Czesław Mozil

czeslaw-mozilPLAYBOY nr 03, 2012 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Marcin Klaban

Przykro nam, że miałeś nieprzyjemną podróż. Aż na Facebooku zawrzało.

Po trzydniowym balecie spałem tylko godzinę. Byliśmy jednak umówieni, więc grzecznie wsiadłem do pociągu w Krakowie o 6:45. Wchodzę do przedziału, w którym siedzą trzy krawaty. Na głowie mam kapturek, ale nie wyglądam źle. Mimo kaca nie śmierdzę alkoholem. Wrzucam walizkę na półkę i co słyszę? „Pan wie, że to jest pierwsza klasa?”. Załamka. Co mogłem odpowiedzieć? „Tak, dlatego tutaj jestem, proszę pana”. Dałem wpis na Facebooku i poszedłem spać.

Trochę nam ulżyło. Że ten afront to w Krakowie, a nie u nas.

Poniedziałek, skoro świt. Cały pociąg załadowany krakowskimi krawaciarzami, którzy w weekendy obgadują dupy warszawiakom, a potem wbijają się w garnitury i przyjeżdżają zarabiać tu pieniądze.

Ostatnio twoja miłość do Krakowa chyba słabnie.

Kocham Kraków, ale żeby cokolwiek zrobić, żeby popracować, muszę przyjechać do Warszawy. Kraków to miasto, w którym lubię się niszczyć. Czasami po balu, który trwa 38 godzin czuję się oczyszczony. Jak po spowiedzi w kościele. To idealne miejsce na imprezowe katharsis. Tam każdy jest artystą, prawie zawsze niespełnionym. Siedzą w Alchemiach, Psach, Zwisach i opowiadają, jakie to napiszą książki, nakręcą filmy i nagrają płyty. Dzień po dniu, noc po nocy – wciąż to samo. Czasem robią sobie przerwę, żeby zaczepić Czesia albo innego „co się sprzedał” i okazać im swoją wyższość. W co drugiej krakowskiej knajpie ktoś mi oświadcza, że jestem niezdolny, głupi i sprzedałem się jak dziwka. W Warszawie nigdy mnie coś takiego nie spotkało. Tutaj jest mniejsza napinka.

Dlatego założyłeś drugą bazę w stolicy?

Kiedyś policzyłem sobie, że więcej czasu spędzam w warszawskich hotelach niż w swoim krakowskim mieszkaniu. Wziąłem kredyt i kupiłem sobie mieszkanie na Pradze. Jedynym miejscem w stolicy, które dobrze znałem, był Łysy Pingwin przy Ząbkowskiej. Musiałem osiedlić się w tych okolicach.

Jesteś już praskim lokalsem?

Jeśli pytacie, czy dostałem wpierdol, to jeszcze nie (śmiech). Jest bardzo OK. Dopasowałem się do krajobrazu.

Podobno przymierzasz się do trzeciej bazy.

Chcę kupić małe mieszkanko w Szczecinie. To tylko 6 godzin od Kopenhagi. Mógłbym się tam spotykać z rodzicami, dla których dłuższe podróże nie są już przyjemnością. Nie da się ukryć, moi rodzice nie młodnieją i cały czas czekają aż wydorośleję. Mam nadzieję, że kawalerka w Szczecinie będzie pierwszym sygnałem mojej głębokiej przemiany i dojrzewania (śmiech).

Czwartej bazy, w rodzinnym Zabrzu, już chyba nie założysz?

Nie, chociaż mam duży sentyment do tego miasta. Ostatnio robiłem castingi do X-Factora w Domu Muzyki i Tańca. Okazało się, że w tej samej sali 33 lata temu moja mama była na Andrzeju Rosiewiczu. I po godzinie występu zaczęła mnie rodzić! Życie jest absurdalne. A żeby było jeszcze zabawniej facet, który organizował amerykańskie tournee Rosiewicza 20 lat temu, wkrótce będzie mi pomagał w dwutygodniowej trasie po Stanach. Rozpierdol!

Rozmawialiśmy z tobą dla PLAYBOYA ponad dwa lata temu. Nikt wtedy nie spodziewał się, że wkrótce tak mocno wystrzelisz w rankingach popularności.

Tak samo nikt się nie spodziewał, że przyjmę robotę w X-Factorze. Tym bardziej, że kiedyś, po obejrzeniu zajawki, odmówiłem udziału w Bitwie na głosy. A jednak złamałem zasady świętej biblii polskiego showbiznesu pod tytułem: „Co muzyk robić powinien, a czego robić nie może”. Teraz i tak nikt nie wierzy, że mam realny wpływ na program, że mogę przewalczyć miejsce w dalszej części dla tych, na których mi zależy. Wszyscy uważają, że całość jest z góry ustawiona. Polacy mają w sobie taki rys, że zamiast prawdy i talentu szukają wszędzie ściemy i układów.

