Andrzej Mleczko

PLAYBOY nr 1, 2004 rok

TEKST: Łukasz Klinke, Piotr Szygalski

fot. Tomek Bergmann

(Zimowe popołudnie w Krakowie w galerii Andrzeja Mleczki. Pijemy gorącą herbatę, wokół krzątają się miłe pracowniczki pana Andrzeja, a na zewnątrz wielbiciele twórczości przyklejają do witryny swoje nosy. Autoryzacja wywiadu nie należała do łatwych, w przeciwieństwie do rozmowy, która nas odprężyła i skierowała na złośliwe i cyniczne tory)

Kiedy pomyślał pan: „Zostanę rysownikiem”?

Chyba wtedy, gdy w wieku 20 lat zobaczyłem w pewnym piśmie studenckim mój pierwszy wydrukowany rysunek. Dostałem za niego 20 złotych. Całą kwotę wydałem następnie na wykupienie wszystkich egzemplarzy tego pisma w kiosku. Interes, jak widać, był taki sobie, ale przeżycie ogromne.

Narysował pan tysiące rysunków. Czy z perspektywy czasu uważa pan, że to ma sens, że wybrał pan właściwą drogę?

Obawiam się, że sensu to nie ma żadnego, ale wybór był chyba właściwy, bo nic innego nie potrafię robić.

Co w takim razie ma sens według Andrzeja Mleczki?

Z moich wieloletnich badań i obserwacji wynika, że kompletnie nic nie ma sensu. No, może tylko ewentualnie rozważanie tajemnicy bytu i niebytu lub medytacja o absurdalności i marności tego świata. Zajmuje mi to kilkanaście godzin na dobę. W przerwach staram się to i owo narysować.

Nie sądzi pan, że facet, który rysuje zabawne rysunki, powinien być trochę większym optymistą?

Trudno być optymistą, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że koniec świata jest blisko.

To już nie pesymizm. To jakiś koszmarny fatalizm!

No to rozejrzyjcie się, panowie, dookoła. Lodowce topnieją, dziura ozonowa się powiększa, przyroda zatruta, wszędzie wojny, terroryzm i globalizacja. Jakby tego było mało, ludzie chcą się klonować, a już teraz nie bardzo wiadomo, kto jest mężczyzną, a kto kobietą. W mediach ciągle zbrodniarze, zboczeńcy i psychopaci. Do tego posłanka Beger ma kurwiki w oczach. Słowem, ruja i porubstwo. Nie ma wątpliwości, że Szatan opanował świat i dąży do jego zniszczenia.

Rozumiemy, że w związku z tym, żyje pan w permanentnym stresie?

Wręcz przeciwnie. Mam to wszystko w dupie. Uważam podobnie jak buddyści, że nie należy się nadmiernie przejmować sprawami, na które i tak nie mamy wpływu.

Jak to nie ma pan wpływu? Od ponad trzydziestu lat pana rysunki wpływają na kolejne pokolenia Polaków.

Rozumiem, że panowie sobie żartują… Chciałbym więc przypomnieć, że od żartów to ja tu jestem i mam na to odpowiednie papiery. Większy wpływ na życie obywateli ma trzeciorzędny urzędnik w gminie niż najbardziej znany i utalentowany artysta.

Ale trudno znaleźć kogoś, kto pana nie uwielbia. Mleczko jest idolem wszystkich Polaków. A pan ma jakichś idoli?

O ile sobie przypominam, to żadnych. Nigdy nie miałem do nikogo przesadnie nabożnego stosunku. No może poza Tadkiem Chmielem, kolegą ze szkoły w Kolbuszowej, który umiał trafić z procy wróbla prosto w czoło i to z dowolnej odległości. To był prawdziwy mistrz w tej dziedzinie. Ale przepraszam, myślałem, że jeżeli jest to wywiad do PLAYBOYA, to będziemy rozmawiać o seksie, perwersji, panienkach, o różnych tego typu zabawnych sprawach, a panowie zadajecie stereotypowe pytania, które pasują bardziej do tygodnika „Niedziela”.

Porozmawiajmy zatem o seksie, ale to się łączy z jeszcze jednym stereotypem. Andrzej Mleczko – erotoman.

