Agnieszka Rylik

PLAYBOY nr 5, 2007 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Tomek Bergmann


Lubisz oglądać siebie na golasa w Internecie?

Raz na jakiś czas sprawdzam, co o mnie napiszą i jakie zdjęcia się pojawią. Ale nagiej na pewno mnie nie ma!

Gwarantujemy ci, że jesteś. Na płatnych stronach z gołymi gwiazdami. Twarz jest twoja, a ciało może należeć do jakiejś gwiazdki porno…

Ale przynajmniej fajnej? (Śmiech).

Niczego sobie.

To zawsze coś. Miałam kiedyś seksje dla „Sukcesu” i „Maxima”…

Lubimy takie przejęzyczenia!

(Śmiech)…, w których pokazałam trochę ciała, ale i tak byłam w bieliźnie. Wiecie co? Chyba zapłacę i wejdę na te strony, żeby siebie zobaczyć. Ciekawe, jak mnie w tym photoshopie obrobili. Może mam ciało Carmen Electry, a może dołożyli mi jakieś żyły na bicepsie.

„Nie wszystko mi się w nim podoba”. O czym tak mówiłaś?

Nie mam zielonego pojęcia.

Właśnie o swoim ciele. Co w nim jest nie tak?

Zestarzałam się i już się z nim pogodziłam. Mam zbyt umięśnione barki, nogi… Wolałabym mieć mniejszy dwugłowy, czworogołowy, o pół metra dłuższe nogi. Ale nie przeszkadza mi to. Przyzwyczaiłam się. Wolę mieć swoje nogi niż jakieś patyki Kate Moss. Kiedyś nie chodziłam w spódniczkach, dzisiaj coraz częściej chodzę, więc nie jest źle.

Znasz swoje wymiary?

Nie mam takiej potrzeby. Wystarczy mi, że dokładnie wiem, ile ważę. Widzę to (śmiech). Do ważenia mam uraz, bo nie lubię szopki przed każdą walką. Prężenie muskułów, twardzielskie miny – cały ten show jest żenujący dla mnie.

Sesja w Playboyu też cię żenuje? Bo chcielibyśmy ci złożyć pewną propozycję…

Wszystko jest możliwe, ale na razie nie mam potrzeby robienia sobie takich zdjęć. Prowadzę różne poważne eventy, konferencje – trochę nie wypada. A tak naprawdę to mi te wasze zdjęcia się wcale nie podobają. Wszystko sztuczne. Dziewczyny takie same, idealne, z równymi piersiami, bez zmarszczek wokół pasa. A każda kobieta jest przecież inna. Bo prawda jest inna.

Bałaś się ciosów premiera?

Pan Lepper ma solidny prawy. Taki archaiczny, ale jest. Jednak kiedy z nim sparowałam, to starałam się prawie nie zadawać ciosów, bo szybko się zorientowałam, że szef Samoobrony ma poważne problemy z obroną.

Szkoda, że się powstrzymałaś. Mogłaś uratować ten kraj.

Lepiej sobie nie grabić, bo nie wiadomo, kto zostanie następnym prezydentem (śmiech).

Ale z drugim wicepremierem – ministrem edukacji – chyba mogłoby być ciężko. Wielki jest.

Nie sądzę. Są przecież ciosy na wątrobę. Powtórzę maksymę mojego trenera: „wygląd w ringu nie boksuje”. Kiedyś zdarzyło mi się sparować z dużym mężczyzną, dziennikarzem – Marcinem Grzywaczem z „Super Expressu”.

Wiemy. Poobijałaś go niewiarygodnie.

