Borys Szyc

PLAYBOY nr 03, 2012 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

Niezłą Vespą przyjechałeś. Czy miłość do niej to efekt utraty prawa jazdy?

Trochę tak. Wszystko się połączyło. W dzieciństwie dosiadałem motorynki, jak więc na starość miałbym nie kochać małych motocykli? Kupiłem niedawno kolejną Vespę. Rocznik 66. Piękna, biało-czerwona – „teraz Polska”. Skuter jest świetny do jeżdżenia po mieście. I – jak sprytnie zauważyliście – nie trzeba na niego prawa jazdy.

Kiedy ponownie zdajesz egzaminy?

Człowiek to takie zwierzę, które momentalnie przyzwyczaja się do luksusu. Uwierzcie, że jeżdżenie z kierowcą bardzo rozleniwia. Poza tym jak myślę o ponownym zdawaniu teorii, to robi mi się niedobrze.

Zastanawiamy się, czy po pięciu latach karabin trochę ci nie zardzewiał. W poprzedniej rozmowie strzelałeś odpowiedziami aż miło.

Spokojnie. Często oliwiony. Ale jeśli pozwolicie, to zagram dzisiaj snajperkę, a nie maszynowy. Spotkaliśmy się pięć lat temu? Niesłychane, jak ten czas leci.

Powiedziałeś nam wtedy, że jako naczelny PLAYBOYA bawiłbyś się cztery razy mocniej niż Meller. Jak by było dzisiaj?

Byłbym bardziej rozważny. Ale na pewno i tak sporo do przodu przed waszym naczelnym. Zresztą mam wrażenie, że to się nigdy nie zmieni. Nawet jeśli zbliżę się do jego stateczności, to on i tak będzie się już oddalał w ultra stateczność. Marcin powinien korzystać z przebogatej tradycji waszego mentora. W Mansion Hugh Hefnera dziewczyny zmieniają się jak rękawiczki. A w Mansion Mellera zamieszkała tylko jedna blondynka. Codziennie kluski śląskie i cicho siedzieć. Jaki kraj, taki Hefner (wybuch śmiechu).

Rzeczywiście nie zardzewiałeś.

A widzicie we mnie w ogóle jakieś zmiany?

Zmężniałeś.

Biorę to za komplement. To zasługa treningu do Wojny polsko-ruskiej. Nawet jak się otłuszczę, to wciąż widać, że nie jest źle.

Wydoroślałeś.

Bo córka poszła do pierwszej klasy. To dla mnie najważniejsze przeżycie w ostatnich miesiącach.

Słyszeliśmy, że Sonia ćwiczy grę na skrzypcach. Ty obiecywałeś u nas powrót do lekcji gry na fortepianie…

I dupa. Chociaż w mojej głowie ta obietnica rozbrzmiewa jakby z wczoraj. Chciałem zrealizować tę potrzebę w dziecku, ale mała kilka razy uderzyła w klawisze i stwierdziła, że już wszystko umie. Dlatego wybrała skrzypce.

Po prostu pociągają ją trudniejsze wyzwania niż tatę.

Polecam wam skrzypcowy koncert sześciolatków. To jest dopiero wyzwanie. Bez silnego znieczulenia ciężko to przeżyć.

Wiemy, że reżyserujesz córkę.

Robię z nią krótkie filmiki. Tylko dla niej i dla mnie.

Zaczniesz kiedyś reżyserować dla szerszej publiczności?

Zawsze pewniej będę się czuł przed kamerą. Żeby stanąć po drugiej stronie, trzeba być dwa razy mądrzejszym. A przede wszystkim brać na siebie o wiele więcej odpowiedzialności.

Obawiamy się, że masz tyle talentów, że i reżyseria dobrze by ci wyszła.

Wtedy, jako malowanego ptaka, zadziobaliby mnie na śmierć.

To byłby casus Bogusława Lindy, który kręci dobre filmy, ale krytycy je zadziobują.

Bo my z Bogusiem w ogóle mamy sporo wspólnych cech, przede wszystkim ciekawość świata i uwielbienie dla planety. Ja jednak nie uczestniczę w polowaniach, szczególnie na słonie. Nie podołałbym. Za ciężkie bydlaki.

Do Bogusława Lindy jeszcze wrócimy. Najpierw jednak pogrzebiemy w twoim dzieciństwie. Jakie plakaty wisiały nad łóżkiem małego Borysa?

Zamiast Rachmaninowa i Czechowa, na ścianach niepodzielnie panował Michael Jackson. Poza tym wisiało sporo ładnych kobiet, na przykład Heather Locklear.

Przy Sabrinie Locklear wyglądała jak Rachmaninow.

