Borys Szyc

PLAYBOY nr 12, 2006 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Szymon Szcześniak

(Rzecz dzieje się podczas pamiętnej niesprawiedliwej porażki Wisły Kraków z Blackburn Rovers).

Ponieważ fanem piłki nożnej nie jesteś, chcielibyśmy cię zapytać o konie.

Czy walę konia?

Nie (śmiech). Chodzi o Jana Kowalczyka. Byłeś jego kibicem, jako młody koniarz?

Nie jakimś fanatycznym, ale nigdy nie zapomnę jego munduru i tych słynnych skoków nad podwójnymi stacjonatami.

Konie, tenis… Gdybyś potrenował jeszcze boks, mógłbyś być nowym Olbrychskim.

Wolałbym być nowym Szycem. Nie lubię powielać.

A jednak trochę lubisz, bo to twój drugi wywiad dla PLAYBOYA. Rozmawialiśmy ponad dwa lata temu. Co zmieniło się w twoim życiu przez ten czas?

Nauczyłem się być asertywnym. Kiedyś nie potrafiłem odmawiać, bo bałem się, że ktoś się na mnie obrazi. Dałem sobie wchodzić na głowę. Dziś już przeprowadzam ostrą selekcję towarzyską. W moim domu goszczę niewiele osób. Macie więc plusa (śmiech). A tak ogólnie to w ciągu tych dwóch ostatnich lat życie strasznie przyśpieszyło. Nie wyrabiam z robotą. Ten rok to szaleństwo. Jestem zmęczony i zapracowany, przyznaję bez bicia. Ale nie narzekam, cały czas z ciekawością oczekuję nowych propozycji.

A do tego jesteś od nas młodszy o trzy lata.

Niedużo.

Ale jednak boli.

(Śmiech). Musicie się, chłopaki, bardziej starać! Ja staram się nie popełniać największego grzechu, czyli nie marnować talentu.

Wszystko przychodzi ci łatwo?

Dojrzewam w zawrotnym tempie. Od szkoły jestem na kursie pod tytułem „permanentne przyśpieszenie zawodowe”. Łatwo przychodzą mi propozycje, bo po prostu są, ale wnoszę dużo swojej ciężkiej roboty, więc wszystko się wyrównuje. A może mam jakąś smykałkę?

Kumple z roku nie zazdroszczą?

Wszystko ma swoje plusy i minusy. Andrzejewski (Andrzej, przyjaciel Szyca. Gra z nim w „Jobie” – przyp. aut.) zjeździł z RAP-em (Reprezentacja Artystów Polskich – przyp. aut.) pół świata. Ja nie byłem w Paryżu, Londynie, Rzymie… Nie mam na to czasu. Czasem czuję się jak niewolnik swojej pracy. Ale lubię swoje życie i nie chciałbym go zmieniać.

Nie odbiła ci jeszcze „sodówa”?

Przez jakiś czas na pewno mi odbijała.

I jak sobie poradziłeś? Pogadałeś z Tymochowiczem?

(Śmiech). Ostatnio stałem z nim na światłach. Jeździ Audikiem 7. Nie pasuje do tego auta, bo z twarzy jest kartoflowaty… Co do „sodówy”, to bliskie osoby suszyły mi głowę wystarczająco skutecznie. Pewne sprawy przemyślałem i już. Poza tym uważam, że myślącemu człowiekowi nie może do końca odwalić, bo ma samokontrolę.

Chodzą słuchy, że jesteś potentatem nieruchomościowym. Pochwal się, Boria!

Nie będę się chwalił, bo to niebezpieczne.

Ostatnio często się przeprowadzałeś. Uciekasz przed fankami?

Tak. Gubię trop (śmiech). Nie piszcie, gdzie mieszkam. W Warszawie jedno mieszkanie wynajmuję, w drugim mieszka moja mama, a w trzecim mieszkam ja.

A w Łodzi?

Tylko loft. Jestem twarzą jednego z inwestorów. (To mówiąc Borys Szyc wchodzi na stronę rzeczonego inwestora i wypuszcza film reklamowy z udziałem głosu Borysa Szyca). Zajebiste miejsce. Moja twarz jest częścią ceny za loft. Cała Łódź żyje loftami. Ja również.

Dobrze inwestujesz.

Nie jestem oryginalny. Już starzy, mądrzy Żydzi mawiali, że trzeba inwestować w nieruchomości, ziemię albo złoto. A ponieważ złoto nabiera wartości podczas wojny…

Postanowiłeś też zainwestować w siebie.