Dobrze, ale jak brzmi pytanie?

Pytanie brzmi następująco: czy ten stereotyp jest według pana prawdziwy?

Każdy stereotyp jest nieprawdziwy, a ten w szczególności. Za komuny, gdy zacząłem publikować, jako jeden z niewielu podejmowałem ten drażliwy wtedy temat. Według moich obliczeń, tak zwane rysunki erotyczne to jakieś pięć procent mojej całej, skromnej twórczości. Przeciętny obywatel proporcjonalnie o wiele częściej myśli o seksie w ciągu doby. Jeżeli akurat te rysunki są bardziej zauważane, to nie znaczy, że ja jestem erotomanem tylko ludzie w większości są erotomanami – na szczęście dla PLAYBOYA. Uważam, że jest wiele ciekawszych rzeczy na świecie. Na przykład wzrost produktu krajowego brutto lub wpływ plam na słońcu na klimat w okolicach podbiegunowych.

To dlaczego powstały setki rysunków z cyklu Porno dla ubogich? Dlaczego wydał pan książki: Pornografika, Seks bezpieczny czy Diabeł i kobieta, które ociekają seksem i perwersją?

Jako odpowiedzialny satyryk mam obywatelski obowiązek krytykować zjawiska patologiczne, negatywne i wszystkie możliwe idiotyzmy tego świata. Trudno sobie wyobrazić większy idiotyzm jak współżycie seksualne. Wyobraźmy sobie dwie dorosłe osoby, spocone i obślinione, które obmacują się i liżą po różnych częściach ciała, niejednokrotnie intymnych, jęcząc i sapiąc przy tym przeraźliwie. To jest po prostu niesmaczne. Obiektywnie patrząc na to z zewnątrz można się porzygać. Nie mówię już o bardziej perwersyjnych formach tej rozrywki…

Ale to jest bardzo przyjemne!

Jest to niezwykle przyjemne. Powiem więcej, jest to nawet konieczne. Niemniej jednak człowiek dorosły, szczególnie o filozoficznym usposobieniu, powinien mieć do tego zagadnienia stosunek cokolwiek zdystansowany. Kiedyś pewien zaprzyjaźniony malarz powiedział mi w zaufaniu, że chętnie dałby sobie usunąć operacyjnie fragment mózgu zmuszający go do tej działalności, którą Kant określał jako niegodną filozofa. Twierdził słusznie, że wtedy miałby o wiele więcej czasu na malowanie, a tak musi bez przerwy marnować czas na uganianie się za dupami zamiast tworzyć wiekopomne dzieła.

Czyli gdyby współczesna medycyna dawała taką możliwość…

…to rozsądni ludzie poddawaliby się lobotomii. A może tak radykalne rozwiązania nie będą konieczne, bo coraz bardziej popularny staje się świat wirtualny i może przy pomocy seksu w cyberprzestrzeni będzie można rozwiązać ten żenujący problem.

Twierdzi pan, że uprawianie seksu jest niepoważne, ale przyznał pan w jednym z wywiadów, że dawno temu w swoich rodzinnych stronach podglądał pan pary figlujące w krzakach. Był pan podglądaczem?

Cóż, byłem pacholęciem ciekawym życia. Chciałem wiedzieć, po jaką cholerę faceci miętoszą w trawie, Bogu ducha winne, dziewczyny i dlaczego mają przy tym taki kretyński wyraz twarzy. Teraz gównarzeria ma lepiej. Wystarczy sięgnąć po pierwszą z brzegu broszurkę na ten temat lub wejść do Internetu i wszystko jasne. Zresztą za moją dziecięcą ciekawość zostałem przykładnie ukarany. Okazało się bowiem, że nie zdając sobie z tego sprawy podglądałem pana od prac ręcznych, który mnie niestety zobaczył. Do końca szkolnej edukacji byłem przez niego szykanowany. Najpiękniejsza lampka wykonana przeze mnie z korzenia czy przecudna wyklejanka były oceniane negatywnie.

Jak często wraca pan do tych krzaków w Kolbuszowej?