Teraz już wiecie, jaki mam wysublimowany gust. Wszystkie zdjęcia i plakaty pochodziły z „Brava”, „Razem” i „Żołnierza polskiego”, który na ostatniej stronie zawsze miał gołą babę. Zresztą właśnie przez tę stronę dostałem uwagę na lekcji plastyki. Ławki wykładało się wtedy gazetami, żeby niczego nie pomalować. Ja również wyłożyłem, ale zamiast malować, wycinałem babki, niszcząc w ten sposób podkład pod prawdziwą sztukę.

Nadal potrafisz udawać króla popu?

Oczywiście. Ostatnio z gracją wykonałem „moonwalka” na densflorze w Kuala Lumpur. Czasami odzywa się we mnie szczeniacki dryg do rywalizacji. Pewien facet próbował tam udawać Michaela i robił to na tyle nieudolnie, że nie wytrzymałem. Leciało Billie Jean, więc sami rozumiecie – nie miałem wyjścia i musiałem wkroczyć na parkiet. Dostałem oklaski.

Koledzy z dawnych lat nazywają cię Szycem, czy Michalakiem?

Lubią mówić do mnie Michalak, co pewnie w ich mniemaniu zaznacza moją łódzką, ziomalską przeszłość. Na zasadzie: „my wiemy, kim ty tak naprawdę jesteś”. W dowodzie mam Szyc-Michalak, ale wolę Szyca. Jest krótszy, dosadniejszy, a także bardziej medialny. Choć w krajach anglojęzycznych mówią o mnie bardzo brzydko, czyli Borys Shits. W związku z tym czasami staram się być jednak Schützem (śmiech).

Jak dziś patrzą na ciebie kumple z Łodzi?

Niektórzy z wielkim dystansem. Jeden nawet twierdził, że nie wie, czy można ze mną w ogóle normalnie porozmawiać. Był tak uniżony, że aż wkurwiający. Ustawił mnie „w innym świecie”. To smutne, dziwne, trochę śmieszne i niestety bardzo polskie. Takie słodko-gorzkie.

Tą zgrabną klamrą wracamy do Bogusława Lindy. Na planie Słodko-gorzkiego po raz pierwszy w życiu statystowałeś.

Byłem wtedy głodnym wrażeń licealistą. Razem ze swoją przyjaciółką przemazaliśmy się na drugim planie, tańcząc w dyskotece. To był ewidentnie czas Bogusia. Do dziś pamiętam, jak któryś ze statystów krzyknął, że zaraz przyjedzie Linda. Zrobiła się gorąca atmosfera, wszyscy siedzieli jak na szpilkach. I nagle pojawił się! Dziewczyny zamruczały: „Ehhhhhhhhh”. To było takie  połączenie orgazmu i gruźliczego, zachłannego wciągnięcia świeżego powietrza. Ja również nagle poczułem przemożną chęć znalezienia się obok Niego. Zwierzęcy instynkt popchnął mnie w jego kierunku. No i postałem sobie w sąsiedztwie z dwie minuty. Byłem blisko, bo słyszałem, jak mówi, widziałem, jak jest ubrany i czułem jego perfumy… Ogrzałem się trochę w tym ciepełku.

Ale zanim zostałeś kolejnym bożyszczem współczesnych fanek kina, musiałeś trochę popracować. Gdzie i za ile?

Na przykład przy okulizacji róż w Rzgowie pod Łodzią. Chodziło się tam przez pola w zespołach składających się z: dziabarza, okulizatora i zakręcacza. Dziabarz miał dziabę, szedł i poddziabywał krzaki; okulizator nacinał gałązki i wsadzał w nie zalążki szlachetnych odmian róż, dodając w ten sposób ilość pączków, które się potem na krzaku pojawiały, a zakręcacz niósł plastikowe, przezroczyste paski, którymi okręcał wsadzone zalążki, tak aby się dobrze trzymały i nie wypadły. Na początku byłem zwykłym dziabarzem, ale już na końcu okulizatorem pełną gębą. Płacili słabo, ale na wakacje starczało.

Czym jeszcze się zajmowałeś?

Zbijałem palety u mojego chrzestnego. Zdzierałem też stare farby z drzwi i ścian na różnych budowach. A potem już na studiach, wraz z kolegami z roku, czyli Andrzejewskim i Borkowskim, używaliśmy swoich paraartystycznych zdolności, pracując dla firmy L&M. Jeździliśmy amerykańskim, srebrnym autobusem w ramach „L&M Road Party”. Przez całe wakacje co dwa dni byliśmy w innym mieście na polskim wybrzeżu i prowadziliśmy imprezy dla paru tysięcy osób. Mieliśmy pięć układów tanecznych, między innymi pod Pump Up the Jam Technotronic i Gypsy Woman Crystal Waters. Przede wszystkim jednak rozdawaliśmy ludziom świecące na cztery kolory światełka. Ten gadżet był absolutnym szałem, a my z racji tego, że nim dysponowaliśmy, byliśmy bogami. Poznaliśmy wiele dziewcząt, a nawet dochowaliśmy się swoich L&M groupies, tzw. elemek, które jeździły za nami po wybrzeżu.

