Anita Werner

Anita-Werner

PLAYBOY nr 2, 2008

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Krzysztof Opaliński


Dosłownie przed chwilą widzieliśmy cię w telewizorze. Teraz siedzisz przed nami i wyglądasz zupełnie tak samo…

A czego się spodziewaliście? Że kiedy kończę program, to czochram włosy i wkładam podarte dżinsy?

A do tego jeszcze nabitą ćwiekami ramoneskę.

Gdybym miała więcej czasu, przebrałabym się w dżinsy. Z reguły po programie idę do garderoby i zrzucam służbowe ubranie.

Mieliśmy powoli zmierzać w tym kierunku, ale skoro sama nalegasz, zapytamy od razu wprost…

Jeżeli zamierzacie mnie zapytać o sesję do PLAYBOYA, to lepiej ugryźcie się w język – jak na razie robicie dobre pierwsze wrażenie (śmiech). Wasz Naczelny nigdy nie złożył mi oficjalnej propozycji.

Bał się?!

Jeśli się bał, to słusznie. Kiedyś delikatnie na ten temat zażartował. Gdyby nie żartował, dostałby burę.

Ale mamy nadzieję, że nie potępiasz tych pań, które pokazują się na naszych łamach?

Nie tylko nie potępiam, ale nawet chętnie je oglądam.

A którą z koleżanek – dziennikarek mogłabyś nam polecić?

Śmiało prowokujecie. Odpowiem anegdotą. Pamiętam, że kiedyś na jakimś publicznym spotkaniu, Kamil Durczok na pytanie, którą z dziennikarek chciałby zobaczyć na rozkładówce PLAYBOYA, odpowiedział, że mnie. Doprowadziło to do poruszenia w mojej rodzinie. Mama odebrała te słowa jako osobistą obrazę. Przekazałam to Kamilowi (śmiech).

Twoja mama podobno ubolewa, że za rzadko chodzisz w spódnicach.

To prawda. Mówiła, że dziewczynki nie powinny ciągle chodzić w spodniach. Ale nic nie poradzę. Bardzo lubię garnitury, klasykę.

Marek Kondrat bardzo lubi kobiety w garniturach.

A ja bardzo lubię Marka Kondrata.

Coś z tego uszyjemy… W dzisiejszych czasach taka deklaracja wystarczy, żeby napisać o cichym romansie młodej, pięknej prezenterki i dojrzałego, przystojnego aktora.

Moja mama wam tego nie wybaczy.

Żeby się w oczach mamy zrehabilitować, przejdziemy zaraz do pytań o twoje dzieciństwo. Ale najpierw powiedz, czy masz w mieszkaniu fortepian.

Nie mam i na razie nie planuję kupna. W rodzinnym domu w Łodzi mieliśmy pianino przez wiele lat. Skończyłam szkołę muzyczną w klasie fortepianu i od jakiegoś czasu korci mnie, żeby usiąść i zagrać.

Teraz, po kilku latach, trzeba by pewnie poważnie przetrenować palce?

Oj, tak. Wiele gam i pasaży. Kiedyś ten trening przychodził mi z łatwością. Ćwiczyłam o wiele mniej, niż rówieśnicy, a profesorowie i tak namawiali mnie, żebym nie rezygnowała z muzyki. Chyba widzieli we mnie talent.

Byłaś na tyle perspektywiczna, żeby stanąć w szranki z Rafałem Blechaczem?

Nie wiem. Ale gdybym poszła w tę stronę, robiłabym wszystko, żeby zajść jak najdalej.

A gdybyś „poszła w tenisa”, zarabiałabyś na reklamach więcej niż Szarapowa.

Musiałabym przynajmniej tak samo dobrze grać, a na to miałam niewielkie szanse. Ogrywali mnie młodsi. Za późno zaczęłam. Miałam 10 lat. A poza tym już wtedy byłam bardzo wysoka, a przez to też mniej zwinna. Ćwiczenia zwinnościowe to była trauma. Choćbym nie wiem jak się starała, zawsze byłam z tyłu. Szczególnie nie cierpiałam biegania od krawężnika do krawężnika. Mniejsi śmigali, a ja nie nadążałam. Gdybym się dobrze rozciągnęła, to sięgnęłabym obydwu krawężników na raz.

W której klasie przestałaś rosnąć?

Pod koniec szkoły podstawowej.

Byłaś wyższa od wszystkich chłopaków?

