO nie chciało, żeby go zmieniać. Mieliśmy wprawdzie zakusy  żeby to robić trochę bardziej ekscentrycznie, ale już na początku dość precyzyjnie zostało wszystko ustalone.</p>
<p><strong>W <em>Bez tajemnic</em> gra twoja żona, Ilona Ostrowska, a jej serialowy mąż ma na imię&#8230; Jacek. Przypadek?</strong></p>
<p><strong></strong>Wiecie jak to jest z przypadkami. Czasem trzeba im pomóc. Ale akurat tym razem tak nie było. Kiedy dostałem scenariusz imiona bohaterów były już wymyślone. Potem okazało się, że długo nie można było znaleźć partnerki dla Łukasza Simlata. Wreszcie zadzwoniła do mnie Ilona z pytaniem, czy to moja robota, że zaprosili ją na zdjęcia próbne. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że nie. Oczywiście była najlepsza. Wtedy z kolei producenci zadzwonili do mnie z pytaniem, czy mi to nie przeszkadza i znowu zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. Dość uczciwa sprawa, czysty przypadek.</p>
<p><strong>I serial nie będzie wiwisekcją waszego małżeństwa? </strong></p>
<p><strong></strong>Nie. Serialowa para ma zupełnie inne problemy.</p>
<p><strong>A trudno się prowadziło serialową parę psychoterapeutów?</strong></p>
<p><strong></strong>Staram się mięć dobry kontakt z aktorami. W przypadku Jerzego Radziwiłowicza i Krystyny Jandy dobrze zagrało to, że bardzo długo ze sobą nie pracowali, chyba od czasów <em>Człowieka z żelaza</em>, ale tego nie jestem pewien… Andrzej, główny bohater serialu i Barbara, jego tak zwana supervisorka, także nie widzieli się długie lata. Mam nadzieję, że udało nam się to wykorzystać.</p>
<p><strong>A czy ty korzystałeś kiedyś z pomocy psychoterapeuty?</strong></p>
<p>Tak. Pomyślałem, skoro Woody Allen chodzi, to może warto (<em>śmiech</em>). Ale nic mi to nie dało. Znam jednak ludzi, którym takie spotkania bardzo pomogły. Być może ja źle trafiłem.</p>
<p><strong>Który bohater <em>Bez tajemnic</em> jest ci najbliższy? Wiemy już, że nie Jacek.</strong></p>
<p><strong></strong>Zdecydowanie Andrzej. Jego praca polega na pomaganiu ludziom, a jak pokazuje rzeczywistość sam ma chyba największe problemy. I one wydają mi się najbliższe. Może trochę dopada mnie już kryzys wieku średniego. Coś umyka. Mam 41 lat.</p>
<p><strong>Ale wyglądasz na 36.</strong></p>
<p><strong></strong>(<em>Śmiech</em>). Was może oszukam, może nawet i pół świata, ale siebie nie. Ostatnio bardzo boleśnie sobie to uświadomiłem. Pomijam już fakt, że równo z przekroczeniem 40-tki popsuł mi się wzrok. Dużo gorzej, że umysł przestał idealnie współpracować z ciałem. W czasie kręcenia na Helu graliśmy mecz i operator Michał<em> (Englert – przyp. red.)</em> wypuścił mi idealną piłkę na dojście. Najlepsze podanie świata. Cudo. Pomyślałem „życie jest piękne” i zaraz miałem z całej pary kopnąć. Nie ważne, trafię w światło bramki, czy nie trafię. Nie ważne, bo liczy się tylko ten moment. I co?</p>
<p><strong>Nie dobiegłeś.</strong></p>
<p>Gorzej. Wyrżnąłem na ryj. Mózg się ucieszył, zrozumiał, obliczył, zareagował, a ciało odmówiło posłuszeństwa. 15 lat wcześniej doszedłbym na luzie. Całe życie byłem bardzo sprawny fizycznie. I to się bezpowrotnie skończyło. A niby wciąż mam poczucie, że nic się nie zmieniło, że ciągle jestem chłopakiem.</p>
<p><strong>Problemy egzystencjalne jak na studenta IV roku filozofii UW przystało. Dlaczego nie skończyłeś?</strong></p>
<p><strong></strong>Bo wtedy zacząłem kręcić <em>Tulipany</em> i musiałem wybrać. A ponieważ filozofia raczej mnie skrzywdziła niż coś dała, postanowiłem się z nią nie ceregielić. To po tych studiach popadłem w agnostycyzm, sceptycyzm i ogólne zwątpienie. Za dużo czytałem i to mogło się tylko źle skończyć. Bo jak wiadomo, nie ma odpowiedzi, tylko gorzej lub lepiej postawione pytania.</p>
<p><strong>Jesteś ofiarą studiów filozoficznych?</strong></p>
<p><strong></strong>Najczystszym przykładem. Jeśli raz zaczerpniesz z drzewa poznania, nie ma odwrotu. Tak jak pisze Emil Cioran <em>(rumuński filozof, teoretyk nihilizmu – przyp. red.) </em>– całe lata ogromnego wysiłku i wyrzeczeń, żeby poznać, a potem reszta życia, żeby zapomnieć. Uwielbiam Ciorana. To pesymizm podszyty niebywale inteligentnym poczuciem humoru. A ja mam zdecydowanie za duży dystans do życia. Czasami chciałbym się go uczepić trochę mocniej. I wtedy Cioran pomaga.</p>
<p><strong>Nadal jesteś agnostykiem?</strong></p>
<p>Gdybym w coś wierzył, na pewno byłoby lżej. A tak, wszystko co mam, jest tutaj i teraz.</p>
<p><strong> &#8211;</strong></p>
<p><strong>Na skróty:<br />
</strong></p>
<p><strong></strong>Borcuch to trudne nazwisko. Od dziecka byłem Boruchem. Wiadomo – nie ma druha, bo rucha. Ale też Borsukiem, Boreckim, Borowieckim, nawet na jakiejś filmowej liście płac jestem Boreuchem. Naprawdę dowolne kombinacje. W Izraelu, gdzie popularnym imieniem jest Baruch, mówiono mi, że pewnie dziadek coś kombinował z naszym nazwiskiem. Z tego co wiem Borcuch jest jednak nazwiskiem ukraińskim. Ale na tym moja wiedza się kończy. Nigdy nie badałem rodzinnych korzeni.</p>
<p>Kiedyś na festiwalu w Kazimierzu z nudów zacząłem podpalać Chyrze dupę zapalniczką. W tym momencie podszedł do nas Leszek Możdżer i powiedział coś w rodzaju: „Widzę, że podpalacie sobie dupy, to podejdę i się przedstawię, wreszcie jacyś normalni ludzie”.</p>
<p>Nigdy nie trafiłbym do obsady <em>Długu</em>, gdyby nie Joanna Kos-Krauze. Powiedziała: „ To jest chłopak, który mógłby dostać kredyt”. Razem z Krzysztofem wyciągnęli mnie jak królika z kapelusza.</p>
<p>Większość reżyserów robi castingi, na które aktorzy przychodzą zestresowani. Ja tego nie lubię. Wystarczyło mi zobaczyć Kościukiewicza i od razu wiedziałem, że zagra główną rolę we <em>Wszystko, co kocham</em>. Zanim zamieniliśmy słowo. Zwykle jednak rozmawiam z aktorem – to jest mój sposób na casting.</p>
<p>Kiedyś kochałem się w Milli Jovovich z okresu <em>Piątego elementu</em>. Moja córka ma na imię Miła.</p>
<p>Moim typem urody zawsze były Jankowska-Cieślak i Małgośka Braunek. Z wiekiem widzę jednak coraz wyraźniej, że tak naprawdę nie ma żadnych typów.</p>
<p>Bloom pisze muzykę do filmów taką, jaką dokładnie chcę, a nawet lepszą. Nikt nie zrozumie mnie lepiej niż on.</p>
<p><strong></strong>Przez chwilę pracowałem w agencji reklamowej McCann-Erickson jako copywriter i uczyłem się jak oszukiwać ludzi. Z rysownikiem Jankiem Kozą robiliśmy fajne rzeczy. Jednocześnie studiowałem filozofię i z pracy ogarniałem całą produkcję <em>Tulipanów</em>. W agencji płacili mi niezłą kasę. Tamta praca pomogła mi w życiu.</p>
<p><strong></strong>Ponad 10 lat temu napisałem scenariusz sci-fiction o miłości niemożliwej. Okazało się, że to niebywale drogi projekt. Potem najpierw Hiszpanie, a potem Amerykanie zrobili bardzo podobny film (Otwórz oczy<em> i </em>Vanilla Sky<em> – przyp. red.</em>). Pisałem też epicki scenariusz o rotmistrzu Pileckim. Do czasu, kiedy zobaczyłem o nim sztukę, którą dla Teatru Telewizji zrobił Ryszard Bugajski (Śmierć rotmistrza Pileckiego<em> – przyp. red.</em>). Dzwoniłem też do Lema, bo chciałem wyreżyserować nową wersję<em> Solaris</em>. Soderbergh „wyjął” ją elegancko. A ostatnio Lars von Trier zapierdolił mi tytuł filmu <em>Melancholia</em>. Trzy lata pisałem ten scenariusz i gdyby nie Beastie Boys, którzy na koncercie w Polsce nagle przypomnieli mi energię garażowego punka, byłbym pierwszy.</p>
<p>Bardzo mało filmów w Polsce dzieje się na plaży. Dlatego jakby się nie ustawiło kamery, i tak zawsze będzie to wyglądać jak <em>Ostatni dzień lata.</em> Konwicki był pierwszy i nikt mu tego nie zabierze.</p>
<p><strong></strong>Chciałbym powiedzieć, że Jerzy Skolimowski jest ziomem, ale mi nie wypada. To człowiek z krwi i kości, który zachował swobodę kontaktu. Mistrz, który pyta o zdanie młodszych, liczy się z ich opiniami i nie buduje ściany. Dla mnie to absolutny wampir, w dobrym tego słowa znaczeniu.</p>
<p>Kiedyś w Polsce grali męscy aktorzy: Malanowicz, Nowicki, Wilhelmi, Niemczyk, Janczar… Dziś jest trochę inaczej. Zakościelny, Wesołowski, Małaszyński… To trochę inna płeć.</p>
<p>Jestem pewien, że Linda zaliczy jeszcze wielki come back jak swego czasu Travolta u Tarantino.</p>
<p>Miałem szczęście, że zobaczyłem po raz pierwszy<em> Odyseję</em>&#8230; Kubricka,w wieku 34 lat. Wcześniej nic bym nie zrozumiał, a tak&#8230; zwariowałem.</p>
<p>Myślałem, że von Trier to manipulator. Facet, który obrazem za bardzo ingeruje w moje emocje. Po <em>Melancholii</em> zmieniłem zdanie. Emanuje z niej chęć zrobienia czegoś więcej niż film.</p>
<p>Myślę, że z perspektywy czasu mój ojciec żałuje, że nie byłem w wojsku. On do końca nie wie, kim ja jestem. Ja w sumie też nie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/jacek-borcuch/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Michał Urbaniak</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 03 Nov 2011 18:06:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Urbaniak Michał]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3230</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 10, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Szymon Szcześniak &#8211; Wiecie, że pod koniec lat 90. udzielałem wywiadu polskiemu PLAYBOYOWI? Ciekawie się zaczyna. Nigdy się nie ukazał z powodu wyjątkowej niezgodności charakterów&#8230; Spotkałem się z panią, która w szkole na pewno miała same piątki. Uważała, że za bardzo rzucam mięsem. Poza [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3239"><img class="alignleft size-full wp-image-3239" title="Michal-Urbaniak" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/11/Michal-Urbaniak.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 10, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.szymonszczesniak.com/ ">fot. Szymon Szcześniak</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p>Wiecie, że pod koniec lat 90. udzielałem wywiadu polskiemu PLAYBOYOWI?</p>
<p><strong>Ciekawie się zaczyna.</strong></p>
<p>Nigdy się nie ukazał z powodu wyjątkowej niezgodności charakterów&#8230; Spotkałem się z panią, która w szkole na pewno miała same piątki. Uważała, że za bardzo rzucam mięsem. Poza tym powiedziałem jej, że kocha się tylko raz, a miałem wtedy trzecią żonę. Próbowałem jej wytłumaczyć, że to jest cały czas ta sama miłość. Najwyraźniej odezwała się w niej jakaś feministyczna nuta, bo odmówiła spisania rozmowy.</p>
<p><strong>My mięso lubimy, a do tego nie jesteśmy feministkami.</strong></p>
<p>I już mi się podoba. Ja, jak się przed kimś „rozbieram”, to nie robię liftingu i make-upu.</p>
<p><strong>Już nam się podoba. Może coś przekąsimy na dobry początek?</strong></p>
<p>Jestem na diecie, nie powinienem&#8230; Ale skoro to ma być męska rozmowa, to raz kozie śmierć. Wezmę carbonarę! Nie jesteście kobietami, a to one mnie głównie motywują. Kiedyś dla takiej jednej schudłem 30 kilo. Przez tydzień piłem tylko wodę. Potem pozwalałem sobie na owocowy shake trzy razy dziennie – wszystko po to, żeby nie przekroczyć 400 kalorii dziennie. I tak przez 6-7 tygodni, z przerwą na parę dni z wielkimi kanapkami z pastrami! Po tej kuracji czułem się znakomicie. Robiłem nawet pompki na jednej ręce. Odkąd pamiętam, to zawsze miałem problemy z wagą. Już w szkole wołali na mnie Kierda. Gruby byłem jak skurwysyn, bo mamusia ciągle robiła pyszne mielone kotleciki, które wcinałem zanim były gotowe. Mama miała za to awantury, a przybrany brat dostawał wciry od mojego ojczyma. Dziś muszę znowu schudnąć z 20 kilogramów. Mój organizm jest teraz w okresie przejściowym. Ja mam tak, że dopóki nie zjem, mogę nie jeść cały dzień, ale jak zacznę, to nie mogę przestać.</p>
<p><strong>Kiedyś mówiłeś tak o napojach wyskokowych. </strong></p>
<p>Bo 15 lat piłem do oporu. Potem 17 lat nie piłem ani kropelki. Teraz sprawdzam, co jest dla mnie lepsze (<em>śmiech</em>). W młodości miałem ogromną tolerancję na alkohol i cholernie mocną głowę. Po tatusiu. Ludzie mówili, że talent też mam po nim, a po mamusi smykałkę organizacyjną.</p>
<p><strong>To prawda, że widziałeś ojca tylko dwa razy w życiu?</strong></p>
<p>Dwa razy go zapamiętałem. Zabierał mnie do szynkwasu. Knajpa nazywała się „U Denysa”. Sadzał mnie tam na barze i dawał piwko. Dzięki temu jako przedszkolak potrafiłem wypalić: „Chce zimne piwko, a nie mlecko”. Ojciec przed wojną był dużą figurą &#8211; przedstawicielem Forda na wschodnią Europę. W interesach kursował na linii Paryż-Berlin-Petersburg. Po wojnie zapił się na śmierć, miał podobno jakiś straszny wypadek, cały się połamał. Matka chroniła mnie przed tego typu informacjami. Nie chciała, żebym miał do czynienia z wiecznie pijanym ojcem. Jego marzeniem było, żeby syn mieszkał w Nowym Jorku. Mama powiedziała mi to, jak byłem już dorosły. Wcześniej bała się mnie stracić. W tamtym czasie jej podziemna fabryka rękawiczek szła pełną parą. Moim ojczymem został tkacz Marian Urbaniak, a jego syn Dzidek stał się moim bratem.</p>
<p><strong>Podziemna fabryka?</strong></p>
<p>Przecież to było za ciężkiej komuny. Mieszkaliśmy w dużym domu w Łodzi. W ogrodzie były pokopane tunele, którymi w razie kontroli uciekali pracownicy. Na towar i maszyny też były specjalne skrytki. Powodziło się nam aż za dobrze. Matka i ojczym zarabiali góry pieniędzy i właściwie nie wiadomo było, co z nimi robić. Kupowali między innymi złote 20-dolarówki. Pakowali je w słoiki i zakopywali. Pewnego razu z synem ojczyma wykopaliśmy słoik i złotymi 20-dolarówkami graliśmy w cymbergaja. Serio. Zresztą kiedyś wyciąłem jeszcze lepszy numer, bo podejrzałem, że ojczym chowa pięćsetki do grubej encyklopedii. To już była żywa polska waluta, za którą mogłem coś kupić, a nie tylko się bawić. W wieku czternastu lat byłem w szkole królem życia. Szastałem forsą na lewo i prawo.</p>
<p><strong>Jak udało się utrzymać taki interes?</strong></p>
<p>Ojczym w czasie wojny przeszedł przez Pawiak i to doświadczenie skołatało mu psychikę. Miał żółte papiery. Kiedy pod dom podjeżdżała kontrola, łapał za metalową rurę owiniętą w gazetę – to urządzenie zawsze stało w naszym domu na podorędziu – i wpadał w szał. Tłukł gdzie popadło, przypierdalał równo. Zanim udawało się go obezwładnić, maszyny i towar były pochowane. Funkcjonariusze, skarbówka, ORMO-wcy i inne mendy zyskiwali tylko tyle, że mogli go aresztować. Potem odwiedzaliśmy ojczyma za kratkami. Po kilku dniach albo tygodniach zawsze wracał. Po pierwsze, nie mogli skazać wariata. Po drugie, matka i tak przekupywała prokuratorów. A może też i sędziów. Kto ją tam wie&#8230;</p>
<p><strong>Jakich idoli wtedy miałeś?</strong></p>
<p>Pamiętam mój pierwszy plakat: Yehudi Menuhin. Jako młody talent, bardzo obiecujący skrzypek, zostałem nawet wprowadzony na jego koncert. Dostałem od guru autograf.</p>
<p><strong>Mimo to guru na ciebie nie zadziałał. Byłeś świetnym skrzypkiem, ale i tak postanowiłeś zostać saksofonistą.</strong></p>
<p>Jeszcze jako uczeń liceum muzycznego w Łodzi łączyłem z powodzeniem dwa tak odmienne instrumenty: koncerty klasyczne na skrzypcach i nocne granie w klubach jazzowych do białego rana. Piło się tęgo, a ja wtedy w ogóle nie wiedziałem, co to kac. Po prostu zarzynałem organizm. Tak też było potem w Warszawie, gdzie studiowałem klasykę u profesora Wrońskiego i jazz u genialnego Zbyszka Namysłowskiego w „Jazz Rockers”. Zapytany kiedyś przez jakiegoś dorosłego fana, co będzie na starość, odpowiedziałem: „Do czterdziechy radość, szczęście i zabawa, a potem czapa!”. Łatwo było wtedy tak gadać&#8230; Odwalałem naprawdę niezłe numery. Jako najmłodszy w zespole Krzyśka Komedy śmigałem po piwa przed koncertem. Kupowałem po dwa na głowę, zamykałem się w sraczu i po cichu przed kolegami do każdego dolewałem wódy. Bywało, że koncerty zakontraktowane na półtorej godziny, trwały po dwie i pół. Jeżeli ktoś by bardzo chciał mieć zawał w młodym wieku, to mam gotowy przepis.</p>
<p><strong>Picie piciem, ale czy saksofon nie pomógł trochę w twoim zawale?</strong></p>
<p>Oczywiście! Byłem samoukiem i nie potrafiłem grać idealnie technicznie. W Nowym Jorku usłyszał mnie bardzo znany saksofonista Phil Woods. Cholernie mu się spodobałem i na siłę dał mi numer do swojego nauczyciela, wybitnego eksperta. Nawet zapłacił za moją wizytę. Poszedłem i zagrałem przed tym specem, a w formie byłem jak skurwysyn. Facet wysłuchał, szczęka mu opadła i mówi: „W życiu czegoś takiego nie widziałem. Nie umiesz grać na saksofonie, a grasz przepięknie”. Pytam się, co jest źle. A on, że wszystko (<em>śmiech</em>). Okazało się, że nieprawidłowo wydobywałem dźwięki, a mimo to miałem znakomity ton, bo dostrajałem wysokie dźwięki ustami. Nie umiałem też porządnie oddychać. Ponieważ robiłem kardynalne błędy techniczne, granie kosztowało mnie ogromną ilość energii. Serce też pewnie pracowało mocniej niż powinno.</p>
<p><strong>Po rozwiązaniu zespołu Komedy, wyjechaliście z Urszulą Dudziak do Skandynawii&#8230;</strong></p>
<p>Mieliśmy tam być dwa lata, a byliśmy siedem. Zdecydowanie za długo. To była ślepa uliczka.</p>
<p><strong>Ula opowiadała nam, że byliście gotowi wracać do Polski, nawet pakowaliście walizki, ale tego samego dnia ukradli wam samochód.</strong></p>
<p>To był sportowy Opel. Odłożyłem na niego kupę szmalu. W Sztokholmie dwóch cwaniaków dmuchnęło go nam spod okna. Zobaczył ich Roman „Gucio” Dyląg, fantastyczny basista, facet znany z tego, że nie grał w klubach, w których było dużo dymu (<em>śmiech</em>). Krzyknął do nich: „Panowie! To nie wasze auto!”. Jak to usłyszałem, to myślałem, że się posikam ze śmiechu. Postanowiliśmy zostać i się odkuć. To były złote czasy klezmerstwa &#8211; wszędzie w knajpach grało się jazz. Ula śpiewała, ja akompaniowałem na fortepianie. Aż w końcu doczekaliśmy się na przyjazd Wojtka Karolaka i Andrzeja Dąbrowskiego (<em>znani muzycy jazzowi – przyp. red.</em>) i zaczęło się szaleństwo. A przecież Szwecja była najgorszym państwem na świecie, jeżeli chodzi o imprezowanie. Kto by pomyślał, że najwięcej wódki wypiję w kraju, w którym była ona najdroższa? Mieliśmy dużo zarobić, a tak naprawdę Ula pograła sobie ostro w ruletę, a resztę przepiliśmy. Jedyne co kupiliśmy, to wspaniałe organy dla Karolaka. Ważyły ze 250 kilo, a my, grając nieraz po trzy koncerty dziennie, wszędzie musieliśmy je sami nosić. Kocham te organy, jazz organowy i Karolaka do dziś, może dlatego, że w Szwecji takie coś kosztowało wtedy 15 tys. dolarów, a w Stanach 3 tys. Ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć?</p>
<p><strong>Widziałeś kiedyś Wojciecha Karolaka bez okularów?</strong></p>
<p>Tylko wtedy, kiedy robiliśmy sobie nawzajem zimne prysznice, żeby doprowadzić się do jako takiego stanu. A znacie anegdotę o cycatej blondynce?</p>
<p><strong>Zamieniamy się w słuch.</strong></p>
<p>Wojtek grał z nami również w Niemczech i w Szwajcarii. Długo go namawialiśmy na przyjazd. Był w depresji, tuż po rozstaniu z żoną. I kiedy wreszcie się pojawił, wyglądał jak lord Cox: skórzany płaszcz, buty lux, okular ekstra. Wszystko po to, żeby pracować w jakichś zapchlonych klubach. Wstydziliśmy się za niego i dla draki chcieliśmy mu kupić na stacji benzynowej strój mechanika samochodowego. W każdym razie był wtedy bardzo smutny i samotny. Opiekowaliśmy się nim jak dzieckiem. Było to tym śmieszniejsze, że po każdym koncercie czekał na niego rząd dup. Lord Cox poza tym, że dobrze wyglądał, to jeszcze znakomicie grał, więc dziewczyny leciały jak pszczoły do miodu. Mówimy mu: „Wojtek, zobacz jakie masz powodzenie. Zapomnij o żonie, trudno, zdarza się”. A on na to: „Nienawidzę tych wszystkich cycatych blondynek”. Po kilku latach znaleźliśmy się w Nowym Jorku. Zaczęło się nam cudownie układać. Ale pewnego dnia Wojtek oświadczył: „Stary, jak tu jest pięknie, wszystko mi się podoba. Szkoda, że muszę wracać”. „Jak to? Co ty pierdolisz?” „No, zakochałem się”. „W kim?”. „W cycatej blondynce”. Maria Czubaszek „wyjęła mi” Karolaka z koncertów z Hancockiem i Weather Report. Straciłem go. Potem odpadł Czesio Bartkowski, bo miał „trasę w jeleniogórskim”. Nie wierzyłem własnym uszom. Zostałem z Ulą sam na dobre i na złe.</p>
<p><strong>Wyskakujesz z Nowym Jorkiem, a my tymczasem mamy jeszcze do omówienia sprawy w Polsce&#8230; Jak w ogóle dostawałeś pozwolenia na wyjazdy? Armia nie ścigała?</strong></p>
<p>Byłem w wojsku tylko raz, przez dwa tygodnie, w czasie studiów. Przyszedł dzień, że wywieziono nas na zadanie bojowe – zdobywanie wzgórza. Z kumplem poszliśmy w najbliższe krzaki i przesiedzieliśmy w nich całe manewry, pijąc gorzałę (<em>śmiech</em>). Później grzecznie wróciliśmy na swoje miejsce. I co? Kapitan każe nam wystąpić i na cały głos ryczy: „Oto jedyna para, która wykonała poprawnie zadanie. Schowali się, bo ogień nieprzyjacielski był tak silny, że wzgórza nie dało się zdobyć. Należało czekać na posiłki”. Jak Boga kocham&#8230;</p>
<p><strong>A jak się wymigałeś?</strong></p>
<p>Dzięki mamie, jak zwykle. Kiedy przeniosłem się do Warszawy, to mama wynajęła pokój obok i tam robiła rękawiczki&#8230; Ale chcę powiedzieć o czymś innym. Jakieś trzy razy w życiu przydarzyły mi się ataki padaczki. Dla komisji wojskowej zdecydowanie za mało. Wobec tego mama co jakiś czas wyciągała tak zwany padaczkowy garnitur i wysyłała mnie w miasto.</p>
<p><strong>Jaki garnitur?!</strong></p>
