Arkadiusz Jakubik

Arkadiusz-JakubikPLAYBOY nr 02, 2013 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Marcin Klaban

Czy ta rozmowa może trwać „okrągły tydzień”?

I tu mnie macie! Okrągły tydzień to moja klątwa. (Arek Jakubik jako dziecko zagrał główną rolę w filmie Tadeusza Kijańskiego pod tym tytułem – przyp. red.). To miała być wysokobudżetowa baśń dla dzieci, a wyszło połączenie Eda Wooda i Klątwy doliny węży. Grałem małego Gustlika, a moim filmowym dziadkiem był – nomen omen – Franciszek Pieczka. Zadaniem mojego bohatera było uwolnienie ze szponów smoka królewny, granej przez przecudną Ewę Borowik. Zdjęcia trwały rok. W ogóle nie chodziłem do pierwszej klasy podstawówki. Byłem z tego bardzo dumny.

Z filmu już chyba nie byłeś.

Ale i tak uważam, że czegoś takiego już nikt nigdy nie nakręci! To „genialne” dzieło ze schizofreniczną muzyką Andrzeja Korzyńskiego i wokalem Maryli Rodowicz – takie połączenie Pink Floyd z Frankiem Zappą. Na planie przeżyłem inicjację wizualną – nie dość, że podkochiwałem się w Ewie Borowik, to jeszcze po raz pierwszy w życiu zobaczyłem kompletnie nagie kobiety. Striptizerki! W scenariuszu była scena z wijącymi się w zawieszonych pod sufitem klatkach nagimi paniami. A także samobiczujący się więźniowie i torturowane kobiety, oczywiście wszyscy nago… istne sado-maso. Wszystko działo się w kopalni w Wieliczce.

Reżyser miał bujną wyobraźnię.

To jeszcze mało. Smoka grała Anna Dymna – oczywiście także goła. Jej piersi zasłonięte były tylko włosami z peruki. Pani Anna miała wielkie, doczepione do ciała, pięciometrowe skrzydła z rusztowań, na których wisiały brudne szmaty. Machała nimi, że hej. A to nie koniec. Wiecie, kto podłożył za nią głos w postsynchronach? Świętej pamięci Wirgiliusz Gryń! To jego chrapliwy, niski głos wydobywał się z ust pięknej, nagiej aktorki. Domyślam się, że pani Ania, gdy zobaczyła, co to za film, odmówiła nagrań w studiu i ktoś ją musiał zastąpić.

Pamiętasz swoje kwestie z tej sceny?

Oczywiście. „Smoku, smoku, oddaj mi moją królewnę!”. Na co pani Anna mówi Gryniem: „A czego ty tutaj szukasz, mały rycerzu?!”. Uwierzcie mi, dzisiaj, jak się to ogląda, można umrzeć ze śmiechu. Z Marcinem Świetlickim chcemy zorganizować performance w krakowskim Pięknym Psie. Najpierw byłby fragment filmu, a potem gralibyśmy w oryginalnym składzie dwie sceny – scenę ze smokiem i „słynną” scenę w balii. Ani pani Dymna, ani pani Emilia Krakowska jak na razie nie wiedzą o naszych planach, ale mam nadzieję, że by w to weszły.

O co chodziło w scenie z balią?

Stałem w niej całkowicie nagi. A pani Emilia mnie myła, no i… no i już! Tej sceny nie było w scenariuszu. Ale od czego jest radosna twórczość na planie. Wpadłem oczywiście w histerię, ale i tak zostałem zmuszony do zagrania. Nie pamiętam, czy prośbą, groźbą, czy szantażem. Pani Emilia, reżyser Kijański i Kazimierz Kutz, który był opiekunem artystycznym tego „dzieła”, zmarnowali mi młodzieńcze życie (śmiech). Przesunęli nawet w czasie moment mojego pierwszego razu. Po projekcji, która odbyła się w kinie „Pionier” przed całą moją klasą i była dla mnie największą traumą z dzieciństwa, stałem się strasznie nieśmiały. Moja pierwsza poważna randka odbyła się chyba w pierwszej klasie liceum. Poza tym zacząłem nagminnie przegrywać castingi. Miałem grać główną rolę w Rodzinie Leśniewskich, byłem murowanym faworytem. Nie podołałem i zagrałem tam tylko małą rólkę. Zamknąłem się w sobie, a wszyscy się zastanawiali, co się stało z tym zdolnym, cudownym Areczkiem, pełnym uroku i osobistego wdzięku.

