Bear Grylls

Bear-GryllsPLAYBOY nr 11, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak

Czy jest ktoś, kto nie mówi do ciebie Bear, tylko używa prawdziwego imienia?

Tylko jedna osoba na świecie. Stryjeczna babcia. Szczególnie kiedy wyraża swoje rozczarowanie moją postawą. A to akurat bardzo częste w jej przypadku. Ogląda mój program w telewizji, kiwa głową i mówi z dezapropatą: „Co sobie myślałeś, robiąc tę głupotę, Edwardzie…”.

A co sobie myślałeś, widząc pierwszy raz PLAYBOYA? Pamiętasz ten moment?

Nie. Ale przypuszczam, że ta chwila nie zaznaczyła się czynami, z których dzisiaj mógłbym być specjalnie dumny (śmiech). Pamiętam, że w szkolnym internacie mieliśmy naprawdę duży stos PLAYBOYÓW. Myślę, że miał powyżej metra wysokości. Zaznaczam jednak, że to nie była moja kolekcja. Były dobrem wspólnym.

Nie masz czasem obaw, że niektórzy naśladując twoje wyczyny z telewizji, mogą wpaść w poważne kłopoty?

Oczywiście jest takie ryzyko. Dlatego zawsze powtarzam, że w moich programach pokazuję jak należy się zachować tylko w ekstremalnych sytuacjach, kiedy naprawdę nie ma innego dobrego rozwiązania, bo wydarzenia potoczyły się według najgorszego scenariusza. Wtedy warto na przykład wiedzieć, że przy pomocy baterii z telefonu komórkowego można rozpalić ognisko. Kiedy nagrywaliśmy ten odcinek, już w trakcie kręcenia jeden z operatorów opuścił kamerę i powiedział: „Bear, nie możemy tego puścić w telewizji. Rodzice z całego świata się wściekną”. I rzeczywiście tak było. Do Discovery przyszła masa maili w rodzaju: „Wydałam ponad 400 funtów na nowego iPhone’a, a teraz leży zgnieciony i połamany na przypalonym dywanie…”. Ale z drugiej strony do redakcji przychodzi też mnóstwo maili, w których widzowie piszą, że nasze porady wykorzystali w praktyce. To zadziwiające jak wiele jest historii ludzi, którzy zagubili się w dziczy…

Wydaje się, że to raczej sporadyczne przypadki.

A jest dokładnie odwrotnie. Naprawdę to może się przydarzyć każdemu. Dzisiaj dowiedziałem się o Brytyjczyku, który zaginął w australijskim buszu. Wyszedł na krótką wycieczkę z hotelu i nigdy nie wrócił. Wczoraj zupełnym przypadkiem znaleziono jego ciało. Ktoś je wypatrzył z helikoptera. Takie historie zdarzają się niemal codziennie. Przekonaliśmy się o tym przygotowując się do filmowania nowego programu dla Discovery – Ucieczka z piekła. Szukaliśmy autentycznych bohaterów, którzy przeszli przez piekło zagubienia w dziczy. Okazało się, że takich zdarzeń są setki. Pytaliśmy ludzi o moment, kiedy zdali sobie sprawę, że mogą nie wrócić do domu, że osierocą dzieci i to wszystko z powodu prostych błędów, których można było łatwo uniknąć. Trudno o tym mówić przed kamerą. Odtwarzamy więc historie naszych bohaterów i pokazujemy, jakie popełnili błędy, a co pozwoliło im przetrwać. W jednym z odcinków rekonstruujemy wyprawę dwóch polskich podróżników do Kolumbii… (chodzi o Macieja Tarasina i Tomasza Jędrysa, których spływ w Amazonii zakończył się dramatyczną akcją ratunkową – piszemy o tym 2 strony dalej).

Słyszałem o nich. Płynęli dmuchaną kanadyjką po rzece wijącej się w dżungli i w pewnym momencie stracili łódkę.

Co gorsza, stracili również kontakt ze sobą, bo jeden z nich skoczył do rwącej wody, próbując gonić uciekający ponton. Zanim się zorientowali, byli już rozdzieleni i pozbawieni większości sprzętu. W rezultacie każdy z nich znalazł się w poważnych tarapatach. Obaj doszli do granic fizycznych możliwości. Niezależnie od siebie musieli podjąć bardzo trudną decyzję. Czy szukać kolegi, czy ratować się na własną rękę?

To doświadczeni podróżnicy. Byli dobrze przygotowani. Gdzie zrobili błąd?