<p>Padaczkowy, czyli taki, który można było pobrudzić. Udawałem w nim ataki padaczki, tarzałem się po brudnej ulicy i czekałem na karetkę. Zabierali mnie do szpitala i dawali proszki. A ja oczywiście wszystko wypluwałem. Historia choroby pęczniała i byłem pewien, że to wystarczy. W 1964 roku miałem jechać z Krzysztofem Komedą w zagraniczną trasę koncertową, a tutaj przychodzi wezwanie na komisję, na której mówią mi, że zostanę skierowany do jednostki w Żaganiu, bo mają tam świetnych specjalistów: neurologów i psychiatrów. Dramat. Horror. Koniec świata. Co robić? Zakładam garnitur padaczkowy i razem z dwoma kumplami idziemy w miasto. Walę trzy sety, kładę się w kałużę i robię pod siebie. Przyjeżdża pogotowie, wiozą mnie na Hożą i zostawiają w poczekalni. Myślę sobie – niedobrze. Żadnej atencji. Na wszelki wypadek dorobiłem jeszcze siku w spodnie. Nadal zero atencji. No to wtedy jadę już na ostro i zaczepiam innych pacjentów: „Po co pani przyprowadziła tutaj psa?!”. Kobita się drze, że wariat (<em>śmiech</em>). Szybko zabierają mnie na górę, do czteroosobowej sali, w której leżą&#8230; sami symulanci. Wszyscy chcą pójść wcześniej na emeryturę. W dzień są obłożnie chorzy, a w nocy z latarkami rżną w karty. Leżę więc sobie spokojnie, pewny zwycięstwa, ale niestety przychodzi wezwanie na komisję wojewódzką. Nie ma wyjścia, trzeba iść. Myślałem, że tam umrę. Do dziś słyszę te głosy, jak przez mgłę: „W myśl artykułu takiego a takiego, obywatel Urbaniak Michał zostaje uznany&#8230; niezdolnym do służby wojskowej”. Kategoria D. Wyszedłem stamtąd i obleciałem wszystkie bary w okolicy. Za tydzień byłem już w Kopenhadze z Komedą. Tamto tournee – jak już wiecie – przeciągnęło się o parę ładnych lat.</p>
<p><strong>Wróciłeś ze Szwecji do Polski, bo&#8230;</strong></p>
<p>Chciałem ochłonąć i wytrzeźwieć przed startem do Ameryki. W Skandynawii zbyt mocno poddałem się słowom mojego guru, z którym wówczas występowałem. Stanisław „Chała Stasin” Zwierzchowski, bo o nim mowa, mawiał: „najważniejsza jest ciągła konserwacja sprzętu”. Jako że byłem za dobrze „zakonserwowany”, postanowiłem z tym zerwać. Ale się nie dało. Na przykład w 1969 roku grałem podobno na Jazz Jamboree. Podobno, bo nic na ten temat nie wiem. Widziałem tylko zdjęcia (<em>śmiech</em>). Szczerze wam powiem, że stałem się wrakiem: nie mogłem zrobić przysiadu, miałem tych kilka ataków padaczki. Chcieli mi nawet zrobić trepanację czaszki! Gdyby nie mama, pewnie by mnie pokroili. W końcu jeden profesor stwierdził, że mam nerwicę i muszę codziennie z rana walić koniaczek, a potem, przez resztę dnia, prowadzić zdrowy, dorosły tryb życia. Jak pierdolnąłem ten pierwszy poranny koniaczek, to wróciłem do domu po miesiącu. Serce nie wytrzymało. Zawał w wieku 29 lat. Wylądowałem w szpitalu. Tam obiecałem sobie, że jeśli z tego wyjdę, to już nigdy nie tknę alkoholu.</p>
<p><strong>Dotrzymałeś słowa?</strong></p>
<p>Na 17 lat. Nawet cukierka z likierem nie spróbowałem! Żeby przetrzymać „pierwszy głód” przez pół roku nie wychodziłem z łóżka. Spędzałem czas głównie z kolegą chorym na raka jelit. Słuchaliśmy razem jazzu i było cudownie. Zażywałem przepisane przez lekarzy środki uspokajające i przestałem tęsknić za alkoholem. Brakowało mi tylko bankietów i baletów. Wziąłem więc sprawy w swoje ręce i zacząłem je organizować u nas na kwadracie. Widocznie byłem bardziej uzależniony od imprez niż od alkoholu. Ale ja w ogóle jestem typem nałogowca.</p>
<p><strong>Od czego jeszcze byłeś uzależniony?</strong></p>
<p>Kiedyś mogłem spać tylko po „piątce” valium. Z relanium też byłem po imieniu. Do dziś nie mogę funkcjonować bez Coca-Coli. Ale mój największy nałóg to ciężka praca. Na wakacjach nie byłem od czasów szkolnych.</p>
<p><strong>A używki chemiczne?</strong></p>
<p>Zawsze wolałem „po polsku”, od chemii trzymałem się z daleka. Nawet maryśkę paliłem góra pięć razy. Takie używki mnie nie bawiły, tym bardziej, że po nich zawsze lubiłem sobie wypić.</p>
<p><strong>Na emigracji w Stanach nie piłeś, ale i nie zrobiłeś błyskawicznej kariery&#8230;</strong></p>
<p>Pierwsze pieniądze zarabiałem na przepisywaniu nut. Było ciężko jak cholera. Ula chciała wracać chyba ze sto razy, ale ja byłem zdeterminowany. I dobrze, bo już po trzech miesiącach największa wtedy wytwórnia – Columbia &#8211; podpisała z nami kontrakt. Dało nam to na lata super trasy, koncerty, wiele płyt i prawdziwe nowojorskie życie. „Manhattan Man” dożył swoich marzeń! Gdybym miał możliwość cofnięcia się w czasie, to zmieniłbym tylko nazwisko. Smith, Jones, whatever, żeby było prosto i wpadało w ucho. Choć Urbaniak nie brzmi źle, to na przykład Mike Urb wygląda dużo lepiej. Kocham czarną muzykę pod każdą postacią, ale nie mogłem jej swobodnie kreować, mając image „Polish Fiddler”. Tak naprawdę to dopiero <em>Urbanator</em> nagrany w 1989 roku (<em>pierwsza płyta pod tym tytułem ukazała się w 1993 roku – przyp. red.</em>) pozwolił mi spełniać wszystkie marzenia i dążenia. Był strzałem w dziesiątkę. Wpadłem na tę nazwę, leżąc w wannie.</p>
<p><strong>Ale przełom nastąpił 20 lat wcześniej. Okazało się, że wznowienie w USA albumu <em>Super Constellation</em>, nagranego jeszcze w Niemczech, było wielkim sukcesem.</strong></p>
<p>Tą płytą wyprzedziliśmy swój czas. Kiedy wyszła w Stanach jako <em>Fusion,</em> Ameryka nas pokochała. W 1980 roku, już po wspaniałych sukcesach w USA i na świecie, miałem najlepszy zespół jazzowy, jaki w tamtych latach można było mieć – Marcus Miller, Lenny White, nieżyjący już Kenny Kirkland i Doc Powell. Pisali o nas: <em>&#8222;This may have been the best fusion band ever&#8221;</em>. Mimo to nie dostaliśmy kontraktu. Udało mi się zdobyć nędzne 8 tys. dolarów na nagranie. A wtedy normalną stawką było 60 tys. Mówię chłopakom, że mamy tylko tyle i czy damy radę? Marcus na to: „no problem”. Reszta za nim. Nagraliśmy materiał w jeden dzień. Potem rozesłałem 25 kaset do wszystkich wytwórni w Stanach. Po paru dniach Ula oznajmiła: „Dzwonili z Motown. Taśma jest genialna, a ty według nich jesteś geniuszem”. Opchnęliśmy im wszystko za 120 tys. Płytą <em>Serenade for the City</em> wyprzedziliśmy smoothjazz o parę ładnych lat.</p>
<p><strong>Która z okładek twoich płyt jest najbardziej playboyowa?</strong></p>
<p><em>Ecstasy</em> &#8211; dzieło Ryśka Horowitza.</p>
<p><strong>A kogo chciałbyś zobaczyć na naszej rozkładówce?</strong></p>
<p>Bez dwóch zdań Esperanzę Spalding – czołową i najpiękniejszą kontrabasistkę świata. Dziewczyna również wspaniale śpiewa.</p>
<p><strong>Twoje córki także są bardzo utalentowane. Jak zareagowałbyś, gdybyśmy zapragnęli je rozebrać?</strong></p>
<p>Zero problemu. One są powołane do tego, żeby spełniać siebie. Jeśli sesja w Playboyu byłaby dla nich ważna, tylko bym przyklasnął. Podobnie byłoby, gdyby powiedziały, że tylko sprzedawanie znaczków na poczcie da im szczęście. Nasze dziewczyny zawsze miały dużą swobodę. Mam wielką satysfakcję, że nigdy córek do niczego nie popychałem. Mnie matka, co prawda, popychała, ale robiła to bardzo inteligentnie. Jej powiedzenie „Synku, weź skrzypeczki i im pokaż”, wyciągało mnie w życiu z najgorszych kłopotów. Uratowało mi też życie. Przecież, kiedy Moja Kobieta odeszła, chciałem skakać z okna. Straciłem najukochańszą kobietę i byłem na samym dnie.</p>
<p><strong>Jak sobie poradziłeś?</strong></p>
<p>Wariowałem i robiłem różne głupstwa. Raz w środku nocy zadzwoniłem do wszystkich przyjaciół z pytaniem: „<em>How to become black?</em>”. Większość mnie sklęła i posłała do diabła, część wyśmiała, a kilka osób tłumaczyło, że to niemożliwe (<em>śmiech</em>). Pamiętam, że George Benson (<em>gitarzysta, wokalista i kompozytor jazzowy – przyp. red.</em>) powiedział wtedy, że mnie kocha. Ten to był aparat. Chyba nikt nie mógł wychlać tyle, co on. Kiedy przydarzyła mi się tragedia i zostałem sam, Benson wziął mnie do siebie do domu na trzy doby. Non stop rżnęliśmy w ping-ponga i popijaliśmy rum z bentleya w garażu. W końcu Benson przypomniał mi o moim marzeniu, by zostać czarnym i powiedział, że zawiezie mnie w takie miejsce za Harlemem, do którego żaden biały nie ma wstępu. Tam, gdzie czarni grają jazz za darmo. Pojechaliśmy i usłyszałem tak genialnych organistów, że po prostu odpadłem. W jednej chwili zapomniałem, że chciałem skakać z wieżowca.</p>
<p><strong>Było aż tak źle?</strong></p>
<p>Gorzej. Przecież ja cały czas byłem z Ulą. Bez ani jednej zdrady. Nawet za dziewczynami się nie oglądałem. Czy to z rozsądku, czy to ze strachu. Na jedno wychodzi. A ona na wakacje zabrała dzieci do Szwecji i powiedziała, żebym do nich nie dzwonił. Siedziałem w mieszkaniu i płakałem. Gdybym wiedział, że koło 40-ki kobiety mają różne kryzysy, prawdopodobnie wziąłbym to na bary. Ale skąd miałem to wiedzieć? Nie mogłem w ogóle dojść do siebie, aż któregoś dnia w słuchawce swojego telefonu usłyszałem śliczny głosik Liliany Głąbczyńskiej (<em>aktorka – przyp. red.</em>). Dowiedziała się od znajomych, że często jeździmy do Szwecji i chciała dostać od nas namiar na wynajem jakiegoś mieszkania. Bardzo spodobał mi się jej głos. Zaproponowałem, że wyjdziemy na ulicę i jak się poznamy, to pójdziemy na kawę. Wyleciałem na dwór i w biegu zaczepiałem wszystkie dziewczyny: „<em>Are you Liliana? Are you Liliana?</em>”. W końcu zobaczyłem coś tak pięknego, że prawie padłem. To była ona. Skończyło się na ponad 20-godzinnym spacerze przez Manhattan. Kupiłem jej siedem róż, wpiłem się w usta i wylądowaliśmy w pięknym pałacu producenta filmowego Jacka Eisnera. Wtedy Lila znajdowała się w jego złotej klatce. Facet miał ją niby wkręcać do różnych produkcji, ale tego nie robił. Miała go dość, wobec czego meldowałem się w pałacu za każdym razem, kiedy Jack wyjeżdżał w interesach. Oczywiście jako jego gość, anonsowany jako „Mr. Johnson for Mr. Eisner”.</p>
<p><strong>A co z żoną i dziewczynkami?</strong></p>
<p>W międzyczasie Ula wybaczyła mi różne wariactwa i wróciła. Była skłonna spróbować jeszcze raz. Tylko dlaczego tak późno?! „Partyzantka” z Lilianą trwała półtora roku. Często na parę godzin wyjeżdżaliśmy do Connecticut albo New Jersey. Doszło do tego, że spotykałem się z nią trzy przecznice dalej, a Uli mówiłem, że lecę grać do Europy. W końcu nas namierzyła i wywaliła mnie na zbity pysk. Zresztą słusznie. Przez pół roku mieszkałem w hotelu.</p>
<p><strong>Potem był ślub?</strong></p>
<p>Tak, na dachu Empire State Building. Świadkami byli Janusz Głowacki i Lenny White. To była wielka, prawdziwa, namiętna miłość. Przeszkadzali nam tylko: ojciec Liliany, który mnie nie cierpiał oraz Joanna Pacuła (<em>aktorka &#8211; przyp. red.</em>), która Lilianie robiła szurum-burum w mózgu. Teściu mieszkał w Berlinie i dziwnie mówił po polsku: „Lyla, ty jesteś prrryncesa. Powinnaś mieć męża-mylionerra”. Byłem za biedny, więc nigdy mnie nie zaakceptował. Za co zresztą dostał od niej w dziób. Przy mnie. Co do Pacuły, to po każdym spotkaniu z nią dało się wyczuć niepokój w naszym domu. Joanna zresztą była od tego specjalistką: parę małżeństw dzięki niej nie przetrwało. My jakoś dawaliśmy radę, ale po siedmiu latach Liliana oświadczyła mi, że ma spotkanie z wielkim hollywoodzkim producentem i „niczego nie gwarantuje”.</p>
<p><strong>Ciekawe rozwiązanie. </strong></p>
<p>Prawda? W jednej chwili z niezazdrosnego luzaka stałem się zazdrosnym smutasem. Ona pojechała, a ja kupiłem litrową butelkę rumu. Gdy wróciła, niespecjalnie chciała mi opowiadać o tym spotkaniu. W związku z tym na jej oczach jednym łykiem walnąłem całą butlę i&#8230; wylądowałem w szpitalu. Zacząłem znowu popijać. Bez ekscesów, ale jednak. Niestety, połączenie jazzu i Hollywoodu nam nie wyszło. Wyjść zresztą nie mogło. Musieliśmy się rozstać.</p>
<p><strong>Wiemy, że planujesz kolejny ślub. </strong></p>
<p>Moja przyszła żona jest młodsza ode mnie tylko o 25 lat. Teściowa też jest ode mnie młodsza.</p>
<p><strong>To chyba twój rekord?</strong></p>
<p>Tak, ale powiem wam, dlaczego tak się dzieje. Kobiety odpowiednie wiekiem są zużyte, niewłaściwe lub zajęte. Trzeba sięgać głębiej. Mam jednak nadzieję, że sięgnąłem po raz ostatni. Starczy już! Moja Dosia doskonale wie, że potrafię być w porządku. Zna instrukcję obsługi Urbaniaka. Kocham przyszłą małżonkę, ale oczywiście doceniam wszystkie poprzednie. Na swój sposób też je kocham. Zresztą według polskiego prawa jestem kawalerem, bo wszystkie śluby brałem poza Polską i nigdy ich tutaj nie zalegalizowałem.</p>
<p><strong>A pamiętasz swoją pierwszą miłość?</strong></p>
<p>Była 13-letnią córką lekarza. Ja miałem wówczas lat 15. Dziewczyna musiała odgrywać utratę dziewictwa, bo jak się potem okazało, przede mną miała tam nieźle nawtykane.</p>
<p><strong>Co na kobiety działa bardziej: skrzypce czy saksofon?</strong></p>
<p>Dziewczyny na ogół nie lubią rzępolenia. Ja zresztą też nie lubię. Tak więc zdecydowanie trąbka i saksofon.</p>
<p><strong>Grałbyś jazz, gdyby nie one?</strong></p>
<p>Na pewno. Na samym początku ważniejsze były nuty. Byłem nadzwyczajnie muzykalnym i zakochanym w świecie dźwięków chłopakiem. Nie potrafiłem obronić się przed muzyką. Dopiero potem połączyłem przyjemne z pożytecznym. Tak naprawdę to zawsze bałem się prawdziwego zakochania, ale już mając 15 lat wiedziałem, że to musi być albo śpiewaczka, albo menedżerka.</p>
<p><strong>Jak się dzisiaj czujesz w Polsce?</strong></p>
<p>Prawie jak za komuny. Zawsze wiedziałem, że będę mieszkał w Nowym Jorku. Nie wiedziałem tylko kiedy i jak to zrobię. Nigdy też nie przewidywałem swojego powrotu do Polski. Dziś jestem nowojorczykiem z wyboru i Polakiem mimo woli. Mam nieszczęście prowadzić tu swoją fundację. Niech ich wszystkich krew zaleje! W Stanach raz w roku wypełnia się deklarację podatkową, a tutaj cały czas VATy, sraty, koszty, jakieś akcje z fakturami&#8230; Najważniejsze jest, kto komu wystawi pilnie, a nawet na wczoraj, fakturę i z jaką datą. Ja się w tym nie łapię. To jest kraj, którego jeszcze nie ma. Wspaniała przyszłość przed nim, ale trzeba na nią trochę poczekać.</p>
<p><strong>Jak to kraj, którego jeszcze nie ma?</strong></p>
<p>Chciałem powiedzieć, z typową dla mnie przesadą &#8211; naród, którego nie ma. Na Boga! Przecież w Poznaniu mieszkają Niemcy mówiący po polsku, w Warszawie Rosjanie, a w Krakowie Austriacy. Dlatego charakterologicznie jako masa jesteśmy fatalni. Jest jednak światełko w tunelu. Po pierwsze bardzo się cieszę, że należymy do Stanów Zjednoczonych Europy. Po drugie, wiecie, w kim pokładam największe nadzieje? W Palikocie. Ja kocham Palikota. Przekonuje mnie w stu procentach. Lubię też Niesiołowskiego, bo tak jak Palikot zawsze nazywa sprawy po imieniu.</p>
<p><strong>Kogoś z PiS-u też lubisz?</strong></p>
<p>Nie za bardzo, ale nie szkodzi. Zawsze jest przecież drugi Tupolew. Poza tym to tylko polityka.</p>
<p><strong>Ostro!</strong></p>
<p>To samo powiedziałem kiedyś w wywiadzie na żywo. Wszyscy mieli niezłe miny&#8230; Chociaż z tym PiS-em to nie do końca prawda. Bardzo polubiłem panią Kluzik-Rostkowską, która genialnie poprowadziła prezydencką kampanię Jarosława Kaczyńskiego. Poznałem ją potem na party u Krzysia Krauzego. Od razu podszedłem i wręczyłem jej wizytówkę mówiąc: „Gdyby kiedykolwiek chciała się pani zająć biznesem muzycznym, będę pierwszym artystą w pani portfolio”.</p>
<p><strong>Może Palikot i Kluzik-Rostkowska powinni połączyć swoje siły? </strong></p>
<p>Pewnie, że tak! Rozruszaliby to całe towarzystwo. Bo Polacy są cholernie skostniali. Ale nie ma się czym przejmować &#8211; Szwajcarzy są jeszcze gorsi. Szczególnie ci z kantonów niemieckich. Szkoda takiego pięknego kraju dla nich. Bez napalmu ani rusz. To państwo policyjne w najgorszym wydaniu. Poza tym faszyzm, nacjonalizm i największe kurewstwo na świecie.</p>
<p><strong>Kurewstwo?</strong></p>
<p>Kiedyś porwała mnie taka jedna szwajcarska kluseczka – miała na imię Mookie. Fajna, miła zwierzyna. Najpierw w wagonie restauracyjnym spędziliśmy całą podróż między Sycylią a Zurychem. Potem wylądowaliśmy w luksusowym hotelu, w którym dziewczyna oświadczyła, że woli ze mną jechać do swojego domu. Dotarliśmy na miejsce, a tam czekał na nią mąż, któremu wypaliła: „Widzisz, ja też potrafię!”. Nie wiedziałem, czy mam przez okno skakać, czy lecieć przez drzwi razem z futryną. W każdym razie spierdalałem, ile sił w nogach.</p>
<p><strong>Przed szwajcarską policją już nie uciekłeś.</strong></p>
<p>Faszyści oskarżyli mnie o podrobienie paszportu. Wiecie, Amerykanie mają luz, więc krzywo wstawili stempelek do mojego <em>residence permit</em>. Dla policjanta z Bazylei krzywa pieczątka była jednoznaczna – złapał fałszerza. Szybko mnie zwinęli, zrobili osobistą wraz z ginekologiem, wsadzili do passata bez klamek i zawieźli do ciupy pod miastem. Już z daleka było słychać krzyki, jakby odgłosy tortur. Byłem przerażony. Zrobili mi zdjęcia z każdego profilu, odbili zgryz u stomatologa, zabrali valium i wsadzili do celi. Na szczęście z oknem. Nie mogłem nawet zadzwonić do Szwecji &#8211; do Uli i dzieci. A jak poprosiłem o skrzypce, to mieli miny, jakbym się miał na strunach powiesić! Przesiedziałem w celi siedem godzin. Wreszcie okazało się, że paszport jest OK. Głównym zarzutem wobec mnie było „nieprawidłowe zachowanie”. Wierzcie mi, byłem tak miły i pokorny, że prawie po butach ich w tym areszcie całowałem. Ale i tak dostałem trzyletni zakaz przebywania w Szwajcarii. To był dramat dla całego zespołu, bo mieliśmy tam zaplanowaną masę koncertów. Dostawaliśmy więc jednorazowe pozwolenia na granie. Za każdym razem musiałem informować władze, gdzie i kiedy gramy, a także od której do której. Jeżeli coś by się obsunęło o godzinę, od razu poszedłbym do aresztu. W związku z tym przez trzy lata nie zagrałem ani jednego koncertu bez dwóch panów w długich płaszczach. Musiałem się im opowiadać jak małe dziecko.</p>
<p><strong>To twoja jedyna przygoda kryminalna?</strong></p>
<p>Wszystkie moje przygody są pięknie opisane przez Andrzeja Makowieckiego w książce <em>Ja, Urbanator</em>, która się właśnie ukazuje w Polsce. A do aresztu trafiłem jeszcze raz, już w Stanach. Za granie w piramidę finansową. W Ameryce nazywaliśmy to „samolotem”. Nie miałem pojęcia, że zabawa w coś takiego jest nielegalna. Udało mi się raz „wygrać”. Ale złapali jakiegoś młodego nieopierzeńca, który doniósł, że to ja zgarniałem całą kasę. Była to oczywiście bzdura. Znałem takich, którzy wygrywali w tę grę parę razy i nigdy nie mieli problemów z prawem. A mnie wsadzili na trochę za szybkę, zaczekali aż oddam pieniądze i wypuścili. Pełna kultura. Amerykanie wszystko robią w białych rękawiczkach. Jak chcą ci wsadzić palec w dupę, to przynajmniej naoliwiony. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że zwykle dostaję po łapach za niewinność, a jak coś przeskrobię, to uchodzi mi to płazem. Kiedyś na przykład przemyciliśmy Ulę&#8230;</p>
<p><strong>Co zrobiliście?!</strong></p>
<p>Byliśmy w Paryżu na koncercie. Następny występ miał być w Monachium. Na dworcu ktoś podpierdolił Uli torebkę z paszportem w środku. Co robić? Nie ma rady, musimy dostać się do Niemiec. Kupuję więc bilety na Orient Express &#8211; dla mnie i dla córek. Pierwsza klasa, sleeping. Mówię do Kasi: „Zagadaj z konduktorem, żeby poszedł w drugą stronę”. W tym czasie Ula wskakuje do naszego przedziału. A my wychodzimy i z uśmiechem pokazujemy bilety. Przez całą podróż Ula leżała przykryta kocem na łóżku Kasi, która kładła się obok niej. Bez problemu przejechaliśmy w taki sposób wszystkie kontrole graniczne: francuską, holenderską, belgijską i niemiecką.</p>
<p><strong>Czyli jak na prawdziwego obywatela świata przystało. A właściwie to, ile ty masz obywatelstw?</strong></p>
<p>W Stanach można mieć tylko dwa. Musiałem się więc zrzec szwedzkiego, żeby zostać przy polskim i amerykańskim. Nie żałuję, bo Szwecja to państwo policyjne numer dwa, zaraz po Szwajcarii. A jak się domyślacie, spokojny to ja nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę.</p>
<p><strong>Domyślamy się. Ale nie wiemy, po co ci aż tyle telefonów. Masz ich na szyi chyba z siedem&#8230;</strong></p>
<p>Jestem gadżeciarzem. Jak wychodzi coś nowego, to lubię to od razu mieć. Poza tym siedem jest szczęśliwą liczbą. Znacie historię o mojej wygranej w totka?</p>
<p><strong>Brzmi kosmicznie.</strong></p>
<p>Któregoś razu w Nowym Jorku dopadł nas kryzys. Odwołano kontrakt, a przelew nie przyszedł. Facet nie wypłacił nam 25 tys. dolarów – zresztą do dzisiaj. I raptem w centrum świata nie mamy prądu, telefonu i kasy na przeżycie. W tamtych czasach bardzo często grałem na te same numery w niemieckiego i szwajcarskiego totka. Przypomniałem sobie o tym i od razu poleciałem do budki telefonicznej. Dzwonię do Uli: „Proszę cię, sprawdź totolotka. Mam przeczucie”. I co? I bach! Kolektura w Bochum &#8211; 250 tys. marek. Paradoksalnie była to najmniejsza wygrana w historii. Normalnie płacili grubo ponad pół bańki. Ale i tak byliśmy ustawieni na cały rok.</p>
<p><strong>Czy ty się w ogóle czegoś boisz?</strong></p>
<p>Boję się siebie &#8211; Urbaniaka. Przysięgam na Boga. Dużo zależy u mnie od samopoczucia. Mam charakter destrukcyjny. Gdybym się nie hamował, to zostalibyśmy tu do wieczora i balowali do rana. A może i dłużej.</p>
<p><strong>&#8211;</strong></p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p><strong>Tenisowo:</strong></p>
<p>Gdybym miał wybierać spośród dwóch muzyków o podobnych umiejętnościach, to na pewno zaangażowałbym tego, który gra w tenisa.</p>
<p>Z Ulą w deblu ogrywaliśmy nawet parę Fibaków.</p>
<p>Gra Fibaka polegała na inteligentnym rozpoznaniu przeciwnika i na bardzo inteligentnym psuciu mu gry. Kiedyś zadałem Wojtkowi pytanie: „Jak ty wygrasz z tym Noahem?”. A on na to: „Wygrać to ja z nim nie wygram, ale on może ze mną przegrać”.</p>