Właśnie nie! To jest przekłamanie. Dziennikarz robił sobie konfrontacje z mistrzyniami sportu. Pływał z Otylią, strzelał z Mauer. Ze mną chciał sparować. Wielki facet – 108 kilo żywej wagi kontra mała dziewczynka. Przygotowywał się z Krzysztofem Kosedowskim. Tuż przed sparingiem Krzysztof podszedł do mnie i mówi: „Aga, ale nie bij mocno”. A ja na to: „Zgłupiałeś? Przecież ja go tylko pogłaszczę”. Wiem jak to jest. Faceci, którzy nie trenują, kiedy tylko wchodzą na ring, mają pełne portki. Więc robię pierwszy zwód, a gość od razu zasłania rękawicami całą głowę. Zasłania się tak, że nic nie widzi. Przysięgam, że puknęłam go leciutko. Luźną ręką, to nawet nie był cios. Ale niestety, od razu poszedł mu nos. I za chwilę było po walce.

My nawet we dwóch nie proponujemy ci sparingu.

To jest normalne, że człowiek z ulicy nie ma szans. Może w bójce bez zasad jest inaczej. Ale kiedy umiesz poruszać się w ringu, a twój przeciwnik nie, to masa nie ma takiego znaczenia.

A jak wspominasz pojedynek z Danielem Olbrychskim?

Pan Daniel to co innego, jest świetnie wyszkolony boksersko. Bardzo jednak żałuję, że sparing skończył się na szyciu górnej wargi. Do tej pory mi przykro. To miała być zabawa. Nie do końca określiliśmy jednak jej reguły. Czy udajemy, czy jednak próbujemy się poboksować choć trochę na poważnie. To był błąd, ale w ramach przeprosin pan Daniel dostał od TVN-u ochraniacz na zęby.

Powiedz nam, jak się mówi: „sparing” czy „szparing”?

Całe życie mówię „sparing”.

Ale w polskim boksie wielu ludzi używa sformułowania: „szparing”.

Wiem. Głównie starsi panowie. Stara szkoła. Ale to jest nic. Według niektórych uprawiałam kiedyś nie „kick”, a „king boxing” (śmiech).

Jak często zaczepiają cię faceci? Musiałaś używać przeciwko nim swoich umiejętności?

Na szczęście nie miałam takich przygód. Ale ostatnio jacyś faceci chcieli strzelać z wiatrówki do mojego psa. Wychodzę pewnego pięknego dnia pobiegać z suczką do lasu, a tu siedzi takich trzech i mierzą do mnie z wiatrówki. Nieprzyjemne uczucie. Kazałam im przestać, to zaczęli mierzyć do niej. Mało brakowało, a wyprowadziliby mnie z równowagi. Jakby coś zrobili mojemu psu, to nie wiem…

Trzech facetów? Jak byś ich podeszła?

Z zaskoczenia. Okrzyk a la Bruce Lee i atak (śmiech).

Zaatakowałaś już pracę magisterską na politologii?

Tak!!! Mam termin złożenia do końca czerwca. Piszę o przemianach ustrojowych w Polsce lat 80-tych. Mam już temat: „Od grudnia do czerwca”. Ale brakuje czasu. Wstydzę się tego, bo mama co roku życzy mi: „Agnieszko, obyś w tym roku w końcu się obroniła”. Ten rok jest przełomowy. Zbiorę się i obronię, obiecuję.

Do polityki też się zbierzesz?

Miałam już propozycje polityczne, ale żadnej nie przyjęłam. Ostatnio popieram i przyglądam się inicjatywie Manueli Gretkowskiej – „POLSKA jest kobietą”. Uważam, że kobiet w polityce jest za mało, a na pewno w wielu sprawach myślą logiczniej od mężczyzn.

Agnieszka Rylik ministrem sportu?

Nie mówię nie. W polityce jest wiele do zrobienia, w tej dotyczącej sportu również.

Nasze głosy już masz. Choćby dlatego, że od kilkunastu lat żyjesz w męskim świecie, więc na pewno nauczyłaś się logicznego myślenia.

(Śmiech) Ale z was złośliwcy. Rzeczywiście sala treningowa jest mało damska. Dwa razy dziennie, sześć razy w tygodniu z samymi facetami, ciągły niedobór przyjaciółek. Ale ostatnio, dzięki „Tańcowi z gwiazdami” trochę się zmieniło. Poznałam dużo fajnych babek i jest już z kim poplotkować.