Mike Tyson powiedział kiedyś zdanie, które bardzo lubię cytować: „Wszyscy moi przeciwnicy mieli świetny plan, do czasu, aż trafiłem ich w głowę”. Natura jest właśnie taka. Myślisz, że wszystko kontrolujesz, ale nagle tracisz sprzęt albo łamiesz nogę i leżysz na deskach jak po ciosie Tysona. Na wojnie żaden plan nie wytrzymuje pierwszego spotkania z wrogiem. I trzeba być na to przygotowanym. Wojskowych uczy się, że w sytuacjach bojowych rzeczy ratujące życie – nóż, krzesiwo, leki, tabletki do uzdatniania wody, etc. – zawsze trzeba mieć przy sobie. Ale najważniejsze, żeby nigdy nie oddalać się od swojego oddziału, jeśli nie jest to wcześniej uzgodnione. W jedności siła. To prosta reguła, która zawsze się sprawdza.

A propos reguł. Jaki powinien być schemat działania osoby, która znalazła się w niebezpiecznej sytuacji?

Wystarczy zapamiętać 4 litery. B – jak bezpieczeństwo. R – jak ratunek. W – jak woda. J – jak jedzenie. Najpierw trzeba zapewnić sobie bezpieczeństwo, upewnić się, że nic nam bezpośrednio nie zagraża. Potem zadbać o sprowadzenie pomocy i uczynić siebie widzialnym dla ratowników. Kolejne etapy to zapewnienie dostępu do wody i znalezienie pożywienia. Trzymając się tej zasady, popełnimy najmniej błędów w walce o przetrwanie. Zawsze w tej kolejności – BRWJ. Człowiek może przeżyć średnio 3 dni bez wody, 3 tygodnie bez jedzenia i 3 minuty bez oddechu. Dobrze to wiedzieć. Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie są o wiele silniejsi niż im się wydaje. Wszyscy jesteśmy jak winogrona. Dopiero kiedy nas ścisnąć, widać, z czego jesteśmy zrobieni.

Czy kobiety mają mniejsze szanse przetrwania w dziczy niż mężczyźni?

Bardzo ostrzegam przed niedocenianiem dziewczyn. Zdarzało mi się wspinać w górach w towarzystwie niebywale silnych kobiet. Na Evereście większość facetów nie nadążała za nimi. Były pierwsze w obozie i plotkowały sobie już przy herbatce, kiedy dopiero pojawiała się męska część ekipy. Kobiety potrafią być dużo silniejsze i wytrzymalsze niż mężczyźni.

W ekstremalnych sytuacjach chyba sporo zależy po prostu od szczęścia?

Racja. Mój bardzo bliski przyjaciel parę tygodni temu został ukąszony przez węża. Był świetnie przygotowany. Miał na sobie buty dżunglowe, ale ząb jadowy przeszedł przez dziurkę od sznurówki. Niestety kolega stracił górną część stopy. Lekarze próbują jakoś zrekonstruować ten ubytek. Tak też się zdarza. Niektórzy robią wszystko jak trzeba, ale mają pecha. Inni popełniają błąd za błędem i wychodzą cało z najgorszych opresji. Uwierz mi jednak, że w ekstremalnej sytuacji nie chciałbyś być zależny od szczęścia. Liczy się wiedza, umiejętności, chłodna ocena, pozytywne nastawienie i talent do improwizacji.

Czy twój talent polega między innymi na tym, że nie masz w sobie żadnych lęków? Bo oglądając twoje programy, można dojść do takiego wniosku.

Boję się wielu rzeczy. Mam na przykład lęk wysokości… A przecież większość czasu upływa mi na skakaniu ze spadochronem i wspinaczce po klifach. Moim zdaniem nie dostaliśmy życia po to, żeby poddawać się lękom. Trzeba z nimi walczyć, podejmując racjonalne decyzje. Wszyscy mamy jakieś lęki.

Jaki jest twój największy?

Robię się bardzo nerwowy na wszelkich cocktail parties. Pobrzękiwanie szkła i głośne rozmowy dookoła – tego się boję. Wiem, że to kuriozalne. Shara (żona) śmieje się ze mnie, bo ciągłe spotykanie nowych ludzi to część mojej pracy. Racja. Ale nic nie poradzę na to, że w dużych grupach staję się przeraźliwie nieśmiały.

Może powinieneś nagrać program o tym jak przetrwać cocktail party?

Dobry pomysł. Obawiam się jednak, że nikt by tego nie chciał obejrzeć (śmiech).

Twój ojciec sir Michael Grylls zasiadał w parlamencie z ramienia Partii Konserwatywnej. Kiedy pójdziesz w jego ślady i zajmiesz się polityką?