Taki film powinien zrobić z ciebie lokalnego celebrytę.

Dzieci są bezwzględne. Wołały za mną „Ej, aktor, pokaż siusiaka”. Zamiast bohaterem, stałem się pośmiewiskiem. Musiałem zmienić szkołę, bo sobie nie radziłem z  „popularnością”. Zacząłem żyć od nowa, sprawa ucichła, aż tu nagle, w piątej klasie, którejś niedzieli mama oświadczyła: „Wiesz synku, że dziś w telewizji jest twój film o 17.35? Mam dla ciebie niespodziankę. Upiekłam tort, kupiłam lody i zaprosiłam całą twoją klasę”. Zacząłem płakać i krzyczeć: „Dlaczego mi to zrobiłaś?!!”. Byłem przekonany, że znowu  zmienię szkołę. Uciekłem z domu i cały dzień spędziłem w parku, po którym chodziłem i krzyczałem wniebogłosy: „Nigdy nie będę aktorem!”. Wróciłem po północy.

A co z tortem?

Klasa przyszła, obejrzała film, zjadła tort, zjadła lody i wyszła bardzo zadowolona. Ku mojemu największemu zdziwieniu w szkole nie wydarzyło się potem nic. Tort podobno był bardzo smaczny.

Miałeś wtedy jakieś talenty, poza aktorskimi?

Wygrywałem wszystkie międzyszkolne konkursy lekkoatletyczne. Do dziś mam medale z zawodów wojewódzkich. Skakałem w dal, biegałem na sto metrów, byłem w sztafecie. Jeszcze biegi przełajowe. Tylko nie na orientację. Raz pobiegłem, zgubiłem się w lesie i wróciłem ostatni. Byłem ambitny, ciężko to przeżyłem. Do dziś mam problem z przypomnieniem sobie trasy do znajomych. Zawsze błądzę. Aleje Jerozolimskie mylą mi się z Ujazdowskimi. Dobrze, że wymyślono GPS-a. Na szczęście dobra orientacja nie była potrzebna na boisku. A tam brylowałem. Miałem żelazne płuca. Pewnie dlatego wołali na mnie Buncol. Byłem małym, kudłatym napastnikiem, obrońcą i pomocnikiem jednocześnie. Do dziś tak mam, szkoda tylko, że teraz łatwo łapię kontuzje. Nogi i płuca już nie te, a rozgrzewać się nie lubię. Kudłaty też już nie jestem. To była moja druga ksywka – Kudłaty. Wołali też na mnie Kubik.

Wojtek Smarzowski mówił nam, że jedynym sportem, który uprawia jest pingiel z Jakubikiem. Kto jest lepszy?

Ja. Wojtek za mało ćwiczy. Na początku mnie ogrywał, ale jakoś zatrzymał się w rozwoju. Tylko sportowym na szczęście. On gra bardzo defensywnie. Facet ma niesamowitą obronę. Ale ostatnio daję mu radę. Wiecie, w młodości trenowałem badmintona i mam dobry nadgarstek. W tej dyscyplinie nie ma na mnie mocnych. Moim marzeniem jest start w racketlonie (zawody, w których gra się z przeciwnikiem w każdym z czterech sportów „rakietkowych”: tenisie stołowym, badmintonie, squashu i tenisie. Mecz racketlona składa się z 4 setów, po jednym w każdej dyscyplinie – przyp. red.).

Kim była twoja pierwsza idolka?

Piosenkarką. Nazywała się Kora. Kochałem ją głównie za fantastyczną piosenkę Szał niebieskich ciał. Był to najdłuższy wolny kawałek, jaki znałem. 7 minut i 49 sekund! Wyobrażacie sobie, co się działo jak tańczyło się Szał z dziewczyną? Najpierw daleko od siebie, a potem 7 minut, żeby bliżej. Tak, że bliżej już nie można. Poza tym uwielbiałem TSA.