Dziś studenci aktorstwa tak nie dorabiają.

Bo teraz można grać w serialach i nie trzeba prowadzić imprez dla browarów oraz kotłów grzewczych. Dla mnie jednak te chałturki były kopalnią humoru, dobrej zabawy i ogromnej ilości anegdot. Właśnie mi się przypomniało, że mniej więcej wtedy nagrałem reklamówkę w stroju świętego Mikołaja. Reklamowałem piętrowy parking dla Matchboksów. Na szczęście nikt tego nie widział.

A szkoda. Pewnie można boki zrywać, a nawet się popłakać. Zdarza ci się płakać w kinie?

Porozmawiaj z nią widziałem ze dwadzieścia razy i prawie zawsze płakałem. Uwielbiam Almodovara. Jest mi bardzo bliski w postrzeganiu świata, we wrażliwości, wyobraźni, kolorach…

Nigdy nie zagrałeś w jego stylu.

Może dlatego, że nie ma u nas Almodovara. Wyobrażacie sobie, że w Polsce ktoś kręci film o lekarzu, który łapie gwałciciela swojej córki, zmienia mu płeć, a później się w nim/niej zakochuje?

Konrad Niewolski?

Myślę, że ta historia u Konrada potoczyłaby się zupełnie inaczej (śmiech). Z tego co wiem jest teraz ortodoksyjnym Żydem, hodowcą psów i mieszka w lesie. Trudno przyzwyczaić się do jego nowego wcielenia, ale myślę, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Konrad przewidział koniec świata w tym roku, tak więc poczekajcie z drukiem, aż będzie to pewne. Gazeciarze, przebrani za króliczki, będą latać po mieście, krzycząc: „Ostatni numer PLAYBOYA!”. Pójdzie jak ciepłe bułeczki.

I tak pójdzie. Wystarczy, że odpowiesz na pytanie, kiedy zobaczymy cię „z gołym fiutkiem na scenie”. Niedawno mówiłeś, że masz na to jeszcze czas.

Wciąż czekam na propozycje. Jeszcze nigdy nie dostałem takiego scenariusza albo sztuki do przeczytania. Niestety, jestem pomijany w tych sprawach. Nagminnie. Bardzo żałuję.

Za to internautki nie pomijają cię nigdy – „Borys, kocham cię za tę twoją dziurkę”.

Na czole, tę po ospie? I co ja mogę na to rzec? Też was kocham dziewczyny. Za wasze dziurki. Zmieńmy może temat, bo zrobiło się jakoś tak kontrowersyjnie (śmiech).

Mówisz masz. Mało kto w dzisiejszych czasach miał szansę porównać wrażenia z szarży konnej XX-wiecznej kawalerii i XVII-wiecznej husarii. Oświeć nas trochę.

Kawaleria z Bitwy Warszawskiej to zupełnie inna bajka. Trzysta lat różnicy robi swoje. Postęp jednak istnieje (śmiech). To, ile ciężaru wkładali na siebie husarze, jest nieprawdopodobne. Wystarczył sam płaszcz, który ważył jakieś 20 kg, żeby człowiekowi zrobiło się ciepło. A do tego jeszcze zbroja. Na szczęście ta filmowa była plastikowa. Sceny do September Eleven 1683 (Sobieskiego w tym filmie gra Jerzy Skolimowski – przyp. aut.), kręciliśmy pod Bukaresztem w 30-stopniowym upale. Momentalnie zrozumiałem Roberta Kubicę, siedzącego w bolidzie.

Niedawno byłeś też w Stanach w związku z filmem Criminal Empire of Dummy’s (Borys ma wystąpić obok Gary’ego Oldmana – przyp. red.). Wszystko już dogadane?

Zaczęło się od tego, że poleciałem do Kalifornii kręcić reklamę Axe, tę z „klikerem”. Już to było dla mnie wielkim przeżyciem. Robiłem tam dokładnie to samo, co Ben Affleck, tylko że dla polskiej publiczności. Można powiedzieć, że byłem nim.

Lepszym nim.

Tak mnie przynajmniej zapewniali. Szkoda, że nie przełożyło się to na czek.

„Forbes” wycenił twoją gażę na prawie pół miliona.

Nie wiem dlaczego aż tak bardzo zaniżyli (śmiech). Ale może to i dobrze, zawsze można liczyć na mniejszą zawiść. Wracając do filmu… Prosto z Los Angeles miałem lecieć do Nowego Orleanu na zdjęcia. Właśnie wtedy zdarzył się ten nieszczęsny wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej, a jeden z producentów umoczył na tym grubą kasę i z dnia na dzień wycofał się z filmu, zabierając swój kilkumilionowy wkład. W ciągu dwóch lat większość udziałów przejął Grzesiek Hajdarowicz i to on będzie teraz producentem. Z tego co wiem, mamy kręcić ten film w Brazylii.