Tak. I zawsze siedziałam z chłopakami w ostatniej ławce. To były dobre, beztroskie czasy. Zawsze byłam chłopaczarą. Lepiej mi się rozmawiało z facetami. Miałam z nimi więcej wspólnych tematów i z nimi też wolałam żartować. Lepiej się czułam rozmawiając o samochodach, niż o lalkach i kosmetykach. Na wakacjach też wolałam męskie towarzystwo. Nieźle grałam w ping-ponga. To determinowało otoczenie.

Jako forhendziara czy bekhendziara?

Forhendziara z nadziejami na rozgrzanie bekhendu (śmiech). Po jakimś czasie zaczyna mi zaskakiwać i wtedy ścinam już w stół. Ping-pongowe pojedynki z kolegami, były nieodłącznym elementem moich wakacji.

Wolałaś Grubbę czy Kucharskiego?

Grubbę. Chociaż postawą przypominałam Kucharskiego. Z nim pewnie łatwiej by mi było porozmawiać w cztery oczy.

W co jeszcze grałaś z chłopakami?

Kiedyś na wakacjach zostałam wciągnięta w „kobyłę”. To nie było mądre, bo polegało na wskakiwaniu sobie na plecy. Grało się w to w drużynach. Jedna łączyła się w zgarbionego węża, a druga na tego węża wskakiwała. Jak już wskoczyła ostatnia osoba, to drużyna pierwsza musiała przejść trzy kroki. Głupota. Łatwo można było sobie zrobić krzywdę. Zabawa się skończyła jak jeden z kolegów nabawił się kontuzji kręgosłupa.

W piłkę też grałaś?

Pewnie. Stałam na bramce.

Boruc czy Kuszczak?

Boruc. Ujął mnie, kiedy przyznał się, że gdyby nie grał w piłkę, to by tańczył.

Ty też lubisz tańczyć. Przez pewien czas nawet zajmowałaś się tańcem jazzowym. Na czym on polega?

Generalnie na tym, żeby być bardzo rozciągniętym (śmiech). Nie czepiajcie się. To były po prostu zajęcia z tańca nowoczesnego. Układy grupowe. Najbardziej lubiłam układ do piosenki Michaela Jacksona „Billy Jean”.

No, to jesteś idealną kandydatką do „Tańca z gwiazdami”! Nie mogli cię przeoczyć. Na pewno odmawiasz przy każdej edycji. Wiesz, że ranisz nas takim zachowaniem?

Nie będę komentowała tych nieudolnych prowokacji (śmiech).

(Śmiech). Skoro jesteśmy jeszcze w szkolnych klimatach, powiedz, jaką miałaś ksywę w szkole?

„Maleństwo”. Nie „żyrafa”. Nie „wieża”. Po prostu „Maleństwo”.

Narzeczony też tak mówił?

Nie mówił, bo w podstawówce nie miałam narzeczonego. Wtedy byłam jeszcze kumpelą, a nie kobietą. Pamiętam, że kiedyś na dyskotece niższy kolega powiedział mi prosto z mostu: „wiesz, z tobą to się nie da tańczyć, bo później kark boli”.

Oryginalny podryw.

To nie był żaden podryw. To była smutna prawda. Ale na szczęście w tamtych czasach nie odczuwałam potrzeby posiadania tak zwanego chłopaka. Wystarczała mi fascynacja Thomasem Andersem z Modern Talking. Naprawdę nie wiem, czemu mi się to przytrafiło.

Ile miałaś plakatów nad łóżkiem?

Żadnego. Ale kupiłam sobie na wakacjach taką czapkę-daszek z napisem „Modern Talking”.

(Wybuch śmiechu). Powiedz, że ją jeszcze masz, to zrobimy ci w niej zdjęcie do tego wywiadu…

Nie mam. Dziś myślę, że epizod z Andersem to był życiowy błąd (śmiech).

Postanowiłaś więc go naprawić i zostałaś rockandrollówą.

Tak, ale to też nie było dla mnie. Tak naprawdę, mimo, że w liceum dużo czasu zajęły mi podróże na próby do Wrocławia, to nigdy na poważnie nie śpiewałam w zespole Mancu. Mniej więcej w tym samym czasie dostałam propozycję zagrania w „Słodko-gorzkim” i wybrałam film.

Chłopaki chcieli z tobą grać, bo im się podobałaś?

A wy swoje. Próbujecie mi właśnie wmówić, że panowie z Mancu zaproponowali mi współpracę, bo chcieli mnie poderwać? Śmiałe. Mój głos im się spodobał.

OK. My niczego nie sugerujemy. Po prostu wskazujemy pewną ewentualność.