Ty z kolei miałeś w sobie rys hazardzisty. Nadal jesteś w szponach?

Trochę mniej. Oczywiście wciąż mam skłonności do różnych uzależnień, ale staram się to kontrolować. W hazard ostro wchodzę zazwyczaj wtedy, gdy mam za dużo pracy. W tej chwili mam jej dużo, a nie za dużo, więc hazardowy wskaźnik jest w pozycji „off”.

A wskaźnik powodzenia wśród kobiet?

A to się w ogóle da wyłączyć?

Święta racja. Cofamy głupie pytanie. W końcu rozmawiamy z facetem, który sam wymyślił sesję do tego wywiadu. I wiemy, że jedna dziewczyna to było za mało…

Z całym szacunkiem, ale jestem dorosłym chłopczykiem i uprawiam seks. Więc jak PLAYBOY, to do cholery niech to będzie z rozmachem. Pomyślałem: „Jestem przecież nauczycielem gry na akordeonie…”. Trzy uczennice były w sam raz.

Jak szła nauka?

Nie wiem, czy wiecie, że akordeoniści mają taki trik – studentkom pokazuje się jak grać, stukając palcami w ich uda. Czy może być coś piękniejszego? Zresztą w trakcie sesji był taki moment, że chciałem poprosić o wyjście ekipy z sali. Pojawiły się dziwne, włochate myśli. Miałem wrażenie, że dziewczyny chętnie by się pouczyły na osobności. Zresztą jednej – Malwinie – szło naprawdę wyśmienicie. Mam wrażenie, że ma duży talent. Powinniśmy kontynuować…

Wziąłeś numer telefonu?

To by było za banalne. Od czego jest Facebook? Dziewczyna jest, kurde, no… wspaniała. Ale nie wiem, czy mam jaja na taki podryw. Nigdy nie byłem podrywaczem.

I kto to mówi? W filmie Wojtka Kusia W moim malutkim świecie dziewczyny kleją się do Czesława pęczkami.

Paradoksalnie moje powodzenie u dziewczyn wzrosło dopiero po tym, jak na pytanie dziennikarki, ile miałem kobiet, odpowiedziałem, że wynik jest trzycyfrowy. Na zdrowy rozum takie wyznanie powinno mi zaszkodzić. Nagle jednak okazało się, że dziewczyny bardzo chcą być tą sto pierwszą, sto drugą, sto trzecią… Same mają podobne osiągi i nie idą ze mną do domu, by obejrzeć kolekcję znaczków. Zresztą nie jestem żadnym Casanovą. Straciłem dziewictwo 16 lat temu. 100 podzielić na 16 to jest raptem 6 z haczykiem. Czy zapoznanie sześciu dziewczyn w ciągu roku to jest dużo? Ludziom życie układa się różnie. Na przykład moja siostra Irenka wychodzi teraz ze swojego chłopaka Konrada. Poznali się, kiedy on miał 18 lat. Wytatuował sobie wtedy na plecach jej imię. Nie mogłem tego ogarnąć. A oni już są razem od 9 lat. I byli tylko ze sobą. To jest piękne. Wspaniałe.

W podobnych słowach niektóre fanki wyrażały się o twoim ptaszku, którym przez ułamek sekundy wachlujesz w pierwszej scenie filmu.

Były też przeciwne zdania. Że taki mały, że jakiś obkulony (śmiech). Czytałem też komentarze, że strasznie się w tym filmie poniżyłem. Pomyślałem sobie: „Aha, nic nie zrozumieli. Tylko dowalić chcą”. Żyjemy przecież w Polsce. Tutaj tak jest.

Film jest raczej smutny, a nie wesoły. Pokazuje bardzo samotnego, miotającego się i często źle rozumianego artystę.

Wojtek miał od początku koncepcję, żeby pokazać moje życie bardzo intymnie. Zajrzeć, co tam się dzieje głębiej. I chyba się udało. W pewnym momencie miałem serdecznie dość kamery. Kląłem na Wojtka w najgorszy sposób. Gdyby nie był moim przyjacielem z dawnych lat, to pewnie nic by z tego nie wyszło. Dzięki temu, że dobrze się znamy, wytrzymałem i uważam, że było warto. A jeśli ktoś sądzi, że się poniżyłem, to nie mój problem. Nie wiem, ilu polskich muzyków stać by było na taką otwartość.

