Adam Nowak

PLAYBOY nr 6, 2009 rok

TEKST: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

fot. Andrzej Świetlik


Po tym, jak zaproponowaliście mi wywiad, zrobiłem żonie dowcip. Zadzwoniłem do niej i mówię: „Słuchaj, przy okazji chcą mi zrobić taką skandalizującą sesję zdjęciową – w damskiej bieliźnie”. Ona na to: „Adam, nie rób tego!”. Mówię: „Ale bardzo dużo płacą. Nawet nie wyobrażasz sobie ile!”. Żona była przerażona: „Adam, po co ci to?! Opanuj się”. Zupełnie nie zorientowała się, że to żart (śmiech). Co tam macie na początek.

Zaprosiliśmy cię do restauracji, żebyś jako specjalista ocenił, czy wszystko jest tutaj w porządku.

Specjalistą to ja nie jestem już od 1983 roku. Dzisiaj nie jem tylko w miejscach, w których higiena ewidentnie szwankuje. A czasami, jeżeli kelnerka, czy kelner traktuje mnie z buta – potrafię strzelić wykład w stylu: „ponieważ szanuję pani pracę, proszę szanować to, że ja mam czas wolny”.

Myśleliśmy, że zaczynasz od „jestem technologiem żywienia zbiorowego”…

Bez przesady. Nie zaczynam też od „czy pani wie, kim ja jestem?”, choć słyszałem wielu, którzy w taki sposób rozpoczynają przygody kulinarne i nie tylko.

Ale na pewno niewiele z nich pracowało w restauracji na przełomie lat 70. i 80.

Jak na tamte czasy w nie w byle jakiej restauracji! To był orbisowski lokal wysokiej jakości. Na co dzień byłem tam kelnerem, a raz w miesiącu przez tydzień pracowałem w barze nocnym „Piekiełko”. Nazwa zobowiązywała: klasyczny dancing, zespół grał przeboje, a pomiędzy utworami tzw. „program artystycznym”. Występowali połykacze ognia, żonglerzy, oraz piosenkarze, a na końcu obowiązkowo – striptizerka o zagranicznie brzmiącym pseudonimie. Dziś takich miejsc już nie ma – zmienił się styl życia. Wtedy pojawiali się w nich ludzie, którym się dobrze powodziło i musieli coś zrobić z dewizami. Na przykład cały wieczór pili radzieckiego szampana.

A ty musiałeś im ustawiać talerze na stołach. Podobno robisz to perfekcyjnie do dzisiaj.

To metoda „na dwa palce”. Każdy talerz od krawędzi stołu powinien stać w odległości dwóch palców (w tym momencie mistrz z gracją przesuwa nasze talerze po stole, wkładając między nie a krawędź stołu swoje dwa palce: wskazujący i środkowy – przyp. aut.) Ta metoda daje gwarancję, że wszystkie talerze będą ustawione równiuteńko, bo ktoś, kto je ustawia zawsze ma przy sobie tę samą parę „narzędzi”.

Mogłeś wtedy zostać kierownikiem sali albo stołówki?

Gdybym popracował dłużej, pewnie miałbym szansę na „taką” karierę. Dzisiaj, żeby mieć taką robotę, trzeba pewnie skończyć studia (śmiech). A wtedy wystarczyły praktyki w zawodówce i papier chemiczno-spożywczy z technikum.

Obok naszej redakcji jest stołówka „gastronomika”. Nawet najtwardsi już tam nie chodzą.

Wcale mnie to nie dziwi. Uczniowie są na początku swojej drogi zawodowej. Na kimś muszą się szkolić i robić eksperymenty. Najlepiej wychodzi to na żywych organizmach. Smakuje-nie smakuje, nie szkodzi – szkodzi ?- nieszkodzi… (śmiech) Chirurg też zaczyna w prosektorium, a potem musi kogoś pokroić. Pamiętajcie, że po wizycie w „gastronomiku” grożą nam tylko wymioty albo sraczka. Premiera chirurga może mieć inne konsekwencje.