<p><strong>Osobiście:</strong></p>
<p>Psychologowie opierdalają mnie za to, że jestem skrajnym egoistą. Przejawem tego jest nadmierna chęć pomocy wszystkim, co jednocześnie jest formą dopieszczania samego siebie.</p>
<p>Jestem umiarkowanym, nieprzesadnym katolikiem. Byłem też buddystą – to fantastyczna religia, w której nie ma nakazów i zakazów. Odpowiada mi to, bo jestem totalnym wolnościowcem.</p>
<p>Mam za dużo pomysłów na różne projekty. Uważam, że człowiek za długo żyje. Stąd ten problem.</p>
<p>Nie dziwię się, że Stańko zarabia pieniądze, bo on ich po prostu nie wydaje. Ja mam dwie dziury w kieszeniach, kasa się mnie nie trzyma. Wydałem jej tyle, że mało kto na świecie tak dużo zarobił.</p>
<p>Nie umiem się niczego pozbyć. Przywiązuję się do rzeczy. Kiedyś Ula wyrzuciła 22 pary moich starych tenisówek. Wpadłem niemal w rozpacz, przecież one były takie piękne&#8230; Z samochodami mam tak samo. Teraz mam cztery. Przyzwyczajam się do nich jak do kobiet.</p>
<p><strong>Kulturalnie:</strong></p>
<p>Sławomira Petelickiego nazywam apaczem kulturalnym. Pamiętam, jak kiedyś jako attache oprowadzał po Nowym Jorku jakiegoś profesora. Nagle podszedł do nich czarny z nożem. Profesor się przestraszył i krzyknął do Sławka: „Czego on ode mnie chce?”. „Jak to czego? Pieniędzy”. „To proszę mu powiedzieć, że mam ściśle wyliczone diety”.</p>
<p><strong>Rozrywkowo:</strong></p>
<p>Gitarzysta Larry Coryell potrafił w ciągu jednego koncertu wydymać trzy dupy. Był niesamowity.</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/michal-urbaniak/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sławomir Mrożek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/slawomir-mrozek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/slawomir-mrozek/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 05 Oct 2011 16:49:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Mrożek Sławomir]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3212</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 9, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Jacek Poremba &#8211; Przed żadną rozmową nie mieliśmy takiej tremy. Bardzo mi miło. I znając pana niechęć do rozmów z dziennikarzami, zastanawiamy się, czy to my pana, czy to pan nas bardziej się obawia&#8230; Mniemam, że jesteśmy na równi. Proszę pytać. „Moją sytuacją idealną [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3210"><img class="alignleft size-full wp-image-3210" title="Slawomir-Mrozek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/10/Slawomir-Mrozek.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 9, 2011 rok</strong></strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Jacek Poremba</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Przed żadną rozmową nie mieliśmy takiej tremy. </strong></p>
<p>Bardzo mi miło.</p>
<p><strong>I znając pana niechęć do rozmów z dziennikarzami, zastanawiamy się,</strong> <strong>czy to my pana, czy to pan nas bardziej się obawia&#8230;</strong></p>
<p>Mniemam, że jesteśmy na równi. Proszę pytać.</p>
<p><strong>„Moją sytuacją idealną jest jak siedzę i piszę, reszta to uciążliwość”. Skoro pan już nie pisze, co dzisiaj jest dla pana sytuacją idealną?</strong></p>
<p>Nie wiedzą panowie tego, co ja. Parę dni temu skończyłem pisać sztukę&#8230;</p>
<p>(<em>I tu następuje chwila milczenia. Autorzy</em><em> </em><em>próbują ochłonąć i pozbierać myśli. Cały ich misternie ułożony plan rozmowy właśnie runął. Tymczasem bohater wywiadu z wyraźną przyjemnością obserwuje ich zaskoczone twarze)</em></p>
<p><strong>Rozłożył nas pan na łopatki. To dopiero niespodzianka!</strong></p>
<p>Dla mnie także. Ostatnią sztukę napisałem wiele lat temu (Wielebni<em> i </em>Piękny widok<em> w roku 2000 – przyp. red.</em>).</p>
<p><strong>Wie</strong><strong>lokrotnie powtarzał pan, że pisać już nie będzie.</strong></p>
<p><strong></strong>Ale w zeszłym roku przeszedłem poważną operację serca. Szpital przetoczył się po mnie bardzo pomyślnie i poczułem przypływ sił, także twórczych. To dla mnie wielkie wydarzenie.</p>
<p><strong>Zapewniamy, że nie tylko dla pana. </strong></p>
<p>Jesteście pierwszymi dziennikarzami, którym mówię o tej sztuce. PLAYBOY zobowiązuje, a to jest utwór o seksie (<em>uśmiech</em>).</p>
<p><strong>Znowu nas pan znokautował. Wspaniale. Jaki tytuł?</strong><strong> </strong></p>
<p><strong></strong><em>Karnawał i pierwsza żona Adama</em>. O tym temacie zacząłem myśleć jeszcze w Meksyku. Pewnego razu pojechaliśmy ze znajomymi do nocnego lokalu na Jukatanie. Pośród pięknych pieśni, które wtedy usłyszałem, szczególnie jedna zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Była to pieśń Lilith – pierwszej żony Adama. Jest taki mit, który zapewne znacie, że Ewa nie była jego pierwszą kobietą.</p>
<p><strong>Ponad dwadzieścia lat zbierał się pan do </strong><strong>napisania sztuki o seksie?</strong></p>
<p><strong></strong>W Meksyku widocznie byłem jeszcze za młody. Teraz mam 81 lat i sprawy seksu wreszcie zaczęły mnie interesować. W pierwszej scenie zobaczycie panowie nagą kobietę, która nic nie mówi. Przyznacie, że musi coś w tym być.</p>
<p><strong>Wszystkie nasze okładki są tego żywym świadectwem. Milcząca naga kobieta to największa zagadka wszechświata. Proszę nam tylko powiedzieć, czy bez okrycia wystąpią zarówno pierwsza, jak i druga żona Adama?</strong></p>
<p><strong></strong>Niestety, dla strażników moralności, obie są nagie. Dopiero potem ubierają się w suknie wieczorowe. Stąd „karnawał”. W sztuce większość postaci to mężczyźni, którym na drodze stają trzy kobiety. Oczywiście wszystkie powikłania wynikają z tego, że każdy chce od każdej wiadomo czego.</p>
<p><strong>Kim </strong><strong>jest ta trzecia?</strong></p>
<p><strong></strong>To młodziutka Bawarka, którą upatrzył sobie Goethe, również bohater tego dramatu. Towarzystwo jest zresztą bardzo urozmaicone. Mamy na przykład Szatana, który rzecz jasna nie może istnieć bez Biskupa –  kolejnego bohatera. Pojawia się jeszcze Asystent Goethego i ktoś, kto określa siebie jako Człowieka.</p>
<p><strong>Rozumiemy, że kwestia czasu historycznego jest dla pana mało istotna?</strong></p>
<p><strong></strong>Za wzór brałem operetki Offenbacha, który takimi detalami się nie przejmował. Wszyscy moi bohaterowie są ze sobą powiązani erotycznie i to jest najważniejsze.</p>
<p><strong>Czy dzię</strong><strong>ki tej sztuce będzie można wysnuć wniosek, że mężczyźni wolą blondynki?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie. Rzecz toczy się na innym poziomie.</p>
<p><strong>Przepraszamy za spłycanie tematu. Niemniej jednak wydaje nam się, że skoro Lilith powszechnie jest przedstawiana jako blondynka&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>A z jakich materiałów panowie korzystaliście? Czy istnieją może jakieś fotografie? <em>(Uśmiech)</em>.</p>
<p><strong>Niestety PLAYBOY nie miał okazji zaproponować sesji pierwszej żonie Adama. Obiecujemy, że gdy tylko pojawi się sposobność, natychmiast skorzystamy. Chodziło nam o to, że o ile się nie mylimy, malarze zwykle przedstawiali Lilith jako blondynkę. </strong></p>
<p><strong></strong>I ja również na użytek sztuki skierowałem tę postać do działu mężczyzn, którzy wolą blondynki. Sprawa jest jednak dyskusyjna. Moja pierwsza żona była brunetką. Moja obecna żona także jest brunetką&#8230;</p>
<p><strong>Jasnowłosa Lilith była buntownicza, a ciemnowłosa Ewa spokojna i raczej uległa.</strong></p>
<p>To by się zgadzało.</p>
<p><strong>Czy w sztuce Lilith zostaje kochanką Szatana?</strong></p>
<p>To rzecz powszechnie potwierdzona. O ile cokolwiek w tej sprawie można uznać za udokumentowane. W sztuce nie jest więc inaczej.</p>
<p><strong>Większym playboyem będzie Szatan czy Biskup?</strong></p>
<p><strong></strong>Gdzież Biskupowi do Szatana. Ten jest playboyem z natury. Biskup w moim odczuciu jest dość poczciwy. Dochrapał się tej funkcji i jest z niej zadowolony. Natomiast z prośbą o radę w sprawach damsko-męskich do Szatana zwraca się Goethe. Ma problemy z męskością, a &#8211; jak wiemy &#8211; umyślił sobie poślubić Bawarkę. Ta z kolei, mimo że poważnie zainteresowana Goethem, w jednej z pierwszych scen idzie do lasu z młodym Asystentem. Proszę mnie jednak nie pytać, jakiego koloru włosy ma Bawarka, bo tego nie dopatrzyłem.</p>
<p><strong>A czy aby nie zachodzi ona w ciążę z Asystentem?</strong></p>
<p>Nie. W ciążę zachodzi Ewa. Jako matka ludzkości nie ma przecież wyboru &#8211; musi być brzemienna.</p>
<p><strong>Z Adamem?</strong></p>
<p><strong></strong>Tego już panom nie zdradzę. Finał to finał.</p>
<p><strong>Poczekamy do premiery. Tymczasem proszę nam powiedzieć, która z trzech bohaterek sztuki mogłaby się znaleźć na okładce Playboya.</strong></p>
<p><strong></strong>Dla propagandy &#8211; obojętnie która. Każda byłaby sensacją. Ale najbardziej wyzwolona jest oczywiście Lilith. To najlogiczniejszy wybór.</p>
<p><strong>Będą tacy, którzy się na pana za tę sztukę obrażą? </strong></p>
<p><strong></strong>Zobaczymy, czy ona w ogóle będzie grana w Polsce. To zależy od sytuacji, między innymi od tego, jak bardzo zacięty będzie PiS. Pamiętajcie panowie, że mit o Lilith podlegał inkwizycji i do dziś jest tępiony przez kościół. Przekonamy się, czy coś w tym temacie się zmieniło.</p>
<p><strong>Innymi słowy, grzeszy pan śmiertelnie.</strong></p>
<p><strong></strong>Jak zawsze. To tylko kwestia przyzwyczajenia. Ale tak naprawdę to nie interesuje mnie, czy się ktoś obrazi, czy nie. Jest to sztuka łagodna. Jak baranek. Ani „przeciwko”, ani „za”. Oczywiście kościół upomni się o swoje, bo nie byłby kościołem, zwłaszcza katolickim. Ale jest mi to obojętne. Tak jak reakcje krytyki albo wynik naszej rozmowy. Teraz siedzę przed panami i odpowiadam na pytania. Jest mi jednak obojętne, co panowie z tym zrobią. A ponieważ wierzę, że dobrze wykonacie swoją pracę, tym bardziej jest mi to obojętne.</p>
<p><strong>Ale sztuka&#8230;</strong></p>
<p>Nie wierzę w ideę sztuki. Każdy ma ją w sobie. Lub jej nie ma. W tym momencie przypomina mi się, jak Szatan rozmawia z Lilith i mówi do niej: „Zostaw filozofię, bądź tylko życiem!”. Szczególnie niemieccy filozofowie celowali w tak zwanych ideach wiecznych. Ale co to znaczy &#8211; wieczne? Człowiek w tej sprawie nie może dać żadnej odpowiedzi. Jedno jest pewne: w mojej sztuce bardzo dużo się dzieje i to ją różni od wielu polskich, współczesnych sztuk, szczególnie tych napisanych przez reżyserów, w których nie dzieje się nic.</p>
<p><strong>Kiedy będzie można ją przeczytać lub obejrzeć?</strong></p>
<p><strong></strong>Najwcześniej na wiosnę przyszłego roku.</p>
<p><strong>Czekamy z niecierpliwością. Tymczasem ukazuje się właśnie pańska korespondencja ze Stanisławem Lemem. Ta książka to kopalnia anegdot. Chcielibyśmy podpytać pana o wyprawę do Jugosławii i „szpiegowskie historie” z Dubrownika. Wraz z żoną minęliście się tam państwo z panem Stanisławem i jego małżonką o włos, co dla pana było niemal tragedią&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Zabawne. Mówicie panowie o czymś, co nie istnieje w mojej świadomości. Z chęcią poczytam. Sam nie wiem, czego się spodziewać. O większości historii z tych listów dawno już zapomniałem, a o części z nich nigdy zapewne nie pamiętałem.</p>
<p><strong>Nie wierzymy, że zapomniał pan o swojej Złotej Strzale – P 70. I o tym jak Stanisław Lem, także dumny posiadacz tego pra-Trabanta, inst</strong><strong>ruował pana jak wymienić koło&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Chodzi panom o to, że Lem przebił lewarkiem podwozie? Tak, to było bardzo śmieszne.</p>
<p><strong>Tak samo jak opis pana wypadku w tym wynalazku.</strong></p>
<p><strong></strong>Wyleciałem z drogi, przekoziołkowałem i wylądowałem na dachu. Udało mi się wyjść przez przednią szybę. O dziwo, byłem cały i zdrowy. Okoliczni chłopi pomogli mi ustawić samochód na kołach. Odpalił, więc pojechałem dalej. Na pierwszej stacji benzynowej pod Warszawą sprzedałem wrak. Na pniu.</p>
<p><strong>Przed lekturą nie spodziewaliśmy się, że byliście panowie fanami motoryzacji. </strong></p>
<p>W Polsce Ludowej nie można było nie być fanem motoryzacji, bo ciągle coś się psuło. Moim następnym samochodem był czarny nowiutki Garbus, którym praktycznie bez awarii przejechałem ponad dwieście tysięcy kilometrów. Samochód nie do zdarcia, który był mi wierny aż do Paryża. Był po prostu za dobry, żeby o nim pisać. Potem jeździłem zielonym Fiatem, by skończyć, już w Meksyku, w Peugeocie. Zresztą w Meksyku zaniechałem także pisania jakichkolwiek listów.</p>
<p><strong>W kolejce czekają pana listy do szwedzkiego dziennikarza Gunnara Brandella, którego poznał pan w Stanach.</strong></p>
<p><strong></strong>On już niestety nie żyje. Zresztą jak wszyscy, z którymi utrzymywałem tego typu korespondencję.</p>
<p><strong>Coś jeszcze z pana listów ujrzy światło dzienne?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mam zielonego pojęcia. Za dużo tego pisałem, ciężko sobie teraz o wszystkim przypomnieć.</p>
<p><strong>Myśli pan, że kiedyś korespondencje mailowe będą wydawane w formie drukowanej?</strong></p>
<p><strong></strong>Na szczęście nie muszę się nad tym zastanawiać.</p>
<p><strong>W latach pańskiej młodości chłopcy chcieli być sportowcami albo jazzmanami. A pan?</strong></p>
<p>Na nartach zacząłem jeździć po wyjeździe z Polski. Podobnie było z tenisem. Miałem wtedy trzydzieści parę lat. Było za późno, żeby osiągnąć wysoki poziom. Po wyprowadzce do Meksyku zarzuciłem jedno i drugie.</p>
<p><strong>A co z jazzem?</strong></p>
<p>Mieszkając w Krakowie trzeba było interesować się jazzem, bo tak wypadało. Ale ja miałem wtedy inną manię &#8211; chciałem być fotografem. Po pewnym czasie oczywiście mi przeszło.</p>
<p><strong>Co pana wtedy interesowało jako fotografa?</strong></p>
<p>Wyjść z domu. Przechadzać się po ulicach. Pstryk, pstryk. Potem do domu i całe godziny wywoływania.</p>
<p><strong>Niektórzy od razu chcą być fotografami aktów. </strong></p>
<p>Ta ścieżka kariery była u mnie bardzo zaniedbana.</p>
<p><strong>Bywał pan wtedy playboyem?</strong></p>
<p><strong></strong>Nigdy nie przyszło mi to do głowy.</p>
<p><strong>A potem?</strong></p>
<p>Po śmierci pierwszej żony przez osiemnaście lat byłem sam. Wydaje mi się, że takie zachowanie pozycjonuje mnie daleko od playboya (<em>uśmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy kiedyś chociaż przez sekundę żałował pan niedokończonych studiów na dwóch uczelniach?</strong></p>
<p><strong></strong>Nigdy taka myśl nie przyszła mi do głowy. Trafiłem przypadkowo na zawód, który mi odpowiada. Jako pracownik do wszystkiego w „Dzienniku Polskim” szybko awansowałem. Uważam, że nie tylko dlatego, że w tamtym czasie bardzo podobał mi się Stalin. Nie jestem z tego dumny. Ale na szczęście ja jestem szybki chłopak i w 1963 roku znalazłem się we Włoszech po to, żeby do komunistycznej Polski nigdy nie wrócić.</p>
<p><strong>Odpowiadając na pytanie na czacie internetowym a propos swoich wad, powiedział pan: „Lenistwo, niecierpliwość, skłonność do irytacji, niepobłażliwość i&#8230; chwilowe głupoty”. Czy te głupoty to na przykład zauroczenie Związkiem Radzieckim?</strong></p>
<p>Tak. Do tej pory tego żałuję. Ta sprawa mogła się przecież skończyć tragicznie. Na szczęście w porę się z tego wyplątałem. Dlatego wspomniałem o „chwilowych głupotach”. Zresztą „chwilowość” to moja stała cecha. Odziedziczyłem ją po ojcu. Szybko zapominam co było, co zresztą powodowało w moim życiu bardzo wiele towarzyskich komplikacji.</p>
<p><strong>Znajomi obrażali się na pana, a pan nie miał pojęcia, o co?</strong></p>
<p>Zgadliście panowie. Tak działo się bardzo często.</p>
<p><strong>„Chwilowość” to bardzo chłopięca cecha. </strong></p>
<p><strong></strong>I dobrze. Długo zachowywała mnie od starczości.</p>
<p><strong>A nuda? Nudzi się pan czasem?</strong></p>
<p><strong></strong>Przeważnie nie. A jeśli się nudzę, to cierpię do tego stopnia, że od razu muszę się czymś zająć.</p>
<p><strong>Bywa p</strong><strong>an jeszcze sfrustrowany, czy to już poza panem?</strong></p>
<p><strong></strong>Człowiek jest sfrustrowany całe życie. Zmieniają się tylko powody. Definitywnie się starzeję. Dodatkowo starzeję się coraz szybciej. Przyszedł więc czas, że to mnie właśnie frustruje. Ale moje życie było do tego stopnia ciekawe, że nie narzekam. Kontroluję swoją frustrację.</p>
<p><strong>A jak pan ocenia ogólny światowy poziom frustracji?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie oceniam, bo niedługo wysiadam.</p>
<p><strong>Wolelibyśmy, żeby pan zrezygnował z tego „niedługo”. Życzymy stu lat w zdrowiu. </strong></p>
<p><strong></strong>Proszę mi tak nie życzyć. Wiem, jak wyglądają trzęsący się stulatkowie&#8230; Wolałbym, żeby mnie powolutku ubywało.</p>
<p><strong>Proszę się postawić w naszej sytuacji. </strong></p>
<p><strong></strong>W waszej?! Widziałem, jak tu wbiegaliście po schodach.</p>
<p><strong>Nie wypada nam nie życzyć panu stu lat. </strong></p>
<p>Jak nie wypada, to ustalmy, że życzenia przyjmuję. I nie mówmy o tym więcej.</p>
<p><strong>Czytając pańskie dzienniki, można odnieść wrażenie, że czuł się pan staro już jako trzydziestolatek.</strong></p>
<p><strong></strong>Tak i uważam, że to duża zaleta.</p>
<p><strong>Pańska starość trwa w takim razie już ponad pół wieku. Wszystkim młodym radziłby pan jak najszybciej się zestarzeć?</strong></p>
<p><strong></strong>Dlaczego?<strong> </strong>Każdy ma swoją własną historię. Każdy jest inny. Każdego zostawiam w spokoju. Ja mówię tylko o sobie.</p>
<p><strong>Nie namówimy pana na żadną ogólną uwagę o świecie?</strong></p>
<p>Na ziemi jest za dużo ludzi. I będzie coraz więcej. Jeśli uświadomimy sobie, jakie to niesie konsekwencje, to aż ciarki przechodzą. Zmieńmy temat.</p>
<p><strong>Ponad 50 lat temu napisał pan dialogi do filmu <em>Kalosze szczęścia</em> Bohdziewicza&#8230;</strong></p>
<p>Było to bardzo cyniczne z mojej strony. Powiedziałbym – czysto merkantylne. Zainkasowałem wypłatę i byłem zadowolony.</p>
<p><strong>Ale my chcieliśmy zapytać, co by pan dziś z takimi kaloszami zrobił? (<em>w filmie dzięki kaloszom można było przenosić się w czasie i przestrzeni – przyp. aut.</em>)</strong></p>
<p><strong></strong>Wyrzuciłbym je do kosza.</p>
<p><strong>To</strong><strong> </strong><strong>kolejny dowód na to, że pan jest wiecznie „poza sytuacją”. Tak jak twierdził Gombrowicz. </strong></p>
<p>Słyszałem to na własne uszy. On był zaczepny i ciągle tworzył dziwne sytuacje, co pracowało na jego korzyść. Czerpał z nich. A ja nie dawałem się w to wciągać, bo taką mam naturę. Wreszcie powiedział na głos, że Mrożek jest „poza sytuacją” i dał mi spokój.</p>
<p><strong>Czy takiego stanu można się nauczyć? </strong></p>
<p>To jest przyrodzone. Cecha osobnicza. Zresztą prawdopodobnie z tej przyczyny powitałem z wielką ulgą moje pisanie. Każdego dnia osiem godzin sam na sam ze sobą, całkowicie poza sytuacją. To było jak wybawienie.</p>
<p><strong>Terapia zajęciowa?</strong></p>
<p>Można tak powiedzieć.</p>
<p><strong>Cieszymy się, że znowu pan pisze. To znaczy, że znowu żyje pan głównie poza sytuacją, czyli w swoim optimum. </strong></p>
<p><strong></strong>Ja również się cieszę.</p>
<p><strong>A na ile sytuacja, w której się znajdujemy, jest dla pana kłopotliwa?</strong></p>
<p><strong></strong>W ogóle nie jest kłopotliwa. Cieszę się, bo interesuje mnie wymiana zdań z wami. Poza tym ta sytuacja się skończy. Panowie wyjadą do Polski. Ja będę musiał główkować co dalej. A póki co&#8230; bądźmy, tak jak możemy.</p>
<p><strong>Im prościej pan mówi, tym bardziej daje do myślenia.</strong></p>
<p><strong></strong>Taki mam charakter.</p>
<p><strong>W internecie można zobaczyć krótki film z pańskiej konferencji prasowej. W pewnym momencie z sali pada pytanie „Jak żyć?”. A pan odpowiada jednym słowem &#8211; „Swobodnie”. To jest właśnie najtrudniejsze.</strong></p>
<p><strong></strong>Oczywiście (<em>uśmiech</em>).</p>
<p><strong>Będziemy wdzięczni za choć jedną uwagę, która przybliży nas w kierunku „swobodnie”.</strong></p>
<p><strong></strong>Panowie pytacie o siebie? Nie wiem, jak w Polsce żyć swobodnie. Dlatego nie mieszkam w Polsce. Nasza sytuacja jest inna. Ja chcę dożyć swobodnie do śmierci. I czekam na nią z niepokojem. Wy jesteście młodymi Polakami w Polsce. Ja jestem Polakiem na emeryturze w Nicei. Od niedawna także dramaturgiem.</p>
<p><strong>Rozpoznaje tu pana ktokolwiek?</strong></p>
<p><strong></strong>Szczęśliwie udaje mi się być całkowicie anonimowym.</p>
<p><strong>Czy jest jakieś pytanie, które dziennikarze wciąż panu zadają i nie dość, że pana śmiertelnie nudzi, to jeszcze irytuje?</strong></p>
<p>Jest. Ale go nie pamiętam, bo nie jestem pamiętliwy. Kiedy spotyka mnie coś bardzo przykrego, natychmiast zapominam. To główna różnica między mną, a moją nieżyjącą już siostrą. Ona była szalenie pamiętliwa.</p>
<p><strong>A może pamiętliwość to po prostu typowo kobieca cecha?</strong></p>
<p><strong></strong>Być może.</p>
<p><strong>I mimo to czuje się pan czasem zniewieściały?</strong></p>
<p>Bardzo często. To moje wielkie szczęście.</p>
<p><strong>Kobiety to lepszy rodzaj ludzi?</strong></p>
<p><strong></strong>Moim zdaniem tak. Kobiety rodzą dzieci, a to determinuje wszystko. Dlatego są od nas lepsze.</p>
<p><strong>Można pana nazwać feministą?</strong></p>
<p>Można. Moja matka była dla mnie bardzo dobra. Była piękną kobietą. Jedyną osobą, która w dzieciństwie zwracała się do mnie życzliwie. To mnie uratowało i prawdopodobnie ukształtowało.</p>
