Artur Żmijewski

PLAYBOY nr 12, 2007 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Szymon Szcześniak


Zaprosiłbyś Dodę na kolację?

Żonę bym chętniej zaprosił.

Z naszych badań wynika, że większość polskich mężczyzn zaprosiłaby na kolację właśnie Dodę.

Chyba się nie łapię w tych rejonach. Nie lubię prowokacji i skandali, tak jak Doda.

Za to ty jesteś facetem, który zwyciężył w badaniach na najbardziej pożądanego męskiego partnera na kolacji. Oczywiście w badaniach brały udział tylko kobiety.

Cieszy mnie niezmiernie druga część waszej wypowiedzi. A czy w tej badanej grupie jest też Doda? Wtedy mi nie do śmiechu (śmiech).

Te badania coś nam jednak uzmysławiają.

No tak, gusta mężczyzn i kobiet są inne. Ale to fajnie, bo jest różnorodność.

Na deser zostawiliśmy najważniejszą informację: większość kobiet chciałaby spędzić z tobą noc i wyjść za ciebie za mąż.

I co ja mam teraz powiedzieć? Że się cieszę? Przecież żona to przeczyta. Pewnie pojawi się u niej jakiś dreszczyk zazdrości.

To zadziwiające. Od dobrych parunastu lat jesteś najbardziej „pożądanym” Polakiem.

Zastanawia mnie to bardzo. Nigdy nie predestynowałem do takiej roli, jestem obsadzany w tego rodzaju konkursach poza swoją wiedzą i rzeczywiście – często wygrywam. Nie jest to esencja mojego życia, ale nie będę hipokrytą – to łechce. Was by nie łechtało?

Łechtałoby, może nawet byłoby to esencją naszego życia, ale to ty jesteś po tamtej stronie.

Mogę wam powiedzieć, panowie, że to nie boli (śmiech).

Czy zaczepne spojrzenia kobiet na ulicy są męczące?

Wręcz odwrotnie. To bardzo miłe uczucie, gdy fajna kobieta się do mnie uśmiecha. Traktuje mnie jak kogoś znajomego, a ja to lubię. W końcu jako Jakub Burski (postać z serialu „Na dobre i na złe” – przyp. red.) jestem co tydzień gościem w różnych domach.

Wychodzi na to, że jesteś ideałem.

Ja się za takiego nie uważam.

Chcielibyśmy znaleźć w tobie jakieś wady.

Szukajcie, a znajdziecie.

Jedną znamy na pewno. Brakuje ci szaleństwa.

To fakt. Ale jest mi z tym dobrze. Wydaje mi się, że mnie to nie ogranicza. Od młodych lat mam poczucie odpowiedzialności, które blokuje szaleństwa. Na przykład nigdy nie pozwoliłem sobie na zawalenie czegoś, co było zaplanowane. Może to błąd? Dzisiaj nie jestem duszą towarzystwa i do wszystkiego mam dystans. Kiedyś było to poczytywane za moją wadę. Uważano mnie za zarozumiałego i nieprzystępnego gogusia. Ale co robić? Taki już jestem. Jak byłem młodszy, to trochę uwierało, dzisiaj mam to gdzieś. Charakteru już nie zmienię.

A jaki byłeś w dzieciństwie?

Nie byłem trudnym dzieciakiem. Nie chodziłem na boki, nie urywałem się z domu, rzadko chodziłem na wagary. Tylko przez parę tygodni byłem związany z gitowcami z Chotomowa, który w latach 80. był stolicą gitludzi. Z tego towarzystwa wyciągnął mnie mój – o sześć lat starszy – brat, w którego zachowaniu też nie widzę szaleństwa.

Był statecznym szczypiornistą?

Jak na jego tryb życia, ciągłe obozy, wyjazdy, mecze to można powiedzieć, że był stateczny. Po prostu Żmijewscy tacy są. I basta (śmiech).

Nigdy nie chciałeś być bramkarzem jak brat?