Dajesz napiwki?

Daję. Proporcjonalnie do sympatyczności, jaka mnie spotkała i wysokości rachunku, którym mnie obarczono. Jedno i drugie oczywiście idą w parze, bo robię wszystko, żeby wytworzyć wokół siebie dobrą aurę.

A ty jakie napiwki dostawałeś?

Różne, ale pamiętam takie, które wprawiały w osłupienie. Nie od dziś wiadomo, że najlepszym klientem jest pijany Polak, bo daje najwyższe napiwki albo nie wie, ile daje (śmiech). Może ktoś kiedyś wpadnie na pomysł nazwania knajpy – „Pijany Polak”. Sukces murowany, szczególnie w przypadku restauracji wegetariańskiej.

Czy kelnerzy wiedzą z góry, od kogo dostaną najwyższe napiwki?

Dzisiaj większość lokali to lokale typu „fast”, w których nie ma czasu na wnikliwą obserwację gości jak w Obsługiwałem angielskiego króla. Poza tym kiedyś o zasobności portfela świadczył ubiór. A dziś koleś, który sprzedał portal za dwadzieścia milionów może wyglądać jak obdartus. Wszystko się zmieniło, panowie.

Starzy kumple ze stołówki też?

Nie całkiem. Kiedyś nocowaliśmy w tym hotelu orbisowskim, w którym pracowałem, po jakimś koncercie. „Moja” restauracja jest trochę odremontowana, ale generalnie niewiele się zmieniło. Szef kuchni może też ten sam. Kierownik sali poznał mnie i oprowadził po „nowych” wnętrzach. A w pokoju (apartament) czekała butelka Beaujolais. Dyrekcja zachowała się honorowo. Do tego stopnia zanurzyłem się wtedy we wspomnieniach, że nawiedził mnie czarny sen, w którym byłem sobą, czyli dojrzałym mężczyzną cały czas pracującym jako kelner. W innym lokalu niegodnym zainteresowania.

Czy w tego typu lokalach już z „Raz Dwa Trzy” byłeś częścią „programu artystycznego”?

Nie, ale zagraliśmy raz na weselu. Byliśmy prezentem dla nowożeńców. Bardzo drogim prezentem (śmiech). Niczym nie różniło się to od normalnego koncertu. Nie graliśmy Białego misia.

A „do kotleta” graliście?

„Do kotleta”, czyli na imprezach zamkniętych. Bywało… Występowaliśmy też w pubach i innych lokalach gastronomicznych, ale chyba na tyle hałasowaliśmy, że goście mieli kłopoty z konsumpcją czegokolwiek.

Bo wy w ogóle jak na swoje instrumentarium gracie żywiołowo.

Gramy koncerty dynamiczne, ale nie potrzebujemy rockowych albo punkowych dźwięków, żeby uzyskać podobną siłę. Nie muszę wykopywać odsłuchu ze sceny, bo go potrzebuję (śmiech). Co nie oznacza, że nie lubię takich zachowań.

Czy handlowanie dżinsami było twoim najdziwniejszym zajęciem?

Przede wszystkim było zajęciem wymuszonym. Menedżer nie poinformował nas, że nie jest już naszym menedżerem, a tu rodzina, dziecko, proza. Złapałem więc tzw. dobry kontakt . Wstawałem o 4 rano brałem jakieś wybrakowane dżinsy, pakowałem je do samochodu i od 5 stałem na bazarze obok faceta, który handlował kasetami disco-polo. Ja puszczałem do ludzi parę spodni raz na godzinę, a on sprzedawał jedną kasetę na minutę. Dało mi to do myślenia – szybko zorientowałem się w sile show-biznesu (śmiech) i gustach klienteli. Po pewnym czasie zdobyłem stałych klientów, zacząłem się rozkręcać i dobrze zarabiać. Trochę mnie to przeraziło, bo okazało się, że można zarabiać, nie myśląc. To nie był radosny wniosek.