Rzadko. Ostatni raz byłem tam kilkanaście lat temu. Nikomu nie polecam powrotu do krainy dzieciństwa. Wielki las okazuje się małym laskiem, a seksowne koleżanki szkolne są bardzo trudne do rozpoznania. Nie mieszka tam już także moja rodzina, więc nie za bardzo mam do czego wracać.

Rysował pan kiedyś akty?

Kiedy studiowałem na wydziale architektury, bez przerwy rysowaliśmy akty na zajęciach z rysunku. Żenowało mnie to dlatego, że modelki były z urodą trochę na bakier.

Proszę nam wybaczyć naszą dociekliwość, ale poznał pan działanie Viagry?

Nie. Kiedyś już mnie ktoś o to zapytał. Odpowiedziałem rezolutnie: „Czy chcesz, żebym się zajebał na śmierć?”.

Lubi pan opowiadać dowcipy?

Nie odbiegam od średniej krajowej.

Jakiś dobry ostatnio pan słyszał?

Jeżeli już mówimy o tajemniczej krainie seksu, to opowiem bardzo subtelny żarcik na ten temat: Spotykają się dwie panienki. Jedna mówi, że kupiła sobie właśnie skunksa. „Na cholerę ci skunks?” – pyta druga. „Słuchaj – wyjaśnia pierwsza – ten skunks tak robi minetę, tak liże, że zwariować można!”. Druga się wzdryga: „Ale to musi strasznie śmierdzieć!”. A tamta odpowiada: „No rzeczywiście, dwa tygodnie rzygał, ale w końcu się przyzwyczaił”. Nie wiem, dlaczego ten świetny żart w ogóle nie rozśmiesza kobiet.

Czy jako rysownik wykorzystuje pan dowcipy usłyszane na ulicy?

Wcale. To co robię rządzi się zupełnie innymi prawami. Gdyby to było takie proste, każdy mógłby zostać rysownikiem. Nie wszystko, co da się opowiedzieć, da się narysować i na odwrót. W moim przypadku wymyślanie i rysowanie to wbrew pozorom szalenie pracochłonna i mozolna robota.

Opanował pan sztukę rysowania samochodu i roweru?

Każdy plastyk ma z czymś problem. Coś mu wychodzi lepiej, coś gorzej. Te samochody pewnie sobie wmówiłem, ale jeśli ktoś mnie już dusi i pyta, co mi nie wychodzi, no to mówię dla świętego spokoju, że samochody, żeby się ode mnie odpieprzył. Jednak prawdę mówiąc, rowery są trudniejsze. Nigdy nie wiem, w którym miejscu powinienem narysować, za przeproszeniem, pedały.

Jest rysunek, którego pan nie lubi, który po prostu się nie udał?

Bardzo wiele. Dotyczy to nie tyle pomysłu, ile sposobu narysowania. U mnie na ścianie nie wisi żaden mój rysunek, ponieważ cały czas odczuwałbym potrzebę, żeby go poprawiać. Wiem, że teraz bym go narysował inaczej. Prawdę mówiąc za każdym razem, gdy skończę rysować, mam ochotę powtórzyć ten sam pomysł jeszcze raz. Takie stałe niezadowolenie, żeby nie powiedzieć upierdliwość, to podobno cecha typowa dla Koziorożca. Zazdroszczę artystom, którzy wpadają w zachwyt na widok swoich dokonań. To bardzo uprzyjemnia życie.

Czy w czasach wolności, które zawładnęły Polską, odczuwa pan jakieś naciski? Czy ktoś dzwoni do pana z pretensjami i ma za złe treść rysunku?

Mogę coś panom przeczytać. Właśnie przed chwilą dostałem list. „Wielce Szanowny Panie! Obejrzałem Pański rysunek. Ten to ma dowcip, pomyślałem. I dalej sobie pomyślałem, czy nie narysowałby Pan innego rysunku. Oto na ławeczce siedzą zamiast członków Ligi Polskich Rodzin zwykli, normalni ludzie. Zgoda nawet na dyskretne krzyże na piersiach, notabene – te na Pańskim rysunku są bardzo grubiańskim pomysłem. Natomiast postać człowieka z Samoobrony zamieniona jest na postaci Żydów udających asymilantów, np. Pan Geremek z Panem Balcerowiczem, zaś napis w dymku brzmi: <<To jest ławka dla goi. Wasze ławki znajdują się w sądach na salach rozpraw.>> Szczerze oddany wielbiciel”. Podpis nieczytelny. Co jakiś czas piszą lub pojawiają się osobiście jacyś dziwni frustraci, ale to jest tak jak z tymi rysunkami erotycznymi – na to się po prostu zwraca uwagę. Ale nie brakuje również listów bardziej sensownych. Ciekawe, że wszyscy wmawiają mi, że moje rysunki są niezwykle kontrowersyjne, a ja w zasadzie nigdy, poza naprawdę sporadycznymi wypadkami, nie spotkałem się z żadnym przejawem ostracyzmu, niechęci czy wrogości. Nawet u osób z zupełnie innej bajki.