Rzeczywiście. Odkąd odstawiłem alkohol, skupiłem się na sobie. Wewnętrznie i zewnętrznie. Ćwiczę ciało, głos, rozmyślam więcej, chcę wrócić do lekcji grania na fortepianie.

Kiedy grałeś?

Grałem od dziecka. Instrument stał w domu, więc nie było problemu. Nie pamiętam już, jak się czyta nuty, a chodziłem przecież do szkoły muzycznej.

I mogłeś być następcą Candy Dulfer…

Lubiłem dźwięk saksofonu, no i jego kształt (śmiech). Byłem jednak zbyt leniwy i w końcu odechciało mi się wozić saksofon tenorowy. Teraz potrafiłbym zagrać kilka nutek, ale po pewnym czasie raczej mogłoby ucho zwiędnąć (śmiech). Swoją drogą, muzyka, oprócz tego, co robię zawodowo, to najważniejsza rzecz w moim życiu. Bardzo mnie motywuje.

Czy kumple nie są przerażeni twoją abstynencją?

Są (śmiech). A raczej byli. Myśleli pewnie, że się ze mną na trzeźwo nie da pogadać. Ale okazało się, że daję jakoś radę. (Borys zaczyna zmywać naczynia, tłumacząc się, że zawsze zmywa od razu, chyba że je u niego kilkanaście osób – wtedy zaprasza koleżanki i zmywanie ma z głowy). Nie pijąc, mogę znaleźć się w trzech miejscach w trakcie jednego wieczoru. Bawię się dobrze, a może i lepiej. Widzę rzeczy, których wcześniej nie widziałem. Czasem wysłuchuję moich pijanych kolegów i zastanawiam się, jaki byłem żenujący. Te bzdury, które opowiada się po pijaku… Ilość planów, zespołów, które się zakłada, filmów, które się kręci, książek, które się napisze. Widzę siebie w odbiciu.

Meller powiedział nam, że przy tobie jest leszczem imprezowym. A on lubi się zabawić! Twoim zdaniem też powinien się uspokoić?

Uspokoić?! Jak ja bym był szefem PLAYBOYA, to bawiłbym się cztery razy mocniej. Rozruszałbym to pismo! Byłbym polskim Hefnerem! Co to za imprezowanie naczelnego PLAYBOYA bez pięciu gołych lasek w jaccuzi? Seks powinien wyciekać zewsząd… Zero seksu, panowie. Żenua. (W tym momencie Cantoro strzela bramkę. 28 minuta. 1:0 dla Wisły.)

Słyszeliśmy, że zakładasz firmę. Kiedy ruszasz?

Z moim przyjacielem, który siedzi w komputerach, chcemy zająć się kręceniem teledysków, reklam i filmów akcji z efektami specjalnymi, jakich do tej pory w Polsce nie było. Powoli zaczynamy orientować się w sprawach papierkowych. Ruszamy z nowym rokiem. Najpierw zajmiemy się produkcją teledysków do mojej płyty. Nie chcę tylko siedzieć na fotelu i ładnie wyglądać, a tak niestety robi się większość polskich teledysków. Naszym zamiarem jest zakręcenie w stylu Spike’a Jonze’a. Na razie wiem już jedno: firmy nie zakłada się łatwo, szybko i przyjemnie.

Aktorstwo już ci się przeżarło?

W życiu! To nadal moja pasja, ale nie nażarłem się dostatecznie muzyką, a zawsze chciałem. Postanowiłem spełniać swoje marzenia i nagrywam płytę.

Na której miały być same covery…

Ale koncepcja się zmieniła. Nie ukrywam, że będzie to mój tribute dla osób, które zawsze podziwiałem i podziwiam do dziś. Prince na pierwszym miejscu. Ale też Lenny Kravitz. Rockowo-funkowy klimat. Jeden numer robi dla mnie Ania Dąbrowska i będzie ze mną śpiewać. Tak samo jak Marysia Sadowska, Brodka, Patrycja Sokół, Chylińska i Ewa Bem. Borys Szyc i kobiety… Czuję, że pójdzie ta płyta.

Ciekawe, ile jest osób, które z niecierpliwością czekają na moment, w którym Borys Szyc coś spierdoli…

(Śmiech).

A może nie zgodziłeś się na występ w „Tańcu z gwiazdami”, żeby nie zaliczyć wtopy?

Przecież zakasowałbym ich wszystkich (śmiech).

Po co ci do tego wszystkiego jeszcze reklama Renault?