<p><strong>Kilka długich lat wychowywał się pan jednak bez matki. Jako dziecko w czasie okupacji i potem już jako nastolatek&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Na szczęście! Swoboda w życiu młodego człowieka jest bardzo ważna. Matka umarła na gruźlicę w wieku 44 lat. Ja miałem wtedy 19. Owszem, bardzo to przeżyłem, ale po latach obserwacji życia, wiem, że miałem w nim szczęście.</p>
<p><strong>Wyjechałby pan z Polski, gdyby mama żyła?</strong></p>
<p>Prawdopodobnie nie.</p>
<p><strong>W latach 50. „demaskował” pan w „Dzienniku Polskim” kwiatowe corso w Nicei, krytykując w ten sposób zachodni kapitalizm. Dziś mieszka pan w tym mieście. Czy tym razem corso „zdemaskowało” pana?</strong></p>
<p>Wtedy wykonywałem polecenia mojego socjalistycznego szefa. Poza tym nie podróżując, leczyłem w ten sposób polskie kompleksy. Dziś, gdy tu jestem, nie mam czasu na zajmowanie się głupimi kwiatami. Ale historia zatoczyła niesamowite koło. Nigdy bym wówczas nie przypuszczał, że będę tu mieszkał.</p>
<p><strong>Człowiek nigdy nie może być pewien&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>W moim przypadku jest inaczej. Wiem, że z Nicei nie ruszę się aż do śmierci. Już panom mówiłem – niedługo wysiadam.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/slawomir-mrozek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kamil Durczok</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/kamil-durczok/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/kamil-durczok/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 11 Sep 2011 13:05:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[DZIENNIKARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Durczok Kamil]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3184</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 8, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Andrzej Świetlik &#8211; Jeszcze przed chwilą prowadziłeś „Fakty”, a teraz siedzisz przed nami. Szczerze mówiąc, Anita Werner wyglądała o niebo lepiej w podobnej sytuacji. Po pierwsze Anita zawsze wygląda lepiej. Po drugie – jak to piękna kobieta – jest wyraźnie ładniejsza ode mnie. Po [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3191"><img class="alignleft size-full wp-image-3191" title="Kamil-Durczok" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/09/Kamil-Durczok.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 8, 2011 rok</strong></strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://www.andrzejswietlik.pl/">fot. Andrzej Świetlik</a></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jeszcze przed chwilą prowadziłeś „Fakty”, a teraz siedzisz przed nami. Szczerze mówiąc, Anita Werner wyglądała o niebo lepiej w podobnej sytuacji.</strong></p>
<p>Po pierwsze Anita zawsze wygląda lepiej. Po drugie – jak to piękna kobieta – jest wyraźnie ładniejsza ode mnie. Po trzecie &#8211; na mojej twarzy maluje się przebieg. Więc wszystko się zgadza.</p>
<p><strong>Nam też się zgadza. Tym bardziej, że to ty w przeszłości publicznie wytypowałeś ją na playmate PLAYBOYA. Jej mama wtedy się obraziła. Jak przepraszałeś? </strong></p>
<p><strong></strong>Korespondencyjnie, bo na osobisty kontakt zabrakło mi śmiałości. Poprosiłem Anitę o przekazanie moich skomplikowanych, ale szczerych wyjaśnień.</p>
<p><strong>My podpisujemy się pod twoim wyborem.</strong></p>
<p><strong></strong>Ja również nie zmienię zdania w tej materii. Wtedy uszanowałem tylko lekko zranione, przez moją bezkompromisową deklarację, uczucia macierzyńskie.</p>
<p><strong><em>A propos</em> deklaracji, jaką narodowość zaznaczyłeś w spisie powszechnym?</strong></p>
<p>Wpisałem dwie: polską i śląską. Ale przyznaję, że miałem chwilę wahania, czy na złość prezesowi pewnej opozycyjnej partii nie wpisać wyłącznie narodowości śląskiej. Pomyślałem jednak, że zrobiłbym <em>de facto</em> na złość państwu, którego istnienia ani przez sekundę nie kwestionuję. Zresztą  często w przeciwieństwie do pana prezesa.</p>
<p><strong>Czyli w połowie „zakamuflowałeś opcję niemiecką”.</strong></p>
<p>Jeżeli komuś dla zorganizowania i uporządkowania sobie świata potrzebne są opisy zero-jedynkowe, jak w radzieckim systemie wojskowej identyfikacji „swój-obcy”, to proszę bardzo – mogę być zakamuflowaną opcją niemiecką. To nie mój problem, tylko prezesa. Musi z tym jakoś żyć.</p>
<p><strong>Tak jak z dziadkiem z Wehrmachtu.</strong></p>
<p><strong></strong>Akurat „wehrmachtową aferę” odczułem bardzo serio. To skomplikowana i dramatyczna kwestia, która dotyczy nie tylko Kaszubów, ale także bardzo wielu Ślązaków. Dziadek ze strony mamy został w wieku 19 lat wcielony do Kriegsmarine. Nie bardzo miał wybór, bo gdyby się sprzeciwił, cała rodzina zostałaby zastrzelona. Natomiast tata mojego taty przeszedł prawie cały szlak bojowy z wojskiem polskim. Dobrze, że jeden pływał, a drugi biegał i nie mieli szans spotkać się po dwóch stronach tego samego frontu. Jeżeli ktoś nie rozumie, albo nie chce zrozumieć takich życiowych dramatów i wykorzystuje je do własnych, obrzydliwych, politycznych celów, to trudno, żebym się nie burzył. A z drugiej strony osoby, które tak intensywnie myślą o tych zakamuflowanych opcjach i dziadkach z Wehrmachtu jakoś nie są w stanie mnie obrazić… Niemcy wchodzili na Śląsk, uważając, że to Polska. Rosjanie Śląsk uznawali za Rzeszę: gwałcili, palili, rozjeżdżali czołgami. Więc takie lekkie gadanie głupot o opcjach niemieckich i dziadkach w Wehrmachcie jest skrajną nieodpowiedzialnością.</p>
<p><strong>Jaki masz stosunek do Ruchu Autonomii Śląska?</strong></p>
<p>Pobłażliwy i niejednoznaczny. Zrobili kawał dobrej roboty, budząc poczucie tożsamości oraz przypominając – dzięki takim pozycjom jak śląski elementarz, czyli <em>Ślabikorz</em> – język śląski. Kłopoty zaczynają się, gdy członkowie Ruchu mówią o autonomii. W dzisiejszej Europie to pojęcie bardzo anachroniczne. Oferta RAŚ jest kierowana głównie do starszego pokolenia. Młodsi tego nie kupują, bo wiedzą, jak sobie dziś poradzić w Polsce i na świecie. Poza tym, i to jest groźne, RAŚ otwiera rachunki między Centralą, czyli Warszawą, a Śląskiem. To już zbójectwo, o czym wielokrotnie wspominałem Jerzemu Gorzelikowi (<em>przewodniczący RAŚ – przyp. red.</em>). Ślązacy dostali już po roku 1989 z Warszawy sporo pieniędzy. Można oczywiście dyskutować, czy była to rekompensata za lata, gdy Śląsk traktowano jak kolonię i nikt nie przejmował się pylicami górników i ołowicami hutników. W Warszawie zapadały decyzje, a Ślązacy zdychali w niedoli. Tak było, ale co z tego? Kogo można za to osądzić? Edwarda Gierka? Piotra Jaroszewicza? Zdzisława Grudnia? Komu mamy wystawić rachunek? Na pewno nie warszawiakom. To idiotyzm. Niektórzy nie chcą też pamiętać, jak dużo Warszawa podarowała Śląskowi. Między 2001 a 2005 rokiem 60 procent wszystkich dotacji poszło na Śląsk. Proszę to powiedzieć mieszkańcom Podlasia i Lubelszczyzny. Otwieranie tego typu rachunków jest niepoważne i groźne. Nigdy nie wiadomo, jakie demony można w ten sposób uruchomić. A mam wrażenie, że niektórzy przedstawiciele RAŚ próbują na śląskich krzywdach i sentymentach zbić kapitał polityczny.</p>
<p><strong>To może dlatego prezydent Komorowski nie rozumie koalicji PO z RAŚ.</strong></p>
<p><strong></strong>Myślę, że mało o niej wie i się jej zwyczajnie boi. Obraz RAŚ w Polsce to obraz diabła ziejącego siarką, trzaskającego kopytkiem i straszącego żądaniem dostępu Chorzowa do morza. Oczywiście strach prezydenta nie jest bezpodstawny, ale mocno wierzę w to, że moi rodacy na Śląsku i poza nim są dużo mądrzejsi niż się wielu politykom wydaje. Najlepszą metodą na sprawdzenie polityków  jest dopuszczenie ich do władzy. RAŚ dziś jest przy sterach. Współrządzi z Platformą województwem śląskim. Wyborcy na Śląsku niebawem ich rozliczą, tak jak wcześniej w kraju rozliczano AWS, Leppera i wielu innych.</p>
<p><strong>Cztery lat temu rozmawialiśmy o Śląsku z Kazimierzem Kutzem&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Pana Kazimierza – choćby tylko za tryptyk śląski &#8211; powinno się nosić na rękach, niezależnie ku której opcji politycznej w tej chwili się skłania. Kiedyś to zadeklarowałem i obiecałem mistrzowi, że jeżeli będzie miał wstręt do komunikacji miejskiej i nie będzie chciał jeździć samochodem, jestem gotów nosić go na rękach. Zrewanżował się licencją na przeklinanie.</p>
<p><strong>Przydatna rzecz. Wiadomo nie od dziś, że nikt nie przeklina z takim wdziękiem jak pan Kazimierz. </strong></p>
<p>To w ogóle człowiek, który znakomicie posługuje się językiem. <em>Piąta strona świata</em> jest napisana cudowną mieszaniną polskiego i śląskiego. Kapie śląską polszczyzną albo polską śląszczyzną, jak kto woli. Dopóki żyli moi dziadkowie, rozmawiałem z nimi po śląsku, dziś nie ma już okazji&#8230; Czytając Kutza przypomniałem sobie mnóstwo wyrazów, które kiedyś znałem, ale niestety potem pamięć zawiodła…</p>
<p><strong>My dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że Ślązacy mają kompleks niewolników.</strong></p>
<p><strong></strong>Raczej mieli. 15, 20 lat temu i wcześniej. Wtedy tylko zgięcie karku było sposobem na przeżycie &#8211; gwarancją nie trafienia do łagru oraz nie wywalenia z gruby (<em>kopalni – przyp. aut.</em>), która dawała wszystko. Ale dziś sprawy na Śląsku mają się inaczej. W żadnym regionie Polski nie dokonała się taka rewolucja mentalna. Kiedyś krążyły dowcipy, jak to górnicy za odprawy z kopalni masowo kupowali Seaty albo niebieskie i zielone Peugeoty. Prawda była inna. Otóż większość tych pieniędzy poszła na wykształcenie dzieci. To był pierwszy sygnał rewolucji – zrozumienie roli edukacji. Wcześniej tego na Śląsku nie było, bo każdy w rodzinie musiał być hajerem (<em>górnikiem na dole w kopalni – przyp. red.</em>).</p>
<p><strong>Czyli Ślązacy nie są &#8211; cytując mistrza Kazimierza &#8211; „dupowaci”?</strong></p>
<p><strong></strong>Śląska dupowatość to przeszłość. Monokultura węgla i stali definitywnie się skończyła. Kto niby dziś na Śląsku jest dupowaty? Świetni lekarze? Profesorowie: Bochenek, Buszmann, Zembala, genialni kardiolodzy i kardiochirurdzy? Onkolodzy dokonujący pod wodzą profesora Maciejewskiego w gliwickim Instytucie cudów i ratujący ludziom życie? Gdzie jest niby dupowatość świetnych architektów? Gdzie mają kompleksy tacy młodzi zdolni jak na przykład Konior? Takimi nazwiskami można sypać w każdej dziedzinie, od muzyki, plastyki i kina zaczynając. A poza tym pokażcie mi drugi, tak świetnie sytuowany region. Tak samo blisko do Warszawy, jak do Wiednia, Pragi i Berlina. A poza tym mówią, że jesteśmy sumienni, pracowici i punktualni.</p>
<p><strong>Na spotkanie przyszedłeś jednak kwadrans po czasie.</strong></p>
<p><strong></strong>Pewnie dlatego, że za długo pomieszkuję w stolicy.</p>
<p><strong>Masz do Warszawy awersję?</strong></p>
<p><strong></strong>Nie i nigdy nie miałem, ale przypominam sobie czas, w którym nie wiadomo po co podkreślałem, jak bardzo nie lubię Warszawy. W kółko mówiłem, że gdy mam tylko wolną chwilę, to uciekam z tego miasta. Głupie, bo w stolicy spotkały mnie niemal same dobre rzeczy. Już więcej problemów miałem w liceum, bo wszyscy wiedzieli, że jestem „wsiokiem” z Kostuchny (<em>południowa dzielnica Katowic – przyp. red.</em>). „Elita” dojeżdżała do szkoły tramwajem z Brynowa, a ci gorsi autobusami z Giszowca, Kostuchny i Murcek. Dziś „elita” masowo chce kupować ziemię w Kostuchnie. Taka mała satysfakcja po latach (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czyli Warszawa da się lubić?</strong></p>
<p>Jasne, szczególnie teraz. Pamiętam to miasto sprzed kilkunastu lat. Było brudno, smutno, szaro i ponuro. Prowadziliśmy wtedy z Małgosią Motyl Monitor Wiadomości &#8211; program, który był emitowany tak późno, że nie wiem, czy go ktoś w ogóle oglądał. Kończyliśmy przed północą i chcieliśmy wreszcie coś zjeść. W okolicach placu Powstańców Warszawy wszystkie knajpy były zamknięte.</p>
<p><strong>Jedna była otwarta na pewno.</strong></p>
<p><strong></strong>No właśnie. Z czasem dorobiliśmy się w Sofii (<em>słynny lokal ze striptizem – przyp. aut.</em>) swojego stolika w kącie. Zawsze około północy zjadaliśmy tam kolację, piliśmy herbatę i grzecznie wracaliśmy do domów. Mam całkiem miłe wspomnienia związane z tym lokalem, kompletnie nieadekwatne do jego charakteru.</p>
<p><strong>A czy można powiedzieć, że z charakteru jesteś trochę wice Żydem? Znowu wracamy do słów pana Kazimierza&#8230;</strong></p>
<p><strong></strong>Nie mam poczucia śląskiej krzywdy. Uważam, że wszystkie te dupowatości, kompleksy niewolników i „wiceżydostwo” skończyły się kilkadziesiąt lat temu. Kazimierz Kutz prawdopodobnie ma na myśli swoje pokolenie. Gdyby ktoś chciał mnie udupić za to, że pochodzę ze Śląska, to nie robiłbym tego, co robię.</p>
<p><strong>Jak wyglądała Kostuchna 40 lat temu?</strong></p>
<p>Była tam gruba, zatrudniająca większość mieszkańców. W tym mojego dziadka, który był sztygarem oraz wujka &#8211; ratownika górniczego. Poza tym same pola, mimo że dzielnica jest zaledwie parę kilometrów od centrum Katowic. I trzech rolników. Wszyscy nazywali się Żogała, choć nie byli ze sobą spokrewnieni. Teraz pewnie to zasobni obywatele, jeżeli oczywiście sprzedali ziemie pod deweloperkę. O Kostuchnie można powiedzieć wszystko, ale nie to, że była spokojna. Dzieliła się na dwie poddzielnice – Boerschacht i Górkę.</p>
<p><strong>Ty oczywiście z Górki?</strong></p>
<p>Tak, ale dziadkowie nie. Największe mordobicie było po mszach szkolnych w środku tygodnia. Próbowaliśmy sobie wtedy udowodnić, która poddzielnica jest sprawniejsza w posługiwaniu się pięściami.</p>
<p><strong>Nazwijmy rzecz po imieniu – w „nachytywaniu po dziubie”.</strong></p>
<p><strong></strong>Tłumaczenie poprawne. Po polsku mówiliśmy tylko w szkole na lekcji polskiego. Zresztą niektórzy koledzy do końca podstawówki nie opanowali polszczyzny w stopniu przynajmniej średnim. Między sobą gadaliśmy tylko po śląsku. Za polskie rozmowy można było nachytać po dziubie. Takie były prawa w tej zakapiorskiej dzielnicy.</p>
<p><strong>W domu też rozmawiałeś po śląsku?</strong></p>
<p><strong></strong>Z mamą i babcią. Z tatą gadałem po polsku.</p>
<p><strong>Podobno chciałeś być wtedy księdzem.</strong></p>
<p><strong></strong>Chwała Bogu, poczyniłem w tym kierunku niewielkie starania. Za to krótko potem chciałem być strażakiem. A jeszcze później ginekologiem.</p>
<p><strong>Jak widać od księdza do ginekologa niedaleko.</strong></p>
<p>W tym wieku być może… Nie wysnuwajcie zbyt daleko idących wniosków.</p>
<p><strong>Komu kibicowałeś?</strong></p>
<p><strong></strong>Jak wszyscy w Kostuchnie – MK Górnikowi Katowice. Wtedy liga trzecia, dziś już czwarta. Ale o piłkę nie pytajcie, nie czuję się w tej branży za mocny. Za to dzielnica ma mocne piłkarskie tradycje. Do dziś mieszka tam legenda GKS i  jeden z mocnych punktów reprezentacji &#8211; Jan Furtok.</p>
<p><strong>W takim razie powiedz, jakie plakaty wisiały nad twoim łóżkiem.</strong></p>
<p><strong></strong>Rozczaruję was. Nie kobiety, tylko samochody. Od mieszkającej w Niemczech rodziny regularnie dostawałem czasopismo z pięknymi plakatami &#8211; „Auto Motor und Sport”. Na ścianie wisiało między innymi cudowne, wyścigowe Porsche w barwach Rothmansa. Miałem też plakat z Waltherem Röhlrem, który wtedy jeździł Oplem Kadettem GTE i wygrywał wszystko, co można było wygrać. Wisiało też gdzieś zdjęcie jedynej kobiety w moim pokoju – Michele Mouton. Była fenomenalnym kierowcą i często lała facetów. Jak ją potem spotkałem osobiście na Rajdzie Cypru, czułem się, jakbym obcował z Marilyn Monroe.</p>
<p><strong>Czy w pakiecie z „Auto Motor und Sport” nie dostawałeś czasem PLAYBOYA?</strong></p>
<p><strong></strong>Pakiet obejmował wyłącznie literaturę fachową, a nie piękną.<strong> </strong></p>
<p><strong>Za to nie wahałeś się podkradać rodzinne maluchy.</strong></p>
<p><strong></strong>Tak naprawdę to wcześniej buchnąłem ojcu żółtą Zastavę. Nie miałem wtedy prawa jazdy, ale potrenować musiałem. A potem jeździłem bodaj siedmioma maluchami – do rajdowania nadawały się idealnie. Tata raczej nie podejrzewał mnie, że jestem w stanie robić coś takiego. Byłem rajdowym recydywistą, raz zaliczyłem nawet jakieś drzewo… Ojciec odniósł się zresztą do tego z nadzwyczajną wyrozumiałością. Pewnie dlatego, że sam w młodości miewał  podobne historie. Brał udział w wielu regionalnych rajdach. Miał warsztat samochodowy, więc od dziecka motoryzacja była obecna w naszym domu.</p>
<p><strong>Jak zarobiłeś swoje pierwsze pieniądze?</strong></p>
<p><strong></strong>Nosiłem sery w hurtowni serów. Od tego czasu nie mogę patrzeć na serki Hochland <em>(śmiech</em>). W czasie studenckich praktyk robotniczych pracowałem też na taśmie w FSM-ie, gdzie przykręcałem tylne lampy do Fiatów 126p Bis. Nigdy wcześniej, ani później, nie zajmowałem się niczym nudniejszym. Ale płacili dobrze. Dla mnie – 19-latka – były to nieprawdopodobne pieniądze. Jak rodzice wyjechali na wczasy, utrzymywałem w domu bandę 15 kolegów. Za kasę z FSM-u jedliśmy, piliśmy i balowaliśmy do rana. Królowie życia.</p>
<p><strong>Zawsze chciałeś być dziennikarzem?</strong></p>
<p>Na początku miałem być prawnikiem. W trakcie wspomnianych już praktyk studenckich trafiłem do Studenckiego Radia Egida i&#8230; szybko zapomniałem o prawie. No może nie tak szybko, bo udawałem, że się da połączyć jedno z drugim prawie cztery lata.</p>
<p><strong>Studiowałeś też polonistykę i politologię.</strong></p>
<p><strong></strong>A skończyłem komunikację społeczną.</p>
<p><strong>Wojsko przez ten czas nie ścigało?</strong></p>
<p><strong></strong>Mam wrażenie, że moje dokumenty wpadły im gdzieś za szafę. Potem przypadkowo się znalazły i w wieku 28 lat zostałem przeniesiony do rezerwy.</p>
<p><strong>Czym zajmowałeś się w radiu?</strong></p>
<p>Najpierw prowadziłem audycję muzyczną Muzyczka z zębem. Trochę płyt przysyłanych przez nieocenioną rodzinę z Niemiec, więc w sumie nie było dla mnie konkurencji. W repertuarze  głównie new romantic i oczywiście motyw z <em>Miami Vice</em> Jana Hammera. Potem byłem odpowiedzialny za cały program radia.  Fantastyczne czasy. Mieliśmy swoją taczkę z brawurowym napisem „Blue Thunder”, w której woziliśmy hurtowe ilości piwa po całym akademiku. A większość osób z naszej baaardzo rozrywkowej grupy to dziś szanowani prokuratorzy i sędziowie&#8230;</p>
<p><strong>Jak wtedy wyglądałeś?</strong></p>
<p>Byłem popersem. Kto słuchał Duran Duran oraz ABC i nienawidził punków, nie miał wyjścia – musiał chodzić w swetrach z dobrej wełny. Poza tym codziennie wstawałem grubo przed szóstą rano, żeby pielęgnować długą grzywkę (<em>śmiech</em>). Zasada była taka, że najdłuższy włos miał sięgać do czubka nosa.</p>
<p><strong>Były popers rozmawia dziś zawodowo z politykami. Nie masz ich jeszcze dość? </strong></p>
<p><strong></strong>Czasem mam…</p>
<p><strong>Nie chciałbyś wymienić ich na lepsze modele? W końcu najlepiej wspominasz rozmowy z takimi ludźmi jak Lem i Kołakowski.</strong></p>
<p><strong></strong>Tak pasjonujących chwil nie da się z niczym porównać. I właśnie dlatego z roku na rok zwiększa się odsetek ludzi, z którymi nie chce mi się rozmawiać – jakkolwiek bezczelnie to brzmi, taka jest prawda. Nie dlatego, że są źli albo głupi. Po prostu z góry znamy ich wszystkie odpowiedzi na wszystkie pytania.</p>
<p><strong>I dlatego widać u was wciąż te same twarze?</strong></p>
<p><strong></strong>W Polsce jest grupa 15 nazwisk, które krążą po wszystkich mediach. Reszta ma embargo na publiczne wypowiedzi. To jest mechanizm wycinania polityków z mediów. Niektórzy z nich dostają odgórne zakazy zabierania głosu, inni z kolei dostają nakazy wszędobylskiego udzielania się. Problem jest nie w tym, że my nie staramy się zapraszać różnych polityków, ale w tym, że ci, którzy mają embargo &#8211; regularnie odmawiają, wykręcając się najróżniejszymi historyjkami. Bo przecież nikt oficjalnie nie przyzna, że ma „zakaz mówienia”.</p>
<p><strong>Polityków w waszych programach jest za dużo. Dlaczego zapraszacie tak mało ekspertów?</strong></p>
<p><strong></strong>Porównajcie, ilu politologów było w TVN24 pięć lat temu, a ilu jest dzisiaj. Z każdego dużego ośrodka uniwersyteckiego mamy jedno, dwa nazwiska. Wcześniej czterech panów obsługiwało wszystkie media w kraju.</p>
<p><strong>Niektórzy zresztą wykorzystali to bardzo cynicznie. </strong></p>
<p>Nie wiem, czy Marek Migalski (<em>politolog, były poseł PiS-u w Parlamencie Europejskim, obecnie wiceprezes ugrupowania Polska Jest Najważniejsza – przyp. red.</em>) działał cynicznie, ale faktem jest, że wykorzystał sytuację, aby wskoczyć do polityki. Nie sądzę, żeby od początku miał taki pomysł. Raczej został zwabiony, skuszony&#8230;</p>
<p><strong>Okazja czyni złodzieja?</strong></p>
<p><strong></strong>To wy powiedzieliście. Ja byłbym ostrożny z takimi metaforami. Na dialog z epitetami się nie godzę.</p>
<p><strong>A na rozmowy z Januszem Palikotem jeszcze się godzisz?</strong></p>
<p><strong></strong>Oczywiście, że tak. Na Palikota możemy się obrażać za łobuzerstwo polityczne, ale niewątpliwie ma on wielką zaletę w postaci umiejętności przekłuwania nadętych balonów. Kiedy PiS przesadził z majestatem władzy i nadął się do takich rozmiarów, że cała flotylla z balonowego Pucharu Gordona Benetta to małe miki, przyszedł Palikot z dzidą i umiejętnie spuścił z nich powietrze. Szkoda mi go, bo na tle umiarkowanej Platformy on – rozrabiające dziecko – był dzieckiem cudownym. Kiedy stracił tło, okazało się, że jest bachorem nie do zniesienia.</p>