Stali klienci potem cię szukali?

Nie, ale do połowy lat 90. kumple ze szkoły, którzy otworzyli knajpy w Poznaniu, chcieli mnie u siebie zatrudniać. Ja tu wydaję płytę z Waglewskim-producentem, a oni dzwonią i mówią, że mają dla mnie robotę w pizzerii (śmiech).

Wyrzucałeś też śmieci.

Jak miałem 10 lat. Rodzice, chcąc zachęcić mnie do współistnienia w domu, zaoferowali mi taką robotę. Miałem stawkę – jedna złotówka od wiadra. Pakowałem gazety do wiadra i wyrzucałem śmieci pięć razy dziennie (śmiech). W końcu miałem swoje potrzeby: piłka, rower, wiadomo.

A nawet zostałeś cukiernikiem.

W firmie polonijnej tarzałem galaretki w cukrze. Właściwie to tarzały je jakieś panie. Nawet myślałem, żeby z niektórymi też wytarzać się w tym cukrze. Jak u Hrabala. Przygotowywałem i gotowałem masę galaretkową. To były takie różnokolorowe kostki-galaretki z cukrem na wierzchu.

Uwielbialiśmy je!

Czasami do tych galaretek dostawał się olej z maszyn produkcyjnych. Poza tym było tam mnóstwo sztucznego barwnika, pektyny i cukier, cukier, cukier. Nie mogło wam nie smakować (śmiech).

Masz coś wspólnego z „Piekarnią-cukiernią Adam Nowak” w Poznaniu?

Nie, ale po którymś poznańskim koncercie ktoś nam powiedział, że jest coś takiego. Niewiele myśląc, poszliśmy pod wskazany adres. Zadzwoniłem domofonem i kiedy pani zapytała „słucham”, wypaliłem: „Adam Nowak”. Usłyszałem tylko: „proszę bardzo” i drzwi się otworzyły (śmiech). Widzicie panowie – niby zwykłe nazwisko „Nowak”, a działa.

Pracowałeś też w Teatrze Polskim w POZNANIU.

Chciałem iść do szkoły aktorskiej, więc obejrzenie tego wszystkiego od kulis bardzo mnie interesowało. Poszedłem do kierownika i powiedziałem, że chcę pracować w teatrze obojętnie na jakim stanowisku. Nie było miejsc, ale ja i tak codziennie przychodziłem. Facet zobaczył, że jestem namolny i się ugiął. Oczywiście pomogło mi też pijaństwo personelu. Dzięki niemu zwolniła się posada. W ten sposób jeszcze przed maturą zostałem maszynistą sceny. Sprzątałem ją, ustawiałem dekoracje, krótko mówiąc byłem najniższym pionem personelu teatralnego. Bardzo lubiłem tę pracę i być może dlatego wkrótce awansowałem na garderobianego w męskiej garderobie. W garderobie miejsce miał wtedy śp. Mariusz Sabiniewicz.

Podglądaliście aktorki?

Nie dało się. Ale jeżeli rola wymagała od aktorki pokazania biustu na scenie przez 30 sekund – nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. To nieerotyczne. Tak jak dla chirurga rozebrana pacjentka jest tylko pacjentką, a nie obiektem erotycznym. Po prostu już wtedy byłem zawodowcem (śmiech).

Ale do szkoły aktorskiej i tak się nie dostałeś.

Próbowałem dostać się na PWST w Warszawie i do szkoły lalkowej we Wrocławiu. Sprawcą niepowodzeń był prawdopodobnie brak talentu.

Żałujesz?

Nie, bo ja lubię działać w zespole, a każdy wybitny aktor musi być indywidualistą. Na początku bardzo się tym moim niepowodzeniem przejąłem, ale szybko mi przeszło. Zresztą nie da się ukryć, robiłem wszystko, żeby nie pójść do woja. Znali mnie już tam. Czekała na mnie podobno specjalna jednostka. Dlatego zdecydowałem się na szkołę pedagogiczną w Zielonej Górze, w której, gdy zobaczyli pieczątki ze szkół aktorskich, stwierdzili: „Ale my tu artystów nie potrzebujemy” (śmiech). Taki paradoks. Nieprzystawalna osobność. Mimo to dostałem się, dzięki czemu kamasze mnie ominęły.