I grałeś w kapeli.

Specjalizowaliśmy się w coverach AC/DC i Accept. Darłem ryja jak Brian Johnson, bo tak wysoko jak Bon Scott nie dawałem rady. Potem śpiewałem w jeszcze jednej kapeli, a już we Wrocławiu byłem w zespole Muchy. Tak więc nasze Muchy były pierwsze (śmiech). Graliśmy swoje autorskie kawałki, ale i tak nic z tego nie wyszło.

Na studiach we Wrocławiu założyliście Bez Krzywdy.

Ogłosiliśmy konkurs na nazwę kapeli. Studenci wrzucali do czarnego szapoklaka swoje propozycje. Wygrał Więcol (Robert Więckiewicz – przyp. red.). Bez dwóch zdań był naszym najwierniejszym groupie. Zostało mu to do dziś. Jakbyście zobaczyli, co Robert wyczyniał pod sceną na koncercie Doktora Misia (zespół Jakubika) na festiwalu filmowym w Ińsku… Został królem pogo.

Co zostało po Bez Krzywdy?

Legendarne, kultowe wideo z koncertu w szkole teatralnej. To był nasz koncertowy debiut. Tego samego wieczora mieliśmy premierę spektaklu dyplomowego w reżyserii Jerzego Bielunasa. Muzykę do tego spektaklu napisali Wojciech Waglewski i Mateusz Pospieszalski. Przyjechali na premierę. Na widowni była także Martyna Jakubowicz. Ich miny, gdy ujrzeli Bez Krzywdy na scenie, mówiły wszystko. Było nas pięciu, nie potrafiliśmy grać, śpiewać, ale mieliśmy dobre chęci. Tylko Krzysiek Respondek ­odstawał od nas i radził sobie doskonale.

Kto śpiewał?

Co utwór następowała totalna rotacja. Zamienialiśmy się mikrofonem i instrumentami. Ja śpiewałem Doorsów i Róże Europy. Na bębnach przypadło mi The Passenger. Ale to nic! Przed koncertem, jako kierownik muzyczny, załatwiałem perkusję z Akademii Muzycznej. Miałem ją odebrać w czasie generalnej próby przed spektaklem dyplomowym. Osiągnąłem wtedy wyżyny aktorstwa i udawałem przed Bielunasem, że jestem chory i nie mogę uczestniczyć w próbie. Wziąłem poduszkę, darłem się w nią przez pięć minut, a następnie poszedłem do reżysera. Straciłem głos i byłem cały mokry. Jurek od razu mnie zwolnił, przerażony, że nie zdążę się wyleczyć przed premierą. A ja wsiadłem do tramwaju i zasuwam po bębny. Przewiozłem je do szkoły i schowałem się w szatni, czekając na koniec próby generalnej. Na tej samej scenie mieliśmy mieć próbę Bez Krzywdy. W końcu wszyscy wyszli. Zainstalowaliśmy się na scenie i zaczynamy grać. Nagle otwierają się drzwi i na salę wchodzi Jerzy Bielunas. Zapomniał parasola. A ja akurat ryczę na maksa do mikrofonu: „Bo my jesteśmy rockendrollowcami…”. Stanął jak wryty, nic nie powiedział, wziął parasol i wyszedł. Przez pół roku się do mnie nie odzywał. W spektaklu oczywiście wystąpiłem, wszystko poszło dobrze. Ale nasz koncert przebił spektakl (śmiech).

Słyszeliśmy, że we wrocławskiej szkole teatralnej był podział na dwa kluby: rosyjski i angielski. O co tak naprawdę chodziło?

Studenci z klubu angielskiego spotykali się w kawiarniach z pedagogami naszej szkoły, pili koniak lub eleganckie wino i rozmawiali o sztuce i kulturze. W klubie rosyjskim natomiast nie podlizywaliśmy się nikomu, rozmawialiśmy o życiu i miłości, podśmiewaliśmy się z klubu angielskiego i degustowaliśmy prostsze trunki. Często w męskiej szatni.

Kto ze znanych dziś aktorów i aktorek był w klubie angielskim?