Panowie z Mancu chcieli udoskonalić mi barwę głosu. Wyposażali mnie w kasety Pearl Jamu i Nirvany, żebym uczyła się śpiewać jak Vedder i Cobain.

Nosiłaś się w stylu grunge?

Z grunge’u miałam tylko kasety. Ubierałam się normalnie.

Śpiewałaś jeszcze z zespołem CoproCombo. Co to była za muzyka?

Chyba można powiedzieć, że pop z elementami jazzu. Zespół zaproponował mi współpracę i nasz utwór „Z tobą” doszedł do pierwszego miejsca listy przebojów Radia Łódź.

Same sukcesy. Musiałaś być gwiazdą na osiedlu. A pewnie po „Słodko-gorzkim” to już nawet mega-gwiazdą.

Wychowałam się na Bałutach w Łodzi. Ci, którzy znają to miasto, wiedzą, że Bałuty mają opinię dzielnicy nie w pełni bezpiecznej. Ja mieszkałam, niedaleko ulicy Limanowskiego, w części nazywanej Limanką. Rzeczywiście, po „Słodko-gorzkim” stałam się w okolicy bardziej rozpoznawalna. Któregoś dnia tata poszedł po bułki do sklepu i jak wrócił, to spytał, czy widziałam, co jest napisane na drzwiach do klatki. Zeszłam na dół i zobaczyłam napis: „Anita, kochamy Cię. Chłopcy z Limanki. PS. Linda, masz wp…ol”.

(Wybuch śmiechu). Opowiadałaś o tym panu Bogusławowi?

Nie miałam okazji. Teraz przeczyta. Pamiętam, że to był pierwszy moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że przestałam być osobą anonimową.

A masz świadomość tego, że dodatkowo onieśmielasz mężczyzn?

Być może. Czasami mężczyźni boją się podejść. Śmielej podchodzą za to ci, którzy uważają, że to wizytówka jest najlepszą cechą ich osobowości. Niektórzy jeszcze wchodzą na portfel i myślą, że wtedy są wyżsi. Smutna prawda bankietów. Na szczęście rzadko na nich bywam.

My dziś będziemy płacić za twoją herbatę z sokiem. Mamy nadzieję, że nie pomyślisz, że w ten sposób wchodzimy na portfel.

(Śmiech). Umówiłam się z Wami na własną odpowiedzialność.

Wydaje nam się, że od dość dawna masz nieszczęście do niezbyt przyjemnych fanów. Ponoć po „Słodko-gorzkim” twoi rodzice musieli zmienić i zastrzec numer telefonu. Sprawa była poważna?

Bardzo poważna. Młodość ma swoje prawa, jednym z nich jest łatwowierność. Łatwo zakładałam dobrą wolę nowo poznanych ludzi. Dobrze, że moi rodzice byli wystarczająco czujni. Po sukcesie filmu pojawił się dużo starszy ode mnie mężczyzna, który bardzo zaczął się mną interesować. Zdobył jakoś mój numer telefonu i ciągle wydzwaniał. Obsesyjnie chciał nawiązać ze mną bliższą znajomość. Nie było to przyjemne, tym bardziej, że z jego słów wynikało, że wie co robię w ciągu dnia. Później okazało się, że ten pan miał córkę w moim wieku i używał nie swojego nazwiska. Rodzice zorganizowali sprawnie działającą grupę śledczą i dowiedzieliśmy się o nim dużo ciekawych rzeczy. Kiedy usłyszał ode mnie, jak naprawdę się nazywa i co mam zamiar zrobić, jeśli nie da mi spokoju, kontakt urwał się momentalnie.

Twój tata nie chciał go pobić?

Mój tata jest dżentelmenem. Do tego o bardzo pokojowym usposobieniu. Nie wyobrażam sobie, żeby mógł wdać się w bójkę. Chociaż na pewno, gdyby sytuacja tego wymagała, stanąłby w mojej obronie. Pamiętam, jak pewnego razu wspaniale rozprawił się z wandalem, który na naszym osiedlowym podwórku uchodził za groźnego chuligana. Kiedy chłopak wyrwał ławkę stojącą przed naszym domem, tata nie wytrzymał. Wyszedł do niego, podał mu malutką plastikową łopatkę mojego młodszego brata i kazał wkopać ławkę z powrotem na miejsce. Całkowicie go rozbroił. Ławka wróciła na swoje miejsce.

Zostawmy twoje dzieciństwo i przejdźmy do tak zwanych pytań poważnych. Powiedz, jak długo jeszcze dasz radę pracować w newsach?

Dopóki sił starczy. Newsy są codziennie i będą do końca świata. Newsy to adrenalina, tempo, ups and downs, zmiany wysokości, zmiany emocji. Świetna praca.