Twoje perypetie edukacyjne już wcześniej były bardzo pokręcone.

Z liceum mnie wywalili, bo „blaukowałem”, czyli wagarowałem.

A „klara”, czyli słońce było pewnie jak drut?

Zdecydowanie na dobrą ucieczkę. Wiosna była ciepła, więc często jeździliśmy nad jeziora. A tam czerpaliśmy wielkie przyjemności z grupowego przebywania ze sobą. Towarzystwo było mieszane (śmiech). Do tego piwo i papierosy. Takie czasy.

Co robiłeś po liceum?

Bujałem się w gastronomiku i zawodówce, by w wieku 24 lat zdać maturę. Musiałem wtedy wkuwać sprawy w stylu „odległość patelni przemysłowej od ściany”, czy też „wysokość blatu roboczego”. W tym samym roku mój rocznik bronił prac magisterskich.

Chuliganiłeś trochę?

No trochę. Np. Strzelałem z procy kamieniami w konsulat radziecki. W sumie żaden wyczyn. A nawet szczeniacki wybryk. Ale jaka świadomość polityczna (śmiech). Kryły nas tylko krzaki. Gdyby nas złapali…

Czy wtedy stoczyłeś swoją pierwszą walkę na pięści?

Mniej więcej. Na zimowisku. Była to moja pierwsza i ostatnia walka. Na dyskotece komuś nie spodobało się, że tańczę z pewną dziewczyną. Wygrałem poranną bójkę, ale nie było to miłe przeżycie. Nie mam natury pięściarza.

Za to byłeś „na samym dnie redukcji osobowości”…

Ale to już później, jak miałem 20-24 lata. To sformułowanie, którego użyłem parę lat temu. Gdybym wtedy umiał to nazwać, pewnie nie przeżyłbym tego, co przeżyłem. Nie ma o czym rozmawiać. To mocno destrukcyjny moment. Dziś nawet nie wiem, czy to było ciekawe . Na szczęście mam mało świadków (śmiech).

Czy to był czas, gdy zbratałeś się z fajkami na zawsze?

Nie. Paliliśmy już jako kajtki, gdzieś za garażami. W szóstej, siódmej klasie. Szybko, chyłkiem, bo dorośli gonili bardzo. Piekło w gardle, ale jak inni jarali to trzeba było także.

W domu cię za to nie sekują?

Oczywiście, że tak. Goni mnie żona, gonią mnie dzieci. I słusznie, bo to cholernie głupi nałóg. Ale co ja poradzę, że nie wyobrażam sobie poranka bez kawy i papierosa? Co mam robić? Uprawiać jogging? Wystarczy, że pies mnie holuje na rowerze. Ale i tak zaczynamy w ten sposób, że ja startuję z fajką, a on mnie ciągnie (śmiech).

Nigdy nie rzucałeś?

Kiedyś nie paliłem nawet przez pół roku. Zaczęły się palpitacje serca. Przytyłem 10 kg. Do tego ciągłe bóle głowy. Koszmar. Brak trucizny w organizmie był nie do zniesienia. Zacząłem palić i wszystkie dolegliwości przeszły jak ręką odjął. No, zatruty na amen.

A alkohol?

Specjalista na pewno powie, że jestem alkoholikiem. Piję mało, ale notorycznie. Nie ma jednak dramatu. Jestem typem gąbki. Wysuszony w dzień, na wieczór nasiąkam (śmiech). Żadnej katorgi.

Odbija ci czasem?

Kiedyś tak. Mam nadzieję, że świadkowie nie mają mi tego za złe. Nie jestem niebezpieczny, ale bywam zaczepny. No i manipuluję ludźmi. Żona jest na to wyczulona i szybko mnie odholowuje.