No właśnie. Dziwnym trafem karty rozdaje dziś klub rosyjski. Klub angielski tylko dyskutował o rozdawaniu kart. To tak jak Bogart pytany o swoje powodzenie wśród kobiet, odparł: „Z kobietami jest jak z rolami. Albo się o nich opowiada, albo się je ma”. Z dużym dystansem patrzyłem na szkoły teatralne w Krakowie i Warszawie, na absolwentów tych szkół, którzy w zatrważającej większości byli nieudanymi kopiami ich „wybitnych” wykładowców. Do Wrocławia natomiast trafiali ludzie z jajami, studiowali tam różni dziwni, niepokorni, starzy i brzydcy, którzy wcześniej na ogół zdawali już po parę razy do Warszawy i Krakowa, czy Łodzi. Ale Wrocław lubił Łódź. Ja akurat zdawałem tylko do Wrocławia i dostałem się za pierwszym razem. Warunkowo, bo się mocno jąkałem i miałem fatalną dykcję. Kto by przypuszczał, że będę zarabiał głosem jako lektor. Dzięki tej pracy nie muszę dziś brać wszystkiego, jak leci. Zarabiam na życie i jestem niezależny finansowo.

Po studiach jednak nie byłeś taki wesoły Romek.

Wtedy z kumplami z roku chcieliśmy założyć swój teatr we Wrocławiu. To jest magiczne miasto. Mity Grotowskiego, teatru pantomimy Tomaszewskiego czy teatru otwartego Litwińca są bardzo żywe. Do tego teatr lalek, kiedyś najlepszy w kraju. Stąd ten szalony pomysł. Chodziłem po mieście, szukając lokum i finansowania. Oczywiście się nie udało. Dodatkowo po kolei rejterowali przyjaciele, czemu zresztą się nie dziwiłem. W końcu wylądowałem w Teatrze Kalambur, ale to już nie był Kalambur z czasów Litwińca, tylko totalna porażka, a mówiąc wprost – masakra.

Co masakra oznacza w kontekście teatru?

Na przykład to, że reżyser uczy się na pamięć tekstów z książki dla licealistów Vademecum teatromana, a potem obniżonym, pełnym emfazy głosem recytuje fragmenty tego podręcznika, jako prawdy objawione na próbie z aktorami. Rzeźnia. Z litości nie wymienię jego nazwiska. Odmówiłem współpracy z tym panem i w konsekwencji pożegnałem się z Kalamburem. Byłem bez roboty. Jeszcze wcześniej Jan Szurmiej został dyrektorem Operetki Warszawskiej i chciał zmienić jej profil na teatr musicalowy. Dzwonił do mnie z pytaniem, czy bym się nie skusił. Ale nie chciałem zamieniać Wrocławia na Warszawę. Zmieniłem zdanie, kiedy życie przyparło do muru. Zadzwoniłem i następnego dnia przyjechałem do stolicy. Od razu na próbę spektaklu.

Jak wspominasz operetkę?

Do dziś na pierwszym miejscu w swoim CV umieszczam zapis: „tercet wokalny w klasycznej operetce Zemsta nietoperza, razem z największymi gwiazdami: Grażyną Brodzińską i Bogusławem Morką”. Stać z nimi na scenie to było coś. Nie zrozumie tego ten, kto nie dotknął świata operetki. To kandelabry, koniec XIX wieku, a także XIX-wieczna kastowość za kulisami. Licząc od najniższych w hierarchii mamy: chór, balet, orkiestrę i solistów. Kiedy przychodzi solista do bufetu, to cała kolejka się bezszelestnie rozstępuje, a jego stolik po sekundzie jest pusty. Solista ma zakaz rozmawiania z chórem i baletem, bo jest to niemile widziane. Jedynymi osobami, z którymi może zamienić słowo są inni soliści i orkiestrmistrz.

Ile razy kupiłeś w bufecie kawę bez kolejki?