Chciałem, a jakże. Bardzo mi to imponowało. Nawet stałem na bramce. Ale w pewnym momencie matka powiedziała: „Nie zgadzam się. Jeden gra w piłkę i cały czas go nie ma w domu, dlatego ty nie będziesz grał”. No i co? Zostałem aktorem i jeszcze częściej mnie nie ma w domu (śmiech). A Grzesiek zagrał parę spotkań w reprezentacji, potem grał w Tunezji, Danii i Luksemburgu, w którym mieszka od jakichś 15 lat. I na pewno częściej ode mnie bywa w domu…

Spotkałeś kiedyś młodszego o półtora miesiąca – artystę performera – Artura Żmijewskiego, specjalistę od golizny?

Nie i nie mam ochoty go spotykać. Wyczuwam w nim prowokację i chęć robienia sobie ze mnie jaj. Na łamach pewnej gazety trochę mi podocinał. Nie wiem, dlaczego, bo się nie znamy. Gdybym był wrażliwszy, pewnie bym się pojedynkował. On przecież mógł przynajmniej dołożyć jakieś „M” albo „N” między imieniem a nazwiskiem. Kiedyś jechałem samochodem i nagle zobaczyłem swoje nazwisko. Zacząłem się zastanawiać, co to za film, co to za przedstawienie. Podjechałem i okazało się, że była to akcja z fotografiami nagich niepełnosprawnych. A w trakcie Złota dezerterów Janusz Majewski jakoś tak dziwnie chodził, chodził i chodził, po czym nie wytrzymał i zapytał: „Panie Arturze, co skłoniło pana do zrobienia takich rzeczy?” (śmiech). Był strasznie napięty. Dopiero po wytłumaczeniu, Janusz się wyluzował. A tak w ogóle to zastanawiam się, dlaczego tak długo, firmując różne akcje artystyczne, pan Artur nie pokazywał nigdy twarzy. To bardzo ciekawe.

Z kim cię najczęściej mylono?

Najczęściej mówiono do mnie: „Panie Michale”. Że niby jestem Żebrowski. Czasami ludzie zwracają się do mnie: „Panie Kubo” od Burskiego z „Na dobre i na złe”. A na początku lat 90. w korytarzu łódzkiej wytwórni filmowej wzięto mnie za Andrzeja Łapickiego (śmiech).

Nie zapominaj o epizodzie z sali porodowej.

(Śmiech). To się wydarzyło w trakcie porodu mojego pierwszego syna. Jestem u żony w szpitalu, rozmawiamy, otwierają się drzwi, wchodzi lekarz, patrzy na mnie i mówi: „O, przepraszam”. Po paru minutach wraca straszliwie zażenowany, czerwony jak burak, przeprasza i twierdzi, że myślał, że jest niepotrzebny, bo lekarz na sali już jest (śmiech). Ale to nic! Kiedyś wracaliśmy z żoną z imienin mojego teścia. Było to niedzielne popołudnie. Po kilkuset metrach spotkaliśmy patrol policji. Musiałem pokazać dokumenty i pojechaliśmy dalej. Po dwóch kilometrach natknęliśmy się na kolejny patrol. Ta sama sytuacja. Trzysta metrów przed naszym domem trzeci patrol. Nie mogliśmy wyrobić ze śmiechu. Policjant wącha i pyta: „Co panu tak wesoło?”. A ja mu tłumaczę i opowiadam, ile to patroli spotkaliśmy. On na to: „Ale ja i tak pana wylegitymuję. Dokumenty proszę!”. Dałem mu, otworzył i mówi: „Żmijewski… Żmijewski… Znajome nazwisko. Ktoś z rodziny nie pracuje na komendzie?” (śmiech).

Czy żona nie ma dosyć twojej popularności?

Przyjąłem zasadę, żeby być jak najbardziej normalnym. To znaczy, gdy wracam do domu z planu, czy ze sceny, nie opowiadam o swojej robocie. Ona zostaje za drzwiami. Po co mam kogokolwiek obciążać swoimi stresami? Zresztą żona często ma o to pretensje. Oczywiście nie zawsze moja taktyka wychodzi, bo jak jest tekst do poduczenia, trzeba zamknąć się w gabinecie lub kiblu. W zależności, gdzie wygodniej.

Jednak był moment, że pracę z planu przeniosłeś aż za bardzo. Grając w Psach zacząłeś kląć jak szewc.

Tak. Niestety to się przyjęło i funkcjonuje do dziś. Żona już się przyzwyczaiła. Przy dzieciach staram się jednak powstrzymywać. Kto bywał na planach filmowych wie, że jedynym panującym tam językiem nie jest język literacki. Ale chyba jeszcze nie zakląłem?

