Adam Sztaba

PLAYBOY nr 5, 2011 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Świetlik


Czy dziewczyny lecą na batutę?

Kiedyś recepcjonistka w hotelu, patrząc mi głęboko w oczy, powiedziała: „Uwielbiam, jak pan wymachuje tą swoją pałką…”. Raczej wyrafinowany komplement (śmiech). Panie częściej zakochują się w gitarzystach i wokalistach. Dyrygent zawsze stoi tyłem i nie ma szans na kontakt wzrokowy.

Nie macie swoich groupies?

Myślę, że mój wielki idol Leonard Bernstein miał. Ale on imponował wszystkim. Był wspaniałym dyrygentem, showmanem, świetnie komponował. Łączył estetyki, tak jak Tarantino robi to w kinie, przeskakując z jednej konwencji w drugą. Kobiety go uwielbiały. Nie były to jednak klasyczne groupies, tylko rozkochane w artyście intelektualistki. Jeśli chodzi o typowe groupies, które jeżdżą na wszystkie koncerty „i nie tylko”, to ja się z tym „i nie tylko” nie spotkałem (śmiech). Oczywiście jest parę nastolatek, które interesują się moją pracą i życiem bardziej niż przeciętnie. Zwykle jednak wyrastają z tego tuż po maturze.

A jak z członkiniami orkiestry?

To już prędzej (śmiech). Nikogo nie zaskoczę, jak powiem, że zawsze najbardziej ponętne wydawały mi się wiolonczelistki. Pewnie z powodu specyficznej postawy przy instrumencie. Z tego samego powodu dużą ciekawość wzbudzają harfistki. Jednak ani z wiolonczelistką, ani z harfistką nigdy nic mnie nie łączyło. Uważam, że takie zawirowania w obrębie orkiestry nie służą pracy. Przypomniałem sobie – niektórych facetów kręcą flecistki. Podobno znakomicie całują. W końcu stosowny aparat jest szkolony od wczesnego dzieciństwa i na dodatek nieustannie pracuje, utrzymując formę w stanie permanentnej perfekcji.

Nie śmiej się, sam zaczynałeś na flecie.

To był dodatkowy instrument. Grałem na prostym, poprzeczny to wyższa szkoła jazdy. Mnie od samego początku ciągnęło do klawiszy. Mając 12 lat zagrałem z zespołem sylwestra w Mielnie. Zarobiłem na kurtkę z Peweksu. A w wieku 16 lat byłem organistą w koszalińskiej katedrze. Lubiłem odpalać wszystkie piszczałki o 7 rano, strasząc rozmodlone babcie. Kiedyś „zatkał się” jeden basowy dźwięk i co jakiś czas
dolatywał nieprzyjemny zapach. Okazało się, że na jednej z piszczałek usiadła jaskółka. Słup powietrza wciągnął ją do środka i dokonała żywota. Piękna artystyczna śmierć!

Najbardziej lubiłeś pewnie grać po mszy.

Głównie na to czekałem! Ludzie wychodzili z kościoła, a ja grałem improwizacje. Same ciężkie dźwięki… Kiedyś po gościnnym graniu w kościele w Szczecinku zostałem zaproszony na kolację na plebanię. Proboszcz spojrzał na mnie i zapytał: „To pan jest organistą?! Ma pan taki niekatolicki wygląd”. Nosiłem wówczas włosy do pasa.

Miałeś inne pasje poza muzyką?

Tak, ale gdy muza zaczęła być najważniejsza, w jednej chwili odpadły piłka nożna, akwarystyka, filatelistyka i informatyka. Do dziś została mi tylko młodzieńcza miłość do kolejnictwa. Kocham lokomotywy i tory, a szczególnie rozjazdy. Mam absolutną korbę na punkcie pociągów. Całe dzieciństwo byłem pewien, że będę maszynistą. Potem myślałem, że w lokomotywie zainstaluję pianino…

A gdzie „instalowałeś” pierwsze randki? Na Górze Chełmskiej czy nad Dzierżęcinką?

Nad Dzierżęcinką, z moją pierwszą dziewczyną. Jak ja się wtedy wstydziłem! Kiedy szliśmy razem za rękę, a na horyzoncie pojawiali się jacyś znajomi, od razu ją puszczałem. Wybitna dojrzałość! Ten związek wydobył mnie z ciągu pracowego związanego z młodzieńczym spektaklem Fatamorgana?. Potrafiłem wówczas siedzieć w szkole do pierwszej w nocy i pisać nuty. Aż rodzice zaczęli się niepokoić, czy nie wpadłem w złe towarzystwo. Dzięki mojej dziewczynie dostrzegałem inne aspekty życia niż pisanie muzyki.