<p><strong>Związek z Tymochowiczem przypieczętował ostateczną klęskę?</strong></p>
<p><strong></strong>Ten mariaż zdecydowanie mu nie pomógł. Ale nie skreślajmy Palikota. On jest wciąż młody i dynamiczny.</p>
<p><strong>Podobnie jak ty. Może najwyższy czas przejąć polityczne stery w tym kraju? </strong></p>
<p><strong></strong>Nigdy! Swego czasu zastanawiałem się, czy z dziennikarstwa nie przeskoczyć do politycznego PR-u. Ale jak widzę, co się stało z polską polityką, to cieszę się, że w porę otrzeźwiałem i zostałem w dziennikarstwie. Choć jakieś tam propozycje były…</p>
<p><strong>Czy takie sprawy załatwia się w pięknych okolicznościach przyrody?</strong></p>
<p><strong></strong>Jedno z tych spotkań było szczególnie miłe. Pamiętam, że pojawiło się bardzo dobre wino&#8230;</p>
<p><strong>Premier jest znawcą. Podobno ma dobry nos.</strong></p>
<p><strong></strong>Nie potwierdzam, nie zaprzeczam i proszę nie wyciągać z tego żadnych wniosków. Tym bardziej, że naprawdę czułem, iż propozycja była czysto <em>pro forma</em>. Polityka jest też sztuką przemilczania. A ja mam niewyparzony pysk. Poza tym muszę mieć komfort powrotów na Śląsk i patrzenia ludziom w oczy.</p>
<p><strong>Uważasz, że takie polityczne propozycje dla dziennikarzy to dobra praktyka? </strong></p>
<p><strong></strong>Nie wiem. W Ameryce mogłoby to wywołać mały skandal. Ale już na przykład we Włoszech nikt by się tym nie zdziwił, a tym bardziej nie zbulwersował. Nietrudno sobie wyobrazić, że któraś z włoskich gwiazd dziennikarstwa kandyduje do parlamentu z list Forza Italia.</p>
<p><strong>Nadal masz sny, że prowadzisz Fakty z nagim torsem?</strong></p>
<p>Jest znacznie gorzej. Nie do druku (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A uważasz, że twój stół jest mocniejszy od Zbuczyna Tomasza Lisa? Innymi słowy, czy Rurek jest lepszy od Grzesia?</strong></p>
<p>(<em>Wybuch śmiechu</em>). Oczywiście, że tak, bo „mojemu stołowi” towarzyszy obraz. Na pierwszy rzut oka widać postęp technologiczny, jaki dokonał się u ludzi, kradnących bez skrupułów materiały z firmy, która im płaci.</p>
<p><strong>Wiesz już, jak to nagranie ujrzało światło dzienne?</strong></p>
<p>Długo się zastanawiałem. Jakieś tam ustalenia mam, ale nikogo za rękę złapać się nie udało.</p>
<p><strong>Ktoś podłożył świnię, ale cała sprawa wyszła ci raczej na dobre.</strong></p>
<p><strong></strong>Wolałbym, żeby to, co dobre, spływało na mnie w innych okolicznościach <em>(śmiech</em>). Poza tym, są też efekty uboczne. Człowiek przez 20 lat pracuje na swoje nazwisko, a dziś mijająca go grupa młodzieży daje wyraz zadowolenia z przypadkowego spotkania słowami: „O, Rurek idzie!”.</p>
<p><strong>Syn też był zadowolony? </strong></p>
<p><strong></strong>Kamil junior powinien raczej poznawać polszczyznę ojca z innej strony. Krótko mówiąc, chciałbym go uczyć gwary śląskiej, a nie tej, którą zaprezentowałem przy tym nieszczęsnym stole.</p>
<p><strong>Myślisz, że bycie juniorem zaważy na jego życiu?</strong></p>
<p><strong></strong>Synowie znanych ojców zawsze mają trudno. Gdyby Kamil chciał zostać dziennikarzem z pewnością miałby pod górkę. Na szczęście nie zanosi się na to. Chce być prawnikiem.</p>
<p><strong>Czyli tak jak tata.</strong></p>
<p><strong></strong>(<em>Śmiech</em>). Na razie i tak pasjonują go walki w sieci z jakimś międzynarodowym towarzystwem. Kiedy wchodzę do pokoju, słyszę, jak atakują bazę terrorystów albo odbijają zakładników w Afganistanie.</p>
<p><strong>Lubisz Kamila Kurczoka?</strong></p>
<p><strong></strong>Lubię. Tym bardziej, że idzie z duchem czasu i reaguje na to, że zrzuciłem 14 kg. Jest teraz zdecydowanie mniejszy niż ten z poprzedniego sezonu programu Szymona Majewskiego. A wiem, że grubszy Kurczok wymagał długich, mozolnych godzin w charakteryzatorni. Z chudszym idzie podobno o wiele szybciej. Ponadto jestem pełen uznania dla talentu aktora, który mnie fenomenalnie odgrywa. Jestem raczej przeciętnie wyrazisty i mało charakterystyczny, dlatego na pewno trudniej mnie sparodiować.</p>
<p><strong>A z kimś pomylić?</strong></p>
<p><strong></strong>Kiedyś taksówkarz cały czas mówił do mnie: „panie Przemysławie”. Nie wiedziałem, o kogo mu chodzi, ale pod sam koniec kursu załapałem, że miał na myśli Przemka Babiarza.</p>
<p><strong>Dużo imprezujesz?</strong></p>
<p><strong></strong>Bez przesady. Czasem zaglądam do pana Romana w Przekąskach-Zakąskach. Właściwie do Romana, bo jesteśmy po imieniu, co jest dla mnie oczywiście zaszczytem. Ale z tym imprezowaniem to bez szaleństw&#8230;</p>
<p><strong>Jakie dzisiaj ciśnienie?</strong></p>
<p>Nie wiem, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz używałem ciśnieniomierza. Ale zdrowie raz na jakiś czas daje mi do zrozumienia, że trzeba zbastować. Co nie cieszy…</p>
<p><strong>O nowotwór pytać nie chcemy. Mamy wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane. Zastanawia nas jednak, co dziś czujesz, przejeżdżając przez most pod Jaworznem (<em>W tym miejscu lekarz powiadomił telefonicznie Kamila Durczoka o chorobie – przyp. aut.</em>). </strong></p>
<p>Chyba nie zdarzyło mi się go minąć i&#8230; nie skoncentrować myśli na tym, co mi się  przydarzyło. Dziś mogę powiedzieć, że miałem wielkie szczęście. Siedzimy i rozmawiamy. Jestem.</p>
<p><strong>I oby jak najdłużej nikt nie usłyszał górniczej orkiestry dętej na twoim pogrzebie.</strong></p>
<p>Ale nadal chcę, by taka orkiestra zagrała w czasie mojej ostatniej podróży. Na przykład <em>Poszła Karolinka</em> (<em>śmiech</em>). I oczywiście górniczego marsza. Górnicze orkiestry mają w sobie niewiarygodną moc. Wpadnijcie na Śląsk w Barbórkę, na dobre górnicze osiedle. To jest przeżycie. Muzykanci maszerują o piątej rano i na całego ładują śląskie hajmaty. Najpierw zawsze pod domem dyrektora kopalni. Ten musi wyjść, nalać, wypić i rzucić do kapelusza. Dopiero potem orkiestra zmierza na mszę o szóstej. A to mi przypomina, że jutro muszę wstać przed piątą&#8230;</p>
<p><strong>Już cię zwalniamy. Musimy tylko podpytać o twoje typy na rozkładówkę. Ten z TVN-u już znamy. Zostały nam jeszcze dwie stacje telewizyjne.</strong></p>
<p>No comments. Możecie napisać , że po głębokim namyśle zdecydowałem, że nie mam ochoty drugi raz przepraszać. Mogę tylko powiedzieć, że jest pewien typ z Polsatu. I tyle.</p>
<p><strong>A trzy seksowne polityczki?</strong></p>
<p><strong></strong>Posłanka Joanna Mucha, Angelina Jolie PiS-u (<em>Sylwia Ługowska – przyp. red.</em>) i Magda Ogórek z SLD.</p>
<p><strong>Jak byś opisał dzisiejszy dzień?</strong></p>
<p><strong></strong>Wstałem za wcześnie, pracowałem za długo, potem przez cztery godziny byłem niemiłosiernie męczony przez dwóch facetów, położyłem się po północy, czyli stanowczo za późno, a jutro będę niewyspany.</p>
<p><strong>Dzień jak co dzień?</strong></p>
<p>Jutro po zakończeniu pracy, czekają na mnie o wiele przyjemniejsze „męczarnie” <em>(śmiech).</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/kamil-durczok/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maria Czubaszek</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/maria-czubaszek/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/maria-czubaszek/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 31 Aug 2011 09:00:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[PISARZE]]></category>
		<category><![CDATA[Czubaszek Maria]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3150</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 7, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Tomasz Bergmann &#8211; Słyszałam, że jesteście długodystansowcy. Na wszelki wypadek wyjmę z torebki elektronicznego papierosa. Będzie pani puszczać „dym z e-papierosa”? Mimo całej tej histerii nadal wolę papierosy bez „e”. Ale są miejsca, w których palić nie można. Dzięki e-papierosom nie tracę w nich [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/?attachment_id=3163"><img class="alignleft size-full wp-image-3163" title="Maria-Czubaszek" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/09/Maria-Czubaszek.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 7, 2011 rok</strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p><a href="http://tomekbergmann.com/ ">fot. Tomasz Bergmann</a><strong></strong></p>
<p>&#8211;</p>
<p>Słyszałam, że jesteście długodystansowcy. Na wszelki wypadek wyjmę z torebki elektronicznego papierosa.</p>
<p><strong>Będzie pani puszczać „dym z e-papierosa”?</strong></p>
<p>Mimo całej tej histerii nadal wolę papierosy bez „e”. Ale są miejsca, w których palić nie można. Dzięki e-papierosom nie tracę w nich kontaktu z rozumem. W ogóle dzisiaj wszystko zaczyna być „e”.</p>
<p><strong>A jak wygląda e-pierzaczek (<em>mityczna postać ze słuchowiska </em>Dym z papierosa<em> &#8211; przyp. red</em>.)?</strong></p>
<p>Tak samo, tylko ma przycisk. Z pewnością e-pierzaczka trzeba by było naciskać. Mam nadzieję, że wy nie przyciśniecie mnie za mocno.</p>
<p><strong>My jak Kazio (<em>realna postać ze słuchowiska</em> Dym z papierosa <em>- przyp. red.</em>) – będziemy delikatni, ciekawi i cały czas zdziwieni.</strong></p>
<p>Czym zdziwieni?</p>
<p><strong>Na przykład pani skocznością.</strong></p>
<p>No tak, rozmawiać ze mną w sposób uporządkowany nie sposób. Kiedyś robiłam wywiad ze Stefanią Grodzieńską. W pewnym momencie jednocześnie straciłyśmy wątek. Stefania stwierdziła, że świadczy to o bystrości naszych umysłów, które potrafią znienacka skakać z tematu na temat. Mam nadzieję panowie, że nadążycie za starszą panią.</p>
<p><strong>Uwielbia pani zaznaczać, że nie jest najmłodsza.</strong></p>
<p>I nie najpiękniejsza. Bo to prawda. Poza tym lubię być trochę pod prąd. Teraz wypada być młodym i pięknym, a ja &#8211; wprost przeciwnie. Najlepszy dowód, że w programie Szymona Majewskiego zdobyłam tytuł &#8222;Nie najpiękniejszej Polki 2010&#8243;, a jedno z wydawnictw zaproponowało Arturowi Andrusowi zrobienie ze mną wywiadu-rzeki. Jak najszybciej. Widocznie boją się, że za chwilę odejdę. Być może zresztą mają rację, bo jeśli nadal tak szybko będzie nam szło z tym wywiadem-rzeką, to nie wiadomo, czy prędzej wyjdzie książka, czy prędzej ja odejdę.</p>
<p><strong>Jeżeli wstrzyma się pani na parę godzin, przynajmniej my mamy szansę zdążyć.</strong></p>
<p>Postaram się. Ale przypominam, że palenie zabija.</p>
<p><strong>„E”&#8230;</strong></p>
<p>To podobno mniej, ale Polacy, oczywiście niepalący, nie wierzą. Tak jak ja nie wierzę,  że PLAYBOY chce ze mną rozmawiać. Sprawy seksu są dla mnie przeszłością, a z pamięcią zawsze miałam problemy. Jedyną datą, która coś mi mówi jest rok 1410. Nawet ślubu z Karolakiem nie pamiętam.</p>
<p><strong>Nie planowaliśmy rozmawiać o seksie.</strong></p>
<p>Naprawdę jesteście z PLAYBOYA?</p>
<p><strong>Możemy się wylegitymować.</strong></p>
<p>Nie trzeba. Przy moim wzroku legitymacje tylko mącą mi w głowie. Muszę wam powiedzieć, że w swoim życiu nie spotkałam zbyt wielu playboyów. Mój pierwszy na pewno nim nie był. Uprzedzając wasze pytanie, nie pamiętam swojego pierwszego razu. Zawsze dziwię się, że dzisiejsze gwiazdy o tym tak rozprawiają. Ja widzę tylko mgłę, nie pamiętam nawet imienia! Pamiętam tylko, że nie było źle, nie było też jakoś nadzwyczajnie wspaniale. Generalnie byłam chyba rozczarowana. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, ale po latach prób i doświadczeń jestem pewna, że seks jest przereklamowany.</p>
<p><strong>Kogo mogłaby pani wskazać jako wzór polskiego playboya?</strong></p>
<p>W czasach, kiedy troszkę się tym interesowałam, był nim Janusz Głowacki. Nie musiał się starać, stawać na głowie, chodzić na siłownię, trzymać diety&#8230; Gdziekolwiek by nie wszedł, wszędzie były chętne dziewczyny, niezależnie, czy byłby to ich pierwszy czy dziesiąty raz. Miał w sobie to coś. Zresztą , choć jest już silnie dorosły, nadal to ma. Mówię to nie z autopsji, tylko z obserwacji. Damsko-męskiej przygody z Januszem nie przeżyłam. Jakoś się, niestety, nie złożyło.</p>
<p><strong>Prawdziwych playboyów już nie ma?</strong></p>
<p>Oprócz waszego pisma? Nie rzucają mi się w oczy. Z tego co wiem (z innych pism, które czytam z racji swojej pracy) teraz jest raczej moda na ciacha. A mnie ten model nie kręci.</p>
<p><strong>A nasz naczelny panią kręci?</strong></p>
<p>Jak na moje lata, wystarczająco. Nie podobają mi się jego pełne usta, które  dla większości są pewnie seksowne. Dla mnie  raczej kobiece. Ale poza tym pan Marcin jest w porządku. Najbardziej polubiłam go po jego głośnej wpadce z przekleństwem na antenie TVN24. Kupił mnie tym całkowicie, być może dlatego, że siedziałam wówczas najbliżej niego. I widziałam, jak się tym przejął. Oczywiście nie tym, że ja byłam blisko, tylko, że jemu „z młodej piersi się wyrwało.”</p>
<p><strong>Kupuje pani PLAYBOYA?</strong></p>
<p>Tak, a kioskarki dziwią się: „Pozwala pani oglądać to mężowi?”. Kiedy mówię, że PLAYBOYA kupuję głównie dla siebie, dziwią się jeszcze bardziej. Ja zresztą też. Bo myślałam, że  przynajmniej w tym temacie jest już w Polsce normalnie.</p>
<p><strong>Jakie „dziewczyny są na ścianę, a jakie na życie” (<em>parafraza tytułu książki Marii Czubaszek – przyp. red.</em>)?</strong></p>
<p>Na ścianę takie, jak z waszych rozkładówek, na życie inteligentne, dowcipne, wyrozumiałe i niezależne finansowo. Tych pierwszych jest chyba znacznie więcej niż tych drugich. Dlatego fajnie popatrzeć na piękną dziewczynę i pofantazjować, trudniej pożyć z nią parę fajnych lat. Wydaje mi się, że w  związkach damsko-męskich to mężczyźni najczęściej dostają w dupę. Kobiety są  sprytniejsze, żeby nie powiedzieć cwańsze i silniejsze psychicznie. Nierzadko i fizycznie.</p>
<p><strong>Mówi to pani z własnego doświadczenia?</strong></p>
<p>Z własnego doświadczenia to ja wiem, że lepiej być starym facetem niż starą babą. Pocieszam się tylko, że nie jestem typową kobietą. Nigdy nie czułam instynktu macierzyńskiego i nie chciałam mieć dzieci. Udało się. Nie lubię dzieci, a co najważniejsze – nie potrafiłabym ich wychować. Mam zero zdolności i zapędów pedagogicznych. Nie tylko w stosunku do dzieci, ale również dorosłych. Większość moich związków rozpadała się między innymi właśnie dlatego. Nie wierzyłam, że mogę faceta zmienić. Albo akceptowałam jego wady, albo „żegnaj, misiu”. Nie rozumiem kobiet, które uwielbiają wychowywać i zmieniać. Szczerze mówiąc, najczęściej w ogóle nie rozumiem kobiet.</p>
<p><strong>A może pani ich nie lubi?</strong></p>
<p>Parę lubię. Większość bez przepychu.</p>
<p><strong>Bo  konkurencja?</strong></p>
<p>Moja konkurencja, panowie, na ogół już nie żyje. A przecież nie będę się kopać z koniem. Choćby różowym, Joli Rutowicz&#8230; A mówiąc poważnie, nigdy nie miałam przyjaciółki, nawet jako mała dziewczynka. Nie byłam chłopczycą, ale kolegowałam się tylko z chłopcami. Nie znosiłam tych wszystkich „przyjaciółeczek” trzymających się za rączki, a za plecami się obgadujących. I tak mi zostało do dzisiaj. Nie bywam na babskich wieczorkach, nie oglądam kobiecych programów typu „ Miasto kobiet” czy „Między kuchnią a salonem”. Dlatego m.in. lubię program Mellera, w którym na ogół jest jedna kobieta. I starczy.</p>
<p><strong>Czy kobiety mają gorsze poczucie humoru?</strong></p>
<p>Na pewno inne. I nierzadko ukryte. Zwłaszcza na Wiejskiej. Na przykład posłanka Nelly Rokita. Prawie zawsze  mówi śmieszne rzeczy, ale zawsze śmiertelnie poważnie. Albo damski Buster Keaton, albo naprawdę nie śmieszy jej to co sama mówi. Co by znaczyło, że nie ma poczucia humoru. Podobnie jak posłanka Sobecka, która swego czasu mówiła o gejostwie jednego z Teletubisiów. Wszyscy się śmiali, a ona – pełna powaga. Czy posłanka Kempa. Powiedziała kiedyś, że nie słucha premiera Tuska. Siebie chyba tym bardziej. Bo gdyby słyszała co mówi, i miała poczucie humoru, musiałaby się czasem „ugotować”! A tu nic. Chociaż…przepraszam. Raz, podczas obrad jakiejś komisji, uśmiała się do łez.</p>
<p><strong>Jest pani pewna?</strong></p>
<p>Oczywiście! Ryczała ze śmiechu! Nazajutrz, będąc rano  w TVN24, u Jarosława Kuźniara, dedykowałam jej nawet swoją piosenkę <em>Rycz, mała, rycz.</em></p>
<p><strong>Ale jest pani pewna, że posłanka Kempa ryczała akurat ze śmiechu?</strong></p>
<p>A z czego? Ze złości? Fakt. Niektóre kobiety tak mają. Dlatego m.in. nie trzymałabym się kurczowo parytetów. Kobiety podchodzą do polityki bardzo emocjonalnie. Niektórych mężczyzn, jak choćby Niesiołowskiego, też czasem ponosi, ale nie beczą.<br />
Przynajmniej przed kamerami. Pożrą się, ale nie popłaczą.</p>
<p><strong>Nie uważa pani, że kobiety łagodzą obyczaje?</strong></p>
<p>Łagodne tak. Ale takie raczej do polityki nie startują.</p>
<p><strong>Pani startowała na studiach?</strong></p>
<p>Na szczęście studiowałam krótko. Nigdy nie było we mnie specjalnej ciekawości wiedzy. Rok byłam na anglistyce i trzy lata na dziennikarstwie. Studiowałam razem z Markiem Piwowskim. I znowu muszę wrócić do parytetów! One mi się kojarzą z punktami za pochodzenie. Kiedy zdawałam na dziennikarkę, trzy czwarte osób zostało przyjętych dzięki tym punktom. A dziennikarzami zostało niewielu. Dlatego jestem przeciw wszelkim przywilejom. Za pochodzenie, status materialny, płeć czy za cokolwiek. Będąc za pełnym równouprawnieniem gejów i lesbijek, gdyby mieli dostawać jakieś punkty tylko dlatego, że urodzili się homo, też byłabym przeciw. Podobnie jak przeciw przywilejom dla hetero.</p>
<p><strong>Pamięta pani swoją pierwszą pracę zarobkową?</strong></p>
<p>Praktyki zawodowe w „Gazecie Krakowskiej”. Nie przepadam za Krakowem, więc było to prawdziwe zesłanie. Poza tym, licząc na zaliczkę a konto tego, co zarobię, zaraz po przyjeździe rozsiudałam wszystkie pieniądze. Zaliczki nie dali i nie miałam za co wykupić obiadów w redakcyjnej stołówce. Najpierw sprzedawałam butelki po wódce, znalezione w toaletach akademika, w którym mnie zakwaterowano. Na chleb i pasztet starczało, bo wtedy nie rządziła PO, więc nie było takiej drożyzny jak dzisiaj. Butelki jednakowoż w końcu się skończyły, krakowscy redaktorzy pożyczyć pieniędzy nie chcieli, a do wypłaty honorarium za praktykę jeszcze 3 tygodnie. I nagle-olśnienie! W redakcyjnej stołówce, na wszystkich stolikach były koszyczki z pokrojonym chlebem. Pewna, że to darmowy dodatek do obiadów,  capnęłam z każdego koszyczka po parę kromek i z pełną aktówką weszłam do redakcji. Wtedy zamek  w aktówce puścił i cały chleb się wysypał. Nikt nic nie powiedział, ale ich oczu okrągłych jak spodki i mego wstydu nigdy nie zapomnę.</p>
<p><strong>I dlatego zmieniła pani dziennikarstwo prasowe na radiowe?</strong></p>
<p>W radiu, na szczęście w Warszawie, po prostu z miejsca dostałam etat. Na początku pracowałam w Biurze Reklamy i wymyślałam hasła typu: „Najlepsza do prania jest pralka frania”. Nie wiem zresztą po co, bo i tak były tylko franie. Jak akurat rzucili. Ludzie kupowali wszystko, co się pokazało na rynku. W tej samej redakcji reżyser Jerzy Dobrowolski, robił co tydzień „Kabarecik reklamowy”. Z tekstami znanych autorów i w wykonaniu świetnych aktorów. Tak się złożyło, że potrzebował jakiejś młódki do pomocy. Ciężko w to uwierzyć, ale najmłodsza wtedy byłam ja! I tak się zaczęło. Najpierw „przynieś, podaj, pozamiataj”, asystowałam przy nagraniach wielkich aktorów i szalenie mi to imponowało. Potem zaczęłam przerabiać teksty Przybory i Minkiewicza, z prostej przyczyny &#8211; im się nie chciało. Jurek doszedł do wniosku, że dobrze mi idzie i muszę coś napisać sama. Mój pierwszy tekst „grali”: Irena Kwiatkowska, Wojtek Pokora, Boguś Kobiela i Jurek Dobrowolski. Zawsze miałam szczęście do znakomitych wykonawców.</p>
<p><strong>W redakcji była pani Marią czy Alicją?</strong></p>
<p>Alicją byłam od dziecka, ale tylko w  domu, i w szkole, do matury. Kiedy wydało się, że Alicja mam na drugie, a na pierwsze – niestety &#8211; Maria. Niestety, bo nie lubię tego imienia. Rodzice też woleli Alicję. Marię wymusili chrzestni. Tacy raczej z &#8222;łapanki&#8221;, bo urodziłam się (w Warszawie) niecałe 3 tygodnie przed wojną (wbrew pozorom, drugą nie pierwszą) i byłam chrzczona, można powiedzieć, &#8222;pod gradem kul&#8221;. Nie było więc wielu chętnych do udziału w tej uroczystości. Małżeństwo, które w końcu się zgodziło, uważało, że pierwsza dziewczynka w rodzinie powinna mieć na imię Maria. Żeby owca była syta i wilk cały, zostałam Marią Alicją. Do studiów dla wszystkich byłam Alą, potem już tylko dla rodziny. Dla reszty Marią.</p>
<p><strong>A jak mówi do pani mąż?</strong></p>
<p>Zajączko. To zdrobnienie od „Zajęczycy”. Bo on jest „Zając”.</p>
<p><strong>Skąd taka playboyowa ksywka?</strong></p>
<p>Też się nad tym zastanawiam. On zresztą też.</p>
<p><strong>Nas zastanawia fakt, że nigdy nie widzieliśmy Wojciecha Karolaka bez okularów.</strong></p>
<p>I nie zobaczycie, bo  Karolak bez okularów, to jak zając bez karabinu. Albo Bogart bez papierosa. Dla męża okulary to część ubioru.</p>
<p><strong>Czyli tylko pani zna jego inną twarz.</strong></p>
<p>Nie znam. Nie wiem, czy on je kiedyś zdejmuje.</p>
<p><strong>Przed snem musi.</strong></p>
<p>Ale my nie śpimy razem! Nigdy nie spaliśmy. Różne rzeczy można robić w łóżku we dwoje, ale spanie odpada. Nie wyobrażam sobie dzielenia łoża z drugą osobą.</p>
<p><strong>My nie wyobrażamy sobie, jak można złamać swojemu facetowi żebra.</strong></p>
