Andrzej Bachleda

Bachleda 03-2009PLAYBOY nr 3, 2009

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Radek Polak


Przepraszam, że się spóźniłem, ale nie mogłem zasnąć. Musiałem wziąć pastylkę nasenną i… zaspałem.

Nie ma sprawy. Powiedz nam tylko, dlaczego nie możesz spać.

Chyba mam w głowie za dużo kobiet (śmiech).

Wszystkie w negliżu? A może w negliżu i na nartach?

Myślicie, że śnią mi się narciarki?

Tego nie wiemy. Ale wierzymy, że bywają bardzo atrakcyjne narciarki. Pytanie tylko, co z ich nogami?

Na szczęście są w butach (śmiech). Ale tak na poważnie, to dzisiaj, gdy wszystkie zawodniczki jeżdżą na krótszych nartach, z ich ładnymi nogami jest dużo lepiej. Dziewczyny nie muszą jeździć siłowo, bo najważniejsza jest dynamika. Dlatego najlepsze zawodniczki nie mają już ud jak faceci.

A ty jakie masz uda?

Jak uprawiałem narciarstwo zawodowo, miałem około 60 centymetrów w obwodzie. Mój kolega ma 72, więc moje wyniki są raczej słabe. Nie musiałem jednak mieć szerokich ud, żeby szybko zjeżdżać. Jestem zbudowany z „szybkich” włókien. Byłem zawsze bardziej sprężysty niż masywny.

Chodzą słuchy, że na treningach objeżdżałeś wszystkich.

Coś w tym jest. Lubiłem jeździć, ale nie lubiłem startować. Na treningach byłem koniem wyścigowym i wygrywałem z najlepszymi – z Millerem czy Maierem. Ale kiedy przychodziło do zawodów, nie mogłem spać i wymiotowałem. Zjadała mnie trema. Szkoda, że ktoś w ogóle mówił mi, że biorę w nich udział.

Pracowałeś z psychologami?

Nawet z dwoma, w tym z jedną kobietą. Nawet ona nie pomogła.

Myśleliśmy, że odkąd rzuciłeś narty, wszystkie stresy masz za sobą. A ty znowu nie możesz spać.

Bo wciąż jestem zestresowany. Ja po prostu tak mam.

Gdy czyta się z tobą wywiady…

A da się to czytać?

Niektórzy muszą (śmiech)… sprawiasz wrażenie osoby depresyjnej.

Jak mam za dużo wolnego czasu, zaczynam myśleć i wpadam w depresję. Staram się więc robić jak najwięcej, ale nie zawsze mi się chce. Nie jestem da Vincim, żeby spać 15 minut na dobę. Człowiek musi czasem się poobijać. Co prawda tamten też tracił sporo czasu. Na przykład zupełnie bez sensu wymyślał maszyny do cięcia ludzi. Nie chcę być da Vincim (wybuch śmiechu).

Ale wciąż malujesz.

Ostatnio głównie miejskie mroczne krajobrazy.

Malujesz, grasz, komponujesz, śpiewasz i jeździsz na nartach na światowym poziomie. Ty masz po prostu za dużo talentów.

No właśnie. Chyba reklamację złożę (śmiech).

Ale jednego talentu nie masz na pewno. Do robienia interesów.

Chyba dlatego, że nie interesują mnie pieniądze. Nigdy nie myślałem o własnym interesie. No, może poza jednym. Miałem pomysł, żeby założyć bar rurkowy ze striptizem w Alpach (śmiech). To na pewno byłby rewelacyjny interes. Gorzej, że trzeba byłoby użerać się z mafią.

Którą z naszych playmate widziałbyś w swoim klubie?

Każdą, ale na początek Dodę.

Poznałeś ją?

Tak. Od tyłu.

(Ogólny wybuch śmiechu).

Powiedziałeś kiedyś, że jako muzyk możesz sobie na więcej pozwolić. Sex, drugs and rock’n’roll?

Można tak powiedzieć. Przecież widzicie mój sta.

A gdzie można spotkać piękniejsze kobiety? Pod sceną, czy na stokach?

Na mieście.