Nie dziwi nas to. Skoro mąż nie mógł kiedyś pohamować konia…

Chodzi wam o to, że moja obecna żona została kopnięta przez konia w głowę? (śmiech). Byliśmy na jakimś obozie jazdy konnej. Ja zresztą byłem tam z jakiegoś innego powodu sercowego. Moja przyszła żona zsunęła się z małego konika o imieniu Kokos i dostała kopytkiem. Miała chyba wstrząs mózgu. Dzisiaj nie umawiam się na konne randki (śmiech).

Mamy nadzieję, że nie chodzisz już na żadne randki. Z tobą to bardzo niebezpieczne zajęcie.

(Wybuch śmiechu). Pewnie pijecie do mlecznej randki… Całowałem się czule z dziewczyną, aż tu nagle nadjechał samochód rozwożący mleko. Tak się wpasował w podwórko, że nie mógł wyjechać. Nagięci jak autobusy faceci odczepili przyczepę i poprosili mnie, żebym pomógł im wyprostować dyszel. Tak się postaraliśmy, że całe mleko poleciało na nich, a dyszel prawie zmiażdżył mi stopę. Byłem bliski jej stracenia. Dzisiaj mam tzw. stawy rzekome w śródstopiu, ale daję radę. Przynajmniej wiem, kiedy będzie burza.

Opowiedz nam o jeszcze jednej niespodziewanej randce, podczas której dokonała się twoja inicjacja.

To zasługa atrakcyjnej prostytutki z „Piekiełka”, która wybrała mnie spośród milionów (śmiech). Widocznie byłem wtedy atrakcyjny (śmiech), albo ona miała pusty przelot. Pani była dojrzała, ale nie przejrzała. Ja młody, niedojrzały. Trochę mnie to zdeprawowało, bo nie musiałem robić absolutnie niczego. O wszystko zadbała . Taka była miła. To niebezpieczne, acz atrakcyjne było.

Teraz będzie jeszcze niebezpieczniej. Prosimy cię o wybranie idealnej kandydatki na playmate.

Mam wrażenie, że polskie dziewczyny rozebrałyby się całkowicie dla Playboya w Niemczech, Francji czy USA. W Polsce im to jakoś nie uchodzi. Rozbierają się delikatnie, nie do końca, nie pokazując wszystkiego. Może to wrażliwość, albo hipokryzja?. Mój tato mówił, że na piękno nie można zamykać oczu. Więc nie zamykam. Kontempluję i chcę widzieć więcej. Nie tyle nagość, co odwagę jej pokazywania. Skoro ktoś się rozbiera publicznie to chyba ma jakieś uzasadnione powody…

Więcej, ale kogo?

Lubię być zaskakiwany, dlatego nie mam żadnych wymagań. Tym bardziej, że już chyba wszystko widziałem (śmiech). No nie. Mam. Nagość potrzebuje kontekstu. Np. pończochy. Banał? Trudno. Zostawiam wybór wam. Rozbierajcie kobiety, które są chętne. Tylko proszę chociaż w pończochach.

A gdyby tak rozebrać kogoś z twojej branży?

Z piosenkarkami jest kłopot. Talent wokalny nie musi iść w parze w z wyglądem. Czy, któraś nosi pończochy?

I kto to mówi? Facet, który brał lekcje śpiewu…

Miałem je u pewnego chórzysty, który od razu powiedział mi, że do chóru się nie nadaję. Po pewnym czasie przyszedł na koncert „Raz Dwa Trzy” i dał mi pozytywną recenzję – „jest dobrze i lepiej nie będzie” (śmiech). Uważam, że jak wiesz, co chcesz powiedzieć w piosence, to nie musisz brać żadnych lekcji, żeby śpiewać. Po prostu to robisz. Mało jest legendarnych wokalistów bez głosu?

Sugerujesz wokalistę Świetlików?