Fatamorganę? stworzyłeś ze szkolnymi kolegami jako 18-letni chłopak. Przedstawienie z powodzeniem udało się wystawić na deskach teatru. Czy dzisiaj byłoby to możliwe?

Raczej nie. Dzisiaj jest więcej możliwości, ale paradoksalnie jest trudniej. Młodzi ludzie mają tak wielki wybór, że pojawia się problem z koncentracją na jednym pomyśle. Wtedy, na początku lat 90., nikt z nas nie planował kariery, nie kalkulował, na ile opłaci się to, co robimy. Mam wrażenie, że dzisiejsi 18-latkowie każdą działalność zaczynają od takich kalkulacji. Dla nas musical Metro był potężną inspiracją. Mieliśmy tak wielki wzór, że nic innego nie rozpraszało naszej uwagi. Niosła nas spontaniczność i bezinteresowność. Nikt przecież nie myślał, że do Koszalina przyjedzie Janusz Józefowicz i zachwyci się naszym musicalem.

Zrządzenie losu?

Ale i kłopot. Ten spektakl odmienił nasze życie i wyznaczył przyszły zawód. Ludzie z Fatamorgany? śpiewali później m.in. w stołecznej Romie czy Buffo. Chłopak grający główną rolę chciał naprawiać telewizory, a dziś jest śpiewającym głosem w większości telewizyjnych bajek w Polsce. Kolega, który zaraził mnie pomysłem musicalu i napisał libretto, czyli Marcin Perzyna, jest dziś dyrektorem festiwalu Top/Trendy. O Reni Jusis nawet nie trzeba wspominać. Już wtedy było wiadomo, że jest postacią wyjątkową. Fatamorgana? to mój największy sukces, a minęło dokładnie 18 lat od premiery. Mam z tym chyba podobny problem jak Janusz Józefowicz z Metrem, który nie przebił już tamtego sukcesu. Co więcej, nie przebił go nikt w Polsce. I to jest duży problem dla artysty. Jak się zaczyna z tak wysokiego pułapu, zaburza się naturalny proces osiągania kolejnych, coraz większych celów. Dzisiaj uważam, że wolniejsza, ewolucyjna droga do sukcesu zawodowego jest zdrowsza.

Jakie ksywki miałeś w tamtym czasie?

Wołali na mnie Sztabulec, potem byłem Bulcem, a następnie Bulim – była wtedy taka bajka (Bouli – przyp. red.). Dopiero w Warszawie Ela Zapendowska zaczęła na mnie mówić „Sztabowy”, przez co moja dziewczyna została „Sztabową”.

Sztabulec łobuzował?

Sztabulec bardzo mocno łobuzował. Do dziewczynek, które mnie denerwowały, krzyczałem: „Ty dziwko!”. Nie znałem znaczenia tego słowa, ale podobało mi się jego mocne brzmienie. Usłyszałem je po raz pierwszy w serialu Dynastia, w którym Blake Carrington często je stosował. W szkole dostałem nawet uwagę: „Adam przezywa dziewczynki m.in. »dziwka«”. Zamazałem „dziwkę” długopisem i pokazałem uwagę mamie, która dopiero na wywiadówce dowiedziała się, co tam tak naprawdę było napisane. Po przyjściu mamy do domu usłyszałem: „Synu, czy ty wiesz, kto to jest dziwka?!”.

Jak się czułeś w stolicy jako student Akademii Muzycznej i jednocześnie asystent Janusza Stokłosy w Buffo?

Do Warszawy przyzwyczajałem się dwa lata. Wszystko mnie tu przerażało: zgiełk, tramwaje, tempo życia. Gdybym od razu nie zaczął intensywnie pracować, miałbym co drugi dzień doła. Jakieś trzy lata po dyplomie spotkałem w bufecie Akademii Muzycznej kolegę dyrygenta. Spytałem go, czy robi może drugi fakultet. A on odpowiedział, że przychodzi tam po nic, z przyzwyczajenia. I takich osób jest całkiem sporo – nic nierobiących, niepracujących, tylko dzień w dzień pokazujących się na uczelniach, aby kogoś spotkać, w jakiś sposób spędzić czas. Niezadbanie o swoją pracę jeszcze w czasie studiów często kończy się tragicznie.