No właśnie. Cały czas czekamy.

To naprawdę sukces, bo rozmawiamy już dosyć długo. Ale nie ma tego złego… Po Psach chcieli mnie natłuc pod sklepem nocnym. Może nie mnie, tylko Wolfa – bohatera filmu. Wracałem do domu po przedstawieniu w teatrze, odstawiłem samochód i poszedłem po bułki. To był taki sklepik, w którym otwarty był tylko lufcik. Kupiłem pieczywo, zapłaciłem i jak już zamierzałem odejść, usłyszałem: „Chcesz się sprawdzić?”. W tym samym momencie zobaczyłem silny cios, który miał mnie zahaczyć. Ale nie dotarł celu (śmiech). Dwóch panów próbowało mnie nawet gonić. Mieli w sobie jednak tyle elementu baśniowego, że Wolf ich wyrolował.

Często miewałeś takie przygody?

Nie, bo ich nie prowokowałem. Nie chadzam do knajp, nie jestem typem rozrywkowym. Mam tak mało czasu, że wolę go spędzać z rodziną. W tamtych czasach ludzie często krzyczeli do mnie: „Ej! Wolf!”. Albo cytowali mnie-filmowego: „Litra Wyborowej i ogórki”. Dzisiaj dzieciaki śpiewają za mną przewodni utwór z „Na dobre i na złe”. Taka jest specyfika tego zawodu. Zdarzają się też wariaci, którzy ścigają mnie samochodem i próbują zrobić zdjęcie telefonem komórkowym. Nie dziwi mnie to. Kiedy jako student poszedłem do toalety i spotkałem w niej Łomnickiego, zastanawiałem się: „Jak to? To on też musi sikać?”.

Innego mistrza – Zbigniewa Wodeckiego – musiałeś zastępować kiedyś w Królewnie Śnieżce. Jak to wspominasz?

Miałem miękkie nogi. To był trochę nie mój świat. Jak wszedłem na scenę, pomyślałem sobie: „Co ja, kurwa, tutaj robię?”.

Wreszcie! Doczekaliśmy się.

(Śmiech). Byłem tam zupełnie z biegu. Obok mnie Natalia Kukulska, Joaśka Trzepiecińska – kobiety z pełnymi walorami. A ja śpiewam jakiegoś królewicza… Miałem problem z wejściem w taką rolę, ale jak nabrałem dystansu, zacząłem ją lubić. Dzieciaki fajnie reagowały, a to było najważniejsze. Zresztą do udziału w tym przedstawieniu namówiła mnie pośrednio moja córka, która, gdy tylko pojawiała się zła królowa, odwracała się tyłem do sceny. Była niesamowicie rozbrajająca.

Nikt nie proponował ci nagrania płyty? Teraz jest taka moda.

Owszem. Dzwonił ktoś z propozycją nagrania tzw. insertu. Miałem czelność odmówić. Uważam, że każdy ma swoją specjalizację. Moją jest aktorstwo, nie piosenkarstwo.

A gdyby ktoś zadzwonił i zaproponował ci liderowanie tribute bandowi AC/DC?

Oczywiście są wyjątki. Wtedy poważnie bym się zastanowił (śmiech). I być może ułożył swoje życie na nowo i na dłużej. Szkoda, że już nie mam tyle czasu co kiedyś, gdy ich płyty grzmociłem codziennie. Wiecie, słuchanie w liceum Electric Light Orchestra było poniżej krytyki. Liczyli się tylko Queeni, Scorpionsi i AC/DC. Back in Black odtwarzany na gramofonie „Emanuel” naprawdę robił wrażenie…

Na nas duże wrażenie zrobiła twoja przygoda na egzaminie do PWST.

To nie moja wina, że byłem ostatni na liście (śmiech). Wyliczyłem sobie idealnie, kiedy mam przyjść. Przecież siedzenie tam i czekanie na swoją kolej było bezsensownym marnowaniem czasu. Przyszedłem na egzamin, ale okazało się, że egzaminy tego dnia rozpoczęły się o 8 rano, a nie o 9. Pocałowałem klamkę. Zdałem dopiero w następnym roku. I nie żałuję, bo dzięki temu poznałem fantastycznych ludzi.