Marcin Świetlicki ma na tyle dużo godności w sobie, że nigdy nie przekroczył bariery śpiewu (śmiech).

Ty tę barierę przekroczyłeś już na studiach w Zielonej Górze. Podobno nie wszyscy byli zadowoleni.

Dla części mieszkańców akademika moje próby wokalne nie były do końca znośne. Ci, co chcieli zostać pedagogami, byli często źli. Wiecie, drący o trzeciej w nocy paszcze kandydat na wykonawcę. A bywało, że graliśmy, piliśmy i paliliśmy do 5 rano. Dzisiaj niektórzy moi fani mawiają: „Dobrze zrobiłem, że nie dałem ci w mordę” (śmiech).

A ty od razu wiedziałeś, że dobrze zrobiłeś, wyjeżdżając do Zielonej Góry?

Moje początki były ciężkie. Studiowałem w mieście, w którym nie było tramwajów, a z dworca na uczelnię idzie się 20 minut. Przyjechał taki z Poznania… Czułem się na początku trochę… zdegradowany. Zadawałem sobie tylko jedno pytanie: „Kurwa, co ja tu robię?”. Dobrze, że w końcu znalazłem odpowiedź. Spotkałem naprawdę dobrych ludzi.

Czy „Raz Dwa Trzy” było pierwszą nazwą zespołu?

Nie. Najpierw było „Trzy”, ale dość szybko zdecydowaliśmy się na zmianę. Chodziło nam przede wszystkim o to, żeby nazwa nie łączyła się z żadną ideologią. Wyrastaliśmy z korzeni kontrkulturowych, ale nie buntowniczych. Drogą dedukcji doszliśmy do tego, że tylko liczebniki z niczym się nie kojarzą.

Kiedyś pewna dziennikarka przypisała was do subkultury skinheadów…

Po prostu przyjęła z góry pewną tezę, która jej pasowała. „Jestem Polakiem, mam na to papier” idealnie złożyła z ideologią skinowską. Byłem zdumiony, że tak bardzo można zlekceważyć treść piosenki. Nawet nie pokusiła się o pełny cytat: „Jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań”. To przecież zupełnie inny kontekst.

A propos innego kontekstu. Jaka byłaby twoja płyta solowa?

Nagrałbym ją tylko z gitarą. Myślę o tym od czasu do czasu, bo trochę mi brakuje takiej solowej przestrzeni. Wydaje mi się, że dla kogoś, kto komponuje i wykonuje swoje piosenki, taka płyta jest właściwie obowiązkowa.

Płyta obowiązkowa. Tytuł już masz.

Jeśli nikt nie spapuguje tego pomysłu, to tak się będzie nazywać (śmiech).

A nowa płyta „Raz Dwa Trzy” kiedy?

Wchodzimy do studia we wrześniu, choćby nie wiem co. Album powinien się ukazać przed świętami.

Czy będzie to wreszcie coś a la „polska Chumbawamba”?

(Wybuch śmiechu). To była niestety jedna z wielu absurdalnych rzeczy, z jaką mieliśmy do czynienia. Wydawcy chcieli z nas zrobić Chumbawambę, a Grzegorz Turnau miał być polskim Eltonem Johnem. To pokazuje, w jaki sposób dokonuje się zabiegów menedżerskich i promocyjnych na polskich artystach. Zamiast szukać oryginalności i prawdziwych talentów, małpuje się na chama zachodnie zespoły.

Wolisz życie muzyka, czy kabareciarza (Adam pod koniec lat 80. był członkiem kabaretów: Drugi Garnitur, Grupa Działań Odurzających – Kibuc i Potem – przyp. red.) ?

Zdecydowanie tego pierwszego.

Bo kabareciarze nie mają groupies?