Bez takich… (śmiech). Ustawiałem się karnie w ogonkach. I nie siadywałem przy stoliku solistów. Jakoś nie mieliśmy wspólnych tematów. Traktowałem tę pracę zwyczajnie. Trzeba się było drzeć, to się darłem. Szybko zrozumiałem, że to nie jest moje miejsce. I chyba dobrze się stało, że pan Kaczyński mnie wywalił (Bogusław Kaczyński, kiedy został dyrektorem Operetki, zwolnił wszystkich aktorów – przyp. red.). Zaliczyłem roczną podróż w czasie, cofnąłem się o 150 lat, porozglądałem się, wróciłem i byłem znowu bez pracy.

Jak sobie radziłeś?

Próbowałem rożnych rzeczy. Chciałem się dostać do agencji reklamowej, pisałem scenariusze do reklam i nagrywałem reklamy jako lektor. To ostatnie zajęcie po mniej więcej pięciu latach zaczęło się opłacać. Wcześniej, jeszcze na studiach, pracowałem w zakładzie pogrzebowym przy produkcji pomników. Robiłem lastriko, a później je szlifowałem na mokro. Ciężka robota. Chyba nawet gorsza od wyrabiania bloczków betonowych, bo i tego spróbowałem.

Słyszeliśmy o twojej pracy w party-line…

To nie do końca prawda. Trochę podkolorowałem tę historię w programie Kuby Wojewódzkiego. Prawda była taka, że zadzwonił do mnie kumpel z propozycją pracy w infolinii randkowej na 21. piętrze w Pałacu Kultury. Poszedłem tam, ale pracy nie podjąłem. Za to podpatrzyłem, jak to wygląda i nasłuchałem się genialnych opowieści. Później kilka razy sprzedałem je jako swoje. Ale teraz oficjalnie kończę z kłamstwem (śmiech).

Czyli propozycja zostania reżyserem filmów porno to też twoja fantazja?

To akurat był konkret. Jakiś czas po filmie Jak to się robi z dziewczynami, w którym grałem reżysera filmów pornograficznych, w nieistniejącym już dzisiaj klubie Le Madame podszedł do mnie kumpel, który też pracował przy Jak to się robi… i mówi: „Słuchaj, tam siedzi gościu, który produkuje polskie porno. Pytał mnie, czy nie znam jakichś reżyserów od tych spraw. No to powiedziałem, że znam ciebie”. A ja dla jaj mówię: „To weź mnie przedstaw. Dawaj go tutaj”. Odbyliśmy bardzo poważną biznesową rozmowę. Dziś mam pełną wiedzę na temat stawek, budżetów i w ogóle całej produkcji.

Ile miałeś dostać?

10 tys. zł za tydzień zdjęć, czyli de facto za cały film. Dziewczyny z nazwiskiem grały wtedy za 400 zł dziennie. Reszta występowała za 100 – 200 zł. Pamiętam, że prawie się zdradziłem, bo jak laik zapytałem, ile dostają faceci. Gość popatrzył na mnie zdziwiony i z grobową miną powiedział: „No, chyba pan żartuje”. Widocznie uznał, że naprawdę robiłem sobie jaja, bo rozmowa płynnie potoczyła się dalej. Umówiliśmy się, że kolejne spotkanie odbędzie się u niego, w willi w Łomiankach, przy okazji pornograficznego party. 100 kobiet, 30 facetów i robisz wszystko, na co masz tylko ochotę. I co? Wymiękłem. Nie pojechałem. Bałem się, że to ustawiona, szemrana sytuacja. W ten sposób zaprzepaściłem reżyserską karierę.

I po latach, już jako reżyser zwyczajnych, nudnych filmów, woziłeś się w wagonie Gierka. Jakie to uczucie?

Fantastyczne. Obiecałem sobie, że kiedyś ten wagon wynajmę i zrobię w nim imprezę. Wynajęcie na dobę wcale nie jest drogie. Podłączają wam wagon do normalnego składu i jedziecie sobie na przykład na Hel, a potem z powrotem. Panie zabieracie od razu lub wsiadają na kolejnych stacjach. Pełna dowolność. Polecam.

W trakcie zdjęć do Prostej historii o miłości miałeś chyba dość pociągów.