<p>To było bardzo dawno temu, na samym początku znajomości. Żarliśmy się wtedy okropnie!  Siedziałam wkurzona na kanapie, on chciał mnie jakoś ułagodzić, nachylił się, więc go kopnęłam. Poszły mu dwa żebra. Wtedy żałowałam. Że tylko dwa.</p>
<p><strong>A dziś?</strong></p>
<p>Już się tak nie kłócimy. Na wszelki wypadek więcej gadam z psem niż z Karolakiem. Pies nigdy mi nie zaprzeczy, zawsze mnie wysłucha; wie, o co mi chodzi i jest sympatyczny do bólu.</p>
<p><strong>Psów się pani nie boi. Ale wiemy, że myszy tak. Jak bardzo?</strong></p>
<p>Nie tak jak PiS-u, ale na tyle, że wpadam w panikę. Wiem, że to głupie, ale tak niestety mam. Co gorsze, podobno  kobieta, która boi się myszy, ma kłopoty z seksem.</p>
<p><strong>A propos&#8230; Jakie są pani typy na naszą rozkładówkę?</strong></p>
<p>Zawsze i wszędzie Ania Przybylska. Już urodziła i pewnie znowu wygląda jak trzeba. Poza tym Doda i Edyta Herbuś, która „w  Hollywoodzie czuła się jak ryba we wodzie”, a  w PLAYBOYU też byłaby na swoim miejscu.</p>
<p><strong>Dwie pierwsze już były i nie pogniewamy się, jeśli wrócą na nasze łamy.</strong></p>
<p>A Edyty nie było? Dziwne. Jak mawia jeden z moich znajomych, sądząc z twarzy, niezła dupa. W ogóle zauważam, że młodzi są dzisiaj o wiele atrakcyjniejsi niż dawniej. Nie wiem z czego to wynika. Może lepiej się ubierają i rozbierają i bardziej dbają o siebie?</p>
<p><strong>O panią dbają inni. Od jak dawna telewizje śniadaniowe i nie tylko smarują panią wazeliną?</strong></p>
<p>Od momentu, gdy się zorientowali, że ludzie tak długo nie żyją, więc w każdej chwili mogę umrzeć. W związku z tym cały czas mnie zapraszają, bo zawsze może to być jakaś atrakcja: „Jeszcze wczoraj była w studiu, a dziś już nie żyje”. Na początku troszkę się broniłam, bo w moim wieku człowiek już nie ma parcia na szkło, ale niestety w ogóle nie jestem asertywna – nie potrafię mówić „nie”. Na ogół próbuję się jakoś wykręcić, ale widocznie mało przekonywająco. Zdaję sobie sprawę, że czasem godzę się na rzeczy, na które nigdy nie powinnam się godzić.</p>
<p><strong>Ma pani za dobre serce.</strong></p>
<p>Z tym się akurat nie zgodzę. Dobre serce mam tylko dla niektórych ludzi i dla wszystkich zwierząt. W tematach dotyczących traktowania zwierząt przez ludzi kompletnie nie mam poczucia humoru. Dlatego cieszę się, że nie mam pozwolenia na broń. Bo gdybym spotkała drani, którzy suczkę (wziętą parę dni wcześniej ze schroniska) ciągnęli na sznurku, za samochodem, aż w końcu urwali jej głowę, to bym ich normalnie odstrzeliła. A wyroku na pewno nie dostałabym w &#8222;zawiasach&#8221;. I zrobiłabym świństwo mojemu psu. On beze mnie się zatraca.</p>
<p><strong>A pani pies to Zygfryd czy Supron? Bo słyszeliśmy różne wersje.</strong></p>
<p>Tak naprawdę to Supron. Ale mąż czasami nazywa go Zygfrydem.</p>
<p><strong>Supron na cześć Andrzeja Suprona?</strong></p>
<p>Raczej przez. Przywieźli mi go (trochę bez mojej zgody) ze schroniska, kiedy wróciłam akurat z Gdańska, z Festiwalu Dobrego Humoru, gdzie wkurzył mnie Andrzej Supron.</p>
<p><strong>Jak pani zaszedł za skórę?</strong></p>
<p>Silnie. Najpierw mówił, jak kocha go kamera, potem jak się cieszy, że do oceny rozrywki wreszcie biorą fachowców. W domyśle takich jak on. No więc się wkurzyłam. A kiedy przywieźli mi tego pieska (którego, jak po roku się okazało, załatwił mi mój ulubiony Artur Andrus), w pierwszej chwili też się wkurzyłam. Po śmierci poprzedniej, ukochanej suczki, nie byłam jeszcze gotowa na nowego psa. Skoro go jednak już przywieźli (aż z Radomia zresztą) nie mogłam mu przecież zrobić świństwa i odesłać do schroniska. Trzeba więc było wymyślić mu imię. Bo &#8222;schroniskowy&#8221; Dropsik mi nie pasował. Wtedy Artur zaproponował, że skoro wkurzył mnie i piesek i Supron, to może właśnie Supron. Spodobało mi się.</p>
<p><strong>Nie sądzi pani, że prawdziwemu Supronowi mogłoby się to mniej spodobać?</strong></p>
<p>Nie spędza mi to snu z powiek.</p>
<p><strong>Pani jest podobno mistrzynią gaf&#8230;</strong></p>
<p>W czymś muszę być mistrzynią. A gafy rzeczywiście mi się zdarzają. Ostatnio, na wiadomość, że jedna z moich znajomych jest w ciąży, spytałam, czy nie da się jeszcze czegoś z tym zrobić. Zapomniałam, że ona od lat marzy o dziecku. Wyszło strasznie.</p>
<p><strong>Powtarza pani, że wszystko czym się w życiu zajmowała zawodowo to  głupoty. Niczego mądrego, czy choćby dobrego pani nie zrobiła?</strong></p>
<p>Wzięłam ze schroniska parę piesków i zapewniłam im fajne życie, a kiedy było trzeba, godną śmierć. W przypadkach beznadziejnych jestem za eutanazją. Również w przypadku ludzi. Jeśli, naturalnie, tego chcą. W razie czego sama bym chciała być tak „uśpiona” jak moje pieski. Druga dobra rzecz to to, że troszeczkę się przyczyniłam do wyjścia Wojciecha Karolaka z ciężkiego alkoholizmu. Natomiast jeśli chodzi o moje pisanie, to są to głupoty kompletnie bez znaczenia.</p>
<p><strong>Pisze pani tylko dla pieniędzy?</strong></p>
<p>Oczywiście! Nie po to żyję, żeby pisać, ale po to piszę, żeby żyć. A że nic innego nie potrafię, nie mam wyboru. Niedawno byłam jurorką w konkursie na blog roku, w kategorii „absurdalne i offowe”. Parę było znakomitych. Ale w trakcie czytania cały czas towarzyszyło mi zdziwienie, że ludziom chce się pisać za darmo. Mnie by się w życiu nie chciało. I tak zresztą mi się nie chce. Stąd pewnie piszę same głupoty.</p>
<p><strong>A jaką największą głupotę w życiu pani zrobiła?</strong></p>
<p>Pierwsze małżeństwo. Wyszłam za Czubaszka, chociaż nie był w moim typie. Chciałam się wyrwać z domu, a wpadłam z deszczu pod rynnę.</p>
<p><strong>Ma pani rodzeństwo?</strong></p>
<p>Mam siostrę, ale nie utrzymuję z nią kontaktu. Zresztą od dziecka jej nie lubiłam. Na szczęście ona od lat mieszka w Australii.</p>
<p><strong>I nigdy nie chciała jej pani odwiedzić?</strong></p>
<p>Nie cierpię podróżować. W Warszawie najdalej byłam na Piaskach, a tak w ogóle, to w Rumunii. Nie dla przyjemności, tylko dlatego, że pracowałam swego czasu w &#8222;Szpilkach&#8221; i naczelny kazał mi pojechać w ramach tzw. wymiany z rumuńskim pismem satyrycznym. Koszmar!</p>
<p><strong>A gdzie pani jeździ na urlopy?</strong></p>
<p>Od 30 lat nie jeżdżę. W ogóle mnie to nie interesuje. Nie lubię wyjeżdżać z Warszawy. Chciałabym tylko, żeby u nas było morze. Najlepiej na Mokotowie, gdzie mieszkam. Żebym nie musiała daleko jechać, na przykład na wspomniane Piaski, czy Kabaty.</p>
<p><strong>A gdyby panią zmusić do wyjazdu? Dokąd by pani mimo wszystko chciała się udać?</strong></p>
<p>Na Galapagos. Bo ładnie brzmi. No i są tam żółwie&#8230; Sprawdziłabym, czy Andrzej Mleczko miał rację, podpisując jeden ze swoich rysunków, że w życiu każdego żółwia przychodzi taki moment, że musi dać komuś w mordę. Na rysunku Mleczki żółw walnął słonia.</p>
<p><strong>Ale tam nie ma słoni.</strong></p>
<p>Bo może żółwie tak długo prały je po mordach, że biedne słonie w końcu pouciekały? To by mnie nawet nie dziwiło&#8230;</p>
<p><strong>Podobno dziwią panią rzeczy, które innych nie dziwią. Czekamy na przykłady.</strong></p>
<p>Dziwi mnie na przykład, kiedy w jakimś kolorowym pisemku lub tabloidzie, czytam, że Katarzyna Cichopek jest wielką aktorką. Jaką w takim razie aktorką była Irena Kwiatkowska? Dziwi mnie również, że sporo osób ufa szefowej PJN (<em>eks-szefowej, obecnie członkini PO &#8211; przyp. red.</em>). A nawet wice-szefowej. Według mnie Joanna Kluzik-Rostkowska, w czasie ostatniej kampanii prezydenckiej albo wciskała nam kit, że wierzy w przemianę Jarosława Kaczyńskiego, albo była na tyle naiwna, że w tę przemianę naprawdę uwierzyła. Jedno i drugie nie budzi mojego zaufania. Z kolei Elżbieta Jakubiak, która kubłami wylewała peany na cześć prezesa Kaczyńskiego, dla którego, podczas wspomnianej kampanii, przebrała się za dziecko-kwiat i, mimo żałoby, radośnie waliła w tamburino, teraz wali nie tylko w PO, ale i w PiS. Może nie po równo, ale wali. A mnie ze zdziwienia oczy się robią jak spodki.</p>
<p><strong>A co lub kto pani nie dziwi?</strong></p>
<p>Ci, którzy dotychczas zawsze głosowali, a teraz się wahają, czy wezmą udział w najbliższych wyborach. Sama się waham. Nie dziwi mnie również poparcie dla SLD. Lewica jest potrzebna. Ale z przewodniczącym, który przypomina mi wzorowego ZMP-owca? Nawet rozdawanie jabłek, zbieranie grzybów i pokazywanie się z dziećmi w przedszkolu mnie akurat nie przekonuje. A on widzi się już chyba premierem. Mam nadzieję, że nie szybko.</p>
<p><strong>Z dobrze poinformowanych źródeł wiemy, że lubi pani szybkich mężczyzn.</strong></p>
<p>W Formule 1. Generalnie, tak jak mój mąż, uważam, że przez sport do kalectwa. Ale wyścigi mnie kręcą. Od dziecka. Mieszkaliśmy na Rozbrat i ojciec zabierał mnie na wyścigi motocyklowe i samochodowe na Agrykolę. Do dziś pamiętam ustawiane przy chodnikach bariery ze słomy&#8230; Kiedy zaczęły się u nas transmisje z Formuły 1 moim  idolem został Ayrton Senna. Nie dosyć, że świetny kierowca, to jeszcze super przystojny! Był dla mnie uosobieniem męskości. Oglądałam wyścig, w którym się rozbił. Strasznie przeżyłam jego śmierć. Wtedy straciłam serce do Formuły 1. Tym bardziej, że zaczął wygrywać Michael Schumacher.</p>
<p><strong>Za brzydki?</strong></p>
<p>Nawet Niemiec nie musi być brzydki. A ten akurat jest brzydki jak musztarda. Widziałam paru przystojnych. Nawet kilka Niemek widziałam ładnych. A poważnie, nie mam nic do Niemców. Po prostu nie lubię brzydkich facetów. Zawsze powtarzam, że mężczyzna nie musi być brzydki. Co nie znaczy, oczywiście, że musi być piękny jak bracia Mroczek. Ale wolę, kiedy jest przystojny. Jak Woody Allen.</p>
<p><strong>Pani poważnie…</strong></p>
<p>Żartowałam. Urodę ma bez przepychu, ale on nie musi. I tak jest wielki. Dlatego nie widzę go w bolidzie.</p>
<p><strong>A Robert Kubica?</strong></p>
<p>Na pewno go jeszcze zobaczę. Niewykluczone, że pod koniec tego sezonu. To niesamowicie silny facet. A co do urody, na pewno jest przystojniejszy od Schumachera.</p>
<p><strong>Z kim jest pani mylona?</strong></p>
<p>Z Krysią Czubówną i Krysią Sienkiewicz. Z pierwszą podobno z głosu, z drugą z urody. Co w obu przypadkach odbieram jako komplement.</p>
<p><strong>Czy każdy szczyt ma swój czubaszek?</strong></p>
<p>Trudno powiedzieć.. Nie znoszę gór i w życiu nie wdrapałam się na żaden szczyt.</p>
<p><strong>Pani w ogóle nie lubi wielu przyjemnych rzeczy&#8230;</strong></p>
<p>Z wyjątkiem palenia. To lubię. Ale fakt, że nie lubię jeść, spać, odpoczywać pod gruszą, chodzić po lesie, grillować, wyjeżdżać zimą do ciepłych krajów, latem tym bardziej…</p>
<p><strong>To inaczej. Co pani lubi?</strong></p>
<p>Palić. Poza tym lubię Warszawę. Najbardziej w mglisty, pochmurny dzień.</p>
<p><strong>Dlaczego?</strong></p>
<p>Bo nie lubię słońca.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>O MUZYCE:<br />
Zdecydowanie wolę hip-hop od muzyki Piotra Kupichy, który ostatnio koncertował z zespołem Boys w Stanach. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Czytałam, że jak  pisze teksty piosenek, to musi mieć absolutny spokój. Żeby zagłębić się w sobie i wyrwać z duszy, co w niej gra. Apeluję: Chłopie, nie wyrywaj! Niech to zostanie w tobie!</p>
<p>O FILMACH:<br />
To nie moja bajka. Nie jestem wzrokowcem. A kino jest dla mnie miejscem, w którym nie można palić. Więc mnie nie ciągnie.</p>
<p>O FINANSACH:<br />
Jedna wielka zagadka. Nierzadko tracę płynność finansową. Wydaję na ogół wcześniej niż zarobię. Może dlatego, że choć wiem, że pierwszy milion trzeba ukraść, nigdy nie miałam okazji.</p>
<p>O POLITYCE:<br />
Interesuję się, ale biernie. Nigdy nie zapisałam się do niczego. Ani do  ZMS, ani ZMP, ani PZPR, ani nawet do Solidarności. W harcerstwie też nie byłam.</p>
<p>O ALKOHOLU:<br />
Na pewno, jak śpiewa Andrzej Grabowski, ma swoje dobre i złe strony. Piwa i wina nigdy nie lubiłam, na starość odrzuciło mnie też od wódki. Jedyny alkohol jaki od lat piję (bo lubię) to Campari. Z wodą i lodem.</p>
<p>O SESJACH W PLAYBOYU:<br />
Wydaje mi się, że każda gwiazda chciałaby się u was rozebrać, a jeżeli mówi, że nie, to chce wynegocjować większe pieniądze&#8230;</p>
<p>O TAŃCU:<br />
Powiem jak Andrzej Poniedzielski. Jeżeli taniec to mowa ciała, to moje ciało mówi „nie”. Sama nie tańczę, nie kręcą mnie również tańczący (zwłaszcza tzw. tańce towarzyskie) mężczyźni. Śmieszył mnie Mariusz Pudzianowski w „Tańcu z gwiazdami”. Nie tylko w przebraniu za Shreka.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/maria-czubaszek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Roman Kostrzewski</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/roman-kostrzewski/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/roman-kostrzewski/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 19 Jul 2011 09:00:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[MUZYCY]]></category>
		<category><![CDATA[Kostrzewski Roman]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3129</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Michał Łuczak &#8211; Jaki jest twój ulubiony rodzaj egzekucji? Mogę wam wskazać rodzaj najgorszy. Jest to niewątpliwie egzekucja komornicza. Poza tym egzekucją w moim przypadku było bycie ojcem, które zmienia okoliczności życiowe. Egzekucją bywały także kobiety, z którymi w łóżku rzecz jasna nie cierpiałem, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/07/Roman-Kostrzewski.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-3139" title="Roman-Kostrzewski" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/07/Roman-Kostrzewski.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 6, 2011 rok</strong></strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Michał <strong></strong>Łuczak</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Jaki jest twój ulubiony rodzaj egzekucji?</strong></p>
<p>Mogę wam wskazać rodzaj najgorszy. Jest to niewątpliwie egzekucja komornicza. Poza tym egzekucją w moim przypadku było bycie ojcem, które zmienia okoliczności życiowe. Egzekucją bywały także kobiety, z którymi w łóżku rzecz jasna nie cierpiałem, ale poza nim i owszem. Czasami żądały ode mnie takich funkcji i programów, iż naprawdę czułem, że stracę głowę. Krótko mówiąc, mimo że gadacie z żywym człowiekiem, przeżyłem parę egzekucji.</p>
<p><strong>Nieźle się zaczyna. Już twoja pierwsza odpowiedź ma szansę trafić na Pudelka.</strong></p>
<p>Jestem w wieku, w którym muszę uważać na wszelkiego rodzaju pudełka (<em>śmiech</em>). Nie ma już Dio, nie ma Moore’a, Nergal zachorował&#8230; Możliwość wejścia do pudła stale mi towarzyszy. Ale najwięcej i najchętniej pisałem o śmierci, gdy mnie w ogóle jeszcze nie dotyczyła. Młodzi ludzie chętnie podejmują tematy eschatologiczne, a życie na krawędzi bardzo ich kręci. Dla młodzieży odejście z tego świata jest najgorszą rzeczą, jaka się może zdarzyć.</p>
<p><strong>A ty otarłeś się o śmierć?</strong></p>
<p>Parę razy. Na przykład w Bytomiu przed knajpeczką skakali mi po gardle. Paru pijanych skoczków się znalazło&#8230; Straciłem przytomność. Było blisko. Ale nie mam pretensji i nie traktuję tego wybryku w kategoriach bandyckich. Alkohol brutalizuje ludzi. Jak się dowiedziałem, że jeden ze „skoczków” ma trójkę dzieci, to odpuściłem. Popełnił życiową głupotę i tyle. Odpuściłem, ale nie wybaczyłem.</p>
<p><strong>Jesteś prawdziwym Ślązakiem?</strong></p>
<p>Niby tak, ale dziś ciężko zdefiniować „prawdziwego Ślązaka”. W każdym razie z gwarą nie mam problemu. Urodziłem się w Piekarach Śląskich, a matkę i ojca mam z Katowic. Jedna babka o nazwisku Leisner wyszła za mąż za warszawiaka – właściciela firmy przewozowej. Przed wojną dobrze się im wiodło, po wojnie nie mieli środków do życia. Druga babka, o nazwisku Paluch, miała męża, który po wojnie mieszkał w Holandii. To był mój dziadek &#8211; człowiek, który przez całe życie nie przyznał się do swojej rodziny w Polsce, bo bał się – i słusznie &#8211; że ich u nas zgnoją. Według władzy ludowej dziadek był Niemcem, który służył w Wehrmachcie. Dopiero jego dzieci odnalazły nas w Polsce.</p>
<p><strong>Pewnie nie było łatwo, bo zmieniłeś nazwisko.</strong></p>
<p>Nazwisko Kostrzewski jest wymyślone. Zmiany dokonałem mając 23 lata. Głównie ze względów osobistych, ale także z bezczelności, gdy nabrałem ochoty na bycie muzykiem.</p>
<p><strong>Jak się nazywałeś wcześniej?</strong></p>
<p>Tak jak matka, która nazywała się Kollek, ale władza spolszczyła ją na Kołek. Z tego powodu miałem trochę nieprzyjemności w Domu Dziecka. Dzieciaki śpiewały: <em>Było morze, w morzu kołek, a na kołku był wierzchołek. Na wierzchołku siedział zając i nogami przebierając śpiewał tak: Moje nogi pachną cudnie, rano, wieczór i w południe. Gdy powąchasz jedną nogę, to upadniesz na podłogę, gdy powąchasz obie nogi</em>, <em>to nie wstaniesz już z podłogi</em>. Po tej piosence wiedziałem, że w przyszłości, gdy będę miał dzieci, to oszczędzę im trudności i dam im inne nazwisko.</p>
<p><strong>Nie mogłeś wziąć nazwiska po ojcu?</strong></p>
<p>Wiele lepszego nie miał! Nazywał się Mul, ale potem spolszczono go na Mola. W jego rodzinie byli filharmonicy, ale nie wierzę w determinizm artystyczny.</p>
<p><strong>Mol i Kołek dają&#8230; Mołek.</strong></p>
<p>Bardzo dziękuję, świetne skojarzenie, ale niestety, co widać, nie jestem z panią Magdą spowinowacony. W przeciwieństwie do dziewczyny, którą na pewno znacie. To moja bratanica &#8211; Violetta Kołakowska, która miała u was parę fajnych stron. Dzięki wam zobaczyłem cycki swojej bratanicy. Dziwne uczucie&#8230;</p>
<p><strong>W jakim wieku trafiłeś do Domu Dziecka w Dobrodzieniu i dlaczego?</strong></p>
<p>Miałem 4 lata. Ale nie chciałbym, żeby moja opowieść wyglądała dramatycznie. Jako dziecko nie przepadałem za tym miejscem i nie potrafiłem ocenić dobroci wynikającej z przebywania tam. Początkowo wszystkie dzieci uważają Dom Dziecka za krzywdę, ale potem odkrywają, pamiętając często ubóstwo i przemoc domową z „lat rodzinnych”, że to tak naprawdę zrządzenie losu. Ze mną było trochę inaczej. Moja matka nie miała szczęścia. Niestety wojna przejechała się po niej jak po kurwie. Mając 16 lat, została zgwałcona przez Rosjanina, który wziął ją jak zdobycz wojenną. Zgwałcił, bo według niego była Niemką, mimo że miała ojca Polaka. W ten sposób urodziła się moja siostra. Mój brat to też dziecko gwałtu. Tym razem matkę zgwałcił policjant. Ja byłem trzecim dzieckiem, pierwszym z miłości, ale za to odrzuconej. Mój ojciec był dużo młodszy – po prostu trafiła mu się dojrzała kobita&#8230; A jak wiadomo dojrzałe dziewczyny bywają agresywne i bardziej otwarte, szczególnie po alkoholu.</p>
<p><strong>Kim byli rodzice?</strong></p>
<p>Ojciec pracował w górnictwie, był ratownikiem, a więc cieszył się szacunkiem. Matka, jak na prawdziwą Ślązaczkę przystało, zwyczajowo nie zajmowała się żadną pracą. Nie była ambitna. Myślę, że traumy wojenne za mocno ją pokiereszowały. Pochodziła, jak już mówiłem, z dosyć bogatej rodziny, więc nikt nie myślał o jej kształceniu. Jej przyszłością nie miała być praca, tylko dom. Po wojnie firma przewozowa dziadka została przejęta przez Niemców i życie we względnym dobrobycie brutalnie się skończyło. Matka własnego domu nie założyła. Dziś oboje rodzice już nie żyją.</p>
<p><strong>W Domu Dziecka byłeś sam?</strong></p>
<p>Trafiłem tam ze starszym o pięć lat bratem, więc było mi lżej – miałem swojego pierwszego obrońcę. Szybko nauczyłem się jednak samodzielności – w Domu Dziecka to normalka. Cech rodzinnych nie da się tam przyswoić, ale społeczne jak najbardziej. Poza tym odkryłem szybciej niż rówieśnicy mieszkający w normalnych warunkach, dziecięcy erotyzm. Masa zabawy, wspólnej pracy, piękne przyjaźnie – tak widzę dziś mój czas w Domu Dziecka. To było, wbrew pozorom, bardzo kolorowe dzieciństwo, które spowodowało, że być może jestem bardziej wielowymiarowy i dynamiczniejszy od niektórych „normalnych” rówieśników.</p>
<p><strong>Masz kontakt z tamtymi koleżankami i kolegami?</strong></p>
<p>Nieczęsto, ale mam. Traktujemy się trochę jak rodzina. Jedna z koleżanek z Domu Dziecka była wychowawczynią mojej córki w przedszkolu.</p>
<p><strong>Dom Dziecka to takie trochę gorsze kolonie?</strong></p>
<p>Bez przesady! Dom Dziecka nie jest wolny od przemocy. Ale nie permanentnej. Zdarzały się różnego rodzaju przykrości, nawet chamskie i zbrodnicze – jak w życiu. Na przykład jeden z wychowawców ukradł kiedyś radio i zwalił to na dziecko. Chłopak dostał straszny wpierdol od milicji. Intuicyjnie byłem świadomy pewnych praw dzieci i często stawałem w obronie niektórych. Nie znosiłem rutyny kadry wychowawczej, która przejawiała się biciem. Byłem przewodniczącym Domu Dziecka, takim pośrednikiem między dziećmi a wychowawcami i myślałem, że wolno mi więcej. Miewałem poważne scysje.</p>
<p><strong>Z konsekwencjami?</strong></p>
<p>Chodziłem do górniczej szkoły zawodowej, a potem do zwykłej szkoły średniej. Dobrze się uczyłem, można powiedzieć, że byłem takim luzackim kujonem. Na maturze miałem same piątki, tylko z fizyki dostałem czwórkę. Wiadomo było, że dzieci, które nie miały problemów z nauką, mogły mieszkać w Domu Dziecka dłużej, nie musiały z niego wychodzić w wieku 18 lat. Mimo dobrych wyników w nauce, i tak mi to nie groziło, bo byłem przez wychowawców uważany za nonkonformistę. W sumie jednak cały czas doceniam rolę takich miejsc jak Domy Dziecka. Dzięki nim ich wychowankowie do dziś potrafią prawdziwie rozkoszować się szczęściem. Jakimkolwiek. Zawdzięczają to państwu.</p>