A czy przyszedł kiedyś do pana jakiś facet i powiedział: „Panie, zapłacę 20 tysięcy euro, ale narysuj pan Kowalskiego i go skompromituj”?

W kółko dostaję propozycje, aby komuś, jak to się mówi, dowalić. Oczywiście nie traktuję ich poważnie, może dlatego, że nie pada – przy okazji podana przez panów – suma. Jednak największa zabawa jest przed każdymi kolejnymi wyborami. Zgłaszają się przeważnie wszystkie opcje polityczne, od lewej do prawej, żebym narysował coś, co można wykorzystać w kampanii wyborczej.

No i co?

Jeszcze nie zwariowałem, żeby popierać jakąś partię polityczną, a potem tłumaczyć się, kiedy doprowadzi kraj do ruiny.

Zdarza się, że ktoś podrabia pana rysunki?

Bez przerwy spotykam się z tym, że ktoś rysuje pomysł, który wcześniej w pocie czoła wykombinowałem. Nie ma jednak możliwości zweryfikowania, czy jest to plagiat czy zbieg okoliczności. Nigdy nie robiłem z tego problemu. Może gdyby ktoś narysował pięćset takich samych rysunków jak ja, to bym się wkurzył, ale w pojedynczych przypadkach nie ma sensu robić problemu.

Jest pan mańkutem?

Tak się złożyło. Zresztą w tej chwili zupełnie mi to nie przeszkadza. Poza tym Leonardo da Vinci był mańkutem i jeszcze paru zdolnych facetów. Prawdę mówiąc, jako dziecko miałem z tego powodu kompleksy, bo były to czasy, kiedy leworęcznych nauczyciele szykanowali. Dostawałem w szkole po łapach i byłem zmuszany do pisania prawą ręką. Nie bardzo mi to wychodziło, ale dzięki temu potrafię teraz pisać obiema rękami.

Jak wołali na pana koledzy?

Jerzy Urban w latach 70. napisał w pewnym zabawnym felietonie: „Andrzej Mleczko nigdy nie zrobiłby kariery, gdyby nie idiotyczne nazwisko. Gdyby nazywał się Kowalski, nikt nie zwróciłby na niego uwagi”. Koledzy mówią na mnie „Mleko”.

Ciekawe, czy miał pan propozycje reklam od przemysłu mleczarskiego?

Zdarzyło się parę razy. Do współpracy jednak nie doszło, bo nie dogadaliśmy się co do spraw zasadniczych.

A ile trzeba zapłacić Mleczce, żeby był zadowolony?

O pieniądzach dżentelmeni nie rozmawiają. Dżentelmeni pieniądze mają.

Uważa się pan za dobrze zarabiającego człowieka?

Grzeszyłbym gdybym narzekał, ale z przykrością stwierdzam, że w porównaniu z Billem Gatesem jest bardzo cieniutko. Z Kulczykiem też.

Co jest głównym źródłem pana dochodów?

Właśnie rysunki reklamowe. Ale nie pytajcie mnie o szczegóły, bo po pierwsze w umowie jest zazwyczaj klauzula o zachowaniu tajemnicy na ten temat, a po drugie, umówmy się, jest to moja prywatna sprawa.

W jakich godzinach można podglądać pana przy pracy?