Były problemy, to fakt. W części ujęć udawaliśmy jadący pociąg. Stojącym na bocznicy wagonem trzeba było trząść. Nie jest to wcale proste. Chyba, że ma się brechę, czyli specjalny metalowy drąg, który wkłada się między resory. Wtedy wystarczy paru chłopa i wagon się buja jak marzenie. Któregoś dnia, właśnie przez tę brechę, o mało nie zabiłem kolejarza. Ostatni dzień na planie mieliśmy Rafała Maćkowiaka. Zostało tylko pół godziny na skończenie ujęcia, wszystko ustawione, ekipa gotowa, kamera, akcja, jedziemy… I co? Wagon się nie kołysze. Z rykiem wyskakuję na zewnątrz i widzę, że nie ma brechy. Przyszedł jakiś facet i zabrał. Powiedział, że jest po 17-tej, on kończy pracę i ma w dupie, pierdoli. Chciałem go rozszarpać. Cudem się opanowałem.

Co wtedy pomyślałeś?

Że to się nie ma prawa udać. Cały czas mieliśmy wiatr w oczy. Mistrz oświetlenia miał wypadek i wylądował na intensywnej terapii. Wóz strażacki wpadł nam do Kanału Żerańskiego. Kompletna paranoja. Kiedy skończyliśmy zdjęcia, zrobiliśmy na plaży imprezę. To była erupcja radości, totalne wariactwo. Najwspanialsza impreza w moim życiu. Nie wiedziałem, że to dopiero początek drogi. Potem było jeszcze ciężej niż podczas kręcenia. Ale nie narzekam, inni mają większe problemy.

Czy dla ciebie problemem jest to, że ludzie nie odróżniają Środonia (z Domu złego) od Rysia debila (z 13. Posterunku)?

Na szczęście nie wszyscy (śmiech). Nie miałem zielonego pojęcia, że 13. Posterunek będzie miał tak niesamowitą siłę rażenia. Przez pewien czas postać tego imbecyla strasznie mi ciążyła, ale dziś mam do niej dystans i niezmiernie się cieszę, kiedy ktoś do mnie podchodzi, rozpoznaje we mnie Rysia i dziękuje za 13. Posterunek, a nie za role u Smarzowskiego.

Ktoś kiedyś powiedział, że Dom zły to film z gatunku „nie ważne, w jakim nastroju jesteś, wiadomo, w jakim będziesz”.

Znam parę osób, które po seansie od razu szły do monopolowego. Musieli po drodze do domu zahaczyć o jakąś małpkę. Nie byli w stanie zasnąć bez wspomagania.

Po nakręconej niedawno Drogówce ma być podobno znacznie przyjemniej. Przynajmniej dla widzów. Dla ciebie pewnie nie. Słyszeliśmy, że jesteś zmęczony ciągłymi pompkami i przysiadami.

Ten film tak mnie wymęczył, że przerzuciłem się na bieganie. Ilość obiektów, które trzeba było w nim „przepompować” przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Do ćwiczeń fizycznych musiałem przystępować co najmniej kilkanaście razy. Plus duble. Gram tam policjanta Petryckiego, który żadnej kobiecie nie przepuści. A właściwie nie przepuszcza niczemu, co się rusza, choć i brak ruchu też nie jest dla niego problemem. Ku mojemu zdziwieniu, po kilku zamkniętych pokazach filmu, Petrycki stał się ulubieńcem kobiet. W życiu bym się tego nie spodziewał.

Czy przygotowując się do roli, oglądałeś klasyczne filmy dla dorosłych?

Nie, ale właśnie mi się przypomniało, że dla mnie pierwszym takim filmem były Lody na patyku 7 (śmiech). Po raz pierwszy widziałem je w Domu Kultury „Budowlani” w moich rodzinnych Strzelcach Opolskich. Oczywiście w telewizorze, zjechana taśma VHS-u, koniec lat 80., nic nie było widać, bo to dziesiąta kopia kopii, na pokazie było ze trzysta osób, a bilety po dychu. Potem dopiero zaznajomiłem się z wcześniejszymi częściami tej sławetnej sagi, ale żadna nie dorównywała „siódemce”.

2. września w Strzelcach Opolskich były dożynki gminne. Dlaczego nie grał na nich Dr Misio?

(Wybuch śmiechu). To ja się właśnie pytam: Dlaczego?!! A kto grał?

Mariusz Kalaga i Grupa Biesiadna KGB.