<p><strong>Jesteś państwowcem?</strong></p>
<p>Jestem i zawsze będę. To państwo mnie wychowało. Byłem niejako ofiarą ówczesnej propagandy sukcesu, która twierdziła, że dzieci z Domu Dziecka są przez państwo zabezpieczane. Gówno prawda. Dobrze, że po ukończeniu 18. roku życia mogliśmy przynajmniej mieszkać w hotelach robotniczych.</p>
<p><strong>Jako górnicy?</strong></p>
<p>A nawet studenci. Zacząłem wtedy studia na Wydziale Elektrycznym Politechniki Śląskiej i jednocześnie pracowałem w kopalni Rozbark na dole. Jeszcze w Domu Dziecka potrafiłem zrzucić samotnie z wagonu 30 ton węgla, tylko po to, żeby trochę zarobić. A ponieważ o górnikach powstawały wówczas miłe pioseneczki, wydawało mi się, że praca w kopalni będzie dla mnie wszystkim. Dosyć szybko jednak doszedłem do wniosku, że skoro już wiem, jak się pracuje fizycznie, to może należałoby popracować w inny sposób.</p>
<p><strong>W przeddzień stanu wojennego poznałeś chłopaków z Kata.</strong></p>
<p>W trakcie drugiego dnia przeglądu Silesian Rock. Grali bez wokalisty, więc idealnie się złożyło. Strasznie mnie wtedy rozśmieszała ich nazwa. Dało się wyczuć, że wymyśliły ją dzieci. Porównując ją na przykład z Budką Suflera, była mało eufemistyczna (<em>śmiech)</em>. Dogadaliśmy się i umówiliśmy na spotkanie, które odbyło się znacznie później niż planowaliśmy. Stan wojenny kojarzy mi się więc wielowymiarowo.</p>
<p><strong>Nie spotkaliście się szybko, bo się zamotałeś w politykę.</strong></p>
<p>Na kopalni wszyscy mnie znali, bo byłem elektrykiem, ale również malarzem. Dla przyjemności malowałem akwarele, dla zarobku znaczyłem ściany, włączniki i wyłączniki. Przyszedł stan wojenny. Poszła iskra – strajkujemy! Na forum publicznym zaproponowałem, żeby na przewodniczących strajku wybrać takich, którzy nie mieli dzieci i rodziny. No i wybrali między innymi mnie (<em>śmiech)</em>. Było to zabawne, bo w Solidarności nie miałem żadnej funkcji, byłem zwykłym, szeregowym członkiem.</p>
<p><strong>Potem oskarżono cię o organizację strajku</strong>.</p>
<p>Mnie i jeszcze dwóch facetów. Przyjechało po nas wojsko i postraszyło. Mieli czym, tym bardziej, że nie byliśmy uzbrojeni, a ich było z 200. Spacyfikowali nas zawodowo. Na posterunku widziałem wtedy bardzo zmęczonych zomowców. Wszyscy byli na amfie i wszyscy podnieceni, że złapali goryla, czyli mnie. Jako jedyny miałem tam długie pióra. W areszcie spędziłem miesiąc. Głównie siedziałem na pryczy i śpiewałem King Crimson.</p>
<p><strong>Który kawałek?</strong></p>
<p>Całą pierwszą płytę (<em>śmiech</em>). Na rozprawie mieli ze mną problem, bo wyszło na to, że człowiek z Domu Dziecka został źle wychowany przez państwo ludowe! Dlatego też nie było świadków i oddalono zarzuty, ale nie uniewinniono. Przyjechała czarna Wołga, która zawiozła mnie na posterunek i rozpętała się bardzo długa dyskusja. Propozycję współpracy odrzuciłem, tłumacząc, że w Domu Dziecka tego typu postępowanie było bardzo surowo karane. Wtedy oświadczono mi, że po wyjściu z budynku wywiozą mnie za granicę i nie będę mógł do końca życia przebywać w Polsce. Na to nie byłem przygotowany. Miałem tu dziewczynę, przyjaciół i perspektywę Kata, która zresztą wyeliminowała moje ambicje edukacyjne. Na studiach nie zaliczyłem nawet semestru, czas pierwszej sesji spędziłem w pudle. Wizja tego, kim będę po studiach wydała mi się po wszystkich przeżyciach zniechęcająca. Byłem sfrustrowany. W konsekwencji podpisałem lojalkę, czyli oświadczyłem, że będę stosował polskie prawo i nie będę go naruszał w szczególności w zakładzie pracy. Dziś jestem przeciwny żenującemu oskarżaniu ludzi, którzy podpisywali takie lojalki. Jeżeli ktoś miał wówczas rodzinę, robił słusznie.</p>
<p><strong>Wróciłeś do kopalni?</strong></p>
<p>Tak i czekała tam na mnie niespodzianka. Dostałem „awans” na stanowisko brygadzisty gospodarczego. Jego obowiązki były głównie fizyczne, polegały na dźwiganiu różnych ciężkich przedmiotów. Dodatkowo zacząłem zarabiać o połowę mniej niż przed stanem wojennym. Wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę znaleźć życiową alternatywę. Po roku zwolniłem się.</p>
<p><strong>Wojsko nie ścigało?</strong></p>
<p>Ścigało, ale udało mi się wyłgać, co w tamtych czasach świadczyło o nieprzeciętnych umiejętnościach. Symulowałem permanentne branie narkotyków. Wbrew pozorom nie było to proste, bo byłem czysty. Zresztą ja w ogóle stronię od ciężkich używek. Znam je, ale nie korzystam. Natomiast jeśli wyniknie jakieś spotkanie towarzyskie, to nie odmawiam alkoholu i ziółka.</p>
<p><strong>Będąc jeszcze brygadzistą, byłeś też członkiem Kata. To był twój pierwszy zespół?</strong></p>
<p>Początki były znacznie trudniejsze. W Domu Dziecka śpiewałem dla milicjantów w ramach Dnia Milicjanta (<em>śmiech</em>). Mundurowi przychodzili z prezentami, które rozdawali „za coś”. W moim przypadku była to piosenka: <em>Milicjant to naprawdę nasz przyjaciel bliski; przyjaciel, który myśli życzliwie o wszystkich.</em> Próbowałem zaśpiewać to dwa razy, ale dochodząc do słowa „nasz”, blokowałem się. Na twarzy purpura, wstyd jak cholera &#8211; nigdy tego nie zapomnę. Ale przytulaka dostałem! Później w szkole górniczej miałem kapelę, w której śpiewałem Niemena.</p>
<p><strong>Mniej więcej wtedy spędzałeś czas pod abażurem z prezerwatywy?</strong></p>
<p>Tak! Mieszkałem z takim jednym panczurem w jego mieszkaniu. „Projektowaliśmy wnętrza” w sposób bardzo autorski. Po jednej z wielu imprez ujrzeliśmy takie coś – abażur nad żarówką, do połowy napełniony. Nikt nie pamiętał, kto wpadł na taki pomysł. Nasza stylizacja robiła na gościach ogromne wrażenie. Jadaliśmy wtedy takie wynalazki jak placki z mąki ziemniaczanej &#8211; każdy placek miał konsystencję kauczuku i starczał na 4 godziny jedzenia!</p>
<p><strong>Minęło parę lat niedojadania i Kat stał się prawdziwą gwiazdą. Mieliście nawet trasę z Hanoi Rocks. Słyszeliśmy, że był to jeden z najbardziej rozrywkowych okresów w waszej historii.</strong></p>
<p>Hanoi Rocks byli wówczas określani jako jedna z trzech najbardziej widowiskowych kapel na świecie. My, ludzie zza żelaznej kurtyny, nie wierzyliśmy własnym oczom. Faceci byli egzaltowani, świetnie ubrani, doskonale zorganizowani, profesjonalni, a do tego cały czas na w pełni kontrolowanym rauszu. Chłopcy non stop sączyli whisky i wiedzieli, jak się dobrze zabawić. Kiedyś nawet jeden z nich nam się zgubił. Trafiliśmy na przypadkowe weselicho, zatankowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie okazało się, że w autokarze jedno miejsce jest wolne. Zawróciliśmy i spotkaliśmy go, idącego na bosaka środkiem polskiej wsi &#8211; w atłasach, w makijażu, w kapeluszu, z wódką w dłoni. Przeszedł tak kilkanaście kilometrów. Niedźwiedzia nie spotkał, ale wyobrażacie sobie, jakie to było dla niego przeżycie.</p>
<p><strong>Jak Hanoi Rocks odbierali wtedy Polskę?</strong></p>
<p>Znakomicie. Oto przykład: lądujemy w lokalu. Chłopaki chcą się napić tego, „co mają na półkach”. Nie ma wermutu, ale jest gin. Proszą o tonik. Nie ma toniku. No to może z lodem? Nie ma lodu. I tu wystąpił szczery smutek wraz ze zrozumieniem, że w Polsce zabrakło wody (<em>śmiech</em>). Wówczas nad Wisłą łatwiej było zdobyć kompot niż marihuanę, która jeżeli w ogóle pojawiała się w środowiskach muzycznych, to niesłychanie rzadko. Pamiętam, że ktoś z polskiej ekipy podarował chłopakom cały worek ziela. Chciał pokazać zachodniej kapeli, że u nas jest naprawdę „cool”. Hanoi Rocks mieli wtedy dwa dni do wyjazdu. Musieliśmy kręcić jointy grubości hawajskich cygar&#8230; Dzięki Finom przypomnieliśmy sobie, jak uprawiać sztukę tak, aby nie przestała być zabawą. Bo często sztukę tworzy się w spięciu, z pompatycznością. Biada takim twórcom, bo wtedy twórczość przerasta autorów.</p>
<p><strong>Ciebie nigdy nie przerosła?</strong><br />
Oj, nie raz. Pamiętam, jak w kieleckiej hali facet krzyczał do mnie: „Naucz się śpiewać, gościu! Naucz się śpiewać!” (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jakie mieliście wtedy doświadczenia z cenzurą?</strong></p>
<p>Rzadkie, bo metal nie był muzyką, która istniała w mediach. Ideologia socjalizmu nie mogła się wspierać na tego typu twórczości. Pamiętam, że musieliśmy zmienić <em>Ciszę wymarłych światów</em> na <em>Oddech wymarłych światów</em>. Dlaczego? Ciężko się domyślić.</p>
<p><strong>W mediach was nie było, ale jednak ówczesna młodzież odbierała waszą muzykę w inny sposób niż dziś.</strong></p>
<p>Wtedy młodzież lokowała w muzyce wiele swoich oczekiwań. Muzyka dostarczała wolnościowych emocji. W rygorystycznym państwie taka funkcja sztuki była nie do przecenienia. Dzisiejsza młodzież kompletnie inaczej odbiera muzykę i nie łączy jej z wartościami najwyższymi. Treści, które ujawniali w latach 80. metale, na tle ogólnej sytuacji społecznej, wydawały się pewnie mało interesujące, ale czym innym jest próba definiowania ogólnonarodowego wymiaru wolności, a czym innym opowiadanie o wolności indywidualnej. My trafialiśmy do jednostek, a nie do społeczeństwa jako takiego.</p>
<p><strong>Jakie są różnice między młodzieżą z tamtych lat a tą współczesną?</strong></p>
<p>Za komuny dzieciaki mniej piły, dzięki czemu zabawa trwała dłużej. Badały granice, były mniej powściągliwe, improwizowały, a jak wiadomo improwizacja to podstawa. Wtedy erotyka słowa zaczyna dotykać piersi i ud. Czasami wystarczyła jedna impreza, żeby mieć dziewczynę do końca życia albo przynajmniej na parę sezonów <em>(śmiech</em>). Dziś niechcący jestem w takim wieku, że młodzi ludzie nie zapraszają mnie na wspólne imprezki. Wstydzą się albo są przekonani, że jestem za sztywny. Za pośrednictwem PLAYBOYA chciałbym oświadczyć, że nie jest ze mną tak źle. Ostatnio na przykład w hotelu urządziłem chłopakom z zespołu kocówę. Biegałem z poduszką po pokojach i ich tłukłem. Na pewnym etapie mojego rajdu, usłyszałem obcy głos: „Przepraszam, czy mógłby pan zostawić mnie w spokoju?”. Wpadłem z poduchą nie do tego pokoju, co trzeba (<em>śmiech</em>). Musiało to wyglądać przekomicznie – starszy pan z poduszką w rękach skrada się do nieznanego sobie faceta, żeby urządzić mu kocówę. Nie wiedziałem, jak mam gościa przepraszać. Z podkulonym ogonem wróciłem do wyra.</p>
<p><strong>Czy wśród groupies Kata zdarzały się anioły?</strong></p>
<p><em></em>Oczywiście zdarzały się dziewczyny, które przebywały wśród chmur. Zresztą był to mój główny powód bycia muzykiem – dziewczyny.</p>
<p><strong>Biustonosze nadal lądują na scenie?</strong></p>
<p>Cały czas. Powiem więcej, czasami dziewczyny pokazują cycule.</p>
<p><strong>Kiedy?</strong></p>
<p>W trakcie występu. Po oczywiście też. Na metalowych koncertach nigdy nie było problemów ze swobodą. Sporo dziewczyn wykazuje dużą otwartość obyczajową, która świadczy o potencjale tej muzyki. Gdyby nie było w niej erotycznych pokładów, nie byłaby w ogóle interesująca.</p>
<p><strong>A gdyby raptem cycule zniknęły?</strong></p>
<p>Zdziwiłbym się. To by znaczyło, że ktoś nam je skrycie „wyjął”.</p>
<p><strong>Dla niektórych głównym powodem oglądania was na żywo także były cycule. Wynajmowaliście striptizerki czy robiliście castingi wśród fanek?</strong></p>
<p>Castingi były po sztuce, w koncertach brały udział tylko profesjonalistki. Nie mogliśmy sobie pozwolić na taką frywolność, żeby ich nie zatrudniać. Ograbić sztukę metali z czegoś takiego byłoby nadzwyczajnym zubożeniem. W końcu wszyscy byliśmy wychowani na dansingach (<em>śmiech</em>). Panie striptizerki były na ogół przerażone naszymi występami. Różnica między lokalem hotelowym a Spodkiem była ogromna. Szatan, hałas, światła, a do tego prosta choreografia ich występu często były nie do przeskoczenia. Najważniejsze dla nich było jednak to, że byliśmy wypłacalni&#8230;</p>
<p><strong>Zawsze cali i zdrowi?</strong></p>
<p>Na ogół tak. Mnie popieściło tylko raz, w sali prób. Miglanc elektryk doprowadził nam trzy fazy, co spowodowało, że instrumenty różniły się ilością strun i napięciem. Ustami dotknąłem mikrofonu tak, że odfrunąłem i upadłem na solidną skrzynię. Ona wytrzymała, moje żebra nie. Ale zrosły się, nie narzekam.</p>
<p><strong>Ile zagranicznych koncertów za komuny zagrałeś?</strong></p>
<p>Jeden – w Czechosłowacji. Większość chłopaków z zespołu miała nieuregulowany stosunek do służby wojskowej, co skutecznie eliminowało nas z takich przygód. Nie mieliśmy układów z ówczesną władzą, więc odpadały wyjazdy do tak zwanych krajów zaprzyjaźnionych. Poza tym, jak wiadomo, była bariera kulturalna i finansowa. Nie mieliśmy więc czego szukać także na Zachodzie.</p>
<p><strong>Zastanawiałeś się kiedyś, ile kaset sprzedaliście?</strong></p>
<p>Nie miało to specjalnego znaczenia, bo nie wzrastaliśmy w takim świecie jak dzisiaj. W sztuce interesowało mnie przede wszystkim to, gdzie są granice i jak daleko można pójść. Wielu mówiło: „to jest muzyka satanistyczna”. Gówno, a nie muzyka satanistyczna! Chodziło mi o sztukę, w której istnieje pełna dowolność opowiadania. To mnie interesowało, a nie ilość sprzedanych kaset. Tym bardziej, że na tych kasetach zarabiali inni.</p>
<p><strong>Widziałeś w internecie swój taniec, do którego ktoś podłożył dźwięk z <em>Jesteś szalona</em> zespołu Boys?</strong></p>
<p>Ten filmik jest niebywale śmieszny. Jestem urzeczony zdolnościami autora. Połączyć ze sobą tak bardzo rożne rodzaje sztuki, to dopiero wielka sztuka!</p>
<p><strong>Twoja sceniczna choreografia znacząco odbiega od metalowych standardów.</strong></p>
<p>Nigdy się nie stylizowałem na kogoś innego. Nie trenowałem min przed lustrem. Taki po prostu jestem. Ale przeżyłem kilka sytuacji, kiedy zarzucano mi odejście od „metalowej czystości”. Zwykle robiły to osoby, które nie rozumieją, że metal jest konwencją, a nie ideologią. Żadna konwencja nie będzie mnie powstrzymywała przed zakładaniem różowych slipek, kiedy mam akurat taką fantazję. Nie wzbraniam się także przed odwiedzaniem kościołów. Często są to bardzo ciekawe zabytki.</p>
<p><strong>Myślałeś kiedyś o akcie apostazji?</strong></p>
<p>Taki akt wyraziłem wyraźnie. Kiedy moja była żona – nie prosząc mnie rzecz jasna o ślub kościelny – sama chciała złożyć ślubowanie przed Bogiem, wystosowała odpowiedni wniosek. Po rozpatrzeniu sprawy na szczeblu biskupim, dostała odpowiedź, że kościół nie zezwoli jej na to, ze względu na mnie (<em>śmiech</em>). Kiedy bez mojej wiedzy próbowała ochrzcić potem nasze dziecko, sytuacja się powtórzyła. Chrzest się nie dokonał. Nie potrzebuję kwitka, że wypisałem się z kościoła. Przede wszystkim ja się tam nie zapisywałem. Religia narzuca swoją konwencję, determinuje postawy społeczne i wbrew pozorom wcale nie odwołuje się bezpośrednio do duszy. Tę rolę spełnia o wiele lepiej sztuka. Dlatego ja wolę uprawiać tę drugą. A żeby to robić, nie potrzebuję oficjalnego skreślenia z listy wiernych.</p>
<p><strong>Masz troje dzieci. Ale samotnie wychowujesz jedno&#8230;</strong></p>
<p>Natalię, która ma teraz 15 lat. Trwa to już długo i radzę sobie chyba nieźle. Utrzymuję kontakt z mamą Natalii, więc córka zawsze ma gdzie pójść, kiedy ruszam w trasę. Prawo w Polsce w przypadku rozpadu rodziny zwykle jest po stronie matki. My jednak byliśmy na tyle praktyczni, że potrafiliśmy rozsądnie to wszystko ułożyć bez drogich usług Temidy. Moja starsza córka Carmen jest już mężatką i mieszka w Liverpoolu. Syn Natan jest dokładnie w wieku Carmen, bo w tamtym czasie do dziewcząt puszczałem lewe i prawe oko. Oczywiście boli mnie, że kontakt z nimi nie był za częsty&#8230;</p>
<p><strong>A czy ludzie czasami dają ci odczuć, że boli ich twoja twórczość?</strong></p>
<p>Nie, bo nie można mieć mi za złe, że robię to, co robię. Metal nie jest muzyką dotowaną ze środków publicznych. Nikogo w ten sposób nie zubażam. Wręcz odwrotnie &#8211; wzbogacam duchowo tych, którzy mają na to ochotę.</p>
<p><strong>My mamy ochotę spytać cię o twoje propozycje na nasze rozkładówki.</strong></p>
<p>Zawsze lubiłem i do dziś lubię spikerki. Wydaje mi się, że warto by było wyeksponować tak piękną kobietę jak Grażyna Torbicka. Innym, starszym spikerkom, darujmy, co nie oznacza, że wciąż nie są wspaniałe. Fajnie by było też popatrzeć na kilka sportsmenek, na przykład gimnastyczek. Moglibyście też spróbować uchwycić urodę pań nie związanych z show biznesem. Jeśli chodzi o nazwiska – dajcie mi się przespać z tym tematem (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>A znasz już nazwisko Beckham?</strong></p>
<p>Tak. To piłkarz. Kiedyś zapytano mnie, kto to jest i faktycznie nie wiedziałem. Nie jestem wielkim fanem piłki nożnej, ale bardzo lubię sport. Amatorsko trenowałem biegi długodystansowe. Intensywnie grałem też w tenisa. Sukcesy Fibaka bardzo mnie wtedy uskrzydlały. Nawet zbudowałem w szkole kort. Wykopaliśmy dół, zasypaliśmy żwirkiem, ubiliśmy na skałę i było naprawdę dużo radości do czasu, gdy kością ogonową walnąłem w słupek. Później zainteresowały mnie sporty walki. Byłem judoką w Czarnych Bytom. Wszystko to jednak przegrało z muzyką. Ale do dziś mam dobrą wytrzymałość, co widać na scenie.</p>
<p><strong>Słyszeliśmy, że kiedyś miałeś dziewczynę sportsmenkę.</strong></p>
<p>Kulturystkę! Była młodą osobą, bardzo zaangażowaną w to, co robi. Mistrzynią Polski i zawodniczką osiągającą sukcesy międzynarodowe. To był hardcore! Kobiety zaangażowane sportowo są po prostu totalne.</p>
<p><strong>My znamy twoją totalną wypowiedź: „Mój stosunek do seksu analnego jest przyzwoity, poczciwy, a nawet ludzki”. Czyli jaki?</strong></p>
<p>Humanistyczny (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Zastanawiamy się, czy zgodziłbyś się na udział w reality show a la Ozzy Osbourne?</strong></p>
<p>Wykazałbym się podobną ignorancją w dziedzinie dzisiejszej popkultury. Nie miałbym pojęcia, kim jest Justin Bieber i kompletnie bym się skompromitował. A moja córka, jak i miliony innych nastolatek, kocha się w tym chłopcu! Bardzo ją zresztą rozbawił odcinek<em> Rodziny Osbourne&#8217;ów</em>, w którym gościnnie wystąpił ten cały Bieber. Ozzy naprawdę nie wiedział, kogo mu sprowadzili (<em>śmiech</em>). A mówiąc poważniej, myślę, że nie nadawałbym się do takiego show. Wystąpiłem raz u Kuby Wojewódzkiego, co było dziwnym doświadczeniem. Nie pasowałem tam zupełnie. Nie nadaję się do świata, który ma tak cholernie dużo szminy.</p>
<p><strong>Czy po tak długim życiu w świecie trzech szóstek, wiesz już, że nie taki diabeł straszny?</strong></p>
<p>Szatan przez te wszystkie lata okazywał się wielkim dżentelmenem.</p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>Brzmienie gramofonu Bambino można porównać tylko do brzmienia kołchoźników.</p>
<p>Pierwszy mój koncert to Skaldowie.</p>
<p>Mam wielki szacunek dla Maryli Rodowicz.</p>
<p>Mentalność ludzi za czasów PRL-u odpowiadała mi zdecydowanie bardziej. Wszyscy byli<br />
bliżej siebie. Czuło się, że jest w nas więcej głębi.</p>
<p>Mój Dom Dziecka był w Dobrodzieniu, zawsze kojarzonym z meblami. Dzisiaj produkuje się tam meble Kler.</p>
<p>Kopalnia jest jak ulica – wszystko się może zdarzyć. Tylko na ulicy to my musimy płacić, a w kopalni to nam płacą.</p>
<p>Mój radykalizm na pewno wziął się z moich przeżyć. Koledzy z dawnego zespołu mieli troskliwych rodziców, nigdy nie pracowali, nikt nie przystawiał im giwery do skroni&#8230;</p>
<p>Zawsze dbamy o dobrą formę akustyka. Dopingujemy go wszelkimi możliwymi środkami (<em>śmiech)</em>.</p>
<p>Mimo, że nie żyję rutynowo, mój life nie musi mi dostarczać zbyt wielu szaleństw. Scena i muzyka całkowicie wystarczają.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/roman-kostrzewski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tomasz Kot</title>
		<link>http://wywiadowcy.pl/tomasz-kot-2/</link>
		<comments>http://wywiadowcy.pl/tomasz-kot-2/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 11 Jul 2011 14:57:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>arek</dc:creator>
				<category><![CDATA[AKTORZY]]></category>
		<category><![CDATA[Kot Tomasz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wywiadowcy.pl/?p=3115</guid>
		<description><![CDATA[PLAYBOY nr 6, 2011 rok TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke fot. Agnieszka Kot &#8211; Czasami czytam wasze wywiady i wyczuwam, że trzeba być w nich atrakcyjnym i śmiesznym. Nie wiem, czy sprostam zadaniu. Możesz być nieatrakcyjny i poważny. Oby ten wywiad był ciekawszy od poprzedniego (chodzi o rozmowę dla PLAYBOYA z 2006 roku – przyp. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/07/Tomasz-Kot-2011.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-3121" title="Tomasz -Kot-2011" src="http://wywiadowcy.pl/wp-content/uploads/2011/07/Tomasz-Kot-2011.jpg" alt="" width="350" height="227" /></a>PLAYBOY nr 6, 2011 rok</strong></p>
<p><strong>TEKST: </strong><strong>Arkadiusz Bartosiak, </strong><strong>Łukasz Klinke</strong></p>
<p>fot. Agnieszka Kot</p>
<p>&#8211;</p>
<p>Czasami czytam wasze wywiady i wyczuwam, że trzeba być w nich atrakcyjnym i śmiesznym. Nie wiem, czy sprostam zadaniu.</p>
<p><strong>Możesz być nieatrakcyjny i poważny. Oby ten wywiad był ciekawszy od poprzedniego (<em>chodzi o rozmowę dla PLAYBOYA z 2006 roku – przyp. red.</em>).</strong></p>
<p>Wtedy miałem menedżerkę, której nie powinienem w ogóle słuchać. Doradziła mi, żeby podczas autoryzacji powykreślać wszystko, co było choćby trochę kontrowersyjne. Potem żałowałem. Błędy młodości, rozumiecie&#8230;</p>
<p><strong>Rozumiemy, że spotykamy się z innym facetem. Wydoroślałeś i zhardziałeś. </strong></p>