Znajdujesz jakieś podobieństwa między tańcem i boksem?

Taniec to totalna odwrotność boksu. Na przykład w kółko za wysoko podnosiłam barki. Z przyzwyczajenia, bo na ringu muszę je mieć przy uszach, żeby zasłaniać szczękę. Marcin (tancerz, partner Agnieszki z programu – przyp. aut.) mówił mi, że jak tańczę, to mam minę morderczyni. A ja po prostu się koncentrowałam. No a sprawy męsko-damskie w tańcu to już szaleństwo. Kiedy trzeba patrzeć przez cały czas prosto w oczy partnera z pięciu centymetrów, łatwo można stracić dystans. Do tego jeszcze obowiązkowe mizianie się po krągłościach – podobno naturalnie kobiece – dla mnie na początku po prostu szokujące.

Podobno znasz wszystkie męskie sztuczki na podrywanie. Wymień trzy najgorsze.

Nie, nie, nie… Niech próbują (śmiech). Powiem wam, że z wiekiem to się zmienia.

Sztuczki facetów, czy to jak ty na nie reagujesz?

Faceci z wiekiem są bardziej bezpośredni. To ułatwia sprawę. Szkoda czasu na ściemnianie. Ale niektórzy nadal rzeczywiście próbują mnie podejść na sportowo. Pytają, gdzie można poboksować, a czy prowadzisz zajęcia, a czy można zobaczyć jak trenujesz? Naprawdę można mnie po prostu zaprosić na kawę (śmiech). A na treningach nie ma miejsca na romanse, ale jest na normalną męsko-damską przyjaźń.

Bogusław Linda mówił nam, że coś takiego nie istnieje.

Myli się. Ale dzięki, że mówicie, będę uważała , kiedy spróbuję się zaprzyjaźnić.

Masz jakąś ksywkę?

Żadnej. Na tańcach sama się nazwałam Agnieszka „Awaria” Rylik. Ciągle łapałam kontuzję, a to robiłam gwiazdę i mięsień mi się naderwał, a to bark, kolano. Dawno temu ciocia Marysia nazywała mnie „Pucuś” (śmiech). A później już tylko „Lady Tyson” albo „Tyson w spódnicy” – mało wyrafinowane.

Słyszeliśmy, że miałaś być Lilianną.

I jestem. Na szczęście mam tak tylko na drugie. Tata kochał lilie. Sprowadzał cebulki i hodował. Lilusia – straszne. Na szczęście moja starsza siostra wywalczyła, że mam być Agnieszką albo Moniką.

Jakie masz wspomnienia z festiwali w Kołobrzegu?

Zapach grochówki! Taki na maksa! Póki na festiwal chodziłam z rodzicami wszystko było OK, ale jak zaczęłam chodzić z siostrą, to trochę się zmieniło (śmiech). Zostawiała mnie samą i szła na randkę. Ja malutka sobie siadałam i grzecznie oglądałam. Koszmar zaczynał się w czasie nocnych przerw. Wszędzie pachniało wojskową grochówką, a ja głodna i ani grosza przy duszy. Zapachu tamtej grochówki nie zapomnę nigdy. Później siostra odbierała mnie z amfiteatru i jak gdyby nigdy nic szłyśmy do domu. Nigdy jej nie wydałam. Dopiero teraz.

Masz jakiś przebój ciągle w głowie?

Parsęta, Parsęta… (śmiech). Jest taka rzeka w Kołobrzegu. Pamiętam jeszcze, jak śpiewała Maryla Rodowicz, a żołnierze kołysali się na linach.

Nadal „posuwasz na Junaku”?

(Śmiech). Rzadko posuwam na Junaku, bo wywiozłam go do Kołobrzegu. Teraz często jeżdżę z psem, a motocykl się do tego nie nadaje. Szalona suczka wyskoczyłaby z kosza.

Wiemy, że lubisz pluszowe misie. Prosimy o wskazanie największego misia piosenki, polityki i sportu.