No proszę. Mam nadzieję, że za rok gmina się zreflektuje. Płyta powinna zaprocentować. Premiera na początku roku. Na razie wydaliśmy singla Mentolowe papierosy. Gramy też koncerty.

Byłeś na Woodstocku, ale nie z Doktorem…

Z Olafem Deriglasoffem i jego kapelą. Olaf mnie zaprosił i dał mi do śpiewania jeden ze swoich ulubionych numerów, który zresztą idealnie do mnie pasuje. Tekst piosenki HolaGoga, którą musiałem wykonać z prędkością karabinu maszynowego idzie następująco: „Wycina mnie cycata małolata / Ona dobrze wie, czego chce / Chce starego dziada, co ze sceny gada / Na gitarze gra / I renomę ma / Więc pije dużo wina, młode cycki wypina / Zapach rozsiewa w krąg / oczekuje mych rąk / Ja pijany jak bela, bardzo znana kapela / Puszczam pawia na bar / Rock and rolla czar / Taki styl, bejbe!”. To numer dokładnie o Doktorze Misiu. Zajebiste przeżycie – 100 tysięcy ludzi na widowni. Pełne gacie.

A propos, zdradź wszystkim rozentuzjazmowanym fankom Doktora Misio, czy pod majty, w których zwykle występujesz na scenie, wkładasz jakieś stringi, w celu zabezpieczenia klejnotów przed nagłym wyskoczeniem na wolność?

Nigdy. To by mnie za bardzo krępowało (śmiech). Rok temu zaprosił mnie do telewizji Jerzy Kapuściński, świeżo upieczony dyrektor Programu 2., żebym wystąpił razem z Dr Misio. Rzecz reżyserował Borys Lankosz. Po próbie generalnej przyszła do niego delegacja pań z prośbą: „My pana prosimy jako redaktorki, dyrektorki tej telewizji, my pana prosimy jako kobiety polskie, niech on nie występuje w tych majtach”. Na co Borys powiedział: „Ja mu nie powiem, niech panie same interweniują” (śmiech). Na to już jednak się nie zdobyły. Dr Misio zagrał, jak przystało na alternatywną rockową kapelę – w podkoszulkach i gaciach. A w pierwszym rzędzie siedział pan Jacek Weksler, były wiceminister kultury, a potem szef biura programowego TVP. Jego mina mówiła wszystko. Nie był w stanie uwierzyć w to, co się dzieje (śmiech). Ktoś mi później pokazywał jego zdjęcia z tego koncertu. Były porażające.

Ile Dr Misio zawdzięcza starszemu bratu, czyli Doktorowi Huckenbushowi?

Być może łączy nas to, że jesteśmy bezkompromisowi. Muzykę robimy przede wszystkim dla siebie. A jeżeli ktoś się na nią załapie – to świetnie. Dr Huckenbush jest mi bliski, bo wychowałem się na Jarocinie. I mimo, że festiwal bardzo się zmienił, to wciąż tam jeżdżę, od dwóch lat zabieram ze sobą syna. Wielu starych punkowców też przyjeżdża z dziećmi. Tak naprawdę Dr Misio najwięcej zawdzięcza Krzyśkowi Vardze. Bo dla mnie najważniejsze są teksty. Nie chcę śpiewać o pierdołach, tylko o sprawach najważniejszych – miłości, śmierci, odtrąceniu, radości, byciu nierozumianym.

Powiedz nam lepiej, ile pieniędzy dostajesz od firmy „Kubota”.

Co?!!

Nagminnie reklamujesz ich laczki.

(Wybuch śmiechu). Faktycznie. Nie myślałem o tym w ten sposób. Moją podkoszulkę sceniczną i słynne klapki wynalazła w second-handach scenografka Agnieszka Werner, która pracowała przy naszym teledysku, reżyserowanym przez Wojtka Smarzowskiego. Siatkowaną podkoszulkę piorę ręcznie z nabożną czcią, żeby przypadkiem jej nie zniszczyć i żeby jak najdłużej mi służyła. Nie sposób już takiej kupić. Nie ma zamienników.

A klapeczki?

Pieszczę je i masuję na maksa. Przed każdym występem.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*