Myśleliśmy, że narciarze nie mogą się opędzić od fanek.

Narciarstwo nie jest na tyle popularne. To jednak sport górski, a w górach mieszkają góralki. Oczywiście zdarzają się bardzo ładne góralki, ale większość ma krótkie nogi i mało zębów (śmiech).

Pewnie na twoich koncertach jest dużo lepiej.

To fakt. Dziewczyny krzyczą, krzyczą, ale nic z tego nie mam (śmiech).

Pokażesz żonie ten wywiad?

Ona i tak nie mówi po polsku.

To powiedz nam w takim razie, kto ostrzej imprezuje: narciarze czy muzycy?

Narciarze bawią się rzadko, ale jak już, to na całego. Brałem udział w tak ekstremalnych imprezach narciarskich, że nawet najbardziej zwariowani muzycy wymiękają (śmiech). Pamiętam imprezę, na której pojawiło się sześć policyjnych samochodów, a pięciu kolegów poszło do więzienia.

Wszyscy zawodnicy Pucharu Świata tak imprezują?

Narciarze dzielą się na rozrywkowych i modlących się. Z tej drugiej grupy nikomu nigdy nie udało się przebić do czołówki.

Bo najszybsi na stoku, są też najszybsi na imprezach? Na przykład taki Bode Miller…

On tylko lubi przedstawiać się w takim świetle. Każdy kto go zna, wie, że Bode może całą noc siedzieć nad jednym piwem i udawać nawalonego. Inni nie udają. Są też tacy, którzy imprezują mniej niż reszta, ale jak już zaczną, to robi się ostro. Pamiętam jak Hermann Maier wjechał wygranym na zawodach samochodem do fontanny na środku amerykańskiego kurortu narciarskiego. Policja chciała go zamknąć. Całą sprawę udało się załagodzić, dzięki temu, że Maier następnego dnia miał wystąpić w „Saturday’s Night Live”. A wiadomo, że w Ameryce nic nie jest ważniejsze od wieczornego talk-show.

Przez dwa lata studiowałeś w Stanach gitarę klasyczną. Ciężko chyba być wirtuozem, będąc czołowym zawodnikiem Pucharu Świata.

Niektórzy chcieli ze mnie zrobić wirtuoza, ale ponieważ przychodziłem na zajęcia po ciężkich treningach, to szybko zrozumieli, że to nieosiągalne. Kiedyś na przykład przyszedłem na egzamin po upadku na stoku, w którym złamałem trzy paznokcie. Obciąłem więc resztę i zagrałem opuszkami. Chyba nikt mnie nie usłyszał, ale zdałem.

Widocznie, poza dużymi udami, masz szczupłe palce.

To w ogóle nie jest ważne. Francuzi twierdzą, że ludzie upodabniają się pod względem wyglądu do zawodów, które wykonują. Szewc jest garbaty, a gitarzysta krzywy, i tyle.

A ty jaki jesteś?

Cały połamany (śmiech).

Sport to zdrowie.

Tak, ale tylko, gdy jest przyjemnością i uprawia się go przez kilka godzin w tygodniu. Póki człowiek jest młody, nie myśli o tych wszystkich przeciążeniach, na które jest narażony. Dzisiaj codziennie bolą mnie plecy, bo w wieku 15 lat za ostro pakowałem na siłowni, co było wielką głupotą. Niestety, miałem wtedy trenerów-teoretyków, których wiedza oparta była tylko na książkach.

Brałeś koks?

Nie, ale trenerzy bardzo chcieli, żebym brał. Widocznie też o tym gdzieś przeczytali.

Co cię jeszcze boli?

Trzy razy zerwałem więzadła krzyżowe w prawym kolanie, w lewym mam popękane łękotki, cztery razy wyrwałem sobie prawe ramię. Podczas mojej jedynej próby snowboardowej miałem wstrząs mózgu. Byłem wtedy w kurtce francuskiej kadry narodowej, a jechałem jak ostatnia łamaga. Zrobiło mi się trochę głupio, że przynoszę wstyd alpejskiej reprezentacji. Postanowiłem więc rozpędzić się na maksa. Skończyło się ostrą kraksą. Jak widać, czasami lubię się powygłupiać.