A na trzecim roku zagrałeś w Lawie. Debiut w wymarzonym towarzystwie.

Dzięki temu miałem spore problemy na studiach, bo funkcjonowała zasada, że na filmy studentów się nie zwalnia. Opiekun roku – Andrzej Łapicki uspokajał mnie jednak, jak mógł. On, Konwicki, Holoubek są ludźmi z innej gliny. Oni nie mieli takiej bieganiny jak my. Skupiali się na jednej porządnej robocie i nic innego ich nie obchodziło. Jak się przychodziło do teatru, to się przychodziło do teatru. Po przedstawieniu w garderobie lądował koniaczek, kawka, potem był SPATiF. Na wszystko był czas. Młodsi aktorzy non stop biegają. A to dubbing, a to zdjęcia do serialu, a to wieczorne przedstawienie w teatrze. Nasi idole uczyli nas spokojnego zawodowego życia.

Kiedy ty zaczniesz uczyć młode pokolenie?

Nie ma we mnie takiego imperatywu. Miałem propozycję, ale nie czuję się na siłach. Wolę pomagać młodym aktorom na planach filmowych. Wiem, że to bardzo ważne. Sam pamiętam, jak nie szła mi Wielka Improwizacja w Lawie. Miotałem się, prężyłem i nic. W przerwie zdjęć przechodził obok mnie Holoubek, który mimochodem szepnął mi: „Arturze, to jest konstatacja” (śmiech). Wszystko mi się nagle otworzyło.

Dwa lata później zagrałeś w Trzech dniach bez wyroku. Według jednego z krytyków Alain Delon po tej roli powinien ci wyczyścić buty. Miał na to szesnaście lat. I co?

No, nie wyczyścił. Ale chętnie bym mu się zrewanżował. Nie będę obłudny: to porównanie mnie nie zmartwiło. Potem jeden z kolegów krzyczał za mną: „Ej! Delonowaty!” (śmiech).

Czy Delonowaty ma swój typ na rozkładówkę PLAYBOYA?

Nie muszę się długo zastanawiać. Michelle Pfeiffer. Bo to jest ktoś. W tej dziewczynie czuje się potęgę. Ona w sobie nie ma cukierka. Potrafi być i brzydka, i ładna, spokojna i drapieżna.

Jaki jest twój polski typ na Playmate?

Założę się, że jak do kin wejdzie najnowszy film Piotra Wereśniaka – Nie kłam kochanie, to wasi czytelnicy za wszelką cenę będą chcieli zobaczyć Martę Żmudę – Trzebiatowską. Ma super uśmiech.

Co myślisz o feministkach?

Nic do nich nie mam, co nie znaczy, że głosowałem na Partię Kobiet. Wydaje mi się, że sukces tej partii jest tak samo pewny jak to, że będą funkcjonować tylko toalety koedukacyjne. Wszystkie kobiety, które znam, nie są feministkami. Wydaje mi się, że prawa, o które walczą feministki, są często wyimaginowane. Kobiety są w polityce. Od lat 50. mają dostęp do traktorów, coraz częściej widuję je za kierownicą taksówek. O co jeszcze walczyć?! Równouprawnienie jest i będzie. I bardzo dobrze. Boję się jednak, żebyśmy nie zamieniali się, chociażby ze względów estetycznych, swoimi rolami. Co by to było, gdyby kobiety wyglądały jak faceci? Do walki o Rospudę czy szerszy dostęp do mammografii piersi nie jest potrzebna partia ani feminizm. Ale jeżeli panie się w taki sposób spełniają i mają taką potrzebę – proszę bardzo. Mnie to nie przeszkadza. Chociaż o głosy kobiety walczyły swoją naturalną kobiecością na zdjęciach wyborczych. I tu jest chyba jakaś sprzeczność… Która zresztą też mi nie przeszkadzała (śmiech).

Przeszkadza ci, że w Internecie twoje wielbicielki widzą cię w roli prezydenta?

Było kiedyś takie hasło: „Burski na prezydenta”. Jak na razie nie zamierzam się angażować w politykę, poza zaangażowaniem w dyskusje przy stole.

Nikt nie ciągnął cię do jakiejś partii?