<p>Można tak powiedzieć. Po <em>Camera Cafe</em> dla wszystkich byłem Tomkiem. Po <em>Niani</em> nagle stałem się panem Kotem. Widocznie za dobrze wyglądałem w garniturze (<em>śmiech</em>). A tak na serio, to rzeczywiście dużo się u mnie zmieniło. Przyszedł moment, o którym marzyłem od 25. roku życia, czyli przedział między trzydziestką a czterdziestką. Jest super, w przeciwieństwie do czasu, kiedy miało się dwadzieścia lat i nie znało odpowiedzi na wiele pytań. Teraz mam żonę, dzieci, zawodowo jest spoko. Najwyższy czas, żeby poważniej ruszyć z kreatywnością.</p>
<p><strong>Jeszcze poważniej?</strong></p>
<p>No pewnie. Cały czas podpatruję na planie pracę innych. Cholernie mnie to ciekawi. A że mam szczęście, bo żona jest po operatorce w Katowicach, to zawsze mam kogo spytać, dlaczego obiektyw taki, a nie inny. Dzięki Agnieszce na maksa wkręciłem się w montaż. Godzinami siedzę przed laptopem i montuję krótkie filmiki nagrywane aparatem.</p>
<p><strong>Mamy dziwną pewność, że te filmiki są totalnie wariackie.</strong></p>
<p>No jasne! (<em>Śmiech</em>). Wymyśliliśmy kiedyś z Meckiem (<em>Wojciechem Mecwaldowskim – przyp. red.</em>) telewizyjny gag pt.<em> Leczenie kanałowe</em> &#8211; ktoś za widza przełącza pilotem kanały i na każdym z nich jest tylko dwóch aktorów, ja i Mecek, oczywiście w różnych postaciach. Ten pomysł chcemy rozszerzyć i stworzyć naszą własną „Żenującą telewizję”. To będzie telewizja bez budżetu, bez ramówki i bez sensu. Sami będziemy scenarzystami, producentami, reżyserami, aktorami. Do kręcenia natchnął mnie oczywiście Mecek. Jeden z pierwszych filmów zrobiłem na Lanzarote dla niego na urodziny. Lanzarote udawało jego rodzinne Kłodzko. Filmowałem kanaryjski kościół i mówiłem: „Proszę państwa, właśnie tutaj nasz bohater był chrzczony. Kto wtedy mógł przypuszczać, na kogo wyrośnie&#8230;”. Kompletny surrealizm. Oprócz newsów, dokumentów, reportaży i teleturniejów, będziemy też mieli swój kanał z zakupami. Na przykład tylko w naszych telezakupach będzie można kupić patelnię z wewnętrzna pamięcią 40GB. Będzie także serial, w którym nie padnie ani jedno słowo. Tytuł: <em>Bracia z prerii</em>.</p>
<p><strong>Biznesplan już gotowy?</strong></p>
<p>Mecek dawno to przemyślał. Stwierdził, że będzie to tak zajebiste, że wszyscy będą chcieli to zobaczyć, albo będzie to tak żenująco beznadziejne, że wszyscy&#8230; będą chcieli to zobaczyć.</p>
<p><strong>Ile już macie materiału?</strong></p>
<p>Wbrew pozorom wcale nie tak mało. Wciąż powstaje nowy. Jeszcze w tym roku wszystkie absurdalne nagrania chcemy wrzucić do internetu na naszą stronę. Mam nadzieję, że uda się ruszyć mniej więcej we wrześniu. Jest też cicha nadzieja że to będzie wrzesień tego roku.</p>
<p><strong>Kiedy „Żenująca telewizja” pojawi się już w sieci, jako pierwsi piszemy się na wywiad z wami dwoma.</strong></p>
<p>OK. To będzie dla was wyzwanie zawodowe – spisać dwa nakładające się na siebie strumienie nieokiełznanej nieświadomości (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Próbkę nieokiełznanych możliwości daliście już w <em>Stacji</em> na antenie TVN Warszawa jako Grzegorz Pardubicki i Jacek Wawawasz.</strong></p>
<p>Kompletna improwizacja. Bez jakichkolwiek zagranicznych licencji i bez scenarzystów. Układ był prosty: mamy kamery, światła i trzy niedziele. Reżyserował Jurek Bogajewicz i jemu należą się wielkie brawa, że dawał się naszej trójce wyszaleć (<em>Tomkowi i Wojtkowi partnerowała Iwona Wszołkówna – przyp. red</em>.). <em>Stacja</em> była wypadkową naszego telewizyjnego programu-marzenia. Szkoda tylko, że nikt nie chciał tego serialu kontynuować.</p>
<p><strong>Też byliśmy załamani. <em>Stacja</em> to był serial komediowy w najlepszym brytyjskim stylu. Może w oczach producentów przekroczyliście polską granicę bezpiecznego humoru?</strong></p>
<p>To fakt, że u nas daje się wyraźnie zauważyć strach przed żartami na całego. Wiecie, że <em>Niania</em> w oryginalnej wersji była Żydówką? W serialu jest ogromnie dużo żartów a propos jej pochodzenia. U nas by to nie przeszło. W ogóle jak już skończyliśmy nagrywać <em>Stację</em> to doszły nas słuchy, że dziennikarze TVN24 uważali, że nabijamy się głównie z nich (<em>śmiech</em>). A nam w ogóle nie o to chodziło. Po prostu robiliśmy własną telewizję. Naprawdę deprymujące jest to, że w Polsce nikt nie chce ryzykować i nie próbuje tworzyć czegoś oryginalnego. O wiele prościej kupić kolejną zachodnią licencję, na produkt już wypróbowany, gdzie indziej. To jest pójście na łatwiznę.</p>
<p><strong>A ty najwyraźniej nie lubisz prostych rozwiązań. Decyzja o przyjęciu roli w teatrze w Kaliszu i wyprowadzce do tego miasta nie należy do oczywistych. Szczególnie dla aktora, który w stolicy naszego imperium odnosi same sukcesy.</strong></p>
<p>Przynajmniej już tak często nie dzwonią do mnie z programów typu „Zupa czy śniadanie” z tematami &#8211; „Zdrada, a wiewiórki”. A na serio, to ja przecież ten wyjazd zaplanowałem. To nie była żadna ucieczka. Dostałem interesującą propozycję zagrania głównej roli w ciekawej sztuce. Dlaczego miałbym z takiej okazji nie skorzystać? Spróbować na chwilę życia gdzie indziej? Wkrótce premiera. Gorąco wszystkim polecam: <em>Mój Nostroy</em> Petera Turriniego w reżyserii Rudolfa Zioło w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu.</p>
<p><strong>Sam wiesz, że niewielu tak zwanych wziętych aktorów poszłoby na coś takiego.</strong></p>
<p>Wiem, że niektórzy uważają mnie za dziwoląga, bo zamiast chodzić na imprezy i trochę się polansować, siedzę w domu z dziećmi i żoną. A do tego wszyscy wkoło pytają, czy przeprowadzka do Kalisza to taki sprytny zabieg PR-owski&#8230;.</p>
<p><strong>To jakiś absurd.</strong></p>
<p>Takich absurdów jest znacznie więcej. Przy pierwszym dziecku kupiliśmy wózek, dzwoni nagle pan od tych wózków, jakiś przedstawiciel i mówi: &#8211; Jaka szkoda że pan kupił ten wózek, źle się stało. &#8211; Dlaczego? &#8211; Bo my byśmy dali panu ten wózek. Ja na to: &#8211; Niepotrzebnie, pracuję ciężko i stać mnie, więc nie ma problemu. Jednak facet nagle wpada na genialny pomysł: &#8211; To my damy panu drugi taki wózek za darmo! &#8211; A na cholerę mi drugi wózek? &#8211; Damy panu, bo chodziłoby o jakiś artykulik, jakim to fajnym wózkiem pan dziecko wozi. &#8211; Weź pan się odczep, temat skończony &#8211; i odłożyłem słuchawkę. Trzy tygodnie później czytam o sobie i o tym wózku, myślałem że mnie szlag trafi. Uświadamiasz sobie nagle że jesteś w klinczu niemocy, historie o tobie powstają poza tobą.</p>
<p><strong>Trochę współczujemy. Ale to jednak zabawna historia.</strong></p>
<p>To co powiecie na taką? Miesiąc po moim występie w programie u Kuby Wojewódzkiego, gdzie parodiowałem Bogusława Lindę, zgłosiła się do mnie bardo znana marka piwa z pytaniem, czy mogę głosem Lindy zareklamować ich produkt. Dosłownie wmurowało mnie w ziemię. Byłem zszokowany. Przecież to podwójnie nieetyczne. Koszmar .</p>
<p><strong>Może dzięki przeprowadzce, trochę od nich odpoczniesz. W końcu nie wszystkim po drodze do Kalisza</strong>.</p>
<p>Wszystkim nie, ale niespodzianki się zdarzają. Pierwszego dnia prób był akurat Dzień Kota. Co roku różne telewizje i radia koniecznie chcą, żebym się wypowiedział jako ekspert od kotów na temat kotów. Co roku odmawiam, bo mierzi mnie tautologia, więc tym razem szczęśliwy zasiadam do prób i świadomość tego, że jestem w Kaliszu powoduje, że mam święty spokój. Nagle wchodzi ktoś i mówi, że czeka na mnie telewizja, bo jest Dzień Kota. Odpowiadam, że mam próbę i nic o tym nie wiem. Nikt mnie nie pytał o zdanie. &#8211; Ale oni tyle przejechali, więc może&#8230; &#8211; No tak, przejechali sporo. Ale przecież są dorosłymi ludźmi i jadąc w ciemno muszą się też liczyć z takim finałem. Przecież nie jestem kretynem na żetony.</p>
<p><strong>Jak mieszkańcy Kalisza przyjęli „gwiazdora” z Warszawy?</strong></p>
<p>Jestem otoczony wielką życzliwością. Mimo to miałem w aucie wybitą szybę i dwa razy urwane lusterko. Myślę, że to wynikało z krzywo pojętego lokalnego patriotyzmu. Widocznie komuś tam jednak przeszkadzam. Poza tymi drobiazgami jest naprawdę super. Kalisz to fajne miasto. A poza tym cholernie inspirujące. Ciągle mam nowe pomysły. Na przykład tam, gdzie teraz mieszkam, z podwórka na tyłach bloku widać ścianę po zburzonym budynku, która kiedyś była wewnętrzna. Odznaczają się na niej dawne mieszkania, głównie kolorami. I w jednym byłym mieszkaniu, ktoś na ścianie wydrapał wielkiego chuja. Teraz ten wydrapany organowzwód wychynął na światło dzienne i straszy (<em>śmiech</em>). Za każdym razem, kiedy wychodziłem na fajka patrzyłem na niego i zastanawiałem się, co tu cholera z nim zrobić. Wreszcie wpadłem na pomysł programu interwencyjnego. I z sąsiadami nakręciłem filmik <em>AkcjaReakcja: chujowy dramat</em> (<em>śmiech</em>). Wymyśliłem, że skoro nic z chujem nie można zrobić, bo siedzi na nim konserwator zabytków, to urząd miasta postanowił zamurować wszystkie okna wychodzące na podwórko, żeby mieszkańcy nie musieli więcej patrzeć na tę „obrazę boską”. Poprosiłem sąsiadów, żeby coś powiedzieli na ten temat, jakoś skomentowali. Zaczyna się od newsowej czołówki i zapowiedzi: „Miejmy nadzieję, że redakcja AkcjiReakcji pomoże mieszkańcom kamienicy przy ulicy Szklarskiej. Jesteśmy w Kaliszu. Kiedyś stał tu budynek, a w budynku było mieszkanie. Po zburzeniu tegoż obiektu oczom mieszkańców ukazał się chuj. Ten koszmar trwa od dwudziestu lat” (<em>śmiech)</em>.</p>
<p><strong>Kolejny świetny filmik do „Żenującej telewizji”. Słyszeliśmy jednak, że nagrywasz także poważniejsze rzeczy – na przykład pewnego paparazzi</strong>.</p>
<p>Któregoś dnia jechał za mną facet. Zatrzymałem się i pytam: &#8211; Czego chcesz?. A on: &#8211; Niech Pan weźmie rodzinę, ja strzelę fotki. Odpowiadam, że nie ma mowy, a on na to: &#8211; W takim razie nie ma pan spokoju! Zaczęła się regularna okupacja, on i jego dwóch pracowników. Nazwałem ich gang Olsena. Olsen w czarnym mitsubishi potrafił krzyczeć pod przedszkolem mojej córki: &#8211; Mam dwóch synów, którzy właśnie skończyli jeść Bebiko! Z czego ich utrzymam?!. Moja córka zaczęła się go bać. Ale to był dopiero początek, facet postanowił śledzić moją żonę, która wtedy była w dziewiątym miesiącu ciąży. Zacząłem ich więc nagrywać, zbierać materiały, regularnie wzywać policję. Mój adwokat tylko patrzył jak pęcznieje teczka z nazwiskiem Olsena. W końcu jeden z tych gości oznajmił, że Olsen go tak zmotywował, że on jest gotów rozwalić samochód, żeby tylko zdobyć zdjęcia mojego nienarodzonego jeszcze syna. Zrobiło się gorąco. Żarty się skończyły, policja i spektakularne zatrzymanie, efekt końcowy taki, że pod szpitalem miałem święty spokój, a o narodzinach syna przeczytałem w prasie dopiero po miesiącu. Ale ile było wcześniej niepotrzebnych nerwów o zdrowie i życie mojej rodziny? Taka jest właśnie cena bzdurnych ploteczek w kolorowych pisemkach.</p>
<p><strong>Porozmawiajmy dla odmiany o czymś przyjemnym – o twoim podwórku z dzieciństwa. Mieszkając w Legnicy łatwo się było zakochać w pięknej Rosjance?</strong></p>
<p>Historia z <em>Małej Moskwy</em> jest wspaniała. Słyszało się nawet o niej. Ale prawda była taka, że mieliśmy bardzo mało kontaktów z Rosjanami. Te dwie społeczności żyły kompletnie osobno. Co nie zmienia faktu, że film oglądałem w zupełnie inny sposób niż wszyscy. Po prostu znałem te plenery z dzieciństwa, a nawet wnętrza, tę słynną salkę, w której od tamtej pory naprawdę nic się nie zmieniło. W filmie ściany miały nawet ten sam kolor. Kiedy spotkałem Lesława Żurka, to dziękowałem za wspomnienia, które mi zafundował.</p>
<p><strong>A masz w ogóle jakieś wspomnienia kontaktu z radzieckimi żołnierzami?</strong></p>
<p>Mam jedno, które akurat nie jest przyjemne. Ruscy byli zamknięci w tak zwanych kwadratach – czyli wyłączonych częściach miasta, gdzie Polacy nie mieli wstępu. U nas w sklepach nie było nic, a tam było wszystko – jak na tamte czasy oczywiście. Dlatego się ryzykowało. Ale jak złapali dorosłego w kwadracie, to były naprawdę poważne konsekwencje, łącznie z oskarżeniem o szpiegostwo. Posyłało się więc na zakupy dzieci. Raz mnie złapali. Od razu zabrali wszystkie pieniądze, a jeden chwycił mnie za szyję i tak ze mną łaził z godzinę, trzymając moją głowę pod pachą. Cholernie się bałem. A potem mnie wywieźli na drugą stronę kwadratu i wypuścili. To było z kilka kilometrów dalej. Biegłem w środku nocy do domu i płakałem. Straszne przeżycie dla dziecka. Od tamtej pory wiem, jak się rodzą nacjonalizmy.</p>
<p><strong>Zemsta?</strong></p>
<p>Jasne. Pojawiła się chęć, żebyśmy z kolegami tłukli wszystkich ruskich. Ale to uczucie na szczęście się rozmyło. Prawdopodobnie duży udział miała postawa taty, który działał w podziemiu. Pewnego razu zabrał moje ubrania z domu dla radzieckiego żołnierza, który zdezerterował, a był podobnego do mnie wzrostu. Ojciec z kumplem przetrzymywali go na strychu, a potem gdzieś przewozili. Ale myśmy się raczej tylko domyślali, bo oczywiście dzieciom nie mówiło się takich rzeczy. W każdym razie jakiś radziecki dezerter biegał po Polsce w moim swetrze (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Jakie plakaty wieszałeś w tamtym czasie nad łóżkiem?</strong></p>
<p>W podstawówce kochałem Sylwestra Stallone. Rocky i Rambo byli moimi bohaterami. Kłótnie na podwórku, kto by wygrał Rambo czy „Komando” (<em>śmiech</em>). Miałem nawet zeszyt, do którego wklejałem zdjęcia – a jak wiadomo, w tamtych czasach wcale nie łatwo było je zdobyć. Na najnowszą część <em>Rocky&#8217;ego</em> jechałem do kina sam, bo żona jakoś nie czuła chęci obejrzenia, a na sali okazało się, że siedzą sami trzydziestokilkulatkowie. Stara miłość nie rdzewieje.</p>
<p><strong>Chciałbyś zagrać coś takiego jak <em>Rambo</em>? Strzały, wybuchy, helikoptery&#8230;</strong></p>
<p>Niedawno kręciliśmy<em> Yumę</em>. Plan obsługiwali kaskaderzy z <em>Casino Royal.</em> Jak mnie postawili na skraju wielkiego silosu, a na dole jeszcze płonęły beczki i wrzeszczeli ludzie, to naprawdę ugięły się pode mną nogi. To było w nocy. Stoisz nad ciemną dziurą, z której buchają płomienie i dobywa się dym. Masakra. Kiedy zakładali mi zabezpieczającą uprząż, usłyszałem: &#8211; This is belt from <em>Black Hawk Down</em>. Don&#8217;t worry. (<em>To uprząż z filmu</em> Helikopter w ogniu<em>. Nie przejmuj się.</em>) Pomyślałem: Ale zajebiście, wreszcie mam kontakt z Hollywood (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Czy zarabiałeś w jakiś nieartystyczny sposób, zanim twoja kariera weszła na hollywoodzki kurs?</strong></p>
<p>W trzeciej klasie liceum pracowałem na budowie. Chciałem dorobić w czasie wakacji. To było kuriozalne doświadczenie. Pracowałem w poradzieckich magazynach, które trzeba było porządkować. W ekipie był jeden artysta. Genialna rzecz, kiedyś na pewno wykorzystam to w jakimś scenariuszu. Facet brał z budowy glinę i rzeźbił z niej waginy. Jak się wchodziło do ogólnodostępnej kanciapy to wszędzie wisiały cipki. Malował je różową farbką, wbijał drut i wieszał na metalowych szafkach. Wrażenie było piorunujące.</p>
<p><strong>Równie piorunujące wrażenie musiałeś robić jako Statua Wolności.</strong></p>
<p>(<em>Śmiech</em>). Ale to było już na studiach. Wciągnął mnie w te fuchy Wojtek Błach, który teraz gra w <em>Plebanii</em>, a jego wcześniej Tomek Karolak, czyli to była po prostu robota przechodnia dla młodych aktorów. Dorabialiśmy na imprezach promocyjnych papierosów w największych dyskotekach w Polsce. Boże, na ile dziwnych rzeczy ja się tam napatrzyłem! Raz szef ochrony tak się nakoksował, że na naszych oczach wpieprzył właścicielowi lokalu, który oczywiście wyglądał tak samo – totalny brak szyi. Jeździliśmy po całym kraju z trasą „LM Road Party”, że niby taka Ameryka. Dlatego malowali mnie na zielono i przez trzy godziny robiłem pantomimę jako Statua. Po jakimś czasie jednak awansowałem na prowadzącego – luksus, nie musiałem się malować i zarabiałem lepszą kasę.</p>
<p><strong>Jaką najdziwniejszą rzecz wtedy zrobiłeś?</strong></p>
<p>Któregoś razu trafiła nam się promocja Smirnoffa i ta historia naprawdę mogła zakończyć się tragicznie. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie łyknąłem tyle adrenaliny. W czasie ferii zimowych jeździliśmy po klubach, udając ruską mafię, która ściąga haracz. Taki był pomysł.</p>
<p><strong>Czyj?</strong></p>
<p>No przecież nie nasz. Jacyś PR-owcy Smirnoffa wpadli na ten wariacki plan. Ubieraliśmy się w długie płaszcze po kostkę i wieszaliśmy na ramieniu idealne repliki karabinów MP-5. Na tę okazję były specjalnie ściągane z Niemiec. Naprawdę wyglądały kozacko, nie do odróżnienia. Było nas dwóch i każdy miał pod płaszczem cztery litry wódki oraz rurkę, która łączyła się z karabinem. Po naciśnięciu spustu z lufy lała się gorzała. Każdego wieczoru robiliśmy około pięciu knajp. Podjeżdżaliśmy limuzyną, wchodziliśmy na ostro do środka i przez pierwsze minuty udawaliśmy regularnych gangsterów z  bronią, którzy przyszli po szmal. Niewiarygodne, co się działo z ludźmi. Momentalnie zamieniali się w słupy soli na zasadzie mnie tutaj nie ma, nic nie widzę, nic nie słyszę, nie ruszam nawet powieką. To było przerażające! I to w dwójnasób. W tamtych czasach Pruszków był na fali. W czasie ferii chłopaki wypoczywali sobie w górach. I kilka razy się nadzialiśmy na taki mocny skład. Pokazywali nam potem klamki, mówiąc: &#8211; Jakbyście jeszcze zaczęli gadać po rusku, to by was już nie było.</p>
<p><strong>Nieźle.</strong></p>
<p>Po paru takich historiach przestało nam być do śmiechu. Było już tak, że przed wejściem wyciągaliśmy wężyki i sami tęgo pociągaliśmy dla kurażu. Zresztą Smirnoff szybko  zrezygnował z tej promocji.</p>
<p><strong>A potem?</strong></p>
<p>A potem trafiłem do teatru i skończyły się czasy promocji (<em>śmiech</em>).</p>
<p><strong>Zaczęły się czasy problemów z rozpoznawalnością.</strong></p>
<p>Jak mawiał kolega bardzo znany aktor: „Jak ma się dupę zamiast twarzy, to się siedzi w hotelu”.</p>
<p><strong>Z kim jesteś najczęściej mylony?</strong></p>
<p>Z Marcinem Prokopem. W ogóle to mam w sobie pewien rodzaj niezgody na to, że on patrzy na mnie tak jak ja na wszystkich (<em>śmiech</em>). Nie jestem przyzwyczajony do tego, że ktoś może być jednak wyższy. Ludzie nas mylili nagminnie. Pytali mnie, jak się pracuje z Dorotą Wellman. A z tego co wiem, Prokopowi gratulują <em>Skazanego na bluesa</em>. Najciekawsze jest jednak to, że brano mnie również za Jarosława Kreta. Kot czy Kret, co za różnica?</p>
<p><strong>A jest ktoś, kto się pod ciebie podszywa?</strong></p>
<p>Aż tak to chyba nie. Ale jeden Tomasz Kot ma maila, który różni się od mojego tylko jedną literą i często znajomi się mylą, pisząc maile do niego, zamiast do mnie. Skubany odpisuje takie wkrętki, że potem wynikają z tego przedziwne sytuacje. Na przykład ostatnio dzwoni znajoma i pyta co z moją złamaną ręką i kiedy kończę rehabilitację.</p>
<p><strong>Zdarzyło się, że ktoś był niezadowolony z faktu, że cię rozpoznał, i że ty to ty?</strong></p>
<p>Kiedyś do moich drzwi zapukało dwóch handlowców. Otworzyłem, a oni oczy w słup i po chwili jeden do drugiego:  &#8211; Nie, no nie. To jest totalnie bez sensu&#8230; Pytam: &#8211; Ale o co chodzi?. I słyszę zrezygnowany głos: &#8211; Bo my właśnie Netię proponujemy&#8230;(<em></em><em>śmiech)</em></p>
<p><strong>Gdyby Netia zaproponowała ci długoterminową umowę, jak ING Markowi Kondratowi&#8230;</strong></p>
<p>Nie chciałem czegoś takiego. To nie ten etap w życiu.</p>
<p><strong>Nie dałeś nam dokończyć pytania. Gdybyś tak jak Marek Kondrat przestał grać, to czym byś się zajął?</strong></p>
<p>Poszedłbym do szkoły filmowej na reżyserię, operatorkę i montaż (<em>śmiech).</em></p>
<p>&#8211;</p>
<p><strong>Na skróty:</strong></p>
<p>W<em> Erratum</em> gram zaprzeczenie swoich własnych losów. To dobre kino. Mam nadzieję, że widzom się spodoba.</p>
<p>Po premierach większych filmów zawsze zmieniam numer telefonu.</p>
<p>Odmówiłem udziału w kampanii „Kocham. Nie biję”. Uważam, że moja osoba, postrzegana jako szczęśliwy pan z telewizji jest zbyt odległa od świata bitych dzieci. Wolałbym wziąć udział w kampanii „Kocham. Mam czas”. Ale takiej jakoś nikt nie organizuje.</p>
<p>Czasami, sam nie wiem po co, szperam w necie i kupuję różne rekwizyty. Najchętniej dziwne maski. Mam już niezłą kolekcję.</p>
<p>Mecek jest mistrzem abstrakcyjnych pauz, a ja jestem od bezsensownego, bezustannego nawijania. On w naszym duecie jest bardziej komiczny. Jurek Bogajewicz stwierdził kiedyś, że Mecek strzela gole, ale to ja mu podaję, jestem rozgrywającym.</p>
<p>Kultowy tekst Mecka do świeżo poznanych dziewczyn: „Musisz zobaczyć moje jajka-niespodzianki”.</p>
<p>Nie cierpię sesji zdjęciowych. Mam wrażenie, że ludzie przy nich pracujący, bezustannie są na jednej, trwającej wiecznie, imprezie. Zawsze wspominają, co było wczoraj, kto leczy kaca i gdzie była Krysia. Po 5 latach słyszę to samo: co było wczoraj, kto leczy kaca i gdzie była Krysia.</p>
<p>W Polsce aktorzy mają ten sam dylemat co nasi piłkarze: czy mają przestać grać tylko dlatego, że polska liga jest taka słaba?</p>
<p>W szkole aktorskiej na jednym roku studiował Kot i Pluskota. Wszyscy mieli z tego polewkę.</p>
<p>Ostatnią wódkę wypiłem sześć lat temu. Po tym zdarzeniu odzyskałem kontrolę nad sobą i niespożyte pokłady energii.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wywiadowcy.pl/tomasz-kot-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