A propos otwartości… Poprzednim razem postulowałeś, żeby na naszej rozkładówce znalazły się Monika Brodka, Sonia Bohosiewicz, Edyta Herbuś i dziewczyny z Kapeli Ze Wsi Warszawa. Czy coś się zmieniło?

Kurde, te dziewczyny wciąż są super! Tej listy nie trzeba zmieniać, tylko ją wydłużyć. Ewa Farna byłaby fajna. Mam dla niej szacunek. Świetny wokal. Szykuje się prawdziwa diva. Musicie ją cały czas namawiać. I jeszcze siostra Soni – Maja Bohosiewicz. Jest cudowna, mimo że dwa razy dała mi kosza. Olała Czesia. Bardzo nieładnie. Kiedy kręciliśmy teledysk do Wszystko, co dobre jest niedobre Jana Niezbendnego (feat. Sztefan Wons, czyli alter ego Czesława – przyp. aut), to mieliśmy z Mają taką małą intymną scenkę. To było tak bardzo miłe, że… ach.

Mamy dwie nowe dziewczyny. Przydałaby się i trzecia.

Tatiana Okupnik. Co to za dziewczyna! To wielka frajda wreszcie siedzieć w jury obok kobiety, z którą można normalnie pogadać, pośmiać się i poflirtować. Jest tak śliczna, że na planie X-Factora każdy o tym gada. Obłęd. Nie zdradzę żadnej tajemnicy jak powiem, że Tatiana ma najlepszy tyłek w polskim show-biznesie.

Miałeś wpływ na wybór nowej jurorki?

Żadnego. Dowiedziałem się z Pudelka (śmiech). Cholernie się ucieszyłem. Od razu wiedziałem, że będzie super. Mamy teraz non stop ubaw na planie.

Jak twoja rozpoznawalność przekłada się na sprzedaż nowych płyt?

Czesław Śpiewa Miłosza sprzedaje się średnio, ale za to nigdy wcześniej nie miałem aż tak dobrych recenzji. Podsumowując, mam teraz swój czas na lepszy lans (śmiech).

Kogo Czesław wkurza swoim lansem najbardziej?

Podobno Stachursky i Mandaryna ciągle mnie obgadują, twierdząc, że jestem mitomanem, a to co robię jest obciachowe.

Trzeba liczyć się ze zdaniem tak uznanych krytyków.

Prawda? To akurat bardzo mnie cieszy. Ale są też i złe strony popularności. Po pierwszym X-Factorze dostawałem masę bardzo odważnych maili. Nawet 13-latki przysyłały swoje zdjęcia w szokujących sesjach. Aż strach. Jestem w szoku, że gimnazjalistki mogą sobie robić takie foty i pisać takie rzeczy. Poza tym zaczynają się pode mnie podszywać inni ludzie. Ostatnio Anna Mucha zapytała, dlaczego napisałem do niej tak obscenicznego maila. To jest chore i nie wiadomo, jak z tym walczyć (w tym momencie Czesław raptem dotyka lewego ucha). Oj, chyba słuch mi wraca.

Straciłeś?!

W pewnym warszawskim klubie dostałem łomot od ochroniarza. Nawet nie pamiętam za co. Wyjechał mi z otwartej w ucho. Pękł bębenek. Pani laryngolog zajrzała do środka i powiedziała, że nie ma tragedii, bo po kuracji mogę słyszeć nawet lepiej. Grzecznie brałem penicylinę i proszę… chyba faktycznie jest poprawa. Muszę podziękować panu ochroniarzowi.

Często masz takie przygody?

Zdarza się. Największym wrogiem jest mocny alkohol. Po piwie i winie jestem aniołkiem, ale wóda to zło. W jednym z warszawskich hoteli nadepnąłem na odcisk ukraińskiej mafii. Jak mnie jeden pan popchnął, to pofrunąłem z 50 metrów. A w Elblągu miałem ścięcie z jakimś dresiarzem, który się nieładnie zachowywał. Uratował mnie aktor – Krzysztof Banaszyk. Dobrze, że jest duży. Przeżyłem.

A czy Elbląg się chociaż zrehabilitował? Chodzi nam o scenę z filmu, kiedy mówisz z wyrzutem, że „Elbląg nie dał rady”.