Ale kiedyś pojedziesz na dłuższe wakacje, odpoczniesz i zdasz sobie sprawę, że to jedna wielka medialna papka…

Już wiele razy zdałam sobie z tego sprawę. Te smutne wnioski dotyczyły nie tego czy telewizja informacyjna jest potrzebna, czy nie, bo jest potrzebna, ale tego jak nisko czasem spada klasa polityczna, którą między innymi opisujemy. Do tego, co robię mam zdrowy dystans, choć oczywiście to uwielbiam. Telewizja to nie jest moje życie, to tylko moja pasja. Jeśli moje losy inaczej się potoczą, przypadkiem stracę głos, zajmę się czymś innym. Po prostu. A jak newsy mi się znudzą, obiecuję, że dam wam znać.

A czy masz już jakieś kwiatki doniczkowe w domu? Słyszeliśmy, że newsy zabierają ci tyle czasu i tak zaprzątają głowę, że nie pamiętasz o podlewaniu.

Mam jedną orchideę. Właśnie umiera (śmiech).

Czy to prawda, że kiedyś zasłabłaś podczas prowadzenia „Faktów”?

Było gorzej niż myślicie. To był nagły atak grypy żołądkowej. Straszny! Zastąpiła mnie Ania Jędrzejowska. Gdybym została na wizji, źle by się to skończyło. Tuż przed rozpoczęciem programu, zaczęłam mieć mdłości i uprzedziłam operatorów, że w razie czego będę obierać najszybszą drogę ewakuacji. Do dziś pamiętam tę ucieczkę. Poza tym wszyscy w TVN-ie oczywiście myśleli, że… jestem w ciąży.

Z Martyną Wojciechowską.

(Wybuch śmiechu). To jest jedna z najbardziej absurdalnych plotek, jakie o sobie słyszałam! Razem z Martyną serdecznie się z niej uśmiałyśmy. Niestety ciąża Martyny, prawdziwa a nie wyimaginowana, ucięła łeb całej sprawie.

Jak chcesz, możemy ją przywrócić do życia. Wystarczy, że spytamy o wasz romans, a ty odpowiesz: „nie potwierdzam i nie zaprzeczam”.

(Śmiech). Niestety. Zaprzeczam.

Skoro ze znaną samochodziarą – Anitą rozmawiamy o drugiej znanej samochodziarze – Martynie, to nie możemy nie zadać tego pytania. Jakim samochodem powinien jeździć Playboy?

Nie zadaję się z Playboyami, więc nie wiem. Nawet gdyby jeździł Ferrari, nie zwróciłabym na niego uwagi. Na Ferrari tak, na niego nie.

A gdyby Playboy podjechał na rowerze?

To prędzej. Wtedy miałby większe szanse, że go dostrzegę (śmiech). Playboy to określenie, które źle się kojarzy. Ostatnio paru takich playboyów w drogich samochodach widziałam, kiedy parkowali na miejscach dla niepełnosprawnych. Uprzedzam, że od razu dzwonię wtedy po Straż Miejską.

Wiemy, że jeździsz samochodem z silnikiem boxera. Ponoć bardzo lubisz jego gulgotanie. Możesz nam zaprezentować jak gulgocze boxer?

(Śmiech). To takie gulgotanie wielotonowe – miłe, kołyszące do snu, uspokajające, choć z odrobiną agresji i drapieżności.

Z jaką największą prędkością prowadziłaś samochód?

Nie zmuszajcie mnie do tego, żebym chwaliła się wykroczeniem drogowym. To żaden powód do dumy. Kiedyś na autostradzie pozwoliłam sobie na zbyt wiele. Ale to był jedyny raz i dawno. Większość z nas, wraz z wiekiem mądrzeje, za kierownicą też. Po czołówce w Austrii, inaczej reaguję na prędkościowe przechwałki. Nie ja siedziałam za kierownicą, wina nie była nasza i na szczęście nikomu nie stało się nic poważnego, ale wspomnienia są nadal silne. Obydwa samochody skasowane. Dobrze, że zadziałały wszystkie poduszki.

Czy ty czasami przeklinasz?

Tak. Jak nikt nie słyszy. Zwykle w samochodzie, kiedy zdenerwuje mnie jakiś nieuważny, bądź nie myślący kierowca. Ostatnio wyrwało mi się głośne przekleństwo, jak wiozłam rodziców. Nie zareagowali. Moje „przepraszam” wybrzmiało w kompletnej ciszy. Było mi głupio. Nie często zdarza się, żebym nie umiała nad sobą zapanować, ale sytuacje na drodze naprawdę potrafią mnie wyprowadzić z równowagi. Nie lubię bezmyślności i tego, że zwykle stan posiadania góruje nad stanem umysłu. Czasami żałuję, że nie jeżdżę spychaczem.