Za zadbaniem idą sensowne zarobki?

W Polsce niewiele osób w tym zawodzie dobrze zarabia. Jeżeli muzyk chce się ograniczyć do naszych lokalnych orkiestr, ma małe szanse na godne życie. Solistom i dyrygentom jest już nieco łatwiej, ale też bywa z tym różnie. To bardzo nierówny zawód. Grasz 4 koncerty w miesiącu, potem czekasz 4 miesiące na kolejny. Recitale i uznanie za granicą dają znacznie szersze perspektywy. Żeby utrzymać się w Polsce w zawodzie muzyka, trzeba pracować bardzo intensywnie, często na wielu frontach i w wielu rolach jednocześnie.

Krótko mówiąc, nie każdy zostaje Maksymiukiem.

Taka postać rodzi się raz na wiele lat. Z panem Jerzym spotkałem się kilka lat temu na planie Szansy na sukces. Było nas trzech dyrygentów: on, ja i Zygmunt Kukla. Było to wielkanocne wydanie programu polegające na tym, że znane osoby wraz ze swoimi dziećmi wykonywały różne ludyczne przyśpiewki w stylu Szła dzieweczka… Gdy na scenę wyszła Ania Popek z dwiema słodkimi córeczkami i zaczęła śpiewać, pan Jerzy zaczął mruczeć pod nosem: „Nie, nie, nie, nic z tego nie będzie…”. Oczywiście śmiertelnie poważnie. Po paru chwilach usłyszałem kolejne pomruki: „Po co ja tu przyszedłem?! Co ja tu robię?!”. Staraliśmy się z Zygmuntem przekonać go, że to tylko zabawa. Nie był jednak w stanie, do werdyktu nie dotrwał. Myślę, że był to dla niego ból fizyczny. Facet ma słuch absolutny, który często przeszkadza w normalnym życiu.

A ty cierpisz, gdy słyszysz dzisiejsze hity?

Nie znoszę muzycznej głupoty i tandety. Jak tak dalej pójdzie, za 20 lat większość ludzi będzie reagować na twórczość Stinga czy Steviego Wondera tak, jak dziś przeciętny człowiek reaguje na Warszawską Jesień. Ta muzyka będzie się po prostu wymykała ludzkiej percepcji. Nie można ludzi wychowywać na tak prostej muzyce! Ale kogo obchodzi dziś czynnik edukacyjny… Wierzę natomiast w siłę internetu, który może nas przed tym ocalić. Ostatnio usłyszałem, jak czołowy polski kompozytor muzyki poważnej powiedział w wywiadzie: „Proszę zauważyć, że ani razu nie wdepnąłem w rozrywkę. A mógłbym ją robić lewą nogą”. Czy w świecie muzyki poważnej nie ma złej muzyki? Otóż jest i to całkiem sporo, tylko znacznie mniej osób będzie w stanie to stwierdzić. Muzyka rozrywkowa potrafi być żenująco niskich lotów, ale to nie oznacza, żeby ją lekceważyć i nie doceniać prawdziwych mistrzów gatunku. Niepotrzebne jest dzielenie muzyki na gatunki ważniejsze i mniej ważne. Chałtura może zdarzyć się również w filharmonii. Smutne, ale prawdziwe.

Jeszcze smutniej byłoby, gdybyśmy zapytali cię, ile znasz dyrygentek i kompozytorek, którym PLAYBOY mógłby zaproponować sesję.

Oj, musiałbym się długo zastanawiać. Nie dlatego, że brakuje w tych zawodach pięknych kobiet, ale dlatego, że brakuje ich w ogóle. Sami odpowiedzcie sobie – ile znacie kompozytorek?

Grażynę Bacewicz.

Wspaniała kompozytorka, ale nie żyje od ponad 40 lat. A wy pytacie o żyjące panie, które spełniałyby kryteria PLAYBOYA. Mamy zdolną i wszechstronną Agatę Zubel. To chyba jedyne nazwisko, które może znać przeciętny czytelnik. Rzeczywiście przez lata studiów na wydziale kompozycji spotkałem może dwie lub trzy dziewczyny. Z czego to wynika, nie mam pojęcia. Kiedyś nawet wdałem się w dyskusję na ten temat z moją narzeczoną. I jak się skończyło?

Awanturą i mordobiciem.