Zaczęło się to dwa lata temu. Prowadziłem Opole i zgłosił się do mnie ktoś z tamtejszego oddziału Renault. Zapytał, czy bym nie pojeździł ze dwa miesiące jakimś samochodem z ich stajni. Przywieźli mi fajnego kombiaka na Ząbkowską i pojechaliśmy z rodziną na wakacje. Skubany był bardzo pakowny… Po paru miesiącach zgłosiła się do mnie pani dyrektor marketingu i złożyła propozycję reklamową. A jak usłyszałem, że wchodzi nowe Clio Sport, dostałem piany. Dogadaliśmy się raz dwa i jeżdżę nim do dzisiaj. Limuzyna to nie jest, ma cholernie twarde zawieszenie, ale to idealny, skrojony na moje pokolenie, wózek. Szybko popierdziela. (Dzwoni komórka wywiadowanego. Rozmawia się o interesach). Widzicie, sami dzwonią, że chcą dawać pieniądze na płytę. Diesel mnie ubiera. To miłe.

Często masz propozycje reklamowe?

Co chwilę ktoś się zgłasza. Browary, banki, kosmetyki… W zasadzie reklamować można wszystko, pytanie tylko, w jaki sposób. Jeżeli reklama jest zajebiście zrobiona, nikt nie zarzuci ci, że dajesz dupy. Czekam na propozycje od szwajcarskich zegarków. To by było dobre.

A z „Atlasem” byś potańczył?

Chyba w ten taniec bym się nie wkręcił. Nie wiem, ile on (Cezary Pazura – przyp. aut.) dostał, że się na to zgodził. Beznadziejny pomysł. (Borys musi zadzwonić. Dzwoni). Hi Kinga, this is Boris. The one and only. Please, call me immediately. I’ve got a very important message for you. Bye. Lubię, kurwa, jak ktoś ma taką dwujęzyczną pocztę głosową.

Czy ADHD przydaje się do grania krasnoludka?

Nie wiem. Ledwie pamiętam tamten epizod z Kingsajzem.

A z ADHD?

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to, co mnie w dupie kręci, tak się nazywa. Taki motorek. Zresztą do dziś mi nie przeszło.

Wracając do Kingsajzu, nie żałowałeś, że jesteś za młody, żeby pospacerować po rozebranej Kasi Figurze?

Wystarczyło, że sobie ją podejrzałem, jak tak leżała (śmiech). Erekcja na całe życie.

No właśnie. Podobno jesteś strasznym podrywaczem?

He, he. Zdarza się. (to mówiąc Borys zaczyna zamiatać okruszki chleba na kuchennej podłodze).

Która z twoich filmowych partnerek byłaby idealna na naszą Playmate?

Gruszka i Grochowska. Chociaż lepiej podam je w kolejności alfabetycznej, żeby nie było obrazy (śmiech). Grochowska i Gruszka. Grrrr… Bardzo smakowite dziewczyny. Nietypowe urody.

Myśleliśmy, że powiesz: Cielecka.

Niezłe ciacho. Zresztą taką ma też ksywkę, wymiennie z „Cielakiem”. Rzeczywiście byłaby idealna, bo chyba sprzedałaby się najlepiej z całej trójki. To znaczy PLAYBOY z nią na okładce dobrze by się sprzedał (śmiech).

Wszystkie trzy podobają się naszemu naczelnemu…

Jasne, że mu się podobają. Powiedzcie mi, czy jest taka dziewczyna w Polsce, w której on się jeszcze nie zakochał? (Skoro mowa o naczelnym, musiała paść bramka. Savage. 56 minuta. 1:1. Borys postanawia zareagować.) Co się cieszysz, frędzlu? (Retoryczne pytanie skierowane do napastnika Blackburn).

Jak wygląda sytuacja z filmem o GROM-ie?

Nie ma pieniędzy, więc zdjęcia cały czas się przesuwają. Ale cztery miesiące z Więcolem (Robertem Więckiewiczem – przyp. aut.) ćwiczyłem z chłopakami z GROM-u. Spotykaliśmy się na siłowni u Nastuli. Byłem w genialnej formie. Treningi dwugodzinne: godzina siłowni, godzina walki. Mówię wam, dobrze znać parę różnych technik, chwytów i ciosów.