Nie zapoznałem tamtego wieczora ani jednej miłej koleżanki i było mi smutno. A to, że powiedziałem tak w filmie, wywołało potem burzę w lokalnych mediach. Dzwonili do mnie dziennikarze i pytali, co to miało znaczyć. W internecie pojawiły się wpisy w rodzaju: „I bardzo dobrze. Trzymajcie się dziewczyny” (śmiech). Elbląg zawsze był w porządku. Byłem tam chyba z sześć razy. Kocham Elbląg. Mam świetny kontakt z panią Bożenką, dyrektorką kameralnej orkiestry elbląskiej. Będziemy niedługo z nią grali. Przy okazji gorąco pozdrawiam.

Ostatnio jak się spotkaliśmy, miałeś zwichniętą nogę. Minęły dwa lata i wciąż lekko utykasz.

Bo zwichnąłem drugą. Wtedy skakałem z dachu, a teraz z samochodu. Bardzo bolało, ale dopiero następnego dnia wieczorem. Sprawdziłem, że w pewnej prywatnej klinice w Warszawie można zrobić prześwietlenie do północy. Pojechałem taksówką. Przyjął mnie czarnoskóry lekarz, skasował  220 złotych i powiedział, żebym rano przyjechał na rentgen. Po prostu paranoja. Wkurwiłem się i napisałem dwa posty na Facebooku. Następnego dnia rano do mojej menedżerki odezwał się rzecznik prasowy tejże placówki, że niby trzeba było powiedzieć, że ja jestem „ten Czesław”. Wtedy prześwietlenie na pewno byłoby wykonane. Co to kurwa jest? VIP treatment (specjalne traktowanie bardzo ważnych osób – przyp. red.)? Zwykłemu człowiekowi każą zapłacić i pocałować klamkę. Masakra. A wiecie, co w tym jest najgorsze?

Chętnie się dowiemy.

Nie chciałem sprawy nagłaśniać, bo lekarz był czarny. W Danii nie zauważam kolorów skóry i nie miałbym z tym żadnego problemu. Zwyczajnie wkurwia mnie, gdy człowiek zachowuje się nieodpowiednio. I już. Widocznie jednak przesiąkłem Polską i chciałem uniknąć nagonki, że Czesław jest niby rasistą. Podkuliłem ogon.

A co z nogą?

Na szczęście nie złamana. Poboli i przestanie. Poza tym schudłem do drugiej edycji X-Factora, więc mam mniej do dźwigania. W ogóle czuję się znakomicie. To znaczy teraz jestem niewyspany i mam kaca po balu w Krakowie, ale ogólnie jest super. Prowadzę kolorowe życie. W ogóle powiem wam, że Pudelek postępuje ze mną po amatorsku. Gdyby mnie dobrze śledzili, nie wymyślaliby jakichś nudnych pierdół.

Może zorganizujesz jakąś dobrą „ustawkę”?

Mam taki pomysł. Zrobić Pudelka w bambuko i zagrać coś specjalnie dla nich. Ostatnio byłem  bliski, choć całkiem przypadkowo. Nakręciłem z koleżanką zajebiste POV (z angielskiego Point Of View –  filmowanie z perspektywy uczestnika zdarzenia – przyp. red.).

Zamieniamy się w słuch. Koleżanka chyba też.

To niezła historia. Zgubiłem iPhone’a z tym filmem! Przez dwa tygodnie trwały poszukiwania. W końcu skontaktował się ze mną miły taksówkarz i oświadczył, że znalazł telefon. Nie wiem, czy obejrzał mojego pornola, ale jest pewne, że w iPhonie ktoś grzebał. Film jednak jeszcze nie wyciekł do sieci.

Ile trwa?

Całe sześć minut. Jestem z niego dumny. Uważam, że Polska potrzebuje dobrej sex-tape. Dla przewietrzenia atmosfery. Tymczasem Pudelek mnie nie namierzył i się zbłaźnił. Nudziarze i amatorzy.  Kompletny brak polotu. Tylko smęcić potrafią.

Ty z kolei podobno długo nie potrafiłeś podrywać młodych dziewczyn. Jakoś nie chce się nam wierzyć.

Do niedawna uważałem, że trzydziestolatek nie powinien spotykać się z młodszymi dziewczynami. Pamiętałem, że jak koleżanka z liceum spotykała się z o parę lat starszym chłopakiem, to nas – jej równolatków – strasznie to wkurwiało. Któregoś Sylwestra siedziałem sobie w Alchemii razem z jej współwłaścicielem i zwierzyłem mu się z tego kompleksu. A on na to: „Co ty pierdolisz, chłopaku! Jak one chcą, to bierz i żyj”. To był przełom. Uwierzcie. Zrozumiałem, że dojrzałość polega na tym, żeby, mając ponad 30 lat, iść po ulicy z 19-letnią dziewczyną i być z tego dumnym. Ale, żeby nie było. Kocham też starsze kobiety… Ostatnio gadałem o tym z CeZikiem. No właśnie, dlaczego jeszcze nie zrobiliście z nim wywiadu?