W żadnych. Nikt jeszcze nie widział, jak rysuję. Jest to dla mnie czynność intymna, wręcz fizjologiczna, którą należy załatwiać w samotności. Kiedyś pracowałem tylko w nocy. Siadałem w swojej krakowskiej pracowni około dwudziestej drugiej i kiedy zaczynało świtać, kładłem się spać. Od kilku lat jednak pracuję tylko w dzień, a w nocy zachowuję się jak normalny człowiek, czyli śpię. Nic oryginalnego. Ta diametralna zmiana to chyba niestety kwestia wieku.

Krakusi odgrażają się, że na stałe opuszczą nasz kraj. Preisner (często można go dzisiaj spotkać w Szwajcarii – przyp. aut.), Penderecki… Coś niedobrego jest w krakowskim powietrzu?

Nie wiem. Wiem natomiast, że tu się nic nie dzieje. Mnie to zresztą bardzo odpowiada, bo lubię jak się nic nie dzieje. Z ulgą powracam z Warszawy, gdzie dzieje się bardzo dużo, po to, żeby zagłębić się w pełną spokoju, by nie powiedzieć nijakości, atmosferę tego cudownego miasta.

Na czym polega różnica między dzianiem się w Warszawie a niedzianiem się w Krakowie?

Bardzo prosty przykład. Często dostaję zaproszenia na różnego rodzaju imprezy. Na oko widać, że kupka zaproszeń na premiery, bankiety i wernisaże w Warszawie jest dwadzieścia razy większa.

Korzysta pan?

Czasem mam ochotę siedzieć w domu, czasem mam ochotę gdzieś sobie pobywać. Zależy od tego, czy pada deszcz i jaką mam chwilowo fantazję. Niestety większość kolegów-artystów wyjechała za chlebem do Warszawy, więc moje życie towarzyskie jest związane bardziej z tym miastem. Ostatnio byłem na imprezie zorganizowanej przez „Klub Krakowian w Warszawie”. Kilka dni później byłem gościem na spotkaniu „Klubu Gdańszczan w Warszawie”. Niedługo powstanie „Klub Myśleniczan” albo „Klub Pcimian”, Polska przeniesie się do Warszawy, a całą resztę wykupią Niemcy.

Może w Krakowie powstanie „Klub Warszawian”?

To akurat mało prawdopodobne, bo awersja Krakowa do Warszawy ma szczególny charakter. Dla mnie zresztą jest to trochę dziwaczne, może dlatego, że sam pochodzę z dalekiej Rzeszowszczyzny. Pamiętam, jak na Błoniach były występy różnych zespołów. Jeden z nich zaczął śpiewać jakieś warszawskie piosenki i nagle pięć tysięcy ludzi zaczęło gwizdać. Nie bardzo to rozumiem, ale też to nie jest mój problem.

Część krakowskiego środowiska artystycznego uległa fascynacji Wisłą Kraków. A pan?

Raczej nie. Dla mnie istnieją tylko sporty indywidualne takie jak: lekkoatletyka, boks, tenis albo szachy.

Najpopularniejszym „indywidualnym sportowcem”, wręcz bohaterem narodowym, jest Adam Małysz. Dla pana także?

Nie przepadam za sportami zimowymi. Niestety, narty kojarzą mi się z dojeżdżaniem do szkoły, a szkoła kojarzy mi się fatalnie. Oczywiście nie mam nic przeciwko Małyszowi, to bardzo sympatyczny i bezpretensjonalny chłopak, który do tego potrafi fruwać. Zresztą poznałem go osobiście i zrobił na mnie bardzo korzystne wrażenie. Natomiast zjawisko „małyszomanii” jest odrobinę żenujące. Świadczy o ogromnym niedowartościowaniu naszych rodaków, bo strasznie brakuje nam ludzi, którzy byliby ogólnie znani na świecie. Mnie zresztą także tego brakuje. Gdy jestem gdzieś daleko za granicą, ze zwykłej próżności chciałbym, żeby słowo Polska nie było pustym dźwiękiem i żeby natychmiast kojarzyło się z nazwiskami sławnych sportowców, artystów, naukowców czy polityków. Jeden papież tego nie załatwi, tym bardziej że wbrew naszym oczekiwaniom, przede wszystkim jest papieżem, a dopiero potem Polakiem i nie ma na plecach loga „Teraz Polska”. Ta anonimowość 40-milionowego kraju jest dla mnie trochę irytująca. Nie podejmuję się decydować, czy to kwestia spisku świata przeciwko nam, czy naszej małej ekspansywności, a może braku wielkich talentów. Trudno, jest jak jest.