Słyszeliśmy, że nauka nie poszła w las…

Ale tylko raz. Przekonałem się, że mam siłę. Trochę było mi głupio, bo wszystko działo się na rogu Nowego Światu i Foksal. Wsadzałem Ankę do taksówki, a z nią chciał wsiąść i wsiadł jakiś kolo. No to, wysadziłem go grzecznie z auta, a że facet przekroczył moją strefę prywatności, zastosowałem ciąg ciosów. Taksówkarze krzyczeli: „Jak w Oficerze!” (śmiech).

Wstał?

Nawet chciałem mu pomóc, ale nadal był jakiś niemiły, więc to olałem. Źle wyglądał, ale w zasadzie nie ma się czym chwalić.

Pochwal się jeszcze swoimi „aferami komunikacyjnymi”.

Prowadziłem walki w autobusach z kolesiami, którzy kradną. Miałem dwie ostre scysje. Raz wymyśliłem, że jestem policjantem. Poszedłem na „stówę” i goście spękali. Innym razem było dwóch młodziaczków, jeden ze strasznie pociętym ryjem. Było ostrzej, ale też nie wiedzieli czy mówię prawdę czy blefuję. To było jeszcze przed „Oficerem”, więc spękali. Reaguję w takich sytuacjach, bo nienawidzę złodziejstwa. Jak masz w sobie pewność siebie, której oni nie rozumieją, to sobie poradzisz. Idziesz na „stówę” i wszyscy milczą!

Mógłbyś być żołnierzem?

Nie chciałbym eliminować ludzi. Zawsze wolałem robić coś bardziej artystycznego. Oczywiście chłopaki z GROM-u to artyści w swoim fachu, ale to nie dla mnie.

A bycie zakonnikiem jest ci po drodze?

Absolutnie. Może tylko celibat mnie nie pociąga (śmiech). Chociaż jestem zadowolony ze swojego filmowego wcielenia („Południe – Północ” – przyp. aut.). Niby na przekór moim warunkom psychofizycznym, a jednak. Mój zakonnik to facet z krwi i kości. I przeklnie, i napije się, i zapali papierosa. Jak najbliżej zwykłego człowieka.

Jak dobrze podrabiasz podpis Jana Pawła II?

(Śmiech). Chodzi o Piotrka Adamczyka? No, zdarza się, że nas mylą, ale zawsze podpisuję się jednak jako Borys Szyc. On ma to samo. Często dziewczyny mu mówią: „Och, jaki pan przystojny, panie Borysie”. Żeby było śmieszniej, nas obu mylą jeszcze z Maćkiem Stuhrem. Zmówiliśmy się już, że razem zagramy Trzy siostry.

A zagrałbyś „zoofila, który dyma owce”?

W tej kwestii nic się nie zmieniło (śmiech). Nadal jestem wariatem. Będę szokował i łamał konwenanse. Żyjemy w państwie, w którym trzeba to robić, bo inaczej grozi nam katolickie zapierdzenie.

A propos. Słuchasz czasami Radia Maryja?

Tak, dla rozrywki (śmiech). Kiedyś na studiach wzięliśmy kwasa i przypadkowo włączyliśmy Maryję. Myśleliśmy, że umrzemy. Najgorsze było to, że nikt nie mógł wstać i wyłączyć radia. Dodatkowo oglądaliśmy Egzekucję, ostatni rozdział o zbrodniach Saddama Husajna. Jest pokazane wszystko – jak wiążą faceta, jak kopią mu dół, jak go tam wsadzają, aż w końcu pojechanie z kałasza, raz, drugi, szczęka mu wisi, trzeci, czwarty… To było straszne. Od tego momentu nie słucham Radia Maryja i wiem, że zabijanie jest złe. Kwasy też.

Jakim facetem jest Bogusław Wołoszański?

(Dłuższe milczenie, potem śmiech). Wydaje mi się, że on nie do końca szanuje aktorów. Traktuje ich raczej jako gatunek niższy. Ale nie dziwię się. Czasem tak szaleliśmy z Jankiem Fryczem (na planie „Tajemnicy szyfrów” – przyp. aut.), że chyba miał nas serdecznie dosyć. Jest człowiekiem bardzo wykształconym, z ogromną wiedzą. Stateczny, spokojny pan. Sprawdza się jako historyk i biznesmen. Pozbawiony szaleństwa, ale gdzieś tam może w nim to szaleństwo drzemie, skoro ma Porsche Cayenne.

Były jakieś spięcia na planie?

Trochę było. Kompletne zadupie, sami faceci. Mocno imprezowo było.

Wołoszański jest imprezowy?

Nie. To jest pan, który woli dobry koniaczek i cygarko. Po prostu, tak jak przystoi w jego wieku…

Też taki będziesz?