Blisko. Zostałem wyzwany od szowinistów… Moja teoria była taka, że kobietom trudniej się skupić na zajęciach, które nie przynoszą szybkiego efektu. A komponowanie to robota, której efekt widać nieraz po kilku miesiącach. Minutę muzyki orkiestrowej zapisuje się w nutach jakieś 3–4 godziny. Dochodzi szukanie pomysłów, a z tym bywa różnie. Napisanie utworu trwającego godzinę to cała wieczność. Z drugiej strony znam wiele cierpliwych kobiet, więc obawiam się, że jednak błądzę.

To damy ci szansę wyjścia na prostą. Którą z kobiet, z którymi pracowałeś, mógłbyś nam polecić jako przyszłą playmate PLAYBOYA?

Dominikę Kublik z Tańca z gwiazdami – połączenie talentu i kobiecości. Poza tancerkami, wielkim zainteresowaniem w mojej orkiestrze cieszy się skrzypaczka Patrycja Jopek, siostra Anny Marii. Dostaję wiele maili z prośbami o udostępnienie kontaktu do niej. Może ją namówicie…

To ty jesteś jej szefem.

W takie rejony się nie zapuszczam. Przypomniało mi się właśnie, jak jedna z waszych playmate – Kasia Sowińska prowadziła kiedyś festiwal Top/Trendy. Była mocno stremowana, zaliczała kolejne wpadki i przejęzyczenia. Wraz z Piotrkiem Cugowskim byliśmy wtedy jurorami, a przed nami stała wielka plazma z piękną Kasią na pierwszym planie. Po jej kolejnej wpadce spojrzałem na Piotrka, który – wpatrzony w tę plazmę – mówił w amoku: „Nie szkodzi, nic nie szkodzi” (śmiech).

Czy orkiestra jest w stanie poradzić sobie bez dyrygenta?

Chwilami tak. Ale ktoś musi im wskazać moment, w którym na przykład trzeba zamknąć długi dźwięk. Poza tym dyrygent to psycholog, który musi okiełznać grupę zdolnych ambitnych i często nadwrażliwych egocentryków. Jeżeli w orkiestrze nie ma „prezesa”, nie ma dobrej orkiestry. Zdolności przywódcze są chwilami ważniejsze niż muzyczne. Jedni muzycy oczekują wielu uwag od dyrygenta, inni ich nie znoszą, zwłaszcza wypowiadanych przy całej orkiestrze, jeszcze inni obrażają się. Trzeba zebrać wszystkich i uformować organizm, który będzie podążał za dyrygentem i jednocześnie go szanował. To trudne zadanie.

Można „usłyszeć” ten szacunek?

Oczywiście. Chodząc do filharmonii staram się zawsze obserwować pracę dyrygentów. I najciekawsze jest to, że ta sama orkiestra potrafi zabrzmieć w tym samym utworze zupełnie inaczej z różnymi dyrygentami. To, czy dyrygent jest szanowany w orkiestrze, słychać w muzyce. Zresztą konflikty w orkiestrach są bardzo częste.

Ty również je masz?

Miałem. W pewnym okresie byłem szczególnie wymagający. Muzycy zwracali mi uwagę, że traktuję ich jak roboty. Wyciskałem z nich maksimum. Twierdziłem, że skoro ja mogę nie spać, to oni też. Musiałem to w sobie przytępić, bo miałbym muzyków, którzy nie mają siły wydobyć dźwięku. Drugim zarzewiem konfliktów było przedkładanie zarobków nad to, co jest istotą naszej pracy. Dziś współpracuję z muzykami, dla których najważniejsza jest pasja i chęć grania, a stawka za najbliższy koncert jest sprawą drugorzędną. Po prostu robimy coś, co jest dla nas ważne.

Zadanie dla czytelników – sprawdzić, kto grał i kto dziś gra w Orkiestrze Adama Sztaby.

(Wybuch śmiechu) Doceniam złośliwość.

Dużo gracie?

Jest nas sporo i rzadko gramy otwarte koncerty. Organizatorów po prostu nie stać na opłacenie tak licznej ekipy. Tylko telewizje i wielkie korporacje potrafią udźwignąć taki koszt. Często dostaję pytania, czy mogę przyjechać z mniejszym składem. Nie godzę się, bo wtedy to nie będzie orkiestra…

Gracie na tak zwanych okazjach?

Z zasady nie gramy na imprezach okolicznościowych, np. na weselach czy urodzinach bogatego biznesmena.