O nie! Boże, chroń mój kraj przede mną. Byłbym tragiczny w tej roli. Kompletnie nie na miejscu. Wielkim przywilejem pracy w Discovery jest to, że mam kontakt z młodymi ludźmi. Myślę, że ufają mi bardziej niż jakiemukolwiek ministrowi. A nastolatki jak wiadomo bywają trudne. Korzystam więc z popularności i namawiam ich na skauting. Uważam, że kontakt z naturą pomaga przejść przez najtrudniejsze życiowe burze. Ostatnio uruchomiliśmy w Akademii Przetrwania kursy survivalu dla rodzin. Łączymy rodziców i dzieci w dwuosobowe zespoły na zasadzie ojciec–syn. Wspólne rozpalanie ognia, budowanie schronienia, szukanie wody i pożywienia. Przecież robiliśmy to przez tysiąclecia w towarzystwie swoich dzieci. Cywilizacja odebrała nam te proste doświadczenia, które budowały prawdziwe więzi rodzinne. Dlatego dzisiejsze nastolatki żyją w całkowitym oderwaniu od swoich rodziców. A wystarczą 24 godziny wspólnej pracy w lesie, żeby nawiązać z dzieckiem relacje, których nie kupi się za żadne pieniądze.

Wspaniała przemowa polityczna. Tata byłby dumny.

(Śmiech). Dziękuję. Ale spokojnie, nigdy nie trafię do polityki – zbyt wiele cocktail parties. Zadajesz kłopotliwe pytania…

A jakie było najdziwniejsze pytanie, które kiedykolwiek dostałeś?

Amerykańska dziennikarka spytała, jaki jest mój najgorszy nałóg. Odpowiedziałem, że wyrywam sobie paznokcie z dużych palców u nóg i je zjadam. Totalnie w to uwierzyła. Zobaczyć jej minę w tamtym momencie – bezcenne.

A w ogóle masz jakieś nałogi?

Gram na pianinie i śpiewam moim synom prawie każdego dnia. Nie wiem dlaczego ludzie często widzą we mnie kogoś zupełnie innego. Spodziewają się, że jak James Bond spędzam całe dnie w barze, popijając czystą whisky i rzucając dookoła zagadkowe spojrzenia. Tymczasem mój ulubiony drink to pina colada. Koniecznie z parasolką. Taki ze mnie macho…

Spokojnie, twój wizerunek nie ucierpi, jeśli opowiesz o swojej ostatniej kontuzji. Dziewczyny kochają blizny.

(Śmiech) OK. Niech będzie. (Bear rozpina koszulę i pokazuje prawy bark. Na szyi i obojczyku widać sporej długości przecięcie). To sprzed dwóch dni. Zostawiła mi ten ślad linka paralotni. Zamontowałem silnik ze śmigłem, przypiąłem do siebie Jessiego (syn) i lataliśmy cały dzień. Chociaż prawdopodobnie nie powinienem o tym mówić. To chyba nielegalne… Trudno. Wydało się. Możesz napisać, że on to uwielbia.

Masz trzech synów. Zamierzają iść w twoje ślady?

Mój ojciec zawsze mówił: „Idź swoją drogą i nie zgub po drodze przyjaciół”. Tego się trzymam i synom powtarzam dokładnie to samo. Reszta się jakoś ułoży. Środkowy na przykład chce być bibliotekarzem. Super. Z kolei najstarszy twierdzi, że będzie pilotem awionetki w Afryce. I ciągle mnie pyta, po co ma się uczyć w szkole łaciny albo matematyki. Przecież chce być pilotem, nie matematykiem. Szczerze mówiąc, bardzo trudno znaleźć mi dobrą odpowiedź na to pytanie.

Jesse to najstarszy?

Tak. Spadł wczoraj z drzewa i się pokaleczył. Żona zadzwoniła lekko spanikowana. „Słuchaj, to prawdziwy koszmar. Ma zadrapanie wzdłuż całego ciała”. Poprosiłem, żeby dała go do telefonu. „Jak się czujesz” – pytam. A on: „Świetnie. Szkoda, że tego nie widziałeś. Krew się tak lała, że mogłem wyżymać koszulkę”. Trochę mnie to uspokoiło (śmiech).

Dwaj pozostali to Marmaduke i Huckleberry. To tytułowe psie postacie dwóch znanych bajek dla dzieci. Czy jakoś szczególnie kochasz psy?

Bardzo (śmiech). Ja jestem Bear, a żona Shara. Oboje mamy więc dziwne imiona. Nie moglibyśmy mieć po prostu Colina, Alana i Terry’ego. To nie pasowałoby do nas. Jesse to imię biblijne. Nosił je ojciec króla Dawida – fajny był z niego facet. Marmaduke dostał imię na cześć asa lotnictwa z II wojny światowej (Marmaduke „Pat” Pattle według różnych źródeł zestrzelił od 40 do 51 maszyn – przyp. red.). A Huckleberry zawdzięcza imię Markowi Twainowi. Chciałbym mieć więcej dzieci. I oczywiście także dziewczynkę. Fajnie by było, gdyby po domu walały się inne zabawki niż tylko broń, amunicja i samochody.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*