Miałem propozycje wspierania różnych kampanii, ale to nie czasy, w których Joasia Szczepkowska ogłosiła koniec komuny. Dzisiaj teatr nie ma już takiego znaczenia. Dziady nie wzbudzają już takich emocji. Pojawił się pierwszy, drugi i trzeci serial i nasz zawód stracił swoją misyjność, swoje znaczenie. Spsiał trochę – cokolwiek by to znaczyło. Tak więc wykorzystywanie naszych nazwisk i twarzy w kampaniach politycznych jest po prostu mechanicznym sposobem na poprawienie notowań. Nie nazwałbym tego prostytucją, ale lekką przesadą na pewno.

A czy granie w reklamach jest „kurewstwem”, jak twierdzi Kazimierz Kutz?

Bardzo go lubię, ale w oczy mi tego nie powiedział (śmiech). Z nim jest tak, jak z Jankiem Nowickim, który przez całe życie uwielbia prowokować. I co pewien czas, dla zasady i sztuki, zmienia zdanie, twierdząc, że nigdy tak nie powiedział. Pan Kazimierz jest dla mnie fenomenem, który ma świetnie poukładane pod czaszką. W pracy spotkaliśmy się tylko raz, przy Kartotece w Teatrze Narodowym. Wspominam to z rozrzewnieniem, bo obserwowanie tego faceta sprawia wielką frajdę. Pozdrówcie go ode mnie.

Mamy także pozdrowić reżysera Egoistów? Żeby w nich zagrać, schudłeś dwadzieścia kilogramów. Zagrał Olaf Lubaszenko.

Rzeczywiście reżyser nie miał odwagi powiedzieć mi, że zmienił zdanie. A byliśmy już po słowie. Jestem normalnym facetem i normalnie bym zareagował, a teraz jak mnie widzi, to się chowa za słupem.

A czy ty chowasz się za słupem, bo nie chcesz grać jakichś scen przewidzianych w scenariuszu?

Chyba mi się nie zdarzyło. Może raz, kiedy wespół z koleżanką z planu uznaliśmy, że scena tarzania się na golasa jest w scenariuszu niepotrzebna. Oczywiście odmówiłbym grania w filmie pornograficznym…

Miałeś propozycję?

Oczywiście, że nie (śmiech). Odpowiadając na poprzednie pytanie, myślę, że nie zagrałbym też rolnika spod Ostrołęki. Nie to, żebym miał coś przeciwko niemu, ale widzicie we mnie rolnika spod Ostrołęki?

Hmmm…

Dlatego bym go nie zagrał. Nie mam predyspozycji. Chociaż… zagrałbym! U Szymona Majewskiego (śmiech).

A dlaczego nie „grałeś” u Wojewódzkiego?

Po pierwsze nie miałem czasu. A po drugie protestuję przeciwko instrumentalnemu traktowaniu swoich rozmówców tylko po to, aby udowodnić, że jest się samemu genialnym, najlepszym i wybitnym. Nie mam nic do tego człowieka, ale nie widzę powodu, żeby być ofiarą jego autopromocji.

Chyba nie spodziewałeś się takiej popularności serialu „Na dobre i na złe”?

Jak zaczynaliśmy pracę, mówiło się o góra dwudziestu sześciu odcinkach. W sierpniu minęło osiem lat. Gdybym wtedy wiedział, że będzie to trwało tak długo, chyba bym zrejterował. Dzisiaj nie żałuję, ale wtedy bym się przestraszył.

Dzisiaj raczej nikt nie żałuje.

Producent twierdzi, że jak bym odszedł z ekipy, byłoby po serialu. I niech tak zostanie (śmiech).

Na skróty:

ROZRYWKOWO:

Wolę imprezy domowe niż chodzenie po knajpach.

ZAWODOWO:

Mam często za dużo roboty. Ale ja ją lubię.

MOTORYZACYJNIE:

Samochód musi być przede wszystkim wygodny. Mam kolegę, który ma dwuosobowego roadsterka, wsiada do niego „na łyżeczkę”, wysiada „na widelec”, czuje się w nim jak w bolidzie. A jak robi kilkaset kilometrów to narzeka, że wszystko go boli. Bez sensu. Po co komu taki samochód?

KRYTYCZNIE:

Lubię patrzeć na Jennifer Lopez, ale aktorką jest żadną.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*