Skoro ma pan tak krytyczny stosunek do „małyszomanii”, to czy zdarzył się panu jakiś krytyczny rysunek na jej temat?

Chyba nie. Teraz sobie przypomniałem, że oprócz roweru i samochodu mam również problemy z precyzyjnym narysowaniem polskich kompleksów.

Jakim wydarzeniem sportowym ostatnio pan się emocjonował?

Staram się nie emocjonować. Wydaje mi się, że mężczyzna, który skończył 50 lat, powinien z filozoficznym wdziękiem patrzeć na rzeczywistość i nie poddawać się emocjom bez potrzeby.

A czasy (nie)chwały Gołoty? Był pan wtedy trochę młodszy…

Nie jestem jakimś szczególnie oszalałym hurrapatriotą, ale kiedy Gołota uciekł z ringu przed Tysonem, czułem się jako Polak bardzo nieszczególnie. Tym bardziej że lubię boks, a może nawet jeszcze bardziej związaną z boksem mitologię.

Duży z pana mężczyzna. Trenował pan boks, a nawet karate. Dlaczego nie został pan „Tigerem”?

Nie bardzo pamiętam, bo to było strasznie dawno i trwało krótko. Powodem mogło być to, że bardzo nie lubię kiedy ktoś bez powodu okłada mnie pięściami.

Wykorzystuje pan swoje warunki fizyczne? Kiedy ostatni raz zdarzyła się jakaś bójka? Proszę się przyznać, bo wiemy, że się zdarzały…

Zdarzały się, ale już z tego wyrosłem. Parę lat temu wdałem się w jakieś mordobicie na środku rynku, a jeszcze wcześniej skończyłem po bijatyce w szpitalu, ponieważ… Ale panowie, komuś, kto ma pięćdziesiąt parę lat, nie wypada opowiadać takich głupot!

Co w pana życiu zawodowym zmieni się po wejściu do Unii?

Nie mam pojęcia, ale sądzę, że nic. Tak jak nic się w nim nie zmieniło po upadku komuny.

Ale twierdzi pan, że z Unii nas wyrzucą. Kiedy?

Jak się zorientują, w co się wpieprzyli.

A w co się wpieprzyli?

W kooperację z krajem, którego żywiołem jest destrukcja. Z krajem, którego obywatele upajają się niepowodzeniami i klęskami i mają za złe całemu światu, że nie użala się nad nimi.

Ale nadal jest pan za wejściem?

Oczywiście. Nie mamy innego wyjścia. Ale nie będzie to bardzo przyjemne doświadczenie.

Kiedy pan chwyci za pióro?

Od dawna chodzi mi to po głowie. Mam setki notatek, zapisków i pomysłów na opowiadania, scenariusze i sztuki teatralne, ale ciągle brakuje mi czasu, aby to wszystko pozbierać do kupy.

Czy do pisania namawia pana Sławomir Mrożek?

Mrożek nikogo do niczego nie namawia, ponieważ on w ogóle nic nie mówi. To bardzo mądry człowiek.

Jest pan dumny, że studenci piszą o panu prace magisterskie?

Zacznę być dumny, gdy ktoś napisze doktorat.

Od trzydziestu lat świetnie pan sobie radzi. Jest pan szczęśliwy?

Śmiem twierdzić, że tak do końca szczęśliwi są tylko idioci. Przepraszam, jeżeli panowie akurat przypadkiem czują się szczęśliwi. Już pora na moje ulubione pytanie: „Jakie są pana marzenia, panie Andrzeju?”.

Proszę odpowiedzieć.

Moja ulubiona odpowiedź brzmi: marzenia są dla kobiet i dzieci, a mężczyźni mają zadania do wykonania.

Nie mamy wyjścia, musimy zapytać. Jakie zadania ma pan do wykonania?

Skończyć ten wywiad i zająć się swoimi sprawami.

Mamy nadzieję, że nie znudziliśmy pana za bardzo…

Jestem wystarczająco znudzony sam sobą.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*