Najpierw byś trąbiła, czy od razu spychała na pobocze i do rowu?

W spychaczu chyba klakson nie jest potrzebny. Ale trąbić mi się zdarza. Kiedyś ostro obtrąbiłam jednego łysego i wielkiego pana, bo stwarzał poważne zagrożenie na drodze. Gonił mnie do następnych świateł. Na czerwonym wysiadł i chyba chciał się ze mną bić. Na szczęście zdążyłam zamknąć się w samochodzie. Wywrzeszczał się do szyby.

Niby jesteś zawsze taka opanowana, a tutaj proszę, wyszło szydło z worka…

To naprawdę rzadkie przypadki. Poza nimi, pełne stonowanie.

Powiedziałaś nawet kiedyś: „Jestem stonowana, jeżeli chodzi o sprawy damsko-męskie”. Co to znaczy?

To, że jestem spokojna, cierpliwa i zdystansowana. Nie jestem furiatką ani choleryczką. Nie mam rollercoastera emocji. U mnie wszystko spokojnie sobie płynie. Uważam, że ludzie za dużo czasu poświęcają drobnostkom. Śmieszy mnie, gdy czytam o problemach damsko-męskich w stylu: on zawsze zostawia skarpetki na podłodze i nigdy nie zakręca wody. Przecież to drobiazgi.

A może jesteś taka stonowana, bo jak sama przyznajesz i tak masz nad nami-mężczyznami władzę. Błagamy cię, zaprezentuj ją na nas.

Ja tak powiedziałam?! Myślicie, że teraz wyjmę pejcz i…

O, to byłoby wspaniałe!

To sami mężczyźni twierdzą, że mam nad nimi władzę. Ja w życiu się nie ścigam, nie rywalizuję, nie walczę. Nikomu nie muszę niczego udowadniać.

A jednak wiemy, że kiedyś wykorzystywałaś tę władzę w kontaktach z… władzą.

Strasznie się czepiacie. Też jednostkowy przypadek. Jak coś przeskrobię, to nie czaruję policjantów, tylko płacę.

Ale za to mijasz się z prawdą twierdząc, że nigdy nikogo nie podrywałaś. Jesteś kłamczuchą.

Zachowujecie się jak Adam Bielan (śmiech). Nie znam się na podrywaniu, nigdy się w tym fachu nie doskonaliłam i nie planuję tego. Nie siedzę przy stole, nie proponuję kawy u siebie, i nie mówię potem: „Niestety nie mam kawy”. Powłóczyste, mgliste spojrzenia też mi się nie zdarzają. Macie takie miny, jakby coś było ze mną nie tak.

Coś ty. Najważniejsze, że dajesz się podrywać.

Już nie. Kiedyś pozwoliłam się zaczarować i tak już zostało.

Twoim ulubionym bohaterem był Kubuś Puchatek. Masz takiego Kubusia w życiu codziennym?

Mogła by nim być Szczura. To królica.

Myśleliśmy raczej o Tomaszu Sekielskim.

Tak, dobry trop, tym bardziej, że kiedyś określiłam Tomka „ciepłym misiem”. Ale co z Andrzejem Morozowskim? Wychodzi na to, że musiałby zostać Prosiaczkiem. Myślicie, że mu się to spodoba?

Na sto procent. Już niebawem twoje 30. urodziny. Czy w związku z tym zmienisz…

Stan cywilny? Nie zmienię.

(Śmiech) Nie. Chodziło nam o coś zupełnie innego. Czy zmienisz swoje podejście do sesji w PLAYBOYU?

A to jest związane z wiekiem?

Oczywiście. Nie wiedziałaś? W pewnym momencie panie dochodzą do wniosku, że to ostatni moment i zaczynają żałować błędów młodości.

(Największy z wybuchów śmiechu). To straszne. A ja się tak cieszyłam na te urodziny.

Na skróty:

Na ogół dostaję tylko anonimowe walentynki.

Alberto Tomba zawsze był wielkim klocem.

Na początku TVN24 złośliwi mówili, że mamy siedmiu widzów, z czego sześciu znamy.

Uważam, że żyjemy zbyt lokalnie. Za mało interesujemy się wydarzeniami na świecie. Dlatego tak bardzo irytuje nas polska polityka.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*