Jak często?

Za często (śmiech). Kiedyś na nowych nartach do zjazdów postanowiłem wyskoczyć na muldzie i zrobić helikopter w powietrzu. Nie dokręciłem, bo narty były za długie. Po raz kolejny wyrwałem sobie ramię. Innym razem z lenistwa nie dokręciłem wiązań. Oczywiście narty wypięły się w trakcie zjazdu, przy mniej więcej 100 km/h. Cieszę się, że w ogóle żyję (wybuch śmiechu).

Dzisiaj jeździsz dla przyjemności, czy na maksa?

Czasami staram się na maksa. Zawodnicy, których trenuję, muszą widzieć, kim jestem (śmiech). Chyba w końcu kupię kamerę na kask i nakręcę film, jak zjeżdżam pomiędzy ludźmi. Na YouTubie zrobiłoby to furorę. Amatorzy jeżdżą po 20, 30, góra 40 km/h, a ja ponad 100.

To trochę niebezpieczne.

Dla nich na pewno (śmiech). Cała sztuka polega na tym, żeby nikogo nie trafić. Podobnie jest z jazdą po lesie. Film z takiego zjazdu również byłby bardzo ciekawy. Takie „Gwiezdne wojny” (śmiech).

Chyba nie chcielibyśmy spotkać cię na stoku. Twoja żona-była narciarka też tak ma?

Nie. Ona na mnie krzyczy. Zdecydowanie nie podobają się jej moje wariactwa.

Zawsze taki byłeś?

Od dziecka. W Polsce wszyscy nazywali mnie oczywiście Jędruś. Ale przez pewien czas byłem… Diabłem (śmiech). Bo jeździłem jak diabeł. Robiłem slalomy między ludźmi wjeżdżającymi na górę orczykami. Bardzo mnie to bawiło, bo wielu z nich się wywracało. W końcu jednak dostałem nieźle po dupie. Złapał mnie szef stacji narciarskiej i nie dość, że mi wpierdolił, to jeszcze zabrał dwutygodniowy bilet na wyciągi. Miał facet rację.

Czy talent do nart widzisz od razu?

Od razu widzę brak talentu. Nie mam ambicji, żeby wychować mistrzów olimpijskich. Chcę, żeby wszyscy się dobrze bawili. A gdy potem paru moich dzieciaków trafi do kadry Francji, to już ich problem (śmiech).

Mógłbyś być dobrze opłacanym trenerem którejś reprezentacji.

Miałem propozycje, ale mnie to nie kręci.

A kręciły cię kiedyś skoki narciarskie?

Oczywiście. Nawet skakałem na 120-metrowych skoczniach. A z Wielkiej Krokwi parę razy skoczyłem w zjazdówkach.

Jak to? W normalnych butach narciarskich?!

Dlaczego nie? Żaden problem. Tylko wybić się za bardzo nie można i ciężko skoczyć dalej niż 60 metrów (śmiech). A w dzieciństwie z buli Małej Krokwi zjeżdżaliśmy na numerkach. Tych z oznaczeniem metrów, które stoją na całej długości skoczni. Numerek pod tyłek i do dołu (śmiech). Przypomniał mi się jeszcze lepszy numer. Jak miałem 10 lat, skakałem we Francji z dziecinnej 20-metrowej skoczni. Gdy już byłem w powietrzu, zobaczyłem na dole kolegę. Nie mogłem nic zrobić i wylądowałem mu na ramionach. Na szczęście to były narty do skoków, bez krawędzi. W przeciwnym razie poprzecinałbym mu pewnie tętnice. A tak, tylko się obaj poobijaliśmy. Otrzepaliśmy się i dalej jazda (śmiech). Ale to naprawdę nie są żadne wyczyny. Brat mojego ojca – Jasiek Bachleda – w lecie skakał z Wielkiej Krokwi na motorze.

Wszyscy górale tak mają?