Od dawna staramy się przekonać redakcję.

To trzeba przekonywać?! CeZiK sześć dni temu wrzucił nowy klip na YouTube’a i już ma ponad 3 miliony wejść. W sześć dni! Moja Maszynka do świerkania zebrała ponad 10 milionów, ale to trwało trzy lata. Gdyby teraz CeZiK ruszył w trasę, miałby pełne sale. To jest fenomen. Prawdziwy bóg internetu.

Nie bądź taki skromny. Słaby nie jesteś. Wiesz, o ile więcej „lajków” na Facebooku masz od naszego naczelnego?

On ma chyba więcej.

Ty. O trzysta tysięcy.

Staram się. Dziwi mnie tylko, że to się nie przekłada na propozycje. Wszędzie trąbię o Sharanie, którym jeżdżę. To znakomite auto. Ponad trzysta tysięcy przebiegu i zero awarii. Już dawno powinienem być twarzą Volkswagena. Dlaczego oni jeszcze się do mnie nie odezwali? Co to za celebryta, któremu nawet używanego samochodu nie dadzą w prezencie (śmiech). Albo dlaczego nikt się nie zgłosił, żebym zrobił dubbing do kreskówki? Nie muszę być od razu głównym bohaterem. Jakąś drugoplanową rolę też chętnie zagram.

Dwa lata temu chciałeś być na Pudelku. Jesteś. Zanim dojdzie do naszego trzeciego spotkania będziesz już twarzą marki samochodowej, uznanym aktorem dubbingowym, a może nawet zagrasz w fabule.

W reklamę wątpię. Jestem za ryzykowny, zbyt nieprzewidywalny. Co do filmu, to niedawno zadzwonił Iwan Wyrypajew z fajną propozycją. Spotkałem się z nim i z Karoliną Gruszką, ale chyba ich wystraszyłem – przez trzy godziny non stop mówiłem. To był mój monodramat. Wydaje mi się, że nie dałem im dojść do słowa. Pogrzebałem ciekawą rolę.

Często tak masz, że odstraszasz ludzi?

Na ogół jest na odwrót. Wszyscy chcą się szybko i za bardzo spoufalić. Nie lubię na przykład, jak ktoś mnie poznaje i mówi od razu per Czesio. Szczególnie mają tak dziewczyny. Ja jestem Czesław. Na Cześka to trzeba sobie zasłużyć (śmiech).

A gdyby się nagle okazało, że jesteś ojcem?

Nie chciałbym. Ale na pewno ucieszyłoby to moich rodziców. Mama niedawno powiedziała: „Nie ważne z kim i jak, wreszcie chcemy być dziadkami”. Kocham dzieci, ale z tego co wiem, nadal ich nie mam.

Odpowiedź jak na prawdziwego playboya przystało.

Ja playboyem? Nie. Wydaje mi się, że… nie krzywdzę.

Na skróty:

Z kolegą Sebastianem byliśmy ministrantami. Nasza „służba” polegała głównie na tym, że laliśmy z księdza śpiewającego po łacinie albo z tego, że ciągnie za sobą sznurek, bo zapomniał zasznurować sutannę. Takie głupawko-brechty. Wspominam to z rozrzewnieniem.

Mam nadzieję, że po tej sesji wszyscy akordeoniści będą ze mnie dumni. Marcin Wyrostek także.

Chciałbym niedługo wydać koncertową płytę Miłoszową. Poza tym chciałbym nagrać dwie płyty z coverami: jedną Czesław Śpiewa i odcina kupony i drugą – Czesław Śpiewa piosenki, których nie znał, na której byłyby numery m.in. Lecha Janerki i inne nagrania, które poznałem dopiero niedawno, nie tak jak Polacy, mieszkający w Polsce.

Po duńsku się nie przeklina. To nie brzmi tak dobrze, jak polskie przekleństwa. „Ja pierdolę”, „kurwa mać” – to jest takie piękne. Duńskie przekleństwa są nudne.

Wiem, że wkurwiam przede wszystkim kolesiów. I czasami nie dziwię się, że ktoś chce mi wpierdolić. Mam 169 cm wzrostu, a do tego chwalę się, że byłem z wieloma kobietami.

Słownik polsko-polski według Czesława – część druga

w skacowaniu – na kacu

profesorat – profesura

osoba ciemnoskórna – osoba ciemnoskóra

obserwant – obserwator

ubawa – ubaw

piosenka, która była miesiąc stara

pozytywnie przeraziła

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*