A gdybyś, jak Celine Dion, dostał propozycję zagrania dla sułtana?

Jeśli rozdałby muzykom drinki postawione na nowiutkich iPadach, byłaby szansa (śmiech).

Zastanawiamy się, czy gdybyś był utalentowanym brzydalem, w ogóle byśmy rozmawiali?

Nie mam pojęcia. Prawdopodobnie rzadziej pojawiałbym się w telewizji. Kandydat, którego proponowałem na swoje miejsce do Tańca z gwiazdami, odpadł dlatego, że nie spodobał się w kamerze. Kiedy odszedłem, zorganizowano casting na dyrygenta. Pomyślałem, że świat zwariował. Okazało się, że o wyborze dyrygenta do popularnego telewizyjnego show decyduje wygląd – tzw. telegeniczność. Kandydatów było chyba ośmiu. Wszystkim kazano stanąć przed kamerą i dyrygować… bez muzyki. Producenci chcieli zobaczyć, jak kandydaci prezentują się w obiektywie. Z jednej strony totalna bzdura, ale z drugiej – telewizja to przede wszystkim obrazek i trzeba się z tym pogodzić.

Jak się to wszystko skończyło?

Spytałem, co będzie, jeśli dobrze wyglądający dyrygent nie będzie sobie radził z pisaniem na orkiestrę? Odpowiedź była prosta: „Ktoś napisze za niego”. Na szczęście mój następca Tomek Szymuś skutecznie połączył oba aspekty. Opisuję mechanizm, który stał się powszechny. To się zaczęło mniej więcej od Spice Girls: nieważne, że nie potrafią śpiewać – ktoś zaśpiewa za nie. Dzisiaj słuchając płyt, nie możemy mieć pewności, czy to głos artysty, czy kogoś innego, czy też dźwięk z komputera. Dlatego wielu popularnych artystów, zwłaszcza tych sezonowych, nie zobaczymy na koncertach.

Patrz występ Mandaryny w Sopocie.

Byłem dyrygentem na tym festiwalu, dzieliliśmy jedną scenę. Już po próbie wiedziałem, co się wydarzy. W trakcie jej występu, w którym orkiestra oczywiście nie grała, zszedłem ze sceny. Nie chciałem być łączony z tym „wyczynem”. Ale to nie jest tylko problem dziewczyny, której wmówiono, że potrafi śpiewać. Wystarczy porównać piosenki Feela i Ich Troje z utworami Grechuty lub Niemena, które dawno temu wygrywały Sopot i Opole. Różnica jest więcej niż kolosalna.

Te tancerki i ty macie jedną wspólną cechę, która świetnie się sprzedaje na ekranie: pięknie się uśmiechacie.

Moja radość i uśmiech podczas dyrygowania wypływają ze mnie naturalnie. Taki też był mój wizerunek – miły, grzeczny i uśmiechnięty chłopak. Ci, którzy znali mnie z pracy, raczej mieli inne zdanie. Na próbach jestem mocno skupiony na muzyce. Szczerze mówiąc, miałem dość tego wyidealizowania. Tym razem muszę otwarcie krytykować, co oczywiście ma swoje konsekwencje, bo stałem się obiektem anonimowej krytyki. Na przykład dostałem kilka obraźliwych e-maili po emisji odcinka, w którym jury skrytykowało uczestnika za wykonanie patriotycznej piosenki Andrzeja Rosiewicza. Nasza krytyczna ocena została przez niektórych odebrana jako atak na uczucia patriotyczne i Polskę w ogóle. Ciekawy okazał się e-mail z Kanady takiej mniej więcej treści: „Gdyby ktoś w taki sposób krytykował patriotyzm kanadyjski, byłby skończony w mediach. Co w zamian proponujecie? Umiłowanie Moskwy czy Berlina? Spadaj z Polski, volksdeutschu!”. Grzecznie odpisałem: „Mimo eleganckiej formy Pana listu, śpieszę donieść, że w programie Must be the music oceniamy zarówno wykonanie, jak i dobór repertuaru, a ta piosenka, choć pisana w szczytnym celu, jest kiczowata i pełna tandetnego patosu”. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Chciałbym Pana przeprosić za poprzedni komentarz. Cała ta sprawa mnie tak naprawdę nie interesuje. Niestety dałem się ponieść emocjom po wypowiedzi tej kurwy w okularach”. Zrozumiałem, że niepotrzebnie odpisywałem.