Być może. Tam gdzie mieszkam, czyli w Chamonix, mam wielu kumpli, którzy codziennie robią podobnie zwariowane rzeczy. Jeden skacze ze skał z małym spadochronem, inny zjeżdża przez las na rowerze. A jeszcze jeden przeszedł ostatnio na emeryturę w wieku 35 lat, bo był pilotem wojskowego myśliwca. Ten to dopiero odwalał numery! Jako jedyny wlatywał w wąskie doliny. Do zeszłego roku często umawialiśmy się na jego występy. Facet dzwonił rano i mówił, żebyśmy ustawili się gdzieś o konkretnej godzinie, a on przeleci trzydzieści metrów nad nami. Nagrywaliśmy to. Do dziś mam te filmiki.

Jakie jest wrażenie, gdy myśliwiec przelatuje 30 metrów nad tobą?

Niesamowite! Najpierw widać, jak między skałami leci mały czarny punkt. A potem przelatuje jak rakieta tuż obok i wiesz, że za chwilę huk poderwie cię od ziemi. Kiedyś na miejscu, w którym się umówiliśmy, zastaliśmy starego dziadka, francuskiego górala i powiedzieliśmy mu, żeby uważał, bo za chwilę przeleci tędy samolot. Machnął na nas ręką i rzucił, że samoloty to tu ciągle latają. Zatkaliśmy uszy, a po sekundzie dziadek leżał na ziemi z rękami na głowie (śmiech).

Jak twój kolega-pilot radzi sobie teraz z głodem adrenaliny?

No właśnie, ma ten sam problem co narciarze, którzy kończą karierę. Brakuje mu ryzyka. Na szczęście i tak wylądował lepiej niż jego koledzy, którzy poszli do dużych linii lotniczych i na śmierć nudzą się w Boeingach. On lata prywatnymi odrzutowcami.

A ty gdzie szukasz adrenaliny?

Możecie napisać, że w podrywaniu kobiet (śmiech).

Trenowałeś zjazdy i skoki na nartach. A biegi?

Parę razy biegałem, ale to nie dla mnie. Cholerna nuda. Ze sportów zimowych najlepiej chyba szło mi w hokeja. Mieliśmy nawet jechać z rodziną do Kanady, żebym mógł się dalej rozwijać w tym kierunku. Bo naprawdę miałem smykałkę. Krążek zawsze się mnie słuchał.

Nie żałujesz, że nie zostałeś hokeistą?

Nie. To nie jest kulturalne… (śmiech). (Mówiąc te słowa, Andrzej Bachleda specjalnie zmienił głos na kobiecy).

Na nartach miałeś świetne wyniki, ale od wielkiego sukcesu skutecznie odcinał cię stres. Na scenie trema cię nie zjada?

Nie, bo wszystko jest efektem mojego własnego kombinowania. Poza tym nie jestem wirtuozem, więc ciężko mi coś zepsć.

Zdarzało ci się podobno grać dla jednego widza…

Nawet ze dwa, trzy razy.

Słuchacze byli nietrzeźwi?

Zawsze. A często było tak, że w trakcie koncertu ludzie krzyczeli: „goooool!”… W rożnych miejscach graliśmy. Zdarzały się tak potworne speluny, że nawet strach wspominać.

Po sukcesie ostatniej płyty Time Ruins, takie sytuacje już ci nie grożą?

Nigdy nie mów nigdy (śmiech).

Śpiewasz po angielsku, ale podobno myślisz po francusku.

Kiedy z wami rozmawiam, to myślę oczywiście po polsku. Ale na przykład wczoraj cały dzień pisałem teksty po angielsku. Można powiedzieć, że moje myśli płynnie przeskakują z jednego języka na drugi, a potem na trzeci (śmiech). Kiedy jednak mam coś przemyśleć na poważnie, to tylko po francusku.

Potrafisz mówić góralską gwarą?

Francuską tak. Polską mogę tylko „łudawać”.

Ale zdarza ci się czasem zaciągnąć po góralsku.

To chyba bardziej wpływ Krakowa niż Zakopanego. Zaciągam raczej po galicyjsku, a nie góralsku. Prawdziwi górale śmialiby się z mojej „gwary”. Zresztą uważam, że ostatni prawdziwi górale właśnie umierają. To ludzie z pokolenia moich dziadków. Ich dzieci już góralami nie są. Tym bardziej dzieci tych dzieci, czyli na przykład ludzie z mojego pokolenia. Śmiało możecie napisać, że górale wymarli.