Na tej słynnej farmie kokosów, tuż przy plaży, nad oceanem?

Ciepło. Na jednej z palm wyryty jest już napis „Borys Szyc area” (śmiech). Bardzo mi to poprawiło humor. Zrezygnowałem z gaży w zamian za skromny hektar tej ziemi.

Kiedy ruszają zdjęcia?

Nie mam pojęcia. Wiem, że kompletnie zmieniła się ekipa – nowy reżyser, operator, kilku nowych aktorów. Jest też dużo skomplikowanych prawnych kwestii do dogrania. Czekam w blokach. Poza tym uczę się pływać na „kajcie”. Muszę.

Jak to musisz?

Bo kolejny pomysł Grześka to film o kitesurferach. Trochę w nawiązaniu do słynnego Na fali  z Patrickiem Swayze’em i Keanu Reevesem. Ma tam być pięciu chłopaków z rożnych stron świata. Ja będę reprezentował Polskę. Nie mogę dać ciała.

Trzymamy kciuki. Szczerze i bez zawiści. W końcu nie robimy w tym samym biznesie.

Żywię podobne uczucia do moich kolegów po fachu, którym tak zwyczajnie po ludzku kibicuję i życzę sukcesów. Absolutnie nie zazdroszczę. No może trochę, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie ma to niczego wspólnego z zawiścią… kurrrwa (śmiech).

Gdzie jeszcze będziemy mogli cię obejrzeć?

Przede wszystkim w Sztosie 2. Na planie u Lubaszenki bezustannie się śmiałem. Zestaw aktorski w połączeniu z Zakopanem i Sopotem, gdzie mieliśmy zdjęcia, był mieszanką wybuchową. Zapewniam was – ten film to jeden wielki brecht.

A po Sztosie 2?

Jestem po słowie z Andrzejem Saramonowiczem i Maćkiem Pisarkiem. Mam zagrać w ich nowych produkcjach. Poza tym w All Inclusive – filmie kręconym na Teneryfie. Jest też wielka szansa na powstanie Balladyny Trelińskiego z moim skromnym udziałem. Film miał być kręcony już 10 lat temu, jeszcze z Ostaszewską i Cielecką. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Dla mnie to bardzo ciekawa propozycja. Być może będę też występował w ekranizacji Złego. Prawa do książki są nabyte, więc kto wie. Gdyby reżyserował to Ksawery Żuławski, mógłby wyjść kozacki film.

Czy pojawiła się w twoim prywatnym rankingu jakaś nowa, świeża krew, jeżeli chodzi o naszą rozkładówkę?

Natasza Urbańska.

Spróbujemy, ale musisz nas poprzeć.

Mogę was poprzeć, ale jest jeszcze Janusz (Józefowicz – przyp. red.). Może zaproponujcie jej jakąś ładną sesję z choreografią męża.

Zawsze wybierasz nam takie kandydatki, których nie sposób rozebrać. A to Gruszka, a to Grochowska, a to Cielecka… A teraz kolejna „trudna dziewczyna”.

Panowie, nie chcę was wkurzać, ale poza Nataszą wszystkie widziałem nago.

Zazdrościmy. Bez zawiści rzecz jasna.

Powiedzieliśmy coś mądrego w tej rozmowie?

Niewiele, ale za to było rozrywkowo. Powiedz lepiej, kiedy widzimy się po raz kolejny? Może wtedy będzie mądrzej.

Zapraszam do Brazylii w 2016 r., o ile wcześniej nie będzie końca świata. Szybko znajdziemy brazylijską playmate, popływamy katamaranem i wypijemy parę drinków. Mieszkanie będziecie mieli za friko.

Dla redakcji to zawsze jakaś oszczędność. Ale wyjaśnijmy sobie publicznie, że nie zamierzamy ogrzewać się w twoim cieple.

W takim razie zostanie wam tylko ciepło oceanu.

Szkoda, że za cztery lata ty będziesz jeszcze przed czterdziestką, a my już po.

Ale będę was wspierał chłopaki. Zastanówcie się jeszcze – może jednak warto ogrzać się od młodszego i przystojniejszego?

Jeszcze to przemyślimy, ale właśnie w tym momencie dotarło do nas, czego w tej rozmowie było mniej niż w poprzednich. Przekleństw.

Wszyscy się, kurwa, starzejemy.

2 komentarze
Skomentuj »

  1. Świetny wywiad, a Szyc to jeden z moich ulubionych aktorów polskich :)

  2. Fajny wywiad. Bardzo lubię grę Szyca. Robi on naprawdę dobra robotę! Tak trzymać.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*