Żałujesz, że zgodziłeś się na występy w nowej roli?

Nie. Ale dość długo zastanawiałem się, czy przyjąć tę propozycję. To cholernie odpowiedzialne zadanie, bo można jednym niefortunnym zdaniem skrzywdzić kogoś utalentowanego na resztę życia. Chronicznie nie znoszę konkursów i oceniania artystycznych wykonań, dlatego staram się nie postrzegać tego programu w kategoriach konkursu. Warto przesłuchać tysiące uczestników, aby znaleźć jeden prawdziwy talent. To po prostu wielka szansa na zaistnienie dla przyszłych artystów, o których bez telewizyjnego show moglibyśmy nigdy nie usłyszeć.

Czy ludzie poznają cię na ulicy?

Tak, a najbardziej zaskakuje mnie to, że reaguje na mnie starsza część społeczeństwa, ale w końcu to główni widzowie Tańca z gwiazdami.

A jesteś z kimś mylony?

Raczej nie, ale w przypływie dobrego nastroju lubię czasami przedstawiać się nieznajomym: „Piotr Rubik”.

Masz pewnie od tego całego machania trochę większe mięśnie niż przeciętny Kowalski.

Mam piękne duże motyle.

Kontuzje?

Ciągłe podnoszenie rąk i machanie jest mocno nienaturalne, w związku z tym dyrygentom padają plecy i barki. Za parę dni mam USG barku.

Długość batuty ma znaczenie?

Kto co lubi. Są batuty długie, średnie, krótkie, ciężkie, lekkie, drewniane, plastikowe oraz tanie i drogie… Niektórzy dyrygenci w ogóle jej nie używają. Chciałbym kiedyś wprowadzić na rynek batuty będące jednocześnie pendrive’ami. Może się uda? Stąd już niedaleko do batuty, która sama dyryguje ręką dyrygenta. Uwielbiam zdobycze technologiczne. Np. nuty wyświetlam na specjalnym tablecie A4 obsługiwanym dotykowo. Mocno ufam technologii, chyba za mocno. Bo gdyby się zastanowić, co by było, gdyby laptop odtwarzający metronom dla całej orkiestry nagle wyłączył się podczas programu na żywo? Na szczęście jest człowiek…

Który za dużo pracuje. Jeździsz czasem na wakacje?

Tak, ale nie wyobrażam sobie dwutygodniowej przerwy. Uczę się odpoczywać i jeszcze długa droga przede mną. Nawet na wakacjach sporo czynności traktuję zadaniowo: czytanie książki, słuchanie płyty, pójście na plażę.

Jaki jest twój rekord w braku snu?

Nie liczyłem, ale pamiętam okresy, kiedy przez wiele dni spałem po 2–3 godziny. Mój organizm przeszedł ekstremalne próby. Wynikało to z wrodzonej chęci poprawiania i ulepszania oraz cotygodniowego pręgierza w postaci terminu programu. Być może też podświadomie doprowadzałem do sytuacji, w której czułem, że nie zdążę.

Z czym ci się kojarzy koreańska wojskowa orkiestra dęta?

Z tym, że zrobiła nam niezłe „paparara” (śmiech). Wszystkie gromy spadły na Edytę, ja byłem nieznany. Nikogo nie obchodziło, czyja była ta słynna aranżacja hymnu. Nikogo też nie obchodziło, że zamiast 70-osobowej orkiestry symfonicznej Koreańczycy wystawili amatorską wojskową orkiestrę dętą. Dyrygent nie mówił po angielsku, nie reagował na jakiekolwiek uwagi. Filmowa, nieco disneyowska aranżacja w wykonaniu tej orkiestry zabrzmiała jak żart z Monty Pythona. Edyta chciała zrezygnować, ale na myśl o fali krytyki po nagłej rezygnacji, podjęła wyzwanie.

Na koniec chcielibyśmy zadać kłam stereotypowi, że muzycy symfoniczni to nudziarze.

W orkiestrach symfonicznych zasiada bardzo duży procent rozwodników. Wynika to ze specyficznego trybu życia, poza tym związki na odległość właściwie się nie udają. No i muzycy symfoniczni są niejednokrotnie dużo bardziej imprezowi niż rockandrollowcy.

A czym różnią się perkusiści w orkiestrach od tych z zespołów rockowych?

Perkusiści w orkiestrze są jak saper. Mogą się pomylić tylko raz. No dobra, dwa.

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*