Mają, mają. Tylko się nie przyznają (śmiech). Poza tym jak to brzmi: kabaretowa groupies…? Chodzi o to, że grając muzykę, mogę być i smutny, i wesoły. W kabarecie bez względu na to, co się dzieje musisz wyjść na scenę i rozśmieszać. To jest bardzo trudne i tylko dla ludzi o stalowych nerwach albo kompletnie nieodpowiedzialnych i nie zdających sobie sprawy z rangi wydarzeń, które są ich udziałem. Kabareciarz to bardzo trudny, przeklęty zawód. W ogóle rozrywka. A jeśli chodzi o pijaństwo, to wszędzie jest takie samo (śmiech).

A groupies?

Te muzyczne niczym się nie różnią od kabaretowych.

Ty pewnie zawsze miałeś ich najwięcej…

Z satysfakcją odnotowałem, że Mirek-kontrabasista i Grzegorz-akordeonista cieszyli się i cieszą większym powodzeniem. Poza tym w moim kręgu zainteresowań są tylko kobiety po trzydziestce. Gdy ostatnio zamieniłem przy barze parę zdań z dziewczyną dwudziestoletnią, musiałem się bardzo starać. Inteligencja i wrażliwość nie mają co prawda wieku i zdarzają się bardzo fajni młodzi ludzie, jednak dla mnie bariera w postaci 26 lat jest nie do przejścia. Przystosowanie się do samego języka już nastręcza trudności. Nie mówiąc nawet o wspólnych zainteresowaniach. Poza tym szybko się rozumie te spojrzenia: „Stary, przecież jesteś już w wieku przezroczystym, nie masz żadnych atrybutów” (śmiech).

Jeden atrybut masz na pewno. Kiedyś powiedziałeś, że lubisz być długą przyjemnością.

To takie credo raczej na domowy użytek. Jeżeli już cieszymy się fajną chwilą i jest to chwila we dwoje, to niech ona trwa możliwie długo. Trochę zmieniłbym tamtą wypowiedź. Powiedzmy, że lubię być długo przyjemnością (śmiech).

Bardzo to playboyowe. Będą cytować.

W ogóle cieszę się z waszego zaproszenia, bo ostatnio zaczęto mnie wciskać do szuflady z napisem „specjalista od spraw wiary”. A ja przecież żaden specjalista. Za dużo wątpliwości.

Co jeszcze uwiera Nowaka?

Ludzie często podchodzą do mnie i pytają: „Czy pan jest „Raz Dwa Trzy”? Odpowiadam: „Nie, jestem Adam Nowak”. Na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, którzy podchodzili i mówili po prostu: „Cześć Adam”. A takich lubię najbardziej. W sumie jednak nie mogę narzekać na to, że dla większości jestem liczebnikiem. Jest tylu Nowaków… Mogliby nas ponumerować na przykład. Ile kłopotu mniej. Nowak nr 123456. Wojciech Młynarski długo był nazywany „Pucio Pucio” i nie walczył z tym. .Nie było sensu. Ja też nie zamierzam. Czy można przewidzieć za co człeka zapamiętają…

Na skróty:

Nie mam tradycyjnych genów poznańskich. Nie jestem sknerą, ale lubię być poukładany.

Najgorszymi miejscowościami do przejechania w Polsce są Inowrocław i Włocławek. Gierkowska przelotówka wygląda tam jak na Dzikim Zachodzie. Przy głównej drodze stoją: saloon, bank i kościół.

Mój tata był lekarzem weterynarii i muzykiem, który cały dnie siedział w warsztacie samochodowym. Chciał jeszcze być architektem. Mój brat jeździł na moto crossie. A ja byłem koszykarz.

Nie wiem, czy mój syn zostanie świetnym judoką, bo czasami opowiada mi, że przeciwnicy są twardzi jak kamień i że bardzo go to deprymuje.

Na weselach pije się, żeby zagrać, a nie gra się, żeby popić.

Jeden komentarz
Skomentuj »

  1. Bardzo dziekuje za ten wywiad. Slucham pana Adama slucham od lat. Usmialam sie do lez czytajac ten wywiad. Zycze wam wszystkim rzeczy najpiekniejszych

Skomentuj

Spam Protection by WP-SpamFree

*