(Śmiech). Pewnie nie.

Ostatnio pracowałeś też ze Stanisławem Tymem. Jakie wrażenia?

Jak go widzę, to mi się od razu twarz rozjaśnia. Już coś cię śmieszy, a jeszcze nie wiesz co. Genialny facet, który ma dystans do siebie i do świata. Mogę wam zdradzić, że sam się do Rysia zgłosiłem. Że jakby coś było, to ja z chęcią. Nawet najmniejszy epizod. I udało się. Gram między innymi z legendarnym Jarząbkiem, czyli Turkiem. Świetna zabawa. A do tego mam świadomość, że film będzie cholernie śmieszny i obejrzy go pewnie pół Polski.

A Job jest śmieszny?

Tak. Ale to kompletnie inne poczucie humoru i inny sposób budowania fabuły filmowej, bliższy w formie raczej Latającemu Cyrkowi Monthy Pytona.

Dlaczego nie zagrałeś u Muchy w Nadziei?

Bo podobno przez ostatnie półtora roku zmieniłem się fizycznie i nie pasuję do roli. Zestarzałem się. Głupie tłumaczenie.

Zagrałeś kiedyś coś w obcym języku?

Już dwa razy przeszło mi to koło nosa. Pierwszy film miał być po czesku. Przyjechał do nas reżyser Jiři Svoboda, który szukał młodych aktorów. Wygrałem casting, byłem już w Czechach, przymiarki, kostiumy, te sprawy. Genialny scenariusz: historia dwóch kolesiów, którzy dla pieniędzy zabijali ludzi, wsadzali ich w beczki z kwasem, a potem zrzucali je z tamy. Ja miałem być jednym z nich, tym najbardziej bezwzględnym, ale prowadzącym cudowne życie rodzinne, skurwielem (śmiech). Autentyczna historia z końca lat 80. Byłem bardzo podniecony, ale producent pięć dni przed zdjęciami tak pokłócił się z reżyserem, że nic z tego nie wyszło. A drugi film był szwedzki, tak samo wygrałem casting, ale obowiązki w Oficerze nie pozwoliły mi na ten kameralny projekt. Miałem grać ze szwedzką gwiazdą Tuvą Novotny. Film był po angielsku. Żałuję, bo była to super historia. Do Szwecji przyjeżdża sezonowy pracownik budowlany i zakochuje się w dziewczynie. Przeciwieństwo Albercika (filmowy bohater, którego Szyc gra w „Symetrii” – przyp. aut.).

Skoro Albercik, to nie mogło zabraknąć tego pytania. Co prywatnie myślisz o pedofilach? Symetria wskazuje drogę?

Pierwsza reakcja – upierdolić. Ale nie zrobiłbym tego, co w tym filmie. Choć nie wiem, bo gdybym zobaczył, że ktoś gwałci moje dziecko albo gwałci żonę, to bym go zabił. I wylądował w więzieniu. Są jednak sytuacje, kiedy sprawiedliwość trzeba wziąć w swoje ręce.

(A raczej NIEsprawiedliwość. Wisła traci punkty. Bentley. 89 minuta. Po meczu).

Byłeś laureatem olimpiady geograficznej. Chcemy cię przetestować.

Specjalizowałem się w Australii i Oceanii.

Ale pytanie dostaniesz z Ameryki Południowej. Jak nazywa się najwyżej położona stolica?

Kurwa. Nie wiem.

La Paz.

Czekajcie, i ja was zagnę. Jaka ryba wypluwa swoje wnętrzności, jak się przestraszy?

Nie wiemy.

Strzykwa. Łyso wam?

Na skróty:

Charakterowo:

Jestem nieoryginalny w swojej męskości, czyli apodyktyczny. Uważam, że zawsze mam rację.

Imprezowo:

Nie lubię jak na imprezie jest tłok. Jest za dużo dziewczyn i nie wiem, za kim się rozglądać.

Środowiskowo:

W moim środowisku szybciej dochodzą do mnie różne ploty na mój temat, obgadywania, obrabiania dupy i tym podobne.

Wydmuszkowo:

Szczuka powiedziała mi, że jest tylko wydmuszką medialną. I rzeczywiście jest inna „na żywo”. W kraju, w którym większość ludzi to półgłówki; w którym słowo pisane zanika i wszyscy mają dysleksję albo dysortografię, należy szanować takie osoby.

Narcyzowo:

Wojewódzki nie jest kabotynem, tylko zadufanym narcyzem.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*