Za takie słowa w Zakopanem ci nie podziękują.

I co z tego? Niech poczytają książki, to sami dojdą do takich wniosków. Górale to chłopi, którym trafiła się wyjątkowo słaba i trudna w uprawie ziemia, dlatego przez wieki klepali wielką biedę. Wydobyli się z niej, kiedy w początkach XX wieku zaczęli parać się turyzmem. Od tamtego czasu powoli zatracali swój chłopski charakter. Teraz już właściwie utracili go na dobre.

Ale talentów nie utracili!

A to jest z kolei wpływ Żydów i Cyganów, których dużo mieszkało w tych okolicach. Krew się mieszała, a z nią mieszały się też najróżniejsze zdolności. Nie można nie doceniać wpływu kultury żydowskiej i cygańskiej. Obydwie są bardzo silne i o wiele starsze. Górale bardzo na tym skorzystali.

Ty ponoć masz dodatkowo przodków z Niemiec, Włoch, Polski i Rosji.

Tata mojej mamy urodził się w Odessie. Podczas rewolucji zamordowali tam jego ojca i brata. On z matką i siostrami jakimś cudem uciekł do Poznania. Tam się wychował, a potem studiował w Warszawie. Poznał babcię, która była pielęgniarką i zamieszkali w Krakowie. Babcia z kolei jest z rodziny włosko-niemieckiej. Jej ojciec nazywał się Goetz i był z tych Goetzów, którzy założyli browary Okocim i Żywiec.

A ty jesteś Bachleda, czy Bachleda-Curuś?

To drugie, ale Curusia nie używam. Nie widzę potrzeby. Tata oczywiście używa i jest dumny. Ja mam trochę inne podejście. A wiecie, o co generalnie chodzi z tym nazwiskiem? Curusie to byli ci, którym kręciły się włosy…

Tobie się nie kręcą.

Jak są dłuższe, to się kręcą. Genów się nie oszuka.

Na skróty:

Ojciec przywoził z Ameryki Playboye i chował przede mną. Zawsze je znajdywałem (śmiech).

Dobrze, że miałem duży talent do nart. Dzięki niemu często jechałem byle jak, a i tak wygrywałem.

Żeby dobrze jeździć na snowboardzie, musiałbym potrenować… ze dwa tygodnie.

Nudne jest to, że cały czas wspomina się w Polsce legendy sportu z lat 70. Przecież wiadomo, że była to banda hipisów, jarających trawę przed zawodami… To był żart (śmiech). Chodzi mi o to, że sport jest już inny. Dzisiaj zawodnicy to maszyny, a nie wąsaci faceci.

Z naszego domu w Polsce widać Giewont. Z mojego domu we Francji widać Mont Blanc. Zawsze staram się, żeby z miejsca, w którym mieszkam był ładny widok. W Warszawie mam niestety widok na inny blok. Na szczęście widzę też kawałek wyciągu na Górce Szczęśliwickiej (śmiech).

Nigdy nie widziałem Araba w górach. Jak już Arabowie w nie przyjadą, to zostają w dolinach. Wyjątkiem jest saudyjska rodzina królewska, która na wycieczkę w Alpy przylatuje w trzysta osób, z czego setka należy pewnie do rodziny, a reszta to służący. Raz nawet z nimi jeździłem. Nigdy więcej.

Skoczek – Marcin Bachleda to na pewno moja rodzina. Mamy wspólnych przodków: Adama i Ewę (śmiech).

Spotkałem Kayah, gdy akompaniowałem jej na koncercie w Paryżu. A ponieważ ma ona słabość do górali…

Nie jestem wyobcowany z popkultury PRL-u. I w ogóle z polskiej kultury. Przecież czytam Normana Davisa (śmiech).

We Francji mówią na mnie Dede, ale to normalne, bo na Andrzejów bardzo często tak się mówi.
Zresztą tak jak i na szoferów autobusów (śmiech).

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*