Aż trzy misie?! Misie są słodkie, uśmiechają się i mają takie pucusie zamiast policzków. Wśród polityków nie widzę… Oj, jest jeden. Ale nie będę go wymieniać z nazwiska. Ze sportowców to Boruc. Jaki on słodziutki! Ciacho. Ma fajną buźkę. Po prostu przytulanka. A apetycznych piosenkarzy nie kojarzę.

Kiedyś powiedziałaś, że w kinie brakuje ci ewidentnie męskich typów. Czy coś się zmieniło?

Raczej nie.

A nowy Bond?

Jest przystojny, prawda. Ale nie do końca w moim typie i w konwencji Bonda.

Może jakiś przystojniak – bokser? Jak oceniasz mistrza Wałujewa?

Nie mogę na niego patrzeć. Wygląda jak chory człowiek. Technicznie jest beznadziejny i źle się go ogląda.

A kogo ogląda się najlepiej?

Walka, na którą czekam z największą niecierpliwością, to De La Hoya kontra Floyd Mayweather. Uwielbiam obydwu, ale jestem za tym drugim. Trenowaliśmy w jednej sali. Po prostu „pretty boy” (śmiech).

Jako dziewczynka wieszałaś sobie plakat Sylvestra Stallone’a nad łóżkiem, a teraz? Kogo wieszasz?

Teraz to nikogo, a mówiłam wam, że mam zdjęcie z Sylvestrem?! Nie? Siedzę sobie w Las Vegas – jedyna kobieta wśród komentatorów przed walką De La Hoyi i nagle wchodzi Sylwek. Od razu poruszenie. Brawa i zaczyna się skandowanie: „Rocky, Rocky…”. Po prostu go uwielbiają. Stallone wchodzi, wita się i nagle… puszcza do mnie oko. Ja – od razu nogi miękkie. Gwiazdy nigdy nie robią na mnie wrażenia. A tym razem, wariactwo. Gość, którego plakat miałam w dzieciństwie nad łóżkiem, puszcza do mnie oczko. To nie koniec. Po walce Sylvester zaprosił mnie jako jedyną do zdjęcia.

Powędrujmy na chwilę powyżej pasa. Nie chce nam się wierzyć, że boksujesz bez ochraniacza na piersi…

Dlaczego? Skąd wiecie, jak nas to boli? Dużo facetów myśli, że piersi to takie wielkie jądra. To jest jakaś wasza obsesja. Uderzenie w pierś wcale nie daje takich efektów, jak kopnięcie w jądra. W kick-boxingu oczywiście używałam ochraniaczy. Ale w boksie ciosów na piersi nie ma. Nigdy nie zostałam uderzona w pierś, nawet przypadkiem.

Wiemy, że zdarza ci się przeklinać. Czekamy, czekamy i nic. Przynajmniej na koniec rzuć coś na okrasę.

(Śmiech). Bo ja się kontroluję. Jak nie ma potrzeby, to nie przeklinam. Mogę co najwyżej opowiedzieć anegdotkę, w której jest przekleństwo.

Rewelacja. Dawaj.

Kiedyś walczyłam z pewną Angielką. Ona była przeblada, przeblondynka, a do tego nie najpiękniejsza. Moja koleżanka ze studiów zaprosiła na walkę swojego brata. Ten się spóźnił i dotarł na miejsce już w trakcie naszego pojedynku. Po dwóch rundach zdziwiony mówi do swojej siostry: „Co ty mi wstawiasz kit, że ta Rylik taka super. Nie dość, że brzydka, to jeszcze ta murzynka ją napierdala”.

Na skróty:

Agnieszka Rylik o sobie:

Niedługo czeka mnie operacja kolana.

Najwcześniej w ringu pojawię się pod koniec tego roku.

Jan Nowicki kiedyś powiedział, że pięknie się wypowiadam i mam piękne brwi. Kiedy to usłyszałam od razu pobiegłam spojrzeć w lustro.

Renata Beger jest moją zagorzałą fanką.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*